Szlakiem "Młota" i "Łupaszki" – część 3

CZĘŚĆ III
 
Śmierć "Szumnego" była ciosem, zaskoczeniem dla oddziału. Wśród partyzantów cieszył się ogromnym autorytetem. Zawsze prowadził ich do zwycięstw. Jak dotąd, pod jego dowództwem, nie ponieśli żadnej większej porażki. A gdy zostali otoczeni przez liczniejsze oddziały przeciwnika, potrafił wyprowadzić ich i z tego kotła. Czy następny dowódca nie będzie gorszy od "Szumnego"- Później okazało się, że był jeszcze lepszy, gdyż walczył z bronią w ręku do końca czerwca 1949 r.

Relację o śmierci "Szumnego", to, w jaki sposób zginął, przekazali żołnierze biorący wówczas udział w walce z partyzantami. Po kilku dniach względnego spokoju okazało się, że partyzanci nie zaniechali swojego planu przeprawy na przeciwny brzeg Bugu. Dokonano tego nie w okolicy Drohiczyna, jak to planował "Szumny", lecz trzydzieści kilometrów w dół rzeki, w okolicy Kiełpińca. Po zasięgnięciu różnych informacji, oddział ruszył w kierunku Sterdyni na teren powiatu sokołowskiego. Ominięto osadę Sterdyń, kierując się w okolice Jabłonny, by po krótkim odpoczynku ruszyć w stronę Korczewa. Zanim jednak tam dotarli, otrzymali wiadomość, że od strony Łosic zbliżają się oddziały wojska wyposażone w dwa samochody pancerne. Podczas krótkiej narady "Młot" zaproponował porucznikom: "Zygmuntowi" i "Wiktorowi" – Lucjanowi Minkiewiczowi, którzy dowodzili kompanią z brygady "Łupaszki", aby udać się w kierunku zachodnim w rejon rucheńskich lasów, na pograniczu powiatu sokołowskiego i węgrowskiego, i tam dać swoim ludziom trochę odpoczynku. Przez kilka dni oddział kluczył skrajem tego leśnego kompleksu, zmieniając codziennie miejsce postoju i unikając w ten sposób walki z wojskiem. Robili to nie dlatego, że się ich bali, lecz dlatego, że nie chcieli zabijać zwykłych żołnierzy. Zawzięcie jednak ścigali ubowców. Warto wspomnieć, że w jednej miejscowości nigdy nie kwaterowali dłużej niż dzień. Gdy zapadał zmrok, oddział ruszał dalej. Noc zazwyczaj spędzano na wsi, wystawiając na jej krańcach patrole, które na czas kwaterowania nikogo ze wsi nie wypuszczały. Jeżeli ktoś przyszedł do takiej miejscowości, to go wpuszczano, lecz wyjść mógł dopiero wtedy, gdy partyzanci ją opuścili. A czyniono tak, aby nikt nie mógł zdradzić, gdzie kwaterują partyzanci. W nocy z 6 na 7 sierpnia przybyli do miejscowości Węże, oddalonej 10 kilometrów od Sokołowa Podlaskiego. "Młot", "Zygmunt" i "Wiktor" wybrali sobie kwaterę w środku wsi u Czarnockiego, pozostali partyzanci w kilku innych domach. Ich stan liczebny wynosił wówczas około 140 ludzi, licząc także kompanię "Łupaszki" pod dowództwem "Zygmunta" i "Wiktora". Dla tak pokaźnej grupy ludzi kwatermistrz codziennie wysyłał do sąsiednich wsi ludzi po chleb, mąkę, słoninę i inne artykuły żywnościowe. Oddział posiadał kilka konnych wozów do przewożenia prowiantu, amunicji i w razie potrzeby, rannych. Początkowo los jakby się uśmiechnął do partyzantów. Wysłani do sąsiedniej wsi zwiadowcy dali znać wczesnym rankiem, że drogą od strony Węgrowa do Siedlec, (która wówczas tylko częściowo była utwardzona a dalej tylko żwirówka), Rosjanie pędzą wielkie stado bydła, liczące około 150 sztuk. Były to krowy z terenów niemieckich, przeważnie z Prus Wschodnich pędzone do ZSRR. Sowieci pędzący bydło zboczyli pomyłkowo z wyznaczonej drogi lub chcieli skrócić sobie drogę do Siedlec. Kilka podobnych stad bydła pędzono wówczas i przez Sokołów.

