OBŁAWA AUGUSTOWSKA 1945
r.
Obława augustowska była największą zbrodnią dokonaną
przez Sowietów na obywatelach polskich po zakończeniu II
wojny światowej. Mimo to ani podręczniki szkolne, ani encyklopedie
nic nie wspominają na ten temat. Do dziś nie są znane losy
zaginionych podczas obławy, nie wiadomo też, gdzie spoczywają ich
szczątki.
W lipcu 1945 r. oddziały Armii Czerwonej
wspomagane przez UB i MO przeprowadziły szeroko zakrojoną akcję
pacyfikacyjną obejmującą tereny Puszczy Augustowskiej i jej
okolic. Oddziały radzieckie przetrząsały lasy i wsie, aresztując
podejrzanych o kontakty z partyzantką niepodległościową.
Zatrzymano niemal 2000 osób. Część z nich po
przesłuchaniach wróciła do domu. Około 600 osób
zostało wywiezionych w nieznanym kierunku i wszelki ślad po nich
zaginął.
Silne podziemie niepodległościowe
W
pierwszym okresie II wojny światowej, po agresji na Polskę dwóch
okupantów, powiat suwalski oraz część augustowskiego zajęli
Niemcy, natomiast większą część powiatu augustowskiego zagarnęli
Sowieci. Polska ludność zamieszkująca te ziemie, odznaczająca się
głębokim patriotyzmem, od początku okupacji tworzyła szereg
organizacji konspiracyjnych, m.in. Tymczasową Radę Ziemi
Suwalskiej, Legion Piłsudskiego, Legion Nadniemeński czy Odrodzenie
Narodowe. Wszystkie te organizacje zostały później włączone
do Związku Walki Zbrojnej. Żołnierze podziemia nie dawali
okupantom spokoju. "Za czasów mojego przebywania w
Augustowie zginęło około 50 naszych ludzi… Polacy zdrowo nam
szkodzili. To była prawdziwa wojna" – pisze w swoich
wspomnieniach sekretarz Komitetu Rejonowego Białorusi, rządzącego
w Augustowie podczas pierwszej okupacji sowieckiej. Po wybuchu wojny
niemiecko-sowieckiej struktury organizacji niepodległościowych
ujednoliciły się jeszcze bardziej, tak że na obszarze ziemi
augustowskiej, suwalskiej i sejneńskiej żołnierze zbrojnego
podziemia walczyli właściwie pod jednym sztandarem Armii Krajowej,
zwanej na tych terenach Polskim Związkiem Powstańczym. Na początku
czerwca 1944 roku zaprzysiężonych w nim było około 5 tysięcy
członków AK.
Podczas akcji "Burza" na wiosnę
roku 1944 AK musiała się w dużym stopniu zdekonspirować, co,
niestety, po wyparciu wojsk niemieckich z północno-wschodnich
terenów Polski i zajęciu ich przez Sowietów miało
tragiczne konsekwencje. Żołnierze AK byli aresztowani, wywożeni na
Wschód lub siłą wcielani do Ludowego Wojska Polskiego. Te
prześladowania mocno nadwątliły struktury podziemnego wojska.
Dopiero wiosną 1945 roku żołnierze, którzy ukrywali się
w lasach, zaczęli na nowo organizować oddziały i uderzać w
komunistyczne władze. W efekcie ich działań do końca maja 1945
roku w powiecie suwalskim rozbito siedemnaście z osiemnastu
posterunków MO, z czternastu gmin funkcjonowały zaledwie
dwie. Na donosicielach i gorliwych pomocnikach władzy ludowej
wykonano dwadzieścia trzy wyroki śmierci. Równie aktywne
były oddziały prowadzące walkę na terenie powiatu augustowskiego.
Sukcesy AK mocno drażniły władze komunistyczne oraz ich
sowieckich mocodawców, ponieważ celem ataków coraz
częściej stawali się żołnierze Armii Czerwonej oraz NKWD, którzy
brali udział w akcjach skierowanych przeciw leśnym i prześladowali
ludność cywilną. UB, NKWD oraz oddziały Armii Czerwonej, które
powracały ze zdobytego Berlina i było ich wówczas na
Suwalszczyźnie coraz więcej, komunistyczni decydenci zaczęli
kierować do walki z podziemiem niepodległościowym. Były to
działania prowadzone głównie siłami sowieckimi, na życzenie
władz wojewódzkich i powiatowych.
Obława śmierci
Największą akcją "porządkową" była przeprowadzona
w lipcu 1945 roku obława – zwana od miesiąca "lipcową"
lub od miejsca (rejon Puszczy Augustowskiej) "augustowską".
Akcja ta zrealizowana została głównie przy użyciu sił
sowieckich – oddziałów NKWD, Smiersz oraz żołnierzy 3.
Frontu Białoruskiego. Funkcjonariusze UB, MO oraz miejscowi
konfidenci odegrali w niej judaszową rolę, wskazując osoby
kwalifikujące się do aresztowania, pełniąc rolę przewodników
i tłumaczy, asystując przy brutalnych przesłuchaniach. Siły
komunistyczne biorące udział w obławie liczyły w sumie
kilkanaście tysięcy osób.
Metody i okoliczności
aresztowań dokonywanych podczas tej dużej operacji były różne.
Żołnierzy AK oraz osoby im sprzyjające w miastach zatrzymywano
przeważnie wieczorem lub w nocy. Mieszkańców wsi wywlekano z
domów, zabierano z drogi czy z pola. We wsi Jaziewie zwołano
zebranie wiejskie i aresztowano wszystkich przybyłych na nie ludzi.
Wielu żołnierzy AK wzięto do niewoli podczas potyczek i bitew, do
których doszło podczas obławy. – Otoczyli całą wieś, było
ich tysiące – sowieckich bojców, szli jak do ataku,
tyralierą. Kazali wychodzić z domów na sprawdzenie
dokumentów. Potem wszystkich mężczyzn oraz niektóre
kobiety zapędzili do stodoły. Trzymali tam ludzi dwa tygodnie. Ja
czułem, że cały z tego nie wyjdę, więc kiedy pewnego dnia
wyprowadzili nas na zewnątrz, dałem nurka w zboże i tyle mnie
widzieli. Opowiadali mi później ludzie ze wsi, że po tych
dwóch tygodniach przyjechali ubecy w cywilnych ubraniach z
listami osób do aresztowania. Aresztowanych przewieziono do
Sztabina, a potem wywieziono w nieznane miejsce. Przepadli jak kamień
w wodę – wspomina lipcową obławę żołnierz AK Witold Żurawski z
Jastrzębnej k. Sztabina.
Zatrzymani zostali uwięzieni w różnych
punktach i często byli poddawani okrutnemu śledztwu. Spośród
1900-2000 aresztowanych około 600 osób wybrano z listy
wcześniej sporządzonej przy pomocy konfidentów. Były wśród
nich kobiety i 15-16-letni chłopcy. Osoby te, według informacji
świadków, zostały umieszczone na samochodach ciężarowych i
wywiezione w stronę wschodniej granicy. Od tego momentu wszelki
słuch o nich zaginął. Dziś jedno jest już pewne – zostali
zamordowani na mocy dyrektyw władz sowieckich i ich szczątki
znajdują się najpewniej gdzieś na terenie byłego ZSRS.
Poszukiwania zaginionych ich rodziny rozpoczęły zaraz po
obławie. Ślad urywał się w obozach filtracyjnych, w których
przez krótki czas przebywali aresztowani. O los swoich krajan
pierwsza głośno zapytała gmina Giby. W ciągu roku 1945 wywieziono
z niej 109 osób, w tym przeszło 90 zatrzymanych podczas
obławy. W listopadzie 1945 roku gmina wysłała w tej sprawie do
Warszawy delegację, której jednak nie udzielono żadnych
informacji o zaginionych. W czasie stalinowskim sprawa obławy była
tematem tabu, którego poruszanie mogło się zakończyć
tragicznie. W późniejszych latach panoszenia się w Polsce
komunizmu o ofiarach "lipcowej łapanki" mówiło się
tylko przy okazji tzw. odwilży. Poważnie kwestią tą zajęto się
dopiero w roku 1987, kiedy to Stefan Myszczyński (wśród
ofiar obławy było trzech jego braci i ojczym) odkrył nieznane
groby przy drodze Rygol – Giby. Początkowo przypuszczano, iż są to
groby zaginionych w lipcu 1945 roku, jednak po ich zbadaniu okazało
się, że znajdują się w nich szczątki żołnierzy niemieckich
poległych podczas walk.
Poruszona tym impulsem opinia społeczna
zaczynała jednak coraz żywiej interesować się losem ofiar
lipcowej obławy. Już 2 sierpnia 1987 roku powstał Obywatelski
Komitet Poszukiwań Mieszkańców Suwalszczyzny Zaginionych w
Lipcu 1945 roku. Choć miejscowe władze zabroniły Komitetowi
prowadzenia działalności, ten się zakazowi nie podporządkował.
Jego założyciele i członkowie – Piotr Bajer, Mirosław Basiewicz,
Stanisław Kowalczyk z Suwałk oraz Alicja Maciejowska, Maria
Chwalibóg i Jan Krzywosz z Warszawy – z oddaniem gromadzili
informacje na temat zaginionych. W roku 1992 kopie dokumentacji
zebranej w sprawie przekazali Prokuraturze Wojewódzkiej w
Suwałkach. Ta jednak jeszcze przed końcem tego roku umorzyła
sprawę ze względu – jak podała – na brak dostępu do odpowiednich
materiałów, szczelnie zamkniętych w postsowieckich
archiwach.
W roku 2001 akta sprawy trafiły do Instytutu Pamięci
Narodowej. Śledztwo prowadzi obecnie Oddziałowa Komisja Ścigania
Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Białymstoku. Jednak mimo
podjętych przez nią działań nadal nie ustalono ani losów
ofiar, ani sprawców ich domniemanej śmierci, ani miejsc
pochówku. Możliwości działań prokuratora na terenie kraju
zostały już wyczerpane. Kilkakrotne prośby o pomoc prawną strony
rosyjskiej pozostają bez odpowiedzi.
Tymczasem w Gibach i w
wielu miejscowościach, które w lipcu 1945 roku ogarnęła
sieć zbrodniczej obławy, rodziny ofiar wciąż czekają na wieści
o losach swoich mężów, żon, sióstr, braci… A ci
wołają za Hiobem: "Ziemio, nie kryj naszej krwi, iżby nasz
krzyk nie ustawał…".
Anglojęzyczna wersja tekstu (na stronie www.doomedsoldiers.com):
The Augustow Roundup in July, 1945>
Ostatni niezłomny – Józef Franczak ps. "Lalek" – część 1
OSTATNI
ŻOŁNIERZ NIEPODLEGŁEJ – Sierż. Józef Franczak ps. „Lalek” (1918-1963)
W małej wsi w
województwie lubelskim zginął jesienią 1963 roku podczas
obławy 45-letni Józef Franczak, poszukiwany listem gończym
były AK-owiec. Był ostatnim żołnierzem antykomunistycznego
podziemia. Z bronią w ręku ukrywał się dokładnie 24 lata.

Sierż. Józef Franczak ps. „Lalek” (zdjęcie przedwojenne).
To był niesamowity rok –
1963. W Dallas ginie John F. Kennedy. Walentina Tiereszkowa macha
ludzkości z orbity okołoziemskiej. Na osłodę imperialistom – The
Beatles nagrywają singiel „She Loves You”. A w Polsce? Na
całego trwa nasza mała stabilizacja. Rewelacyjny Zbigniew
Pietrzykowski po raz czwarty zostaje mistrzem Europy w boksie, a
Roman Zambrowski wylatuje z KC, co jest wyraźnym sygnałem, że
okres błędów i wypaczeń jest już za nami. Prawdziwe
rewelacje jednak czekają rodaków na odcinku kultury. W Warszawie odbywa się premiera „Jak
być kochaną” Wojciecha Hasa, Bohdan Łazuka bierze udział w
zdjęciach do filmu „Beata”, zaś rewelacyjny Zbigniew
Maklakiewicz występuje w aż czterech filmach.
No i jeszcze jedno. W
małej wsi koło Piask w województwie lubelskim ginie podczas
obławy 45-letni Józef Franczak, poszukiwany listem gończym
były AK-owiec. Dopiero niedawno, po ujawnieniu dokumentów
operacyjnych SB sprzed czterdziestu lat okazało się, że był
ostatnim polskim partyzantem. Z bronią w ręku ukrywał się
dokładnie 24 lata.
Grupa z pepeszą
80-letnia dziś siostra
Franczaka Czesława Kasprzak w pustym domu w Kolonii Kębłów
koło Lublina nie ma specjalnie dużo do roboty. Dziarska staruszka
opowiada dzieje swojej batalii z mszycami. Próbowały zeżreć
paprotki, ale im się nie udało. Nagle w jej błękitnych oczach
pojawiają się żywsze ogniki. – Nie, że mój brat, ale on od
Boga miał – wzdycha. – Był taki przystojny, jelegancki, cały
Józwa…
Elegancki? W dokumentach
lubelskiego IPN-u przetrwało kilka zdjęć Józefa Franczaka.
Na jednym z nich żołnierz jest ledwo widoczny. Zza pogięć i
przetarć pożółkłego papieru dostrzec można tylko wyraźne
oczy. Nad nimi łamie się fala modnego zaczesu. To przez tę fryzurę
i maniery eleganta dostał podczas okupacji mało dziarską ksywę –
„Laluś”. Przezwisko przylgnęło do niego na lata. Ale
były i inne. Zygmunt Libera „Babinicz”, partyzant z
Lubelszczyzny, nazywał go „Laleczką”. W jakichś
meldunkach figuruje także jako „Guściowa”. A gdy po
wojnie wyjechał do Sopotu, by rozpocząć nowe życie, zmienił
papiery na Józefa Bagińskiego.
