Bohaterowie są zmęczeni
W domu Kurasiów bywał ks. prof. Józef Tischner. – Noście pięknie to nazwisko – powiedział kiedyś wnuczkom Józefa Kurasia.
O „Ogniu” i jego żołnierzach pisano – „prostaczki”, „bandyci”, „analfabeci”. Tymczasem wielu z nich miało przedwojenną maturę. Rodzice „ogniowców” byli nauczycielami, urzędnikami, drobnymi przedsiębiorcami, W ich domach nigdy nie brakowało książek. Dzieła Mickiewicza, Sienkiewicza, Żeromskiego stały obok Katechizmu Kościoła Katolickiego i Biblii.
Potomkowie partyzantów z Podhala – Kurasiowie, Świdrowie – podobnie jak ich ojcowie, dziadowie i stryjowie są ludźmi wykształconymi i pracowitymi. Z szacunku wobec przodków, ale też aby udowodnić, że nie byli oni prostakami, bandytami i analfabetami, starają się odnaleźć wszystkie, brakujące puzzle rodzinnej historii. A nade wszystko chcą wiedzieć, co się stało ze szczątkami ich bliskich. Mówią, że nie spodziewali się, iż będzie to tak trudne zadanie. Przyznają, że czasami czują się zmęczeni.
Syn Józefa Kurasia „Ognia” Zbigniew ma obecnie 58 lat i mieszka w Nowym Targu. Razem z żoną Heleną pochodzącą z okolic Makowa Podhalańskiego oraz dwiema córkami: Martą i Ewą, tworzą niezwykle udaną rodzinę. Zajmują część kamienicy w pobliżu nowotarskiego rynku, w której wychowywała się matka Zbyszka Czesława Polaczyk, druga żona majora Kurasia. Jej rodzice, dziadkowie Zbigniewa, prowadzili tu bar. Najstarsi wiekiem mieszkańcy Podhala wspominają ich jako osoby pracowite, zacne, głęboko wierzące.
W barze u państwa Polaczyków można było w czasie okupacji spotkać majora Józefa Kurasia, który po klęsce wrześniowej przystąpił do Konfederacji Tatrzańskiej i pod pseudonimem „Orzeł” walczył z niemieckim okupantem. Wtedy zapewne nie przypuszczał jeszcze, że za kilka lat zostanie zięciem Polaczyków.
Kazimierz Mozdyniewicz, emerytowany kierowca z Nowego Targu, w 1946 roku jako 14-letni chłopak spotkał się twarzą w twarz z „Ogniem” właśnie w barze państwa Polaczyków.
– Był dzień targowy. Mama kazała mi tam szukać ojca – wspomina pan Kazimierz. – Moją uwagę zwrócił wysoki, barczysty mężczyzna oparty o kontuar. Zapytał mnie: – Czego tu szukasz, synku? Powiedziałem, kim jestem i że przyszedłem po ojca. Wtedy ten mężczyzna też się przedstawił, a polem pogładził mnie po głowie swoim potężnym łapskiem i powiedział: – Idź do domu. Twojego taty tutaj nie ma. – Ciężaru jego ręki nie zapomnę do dziś. Potem, gdy już byłem dorosły, dowiedziałem się, o co walczył i jak zginął „Ogień”. Jako mieszkaniec Podhala wiem, że ta postać budziła i budzi kontrowersje. Jednak dla mnie „Ogień” jest bohaterem, patriotą, który walczył o wolną Polskę.
Kazimierz Mozdyniewicz uważa za bardzo prawdopodobną wersję, że szczątki majora Kurasia pogrzebano pod fałszywym nazwiskiem na cmentarzu Rakowickim razem ze zwłokami partyzantów, którzy zginęli w mało znanej historykom akcji w Lasku. Podaje interesujące szczegóły tej operacji, którą rozpracowywał na własną rękę.
– Chciałbym kiedyś zapalić świeczkę na grobie „Ognia” – mówi na zakończenie naszej rozmowy.
Zbigniew Kuraś, syn „Ognia”, ma podobne marzenie, chociaż trudno mu wyartykułować to, co czuje. Nie dlatego, że nie szanuje ojca, ale dlatego, że jego dusza może łkać, a nawet krwawić zraniona, ale o tym będzie wiedział tylko on sam. Nikt postronny. Ten mężczyzna sprawia wrażenie twardego człowieka. Musiał być twardy. W jego życiu nie było miejsca na sentymenty. Przez wiele lat udowadniał przecież, że ma nerwy ze stali.
Bo na legendę majora Józefa Kurasia „Ognia” składa się nie tylko część pełna chwały, ale i ta – gorzka, szeptana, a czasem wykrzyczana w twarz Zbyszkowi. Przy każdej okazji. Nawet wtedy, gdy poznał Helenę, swoją żonę. Był wyraźnie skonfundowany, gdy powtórzyła mu, że koleżanki, dowiedziawszy się, z kim umawia się na randki, zapytały ściszonym i pełnym trwogi głosem, czy wie, że to syn „Ognia”… Wiem. No i co z tego? – taką odpowiedź dała kumom. Później tą samą formułkę powtarzała wielokrotnie. – Dzisiaj jestem dumna z siebie, ze Zbyszka, z naszych córek, że nie załamaliśmy się i przetrwaliśmy ten okres. Jesteśmy wdzięczni dziennikarzom, historykom, pracownikom IPN, że odkrywają coraz to nowe fakty z działalności „Ognia”. Dopiero teraz okazuje się, że ci, którzy sądzili, że ich krewni zginęli z ręki „ogniowców”, byli w błędzie, że to była sprawka milicji i UB – mówi Helena Kurasiowa.
Żona Zbigniewa Kurasia jest nauczycielką. On sam ukończył technikum weterynaryjne. Wielu podhalańskich gospodarzy poznało jego sprawne ręce, zawodowy spryt i otwartą głowę. Dzisiaj zajmuje się prywatnym biznesem – prowadzi kwiaciarnię na parterze kamienicy, której jest współwłaścicielem. Ojciec zapewne byłby z niego dumny. A jeszcze bardziej ze swoich wnuczek. Starsza – Marta to wykapany dziadek. Nie dostała się na medycynę, więc wybrała chemię na UJ. Była bardzo dobrą studentką. Znała języki. W ten sposób zapracowała na studia w Paryżu. Obecnie jest stypendystką rządu francuskiego. Młodsza, Ewa, dziewczyna o artystycznej duszy, absolwentka zakopiańskiego Liceum im. Kenara, również często przebywa za granicą. Ma przyjaciela Holendra, który jest lotnikiem. Z podróży po świecie przywiozła całą masę gadżetów, które są ozdobą urządzonego ze smakiem mieszkania rodziny Kurasiów. Najbardziej wyeksponowane w tym mieszkaniu są pamiątki po „Ogniu” (fotografie, oprawione przez Ewę), książki oraz przedwojenne meble i bibeloty, charakterystyczne dla kultury podhalańskiej.
W domu Kurasiów bywał ks. prof. Józef Tischner. Bardzo lubił Martę i Ewę. Gdy pod koniec życia księdza profesora Kurasiówny odwiedziły go, pożegnał się z nimi, mówiąc – Noście pięknie to nazwisko. Noszą, a nawet obnoszą się z tym nazwiskiem. Są z niego dumne. Tak samo jak ze swojego pochodzenia – polskiego, podhalańskiego. Marta i Ewa Kurasiówny zawsze z zainteresowaniem słuchały opowieści o dziadku. Jeszcze jako małe dziewczynki nie mogły zrozumieć, dlaczego w Święto Zmarłych nie idą do dziadka na cmentarz.
Dlatego wprowadziłem obyczaj rodzinnej wędrówki w tym dniu do lasu, na bacówkę, tam, gdzie była jedna z kryjówek ojca – wspomina Zbyszek Kuraś. – Tam świeciliśmy dziadkowi, znicze. Do bacówki często też chodziłem sam. Po to, aby naładować akumulatory. Pewnego razu na skraju lasu zobaczyłem mglistą postać mężczyzny. Był wysoki i barczysty. Zupełnie jak ojciec z nielicznych, zachowanych do dziś fotografii. Zbyszek Kuraś wierzy, że szczątki jego ojca prędzej czy później zostaną odnalezione. Niechętnie wspomina swoje starania o poznanie tej tajemnicy.
– Wielu ludzi obiecywało pomoc. Czasem było to zwykłe podpuszczanie, innym razem jawna kpina z moich uczuć. Po latach zostawiłem tę sprawę swojemu biegowi. Nadzieje odżyły na początku dekady, gdy IPN rozpoczął śledztwo m.in. w tej sprawie. Dobrze, że wśród tych śledztw są i sprowokowane przez ludzi, którzy uważają, że mój ojciec był przyczyną nieszczęść ich rodziny. Uważam, że wszystkie wątki powinny być dogłębnie wyjaśnione. I ojciec – tam, gdzie jest – i ja – będziemy wtedy spać spokojnie – mówi Zbigniew Kuraś.