"Młot" po otrzymaniu wiadomości zatarł ręce i miał powiedzieć – "Będzie żarcia pod dostatkiem". Dowódcy plutonów wydali odpowiednie rozkazy. Spokojnie wpuszczono stado do wsi wraz z kilkoma sowieckimi żołnierzami, których natychmiast rozbrojono. We wsi był duży staw, krowy spragnione weszły więc do wody, pijąc ją do syta. Partyzanci wybrali sobie trzy sztuki i zastrzelili je. Mieli mięsa pod dostatkiem. (W owym czasie mieszkałem przy ulicy Bóżniczej, obecnie Magistrackiej, tuż obok żydowskiego cmentarza, na którym Rosjanie urządzali krótki popas tegoż bydła. W stadach tych były także olbrzymie woły z długimi, zakręconymi rogami. W niemieckich majątkach używane one były jako siła pociągowa).

Należało także zaopatrzyć oddział w chleb. Wysłano więc trzech partyzantów furmanką po mąkę do oddalonego pięćset metrów od wsi wiatraka, stojącego wówczas przy bocznej drodze Węże – Sokołów, należącego do Kirylaka. Jednym z partyzantów, którzy udali się po mąkę był Henryk Jakonowski ps. "Skała". Załadowano na wóz dwa worki mąki, płacąc za nią pieniędzmi zabranymi z kasy państwowej. Mąkę tę zazwyczaj zamieniano z rolnikami na chleb. Jednak tym razem do tego nie doszło. Zaledwie zdążyli dojechać z mąką do wsi, gdy w górze usłyszeli warkot samolotu. "Skała" spojrzał na zegarek. Zbliżała się godzina ósma rano. Podniósł głowę do góry i ujrzał nad wioską zataczający koło samolot. Po jego kształcie poznał, że jest to zwykły sowiecki dwupłatowiec z czerwoną gwiazdą, jakich Rosjanie używali na zapleczu frontu. Partyzanci domyślili się, że zapewne wieczorem, gdy weszli do wsi i poczęli szykować kwatery na noc, ktoś kto współpracował z komunistami, wymknął się z wioski i dał znać do Urzędu Bezpieczeństwa lub Milicji o biwakującym we wsi oddziale.

