Szlakiem "Młota" i "Łupaszki" – część 7

CZĘŚĆ VII

W sierpniu 2001 r., w rocznicę bitwy pod Miodusami, odbyła się w Śledzianowie duża uroczystość. Byłem na niej. Był piękny, ciepły, pogodny dzień. Przyjechało tam około 50 byłych żołnierzy "Młota" i "Łupaszki". Po uroczystej mszy świętej, odprawionej przez księdza Eugeniusza Moczulskiego, udaliśmy się na cmentarz, by odwiedzić groby poległych kolegów. Były wspomnienia z tych i innych walk. Na grobie poległych znajduje się betonowa płyta z wyrytymi nazwiskami i pseudonimami:

Sawik Stanisław ps. "Gołąb"

…………………..ps. "Orkan"

…………………..ps. "Wróbel"

…………………..ps. "Olek".

Na tablicy data: polegli 17 sierpnia 1945 r.

– Oprócz pochowanych tutaj ośmiu żołnierzy, następnego dnia po bitwie zmarło jeszcze dwóch ciężko rannych. Jednego pochowano w Grannem, drugiego w Miłkowicach. Wśród rannych partyzantów była też lekko ranna sanitariuszka oddziału. Na imię miała Zofia, ps. "Kościerzanka". Wszyscy nazywali ją Zośka. Jakie było jej nazwisko, nie udało mi się ustalić. Pochodziła rodem z Wileńszczyzny. Wywieziona została na początku wojny do sowieckich łagrów. W 1943 r., kiedy generał Z. Berling zaczął tworzyć w ZSRR polską armię, wstąpiła do niej, do kobiecego batalionu im. Emilii Plater. Kiedy znaleźli się na Wileńszczyźnie, uciekła z innymi żołnierzami ze swej jednostki i wstąpiła do Piątej Wileńskiej Brygady AK – "Łupaszki".
Kilka lat temu ktoś mi mówił, że Zośka żyje. Mieszka w okolicy Gdyni lub Gdańska.
Podczas tej krwawej, zaciętej bitwy został ciężko ranny partyzant z Sokołowa, Eugeniusz Todorski ur. w 1925 r. Mieszkał przy obecnej ulicy Węgrowskiej 75. Dom ten stoi do dziś. Podczas okupacji wstąpił do AK. Na początku 1945 r. po rozwiązaniu tej organizacji, ujawnił się, jak wielu innych akowców. Już po kilku dniach został aresztowany. Przez cztery dni przesłuchiwano go w sokołowskim UB. Potem zwolniono. Ale zaraz następnego dnia przyszli do jego domu ubecy, by go znów aresztować. Nie zastali go w domu. Gdy wrócił, wiedział że trzeba się ukryć. Udał się do oddziału "Młota".

Wkrótce po bitwie, zanim opuszczono Miodusy, partyzanci zabrali swych zabitych i rannych, w tym Eugeniusza Todorskiego. Należało szybko opuścić tę miejscowość. Za kilka godzin mogły nadciągnąć z Bielska lub innych miejscowości jednostki wojskowe polskie i sowieckie. Ruszono więc spiesznym marszem na północ, wzdłuż Bugu. Przed wieczorem partyzanci zatrzymali się w nadbużańskiej wsi Kobyła, oddalonej około 15 km od Miodusów, by opatrzyć rannych. Kiedy zaczęto umieszczać ich w poszczególnych domach, "Skała" zobaczył rannego kolegę z Sokołowa – Todorskiego. Był ranny w piersi i w nogę. Wraz z innym partyzantem wzięli go pod ręce i zanieśli do stojącej w głębi ogrodu małej, pochylonej od starości drewnianej chaty. Mieszkała w niej również bardzo stara kobieta. Małe okienka domku były tak nisko, że uchyliwszy je, weszli przez nie do środka, dając jeden krok. W mrocznej izbie "Skała" spostrzegł leżącą na sofie pierzynę. Położył ją na podłodze przy ścianie i wspólnie z kolegą ułożyli na niej rannego. Nie mogli tu zostać długo. Czas naglił. Niedługo mogło tu się pojawić wojsko, z pancernymi samochodami – tankietkami. Po odejściu partyzantów, gdy zapadł zmrok, wzięto ze wsi podwody – furmanki, które rozwiozły rannych do okolicznych miejscowości, odludnych kolonii, w rejonie wsi Łempice, Radziszewo, gdzie wielu gospodarzy współpracowało z "Młotem". Jednak Todorski nie miał szczęścia. W pośpiechu zabierano rannych i pominięto małą chatynkę, w której się znajdował. Następnego dnia we wsi zjawiło się wojsko i ubecy. Podczas rewizji przeprowadzonej w domach i innych budynkach, znaleziono rannego partyzanta. Na śledztwo zawieziono go do Bielska. Potem wożono po nadbużańskich wioskach, pytając, gdzie bandyci mają swoje kryjówki, kto z nimi współpracuje, kto im pomaga. Podczas tej wędrówki bito go w wioskach, przy ludziach, grubym żelaznym prętem od parnika. Podobnie bito aresztowanych mieszkańców różnych wiosek. Todorski jednak nic nie powiedział. Po kilku dniach zawieziono go do Bielska i tam zamęczono.

Kiedy ubecy i wojsko wracali do Bielska, natknęli się na inny oddział partyzantów. Podczas walki zginęło kilku ubeków i żołnierzy. Uszkodzono granatami samochód pancerny.