Dwa kolejne zdjęcia
pochodzą z lata 1947 r. Byli Ak-owcy to dla władzy ludowej mordercy
z bandy. Na zdjęciach nie widać, by się tym przejmowali.
Zadowoleni, pewni siebie, uzbrojeni. Na jednej z fot „Lalek”
stoi z gołą klatą. Jakoś go to peszy. Wypręża się do przodu,
ale minę ma nie tęgą. Na następnym zdjęciu czwórka
partyzantów inscenizuje scenę zatrzymania szpiega. Gra go
właśnie „Laluś”. Chyba się śmieje, zaś pozostała
trójka mierzy do niego ze zdobycznej broni. Ktoś po lewej
stronie ma go na muszce pepeszy, Walenty Waśkiewicz „Strzała”
jakby wyszarpuje mu papiery, a Stanisław Kuchcewicz „Wiktor”
bierze tęgi zamach i za chwilę urwie mu głowę metalową kolbą.
Takie tam zabawy „zaplutych karłów reakcji”. Na
kolejnej fotografii „Laluś” stoi tyłem. W tyrolskim
kapelusiku filuternie przekrzywionym na boczek wygląda jak gajowy z
bajki o czerwonym kapturku. Do tego ten biały kołnierz a la
Słowacki. Kupa śmiechu.
Ale na zdjęciach jest
coś, co już nie bawi. Nad głowami golasów widać cyfry.
Służyły do identyfikacji. Zdjęcia pochodzą bowiem z archiwum
Zdzisława Brońskiego „Uskoka”. „Resort”, jak na
UB mówi się do dziś w tych stronach, namierzył go w maju
1949 r. „Uskok” wysadził się granatem w oblężonym
bunkrze. Zostało po nim archiwum, w tym pisany po wojnie pamiętnik
i zdjęcia. Dzięki nim kontynuowano polowanie na byłych AK-owców.

Trzeci z lewej Józef Franczak ps. „Lalek” Zdjęcie zrobione prawdopodobnie w 1948 roku. Od lewej Walenty Waśkowicz „Strzala” d-ca patrolu w oddziale kpt. Brońskiego „Uskoka”, zginął w 1949 roku w walce z grupą operacyjną UB, Stanisław Kuchewicz „Wiktor” żołnierz NSZ ze zgrupownia mjr Pazderskiego „Szarego”, po rozbiciu przez NKWD, walczył w oddzialach sierż. Walewskiego „Zemsty” i Stefana Brzuszka „Boruty”, od 1947 r. d-ca patrolu kpt.”Uskoka”, zginął zastrzelony przez funkcjonariusza MO w 1953 roku, Józef Franczak ps. „Lalek”, czwarty z lewej Julian Kowalczyk „Cichy” zginał w walce z UB w 1951 r.
„Strzałę” z
pierwszego zdjęcia dopadli jeszcze w kwietniu ’49, „Wiktora”
dopiero w 1953 r. Niezidentyfikowany partyzant z pepeszą pewnie padł
w jednej z kilkudziesięciu innych potyczek. Do 1956 r. Lubelszczyzna
huczała od nocnych wystrzałów. Z czasem było ich coraz
mniej.
Aż ucichły zupełnie.
Obława trwała jednak dalej. Resort – krok po kroku – namierzał
ostatniego partyzanta w PRL-u. Ten wymykał się jak duch i powoli
zmieniał się w żywą legendę.
Byle nie do Ludowego
Wojska
Historia jego życia to
dzieje polowania. W tarapatach był od chwili napaści Niemiec na
Polskę. Ale do niewoli dostał się radzieckiej. Po kilku dniach był
już na wolności. Uciekł. Zapewne jak inni żołnierze „po
przejściach” wrócił w rodzinne strony. Od razu związał
się z powstającą konspiracją. Dokładnie tak samo zrobił Janusz
Brochwicz-Lewiński „Gryf”. Dziś ten 85-letni kombatant
opowiada: – Za dnia pracowaliśmy jako robotnicy, wieczorami szło
szkolenie, a potem nocami szliśmy na akcje. Już po roku każdy miał
kilka życiorysów. Ja byłem magazynierem, mechanikiem,
sprzedawałem węgiel. A po robocie wyrównywałem rachunki z
Niemcami. Rano znowu pokornie ładowałem węgiel. Po wpadce –
przeszedłem do partyzantki. Tam poznałem „Babinicza” i
„Lalusia”.
Józef Franczak
został dowódcą drużyny, a potem dowódcą plutonu w
III Rejonie Obwodu Lublin AK. Był jednym z 60 tysięcy takich jak on
konspiratorów na Lubelszczyźnie. Gdy w lipcu 1944 r. Armia
Czerwona przekroczyła Bug, rozpoczęła się tu długo oczekiwana
akcja „Burza”. Celem tej insurekcji było nie tyle
wypędzenie Niemców, ale uświadomienie władzom sowieckim, że
na wyzwolonych terenach gospodarzem są Polacy. Największe boje
toczyła 27. Wołyńska Dywizja AK. Zdobyła samodzielnie Lubartów,
Kock i Firlej. Wraz z innymi oddziałami oddała „na tacy”
wyzwolicielom z Armii Czerwonej kilkadziesiąt miast i miasteczek.
Doszło wtedy do
kontaktów AK z sowiecką i komunistyczną partyzantką.
Zdzisław Broński „Uskok”, przyszły dowódca
„Lalusia”, tak opisał w pamiętniku porucznika AL „Czarnego
Sępa”:
„Buty cokolwiek za duże, bo »rekwirowane «.
Z jednego zwisa onuca, na drugim sterczy zardzewiała ostroga. Polski
mundur za ciasny i dlatego niezapięty. Pas obciążony pistoletem,
granatami opadł poniżej brzucha. Na plecach dynda się mapnik
wyładowany słoniną, cebulą i chlebem. Na głowie on sobie
potrzebował włożyć oficerską rogatywkę, przy której otok
własnego pomysłu ozdobił czerwoną szmatą, a na szmacie przypiął
kwokę”.
25 lipca Sowieci
przystąpili do pierwszych aresztowań. Zostaje rozbrojona 27.
Dywizja, a pięć dni potem 9. Dywizja Piechoty AK. Powoli, z dnia na
dzień, z tygodnia na tydzień zaczynają się zapełniać
oczyszczone już z trupów (po niegdysiejszych niemieckich
gospodarzach) cele więzienia na lubelskim zamku i baraki na
Majdanku.
„Nie przychodziła mi
jeszcze wtedy do głowy myśl – notuje dalej „Uskok” – że
władze »demokratyczne « mogą potraktować mnie jako
przestępcę za to, że byłem dowódcą oddziału
partyzanckiego AK. Że wszystkie organizacje niekomunistyczne będą
traktowane jako »faszystowskie « i »prohitlerowskie
«. A więc wrogie wolności i demokracji!… Nie
przypuszczałem, że moje wysiłki w niesieniu pomocy Ojczyźnie będą
traktowane jako praca dla Hitlera”.
Franczak w sierpniu 1944
r. został wcielony do Ludowego Wojska. W Kąkolewnicy, gdzie
stacjonuje jego jednostka, jest świadkiem skazywania na śmierć
przez polowy sąd kolegów z AK. Zdezerterował z wojska w
styczniu 1945 r. i postanowił uciec do Szwecji. Podobno już miał
miejsce na statku, znał pewnego kapitana i była szansa, że
dostanie się na Bornholm. Na dworcu w Sopocie przez przypadek
zauważyła go jednak sąsiadka z rodzinnej wsi. Po powrocie do domu
opowiedziała o tym na lewo i prawo.
Wkrótce Franczak
zorientował się, że UB depcze mu po piętach. Na przełomie
1945/46 wrócił w rodzinne strony. Zaraz potem trafił pod
dowództwo legendarnego żołnierza – mjr. Hieronima
Dekutowskiego „Zapory”. I znowu partyzantka. Przystojny i
wysoki nie może opędzić się od kobiet. Ukrywa się, ale na razie
widzi w tym fantastyczną zabawę.
17 czerwca 1946 r. bawił
się na weselu w Chmielniku. Goście młodej pary – zupełnie
niepostrzeżenie – zostali okrążeni przez grupę operacyjną UB z
Lublina i aresztowani. Wśród weselników było więcej
wrogów Polski Ludowej. Nawyki z wojny jednak pomagają… Partyzanci
rozbrajają kilku konwojentów i uciekają. Przy okazji ginie
czterech funkcjonariuszy. Dwa miesiące później „Laluś”
znowu jest w opałach, kiedy do jego kwatery we wsi Bojanica wchodzi
milicja. Kolejne dwa trupy.
Gdy na początku 1947 r.
komunistyczne władze ogłosiły amnestię, przewidując, że
skorzysta z niej kilkanaście tysięcy osób w całym kraju –
ujawnia się 53 tysiące uzbrojonych żołnierzy. „Laluś”
nie.
Ale jest już ktoś, kto niedługo zacznie go do tego delikatnie
namawiać.
Ostatni niezłomny – Józef Franczak ps. "Lalek" – część 2
Strzela jak na filmie
Dziś Danuta Mazur cierpi
na chorobę nóg. Całymi dniami siedzi na ganku murowanego
domu w Wygnanowicach. 59 lat temu, gdzieś w połowie 1946 r.
koleżanka poprosiła jej ojca o przenocowanie chłopaka z lasu.
–
Pierwszy raz go wtedy zobaczyłam – wspomina osiemdziesięcioletnia
dziś kobieta. – Przystojny, figurę miał, głos łagodny. No… w
moim guście był. Taki z brzuszkiem – dodaje. I już po jej pooranej
zmarszczkami twarzy płyną łzy.
Najczęściej spotykali
się w polu. W tajemnicy przed jej ojcem, choć należał do siatki
„opiekunów” Franczaka. Danuta brała w chustę coś
do jedzenia i znikała na kilkadziesiąt minut. Najłatwiej było się
ukrywać w lecie. Zboże wysokie, wszystko dookoła bujne, młodość
podpowiadała, jak się chować. Na początku to tylko urywkowe
spotkania. Danuta oddawała meldunki i przekazywała informacje o
sytuacji w powiecie. Z czasem jednak służbowe spotkania zmieniły
się w randki.
– Przynosił mi książki,
różne romanse – mówi. – Kiedyś nawet pokazał w
atlasie Kanał Sueski, twierdząc, że wojna światowa zacznie się
tam i ona nas wyzwoli. Ja w to wszystko wierzyłam, bo on tak mówił,
że wszystkich potrafił przekonać.
Franczak nie chce narażać
narzeczonej. Niekiedy zostawi w nocy jakiś upominek na parapecie jej
okna, innym razem ona sama czuje, że ją obserwuje schowany w lesie.
Czasem Danuta dowie się,
że „Laluś” strzelał się z milicją w Lublinie, innym
razem, że z „ubejcami” w Lubartowie. Udaje, że ją to nic
nie obchodzi. Wojna się przecież skończyła, a wszyscy dookoła
chcą wreszcie normalnie żyć. Ale koniec lat czterdziestych to
okres terroru. Na Lubelszczyźnie strzelaniny to rzeczy codzienne. UB
i wojsko w poszukiwaniu partyzantów aresztuje tysiące osób,
podpala chałupy, straszy i bije.
Dochodzi do tego, że od
połowy 48 r. grupa „Uskoka”, w której jest teraz
Franczak, siedzi jak mysz pod miotłą i tylko raz na miesiąc
organizuje akcje. Giną szefowie gminnych i powiatowych komitetów
PPR-u, szczególnie zawzięci utrwalacze władzy ludowej,
posterunkowi i konfidenci. Zaraz po każdej akcji – odwet. A potem
odwet za odwet. Czasami jest jedna ofiara, innym razem ginie
kilkanaście osób. Historyk Tomasz Łabiszewski z IPN w pracy
zbiorowej „Ostatni Leśni” szacuje, że w całym kraju
tylko w lipcu 1948 r. milicja i UB przeprowadziła ponad 2 tys.
operacji przeciwko „bandom”. W przeczesywaniu lasów
wzięło udział kilkadziesiąt tysięcy funkcjonariuszy.
W maju 1948 r. patrol
„Lalusia” wpada w zasadzkę koło wsi Cyganka koło
Lublina. Od strzałów padają dwaj partyzanci, dwaj inni są
ranni. Ich dowódca – po wystrzeleniu magazynka – znika. Wymyka
się obławie. Nawet jest nie draśnięty.
„Coraz więcej ludzi
popada w apatyczny nastrój i przestaje wierzyć w rychłe
zmiany na lepsze. Ludzie coraz bardziej dostosowują się do
znienawidzonego, a umacniającego się porządku – bo przecież
trzeba żyć. My garstka straceńców – jak nas nazywają –
stajemy się oazą wiary i woli zwycięstwa na pustyni zwątpienia i
beznadziejności” – notował „Uskok”.
W Wigilię 24 grudnia
1948 r. milicji udaje się wreszcie dorwać „Lalusia”. W
pojedynkę zostaje zaskoczony w sklepie w Wygnanowicach. Ale i tym
razem jest szybszy. Strzela jak na filmie. Jeden z milicjantów
pada trafiony, on sam dobiega do lasu. Jest ranny w brzuch. Będzie
się leczył kilka miesięcy. W tym czasie jednak zostaje wytropiony
„Uskok”. Najpierw informator o pseudonimie „Janek”
wydaje najbliższego współpracownika Brońskiego –
„Babinicza”. Ten z kolei katowany przez ubeków z
Lubartowa ujawnia położenie bunkra, w którym chowa się
charyzmatyczny dowódca.