Sowiecki samolot okrążył dwukrotnie wieś, obniżył lot i zanim wóz z mąką dojechał do domu, gdzie znajdował się kwatermistrz oddziału, z dwupłatowca poczęły się sypać serie z karabinu maszynowego. Partyzanci odpowiedzieli ogniem, kryjąc się za budynkami. Samolot jeszcze bardziej obniżył lot do wysokości 200 – 300 metrów, zmniejszył gaz, tak że silnik pracował bardzo cicho. Pilot wychyliwszy się z kabiny, zaczął wołać: "Bandity! Oddajcie karowu!" – po czym ponownie zaczął strzelać długimi seriami. Nie trwało to jednak długo. Zamilkł karabin maszynowy. Samolot przechylił się na lewą stronę, potem na prawą. Następnie począł zniżać lot, oddalając się w kierunku południowym. Dostał! Dostał! – poczęli wołać partyzanci. Prawdopodobnie siedzący za pilotem żołnierz obsługujący karabin maszynowy został zabity lub ranny. Mogła zostać uszkodzona maszyna, gdyż zaledwie dwa kilometry dalej wylądowała na polu. Po tym wydarzeniu dowódcy oddziału wiedzieli, że należy szybko opuścić wieś. Pośpiesznie ładowano na wozy wojskowe sprzęt, żywność. Zaledwie to uczyniono, gdy rozstawione nieopodal czujki dały znać, że w oddali na drodze wiodącej od Wyszkowa, słychać warkot samochodów. W kilka minut później zauważono na drodze obłok kurzu i kilka ciężarowych samochodów. Jechały one jednak niezbyt szybko po wyboistej, polnej drodze, kołysząc się w lewo i w prawo. Partyzanci nie byli w stanie ujść niezauważeni, postanowili więc przy tej drodze przyjąć bitwę. Mieli jeszcze chwilę czasu, aby się do tego przygotować. Obsadzili drogę po obu stronach, w miejscu gdzie rosły gęste krzaki i nieco dalej od drogi, wśród chaszczy i młodych brzózek. Znajdowało się tam niewielkie wzniesienie, z którego przez lornetki i gołym okiem widać było kolumnę ciężarówek. Było ich osiem, z tym, że podzielone na dwie grupy. W pierwszej cztery i tak samo w drugiej. Odległość pomiędzy pierwszą grupą a drugą wynosiła około 300 – 400 metrów. Plan partyzantów był prosty: wpuścić pierwsze ciężarówki między ukrytych partyzantów a po krótkiej walce zmusić ich do poddania się. Wówczas żołnierze jadący w dalszych ciężarówkach szybko się wycofają, nie podejmując walki. Jadące przodem cztery ciężarówki zbliżyły się blisko ukrytych partyzantów. Wówczas zagrały nagle k
arabiny maszynowe i automaty, rozległy się wybuchy granatów…
c.d.n.

Szlakiem "Młota" i "Łupaszki" – część 2

CZĘŚĆ II

Oddział "Szumnego" był liczniejszy niż "Młota", wobec czego postanowił on połączyć się z "Szumnym" i oddać się pod jego rozkazy. Po kilku udanych akcjach, "Szumny" mianował "Młota" swoim zastępcą. Jednak większość decyzji dotyczących różnych operacyjnych akcji podejmował "Młot", gdyż jako zawodowy plutonowy z kilkuletnią służbą wojskową miał bez porównania większe doświadczenie niż "Szumny". Jak się później okazało, "Młot" był żołnierzem z krwi i kości, jakich mało można było spotkać. Połączone oddziały liczyły teraz prawie stu pięćdziesięciu ludzi. Prawie wszyscy posiadali wojskowe mundury i czapki rogatywki, oficerskie pasy z koalicyjkami przez piersi, buty z cholewami, tzw. oficerki lub wojskowe kamasze. Broń, w większości maszynowa, niemiecka jak też sowieckie erkaemy Diegtiariewa, pepesze i kbk. Na pierwszy rzut oka niczym nie różnili się od regularnego wojska. Ponadto, oddział posiadał bryczkę, z której podczas dłuższych marszów korzystał "Szumny". Była też mała orkiestra: akordeon, saksofon, skrzypce i trąbka na której grał Solich z Drohiczyna. Orkiestra grała zazwyczaj, gdy oddział opuszczał miejsce postoju, czyli jakąś miejscowość – wieś, gdyż prawie nigdy nie urządzano noclegu w lesie, tylko we wsi lub kolonii – kwatery zawsze były pod dachem.

Był też kwatermistrz odpowiedzialny za wyżywienie oddziału. On też wypłacał każdemu co miesiąc żołd, który wówczas wynosił 500 złotych, dodatkowo żołnierze dostawali papierosy. Dla przykładu nadmienię wartość żołdu. Kilogram słoniny czy kiełbasy kosztował wówczas 100 zł, tyle samo kosztował litr wódki czy dobrego bimbru. Każdy partyzant musiał być codziennie ogolony, mieć wyczyszczone buty i mundur. Oddział "Szumnego" operował nie tylko w okolicy Drohiczyna czy Siemiatycz, lecz po obu stronach Bugu, zjawiając się często tam, gdzie się go nie spodziewano.

