mjr Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka"
Zygmunt Szendzielarz urodził się 12 marca 1910 r. w Stryju. Był najmłodszym synem Karola Szendzielarza, urzędnika kolejowego i Eufrozyny z Osieckich. Początkowo uczył się w gimnazjum we Lwowie, a następnie w Stryju. Jako ochotnik wstąpił 14 XI 1931 r. do Szkoły Podchorążych Piechoty w Ostrowi Mazowieckiej, którą ukończył 12 VIII 1932 r. w stopniu kaprala podchorążego. Potem zakwalifikował się do Szkoły Podchorążych Kawalerii w Grudziądzu (od 1 X 1932 r. do 5 VIII 1934 r.). Służbę wojskową rozpoczął w stopniu podporucznika w 4. Pułku Ułanów Zaniemeńskich w Wilnie jako dowódca plutonu. Prawdopodobnie 19 III 1938 r. otrzymał awans na stopień porucznika, jednocześnie obejmując dowództwo 2. szwadronu. W okresie służby wojskowej por. Z. Szendzielarz brał udział w licznych zawodach konnych, zajmując wysokie miejsca. W dniu 28 I 1939 r. ożenił się z Anną Swolkień. Mieli córkę Basię, która urodziła się 16 XI 1939 r.
Udział w kampanii wrześniowej 1939 r.
Uczestniczył w wojnie obronnej Polski 1939 r. jako dowódca 2. szwadronu w 4. Pułku Ułanów Zaniemeńskich w składzie Wileńskiej Brygady Kawalerii pod dowództwem płk. dypl. Konstantego Druckiego-Lubeckiego. Przeszedł z pułkiem cały szlak bojowy od obrony Piotrkowa Trybunalskiego w dniach 2 – 4 IX poprzez działania osłaniające odwrót 13 DP, 19 DP i 29 DP do przeprawy przez Wisłę w nocy z 9 na 10 IX, po której Wileńska BK przestała się liczyć jako związek taktyczny, a 4. Pułk Ułanów nie stanowił już zwartej siły. Por. Z. Szendzielarz na czele 2. szwadronu dołączył 13 IX do pododdziałów ppłk. Święcickiego, który zbierał rozproszone części Brygady. Następnego dnia podporządkowano je dowódcy kombinowanej Brygady Kawalerii pod dowództwem płk. Adama Zakrzewskiego. Szwadron por. Z. Szendzielarza stoczył wówczas walki na szlaku od Lubartowa do Majdanu Sopockiego, gdzie wszedł następnie w skład GO Kawalerii gen. Władysława Andersa jako pododdział Kresowej Brygady Kawalerii pod dowództwem płk. dypl. Jerzego Grobickiego. Wszystkie te oddziały przebijały się na Węgry. Zostały jednak rozbite przez Niemców 26 IX. Resztki z por. Z. Szendzielarzem dołączyły z kolei do Nowogródzkiej Brygady Kawalerii, która także szła w kierunku Węgier. Następnego dnia gen. W. Anders – wobec przeważających sił niemieckich i sowieckich – rozwiązał swoje oddziały i nakazał przebijać się małymi grupami na Węgry. Por. Z. Szendzielarz dostał się wówczas do niewoli niemieckiej, z której wkrótce uciekł i przedostał się do Lwowa. Za udział w kampanii wrześniowej 1939 r. został odznaczony Krzyżem Virtuti Militari V klasy.
Początkowa działalność w konspiracji w ramach ZWZ-AK
Po zakończeniu działań wojennych próbował dostać się przez Węgry do Francji do odtwarzanego Wojska Polskiego, ale zamiar ten nie powiódł się. Wobec tego wrócił do Wilna, aby poprzez Litwę wyjechać za granicę. Po kilkakrotnych niepowodzeniach włączył się do pracy konspiracyjnej w Wilnie w ramach ZWZ-AK. Od pocz. 1942 r. do VIII 1943 r. przebywał w majątku rodzinnym swojej żony w Szajkunach. Po tym okresie zaangażował się całkowicie w konspirację. W literaturze przedmiotu istnieją rozbieżności co do momentu rozpoczęcia przez niego działalności konspiracyjnej; podawane są daty: koniec 1939 r., pocz. 1940 r. bądź 1942 r. W konspiracji por. Z. Szendzielarz działał początkowo w strukturach tzw. Kół Pułkowych, jednej z licznych w tym czasie grup konspiracyjnych, przyjmując pseudonim "Łupaszka" (po słynnym zagończyku z okresu walk z bolszewikami w latach 1919-1920 ppłk. Jerzym Dąbrowskim). W dniu 28 XII 1939 r. Koła Pułkowe weszły w skład SZP-ZWZ. Od IX 1940 r. powstał Wileński Pułk Ułanów Śmierci, w którym najprawdopodobniej por. Z. Szendzielarz stanął na czele szwadronu. Pod koniec 1940 r. przeszedł do komórki wywiadu dalekowschodniego, gdzie pracował przez cały 1942 r. Organizował wówczas siatkę wywiadowczą na linii kolejowej Wilno-Podbrodzie-Ryga.
Na czele 5. Wileńskiej Brygady AK

Żołnierze mjr "Łupaszki", Wileńszczyzna 1944
W IV lub V 1943 r. znalazł się w bezpośredniej dyspozycji Komendy Okręgu Wileńskiego AK, która w pod koniec VIII tego roku oddelegowała go na dowódcę do pierwszego oddziału partyzanckiego AK na Wileńszczyźnie dowodzonego wcześniej przez ppor. Antoniego Burzyńskiego ps. "Kmicic". Oddział ten został 26 VIII rozbrojony i częściowo zniszczony przez sowiecką I Wileńską Brygadę im. Woroszyłowa. Na przełomie IX/X 1943 r. oddział por. Z. Szendzielarza liczył już ok. 100 ludzi. Przyjął on nazwę 5. Wileńskiej Brygady AK, zwanej też nieoficjalnie Brygadą Śmierci. Brygada operowała na terenie na płn.-wsch. od Wilna. Prowadziła ona walki zarówno z Niemcami i ich sojusznikami litewskimi, jak też partyzantką radziecką. W I 1944 r. por. Z. Szendzielarz został odznaczony Krzyżem Walecznych przez Komendanta Okręgu, płk. Aleksandra Krzyżanowskiego ps. "Wilk". W dniu 25 I uczestniczył w rozmowach we wsi Swejginie między przedstawicielami Okręgu Wileńskiego AK i niemieckich władz wojskowych. W kolejnych rozmowach w poł. II tego roku por. Z. Szendzielarz już nie brał udziału. Pomimo tego w okresie powojennym niektórzy emigracyjni publicyści (nie mówiąc oczywiście o komunistach w kraju) oskarżali go o kolaborację z Niemcami. Na pocz. IV 1944 r., po odprawie w komendzie Okręgu, został przypadkowo aresztowany u swojej teściowej przez Litwinów, którzy przekazali go władzom niemieckim. Niemcy zaproponowali mu wówczas zaprzestanie walk i wspólną akcję przeciwko sowieckiej partyzantce, a w zamian dostawy uzbrojenia. Por. Z. Szendzielarz odmówił, zasłaniając się brakiem kompetencji do tego typu kontaktów. Został pod koniec IV zwolniony najprawdopodobniej przez samych Niemców, którzy potraktowali to jako akt dobrej woli wobec komendy Okręgu w celu nawiązania ponownych rozmów. Pod koniec V nastąpiło skoncentrowanie czterech brygad AK w celu utworzenia większych zgrupowań partyzanckich. Brygada "Łupaszki" weszła w skład Zgrupowania nr 2 pod dowództwem mjr. Mieczysława Potockiego ps. "Węgielny". W tym czasie por. Z. Szendzielarz prawdopodobnie otrzymał awans do stopnia rotmistrza. Cała akcja związana była z przygotowaniami do zdobycia Wilna w ramach planowanej operacji pod nazwą "Ostra Brama". Wkrótce rozkazem płk. A. Krzyżanowskiego Brygada "Łupaszki" została przesunięta na inny teren i włączona w skład Zgrupowania nr 1 mjr. Antoniego Olechnowicza ps. "Pohorecki". Na przełomie VI/VII 1944 r. rozpoczęto wykonywanie akcji "Burza", której ostatnim akordem miało być opanowanie Wilna. Ostatecznie Brygada nie wzięła w nim udziału, co spowodowało w późniejszym okresie posądzenie rtm. Z. Szendzielarza o dezercję i zdradę. W literaturze przedmiotu przedstawiane są różne przyczyny tej nieobecności. Jedna z nich mówi, że w I 1944 r. otrzymał on zapewnienie od płk. A. Krzyżanowskiego wycofania jego oddziału z Wileńszczyzny w chwili wkroczenia Armii Czerwonej. Potem jednak zmieniono rozkazy i 5. Brygada trafiła pod koniec V do Zgrupowania nr 1, działającego na płn. od Wilna, a rtm. Z. Szendzielarz zost
ał mianowany niespodziewanie dowódcą świeżo utworzonego Zgrupowania nr 5, które miało atakować Wilno od zach. W rezultacie jego Brygada nie zdążyła na czas dotrzeć do obszaru wyjściowego, dzięki czemu jednak uniknęła rozbrojenia i internowania przez Sowietów.
Koniec działalności 5. Brygady AK
Dla zmylenia władz sowieckich rtm. Z. Szendzielarz zmienił nazwę swojej Brygady na "Brygada Warszawska", a sam przyjął nowy pseudonim "Żelazny". Pod koniec VII 1944 r. Brygada, manewrując między oddziałami niemieckimi i sowieckimi, przeszła w lasy Puszczy Grodzieńskiej. Tutaj została otoczona przez Sowietów. Rtm. Z. Szendzielarz rozkazał rozformować oddział, a żołnierzom wrócić do domu lub przebijać się małymi grupami na zachód, do Lasów Augustowskich. Drugi wariant wybrała większość oficerów z dowódcą na czele. Formalne rozwiązanie 5. Wileńskiej Brygady AK nastąpiło 23 VII 1944 r. w okolicy wsi Porzecze w Puszczy Grodzieńskiej.