Nowa władza krwawo rozprawiała się ze schwytanymi partyzantami i ich sympatykami. Większość zabijano po krótkim śledztwie. Były przypadki, że schwytanych chłopów, podejrzanych o sprzyjanie partyzantom, kładziono na drodze i rozjeżdżano wojskowymi gazikami. Palono gospodarstwa, a nawet całe wioski, jak Olszewo.

Po bitwie pod Miodusami oddział staczał mniejsze i większe potyczki. W połowie września "Łupaszko" otrzymał rozkaz Komendy Okręgu Białostockiego WiN, aby rozwiązał swój oddział, tj. Piątą Wileńską Brygadę i dał partyzantom możliwość powrotu do życia cywilnego. Blisko połowa oddziału postanowiła skorzystać z tego zarządzenia, w tym również "Skała". Jednak nie było to takie proste. Odchodzących należało zaopatrzyć w fałszywe dowody osobiste pod innym nazwiskiem i dać pieniężne odprawy. To rozformowywanie oddziału trwało do połowy października 1945 r. Z zarządzenia tego skorzystał jeden z oficerów "Łupaszki" – "Zygmunt" – Bronisław Błażejewicz. Udał się z sanitariuszką – żoną, do Warszawy. Tu, po żmudnych staraniach otrzymał paszport belgijski. Umożliwiło mu to wyjazd na Zachód. Najpierw do Anglii, potem do Ameryki Południowej, następnie do USA – Kalifornii. W 2003 r. przyjechał do Polski. Trzeciego maja 2003 r. w Sokołowskim Ośrodku Kultury odbyło się spotkanie z "Zygmuntem". Miałem okazję porozmawiać z nim. Był w dobrej formie. Urodzony w 1918 r.

Po rozformowaniu oddziału jego stan liczebny wynosił zaledwie czterdziestu ludzi. Pozostali ci, którzy jak sami uważali, nie mogli wrócić do życia cywilnego. Jednak taki stan nie trwał długo. W bardzo szybkim czasie oddział zaczęli zasilać nowi ochotnicy. Ci, którym udało się uniknąć aresztowania lub wyrwać się z rąk bezpieki. Po rozwiązaniu Piątej Brygady AK, utworzono Szóstą Brygadę. Białostocki okręg WiN dowództwo tej brygady powierzył "Wiktorowi" – Lucjanowi Minkiewiczowi. W miesiąc później na dowódcę Szóstej Brygady powołano "Młota". W tym czasie odbyła się koncentracja partyzantów, nie będących w zwartym oddziale "Młota". Podczas tej koncentracji, w miejscu zbiórki, stawiło się kilkuset ludzi. Dowódcy dokonywali przeglądu, udzielali instrukcji. Następnie wszyscy rozchodzili się do swoich miejscowości. Czekali, aby podczas dokonywania większych akcji, wesprzeć oddział "Młota". Po ostatniej koncentracji, w końcu października oddział jego liczył ponad 120 ludzi. Wśród partyzantów panował dobry nastrój. Czuli w sobie siłę. Drżały przed nimi wszystkie mniejsze placówki i komendy milicji, i ubeków. Jeszcze przed nastaniem zimy "Młot" planował dokonać kilka większych akcji. Pokazać, że jego oddział nadal istnieje i nie pozwoli na bezkarność ubeków. Rozbrojono posterunki milicji w Siemiatyczach, Kleszczelach i Milejczycach. Na początku listopada oddział kwaterował we wsi Grodzisk, kilkanaście kilometrów na północny wschód od Miodusów.

– Było już po południu, zbliżał się wieczór – wspomina Józef Radziszewski z Drohiczyna. Nagle do wsi wpada partyzant, który stał na czujce. Podbiegł do stojącego na drodze "Młota" i woła: – Wojsko jedzie samochodem do wsi!
– Ilu ich jest? – zapytał "Młot".
– Jeden samochód! Ale jest ich dużo, samochód jest odkryty!
– Wpuścić ich do wsi! – rzekł "Młot".

Partyzanci natychmiast ukryli się wśród opłotków i domów. A gdy samochód wtoczył się powoli do wsi, wyskoczyli z automatami i w ciągu minuty rozbroili żołnierzy. Dowodzący żołnierzami oficer zaczął prosić "Młota", aby żołnierzom nie zabierał całej broni, bo inaczej czeka go sąd polowy – zostanie rozstrzelany. Więc żołnierzom zabrano tylko amunicję.

– A gdy nastał wieczór – ciągnął swoją opowieść pan Józef – wypuściliśmy ich. Oni pojechali w jedną stronę, my poszliśmy w drugą.

Była druga połowa listopada, zbliżała się zima. "Młot" postanowił przed nastaniem mrozów dokonać jeszcze jakiejś większej akcji. Od swych informatorów zbierał wiadomości o poczynaniach ubeków i wojska. Wreszcie zapadła decyzja. Zdobyć Brańsk, kilkutysięczne miasteczko położone nad Nurcem. Wspomina o tym Józef Radziszewski:

"Szliśmy na Brańsk. Było nas ponad 120. Wieczorem doszliśmy do wsi Łempice. Prawie cała wieś współpracowała z "Łupaszką" i "Młotem". Zostaliśmy tu na noc. Od Brańska dzieliła nas odległość około 15 km. Mieliśmy tu pozostać do wieczora. O zmroku opuścić wieś, by w nocy opanować miasto. Ale wczesnym rankiem, zaledwie się rozwidniło, zobaczyliśmy że od północnej strony, od szosy Ciechanowiec – Brańsk, szerokim kołem zaczęli otaczać wieś jacyś żołnierze. Po ubiorze rozpoznaliśmy mundury polskie i sowieckie."
c.d.n.

