"Z archiwum IPN" – "Wołyniak" w TV Polonia


W poniedziałek 26 marca 2007 r. o godz. 18:00 TV Polonia wyemituje kolejny program z cyklu "Z Archiwum IPN", tym razem opowiadający historię kapitana Józefa Zadzierskiego ps. "Wołyniak" (1923-1946).

Kpt. Józef Zadzierski "Wołyniak"

"Z archiwum IPN" – "Wołyniak"
TVP Polonia,
26.03.2007 (Poniedziałek), godzina 18.00
27.03.2007 (Wtorek), godzina 00.20.
Czas trwania: 24 minuty
Scenariusz: Tadeusz Doroszuk

Dokument opowiada o życiu i działalności konspiracyjnej kpt. Józefa Zadzierskiego "Wołyniaka", dowódcy oddziału partyzanckiego Narodowej Organizacji Wojskowej (Narodowego Zjednoczenia Wojskowego), działającego na Rzeszowszczyźnie i południowej Lubelszczyźnie. Program, w którym występują towarzysze walki "Wołyniaka" i historycy zajmujący się badaniem tej tematyki, przybliża sylwetkę tego, jak mówili niektórzy, "ostatniego zagończyka Rzeczpospolitej" oraz ukazuje kulisy operacji UB, która w 1950 roku doprowadziła do rozbicia grupy Adama Kusza "Garbatego", będącej pozostałością oddziału "Wołyniaka".

Ożanna, uroczystości z okazji święta 3 Maja 1945 r., na cztery dni przed bitwą z NKWD pod Kuryłówką. Przed oddziałami partyzantów NZW, stoją ich dowódcy, w kolejności (od prawej): kpt. Józef Zadzierski "Wołyniak", por. Stanisław Pelczar "Majka", Bronisław Gliniak "Radwan".

Więcej na temat kpt. Józefa Zadzierskiego "Wołyniaka" czytaj TUTAJ>

Film o Żołnierzach Wyklętych w TVP 2

„Żołnierze Wyklęci” w

W poniedziałek 26 marca, o godz. 23:50 TVP2 zaprezentuje długo oczekiwany film dokumentalny w reżyserii Wincentego Ronisza pt. „Żołnierze Wyklęci”.
Film opowiada o losach tysięcy uczestników powojennego podziemia zbrojnego. Walczyli samotnie w lasach, bez nadziei na zwycięstwo, wierni ideałom wolnej i rządzonej przez demokratycznie wybrane władze Polsce. Dopiero po blisko pół wieku historia przyznała rację tym żołnierzom wyklętym.

Scenariusz, komentarz, reżyseria: Wincenty Ronisz
Zdjęcia: Grzegorz Borowski
Produkcja: Fundacja Filmowa Armii Krajowej – Telewizja Polska SA, Polska 2006
Czas: 57 min.

„Chcieliśmy iść na pomoc powstaniu warszawskiemu, ale gońcy przyszli z meldunkiem, że Sowieci rozbrajają i nie ma możliwości dojścia do Warszawy. Komendant kazał składać broń, pożegnał się z nami z łezką w oku i mówi: chłopcy, nie wiem, ale nasza walka się chyba nie skończy, będziemy musieli dalej walczyć o Polskę” – wspomina pełne wątpliwości chwile jeden z żołnierzy „Zapory” – majora Hieronima Dekutowskiego. On i wielu innych członków Armii Krajowej nie postrzegali wkroczenia Sowietów na polskie ziemie jako wyzwolenia.

Choć nieświadomi ustaleń wielkiej polityki na konferencjach w Teheranie i, niedługo potem, w Jałcie, partyzanci przeczuwali najgorsze. Szybko wyszło na jaw, jak próżne były nadzieje na demokratyczny charakter Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej. I kiedy na ich oczach zaczynał szaleć terror komunistyczny, gdy daleko na Wschodzie zaczynał się „proces szesnastu”, kiedy coraz więcej akowców trafiało do katowni Urzędu Bezpieczeństwa i ginęło bez wieści, żołnierze Armii Krajowej postanowili raz jeszcze chwycić za broń. W ciągu nieco ponad dziesięciu lat, pomiędzy 1945 a 1956 rokiem, przez szeregi partyzantów przeszło około 150 tysięcy ludzi. Do czasu tzw. ujawnienia w 1947 roku, w lasach walczyło ponad 10 tysięcy żołnierzy.

