Gdzie pochowano "Ognia"? – część 3


Tajemnicza skrzynia

Wiadomo, jak i gdzie spędził ostatnie godziny swojego życia. Wiadomo, kto udzielał mu ostatniego namaszczenia. Wiadomo, gdzie przez trzy dni leżało jego ciało. Reporterka „Dziennika” dotarła do osoby, która widziała go martwego. Jednak na relacji tego świadka ślad się urywa. Co funkcjonariusze UB zrobili z ciałem Józefa Kurasia „Ognia”?

Jeden z tropów prowadzi na cmentarz Rakowicki w Krakowie. Jest tam dokument, w którym odnotowano, że w latach 1947-51 przywieziono tu z Akademii Medycznej skrzynie z ludzkimi szczątkami, którą zakopano w nieoznaczonym miejscu pod murem cmentarza.
"Do dziś widzę, jak mózg nieprzytomnego „Ognia” pulsował; jak zatroskane siostry zakonne krzątały się wokół rannego, pomagając dyrektorowi szpitala (zapomniałem jego nazwiska), który osobiście opatrywał Kurasia. Prawa ręka co pewien czas konwulsyjnie podnosiła się do oddania strzału. Od czasu do czasu powtarzał: „Dajcie mi go. Strzelaj. Szybciej. Bierz go”. Po opatrunku siostry przeniosły Kurasia na salę chorych, a myśmy go nie opuszczali na krok. Usiłowałem coś dowiedzieć się od rannego. Zadawałem pytania o ludzi; o dokumenty; o słynną zaginioną walizkę z dokumentami, dolarami, precjozami, ale daremnie. „Ogień” umarł o północy na moich oczach i trzech towarzyszy ze ścisłej ochrony."
Tak opisał ostatnie godziny życia Józefa Kurasia „Ognia” Kazimierz Jaworski, ówczesny kierownik III sekcji Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Nowym Targu, który był w obstawie w nowotarskim szpitalu. Jego relacje opublikował w latach 80. jeden z ogólnopolskich tygodników.

Czy jest prawdziwa?
– Myślę, że jeśli chodzi o fakty – tak – ocenia Bolesław Dereń, historyk, autor książki „Józef Kuraś „Ogień”. Partyzant Podhala”. Przez klika lat wertował on archiwa dawnego UB w poszukiwaniu informacji na temat tej postaci. Natrafił na wiele ciekawych, utajnionych przez lata dokumentów. Uważa, że to nie wszystko; że dokumentacja w sprawie „Ognia” została przetrzebiona.
– Być może któryś z byłych funkcjonariuszy chciał je mieć w domowym archiwum – sugeruje Bolesław Dereń.
Zadał sobie wiele trudu, prowadząc prywatne śledztwa, aby archiwalne informacje zweryfikować bądź uzupełnić. Okazuje się np., że „Ogień” nie miał żadnej walizki z dokumentami i precjozami, jak sądził Kazimierz Jaworski, funkcjonariusz UB z Nowego Targu. Uciekając w czasie obławy z jednej zagrody do drugiej, porzucił po drodze automat i raportówkę, w której znajdowały się mapy, różne legitymacje, blankiety dowodów osobistych, prawo jazdy na nazwisko Kozłowski, dowód osobisty, potwierdzenie zdania pistoletu, wydane przez Komisariat MO nr 8 w Krakowie. W raportówce, która w żadnym razie nie mogła być walizką, były też srebrne, przedwojenne monety: jedna o nominale 10 zł. i dwie po 5 zł.

„Ogień” miał też kasetkę z pieniędzmi i dokumentami, którą na początku lutego 1947 roku, na krótko przed śmiercią, przekazał na przechowanie Franciszkowi F. z Zakopanego. W kasetce były mapy, 16 tys. zł., 10 dolarów w złocie, zdjęcia i legitymacje kilku ludzi. W kwietniu tego samego roku obaj z niejakim Stefanem Sz. otworzyli kasetkę, aby poznać jej zawartość. Stefana Sz. zatrzymano w sierpniu 1949 roku. W jego zeznaniach jest mowa o tym, że obaj z Franciszkiem F. podzielili się pieniędzmi. W ubeckich aktach nie ma natomiast ani słowa na temat tego, czy odebrano im pieniądze i co się stało z dokumentami, znajdującymi się w kasetce i raportówce.

Bolesław Dereń ustalił również, że tuż przed śmiercią „Ognia” do nowotarskiego szpitala przybył ksiądz Szybowski, ówczesny proboszcz jednej z tamtejszych parafii, który udzielił mu ostatniego, namaszczenia. Z relacji księdza wynika, iż Kuraś poruszał wargami, ale nie potrafił wypowiedzieć żadnego słowa. Z daleka obserwowali to funkcjonariusze UB. Ks. Szybowski był później przesłuchiwany, aresztowany i skazany. Sądzono, że „Ogień” podał mu jakieś ważne informacje, np. o tym, gdzie znajduje się wspomniana przez Kazimierza Jaworskiego walizka z precjozami.
Relację księdza Szybowskiego przekazał wspomniany w poprzednim odcinku Andrzej Goc. ps. „Szpon”, jeden z żołnierzy „Ognia”, który siedział razem z księdzem w więzieniu we Wronkach.
Zmarły kilka lat temu Goc opowiadał, iż był jedną z ostatnich osób, które widziały zwłoki „Ognia”. – Leżał na dziedzińcu WUBP w Krakowie, oparty o pojemnik na odpady. Ubecy robili sobie przy nim zdjęcia – miał powiedzieć.
Bolesław Dereń nie wierzy w prawdziwość tych słów. – Jest raczej mało prawdopodobne, aby funkcjonariusze, bez uzgodnienia z przełożonymi, robili sobie jakieś zdjęcia przy zwłokach. Pewne jest jedno. Wspominał o tym Gocowi ksiądz Szybowski, że ciało „Ognia” leżało przez trzy dni na wewnętrznym dziedzińcu WUBP w Krakowie. Widziała je również inna osoba. Człowiek ten żyje. Mieszka w Krakowie – informuje Bolesław Dereń.

Jan Krejcza, były porucznik Wojska Polskiego, wieloletni dyrektor krakowskiego oddziału Towarzystwa „Polonia”, a później Wspólnoty Polskiej, ma dzisiaj 81 lat. Niechętnie wraca myślami do tamtych czasów. Epizod z „Ogniem” pamięta doskonale.
W wojsku był zaopatrzeniowcem. – Na początku 1947 roku jechaliśmy z pieniędzmi po towar, gdy zatrzymał nas patrol Józefa Kurasia. Zaprowadzili nas do swojego dowódcy, który ironicznie zapytał mnie, skąd pochodzę? Pewnie z Rosji – sam sobie odpowiedział. Był zdziwiony, gdy odparłem, że z Krakowa, z Podgórza. Okazało się, że mamy wspólnych znajomych. Później, gdy „Ogień” dowiedział się, że przy okazji spraw służbowych jadę odwiedzić brata w Nowym Targu – księdza Leona Krejczę, jego nastawienie do nas zmieniło się całkowicie. Na stole pojawiła się wódka i kiełbasa. Rano pozwolono nam wsiąść do samochodu i odjechać. Nie sądziliśmy, że załatwimy służbowe sprawy, bo gdy nas zatrzymano, nie pozwolono nic wziąć z samochodu. A tam mieliśmy pieniądze. Okazało się, ku naszemu zdziwieniu, że sakiewka z pieniędzmi była na swoim miejscu. Nienaruszona.
25 lutego 1947 roku Jan Krejcza został wezwany do WUBP. – Miałem złożyć zeznania w jakiejś sprawie – relacjonuje. – Funkcjonariusz, który mnie prowadził po korytarzach bezpieki, w pewnej chwili kazał mi popatrzeć przez okno na dziedziniec. Powiedział, że nieboszczyk, który tam leży, to „Ogień”. Rozpoznałem go natychmiast, chociaż ciało było powykręcane od mrozu. Czy wtedy zastanawiałem się, co z nim będzie dalej? Nie pamiętam, ale chyba nie. Gdy człowiek znalazł się w tym budynku, myślał tylko o tym, aby jak najprędzej stamtąd wyjść. Wielu się to nie udało.
Jan Krejcza słyszał rożne hipotezy o losach zwłok Józefa Kurasia. Przypomina, że Stanisław Wałach pisze w swoich wspomnieniach, iż przekazano je do Wydziału Lekarskiego UJ jako zwłoki nieznanego mężczyzny.

Po Józefie Kurasiu, nie licząc ludzkich krzywd, nie pozostał żaden materialny ślad – takie były słowa Wałacha. W opinii Bolesława Derenia, ta informacja może być prawdziwa, choć nie jest ścisła, bo zarówno
Andrzej Goc, jak i Jan Krejcza twierdzą, iż ciało „Ognia” leżało na dziedzińcu WUBP trzy, a nie dwa dni, jak utrzymuje Wałach.
Bolesław Dereń uważa, że zasadniczy wpływ na to, co zrobić ze zwłokami, miał właśnie Stanisław Wałach, który był wówczas naczelnikiem Wydziału III WUBP w Krakowie do walki z bandytyzmem. – W archiwum, jak łatwo się domyślać, nie ma na ten temat ani słowa. Rozkazy w takich sprawach wydawane były ustnie, choć obowiązywały pewne procedury – przypomina Bolesław Dereń.
Określono je w „Instrukcji o postępowaniu organów bezpieczeństwa publicznego w wypadkach śmierci osób zatrzymanych” z 26 lipca 1946 roku. Punkt pierwszy mówił, że we wszystkich przypadkach śmierci osób zatrzymanych należy niezwłocznie zawiadomić właściwego prokuratora i lekarza w celu zarządzenia oględzin lub sekcji zwłok. Prokurator miał też wydać pisemne zezwolenie na pogrzeb. Żadnego punktu z instrukcji nie zastosowano w przypadku „Ognia”. Nie było prokuratorskiego dochodzenia. Nikt nie pytał prokuratorów o zezwolenie na pogrzebanie zwłok.

