Egzekucja "Inki" i "Zagończyka" – część 1

EGZEKUCJA "INKI" I
"ZAGOŃCZYKA" W RELACJI KS. MARIANA PRUSAKA

55 lat temu w więzieniu przy ul.
Kurkowej w Gdańsku ks. Marian Prusak, dziś blisko
dziewięćdziesięcioletni kapłan-emeryt mieszkający w Rumi,
opatrzył idących na śmierć Danutę Siedzikównę "Inkę"
oraz Feliksa Selmanowicza "Zagończyka" – żołnierzy mjr.
Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki". „Inka” to niespełna
osiemnastoletnia sanitariuszka ze szwadronu "Żelaznego" i
"Leszka", operującego od wiosny do jesieni 1946 r. na
Pomorzu. "Zagończyk" był u
"Łupaszki" oficerem odpowiedzialnym za sprawy
aprowizacyjne i organizacyjne. Rozstrzelano ich rankiem 28 sierpnia
1946 r., w asyście lżących ich młodych oficerów lub
podoficerów UB.

Danuta Siedzikówna "Inka"
urodziła się 13 września 1928 r. we wsi Głuszczewina k. Narewki,
pow. Bielsk Podlaski, córka Wacława i Eugenii z d.
Tymińskiej. Uczęszczała do szkoły podstawowej w Olchówce,
a następnie do szkoły stopnia podstawowego ss. Salezjanek w Różanym
Stoku k. Grodna. W grudniu 1943 r. została zaprzysiężona do AK.
Jej ojciec, leśniczy został deportowany do ZSRR; w 1941 r. dotarł
do Armii gen. Andersa, jednak zmarł z wycieńczenia już po dotarciu
do Teheranu. Matka została aresztowana w listopadzie 1942 r. i
rozstrzelana przez gestapo we wrześniu 1943 r. za współpracę
z podziemiem.
Na przełomie 1944/45 przeszła
szkolenia sanitarne. 6.06.1945 r. została aresztowana razem ze
wszystkimi pracownikami nadleśnictwa Hajnówka, w którym
pracowała, za współpracę z „leśnymi oddziałami”. W
czasie transportu do siedziby UBP w Białymstoku odbita z grupą
uwięzionych przez patrol V Brygady Wileńskiej AK (podległej w tym
czasie Komendzie Okręgu Białostockiego AK), dowodzony przez
Stanisława Wołoncieja „Konusa”. Pod opieką Wacława Beynara
„Orszaka” uwolnieni dotarli do miejsca postoju Brygady,
dowodzonej przez mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę” w
miejscowości Śpieszyn. W oddziale, do którego się zgłosiła
rozpoczęła pracę sanitariuszki pod. ps. „Inka”. Walczyła w
szwadronach por. Jana Mazura „Piasta”, a następnie por. Mariana
Plucińskiego „Mścisława”. We wrześniu 1945 r., po rozwiązaniu
Brygady, wyjechała do Olsztyna, gdzie podjęła
pracę w nadleśnictwie Miłomłyn k. Ostródy pod nazwiskiem
Danuta Obuchowicz. Jednak juz w styczniu 1946 r., po wznowieniu
działalności brygady (podporządkowanej w tym okresie na nowo
Eksterytorialnemu Okręgowi Wileńskiemu AK), podjęła służbę
jako sanitariuszka w szwadronie ppor. Zdzisława Badochy „Żelaznego”.
W oddziale pełniła także funkcje
łączniczki. Brała udział w wielu akcjach oddziału, zadziwiając
swoja ofiarnością i poświęceniem
(opatrywała nie tylko partyzantów, ale także rannych
żołnierzy i milicjantów). 13.07.1946 r. nowy dowódca
szwadronu por. Olgierd Christa „Leszek” wysłał ją do Gdańska.
Miała dokupić nowe leki i środki opatrunkowe, wymienić zużyte
mapy sztabowe i dowiedzieć sie o stan zdrowia „Żelaznego”.
Została aresztowana w nocy z 19 na 20 lipca 1946 r. w wyniku
donosów, składanych przez wcześniej aresztowaną
sanitariuszkę „Łupaszki”, Reginę Żylińską – Mordas,
„Reginę”.
Podczas ciężkiego przesłuchania nie
podała żadnego ze znanych jej adresów konspiracyjnych ani
żadnych danych dotyczących oddziału. Rozprawa przed WSR w Gdańsku
odbyła się w trybie doraźnym w wiezieniu 3.08.1946 r. Oskarżono
ja o mordowanie rannych i nakłanianie do egzekucji. Mimo braku
jakichkolwiek dowodów została skazana na karę śmierci.
Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski i wyrok wykonano
28.08.1946 r.

Feliks Selmanowicz „Zagończyk”
urodził sie 6 czerwca 1904 r. w Wilnie, syn Franciszka i Anny z d.
Zacharewicz. Ukończył pięć klas
gimnazjum. Uczestnik wojny polsko – bolszewickiej 1920 r. 1921 –
1939 związany z Oddziałem II Sztabu Generalnego WP. 1923 – 1939
pracował jako urzędnik.
Zmobilizowany 25.08.1939 r. i w stopniu
sierż. przydzielony do KOP. Brał czynny udział w walkach
obronnych. Po ich zakończeniu internowany
przez władze litewskie. Zbiegł i nawiązał kontakt z konspiracją.
Aresztowany w 1940 r. przez litewska policję i zwolniony po 12
tygodniach z braku dowodów. Od stycznia 1944 żołnierz III
Brygady Wileńskiej AK Gracjana Fróga „Szczerbca”,
przeniesiony następnie do V Brygady Wileńskiej AK Zygmunta
Szendzielarza „Łupaszki”, gdzie pełnił funkcję zastępcy
dowódcy plutonu. Awansowany do stopnia ppor. cz.w. W czasie
walk był ranny. Dowódca kompanii w IV Brygadzie Longina
Wojciechowskiego „Ronina”. Funkcje te pełnił do rozbrojenia
brygady przez sowietów 18.07.1944. Internowany w Kałudze,
skąd udało mu się uciec 20.04.1945 i przedostać do Wilna, a
następnie transportem repatriacyjnym do Polski.
Na przełomie 1945/46 nawiązał
kontakt z „Łupaszką” i w V Brygadzie Wileńskiej AK objął
dowództwo pięcioosobowego samodzielnego patrolu bojowo –
dywersyjnego, który miał zdobywać środki na działalność
oddziału. Od marca do czerwca 1946 r. oddział przeprowadził wiele
akcji ekspropriacyjnych w Gdańsku, Olsztynie i Tczewie, dzięki
czemu zdobył dwa pistolety oraz gotówkę,
która przekazana została oddziałom w terenie. Od maja 1946
r. „Zagończyk” – z rozkazu „Łupaszki” – zajmował się też
działalnością propagandowa, w ramach której wydał m.in. (w
nakładzie 900 egzemplarzy) ulotkę skierowana do żołnierzy.
Aresztowany 11.07.1946 r. w Gdańsku.
Oskarżony o posiadanie broni, udział w nielegalnej organizacji,
dążenie do obalenia ustroju, wydawanie rozkazów wykonywania
napadów zbrojnych oraz sporządzanie i rozpowszechnianie
ulotek. Sfingowany proces odbywał się w trybie doraźnym
przed WSR w Gdańsku. 17.08.1946 r. jednogłośnie został skazany na
karę śmierci, utratę praw obywatelskich i praw honorowych na
zawsze oraz przepadek całego mienia. Prośba o łaskę,
została przez Bieruta odrzucona, a wyrok wykonano jeszcze przed jej
rozpatrzeniem. Egzekucja odbyła się 28.08.1946 r. w piwnicy
gdańskiego więzienia.
Feliks Selmanowicz był odznaczony
Krzyżem Wojsk Litwy Środkowej, Medalem za Wojnę 1918-1920 ,Medalem
za Długoletnią Służbę, Medalem Dziesięciolecia (1932), Krzyżem
Walecznych (1944).

Zabici po raz drugi…
Jakby mało było tego, że ich zamordowano, ich pamięć
była bezczeszczona przez całe lata w peerelowskich publikacjach,
gdzie przedstawiano ich jako pospolitych bandytów. Dotyczyło
to zresztą wszystkich żołnierzy "Łupaszki" – jeszcze na
początku minionej dekady!
W wydanej w 1969 r. w Gdańsku
propagandowej książce Jana Bobczenki (byłego szefa UBP w
Kościerzynie) i miejscowego dziennikarza Rajmunda Bolduana Front bez
okopów "Inka" uczestniczy w egzekucji
funkcjonariuszy UB w Starej Kiszewie. Ma "sadystyczny uśmiech",
jest "krępa", "kruczoczarna" i ma "szramę"
na policzku. W jej ręce błyszczy "czarna, oksydowana stal
rewolweru" (s. 189). Cała scena została wyssana z palca, w
rzeczywistości bowiem "Inka" była szczupłą, zgrabną
szatynką, nie miała żadnej "szramy" i do nikogo nie
strzelała…

Droga
Wstrząsające i jedyne w swoim rodzaju
wspomnienia ks. Prusaka stanowią swoistą kontynuację naszej
opowieści o tajemnicach kazamatów przy Kurkowej ("Biuletyn
IPN" nr 2 i 3). Autor, uczestnik powstania warszawskiego, w 1949
r. sam trafił do więzienia, oskarżony o szpiegostwo. Skazany na 6
lat, odsiedział 3,5 roku. Mówi, że dożył tak sędziwego
wieku po to, by opowiedzieć nam o śmierci "Inki" ("Pan
Bóg tak chciał…").
– Kiedy do mnie przyjechali, była noc
– pierwsza, może druga godzina. Zabrali mnie z mieszkania we
Wrzeszczu, gdzie mieszkałem u starego kolegi – wówczas
kapelana kościoła garnizonowego we Wrzeszczu, ks. Żebrackiego.
Przyjechało dwóch oficerów i kierowca. Uczestnictwo w
egzekucji zaproponowali mi poprzedniego dnia, gdyż kapelan był
akurat nieobecny. Propozycję przyjąłem z niechęcią, choć to
przecież obowiązek. A potem była droga do Gdańska. Po drodze ze
mną nie rozmawiali. Może dlatego, że nie mieliśmy wspólnych
tematów? Gdy mnie odwożono, też milczeliśmy. Nie wiem, czy
ci oficerowie uczestniczyli w egzekucji. Nie przedstawiali się, a
może się przedstawili, ale byłem pod wrażeniem sytuacji.

Egzekucja "Inki" i "Zagończyka" – część 2>

Strona główna>

Egzekucja "Inki" i "Zagończyka" – część 2

Spowiedź
Była to moja jedyna posługa przy
egzekucji. Kiedy znalazłem się w więzieniu [na Kurkowej],
siedziałem może godzinę w odosobnieniu. Potem po mnie przyszli –
cały czas przeżywałem to, co za chwilę miało się wydarzyć.
Oddziałowy zaprowadził mnie najpierw do tego pana [Feliksa
Selmanowicza]. Kiedy wszedłem do celi, widziałem przeraźliwy
smutek w jego twarzy. Pierwsze słowa, z którymi się do mnie
zwrócił, brzmiały: – No tak, jednak nie skorzystano z prawa
łaski… – Wyspowiadałem go. Był spokojny. Może tylko taił
zdenerwowanie, ale na zewnątrz nie było tego widać. Przez cały
czas dokuczała mi świadomość, że mogą nas obserwować przez
wizjer.

Potem przeprowadzono mnie (nie wiem
jak, gdyż byłem zbyt oszołomiony) do celi, w której na
śmierć czekała młoda, szczupła dziewczyna [Danka Siedzikówna]
w letniej sukience. Przyjęła mnie nadzwyczaj spokojnie,
wyspowiadała się, a potem wyraziła życzenie, żeby o wyroku i o
śmierci powiadomić jej siostrę. Mówiła to ciągle tak,
jakby się nadal spowiadała. Czuliśmy, że możemy być
obserwowani. Podała mi adres w Gdańsku Wrzeszczu, przy
Politechnice, ulica Własna Strzecha. Nie mogłem nic zapisać,
starałem się zapamiętać ten adres. Jednocześnie powiedziała mi,
że wysłała kartkę z zawiadomieniem, ale nie wie, czy ona dojdzie.
Nie mówiła nic więcej, na nic się nie skarżyła.

Twarz dziewczyny pamiętam jak przez
mgłę; twarz mężczyzny zapamiętałem dobrze. Był taki zamknięty
w sobie, napięty, głęboko przeżywał zbliżającą się śmierć.
"Inka" nic nie mówiła. Może gdybym był lepiej
przygotowany i zapytał o coś… Ale dla mnie to było zupełnie
nowe doświadczenie; nie wiedziałem, jak się zachować… Później sprowadzili mnie na
dół, tam gdzie byłem poprzednio. Znowu czekałem, może z
godzinę? Człowiek w takich sytuacjach nie ma poczucia czasu. Była
noc. (Gdy siedziałem w więzieniu, mówiono mi, że wyroki
wykonywano w nocy, nie rano). W końcu poprowadzono mnie schodami,
jakby do piwnicy (zejście było dosyć ciasne).