Na terenie ziemi łódzkiej działała jednostka dowodzone przez kapitana Stanisława Sojczyńskiego, pseudonim „Waszyc”. Atakami na więzienia w Kielcach i Radomiu rozgłos zdobyli żołnierze „Szarego” i „Harnasia”. Na Podhalu działał słynny „Ogień” – Józef Kuraś, na Białostoczczyźnie – dowódca V Wileńskiej Brygady AK Zygmunt Szendzielarz, pseudonim „Łupaszka”. Choć władze od początku zmobilizowały przeciw partyzantom znaczne siły, szeregi przeciwników komunistycznego reżimu wciąż rosły. Żołnierze wykonywali różnego rodzaju misje, atakowali posterunki wojskowych, walczyli z Sowietami, odbijali więźniów. Czasem brali odwet na konfidentach. Bywało, że w tych akcjach ginęli przypadkowi ludzie, co pomagało komunistom nazywać partyzantów bandytami. Z miesiąca na miesiąc sytuacja żołnierzy z lasów stawała się coraz trudniejsza. Wprawdzie udawało się im wygrywać bitwy nawet z połączonymi siłami UB, KBW i NKWD, to przewaga wroga była przytłaczająca. Przywódcy ginęli w zasadzkach zdradzeni przez szpicli, gasła nadzieja na interwencję Zachodu. Wielu partyzantów skorzystało z oferowanej przez władze amnestii podczas tzw. ujawnienia, choć dla licznych wiązało się to później z prześladowaniem i torturami. W lasach pozostała już tylko garstka, dla której nie było ratunku. Ostatni partyzant Białostocczyzny, Stanisław „Ryba” Marchewka, zginął w obławie sił porządkowych w 1957 roku… Film Wincentego Ronisza opowiada o losach tysięcy uczestników powojennego podziemia zbrojnego. Walczyli samotnie w lasach, bez nadziei na zwycięstwo, wierni ideałom wolnej i rządzonej przez demokratycznie wybrane władze Polsce. Dopiero po blisko pół wieku historia przyznała rację tym żołnierzom wyklętym.

Źródło: TVP

Tadeusz Szyma – Chwała wyklętym !!

Do polskiego słownika patriotycznych zawołań powinno wejść i takie, jakie zostało uwydatnione w tytule tej recenzji, a które mogłoby się stać swoistym dopełnieniem bolesnego, lecz przecież podnoszącego na duchu: „Gloria victis – Chwała zwyciężonym”, jakie zadedykowała niegdyś Eliza Orzeszkowa bohaterskim powstańcom styczniowym.
Dla uczczenia żołnierzy wyklętych – nie mniej heroicznie zmagających się z „czerwoną powodzią”, w której „tonęła Polska” po drugiej wojnie światowej, trudno znaleźć równie trafną łacińską sentencję. Może „Gloria anathematis”? Bo przecież bałwochwalcy spod znaku sowieckiej gwiazdy rzucili na nich ideologiczną anatemę. A może „Gloria infamibus – Chwała zniesławionym?”

Było ich wielu, zdumiewająco wielu, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę nadzwyczaj trudne, a raczej po prostu beznadziejne warunki, w jakich decydowali się na dalszy czynny opór. Dość przytoczyć szacunkowe dane, jakie w napisach końcowych swoich „Żołnierzy wyklętych” podaje Wincenty Ronisz, zadziwiający wciąż energią i pracowitością klasyk polskiego dokumentu historycznego: „W latach 1945-56 przez szeregi podziemia niepodległościowego przeszło około 150.000 osób. W roku 1945 w lasach pozostawało 13-15 tysięcy partyzantów”, w rok później – jeszcze 10 tysięcy, a po tak zwanej akcji „ujawniania” w 1947 – nadal nie złożyło broni jakieś tysiąc siedmiuset leśnych. To wprost niewiarygodne, że nawet po odwilżowym polskim Październiku na Białostocczyźnie nadal zajadle tropiono Stanisława Marchewkę pseudonim „Ryba”, który – podobnie jak tylu innych „wyklętych”, zdradzony przez konfidenta – zginął w swym wiejskim bunkrze, z granatem uwiązanym na szyi, dopiero w następnym roku. A ostatniego niezłomnego – Józefa Franczaka pseudonim „Lalek”, ukrywającego się na Lubelszczyźnie, dopadli w końcu „utrwalacze władzy ludowej”, jak to się kiedyś szyderczo określało – jeszcze później, bo aż pod koniec października 1963 roku!