21 maja cała okolica
bunkra zostaje otoczona. Po krótkiej wymianie strzałów
„Uskok” popełnia samobójstwo. Zadowoleni
funkcjonariusze malują na desce napis :„Bunkier i »Uskoka «
szlak [sic!] trafił” i fotografują ją w zdobytym schowku. W
ich ręce wpada całe archiwum oddziału.
Na jednej z fotografii –
nad głową pochylonego nad mapą Franczaka – pojawia się cyferka
„jeden”.
Adwokat z Lublina
Opowieść o ostatnim
polskim partyzancie powinna się rozpoczynać właśnie w tym
momencie. W całym kraju – według danych resortu bezpieczeństwa –
ukrywa się jeszcze 250 żołnierzy. Przede wszystkim na
Białostocczyźnie i na Lubelszczyźnie.
Coraz rzadziej jednak
partyzanci mają ze sobą kontakt. Często poszczególni
żołnierze nie wiedzą nawet, że są już samotni w swoim rejonie.
Do lutego 1953 r. działają ostatni żołnierze „Uskoka”,
zaś w lipcu kończy się wielomiesięczne polowanie na
siedmioosobowy patrol por. Wacława Grabowskiego „Puszczyka”
pod Mławą. W dokumentach UB zachował się nawet rachunek za
wydanie ich kryjówki. Agent „N-20” dostał za to
śmieszną wówczas sumę 5 tys. złotych. Cała siódemka
zginęła.
W nocy z 2 na 3 marca
1957 r. we wsi Jeziorko koło Łomży grupa operacyjna SB-KBW zabiła
ppor. Stanisława Marchewkę „Rybę” – ostatniego
partyzanta na Białostocczyźnie. W lutym 1959 r. koło Leżajska
został aresztowany Michał Krupa, a 30 grudnia 1961 r. w powiecie
biłgorajskim wpada „Dąb” – Andrzej Kiszka.
„Laluś” ukrywa
się dalej. Albo ma niebywałe szczęście, albo jest najbardziej
roztropny. Na pewno jest zdeterminowany. Mimo że najbliżsi
współpracownicy, a z czasem i Danuta Mazur prosili, by się
ujawnił, odmawia.
Decydujące było
spotkanie z lubelskim adwokatem Rachwaldem niedługo po ogłoszeniu w
kwietniu 1956 r. ostatniej już amnestii. Franczak pojawił się w
mieszkaniu adwokata zupełnie niepostrzeżenie. Musiał potwornie
uważać, bo miasto roiło się od bezpieki. Mieściło się tam też
centrum aparatu represji, a funkcjonariusze znali podobiznę
„Lalusia”. Wiedzieli także, że stosuje różne
fortele. Do lustrowania okolic, w których miał zabawić
dłużej, używał na przykład przebrania kobiety. Wiemy, że
wcześniej zdarzało mu się ukrywać w Lublinie. Dziś krążą
wśród miejscowych niesamowite wręcz legendy. Że na kilka
lat wyjechał na Zachód, że przekupił kilku wysokich
funkcjonariuszy i ukrywał się w Warszawie. Że trzymał na muszce
jakiegoś generała, że strzelał z zamkniętymi oczami i zawsze
trafiał…
Dokładnie wiemy, o czym
„Laluś” rozmawiał z adwokatem. Danuta Mazur, dla której
to spotkanie mogło oznaczać legalizację jej związku, ujawnia
tajemnicę tego wieczoru. Franczak zapytał wprost: – Co na niego
mają i co dostanie w zamian za poddanie się z bronią? Jeśli
wsadzą go na 15 lat – może się ujawnić, jeśli na więcej –
będzie walczył dalej. Mecenas mimo amnestii nie miał dobrych
wieści: – Na sucho ci to nie ujdzie. Oficjalne dossier „Lalusia”
było rzeczywiście imponujące.
Władza oskarżała go o
kilkanaście morderstw. Listę otwierało dwóch Żydów,
członków Gwardii Ludowej, zastrzelonych w Skrzynicach zimą
1943 r. podczas walki. Następny był współudział w
zastrzeleniu czterech milicjantów w czerwcu 1946 r. Potem
posterunkowy z Rybczewic i członek PPR-u Zdzisław Dębski z
Majdanka Kozickiego. W 1948 r. Franczak miał na sumieniu kolejnego
milicjanta z Rybczewic, a potem komendanta ORMO we wsi Wola
Gardzienicka. W sierpniu 1951 r. miał zaś zastrzelić tajnego
współpracownika UB we wsi Passów. Do tego dochodzą
wspomniane już strzelaniny w Bojanicach, Cygance i Wygnanowicach.
To nie koniec. Z akt
wynika także, że 10 lutego 1953 r. razem z dwoma innymi
partyzantami zorganizował napad akcję na Kasę GS w Piaskach, w
której zostaje zastrzelony komendant posterunku MO. Z tej
akcji uniewinnia go młodsza o niecały rok Wiktoria Olszewska,
koleżanka ze szkoły. – On nie rabował – mówi. Potwierdza to
także Danuta Mazur. Twierdzi, że z czasem wszystkie przestępstwa w
okolicy zaczęto mu przypisywać. Akcję na kasę również,
choć „Laluś” miał tylko wysłać anonim, w którym
ostrzegał, że napad jest szykowany, ale on nie ma z tym nic
wspólnego. Czy nie miał rzeczywiście? W akcji poległ
„Wiktor”, który był jego dowódcą. Janina
Wilkołek, wówczas nastoletnia dziewczynka, powtarza to, o
czym rozmawiali dorośli: – Tak, rabował, ale rozdawał biednym. To
był taki nasz lubelski Janosik.
– Od dożywocia się nie
wywiniesz – mecenas Rachwald nie owijał w bawełnę. Zaraz jednak
dodał, że na taką karę wystarczy tylko to, co zgromadziła
prokuratura. To zaś, co ma UB w swoich aktach – wystarczy, aby
„przypadkowo” zginął w trakcie aresztowania albo nie
wytrzymał trudów śledztwa.
Ale w październiku 1956
r. zaczęła się odwilż. Z więzień zaczęli wychodzić żołnierze
AK skazani wcześniej na karę śmierci. – Mówiłam mu, że
mój sąsiad wrócił do Wygnanowic z potrójnym
wyrokiem – wspomina Danuta Mazur. – Józek się wahał, ale się
nie przemógł. Objął mnie i powiedział, że nie wyjdzie już
nigdy.
Jakby na potwierdzenie
jesienią 1956 r. zdobył ambulans pocztowy przewożący 108 tys.
złotych. Trzy lata później do jego teczki trafia także
sprawa Mieczysława Lipskiego, oficera KW MO z Lublina. „Laluś”
postrzelił go w styczniu 1959 r. Już wtedy doskonale wiedział, że
wokół niego zaciska się śmiertelna pętla. – Cierpiał, i
tylko Bóg jeden wie, jak bardzo – dodaje była narzeczona.
Ostatni niezłomny – Józef Franczak ps. "Lalek" – część 3
Lista Franczaka
W 1959 r. Danuta Mazur
urodziła syna. Nie mogła się przyznać, kim jest jego ojciec.
Rodzina znalazła kandydata na „tatę” i trzymała się
fałszywej wersji. Ale funkcjonariusze i agenci UB wiedzieli swoje.
Trzylatkowi milicjanci przywozili czekoladki i pytali o pewnego
miłego pana z charakterystyczną grzywką. Mały go nie znał, bo
„Laluś” obserwował syna tylko z daleka i całował, tylko
gdy ten spał. Tylko raz wziął go w ramiona, gdy brzdąc miał
zaledwie miesiąc.
Syn partyzanta pamięta
inne spotkanie z ojcem. – Akurat były zbiory rzepaku. Jak
przebiegałem koło dużej ich kupy zobaczyłem czyjąś rękę.
Pobiegłem do mamy krzycząc, że tam leży jakiś pan. Potem
widziałem go tylko, jak idzie do lasu. – A pamięta pan jego twarz?
– pytam. – Zamazana.
– Brali mnie na cmentarz
i grozili, że zamordują, jeśli Józka nie wydam – mówi
Danuta Mazur i opowiada, jak wyglądało śledztwo. Jej wspomnienia
oraz świadectwa bliskich „Lalusia” uzupełniają materiały
z Instytutu Pamięci Narodowej. Kontrast jest straszny.
Formalne rozpracowanie
Franczaka ruszyło 16 listopada 1951 r. Referat III Powiatowego UBP w
Lublinie nadał akcji kryptonim „Pożar”. Na początku
wszystko szło fatalnie. „Resort” próbował ustalić
miejsce jego pobytu za pomocą siatki agentów. Zanim jednak
niektórzy zdążyli cokolwiek donieść, jak spod ziemi
wyrastał przed nimi „Laluś”.
Do wuja Wiktorii
Olszewskiej przyszedł w biały dzień. Odciągnął go na stronę i
rozmawiał z 10 minut. – Wuj wrócił spocony i czerwony –
opowiada Olszewska. – Laluś nie chciał go skrzywdzić, ale wyżalił
mu się, że niech tylko przeżyje jak on w ukryciu jeden dzień, to
zrozumie, przez jakie piekło przechodzi. Poskutkowało.
Innym razem doszło do
„Lalusia”, że po pijaku ktoś w okolicy grozi, że go
wyda. Następnego dnia na jego progu leżała kartka, że ma „stulić
dziób”, bo zginie. Wystarczyło. Innym za zbytnie
gadulstwo przystawiał broń do brzucha i groził. Raz nawet umówił
się z informatorem bezpieki, podając się za oficera kontaktowego.
Ten zorientował się jednak, że coś jest nie tak, bo „Laluś”
wypytywał go krótko, po czym od razu wręczył pieniądze.
Tymczasem UB tak nie robiło. Gdy prowokacja się posypała, „Laluś”
po prostu przystawił mu pistolet do brzucha i powiedział, że to
ostatnie ostrzeżenie.
Nie zawsze używał siły.
Nie musiał. Ukrywał się tak długo i skutecznie, bo był w okolicy
bardzo szanowany. – Nigdy nikogo specjalnie nie narażał –
wspominają nieujawniający się nawet dziś byli współpracownicy.
– Bywało, że nie jadł nic przez cały dzień. Bywało, że marzł
w zimie na kamień. Mimo to nie zachodził do chałup. Jeśli mógł,
to sam pomagał. Cieszył się wielkim autorytetem. Miał charyzmę i
budził podziw za niezłomny charakter. Czasami wydawało się, że
wie lepiej, co zamierzają władze. Zaczęli go doceniać nawet
pracownicy aparatu represji.
W jednym z raportów
oficer SB napisał, że przez kilka lat organa nie otrzymywały
żadnych informacji o miejscu jego pobytu. A nawet, że „Laluś”
był informowany na bieżąco o pojawieniu się w terenie
funkcjonariuszy MO. Prawdopodobnie dzięki temu na początku lat
sześćdziesiątych dowiedział, że para podająca się w okolicach
Wygnanowic za fotografów to podstawieni agenci. Z ustaleń dr.
Sławomira Poleszaka z lubelskiego IPN wynika, że siatka
współpracowników „Lalusia”, która z
narażeniem siebie dawała mu przez lata schronienie, liczyła 200
gospodarzy. Byli to koledzy ze szkoły, znajomi rodziny, przyjaciele
i antykomunistycznie nastawieni rolnicy. Wiadomo, że znajdowali się
wśród nich również księża, nauczyciele, lokalna
inteligencja. Podobno byli też milicjanci, członkowie PZPR i
wojskowi.
Latem „Laluś”
ukrywał się przeważnie w polu. Spał w kamieniołomach koło
Wygnanowic. Zimą korzystał z kwater przyjaciół. Spał w ich
mieszkaniach i stodołach. Rewanżował się drobnymi pracami. To
pomalował komuś chałupę, to sklecił gołębnik albo naprawiał
narzędzia.
Z początku przeciw
zorganizowanej siatce pomocników „resort” mógł
wystawić kilkudziesięciu lokalnych oficerów, ZOMO i oddziały
wojska. W grudniu 1960 r. rozpracowanie nabrało jednak tempa. Sprawę
agenturalno-poszukiwawczą przekwalifikowano na rozpracowanie
operacyjne. Oznaczało to zwerbowanie kilkudziesięciu tajnych
agentów, zakładanie nowoczesnej aparatury podsłuchowej i
rozpoczęcie finezyjnej gry psychologicznej.
Celem nie było już nie
aresztowanie, ale likwidacja „niezwykle groźnego bandyty”.
Zdrada bratanka
Najpierw były podsłuchy.
Pierwszą aparaturę funkcjonariusze założyli w chałupie siostry
„Lalusia” Czesławy Kasprzak. Po kilku dniach zepsuł się
mikrofon. Potem drugi aparat założono w domu u drugiej jego siostry
Celiny Mazur. Po tygodniu, podczas prac gospodarskich jej syn wykopał
przewód z ziemi i wezwana z posterunku milicja musiała go
zwinąć, tłumacząc, że to jakieś pozostałości po wojnie. Na
pomysł założenia podsłuchu u Danuty Mazur warszawska centrala
początkowo nie chciała się zgodzić. Dopiero w 1960 r. – gdy
resort uświadomił sobie, że nawet stała obserwacja nie daje
rezultatu – trzy aparaty zaczęły działać w jej domu. Dzięki nim
funkcjonariusze wiedzieli, że jakiś tajemniczy mężczyzna od czasu
do czasu u niej przebywa. To jednak było za mało.
Mizerne efekty dała
również obserwacja bezpośrednia innych członków
rodziny. Jeden z takich punków obserwacyjnych musiał zostać
zwinięty, bo w zimie funkcjonariusze i agenci potwornie pomarzli.