O tym, że prokuratorzy z Sądu Okręgowego w Nowym Sączu jednak interesowali się okolicznościami śmierci Józefa Kurasia, świadczy fakt, iż chcieli przesłuchać Mariana B., sierżanta Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, który pierwszy wbiegł na strych domu, gdzie postrzelił się „Ogień”. Dopiero 26 marca 1947 roku, czyli ponad miesiąc po jego śmierci, KP MO w Nowym Targu poinformowała prokuraturę, że kilka dni po akcji sierżanta B. zwolniono ze służby i zamieszkał w innym powiecie. Bolesław Dereń nie ma wątpliwości, że chciano się go w ten sposób pozbyć.
Niektórzy moi rozmówcy sugerowali, że sierżant B. mógł być jedną z osób, która miała za zadanie ukryć zwłoki „Ognia”. – Nic nie wiem na ten temat, ale postać tego sierżanta bardzo mnie intrygowała – przyznaje Bolesław Dereń.
Z dokumentów, które krakowski historyk odnalazł w archiwach wynika, że Marian B. powrócił do rodzinnej wsi koło Nowego Brzeska. W 1948 roku został aresztowany, bowiem sąsiedzi donieśli, że urządzał napady. Stanął przed sądem i wtedy okazało się, że ma pistolet, który zabrał Kurasiowi. Został skazany na 6 lat więzienia, ale przesiedział tylko dwa miesiące, bowiem został ułaskawiony.

Bolesław Dereń postanowił odszukać Mariana B. We wsi, gdzie rzekomo miał mieszkać, odnalazł jego brata – Józefa, który powiedział, że Marian po opuszczeniu wiezienia wyjechał na Wybrzeże i zaciągnął się na statek. W tym czasie poznał Stanisławę D. – córkę brata Władysława Gomułki, która porzuciła dla niego męża. Gdy zarobili trochę pieniędzy, przyjechali w rodzinne strony Mariana i tu wybudowali dom. Ponieważ zaczęli ich nachodzić różni ludzie z pogróżkami wobec B., sprzedali dom i znów wywędrowali do Gdyni.
– Pisałem do niego na adres wskazany przez brata z prośbą o relację na temat „Ognia”, którą chcę zamieścić w swojej książce, telefonowałem, ale nadaremnie. Nie było odpowiedzi; nikt nie podnosił słuchawki telefonu. Podejrzewam, że został uprzedzony, iż ktoś się nim interesuje – relacjonuje Bolesław Dereń.

Józef Kuraś "Ogień" z żoną Czesławą. 1946 r.

– Dla nas, dla rodziny „Ognia”, ważny jest każdy wątek, każda informacja. Byłabym wdzięczna, gdyby ten pan z Wybrzeża zechciał się ujawnić – wzdycha Czesława, z domu Polaczyk, druga żona Józefa Kurasia. Ma obecnie 82 lata [Czesława Bochyńska, z d. Polaczyk zmarła w lutym 2007 r.]. Była drugi raz zamężna, ale widać, że temat „Ognia” nadal bardzo ją porusza. Trudno się dziwić. Wiele przeszła po śmierci pierwszego męża. Gdy umierał, była w ciąży. Współlokatorzy, funkcjonariusze UB traktowali ją niezwykle brutalnie. Do dziś pamięta, jak pijany J., wracając ze służby, wygrażał jej pistoletem i wyzywał od bandytów. Żona drugiego funkcjonariusza o nazwisku Sz., widząc, że Czesława nie może znaleźć pracy, naigrywała się, mówiąc, że tacy jak ona powinni pracować wyłącznie w klozecie. Słuchała tych obelg od ludzi, którzy zajęli cały jej dom. Po wielu miesiącach starań pozwolono jej w nim zamieszkać. Przydzielono mały pokój na piętrze. Niedługo w nim pobyła. Sz. postarał się, aby trafiła do więzienia. Siedziała 4 lata we Wronkach i Potulicach. Po powrocie z więzienia też nie było jej łatwo. Dom Polaczyków obserwowano. Nasyłano na nich tajniaków, którzy, udając byłych żołnierzy „Ognia” interesowali się warunkami życia „pani majorowej”, jak ją z pogardą nazywali. Straszyli kolejnym aresztem, wywiezieniem na Syberię lub wyprowadzeniem do lasu, co miało oznaczać likwidację. Była wielokrotnie wzywana do UB, gdzie namawiano ją, by zmieniła nazwisko, a najlepiej, aby wyjechała.
– Miałam tego wszystkiego dość – opowiada. – Rodzina radziła mi, abym wyjechała do Ameryki. Byłam zdumiona, gdy udało mi się wyrobić paszport. Były lata 60. Dopiero niedawno dowiedziałam się, że komunistyczne władze chciały się mnie za wszelką cenę pozbyć. W Ameryce spędziłam 20 lat. Wyszłam drugi raz za mąż, ale wiele razy myślałam o swoim pierwszym mężu, modląc się, aby kiedykolwiek móc mu zapalić świeczkę. Syn pisał mi w listach, że był dwukrotnie u Stanisława Wałacha, aby prosić go o ujawnienie tajemnicy związanej z pochówkiem męża. Ale niczego się nie dowiedział. On go cały czas zwodził.
Żona „Ognia” nie wierzy w to, że ciało jej męża mogło zostać pocięte na kawałki i zalane formaliną. Twierdzi, że pojawiła się kolejna hipoteza – zwłoki jej męża rzekomo miały zostać zagrzebane na terenie dawnego kamieniołomu na Zakrzówku. Informacja ta pochodzi od osoby zaprzyjaźnionej z rodziną Wałachów.

Kolejny z moich rozmówców trafił na inny ślad. Zdobył dowód na to, że w latach 1947-51 na cmentarz Rakowickim w Krakowie dostarczono z Akademii Medycznej skrzynię z ludzkimi szczątkami, które zakopano w nieoznaczonym miejscu pod murem cmentarza. Jeśli udałoby się odnaleźć to miejsce i odkopać skrzynię, można byłoby sprawdzić, korzystając z dostępnych dzisiaj metod, czy nie ma tam przypadkiem szczątków Józefa Kurasia. Identyfikacja byłaby możliwa poprzez analizę kodu DNA i porównanie z kodem syna „Ognia”, który mieszka i pracuje w Nowym Targu.

GRAŻYNA STARZAK, [email protected] , tel: 606-28-58-79
Dziennik Polski, Nr 73 (18169), 26.03.2004

Gdzie pochowano „Ognia”? – 2 < część > 4 (1/2)
Gdzie pochowano "Ognia"? – część 1>

Strona główna>

63 rocznica rozbicia PUBP w Puławach

Inscenizacja historyczna – odbicie więźniów z PUBP w Puławach, 27 kwietnia 2008 r.

27 kwietnia 2008 r. [niedziela] w Puławach odbędą się obchody upamiętniające 63 rocznicę odbicia więźniów z Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego przez oddziały AK pod dowództwem majora Mariana Bernaciaka ps. „Orlik”.
Uroczystość zorganizowaną przez Związek Strzelecki Oddział Puławy im. 15 Pułku Piechoty „Wilków” rozpocznie o godz. 10 msza św. w kościele garnizonowym pw. Matki Bożej Różańcowej, następnie zostaną złożone wieńce przed tablicą upamiętniającą akcję AK i wygłoszone przemówienia okolicznościowe. O godz. 12:00 przy Al. Królewskiej 3 zostanie zaprezentowana inscenizacja historyczna, przedstawiająca odbicie więźniów z PUBP w Puławach przez oddział „Orlika”. Podstawą scenariusza stały się wspomnienia żyjących uczestników tej akcji. W przedstawieniu udział wezmą: Związek Strzelecki Oddział Puławy im. 15 Pułku Piechoty „Wilków”, Grupa Historyczna Zgrupowanie „Radosław” z Warszawy, Stowarzyszenie Trójmiejska Grupa Rekonstrukcji Historycznych z Gdyni, Przemyskie Stowarzyszenie Rekonstrukcji Historycznej X D.O.K oraz lokalne grupy teatralne.
Patronat Honorowy: Marszałek Województwa Lubelskiego Krzysztof Grabczuk. Patronatem prasowym objęła puławskie obchody „Gazeta Polska".

[Kliknij w zdjęcie aby powiększyć]


Major Marian Bernaciak ps. „Orlik” – ur. 17 marca 1917 r. w Zalesiu koło Ryk, zm. 24 czerwca 1946 r. we wsi Więcków-Trojanów, legendarny dowódca oddziału partyzanckiego AK, a następnie Zrzeszenia WiN na Lubelszczyźnie. Był synem Michała Bernaciaka i Marii z domu Bliźniak. W 1937 r. ukończył gimnazjum im. Czartoryskich w Puławach. Następnie odbył roczną obowiązkową służbę wojskową w Szkole Podchorążych Artylerii w Zambrowie, którą zakończył w stopniu plutonowego podchorążego. Dostał przydział mobilizacyjny do 2. Pułku Artylerii Ciężkiej. Pracował w urzędzie pocztowym w Sobolewie w powiecie Garwolin. Zmobilizowany w sierpniu 1939 r., podczas wojny obronnej 1939 r. walczył jako podporucznik rezerwy w 2 pac. Podczas obrony Włodzimierza Wołyńskiego dostał się do niewoli sowieckiej. Kilka tygodni później zbiegł z transportu jenieckiego na terenie ZSRR wiozącego polskich oficerów do obozów i powrócił w rodzinne strony. Prowadził księgarnię w Rykach i niewielką drukarnię w Dęblinie. W 1940 r. zaangażował się w działalność konspiracyjną w ramach ZWZ, a następnie AK. Był szefem Kedywu Podobwodu "A" (Dęblin-Ryki) w Obwodzie AK Puławy. Od jesieni 1943 r., zagrożony aresztowaniem przez Gestapo, był zmuszony ukrywać się. 20 listopada 1943 utworzył grupę lotną, przekształconą w oddział partyzancki, na czele którego stanął. W maju 1944 r. jego oddział otrzymał kryptonim OP I/15. Pułku Piechoty AK "Wilków". Przeprowadził on ponad 20 akcji bojowych przeciwko Niemcom. Dzięki jego postawie podczas akcji Burza w lipcu 1944 r. w Dęblinie uratowano przed zniszczeniem ważne obiekty wojskowe i gospodarcze, uchroniono ludność przed wywózką i znęcaniem się przez wycofujących się żołnierzy niemieckich. 26 lipca 1944 jego oddział zajął samodzielnie Ryki. W sierpniu 1944 r. M. Bernaciak na czele ok. 350 partyzantów podjął marsz w celu pomocy walczącej Warszawie, ale zakończył się on niepowodzeniem. Zagrożony internowaniem przez Sowietów, podjął decyzję o rozwiązaniu oddziału. Przez kilka miesięcy ukrywał się, poszukiwany przez NKWD.