Po zdrajcach narodu…
Oni już tam byli. Zdaje się, że w
kajdankach albo z zawiązanymi rękami. Sala była niewielka, jak dwa
pokoje. Miałem krzyż, dałem go do pocałowania. Chciano im
zawiązać oczy, nie pozwolili. Obok czekała zgraja ludzi, tak że
było dosyć ciasno. Był wojskowy prokurator(1) i pełno jakichś
młodych ubowców. Ustawiono nieszczęśników pod
słupkami. W rogu był stolik, gdzie prokurator odczytywał
uzasadnienie wyroku i sąd dał rozkaz wykonania egzekucji. Była
taka jakby wnęka, chyba czerwona nieotynkowana cegła, były słupki
do połowy człowieka. Postawiono ich przy nich, nie pamiętam, czy
ich przywiązano. Ci, którzy tam stali, nie uszanowali powagi
śmierci. Obrzucili skazańców obelżywymi słowami, a
prokurator odczytał uzasadnienie wyroku i poinformował, że nie
było ułaskawienia. Jego ostatnie słowa brzmiały: "Po
zdrajcach narodu polskiego, ognia!". W tym momencie skazani
krzyknęli, jakby się wcześniej umówili: "Niech żyje
Polska!". Potem salwa i osunęli się na ziemię. Strzelało
dwóch lub trzech żołnierzy, chyba z pepesz, z bliskiej
odległości – 3-4 metrów. Pamiętam, że posadzka była
czerwona, jakby z kafli, środkiem biegł rowek, chyba żeby krew
spływała. ["Inka" i "Zagończyk"] osunęli się.
Nie mogłem na to patrzeć, ale pamiętam, że obydwoje jeszcze żyli.
Wtedy podszedł oficer i dobił ich strzałami w głowę. Nie wiem,
kto to był. To było dla mnie nie do zniesienia. Pamiętam tylko, że
padło nazwisko chyba Suchocki, i że ten człowiek był w mundurze.
Zdaje się, że to był prokurator, który odczytywał
wyrok(2). Byłem w tłumie stojących trochę zasłonięty. Nawet nie
wiedziałem, że obok był lekarz. Później musiałem podpisać
protokół o wykonaniu wyroku śmierci. Zaraz potem
wyprowadzili mnie. Nie pamiętam, jak się znalazłem w samochodzie;
nie wiem, czy jechałem z tymi, którzy mnie przywieźli. W
samochodzie nic do mnie nie mówili.

Kartka
Z informacją o śmierci nie poszedłem
do siostry "Inki" od razu. Przez cały tydzień żyłem w
oszołomieniu. W końcu zebrałem się i po cywilnemu, w godzinach
popołudniowych, zapukałem do mieszkania. Otworzono mi,
było tam może z 10 osób. Młodzi ludzie. Zwróciłem
się do nich, że chciałbym rozmawiać z panią tego domu. Wystąpiła
pani starsza od nich i jej przekazałem wiadomość. Ona
odpowiedziała: – My wiemy o tym, kartka przyszła… Na tym się
skończyło, wróciłem do domu. Kiedy mnie potem aresztowano,
przypomniano mi tę wizytę w śledztwie. Byłem więc cały czas
obserwowany.

Mało z kim dzieliłem się tymi
wspomnieniami. Nawet rodzinie nic nie powiedziałem. Zachowałem to w
sobie. Śmierć "Inki" i "Zagończyka" przeżyłem
jak śmierć kogoś bliskiego. Cieszę się, że teraz mogłem o tym
opowiedzieć, i że pamięć o tych ludziach nie zaginie.

Pomnik Danuty
Siedzikówny "Inki", przy ulicy Armii Krajowej w Sopocie.

(1) Najprawdopodobniej mjr Wiktor
Suchocki, prokurator Wojskowego Sądu Rejonowego w Gdańsku.
(2) Ks. Marian Prusak najprawdopodobniej
myli się, gdyż dowódcą plutonu egzekucyjnego był
Franciszek Sawicki.

Opracowano na podstawie:
Biuletyn IPN Nr
6 – 07.2001 r.

Konspiracja i opór społeczny w Polsce 1944-1956. Słownik biograficzny.Tom I, wyd. IPN 2000


Anglojęzyczna wersja tekstu (na stronie www.doomedsoldiers.com):
The Execution of "Inka" And "Zagonczyk" Related by Father Marian Prusak.>

Egzekucja "Inki" i "Zagończyka" – część 1>
Strona główna>

Mjr Antoni Żubryd „Zuch” (1918 – 1946) – część 1

Mjr Antoni Żubryd „Zuch” i Samodzielny Batalion Operacyjny NSZ

Dźwięk otwieranych masywnych drzwi niespodziewanie zmącił ciszę celi w sanockim gmachu Urzędu Bezpieczeństwa. Znajdujący się wewnątrz trzej młodzi ludzie wstali z pryczy. Do środka, w towarzystwie funkcjonariusza UB wszedł ksiądz.

Ostatnia spowiedź więźniów odbyła się szybko. Warujący UB-ek nie pozwolił na dłuższą rozmowę z kapłanem, który do tej pory był dla nich jedynym kontaktem ze światem zewnętrznym. Następnego dnia rano 24 maja 1946 odbył się makabryczny spektakl. Na stadionie sportowym w Sanoku powieszono dwóch z nich: Władysława Kudlika oraz Władysława Skwarca. Publicznej egzekucji przyglądał się tłum gapiów, ale UB-ekom to nie wystarczyło, dlatego na widowisko spędzili młodzież z miejscowych szkół. Zwłoki obu straconych wrzucono do jednego grobu, który przez dziesiątki lat pozostał bezimienny. Kilka dni później na szubienicy stanął trzeci z uwięzionych: Stanisław Książek. W taki oto barbarzyński sposób zamordowani zostali żołnierze z oddziału Narodowych Sił Zbrojnych pod dowództwem legendarnego majora Antoniego Żubryda.

Zakręty losu

Przez cały okres polski ludowej postać Antoniego Żubryda była uosobieniem reakcji, wszelakiego zaprzaństwa i faszyzmu. Uczyniono z niego niemalże sztandarowy symbol powojennego podziemia niepodległościowego w znaczeniu jak najbardziej pejoratywnym. Książki takie jak „Łuny w Bieszczadach”, „Na tropach Żubryda”, „Bieszczady w ogniu” czy też film „Ogniomistrz Kaleń” skutecznie wyryły jego obraz jako brutalnego zbrodniarza, zaś obraz jego ludzi jako bandę rzezimieszków i rabusi. Oczywiście opowieści te z jakąkolwiek prawdą miały niewiele wspólnego. Kim więc był Antoni Żubryd i jak wyglądały koleje jego dramatycznego życia?

Mjr Antoni Żubryd "Zuch"

Antoni Żubryd przyszedł na świat 4 września 1918 roku w Sanoku gdzie jego ojciec był woźnym w jednej ze szkół. W 1933 roku rozpoczął naukę w Szkole Podoficerskiej dla Małoletnich w Śremie. Edukację zakończył w 1936 roku otrzymując przydział do 40 pułku piechoty „Dzieci Lwowskich.” Podczas kampanii wrześniowej brał udział w obronie Warszawy. W trakcie walk został awansowany do stopnia sierżanta i odznaczony Krzyżem Walecznych. Po upadku stolicy dostał się do niemieckiej niewoli, z której niebawem zbiegł. Przebrany w cywilne ubranie powrócił do rodzinnego Sanoka.

Na przełomie roku 1939 i 1940 Żubryd próbuje przedostać się przez granicę na stronę radziecką. Niestety ujęty przez sowietów zostaje zmuszony do współpracy z radzieckim wywiadem. Jako agent o pseudonimie „Orłowski” prowadził rozpoznanie niemieckich umocnień nad Sanem. Jego zadaniem była również obserwacja nadleśnictwa w Sanoku. W tym celu nawiązał kontakt z pracownicą nadleśnictwa Janiną Praczyńską. Znajomość okazała się na tyle zażyła, iż w październiku 1940 roku oboje zawarli związek małżeński. W międzyczasie Żubryd wiąże się z Armią Krajową i działa tam w charakterze instruktora. Ten epizod jego życia mimo wszystko nie jest należycie udokumentowany.

Janina Żubryd z domu Praczyńska, żona Antoniego Żubryda. Po zwolnieniu z aresztu UB stale przebywała w oddziale męża. Zastrzelona wraz z mjr. Żubrydem przez agenta UB Jerzego Vaulina 24 października 1946 we wsi Malinówka.

Uderzenie niemieckich wojsk na sowietów w czerwcu 1941 roku gwałtownie przerwało współpracę Żubryda z sowieckim wywiadem. Niemcom jednak udało się przejąć dokumenty świadczące o jego powiązaniach z Rosjanami. Antoni Żubryd został aresztowany i przewieziony do Tarnowa, a następnie do Krakowa gdzie Sondergericht skazał go na śmierć. Szczęście jednak znowu się do niego uśmiechnęło. W drodze na egzekucję udaje mu się, mimo postrzału w nogę, uciec z transportu. Przez jakiś czas ukrywał się w leśniczówce koło Krzeszowic. Latem 1943 roku przedarł się do Sanoka.

Kiedy w 1944 roku do Sanoka wkroczyła armia czerwona Żubryd zgłosił się do sowieckiego dowództwa z chęcią podjęcia dalszej współpracy. Odkomenderowano go do placówki NKWD, gdzie pełnił funkcje oficera śledczego i tłumacza. Po pewnym czasie objął stanowisko zastępcy szefa Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Sanoku otrzymując stopień porucznika. Ludzie pamiętający tamte czasy twierdzili, że Żubryd zasadniczo różnił się od swoich sadystycznych współpracowników z UB. Nie dość, że nie torturował aresztowanych, to wręcz ostrzegał przed mającymi nastąpić aresztowaniami i pomagał w ucieczkach.

Wojna się skończyła, ale spokój nie zawitał w malownicze rejony Podkarpacia. Reżim komunistyczny przystąpił do rozprawy z polskim podziemiem niepodległościowym, które nie miało zamiaru składać broni. Walka przybrała charakter bezpardonowy. Życie ludzkie nie miało większego znaczenia. Zależało od przypadku bądź czyjegoś kaprysu. Na domiar złego, co noc krwawe łuny płonących wsi znaczyły szlaki przemarszu sotni Ukraińskiej Powstańczej Armii. Żubryd – oficer UB, na co dzień przekonywał się, że komuniści zmierzają do unicestwienia każdego kto chociaż na moment pomyślał o niepodległej Polsce. Zapewne nie czuł w sobie powołania do utrwalania dyktatury proletariatu, bo bardzo szybko nawiązał współpracę z endeckim podziemiem działającym w Sanoku. Niejasne powiązania zwróciły uwagę jego przełożonego, szefa sanockiego PUBP Tadeusza Sieradzkiego, który postanowił pozbyć się swojego zastępcy. Antoni Żubryd pojął, iż grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo. Najprawdopodobniej przejął rozkaz Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego dotyczący jego zwolnienia z pełnionych funkcji. Postanowił więc działać.

W konspiracji

W czerwcu 1945, w asyście zaufanych ludzi podjechał pod gmach UB w Sanoku na ulicy Sienkiewicza. Od strażników zażądał wydania dziesięciu więźniów podejrzewanych o przynależność do Armii Krajowej. Ci w związku z nieobecnością Sieradzkiego wykonali polecenie. Nie niepokojony przez nikogo Żubryd wraz ze swoją grupą oddalił się w stronę Krosna. Następnego dnia UB-ecy zrozumieli, że zostali oszukani. W odwecie aresztowali jego teściową i czteroletniego syna. Żubryd jednak nie dał zbić się z tropu.. 15 czerwca jego ludzie celnymi strzałami zdmuchnęli z tego świata szefa sanockiego PUBP Tadeusza Sieradzkiego i ranili innego funkcjonariusza. To jednak nie poskutkowało. W związku z tym Żubryd na czele swojego oddziału zdobył posterunek Milicji Obywatelskiej w Haczowie i wziął do niewoli znajdujących się tam milicjantów. Następnie zadzwonił do sanockiego UB i oświadczył, iż jeżeli w przeciągu godziny teściowa i syn nie zostaną zwolnieni wszystkich rozstrzela. Tym razem funkcjonariusze bezpieki postanowili nie ryzykować i natychmiast uwolnili przetrzymywanych.

W ten sposób powstały zręby oddziału, który niebawem zasiał strach pośród członków komunistycznego reżimu. Antoni Żubryd szybko skontaktował się z dowództwem Narodowych Sił Zbrojnych i właśnie tej organizacji podporządkował swoją zbrojną grupę przyjmując pseudonim „Zuch”. Komenda główna NSZ zatwierdził jego stopień porucznika awansując później do stopnia kapitana, a następnie majora. „Zuch” podporządkował sobie kilka innych konspiracyjnych grup działających w regionie. Liczący początkowo kilkanaś
cie osób oddział rozrósł się do rozmiarów batalionu przekraczając stanem osobowym grubo ponad dwieście osób. Obszar działania oddziału podzielonego na kilka kompanii obejmował powiaty: leski, sanocki i brzozowski.