Inni mimo wielotygodniowej pracy nie zauważyli nikogo. Za to strach
padł na mieszkańców obserwowanych siedzisk. Sąsiedzi
znajomych Franczaka zaskoczyli agentów na nadawaniu meldunków
drogą radiową w leśnym uroczysku, innym razem spotkali
funkcjonariuszy po cywilu podsłuchujących pod oknami.
Jesienią 1960 r.
pojawiła się wreszcie szansa na sukces. Teść jednej z sióstr
Franczaka popełnił samobójstwo. Przyczyną tragedii miały
być spięcia wewnątrz rodziny z powodu ukrywającego się brata. „W
celu wytworzenia antagonizmu do bandyty i jego siostry”
funkcjonariusze SB przeprowadzili szereg rozmów. W kwietniu
1962 r. naczelnik wydziału III SB mjr. Stanisław Lipiec pisał
jednak zrezygnowany: „ludzie ci z uwagi na brak możliwości ich
rozpracowania stanowią dla nas pewien problem”.
Nie powiodła się także
akcja równoczesnego zapraszania na przesłuchania znajomych
„Lalusia”. W ciągu kilku kwietniowych dni 1963 r. do
siedziby lubelskiej MO wezwano 62 osoby w czteroosobowych grupach.
Funkcjonariusze liczyli, że wezwani w poczekalni będą ustalać
treść zeznań. Ale zainstalowana tam aparatura podsłuchowa niczego
nie nagrała. Łącznie w trakcie działań przeciwko Franczakowi
„rozpracowaniem” objęto kilkaset osób. Na próżno.
Aż wreszcie w kwietniu
1963 r. został wezwany na przesłuchanie bratanek ojca Danuty Mazur
– Stanisław Mazur. Oficer SB zaproponował mu współpracę
i zapewnił o dyskrecji. Obiecał wynagrodzenie finansowe, a ten nie
odmówił. Z czasem przejął inicjatywę we współpracy
z bezpieką. Stanisław Mazur w teczkach figuruje jako agent
„Michał”.
Tymczasem początek lat
sześćdziesiątych to dla „Lalusia” trudny okres.
Przyjaciele czuli, że ciągłe ukrywanie się zostawia na jego
psychice trwałe ślady. Był przygnębiony i zmęczony, przez co
mniej uważny. Danucie Mazur miał się zwierzyć, że brakuje mu już
siły, by ciągle się ukrywać. Ale innego zdania jest siostra
Czesława Kasprzak. Według niej Józek był wtedy w doskonałej
formie. Twierdził, że sytuacja międzynarodowa dojrzewa do wybuchu.
Że będzie konflikt, jakaś wojna, że los wreszcie się odmieni. –
Na każde zawołanie mógł mieć tysiąc chłopaków pod
bronią. – mówi. – W 1963? – pytam. – Właśnie wtedy!
– W nocy śnił mi się
nasz syn – tak Danuta Mazur wspomina dzień śmierci „Lalusia”.
Gdy to mówi, nie potrafi ukryć łez. – Śniło mi się, że
mój syn Marek topił się, a Józka nie było. Zawsze
mogłam liczyć na jego pomoc, a wtedy, w tym śnie – nie pomógł
mi.
21 października 1963 –
35 funkcjonariuszy ZOMO i SB czekało tylko na umówiony sygnał
od „Michała”. Ten dokładnie informował, co robił
„Laluś”. A on był w Majdanie Kozic Górnych, w
obejściu swych przyjaciół i współpracowników
Jana i Wacława Beciów.
Strzelanina jak na
froncie
Dokładny opis
śmiertelnej strzelaniny znamy dzięki raportowi rozpracowującego go
przez lata funkcjonariusza por. Ludwika Tarachy. W przeszłości
panowie widzieli się przez kilkanaście sekund. Taracha, który
bardzo sumiennie podszedł do powierzonego mu zadania, spędził w
okolicy, gdzie ukrywał się „Laluś” wiele miesięcy.
Przypadkowo natknęli się nawet na siebie na jakiejś leśnej
polanie. Obaj przeszli wtedy koło siebie jak dwaj wracający z pola
nieznajomi. – Józek wiedział, że to ten ubek. Trzymał palec
na cynglu, tamten pewnie też – mówi Danuta Mazur. Ale do
strzelaniny nie doszło. Kto się zawahał? Nie wiadomo…
21 października 1963 r.
o godz. 14.30 cała wieś była już otoczona. Gdy „Laluś”
wychodził z obejścia rodziny Beciów, natknął się na
milicjantów. – Cofnął się do stodoły i wyszedł z grabiami
na ramieniu. Udawał jakiegoś parobka – mówi Olszewska.
„Po sylwetce i
zachowaniu domyśliłem się, że to może być Franczak” –
relacjonował potem Taracha. – „Franczaka usiłował zatrzymać
»przewodnik psa «, jednak Franczak zaczął uciekać do
stodoły. Po dwóch minutach wypadł z innej strony i zaczął
strzelać”.
To był koniec. Osaczony,
postanowił walczyć do końca. Mimo że z karabinów strzelało
do niego kilku zomowców, kluczył po wsi i odpowiadał ogniem.
– To był front.
Strzelanina jak na wojnie, kule świstały w powietrzu. Wojsko
zatrzymywało ludzi wracających z pola i kładło na ziemię. Bałam
się o krowy, nie wiedziałam, co się dzieje – wspomina 14-letnia
wówczas Janina Wilkołek. – Jego granaty nie wybuchły,
pistolet się zacinał – dodaje Anna Kasprzak, sąsiadka Wilkołek.
Wspomnieniom przysłuchuje się Wiktoria Olszewska. – Byliśmy
przerażeni, on nie.
Na stole w mieszkaniu
siostry „Lalusia” leży protokół sekcji zwłok
brata. Na schematycznym rysunku zaznaczone ślady po kulach. Franczak
dostał serią w klatkę piersiową, w brzuch i nogę. Nie mógł
przeżyć.
Czesława Kasprzak: –
Gdyby tylko dobiegł do lasu, to może…
Danuta Mazur: – Zdradziła
go najbliższa rodzina.
Anna Kasprzak: – Nie miał
szans.
Głowę zabrali ubecy
Dziś w miejscu, gdzie
padł śmiertelnie ranny, stoi zrujnowana chałupa. Kilka metrów
obok nowy dom państwa Olszewskich. Prawnuki koleżanki ze szkoły
„Lalusia” bawią się w kuchni. Starsza dziewczynka boi się
pokrzyw i nie wejdzie za ciocią, by pokazać, gdzie rozegrała się
tragedia.
Współpracownicy
Franczaka mieli dużo szczęścia. Tylko Kazimierz Mazur i przyjaciel
„Lalusia” Wacław Beć trafili po zakończeniu śledztwa za
kraty. Pierwszy na pięć lat, drugi na trzy.
Syn Danuty Mazur i Józefa
Franczaka dowiedział się, kim był jego ojciec, gdy miał około
dziesięciu lat. – W szkole historii uczył mnie partyjniak –
wspomina lata siedemdziesiąte. – Gdy powiedziałem, że 17 września
1939 r. Polskę napadli Ruscy, prawie rzucił się na mnie z
pięściami. O ojca nie musiał pytać, wszystko wiedział.
Gdy Marek miał
kilkanaście lat i zaczął się uganiać po sąsiedzkich wsiach za
dziewczynami, starsi ludzie zatrzymywali go i wspominali ojca. – To
były serdeczne spotkania.
Marek Franczak dopiero w
1992 r. dostał od sądu zgodę na noszenie nazwiska ojca.
Grób „Lalusia”
znajduje się na cmentarzu w Piaskach. Ostatni partyzant leży w
mogile bez głowy. Ta została odrąbana w prosektorium zaraz po
sekcji zwłok i nigdy nie została zwrócona rodzinie. – Gdzie
jest mój Józef? – pyta szeptem pani Danuta.
Ostatni niezłomny – Józef Franczak ps. „Lalek” – część 1>
Michał Wójcik
współpraca
Sławomir Poleszak (IPN Lublin)
Cytaty za:
Zdzisław Broński
„Uskok”, „Pamiętniki (1941 – maj 1949)”. Wstęp redakcja
naukowa, opracowanie dokumentów Sławomir Poleszak
Sławomir Poleszak
„Kryptonim »Pożar «. Rozpracowanie i likwidacja
ostatniego żołnierza polskiego podziemia niepodległościowego
Józefa Franczaka »Lalka «, »Lalusia «
(1956-1963)”. Publikacja ukaże się w grudniu 2005 w periodyku
IPN „Pamięć i Sprawiedliwość” nr 8.
Michał Wójcik,
dziennikarz, historyk, felietonista w „Mówią Wieki” i
Radiu PIN, autor wydanego w zeszłym roku opracowania o Powstaniu
Warszawskim
Kąkolewnica – podlaski Katyń / część 1
Uroczysko "Baran" w Kąkolewnicy koło Radzynia Podlaskiego zwane jest przez okoliczną ludność Małym Katyniem. W lesie tym w czasie stacjonowania w okolicy II Armii Wojska Polskiego od jesieni 1944 do przełomu stycznia i lutego 1945 roku rozstrzeliwano żołnierzy AK, ale także WiN i BCh, prawdziwych i urojonych dezerterów oraz innych, którzy nie spodobali się nowej władzy. Dotychczas nie jest znana liczba osób tam rozstrzelanych. Najostrożniejsze szacunki mówią o kilkuset ofiarach, ale padają też liczby 1300-1800.
Wschodnie tereny Polski między Bugiem a Wisłą zostały opuszczone przez niemieckiego okupanta w drugiej połowie lipca 1944 roku. W tym czasie działały tu dobrze zorganizowane i liczne oddziały zbrojne AK. W nowej dla siebie sytuacji oczekiwały na rozwój wydarzeń.
Wbrew prawu
Oddziały AK miały nadzieję na porozumienie między rządem emigracyjnym w Londynie a rządem radzieckim i nowopowstałymi władzami w kraju, skupionymi wokół KRN i PKWN. Nie podejmowały więc żadnych akcji przeciwko Armii Radzieckiej czy Armii Polskiej. W omawianym okresie celem AK była walka z okupantem hitlerowskim. Dopiero później niektóre oddziały zaczęły przekształcać się w ugrupowania podejmujące akcje przeciwko władzy państwowej. Była to reakcja na miesiące represji, aresztowań i eksterminacji. Niejednokrotnie chodziło tylko o fizyczne przetrwanie, bowiem po ustaleniu się frontu na wysokości Wisły, nadejściu oddziałów i służb NKWD oraz po zorganizowaniu na wyzwolonych od Niemców terenach administracji PKWN i organów bezpieczeństwa, rozpoczęły się masowe prześladowania i represje w stosunku do członków AK, a także innych osób, których postawa nie podobała się nowym władzom. Oddziały AK otaczano, rozbrajano, a ich dowódców aresztowano. Część z nich zsyłano w głąb ZSRR, innych mordowano na miejscu bez sądu. Tych nielicznych, których sądzono, skazywano pod zarzutem, że są "wrogami ustroju demokratycznego".
Aby tej masowej działalności represyjnej nadać pozory prawa, 30 października 1944 r. PKWN wydał Dekret o ochronie państwa podpisany przez przewodniczącego KRN Bolesława Bieruta, przewodniczącego PKWN Edwarda Osóbkę-Morawskiego, kierownika Resortu Obrony Narodowej gen. broni Michała Rolę-Żymierskiego i kierownika Resortu Bezpieczeństwa Publicznego Stanisława Radkiewicza. Dekret ten wszedł w życie z dniem ogłoszenia (3 listopada 1944 r.) z mocą obowiązującą od… 15 sierpnia 1944 roku. Tak więc wbrew wszelkim zasadom i tradycjom prawnym wprowadził odpowiedzialność wsteczną za wszelką działalność przeciwko "ustrojowi demokratycznemu". Dokument ten postawił Armię Krajową poza prawem, wprowadził pod karą śmierci obowiązek denuncjacji.
Aresztowania za "dezercję"
Jesienią 1944 roku sztab II Armii Wojska Polskiego, Sąd Wojskowy i Informacja Wojskowa II Armii WP ulokowały się w częściowo wysiedlonej wsi Kąkolewnica między Radzyniem Podlaskim a Międzyrzecem Podlaskim. Stacjonowały tu do przełomu stycznia i lutego 1945 roku, czyli do ruszenia frontu na Wiśle. W pobliżu znajdowały się też dwa obozy NKWD, w których przetrzymywano Polaków podejrzanych o "działalność kontrrewolucyjną". Funkcjonowały tam także agendy GRU (sowieckiego wywiadu wojskowego). Do Kąkolewnicy zwożono żołnierzy AK zatrzymanych w okolicy (np. 30 młodych mężczyzn aresztowanych w kościele w Trzebieszowie), żołnierzy oddziałów zza Buga, m.in. 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty, ale również członków oddziałów BCh.
Systematycznie i kolejno aresztowani byli także oficerowie i żołnierze, którzy wstąpili w szeregi Wojska Polskiego. Jednostki II Armii WP były formowane w trudnych warunkach, przy brakach w umundurowaniu i wyżywieniu. Ponadto oficerowie byli w znacznej części niepolskiego pochodzenia, dlatego w szeregach II Armii panowała atmosfera podejrzeń i inwigilacji. Te czynniki powodowały liczne dezercje. O próby ucieczki posądzani byli nawet żołnierze oddalający się z szeregów do pobliskich domów po żywność.