Ryki, 26 lipca 1944 r., na koniu major Marian Bernaciak "Orlik".

W marcu 1945 r. odtworzył swój oddział z osób zagrożonych aresztowaniem. Jesienią 1945 r. został mianowany dowódcą zgrupowania oddziałów WiN w Inspektoracie Rejonowym "Puławy", a następnie zastępcą inspektora puławskiego ds. bezpieczeństwa jako referent bezpieczeństwa. Dowodzone przez niego zgrupowanie partyzanckie, jedno z największych na Lubelszczyźnie (działało na terenie powiatów garwolińskiego, puławskiego, łukowskiego, lubartowskiego, kraśnickiego i kozienickiego), liczące ok. 200 żołnierzy, a na wiosnę 1946 r. – ok. 160, przeprowadziło wiele akcji zbrojnych przeciwko władzom komunistycznym, m.in. 13 kwietnia 1945 w Woli Zadybskiej rozbiło 3 grupy operacyjne KBW, które straciły 4 zabitych i 6 rannych zołnierzy oraz 1 zabitego i 1 rannego funkcjonariusza UB; 30 żołnierzy KBW zostało rozbrojonych.

W kwietniu 1945 r. na terenie Inspektoratu Puławy nasiliły się aresztowania żołnierzy AK. Zwiększyła się też jednak działalność samoobrony przed aresztowaniami i wysyłką do sowieckich łagrów. Działania te koordynował „Orlik”. W połowie kwietnia podjął decyzję o zaatakowaniu siedziby Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Puławach w celu uwolnienia więzionych tam w strasznych warunkach i torturowanych dziesiątków żołnierzy podziemia i członków ich rodzin. Wykonanie tej akcji wyznaczył na 24 kwietnia. W dniu tym oddział stanął w Sachalinie przy Lesie Żyrzyńskim.

Brat mjr. "Orlika", Lucjan Bernaciak ps. "Janusz".

Przygotowanie do akcji i jej przebieg znane są z relacji brata mjr. „Orlika”, Lucjana Bernaciaka „Janusza”:
„Rankiem 24 kwietnia „Orlik” wydał rozkaz dowódcy 1 plutonu, by wysłał na krzyżówkę szos w Żyrzynie 2 patrole 3-osobowe w celu zatrzymania i przyprowadzenia do kwatery oddziału dwóch samochodów z zapasami paliwa, najlepiej firmy Studebacker. Rozkaz został wykonany i w niedługim czasie 2 samochody z rozbrojoną obsługą tj. 2 kierowców i 2 oficerów sowieckich w randze majora i porucznika zostały doprowadzone do oddziału. Cel sprowadzenia samochodów wyjaśnił się dopiero około godz. l4-tej. Na zbiórce oddziału „Orlik” poinformował, że będzie wykonana bardzo poważna akcja i wezmą w niej udział wyłącznie ochotnicy. Na rozkaz „ochotnicy wystąp” wystąpili prawie wszyscy będący na zbiórce. Wtedy „Świt” [por. Zygmunt Kęska] wybrał 36 ludzi i odbył z nimi odprawę. Poinformował, że celem akcji jest zaatakowanie i opanowanie PUBP w Puławach oraz uwolnienie z jego aresztu więźniów. Nie krył również tego, że akcja będzie trudna, gdyż na terenie Puław znajduje się bardzo dużo wojska sowieckiego (w granicach 6 tysięcy). Wybranych ochotników podzielił na 2 grupy: w 1 grupie 16-tu ludzi, w 2 grupie 20-tu. W 1 grupie 10 ubrało się w mundury wojskowe, a 6 w podniszczone ubrania cywilne. Tych 6 miało występować
w roli aresztantów ujętych i transportowanych przez żołnierzy do UB w Puławach. Byli to żołnierze z oddziału „Zagończyka” [mjr. Franciszek Jaskulski]. Grupa ta została ulokowana w pierwszym samochodzie. Pojechał z nią w szoferce przebrany w mundur sowieckiego porucznika „Orlik”. W drugim wozie pojechała cała druga grupa ze „Świtem” i najbieglej mówiącym po rosyjsku kpr. pchor. Stanisławem Szymańskim „Igołką” przebranym w mundur sowieckiego majora. Cała załoga w dwóch samochodach stanowiła umownie grupę operacyjną przeznaczoną do zwalczania partyzantów. Około godz. 15-tej samochody podjechały pod budynek UB. Otwarto klapę i popędzając udających aresztantów sprowadzono ich z samochodu. „Igołka” przebrany za majora zgłosił stojącemu wartownikowi przywiezienie bandytów i wprowadził całą szesnastkę do budynku rozbrajając w tym momencie wartownika. Wszedł również „Orlik”. Pozostali z drugiego samochodu otoczyli budynek, a kilku weszło również do środka. W tym samym czasie stojący na tyłach budynku jeden z kolegów zauważył ubeka, który wyprowadzał na zewnątrz do ubikacji 6 kobiet. Zaatakował go uderzając lufą stena w brzuch, a kobietom kazał uciekać w kierunku lasu. W tym samym czasie na parterze budynku, gdy „Igołka” rozmawiał z komendantem UB, stojący na uboczu oficer NKWD zorientował się, że to podstęp i sięgnął do kabury po pistolet. Szybszy był jednak „Orlik”, który strzałem z colta zabił go. Wtedy nastąpiła wymiana ognia. Szybko opanowano parter i część piętra. Znajdujący się tam ubowcy zabarykadowali się w jednym z pokojów i otworzyli ogień na podwórko. Żołnierze udający konwojowanych bandytów wtargnęli do piwnic budynku i po rozbiciu drzwi uwolnili więźniów. Podczas akcji zginął Marian Sośniak „Żaba”, a Feliks Tymoszuk „Longinus” został śmiertelnie ranny. Widząc to „Orlik” wydał rozkaz zabrania ich do samochodu i wycofania się. Ubezpieczający akcję „Świt” rzucił przez okno granat do pomieszczenia z którego strzelali ubecy i w ten sposób przerwał ostrzał podwórka. Wycofanie musiało być szybkie, ponieważ sowieccy oficerowie ustawili na dachu sąsiedniego budynku ckm i rozpoczęli ostrzeliwanie tylnej ściany siedziby UB. Poprzedzony uwolnionymi więźniami oddział szybko wycofał się w kierunku lasu, biorąc po drodze do niewoli 6 sowieckich oficerów, których jednak potem puszczono wolno. Pościg, który zaraz poszedł za oddziałem „Orlika” został na skraju lasu zatrzymany ogniem naszych rkm-ów. Grupa pościgowa do lasu już nie weszła. Zmasowany ogień z broni maszynowej i sowieckich działek plot. na las omijał wycofujący się oddział. Po dojściu do kwater w Sachalinie, spożyciu posiłku i krótkim odpoczynku zdobytymi samochodami oddział został przerzucony w kierunku Ryk."

Feliks Tymoszuk ps. "Longinus", jeden z dwóch partyzantów, którzy polegli podczas akcji rozbicia PUBP w Puławach.

Podczas tej akcji wykonanej w mieście pełnym sowieckiego wojska uwolniono 107 więźniów, zabito 5 ubeków, 2 milicjantów oraz 1 oficera sowieckiego, a 5 zostało rannych, w tym zastępca szefa puławskiej bezpieki Aleksander Ligęza, jeden z pierwszych członków GL-AL w pow. puławskim.

W tym gmachu (widok od tyłu) mieścił się w Puławach Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego.

1 maja 1945 r. zgrupowanie mjr. "Orlika" zajęło Kock, gdzie rozbroiło milicję i zatrzymało 3 ubeków, rozpędziło na rynku komunistyczny wiec zorganizowany z okazji święta 1 maja i zorganizowało w jego miejsce antykomunistyczny wiec, a w czasie odwrotu z Kocka pod Annówką rozbiło grupę operacyjną UB, w wyniku czego zginęło 12 funkcjonariuszy, a 24 dostało się do niewoli; zostali oni rozbrojeni, rozmundurowani i puszczeni wolno,
24 maja 1945 r. stoczyło wraz z 50-osobowym oddziałem dywersji terenowej Podobwodu B pod komendą ppor. Czesława Szlendaka ps. "Maks" zwycięską bitwę pod Lasem Stockim z 680-osobową grupą operacyjną sił KBW, UB i NKWD, wyposażonych w transportery opancerzone; po całodziennej walce zginęło od 22 do 62 żołnierzy NKWD i 10 funkcjonariuszy MO i UB, w tym kpt. Henryk Deresiewicz, naczelnik Wydziału do Walki z Bandytyzmem WUBP w Lublinie i por. Aleksander Ligęza, zastępca szefa PUBP w Puławach,
15 czerwca zajęło Żelechów, gdzie rozbroiło posterunek MO i zlikwidowało kilku funkcjonariuszy UB,
26 lipca 1945 r. uwolniło z transportu pod Bąkowcem ok. 120 więźniów, w tym wielu żołnierzy podziemia niepodległościowego. Wśród uwolnionych znajdowali się ppłk Antoni Żurowski "Andrzej Bober" – dowódca VI Obwodu Warszawa-Praga Armii Krajowej i ppłk Henryk Krajewski ("Trzaska") – dowódca 30 Poleskiej Dywizji Piechoty w Akcji "Burza".