Część 2 >
Strona główna – wprowadzenie >

Mjr Antoni Żubryd „Zuch” (1918 – 1946) – część 2

Sława Batalionu oraz …

Sława Batalionu oraz jego dowódcy szybko obiegła cały kraj. Pośród huku wystrzałów i trzasku płonących zabudowań „Zuch” bezwzględnie rozprawiał się ze stalinowskim aparatem. Trup pośród funkcjonariuszy UB, MO, KBW, a także co bardziej gorliwych członków PPR ścielił się gęsto.
W maju 1946 roku „żubrydowcy” podziurawili kulami samochód komisji przesiedleńczej posyłając w zaświaty szefa sztabu 8. Dywizji Piechoty ppłk. Teodora Rajewskiego.
W tym samym miesiącu niedaleko Niebieszczan „Zuch” osobiście położył trupem szefa Wydziału Polityczno-Wychowawczego 8. DP mjr Abrahama Premingera*.
Ilu jeszcze UB-eków, NKWD-zistów, milicjantów i propagandzistów padło od kul żołnierzy majora Żubryda? Trudno to dzisiaj policzyć. Żubryd bez przerwy organizował na nich zasadzki, co i sam się z nich wymykał. Rozbijał konwoje i uwalniał więźniów politycznych. Strzelaniny, potyczki, gonitwy były codziennością dla żołnierzy Samodzielnego Batalionu Operacyjnego NSZ – jak brzmiała jego pełna nazwa. Oddział ochraniał również polską ludność przed UPA, a niekiedy przechwytywał aprowizację przygotowywaną przez Ukraińców dla swoich striłciw.
Ściśle współpracował też z innymi organizacjami niepodległościowymi między innymi sanockimi strukturami Stronnictwa Narodowego** i Młodzieży Wielkiej Polski***.
Co ciekawe świadkowie tamtych czasów relacjonują, iż „Zuch” poczynał sobie dość śmiało. Bywało, że nie niepokojony przez nikogo przebywał w Sanoku. Rzekomo miał też wizytować tutejsze koszary wojskowe. Z wojskiem zresztą żył w dobrej komitywie.
Wszystko to spowodowało, że dla władz Polski Ludowej major Antoni Żubryd stał się wrogiem publicznym numer jeden. Metody walki jakie narzucili komuniści, prócz publicznych egzekucji, podstępu i skrytobójstwa obejmowały jeszcze niezwykle kłamliwą propagandę. Żubrydowi przypisywano najbardziej haniebne czyny: rabunki, rozboje, morderstwa. Uporczywie tworzono mit pospolitego przestępcy. Faktem jest, że wielu autentycznych watażków podszywało się pod niego, ale „Zuch” gdy tylko mógł bronił reguł praworządności. Tak było w przypadku Franciszka Haducha z Pisarowiec. Haduch był jednym z uwolnionych przez Żubryda więźniów UB. Na wolności przyjął pseudonim „Piłsudski” i zorganizował własny oddział partyzancki. Jednak zamiast partyzantką zajął się pospolitym rabunkiem bydła i wszelkiego innego dobytku. Kiedy Żubryd się o tym dowiedział, a zarzuty się potwierdziły osobiście zastrzelił Haducha.

Zdrada

Ogrom sił i środków zgromadzonych przeciwko oddziałowi „Zucha” dawał pewność, że prędzej czy później stalinowska machina terroru odniesie zwycięstwo. Tak się też stało. Batalion zaczął tracić inicjatywę w polu.
W ręce UB wpadł Mieczysław Kocyłowski vel „Czarny”**** – zastępca i prawa ręka Antoniego Żubryda. 27 czerwca 1946 roku pododdziały 32 pułku piechoty zadały „żubrydowcom” poważne straty. Do niewoli dostało się aż dwudziestu jeden partyzantów. Kilka miesięcy później przeprowadzono na oddział wielką aczkolwiek nieudaną obławę. Pętla powoli się zaciskała.
„Zuch” zrozumiał, że dalsza walka nie ma szans powodzenia. Wraz z żoną – która od początku istnienia batalionu stała u jego boku – postanowił przedostać się do Austrii. O zmierzchu 24 października 1946 oboje przybyli do Malinówki. Był z nimi towarzysz broni Jerzy Vaulin vel Mar. Vaulin, były żołnierz AK, posługiwał się w oddziale mjr. "Zucha" pseudonimem "Bronek", a w UB – "Mewa". „Zuch” pozostawił małżonkę i wraz Marem poszli sprawdzić dalszą trasę przemarszu. Kiedy obaj weszli do lasu Mar niepostrzeżenie wyjął z kabury swojego browninga – kal. 7,65 mm i strzałem w tył głowy zabił Antoniego Żubryda.

Mjr
Antoni Żubryd "Zuch" – posmiertne zdjęcie wykonane przez
UB.

Chwilę potem podstępem zwabił w to samo miejsce będącą w ósmym miesiącu ciąży Janinę Żubryd. Ją również zastrzelił na miejscu. Ani „Zuch”, ani tym bardziej jego żona nie przypuszczali, że Jerzy Valin jest agentem UB. Mordując ich wywiązał się z zadania powierzonego mu przez jego pryncypałów. Następnego dnia funkcjonariusze bezpieki zabrali zwłoki. Teściową i syna Żubrydów osadzono na zamku w Rzeszowie. Syn Janusz zmuszony był zmienić nazwisko. Ostatniego żołnierza Samodzielnego Batalionu NSZ „Zuch” aresztowano dopiero 1951 roku.

Zdjęcie wykonane przez UB we wsi Malinówka. Ciała mjr. Antoniego Żubryda "Zucha" i jego żony Janiny, zastrzelonych przez agenta UB Jerzego Vaulina.

Po latach

Dnia 28 czerwca 1994 roku Sąd Wojewódzki w Rzeszowie unieważnił postanowienia Wojskowej Prokuratury Rejonowej z dnia 12 grudnia 1946 roku dotyczące między innymi umorzenia postępowania wobec śmierci Antoniego Żubryda. Jego zabójca Jerzy Vaulin zrobił karierę jako reżyser wojskowych filmów dokumentalnych. Do zabójstwa „Zucha” i jego żony przyznał się publicznie na łamach Gazety Wyborczej. W roku 1999 Sąd Okręgowy w Krośnie rozpoczął proces przeciwko niemu pod zarzutem zabójstwa dowódcy batalionu NSZ. Sam Vaulin stwierdził, że: Nie czuję pokuty, jest to moje największe bojowe przeżycie, zakończone zwycięstwem.*****

Wojciech Romerowicz

Część 1 >
Strona główna – wprowadzenie >


Przypisy:
* Mogiła majora Abrahama Premingera znajduje się na sanockim cmentarzu wojskowym gdzie co rok odbywają się uroczystości związane z ważnymi świętami państwowymi. Kilkadziesiąt metrów dalej znajdują się groby straconych żołnierzy z oddziału Antoniego Żubryda: Władysława Kudlika, Władysława Skwarca i Stanisława Książka. Mogiły ich dopiero w połowie lat dziewięćdziesiątych przestały być bezimienne. Nie doczekały się jednak godnego uznania lokalnej społeczności.
** Stronnictwo Narodowe – partia polityczna wywodząca się z narodowej demokracji. Powstała w 1928 roku. W trakcie okupacji niemieckiej środowiska SN były mocno zaangażowane w walkę z hitlerowcami. W 1944 roku kierownictwo SN utworzyło Narodowe Zjednoczenie Wojskowe przeznaczone głównie do walki z sowieckim okupantem. W 1947 SN zostało ostatecznie rozbite przez komunistyczne służby bezpieczeństwa.
*** Młodzież Wielkiej Polski – organizacja młodzieżowa kierowana przez SN. Powstała w 1932 roku. Jej celem było wychowywanie młodzieży w duchu wartości narodowych i katolickich. Po wojnie MWP nastawiona była na działalność propagandową przeciwko władzy ludowej.
**** Mieczysław Kocyłowski (1927-1997) –pochodził z Dąbrówki Ruskiej. Jako piętnastolatek został zaprzysiężonym członkiem AK i przyjął pseudonim „Czarny”. Walczył również w oddziale Narodowej Organizacji Wojskowej. Po wojnie dowodził oddziałem samoobrony przed UPA. Odział ten został włączony do Samodzielnego Batalionu Operacyjnego NSZ mjr Antoniego Żubryda, „Czarny” zaś został jego zastępcą. 23.03.1946 roku zostaje pojmały. Po długim śledztwie skazany na osiem lat więzienia i pięć lat pozbawienia praw obywatelskich. W wyniku ciężkiej choroby zwolniony w 1950 roku. Jest autorem arcyciekawych wspomnień pod tytułem: „Byłem zastępcą Żubryda”. Zmarł nagle 12.02.1997 r w niewyjaśnionych okolicznościach.
***** Jerzy Vaulin został bohaterem reportażu pt. „List do syna” opowiadającego o jego liście do syna Antoniego Żubryda – Janusza Niemca. Vaulin wyznaje w nim, iż to on zamordował rodziców Janusza podając przy tym drastyczne szczegóły mordu. Jak sam skonstatował, żadnych wyrzutów sumienia z tego powodu nigdy nie miał.

Materiały źródłowe:
Mieczysław Kocyłowski – „Byłem zastępcą Żubryda”.
Brzozowskie Zeszyty Historyczne – część III
Brzozowskie Zeszyty Historyczne – część IX

Mjr Franciszek Jerzy Jaskulski "Zagon", "Zagończyk" (1913 – 1947) – część 1

Mjr Franciszek Jerzy
Jaskulski "Zagończyk" i Związek Zbrojnej Konspiracji (ZZK)

W czerwcu 2001 r. w Radomiu
stanął pomnik majora Franciszka Jaskulskiego "Zagończyka",
żołnierza Armii Krajowej i Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość.
Choć kilka miesięcy trwały kłótnie między SLD a prawicą
na temat lokalizacji monumentu, to jednak niewiele chyba osób
zna jego bohatera. Major "Zagończyk" to na pewno postać
nietuzinkowa, to typowy przykład polskiego patrioty, wychowanego w
latach II Rzeczpospolitej. Jego droga życiowa wiodła od harcerstwa,
przez udział w wojnie obronnej 1939 roku, konspirację, Armię
Krajową, po walkę z komunistami, próbującymi narzucić
Polakom system obcy tradycji narodowej. Choć wydawało się, że
historia przynajmniej od 10 lat przyznaje rację "Zagończykowi",
to jednak nadal jego pamięć jest opluwana przez obecnych dziedziców
czerwonej ideologii. Dla nich działacze WiN-u to "kontrowersyjna"
grupa partyzancka, mająca na sumieniu również niewinnych
ludzi. Jak więc wyglądały losy dowódcy WiN na ziemi
radomskiej?

Mjr Franciszek Jerzy Jaskulski "Zagon","Zagończyk"

W obronie niepodległości

Mjr Franciszek Jaskulski urodził się 16 września 1914 roku w Castrop – Rauxel w Westfalii, w rodzinie polskich emigrantów. Był synem Ignacego Jaskulskiego i Marii z Kozalów, do kraju wrócił razem z rodzicami w maju 1926 r. Państwo Jaskulscy zamieszkali w Zdunach (powiat krotoszyński), gdzie przyszły "Zagończyk" ukończył siedmioletnią szkołę podstawową. W latach 1928-1933 uczęszczał do Seminarium Nauczycielskiego w Krotoszynie. Po jego ukończeniu podjął pracę zarobkową w Urzędzie Gminnym w Zdunach. W 1935 został przeniesiony do gminy Kobylin. Przez 3 semestry studiował prawo. Służbę wojskową odbył w 17 puł. w Lesznie i ukończył ją w 1937 r. w topniu kaprala. Wróciwszy do cywila Jaskulski został nauczycielem; udzielał się także w harcerstwie – w 1939 roku otrzymał stopień harcmistrza. Zmobilizowany wziął
udział w obronie Warszawy, potem wrócił do Zdun i włączył
się do pracy w konspiracji. Na podstawie nasłuchów i
informacji z terenu redagował pisemko "Zagończyk" – stąd
jego partyzancki pseudonim. Poszukiwany przez gestapo wyjechał w
roku 1942 w Lubelskie, związał się z Kedywem AK, otrzymał stopień
podporucznika i od 1943 roku dowodził oddziałem lotnym o
kryptonimie "Pilot". Oddział ten wchodził w skład
budowanego 15. Pułku Piechoty "Wilków", walczył z
Niemcami w okolicy Puław. Jego największym wyczynem było ocalenie
25 lipca 1944 r. Końskowoli przed karną ekspedycją Wehrmachtu. W
trakcie tej akcji nadjechały sowieckie czołgi, które
włączyły się do walk z Niemcami. To pierwsze spotkanie w
atmosferze "braterstwa broni" miało jednak mylący
charakter.

Prócz walk z Niemcami
partyzanci musieli borykać się z bandami strzelających w plecy
komunistów. W wyniku skrytobójczych napaści ze strony
oddziałów AL pośród "Wilków" (taki
kryptonim nosił odtwarzany 15. pp AK) zginęło 29 partyzantów,
rany odniosło 21, co stanowiło ponad 50 proc. strat osobowych.
Najbardziej haniebną była napaść AL.-owców z oddziału
"Cienia" (Bolesław Kowalski), który 4 maja 1944 r.
w Owczarni zamordował 18 żołnierzy AK z oddziału "Hektora"
(Jan Zdzisław Targosiński) czekających na przyjęcie zrzutu.
Takich zbrodni nie popełniali nawet Niemcy, choć w walkach z nimi
partyzanci ugrupowania "Wilków" stracili 24 ludzi.

W więzieniu

Dwa dni po wspólnych
walkach o Końskowolę do "Zagończyka" zgłosili się
trzej przedstawiciele władz wojskowych (plus jeden aktywista PPR) –
żądając, aby oddział zdał broń i wstąpił do Armii Berlinga;
samego zaś dowódcę wraz z drugim oficerem serdecznie
zaproszono na rozmowy. Na szczęście "Zagończyk"
wiedział, co myśleć o takiej serdeczności (większość
zapraszanych oficerów AK została zamordowana lub wywieziona w
głąb ZSRR). "Zagończyk" wymógł zgodę na
trzydniowy odpoczynek dla żołnierzy po bitwie, umówiono się
na 30 lipca. Sowieciarze, będąc tylko w czwórkę, nie mogli
odmówić zgody, narada odbywała się zresztą w braterskiej
atmosferze – przy wódce .

