Gdzie pochowano "Ognia"? – część 4 (1/2)


Tajemnice podziemi

Każdy z wojewódzkich urzędów bezpieczeństwa publicznego miał swoją specyfikę, jeśli chodzi o sposób postępowania z ciałami zabitych więźniów.

Chowano ich najczęściej nocą, w samej bieliźnie. Nie używano trumien. Ciała owijano w worki po cemencie, stare sienniki. W najlepszym przypadku kładziono do drewnianych skrzyń. Transportowano na wózku obitym blachą. Niektóre zwłoki posypywano przed zakopaniem wapnem lub polewano żrącym płynem. Następnie niwelowano teren, nie pozostawiając żadnego śladu.

Tak wyglądały pochówki ludzi niepodległościowego podziemia, straconych w czasach represji stalinowskich. Wiele z tych miejsc do dzisiaj nie oznaczono. W Krakowie ciała ofiar grzebano prawdopodobnie w specjalnej, wydzielonej przez UB kwaterze na cmentarzu Rakowickim. Jedna z osób, z którymi rozmawiała reporterka „Dziennika”, sugeruje, że wrzucano je również do bunkra, znajdującego się w podziemiach placu Inwalidów. W tym miejscu, na powierzchni ziemi jest wzgórek, widoczny gołym okiem. Czy w bunkrze mogą się znajdować szczotki Józefa Kurasia „Ognia”?

Zbezczeszczenie zwłok „Ognia”, partyzanta Podhala, jest przedmiotem dochodzenia, prowadzonego przez krakowski oddział Instytutu Pamięci Narodowej. To jeden z ponad 80 wątków śledztwa w sprawie zbrodniczej działalności funkcjonariuszy UB w Nowym Targu i Zakopanem w latach l946-56. Toczy się od 13 lat. Występuje w nim kilkuset pokrzywdzonych i jeszcze większa liczba świadków. Prokurator Ida Marcinkiewicz podejmowała wiele tropów, sprawdzała wiele hipotez. Z dokładnością równą niemal stu procentom odtworzyła ostatnie chwile życia „Ognia”. A nawet to, co się stało później, gdy zmarłego w nowotarskim szpitalu przewieziono na plac Inwalidów, do siedziby Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Krakowie. Tutaj jednak trop się urywa.
– Jest niemalże pewne, iż zwłoki Józefa Kurasia przez jakiś czas leżały na dziedzińcu WUBP. Zeznał to świadek, który w tym czasie – w lutym 1947 roku – siedział w więzieniu przy ul. Montelupich w jednej celi z bratem „Ognia”. Ten świadek powiedział, że towarzysza jego niedoli zabrano pewnego dnia z więzienia i wywieziono w miejsce, którego nie znał, aby zidentyfikował ciało brata. Trwało to około dwóch godzin. Akurat tyle, ile potrzeba na przebycie drogi na plac Inwalidów i z powrotem.