W latach 1945-1947 plutony podporządkowane M. Bernaciakowi przeprowadziły najwięcej akcji dywersyjnych na Lubelszczyźnie, m.in.:
5 lutego 1946 we wsi Czernic w gminie Kłoczew rozbito grupę operacyjną KBW, która straciła 7 zabitych i kilku rannych, spalono dwa samochody KBW i zniszczono samochód z radiostacją KBW, a samą radiostację zabrano,
10 marca 1946 na szosie Warszawa-Lublin w rejonie Gończyc w pobliżu Garwolina stoczono potyczkę z oddziałem Armii Czerwonej, w której zginęło kilku żołnierzy sowieckich, a pluton stracił 1 zabitego i 1 rannego.
Zgrupowanie jako zwarta formacja działało do lipca 1945 r. Wskutek olbrzymiego nasycenia terenu regularnym wojskiem i siłami bezpieczeństwa, M. Bernaciak zmuszony był do zmiany taktyki. Podzielił swoje zgrupowanie na pojedyncze plutony i drużyny, które były zakonspirowane we wsiach i wspomagane przez terenowe struktury WiN. Umożliwiało to łatwą koncentrację zgrupowania i utrzymywanie stałej gotowości bojowej. Taktyka ta została zmieniona wiosną 1946 r., kiedy zgrupowanie zostało podzielone na dwa pododdziały. Pierwszy pododdział pod dowództwem Wacława Kuchnio ps. "Spokojny" działał na północy Inspektoratu, a drugi pod dowództwem Zygmunta Wilczyńskiego ps. "Żuk" – na południu. Źródłem dużych sukcesów M. Bernaciaka była jego umiejętność dowodzenia i częsta zmiana taktyki walki z wielokrotnie przeważającymi siłami wojskowymi i formacji bezpieczeństwa.
Do walki ze zgrupowaniem M. Bernaciaka władze zmobilizowały ogromne siły podzielone na grupy operacyjne, liczące łącznie kilkanaście tysięcy żołnierzy LWP, KBW oraz funkcjonariuszy MO i UB. Aresztowani zostali rodzice M. Bernaciaka oraz jego brat Lucjan, b. żołnierz AK.

Major Marian Bernaciak „Orlik” zginął 24 czerwca 1946 roku. Wraz z żołnierzami ochrony osobistej wracał z odprawy dowództwa Inspektoratu WiN Puławy do swojego zgrupowania stacjonującego koło wsi Hordzieżka w powiecie łukowskim. 20 kilometrów przed celem grupa zatrzymała się na skraju wsi Piotrówek, aby podkuć konia u kowala Jana Pyrki. O podejrzanych gościach sołtys Jan Maraszek, za pośrednictwem syna kowala, powiadomił posterunek MO w pobliskim Trojanowie i oddział żołnierzy z 1. DP w Więckowie, którzy patrolowali teren przed zbliżającym się referendum. Zorganizowano zasadzkę. Jedna grupa wkroczyła do wsi, a druga zablokowała przewidywaną drogę ucieczki do pobliskiego lasu.
Partyzanci podjęli próbę przebicia się z okrążenia, ale tylko dwóm udało się wyrwać z kotła. Dwóch wpadło w ręce UB, natomiast „Orlik” wraz z N.N. „Ogarkiem” polegli.

Pomnik stojący przed budynkiem byłego PUBP w Puławach, poświęcony zamordowanym w tej katowni żołnierzom AK-WiN.

Strona główna>

Gdzie pochowano „Ognia”? – część 2

Cenny depozyt

Józef Kuraś „Ogień”, legendarny dowódca poakowskiego oddziału z Podhala, nie żyje od 57 lat. Do dzisiaj nie wiadomo, gdzie go pogrzebano. Jedyną osobą, spośród żołnierzy „Ognia”, która widziała martwego dowódcę, był Andrzej Goc ps. „Szpon”. Goca prowadzono akurat na przesłuchanie, gdy przez okno, z widokiem na dziedziniec WUBP, zobaczył ciało „Ognia”, oparte o pojemnik na odpady.

Andrzej Goc zmarł cztery lala temu. W latach 80. ub. stulecia pochowano prof. Janusza Berghausena, warszawskiego historyka, który podobno wiedział, kto i gdzie wywiózł zwłoki Józefa Kurasia. Obawiając się o bezpieczeństwo rodziny, nikomu nie wyjawił tej tajemnicy.
Kazimierz Garbacz z Łącka, który gromadzi dokumenty i wspomnienia dotyczące oddziału „Ognia”, zanotował ostatnio w swoim kajecie sensacyjnie brzmiące informacje, jakoby szczątki Józefa Kurasia miały spoczywać pod grubą warstwą betonu w piwnicy jednej z kamienic w centrum Krakowa, Miał to rzekomo ujawnić były ubek. Kazimierz Garbacz spędził dzieciństwo i młodość na Podhalu, w Waksmundzie, we wsi, w której w 1915 roku urodził się Józef Kuraś, uważanej za kolebkę „ogniowców”. Kiwa przecząco głową, gdy pytam, czy był żołnierzem w oddziale Józefa Kurasia.
– Takim jak ja, nastoletnim wówczas chłopcom, nie dawano do ręki broni. Można powiedzieć, że byłem łącznikiem, zajmowałem się roznoszeniem prasy i korespondencji. Uważałem, że nie mogę siedzieć bezczynnie, gdy starsi walczą o wolną Polskę. Tak mnie wychowano. Ojciec, który przed wojną pracował w Korpusie Ochrony Pogranicza, blisko granicy z Rosją, i dostał nawet medal za ujecie rosyjskiego szpiega, dobrze wiedział, czym grozi ta nowa okupacja – snuje wspomnienia mój rozmówca.
Młody wiek Kazimierza Garbacza nie był jednak przeszkodą dla reprezentantów ówczesnej władzy, którzy sądzili szesnastolatka jak dorosłego. W więzieniach w Rawiczu, we Wronkach, na Montelupich w Krakowie i w Jaworznie spędził w sumie 54 miesiące, z tego 12 miesięcy w pojedynczych celach. Bynajmniej nie w nagrodę za dobre sprawowanie.
– Gdy kilka lat temu otwarto archiwa dla nas, byłych więźniów komunistycznego reżimu, szczerze się uśmiałem, czytając dokumenty, które znalazłem w swojej teczce. Były tam m.in. opinie strażników więziennych, którzy wyjątkowo zgodnie odmawiali mi prawa do starania się o wcześniejsze zwolnienie, pisząc w swoich raportach, że osobnik, czyli ja, na dość dobrympoziomie umysłowym nie okazuje skruchy, wyrażając się źle o naszym sojuszniku. W ich odczuciu nie rokowałem nadziei na poprawę w przyszłości. To ostatnie zdanie napisano tłustym drukiem – mówi Kazimierz Garbacz, pokazując jako dowód kserokopię notatki.
Rozmawiamy w małym pokoiku na parterze domku, który zamieszkuje wraz ze swoją rodziną nieopodal Rynku w Łącku.
– To moje królestwo – pokazuje ręką na regały, gdzie są stosy książek i skoroszytów, do których wpięto zapisane gęsto na maszynie kartki formatu A-4. Na tych kartach jest historia „Ognia” i jego oddziału. Relacje te nie były dotąd publikowane. Warto się z nimi zapoznać, choćby po to, aby dać odpór tym, którzy wciąż uważają „Ognia” za krwawego watażkę, mającego na sumieniu niewinnych ludzi.
– W rzeczywistości „Ogień” karał jedynie najbardziej aktywnych komunistów, na których skarżyła się ludność Podhala. Najpierw jednak wysyłał ostrzeżenia, a dopiero potem, gdy je zlekceważono, stosował represje – przypomina Filip Musiał z krakowskiego oddziału IPN. Dowody na prawdziwość jego słów znajdują się we wspomnieniach byłych żołnierzy „Ognia”, spisanych przez Kazimierza Garbacza. Są tam też relacje, pokazujące, w jaki sposób rozprawiano się z „ogniowcami”.

– Poddaliśmy się. Nic było wyjścia. Ciężko rannego kaprala „Marnego” oparli o pień drzewa, bo nie mógł stać o własnych silach. Mnie kazali zdjąć buty. Szykowałam się na śmierć, ale ich dowódca powiedział: – Zostawcie ją a tego rozwalcie – wskazał na „Marnego”. Strzelali do niego kulami „dum-dun”, których prawo międzynarodowe zabraniało używać. Już po jednym strzale głowa mu się dosłownie rozleciała na kawałki. To był przerażający widok – opowiada Janina Kolasa ps. „Stokrotka”.

Co roku, w lutym, w rocznicę śmierci Józefa Kurasia „Ognia” na cmentarzu w Waksmundzie spotykają się żyjący jeszcze żołnierze „Ognia„.

Z przeprowadzonego przez Kazimierza Garbacza prywatnego śledztwa wynika, że jedną z ostatnich osób, które widziały zwłoki „Ognia”, był Andrzej Goc ps. „Szpon”, który był łącznikiem oddziału z II Korpusem Polskich Sił Zbrojnych we Włoszech. Został zatrzymany przez UB, jeszcze zanim osaczono obóz „Ognia”. Przesłuchiwano go w budynku Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Krakowie akurat wtedy, gdy przywieziono tam ciało Józefa Kurasia. Nieżyjący już dzisiaj „Szpon” twierdził, że gdy prowadzono go do celi, widział przez okno na dziedzińcu swojego dowódcę nieżywego, opartego o pojemnik na odpady. Ciało było powykręcane od mrozu. „Szpon” opowiadał, że ubecy robili sobie przy nim zdjęcia. Ci, którzy prowadzili Goca, widząc, jak bardzo cierpi, wskazywali na podwórze i drwili z jego uczuć, mówiąc ironicznie: – Macie tu swojego dowódcę.

Co się stało z ciałem „Ognia”?
– To była najpilniej strzeżona w UB tajemnica. Z dokumentów, jakie ujawniono po otwarciu archiwów MSW wynika, że w jego przypadku obowiązywała dyrektywa: usunąć ciało, zabić pamięć – mówi Kazimierz Garbacz, pokazując plik listów z archiwów państwowych, archiwum MSWiA, Wojskowych Służb Informacyjnych. We wszystkich tych pismach powtarza się ta sama formułka:
odpowiadając na pismo (…) uprzejmie informuję, że w naszym zasobie archiwalnym nie odnaleziono żadnych informacji o miejscu pochowania Józefa Kurasia ps. „Ogień”.
– Pisałem nawet do polskich placówek archiwalnych w Londynie, ale tam też nic nie znaleziono – mówi kombatant z Łącka.