V Wileńska Brygada AK w marszu, pierwszy od lewej mjr "Łupaszka"
Mjr Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka" (1910 – 1951) – część 2>
Mjr Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka" (1910 – 1951) – część 2
Rok 1945. Kadra V Brygady Wileńskiej AK. Stoją od lewej: ppor.cz.w. Henryk Wieliczko "Lufa", zamordowany 14 marca 1949 na zamku lubelskim, Por. Marian Pluciński "Mścisław", zamordowany 28 czerwca 1946 w białostockim więzieniu, mjr Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka", zamordowany 8 lutego 1951 na Mokotowie, wachm. Jerzy Lejkowski "Szpagat", ppor. Zdzisław Badocha "Żelazny", poległ w walce z UB 26 czerwca 1946 koło Sztumu. Rtm. Z. Szendzielarz z resztkami Brygady podporządkował się 20 IX 1944 r. komendantowi Okręgu Białostockiego AK ppłk. Władysławowi Liniarskiemu ps. "Mścisław". Ten nakazał "Łupaszce" trwać w Puszczy Białowieskiej i organizować kadrowy oddział z rozbitków z nowogródzkich i wileńskich oddziałów AK. Na pocz. XI 1944 r. do oddziału dołączył m.in. oficer BiP Okręgu Wileńskiego AK ppor. Lech Beynar ps. "Nowina", późniejszy znany publicysta i historyk, piszący pod pseudonimem literackim "Paweł Jasienica". W dniu 10 XI rtm. Z. Szendzielarz został awansowany przez ppłk. W. Liniarskiego do stopnia majora. Zimę przetrwał wraz z oddziałem na terenie Obwodu AK Bielsk Podlaski. Na przełomie I/II 1945 r. ppłk. W. Liniarski mianował "Łupaszkę" komendantem partyzantki Okręgu Białostockiego AKO, a 5. Wileńska Brygada stała się oddziałem dyspozycyjnym Komendy AKO. Na pocz. IV tego roku nastąpiła mobilizacja Brygady w okolicy wsi Oleksin w pow. Bielsk Podlaski. Odtąd prowadzono walki z regularnymi oddziałami Armii Czerwonej i LWP, KBW, NKWD oraz grupami UB i MO. Szczególnie wagę zwracano na likwidację agentów komunistycznych i członków PPR, którzy byli uważani za zdrajców. W poł. V 1945 r. Brygada liczyła ok. 200 ludzi i składała się z pięciu pododdziałów: trzech szwadronów, kompanii szturmowej i drużyny podoficerskiej. Na pocz. IX mjr Z. Szendzielarz otrzymał rozkaz rozformowania swojego oddziału, liczącego wówczas ok. 300 partyzantów. Natomiast on sam podjął decyzję prowadzenia dalszej walki z komunistami.
Wznowienie działalności na Pomorzu
W poł. IX dotarł on do Gdańska, gdzie zainstalował się ostatni komendant Okręgu Wileńskiego AK-DSZ ppłk Antoni Olechnowicz ps. "Pohorecki". Do spotkania z nim doszło pod koniec X lub na pocz. XI 1945 r. Mjr Z. Szendzielarz otrzymał zadania propagandowe, które nie do końca mu odpowiadały. W celu zdobywania na nie środków finansowych uzyskał zgodę na utrzymywanie kilkuosobowych grup zbrojnych (tzw. patroli dywersyjnych). Natomiast istnienie większych oddziałów partyzanckich zostało zakazane. Patrole dywersyjne rozpoczęły swoją działalność od poł. I 1946 r. W tym czasie "Łupaszko" podjął także akcję propagandową, która polegała na redagowaniu, powielaniu i rozprowadzaniu ulotek o treści antykomunistycznej.
Fragment ulotki z marca 1946 roku autorstwa mjr. Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki":
"… Nie jesteśmy żadną bandą, tak jak nas nazywają zdrajcy i wyrodni synowie naszej ojczyzny. My jesteśmy z miast i wiosek polskich[…] My chcemy, by Polska była rządzona przez Polaków oddanych sprawie i wybranych przez cały Naród, a ludzi takich mamy, którzy i słowa głośno nie maga powiedzieć, bo UB wraz z kliką oficerów sowieckich czuwa. Dlatego też wypowiedzieliśmy walkę na śmierć lub życie tym, którzy za pieniądze, ordery lub stanowiska z rąk sowieckich, mordują najlepszych Polaków Domagających się wolności i sprawiedliwości."
V Brygada wileńska AK mjr Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki"
W II poł. I na kolejnym spotkaniu z ppłk. A. Olechnowiczem "Łupaszko" uzyskał zgodę na utworzenie większego oddziału bojowego. Rozkazem nr 1 z 26 II powołał on do życia 6. Brygadę Wileńską (rejon działalności – Białostockie i Podlasie), natomiast rozkazem nr 2 z 14 IV odtworzył 5. Wileńską Brygadę pod swoim dowództwem, mającą działać na obszarze Pomorza oraz Warmii i Mazur. Na pocz. V liczyła ona ok. 70 ludzi i była podzielona na trzy szwadrony (dowódcy: ppor. Zdzisław Badocha ps. "Żelazny", ppor. Henryk Wieliczko ps. "Lufa" i ppor. Leon Smoleński ps. "Zeus") oraz patrol żandarmerii. Na pocz. VI został utworzony kolejny szwadron. W ciągu 1946 r. stan ilościowy 5. Brygady nie przekraczał liczby 80 partyzantów.
Połączenie się z 6. Brygadą
W poł. VIII – wobec coraz silniejszego nasycenia terenu siłami komunistycznymi – mjr Z. Szendzielarz podjął decyzję przejścia w Białostockie i połączenia się z 6. Brygadą, co nastąpiło do poł. X i tylko siłami szwadronu "Lufy". Natomiast pozostałe dwa szwadrony pozostały na miejscu i rozformowały się w poł. XI 1946 r. Najprawdopodobniej w XII mjr Z. Szendzielarz otrzymał od ministra bezpieczeństwa publicznego Stanisława Radkiewicza list, w którym ten nakłaniał "Łupaszkę" do rozwiązania oddziałów, a w zamian obiecywał możliwość swobodnego opuszczenia Polski. Ponowne próby kontaktu ze strony UB miały także miejsce w III i IV 1947 r. Na pocz. 1947 r. – wobec zbliżania się terminu wyborów do Sejmu – szwadrony "Łupaszki" zostały zepchnięte do defensywy, odgryzając się tylko od czasu do czasu. Pod koniec III nastąpiła koncentracja oddziałów Brygady, podczas której mjr Z. Szendzielarz zwolnił część swoich podkomendnych. Sam natomiast był ciągle gorącym zwolennikiem dalszego prowadzenia walki przeciw komunistom. Stan Brygady zmalał do ok. 40 ludzi. Ostatecznie po rozmowach z niektórymi byłymi podkomendnymi, m.in. z L. Beynarem (P. Jasienicą), "Łupaszko" zaprzestał czynnej walki zbrojnej i postanowił powrócić do cywilnego życia.
na pierwszym planie mjr "Łupaszka"
Próba powrotu do cywilnego życia
Pod koniec IV 1947 r. udał się na Śląsk, gdzie zamieszkał w miejscowości Królowa w pow. Głubczyce. Dowództwo polowe nad 6. Brygadą przekazał ppor. Władysławowi Łukasikowi ps. "Młot". Sobie pozostawił natomiast ogólną komendę. W poł. V przybył do niego ppłk A. Olechnowicz z rozkazem rozwiązania 6. Brygady. "Łupaszko" nie podjął jednak żadnych konkretnych działań. Wkrótce przeniósł się do Zakopanego wobec zagrożenia aresztowaniem. Przez cały czas utrzymywał przez łączników kontakt z 6. Brygadą. Przekazywał "Młotowi" ogólne wytyczne dot. dalszej działalności bojowej oraz informował o sytuacji w kraju i rozkazach płynących z komendy Okręgu Wileńskiego AK. W ciągu VI 1948 r. UB rozpracował i rozbił Okręg Wileński AK. W rezultacie 30 czerwca 1948 r. w Osielcu pod Zakopanem został aresztowany mjr Zygmunt Szendzielarz.
Epilog
Natychmiast po aresztowaniu "Łupaszko" został przewieziony do Warszawy i osadzony w więzieniu mokotowskim przy ul. Rakowieckiej. Przebywał w nim 2,5 roku, do 8 II 1951 r. W dniu 23 X 1950 r. rozpoczął się proces b. członków Okręgu Wileńskiego AK, w którym oskarżonymi byli: ppłk A. Olechnowicz, kpt. Henryk Borowski ps. &qu
ot;Trzmiel", mjr Z. Szendzielarz, ppor. Lucjan Minkiewicz ps. "Wiktor", Lidia Lwow ps. "Lala" i Wanda Minkiewicz ps. "Danka". Wszyscy, oprócz kobiet, dostali wyroki śmierci.
Wykonanie wyroku na Zygmuncie Szendzielarzu ps. „Łupaszka” wyznaczono na 8 lutego 1951 roku. 55 lat temu około 19.30 wyprowadzono go z celi. Pod celą straceń zorientował się, że dziś nie będzie sam. Obok stali jego wierni towarzysze broni: jego podkomendny z IV i V Brygady Wileńskiej 32-letni podporucznik Lucjan Minkiewicz ps. Wiktor i jego dowódca, ostatni komendant Okręgu Wileńskiego Armii Krajowej, który doprowadził do udanej akcji ewakuacyjnej okręgu na tereny Polski Centralnej 50-letni podpułkownik Antoni Olechnowicz ps. Podhorecki. Pierwszego wzięli „Wiktora”. Była godzina 19.55. Skrzypnięcie drzwi, przytłumione odgłosy odczytywania sentencji wyroku i głuchy strzał.
Potem wzięli „Podhoreckiego”. Ostatnie spojrzenia. Była 20.05. Głuchy strzał. Teraz wzięli jego, była 20.15. Prokurator podpułkownik Jakub Lubowski (a jeszcze przed czterema laty Chaszesman) odczytał sentencję wyroku Sądu Najwyższego z dnia 29 grudnia 1950 roku i zarządził egzekucję. Kazali mu się pochylić do przodu. Gdy spojrzał w dół, zobaczył schodki, a u ich stopni ciała swoich współtowarzyszy. Drej celował jak zawsze w potylicę. „O godzinie 20 minut 15 w obecności Naczelnika Więzienia Grabickiego Alojzego i lekarza dr Kazimierza Jeziorskiego za pośrednictwem Dowódcy Plutonu Egzekucyjnego Aleksandra Dreja, po odczytaniu sentencji wyroku (…) powyższy wyrok względem Szendzielorza Zygmunta s. Karola i Eufrozyny z d. Osieckiej urodzonego 12 marca 1910 r. w m. Stryj woj. Stanisławów został wykonany przez rozstrzelanie” – czytamy w protokole wykonania wyroku. Po stwierdzeniu zgonu przez lekarza więziennego prokurator ogłosił, że wyrok został wykonany. Zakończono i podpisano protokół.
Tego samego wieczora 8 lutego 1951 roku zamordowano jeszcze Henryka Borowskiego pełniącego funkcje dowódcze w Ośrodku Mobilizacyjnym Wileńskiego Okręgu Armii Krajowej.
Zwłoki wywieziono nocą na cmentarz na Służewcu, gdzie zakopano wszystkich w jednym dole. Wrzucono majora Łupaszkę bez trumny i bez „Wieczne odpoczywanie racz mu dać Panie…”. Dół zasypano. Jeszcze tylko udeptano miejsce, posypano liśćmi, a może nawet tego nie zrobiono, bo może akurat padał śnieg.