Stanisław Świder, 40-letni lekarz ZOZ w Jordanowie, bratanek „Pucuły”, jednego z żołnierzy „Ognia”, jest tego samego zdania, chociaż nazwisko, które nosi, nie budziło na Podhalu większych emocji. Józef Świder ps. „Pucuła”, należał do grupy Ochrony Sztabu i był zastępcą Henryka Głowińskiego, ps. „Groźny”, dowódcy 3 kompanii. Po śmierci Józefa Kurasia w lutym 1947 roku i decyzji Jana Kolasy „Powichra” o ujawnieniu się „ogniowców” Stanisław Świder, który nie pogodził się z tą decyzją, zorganizował oddział partyzancki „Wiarusy” i przyjął pseudonim „Mściciel”.
Władysław Świder, 77-letni dziś brat „Mściciela”, ojciec Stanisława, w lecie 1946 roku został wysłany przez matkę do obozu „ogniowców” na Turbaczu. Miał przekonać brata do kapitulacji. Gdy tam przebywał, obóz został otoczony przez funkcjonariuszy milicji i UB. Jego misja była tym bardziej uzasadniona. Ale, jak się okazało, nadaremna. – Stryjek postawił się ojcu. Powiedział, że nie będzie służył dwóm bogom – przytacza słowa, które usłyszał z rodzinnego przekazu Stanisław Świder, usprawiedliwiając ojca, że będąc w podeszłym wieku, nie wszystko pamięta. Władysław Świder zapamiętał jednak rozpacz matki, gdy dowiedziała się, że jej syn Józek nie zamierza złożyć broni. I chce pomścić „Ognia”, swojego dowódcę. – Widzieliśmy go jeszcze tylko raz, gdy oddział „Wiarusów” przechodził przez Chabówkę. Pomachał nam z daleka. Nie przypuszczaliśmy wówczas, że to będzie pożegnanie – wspomina Władysław Świder.
Józef Świder jako „Mściciel” kontynuował dzieło „Ognia”.
„Mściciel” zginął 18 lutego 1948 roku, niemal dokładnie rok od śmierci „Ognia”. Poległ w potyczce z funkcjonariuszami UB i KBW we wsi Lubień. Władysław Świder miał jechać identyfikować ciało brata. W końcu uznano, że jest za młody. Obowiązek ten powierzono Stefanowi. Od znajomego rodziny dowiedzieli się, że zwłoki leżały najpierw jakiś czas niemal pod płotem; na terenie miejscowej cegielni. Później przewieziono je do siedziby UB w Myślenicach. Tam odbyła się identyfikacja. Podobno były tak zmasakrowane, że Stefan z trudem rozpoznał brata.
– Nasza mama nigdy nie pogodziła się z tym, że Józek zginął. Uczepiła się myśli, że to jednak nie był on. Snuła nawet domysły, że może udało mu się przedostać na Zachód przez zieloną granicę – mówi Władysław Świder. Rodzina „Mściciela” do dzisiaj nie wie, co się stało z jego ciałem. – Ktoś, kto miał jakieś kontakty w UB, doniósł nam, że ciało Józka przewieziono z Myślenic do Krakowa. Być może brat i „Ogień” trafili w to samo miejsce – do prosektorium Akademii Medycznej. Jestem pewien, że nie został po chrześcijańsku pochowany, bo oprawcy z UB nigdy nie przywiązywali wagi do naszej tradycji – dywaguje Władysław Świder.
Dr Stanisław Świder uzupełnia tę dramatyczną, rodzinną historię o szczegóły z ostatniej dekady. Mówi, że gdy tylko przyszła wolność, w lutym 1990 roku rodzina Świdrów, a konkretnie wuj Stefan, zaczęła upominać się o ubeckie akta operacyjne, związane z działalnością „Wiarusów”, łudząc się, że dzięki nim będzie można trafić im trop szczątków wuja Józefa. Stanisław Świder pokazuje pismo ilo archiwów państwowych. Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Krakowie z prośbą o ustalenie okoliczności śmierci i miejsca pochówku Józefa Świdra.
– Wujek Stefan otrzymał lakoniczną odpowiedź, że w aktach byłego Wojskowego Sądu Rejonowego w Krakowie znajduje się tylko szkic sytuacyjny miejsca, gdzie żołnierze KBW stoczyli walkę z oddziałem „Mściciela”. Na szkicu zaznaczono, że tu i tu poległ mój wujek. Z kolei w archiwum WUSW znalazł się zapis o identyfikacji zwłok przez Stefana Świdra. Nigdzie jednak – tak nas poinformowano – nie znaleziono adnotacji o miejscu pochówku „Mściciela” – informuje dr Świder.
W 2001 roku, po powstaniu Instytutu Pamięci Narodowej, wraz z ojcem postanowił kontynuować dzieło Stefana i zainteresować sprawą „Mściciela” Instytut Pamięci Narodowej. – Ojciec przeczytał w prasie, że prof. Witold Kulesza przekazał kombatantom spis 186 miejsc pochówków ofiar aparatu bezpieczeństwa z lat 1944-56. Pomyślałem, że warto upomnieć się o Józka.
Mając obecnie 73 lala i żyjąc w innym kraju niż totalitarny PRL chciałbym chociaż symbolicznie pomodlić się na grobie bliskiego mi brata lub wspólnej mogile, w której spoczywają szczątki doczesne jego i jemu podobnych patriotów – tak Władysław Świder zakończył swój list do IPN, w którym krótko opisał historię „Wiarusów” i „Mściciela”.
Jego syn Stanisław Świder mówi, że byli bardzo rozczarowani odpowiedzią:
– Przedstawiciele IPN w Krakowie radzili nam postępować zgodnie z przyjętą procedurą, wedle której, poszukując miejsca pochówku danej osoby, należy wypełnić odpowiedni kwestionariusz: złożyć go osobiście w IPN, a do niego dołączyć dokumenty potwierdzające śmierć stryja Józefa. Szkopuł w tym, że ubecy nie wystawiali takim jak stryj aktów zgonu. Żadnego zapisu na temat śmierci „Mściciela” nie ma też, co oczywiste, w księgach parafialnych. Dlatego, mimo że wypełniłem wniosek, trzymam go nadal w szufladzie i staram się na własną rękę zbierać wszelkie możliwe informacje o okolicznościach śmierci stryja. Po publikacjach na temat „Ognia” w „Dzienniku” na nowo wstąpiła w nas nadzieja, że być może przy okazji zostanie rozwikłana nasza rodzinna tajemnica – mówi Stanisław Świder.
W stojącym na uboczu Chabówki nowo wzniesionym domu dr. Stanisława Świdra jest pełno książek o historii Polski i regionu podhalańskiego. Są mapy, dokumenty, archiwalne kroniki i fotografie. Materiały na temat „Ognia” oraz jego żołnierzy, w tym „Wiarusów”, zajmują dwa obszerne skoroszyty. Co, oprócz więzi z ojcem i uderzającego podobieństwa do stryja, powoduje, że lekarz internista, mając czas zajęty do ostatniej minuty pracą etatową i dyżurami, poświęca rzadkie wolne chwile na wypełnianie pustych miejsc rodzinnej historii?
Stanisław Świder długo się zastanawia. Wreszcie sięga po jeden z dokumentów. To kserokopia artykułu z „Echa Krakowa” z lutego 1948 roku. Tytuł tej publikacji brzmi: „Koniec bandyckiej epopei »Mściciela«”. – Proszę przeczytać, co pisano wówczas o moim stryju. Nazwano go tutaj bandytą, półgłówkiem, analfabetą. A przecież stryj Władysław miał maturę. Zapewne wyrażał się ładniej po polsku niż niejeden ubek czy milicjant. I w przeciwieństwie do nich na pewno lepiej znał historię swojego kraju – konstatuje Stanisław Świder.
Na zakończenie naszej rozmowy dodaje, że ma nadzieję, iż te zakłamane czasy już nigdy nie powrócą. A jego córka nie będzie narażona na szykany, tak jak rodzice i brat, któremu w latach 70. zablokowano dobrze rozwijającą się karierę.
GRAŻYNA STARZAK, [email protected] , tel: 606-28-58-79
Dziennik Polski, Nr 118 (18214), 21.05.2004
Gdzie pochowano „Ognia”? – 8 < część >10
Gdzie pochowano „Ognia”? – część 1>
Miesiąc: czerwiec 2008
Mjr "Łupaszka" w Panteonie Żołnierzy AK
Symboliczny pogrzeb majora "Łupaszki" – 30 czerwca 2008 r., godz. 13:00
Na wojskowych Powązkach w Warszawie, w Panteonie Żołnierzy Armii Krajowej, 30 czerwca, o godz. 13:00 odbędzie się symboliczny pogrzeb majora Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki", wybitnego dowódcy polowego wileńskiego okręgu AK, dowódcy 5. Wileńskiej Brygady AK, kawalera Virtuti Militari.