Kazimierz Garbacz tuż po wyjściu z więzienia, gdzie spędził w sumie 54 miesiące.

Takich osób jak Kazimierz Garbacz, których pasją stato się dokumentowanie działań „Ognia” oraz samej postaci Józefa Kurasia, było i jest więcej. W latach 60. i 70. na Podhalu często bywał wraz ze swoimi studeniami prof. Janusz Berghausen z Uniwersytelu Warszawskiego. Starsi mieszkańcy Waksmundu pamiętają go. Podobno zawsze, gdy warszawscy studenci wraz ze .swoim profesorem rozbijali obozowisko, we wsi pojawiali się tajniacy, którzy deptali im po piętach.
Wujek od dawna nie żyje – informuje Jolanta Berghausen, krewna znanego historyka. Mówi, że profesor poświęcił wiele lat swojego życia, aby zebrać materiały na temat „Ognia”. – To był jego konik. Cała rodzina o tym wiedziała. Wiem, że podziwiał Józefa Kurasia. Ta postać go fascynowała. Po rodzinie chodziły słuchy, że wujek wiedział, gdzie „Ogień” jest” pochowany, ale nikomu tego nie wyjawił. Nic dziwnego, bo w latach 60., a nawet i później, ujawnienie tej tajemnicy nie byłoby mile widziane. Książki i wszystkie swoje zapiski wujek oddał w ręce zaufanej osoby – kobiety, która, jak słyszałam, przekazała je do Muzeum Narodowego. Ta pani jest już dzisiaj w mocno zaawansowanym wieku. Wątpię, żeby chciała z kimkolwiek rozmawiać.

To bardzo ciekawa informacja – ocenia Krzysztof Gąsiorowski, który pod koniec lat 90. jako pełnomocnik posła Tomasza Karwowskiego z KPN, usiłował dotrzeć do dokumentów, które mogłyby pomóc w rozwikłaniu zagadki pochówku „Ognia”. Gdyby udało się odszukać ten cenny depozyt, być może trafilibyśmy na nowo wątki, nowe okoliczności i ludzi, którzy mogliby coś powiedzieć na temat ostatnich chwil jego życia, jego śmierci i tego, co się stało z ciałem.
Krzysztof Gąsiorowski ma w swoim archiwum sporo oficjalnych dokumentów na ten temat. M.in. kserokopie notatki służbowej, sporządzonej w dniu śmierci „Ognia” (22 lutego 1947 r.) przez śledczego Komendy Powiatowej MO w Nowym Targu, pismo komendanta powiatowego MO w Nowym Targu z 26 marca 1947 r. do Prokuratury i Sądu Okręgowego w Nowym Sączu oraz datowane dwa tygodnie później pismo prokuratora z Nowego Sącza do Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Krakowie.
Z notatek tych wynika, że ciało „Ognia” najpierw musiało trafić do PUBP w Nowym Targu, gdzie sporządzono milicyjne oględziny zwłok, przesłuchano świadków, a po ukończeniu dochodzenia, przedłożono akta Prokuraturze i Sądowi Okręgowemu w Nowym Sączu. Prawdopodobnie nie wykonano tego zadania najeżycie, gdyż w notatce z 26 marca 47 r. ówczesny komendant MO powiatu nowotarskiego gęsto się tłumaczy z tego, że nie zdołano przesłuchać jedynej, kto wie, czy nie najważniejszej dla UB osoby – niejakiego Mariana B. – który „ujął „Ognia”, a kilka dni po akcji został zdemobilizowany i wysłany w odległy kraniec województwa.

Marian B., który odwoził jeszcze żyjącego, ale będącego w agonalnym stanie Józefa Kurasia ze wsi Ostrowsko do szpitala w Nowym Targu, prawdopodobnie konwojował później jego zwłoki do Krakowa. W budynku Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego ciało „Ognia” mogło trafić w ręce dwóch oficerów śledczych: Jana Z. i Władysława C. Obaj w 1950 r. awansowali i przeszli do Warszawy. Jednak pod wskazanym w 1993 r. przez dawne Biuro Ewidencji i Archiwum UOP adresem wymienionych wyżej funkcjonariuszy, dzisiaj zameldowani są inni ludzie. Obaj byli ubecy prawdopodobnie już nie żyją. Być może były to ostatnie osoby, które mogły wiedzieć, co się stało ze zwłokami „Ognia”.

Krzysztof Gąsiorowski ma na ten temat własną opinię. Nie pamięta już, kto i gdzie wysunął hipotezę, że ciało Józefa Kurasia zakopano w rowie koło miejscowości Młoszowa w powiecie chrzanowskim.
– Ta wersja wydaje się dość prawdopodobna. Rozumuję tak: UB poleciło wywieźć zwłoki jak najdalej od Krakowa, aby zakopać je w szczerym polu, gdzie można było być pewnym, że nie będzie żadnych świadków, prócz jednej czy dwóch osób, które otrzymały to poufne zadanie. Dlaczego akurat Młoszowa i powiat chrzanowski? Ano, tak się składa, że z Chrzanowa pochodziło wielu ówczesnych funkcjonariuszy krakowskiego UB, a także pracowników wyższego szczebla. W tamtym rejonie bardzo aktywnie działały PPR i Armia Ludowa, a osoby będące członkami PPR i AL najczęściej były na indeksie u „Ognia”. Mogło się więc zdarzyć, że kierujący WUBP w Krakowie wydali zwłoki swoim ludziom z tamtego terenu, aby w odwecie mogli się nad nimi pastwić – dywaguje Krzysztof Gąsiorowski.
– Gdyby jego teza była prawdziwa, odszukanie „Ognia” bez wskazówek ze strony tych, którzy go grzebali, byłoby praktycznie niemożliwe. Chociaż, jak twierdzi nie tylko ten rozmówca, bywa, że poszukiwane przez lata zwłoki odnajdują się przypadkiem. Taka historia wydarzyła się w Limanowej. Podczas remontu budynku dawnego PUBP natrafiono na ludzkie szczątki zakopane tuz obok toalety – przypomina Krzysztof Gąsiorowski.

Kazimierz Garbacz (z prawej) w otoczeniu żołnierzy i łączników z oddziału „Ognia”.

Nową wersję pochówku „Ognia” zanotował ostatnio w swoim brulionie Kazimierz Garbacz. Usłyszał ją od swojego kolegi, kombatanta, któremu tę tajemnicę miał wyjawić niejaki Stanisław L., były ubek.
– W jego wersji ciało „Ognia” pogrzebano w jednej z krakowskich kamienic, położonej w centrum miasta – relacjonuje Kazimierz Garbacz, sugerując mi odszukanie L., który, jak mu powiedziano, żyje i mieszka na ziemi nowosądeckiej.
– Tak, żyje, ale jest bardzo schorowany. Przeszedł dwa zawały. Niech go pani zostawi w spokoju – żona Stanisława L., broni dostępu do męża. Nic jej nie wiadomo, aby mąż znał okoliczności pochówku „Ognia”.
– Nawet gdybym go sama o to zapytała, nic nie powie, bo ma zaniki pamięci – tym stwierdzeniem kończy rozmowę.

Hipotezy o zakopaniu zwłok „Ognia” na dziedzińcu czy w piwnicy wybranej świadomie czy przypadkowo kamienicy, nie można wykluczyć, W połowie lat 90. jeden z rzeszowskich dziennikarzy opublikował na łamach dziennika „Nowiny” zeznania osób, które twierdziły, że w piwnicy budynku znajdującego się naprzeciw rzeszowskiego zamku, gdzie w czasach stalinowskich mieściło się więzienie, jest zbiorowy grób, w którym leżą szczątki żołnierzy antykomunistycznego podziemia. Relacjami tych osób zainteresował się tamtejszy IPN, ale sprawę zarzucono, gdyż sprawdzenie, czy świadkowie mówią prawdę, wymagałoby ogromnego nakładu sił i środków. Gdy kilka tygodni temu byłam w Rzeszowie, obejrzałam tę kamienicę. Miejsce hipotetycznego pochówku robi wrażenie. Kamienica wygląda bowiem z zewnątrz tak, jakby miała piwnicę. W środku jednak brak wejścia do podziemi.

GRAŻYNA STARZAK, [email protected] , tel: 606-28-58-79
Dziennik Polski, Nr 67 (18163), 19.03.2004

Gdzie pochowano „Ognia”? – 1 < część > 3

Strona główna>

 

57 rocznica śmierci "Roja"

57 rocznica śmierci st. sierż. Mieczysława Dziemieszkiewicza ps. "Rój"

13 kwietnia 2008 r. minęło 57 lat od śmierci st. sierż. Mieczysława Dziemieszkiewicza ps. "Rój", dowódcy jednego z najdłużej walczących z komunistami na Mazowszu oddziałów Narodowego Zjednoczenia Wojskowego.

St. sierż. Mieczysław Dziemieszkiewicz ps. "Rój" na czele oddziału.

W wyniku donosu, 13 kwietnia 1951 r. „Rój”, który przebywał wówczas wraz z Bronisławem Gniazdowskim „Mazurem” w gospodarstwie Burkackich we wsi Szyszki (gm. Kozłowo, pow. pułtuski) został otoczony przez 270 żołnierzy z I Brygady KBW i nieustaloną liczbę funkcjonariuszy UBP i MO. Gospodarstwo zostało otoczone potrójnym pierścieniem tyraliery. Akcję grupy operacyjnej wspierał samolot zrzucający flary oświetlające teren. Po kilku godzinach od rozpoczęcia akcji obaj wyszli z ukrycia i podjęli próbę przedarcia się przez kordon przeciwnika. Padli w krzyżowym ogniu broni maszynowej.

Bronisław Gniazdowski "Mazur" i Mieczysław Dziemieszkiewicz "Rój", polegli 13 IV 1951 r. w kolonii Szyszki – zdjęcie wykonane przez UB.

Z raportu dowództwa I Brygady KBW z likwidacji st. sierż. Mieczysława Dziemieszkiewicza „Roja” i st. strz. Bronisława Gniazdowskiego „Mazura” w dn. 13 kwietnia 1951 r., wnioskować można, że jeden z partyzantów, ciężko ranny, w momencie zbliżania się do niego grupy operacyjnej popełnił samobójstwo.