Szlakiem "Młota" i "Łupaszki" – część 6

CZĘŚĆ VI

Noc z 12 na 13 sierpnia "Młot" z oddziałem spędził na koloniach w okolicy Krzemienia. Podczas tego wypoczynku ktoś "Młotowi" podsunął myśl, aby 15 sierpnia udać się do Jabłonny. W tym dniu obchodzono święto kościelne. Przed rokiem 1939 w tym dniu świętowano również rocznicę "cudu nad Wisłą" z 1920 r.
"Młot" przyjął tę propozycję. A rankiem następnego dnia wysłano do Jabłonny zaufanych ludzi, by sprawdzili, czy na tym terenie nie ma wojska. Po kilku godzinach zwiadowcy wrócili i zdali raport. W Jabłonnie i w okolicy nie ma wojska. Jedynie przy budynku gminy znajduje się posterunek milicji z kilkoma funkcjonariuszami. Jeszcze tego samego dnia, po południu, 14 sierpnia, oddział "Młota" był w Jabłonnie. Zakwaterowali się w kilku miejscach. W dawnym dworze Bujalskich oddalonym około 600 metrów od centrum wsi. Kwaterowali też w Jabłonnie Średniej, jakby trochę na uboczu tej rozległej, rozrzuconej miejscowości. Gościny udzielili im Zdolińscy – właściciele wiatraka, Kosieradzcy i inni gospodarze. A że dzień był dość ciepły i pogodny, toteż partyzanci czyścili i prali swe ubrania, buty, golili się, odnawiali ubiór jak na jakąś defiladę. Kiedy to czynili, w kwaterze "Młota" zjawili się współpracujący z nimi ludzie z Jabłonny, informując go o podających się za partyzantów bandytach. Usłyszawszy to, "Młot" zaraz wysłał swoją żandarmerię do Tchórznicy, Władysławowa i Toczysk, by zlikwidowali owych bandytów. Na szosie wiodącej do Sokołowa wystawiono ubezpieczający posterunek – trzech ludzi uzbrojonych w erkaem i automaty. Wystawiono również dwa mniejsze posterunki. Wszyscy mieli czuwać nad bezpieczeństwem oddziału.

Następnego dnia, około godziny dziewiątej rano, przed kościołem odbyła się zbiórka. Około osiemdziesięciu partyzantów ustawiło się w dwuszeregu. Przed oddziałem stanął "Młot" i dokonał przeglądu swych żołnierzy. Ocenił ich wygląd i uzbrojenie. Potem padła komenda: – W prawo zwrot! Naprzód marsz!

Cały oddział w zwartym szyku wszedł w szeroko otwarte drzwi kościoła. Ceremonii tej przyglądało się kilkadziesiąt osób z Jabłonny i parafii, którzy przyszli na poranną mszę świętą. Ówczesny proboszcz, Aleksander Fijałkowski, wygłosił długie, patriotyczne kazanie. Organista Miłosz grał i śpiewał przedwojenne pieśni legionowe i wojskowe. Jedną z nich był partyzancki hymn – O Panie, któryś jest na niebie… (w oddziałach "Łupaszki" i "Młota" często śpiewano tę pieśń). Była to naprawdę wielka uroczystość.

Po nabożeństwie, wychodzących z kościoła partyzantów witały setki mieszkańców parafii, wręczając im kwiaty i różne drobne upominki. Później w strażackiej remizie urządzono zabawę, która trwała do wieczora. (Świadkiem tych wydarzeń – uroczystości była wówczas szesnastoletnia Jadwiga Kosieradzka, później Trzcińska z Jabłonny). Gdy zaczął zapadać zmrok, "Młot" wydał polecenie zbiórki oddziału. Jednak jego podkomendni tak się "roztańczyli" z miejscowymi pannami, że po półgodzinnym oczekiwaniu zebrała się zaledwie połowa oddziału. Wówczas jeden z dowódców kazał wystrzelić z erkaemu dwie długie serie. To poskutkowało. Po kilku minutach zjawili się wszyscy. Partyzancka orkiestra zagrała marsza i oddział ruszył na drogę wiodącą do Teofilówki i Krzemienia. W połowie drogi skręcili w prawo, w kierunku Gródka. Tu zawodowy rybak i przewoźnik – Ruciński przewiózł łódkami cały oddział na drugą stronę Bugu. (W tym czasie w Gródku funkcjonował prom, którym przewożono konne furmanki, konie, bydło, owce i inne ładunki.). Przyczyną udania się oddziału na przeciwny brzeg Bugu było to, że podczas pobytu "Młota" w Jabłonnie, zjawiło się u niego kilka osób z okolicy Perlejowa, prosząc go, aby wziął w obronę ludzi z tamtych okolic. Sowieckie ekspedycje, które razem z ubekami wyruszyły z Bielska, organizowały we wsiach obławy na ludzi. Aresztowano i bito napotkane osoby, domagając się informacji o tym, gdzie znajdują się partyzanci.

Po opuszczeniu Jabłonny przez oddział "Młota" wielu mieszkańców tej miejscowości obawiało się represji ze strony ubeków i wojska. Rzeczywiście, w dwie godziny później, przyjechało do wsi razem z ubekami kilka samochodów wojska. Zlustrowali pobieżnie wieś. Pytali o ilość partyzantów i o to dokąd się udali. Tym razem nikogo nie aresztowali i około północy opuścili wieś. Prawdopodobnie bali się, aby w drodze powrotnej do Sokołowa nie urządzono na nich zasadzki.