W latach 60. i 70. czasami ktoś zapalał znicz na miejscu jego pochówku, dlatego że ludzie wiedzieli, iż tam UB zakopywał pomordowanych, najlepszych synów naszej Ojczyzny. Zazwyczaj wyglądało to tak: podchodził ktoś, zapalał znicz i szybkim krokiem oddalał się z tego miejsca. Miejsca, w którym nie było nic, znaku krzyża, nawet kopczyka… Miejsce spoczynku majora Szendzielarza nie jest znane do tej pory.
Wykonawca wyroku na Szendzielarzu i pozostałych Aleksander Drej zmarł kilka lat temu w Warszawie. Pobierając do końca emeryturę dla szczególnie zasłużonych, której nie odebrała mu III Rzeczpospolita. Jego rodzina zna jego miejsce pochówku.
Postać mjr. Z. Szendzielarza w okresie powojennym
Publicyści i historycy "komunistyczni" spowodowali swoimi publikacjami zafałszowanie wizerunku "Łupaszki". Generalnie był opisywany jako "krwawy herszt wileńskich bandytów" i imperialistyczny szpieg anglosaski. W propagandzie komunistycznej przedstawiano przede wszystkim jego "napady terrorystyczno-rabunkowe", dokonywane w okresie już powojennym na "bohaterskich" funkcjonariuszach i działaczach komunistycznych. Akcentowali rzekomą brutalność i pastwienie się nad wziętymi do niewoli "Łupaszki" i jego podkomendnych. Nawet jego postać fizyczną przedstawiali w taki sposób, żeby wzbudzić jak największą odrazę. Postać "Łupaszki" wypłynęła również w 1968 r., kiedy podczas tzw. wypadków marcowych, została wykorzystana przez Władysława Gomułkę w oskarżeniach przeciwko Pawłowi Jasienicy – zastępcy mjr. Z. Szendzielarza z okresu białostockiego. Oskarżono go o liczne morderstwa na zlecenie "Łupaszki" na obszarze Białostocczyzny i Podlasia. O mjr. Z. Szendzielarzu wspominał też Józef Światło podczas swoich wystąpień w Radiu Wolna Europa. Poniewieranie pamięci mjr. Z. Szendzielarza trwało przez cały okres tzw. Polski Ludowej. Natomiast prawdziwe informacje o nim i jego żołnierzach zamieszczane były tylko w publikacjach emigracyjnych, np. paryskich "Zeszytach Historycznych", czy "Przeglądzie Kawalerii i Broni Pancernej". Tam też jedynie mogli się wypowiadać byli jego podkomendni. Natomiast 25 VI 1988 r. prezydent Polski na Uchodźstwie w uznaniu wybitnych czynów w czasie wojny nadał mjr. Z. Szendzielarzowi Krzyż Złoty Orderu Virtuti Militari. Dopiero po 1989 r. zaczęły powstawać rzetelne prace historyczne ukazujące postać "Łupaszki" i jego skomplikowane dzieje. Izba Wojskowa Sądu Najwyższego postanowieniami z 10 XII 1993 i 30 IX 1992 stwierdziły nieważność wyroku z 1950, uznając, że skazanie nastąpiło z powodu działalności Zygmunta Szendzielarza na rzecz niepodległego Państwa Polskiego.
Opracowano na podstawie:
Patryk Kozłowski, Jeden z wyklętych Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka" 1910-1951, Warszawa, 2004
Krajewski Kazimierz, Łabuszewski Tomasz, "Łupaszka","Młot","Huzar". Działalność 5 i 6 Brygady Wileńskiej AK 1944 – 1952, Warszawa, 2002
Mjr Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka" (1910 – 1951) – część 1>
Strona główna>
Kpt. Zdzisław Broński "Uskok" (1912 – 1949) – część 1
Kpt. Zdzisław Broński "Uskok" (1912 – 1949)
Kpt. Zdzisław Broński "Uskok", Pamiętnik, 1 V 1949 r.

Kpt. Zdzisław Broński "Uskok"
Urodził się 24 grudnia 1912 r. w Radzicu Starym (gm. Ludwin, pow. lubartowski) w rodzinie chłopskiej, syn Franciszka i Apolonii z d. Warhulskiej. Był trzecim dzieckiem; miał starszych – siostrę i brata oraz młodszą siostrę. Po ukończeniu szkoły powszechnej uczęszczał do gimnazjum w Lublinie, którego nie ukończył. W 1934 r. powołany został do służby wojskowej w 50 pp. we Włodzimierzu Wołyńskim, gdzie ukończył szkołę podoficerską. Do rezerwy został przeniesiony w stopniu plutonowego. Po odbyciu służby wojskowej pracował w gospodarstwie rodziców. Był członkiem miejscowego koła Związku Młodzieży Wiejskiej "Siew".
WOJNA I OKUPACJA
Zmobilizowany 14.08.1939 r., kampanię wrześniową odbył jako d-ca plutonu ckm w 50 pp 27 DP [WP] od Borów Tucholskich aż w okolice Grudziądza, gdzie w połowie września dostał sie do niewoli niemieckiej i osadzony został w stalagu II B w Hammerstein (między Piłą a Szczecinem). Po ucieczce z obozu jenieckiego w październiku 1940 r. powrócił w rodzinne strony.
Za pośrednictwem kolegów z "Siewu" nawiązał kontakt z Polską Organizacją Zbrojną, a po jej scaleniu z Armią Krajową (jesień 1942 r.) został dowódcą placówki AK nr XIV a w Radzicu Starym. Placówka wchodziła w skład I Rejonu w Obwodzie AK Lubartów Inspektoratu AK Lublin i liczyła 82 osoby. Zastępcą Brońskiego był plut. Jan Przypis "Szaruga".
Pod koniec 1943 r. na terenie tej placówki powstał oddział partyzancki Zdzisława Brońskiego „Uskoka”. Oddział liczył ok. 40 żołnierzy, a w okresie akcji "Burza" (lipiec 1944 r.) doszedł do stanu ok. 60. osób. Formalnie oddział zatwierdzony został rozkazem lubelskiego inspektora AK w połowie maja 1944 r. i wszedł w skład odtwarzanej 3 komp. VI baonu 8 ppleg. AK.
W lipcu 1944 r. "Uskok" wraz ze swym oddziałem został przydzielony do 27 Wołyńskiej DP AK i przebił się z nimi w rejon Czemiernik, a następnie podjął samodzielne działania. Stoczył kilka walk z Niemcami, m.in. w rejonie Ludwina (obecnie pow. łęczyński) stoczył potyczkę z pododdziałem Wehrmachtu, w której stracił jednego zabitego i dwu rannych, biorąc do niewoli 7 Niemców.
PO „WYZWOLENIU”
Po okupacji niemieckiej "Uskok" pozostał w podziemiu. Od sierpnia 1944 r. pełnił funkcję zastępcy, a następnie komendanta I rejonu obwodu AK Lubartów. Po przesunięciu w styczniu 1945 r. linii frontu na zachód, zorganizował oddział partyzancki liczący ok. 20 osób i przeprowadził z nim szereg akcji przeciwko funkcjonariuszom MO i UB oraz urzędom. Rozkazem Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj z dnia 1 czerwca 1945 r. awansowany został "Uskok" do stopnia porucznika czasu wojny. Po oficjalnej likwidacji konspiracji poakowskiej (rozwiązanie Delegatury w sierpniu 1945 r.) "Uskok" i jego podkomendni nie skorzystali z zarządzonej przez dowództwo DSZ akcji "rozładowania lasów".
Wcześniej, bo 25.05.1945 r. został mianowany komendantem OPL II w Obwodzie WiN Lubartów krypt. „Leontyna” i tym samym wszystkie oddziały partyzanckie i drużyny dywersyjne działające w obw. lubartowskim WiN zostały podporządkowane jego dowództwu a on sam podlegał bezpośrednio komendantowi OPL w Inspektoracie, mjr cc Hieronimowi Dekutowskiemu „Zaporze”, który – po nieudanej próbie przejścia do amerykańskiej strefy okupacyjnej w Niemczech – rozpoczął odtwarzanie swego zgrupowania.
O dalszym pozostaniu „Uskoka” i jego żołnierzy w podziemiu, obok czynników natury ideowej, zaważyła też niewiara w możliwość powrotu do normalnego życia wobec represji „ludowej władzy” w stosunku do ludzi podziemia.
Kpt. Zdzisław Broński "Uskok" (z prawej), obok mjr.cc Hieronim Dekutowski "Zapora"
ZNOWU W WALCE
Od połowy 1945 r. oddziały „Uskoka” prowadzą ciągłe działania przeciw przedstawicielom komunistycznej władzy.
Z 10 na 11.05.1945 r. w Spiczynie, pow. Lubartów, na zabawie zorganizowanej przez członków PPR z okazji zakończenia wojny, na miejscu rozstrzelano 11 osób (w tym 2 funkcjonariuszy PUBP w Lubartowie, 3 milicjantów, pozostali to członkowie PPR), uprowadzono 3 osoby, które następnie rozstrzelano (w tym wójta gminy Spiczyn).
19.06.1946 r. w Charlężu, pow. Lubartów, oddział podając się za grupę operacyjną UB wezwał miejscowych członków ORMO na zbiórkę „dla walki z bandami”, po zgłoszeniu się 8 ormowców, wszystkich rozstrzelano.
Z 31.10 na 1.11.1946 r. wraz z oddziałem por. Leona Taraszkiewicza „Jastrzębia” i sierż. Józefa Struga „Ordona” opanował w Łęcznej posterunek MO. Rozstrzelano 11 osób – milicjanta, oraz członków PPR i współpracowników UB.
26.11.1946 r. połączone oddziały „Uskoka”, „Jastrzębia” i „Ordona”, razem ok. 70 ludzi, jadąc do Chełma w celu opanowania magazynów broni KOP-wschód natknęły się w Świerszczowie na grupę operacyjna KBW. Podczas stoczonej bitwy zginęło od kilku do kilkunastu żołnierzy KBW. Oddziały partyzanckie wycofały się tracąc jednego zabitego.
5.12.1946 r., ponownie połączone oddziały „Uskoka”, „Jastrzębia” i „Ordona” przeprowadziły akcję przeciwko skomunizowanej wsi Rozkopaczew, w której zabili jednego ormowca i spalili kilka zabudowań należących do aktywistów partyjnych.
Oddział kpt. "Uskoka" (siedzi – czwarty od prawej) – 1946 r.
„WIKTOR”
Gdy w końcu lata 1947 r. "Zapora" podejmuje dramatyczną próbę przedostania się na Zachód – rozkazem z 12 września mianuje "Uskoka" swoim następcą. Rozkaz ten dawał Brońskiemu zwierzchnictwo nad wszystkimi innymi oddziałami Lubelszczyzny – w praktyce, zdarzały się wypadki nie do końca uzgadnianych, improwizowanych często działań. Podobnie jak "partie" z 1863 roku, również i teraz oddziały powstańcze operowały na oddalonych terenach, co nakładało na dowódców obowiązek samodzielności. I podobnie jak w 1863 roku kontakt z władzami centralnymi był dość luźny.