Obydwie strony grały
znaczonymi kartami. Już 29 lipca, w przeddzień ustalonego terminu,
do bazy partyzantów przybyły dwa samochody z żołnierzami
Berlinga dowodzonymi przez oficerów NKWD – jednak większości
"urlopowanych" żołnierzy jeszcze (a właściwie już…)
nie zastali. "Zagończyk" prowadzony w braterskiej
atmosferze na wspólne obrady – w ostatniej chwili zdołał
uciec. Nie na długo – w listopadzie został aresztowany, osadzony na
Zamku w Lublinie i skazany na karę śmierci za przynależność do
nielegalnej organizacji pod nazwą Armia Krajowa oraz za to, iż nie
uczynił zadość publicznemu wezwaniu do poboru. Wyrok ten został
zamieniony na 10 lat więzienia, Jaskulskiego przewieziono do Wronek,
skąd we wrześniu 1945 r. zdołał uciec. Ucieczka miała charakter
improwizacji. Jaskulski wraz z drugim więźniem, zawodowym
elektrykiem Sławomirem Liberackim, bywał wysyłany do napraw
instalacji poza więzieniem. Podczas pracy wykonywanej w jakimś
mieszkaniu więźniom udało się obezwładnić strażnika,
przemknęli przez miasto do lasu, przepłynęli na drugą stronę
Warty, zaopatrzyli się w odzież i – dla zatarcia śladów –
powrócili na lewy brzeg rzeki. Skierowali się do Poznania –
nie docenili jednak zawziętości komunistów, którzy
wciąż przeczesywali cały teren. Liberacki nie wytrzymał
kondycyjnie i psychicznie, zrezygnował z dalszej ucieczki.
"Zagończyk" – stary harcerz – najpierw zagrzebał się w
jakąś jamę i przykrył liśćmi, potem położył się na dnie
płytkiego stawu i oddychając przez trzcinę przeczekał do
przejścia obławy.

Fałszywe dokumenty używane przez por. Franciszka Jaskulskiego w 1945 r.

Podziemie antykomunistyczne

Po udanej ucieczce
"Zagończyk" wrócił w Lubelskie i na terenie
powiatu puławskiego zorganizował oddział złożony z osób
zagrożonych aresztowaniami. Na początku dowodząc partyzantami
"Orlika" – przeprowadził wspólny atak na stację
PKP w Dęblinie, gdzie UB przetrzymywało żołnierzy AK. Więźniów
nie udało się odbić, jedyną pociechę stanowiło kilkunastu
zastrzelonych polskich i rosyjskich sowieciarzy. Dowództwo
potraktowało akcję jako zdany egzamin i postanowiło przydzielić
Jaskulskiemu poważniejsze zadanie. Na przełomie lat 1945-1946 w
ramach tworzenia struktur Wolności i Niezawisłości "Zagończyk"
otrzymał rozkaz zorganizowania terenu radomsko – kozienickiego. Na
początku 1946 r. zgrupowanie "Zagończyka" przeprawiło
się na lewy brzeg Wisły. Budowę swego inspektoratu "Zagończyk"
zaczął od przejęcia pod komendę walczących już oddziałów.
Podporządkował sobie znanego z akcji na więzienie w Radomiu
"Oriona" (ppor. Włodzimierz Kozłowski), a także Orła"
(st. sierż. Tadeusz Bednarski) i "Mściciela" (st. sierż.
Tadeusz Moryc – oddział rozbity w czerwcu 1946 r.), następnie
operujących w radomskiem: "Dzidy" (ppor. Marian Sadowski)
i "Zagóry" (Stefan Nowacki, oddział rozbity wiosną
1946 r., część żołnierzy przeszła do "Igły").
Podporządkowały się Jaskulskiemu także walczące w iłżeckim
oddziały: "Igły (ppor. Tadeusz Zieliński) "Zapory"
(Konstanty Koniusz) i "Beliny" (Tadeusz Życki – rozwiązany
w czerwcu 1946 r., część partyzantów przeszła do "Beliny")
oraz duża grupa "Sokoła" (NN, operująca w radomskiem i
iłżeckiem(. Osłonę komendy stanowiła 15 – 20 osobowa drużyna
lotna "Jastrzębia" (sierż. podch. Zenon Ochal), w której
było wielu AK-owców z Lubelszczyzny.

Największe oddziały –
"Orła", "Dzidy", " Igły" i "Sokoła"
liczyły 30-40, miały jednak rozbudowaną konspirację terenową, co
dawało możliwość szybkiego podwajania stanu. Używano nazwy ZZK
(Związek Zbrojnej Konspiracji), co dodatkowo szyfrowano jako Związek
Zawodowy Kolejarzy; w oddziałach terenowych przyjęła się jednak
nazwa ROAK – Ruch Oporu Armii Krajowej. Jaskulski zorganizował także
świetnie funkcjonującą sieć cywilną WiN. Od stycznia do lipca
1946 w ramach ZZK uruchomione zostały 4 obwody, które
obejmowały powiaty: kozienicki (kryptonim: Kozienicki Ruch Oporu,
KRO), radomski (krypt: Polska Partia Socjalistyczna), konecki
(krypt.: Związek Walki Młodych) oraz iłżecki (Stronnictwo
Ludowe). Zorganizowano także placówki prasowe w Łodzi,
Krotoszynie, Krakowie i Gdańsku, ta ostatnia zajmowała się także
pozyskiwaniem broni. Po transporty jeździł samochodami
współdziałający ze sztabem ZZK plut. podch. Aleksander
Zdybiecki – "Kruk". W czerwcu 1946 r. "Zagończyk"
odbył spotkanie z legendarnym "Ogniem" (Józef
Kuraś) i zachęcony jego sukcesami zaczął projektować organizację
dużych oddziałów partyzanckich w Górach
Świętokrzyskich.

Część 2 >
Strona główna – wprowadzenie >

Mjr Franciszek Jerzy Jaskulski "Zagon", "Zagończyk" (1913 – 1947) – część 2

Akcje bojowe

Od początku
działalności w Radomskiem "Zagończyk" podjął walkę o
odbicie "terenu" z rąk komunistów. Powstańcy
przede wszystkim odbijali uwięzionych kolegów – rozbijali
więzienia i posterunki MO/UB, niektóre kilkakrotnie.

Z większych akcji
wspomnieć trzeba o przeprowadzonym 13 stycznia 1946 r. najeździe na
Pionki. Atak na czele 100-osobowego oddziału poprowadził osobiście
Jaskulski, opanowano posterunek MO, rozbrojono Straż Fabryczną przy
pionkowskiej wytwórni prochu, a przy okazji zdobyto 3 cekaemy,
6 pistoletów maszynowych, granaty i amunicję.

18 lutego oddziały
"Zagończyka" stoczyły bitwę w Laskach i Ponikwie z
obławą oddziałów NKWD wzmocnionych przez sowieciarzy z MO i
UB. Trudno powiedzieć, czy mieli świadomość, iż walczą na tym
samym miejscu, gdzie kiedyś walczyli żołnierze Piłsudskiego, a
sam Komendant właśnie pod Laskami został ranny. Walczyli – jakby
wiedzieli, obława NKWD została nieźle podziurawiona i z niczym
powróciła do baz.

10 kwietnia 1946 r.
żołnierze "Zagończyka" po raz drugi opanowali Pionki.
Poszukiwali "zasłużonych" UB-owców z Kielc i
Częstochowy, którzy jednak już wcześniej wyjechali z
miasta. Partyzanci zaimprowizowali wiec antykomunistyczny i po 4
godzinach wyjechali.

16 maja "Zagończycy"
wjechali do Zwolenia, opanowali posterunek MO, dokonali też akcji
ekspropriacyjnej w Spółdzielni Rolniczo-Handlowej.

22 maja miała miejsce
jedna z większych akcji "Zagończyka". W tym czasie
wracają już sowieckie oddziały z frontu, po drodze zachowują się
jak w kraju podbitym – rabując, a czasem nawet podpalając polskie
miasta. 22 maja na ich trasie znalazł się Zwoleń. Określenie
"pogrom" ludności nie będzie tu przesadzone. Ktoś jednak
zdołał zawiadomić partyzantów, którzy przegonili
(bądź tylko: dogonili) Rosjan i odbili zrabowane mienie. Podobne
akcje powtarzają się w tym okresie kilkakrotnie.

15 czerwca dochodzi do
bitwy oddziałów "Zagończyka" z kolejnymi
oddziałami NKWD wracającymi z frontu. Rosjanie znowu napadli na
Zwoleń, akcja była jeszcze bardziej brutalna, były przypadki
gwałtów i rabunków, spalono kilka domów.
Wezwani przez mieszkańców partyzanci pobili czerwonoarmistów,
padło co najmniej 35 zabitych (dane z uzasadnienia wyroku).
Okoliczności tej akcji nie są jednak do końca jasne. Według
jednej z wersji partyzanci szykowali w tym czasie atak na Kozienice,
a na oddziały sowieckie wpadli przypadkiem w Zwoleniu czy nawet już
za miasteczkiem. (Pozwoliło to mówić komunistom o
"zasadzce"- jakby Rosjanie wiedzieli o zbliżających się
partyzantach!). Według innej wersji "zagończycy" pod
wpływem próśb mieszkańców Zwolenia o ratunek
przerwali planowaną akcję i uderzyli na enkawudzistów.
Rosjan uratowały oddziały sowieckich "pograniczników"
(z osławionej "zbiorczej dywizji" NKWD) i "polskiego"
UB/MO z Radomia. Prócz Zwolenia Sowieci napadli i obrabowali w
tamtych dniach kilka sąsiednich miejscowości – partyzantom
kilkakrotnie się udało odbijać ukradzione przez nich konie. Warto
w tym miejscu zauważyć, iż prowokacja kielecka zwana poprawnie
"pogromem" (4 lipca 1946 r.) mogła mieć nie tylko
polityczny, międzynarodowy wymiar. Oczywiście kolejne próby
wywołania zajść antyżydowskich (Kraków, Rzeszów)
dowodzą, jak bardzo komunistom zależało na przedstawianiu Polski
jako kraju antysemickiego, w którym tylko obecność
"sowieciarzy" może zapewnić spokój. Ale konkretnie
w lipcu 1946 r. chodziło także o odwrócenie uwagi od
prawdziwych pogromów dokonywanych na polskiej ludności przez
Rosjan, ale także przez "polskich" ubowców, wśród
których było wielu Żydów.

Żołnierze „Zagończyka” po ujawnieniu się we wrześniu 1946 r. w Radomiu. Stoją od lewej: Kazimierz Borkowski „Szatyn„, Zygmunt Załęcki. W środku siedzi NN „Tarzan”, z prawej Roman Pogodziński

Nie powiodła się natomiast
próba opanowania Kozienic. Była to jedna z najpoważniejszych
akcji podziemia antykomunistycznego w regionie radomskim.
14
czerwca 1946 r. żołnierze WiN przeprowadzili koncentrację w
Gzowicach. Atakowali przejeżdżające samochody wojskowe, którymi
zamierzali potem jechać do Zwolenia i Kozienic. Pierwsza faza
operacji była udana. "Zagończyk" opanował centralę
telefoniczną MO w Zwoleniu, aby odciąć łączność z Kozienicami.
Niestety, wojska sowieckie urządziły zasadzkę na partyzantów
koło miejscowości Błotne Górne. Po ciężkich walkach
oddział wycofał się do lasu.

Żołnierze Franciszka
Jaskulskiego opracowali również i realizowali plany
eliminowania funkcjonariuszy komunistycznego aparatu bezpieczeństwa.
Zabili m.in. kpt. Dymitra Bakuna, dowódcę Komendy Powiatowej
MO w Kielcach. Nawet poruszanie się w sporej obstawie nie uchroniło
ubeckich siepaczy przed kulami partyzantów WiN. 18 lipca 1946
roku miała miejsce jedna z najbardziej spektakularnych akcji
zgrupowania "Zagończyka". Oddział Tadeusza Zielińskiego,
ps. "Igła", zorganizował zasadzkę na konwój, w
którym jechał płk UB Alfred Wnukowski, szef aparatu
bezpieczeństwa w Rzeszowie, jeden z bardziej znanych wówczas
oprawców. W okolicach Modrzejowic, na trasie Radom – Iłża,
Wnukowski wpadł w ręce żołnierzy "Igły", został
zastrzelony; zginęła również jego żona Irena Sztejnach. Ta
właśnie akcja była koronnym argumentem radomskiego SLD przeciwko
postawieniu pomnika żołnierzy WiN w Radomiu. Postkomuniści
twierdzą bowiem, że partyzanci dokonali wtedy egzekucji na
bezbronnej kobiecie, która była w ciąży. Z relacji
uczestników akcji wynika natomiast, że Irena Sztejnach była
uzbrojona. Kamień ku czci Wnukowskiego znajduje się nadal w miejscu
zorganizowania zasadzki.

Niestety, w tym samym
czasie, gdy przeprowadzono udaną akcję przeciwko Wnukowskiemu,
zaciskała się pętla wokół Franciszka Jaskulskiego, który
10 lipca 1946 r. zostaje mianowany dowódcą okręgu
Kieleckiego WiN. 24 lipca 1946 roku "Zagończyk" odbił
więźniów z transportu kolejowego na stacji Jedlnia-Letnisko.
Istnieją poszlaki, że informację o transporcie przekazał Urząd
Bezpieczeństwa. Po tej akcji, wobec konieczności ukrycia
uwolnionych ludzi, "Zagończyk" pozostał w Jedlni
praktycznie bez obstawy.