"Basiu, proś Bozię o twojego tatka"
Na więzienia przeznaczono część zabudowań gospodarczych, strychy, piwnice oraz wykopane ziemianki. Ustalono, że od września 1944 r. do listopada 1945 r. w Kąkolewnicy przebywało 2500-3000 więźniów. Na otynkowanej ścianie strychu domu Zofii Mazur do dziś zachowały się liczne napisy wydrapane w wapiennej zaprawie z datami od 19 października 1944 do 16 stycznia 1945 r. Można tam zobaczyć nazwiska przetrzymywanych więźniów (m.in. kpt. Gutowski, kpt. Kryszak), a także znaki Polski Walczącej i napis: "Basiu, proś Bozię o twojego tatka".
Aresztowani przetrzymywani byli w nieludzkich warunkach: w przepełnionych pomieszczeniach, ziemiankach zalanych wodą. Systematycznie ich głodzono.
Przesłuchania w toku śledztwa odbywały się w języku rosyjskim. Trwały one zazwyczaj wiele godzin, prowadzone były zwykle w nocy, ze stosowaniem przymusu psychicznego i fizycznego.
– Bicie było na porządku dziennym. Przetrzymywano nas w ziemiankach po kolana w zimnej wodzie – wspomina Antoni Stolcman, kapral podchorąży ps. "Mewa", dowódca 2. plutonu I Batalionu 35. pułku 9. Podlaskiej Dywizji AK. Został on skazany na 5 lat więzienia przez sąd II Armii WP. Wraz z nim skazano 16 osób, w tym 8 na karę śmierci. Ułaskawiono tylko Jana Motykę, gdyż był kuzynem komunistycznego aparatczyka Lucjana Motyki. – Po ułaskawieniu Motyka siedział przez 2 dni w naszej celi. Nie był w stanie nic powiedzieć, cały czas tylko się modlił – mówi A. Stolcman.
Skatowany i zastraszony
Wyobrażenie o tym, jak traktowani byli więźniowie, daje świadectwo mieszkańca pobliskiej Żakowoli – Czesława Pękały (ur. 1927). Podczas okupacji był on łącznikiem oddziału partyzanckiego AK, w którym służył jego starszy brat. Po jego aresztowaniu przez NKWD w grudniu 1944 roku i uwięzieniu w Radzyniu Podlaskim grupa członków AK (w której był również Czesław Pękała) zorganizowała brawurową ucieczkę 17 uwięzionych. Jego brat pod przybranym nazwiskiem wstąpił w Lublinie do Wojska Polskiego.
Dnia 3 listopada NKWD aresztowało Czesława Pękałę. Miał on wówczas 18 lat. Przez 3 tygodnie przebywał w piwnicy bez łóżka czy nawet stołka do siedzenia. Cementowa podłoga zalana była kilkucentymetrową warstwą wody. Już podczas pierwszego przesłuchania przetrącono mu szczękę, a brutalne kopanie w tył głowy spowodowało wstrząs mózgu. Nieprzytomnego wrzucono na zalaną zimną wodą podłogę, gdzie przez 4 dni leżał bez zmysłów. Na kolejnych przesłuchaniach czuł tylko pierwszy cios, potem tracił przytomność – słyszał jedynie głuche odgłosy kopania i bicia. Budził się w celi z porozbijanymi paznokciami, z powbijanymi za nie drzazgami.
Dzięki interwencji brata wojsko przysłało prokuratora w celu zbadania sprawy Czesława Pękały. Zwolniono go z więzienia 15 stycznia. W ciągu 2 miesięcy schudł z 68 do 36 kg, przez cztery miesiące nie mógł chodzić.
Przed zwolnieniem zaciągnięto go na dyżurkę, gdzie został zmuszony do podpisania oświadczenia, że zachowa tajemnicę więzienną. "Jeśli piśniesz słowo, wrócisz tu, ale wtedy już stąd nie wyjdziesz" – zapowiedziano. Nie pisnął ani słowa. Był tak przerażony, że na widok milicjanta trząsł się ze strachu. Dopiero w 1998 roku opowiedział o swych doświadczeniach. Wstąpił też do Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, a z warszawskiego oddziału IPN ot
rzymał zaświadczenie o swym uwięzieniu.
Kąkolewnica – podlaski Katyń / część 2
Z informacji Wojskowego Instytutu Historycznego wynika, że w okresie stacjonowania w Kąkolewnicy od października 1944 do stycznia 1945 r. Sąd Wojskowy II Armii skazał 144 osoby, w tym 61 na śmierć, z czego wykonano 43 wyroki śmierci. Zabitymi byli z reguły żołnierze i oficerowie AK.
Wyroki wykonywał naczelnik więzienia sierżant Bazyli Rogoziński. Antoni Stolcman tak go wspomina: – Kiedy Rogoziński był pijany od rana, wiadomo było, że będzie w nocy rozstrzeliwał. Aresztowanym powiadał, że zabił już niejednego. Widziałem, jak na ciężarówki ładowano łopaty i kilofy, a później wrzucano na nie jak worki związanych i zakneblowanych żołnierzy Armii Krajowej, moich kolegów z oddziału.
Egzekucji dokonywano w kąkolewnickich lasach na uroczysku zwanym "Baran". Rozstrzeliwano tam skazanych przez sąd wojskowy, a także tych, którym nie dane było nawet stanąć przed sądem. Do dzisiaj nie wiadomo, ile ciał zamordowanych żołnierzy AK i NSZ tam spoczywa. Z zeznań mieszkańców Kąkolewnicy wynikało, że w czasie stacjonowania sztabu II Armii las był strzeżony przez uzbrojonych żołnierzy i nikt z cywilów nie mógł tam wejść. Nocami słychać było strzały z tego kierunku, po zapadnięciu zmroku jeździły tam kryte ciężarówki.
Miejsca egzekucji nie były oznaczane. Po zakopaniu zwłok osób rozstrzelanych teren ponownie wyrównywano, a następnie maskowano mchem i młodymi sadzonkami drzew. Gdy sztab opuścił Kąkolewnicę w styczniu 1945 roku, dokładnie splantowano ziemię, a na wiosnę zasadzono setki młodych drzew. Jeszcze latem 1945 roku Jerzy Sokoliniec ps. "Kruk", dowódca oddziału WiN na tym terenie, znając miejsce egzekucji, zatknął tam brzozowy krzyż. Sam potem wpadł w ręce NKWD. Po latach deszcze zaczęły wypłukiwać kości i czaszki pomordowanych. Dopiero w 1980 roku wykonano symboliczną mogiłę.
Z wyjątkowym okrucieństwem
Dnia 8 marca 1990 roku Prokuratura Rejonowa w Radzyniu Podlaskim wszczęła śledztwo w sprawie kąkolewnickiej zbrodni. Od 25 do 27 kwietnia przeprowadzono ekshumację w obrębie istniejącej symbolicznej mogiły. Wydobyte we wskazanym miejscu kości ludzkie były szczątkami 12 mężczyzn w wieku 20-60 lat. Na terenie o powierzchni 10 na 10 m odkryto cztery oddzielne mogiły. Zwłoki zakopane były na głębokości 50-120 cm.
Stan szczątków i ich usytuowanie w mogiłach świadczyły o wyjątkowej brutalności wykonawców egzekucji i ogromie cierpień ofiar. Jak czytamy w protokole sporządzonym przez Zakład Medycyny Sądowej, skazani mieli ręce i nogi związane kablami metalowymi, ręce wykręcone były do tyłu. W chwili zgonu niektóre ofiary miały złamane kości podudzi i ramion, czaszki nosiły ślady urazów mechanicznych zadanych z dużą siłą tępym i twardym narzędziem. W kościach czaszek biegli stwierdzili obrażenia postrzałowe, świadczące o tym, że ofiary ginęły od strzałów oddawanych w tył lub bok głowy. Jedna spośród odnalezionych czaszek nie była przestrzelona, lecz rozbita.
Nie zdołano zidentyfikować żadnej z ofiar, ale wydobyte z grobów podczas ekshumacji przedmioty – buty, łańcuszek ze szczątkami szkaplerza, pierścionek z orzełkiem, haftowana polska gwiazdka wojskowa, okładki modlitewnika, dwa wojskowe przedwojenne mosiężne guziki mundurowe, mosiężny wojskowy orzełek – świadczą, że zabici byli żołnierzami AK. W chwili śmierci rozstrzeliwani mieli na sobie grube okrycia wierzchnie lub kożuchy, co wskazuje, że egzekucje były wykonywane późną jesienią lub w zimie.
W miejscu ekshumacji odnaleziono także dużą liczbę łusek pochodzących od naboi produkcji radzieckiej z roku 1944.
"Biorąc pod uwagę całokształt ustalonych w śledztwie okoliczności, dotyczących wydarzeń w Kąkolewnicy na przełomie lat 1944/45 należy stwierdzić, że bez wątpienia w lesie 'Baran’ znajdują się inne nieznane dotychczas mogiły osób rozstrzelanych w wyniku wykonywania wyroków śmierci orzekanych przez sąd II Armii WP", gdyż "nie jest wykluczone, że w tym lesie, jak i w lasach rejonu Kąkolewnicy dokonywali egzekucji również funkcjonariusze NKWD, zupełnie niezależnie i bez wiedzy sztabu II Armii, według własnego uznania. Wielu bowiem obywateli polskich zginęło w tym czasie bez wieści" – czytamy w Postanowieniu o umorzeniu śledztwa prowadzonego przez Prokuraturę Rejonową w Radzyniu Podlaskim w sprawie zbrodni wojennych rozstrzeliwania żołnierzy AK i innych osób w latach 1944-1945 w Kąkolewnicy.
Kaci w polskich mundurach
Według tego dokumentu, w skład Sądu Wojskowego II Armii WP wchodzili: prezes płk Stefan Piekarski – oficer armii bolszewickiej od 1920 roku, kpt. Aleksander Tomaszewski – oficer Armii Czerwonej, Tadeusz Małecki, Maria Bednarska, Władysław Sobiech, Aleksander Zawirski, Michał Frankowski, Marcin Dancyg, Marian Bartoń. Nie ustalono, kim byli i jakie były ich losy powojenne. Prokuratorem wojskowym II Armii WP był Prokopowicz, szefem oddziału śledczego Wydziału Informacji – Czewyczałow, szefem Wydziału Informacji Wozniesienskij, śledztwa – Bołdyrow. "Ich imiona nie są znane. Najprawdopodobniej wszyscy byli oficerami NKWD w polskich mundurach" – czytamy w Postanowieniu o umorzeniu śledztwa.
Dochodzenie w sprawie masowego ludobójstwa na Podlasiu jako pierwszy, już w lutym i marcu 1946 roku, podjął inspektor Inspektoratu Północ Biała Podlaska organizacji WiN Jan Szatyński-Szatowski ps. "Wrzos", "Jemioła", "Burian", "Zagończyk", "Dziryt". Na podstawie informacji zawartych w złożonych pod przysięgą relacjach zbiegłych więźniów i żołnierzy LWP ustalił i odnalazł 3 zbiorowe mogiły żołnierzy rozstrzelanych na terenie Kąkolewnicy. Zebrane relacje znalazły się w posiadaniu UB, w czasie gdy ppłk "Wrzos" przebywał w areszcie. Informacje te do tego stopnia zaniepokoiły NKWD i GRU, że przewieziono go z więzienia w Lublinie do Warszawy na ul. Koszykową. Następnego dnia specjalnym samolotem przylecieli z Moskwy pułkownik NKWD i prokurator wojskowy. Podczas przesłuchań stosowali wobec niego najbardziej brutalne metody, a przedmiotem ich zainteresowania była wyłącznie wiedza "Wrzosa" na temat wydarzeń z Kąkolewnicy oraz nazwiska osób, które mogły znać te fakty. Sąd I Instancji skazał Szatyńskiego na 9-krotną karę śmierci. Jeszcze w latach 60. usiłowano go zastrzelić, podejmowano próby podpalenia jego domu.
Dowody zbrodni dokonywanych przez Informację Wojskową LWP, NKWD i UB zbierał także ks. Lucjan Niedzielak ps. "Głóg", kapelan 35. pułku AK stacjonującego w kąkolewnickich lasach i Polskowoli, dowodzonego przez mjr. Ksawerego Witkowskiego "Millera". Od czerwca 1940 do kwietnia 1943 r. ks. Niedzielak pracował w parafii Huszlew, gdzie znajdowało się gniazdo partyzantki organizowanej przez "Zenona" – Stefana Wyrzykowskiego. Od kwietnia 1943 r. administrował parafią Polskowola, sąsiadującą z parafią Kąkolewnica. Z powodu zainteresowania kąkolewnicką zbrodnią był inwigilowany przez UB, otrzymywał anonimy z pogróżkami. 5 lutego 1947 roku dwóch funkcjonariuszy UB z Radzynia Podlaskiego zamordowało go trzema strzałami w głowę. Ciało kapłana odnaleziono w pobliżu plebańskiej stodoły. 11 lutego jego zwłoki pochowano na cmentarzu w Hadynowie.
Tajemnica wciąż nieodkryta
Informacje zdobyte przez ppłk. "Wrzosa" znane były niektórym oficerom WiN z Obwodu Radzyń Podlaski. Jerzy Skoliniec ps. "Kruk" odnalazł kąkolewnickie miejsca straceń i w 1947 r. posadził na grobach małe sosenki, z których część u
schła. Szanse na przeprowadzenie wówczas śledztwa były nikłe. Brak było dostępu do oficjalnych informacji na ten temat. Wszyscy, którzy coś o tym wiedzieli, przebywali w więzieniach, sowieckich łagrach albo byli zastraszani lub umierali. Podpułkownik Jan Szatyński-Szatkowski do końca życia (zm. w 1988 r. w Poznaniu) zbierał informacje o zbrodni w Kąkolewnicy. Według jego ustaleń z roku 1946 i z lat 80., w Kąkolewnicy i okolicy rozstrzelano 1500-1800 osób. Większość pogrzebano w lesie "Baran". W czasie wojny w warunkach przyfrontowych mogło się zdarzyć, że grzebano ciała umarłych przy aresztach czy więzieniach.