Na apel prokuratora, iż poszukuje ludzi, którzy w lutym 1947 roku mieszkali przy placu Inwalidów, w okolicy siedziby Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego i mogliby cokolwiek wiedzieć na temat losów Józefa Kurasia „Ognia”, zgłosił się mężczyzna, który był wówczas 10-letnim chłopcem. – Z jego zeznań wynika, że widział z okna swojego mieszkania zwłoki mężczyzny, leżące na gałęziach jedliny na wewnętrznym dziedzińcu WUBP. Skąd wiedział, że to „Ogień”? Podobno mieszkańcy kamienicy podawali sobie tę informację z ust do ust – relacjonuje prok. Marcinkiewicz. W jej opinii to mogły być zwłoki „Ognia”, choć niekoniecznie, bo w tym czasie stracono wiele osób.
To, co później się stało ze zwłokami Józefa Kurasia, to wciąż niewyjaśniona sprawa – przyznaje moja rozmówczyni. – Jest wiele hipotez na ten temat. Na pewno uczyniono wszystko, aby nikt postronny nie dowiedział się, gdzie go pogrzebano. Dla wielu ludzi, zwłaszcza z Podhala, szczątki „Ognia” to relikwie. Gdyby je odnaleziono, mogłoby dojść do rozruchów i manifestacji – dywaguje prok. Marcinkiewicz. Twierdzi, że przejrzała wszystkie dostępne w archiwach UOP dokumenty dotyczące „Ognia”. Jej spostrzeżenia są podobne do tych, którymi dzielili się z czytelnikami „Dziennika” Bolesław Dereń i Maciej Korkuć.
– Wygląda na to, że materiały te zostały przetrzebione. Są tam np. notatki urzędowe, w których stawia się konkretne pytania konkretnym funkcjonariuszom, ale brakuje dokumentów z odpowiedzią. Tak, jakby ktoś celowo je usunął. To samo spostrzeżenie można wysnuć na podstawie analizy dokumentacji szpitalnej z Nowego Targu. Teoretycznie powinny się tam znajdować zapisy dotyczące przyjęcia „Ognia” na oddział i adnotacja o śmierci. Nic takiego tam nie ma – mówi Ida Marcinkiewicz. – Nie ma również żadnych notatek, instrukcji, rozkazów, które mogłyby naprowadzić na trop osoby lub grupy osób, które otrzymały zadanie pogrzebania zwłok. To akurat nikogo z nas, pracowników IPN, nie dziwi. Polecenia w takich sprawach wydawało się ustnie.

Prokurator uważa, że wszystkie hipotezy, dotyczące tego, co się stało z ciałem „Ognia”, są prawdopodobne. Sprawdzała je. Np. tę, wedle której przekazano je do Zakładu Medycyny Sądowej. Wspomina o tym w swojej książce Stanisław Wałach, jedna z niewielu osób, które musiały znać rozwiązanie zagadki, bo prawdopodobnie osobiście wydał rozkaz w tej sprawie.

Publikowane zdjęcie żołnierzy z oddziału "Ognia" nie było dotąd znane historykom. Zostało niedawno przekazane do archiwum Komitetu Patriotycznego "Porozumienie Orła Białego" w Nowym Targu przez krewną jednego z partyzantów. Autorka artykułu otrzymała je dzięki uprzejmości Wojciecha Orawca, przewodniczącego tej organizacji.

Z zachowanych w archiwum ZMS dokumentów wynika, że w tym okresie, czyli po 22 lutego 1947 roku, wykonywano tutaj trzy sekcjo zwłok osób oznaczonych NN, czyli o nieznanych personaliach, ale ich opis nie pasował do sylwetki „Ognia”. Jedna z tych osób była ofiarą bójki, drugą wyłowiono z Wisły. Okoliczności śmierci i opis trzeciej również nie wskazywały, iż mógł to być Józef Kuraś. Poza tym w żadnym z tych trzech przypadków wykonujący sekcję nie zapisał, że zauważył jakieś dziury po kuli w głowie.
– Niemniej nie można wykluczyć, że ciało „Ognia” trafiło do Zakładu Medycyny Sądowej. Tyle tylko, że nie ujęto tego w żadnym dokumencie – podsumowuje prok. Ida Marcinkiewicz.

Sprawa jest o tyle skomplikowana, że nawet jeśli pojawi się świadek, któremu się wydaje, iż wie coś więcej na ten temat, to po sprawdzeniu zeznań okazuje się, że to fałszywy trop. Prok. Marcinkiewicz opowiada, że przesłuchiwała osobę, która słyszała od nieżyjącego już ojca, więzionego przez UB, inną opowiastkę. Chcąc wymusić na więźniu zeznania, zaciągnięto go nad jedną ze studzienek ściekowych. Kazano mu patrzeć w dół, do kanału. Usłyszał przy tym groźbę: Jak nie będziesz mówił, skończysz tak samo jak „Ogień”. Taka hipoteza dotycząca losów zwłok Józefa Karasia mogła być prawdziwa, gdyby nie fakt, że ojciec świadka przebywał na UB dokładnie rok po śmierci „Ognia”.