Tymczasem "Młot" znalazłszy się z oddziałem na prawym brzegu Bugu, ruszył w kierunku Śledzianowa i Perlejowa. Tu dołączyło do niego kilkunastu uzbrojonych partyzantów, którzy w mniejszych grupach działali na tym terenie. Wieczorem, 17 sierpnia, oddział dotarł do wsi Miodusy Dworaki, oddalonej zaledwie dwa kilometry od Perlejowa – dużej osady, w której wówczas raz w miesiącu odbywały się targi. W Miodusach zamierzano spędzić noc i następny dzień, by zebrać wiadomości o tym, gdzie znajdują się grupy operacyjne UB i NKWD. "Młot" wybrał sobie na kwaterę duży drewniany dom z gankiem, stojący na początku wsi, u Krzyżanowskiego.

Ranek 18 sierpnia był pochmurny. Czasami przez warstwę chmur przebijało się słońce. Około godziny dziesiątej kilku rolników zaczęło zwozić z pól zboże. Żniwa w tym roku były opóźnione, ponieważ rok był mokry, a szczególnie lipiec. Na polach pozostawało jeszcze trochę zboża.

Gospodarze, u których na kwaterę zatrzymali się partyzanci, zaczęli przygotowywać obiad dla swych gości. Około godziny dziesiątej trzydzieści niebo się zachmurzyło i zaczął padać drobny deszczyk. W tym czasie na drodze wiodącej od strony Ostrożan, pokazało się kilka odkrytych ciężarowych samochodów – prawdopodobnie było ich sześć. Wozy zatrzymały się około trzysta metrów przed wsią. Z pierwszych samochodów szybko zaczęli wyskakiwać żołnierze w rosyjskich mundurach i szerokim półkolem otaczać wieś. Z dwóch ostatnich wozów poczęli wychodzić żołnierze w mundurach polskich – byli to ubecy. Kiedy to ujrzał stojący na czujce partyzant, wygarnął do biegnących serię z erkaemu. Poderwało to na nogi partyzantów. Wybiegli ze swych kwater, zajmując w dogodnych miejscach stanowiska obronne. W tym czasie "Młot" wyszedł z mieszkania na ganek i spojrzał na pole. Zobaczywszy sowieckich żołnierzy, rzekł głośno: -Już żeśmy się najedli obiadu! – Chwycił swoją samoseriatkę – dziesięciostrzałowy rosyjski karabin, wybiegł przed ganek i zaczął strzelać do wroga. A podobno strzelał bardzo celnie. Jednocześnie z sąsiednich domów i opłotków rozległy się serie z karabinów maszynowych i automatów.

Rosjanie, którzy pierwsi opuścili swe samochody i ruszyli szybko do wsi, dobiegli do pierwszych budynków. Pozostali, będący w tyle, padli na ziemię zajmując stanowiska strzeleckie na nierównościach terenu. Większość partyzantów, wypoczywających w domach i stodołach, była zaskoczona nagłym pojawieniem się Rosjan. Ale szybko ochłonęli i zaczęli ze wszystkich stron ostrzeliwać sowietów. Najzaciętsza walka rozgorzała we wsi. Walczono o każdy dom i podwórze, używając pistoletów i granatów. Często z jednej strony domu czy stodoły byli partyzanci, a z drugiej Rosjanie. Wtedy wygrywali ci, którzy pierwsi zdążyli użyć granatów. Od zapalających pocisków, wystrzelonych z ręcznych karabinów przez ubeków i Rosjan, zapaliło się kilka budynków. Walczący obok nich sowieci czy partyzanci szukali innych stanowisk. Po blisko godzinnej walce wybito znajdujących się we wsi Rosjan i ubeków. Walki przen
iosły się na pobliskie pola, gdzie stały jeszcze resztki niewykoszonego owsa i jęczmienia. Tu znajdowała się większość sowietów i ubeków. Ale teraz głośniej odzywały się partyzanckie erkaemy, siejąc długimi seriami, które we wsi, między domami i opłotkami niewiele mogły zdziałać. Ich pociski "kosiły" zboże i kryjących się w nim wrogów. Partyzanci atakowali, posuwając się skokami naprzód. A od wschodu zaczęto szerokim kołem otaczać pozycje sowietów i ubeków. Erkaemiście Henrykowi Jakonowskiemu ps. "Skała" zamilkł nagle diehtierow. Cóż się stało? – pomyślał – zaciął się zamek? Po krótkim mocowaniu się z erkaemem wyjął zamek i stwierdził, że pękła sprężyna i przestała działać iglica zbijająca spłonki w nabojach. Erkaem stał się bezużyteczny. Zaczął się wycofywać do odległych o sto metrów budynków. Wtedy znajdujący się w pobliżu partyzanci zawołali groźnie: – Stój! Ani kroku do tyłu!

– Pękła mi sprężyna w zamku! – odparł "Skała". Wtedy pozwolono mu się wycofać do wsi, gdzie otrzymał pepeszę po zabitym Rosjaninie.