Major "Łupaszka" z córką Barbarą na Wileńszczyźnie, rok 1944.
Major Szendzielarz został aresztowany przez UB 60 lat temu, 30 czerwca 1948 r., podczas akcji X, zorganizowanej przez MBP przeciwko Polakom z Wileńszczyzny. Po licznych przesłuchaniach w więzieniu mokotowskim został skazany na 18-krotną karę śmierci. Proces "Łupaszki" i kilku innych wybitnych oficerów wileńskiej AK miał charakter pokazowy, transmitowany był przez radio. Major zachował się godnie w czasie śledztwa i procesu. Komunistyczny sąd skazał wszystkich "sądzonych" na śmierć. Miejsce pochówku pozostało do dziś nieznane. W okresie PRL "Łupaszko" stał się symbolem reprezentującym w świadomości Polaków wszystkich "żołnierzy wyklętych", walczących po wojnie przeciwko komunistom za "świętą sprawę" – niepodległy byt Polski.
Głównym organizatorem uroczystości jest Fundacja Żołnierzy Polski Walczącej. Zapraszamy wszystkich warszawiaków do oddania hołdu legendzie partyzantki antykomunistycznej. Poniedziałek, 30 czerwca, wejście bramą od ulicy Powązkowskiej 43-45, główną aleją do kwatery D18 (pod murem). Początek uroczystości o godzinie 13.00.
Piotr Szubarczyk
Źródło: Nasz Dziennik, 28-29 czerwca 2008, Nr 150 (3167)

O uroczystości czytaj więcej w: "Rzeczpospolita">
WARTO PRZECZYTAĆ… (9)

Dionizy Garbacz
Wołyniak, legenda prawdziwa
Wydawnictwo „Sztafeta” we współpracy z IPN O/ Rzeszów (wyd. III poprawione i rozszerzone),
Stalowa Wola 2008, s. 232.
Pisałem tę książkę, aby dodać sprawiedliwość tym, którzy odeszli, ale tez po to, aby młodzi ludzie mogli poznać tak skomplikowane i wciąż za mało znane dzieje ich rówieśników z lat wojennych i tuż powojennych.
Józef Zadzierski „Wołyniak” od szesnastego roku życia walczył o Polskę, najpierw w szeregach wojska, potem w partyzantce. Zginął, gdy miał dwadzieścia trzy lata. Ale w tym krótkim czasie zyskał sobie opinię geniusza partyzantki i obrońcy Polaków, zamieszkałych na Zasaniu w okolicach Leżajska, przed Niemcami i Ukraińcami, a w końcu przed NKWD i UB. Niezwyczajne i tragiczne było jego życie. Ale tak bywało z ludźmi, którzy wytyczali trudne polskie drogi do wolności.
Gdzie pochowano "Ognia"? – część 8
Opiekunowie zwłok
Wśród eksponatów Muzeum Anatomicznego UJ nigdy nie było szczątków Józefa Kurasia. Na jednej z półek stał natomiast, odpowiednio zabezpieczony, mózg marszałka Piłsudskiego – twierdzi prof. Janina Sokołowska – Pituchowa.
– W 1947 roku do prosektorium przywożono niemal wyłącznie ciała młodych, dobrze zbudowanych mężczyzn. Zwłokami opiekowali się dwaj laboranci. Po ćwiczeniach zbierali szczątki do wiadra i składali do drewnianej paki. Tylko oni oraz dr Kohmann mogli rozpoznać „Ognia”. Domyślaliśmy się, że wiele z tych zwłok to osoby zamordowane przez UB, ale nikt z nas nie odważyłby się pytać o personalia nieboszczyków. Taka dociekliwość mogła kosztować życie…
Dr Andrzej Miszke, były wieloletni ordynator oddziału laryngologii Szpitala im. G. Narutowicza w Krakowie, dobrze pamięta opiekunów zwłok. W 1947 roku był studentem II roku Wydziału Lekarskiego UJ. Jeszcze dziś potrafi dokładnie opisać, jak wyglądał Stanisław Kohmann, w owych czasach asystent w Zakładzie Anatomii Opisowej. Pod jego okiem po raz pierwszy w życiu przeprowadzał sekcję ludzkiego ciała. Ma również przed oczami sylwetki laborantów, nazywanych woźnymi, którzy po ćwiczeniach zbierali ludzkie szczątki. To od nich pewnego dnia usłyszał, że potężnie zbudowany mężczyzna, którego zwłoki przywieziono do prosektorium, nazywa się Józef Kuraś „Ogień”.
– Wiedziałem, że to słynny partyzant z Podhala. Tym bardziej byłem ciekaw, jak wygląda. Ani ja, ani nikt z moich ówczesnych kolegów nie zetknął się z ciałem „Ognia” na zajęciach. Ale nie wykluczyłbym tego, że niektóre jego narządy trafiły w formie preparatów do Muzeum Zakładu Anatomii. Być może leżą do dziś na półkach jednej z szaf. Kto mógłby to potwierdzić lub temu zaprzeczyć? Zapewne jedną z takich osób byłby Stanisław Kohmann – sugeruje dr Andrzej Miszke.
Stanisław Kohmann, przed wojną asystent w Katedrze Anatomii Opisowej UJ, którego nazwisko wymienia wielu bohaterów publikacji z cyklu „Gdzie pochowano »Ognia«?”, był jedynym pracownikiem tej katedry, który pozostał w Krakowie w czasie wojny. Szef katedry – prof. Zygmunt Szantroch w 1939 roku został powołany do służby wojskowej. Kolejny z profesorów – Tadeusz Rogalski dostał się wraz z wojskiem do Rumunii, a potem na Wyspy Brytyjskie. Emerytowany cztery lata wcześniej prof. Kazimierz Kostanecki, uczony o międzynarodowej sławie, uważał natomiast za swój obowiązek zgłosić się na zwołane przez niemieckiego okupanta zebranie profesorów 6 listopada 1939 roku. Został wówczas aresztowany i wywieziony wraz z innymi pracownikami krakowskich uczelni do Sachsenhausen. Zmarł w obozie kilka miesięcy później. W takiej sytuacji profesor histologii Stanisław Madziarski z Wydziału Lekarskiego UJ, organizując w 1942 roku tajne studia medyczne, miał spore trudności w znalezieniu wykładowcy anatomii – podstawowego przedmiotu 1 roku. Nie było profesorów, specjalizujących się w tej dziedzinie medycyny; nie było nawet starszych asystentów. Z przedwojennego składu osobowego zakładu pozostał tylko Stanisław Kohmann, zajmujący wówczas stanowisko asystenta. To właśnie jemu powierzono prowadzenie wykładów z anatomii.
Nie miał łatwego zadania, bo w okresie wojennym nie było dostępu do prosektorium. Część studentów odbywała zajęcia w Zakładzie Anatomii Patologicznej, gdzie przywożono zwłoki zmarłych w szpitalach. Jednakże po pewnym czasie nawet tam nie można było prowadzić ćwiczeń. Gestapo aresztowało szefową zakładu – doc. Janinę Kowalczykową, którą wywieziono do Oświęcimia.
Budynek Zakładu Anatomii Collegium Medium UJ przy ul. Kopernika 12. Czy tutaj w lutym 1947 r. przywieziono zwłoki "Ognia"?
Nieliczni, żyjący do dziś studenci tajnych kompletów opowiadają, że Stanisław Kohmann podczas zajęć korzystał z preparatów muzealnych. Wynosił je wraz z żoną ukradkiem, jak sam pisze we wspomnieniach, ukryte w dużej puszce po marmoladzie owocowej. Książki i ryciny w zwyczajnej teczce. Komplety studentów 1 roku były początkowo nieliczne – brało w nich udział około 20 osób. Potem zgłaszało się coraz więcej chętnych do tajnego nauczania. Trwało ono do 1944 roku. Po wyzwoleniu Krakowa tajne komplety zostały rozwiązane, a studenci oficjalnie przyjęci na poszczególne lata studiów. Stanisław Kohmann urządził wówczas prowizoryczne prosektorium w sali wykładowej Zakładu Anatomii, która była najmniej zniszczona.
Powybijane szyby zastąpiono dyktą lub tekturą. W tej właśnie sali ustawiono trzy stoły prosektoryjne. Przy nich Stanisław Kohmann rozpoczął systematyczne lekcje anatomii. Do 1946 roku pełnił również obowiązki szefa Katedry Anatomii. Później to stanowisko objął prof. Tadeusz Rogalski, który powrócił z Anglii.