Dużą autonomią cieszył się walczący we Włodawskiem oddział legendarnych braci Taraszkiewiczów; jeszcze większą – oddział ppor. cz.w. – Stanisława Kuchcewicza "Wiktora".
Ten ostatni dowódca zasługuje na kilka dodatkowych słów wspomnienia.
W okresie okupacji niemieckiej był zastępcą d-cy XIII plutonu, rej. I (Spiczyn) AK, mp. Łęczna. Najprawdopodobniej po
wejściu Sowietów związał się z NSZ, dowodził patrolami Pogotowia Akcji Specjalnej w oddziałach "Zemsty" (ppor. Eugeniusz Walewski, zamordowany po ujawnieniu się – 3 grudnia 1945 r.) i "Boruty" (sierż. Stefan Brzuszek, 17.08.1946 r. popełnił samobójstwo, otoczony przez UB w bunkrze we wsi Kulik,pow.Chełm).
Po śmierci tego ostatniego "Wiktor" podporządkował się "Uskokowi". Pełnił funkcję dowódcy plutonu, a następnie szefa sztabu. Był d-cą patrolu i przez pewien czas zastępcą „Uskoka”. Przeprowadził wiele samodzielnych akcji, jak również we współpracy z oddziałami ppor. cz.w. Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego” i Józefa Struga „Ordona”. 
kpt. Zdzisław Broński "Uskok" (z lewej) i Stanisław Kuchcewicz "Wiktor" w bunkrze pod stodołą Lisowskich w Dąbrówce – prawdopodobnie 1948 r.
Głośnym echem odbiły się zwłaszcza dwie spośród jego akcji – zasadzka w lesie pod Sernikami
(1 V 1947 r.) oraz pacyfikacja Puchaczowa (3.07.1947 r.), którą przeprowadził wspólnie z "Żelaznym" i „Ordonem”.
Zasadzka w lesie sernickim bywała przedstawiana przez propagandę jako dokonana przez "bandytów" z WiN masakra niewinnych młodzianków wracających z pierwszomajowego pochodu, z Lubartowa. Przebieg tej akcji do dziś nie został całkowicie wyjaśniony. UB schwytała w okolicy zupełnie przypadkowych ludzi, z których torturami wymusiła zeznania, iż zasadzkę przygotowywał "Uskok", a żołnierzy rozprowadzał jego zastępca "Babinicz" (Zygmunt Libera). W rzeczywistości żaden z tych dwóch dowódców o planowanej akcji nie wiedział. "Wiktor" postanowił ukarać chłostą szczególnie zasłużonych aktywistów ORMO i ZWM; zasadzkę przygotował na drodze, którą mieli powracać z obchodów "święta pracy" z Lubartowa. Prawdopodobnie jednak któryś z nadchodzących ormowców zauważył jakiś podejrzany ruch w lesie koło drogi i po prostu ze strachu wystrzelił. Rozpoczęła się bezładna strzelanina, w wyniku której padło 7 ormowców (niektórzy z nich byli jednocześnie w ZWM). Według innej wersji w wyniku strzelaniny zabitych zostało dwóch ORMO-wców – pozostali próbowali ucieczki, lecz zostali schwytani. Partyzanci wyselekcjonowali pięciu najbardziej gorliwych kolaborantów i wykonali na nich wyroki śmierci, spośród pozostałych – kilku poddano chłoście, kilku innym udzielono ostrzeżeń. Nie była to więc żadna "masakra", a wyrok sądu polowego.
O nocnym ataku na "czerwony" Puchaczów wypada powiedzieć więcej.
O serwilizmie puchaczowian wobec "komuny" wiedziano znacznie wcześniej, choć nikt nie przypuszczał,że osiągnął wymiary zbrodni i że mieszkańcy tej wsi tworzyli komunistyczne grupy egzekucyjne. Wiadomo było, że donoszą – i właśnie donosicielstwo stało się powodem pacyfikacji tej czerwonej wsi.
26 czerwca 1947 r. o godz. 8.00 PUBP w Lublinie otrzymał doniesienie agenturalne, że w zabudowaniach Michała Króla we wsi Turowola, pow. Lublin, kwaterowało 3 partyzantów. Natychmiast zorganizowano grupę operacyjną złożoną z szefa urzędu por. Mikołaja Joszczuka, 2 pracowników i 23 żołnierzy KBW. Grupa dojechała samochodem do Puchaczowa, a następnie przemaszerowała do Turowoli. Grupę podzielono na dwie części, które okrążyły podejrzane zabudowania. Walka trwała ok. 40 minut. Partyzanci korzystając, że w wojskowym erkaemie zabrakło amunicji, ostrzeliwując się, wydostali się ze stodoły i zaczęli się wycofywać. Podczas pościgu wszyscy zostali zabici. Poległ też żołnierz KBW Antoni Zawierucha. GO zdobyła erkaem diegtariew, elkaem niemiecki, automat pepesza, 2 pistolety i skrzynkę amunicji.
Poległymi okazali się być trzej żołnierze patrolu "Wiktora" (Stanisława Kuchcewicza), podległego kpt. Zdzisławowi Brońskiemu "Uskokowi". Byli to: Kazimierz Karpik "Czarny", Józef Król "Maryś", Stanisław Lis "Korzeń"/"Stach".
26 czerwca 1947. Zabici przez grupę operacyjną KBW-UB żołnierze kpt. "Uskoka". O lewej: Józef Król "Maryś", Stanisław Lis "Korzeń" i Kazimierz Karpik "Czarny".
Bezpośrednio po zagładzie swego patrolu, "Wiktor" postanowił ukarać winnych tej tragedii. Dzięki współpracy Bogumiła Korniaka (wkrótce aresztowanego, skazanego na śmierć i straconego), mieszkańca pobliskiego Stefanowa, udało się szybko zidentyfikować sprawców doniesienia. Okazali się nimi być trzej mieszkańcy Puchaczowa.
Zięć Michała Króla (u którego kwaterowali partyzanci) – Momrot – zameldował o ich pobycie partyzantów do trzech mieszkańców Puchaczowa, współpracujących z UB – Henryka Grota, Franciszka Ukalskiego i Władysława Augustowicza. Ci telefonicznie przekazali wiadomość do PUBP w Lublinie, który zorganizował obławę.
"Wiktor" postanowił szybko ukarać winnych tragedii, a ponadto postanowił wykonać wyroki na innych mieszkańcach podejrzewanych o współpracę z UB. Puchaczów był uważany za wieś silnie skomunizowaną i aktywnie współpracującą z władzą ludową. "Wiktor" nie konsultował swojej akcji z "Uskokiem" – bo zapewne nie otrzymałby na nią pozwolenia. Poza tym w bunkrze "Uskoka" przebywał wówczas mjr. cc. Hieronim Dekutowski "Zapora" – komendant oddziałów leśnych WiN Inspektoratu Lublin. "Zapora", w związku z przedłużającą się akcją ujawnieniową , zabraniał podejmowania walk z wyjątkiem koniecznej samoobrony.
Nie mając odpowiednich sił do przeprowadzenia takiej akcji, "Wiktor" nawiązał kontakt z dowódcami oddziałów operujących na sąsiednich terenach: Józefem Strugiem "Ordonem" i Edwardem Taraszkiewiczem "Żelaznym" (obaj nominalnie także podlegali "Uskokowi"). Koncentracja oddziałów (w sumie ok. 20 partyzantów) odbyła się w Albertowie. Wszyscy dowódcy uznali, że aktywiści z Puchaczowa stanowią ogromne zagrożenie dla pozostałych grup "Uskoka". Podczas odprawy ustalono plan akcji. Partyzantów podzielono na 4 grupy: "Wiktora", "Żelaznego", "Ordona" i "Bystrego" (Eugeniusza Lisa – brata poległego w Turowoli "Stacha"). Puchaczów podzielono na sektory podległe każdej z grup, a każdy z dowódców otrzymał wykaz osób przeznaczonych do likwidacji.
Cała akcja odbyła się nad ranem 3 lipca 1947 r., kiedy mieszkańcy byli pogrążeni w głębokim śnie. W jej wyniku zginęły 22 osoby (jedna ofiara zmarła później z ran).
Zlikwidowano m.in. dwóch donosicieli – Władysława Augustowicza i Franciszka Ukalskiego. Trzeci z nich – Henryk Grot – tego dnia nie był obecny w Puchaczowie i uniknął śmierci.
Komuniści twierdzili oczywiście, iż byli to ludzie niewinni, a podpierając się dokumentami, stwierdzali, że tylko 8 ze straconych było członkami PPR. Sprawę tej dziwnej akcji wyjaśnił Henryk Pająk w pracy „Uskok kontra UB” (1992, s. 114 – 115). W aktach UB trafił on na dokument z
25 czerwca 1952 r. podpisany przez sekretarza PZPR z Lublina, Hipolita Goraja, w którym podając nazwiska 13 spośród 21 straconych w Puchaczowie, sekretarz ów podawał, iż wszyscy wyżej wymienieni byli członkami PPR, natomiast formalnie nie byli ujęci w ewidencji członków PPR.
Cała akcja była kompletnym zaskoczeniem dla mieszkańców miejscowości, niektórych z nich zlikwidowano w czasie snu. Grupy likwidacyjne wycofały się bez strat. Ponadto jeden z oddziałów partyzanckich spalił mos
t na rzece Śwince, wiodący z Łęcznej do Puchaczowa.
Kpt. Zdzisław Broński "Uskok" (1912 – 1949) – część 2
Strona główna – wprowadzenie >
Kpt. Zdzisław Broński "Uskok" (1912 – 1949) – część 2
Jak większość dowódców z AK-owskim rodowodem, "Uskok" stosował taktykę Kedywu: operował małymi "patrolami", dla wykonania akcji wymagającej większych sił ogłaszał koncentrację kilku oddziałów, potem partyzanci rozpraszali się w terenie. On sam miał kilka kryjówek, m.in. bunkier w Dąbrówce koło Łęcznej (obecnie Nowogród), w stodole gospodarstwa Lisowskich. Bunkier ukryty był pod ziemią, wejście wydrążone było w ścianie, wewnątrz bunkra znajdowały się dwa radioaparaty i duże ilości broni. Prócz zaufanych sztabowców "Uskoka" jakiś czas spędził tu "Żelazny", ranny podczas jednej z akcji w lewą rękę. Wtedy to spisał fragmenty kroniki swego oddziału, dzięki czemu możemy poznać nieco bliżej codzienność ostatniego z polskich powstań. Również "Uskok", siedząc w bunkrze, dużo czytał i pisał. Pamiętniki „Uskoka” przejęte przez UB po jego śmierci, zostały odnalezione przez IPN i w 2004 r. wydane pod red. S. Poleszaka.