Walka stawała się coraz bardziej zacięta. Sowieci i ubecy ponosili coraz większe straty. Kiedy zobaczyli, że lewe ich skrzydło zostało otoczone, zaczęli się szybko wycofywać. Pierwsi uczynili to ubecy, uciekając skokami w kierunku zachodnim. Za nimi poszli sowieci. Kiedy znaleźli się na gołym polu, stali się doskonałym celem. Większość ich dosięgły partyzanckie erkaemy. Kilku Rosjan z majorem Gribko na czele, wydostawszy się poza zasięg kul, uciekała w kierunku Perlejowa. Po drodze major dostrzegł na łące konia. Wskoczył na jego grzbiet i na oklep popędził przed siebie. Nie ujechał jednak daleko. Zabili go inni partyzanci, z sąsiedniej wsi. Nie mieli także szczęścia ubecy. Część wymknęła się z okrążenia. Kilku innych uciekało w kierunku Osnówki i Bugu. Za nimi ruszyło w pogoń kilkunastu partyzantów. Po blisko godzinnej ucieczce ubecy dotarli do rzeki. Ci, którzy umieli pływać, przepłynęli na drugą stronę Bugu. Kilku innych zginęło nad brzegiem rzeki.

Tak w przybliżeniu wyglądała bitwa pod Miodusami, czyli wyprawa UB i NKWD z Bielska przeciw "Młotowi" i "Łupaszce". Straty Rosjan wynosiły ponad pięćdziesięciu zabitych. Straty ubeków wyniosły około dwudziestu zabitych. Całość ekspedycji liczyła dziewięćdziesięciu ludzi.

Partyzanci zwyciężyli, ale także ponieśli duże straty. Poległo ośmiu ludzi, rannych było około piętnastu. Wśród zabitych byli dwaj sierżanci: "Kruk" i "Harłapan", obaj z Wileńszczyzny. Pochowani zostali z dwoma innymi kolegami na cmentarzu w Perlejowie. Skromne ich nagrobki i częściowo zatarte tabliczki oglądałem szóstego sierpnia 1992 r.
Pozostałych czterech partyzantów pochowano na cmentarzu w Śledzieniowie w jednej mogile.
c.d.n.

Szlakiem "Młota" i "Łupaszki" – część 5

CZĘŚĆ V

Tego samego wieczoru, kiedy pod Żeleźnikami toczyła się bitwa, Urząd Bezpieczeństwa i milicja w Sokołowie ogłosiły alarm, podając do wiadomości, że kilka kilometrów od miasta znajduje się duża reakcyjna banda, licząca kilkuset ludzi. Można się więc spodziewać, że w nocy bandyci zechcą opanować miasto. Było to kilkanaście godzin po bitwie, jaką stoczono pod Wężami. Po tym obwieszczeniu, wszyscy ubecy, milicjanci, członkowie ZWM i inni, którzy posiadali legalnie broń, szybko podążali do budynków Urzędu Bezpieczeństwa i Komendy Powiatowej Milicji przygotowując się do obrony. Zamieszanie i strach potęgował jeszcze fakt, że w mieście nie było elektrycznego oświetlenia i panowały ciemności. Podczas tego alarmu i kilku przypadkowo oddanych strzałach, jeden z milicjantów, sądząc, że budynek milicji może zostać zdobyty przez partyzantów, opuścił komendę i ukrył się w częściowo spalonej, jednopiętrowej kamienicy po przeciwnej stronie ulicy, oddalonej zaledwie 30 metrów od budynku Komendy Powiatowej. Za najbardziej bezpieczne miejsce uznał komin. A że luft u dołu był dość szeroki, wcisnął się w niego cały. Kiedy odwołano alarm, milicjant usiłował wydostać się ze swojej kryjówki. To jednak okazało się niemożliwe. Zaczął więc wzywać pomocy, głośno krzycząc. W pobliskiej komendzie usłyszano krzyki i wołania dochodzące z komina spalonej kamienicy. Zaraz też udało się tam kilku milicjantów, którzy wyciągnęli ukrytego bohatera. Komenda milicji mieściła się wówczas przy ulicy Długiej 22. Była to jednopiętrowa kamienica, wybudowana przez Stanisława Leoniaka w 1922 r. Przed wojną i podczas okupacji była tam najlepsza w mieście restauracja Klema, a w latach 1951-70 żeński internat. W miejscu tej spalonej kamienicy, w której ukrył się milicjant, stoi obecnie dom Popowskich. Tego samego wieczoru, inny milicjant, w cywilnym ubraniu, z biało-czerwoną opaską na ręku, patrolując ulicę miasta, ujrzał zbliżającego się mężczyznę. Był nim aktywny przedwojenny działacz komunistyczny, wiceburmistrz, Bronisław Kamiński. Zdążał on przed spodziewanym napadem do komendy MO. Milicjant zapewne go nie znał lub nie poznał w ciemnościach nocy, ponieważ zawołał: – Stać! Ręce do góry! Dokumenty! Wiceburmistrz bardzo się przestraszył tych słów. Myślał, że to jakiś partyzant, jeden z tych, którzy zamierzali opanować miasto. Sięgnął więc ręką do kieszeni niby po dowód, wyjął pistolet i strzelił do milicjanta, raniąc go. Ranny milicjant zaczął krzyczeć i wzywać pomocy. Wkrótce zjawili się milicjanci i żołnierze. Zabrali wiceburmistrzowi broń i wsadzili go do aresztu, gdzie bezpiecznie przesiedział on do rana. Przydzielonego mu pistoletu już nie odzyskał.