Upozowane przez funkcjonariuszy UBP zdjęcie Mieczysława Dziemieszkiewicza "Roja" z elementami umundurowania, którego nigdy nie używał (beret z milicyjnym orzełkiem i trupią główką, trupia główka na kołnierzu bluzy).

St. sierż. Mieczysław Dziemieszkiewicz "Rój" należał do najwybitniejszych, najbardziej energicznych i zdeterminowanych dowódców polowych XVI Okręgu Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Cieszył się poparciem ludności, dzięki któremu mógł tak długo działać i utrudniać komunistom utrwalanie swej władzy. Poległ w walce o wolną i niepodległą Polskę.

GLORIA VICTIS !!!

Więcej na temat st. sierż. "Roja" czytaj:
St. sierż. Mieczysław Dziemieszkiewicz ps. „Rój" i XVI Okręg Narodowego Zjednoczenia Wojskowego>

Strona główna>

WYKŁAD NA UMCS W LUBLINIE

Koło Naukowe Historii Wojskowości Uniwersytetu Marii Curie – Skłodowskiej
w Lublinie
zaprasza:

na referat TOMASZA GUZIAKA pt.:

Konspiracja AK-WiN na Lubelszczyźnie w latach 1946-51:
Najważniejsze akcje zbrojne oddziałów Leona Taraszkiewicza "Jastrzębia" i Edwarda Taraszkiewicza "Żelaznego"

Dodatkowo w trakcie spotkania zostanie zaprezentowany
film pt.:

Z archiwum IPN – "Żelazny"

Spotkanie odbędzie się w czwartek 17 kwietnia 2008 r.
na UMCS w Lublinie, w sali nr 301
(budynek Nowej Humanistyki)

godzina 18:00

Kliknij w miniaturę zdjęcia

Gdzie pochowano „Ognia”? – część 1 (2/2)

Konrad Strzelewicz we wspomnianym wyżej artykule, zamieszczonym w styczniu 1986 roku na lamach tygodnika „Kultura” pt. „Jak zginął »Ogień«”, przytacza wypowiedź Stanisława Wałacha, wieloletniego szefa WUBP w Krakowie, który miał powiedzieć, że zwłoki Józefa Kurasia zostały bezimiennie przekazane krakowskiej Klinice Akademii Medycznej jako zwłoki nieznanego człowieka. Stanisław Wałach był – jak się wydaje – jedną z niewielu osób, które wiedziały, co się stało z ciałem „Ognia”.

Kazimierz Paulo opowiada, że gdy siedział W więzieniu w Rzeszowie, kilka miesięcy po śmierci Józefa Kurasia przyjechali do niego Stanisław Wałach i Józef Światło, namawiając do zdrady, do przejścia na ich stronę.
Wałach obiecywał, że jeśli zostanę ich wtyczką, powie mi, gdzie spoczywa „Ogień”. Droczyłem się z nimi, nie chcąc ich od razu zrażać do siebie, bo sądziłem, iż przedłużając rozmowę, być może dowiem się czegoś na lemat śmierci i pochówku naszego dowódcy. Niektóre fragmenty tej rozmowy zapamiętam do końca życia. Np. ten, gdy na moje rzekome wątpliwości, że podwładni nie uwierzą mi, że nie zdradziłem, gdy zdrów i cały, jakby nigdy nic wyjdę z więzienia. Wałach odpowiedział: Damy ci jakichś dwóch naszych na rozwałkę, a potem zrobimy im pokazowy pogrzeb. Wtedy ci uwierzą. Ja na to bąknąłem, że jak to, niewinnych ludzi poświęcą? A on, że jak trzeba będzie, to tak. Byłem zszokowany tym wyznaniem i nie chciałem już kontynuować rozmowy.

Kazimierz Paulo potwierdza, że chodziły słuchy, iż UB wydało ciało „Ognia” do ćwiczeń studentom. – Jednak z tych samych źródeł słyszeliśmy zapewnienia, że profesorowie i studenci odmówili przyjęcia zwłok – mówi ostatni, żyjący dowódca kompanii z oddziału „Ognia”. Dziś nie potrafi sobie przypomnieć, kto i skąd przyniósł taką informację. Dopuszcza myśl, że mogła to być plotka, którą celowo rozpowszechniało UB.

Maciej Korkuć nie chce oceniać, czy wersja pozbycia się ciała „Ognia” poprzez oddanie go studentom do ćwiczeń jest prawdziwa. Natomiast drugą część tej historii uważa za mało prawdopodobną. W jego opinii UB robiłoby wszystko, aby zwłoki „Ognia” były trudne, a nawet niemożliwe do zidentyfikowania.

Marcin Zwolski z białostockiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej odnalazł wewnętrzną instrukcję UB z 1953 roku, w której są zalecenia dla naczelników więzienia, jak postępować ze zwłokami. Dzielono je na cztery kategorie: więzień zmarły, więzień samobójca, więzień stracony (na mocy wyroku KS) i „bandyta” (byli to zazwyczaj żołnierze podziemia zabici podczas akcji UB, MO i Ludowego Wojska Polskiego). Ciała więźniów samobójców i straconych naczelnik zakładu karnego mógł wydać rodzinie, ale jedynie za zgodą szefa Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego i w uzgodnieniu z prokuratorem. Zwłoki „bandytów” trafiały albo na miejscowy cmentarz, do wydzielonej, choć utajnionej kwatery albo… do zakładów anatomii, gdzie używano ich jako materiału do ćwiczeń dla studentów medycyny.

Tak postąpiono np. ze zwłokami ppor. Antoniego Wodyńskiego „Odyńca”, żołnierza VI Wileńskiej Brygady AK. Zmarł 8 lipca 1948 roku od ran postrzałowych w czasie zasadzki UB. Jeszcze tego samego dnia jego ciało przekazano do Zakładu Anatomii Uniwersytetu Wrocławskiego. W archiwach UB zachował się świstek papieru, na którym kłoś napisał:
Niniejszym kwituję odbiór zwłok nieznanego mężczyzny lat 26 ze szpitala WUBP.
W ten sposób Antom Wodyński „Odyniec” stal się osobą NN. Przeprowadzone współcześnie dochodzenie wykazało, że zwłoki „Odyńca” po pół roku przechowywania w uczelnianej chłodni wydano do ćwiczeń studentom I roku medycyny. Niewykluczone, że jakieś należące do niego szczątki znajdują się wśród setek eksponatów, umieszczonych w formalinie w Zakładzie Anatomii Prawidłowej we Wrocławiu. Podobny los mógł spotkać szczątki „Ognia”.
Dr Maciej Korkuć jest pewien, że prędzej czy później miejsce pochówku Józefa Kurasia zostanie odnalezione. Być może całkiem przypadkowo. Dlatego w jego opinii należy sprawdzić wszystkie, czasem najbardziej absurdalne lub wykluczające się tezy i tropy. Na dowód opowiada o zdarzeniu z początku lat 90., gdy brał udział w ekshumacji ofiar NKWD na Rzeszowszczyźnie. Twierdzi, że zupełnie przypadkowo natrafiono tam na jedną z wielu, jak się później okazało mogił, w której znaleziono szkielet człowieka ze skrawkiem materiału owiniętym wokół szyi. Okazało się, że to kawałek rozprutej nogawki spodni. Na tej podstawie udało się odtworzyć okoliczności śmierci ofiar NKWD i odnaleźć pozostałe groby.
– Ta jedna mogiła pomogła rozwikłać zagadkę, jak zginęli ci ludzie. Zeznania świadków były ze sobą sprzeczne. Jedni twierdzili, że podrzynano im gardła; drudzy, że zostali uduszeni. Po odnalezieniu tego skrawka materiału, który jakimś cudem się uchował, było jasne, że ofiary wiązano szmatami, ale nie po to, aby je udusić, ale po to, aby im poderżnąć gardło i nie być przy tym zbryzganym krwią. Być może kiedyś z Bożą pomocą uda się odnaleźć szczątki „Ognia” – dywaguje Maciej Korkuć.

Józef Kuraś „Ogień” nie jest jedynym dowódcą antykomunistycznego podziemia, który zmarł na UB w latach 40., a którego szczątków do dzisiaj nie odnaleziono. Nieznane jest miejsce pochówku m.in. wspomnianego „Mściciela”, czyli Mieczysław Wądolnego, dowódcy oddziału „Burza”.
Niemal w identycznych co „Ogień” okolicznościach zginął Eugeniusz Kokolski „Groźny”, który na przełomie 1945 i 1946 roku wraz ze swoimi dwustoma żołnierzami nękał komunistów, organizujących swoją administrację na terenie powiatu tureckiego (dawne woj. łódzkie, obecnie wielkopolskie). Jak dowodzi Agnieszka Łuczak z poznańskiego oddziału IPN, żołnierze „Groźnego”, podobnie jak podwładni „Ognia”, wbrew temu, co głosiła ówczesna propaganda, tworzyli zdyscyplinowane wojsko, które rozbrajało posterunki MO, a pieniądze na wyżywienie, żołd, na dozbrojenie oddziału i wynagrodzenie dla informatorów zdobywali, napadając wyłącznie na kasy gminnych spółdzielni i innych instytucji tworzonych w ramach komunistycznej administracji. Podobnie jak „Ogień” na Podhalu, „Groźny” zyskał sprzymierzeńców wśród miejscowych, którzy wiedzieli, że jego żołnierze chłopa nie ruszą; rabują tylko państwowe spółdzielnie.

„Groźny”, tak samo jak „Ogień”, został osaczony przez funkcjonariuszy UB w jednym z gospodarstw w powiecie tureckim. Ranny w czasie ostrzału, ukrył się w piwnicy, gdzie popełnił samobójstwo. Reszta jego żołnierzy poddała się. Prawdopodobnie po postrzeleniu się jeszcze żył, ale nie odzyskał świadomości. Nieprzytomnego wniesiono do samochodu i przewieziono do PUBP w Turku. Naoczny świadek tak relacjonował to wydarzenie: Złapali go za nogi i tak wlekli po schodach i przez mieszkanie, a jeden z nich śmiał podejść i go kopać.