Pod koniec lutego 1947 roku – czyli w okresie, gdy Józef Kuraś „Ogień” mógł trafić do prosektorium UJ, nadzór nad zwłokami miał nadal Stanisław Kohmann. Szef katedry – prof. T. Rogalski zajmował się wówczas głównie sprawami związanymi z rozbudową katedry i pisaniem podręcznika dla studentów. Jak twierdzą moi rozmówcy, jest raczej mało prawdopodobne, żeby prof. Rogalski mógł mieć jakiekolwiek wiadomości na temat danych personalnych osób, które trafiały na prosektoryjne stoły. Pierwszą osobą w kręgu wtajemniczonych był na pewno Stanisław Kohmann. Dwaj ówcześni studenci medycyny, których wspomnienia przytoczyliśmy w poprzednich odcinkach, utrzymują, że wiadomość, iż do prosektorium przywieziono zwłoki „Ognia”, przekazana im przez woźnych, wyszła od Stanisława Kohmanna. Ówczesny szef prosektorium nie może tego potwierdzić. Zmarł kilka lat temu będąc emerytowanym profesorem Akademii Medycznej w Rokitnicy.
Prof. Janina Sokołowska – Pituchowa jest jedyną, żyjącą do dziś osobą, która w 1947 roku współpracowała ze Stanisławem Kohmannem. Ma 90 lat, ale wciąż jest aktywna zawodowo (pisze i wygłasza referaty, książki, wspomnienia). Studia odbyła na Uniwersytecie im. Jana Kazimierza we Lwowie. Tam w 1939 roku uzyskała dyplom lekarza, w czasie wojny pracowała w Katedrze Anatomii we Lwowie. W 1945 roku przeniosła się do Krakowa. Tu zaczęła pracę jako starszy asystent w Katedrze Anatomii UJ. Począwszy od 1960 roku – przez 25 lat była jej kierownikiem. Zna każdy kąt budynku, w którym znajduje się ta placówka. Na potwierdzenie swoich słów wymienia wszystkie znaczące eksponaty Muzeum Anatomicznego. Wśród nich ma być (na jednej z półek w środkowej szafie w drugiej sali muzealnej) odpowiednio zabezpieczony mózg marszałka Józefa Piłsudskiego. Czy stoi tam nadał?
– Trudno mi powiedzieć. Trzeba zapytać o to kierownika tej placówki. Natomiast, z całą pewnością w Muzeum Anatomicznym nigdy nie było spreparowanych szczątków Józefa Kurasia – stwierdza autorytatywnie. – A to dlatego, że w 1947 roku muzeum jeszcze się tym nie zajmowało. W tym okresie najwyżej uzupełniano formalinę w stojących tu od lat słojach – dodaje po chwili.
Prof. Janina Sokołowska – Pituchowa nie wyklucza, że zwłoki „Ognia” mogły trafić na stół sekcyjny prosektorium, którym kierował Stanisław Kohmann:
– Do mnie nie dotarła taka informacja. Trudno się zresztą dziwić. Byłam tam obca. Przyjechałam przecież ze Lwowa. A nawet gdybym usłyszała
coś na ten temat, informacja ta pewnie umknęłaby mej pamięci, bo nie znałam wówczas historii tego dowódcy i jego oddziału. Domyślam się, że byłaby to bardzo pilnie strzeżona tajemnica, którą mógł znać tylko Stanisław Kohmann oraz dwaj laboranci, opiekujący się zwłokami. Wszyscy trzej, niestety, nie żyją.
Rok 1969. Spotkanie władz UJ i Katedry Anatomii. Drugi z prawej prof. Stanisław Kohmann. Obok niego prof. Janina Sokołowska – Pituchowa.
Prof. Janina Sokolowska – Pituchowa która wykonała samodzielnie i wraz ze studentami ponad 200 sekcji zwłok, doskonale pamięta, jak tuż po wojnie zorganizowane były zajęcia z anatomii. Z jej opowieści wynika, że jedynymi osobami, które miały do czynienia ze zwłokami od momentu dostarczenia ich do prosektorium aż do pochówku, byli laboranci. To oni kwitowali odbiór nieboszczyków i sprawdzali karty zgonu. Każde zwłoki musiały mieć taką kartę – obojętnie, czy przywiozła je konkretna osoba, czy też znaleziono je na ulicy, inna sprawa, że w owej karcie często widniały tylko dwie literki NN, co oznaczało, że to ciało osoby o nieustalonych personaliach. Zwłoki trafiały najpierw do ogromnych, wypełnionych formaliną betonowo-kamiennych basenów, znajdujących się w piwnicach Zakładu Anatomii. Stamtąd woźni przewozili je na wózkach do prosektorium.
– W tych czasach zwłok nigdy nie brakowało – wspomina prof. Sokołowska – Pituchowa. – Pomimo tego że już w 1948 roku, po uruchomieniu regularnych studiów medycznych, na Wydziale Lekarskim kształciło się kilkuset młodych ludzi; że na I, a potem i na II roku mieli oni tygodniowo po 18 godzin zajęć prosektoryjnych, zwykle jedne zwłoki preparowało 12 osób. Gdy studenci przychodzili na zajęcia, na każdym stole (było ich 10) leżały jakieś zwłoki. W 1947 roku do prosektorium przywożono niemal wyłącznie ciała młodych, dobrze zbudowanych mężczyzn. Po ćwiczeniach laboranci zbierali szczątki do wiader i składali do drewnianej paki. Domyślaliśmy się, że wiele z tych zwłok to osoby zamordowane przez UB, ale nikt nie odważyłby się interesować personaliami nieboszczyków. Taka dociekliwość mogła kosztować życie – konstatuje prof. Sokołowska – Pituchowa.
Moja rozmówczyni może z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że laboranci czynili swoją powinność w taki sposób, aby nie naruszyć zasad etyki.
– Co się później działo z zebranymi przez nich szczątkami? Składano je do drewnianych skrzyń, czyli pak, jak mówiliśmy między sobą, i wywożono na cmentarz Rakowicki. Do każdej paki dołączano jeden lub dwa akty zgonu. Pochówki odbywały się oczywiście bez rozgłosu – kończy ten wątek prof.
Sokołowska – Pituchowa.
Jan L. ma dziś prawie osiemdziesiąt lat. Porusza się na wózku inwalidzkim, ale umysł ma sprawny, nie mówiąc o doskonalej pamięci. W 1948 roku pan Jan, będąc młodzieńcem, który musiał utrzymać matkę i siostrę (los ojca pana Jana był nieznany: później okazało się, że zginął w Starobielsku), handlował papierosami. Kupował je od sąsiadów, pracowników tworzącej się państwowej administracji. Dostawali je z przydziału, chociaż byli ludźmi niepalącymi.
Jednym z klientów pana Jana był grabarz pracujący na Rakowicach. Czasem, przy okazji kolejnej transakcji, obaj wypili trochę samogonu. Wtedy, jak mówi pan Jan, grabarzowi rozwiązywał się język. Opowiadał mu o świeżych, nieoznaczonych i nieopisanych mogiłach na obrzeżach starej części cmentarza. W jednym z takich miejsc urządzono później kompostownik. W innym powstał śmietnik. Jan L. twierdzi, że numer konkretnej alejki i kwatery można odnaleźć w dokumentacji cmentarza (oczywiście, bez danych personalnych).
Nieżyjący dziś grabarz, znajomy Jana L., opowiadał mu również, że miejsca te były pilnowane przez bliżej nieokreślonych stróżów, którzy nie dopuszczali tam osób postronnych. Podobno owi „faceci w kapeluszach z rondem” kręcili się tam jeszcze w połowie lat 60.
Wśród osób, które zgłaszają się po kolejnych publikacjach z cyklu „Gdzie pochowano »Ognia«?”, nie brakuje takich, które uważają, że zwłoki Józefa Kurasia, jeśli w ogóle wywieziono je z Nowego Targu, zakopano nie na cmentarzu, ale w całkowicie przypadkowym miejscu.
Dr Krzysztof Szwagrzyk z wrocławskiego oddziału IPN, który jest autorem opracowania na temat tajnych miejsc pochówku z czasów stalinowskich, wymienia obok niektórych cmentarzy np. teren wokół byłych siedzib UB. Podczas prac remontowych tych budynków wcale nierzadko natrafiano na szczątki ludzkie. Tak było m.in. w Bielsku Podlaskim, Bochni, Bydgoszczy, Krakowie, Nidzicy, Poznaniu. Ciała grzebano również w lasach i na poligonach wojskowych (np. w lesie kolo Ciągowa Małopolskiego), w szczerym polu lub pod najbliższym płotem.
Prawdopodobnie z tego mrocznego okresu naszych dziejów pochodziły szczątki, znalezione dziesięć lat temu podczas rozbudowy cmentarza w Libiążu. – Kopaliśmy ziemię pod fundamenty ogrodzenia – opowiada Andrzej Klimas, ówczesny kościelny. – W pewnym momencie zobaczyliśmy kość. Wyglądała na ludzką. Delikatnie manewrując łopatami odkopaliśmy inne kości szkieletu. Leżały około pół metra pod ziemią. Nigdy nie zapomnę widoku długiej, piszczelowej kości, która tkwiła w… gumowym, nieco tylko zetlałym bucie.