To właśnie jemu, przed z górą dziesięciu laty, poświęcił ciekawy dokument Tadeusz Arciuch. Ale wówczas kierowana przeze mnie Redakcja Filmu Dokumentalnego telewizyjnej Jedynki zbierała za to pryncypialne cięgi. – „Za dużo historii” – wyrokował wtedy wyróżniający się przecież polityczną otwartością w szeregach dawnych pezetpeerowców, poseł Andrzej Urbańczyk. Mimo to, udało się zrealizować jeszcze parę innych filmów, jak choćby – z udziałem Zbigniewa Herberta – szkic do portretu legendarnego i szczególnie wyklinanego „Ognia” autorstwa Tadeusza Pawlickiego, czy też o innych bohaterach zmagań niepodległościowego podziemia z władzą osadzaną w Polsce na sowieckich czołgach. Teraz nadszedł czas na ekranową syntezę całego, wciąż dość słabo znanego i nie dość przypominanego w mediach rozdziału naszych powojennych dziejów.
Rozdziału niewątpliwie najtragiczniejszego. I zapewne nikt dziś nie mógł zrobić tego równie prosto i pięknie, tak czytelnie a zarazem serdecznie, jak to właśnie uczynił Wincenty Ronisz, wystawiając w ten sposób „wyklętym” filmowy pomnik, w najlepszym sensie słowa.

Zrealizowany dla telewizyjnej Dwójki przy wsparciu Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej film ma charakterystyczną dla tego wybitnego dokumental
isty strukturę i styl: narracji, sposobu splatania wątków, tworzenia atmosfery emocjonalnej. Z samych prawie archiwaliów, z których część wprawdzie jest już znana, ale sporo jeszcze nie zdążyło się widzom opatrzyć, skomponowany został epicki i nieco edukacyjny, z konieczności, prolog, w którym reżyser przypomina skrótowo przebieg najważniejszych wydarzeń – rozgrywających się początkowo jeszcze w przedwojennych granicach Polski – poczynając od stycznia 1944 roku. Oszczędny, celny, a przy tym nie pozbawiony osobistego, autorskiego piętna komentarz układa się tutaj w zwięzłą lekcję naszej powojennej historii.

Uporządkowane partie archiwalnych zestawień montażowych przypominają też późniejsze znamienne wydarzenia, takie jak pokazowy proces w Moskwie szesnastu przywódców polskiego państwa podziemnego, sfałszowane przez komunistów wybory do sejmu na początku 1947 roku czy też ważne wystąpienia Bieruta i Gomułki. Archiwalia tego rodzaju, ale już krótsze, będą powracać parokrotnie, budując niezbędne tło i właściwy kontekst historyczny, pouczającą ilustrację bądź dramatyczny kontrast dla epicko-lirycznej opowieści o tych, którzy pomimo postępującej sowietyzacji kraju i umacniania – terrorem – nowej władzy, nigdy nie pogodzili się z utratą niepodległości Polski. Zarejestrowana przed laty w kronice filmowej szampańska zabawa czerwonych nuworyszy, którą Ronisz puentuje wstrząsające przykłady nasilania okrutnych represji wobec patriotów, podnosi emocjonalną temperaturę odbioru.