Po opuszczeniu miejsca bitwy pod Żeleźnikami, "Młot" przedstawił oficerom z kompani "Łupaszki" zamiary swego planu – dotarcie ponownie do nadbużańskich okolic. Tu czuł się najbardziej pewnie. Znał drogi, wioski, ludzi. "Wiktor" i "Zygmunt" przyjęli tę propozycję, ponieważ i oni znali te okolice. Poza tym mieli kilku rannych i trzeba ich było umieścić gdzieś w tamtych stronach. Pozostała jeszcze jedna sprawa którą każdy z nich chciał inaczej rozwiązać. Co zrobić ze zdobytą armatą? Zatrzymać ją na stałe w oddziale? Czy też ukryć gdzieś, a podczas większych operacji użyć do walki? Obie propozycje były do przyjęcia. Było jednak coś, co niepokoiło dowódców. Ciągniona armata zostawiała po sobie ślady kół – opon, podobne do samochodowych. Partyzanci byli pewni, że gdy nastanie dzień, wojsko, ubecy i sowieci, ruszą ich śladem. A będą ich prowadziły ślady kół armatnich. Rozważając różne propozycje, dowódcy doszli do wniosku, że armatę trzeba gdzieś zostawić, a gdy nie znajdą odpowiedniego miejsca, utopić w głębokiej wodzie. Po to właśnie, po godzinie marszu, na rozwidleniu leśnych dróg, sześciu zaufanych ludzi odłączyło się z armatą od partyzanckiego oddziału. Chcieli tym samym zmylić kierunek pościgu.

Wczesnym rankiem oddział dotarł do Skibniewa, miejscowości oddalonej 12 km od Sokołowa, znajdującej się na trasie Sokołów – Kosów. W miejscowym sklepie partyzanci zaopatrzyli się w papierosy i inne potrzebne im artykuły i po godzinnym odpoczynku ruszyli na wschód, w kierunku Sterdyni – osady liczącej około tysiąca mieszkańców. Jeszcze przed południem dotarli do obrzeży tej miejscowości. Wówczas do "Młota" podszedł jeden z partyzantów i rzekł: – Panie poruczniku, dzisiaj jest poniedziałek. W Sterdyni jest to dzień targowy. Może byśmy tam wstąpili? Zobaczymy, co porabiają milicjanci. Może zastaniemy tam ubeków?

"Młot" nic nie odpowiedział. Chwilę spoglądał na widniejące w oddali domy miasteczka. Potem podszedł do porucznika "Zygmunta", zamienił z nim kilka słów, wskazując ręką w kierunku Sterdyni. Po chwili wahania "Zygmunt" potakująco skinął głową. Zaraz też wydzielono z oddziału około sześćdziesięciu partyzantów w kompletnych wojskowych mundurach i z odznakami wojskowych stopni. Oni pierwsi mieli wkroczyć do miasteczka. Porucznicy mieli na sobie ładne oficerskie mundury, wysokie czapki rogatywki, pięknie obszyte srebrnymi dystynkcjami i gwiazdkami, przez ramię przewieszone skórzane koalicyjki, krzyżujące się na piersiach. Na nogach buty z cholewami, tzw. oficerki, jakie nosili przedwojenni sanacyjni oficerowie. W tym czasie, kilku partyzantów uzbrojonych w erkaem, zajęło stanowisko na skraju miasteczka przy szosie wiodącej do Sokołowa. Druga podobna grupa obsadziła drogę od strony Ceranowa. Tabory z amunicją, prowiantem i rannymi – trzy furmanki – udały się w kierunku Kiełpińca, gdzie w rozrzuconych na koloniach domach zamierzano ukryć rannych. Do miasteczka wkroczyli jak wojsko, czwórkami, idąc prosto do rynku (obecnie jest to skwerek obok kościoła). W tym czasie odbywał się tu wiec zorganizowany przez władze powiatowe z Sokołowa i miejscowych komunistów. Partyzanci zatrzymali się obok grupki ciekawskich, przysłuchując się temu, co mówi aktywista. Przemówienie było apelem do ludności, aby popierała nową władzę. Przemawiający, kończąc swe wywody, zawołał:

Niech żyje PPR!

Gdy skończył, do aktywisty podszedł "Wiktor" i przedstawił się mu jako oficer Ludowego Wojska Polskiego, dodając, że uważnie wysłuchał przemówienia. Na twarzy agitatora pojawił się ciepły uśmiech. Ale za moment "Wiktor" dodał:

– Pokażcie mi swój dowód i legitymację PPR.

Aktywista podał "Wiktorowi" swoje dokumenty, a ten stojącemu obok partyzantowi wskazał owego aktywistę, mówiąc: – Zatrzymaj go!

W tym czasie do partyzantów podszedł inny cywil i zagadnął:

– Panowie, jesteście wojskiem? – To dobrze, że tu jesteście. W okolicy kręcą się różne bandy, a przy was można czuć się bezpiecznie.

Po krótkiej rozmowie, zwierzył się, że zapisał się do Urzędu Bezpieczeństwa w Sokołowie, ale jeszcze nie otrzymał legitymacji.

– Nie wiem, czy mnie przyjmą – powiedział.
– Dobrze, że to powiedziałeś – odparł najbliżej stojący partyzant.
– Chodź z nami – dodał, biorąc cywila za rękę.

Za chwilę krótkie przemówienie wygłosili partyzanci w wojskowych mundurach. Gdy to czynili, inni partyzanci zaprowadzili aktywistę PPR w pobliskie krzaki, nad rzeczkę Buczynkę przecinającą Sterdyń. Następnie kazali mu wyciąć porządny kij. Potem zaprowadzili go na rynek, położyli na bruku
i wlepili mu na tyłek 25 kijów. Tyle samo otrzymał ten, który mówił, że zapisał się do UB, lecz jeszcze nie otrzymał legitymacji.