Zdrada

Podobnie jak "Uskok"
czy "Orlik" również "Zagończyk" padł
ofiarą zdrady.
26 lipca do łączniczki
Jaskulskiego "Pantery" (Maria Szczęśniak) zgłosił się
jeden z wracających z Gdańska ("Kruk") informując, że
przyprowadził do Jedlni auta z bronią. Towarzyszących mu ludzi
przedstawił jako konspiracyjną Milicję Morską. "Pantera"
przyprowadziła "Zagończyka" – wtedy "Kruk" i
rzekomi milicjanci rzucili się na niego. Aresztowano również
jego brata i łączniczkę. "Kruk", który należał
do najbardziej zaufanych ludzi majora "Zagończyka", po
przejęciu kolejnego transportu broni postanowił potraktować ją
jako "wpisowe" za przejście na stronę UB. UB-owcy doszli
do wniosku, że jeżeli zdradził – to będzie zdradzać dalej. Nie
zawiedli się. "Kruk" doprowadził ich do swego dowódcy.
Niestety, nie powiodły się
ani próby odbicia Jaskulskiego z więzienia, ani jego
ucieczki.

Fałszywe dokumenty używane przez por. Franciszka Jaskulskiego w 1946.

Podczas pobytu w celi, komuniści próbowali
przekonać "Zagończyka" do zawarcia swoistego układu: w
zamian za ujawnienie się jego ludzi, miał uzyskać wolność. Dla
władz było to ważne, bo przez zgrupowanie przewijało się od 800
do 1.000 ludzi. Oczywiście major Jaskulski (od lipca dowódca
okręgu WiN) nie miał w rzeczywistości żadnych szans na łagodne
potraktowanie.

Jeden z wyklętych

11
stycznia 1947 roku odbył się w sądzie w Kielcach już drugi proces
"Zagończyka" zorganizowany przez komunistów.
Wyrokiem Sądu Rejonowego w Kielcach wydanym 17 stycznia 1947 r.
major Franciszek Jaskulski skazany został na karę śmierci. W
ostatnim słowie zresztą nie prosił o życie, tylko o śmierć. Akt
oskarżenia zarzucał, że jego – jak to określono – "bandy"
zamordowały: 17 funkcjonariuszy UBP, 25 funkcjonariuszy MO, 18
żołnierzy Wojsk Polskich, 48 żołnierzy Armii Czerwonej oraz 12
działaczy demokratycznych. Prośbę o ułaskawienie Jaskulskiego
napisał w jego imieniu adwokat – Bierut jednak prośbę odrzucił.
Major Franciszek Jaskulski został stracony 19 lutego 1947 roku, trzy
dni przed ogłoszeniem amnestii. UB bardzo zależało na tym, aby jej
nie doczekał. Egzekucję przeprowadzono w tajemnicy, nie wiadomo
nawet, gdzie "Zagończyk" został pochowany.
Po jego
śmierci, podziemie zbrojne było aktywne na Ziemi Radomskiej jeszcze
przez kilka lat. Działał na tym terenie Tadeusz Zieliński "Igła",
a do sierpnia 1950 roku por. Aleksander Młyński "Drągal".

Historia
przyznała jednak rację Jaskulskiemu i jego żołnierzom. Poza SLD
nikt nie kwestionuje patriotycznego charakteru działalności
powojennego podziemia antykomunistycznego. Dziesięć lat temu
prawnej rehabilitacji doczekał się również major
"Zagończyk". 6 grudnia 1991 roku Sąd Wojewódzki w
Kielcach unieważnił wyrok ze stycznia 1947 roku, skazujący
Jaskulskiego na śmierć. W uzasadnieniu sąd stwierdził, że mjr
Franciszek Jaskulski "Zagończyk" działał na rzecz
niepodległego państwa polskiego. Za walki z Niemcami "Zagończyk"
otrzymał Krzyż Virtuti Militari i Krzyż Walecznych.

Część 1 >
Strona główna – wprowadzenie >

Kpt. Stanisław Sojczyński „Warszyc” (1910 – 1947) – część 1

Kpt. Stanisław Sojczyński „Warszyc” i Konspiracyjne Wojsko Polskie (KWP)

„Do Polski Wolnej, Suwerennej, Sprawiedliwej i Demokratycznej prowadzi droga przez walkę ze znikczemnieniem, zakłamaniem i zdradą.”

Z rozkazu nr 2 „Warszyca” do żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego z 8 stycznia 1946 r.
 


Zanim wybuchła wojna

Stanisław Sojczyński urodził się 30 marca 1910 r. w Rzejowicach w powiecie radomszczańskim. Pochodził z chłopskiej rodziny. Był jednym z sześciorga dzieci Michała i Antoniny ze Śliwkowskich. W Rzejowicach ukończył szkołę powszechną. W wieku 18 lat zaczął naukę w Państwowym Seminarium Nauczycielskim im. Tadeusza Kościuszki w Częstochowie. Rodzice zdecydowali się posłać właśnie jego do szkoły, bo był najzdolniejszy spośród rodzeństwa, a na kształcenie pozostałych dzieci nie było pieniędzy. Szkołę ukończył w 1932 r. i rozpoczął służbę wojskową. W 27. pp w Częstochowie odbył Dywizyjny Kurs Podchorążych Rezerwy Piechoty. Od 1 stycznia 1936 r. – podporucznik rezerwy. Od 1934 r. pracował jako nauczyciel w szkole powszechnej w Borze Zajacińskim koło Częstochowy. Uczył języka polskiego. Działał wówczas w Związku Nauczycielstwa Polskiego i Związku Strzeleckim. W 1932 r. zawarł związek małżeński z Leokadią Kubik.

Stanisław Sojczyński – zdjęcie z lat 30-tych

„Jędrusiowa dola”

Wybuch wojny przerwał pracę Stanisława Sojczyńskiego w szkole. Jako podporucznik WP trafił do punktu mobilizacyjnego w Łodzi, później walczył w okolicach Hrubieszowa w grupie „Kowel” dowodzonej przez płk. dypl. Leona Koca. Po niepowodzeniach w walkach koło Janowa Lubelskiego został rozbrojony przez żołnierzy sowieckich. Uniknął jednak niewoli i w końcu września próbował przedrzeć się do Warszawy by wziąć udział w jej obronie. Nie udało się i 4 października zdjął mundur. Postanowił wrócić w rodzinne strony – do Rzejowic, gdzie szybko włączył się do pracy konspiracyjnej. Jesienią 1939 r. został zaprzysiężony przez swojego nauczyciela Aleksandra Stasińskiego „Kruka” na żołnierza Służby Zwycięstwu Polski pod pseudonimem „Wojnar” (później używał pseudonimów „Zbigniew” i „Warszyc”).
Z dużą energią przystąpił do organizowania Podobwodu Rzejowice Służby Zwycięstwu Polski-Związku Walki Zbrojnej, który wkrótce stał się jednym z najlepiej zorganizowanych rejonów konspiracyjnych.
Talenty konspiracyjne „Zbigniewa” dostrzegli jego przełożeni: jeszcze w 1939 r. został komendantem Podobwodu Rzejowice, a od października 1942 r. pełnił także funkcję zastępcy komendanta Obwodu Radomsko AK, był równocześnie szefem Kierownictwa Dywersji w Obwodzie. Z powodu aktywnej działalności partyzanckiej Niemcy zaczęli określać Radomsko mianem Banditenstadt (bandyckie miasto). W 1943 r. dwie akcje przeprowadzone przez żołnierzy por. Sojczyńskiego odbiły się głośnym echem w całej okupowanej Polsce.
W maju 1943 r. gestapowcy i żandarmi dokonali publicznej egzekucji we wsi Dmenin. Powieszono 11 osób (w tym 12-letniego chłopca). W odwecie został wydany wyrok śmierci na szefa Gestapo w Radomsku Willi Wagnera i jego zastępcę Johana Bergera. Wyrok wykonali: Bronisław Skóra-Skoczyński „Robotnik” i Zygmunt Czerwiński „Staw”. 3 sierpnia 1943 r. Niemcy przeprowadzili pacyfikację Rzejowic – rodzinnej wsi Stanisława Sojczyńskiego. Zabito kilku mieszkańców, aresztowano i wywieziono do Radomska wielu członków podziemia. „Zbigniew” uzyskał zgodę komendanta obwodu mjr. Polkowskiego „Korsaka” na przeprowadzenie akcji uwolnienia więźniów. Koncentracja wyznaczonych do akcji oddziałów nastąpiła w lasach koło Włynic. W nocy z 7 na 8 sierpnia 1943 r. stuosobowy oddział dowodzony przez por. Sojczyńskiego zaatakował więzienie w Radomsku.
W wyniku przeprowadzonej bez strat akcji uwolniono ponad 40 Polaków i 11 Żydów. Po tej akcji por. Sojczyński utworzył pierwszy w Obwodzie Radomsko oddział partyzancki, którym dowodził do listopada 1943 r. Po nim dowództwo oddziału, noszącego od wiosny 1944 r. kryptonim „Grunwald”, objął por. Florian Budniak „Andrzej”.

Por. Stanisław Sojczyński „Zbigniew”, „Warszyc”, komendant Podobwodu Rzejowice, szef Kedywu w Obwodzie Radomsko AK

1 sierpnia 1944 r. wybuchło powstanie warszawskie. 15 sierpnia 1944 r. gen. Tadeusz Komorowski „Bór” nakazał skierowanie wszystkich uzbrojonych oddziałów na pomoc walczącej stolicy. Komenda Obwodu Radomsko-Kieleckiego Armii Krajowej wydała rozkaz koncentracji oddziałów. Nosiła ona kryptonim „Zemsta”. W jej ramach batalion „Ryś” w sile: 14 oficerów, 14 podchorążych, 47 podoficerów i 215 szeregowych dotarł w rejon koncentracji w lasach przysuskich. 23 sierpnia 1944 r. Komendant Obwodu Radomsko-Kieleckiego AK płk Jan Zientarski „Ein”, „Mieczysław”, wobec odmowy uzupełnienia broni i amunicji ze zrzutów oraz trudności z dotarciem do Warszawy, podjął decyzję o przerwaniu marszu na pomoc powstańcom i zarządził przystąpienie do wykonywania akcji „Burza” na obszarze Obwodu.
W czasie akcji „Burza” żołnierze 27. i 74. pp, w tym batalionu por. Sojczyńskiego, na obszarze Inspektoratu Częstochowskiego AK stoczyli z Niemcami wiele potyczek, wykonali także akcje zaopatrzeniowe.

Rozkaz dzienny nr 2
Żołnierze!
Nie ma zapewne ani jednego wśród Was, któryby nie pamiętał, że dzień 15 sierpnia jest naszym świętem i jest 24-ą rocznicą wielkiego zwycięstwa odniesionego przez oręż polski u bram Warszawy. Święto to obchodziliśmy co roku bardzo uroczyście w naszych pułkach.
Co roku Naród Polski skupiał myśli około tak doniosłej wagi historycznego faktu, zastanawiał się nad warunkami, które umożliwiały Armii Polskiej osiągnięcie rzadkiego w dziejach triumfu, co roku przywoływał wizje „Cudu Wisły” i co roku oddawał hołd swojemu żołnierzowi. Bo oto wszyscy rozumiemy, że w owych krytycznych i wydawało się beznadziejnych dniach uratowaliśmy wolność Polski, przez nie liczącą się z ofiarami waleczność Polskiej Armii, przez bezwzględną karność wobec Naczelnego Wodza i niższych przełożonych i przez to, że całe społeczeństwo wszystkimi możliwościami służyło wojsku. Wojsko było z Narodem, Naród z wojskiem. Ta zbiorowa jedność w pragnieniach i dążeniach dała w sytuacji wyjątkowo ciężkiej rezultat, który olśnił nie tylko nas, ale świat cały i który w swej wspaniałości jest jakby cudem – „Cudem Wisły”. I dziś Warszawa znów krwawi, znów stacza boje, dla których nie ma porównania. Warszawa stolica nasza świeci nam przykładem, Jej dwunastoletni bohaterowie, jej kobiety walczące obok nie liczących się ze swoim życiem żołnierzy AK – przygotowują nowe zwycięstwo, wołają o nowy cud. Na ten wielki zew stajemy znów do walki zjednoczeni, gotowi wykonać każdy rozkaz, ufni w przełożonych, ufni w Naczelnego Wodza.

D-ca baonu
/-/ Warszyc, por.
Otrzymują:
D-cy komp. i D-cy oddziałów koncentrujących się;
odczytać przed frontem oddziałów.

(Rozkaz dowódcy I batalionu 27 pp AK por. Stanisława Sojczyńskiego „Warszyca” do żołnierzy)

Por. Stanisław Sojczyński „Zbigniew”, „Warszyc” dowódca I batalionu 27 pp AK – sierpień 1944 r.

„Steny znowu mają głos”


Moje credo:
1) dopóki istnieje choćby najmniejsza nadzieja i możliwość wykazania Rosji, że jej polityka jest podła, świńska i zaborcza, oraz walki z jej imperializmem i odebrania zagrabionych przez nią wschodnich połaci Polski, dopóty w walce tej trwać jest naszym obowiązkiem – nawet za cenę wielkich ofiar,
2) AK i jej sympatycy to ok. 60% społeczeństwa polskiego: kto jest wrogiem naszym – jest wrogiem Polski.