Na początku maja 1945 r. do oddziału "Szumnego" dotarły wieści, że w siemiatyckim więzieniu znajduje się dużo ludzi aresztowanych przez UB z rejonu Siemiatycz. Urząd Bezpieczeństwa w tym mieście był znany w całej okolicy z powodu represji i okrucieństw, jakich dopuszczali się ubecy względem byłych członków AK i sympatyzującej z nimi ludności. Poczęto więc snuć plany zdobycia tego miasta. Nie było to jednak łatwe przedsięwzięcie. W Siemiatyczach oprócz Urzędu Bezpieczeństwa i komendy milicji, kwaterowała także kompania Wojska Polskiego. Partyzanci nawiązali kontakt z operującym w okolicy Bielska I Szwadronem Wileńskiej Piątej Brygady AK, przedstawiając im propozycję wspólnej akcji zdobycia miasta. Po kilku dniach, plan zaakceptował dowódca brygady, "Łupaszka". Zanim jednak przystąpiono do jego realizacji, postanowiono dokładniej zapoznać się z siłami wroga. Od specjalnych łączników mieszkających w mieście otrzymano meldunek, że siły milicji i UB liczą łącznie około 60 ludzi, kompania żołnierzy około 80 osób oraz kilkunastu członków PPR i ZMW, którym miejscowe władze dały różną broń. W sumie około 160 osób. Ponadto, partyzanci liczyli na zaskoczenie przeciwnika, gdyż miasto postanowiono zdobyć w nocy. Na dzień przed rozpoczęciem akcji, "Szumny" z "Młotem" rozesłali do nadbużańskich wsi "wici", zbierając grupki zakonspirowanych członków AK i NSZ, by zasilić swój oddział. Zaczęli więc małymi grupkami przybywać uzbrojeni mężczyźni z takich miejscowości jak: Arbasy, Osnówka, Twarogi, Perlejewo, Granne, itp., w większości członkowie NSZ. Tuż przed wieczorem oddział "Szumnego" liczył ponad 200 ludzi. Ci ostatni, idąc na tą wyprawę, wzięli ze sobą dwa konne wozy załadowane amunicją i granatami. Miały one także służyć do przewozu rannych. Do tej grupy ludzi dołączyła jeszcze wspomniana kompania "Łupaszki" pod dowództwem porucznika "Zygmunta" – Zygmunta Błażejewicza. Całość sił partyzanckich liczyła ponad 300 ludzi. Wśród nich byli także partyzanci z Sokołowa: Henryk Jakonowski ps. "Skała", Eugeniusz Todorski z ulicy Węgrowskiej, Kacper Błoński z ulicy Sadowej, Zechcio Sawicz, Marian Warsztocki z koloni Skrzeszew, byli też z miejscowości Zawady i inni.

W godzinę po zapadnięciu zmroku, zostały przecięte wszystkie linie telefoniczne łączące Siemiatycze z innymi miejscowościami. W ciągu następnej godziny miasto zostało otoczone partyzanckimi oddziałami, nie pozwalając nikomu opuścić miasta. Przed północą na sygnał rakiety, poszczególne kampanie i plutony ruszyły do centrum miasta, śpiewając znane partyzanckie, wojskowe i legionowe pieśni. Już na peryferiach miasta nastąpiły krótkie potyczki z patrolami ubeków i milicji, którzy odpowiadając strzałami, schronili się w budynkach swych komend. Partyzanci otoczyli te budynki jak również koszary wojskowe. Wystrzelono w górę kilka rakiet by oświetlić miasto i wezwano otoczone załogi do poddania się. Ale wtedy punkty oporu przeciwnika odpowiedziały gwałtownym ogniem. Rozpoczęła się walka. Po kilkunastu minutach poddali się żołnierze. Kilkunastu z nich, nie chcąc się poddać, korzystając z ciemności nocy, zbiegło na pobliskie pola. Natomiast Urząd Bezpieczeństwa mocno się bronił, ziejąc kulami z okien budynku. Partyzanci jednak przewidzieli, że zdobycie tego budynku nie będzie łatwe. Szykując się na tę wyprawę, wzięli ze sobą piata ? angielski przeciwpancerny granatnik. Ustawili go naprzeciw szczytu budynku, gdzie nie było okien i nie leciały kule. Po kilku strzałach zawaliła się szczytowa ściana, tworząc duży wyłom. Zaraz też wrzucono tam kilka ręcznych granatów. Gdy dym i kurz nieco opadł, z wnętrza budynku odezwały się głosy:

– Nie strzelać! Poddajemy się!