Kapitan "Uskok" walczył do wiosny 1949 roku. Nie został pokonany w bitwie, lecz – podobnie jak "Orlik", "Zagończyk" i wielu innych dowódców – stał się ofiarą zdrady. Zaczęło się od amnestii 1947 r. "Uskok" nie ujawnił się, wietrząc podstęp, powtarzał za "Zaporą", że komunistyczna amnestia jest dla złodziei. Niestety – wielu partyzantów dało się oszukać. Skorzystał z "dobrodziejstw" amnestii żołnierz z oddziału "Uskoka" – Franciszek Kasperek – "Hardy" – i w ten sposób sam oddał się w łapy lubartowskiego UB, kierowanego przez Lucjana Łykusa.
"Hardy" był wielokrotnie zatrzymywany, bito go i obiecywano karierę polityczną, aż w końcu 07.01.1949 r. podjął współpracę z UB pod kryptonimem „Janek”. Otrzymał zadanie odnowienia kontaktów z partyzantką. Udało mu się dotrzeć do swego dowódcy – Zygmunta Libery "Babinicza", który był zastępcą kpt. Brońskiego i dowódcą jego obstawy. TW „Janek” nawiązał kontakt i podczas jednego ze spotkań "Babinicz" został aresztowany i po wielodniowym bestialskim przesłuchaniu zdradził miejsce pobytu swego dowódcy, w bunkrze pod stodołą u Lisowskich w Dąbrówce k/ Łęcznej. Ich wnuczka, Irena Dybkowska-Sobieszczańska (była już łączniczką "Uskoka") do końca życia zapamiętała ten moment: „…Gdy ubowcy wprowadzili "Babinicza" do domu dziadków Lisowskich, poznałam go z trudem. I nawet nie jego opuchnięta, zasiniaczona twarz najbardziej mnie zaszokowała. Przeraził mnie wygląd jego bosych stóp. Były to dwie kłody! tak spuchnięte, że chyba nie istniały na świecie buty, w które by weszły te stopy! Domyśliłam się wszystkiego…”.
My także możemy się domyślać, jakim torturom poddali tego człowieka ubowcy, że zgodził się na współpracę.

Por. Zygmunt Libera "Babinicz", z-ca kpt. "Uskoka". Aresztowany 20.V.1949 w Ziółkowie, pow. Lublin. Zamordowany 28.V.1950 na Zamku w Lublinie, na mocy wyroku WSR Lublin.
Rankiem 21.05.1949 r. zabudowania Lisowskich otoczyła grupa operacyjna MO, UBP i KBW. Próbowano różnych sposobów by ująć „Uskoka” żywego. Do kawy, którą Irenka miała zanieść "Uskokowi", dodano środek nasenny, dziewczynę podprowadzono pod pistoletami do włazu bunkra. Powiedziała: przyniosłam panu kawę… To wystarczyło, by Broński odebrał kawę, lecz jej nie tknął. Normalnie dziewczyna nazywała go "wujkiem". Potem ubecy próbowali zalać bunkier, ich dowódca wezwał z Łęcznej komendanta straży pożarnej – ten jednak miał odwagę odmówić i dać rozkaz odjazdu. Widząc zdecydowaną postawę jego i innych strażaków, ubecy nie mieli odwagi go zatrzymać. Spróbowano więc pertraktacji z "Uskokiem". Jak zwykle kuszono wypuszczeniem albo niskim wyrokiem, jak zwykle nie miano zamiaru słowa dotrzymać. Obiecywano nawet wypuszczenie z więzień innych partyzantów i niewiele brakowało, by Broński dał się skusić choćby mało prawdopodobną możliwością polepszenia losu swych żołnierzy. Był też dziwny moment, gdy "Uskok" przemawiał z bunkra do żołnierzy z ubeckiej obławy – odwołując się do ich godności i patriotyzmu… W połowie nocy łapacze chwycili się ostatniego sposobu: kilofami i łopatami zaczęli rozwalać klepisko stodoły stanowiące zarazem sklepienie podziemnego bunkra.
Nowogród (dawniej Dąbrówka) Pomnik ku czci kpt. "Uskoka", stojący dokładnie w miejscu, gdzie w stodole Lisowskich znajdował się bunkier, w którym zginął Zdzisław Broński. Obława UB-KBW posuwała się od strony Wieprza, łąkami widocznymi za pomnikiem… W dniu 21 maja 1949 r. około 9 rano byli już blisko sukcesu, gdy nagle pod nogami zakołysała się ziemia, bunkier eksplodował… Kiedy wszystko się uspokoiło, zeszli na dół. Tułów "Uskoka" – wedle relacji świadków – leżał bez głowy i rąk na pryczy, w bałaganie przedmiotów rozrzuconych wybuchem granatu. Krwawy strzęp, wreszcie niegroźny. Drastyczny szczegół – zupełne zmasakrowanie głowy – dał początek legendzie, jakoby zginął łącznik z Lublina, a sam "Uskok" wymknął się wcześniej do lasu. Jednak – jak już obecnie wiadomo – była to tylko legenda, rozgłaszana na polecenie UB przez ich agenta, najprawdopodobniej w celu przygotowania przyszłej gry operacyjnej wymierzonej w pozostałych w podziemiu żołnierzy podległych kpt. "Uskokowi".
Nowogród. Tablica na pomniku w miejscu śmierci kpt. "Uskoka". Kpt. Zdzisław Broński „Uskok” zginął w bunkrze w Dąbrówce, jego ciało zabrali ubecy a miejsce pochówku do dziś pozostaje nieznane.
"Uskok" był odznaczony Srebrnym Krzyżem Orderu Virtuti Militari oraz Krzyżem Walecznych. Okazały pomnik "Uskoka" wzniesiony został w 1990 r. na cmentarzu parafialnym w Kijanach.

Pomnik ku czci kpt. "Uskoka" w Kijanach.
Tablica na pomniku w Kijanach. OSTATNIE AKORDY
10 marca 1950 r. odbył się proces Zygmunta Libery – "Babinicza". Mimo zasług podczas polowania na "Uskoka" Libera otrzymał 13-krotny wyrok śmierci. Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Nie inny byłby zapewne los Brońskiego, gdyby uwierzył w obietnice ubowców. "Babinicz" był jeszcze wykorzystany jako świadek w procesach dawnych towarzyszy broni, kilku podobno uratował, biorąc winę całkowicie na siebie. Gdy przestał być przydatny, wykonano wyrok – 28 maja 1950 r.
W tym samym roku, 1 września podziemie wykonało wyrok na zdrajcy, który zapoczątkował serię dramatów, na TW „Janku” – Franciszku Kasperku – "Hardym", a wykonawcą był oddział Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego”.
Śmierć komendanta "Uskoka" oznaczała koniec zorganizowanej walki pows
tańczej na Lubelszczyźnie. Do 1951 r. walczył jeszcze „Żelazny”, resztkami partyzantów "Uskoka" do roku 1953 dowodził wspominany już "Wiktor". To on zresztą ustalił okoliczności śmierci "Uskoka", potem , między innymi razem z Józefem Franczakiem "Lalkiem", wykonał kilka ataków na posterunki MO i na grupy funkcjonariuszy. Zginął 10 lutego 1953 r. podczas akcji ekspropriacyjnej na Gminną Kasę Spółdzielczą w Piaskach, gdy kasjer zdążył nacisnąć alarm i z sąsiedniego posterunku nadbiegła grupa milicjantów i ubeków. Podczas wymiany ognia "Wiktor" został ranny, jeszcze chwilę się ostrzeliwał, potem nastąpiła cisza. Gdy ubowcy do niego podbiegli, leżał już na ziemi i – jak zapamiętali świadkowie – miał twarz "całą czarną"… wykrwawił się na śmierć.
Kpt. Zdzisław Broński "Uskok" (1912 – 1949) – część 1
Strona główna – wprowadzenie >
Opracowano na podstawie:
Zdzisław Broński „Uskok" – Pamiętnik. Wrzesień 1939 – czerwiec 1941 [w:] Zeszyty Historyczne WiN-u nr 23/2005, Kraków 2005
H. Pająk – „Uskok kontra UB”, Lublin 1992
Praca zbiorowa: Konspiracja i Opór Społeczny w Polsce 1944-1956, Kraków-Warszawa-Wrocław 2002
Mjr Marian Bernaciak „Orlik” (1917 – 1946)
Marian Bernaciak urodził się dnia 6 marca 1917 roku. W chwili śmierci
miał więc 29 lat. W stopniu majora był wtedy zwierzchnikiem wszystkich
oddziałów i grup zbrojnych WiN, trwających jeszcze na terenie
Inspektoratu Puławy.

Mjr Marian Bernaciak „Orlik”
Po ukończeniu szkoły powszechnej w Rykach i gimnazjum im. Adama
Czartoryskiego w Puławach odbył służbę wojskową w Szkole Podchorążych
Artylerii w Zambrowie. Ukończył ją w 1938 roku w stopniu podchorążego,
otrzymując przydział mobilizacyjny do 2 Pułku Artylerii Ciężkiej w
Chełmie. Do chwili wybuchu wojny był zatrudniony jako pracownik
kontraktowy w urzędzie pocztowym w Sobolewie.
1 września 1939 roku stawił się w 2 PAC, otrzymał nominację na
podporucznika i rozpoczął swą długą, trwającą bez mała siedem lat
wojnę. We wrześniu walczył z Niemcami i najeźdźcą sowieckim. Po
dramatycznej obronie Włodzimierza Wołyńskiego przed Armią Czerwoną
dostał się do sowieckiej niewoli. Wieziony do obozu, po minięciu
Szepietówki, już na terytorium ZSRR, uciekł z transportu i w mundurze
wrócił do rodzinnego Zalesia. Nie miał tylko dystynkcji i czapki.
Transport szedł do Kozielska. Było w nim wielu oficerów 2 PAC, których
później zamordowano w Katyniu. Wśród nich przełożony ppor. Bernaciaka,
płk Lucjan Jasiński, dowódca artylerii grupy „Włodzimierz”.
Natychmiast po powrocie, Marian Bernaciak rozpoczął działalność w
Związku Walki Zbrojnej, przyjmując pseudonim „Dymek”. Prowadził w
Rykach niewielki sklep z książkami i materiałami piśmiennymi, który był
przykrywką jego pracy konspiracyjnej. Mianowany szefem Kedywu podobwodu
„A” (Dęblin – Ryki), należącego do Obwodu AK, był organizatorem i
dowódcą wielu akcji dywersyjno – sabotażowych. Jesienią 1943 roku
zdekonspirowało go gestapo. Poszedł wówczas do lasu na czele zawiązku
oddziału partyzanckiego, który wkrótce rozrósł się do kompanii. Był to
sławny OP I/15 pp. „Wilków” AK.
Wtedy „Dymek” stał się „Orlikiem”. Wraz z oddziałem uczestniczył w
wielu akcjach zbrojnych. Dowodził nim w czasie „Burzy”, gdy oddział
liczył już około 300 ludzi. Po wkroczeniu Armii Czerwonej i nieudanej
próbie marszu z pomocą Warszawie, oddział został rozwiązany. Zaczęło
się wielkie polowanie UB i NKWD na jego żołnierzy, a przede wszystkim
na dowódcę. Zabijano ich na miejscu, zamykano w więzieniach, wywożono
do sowieckich łagrów.