Sprawę liczby pogrzebanych w kąkolewnickich lasach mogłyby wyjaśnić badania georadarem, jednakże nie nastąpi to w najbliższej przyszłości z powodu wielości spraw, jakimi zajmuje się Instytut Pamięci Narodowej Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Lublinie. Prowadzący sprawę zbrodni w Kąkolewnicy prokurator Leszek Furman poinformował, że IPN przesłuchał 100 świadków, z których 80 miało dużą wiedzę na temat omawianych zdarzeń. Zwrócił ponadto uwagę na wieloaspektowość sprawy: odnaleziono szczątki 12 osób oraz dokumenty o skazaniu na śmierć 43 osób. Obecność w okolicy dwóch obozów NKWD sugeruje jednak, że ofiar było więcej. W Postanowieniu o umorzeniu śledztwa znajdujemy informacje np. o przypadkach zastrzelenia więźniów w czasie próby ucieczki. Wyjaśnień wymaga też stan prawny wydawanych wyroków, co jest sprawą niezwykle skomplikowaną ze względu na kontekst historyczny, bo należy przy tym uwzględnić prawodawstwo przedwojenne i umocowanie prawne aktów wydawanych przez PKWN.
Czy tajemnica Uroczyska "Baran" zostanie zatem kiedykolwiek wyjaśniona?
Kąkolewnica – podlaski Katyń / część 3
Problemem jest brak świadków tamtych wydarzeń. Jednak i tak relacje ludzi, do których udało się dotrzeć, były niesamowite. W tartaku, gdy piłowano drzewa ścięte na uroczysku, to tylko iskry leciały, tyle w nich było kul i odłamków – mówi Mirosław Barczyński, historyk z Muzeum Południowego Podlasia.
Przyszło NKWD
W 1944 roku w Kąkolewnicy stacjonował najpierw sztab marszałka Rokossowskiego, a po nim sztab II armii LWP z generałem Świerczewskim na czele. Z tym pierwszym przyszło NKWD, z drugim Informacja Wojskowa LWP. I właśnie te dwie formacje obarcza się odpowiedzialnością za zbrodnie dokonane w Kąkolewnicy.
Wojsko wysiedliło północną i południową część wsi oraz częściowo także wschodnią. Z relacji świadków wynika, że ludzi wyrzucano bez dobytku, nie pozwalając niczego zabrać. W chatach rozlokowało się wojsko. Wszelkie spichlerze, komórki i piwnice wykorzystano do więzienia ludzi: żołnierzy Armii Krajowej, dezerterów z LWP, często siłą do niego wcielonych, a także ludności cywilnej. Mordowano ich na miejscu bądź przewożono do oddalonego o 3 km od Kąkolewnicy lasu Baran.
Szukali kości
Rozmiarów ludobójstwa dokonanego w Kąkolewnicy do dziś nie zdołano oszacować. Zamiar rozwikłania ponurej tajemnicy w oparciu o ekshumację i materiał dokumentalny, a także na podstawie relacji miejscowej ludności, powstał już w 1980 roku, jednak jego realizację przekreślił stan wojenny. Częściową ekshumację udało się przeprowadzić dopiero w kwietniu 1990 roku, dzięki staraniom m.in. Mirosława Barczyńskiego oraz Jana Kołkowicza, historyka i publicysty związanego z ruchem niepodległościowym.
– Wyrywkowo, z dwóch dołów rozkopanych przez wojsko w czasie trzydniowych prac, wydobyto zaledwie 16 szkieletów, co miało raczej wymiar symboliczny – wspomina Kołkowicz. – Przekopanie całego uroczyska, liczącego kilkanaście hektarów, było praktycznie niemożliwe, zważywszy czas i środki techniczne jakimi dysponowano. Zastosowanie echosondy do prac wykrywkowych okazało się mało przydatne. Natomiast badanie metodą podczerwieni, przy pomocy zdjęć lotniczych nocą, chociaż skuteczniejsze, było zbyt kosztowne.
Zwyrodnialcy
IPN, który prowadził śledztwo w sprawie zbrodni na uroczysku Baran, przesłuchał 110 świadków. Z ich zeznań wynika, że w czasie stacjonowania w Kąkolewnicy sztabu II Armii LWP, okoliczny las Baran był strzeżony przez uzbrojonych żołnierzy. Osoby cywilne miały zakaz wstępu na ten teren. Skazanych dowożono ciężarówkami po zapadnięciu zmroku. Nocami świadkowie słyszeli odgłosy strzałów. Stwierdzono, iż po zakopaniu zwłok teren wyrównywano, a następnie starano się zamaskować miejsca zbrodni nasadzając mech i sadzonki drzew.
Przerażający jest opis tego, co odkryto podczas ekshumacji w 1990 roku. Ofiary miały ręce i nogi związane kablem i drutem. W chwili zgonu połamane kości ramion, żeber i podudzi. Na czaszkach widniały obrażenia postrzałowe. Otwory wlotowe pocisków znajdowały się w części tylnej lub bocznej. Część ekshumowanych czaszek posiadała ponadto ślady urazów mechanicznych, zadanych z dużą siłą narzędziami tępymi i twardymi. W jednym przypadku na ekshumowanych kościach czaszki nie stwierdzono obrażeń postrzałowych, były one natomiast ”rozfragmentowane” na skutek zadanych z dużą siłą uderzeń.
Jeden z zamordowanych mężczyzn w wieku około 40 lat, został zastrzelony w chwili, gdy znajdował się już na dnie wykopanego dołu. Leżał na prawym boku, ręce miał skrępowane w okolicy nadgarstków, na plecach. Otwór wlotowy pocisku zlokalizowany był w okolicy ciemieniowej lewej. Pod czaszką, na dnie dołu, odnaleziono dowodowy pocisk. W oparciu o wydobyte w toku ekshumacji dowody stwierdzono, że ofiarami mordu byli żołnierze AK.
Śledztwo zawieszone
Dwa lata temu prokurator Leszek Furman z IPN zarządził na uroczysku drugą ekshumację. Jednak tym razem nie udało się natrafić na ludzkie szczątki. – W przypadku lasu Baran liczbę ofiar szacuje się od 700 do 1200. Spędziłem w tym lesie pół roku, i mogę jedynie powiedzieć, że on tak łatwo swojej tajemnicy nie odda – stwierdza Barczyński.
Prokurator Furman zapewnia, że śledztwo zostanie natychmiast wznowione, jeżeli uda się natrafić na dokumenty lub relacje wskazujące konkretne miejsca zbiorowych mogił. – Będę przeglądał archiwa, także te wytworzone przez Urząd Bezpieczeństwa i Służbę Bezpieczeństwa, bo one monitorowały różnego rodzaju postawy i zachowania ludzi, którzy próbowali w lesie Baran np. stawiać krzyże. Może uda się natrafić na informacje dotyczące miejsc, w których natrafiono na ludzkie kości. Jeżeli będą konkretne wskazania, to na pewno do lasu Baran powrócimy – stwierdza prokurator.
Anglojęzyczna wersja tekstu (na stronie www.doomedsoldiers.com):
Kakolewnica – "Little Katyn" Near Radzyn Podlaski. The Secret of the Kakolewnica Forest>
Zdjęcia dotyczące walki ppor. Edwarda Taraszkiewicza "Żelaznego"

Magazyn broni grupy Edwarda Taraszkiewicza "Żelaznego" odkryty przez funkcjonariuszy PUBP we Włodawie 16.04.1948 r. – Wołoskowola, pow. Włodawa.

Zabity przez funkcjonariuszy PUBP we Włodawie żołnierz grupy Edwarda Taraszkiewicza "Żelaznego" i Stanisława Kuchcewicza "Wiktora" – Ignacy Zalewski ps. "Lin" – fot. 12 II 1951 r.
Zdjęcie wykonane 6 X 1951 r. na dziedzińcu PUBP we Włodawie. Zabici przez grupę operacyjną UB-KBW w Zbereżu nad Bugiem pow. Włodawa (od lewej) Stanisław Torbicz "Kazik", Edward Taraszkiewicz "Żelazny"; między nimi siedzi ujęty Stanisław Marciniak "Niewinny", stracony razem z Józefem Domańskim "Łukaszem" na Zamku w Lublinie 12 I 1953 r.

Zabity przez grupę operacyjną UB-KBW w Zbereżu nad Bugiem pow. Włodawa ppor. Edward Taraszkiewicz "Żelazny" – fotografia wykonana 6 X 1951 r. na dziedzińcu PUBP we Włodawie.
Działalność V i VI Brygady Wileńskiej AK 1944-1952 – część 1
V Wileńska Brygada AK [zwana również "Brygadą Śmierci"] dowodzona przez mjr. Zygmunta Szendzielarza "Łupaszkę" była jednym z najbitniejszych oddziałów partyzanckich Wileńskiego Okręgu AK. W okresie okupacji niemieckiej działała w wyjątkowo trudnych warunkach, mając przeciwko sobie zarówno Niemców, jak i partyzantkę sowiecką, zwalczającą Armię Krajową. Brygada walcząc z dwoma wrogami odnosiła znaczne sukcesy bojowe.
Po lipcu 1944 [akcja "Burza"] część żołnierzy V Brygady zdołała przedostać się za "linię Curzona", na teren tzw. "Polski lubelskiej", gdzie pod rozkazami mjr. "Łupaszki" kontynuowała działalność niepodległościową jeszcze przez wiele lat po wojnie. Powojenny etap działalności V Brygady można podzielić na kilka wyraźnych podokresów: okres "białostocki" [1945], okres "pomorsko-mazurski" [1946], okres "podlaski" [1946-1949, ciągnący się w szczątkowej formie do 1952]. Ten ostatni dotyczy zwłaszcza wyłonionej z dawnej V Brygady nowej jednostki partyzanckiej, która otrzymała nazwę VI Brygady Wileńskiej. Chodzi tu o podlegający mjr. "Łupszce" oddział partyzancki dowodzony przez ppor. Lucjana Minkiewicza "Wiktora", a następnie przez por./kpt. Władysława Łukasiuka "Młota", bodaj najsłynniejszego partyzanta na Podlasiu.
V Brygada Wileńska AK mjr Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki"
W 1945 oddziały mjr. "Łupaszki" podporządkowane były Komendzie Białostockiego Okręgu AK [występującego po formalnym rozwiązaniu AK jako Armia Krajowa Obywateli lub Obywatelska Armia Krajowa]. Od jesieni 1945 "Łupaszka" podlegał eksterytorialnemu Wileńskiemu Okręgowi AK [przeniesionemu na teren "Polski lubelskiej"], który został następnie przekształcony w Ośrodek Mobilizacyjny Wileńskiego Okręgu AK. Struktura ta miała bezpośredni kontakt ze sztabem Naczelnego Wodza w Londynie i aczkolwiek współdziałała ze Zrzeszeniem WiN, była niezależnym od niego ośrodkiem konspiracyjnym i bojowym.
Działalność oddziałów partyzanckich V i VI Brygady Wileńskiej w okresie powojennym stała się swego rodzaju fenomenem w historii walk podziemia antykomunistycznego w Polsce. Większość działań powojennej partyzantki, niekiedy prowadzonych z wielką determinacja, miała właściwie charakter lokalny. Natomiast oddziały podległe mjr. "Łupaszce", a później kpt. "Młotowi", charakteryzował rzadko spotykany rozmach działania.
Swoją działalnością objęły one znaczne obszary Polski północnej i północno-wschodniej. W różnych okresach operowały na terenach od woj. zachodniopomorskiego, przez woj. gdańskie, bydgoskie, olsztyńskie, warszawskie, białostockie i lubelskie, aż po wschodnią granicę Polski. Patrole dyspozycyjne mjr. "Łupaszki" sięgały nawet w swych wypadach do woj. wrocławskiego.
Istotną cechą antykomunistycznej działalności V i VI Brygady Wileńskiej była jej konsekwencja. Pomimo akcji "rozładowywania lasów" prowadzonej przez poakowskie ośrodki dowódcze [DSZ, WiN] oraz dwóch amnestii ogłoszonych przez MBP, działalność ta trwała nieprzerwanie do lat 1948-1949, a w szczątkowej formie do 1952. Można sądzić, że na fakt owej konsekwencji duży wpływ miał skład osobowy oddziałów dowodzonych przez mjr. "Łupaszkę" i kpt. "Młota". Żołnierze AK z Wileńszczyzny, służący pod ich rozkazami, niejednokrotnie już się przekonali, czego można się spodziewać po systemie komunistycznym. Także wśród żołnierzy pochodzących z Podlasia przeważał element nie tylko ofiarny i patriotyczny, ale i nie mający złudzeń, co do przyszłości Polski pod rządami komunistów. Zapewne na długotrwałość i skuteczność działalności "Łupaszki" i "Młota" miała też wpływ "jakość materiału ludzkiego" jakim dysponowali. Na 300 ludzi, jacy przewinęli się w 1945 przez szeregi V Brygady, aż 157 pochodziło zza "linii Curzona", a 63 z Podlasia białostockiego. Na 180 żołnierzy, których akta zgromadziło MBP – 145 było chłopami, 24 robotnikami, zaś 11 należało do inteligencji. Brygada miała charakter wileński, kresowy. Nie bez znaczenia była także osobowość mjr. "Łupaszki" i kpt. "Młota", dowódców potrafiących silnie oddziaływać na żołnierzy i cieszących się wśród nich wielkim autorytetem.