Tak też się stało, po chwilowym przerwaniu ognia, z budynku poczęli częściowo wychodzić ubecy z podniesionymi rękami. Otworzono zaraz prowizoryczne więzienie, w którym znajdowało się kilkadziesiąt osób. Sporadycznie trwały jeszcze walki. Broniła się jeszcze komenda milicji i część żołnierzy, którzy zbiegłszy ze swych koszar, tutaj znaleźli schronienie. Gdy się jednak dowiedzieli, że budynek UB został zdobyty, poddali się bez żadnych warunków. Gdy umilkły strzały, część mieszkańców miasta wyszła na ulice, by powitać zwycięskich partyzantów. Ci zaś, w centrum miasta zrobili zbiórkę swych oddziałów. A następnie na głównej ulicy zorganizowali coś w rodzaju defilady, idąc zwartymi oddziałami przez całe miasto, śpiewając wojskowe i partyzanckie piosenki. Gdy doszli do rynku, wystrzelono w górę dziesiątki rakiet, tworząc na ciemnym tle nieba świetlny parasol. Przed świtem partyzanci opuścili miasto, wycofując się do okolicznych lasów. Zabrali też ze sobą wziętych do niewoli ubeków i milicjantów. Tych, co dopuścili się zbrodni wobec byłych członków AK i NSZ, powieszono. Pozostałych puszczono wolno, udzielając odpowiedniego ostrzeżenia. Zabrano im też mundury i buty.

Zdobycie Siemiatycz było jedną z większych zwycięskich akcji partyzanckich na Podlasiu i odbiło się głośnym echem w okolicy. W kilka dni później, partyzanci zaplanowali kolejną większą operację, której celem miało być opanowanie mostu na Bugu, w pobliżu Siemiatycz. Tego ważnego kolejowego mostu strzegła kompania wojska w sile około sześćdziesięciu żołnierzy. Akcję wyznaczono na 18 maja. Miejscowi partyzanci dobrze znali most i przylegające do niego tereny. Tego dnia kilka kilometrów przed mostem, około pięćdziesięciu partyzantów wsiadło do pociągu jadącego od strony Siedlec do Siemiatycz. Gdy pociąg tuż przed mostem zaczął zwalniać, jak to zawsze czyniła obsługa pociągu, partyzanci wyskoczyli z wa
gonów na tory, obezwładnili dwóch wartowników, a następnie otoczyli pozostałą grupę, zmuszając ich do poddania. Żołnierze bez oporu oddali broń, a kilkunastu z nich wywodzących się z Wileńszczyzny, wstąpiło do oddziału "Szumnego" wraz z dowódcą kompani, który przyjął pseudonim "Kmicic".

Oprócz większych akcji i bitew, prawie codziennie trwały drobne potyczki z kręcącymi się w terenie milicjantami i ubekami. W drugiej połowie lipca, do oddziału "Szumnego" i "Młota" doszły wieści, że po przeciwnej stronie Bugu, w okolicy Korczewa, polscy żołnierze, tzw. berlingowcy, pod dowództwem sowieckich oficerów NKWD dokonują masowych aresztowań podejrzanych jak i przypadkowo napotkanych mężczyzn. "Szumny" dowiedziawszy się o tym, postanowił osobiście sprawdzić, czy wieści są prawdziwe. Oprócz tego, miał nawiązać bliższy kontakt z dowódcą innego partyzanckiego oddziału, "Rekinem", działającym po drugiej stronie Bugu.