Podczas tej akcji rozbrojono posterunek milicji w Sterdyni, a kilku funkcjonariuszom wymierzono baty i udzielono upomnień. Kiedy targ dobiegał końca i ludzie zaczynali się rozchodzić, partyzanci opuścili miasteczko. Jednak ich kilkugodzinny pobyt, zrobił i tu, i w okolicznych wioskach wielkie wrażenie. Długo jeszcze powtarzano:

– Może to byli ci z Armii Andersa? Wyglądali jak prawdziwe wojsko!

Wyolbrzymiano liczbę żołnierzy, szacując ją na kilkaset osób. A miejscowym milicjantom, dokuczającym ludziom, odgrażano się, mówiąc:

– Czekaj draniu, przyjdą jeszcze nasi, to was załatwią.

Śpiewano nawet piosenki, na melodię: "Serce w plecaku":

A jak przyjdą andersiaki,
Zbiją komunistom sraki,
My z tego będziemy się śmiali,
Że takie lanie dostali.

Tę piosenkę, tylko o wiele dłuższą, jeszcze w latach 1960-70 śpiewał potężnym basem w sterdyńskiej restauracji Stanisław Ryciak z Paderewka. Oczywiście wtedy, kiedy był po kieliszku.

Po opuszczeniu Sterdyni oddział udał się w kierunku Kiełpińca i Białobrzegów. W tej okolicy planowano przeprawić się za Bug. Zanim doszło do przeprawy, otrzymali wiadomość, że w kierunku Nura i Siemiatycz wyruszyły z Bielska dwie operacyjne grupy wojska i ubeków, wspierane przez sowieckie oddziały NKWD. Ich celem było zniszczenie lokalnego ruchu oporu. Każda z tych ekspedycji liczyła około dwustu ludzi, wyposażona była w samochody pancerne. W tej sytuacji, większej grupie partyzantów trudniej będzie się ukryć w terenie. Odłączono więc jeden pełny pluton z kompani "Łupaszki". Ich zadaniem było dostać się w rejon Ciechanowca i Czyżewa. Kilkunastu innym, którzy eskortowali rannych i rozmieszczali ich w różnych miejscach, "Młot" udzielił kilka dni urlopu. A po kilku, kilkunastu dniach wracali ponownie do oddziału. W ten sposób liczba oddziału zmniejszyła się do 80 – 90 osób.
c.d.n.

Szlakiem "Młota" i "Łupaszki" – część 4

CZĘŚĆ IV

Atakowano głównie pierwszą grupą. Jadący w ciężarówkach żołnierze zostali całkowicie zaskoczeni. Partyzanci siali gęstym ogniem po kabinach i skrzyniach samochodów. Rozlegały się głosy komend i jęki rannych. Z wozów zaczęli wyskakiwać żołnierze, strzelając na oślep w przydrożne krzaki. Ich ogień był jednak zbyt słaby. Blisko połowa została zabita. Wielu było rannych. Dwa pierwsze samochody zaczęły płonąć. Leżący obok nich żołnierze wołali, że się poddają.

– Rzucić broń i wychodzić! – odpowiedzieli partyzanci. Na odpowiedź nie czekali długo. Z ziemi poczęły się podnosić postacie z podniesionymi rękami. Partyzanci przestali strzelać. Jeńców spędzono w jedno miejsce. Było ich ponad pięćdziesięciu. Oprócz nich – piętnastu zabitych i około dwudziestu rannych. Tym ostatnim opatrzono rany. Zdrowym zabrano około pięćdziesięciu mundurów i tyleż par butów. Z pola walki zebrano wszystką broń. Partyzanci zdobyli dwa ciężkie karabiny maszynowe, kilka erkaemów i inną broń. Jeden erkaem zaraz otrzymał "Skała". Część broni zniszczono.

Kiedy walki dobiegły końca i żołnierze z podniesionymi rękami poddali się partyzantom, druga grupa żołnierzy szybko opuściła swe samochody i zajęła w polu obronne pozycje. Dowódca tej grupy, a właściwie całej tej ekspedycji, kapitan Cynkin, widząc przewagę partyzantów, których ilość określił na kilkuset, nie zamierzał walczyć. Pragnął tylko uwolnić z rak partyzantów wziętych do niewoli żołnierzy. Wyszedł więc z ukrycia i ruszył w ich kierunku. Z odległości stu metrów rozpoczął pertraktacje z "Zygmuntem". Szybko zawarli układ. Partyzanci zwolnią wziętych do niewoli żołnierzy, a oni przez kilka godzin nie będą ich ścigać. "Zygmunt" i "Młot" przystali na te propozycję, bo na cóż przydaliby się im jeńcy? Wiedzieli również, że w krótkim czasie wojsko może otrzymać posiłki. Przeciąganie rokowań i postoju byłoby błędem. Poza tym mieli kilku rannych. Wśród nich, ranny w nogę kapitan "Nowina". Jego prawdziwe nazwisko – Lech Bejnar. Kilkanaście lat później znany jako Paweł Jasienica. Autor książek historycznych, w tym "Polska Piastów".(1)

Nadchodzącą noc postanowiono wykorzystać do dalszego marszu, kierując się w rejon lasów Stoczka Węgrowskiego. Szli szerokim polnym gościńcem. Zbliżała się północ. Byli już blisko wsi Żeleźniki. Kilkaset metrów od pierwszych domów idącą sto metrów przed oddziałem szpice zatrzymał donośny głos:

– Stoj, kto idiot?
– "Młot" – odparł partyzant zbliżając się do wartownika, ponieważ na wycofanie się było już za późno.
– Kakij "młot"? – zawołał ponownie Rosjanin.