Eugeniusz Kokolski kilkanaście godzin umierał na UB. Do dziś nie udało się ustalić miejsca jego pochówku. Wśród mieszkańców Turka krążą dwie wersje na ten temat. Według jednej – następnego dnia zwłoki „Groźnego” wywieziono wcześnie rano na miejski śmietnik i tam porzucono. Zgodnie z inną wersją jego ciało wywieziono samochodem w kierunku Uniejowa. Następnie obciążono kamieniami i w parcianym worku wrzucono do Warty. W podobny sposób ubecy mogli postąpić z „Ogniem”.

GRAŻYNA STARZAK
Dziennik Polski, Nr 61 (18157), 12.03.2004

Gdzie pochowano „Ognia”? – 1(1/2)< część >2

Strona główna>

 

Gdzie pochowano "Ognia"? – część 1 (1/2)

Poniższym tekstem rozpoczynam publikację 13-częściowego cyklu artykułów Pani Grażyny Starzak pt. Gdzie pochowano "Ognia"?, które ukazywały się w krakowskim Dzienniku Polskim w 2004 roku, opisujących dziennikarskie śledztwo w sprawie poszukiwań miejsca pochówku ciała majora Józefa Kurasia "Ognia", dowódcy Zgrupowania Partyzanckiego "Błyskawica", poległego 22 lutego 1947 r. w Ostrowsku, na Podhalu. Być może przypomnienie tych niezwykle ciekawych, a miejscami wstrząsających faktów pozwoli dotrzeć do nowych świadków, którzy pomogą odkryć miejsce, gdzie bandyci z UB pogrzebali jednego z najwybitniejszych dowódców Antysowieckiego Powstania.
Dziękuję serdecznie Pani Grażynie Starzak za wyrażenie zgody na publikację tego cyklu i zwracam się do wszystkich, którzy posiadają jakiekolwiek nowe informacje mogące przyczynić się do odkrycia miejsca pochówku mjr. "Ognia", aby kontaktowali się bezpośrednio z autorką:
Grażyna Starzak
[email protected]
tel: 606-28-58-79

Gdzie pochowano „Ognia”?

Zdrajca osobiście poprowadził wyprawę stuosobowego oddziału żołnierzy KBW, poszerzonego o funkcjonariuszy UB, którzy mieli zlikwidować obóz „Ognia”.

Kochany przez żołnierzy, podziwiany przez ziomków, szanowany przez przeciwników ideowych, znienawidzony przez komunistyczne władze. Józef Kuraś „Ogień”, dowódca jednego z najbardziej znanych poakowskich oddziałów partyzanckich, i za życia, i po śmierci budził spore emocje. Tak jest do dziś, czego dowodem wciąż nowe publikacje na temat tej legendarnej postaci. W każdej z nich można znaleźć nowe szczegóły z biografii Józefa Kurasia. Oprócz jednego: gdzie go pochowano?

Kazimierz Paulo, dowódca kompanii w oddziale „Ognia”, uważa, że to ostatni moment, aby próbować odszukać miejsce spoczynku Józefa Kurasia, okrzykniętego „królem Podhala”, bo świadkowie tamtych wydarzeń jeden po drugim umierają.
Pytanie, kim był Józef Kuraś „Ogień” wydaje się niestosowne. Zwłaszcza na terenie Podhala, skąd pochodził. O legendarnej już postaci zapisano całe tomy. Był bohaterem książek, artykułów publicystycznych i reportaży wydawanych w oficjalnym i podziemnym obiegu. Cel, jaki przyświecał autorom tekstów o oddziale „Ognia”, różni się w zależności od tego, kim byli.

Większość opracowań oficjalnych cechowała stronniczość, widoczna zarówno w doborze materiałów i zdarzeń, jak i w interpretacjach i komentarzach. Charakterystyczne, że mimo pełzającej demokratyzacji systemu niemal do końca lat 80., terminy typu „banda zbrojna” czy „banda reakcyjna” na określenie oddziałów „Ognia” i innych w tej historiografii obowiązywały – zwraca uwagę Maciej Korkuć, autor wydanej niedawno nakładem IPN książki na temat niepodległościowych oddziałów partyzanckich w Krakowskiem w latach 1944-47.
Otwarcie na początku lat 90. archiwów UB i SB niewiele zmieniło sytuację historyków tamtego okresu, którzy poszukiwali prawdy o pierwszych, powojennych latach. Maciej Korkuć, który w połowie minionej dekady jako doktorant UJ zbierał materiały do swojej pracy mówi, że wcale nie miał pewności, że otrzymuje wszystkie dokumenty, jakie znajdują się na półkach, a związane są z interesującym go problemem. Dopiero teraz, będąc pracownikiem IPN, może bez przeszkód penetrować archiwa. Nie ma jednak żadnej gwarancji, iż znajdzie to, czego szuka, albo że dokumentacja jest pełna.
Dowody? Choćby teczka człowieka, który jak wszystkie poszlaki wskazują, zdradził kryjówkę „Ognia”. Konfident o pseudonimie operacyjnym „Śmiały” był człowiekiem zaufanym w oddziale Józefa Kurasia. Pełnił funkcję łącznika. – Jego teczka osobowa, znaleziona w archiwum UB. powinna być gruba, a jest cienka. Wyraźnie widać, że usunięto z niej materiały, które dotyczyły roli tej postaci w zlikwidowaniu oddziału – mówi Maciej Korkuć.

Zanim jednak „Śmiały”, któremu pomagał inny konfidentn pseudonimie „Orienacyjny”, doprowadził do rozbicia obozu „Ognia”, Józef Kuraś wraz ze swoimi żołnierzami mocno dali się we znaki ówczesnej władzy. W tajnych dokumentach, w których analizowano nastroje społeczeństwa przed referendum, powiaty położone na południu woj. krakowskiego zostały zaliczone do strefy „A” – najwyższego zagrożenia. Za wroga numer jeden uznano właśnie „Ognia” i jego żołnierzy.
Maciej Korkuć cytuje w swojej książce fragment monografii Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (KBW), gdzie napisano m.in., że kiedy na początku sierpnia 1946 roku podjęto intensywne, kilkumiesięczne działania przeciw oddziałom leśnym w wielu regionach Polski, główną uwagę w sztabie KBW koncentrowano na likwidacji zgrupowania „Ognia” w woj. krakowskim.
„Ogień” stwarzał poważne problemy ówczesnej władzy. Ludność, nie tylko na Podhalu, skąd się wywodził, ale w wielu innych regionach południowej Polski, pomagając mu, nie chciała współpracować z UB. Dotarłem do raportów, z których wynika, że ubecy tylko wtedy mogli się cokolwiek dowiedzieć, np. jakie są nastroje ludności przed referendum, gdy przebrali się w mundury partyzanckie i udawali żołnierzy „Ognia” – mówi i Maciej Korkuć.

– To byl niezwykły człowiek, bardzo inteligentny, prawy, z dziada pradziada patriota. Dla mnie, dla nas, jego zołnierzy, bohater na miarę „Trylogii” Sienkiewicza – wspomina Kazimierz Paulo, ostatni z żyjących dowódców kompanii w oddziale Józefa Kurasia „Ognia”. Mimo upływu lat
pamięta szczegółowo niektóre sytuacje świadczące o ogromnym autorytecie, jakim cieszył się „Ogień” na Podhalu. Opowiada, kto i w jakiej sprawie przychodził do niego po radę lub prosząc, aby był rozjemcą, nie tylko w drobnych sąsiedzkich sporach.
To był prawdziwy „król Podhala”, Janosik, który chciał wolności i sprawiedliwości dla swojego ludu. Miał charyzmę. Był odważny. Potrafił zadrwić sobie nawet z Bieruta, wysyłając mu zaproszenie na swój ślub – kontynuuje opowieść Kazimierz Paulo.

Jest wiele dowodów, przytaczanych nawet we wspomnieniach dawnych ubeków, że „Ogień” cieszył się ogromnym poważaniem wśród swoich ziomków. Jeden z dokumentów, opublikowanych przez byłego szefa WUBP Stanisława Wałacha, zawiera np. oświadczenie wójta podhalańskiej wsi, że taki, a taki mężczyzna, osądzony przez &#
8222;Ognia” za jakieś przewinienie, który odwołał się od tego wyroku, jest dobrym człowiekiem. To oświadczenie więcej mówi o jakości tej partyzantki, o wartościach, jakimi kierował się „Ogień”, niż stosy innych dokumentów
– ocenia Maciej Korkuć.

"Ogień" (w białej koszuli, w środku) w otoczeniu górali – żołnierzy i współpracowników jego oddziału.

W swojej książce przytacza również inny, nieznany dotąd dokument – raport z przebiegu nadzwyczajnego posiedzenia Powiatowej Rady Narodowej w Nowym Targu z 20 lutego 1945 roku, poświecony w całości działalności „band reakcyjnych”. W posiedzeniu uczestniczyła specjalna delegacja Wojewódzkiej Rady Narodowej z Krakowa, której członkowie sporządzili cytowany raport. Napisali oni, że w czasie sesji oficjalne wystąpienie miał prezes PSL, o nazwisku Polak, który ostrzegał PPR-owców z Krakowa: Uważajcie, nie twórzcie u nas bandy „Ognia”, bo my wszyscy jesteśmy Ogniem – a jeżeli będziecie wytwarzać ognie, to gorzej z wami – bo nas jest 75 proc”.
Prezes Potok mówił dalej na tym oficjalnym forum, że „Ogień” nie jest złym człowiekiem, że zna go osobiście i całą jego rodzinę, i wie, że cieszy się ona zaufaniem społeczeństwa; że „Ogień” jesi raczej podobny do Janosika niż do bandyty. Na końcu swojego wystąpienia podkreślił: Bandy „Ognia” nie ma; tylko my, mieszkańcy Nowotarszczyzny, jesteśmy ognikami. Z tego samego dokumentu wynika, że „Ognia” bronił nawet i ówczesny przewodniczący PRN w Nowym Targu Leon Leja, który powiedział, że mordy dokonywane przez bandę „Ognia” nie mają charakteru politycznego, ale mają na celu oczyszczenie społeczeństwa od szubrawców i złodziei. Dał przy tym konkretne przykłady.