Pomiędzy fragmentami historycznych rejestracji co czas jakiś pojawiają się, płynnie w nie wkomponowane i zharmonizowane z klimatem narracji, wymowne zdjęcia pejzażowe Grzegorza Borowskiego – stałego od dawna Roniszowego operatora, który wędrując z nim po śladach dramatycznych wydarzeń sprzed lat, potrafi poprzez surowe piękno krajobrazu, charakterystyczne detale przyrodnicze czy architektoniczne i trafnie wypatrzone, symboliczne znaki ewokować sugestywnie niegdysiejszy dramatyzm, grozę i tragizm tego, co się tam działo. Takie nastroje można odczuć w zimowych widokach górskich połaci, na których niegdyś panował „Ogień”, albo wystającej z kopnego śniegu, na wiejskim cmentarzu, pordzewiałej pasyjki bez krucyfiksu, z wyciągniętymi w górę ramionami Chrystusa, czy też w ujęciu przylegających do siebie, już pogodzonych na zawsze, przydrożnych pomniczków, z których starszy to ślad peerelowskiej, fałszywej chwalby bezpieczniaków, a nowszy – przywróconej dopiero stosunkowo niedawno pamięci ich ofiar, owych żołnierzy wyklętych.

Najcenniejszym wszakże składnikiem dokumentalnej kompozycji są wspomagane niezbyt licznymi zdjęciami fotograficznymi sprzed lat bardzo ciekawe, obfitujące w zaskakujące szczegóły i nasycone realistycznym konkretem wspomnieniowe świadectwa ostatnich z tych nielicznych, którzy cudem przeżyli. Są to uderzające autentyzmem i siłą wyrazu, ogromnie czasem wzruszające relacje świadków a często także aktywnych uczestników tamtych wydarzeń i towarzyszy walk bohaterskich szefów leśnych oddziałów. Dziś – wiernych strażników pamięci dowódców takich jak m.in. Zygmunt Szyndzielarz – „Łupaszka”, który ze swymi ludźmi przeszedł z Litwy na Białostocczyznę, a później próbował dywersji na Pomorzu i w Borach Tucholskich, jak lepiej znany z pseudonimu niż z nazwiska Józef Kuraś, „król Podhala” – major „Ogień”, czy będący postrachem enkawudzistów, ubowców i milicjantów na Podlasiu – Władysław Łukasiuk, konspiracyjnie nazywany „Młotem” dowódca 6 Brygady Wileńskiej. Wyraziste twarze tych niedobitków oraz ich pełne podziwu, a chwilami nawet miłości do dawnych przywódców opowiadania – czy to o weselu a potem samobójstwie zdradzonego „Ognia”, czy o więziennej egzekucji „Łupaszki”, o której znak dawał współwięźniom wiatr stukający oknem, albo o likwidacji we wsi Dąbrówka niezłomnego „Uskoka”, czyli Zdzisława Brońskiego, który ukrywał się w bunkrze pod stodołą i którego zapiski z pamiętnika: o woli życia w niepodległym państwie i o czerwonym potopie – również znalazły się w filmie, na długo pozostaną w pamięci. Lidia Eberle, dawna sanitariuszka „Ewa” i Zygmunt Błażejewicz „Zygmunt” – od „Łupaszki”, Marian Pawełczak „Morwa” i Eugeniusz Mordoń „Gitarka” z oddziału „Zapory”, wspomagającego „Ognia”, podkomendni legendarnego majora: Kazimierz Paolo „Skała” i Zbigniew Paliwoda „Jur”, a także śpiewnie zaciągający kresowiak Teofil Lipka z Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, oraz świadkowie walki i tragicznego końca „Młota”: Franciszek Rytel ze wsi Czaje – Wólka i Józef Malinowski – to wyraziste, nie wszystkie przecież postacie narratorów sprzed kamery w filmie Ronisza. Powracające kolejno ich relacje reżyser splata w spójną epicko-liryczną całość. Fragmenty różnych opowieści, z różnych stron Polski, potraktowane jako luźne urywki, znajdują jednak swoje właściwe miejsce w toku syntetyzującej konstrukcji, która dzięki temu zachowuje naturalność i dość swobodny układ.