Rozległa się długa seria z partyzanckiego automatu. Wartownik padł, ale w kilkanaście sekund później na skraju wsi została wystrzelona w górę rakieta. W jej świetle, w odległości około dwustu metrów, partyzanci zobaczyli wojskowy biwak. Po obu stronach drogi stały wojskowe samochody, wokół których poruszać się zaczęły sylwetki żołnierzy. Uruchomili oni dwa samochody, a ich światła skierowali w stronę, skąd padły strzały. W tym czasie "Młot", "Zygmunt" i "Wiktor" przez kilka sekund wymieniali swoje uwagi – wycofać się czy atakować. Byli w lepszej sytuacji od Rosjan. Znajdowali się na niewielkim wzniesieniu, skąd w świetle samochodowych reflektorów widzieli obóz przeciwnika. Zanim żołnierze wykręcili samochody i skierowali reflektory na partyzantów, padła komenda „rozwinąć oddział po obu stronach drogi i ognia do sowietów”.

Zaterkotały karabiny maszynowe i automaty. Przeciwnik natychmiast odpowiedział ogniem. Zaraz też zgasły reflektory samochodów. Partyzanci jednak zdążyli zauważyć ich sylwetki. Mimo panujących ciemności, sypali gęstym ogniem na sowiecki biwak. Od ich pocisków zapalił się samochód, po nim drugi i trzeci, oświetlając swymi płomieniami Rosjan. Na to tylko czekali partyzanci. Widzieli przeciwnika jak na dłoni. Sami nadal byli niewidoczni. Wkrótce dowódcy dali polecenie, by otoczyć wroga szerszym półkolem. Skokami przysuwali się coraz bliżej samochodów. Rosjan płonące samochody i wybuchy benzyny zmusiły do zmiany swojego stanowiska. Uciekali daleko w pole. Wielu z nich dosięgły zaraz serie z karabinów maszynowych. Po półgodzinnej walce opanowana została większość biwaku. Partyzanci znaleźli się tuż przy samochodach. Zobaczyli wtedy że około stu kroków dalej, przy ostatnim wozie znajduje się armata i kilku Rosjan ustawia działo, kierując jego lufę w ich stronę. Otworzyli więc gwałtowny ogień do obsługi działa. Padła część załogi. Pozostali skryli się za armatą. Dwóch uciekło w pole. Partyzanci podbiegli do działa. Schwytali też jednego Rosjanina, który jak się okazało był celowniczym armaty. Po całkowitym opanowaniu biwaku, Polacy przeładowali na swe furmanki żywność i część wojskowego ekwipunku. Postanowiono szybko opuścić to miejsce , gdyż rosyjscy żołnierze, którzy zbiegli ze swego obozu w pole, z dalszej odległości ostrzeliwali partyzantów. Przyczepiono więc do konnego wozu zdobytą armatę z kilkoma skrzynkami amunicji i ruszono wąską polną drogą w kierunku wschodnim, zabierając ze sobą rosyjskiego żołnierza, który potrafił obsługiwać armatę. (2)

Był to najwyższy czas, by opuścić zdobyty biwak, gdyż dwa kilometry dalej, za Żeleźnikami, stała kompania polskich żołnierzy, wysłanych do zwalczania partyzantki. Żołnierze ci, słysząc strzały, pospieszyli Rosjanom na pomoc. Gdy znaleźli się na miejscu potyczki, zebrali rozproszonych Rosjan i ruszyli w pogoń za partyzantami. W tym czasie oddział partyzancki oddalił się od miejsca potyczki około 700 metrów. W świetle dogasających samochodów zauważyli, ze polscy i rosyjscy żołnierze ruszyli ich śladami. Wówczas "Zygmunt" zatrzymał wóz ciągnący armatę. Kazał wziętemu do niewoli Rosjaninowi wycelować działo i oddano w kierunku ścigających żołnierzy kilka strzałów. To poskutkowało. Polscy i sowieccy żołnierze nie tylko się zatrzymali, ale szybko zaczęli się wycofywać. Wtedy partyzanci ponownie przyczepili działo do wozu i ruszyli przed siebie. A wziętego do niewoli celowniczego puścili wolno.

(1) Po bitwie rannego "Nowinę" partyzanci zawieźli do szpitala na Klimowiźnie. Po opatrzeniu rany został przewieziony do Hilarowa i ukryty u Stanisławy Stelęgowskiej ps. "Róża", sierżanta AK. Podczas okupacji była ona zastępcą komendanta szpitala polowego w Kosowie. Po kilku dniach "Nowinę" przeniesiono za Bug, do Jasienicy, gdzie ukrywał się za ołtarzem w miejscowym kościele pod wezwaniem św. Pawła. Stąd też późniejsze jego nazwisko – Paweł Jasienica.

(2) Była to prawdopodobnie armata kalibru 75 milimetrów z krótką lufa, o zasięgu 5-6 kilometrów. Pocisk odłamkowo-burzący ważył 6 kg. Inni mówili, że była to armata kalibru 45 milimetrów.

c.d.n.