(Z listu kpt. Sojczyńskiego do NN z 2 marca 1945 r.)


Początek 1945 r. przyniósł diametralną zmianę sytuacji politycznej w kraju. Ziemia Łódzka została wyzwolona spod okupacji niemieckiej w wyniku zimowej ofensywy Armii Czerwonej.
Polityka władz sowieckich i niepowodzenie akcji „Burza” postawiło żołnierzy Armii Krajowej w trudnej sytuacji. Na wyzwalanych spod okupacji niemieckiej terenach NKWD i polskie siły bezpieczeństwa prowadziły akcję „oczyszczania”, która przede wszystkim dotknęła żołnierzy AK i osoby związane ze strukturami cywilnymi Polskiego Państwa Podziemnego.
Szykany, aresztowania, skrytobójcze mordy, wywózki na wschód… Tak władze komunistyczne traktowały byłych żołnierzy Armii Krajowej. Mimo zapewnień propagandowych nie dawano im możliwości powrotu do normalnego życia. Wielu ujawniających się akowców wracało do konspiracji. Wielu nie próbowało nawet wychodzić z ukrycia zdając sobie sprawę, jaki czekał ich los.

Kapitan Stanisław Sojczyński „Warszyc”, sam poszukiwany przez komunistyczny aparat bezpieczeństwa, poczuł się odpowiedzialny za losy swoich byłych podwładnych. Jego decyzja o powrocie do konspiracji była podyktowana także przeświadczeniem, że rząd utworzony przez PPR nie reprezentuje interesów Polski, lecz jest narzędziem w rękach Stalina, zmierzającego do jej podboju.
Wiosną 1945 r. „Warszyc” zaczął ponownie zbierać swoich dawnych żołnierzy, nawiązał także kontakty z innymi oddziałami zbrojnymi, stawiającymi opór komunistom. Nie wykluczał jednocześnie możliwości dojścia do porozumienia z władzami, ale stawiał im konkretne warunki, których wypełnienie miało być sprawdzianem ich intencji wobec podziemia niepodległościowego.
W maju 1945 r. w Radomsku odbyło się zaprzysiężenie pierwszych dowódców organizacji, która początkowo nosiła kryptonim „Manewr”, następnie „Walka z Bezprawiem”, a od 8 stycznia 1946 r. przyjęła nazwę „Samodzielna Grupa Konspiracyjnego Wojska Polskiego” o kryptonimie „Lasy”, „Bory”.

Organizacja ta, licząca ok. 4 tys. członków, działała w województwach: łódzkim, częściowo kieleckim, śląskim oraz poznańskim. Przekształcenie organizacyjne wynikało z rozwoju stanu liczebnego szeregów KWP. W dniu 12 VIII 1945 r. kpt. S. Sojczyński wydał „List otwarty” do płk. Jana Mazurkiewicza ps. „Radosław”, w którym uznał jego apel o wychodzenie z konspiracji za zdradę i apelował o dalszą walkę przeciwko komunistom. Natomiast w dniu 16 VIII 1945 r. wydał rozkaz określający zadania KWP w zakresie walki z przestępczą działalnością władz komunistycznych i ochrony społeczeństwa oraz żołnierzy podziemia niepodległościowego przed terrorem organów bezpieczeństwa. Pierwszą osobą, która zginęła z jego rozkazu, był Jankiel Jakub Cukierman, szef sekcji śledczej Państwowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Radomsku. Zastrzelono go na ulicy w VIII 1945 r. Rok później, także w Radomsku, miała miejsce jedna z najgłośniejszych akcji KWP. W nocy 19/20 IV 1946 r. do miasta weszło ok. 200 partyzantów, którymi dowodził Jan Rogulka ps. „Grot”. Zdobyto miejscowy areszt UB, z którego uwolniono ponad 50 aresztowanych, a w czasie odwrotu rozbito trzykrotnie liczniejszy oddział KBW.

por. Henryk Glapiński „Klinga”

Walkami podczas odwrotu dowodził por. Henryk Glapiński „Klinga”, dowódca oddziału partyzanckiego SOS „Warszawa”.
Por. Henryk Glapiński w czasie okupacji niemieckiej żołnierz AK. Więzień KL Gross Rosen. Od marca do kwietnie 1946 Komendant Powiatu Radomsko KWP. D-ca oddziału partyzanckiego SOS „Warszawa”, działającego na terenie pow. radomskiego i częstochowskiego. Odniósł wiele zwycięstw w walkach z oddziałami UB-KBW. Jego oddział brał udział w nocy 19/20.IV.46 w szturmie na PUBP w Radomsku. Przy braku wsparcia ze strony oddziału por. „Grota” szturmującego więzienie, budynku PUBP nie udało się opanować.
W czasie odwrotu żołnierze „Klingi” pojmali 8 żołnierzy sowieckich, których rozstrzelano 20.IV.46 w kompleksie leśnym Graby. Wcześniej, w godzinach popołudniowych, oddział stoczył zwycięską potyczkę z 200-osobową grupą pościgową KBW. Ok. 40-osobowy oddział „Klingi” rozbił ją całkowicie. Grupa KBW straciła kilkunastu zabitych, reszta – ponad 100 żołnierzy poddała się. Dzień później oddział „Klingi” zmusił do poddania się kolejną kompanię KBW. Dopiero 22 kwietnia, oddział pod naporem silnych grup pościgowych uległ rozproszeniu.
Na czele kilkunastu żołnierzy kpt. „Klinga” walczył do września 1946. Został aresztowany w wyniku prowokacji UB 14 września 1946.
Sądzony w procesie dowództwa KWP w Łodzi w dniach 9-16 grudnia 1946. Skazany na karę śmierci, zamordowany w Łodzi 19 lutego 1947.

Chociaż już wcześniej kpt. S. Sojczyński był postrachem bezpieki, po tej akcji „władza ludowa” uznała go za wroga publicznego numer jeden. Nasilające się represje komunistyczne sprawiły, że rozkazem z 28 III 1946 r. „Warszyc” nakazał zintensyfikowanie działań zbrojnych.

Wyrok śmierci wydany przez Sąd Specjalny Kierownictwa Walki z Bezprawiem na szefa WUBP w Łodzi Mieczysława Moczara. Podobny wydano na wojewodę łódzkiego Stanisława Dąb-Kocioła. Za ich wykonanie był odpowiedzialny dowódca łódzkiej komendy powiatowej KWP por. Jan Kaleta „Postrach”. Dotarcie do tak wysoko postawionych funkcjonariuszy przerosło możliwości organizacji – mimo ponagleń „Warszyca” wyroków nie wykonano.

Część 2 >
Strona główna – wprowadzenie >

 

Kpt. Stanisław Sojczyński „Warszyc” (1910-1947) – część 2

Walka z bezprawiem

„Nasza działalność jest buntem przeciw bezprawiu, jest wykazywaniem go i zwalczaniem wszelkimi dostępnymi środkami, jest samoobroną i walką o wolność i suwerenność Polski metodami Ruchu Podziemnego.”

(Z rozkazu „Warszyca” do Feliksa Gruberskiego „Artura”, komendanta powiatu koneckiego KWP kryptonim „Pociąg”)


Kpt. Stanisław Sojczyński „Warszyc”

Zdaniem twórcy Konspiracyjnego Wojska Polskiego – kpt. Stanisława Sojczyńskiego „Warszyca”, walki o suwerenną i sprawiedliwą Polskę, nie zakończyło pokonanie hitlerowskich Niemiec. Na ziemie polskie wkroczył fałszywy sojusznik – Armia Czerwona, zamiast oswobodzenia, przynosząc nową niewolę. Wraz z nią do Polski wkraczali namiestnicy Stalina – polscy komuniści, którzy mieli instalować system „demokracji ludowej”.
Konspiracyjne Wojsko Polskie podejmując walkę o pełną niepodległość Polski musiało stawić czoła aktom bezprawia dokonywanym przez komunistyczny aparat bezpieczeństwa, wspierany przez stacjonujące w Polsce oddziały sowieckie.
16 sierpnia 1945 r. „Warszyc” wydał rozkaz określający zadania KWP w zakresie walki z przestępczą działalnością władz komunistycznych i ochrony społeczeństwa oraz żołnierzy podziemia niepodległościowego przed terrorem organów bezpieczeństwa. Konspiracyjne Wojsko Polskie prowadziło także walkę z pospolitym bandytyzmem – bandy rabunkowe, składające się niekiedy z byłych żołnierzy podziemnych organizacji zbrojnych, były plagą okresu powojennego.
Warto zaznaczyć, że KWP informowało organy ścigania o licznych przypadkach przestępstw, popełnianych przez funkcjonariuszy UBP, milicji, czy żołnierzy Armii Czerwonej, żądając ich ścigania i dostarczając dowody, ale zawiadomienia wysyłane do władz pozostawały bez odpowiedzi.

„Jeśli Polska za okupacji niemieckiej dla odzyskania wolności poświęciła ponad 6 milionów obywateli, w tym przynajmniej 2 miliony najlepszych swych synów, to obecnie dla tego samego celu nie może zawahać się pozbyć kilkunastu czy kilkudziesięciu tysięcy odszczepieńców i najgorszych szumowin. Nie jest przestępstwem likwidować zdrajców, zwyrodnialców pastwiących się nad swymi braćmi, wszelkiego rodzaju wykolejeńców, nie uznających żadnych świętości: – zbrodnią niewybaczalną jest dopuścić, aby ofiary milionów zostały zdystansowane przez miernoctwo i podłość. […] Walka z szumowinami i unicestwienie ich to wielka sprawa, to zagadnienie zapewnienia Polsce równowagi moralnej i ocalenia jej przed zgubą.”

(Z rozkazu nr 1 „Warszyca” do żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego z 3 stycznia 1946 r.)

Karać rękę a nie ślepy miecz. […] Jest jasne, że więcej zbliżamy się do celu, gdy np. zlikwidujemy jednego peperowca wojewodę czy starostę, niż kilkudziesięciu zwykłych członków, jednego oficera z wojewódzkiego czy powiatowego UB, niż kilkudziesięciu, czy kilku żołnierzy „bezpieczeństwa”.

(Z rozkazu „Warszyca” z 19 czerwca 1946 r.)

„Większość żołnierzy Żymierskiego zdaje sobie sprawę z tragedii sytuacji i w akcji przeciw Społeczeństwu i obrońcom wolności bierze udział tylko pod przymusem. Podobnie my widzimy w nich naszych braci, naszych najserdeczniejszych towarzyszy broni, którym tylko czasowo skrępowano wolę, ale którzy są gotowi zawsze nas wesprzeć. Oddziały Służby Ochrony Społeczeństwa pomszczą śmierć żołnierzy, zmuszonych do walk bratobójczych.”

(Fragment artykułu z gazetki KWP „W świetle prawdy” z 11 maja 1946 r.)

Konspiracyjne Wojsko Polskie przywiązywało dużą wagę do walki propagandowej. Chcąc przeciwstawić się kłamstwom pojawiającym się w prasie komunistycznej, a także pragnąc przedstawić poglądy kierownictwa KWP w sprawie aktualnej sytuacji w kraju, docierano do społeczeństwa głównie za pośrednictwem ulotek i haseł, ale organizacja miała także własne pismo – „W świetle prawdy” – redagowane przez „Warszyca”. On też był autorem większości zamieszczanych tam artykułów. Od września 1945 r. do czerwca 1946 r. ukazało się 17 numerów.

„Wymiar sprawiedliwości”

Żołnierze Konspiracyjnego Wojska Polskiego sądzeni byli na podstawie dekretu z 16 listopada 1946 r. o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy Państwa oraz Kodeksu Karnego Wojska Polskiego (KKWP). Procesy toczyły się aż do połowy lat 50. Ich cechą charakterystyką było łamanie podstawowych zasad obowiązujących w postępowaniu dowodowym i procesowym. W trakcie śledztwa zeznania wymuszane były biciem i innymi niedozwolonymi w praworządnym państwie metodami, preparowano dowody przeciwko oskarżonym, procesy przeprowadzano pospiesznie (niekiedy trwały tylko kilka godzin), a wątpliwości rozstrzygano na niekorzyść oskarżonych. Władze kierowały do prowadzenia tych procesów sędziów dyspozycyjnych, często bez doświadczenia prawniczego albo pobieżnie wykształconych. Procesom tym nadawano propagandowy rozgłos, niekiedy miały charakter pokazowy, a prasa wydawała wyroki wcześniej niż uczynili to sędziowie.

Najgłośniejsze w regionie łódzkim procesy żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego to: proces 17 oskarżonych o udział w ataku na Radomsko oraz proces twórcy i I Komendanta KWP kpt. Stanisława Sojczyńskiego „Warszyca”.

W kwietniu 1946 r. funkcjonariuszom piotrkowskiego UBP udało się ująć por. Jana Rogólkę, dowodzącego oddziałami KWP w czasie akcji na Radomsko, i jego 16 podwładnych.

Por. Jan Rogólka „Grot” – 33 lata – dowódca batalionu „Żniwiarka” skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano

Aresztowanych poddano brutalnemu śledztwu w PUBP w Piotrkowie Trybunalskim. Pokazowy proces 17 żołnierzy KWP odbył się 7 maja 1946 r. w sali kina „Kinema” w Radomsku. Na salę przyprowadzono publiczność (w tym rodziny oskarżonych i młodzież szkolną). Sąd Okręgowy w Częstochowie obradujący na sesji wyjazdowej potrzebował tylko jednego dnia by orzec o winie i karze podsądnych. Nie przesłuchano żadnych świadków. Oskarżeni mieli wspólnego obrońcę z urzędu, który w ogóle nie zabrał głosu w trakcie rozprawy. Oskarżający podprokurator Wojskowej Prokuratury KBW kapitan Tadeusz Garlicki przyjął w akcie oskarżenia zasadę odpowiedzialności zbiorowej oskarżonych. Sąd po kilkuminutowej naradzie skazał: 12 oskarżonych na karę śmierci a 5 pozostałych na karę 15 lat pozbawienia wolności.