W końcowej partii filmu nad dramatyzmem wspomnień górę bierze żałobny liryzm, wyraźnie podkreślony trafną ilustracją muzyczną. To jakby rekompensata za to, że brakowało go wówczas, gdy żołnierze wyklęci oddawali życie za niepodległość Ojczyzny. – „Jak zginę, to za kraj” – mówi dziś jeden z tych, którzy cudem ocaleli, wspominając chwile oczekiwania na egzekucyjny strzał. Cudem też zdać się może teraz szczęśliwe ocalenie pamięci o ich ofierze. Największej z możliwych, bo ofierze życia, przez lat tyle jednak zniesławianej, zamazywanej, wzgardzonej. Pamięci wyklętej, bo – jak mówi jeden ze świadków tamtych czasów – „komuna się bała, że zabici i te groby mogą im jeszcze w życiu zaszkodzić”.

Źródło: kino.onet.pl

Dokument o kpt. "Młocie" w TV Polonia

Historia "Młota" czyli dwie Polski

W najbliższy poniedziałek o godz. 22:20 TV Polonia wyemituje film dokumentalny pt. "Historia "Młota" czyli dwie Polski", ukazujący sylwetkę i okoliczności śmierci kpt. Władysława Łukasiuka ps. "Młot", dowódcy VI Brygady Wileńskiej AK walczącej na Podlasiu z komunistycznym reżimem w latach 1945-1953.

kpt. Władysław Łukasiuk "Młot"

TV Polonia: Poniedziałek 22:20   
Emisje powtórkowe:
27.03.2007 o  04.22
27.03.2007 o 10.40

Reżyseria: Krzysztof Wojciechowski
Scenariusz: Krzysztof Wojciechowski
Zdjęcia: Jerzy Bonczyk, Krzysztof Wojciechowski
Muzyka: Czesław Niemen ("Bema pamięci żałobny rapsod")
Produkcja: Polska
Rok produkcji: 2002

Leniwie płynące rzeki, znieruchomiałe starorzecza, stawy, zielone łąki, moczary, potoki z wierzbami nad brzegiem. Bukolicznie, cicho, sennie. Ale na Podlasiu nie zawsze było spokojnie. W rodzinnej tradycji mieszkańców tych stron nadal żyją wydarzenia 1863 roku, jakby wyjęte z kartonów Grottgera, a pamięć najstarszych Podlasian przechowuje obrazy wojny polsko-bolszewickiej, sowieckiej, a potem niemieckiej okupacji, wreszcie – szczególnie dramatycznych, bo bratobójczych walk toczonych w tym regionie jeszcze przez kilka lat po 1945 roku. Tragicznych w dwójnasób, bowiem nie wszystkie wystrzeliwane kule raziły ludzi stojących po drugiej stronie granicy oddzielającej ostatnich żołnierzy II Rzeczypospolitej i państwa Podziemnego, od funkcjonariuszy przyniesionego na radzieckich bagnetach reżimu.

Ofiarą niektórych partyzanckich pocisków byli towarzysze broni… Tak właśnie, z ręki podwładnego, zginął bohater filmu – Władysław Łukasiuk, pseudonim "Młot". Jego siostra, Maria Sobolewska, pomagała bojownikom. Piekła im chleb, robiła konieczne zakupy w miasteczku. Do czasu. Zadenuncjowana przez sąsiada, trafiła w ręce oprawców z organów bezpieczeństwa. Mimo nieludzkiego bicia, tortur i trzech miesięcy spędzonych w karcerze, młoda dziewczyna nie załamała się, odmówiła współpracy z UB. Wyrokiem sądu została skazana – "za zdradę ojczyzny" – na dziesięć lat więzienia, z czego sześć przesiedziała. Po powrocie zastała dobytek rozgrabiony. Ale dobrzy ludzie pomogli. Nie udało się jej jednak trafić na ślad mogiły brata.