Andrzej Klimas twierdzi, że wszystkich obecnych przy tej przypadkowej ekshumacji zdziwiło to, że buty miały wyjątkowo duży rozmiar. – Dlatego, gdy przeczytałem, iż „Ogień” był bardzo wysokim mężczyzną i miał duże stopy, zacząłem się zastanawiać, czy to aby nie on – mówi lekko podekscytowany.
Niestety. Ta historia nie będzie miała – jak na razie – zakończenia. Analiza zdjęcia Józefa Kurasia na noszach (publikowaliśmy tę unikalną fotografię na łamach „Dziennika”) wskazuje, że majorowi Kurasiowi po pojmaniu go przez funkcjonariuszy UB i MO zdjęto buty. Mimo srogiego mrozu do szpitala w Nowym Targu wieziono rannego „Ognia” tylko w skarpetkach.
GRAŻYNA STARZAK, [email protected] , tel: 606-28-58-79
Dziennik Polski, Nr 112 (18208), 14.05.2004
Gdzie pochowano „Ognia”? – 7 < część > 9
Gdzie pochowano "Ognia"? – część 1>
WARTO PRZECZYTAĆ… (8)

Jerzy Kułak
Rozstrzelany Oddział. Monografia 3 Wileńskiej Brygady NZW – Białostocczyzna 1945-1946
Białystok 2007, s. 475.
Monumentalna monografia (475 stron + 47 stron zdjęć) 3 Wileńskiej Brygady Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, dowodzonej przez kpt. Romualda Rajsa ps. "Bury" i jego zastępcę por. Kazimierza Chmielowskiego ps. "Rekin", będąca owocem wieloletniej pracy historyka białostockiego oddziału IPN Jerzego Kułaka, autora wielu publikacji poświęconych antykomunistycznemu podziemu.
Książka dostępna w księgarni internetowej PRUS24.PL>, Księgarni Odkrywcy, na allegro.pl, jak również w:
KSIĘGARNIA – Marcin Rutkowski Sprzedaż Książek
ul. Sienkiewicza 18
15-092 Białystok
tel: 691 44 50 40
Por./kpt. Romuald Rajs ps. "Bury" – dowódca 3 Wileńskiej Brygady NZW.
Ze wstępu do książki:
"3 Wileńska Brygada NZW, działająca na Białostocczyźnie w latach 1945 – 1946, miała kontynuować tradycje walk 3 Wileńskiej Brygady AK z okresu 1943 – 1944, zaś II szwadron 5 Wileńskiej Brygady AK z 1945 r. był etapem przejściowym pomiędzy obiema strukturami. Łączyła je nie tylko osoba dowódcy i poszczególni żołnierze, lecz przede wszystkim cel, o jaki walczyli: niepodległość. Zmienił się wróg, lecz cel pozostał ten sam. Również metody walki pozostały te same – z jednym istotnym wyjątkiem. Wydaje się nieprawdopodobne, by pod dowództwem "Szczerbca" na Wileńszczyźnie mogło dojść do pacyfikacji wiosek zamieszkałych przez ludność litewską wrogo odnoszącą się do partyzantki niepodległościowej. Tak się natomiast stało na Białostocczyźnie zimą 1946, gdy na rozkaz kpt. "Burego" płonęły białoruskie wsie. Nie mogąc dosięgnąć uzbrojonego wroga, poszukano łatwej zemsty na cywilach. Najwyraźniej lata, które minęły na walce z wrogiem z bronią w ręku, zagłuszyły sumienia dowódców NZW.
Dla wielu ówczesnych białostoczan kpt. "Bury" był legendą z wileńskiej AK, dowódcą który prowadził oddział do szturmu na Wilno i później wyprowadził go z pułapki zastawionej przez NKWD. Był wyrocznią dla miejscowej ludności. Decydował o tym, czy miejscowy proboszcz nadaje się do pełnienia swej funkcji, rozsądzał spory pomiędzy sąsiadami o miedzę, ścigał koniokradów, godził skłócone rodziny. Gdy nie wystarczyło jego słowo, wysyłał patrol Pogotowia Akcji Specjalnej – zawsze pomagało.
A jednak wydaje się, że mianowanie go dowódcą 3 Brygady było błędem, mianowanie szefem PAS Okręgu Białystok – błędem podwójnym, bowiem walkę z okupantem pojmował swoiście w sposób szczególny. Brak było w jego działaniach jakiejś głębszej wizji, szerszego zamysłu taktycznego oraz planowania odzwierciedlającego aktualną rzeczywistość, cech właściwych oficerom z wyższym wykształceniem. Do tego dodać można zbędne okrucieństwo, stawiające pod znakiem zapytania etykę walki, element tak przecież ważny na Wileńszczyźnie, o którym tu – na Białostocczyźnie -jakby zapomniał.
Jak w tej sytuacji ocenić dowódcę i jego żołnierzy, niewątpliwie patriotów, w wielu wypadkach bohaterów walk z okupantem, którzy przez 7 lat (jak np. kpt. Romuald Rajs) walcząc w konspiracji o szczytne ideały, uznali, że cel uświęca środki? Nie ulega wątpliwości, że stosowanie takiej zasady w sposób nieunikniony prowadzi na manowce ideowe i moralne, prowadzi też do tego, że cel ich walki już nie wszystkim wydaje się taki czysty.
Trzeba dodać, iż sztab Okręgu NZW miał wówczas szansę na wyjście ze sprawy z honorem, bowiem kilkakrotnie dyskutowano w gronie oficerów sztabu, jak i dowódców polowych, nad kwestią oceny postępowania kpt. "Burego". Jak się wydaje, ocena ta była negatywna, jednak zabrakło konsekwencji w ostatecznym wyjaśnieniu stanowiska dowództwa, prawdopodobnie w wyniku niebywałego terroru rozpętanego na Białostocczyźnie zimą 1946 r. przez administrację rządową, który zepchnął organizacje niepodległościowe do głębokiej defensywy. Priorytetem była walka i sprawę odłożono na "później", po zwycięstwie. Był to błąd, którego skutki okazały się dalekosiężne, gdyż pacyfikacja białoruskich wsi okryła niesławą całe białostockie podziemie niepodległościowe, a i dziś wykorzystywana bywa w celach propagandowych.
W okresie PRL mówić o tym można było tylko w ramach wytyczonych przez cenzurę, więc im bardziej oficjalnie atakowano oddział i jego dowódcę – tym bardziej w oczach części opinii społecznej, szczególnie tej patriotycznej, kpt. "Bury" urastał do niemal symbolu bohatera tragicznego, który walczył z bronią w ręku, może był przy tym zbyt twardy dla ludzi, ale takie były czasy, i który zginął z ręki wroga.
Taka ocena nie sprzyjała rzeczowej analizie zjawiska, jakim był niewątpliwie kpt. Rajs i jego oddział. Wydaje się jednak, że i dziś nie jest łatwiej, pomimo tego, iż upłynęło już ponad 50 lat od tamtych wydarzeń, PRL jako system i struktura organizacyjna już nie istnieje, nie ma cenzury, jest pełny dostęp do źródeł, tak się składa bowiem, że w polskich warunkach – szczególnie ostatnio – historia nadal jest przedmiotem zainteresowania polityków. Fakt ten źle wpływa na atmosferę wokół badań historycznych w ogóle, co musi się także odbić na jakości badań dotyczących powojennego podziemia niepodległościowego, zdecydowanie obniżając poziom dyskusji merytorycznej, czasami czyniąc ją wręcz niemożliwą lub bezcelową, gdy odzywają się stare demony, tak dobrze znane z lat, gdy obowiązywała jedynie słuszna wykładnia historii najnowszej.[…]."
Strona główna>
Gdzie pochowano "Ognia"? – część 7
Pogrzebane tajemnice
Być może jeszcze żyje ktoś z pomniejszych wykonawców akcji ukrycia ciała „Ognia”.
Fragmenty czaszki, większość żeber, łopatki, obojczyk, duże fragmenty miednicy, kość udowa, piszczelowa, kostki stopy. Tyle zostało z młodego akowca o pseudonimie „Babinicz”, zastrzelonego przez UB prawie 60 lat temu. Ekshumacja i złożenie szczątków do grobu odbyło się półtora roku temu. Nikt wówczas nie przypuszczał, że będzie dalszy ciąg tej sprawy.
Dopiero niedawno wyszła na jaw rodzinna tajemnica, o której nie mieli pojęcia żyjący krewni ofiary. Czy i jakie niespodzianki kryje prawdopodobne miejsce pochówku „Ognia”? Odpowiedzi na to pytanie można będzie udzielić po przekopaniu jednej z kwater cmentarza Rakowickiego. Decyzję mogą podjąć tylko prokuratorzy z krakowskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej. W ciągu kilku ostatnich lat dwukrotnie przeprowadzali oni ekshumacje na potrzeby śledztw, dotyczących spraw sprzed kilkudziesięciu lat. Robert Parys, naczelnik Wydziału Śledczego IPN w Krakowie, jeszcze jako referent, uczestniczył w 2001 r. w ekshumacji szczątków byłego żołnierza AK, zabitego na peryferiach Ostrowca świętokrzyskiego w styczniu 1945 r. zaraz po przejściu wojennego frontu. Wyniki śledztwa wskazywały, że zabójcami byli funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej.