Por. Jan Rogólka „Grot” – 33 lata – skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano
Benedykt Ratajski – 23 lata – skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano
Ryszard Chmielewski – 22 lata – skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano
Ryszard Nurkowski – 20 lat – skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano
Sierż. Józef Kapczyński „Szary” – 24 lata – skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano
Cze
sław Turlejski – 19 lat – skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano
Stanisław Wersal – 20 lat – skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano
Karol Wieloch – 20 lat – skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano
Piotr Proszowski – 23 lata – został skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano
Józef Koniarski – 37 lat – skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano
Leopold Słomczyński – 19 lat – skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano
Adam Lasoń skazany na 15 lat więzienia
Józef Zięba skazany na 15 lat więzienia
Kazimierz Matuszczyk skazany na 15 lat więzienia
Stanisław Śliwiński został skazany na 15 lat więzienia
Tadeusz Gala skazany na 15 lat więzienia

Wyrok wykonano w pośpiechu. Ostatnią osobą, która rozmawiała ze skazanymi przed egzekucją był ksiądz Stanisław Piwowarski, kapelan I batalionu 27 pp AK dowodzonego przez „Warszyca”. Ks. Piwowarski udzielił im ostatniej posługi kapłańskiej.

W nocy z 9 na 10 maja 1946 r. prawdopodobnie w piwnicach PUBP w Radomsku w bestialski sposób zamordowano 12 żołnierzy KWP. Ich ciała zakopano w poniemieckim bunkrze koło Bąkowej Góry. W tydzień później mieszkańcy wsi przy udziale rodzin zamordowanych urządzili im pogrzeb na miejscowym cmentarzu. We wspólnej mogile spoczęło 10 żołnierzy KWP; dowódca por. Jan Rogólka został pochowany w Woli Rożkowej, natomiast najmłodszy z zabitych – Leopold Słomczyński w Radomsku.

„9 maja o godz. 21.00 woła mnie ksiądz proboszcz bo oto porucznik UB przyszedł twierdząc, że skazani proszą księdza. Wziąłem 12 komunii św. I razem z tym komendantem poszedłem na ul. Kościuszki do budynku UB. Oni byli tam zamknięci w piwnicach. Był tam taki połamany stół. Położyłem na nim bursę i wtedy oni pojedynczo przychodzili – cała dwunastka. Po spowiedzi każdy chwytał mnie za szyję, żegnał się, całował bo ja ich wszystkich znałem z lasu. Był wśród nich 18 letni chłopiec – Leopold Słomczyński. Łzy mu płynęły gdy mówił: »Ja się śmierci na boję ale bardzo cierpię. Tatuś mój przyszedł z czteroletnim bratem. Kiedy widzenie się kończyło żołnierz mówi – koniec! – a wtedy brat mnie chwycił za głowę i nie chciał puścić. Dopiero żołnierz oderwał te rączki od mojej głowy. Ten widok – płaczącego brata i moich rodziców – jest moim cierpieniem przed śmiercią.«

Po wyspowiadaniu ich wszystkich poszedłem na górę żeby podpisać dokument, potwierdzający wykonaniu mojej posługi. Powiedziałem do nich »nie powinniście skazywać człowieka, który ma 18 lat« a oni powiadają – »sąd wojenny, nie ma żadnej dyskusji«. Była godz. 1.00 w nocy jak opuszczałem to miejsce i widziałem, że przed budynkiem stało już auto – nie wiedziałem wówczas, że czeka by zabrać ciała. Po moim odejściu wszystkich chłopców zamordowali, wywieźli do Bąkowej Góry i tam zostawili w bunkrze.”

(Relacja ks. Stanisława Piwowarskiego – spowiednika zamordowanych, nagrana 16 lipca 2001 r.)

Największym sukcesem UB było ujęcie „Warszyca” w czerwcu 1946. Z rozkazu szefa WUBP w Łodzi płk. Mieczysława Moczara utworzono specjalną grupę operacyjną pracowników bezpieczeństwa, której zadaniem miało być ujęcie komendanta KWP. Moczar nie ufał swoim podwładnym z terenu – wiedział, że w Powiatowych Urzędach Bezpieczeństwa KWP miało swoich informatorów. Czterech funkcjonariuszy WUBP w Łodzi wyruszyło w teren. W Częstochowie natrafili na ślad sekretarki „Warszyca” Haliny Pikulskiej „Ewuni”. Po kilkudniowej obserwacji 27 czerwca 1946 r. weszli do domu przy ul. Wręczyckiej 11 w Częstochowie i aresztowali kpt. Stanisława Sojczyńskiego oraz „Ewunię”. Następnego dnia aresztowano adiutanta „Warszyca” – por. Ksawerego Błasiaka „Alberta”, potem szefa wywiadu KWP – Stanisława Żelanowskiego „Nałęcza”. Dzięki przejęciu archiwum organizacji aresztowano innych żołnierzy.

Fotografia Stanisława Sojczyńskiego wykonana w siedzibie WUBP w Łodzi.

Proces „Warszyca” i jego 11 podkomendnych odbył się przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Łodzi w dniach 9-14 grudnia 1946 r. Prasa lokalna szczegółowo informowała o jego przebiegu, obrzucając przy okazji komendanta KWP i jego żołnierzy wyzwiskami: „krwawy watażka”, „bandyta”, „krwawe zbiry”. Kpt. Stanisława Sojczyńskiego, kpt. Henryka Glapińskiego, por. Ksawerego Błasiaka , por. Czesława Kijaka , por. Antoniego Bartolika, sierż. Władysława Bobrowskiego, sierż. Mariana Knopa , Albina Ciesielskiego i Stanisława Żelanowskiego oskarżono m. in. o „usiłowanie usunięcia przemocą władzy zwierzchniej Narodu, dążenie do zmiany ustroju Państwa Polskiego i należenie do nielegalnej organizacji”; ks. Mieczysława Krzemińskiego o „redagowanie artykułów do gazetki konspiracyjnej i udzielenie schronienia poszczególnym członkom KWP”, Zygmunta Łęskiego o „należenie do nielegalnej organizacji i posiadanie magazynu broni”, Andrzeja Zbierskiego o „wejście w porozumienie z KWP i przekazywanie fałszywych wiadomości o zabójstwie studentki UŁ Tyrankiewiczówny, które mogły wyrządzić szkodę interesom Państwa Polskiego”. Kapitan Stanisław Sojczyński wziął odpowiedzialność za wszystkie działania KWP, które znalazły odzwierciedlenie w rozkazach i meldunkach organizacji.

Proces „Warszyca” i jego 11 podkomendnych przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Łodzi, w dniach 9-14 grudnia 1946 r.

„Do zarzucanych mi aktem oskarżenia czynów przyznaję się częściowo, do winy jednak nie poczuwam się. Uważam raczej, że mam zasługi wobec Narodu, dla dobra którego walczyłem. W świetle obowiązujących przepisów prawnych nie uważam swoich czynów za przestępstwo. Wszystkie czyny, jeśli nie wyszły poza ramy moich rozkazów, są zgodne z moimi zasadami i sumieniem. […] W samej rzeczy, jeśli chodzi o zarzuty aktu oskarżenia, to do pierwszego zarzutu, że zmierzałem do zmiany ustroju i usunięcia organów zwierzchnich Narodu, do zagarnięcia władzy – nie przyznaję się. Przyznaję się tylko do założenia i należenia do nielegalnej organizacji, celem której było przeciwdziałanie terrorowi władz, walka z bezprawiem i prześladowaniem, czyli samoobrona, co zresztą ilustrują moje rozkazy.”

(Fragment wystąpienia „Warszyca” na procesie.)

Wyrok w sprawie Stanisława Sojczyńskiego i jego towarzyszy został wydany 17 grudnia 1946 r. przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Łodzi w składzie: ppłk Bronisław Ochnio – przewodniczący, kpt. Piotr Adamowski – członek, mjr Leonard Kroze – ławnik, por. Roman Dyhdalewicz – sekretarz. Ośmiu oskarżonych: kpt. Stanisław Sojczyński „Warszyc”, por. Ksawery Błasiak „Albert”, kpt. Henryk Glapiński „Klinga”, Albin Ciesielski „Montwiłł”, sierż. Marian Knop „Własow”, pchor. Stanisław Żelanowski „Nałęcz”, por. Władysław Bobrowski „Wiktor”, sierż. Antoni Bartolik „Szary”, zostało skazanych na karę śmierci (prezydent Bierut ułaskawił Bobrowskiego i Bartolika) a czterech na kary pozbawienia wolności – por. Czesław Kijak „Romaszewski na 8 lat, Zygmunt Łęski „Doman” na 15 lat, ks. Mieczysław Krzemiński na 6 lat, Andrzej Zbierski na rok.
„Warszyc” oraz kilku innyc
h skazanych na karę śmierci odmówiło napisania prośby o ułaskawienie. Uczynili to ich adwokaci. Bolesław Bierut ułaskawił Antoniego Bartolika i Władysława Bobrowskiego. W stosunku do pozostałych oskarżonych nie skorzystał z prawa łaski.
Wyrok śmierci na 6 skazanych wykonano 19 lutego 1947 r. Do dzisiaj nie udało się ustalić, gdzie pochowano kpt. Stanisława Sojczyńskiego „Warszyca” i jego pięciu podwładnych.

Kpt. Stanisław Sojczyński „Warszyc” (1910-1947) – część 3

KWP bez „Warszyca”


Kpt. Stanisław Sojczyński „Warszyc” przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Łodzi, w dniach 9-14 grudnia 1946 r. Skazany na śmierć i stracony 19 lutego 1947 r.


Protokół wykonania kary śmierci na Kpt. Stanisławie Sojczyńskim „Warszycu”.

Po aresztowaniach i rozbiciu I Komendy KWP podjęto próbę odbudowy organizacji. Dowódcą II Komendy został por. Jerzy Jasiński „Janusz” (wcześniej dowódca batalionu „Motor”). Zastępcą „Janusza” i szefem Służby Ochrony Społeczeństwa został sierż. Wiesław Janusiak „Prawdzic” (wcześniej dowódca SOS kompanii „Żniwiarka”). Szefem wywiadu mianowano Romana Alamę „Irysa”. Nie była to już jednak tak silna organizacja jak za czasów I Komendy. Nie udało się nawiązać kontaktu z ocalałymi z aresztowań, niewielkimi grupami KWP działającymi w terenie. II Komenda KWP „Grody”, „Gaje” większe wpływy miała jedynie w okolicach Częstochowy, Piotrkowa i Radomska. Jej liczebność szacuje się na około 300 osób oraz terenowe oddziały nie mające kontaktu z centralą II komendy – np. silny oddział Antoniego Pabianiaka „Błyskawicy” w obwodzie Wieluń. Organizacja nie miała na swoim koncie spektakularnych akcji. Nie prowadzono też działalności propagandowej. Gdy 1 stycznia 1947 r. aresztowano w Częstochowie część sztabu, organizacja przestała istnieć.

Z aresztowań ocalał jedynie Wiesław Janusiak „Prawdzic”, który jednak postanowił się ujawnić w marcu 1947 r. w czasie amnestii. W Wieluniu do PUBP zgłosił się Antoni Pabianiak „Błyskawica” z częścią swoich żołnierzy.

Składanie broni przez oddział „Prawdzica” w PUBP w Radomsku

III Komenda Konspiracyjnego Wojska Polskiego

Aresztowanie dowództwa II Komendy KWP na przełomie 1946 i 1947 r. oraz ustawa amnestyjna z lutego 1947 r. nie położyły kresu istnieniu organizacji założonej przez kpt. Stanisława Sojczyńskiego. Na czele tych, którzy uniknęli aresztowań w 1946 r. oraz nie skorzystali z amnestii, stanął dotychczasowy kwatermistrz komendy powiatowej KWP w Wieluniu sierż. Jan Małolepszy „Murat”.
Zdołał podporządkować sobie niektóre grupy zbrojne z powiatów: kaliskiego, kępińskiego, łaskiego, piotrkowskiego i wieluńskiego. Był to schyłkowy okres działalności KWP. UB i KBW likwidowały systematycznie zdziesiątkowane oddziały.

Oddział KWP sierż. Jana Małolepszego „Murata” (drugi z prawej). Pierwszy z lewej Kazimierz Szczepański „Wicher”, czwarty z lewej Czesław Górecki „Rzędzian”

9 listopada 1948 r. dowódca III Komendy KWP sierż. Jan Małolepszy ps. „Murat” został otoczony przez oddział Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i aresztowany. Najdłużej przetrwały grupy dowodzone przez Józefa Ślęzaka ps. „Mucha” (w gm. Lututów) i Ludwika Danielaka ps. „Bojar” (w gm. Bełchatów). Obu aresztowano w Łodzi w 1954 r., skazano na karę śmierci i stracono w 1955 r.

Jesień 1947, żołnierze KWP z oddziałów „Lisa-Kuli” i „Murata”.