Zamordowany w lesie przez podkomendnego został pogrzebany na bezludziu, gdzieś nad Nurcem. Ludzie z sokołowskiego UB, powiadomieni przez zdrajcę, odkopali ciało i wywieźli w nieznane do dziś miejsce. To nie jedyna zagadka. Nie do końca wiadomo, kto zabił "Młota". Pada nazwisko dwóch braci walczących w oddziale Władysława Łukasiuka. Czy któryś z nich popełnił zbrodnię? Dlaczego? Na zlecenie bezpieki, czy też z powodów osobistych? Z zemsty? A może nie wytrzymał nerwowo atmosfery zaszczucia, rozłąki z bliskimi, osaczenia w leśnej głuszy przez swoich przecież rodaków, krajan, znajomków? Maria Sobolewska milczy, jej rówieśni sąsiedzi zasłaniają się niepamięcią, bądź wręcz odmawiają odpowiedzi. Po co rozgrzebywać stare sprawy? Lepiej nie mówić, lepiej nie wiedzieć. Ale prawda, choć bolesna, ujrzy światło dzienne.

Emisja 26.03.2007 o 22.20, 04.20 i 27.03.2007 o 10.40 Emisja z napisami angielskimi. Premiera na antenie TV Polonia.


Podlasie, jesień 1947. Żołnierze 2. szwadronu VI Brygady Wileńskiej AK. Kpt. "Młot" klęczy pierwszy od prawej (nad nim cyfra 5).

Ppor./kpt. Władysław Łukasiuk „Młot" urodził się 16 II 1906 r. we wsi Tokary pow. Siedlce w rodzinie chłopskiej, jako najstarszy z czworga dzieci Marcina i Marianny (z domu Swentkowskiej). Mimo, iż jego rodzice byli ludźmi prostymi, zadbali o wykształcenie pierworodnego syna. Po ukończeniu szkoły podstawowej w Tokarach kształcił się w gimnazjum im. J. Kraszewskiego w Drohiczynie, a po krótkiej przerwie w 1923 r. spowodowanej trudną sytuacją rodzinną, ponownie podjął naukę w prywatnym gimnazjum w Sokołowie Podlaskim (ukończył 6 klas gimnazjum). Po zakończeniu edukacji pracował jako pisarz – buchalter w tartaku w Korczewie pow. Siedlce. Nie uchylał się również od pracy społecznej i około 1927 r. został prezesem Ochotniczej Straży Pożarnej w swej rodzinnej wsi. W 1929 r. W. Łukasiuk został powołany do wojska. Służbę odbywał w 3 pułku strzelców konnych w Wołkowysku. Wykształcenie, dobra kondycja fizyczna i predyspozycje psychiczne stwarzały mu możliwość podoficerskiej kariery wojskowej, bardzo atrakcyjnej dla młodego chłopaka ze wsi. Niestety, podczas ujeżdżania konia na placu koszarowym uległ wypadkowi, doznając poważnych obrażeń głowy i złamania w kolanie lewej nogi. Po powrocie do zdrowia wyszedł z wojska w 1933 r. w stopniu plutonowego. Następstwem wypadku było jednak trwałe kalectwo – lewa noga na zawsze pozostała sztywna. W. Łukasiuk po zawarciu związku małżeńskiego z Jadwigą Oksiutówną osiedlił się w Mężeninie nad Bugiem (gm. Sarnaki pow. Siedlce), skąd pochodziła jego żona. Miał z nią troje dzieci: synów Zygmunta i Andrzeja (urodzonych w 1937 i 1939 r.) oraz córkę Martę (urodzoną w 1942 r.). Do wybuchu wojny pełnił funkcję zastępcy wójta gminy Sarnaki. Utrzymywał się z prowadzenia wiejskiego sklepiku. Starostwo wydzierżawiło mu także dwa odcinki rzeki Bug. Każdy, kto chciał tu łowić ryby lub uprawiać sporty wodne musiał uzyskać zgodę W. Łukasiuka i uiścić stosowną opłatę. Trzeba dodać, że sam W. Łukasiuk był zapalonym rybakiem i wiele czasu spędzał nad Bugiem. Istnieje uzasadnione przypuszczenie, że w okresie tym pracował dla polskiego wywiadu, rozpracowując lewicujących wolnomularzy z Zakonu Wszechświatowego Zjednoczonego Wolnomularstwa „Le Droit Humain" oraz Polskiego Towarzystwa Teozoficznego, odbywających spotkania we dworze w Mężeninie (pod oficjalnym szyldem „Spółdzielni dla prowadzenia kolonii letnich"). Rozpracowywał m.in. Wandę Wasilewską będącą częstym gościem w mężenińskim dworze, komunistkę, która złowrogo zapisała się w historii Polski.