Celem ekshumacji było ustalenie, w jaki sposób zginął ten człowiek – relacjonuje prok. Parys. Szczątki, ku naszemu zdziwieniu, byty w dość dobrym stanie. Przekazano je do Zakładu Medycyny Sądowej w Krakowie. Struktura kości czaszki była na tyle dobrze zachowana, że pozwoliło to na specjalistyczne badania, z których jednoznacznie wynikało, że ów mężczyzna został postrzelony, a nie np. ugodzony jakimś narzędziem, i że kula, będąca przyczyną śmierci, przeszła przez czaszkę. Tkanki miękkie nie zachowały się, co oczywiste, ale w tym wypadku nie było żadnych wątpliwości, że to jest ofiara, której szczątków poszukiwaliśmy, bo pochówku dokonała rodzina. Krewni akowca przez cały czas aż do dzisiaj sprawują opiekę nad tym grobem. Nie było mowy o pomyłce. Dodatkowe badania identyfikacyjne okazały się więc zbyteczne – konkluduje prok. Parys.
Mój rozmówca zwraca uwagę, że o wiele trudniej jest podjąć decyzję o ekshumacji, gdy mogiła jest bezimienna lub gdy trzeba zacząć śledztwo od poszukiwania grobu, tak jak to było w przypadku drugiej, wykonanej pod nadzorem krakowskiego IPN ekshumacji.
O tym, że w zagajniku we wsi Polanki mogą do dziś spoczywać szczątki Aleksandra Siuty, młodego akowca, zastrzelonego na wiosnę 1945 r. przez MO szeptali między sobą przez prawie 60 lat mieszkańcy tej miejscowości. Ojciec i brat ofiary wielokrotnie próbowali szukać miejsca pochówku „Babinicza” (taki pseudonim nosił młody człowiek). Nadaremnie. Rodzina akowca, nękana przez UB, a potem przez SB, zrezygnowała z poszukiwań i przeprowadziła się na ziemie zachodnie.
Kilka lat temu wznowili je dwaj kombatanci z Myślenic. Ustalili oni, że aby odnaleźć szczątki Aleksandra Siuty, wystarczy przekopać kwadrat ziemi o bokach pięć na pięć metrów. Wskazane przez nich miejsce pochówku znajdowało się w zagajniku; na polu jednego z miejscowych gospodarzy. Nie tylko nie miał on nic przeciwko temu, aby spenetrowano ten teren, lecz sam nalegał, by dokonano ekshumacji i wreszcie po ludzku pochowano tego chłopaka.
Ekshumacja „Babinicza” została przygotowana i przeprowadzona w rekordowo krótkim czasie – trzech miesięcy – przez prok. Artura Wronę z krakowskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej. Przekopywanie zagajnika, gdzie wedle relacji najstarszych mieszkańców Polanki miał leżeć Aleksander Siuta, nie było łatwe. A to ze względu na lekko pagórkowate ukształtowanie terenu, porośniętego dość gęsto drzewami i krzewami. Dopiero w piątej godzinie ciężkiej pracy jeden z pracowników, firmy wynajętej przez Urząd Miasta i Gminy w Myślenicach zameldował, że jego łopata natrafiła prawdopodobnie na ludzkie kości. Leżały metr i dziesięć centymetrów pod powierzchnią ziemi. Układ szkieletu wskazywał, że zwłoki pogrzebano w pozycji siedzącej. Prawdopodobnie w tym celu, aby można było jak najszybciej przykryć je ziemią.
Ekshumacja szczątków trwała kilka godzin. Każdą kość oglądał fachowo dr Krzysztof Woźniak z Zakładu Medycyny Sądowej w Krakowie, relacjonując na bieżąco prokuratorowi Arturowi Wronie z IPN, co aktualnie odnaleziono. Wszystkie kości bardzo dokładnie opisano. Na ich podstawie, zwłaszcza po dokładnej analizie zębów i kości ramienia, ustalono wiek tragicznie zmarłego, Niestety, na podstawie samych tylko kości nie da się ustalić przyczyny zgonu. Bo nawet, gdyby stwierdzono ubytek kostny powstały w wyniku postrzału, nie można z całą pewnością stwierdzić, kiedy zmarły został postrzelony – za życia czy już po śmierci.
Szczątki „Babinicza” uroczyście pochowano w rodzinnym grobowcu rodziny Siutów. Półtora roku temu opisywaliśmy szczegółowo tę historię na łamach „Dziennika Polskiego”. Nie mogliśmy jednak przewidzieć, iż będzie jeszcze jeden, dodatkowy finał.
Jak nas ostatnio poinformował prok. Artur Wrona, porównanie kodu genetycznego ofiary i i żyjącej do dziś siostry Aleksandra Siuty wykazało, że zapis ten jest różny u tych osób i nie wykazuje nawet minimalnego podobieństwa! – Byliśmy wszyscy wstrząśnięci tym faktem – opowiada prok. Wrona. – Przecież zanim przystąpiliśmy do ekshumacji, zbadaliśmy wszystkie tropy, przesłuchaliśmy wielu świadków, spisaliśmy obszerne relacje krewnych „Babinicza”. Pomyłka co do nazwiska osoby, do której należały wykopane w zagajniku szczątki, była raczej wykluczona. Dopiero po szczegółowej kwerendzie w księgach parafialnych udało się ustalić, że Aleksander Siuta był dzieckiem adoptowanym, o czym nie wiedziała nawet jego rodzona siostra!
Sprawa Aleksandra Siuty jest jednym z wielu wątków śledztwa w sprawie zbrodni popełnionych przez funkcjonariuszy Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Krakowie, prowadzonego przez prok. Artura Wronę. Gdyby udało się przekonać kierownictwo IPN do przekopania jednego z grobów na cmentarzu Rakowickim w celu odszukania szczątków „Ognia”, nadzór nad tą sprawą być może miałby właśnie prok. Wrona. Ukryciu, w domyśle – zbezczeszczeniu – ciała majora Józefa Kurasia winni są bez wątpienia funkcjonariusze WUBP.
Robert Parys, naczelnik Wydziału Śledczego krakowskiego IPN, pytany o zdanie w tej sprawie, podkreśla, że nie można zarządzić ekshumacji bez wystarczających dowodów, że we wskazanym miejscu istotnie leżą szczątki danej osoby. – W każdym takim przypadku trzeba bardzo rozsądnie podejmować decyzje. Nie można tego czynić w sposób pochopny, ulegając emocji chwili czy z chęci zaistnienia w mediach – mówi prok, Parys.
Naczelnik Wydziału śledczego krakowskiego oddziału 1PN zwraca uwagę, że nawet tam, gdzie za pomocą nowoczesnej aparatury uda się wykryć, że struktura ziemi została naruszona, nie można z całą pewnością stwierdzić, że to jest właśnie poszukiwane miejsce pochówku. Jak choćby w przypadku Kryspinowa, gdzie, jak wykazało prowadzone w IPN śledztwo, powinien być zbiorowy grób jeńców niemieckich, zastrzelonych przez NKWD.
– Prawdopodobnie niebawem odbędzie się tam ekshumacja, ale trudno z góry prz
esądzić, jakie będą efekty, gdyż naoczni świadkowie składają nieco rozbieżne zeznania – mówi prok. Robert Parys. Uważa on jednak, że zawsze warto podjąć takie ryzyko.
– Jeśli chodzi o Kryspinów, dobrze się stało, że niemiecka fundacja zajmująca się poszukiwaniem grobów swoich rodaków nie tylko w Polsce, ale w całej Europie, jest zdecydowana pokryć koszty tego przedsięwzięcia. Budżet IPN jest bowiem dość skromny. To jedna z przyczyn, dla której takie decyzje trzeba podejmować z wielką rozwagą – podkreśla Robert Parys.
– Na ekshumację szczątków „Ognia” zapewne nie żałowalibyśmy pieniędzy – zapewnia dr Janusz Kurtyka, dyrektor IPN w Krakowie. – Tym bardziej że aktualnie jest prowadzone śledztwo w jego sprawie. Jednakże wszelkie decyzje na ten temat muszą być poprzedzone pojawieniem się wiarygodnych przesłanek, ułatwiających podjęcie decyzji o ekshumacji.
Identyfikacja
szczątków majora Józefa Kurasia nie nastręczałaby
żadnego problemu, ponieważ żyje syn „Ognia” – Zbigniew. Na
zdjęciu widoczny z prawej (w jasnym garniturze), podczas odsłonięcia pomnika mjr. "Ognia" i jego żołnierzy w Zakopanem.