W marcu 1945 roku „Orlik” odtworzył oddział, by dać w nim
schronienie swym partyzantom i bronić chłopów przed gwałtami i
rabunkami NKWD i UB. Dowództwo oddziału powierzył por. „Świtowi”
(Zygmunt Kęska), sam zajął się organizowaniem zbrojnej samoobrony na
terenie Inspektoratu Puławy. Początkowo był podporządkowany Delegaturze
Sił Zbrojnych, później wszedł w skład WiN. Wkrótce jego zgrupowanie
partyzanckie zyskało szeroki rozgłos wieloma brawurowo wykonanymi
akcjami zbrojnymi. Większością z nich „Orlik” dowodził osobiście.
Oddział przeprowadził wiele akcji przeciwko komunistycznemu aparatowi
terroru:
24.IV.1945 rozbił PUBP w Puławach uwalniając 107 więźniów;
1.V.1945 pod Annówką rozbił grupę operac. UB. Zginęło 12
funkcjonariuszy, 24 dostało się do niewoli, po czym zostali rozbrojeni,
rozmundurowali i puszczeni wolno.
24 maja 1945 w Lesie Stockim
zgrupowanie „Orlika” wspierane przez oddział Czesława Szlendaka
„Maksa”, stoczyło jedną z największych bitew Antysowieckiego Powstania.
Ok. 170 partyzantów zostało zaatakowanych przez liczącą ok. 700 ludzi
ekspedycję NKWD i UB wyposażonych w transportery opancerzone. Po
całodziennej walce żołnierze „Orlika” odnieśli zwycięstwo. Zginęło 17
żołnierzy NKWD i 10 funkcjonariuszy UB i MO – w tym Naczelnik Wydziału do
Walki z Bandytyzmem WUBP Lublin kpt. Henryk Dereszewicz [bliski kumpel Adama
Humera]. Po stronie WiN poległo 8-12 partyzantów.
Wiosną 1946 „Orlik”
podzielił zgrupowanie na dwa pododdziały: „Żuka” [Zygmunta
Wilczyńskiego] i „Spokojnego” [Wacława Kuchnio]. Oddziały te przetrwały
do amnestii w 1947 roku, część żołnierzy nie ujawniła się i walczyła
nadal z komunistycznym terrorem.

Partyzanci WiN mjr „Orlika” – pluton Bolesława Mikusa „Żbika”, Lato 1946
Major Marian Bernaciak „Orlik” zginął 24 czerwca 1946 roku. Wraz z żołnierzami ochrony osobistej wracał z odprawy dowództwa Inspektoratu WiN Puławy do swojego zgrupowania stacjonującego koło wsi Hordzieżka w powiecie łukowskim. 20 kilometrów przed celem grupa zatrzymała się na skraju wsi Piotrówek, aby podkuć konia u kowala Jana Pyrki. O podejrzanych gościach sołtys Jan Maraszek, za pośrednictwem syna kowala, powiadomił posterunek MO w pobliskim Trojanowie i oddział żołnierzy z 1. DP w Więckowie, którzy patrolowali teren przed zbliżającym się referendum. Zorganizowano zasadzkę. Jedna grupa wkroczyła do wsi, a druga zablokowała przewidywaną drogę ucieczki do pobliskiego lasu.
Partyzanci podjęli próbę przebicia się z okrążenia, ale tylko dwóm udało się wyrwać z kotła. Dwóch wpadło w ręce UB, natomiast „Orlik” wraz z n/n „Ogarkiem”, polegli.
Do końca nie jest wiadome czy mjr Marian Bernaciak „Orlik” poległ w walce, czy ranny, popełnił samobójstwo.
Bolesław Mikus “Żbik”, ostatni dowódca jednego z pododdziałów zgrupowania “Orlika”, tak opowiada o jego ostatnich chwilach: “Orlik” wycofywał się do lasu i został ranny w kolano i w ramię. Nie miał drogi odwrotu. Podobno zdążył spalić część dokumentów, które miał przy sobie. “Orlik” był wspaniałym człowiekiem – zrównoważonym, mądrym, odważnym i bez reszty oddanym Ojczyźnie” – dodaje “Żbik”.
Nieco inaczej przedstawia zdarzenia meldunek KP MO Garwolin z 28 czerwca 1946 r. (pisownia oryginalna):
„W dniu 24 bm. około godz. 13-tej sołtys gromady Więcków gm. Trojanów przez małego chłopca powiadomił placówkę MO przy obwodzie głosowania Nr 58 w Więckowie, że we wsi Piotrówek gm. Trojanów jest 4-ech nieznanych ludzi, z których jeden rozgląda się dookoła i coś obserwuje a dwóch kują konie w miejscowej kuźni. Patrol MO natychmiast wuruszyła na wywiad. W tym czasie jechało wojsko do Więckowa celem obsadzenia obwodu nr 58 gdyż milicja miała przejść na inny obwód. Wojsko to natknęło się na wyżej wspomnianą grupę nieznanych ludzi, którzy przywitali żołnierzy strzałami. Podczas wymiany strzałów nadbiegła patrol milicji. W tym czasie „Orlik” już ranny uciekał. Milicjanci Jakubiak Kazimierz kpr., Karczewski Jan szer., Gołębiowski Zbigniew szer. i st. szer. Łuczkowski Witold udali się w pogoń za „Orlikiem”. Milicjant Jakubiak Kazimierz wyprzedzając innych wezwał „Orlika” do odrzucenia broni i poddania się. Gdy ten nie usłuchał Jakubiak wycelował i oddał strzał którym położył na miejscu bandytę „Orlika”. Wszyscy milicjanci są z pow. Błonie przysłani na okres Referendum”.
Zabicie “Orlika” istotnie musiało mieć dla komunistów wielkie znaczenie i być ogromnym sukcesem, jeżeli sześciu funkcjonariuszy i żołnierzy biorących udział w akcji otrzymało Krzyże Grunwaldu III klasy, pięciu – Krzyże Virtuti Militari V klasy, siedmiu pozostałych – Krzyże Walecznych.
Ciało „Orlika” ubecy zabrali do Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa na Pradze w Warszawie. Tam przez kilka dni upewniali się, czy to on, sprowadzając do jego zwłok więzionych rodziców i podkomendnych. Jedną z nich była Halina Rybakowska „Iskierka”, która tak zapamiętała ostatnie spotkanie ze swoim dowódcą:
„W wielkiej świetlicy ułożono go na deskach podwyższonych w górnej części ciała. Twarz była czysta i spokojna, wyglądał jakby spał, ręce miał ułożone wzdłuż ciała, lewa była pokrwawiona i poszarpana pociskiem dum-dum, prawa zupełnie czysta. Miał na sobie zielonkawą kurtkę o kroju wojskowym i bryczesy. Zaszokowały mnie jego bose stopy, z palcami nadgryzionymi przez szczury. Sala była wypełniona przez wysokiej rangi umundurowanych, obwieszonych orderami – mundury polskie i ruskie. Żołnierzy „Orlika” zwożono z różnych więzień i aresztów, doprowadzono też jego rodziców w celu zidentyfikowania go. Modlitwą i łzami pożegnałam swojego dowódcę.” [Mirosław Sulej – „Marian Bernaciak „Orlik”, Warszawa-Zielonka-Ryki 2005 (str. 62)]
Niestety śmierć „Orlika” była jednocześnie silnym ciosem dla jego podkomendnych i współpracowników. Komendant Związku Zbrojnej Konspiracji mjr Franciszek Jaskulski „Zagończyk” wydał w związku z tym wydarzeniem rozkaz (26.06.1946 r.), w którym m.in. czytamy:
„W związku ze śmiercią śp. Komendanta Orlika zarządzam na terenie całego ZZK i we wszystkich oddziałach 4-tygodniową żałobę. Zakazuję wzięcia udziału poszczególnym członkom w jakichkolwiek zabawach”.

Pośmiertna fotografia mjr. Mariana Bernaciaka „Orlika”, wykonana przez ubeków
dnia 24 czerwca 1946 r.
W pamięci swych
żołnierzy i wszystkich, którzy go znali, „Orlik” pozostał wzorem
oficera i dowódcy. Zrównoważony, rozsądny i opanowany, nie szafował
ludzkim życiem, cieszył się ogromnym autorytetem i szacunkiem. Wymagał
wiele, nie tylko od swych podkomendnych, ale i od siebie. Nigdy nie
wypił więcej niż kieliszek alkoholu. Ostro tępił pijaństwo, szerzące
się wśród niektórych partyzantów. Nigdy nie działał pochopnie. Każdą
decyzję, zwłaszcza taką która mogła pociągnąć utratę czyjegoś życia,
rozważał starannie i wszechstronnie. Gdy ją podjął, twardo dążył do jej
realizacji. Rodziny nie założył, bo uważał, że nie czas ku temu.
Dziś w Rykach, z którymi przez całe życie tak blisko był związany,
upamiętnia go napis na znajdującym się na tamtejszym cmentarzu grobowcu
rodziny Bernaciaków. Leżą w nim rodzice i najstarszy brat. „Orlika” tam
nie ma, choć widnieje tam jego nazwisko, pseudonim, funkcja i data
śmierci. „Gdy postawiłem ten pomnik – mówi Lucjan Bernaciak – i kazałem
napisać, że Marian był dowódcą oddziału AK, wezwano mnie do UB w
Garwolinie i powiedziano, żebym to skasował, bo on tam nie leży, a
ponadto nie wolno stawiać pomników bandycie. Odpowiedziałem, że dla was
to bandyta, ale dla mnie brat. Dali spokój i tak zostało. Dali spokój,
bo za bramą cmentarną kończyła się wszechwładza”.
A jeśliby nawet wtargnęli na cmentarz i zaczęli rozbijać nagrobki,
niewątpliwie wywołaliby bardzo kłopotliwą dla siebie reakcję
społeczeństwa, tego zaś pragnęli uniknąć. Machnęli więc ręką. Do końca
ich panowania „Orlik” pozostał dla nich bandytą. Za takiego uważają go
i dziś spośród nich, którzy jeszcze żyją. Takim też był- i nadal jest –
dla ich następców w SB i MO.