Sierż. Jan Małolepszy „Murat” żołnierz ZWZ-AK i KWP. W KWP pełnił najpierw funkcję kwatermistrza w komendzie powiatowej „Turbina” w Wieluniu. Wiosną 1947 r. stanął na czele KWP. 9 listopada 1948 r. został aresztowany. W czasie śledztwa załamał się i współpracował z UB w zamian za obietnicę łagodniejszego wyroku. W marcu 1949 r. wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Łodzi został jednak skazany na karę śmierci. Według oficjalnej informacji miał umrzeć śmiercią naturalną w celi 14 marca 1949 r.

Sierż.Jan Małolepszy „Murat” żołnierz ZWZ-AK i KWP.

Likwidacja oddziału partyzanckiego krypt. „Balon” działającego w ramach tzw. III komendy Konspiracyjnego Wojska Polskiego (KWP)


Żołnierze z oddziału KWP „Balon” Andrzeja Jaworskiego „Marianka”. Na pierwszym planie zastępca „Marianka” – Tadeusz Kuzia „Igła”

W dniu 7 sierpnia 1949 r. w miejscowości Pawłów (gm. Szczerców) wojska 8. pułku KBW z Sieradza (150 żołnierzy) oraz funkcjonariusze UB z Łasku i Pabianic otoczyli stodołę, w której ukryło się trzech żołnierzy KWP: Andrzej Jaworski „Marianek” – dowódca oddziału krypt. „Balon”, jego zastępca Tadeusz Kuzia „Igła” oraz Michał Wojtczak „Zbyszek”.

Partyzanci, choć nie mieli żadnych szans na wydostanie się z okrążenia, nie zamierzali rezygnować z walki. Doszło do strzelaniny i w efekcie śmierć na miejscu ponieśli „Marianek” oraz „Igła”. „Zbyszek” został ciężko ranny i przewieziono go do szpitala. Kilka dni później w specjalnym raporcie do Szefa WUBP w Łodzi, szczegółowo przebieg akcji relacjonował Szef PUBP w Łasku. Donosił m.in.:

„Po wdarciu się na górę [stodoły] złapano jednego z bandytów za nogi i zciągnięto na klepisko. Bandyta był ranny, ale żył. Natychmiast wyniesiono go na pole, miał przestrzeloną brodę, kula utkwiła w czaszce. Natychmiast kazałem zaopiekować się nim, ratować aby żył, dając mu jednocześnie zastrzyki, które miał przy sobie oficer. Był to Wojtczak Michał ps. „Zbyszek”. Po dłuższym czasie wojsko zciągnęło z góry drugiego bandytę był to „Marianek”. „Marianek” jeszcze żył coś cicho szeptał lecz trudno było zrozumieć daliśmy mu zastrzyk miał postrzelone mocno nogi, krocze i kula przeszła mu od czoła z przodu do tyłu przez czaszkę, która spowodowała po krótkim czasie śmierć. Po pewnym czasie znowu wyciągnięto Kuzię który prawie że już był nieprzytomny, postrzelany był na całym ciele i zmarł prawdopodobnie z upływu krwi. Bandyci jak Kuzia i „Marianek” mieli poszarpane spodnie od wybuchu granatów. Granat był to prawdopodobnie „Filipinka” który przy strzel”aniu wojska mógł eksplodować. […] Z naszej strony nie było żadnych wypadków postrzeleń albo rannych. Rannego natychmiast odwieziono do szpitala do Łodzi, dwóch trupów zawieziono na posterunek do Ruśca dla przeprowadzenia czynności śledczych”
(Źródło: AIPN Łd, WUBP w Łodzi, sygn. pf 10/747, t. I, Raport specjalny do Szefa WUBP w Łodzi z 11 VIII 1949 r., k. 70-71, zachowano oryginalną pisownię).

W zasobie archiwalnym OBUiAD IPN Łódż zachowały się pośmiertne fotografie partyzantów, które funkcjo
nariusze UB wykonali krótko po zakończeniu akcji.

Pośmiertne zdjęcie Tadeusza Kuzi „Igły”


Pośmiertne zdjęcie Andrzeja Jaworskiego „Marianka”

Zwłoki Andrzeja Jaworskiego „Marianka” i Tadeusza Kuzi „Igły” zostały ostatecznie potajemnie pogrzebane przez funkcjonariuszy UB u podnóża tzw. Gór Dobrońskich (gm. Dobroń), ok. 250 metrów od szosy Pabianice – Łask.
Dzisiaj w miejscu ostatniego spoczynku dwóch żołnierzy KWP, podkomendnych Jana Małolepszego „Murata”, znajduje się jedynie ryngraf z wizerunkiem Matki Bożej i fragmenty kotwicy Polski Walczącej, umocowane na jednym z drzew. W sprawie wyjaśnienia okoliczności śmierci i miejsca pochówku Andrzeja Jaworskiego „Marianka” oraz Tadeusza Kuzi „Igły”, czynności podjęła Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu Instytutu Pamięci Narodowej w Łodzi.
Rozkazem Specjalnym Nr 0158 Dowództwa KBW z 11 VIII 1949 r. „za wzorowe opracowanie planu operacji i kierowanie akcją” likwidacji oddziału „Marianka”, kilku żołnierzom KBW udzielono pochwały.
Nie był to jeszcze kres istnienia organizacji. Poszczególne oddziały i małe grupy zbrojne dotrwały w konspiracji do 1954 roku. Jednym z ostatnich, najdłużej walczących był Ludwik Danielak „Szatan”, „Bojar”, dowódca oddziału o nazwie „Trybuna”, działającego w ramach III Komendy KWP. Jego grupa zbrojna zdołała przetrwać do 1952 r. Aresztowany przez UB w 1954 r. Rok później został skazany na karę śmierci i stracony.

Ludwik Danielak „Szatan”, „Bojar”, dowódca oddziału KWP „Trybuna” – jednego z najdłużej walczących. Jego grupa zbrojna zdołała przetrwać do 1952 r. Aresztowany przez UB w 1954 r. Rok później został skazany na karę śmierci i stracony.

Część 1 >
Strona główna – wprowadzenie >

Opracowano na podstawie: BEP IPN

Szlakiem "Młota" i "Łupaszki" – część 12

Część XII

Kończąc tę napisaną w wielkim skrócie epopeję o "Młocie", warto jeszcze wspomnieć o kilku partyzantach, działających w powiecie sokołowskim. Już w 1946 r. podporządkowali się oni "Młotowi", lecz walczyli osobno w kilkunastoosobowych grupach.
Jednym z nich, bardziej znanym, był Kazimierz Wyrozębski ps. "Sokolik", ze wsi Niemirki, w gminie Jabłonna, urodzony w 1919 r. Podczas okupacji – żołnierz AK. Po wejściu Rosjan, w sierpniu 1944 r. wstąpił do milicji. Wkrótce został wysłany na siedmiodniowy milicyjny kurs do Otwocka. Gdy wrócił do Jabłonny, dowiedział się o aresztowaniach byłych akowców i o tym, że i on zostanie aresztowany. Wziął więc z posterunku pepeszę i poszedł do lasu. Wstąpił do Obwodowego Patrolu Żandarmerii WiN. Oddział liczył 12-15 osób. Grupa ta urządzała zasadzki na ubeków i funkcjonariuszy sowieckiego NKWD, dokonujących aresztowań na terenie powiatu. Oddział istniał do września 1945 r. Po jego rozwiązaniu "Sokolik" został dowódcą innego oddziału, liczącego około dziesięciu osób.

Od września 1945 r. do 1948 r. dokonał ponad trzydziestu akcji. Rozbił w powiecie około trzynaście posterunków milicji, w tym dwukrotnie posterunek w Jabłonnej. Dokonywał różnych rekwizycji w instytucjach państwowych i spółdzielniach. 13 grudnia 1947 r. z sześcioma partyzantami rozbroił posterunek milicji w Kosowie i zastrzelił dwóch funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa z Sokołowa: Łapacza i sędziego śledczego UB – Konopkę, wydającego wyroki śmierci. Była to prawdopodobnie jedna z ostatnich, większych akcji "Sokolika". Po tym wydarzeniu partyzanci ruszyli w stronę Sokołowa. Po drodze odłączyło się czterech z nich i udało się w okolice Sterdyni. Z pozostałymi "Sokolik" zatrzymał się na przedmieściach Sokołowa – kolonii Podkupientyn, u Jana Adamczyka – "Małego Jasia". Przebywali tu cały dzień, o zmroku udali się w kierunku Jabłonny.

Dalsza walka z nowymi władzami stawała się coraz trudniejsza. Ósmego lipca 1948 r. "Sokolik" z dwoma partyzantami: Czapskim i Czarnockim, zatrzymał się na skraju wsi Chądzyń, w gospodarstwie rolnika Piwka, przy drodze do Holenderni. Mieli oni przy sobie tylko krótką broń – pistolety. W pewnej chwili spostrzegli przez okno, że na podwórze weszło trzech milicjantów uzbrojonych w pepesze i karabiny. Mieli oni rzekomo szukać złodziei, którzy ukradli w lesie drzewo. "Sokolik" otworzył okno i wyskoczył przez nie. Zauważył to jeden z milicjantów i strzelił do niego z bliskiej odległości. "Sokolik" padł. Został ranny. Wiedział, jakie czekają go tortury, gdy dostanie się w ręce UB. Podniósł pistolet i strzelił sobie w głowę. Dwaj jego koledzy ostrzeliwując się, zbiegli. Tak brzmiała oficjalna wersja śmierci "Sokolika". Natomiast inni mówili, że do zagrody Piwka pierwsi przyszli milicjanci i zatrzymali się dłużej. Później przyszedł "Sokolik" z Czapskim i Czarnockim. Ciało "Sokolika" przywieziono do Sterdyni, a następnie do Sokołowa na rozpoznanie. Po identyfikacji, złożono je w nieczynnej prawosławnej drewnianej cerkwi, znajdującej się na tzw. Ruskim cmentarzu przy ul. Bartoszowej – dawniej Kudelczyńska. W protokole spisanym podczas identyfikacji napisano, że "Sokolik" w chwili śmierci miał przy sobie dwa pistolety i 60 zł (kilogram białego chleba kosztował wówczas 50 zł). Od końca 1945 r. do około 1950 r. składano w cerkwi wszystkich zabitych partyzantów (kilka razy wspinałem się do okratowanego okna, by zobaczyć, jak wygląda leżąca tu osoba czy kilka osób). Następnego dnia, po złożeniu ciała "Sokolika" w cerkwi, na cmentarz przyszło kilku ubeków. Kazali wyjść za bramę – opuścić cmentarz, znajdującym się tam osobom. Wykopali dół, tuż przy cmentarnym murze od strony ul. Bartoszowej i włożyli do niego ciało "Sokolika". Następnie grób zasypano i dokładnie zamaskowano. Jeszcze tego samego dnia, przed wieczorem, miejsce to odnalazł przyrodni brat "Sokolika" – Aleksander Wyrozębski. Kilkanaście lat później pochowano tu Tadeusza i Janinę Krasnodębskich. Ich pomnik stoi do dziś. Nie ma jednak żadnej wzmianki o "Sokoliku".

Po śmierci "Sokolika" na terenie powiatu pozostał z kilkoma partyzantami "Brzask" – Józef Małczuk, pochodzący z Wyrozębów, ur. W 1915 r. Podczas okupacji – żołnierz AK. W 1946 r. po śmierci "Boruty" mianowany przez "Młota" komendantem Obwodowego Patrolu Żandarmerii WiN – Szóstej Brygady Wileńskiej. Z ośmioma partyzantami przetrwał do 7 kwietnia 1950 r. Wcześniej przez kilka miesięcy śledzony przez szpicli UB – ormowców. Piątego kwietnia zaczęto przygotowywać wielką obławę na "Brzaska", który wówczas znajdował się z ośmioma partyzantami w lesie, między Jabłonną a Toczyskami. 7 kwietnia, wczesnym rankiem, las został otoczony przez 450 żołnierzy, kilku ubeków i ormowców z Jabłonny. Siły te wspierał krążący nad lasem samolot, obserwujący ruchy partyzantów. Dzień wcześniej przyszła do lasu na spotkanie z mężem, żona "Brzeska". On sam, zaniepokojony ruchami wojska, warkotem dziesiątków samochodów i krążącym nad lasem samolotem, wyszedł z gęstwiny drzew. Wtedy padły strzały ze strony zbliżającego się do lasu wojska, na którego czele szło kilku ormowców. "Brzask" upadł. Został trafiony kulą w okolicę serca. Podczas walki zginęło jeszcze dwóch partyzantów. Pozostałym udało się wyjść z okrążenia. Później została zatrzymana i aresztowana żona "Brzaska", skazana w specjalnym procesie na 10 lat więzienia. Przebywała w nim trzy lata. Pięciu innym osobom, które współpracowały z "Brzaskiem", urządzono w Jabłonnie pokazowy proces. Dwóch mężczyzn skazano na karę śmierci, którą później zamieniono na 10 lat więzienia. Pozostali również zostali skazani na długoletnie więzienie, lecz im zmniejszono karę. Tak zakończył się zbrojny ruch oporu w powiecie sokołowskim.
Kilkanaście lat później, jeden z ormowców z Jabłonny, chwalił się wśród "swoich", że to właśnie on zastrzelił "Brzaska", lecz i on już nie żyje.
Kończąc tę cząstkę historii lat powojennych, wspomnę, że w opisanych odcinkach mogą być pewne nieścisłości. Od tamtych dni minęło blisko 60 lat. Zawodzi już ludzka pamięć i nie da się podnieść z grobów tych, którzy tworzyli tę historię.

Marian Pietrzak