Dr Janusz Kurtyka, przyznaje, że sprawa „Ognia” jest mu tak samo bliska jak każdemu historykowi, który zajmuje się problematyką partyzantki antykomunistycznej po II wojnie światowej. Jednak nie tylko z tego powodu, że major Józef Kuraś dowodził największym zgrupowaniem partyzanckim po II wojnie światowej w południowej Polsce. A w pewnym okresie – w 1946 r. – największym w Polsce. Również z tej przyczyny, że był i wciąż jest zainteresowany legendą, związaną ze śmiercią „Ognia”.
– Do tej pory udało się nam zgromadzić przekonujące dowody, iż major Józef Kuraś został pojmany na skutek donosu. Działania komunistycznej bezpieki okazały się na tyle skuteczne, że „Ognia” osaczono, w związku z czym sam się postrzelił. Wiemy też, że zmarł w nowotarskim szpitalu. Są świadkowie, którzy zeznają, że widzieli jego zwłoki na podwórzu WUBP w Krakowie. Tu ślad się urywa. Zabrano je bowiem w niewiadomym kierunku. Gdzie? Są różne opinie, a właściwie legendy na ten temat. Tak naprawdę nie ma wiarygodnych dowodów, która z tych opinii i hipotez może być prawdziwa – mówi szef krakowskiego IPN.
Dr Janusz Kurtyka, podobnie jak inni moi rozmówcy, jest przekonany, że jedną z niewielu osób, które wiedziały, co zrobiono ze zwłokami „Ognia”, był Stanisław Wałach, w lutym 1947 r. naczelnik ds. walki z bandytyzmem Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Krakowie.
– Dlaczego nie uzyskaliśmy od niego informacji na ten temat? – powtarza moje pytanie. – Dlatego, że sam nie chciał na ten temat mówić, a my nie możemy stosować podczas przesłuchań takich metod, jakich używali podwładni pułkownika Wałacha – odpowiada dyr. Kurtyka. – Poza tym – dodaje po chwili – Stanisław Wałach pod koniec życia miał, albo udawał, że ma – zaniki świadomości, sprawiając wrażenie człowieka, z którym nie ma kontaktu. W związku z tym wykorzystanie jego wiedzy do wyjaśnienia tej sprawy, jak i wielu innych, było niemożliwe – wyjaśnia mój rozmówca, dodając, że pozostaje mieć nadzieję, że jeszcze żyje ktoś z pomniejszych wykonawców akcji ukrycia ciała „Ognia” lub ktoś, kto zetknął się w jakikolwiek sposób z tą sprawą.
Dyr. Janusz Kurtyka unika odpowiedzi na pytanie, czy wierzy Wałachowi, który w swojej wspomnieniowej książce pisze, że ciało „Ognia” przekazano studentom medycyny do ćwiczeń z anatomii. Dla niego informacja pochodząca od Wałacha jest przekazem źródłowym, który powinien podlegać weryfikacji.
Ta z kolei winna uwzględniać dwa założenia – przedstawia swój punkt widzenia.
– Po pierwsze, czy Wałach mówił prawdę; po drugie – czy informacja, jakoby zwłoki „Ognia” przekazano studentom do ćwiczeń, nie została podana do wiadomości opinii publicznej w konkretnym celu – aby prawda nigdy nie wyszła na jaw; aby na zawsze ukryć miejsce pochówku „Ognia”. Takie założenie mogło przyświecać Stanisławowi Wałachowi już w 1947 r., gdy podejmował decyzję, co zrobić z ciałem majora Kurasia. A pisząc w latach 70. swoje wspomnienia, konsekwentnie realizował te wytyczne. Żadnej z tych koncepcji nie można wykluczyć. Chyba że znajdziemy niezależne źródło informacji – osobę, mającą wiedzę na ten temat lub dowody rzeczowe, będące potwierdzeniem lub zaprzeczeniem jednej z tych też – dywaguje dr Janusz Kurtyka.
Wyniki prowadzonego przez reporterkę „Dziennika” śledztwa, mającego ustalić prawdopodobne miejsce pochówku „Ognia”, wskazują jak dotąd, że Stanisław Wałach mógł mówić prawdę.
– Jestem o tym przekonany – stwierdza kolejna osoba, która zgłosiła się w tej sprawie do redakcji. Janusz Kadura, rzemieślnik, mieszkający w Zabierzowie, w latach 60. jako nastolatek często przebywał w zakładzie tokarskim swojego ojca, usytuowanym w centrum Krakowa. Do mistrza Kadury, który wykonywał m.in. drewniane cygarniczki, przychodzili wielcy ówczesnego świata. Jednym z jego klientów był Józef Cyrankiewicz. Do zakładu przychodził również na pogawędki Adam K., który był adiutantem płk. Józefa Światły. To on przynosił rzemieślnikowi różne, ciekawe informacje z życia ubeckich, wyższych sfer.
Pewnego razu byłem świadkiem rozmowy ojca z panem K. – wspomina Janusz Kadura. – Mówili o tym, jak naprawdę zginął gen. Karol Świerczewski. Potem niespodziewanie rozmowa zeszła na „Ognia” i „ogniowców”. Nie pamiętam, kto wywołał ten temat. Ale w pamięci utkwiło mi jedno zdanie, wypowiedziane przez Adama K. Na pytanie ojca, które brzmiało mniej więcej tak: – No to co zrobiliście z ciałem?, K. odpowiedział: Poszło do prosektorium; przez jakiś czas pływało sobie w formalinie.
Adam K., adiutant pułkownika Światły, nie żyje. Ale Janusz Kadura jest skłonny powtórzyć przed prokuratorem, co zapamiętał z tamtej rozmowy sprzed lat. To kolejny świadek, którego zeznania wskazują, że ciało Józefa Kurasia „Ognia” zostało przekazane do prosektorium Wydziału Lekarskiego Collegium Medium UJ. A jeśli istotnie tak się stało, szczątki „Ognia” musiały w końcu zostać pogrzebane. Wiele wskazuje, że w opisanej w jednym z odcinków tego cyklu skrzyni na cmentarzu Rakowickim.
GRAŻYNA STARZAK, [email protected] , tel: 606-28-58-79
Dziennik Polski, Nr 102 (18198), 30.04.2004
Gdzie pochowano „Ognia”? – 6 (1/2) < część > 8
Gdzie pochowano "Ognia"? – część 1>
Strona główna>
WARTO PRZECZYTAĆ… (7)

Mart Laar
Wojna w lesie. Walka Estończyków o przetrwanie 1944-1956
Libron 2008, s. 368
Książka dostępna w wielu księgarniach internetowych, jednak najtaniej do nabycia na Allegro.pl>
Długo oczekiwana pozycja, traktująca o walce estońskich "Żołnierzy Wyklętych" z sowiecka okupacją.
Podczas gdy walka partyzancka z sowiecką władzą ma dla Estończyków
status legendarny i jest elementem dumy narodowej, reszta świata aż do
dzisiaj niewiele o niej słyszała.
Partyzantka albo działania nieregularne były formą narodowego oporu przeciwko obcej agresji od niepamiętnych czasów. W Estonii taki opór tradycyjnie prowadzono w lasach. Nawet nazwa działań partyzanckich ma związek z miejscem walk – Metsavendlus – dosłownie „leśne braterstwo”.
W najnowszej historii Estonii taktyka Metsavendlus była szeroko stosowana podczas radzieckiej okupacji kraju od połowy 1940 do połowy 1941 roku, a następnie od ponownego opanowania Estonii przez Sowietów jesienią 1944 roku.
Mart Laar – dwukrotny premier niepodległej Estonii, twórca tzw.estońskiego cudu gospodarczego. Znany głównie jako polityk i ekonomista, oprócz tego jest także działaczem społecznym i historykiem, zajmującym się głównie dziejami powojennej Estonii i jej walki o wolność. W 1987 roku współzałożył Towarzystwo Dziedzictwa Narodowego Estonii, które gromadziło dokumenty, fotografie, a także spisywało relacje ocalałych członków estońskiego ruchu oporu. Jest autorem wielu książek dotyczących historii Estonii, a także ekonomii.
Wystawa online: „…o Orła w koronie".
Wystawa Online !!!
Zapraszam do obejrzenia online wystawy „…o Orła w koronie. Zgrupowanie partyzanckie »Błyskawica«”, przygotowaną przez IPN Oddział w Krakowie i PTH Oddział w Nowym Targu, a prezentującą – w 21 rozdziałach – archiwalne zdjęcia i dokumenty dotyczące zgrupowania mjr. Józefa Kurasia „Ognia”, w tym wiele nigdy wcześniej nie publikowanych.