26 czerwca 2005 roku w Zalesiu koło Ryk, przed domem, w którym
urodził się „Orlik” miała miejsce uroczystość odsłonięcia i poświecenia
pomnika majora Bernaciaka. Rozpoczęła się ona mszą świętą w kościele
parafialnym w Rykach celebrowaną przez ks. biskupa Zbigniewa
Kiernikowskiego. Właściwa uroczystość odbyła się w Zalesiu. Wzięły w
niej udział parlamentarzystki – posłanka Elżbieta Kruk i senator Teresa
Liszcz. Obecni byli samorządowcy z terenu powiatu ryckiego; Dęblin
reprezentował burmistrz Dariusz Cenkiel. Towarzyszyły mu harcerki z 3
Dęblińskiej Drużyny Harcerskiej ZHR „Płomień” i harcerze z 1
Dęblińskiego Samodzielnego Zastępu Harcerzy „Parasol” ZHR. Nie mogło
zabraknąć przy tej wyjątkowej okazji działaczy kombatanccy, rodzeństwo
majora Mariana Bernaciaka. Przy udziale asysty wojskowej, pocztów
sztandarowych organizacji kombatanckich, harcerzy i szkół towarzysze
broni „Orlika” – jego brat Lucjan Bernaciak „Janusz”, Tadeusz Mikus
„Żbik” i Henryk Gośniak „Cezary”- również honorowy członek Społecznego
Komitetu Budowy Pomnika – dokonali odsłonięcia pamiątkowego kamienia z
inskrypcją i symbolami krzyża i Polski Walczącej. Pomnik poświęcił
ordynariusz siedlecki – biskup Kiernikowski.
OPERACJA "LAWINA" – UBecka zbrodnia bez precedensu – część 1
OPERACJA "LAWINA" – Likwidacja zgrupowania NSZ kpt. Henryka Flame ps. "Bartek"
Do
wymordowania w 1946 r. na Śląsku Opolskim największego
antykomunistycznego zgrupowania zbrojnego na obszarze Górnego
Śląska i Podbeskidzia UB-ecja posłużyła się grą operacyjną.
Polegała ona nie tylko na wprowadzaniu agentury do kierownictwa
istniejących już struktur konspiracyjnych, ale i na tworzeniu
nowych, całkowicie fikcyjnych organizacji, w pełni kontrolowanych
przez bezpiekę
Rozbicie oddziałów
dowodzonych przez kpt. Henryka Flame "Bartka" było
ubocznym efektem znacznie szerszej gry operacyjnej Ministerstwa
Bezpieczeństwa Publicznego, prowadzonej przeciwko Narodowym Siłom
Zbrojnym.
Akcja ta stała się dla UB swego rodzaju poligonem
doświadczalnym. Nie wydaje się bowiem przypadkowe, że
najważniejszy w tym przypadku "rozgrywający",
funkcjonariusz UB – Henryk Wendrowski, w latach następnych odegrał
jedną z kluczowych ról w opanowaniu przez władze
bezpieczeństwa krajowych struktur Zrzeszenia Wolność i
Niezawisłość.
Przeprowadzenie przez UB tak poważnej i
tragicznej w konsekwencji akcji budzi nadal szereg pytań związanych
z jej przebiegiem i wskazaniem osób odpowiedzialnych za
wydanie decyzji o zabójstwie żołnierzy.
Przygotowanie
akcji
Lata 1945-1947 to na Podbeskidziu okres
największego nasilenia działań zbrojnego podziemia
antykomunistycznego. Zgrupowanie pod dowództwem "Bartka"
było największą i najbardziej aktywną antykomunistyczną formacją
działającą na tym terenie, która w okresie szczytowego
rozwoju organizacyjnego wiosną 1946 r. liczyła ponad trzystu
członków oraz kilkuset informatorów.

kpt. Henryk Flame "Bartek"
Dowódca wspomnianego
zgrupowania NSZ kpt.Henryk Flame to przedwojenny pilot 2 pułku
lotniczego w Krakowie. W kampanii wrześniowej walczył w 123
Eskadrze Myśliwskiej przydzielonej do Brygady Pościgowej. Można
domniemywać, że Henryk Flame był absolwentem Szkoły Podoficerów
Lotnictwa dla Małoletnich w Bydgoszczy. Świadczył by za tym niski
stopień wojskowy, a zaawansowany poziom pilotażu, bo przecież
myśliwcami zostawali tylko najlepsi. Zatem Henryk Flame został tuż
przed wojną świeżo upieczonym myśliwcem w stopniu kaprala pilota,
latającym na przestarzałym i nie spełniającym już wymogów
ówczesnego pola walki samolocie PZL-7a. Kpr.pil. Henryk Flamme
w pierwszej walce powietrznej lądował przymusowo na postrzelanej
ciężko maszynie. Jego „siódemkę” przyholowano do bazy
koło Jabłonny lecz nie nadawała się już do dalszych lotów.
Z powodu braku uzupełnień kpr. Flame, więcej lotów w
kampanii wrześniowej nie wykonał bo było wielu chętnych do tego
wyższych stopniem i stażem niż młody kapral.
Po ustaniu walk we Wrześniu
Henryk Flame uciekł na Węgry, gdzie został internowany. W 1940 r.
uciekł i wrócił do Polski; pracował na kolei. Do
partyzantki trafił w 1944 r. Swój los połączył z
organizacją Narodowe Siły Zbrojne i w jej szeregach zdobył
odpowiednie doświadczenie bojowe oraz stopień kapitana. Po
przejściu frontu został w 1945 r. na krótko komendantem
posterunku milicji w Czechowicach. Groziło mu aresztowanie, uciekł
znowu do lasu. Najpierw z 10 ludźmi, potem z 60. Z czasem dowodził
zgrupowaniem kilkunastu oddziałów partyzanckich w sile ok.
300 żołnierzy. Oddziały te pod jego dowództwem stoczyły
wiele bitew i potyczek z utrwalaczami władzy „ludowej” spod
znaku UB i NKWD na terenie Podbeskidzia i okolic. Między innymi
głośną akcją było zdobycie miejscowości wypoczynkowej Wisła w
dniu 3 maja 1946r. i kilkugodzinna defilada oddziałów NSZ,
połączona z manifestacją patriotyczną.
Lokalne oddziały bezpieki
oraz Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w
Katowicach od początku formowania się oddziału w maju 1945 r.
podjęły próby jego likwidacji. Natrafiono jednak w tym
zakresie na poważne trudności wynikające początkowo z dość
słabego rozeznania UB w terenie, a następnie przede wszystkim z
dobrej organizacji zgrupowania, które właściwie do lata 1946
r. nie poniosło większych strat.
Masowe aresztowania, które
dotknęły dowództwo NSZ latem 1945 r., wprowadziły w szeregi
podziemia narodowego znaczny chaos organizacyjny. Po rozbiciu
struktur w Wielkopolsce i aresztowaniu inspektora Obszaru Wschodniego
NSZ ciężar pracy konspiracyjnej przeniesiony został na południe,
głównie na Górny Śląsk. Jesienią 1945 r. doszło do
powstania nowego Obszaru Śląskiego, w ramach którego na
czele VII Okręgu Śląskiego NSZ stanął mjr Kazimierz Zaborski "Łamigłowa". Zaborski już w 1944 roku objął funkcję obwodu Będzin NSZ, przez cały czas rozbudowując podległą sobie konspirację narodową w Zagłębiu Dąbrowskim. Już w końcu czerwca 1945 roku podjął rozmowy z Komendą Okręgu Katowice w celu połączenia grupy Katowickiej i Zagłębiowskiej. Szefowie okręgów porozumieli się co spowodowało iż "Łamigłowa" został awansowany na majora i objął funkcję komendanta VII Okręgu Śląskiego NSZ, stając się tym samym jedną z najważniejszych postaci struktur podziemia narodowego na tym terenie.
Na chwilę obecną, nie jest jasne dlaczego szef wywiadu Zagłębia Dąbrowskiego – Kazimierz Kłodawski, w trakcie śledztwa podał nazwisko "Łamigłowy" co pozwoliło na aresztowanie i zwerbowanie go jako agent „RR”, „Górny”. Motywem przejścia na stronę aparatu bezpieczeństwa stało się aresztowanie córek Komendanta VII Okręgu, który już we wrześniu 1945 sporządził swoje pierwsze doniesienie.
Pod koniec października
doszło jednak do rozbicia nowo powstających struktur. Po jesiennej
fali aresztowań agent Kazimierz Zaborski "RR", przystąpił do odtwarzania
organizacji, tym razem już pod całkowitą kontrolą władz
bezpieczeństwa. Jako komendant śląskiego obszaru NSZ rozpoczął
tworzenie prowokacyjnej organizacji Śląskie Siły Zbrojne.
Wspierany przez kilku pracowników resortu bezpieczeństwa,
powołał fikcyjne dowództwo, a sam zaczął występować
przed innymi działaczami podziemnymi jako organizator pracy
konspiracyjnej. Dzięki temu w lutym 1946 r. "RR" nawiązał
kontakt ze środowiskiem działaczy narodowych m.in. z Chorzowa,
Siemianowic i Krakowa. Za ich pośrednictwem w kwietniu spotkał się
w Krakowie z kpt. Franciszkiem Wąsem "Warmińskim", b.
szefem Wydziału I Organizacyjnego Okręgu Krakowskiego NSZ, którego
w tym momencie "przejął" inny funkcjonariusz UB – Henryk
Wendrowski, były żołnierz AK, od 1944 r. działający po stronie
komunistów.
Został on włączony do gry operacyjnej na
Górnym Śląsku przypuszczalnie jesienią 1945 r., kiedy to
pod ps. "kpt. Lawina" wprowadzono go do Rady Politycznej
NSZ Okręgu Śląskiego. Prawdopodobnie w połowie kwietnia 1946 r.
Wendrowski rozpoczął działania operacyjne w Gliwicach, gdzie
podając się za organizatora pracy konspiracyjnej, wprowadzony
został w miejscowe środowiska opozycyjne. W lipcu 1946 r. przy
współpracy z agentem "RR" i za pośrednictwem
"Warmińskiego" Wendrowski, występujący jako
przedstawiciel "Okręgu NSZ", dotarł do jednego z
łączników "Bartka".
Ów łącznik, będąc
przekonanym, że pracuje dla sztabu organizacji, z którą
związany był już w okresie wojny, doprowadził funkcjonariusza UB
prosto do "Bartka", przebywającego wówczas ze swym
oddziałem na Baraniej Górze.
Do pierwszego spotkania
"kpt. Lawiny" z dowódcą zgrupowania doszło na
początku sierpnia 1946 r. w obozowisku leśnym. Od tego momentu w
szybkim tempie potoczyły się wydarzenia, które doprowadziły
do wymordowania większości oddziału.
"Kpt. Lawina"
bardzo umiejętnie przedstawił fikcyjny rozkaz "Okręgu NSZ"
nakazujący przeniesienie zgrupowania w kilku transportach w rejon
Jeleniej Góry, gdzie miała być rzekomo kontynuowana
działalność zbrojna.
"Bartek", pomimo zastrzeżeń,
od początku – jak się wydaje – zaakceptował przedstawiony plan
przerzutu. Niewątpliwie znaczący wpływ na jego decyzję miała
pogarszająca się latem 1946 r. sytuacja militarna zgrupowania,
które poniosło wówczas pierwsze znaczniejsze straty
oraz przechodziło poważne problemy aprowizacyjne. Rozkaz o
przerzucie na Zachód mógł wydawać się jedynym
wyjściem z coraz trudniejszej sytuacji. Z pewnością na powodzenie
akcji "kpt. Lawiny" wpłynął również fakt, że
przez ponad pół roku, od początku 1946 r., "Bartek"
pozbawiony był kontaktu z jakąkolwiek władzą zwierzchnią.