Rankiem, 26 lipca, "Szumny" dobrał sobie trzech partyzantów, w tym swego adiutanta Jabłonowskiego i przeprawił się na drugi brzeg rzeki. Tu dokładnie rozejrzeli się po najbliższej okolicy. Nic jednak podejrzanego nie spostrzegli. Ruszyli wiec przed siebie. Zamierzali dotrzeć do wsi Bużyski i Starczewice, gdyż tutaj mieli się spotkać z oddziałem "Rekina". Gdy wyszli na szeroko otwartą równinę, ujrzeli nagle wyłaniającą się zza niewielkiego wzniesienia grupkę ludzi w wojskowych mundurach, którzy z daleka czynili rękami jakieś gesty. "Szumny" i towarzyszący mu partyzanci myśleli, że zbliża się oddział "Rekina". Śmiało więc ruszyli ku nim. Gdy zbliżyli się na odległość trzystu metrów, ujrzeli wyłaniającą się tyralierę wojska. Zrozumieli, że to pomyłka. Wygarnęli więc ze swych automatów po kilka serii i poczęli uciekać do odległych kilkaset metrów zarośli. Wtedy idący na przedzie tyraliery erkaemista, z pozycji stojącej wygarnął za uciekającymi kilka długich serii. Padł "Szumny" i towarzyszący mu partyzanci. Taki był koniec "Szumnego". W tym czasie jego oddział liczył około 120 ludzi, pełne cztery plutony. Po jego śmierci dowództwo nad całością objął "Młot".
c.d.n.

Szlakiem "Młota" i "Łupaszki" – część 1

Szlakiem "Młota" i "Łupaszki"

CZĘŚĆ I
Starsi mieszkańcy powiatu sokołowskiego pamiętają ostatnią wojnę i pierwsze powojenne lata. Dużo słyszeli o znanym partyzancie Władysławie Łukasiuku pseudonim "Młot". Walczył on w latach 1945-1949 z komunistycznymi władzami, funkcjonariuszami Urzędu Bezpieczeństwa, Milicji i tymi wszystkimi, którzy chcieli go schwytać lub zabić. A że był nieuchwytny i tropił zawzięcie ubeków, za jego głowę została wyznaczona nagroda w wysokości 100 tys. zł. Z końcem lata 1946 roku na dawnym rynku w Sokołowie, czyli przy obecnym placu ks. Brzóski rozlepiono duże plakaty z podobizną "Młota" oraz napisem: "Władysław Łukasiuk ps. "Młot" – groźny bandyta. Kto dostarczy go żywego, zabitego lub wskaże miejsce, gdzie przebywa, otrzyma w nagrodę 100 tys. złotych."

Postanowiłem przypomnieć w odcinkach cząstkę historii lat powojennych, którą opisuje Marian Pietrzak pt. Szlakiem "Młota" i "Łupaszki".

– Wiosna 1945 r. zaczęła się dość wcześnie. Już z końcem marca wsiedliśmy z ojcem na rowery, udając się do starej rzeki płynącej przez Bielany, Ruciany, Krynicę, gdzie łowiliśmy szczupaki. Po drodze mijaliśmy ciągnące na zachód kolumny rosyjskiego wojska, ponieważ wojna się jeszcze nie skończyła. Nad Odrą i Nysą toczyły się ciężkie walki. Z polowych lotnisk pod Kurowicami i Ceranowem startowały i lądowały ciężkie bombowce, samoloty myśliwskie i zwykłe dwupłatowce. Na terenie powiatu w kilkunastu miejscowościach biwakowali rosyjscy i polscy żołnierze, a w lasach partyzanci. Dlaczego tu pozostali? Dlaczego nie złożyli broni?

Wejście Rosjan i koniec niemieckiej okupacji nie dały Polsce i jej obywatelom całkowitego spokoju i wolności. Już w kilka tygodni po tak zwanym wyzwoleniu na terenie miasta i powiatu nastąpiły masowe aresztowania żołnierzy Armii Krajowej i ich sympatyków. Czyniły to nowe władze polskie przy pomocy sowieckiego NKWD, chcąc się pozbyć politycznych przeciwników. Część tych ludzi wymordowano wkrótce po aresztowaniu, pozostałych czekała wywózka na Sybir. W tej sytuacji ci, którzy uniknęli aresztowania, wydobyli ukrytą broń i rozpoczęli walkę z nową władzą.