Bezpośrednio po przejściu na Białostocczyznę w lipcu i sierpniu 1944 rtm./mjr "Łupaszka" nawiązał kontakt z Komendą tamtejszego Okręgu AK i w uzgodnieniu z nią przystąpił do organizowania kadrowego oddziału partyzanckiego V Brygady Wileńskiej, złożonego z rozbitków z wileńskich i nowogródzkich oddziałów AK. Oddział ten przeszedł za "linię Curzona" i w okresie wrzesień-listopad 1944 operował po sowieckiej stronie granicy w Puszczy Świsłockiej i Różańskiej. Choć nastawiony był na przetrwanie, stoczył szereg potyczek z jednostkami NKWD. Nie mogąc utrzymać się na terenie powiatu wołkowyskiego, powrócił w bialskopodlaskie, gdzie okresowo został zamelinowany na konspiracyjnych kwaterach terenowej sieci AK. Ponownie wyszedł w pole 5 kwietnia 1945 na rozkaz Komendy Białostockiego Okręgu AK-AKO. Bardzo szybko został rozbudowany do stanu brygady partyzanckiej liczącej ponad 250 żołnierzy, zaś mjr "Łupaszka" otrzymał funkcję "dowódcy partyzantki" w Komendzie Białostockiego Okręgu AK-AKO [sprowadzała się ona do dowodzenia V Brygadą, będącą oddziałem dyspozycyjnym K-dy Okr. AK-AKO]. Struktura odtworzonej V Wileńskiej Brygady AK przedstawiała się następująco:
dowódca – mjr Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka",
zastępca – por. Lech L. Beynar "Nowina",
adiutant – por. Jerzy Jezierski "Stefan",
d-ca 1. szwadronu – por. Zygmunt Błażejewicz "Zygmunt",
d-ca 2. szwadronu – ppor. Romuald Rajs "Bury",
d-ca 1. kompanii szturmowej – por. Jan Mazur "Piast",
d-ca 4. szwadronu – por. Marian Pluciński "Mścisław",
d-ca drużyny podoficerskiej – ppor. Jan Zaleski "Zaja".
Brygada operowała głównie na terenie Rejonu "A" Białostockiego Okr. AK-AKO [powiaty wysokomazowiecki i bielskopodlaski]. Okresowo działała także na terenie Obwodów AKO Białystok, Zambrów i Ostów Maz., przechodziła też za Bug na Podlasie lewobrzeżne [głównie na teren powiatów Sokołów Podlaski i Siedlce]. Wykonała kilkadziesiąt udanych akcji bojowych przeciwko siłom NKWD, UB, KBW, MO i LWP. Najbardziej bojową jednostką był 1. szwadron por. "Zygmunta", któremu V Brygada zawdzięcza większość swych sukcesów [zwycięska walka z grupą operacyjną NKWD i KBW w rejonie Majdan-Topiło, likwidacja prokuratury sowieckiej 5. APanc w Brzezinach, rozbicie grupy operacyjnej 2. pułku "kościuszkowskiego" LWP pod Sikorami, zniszczenie grupy operacyjnej NKWD, UB i LWP w Miodusach Pokrzywnych].
W 1945 V Brygada Wileńska opero
wała poszczególnymi szwadronami, kontrolując zazwyczaj teren 1-2 powiatów. Szwadrony zbierały się tylko na zarządzanych okresowo koncentracjach [łącznie było ich dziewięć], lub na czas wykonywania większych operacji bojowych. Na koncentracji koło leśniczówki Stoczek w dn. 7 września 1945 żołnierze mjr. "Łupaszki" zostali poinformowani o demobilizacji V Brygady [akcja DSZ "rozładowywania lasów"].
Z pozostałej w polu grupy 1. szwadronu i resztek grupy kpt. "Młota" powstał nowy oddział, który w lutym 1946 stał się VI Brygadą Wileńską. Operował na Podlasiu – po obu stronach Bugu. Dzielił się na trzy pododdziały kadrowe – zwane szwadronami, którymi dowodzili: sierż. Józef Rybicki "Kukułka", sierż. Walerian Nowacki "Bartosz" i st.sierż. Józef Babicz "Żwirko". Grupą żandarmerii dowodził ppor. Antoni Borowik "Lech". Na ogół stan osobowy VI Brygady nie przekraczał 60-70 żołnierzy.
Z chwilą rozformowania V Brygady Wileńskiej dowódca jej 2. szwadronu ppor. Romuald Rajs "Bury" opuścił szeregi oddziałów poakowskich i przeszedł do NZW, gdzie został szefem PAS Okręgu Białostockiego.

V Brygada Wileńska mjr. "Łupaszki" została odtworzona w kwietniu 1946 w Borach Tucholskich. Wyjście w pole jej pierwszego oddziału kadrowego poprzedziła kilkumiesięczna działalność paru niedużych patroli bojowych. Wykonały one szereg akcji dywersyjnych i ekspropriacyjnych, nie tylko w Trójmieście i na Pomorzu Gdańskim, ale i w rejonach dość odległych – m.in. na banki w Koszalinie i Toruniu, na pociąg pod Białogardem, na instytucje gospodarcze i finansowe, [np. urzędy skarbowe, biura Państwowego Monopolu Spirytusowego] w Olsztynie i innych miastach. Najdalszy wypad przeprowadził patrol sierż. Józefa Bandzo "Jastrzębia", wykonując kilka akcji we Wrocławiu, Wałbrzychu i Kłodzku. Odtworzona V Brygada w 1946 dzieliła się na trzy kadrowe grupy [szwadrony] dowodzone przez ppor. Zdzisława Badochę "Żelaznego" [a po jego śmierci przez ppor. Olgierda Christę "Leszka"], ppor. Henryka Wieliczkę "Lufę" i ppor. Leona Smoleńskiego "Zeusa". Do tego dochodziły dwa patrole dyspozycyjne ppor. Feliksa Salmonowicza "Zagończyka" i sierż. Józefa Bandzo "Jastrzębia".
V Brygada operowała głównie na Pomorzu i na Mazurach. Tylko szwadron "Lufy" dwukrotnie zapuszczał się w białostockie, a szwadron "Żelaznego" w szczecińskie. W okresie "pomorsko-mazurskim" przez oddziały V Brygady przewinęło się łącznie blisko 90 żołnierzy. Rezultaty działalności skromnych sił jakimi w 1946 dysponował mjr. "Łupaszka" były bardzo efektowne. Od grudnia 1945 do listopada 1946 jego oddziały wykonały ok. 170 akcji bojowych [m.in. rozbiły 27 posterunków MO, 3 placówki UBP, 2 sowieckie placówki łączności, wykonały 25 akcji ekspropriacyjnych, stoczyły 14 walk i potyczek z siłami bezpieczeństwa]. Do najbardziej spektakularnych operacji oddziałów V Brygady w tym okresie należy zaliczyć:
– rozbicie 11 maja 1946 grupy operacyjnej KBW i UB pod Bartlem Wielkim pow. Tuchola,
– rozbrojenie 19 maja 1946 siedmiu posterunków MO i jednej placówki UBP w pow. Stargard i Kościerzyna,
– rozbicie 21 maja 1946 placówki UBP i posterunków MO w Bobolicach i Piotrkówku pow. Koszalin oraz Przychylewie pow. Człuchów,
– rozbicie 25 maja 1946 grupy operacyjnej MO pod Podjazdami pow. Kartuzy,
– rozbicie 10 czerwca 1946 grupy operacyjnej MO i UB pod Tulicami,
– zasadzkę 23 czerwca 1946 pod Czarnym Piecem pow. Ostróda,
– rozbrojenie 28 października 1946 posterunków MO w Rozogach i Lipowcu,
– rozbicie 28 października 1946 grupy operacyjnej MO i UB na drodze Wielbark-Jedwabno pow. Szczytno.
W listopadzie 1946 szwadrony "Leszka" i "Zeusa" zostały zdemobilizowane i nie zebrały się już ponownie. Jedynie pozostałości szwadronu "Lufy" zostały w marcu 1947 włączone do VI Brygady Wileńskiej na Podlasiu.
Mjr "Łupaszka" oraz wachm. Wacław Beynar "Orszak" [z lewej]. Wachm. "Orszak", żołnierz V Brygady Wileńskiej od jesieni 1943. W latach 1945-48 kurier mjr. "Łupaszki". Aresztowany przez UB 24 lipca 1948 w Gdyni, skazany na karę śmierci zamienioną na 15 lat więzienia.
Szwadrony V Brygady wykazywały ogromną ruchliwość i operatywność, przemieszczając się po rozległych rejonach Polski północnej. O ile oddział "Młota" [VI Brygada] posiadał mocne oparcie w siatce terenowej WiN na Podlasiu, to oddziały V Brygady były zdane wyłącznie na własne siły. W grę wchodziły pojedyncze punkty oparcia, m.in. opanowane przez wileńskich AK-owców struktury Państwowego Urzędu Repatriacyjnego. Wyjątkiem był tu szwadron "Żelaznego", który miał zaplecze w Bobolicach w postaci wołkowyskiej grupy BOA [Bojowy Oddział Armii] dowodzonej przez ppor. Stefana Pabisia "Stefana". Przeszła ona jesienią 1945 z bronią w ręku z terenu włączonego do ZSRR, zdemobilizowała się, po czym jej żołnierze za pośrednictwem PUR osiedlili się w Bobolicach kontynuując działalność niepodległościową. Latem 1946 w skład V Brygady Wileńskiej weszła również nieduża lokalna grupa partyzancka dowodzona przez pchor. Władysława Helińskiego "Małego", walcząca pod kryptonimem "Tartak" [jej kontakty ułatwiły szwadronom "Leszka" i "Zeusa" trwanie w terenie w końcowym okresie działalności].
Poza tymi nielicznymi punktami oparcia szwadrony V Brygady na Pomorzu i Mazurach mogły liczyć tylko na prywatne kontakty, m.in. wśród repatriantów z Kresów, oraz na ogólną życzliwość społeczeństwa.
Prawdopodobnie rok 1948. VI Brygada Wileńska AK. Spotkanie żołnierzy kpt. Kazimierza Kamieńskiego "Huzara" i Władysława Łukasiuka "Młota". Na pierwszym planie kpt. "Młot".
Działalność V i VI Brygady Wileńskiej AK 1944-1952 – część 2
Szwadrony V Brygady …
Szwadrony V Brygady Wileńskiej stworzyły w 1946 zupełnie nową taktykę działania, nie spotykaną w innych oddziałach partyzantki powojennej [ich doświadczenia były wykorzystywane także przez niektóre pododdziały VI Brygady na Podlasiu]. Nie wiązały się na dłużej z jakimś terenem, nie miały stałych baz. Działały jako grupy lotne, stale zmieniając miejsce postoju. Wykorzystując zdobyczne samochody pokonywały w krótkim czasie nawet znaczne odległości – po kilkaset kilometrów. Działały grupami liczącymi 15-30 ludzi, których całe zaopatrzenie mieściło się w chlebakach. Braki w amunicji, prowiancie i wyposażeniu uzupełniano w akcjach bojowych. W podobny sposób działały na Podlasiu pododdziały VI Brygady w latach 1947-1948, z tym jednak, że "Młot" posiadał silne oparcie w terenie.
Podlasie, jesień 1947. Żołnierze 2. szwadronu VI Brygady Wileńskiej AK
Po rozpadzie struktur WiN w wyniku amnestii z lutego 1947 VI Brygada Wileńska por. "Młota" stała się jednym z najgroźniejszych oddziałów antykomunistycznych w skali całej Polski. Operacjami przeciw niej kierował specjalny sztab MBP i KBW. Do zwalczania oddziału "Młota" rzucono olbrzymie siły KBW, UB, LWP i MO. Tymczasem por. "Młot" rozbudował własne zaplecze w oparciu o pozostałości dawnej siatki WiN [w pow. sokołowskim rezerwami VI Brygady dowodził por. Józef Małczuk "Brzask", zaś w pow. bielskopodlaskim plut. Eugeniusz Korzeniewski "Ryg"]. Zwierzchnictwo "Młota" uznał także por. Kazimierz Kamieński "Huzar", słynny partyzant AK-AKO-WiN z pow. wysokomazowieckiego. W ciągu 1947 ponownie odbudował on swój oddział, zdekompletowany przez amnestię. Na terenie pow. sokołowskiego podlegał "Młotowi" lotny patrol Kazimierza Wyrozębskiego "Sokolika". Spośród ponad 600 partyzantów VI Brygady i żołnierzy wspierającej jej siatki terenowej, jacy znaleźli się w ewidencji MBP, 83% to chłopi, 9% robotnicy, a 8% należało do inteligencji i "drobnomieszczaństwa". Według tych samych danych w oddziałach "Młota" znajdowało się tylko 6% analfabetów.
Do najpoważniejszych działań VI Brygady Wileńskiej w 1946 należy zaliczyć kwietniowe walki z UB i KBW pod m. Korabie-Antonie i Śliwowem [wspólnie z oddziałami NZW], lipcowy wypad na miasteczko Łosice zakończony bojem z jednostkami NKWD i LWP [wspólnie z oddziałem WiN "Korwina"], walkę z UB pod Księżopolem w sierpniu 1946, wypad na Łapy w listopadzie oraz likwidację grupy pracowników UBP oddelegowanych do fałszowania wyborów w pow. sokołowskim w grudniu 1946 [sprawa tzw. "robotników z Chodakowa"]. Ciekawym epizodem w działalności VI Brygady był daleki wypad niewielkiego patrolu por. Henryka Mieczkowskiego "Tygrysa" zimą 1946/47 spod Bociek [pow. bialskopodlaski] na teren Warmii i Mazur [rozbito 4 posterunki MO, 1 zaatakowano bez pozytywnego rezultatu, wykonano kilka zasadzek, w których zlikwidowano kilku funkcjonariuszy UB, MO i ich współpracowników]. Spośród ważniejszych akcji w 1947 należy odnotować: zimowe walki z grupami operacyjnymi pod wsiami Kiełpiniec, Wólka Okrąglik i Tosie, rozbrojenie garnizonu KBW ochraniającego most na Bugu we Fronołowie, posterunków MO w Briańsku i Klukowie, wypad 2 czerwca na Wisznice i Rossosz zakończony walką pod Utrówką, akcję 13 czerwca na eskortowany przez MO ambulans pocztowy pod Stawiskami, rozbicie grupy operacyjnej KBW 26 czerwca pod Krynicami, wypady na pociągi na stacjach Dziewule i Sosnowica 29 lipca i 7 sierpnia, opanowanie miasteczka Stoczek 25 września i rozbrojenie miejscowej milicji, walki pod Łapami w dniach 23-24 grudnia.