W wojnie obronnej 1939 r. W. Łukasiuk nie brał udziału, gdyż ze względu na swe kalectwo był zwolniony ze służby wojskowej. Natomiast od pierwszych miesięcy okupacji uczestniczył w konspiracyjnej pracy niepodległościowej. Już 4 II 1940 r. został zaprzysiężony jako żołnierz ZWZ (następnie AK). Dowodził drużyną konspiracyjną z Mężeninia, wchodzącą w skład 8 kompanii utworzonej na terenie IX Ośrodka Sarnaki – Górki Obwodu AK Siedlce. Najpoważniejszym przedsięwzięciem organizacyjnym, w którym uczestniczyła drużyna „Młota", była „akcja V" polegająca na zbieraniu elementów niemieckich rakiet V-2. Nocą 9/10 VIII 1944 r. drużyna „Młota" uczestniczyła w odbiorze alianckiego zrzutu broni. 4 X 1944 r. „Młot" będąc zagrożony aresztowaniem przez NKWD poszedł na stałe „do las
u" (tę datę, jako początek swej działalności partyzanckiej, podawał w dokumentacji 5 i 6 Brygady Wileńskiej). Od tej chwili do końca życia pozostawał już na „nielegalnej stopie", chodził po terenie w mundurze i z bronią.

Zimą 1944/45 r. plut. „Młot" nawiązał pierwszy kontakt organizacyjny z Obwodem Bielsk Podlaski, należącym do Białostockiego Okręgu AK. 18 III 1945 r. patrol „Młota" wspólnie z oddziałem T. Chomko „Gerwazego" rozbił grupę operacyjną NKWD na drodze Mężenin – Figały, zadając jej wysokie straty i odbijając kilkunastu aresztowanych. Wkrótce potem grupa „Młota" weszła w skład oddziału partyzanckiego AK-AKO Bielsk Podlaski dowodzonego przez ppor. Teodora Śmiałowskiego „Szumnego", gdzie „Młot" objął funkcję dowódcy pierwszego plutonu, a prawdopodobnie także zastępcy komendanta. Jego pluton wyróżniał się bojowością na tle innych pododdziałów tej jednostki. W szeregach tej jednostki „Młot" i jego żołnierze uczestniczyli w wielu udanych akcjach bojowych, m.in. w walce z grupą operacyjną NKWD, KBW i MO w rejonie Ostrożan. Najsłynniejszą akcją oddziału ppor. „Szumnego", w której pluton „Młota" odegrał główną rolę, było uderzenie na kompanię 11 pułku KBW (w sile ponad 130 żołnierzy) kwaterującą w Siemiatyczach.

Podczas służby w oddziale ppor. „Szumnego" plut. „Młot" złożył egzamin Kursu Szkoły Podchorążych Rezerwy Piechoty (SPRP), zorganizowanego dla kadry dowódczej Obwodu AK-AKO’ Bielsk Podlaski. W dwa miesiące później, w sierpniu 1945 r. pchor. „Młot" został awansowany do stopnia podporucznika czasu wojny. Opinia na jego wniosku awansowym była sformułowana następująco: „W czasie akcji „Burza" odznaczył się odwagą i inicjatywą. Następnie był dowódcą plutonu partyzanckiego, dokonał szeregu pomyślnych akcji, zlikwidował wielu szpiclów, był wzorem odwagi w walce". Kolejne awanse: sierż. pchor. (VI 1945 r.) , ppor. cz.w. (15 VIII 1945 r.), por. (X 1946 r.), kpt. (11 XI 1947 r.). Został też odznaczony KW.