Prok. Ida Marcinkiewicz wspomina również o innym tropie – prowadzącym na cmentarz Rakowicki. W jej opinii jest tam na pewno kilka miejsc, gdzie grzebano zwłoki ofiar stalinowskiego reżimu. Nie podejmowała jednak tego tropu, gdyż jest prawie pewna, że zaprowadziłby ją w ślepy zaułek.
– Miałam okazję przekonać się, że po przekopaniu grobu, który miał być miejscem pochówku konkretnej osoby, okazywało się, że albo są tam szczątki kogoś zupełnie innego, albo grób był pust
y!

Cmentarz Rakowicki w Krakowie, podobnie jak cmentarz w Zwięczycy koło Rzeszowa czy Bródnowski w Warszawie, znajduje się na sporządzonej przez IPN liście miejsc, gdzie w latach 40. i 50. grzebano zwłoki więźniów. Na cmentarzu Bródnowskim w Warszawie leży ojciec Krzysztofa Gąsiorowskiego, który za rządów Jerzego Buzka z ramienia KPN próbował rozwikłać zagadkę pochówku Józefa Kurasia.
Ojciec zmarł, zakatowany w czasie śledztwa w więzieniu mokotowskim – relacjonuje. – Gdyby nie ludzki odruch u jednego ze strażników, też byśmy nie wiedzieli, gdzie go pochowano. Od tego człowieka, którego w pewnym momencie, jak przypuszczam, ruszyło sumienie, dowiedzieliśmy się, że został pogrzebany właśnie na cmentarzu Bródnowskim. Cichcem oznaczyliśmy to miejsce. Mieliśmy wiele szczęścia, bo obok grobu ojca jest mnóstwo mogił, oznaczonych w dokumentach cmentarnych „X”, czyli mogił osób nieznanych. Z tego, co wiem, takie nieoznaczone groby są również na cmentarzu Rakowickim. Podobno istnieją nawet dokumenty na ten temat w cmentarnym archiwum. Gdyby udało się na tej podstawie odnaleźć miejsca pochówków i dokonać ekshumacji, kto wie, może natrafilibyśmy na szczątki „Ognia”? – zastanawia się Krzysztof Gąsiorowski.

Gdzie pochowano „Ognia”? – część 4 (2/2)>

Strona główna>

Gdzie pochowano "Ognia"? – część 4 (2/2)

Każdy z wojewódzkich …

Każdy z wojewódzkich urzędów bezpieczeństwa publicznego miał swoją specyfikę, jeśli chodzi o sposób postępowania z ciałami więźniów.
– Specyfiką krakowskiego WUBP było to, że ludzie straceni na mocy wyroku sądowego lub zmarli w trakcie śledztwa znikali bez śladu – mówi Teodor Gąsiorowski, historyk z krakowskiego oddziału IPN.
– Tylko we Wrocławiu straconych przez reżim komunistyczny chowano na jednym cmentarzu. Krewni więźniów chodzili tam prawie codziennie, aby sprawdzić, czy przybyła jakaś nowa mogiła. Jeśli zobaczyli świeżo przekopaną ziemię, próbowali wypytywać pracowników więzienia, tych bardziej ludzkich, kogo danego dnia zabrakło w celi. My w Krakowie tak naprawdę nie wiemy, gdzie dokonywano egzekucji i gdzie tych ludzi chowano – konstatuje Teodor Gąsiorowski. On również słyszał, że w archiwum Zarządu Cmentarzy Komunalnych odnaleziono dokumenty, że na cmentarzu Rakowickim, podobnie jak we Wrocławiu, istniała wydzielona kwatera, gdzie chowano straconych czy zmarłych w czasie śledztwa więźniów. Być może ich groby znajdują się obok mogił osób, które zmarły i w sposób naturalny. Takie przypadki też się w więzieniach zdarzały w tamtych, mrocznych czasach. Być może w tym samym miejscu, tylko trochę dalej chowano skrytobójczo zamordowanych.
Teodor Gąsiorowski uważa, że nawet jeśli potwierdzą się te hipotezy, ekshumacja może być rzeczą prawie niewykonalną.
– Nie jestem specjalistą, ale na pewno byłoby to trudne. Bo jeśli znajdziemy tajną kwaterę, stoi tam zapewne rząd grobowców. Przy ich budowie na pewno przekopano teren i ewentualne szczątki usunięto – mówi.