Na terenie powiatu sokołowskiego powstało kilka oddziałów partyzanckich. Jednym z większych, we wschodniej części powiatu, w gminach Korczew, Skrzeszew, Jabłonna był oddział Władysława Łukasiuka, pseudonim "Młot". Pochodził on ze wsi Tokary należącej do gminy Korczew, urodził się 16 lutego 1906 r. Po odbyciu służby wojskowej w Wołkowysku, pozostał w armii jako zawodowy podoficer w stopniu plutonowego. Podczas ćwiczeń miał wypadek. Koń, na którym siedział, przewrócił się łamiąc mu nogę w kolanie. Po wyjściu ze szpitala nie mógł normalnie chodzić, noga stała się sztywna. Zwolniony z wojska, wrócił w swoje strony i założył sklep. Podczas okupacji związał się z ruchem oporu, a następnie z Armią Krajową. Pod koniec okupacji dowodził plutonem AK, nadając sobie pseudonim "Młot".

Kiedy w 1944 r. weszli do Polski Sowieci, nie ujawnił się ze swoim oddziałem, gdyż wiedział, że w najlepszym przypadku czeka go Sybir lub kula z rąk UB. 26 października 1944 r. uniknął aresztowania. W okolicznych wsiach funkcjonariusze UB wspólnie z sowietami poczęli robić obławy na byłych żołnierzy AK. W tym czasie "Młot" zaczął na nowo tworzyć swój oddział. Zaraz też dołączyło do niego wielu innych młodych mężczyzn, którzy uniknęli aresztowania. Tak powstał znany później w okolicy oddział "Młota".

Zimę, z 1944/45 r. partyzanci przetrzymali w małych grupkach, gdyż tak łatwiej można było znaleźć kwaterę i żywność. Wiosną, 1945 r. "nowa władza" postanowiła szybko rozprawić się z tzw. "wrogami ludu", szczególnie z rosnącymi w siłę oddziałami partyzanckimi. W tym celu z tzw. Armii Berlinga wydzielono specjalne oddziały wojska do walki z partyzantami. Miały one wspólnie z UB, Milicją i sowieckimi oddziałami NKWD likwidować ruch oporu oraz pacyfikować sympatyzujące z nim wioski.

18 marca 1945 r. "Młot" kwaterował ze swoim oddziałem w okolicy Mężenina, gdy otrzymał wiadomość, że ubecy wspólnie z sowieckim oddziałem NKWD liczącym kilkudziesięciu ludzi, dokonują aresztowań w sąsiednich wioskach i że w niedługim czasie będą w Mężeninie. Partyzanci w sile trzydziestu, urządzili przed wsią na drodze zasadzkę. Kiedy sowieci z ubekami zbliżyli się na odpowiednią odległość, powitały ich serie z karabinów maszynowych i automatów. Zaskoczenie ich było wielkie. Idący w pierwszej grupie sowieci i ubecy zostali prawie wszyscy wybici lub ranni. Pozostali szybko się wycofali, bojąc się okrążenia. W zasadzce zginęło 12 Rosjan i dwóch ubeków. Było też kilku rannych, których wycofujący się zabrali ze sobą. Po stronie partyzantów nikt nie zginął. Zostało rannych dwóch żołnierzy, których wkrótce umieszczono w bezpiecznym miejscu na innym terenie. W kilkanaście dni później "Młot" nawiązał kontakt z dowódcą innego oddziału partyzanckiego operującego po przeciwnej stronie Bugu, w okolicy Drohiczyna – Teodorem Śmiałowskim, pseudonim "Szumny". Był on synem profesora drohiczyńskiego gimnazjum, rodziców o patriotycznej postawie. On sam, wychowany raczej w duchu romantyzmu a nie realizmu, marzył o suwerennej Polsce w dawnych granicach na wschodzie.
c.d.n.