Po śmierci ppor. „Szumnego" 26 VII 1945 r. w walce z grupą operacyjną KBW dowodzony przezeń oddział został rozformowany. Jednak „Młot" dołączył 1 VIII 1945 r. wraz ze swoim plutonem do 5 Brygady Wileńskiej. W sierpniu 1945 r. walczył wraz ze szwadronem por. „Zygmunta" pod Sikorami, Zalesiem i w Miodusach Pokrzywnych. Po demobilizacji 5 Brygady pozostał wraz z ppor. Lucjanem Minkiewiczem „Wiktorem" w polu na czele oddziału kadrowego. Na zlecenie Obwodu WiN Bielsk Podlaski wykonał jesienią 1945 r. szereg udanych akcji bojowych (najbardziej spektakularną z nich był zwycięski bój z grupą operacyjną NKWD 30 XI 1945 r. pod Łempicami). Od lutego 1946 r. oddział dowodzony przez „Wiktora" i „Młota" przeszedł ponownie pod rozkazy mjr „Łupaszki" i otrzymał nazwę 6 Brygady Wileńskiej.

W 6 Brygadzie Wileńskiej „Młot" początkowo pełnił funkcję zastępcy dowódcy, zaś od 18 10 1946 r. mianowany został przez mjr. „Łupaszkę" jej dowódcą. Przez dalsze 3 lata dowodził nią, potrafiąc utrzymać się w terenie nawet w najtrudniejszych okresach. Był człowiekiem solidnym, odpowiedzialnym, mającym przy tym świetny instynkt partyzancki. Wyróżniała go mocno zarysowana osobowość i bardzo silny charakter. Odbiciem jego rzetelności w sprawach codziennych jest drobiazgowo prowadzona księgowość 6 Brygady Wileńskiej (nie było mowy o lekkomyślnym szafowaniu ciężko zdobywanymi środkami finansowymi). Osobiście był bardzo odważny. Pomimo kalectwa zawsze maszerował z oddziałem. Starzy mieszkańcy Podlasia pamiętają, że poruszanie się sprawiało mu trudność, często podpierał się używanym przez siebie dziesięciostrzałowym karabinem SWT (tzw. samozariadką). Z pozornie niewyróżniającego się niczym szczególnym terenowego dowódcy niskiego szczebla, w ciągu kilku lat „wyrósł" na najwybitniejszego partyzanta Podlasia. Jego autorytetowi ulegali najlepsi partyzanci i konspiratorzy Podlasia, zdecydowani na kontynuowanie zbrojnej walki o niepodległość po amnestii lutowej 1947 r. – por./kpt. „Huzar", por. „Brzask", plut. „Sokolik", plut. „Ryg" i inni. Cenił go i bardzo się z nim liczył sam major „Łupaszka". Charakteryzował go poprawny stosunek do ludności, bez względu na pochodzenie narodowe, stanowe, czy religijne. W oddziale, rekrutującym się głównie z ludności wiejskiej i małomiasteczkowej, służyli zgodnie zarówno żołnierze pochodzenia drobnoszlacheckiego jak i włościańskiego; w tym także prawosławni. Dbałość o ludność (przejawiająca się m.in. w skutecznym zwalczaniu bandytyzmu i złodziejstwa), dyscyplina panująca w 6 Brygadzie, a także konsekwencja w walce z kolejnymi okupantami sprawiły, że jeszcze za życia stał się wśród ludności Podlasia postacią niezwykle popularną, można powiedzieć – legendarną. Wśród podkomendnych był niezwykle lubiany i szanowany. Z kolei władze komunistyczne przez pół wieku budowały oszczerczą „czarną legendę" „Młota", której pokłosie zbieramy do dzisiaj. Kpt. W. Łukasiuk „Młot" zginął 27 VI 1949 r. na kolonii wsi Czaje Wólka, jak można sądzić w wyniku nieporozumienia, z ręki swego podkomendnego Czesława Dybowskiego „Rejtana" (zwłoki zostały wykopane 13 VIII 1949 r. przez funkcjonariuszy UBP – miejsce pochówku do dziś jest nieznane).

Biogram kpt. "Młota" autorstwa Kazimierza Krajewskiego i Tomasza Łabuszewskiego