Podlasie, 28 kwietnia 1946. Rozbita i wzięta do niewoli przez VI Brygadę Wileńską AK i III Brygadę NZW grupa operacyjna UB-MO
W 1948 do walki z oddziałami kpt. "Młota" komuniści rzucili znaczne siły.
W początkowej fazie tzw. „Operacji Z” wzięło udział ok. 2000 żołnierzy KBW i funkcjonariuszy UB. W walkach polegli "Lech" [7.V.1948 pod wsią Ogrodniki], "Bartosz" [3.VII.1948 pod Krawcami] i "Sololnik" [5.VII.1948 w Chondzyniu]. Kpt. "Młot" zdołał z garstką podkomendnych przedrzeć się na prawy brzeg Bugu, gdzie przez kilka miesięcy "chodził" wraz z oddziałem "Huzara". Zimę 1948/49 spędził w leśnych bunkrach w Lesie Rudzkim [pow. Bielsk Podlaski]. Tam też dopadła go niespodziewana śmierć w dniu 27 czerwca 1949.
Mjr "Łupaszka" aresztowany 30 czerwca 1948, został skazany na karę śmierci 2 listopada 1950 i zamordowany w więzieniu MBP przy ul. Rakowieckiej w Warszawie w dniu 8 lutego 1951. Wraz z nim w więzieniu zginęli: ppłk Antoni Olechnowicz "Podhorecki", ppor. Lucjan Minkiewicz "Wiktor" i kpt. Henryk Borowski "Trzmiel". Zginęła też większość kadry oficerskiej V Brygady – z ośmiu dowódców i zastępców dowódców szwadronów z 1945 przeżyło tylko dwóch. Środowisko wileńskich żołnierzy AK dotknęły masowe aresztowania będące realizacją prowadzonej przez UB Operacji "X".

Kpt. Kazimierz Kamieński "Huzar"
Po śmierci kpt. "Młota" w czerwcu 1949 dowództwo nad jego żołnierzami znajdującymi się nadal w polu objął kpt. "Huzar". Jego oddział kontynuował tradycję VI Brygady Wileńskiej i przejął jej nazwę. Ze stosunkowo nielicznej grupy, wcześniej będącej jedynie silnym patrolem, oddział "Huzara" został rozbudowany do stanu kilkudziesięciu ludzi podzielonych na kilka mniejszych patroli. Prowadziły one głównie działalność z zakresu samoobrony, zwalczając agenturę UB i szczególnie szkodliwych lokalnych przedstawicieli PPR. Początkowo kpt. "Huzar" dowodził osobiście grupą operującą na prawym brzegu Bugu [okresowo wyodrębnił patrol ppor. Witolda Buczaka "Ponurego"], natomiast komendę na grupą z terenu pow. Sokołów Podlaski powierzył ppor. Józefowi Małczukowi "Brzaskowi" [jesienią 1949 z grupy tej wydzielony został patrol plut. Jana Czarnockiego "Huragana"]. Po śmierci ppor. "Brzaska" w walce pod Toczyskami 7 kwietnia 1950 dowództwo patrolu "sokołowskiego" objął plut. Arkadiusz Czapski "Murat". Gdy i on padł w walce z KBW 30 września 1950, kpt. "Huzar" dowództwo nad grupą działającą na lewym brzegu Bugu przekazał st.sierż. Adamowi Ratyńcowi "Lampartowi". Grupa ta dotrwała do 12 maja 1952, kiedy to zniszczona została przez KBW podczas operacji pod Sokolem k. Mielnika. W lecie 1950 siły operujące na prawym brzegu Bugu podzielone zostały na trzy patrole, którymi dowodzili: kpt. "Huzar", ppor. "Ponury" i sierż. Lucjan Niemyjski "Krakus". W styczniu 1951 oddział "prawobrzeżny" podzielony został na patrol "sztabowy" kpt. "Huzara" [do którego dołączył sierż. "Krakus"], patrol ppor. "Ponurego" oraz patrol plut. Eugeniusza Tymińskiego "Rysia" [rozbity 29 maja 1951 w Żochach Nowych].
Podlasie, prawdopodobnie 1950, żołnierze z oddziału kpt. Kazimierza Kamieńskiego "Huzara", stoją od lewej: sierż. Lucjan Niemyjski "Krakus"
, 22 sierpnia 1952 otoczony przez GrOp UB-KBW popełnił samobójstwo; Józef Brzozowski "Zbir", "Hanka", zginął latem 1952 w walce z KBW; Wacław Zalewski "Zbyszek", zamordowany 11 października 1953; ppor. Witold Buczak "Ponury", zginął w walce z KBW 28 maja 1952; NN "Jurek"; Eugeniusz Welfel "Orzełek", zginął w walce z KBW 30 września 1950.
W lecie 1951 sformowany został nowy patrol dowodzony przez sierż. Kazimierza Parzonkę "Wichurę". Taki stan organizacyjny [patrole: "sztabowy", "Ponurego", "Zygmunta" i "Lamparta"] utrzymał się do wiosny 1952. W wyniku strat ponoszonych w starciach z KBW i UB, we wrześniu 1952 oddział kpt. "Huzara" stopniał do jednego tylko pododdziału – patrolu dowodzonego przez sierż. "Zygmunta". Padł on wraz z kpt. "Huzarem" ofiarą prowokacji MBP – "V Komendy WiN". Pod pozorem "przerzutu za granicę" kpt. "Huzar" wraz z grupą podkomendnych został zwabiony przez prowokatorów – agentów UB – do Warszawy i tam 28 października 1952 aresztowany. Skazany na karę śmierci został zamordowany 24 października 1953 w Białymstoku.
Rezultaty działalności skromnych sił, jakimi w latach 1944-1949 dowodził mjr "Łupaszka" i kpt. "Młot", były zdumiewające. Według niepełnych danych oddziały V i VI Brygady Wileńskiej wykonały około 550 różnych akcji bojowych. Końcowy okres działalności VI Brygady w latach 1950-1952 pod komendą kpt. "Huzara" przyniósł dalszych około 90 akcji, głównie z zakresu samoobrony. W trakcie działań bojowych, a także w wyniku represji i wyroków, zginęło około 160 żołnierzy V i VI Brygady Wileńskiej.
Warto pamiętać, że partyzantka "Łupaszki" prowadzona była w "rycerskim" stylu, co wówczas nie zawsze stanowiło regułę. Nawet dokumenty UBP i KBW podkreślały dyscyplinę panującą w szeregach V i VI Brygady Wileńskiej oraz wybitnie ideowy – "polityczny" – charakter ich działalności. Zwracały też uwagę na zwalczanie przez nie bandytyzmu, stanowiącego prawdziwą plagę niektórych terenów po wojnie.
To dopiero późniejsza propagandowa literatura stworzyła wizerunek "ryżego herszta" i "kulawego watażki", czyli mjr. "Łupaszki" i kpt. "Młota". W rzeczywistości byli to niezłomni patrioci i wybitni dowódcy partyzanccy.
Ryngraf z wizerunkiem Matki Boskiej Ostrobramskiej, własność ppor. Lucjana Minkiewicza "Wiktora". Emblemat ten był bardzo często noszony przez żołnierzy V i VI Brygady Wileńskiej AK. W latach 1944-56 różnego typu ryngrafy, były chętnie używanym przez żołnierzy formacji antykomunistycznych, dodatkowym elementem ich umundurowania.
Biogramy niektórych dowódców szwadronów mjr Łupaszki
Por. Zygmunt Błażejewicz "Zygmunt"
Uczestnik wojny obronnej 1939. Od sierpnia 1943 żołnierz oddz. partyzanckiego por. "Tońka". D-ca plutonu w VI Brygadzie Wileńskiej. Po przedarciu się jesienią 1944 na Białostocczyznę d-ca sekcji egzekucyjnej w Obwodzie AK Bielsk Podlaski. Wykonawca wielu akcji likwidacyjnych K-dy Obw. m.in. w nocy 5/6.I.1945 zlikwidował szefa kontrwywiadu "Smiersz" na pow. Bielsk Podlaski st. lejt. Aleksandra Dokszyna. Za swoją działalność odznaczony KW. Od kwietnia 1945 d-ca 1. szwadr. w odtworzonej w ramach AKO V Brygadzie Wileńskiej. W ciągu kilkumiesięcznej działalności przeprowadził szereg udanych akcji przeciwko siłom NKWD, MO i UB na terenie Podlasia. 28 maja 1945 jego szwadron został otoczony przez GrOp NKWD i KBW w rejonie Majdan-Topiły na terenie Puszczy Białowieskiej. Partyzantom udało się przebić po kilkugodzinnej walce, w której stracili 2 poległych i 4 rannych. Straty komunistów: 15 zabitych i 16 rannych. 7.VII.1945 pod wsią Brzeziny szwadron "Zygmunta" rozbił kolumnę samochodową prokuratury sowieckiej 5. APanc. Dziesięciu 'krasnoarmiejców", w tym pułkownika i trzech kapitanów, rozstrzelano. Do największych bitew szwadronu "Zygmunta" i oddz. "Młota" należy starcie z GrOp NKWD, UB i LWP w lesie pomiędzy wsiami Sikory i Paczuski. W walce zginęło 16 żołnierzy NKWD, ok. 20 zostało rannych. Po przejściu na teren pow. bielskiego oddział [na prośbę ludności] rozbił kolejną GrOp NKWD-LWP we wsi Miodusy. W walce zginęło 18 żołnierzy NKWD [w tym d-ca GrOp, postrach okolicznej ludności, mjr Wasilij Gribko] 11 żołnierzy LWP i 3 funkcjonariuszy UB. Po rozwiązaniu V Brygady Wileńskiej we wrześniu 1945, por. "Zygmunt", zagrożony aresztowaniem wyjechał na Zachód.
Por. Marian Pluciński "Mścisław"
Uczestnik wojny obronnej 1939, następnie w konspiracji ZWZ-AK. Od kwietnia 1944 d-ca plutonu w V Brygadzie Wileńskiej. Po rozwiązaniu brygady przedostał się wraz ze swoim oddziałem na teren Puszczy Augustowskiej, a następnie powrócił na Wileńszczyznę. Do listopada 1944 dowodził oddziałem złożonym z rozbitków brygad wileńskich, operujących na północ od Wilna. Wiosną 1945 przedostał się na teren Białostocczyzny i nawiązał kontakt z mjr. "Łupaszką". Objął dtwo 4. szwadronu w odtwarzanej V Brygadzie Wileńskiej.
Po rozwiązaniu oddziału, w październiku 1945 zaprzestał działalności konspiracyjnej.
Aresztowany przez UB wiosną 1946, kilka tygodni później osądzony i skazany na karę śmierci.
Zamordowany 28 czerwca 1946 w białostockim więzieniu.
Ppor.cz.w. Lucjan Minkiewicz "Wiktor"
Żołnierz VI Brygady Wileńskiej AK. Jesienią 1944 razem z por. Zygmuntem Błażejewiczem "Zygmuntem" przedostał się na Białostocczyznę. Członek sekcji likwidacyjnej "Zygmunta" Obwodu AK Bielsk Podlaski. Od kwietnia 1945 z-ca d-cy plutonu w 1. szwadronie odtworzonej V Brygady Wileńskiej. Po rozwiązaniu V Brygady we wrześniu 1945, aż do 19.X.1946 d-ca operującego na Białostocczyźnie i Podlasiu oddz. partyzanckiego, występującego od lutego 1946 jako VI Brygada Wileńska AK. W październiku 1946 podczas koncentracji VI Brygady i części V Brygady w kol. Rogawka gm. Drohiczyn został urlopowany przez mjr. "Łupaszkę", a dowództwo przekazał swojemu z-cy ppor. Władysławowi Łukasiukowi "Młotowi".
Aresztowany przez UB 1 lipca 1948. Sądzony razem z mjr. "Łupaszką", skazany na karę śmierci i zamordowany 8 lutego 1951 na Mokotowie.
Por. Feliks Selmanowicz "Zagończyk".
Uczestnik wojny polsko-bolszewickiej 1920, odznaczony Krzyżem Walecznych Wojsk Litwy Środkowej, oraz Medalem za Wojnę 1918-1920. Dowódca plutonu IV Brygady Wileńskiej AK, internowany w 1944 w Kałudze, skąd zdołał zbiec. W 1946 dowódca patrolu dywersyjnego V Brygady Wileńskiej na Pomorzu. Podczas aresztowania 17 lipca 1946 w Gdańsku zastrzelił trzech funkcjonariuszy UB. Skazany na karę śmierci i zamordowany w piwnicy gdańskiego więzienia 26 sierpnia 1946. Razem z nim zamordowana została Danuta Siedziakówna "Inka".
Anglojęzyczna wersja tekstu znajduje się na stronie The Doomed Soldiers. Polish Underground Soldiers 1944-1963 – The Untold Story