21 lutego 1947 roku we wsi Ostrowsko koło Nowego Targu wraz z nieliczną grupą podkomendnych został otoczony przez oddziały KBW, UB i MO mjr Józef Kuraś ps. „Ogień”, dowódca największego zgrupowania partyzanckiego w Krakowskiem. Nie mając możliwości odwrotu popełnił samobójstwo na strychu jednej z wiejskich chałup. Zmarł w nowotarskim szpitalu tuż po północy 22 lutego 1947 roku.
W drugiej połowie lat czterdziestych oficjalna propaganda przedstawiała go jako „psychopatę”, „znanego już przed wojną koniokrada”, bandytę „odznaczającego się szczególnym sadyzmem wobec eksploatowanej ludności góralskiej”, którego „najgorliwszymi współpracownikami” są „członkowie SS i gestapo”, pomocnika „wilkołaków i pokrewnych ruchów faszystowskich”, chcącego zamienić Podhale w krainę obłędnych «ogników» niosących pożogę i mord”. Stefan Korboński, pełniący w 1945 roku obowiązki Delegata Rządu RP na Kraj nazwał go „Królem Podhala” i „tatrzańskim Janosikiem dwudziestego wieku, którego sława na Podhalu żyć będzie przez wiele lat przekazywana z pokolenia na pokolenie”.
Dzisiaj jest przez niektórych uznawany – w znacznym stopniu dzięki wieloletniej propagandzie komunistów – za postać kontrowersyjną.
Wówczas, jak wynika z PPR-owskich dokumentów, największą bolączką „władzy ludowej” było jednoznaczne poparcie ludności Podhala dla jego oddziałów. […]
Mjr Józef Kuraś „Ogień” i Zgrupowanie Partyzanckie „Błyskawica”>
Strona główna>
Rajd szlakiem Żołnierzy Wyklętych
Ostrołęka, 6–8 czerwca 2008 r.
W dniach 6–8 czerwca 2008 r. na terenie powiatu ostrołęckiego odbędzie się I Rajd Szlakiem Żołnierzy Wyklętych, przygotowany przez Oddziałowe Biuro Edukacji Publicznej IPN w Warszawie. Uczestnikami marszu będą uczniowie szkół średnich z powiatu ostrołęckiego, którzy zostaną podzieleni na trzy patrole. Trasa przebiega od Ostrołęki przez gminy Lelis, Baranowo, Łyse, Olszewo Borki, Myszyniec, Czarnia do Kadzidła, gdzie nastąpi uroczyste zakończenie imprezy. Integralną częścią rajdu będzie rekonstrukcja historyczna, przedstawiająca walki oddziałów podziemia niepodległościowego z NKWD i UB.
Celem przedsięwzięcia jest kultywowanie tradycji niepodległościowych na terenie Ziemi Kurpiowskiej i przypomnienie sylwetek żołnierzy powojennego podziemia antykomunistycznego, kontynuujących walkę aż do początków lat 50.
Współorganizatorami rajdu są: Prezydent Miasta Ostrołęki, Starosta Powiatu Ostrołęckiego i Wójt Gminy Kadzidło.
PROGRAM
Piątek, 6.06.2008
* 11.00 – Rozpoczęcie rekonstrukcji (atak partyzantów antykomunistycznego podziemia na zajęty przez NKWD Ratusz w Ostrołęce)
* 11.30 – Odprawa patroli wyruszających na Rajd – wymarsz (przed Ratuszem w Ostrołęce)
I Patrol, którego patronem jest Hieronim Rogiński „Róg”, maszeruje z kolonii Czerwone (miejsce śmierci osaczonego przez UBP „Roga”) przez szereg miejscowości związanych z działalnością partyzantki niepodległościowej, m.in. przez Szablaki, Łyse, Myszyniec, i dociera w sobotę wieczorem do Kadzidła;
II Patrol, którego patronem jest Józef Kozłowski „Las”, rozpoczyna marsz z miejscowości Pełty i idzie przez szereg miejscowości związanych z działalnością partyzantki niepodległościowej, m.in. przez Czarnię, Bandysie, Kierzek, dociera w sobotę wieczorem do Kadzidła;
III Patrol, którego patronem jest Witold Borucki „Babinicz”, rozpoczyna marsz w miejscowości Olszewka i idzie przez szereg miejscowości związanych z działalnością partyzantki niepodległościowej, m.in. przez Wólkę Rakowską, Baranowo, dociera w sobotę wieczorem do Kadzidła.
* 12.00 – Otwarcie wystawy „Zaplute karły reakcji” (Muzeum Kultury Kurpiowskiej, pl. gen. Bema 8)
* 16.00 – Pokaz filmów zrealizowanych przez pracowników IPN (Ostrołęckie Centrum Kultury, ul. Inwalidów Wojennych 23)
„Ruch Oporu Armii Krajowej”
„Czerwona oberża”
„XVI Okręg NZW”
„11 Grupa Operacyjna NSZ”
* 19.00 Dotarcie patroli do miejsc noclegowych
* 20.00 Ognisko z gawędą wygłoszoną przez pracowników IPN, poświęconą powojennej konspiracji niepodległościowej
Sobota, 7.06.2008 r.
* 8. 00 Wymarsz patroli na trasy
* 18.00 Przewidywana godzina koncentracji patroli w Kadzidle
* 20.00 Uroczyste ognisko z gawędą wygłoszoną przez pracownika IPN na temat: „Rola i miejsce powojennej konspiracji antykomunistycznej w walce o odzyskanie przez Polskę niepodległości po 1944 r.”, wręczenie nagród dla najlepszego patrolu.
Niedziela, 8.06.2008 Kadzidło
* 9.00 – 11.00 Konkurs wiedzy o powojennym podziemiu niepodległościowym, przeznaczony dla młodzieży biorącej udział w rajdzie
* 12. 00 Uroczysta Msza Święta w kościele św. Ducha w intencji partyzantów poległych w walce z reżimem komunistycznym zakończona apelem poległych
* Rozpoczęcie rekonstrukcji. Inscenizacja ataku oddziału partyzanckiego na placówkę NKWD w Kadzidle
* 14.00 Ogłoszenie wyników konkursu wiedzy o powojennym podziemiu niepodległościowym połączone z wręczeniem nagród ufundowanych przez dyrektora warszawskiego oddziału IPN profesora Jerzego Eislera oraz wójta gminy Kadzidło Dariusza Łukaszewskiego
* 14.30 Oficjalne zakończenie rajdu.
Źródło: Instytut Pamięci Narodowej
Strona główna>
Por. "Jur" w TVP HISTORIA

KONFLIKTY, BITWY, WOJNY
"Żołnierze Wyklęci":
"Jur" – bohater nieznany
Ppor./mjr Hieronim Piotrowski "Jur" – żołnierz Wileńskiego Okręgu AK, dowódca plutonu Oddziału Rozpoznawczego Komendy Okręgu AK Wilno (ORKO). Po lipcu 1945 r. zorganizował oddział partyzancki (I Oddział Samoobrony Czynnej Ziemi Wileńskiej), operujący głównie w rejonie Puszczy Nalibockiej. Wyprowadził dużą grupę podkomendnych z okrążenia pod Rowinami 29 stycznia 1945 r. i przedarł się na teren Białostockiego Okręgu AK, gdzie pełnił szereg funkcji dowódczych w strukturach AKO-WiN.
Uczestniczył w wielu akcjach i walkach z NKWD, KBW i UBP. Latem 1945 r. wyprowadził zgrupowanie "Piotrków" mjr. Aleksandra Rybnika "Jerzego" z kotła pod Czarną Białostocką. Jako komendant Obwodu WiN Ostrów Mazowiecka poległ zimą 1947 r., osaczony przez grupę operacyjną KBW i UBP pod wsią Brzuza nad Bugiem (pow. Węgrów).
Obecnie imię mjr. Hieronima Piotrowskiego "Jura" nosi Mała Szkoła Podstawowa w Brzuzie.
Więcej na temat por. Hieronima Piotrowskiego "Jura" można przeczytać poniżej [w formacie PDF] w artykule, który pierwotnie ukazał się w Zeszytach Historycznych WiN-u, Nr 24/2005, autorstwa dr Kazimierza Krajewskiego i dr Tomasza Łabuszewskiego pt. Sprawa porucznika "Jura". Dziękuję Panu K. Krajewskiemu za udostepnienie tekstu do publikacji.
Sprawa porucznika „Jura” – część 1 [PDF]>
Sprawa porucznika „Jura” – część 2 [PDF]>
Dokumenty dotyczące służby porucznika „Jura” w AK – AKO – WiN – część 1 [PDF]>
Dokumenty dotyczące służby porucznika „Jura” w AK – AKO – WiN – część 2 [PDF]>
Dokumenty dotyczące służby porucznika „Jura” w AK – AKO – WiN – część 3 [PDF]>
POWTÓRKI PROGRAMU:
Czwartek, 5 czerwca 2008 r., godz. 21:30
Wtorek, 10 czerwca 2008 r., godz. 17:30