Wedle Jana Tajstera, byłego wieloletniego dyrektora Zarządu Cmentarzy Komunalnych w Krakowie, w archiwum ZCK, które wiele razy przeglądał w różnym celu, nie ma dokumentów, mogących naprowadzić na ślad kwatery, wykorzystywanej wyłącznie do tajnych pochówków ofiar UB.
Słyszałem różne opowieści na ten temat od najstarszych pracowników cmentarza i kamieniarzy. Z ich relacji wynika, że tajne pochówki odbywały się zwykle od strony ul. 29 Listopada. To mnie trochę dziwi, bo przecież robiono to w nocy i tak, aby nikt postronny nie dowiedział się o tym. Łatwiej było o zachowanie tajemnicy grzebiąc zwłoki od strony ul. Prandoty – sądzi Jan Tajster.
Czy ubecy mogli tam również zagrzebać zwłoki „Ognia”?
– Sam się nad tym zastanawiałem – odpowiada były dyrektor ZCK, który będąc chłopcem, przez kilka lat z rzędu przebywał na koloniach w Waksmundzie i mieszkał w chałupie, należącej do rodziny Kurasiów.
– Myślę, a nawet jestem pewien, że trudno będzie tę hipotezę zweryfikować, bo w latach 70. i 80. w miejscu, gdzie mogła być osławiona tajna kwatera, przekopano całą masę starych, zaniedbanych, nieopłacanych przez nikogo grobów, robiąc miejsce dla następnych pochówków. Dlatego bardzo trudno byłoby dziś przeprowadzać tam jakiekolwiek badania; nie mówiąc o ekshumacji.

Zgodnie z ustaleniami Krzysztofa Szwagrzyka z wrocławskiego oddziału IPN, ofiary stalinowskiego reżimu chowano zazwyczaj na skraju cmentarzy, w miejscach oddalonych od innych kwater. Często tuż obok cmentarnego muru. Nielicznych grzebano w kwaterach, przeznaczonych dla ogółu ludności. Ponieważ chodziło o zachowanie tajemnicy, musiały to być miejsca ustronne. Z odtajnionych dzisiaj dokumentów z tamtych lat wiadomo, że władze więzienne zastrzegały sobie określone pola na cmentarzach, które były pod stałym nadzorem funkcjonariuszy. Te informacje, zebrane przez historyka z Wrocławia, są zbieżne z opowieściami najstarszych pracowników cmentarza Rakowickiego.
Jedyną, jak dotąd, nekropolią w Polsce, na której zachowały się w prawie niezmienionym kształcie kwatery więźniów – ofiar komunistycznego terroru, jest cmentarz Osobowicki we Wrocławiu. Zanim jednak doszło do ujawnienia tych kwater, rosły tam chwasty i krzewy, tworzące prawdziwą dżunglę. O tym, że tutaj grzebano więźniów UB wiedzieli nieliczni, przede wszystkim krewni ofiar. Przez wiele lat narażając życie, zapalali tutaj znicze. W 1987 roku władze Wrocławia postanowiły zniwelować teren, na którym znajdowały się kwatery więzienne i przeznaczyć je na miejsce pochówku kombatantów, należących do ZBoWiD. Grupa mieszkańców Wrocławia zaoferowała władzom miejskim swoją pomoc przy porządkowaniu tego terenu. Był to wybieg. W krótkim czasie oczyszczono teren; postawiono tu symboliczne, kamienne krzyże i po raz pierwszy zorganizowano Apel Poległych.