Nic dziwnego, że słysząc pozytywne opinie na temat „Ognia”, wygłaszane również przez ludzi, uważanych za swoich, komunistyczne władze zintensyfikowały działania zmierzające do zlikwidowania Józefa Kurasia i jego oddziału.
Ośmieleni sukcesem w styczniu 1947 roku na terenie powiatów żywieckiego i wadowickiego, gdzie w zasadzce zginął samobójcza śmiercią Mieczysław Wądolny "Mściciel", dowódca oddziału "Burza", dowódcy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i terenowych jednostek UB zmobilizowali ponad 800 osób, których zadaniem było ustawiczne śledzenie, ściganie i nękanie bojówek „Ognia”.

11 lutego 1947 roku został rozbity i wymordowany patrol kaprala „Marnego”, szefa 2 kompanii. Był to poważny cios dla zgrupowania „Ognia”. Kilkunastu jego żołnierzy ujawniło się, obawiając się represji przeciwko swoim rodzinom.
– Nie można wykluczyć, że był wśród nich podkomendny „Ognia”, który jeśli wierzyć materiałom, sporządzonym w UB, zgodził się na współprace agenturalną (nadano mu pseudonim „Śmiały”) w zamian za darowanie życia przetrzymywanym w wiezieniu dwóm młodszym braciom – sugeruje Maciej Korkuć.

Z dokumentów, które zebrał on m.in. w archiwach UB wynika, że zdrajca osobiście poprowadził wyprawę stuosobowego oddziału żołnierzy KBW, poszerzonego o funkcjonariuszy UB, którzy mieli zlikwidować obóz „Ognia”. Poruszali się na nartach, bo zima była sroga tego roku. Najpierw rozbito obóz w górach za Turbaczem. Zginął wówczas jeden z najstarszych i najbardziej doświadczonych żołnierzy „Ognia” – legionista Józef Sral ps. „Smak”.
Józef Kuraś wraz z kilkoma innymi osobami był wówczas w domu Józefa i Anny Zagatów we wsi Ostrowsko. Jednak i tutaj dotarli prześladowcy. Zagrodę podpalono. „Ogień” wraz z Ireną Olszewską „Hanką” przedostali się do budynku obok. Gdy i ten budynek otoczono i wezwano „Ognia” do poddania się, odmówił, polecając „Hance”, aby skorzystała z tej propozycji. Po jej wyjściu strzelił sobie w głowę. Był nieprzytomny, gdy czterech żołnierzy KBW wbiegło po schodach na strych.

Uczestniczący w akcji Józef Dysko, zastępca szefa PUBP w Nowym Targu, relacjonował później swoim przełożonym, że żołnierze ujrzeli „Ognia” w agonii, z rozwalona skronią, z odkrytym mózgiem. Miał zamknięte oczy. Rozgrzani walką żołnierze zrzucili go po schodach, a my doceniając w pełni wagę życia przywódcy bandy jako źródła informacji, za wszelką cenę chcieliśmy go ocalić.
„Ogień” zmarł dwadzieścia mimu po północy 22 lutego 1947 roku w nowotarskim szpitalu, szczelnie otoczonym kordonem MO i UB. Następnego dnia jego ciało zostało wywiezione do Krakowa. Kazimierz Jaworski, ówczesny kierownik sekcji ds. walki z bandytyzmem w nowotarskim PUBP, miał powiedzieć w 1986 roku jednemu z publicystów ówczesnego pisma „Kultura”: Nie chcieliśmy pochować go na ziemi nowotarskiej, aby jego grób nie stał się miejscem manifestacji, składania kwiatów itp.
Podobno ciało „Ognia” przez jeden dzień złożono na zamkniętym dla osób z zewnątrz dziedzińcu WUBP w Krakowie. To ostatnia, przyjmowana przez historyków jako wiarygodna, informacja dotycząca losów Józefa Kurasia.

Gdzie pochowano „Ognia”? – część 1 (2/2)>

Strona główna>

Rozkaz – uwolnić więźniów UB

KONFLIKTY, BITWY, WOJNY
"Żołnierze Wyklęci":
"Rozkaz – uwolnić więźniów UB"

W najbliższą środę 9 kwietnia 2008 r. w TVP HISTORIA, o godz. 20:00 zostanie wyemitowany kolejny (4) odcinek programu z cyklu KONFLIKTY, BITWY, WOJNY – "Żołnierze Wyklęci", pt. "Rozkaz – uwolnić więźniów UB", w którym autorzy – Prezes Fundacji "Pamiętamy", Pan Grzegorz Wąsowski, dr Kazimierz Krajewski i dr Tomasz Łabuszewski – opowiedzą o rozbiciu więzień w Kielcach i Radomiu w 1945 r., dalszych losach autorów tych akcji: kpt. Antoniego Hedy ps. "Szary" i por. Stefana Bembińskiego ps. "Harnaś", a także o dalszej walce przeciwko komunistom żołnierzy Związku Zbrojnej Konspiracji, m.in. Tadeusza Zielińskiego "Igły", Marcina Sadowskiego "Dzidy" i Włodzimierza Kozłowskiego "Oriona".

POWTÓRKI PROGRAMU:
Czwartek, 10 kwietnia 2008 r., godz. 21:30
Wtorek, 15 kwietnia 2008 r., godz. 17:30

Rozbicie więzienia w Kielcach

W nocy z 4 na 5 sierpnia 1945r. oddziały Armii Krajowej pod dowództwem jednego z najsłynniejszych dowódców Polskiego Podziemia kpt. Antonieg Hedy „Szarego" przeprowadziły akcję rozbicia więzienia w Kielcach. Mobilizacja do akcji objęła żołnierzy z dawnego 3. pp leg. AK i 72. pp AK (m.in. pododdziały por. Stefana Bębińskiego "Harnasia", ppor. Henryka Podkowińskiego "Ostrolota", por. Henryka Wojciechowskiego "Sęka", ppor. Zygmunta Barkowskiego "Zygmunta", ppor. Wacława Borowca "Niegolewskiego"). Dla zabezpieczenia kwatermistrzowskiego dokonano dwóch ekspropriacji w bankach w Warszawie i w Łodzi. Ostatecznie w nocy z 4 na 5 sierpnia 1945 r. kpt. Antoni Heda przeprowadził na czele zgrupowania w sile 180-200 żołnierzy operację opanowania i rozbicia więzienia. Aby dostać się do środka budynku, trotylem wysadzono bramę, a potem drzwi w celach. Uwolnionych zostało kilkuset więźniów, którym groziło wywiezienie w głąb Związku Radzieckiego. Wśród nich był płk Antoni Żółkiewski „Lin", dowódca 2 Dywizji Piechoty AK. Od strony propagandowej była to jedna z najbardziej okazałych akcji "żołnierzy wyklętych" w latach 1944-1956. Akcja była ukoronowaniem zdolności dowódczych i organizacyjnych "Szarego".

Śp. Gen. Antoni Heda "Szary" pod tablicą upamiętniającą rozbicie kieleckiego więzienia UB; obecnie mieści się tu Muzeum, ul. Zamkowa; 7 sierpnia 2005 r.
Poniżej tablica pamiątkowa na byłym więzieniu w Kielcach.


Wrzesień 1945, Lasy Skaryszewskie. Por. Stefan Bembiński "Harnaś" przed akcją rozbicia więzienia w Radomiu.
Por. "Harnaś", od 1939 w ZWZ-AK. Od początku 1944 dowódca oddz. partyzanckiego, operującego na terenie ziemi radomskiej. Podczas akcji "Burza" dowodził 9. kompanią III/72. pp AK. W styczniu 1945 aresztowany przez UB w Myślenicach, nie rozpoznany, szybko wyszedł na wolność. Powrócił na ziemię radomską, gdzie stanął na czele 80-osobowego oddz. partyzanckiego samoobrony AK. W sierpniu 1945 jego oddział uczestniczył w akacji rozbicia więzienia w Kielcach – uwolniono kilkuset więźniów. 9 września 1945 dowodził akcją rozbicia więzienia w Radomiu – uwolniono ok. 200 więźniów. Pod koniec września 1945 aresztowany przez UB, skazany na karę śmierci, zamienioną na dożywocie, następnie na 10 lat więzienia. Wyszedł na wolność w 1952 r.

Rozbicie więzienia w Radomiu

Latem 1945 r. zbrojne poakowskie podziemie postanowiło rozbić dwie ubeckie katownie: w Kielcach i Radomiu. Kielecka akcja, którą dowodził Antoni Heda "Szary", była już wielokrotnie opisywana. Mniej znane jest brawurowe uderzenie na Radom. 9 września 1945 r. oddziały pod dowództwem Stefana Bembińskiego "Harnasia" na pół godziny opanowały miasto, zdobyły więzienie i uwolniły aresztowanych, w większości swoich organizacyjnych kolegów.

Stefan Bembiński "Harnaś" w wydanych w 1996 r. wspomnieniach "Te pokolenia z bohaterstwa znane" pisał, że latem 1945 r. w radomskim więzieniu "wczesnym rankiem wykonywano codziennie wyroki śmierci. (…) Kat, Wacław Ziółek, występujący przy wykonywaniu tej czynności w polskim mundurze porucznika, zjawiał się w więzieniu po południu. (…) Kazał oddziałowemu otwierać cele ze skazańcami i z korytarza przyglądał się im. Taksował każdego. Był dobrym rzemieślnikiem. Za każdy wyczyn otrzymywał 600 do 700 ówczesnych zł. Potem wychodził na zewnętrzne podwórko, sprawdzał, czy na drodze przemarszu ze skazanym nie ma zanieczyszczeń, kamieni, kawałków żelaza czy drewna. Z kolei kierował się do garażu. Sprawdzał, czy pętla dobrze się zaciska, czy urządzenie uruchamiające zapadnię działa cicho i sprawnie. Potem wychodził z więzienia i zjawiał się rano".

Przebywający na wolności żołnierze antykomunistycznego podziemia długo się nie zastanawiali – postanowili odbić swoich kolegów z rąk ubowskich oprawców… – więcej czytaj w artykule Tadeusza M. Płużańskiego "Udana akcja zbrojna oddziału Stefana Bembińskiego "Harnasia" 9 września 1945 r." na stronie Antysocjalistycznego Mazowsza>

Strona główna>