Dopiero jednak na początku lat 90. odnaleziono w cmentarnym archiwum dokumentację, potwierdzającą, iż w kwaterach tych, znajdujących się na skraju cmentarza, tuż przy poligonie wojskowym, pogrzebano 354 osoby, w tym 89 osób skazanych na karę śmierci. W ub. roku, za pomocą georadaru, pracownicy wrocławskiego oddziału IPN natrafili na kolejne miejsca tajnych pochówków, gdzie mogą być groby dalszych 268 osób. Jednak nawet wyniki kilkuletniej pracy wielu ludzi nie pozwoliły na precyzyjne określenie miejsca, gdzie pochowano konkretne osoby. Ekshumacja była możliwa jedynie w 15 przypadkach, i to w miejscach oznaczonych wcześniej przez rodziny ofiar, które prowadziły swoje prywatne śledztwa.
Warto pamiętać, że w latach 40., a nawet na początku 50. ciała więźniów zakopywano nie tylko na cmentarzach. A sposoby ich ukrycia zaiste były barbarzyńskie. Ludzkie szczątki znaleziono np. podczas prac remontowych na terenie dawnej siedziby UB w Bochni i w Limanowej. Miejscem tajnych pochówków były też tereny dawnych poligonów wojskowych, lotnisk, a nawet przydrożne rowy.

Jedna z osób, z którymi rozmawiałam na temat tego, co UB mogło zrobić ze zwłokami „Ognia”, utrzymuje, że mógł on zostać wrzucony do tajnego bunkra, znajdującego się w podziemiach dawnego WUBP przy placu Inwalidów w Krakowie. W miejscu wskazanym przez świadka jest niewielki wzgórek, widoczny gołym okiem. Wedle tej osoby, prawnika z zawodu, który uczestniczy w ekshumacjach, w zamurowanym dziś bunkrze mogą się znajdować również szczątki innych osób, straconych w kazamatach UB.
Prok. Ida Marcinkiewicz słyszała tę opowieść, ale nie wierzy, aby miała być prawdziwa. – Takich wzgórków w tej okolicy jest więcej. A nawet gdyby pod jednym z nich był bunkier, nie wierzę, aby właśnie tam wrzucono zwłoki „Ognia” czy innych osób straconych i zmarłych w UB. W 1947 roku na świecie panowała przecież zimna wojna. Przedstawiciele ówczesnej władzy nie pozwoliliby na to, aby do bunkra wrzucać zwłoki w sytuacji, gdy w każdej chwili mógł on być potrzebny jako schronienie dla ubeckich notabli.

Prok. Ida Marcinkiewicz wątpi, aby dzisiaj, po tylu latach od śmierci, udało się odszukać szczątki „Ognia”. – Nawet, gdybyśmy odnaleźli jakiś masowy grób czy to na cmentarzu Rakowickim, czy na placu Inwalidów, czy w jakimkolwiek innym miejscu, trudno byłoby o identyfikację, bo aby odnaleźć właściwe, trzeba byłoby dokonać analizy DNA wszystkich szczątków. Cena jednego takiego badania wynosi ok. 500-600 złotych. Kto sfinansuje tak kosztowny program?

GRAŻYNA STARZAK, [email protected] , tel: 606-28-58-79
Dziennik Pol
ski, Nr 79 (18175), 2.04.2004

Gdzie pochowano „Ognia”? – 4 (1/2)< część >5 (1/2)
Gdzie pochowano "Ognia"? – część 1>

Strona główna>