Niewątpliwie tragicznym paradoksem jest, że dowództwo
zgrupowania, nie zdając sobie oczywiście sprawy z opanowania Okręgu
NSZ przez UB, od dłuższego czasu czekało na przedstawiciela
sztabu, który miał przybyć z rozkazami dotyczącymi dalszej
działalności. Taką osobą okazał się "kpt. Lawina".
Przed
20 sierpnia 1946 r. opracowany został przez UB, prawdopodobnie przez
Wendrowskiego, „Plan likwidacji »B «”, precyzujący
działania władz bezpieczeństwa wobec największego na Podbeskidziu
zgrupowania zbrojnego. W pierwszej kolejności przewidywał on
przewiezienie do Gliwic dowództwa zgrupowania, które
stamtąd miało sprawować kontrolę nad całą akcją. Szczegółowy
plan przerzutu zakładał trzy transporty w pierwszych dniach
września. Pierwszy miał objąć kilkunastu żołnierzy, pozostałe
– po około 30, czyli łącznie ok. 90 osób. Ciężka i
długa broń miała być przewieziona w osobnych ciężarówkach.
Raport agenta MBP Henryka Wendrowskiego z prowokacyjnej operacji „Lawina”, zakończonej wymordowaniem żołnierzy „Bartka”.
Plan przewidywał umieszczenie w "punkcie w opolskim"
uzbrojonej grupy operacyjnej UB, która miała występować
"pod płaszczykiem ludzi wyznaczonych przez Okręg Opolski NSZ
dla ochrony punktu".
Ostatni etap likwidacji, tzn.
rozbrojenie i zatrzymanie, miał nastąpić w czasie snu, po kolacji
z alkoholem. Schemat ten miał się odnosić do wszystkich czterech
planowanych transportów. W następnej kolejności zamierzano
stopniowo rozbroić pozostałych członków zgrupowania (około
80), którzy pozostali na miejscu w górach.
Zasadniczy
problem w interpretacji tego dokumentu dotyczy pojęcia "likwidacja".
Sformułowanie, że "na punkcie likwidacyjnym będzie stała
jedna maszyna [ciężarówka] w ukryciu służąca do
przewożenia aresztowanych, ewentualnie trupów", może
wskazywać, że celem przedstawionego planu było raczej zatrzymanie
członków zgrupowania, przy czym liczono się z ewentualnymi
ofiarami śmiertelnymi. Wydaje się, że dokument nie odnosił się
do planowej eksterminacji (masowego zabójstwa). Nie można
więc wykluczyć, że plan ten uległ zasadniczej zmianie już w
czasie trwania samej akcji.
Na przełomie sierpnia i września do
gry operacyjnej jako "por. Korzeń" bezpośrednio włączony
został kolejny funkcjonariusz UB – młodszy referent Wydziału III
Departamentu III MBP – Czesław Krupowies, który uczestniczył
w bezpośredniej organizacji przerzutów.

Żołnierze ze zgrupowania
NSZ kpt. Henryka Flame "Bartka". Od lewej: Alojzy Wizner "Lis", Antoni Wizner "Brzoza", straceni 15 stycznia 1947 r. w Bielsku na mocy wyroku WSR w Katowicach.
OPERACJA "LAWINA" – UBecka zbrodnia bez precedensu – część 2
Likwidacja
Przebieg transportów
oraz bezpośrednie okoliczności zabójstwa członków
zgrupowania "Bartka" nadal pozostają nieznane. Pewny jest
jedynie fakt, że na Śląsku Opolskim doszło do zamordowania,
według szacunkowych danych, co najmniej 90-100 osób.
Dotychczasowe ustalenia wskazują na dwa domniemane miejsca masowych
mordów żołnierzy "Bartka", znajdujące się na
Opolszczyźnie: okolice tzw. zameczku Hubertus, położonego między
miejscowościami Dąbrówka i Barut (obecnie na granicy
powiatów gliwickiego i strzeleckiego) oraz okolice Łambinowic
(obecnie powiat nyski). Nie można wykluczyć, że tych miejsc było
więcej.
W pobliżu zameczku
Hubertus, okoliczni mieszkańcy zauważyli nadjeżdżające w nocy 25
na 26 września auta, a rano ogromny wybuch. Słychać było strzały
i krzyki, ale teren był otoczony przez kilka dni. Gdy obstawa
wyjechała, odnajdywali w tym miejscu strzępy ciał. Gajowym był tu
znajomy „Bartka” z okolic Bielska i to on go zawiadomił o
zdarzeniu. Henryk Flame przyjechał do Hubertusa po amnestii w 1947
roku. Jak relacjonowała jego kochanka, która mu towarzyszyła,
„Bartek” poszedł z gajowym w głąb lasu i nie było go
kilkadziesiąt minut. Gdy wrócił, był wstrząśnięty i
słowa nie powiedział.
Za w pełni wiarygodne
informacje nie mogą uchodzić zeznania jednego z funkcjonariuszy UB
Jana Fryderyka Zielińskiego, w 1946 r. referenta PUBP w Cieszynie,
który miał być bezpośrednim, aczkolwiek – jak sam zeznał –
biernym obserwatorem eksterminacji żołnierzy, dokonanej rzekomo
przez grupę UB i kilkudziesięciu Rosjan. Nieznany jest żaden
dokument władz bezpieczeństwa, opisujący faktyczny przebieg akcji.
Z zeznań przez niego
złożonych wynika, że był świadkiem egzekucji około 69 członków
NSZ ze zgrupowania „Bartka”, których przywieziono z
terenów Podbeskidzia dwoma samochodami Ministerstwa Górnictwa
w okolice Łambinowic (woj. opolskie), w pobliże znajdującego się
tam wówczas poniemieckiego lotniska wojskowego. Przywiezionych
ludzi "Bartka" umieszczono w bliżej nieustalonym budynku (określanym
przez świadka jako budynek z nieotynkowanej cegły) na terenie
posiadłości ziemskiej. Przed przyjazdem samochodów lekarz z
Polikliniki na etacie UB wstrzykiwał do butelek z wódką
środek odurzający. Następnie tak przygotowany alkohol podano
przywiezionym członkom NSZ, po czym następnego dnia rano do
budynku, w którym oni spali wrzucono granaty ogłuszające.
Następnie ogłuszonych członków NSZ rozbierano, prowadzono
nad wykopany wcześniej dół i tam strzałem w tył głowy
pozbawiano życia.
W dalszej kolejności do
dołów ze zwłokami zastrzelonych wrzucono tabliczki
identyfikacyjne żołnierzy radzieckich i polskich w ilości
odpowiadającej ilości ciał. Egzekucji mieli dokonywać Rosjanie, a
będący na miejscu funkcjonariusze UB stanowili jedynie obstawę
terenu. Ponadto z treści zeznań J. Zielińskiego wynika, iż z
opowiadań kolegów dowiedział się, że następna grupa
żołnierzy NSZ ze zgrupowania "Bartka" została zamordowana w ten
sposób, iż umieszczono ich w uprzednio zaminowanym baraku,
który wysadzono w powietrze.
Z wszystkich transportów
prawdopodobnie ocalał zaledwie jeden członek zgrupowania. Według
jego relacji uczestnicy wyjazdu na punkcie przeładunkowym
umieszczeni zostali w jakimś budynku (myśliwskim zameczku lub
poniemieckiej szkole) w pobliżu lasu nad jeziorem. Atak nastąpił w
nocy, po kolacji suto zakrapianej alkoholem. Do pomieszczeń najpierw
wrzucono granaty, następnie wywiązała się strzelanina, podczas
której dobito rannych. W ten sposób mógł być
wymordowany jeden z trzech transportów.
Istnieją również
znaczne rozbieżności dotyczące miejsc i dat wyjazdów. Nie
było jednego, głównego punktu koncentracji zgrupowania, a
załadunek sprzętu i ludzi odbywał się w różnych
miejscach. Cała akcja, która trwała prawdopodobnie od 5 do
25 września 1946 r., przeprowadzona została więc z opóźnieniem
i odbiegała od założeń „Planu likwidacji »B «”.
Liczba osób wyjeżdżających w poszczególnych
transportach różniła się od planowanej. Problemy natury
organizacyjnej dotyczyły przede wszystkim załadunku ludzi. Podczas
całej akcji kilkanaście osób niejako „przy okazji”
zostało zatrzymanych i postawionych przed Wojskowym Sądem Rejonowym
w Katowicach, który wydał następnie w ich sprawach kilka
wyroków śmierci, wykonanych w grudniu 1946 r.

Zdjęcie wykonane po amnestii 1947 r. Henryk Flame „Bartek”
(pierwszy od prawej) wraz ze swoimi żołnierzami
(od lewej: Gustaw Matuszny, ps. „Orzeł Biały”, N.N., Stanisław Włoch, ps. „Lis”).
Doszło również
prawdopodobnie do kilku przypadków "pojedynczych"
morderstw na żołnierzach "Bartka", jak i na nim samym. W
marcu 1947 roku kpt. Flamme „Bartek” ujawnia się w ramach
kolejnej amnestii wraz z częścią swoich żołnierzy. W dniu 1
grudnia 1947 roku ginie od skrytobójczej kuli milicyjnej w
restauracji w Zabrzegu koło Czechowic-Dziedzic.

Zwłoki kpt. "Bartka"
skrytobójczo zastrzelonego przez milicjanta w barze w
Zabrzegu.
Odpowiedzialni
Wobec braku źródeł
nie można ciągle jednoznacznie ustalić faktycznych celów
przedstawionej prowokacji zorganizowanej przez władze
bezpieczeństwa. Bez odpowiedzi pozostaje pytanie, czy od samego
początku brano pod uwagę likwidację zgrupowania polegającą na
zbiorowym zabójstwie, czy też organizatorzy i wykonawcy jako
likwidację rozumieli ujęcie i osądzenie wszystkich członków
zgrupowania, licząc się z ewentualnymi ofiarami śmiertelnymi.
Bezpośrednio wiąże się z
tym zasadnicze pytanie, kto wydał rozkaz zamordowania żołnierzy.
Czy było to z góry zaplanowane działanie, czy też decyzję
podjęto już w trakcie akcji? Kto był bezpośrednim sprawcą
masowego zabójstwa? Wendrowski, kluczowa osoba w całej
operacji, na prawdopodobnych sprawców odpowiedzialnych za
rozkaz zabicia żołnierzy "Bartka" wskazywał swych
przełożonych – wiceministra Romana Romkowskiego oraz kierownika
Wydziału III Departamentu III MBP mjr. Władysława Śliwę, a
szefostwo WUBP w Katowicach (w tym szczególnie zastępcę
szefa WUBP kpt. Marka Finka) odpowiedzialnych za wykonanie akcji.
Przy rozpatrywaniu
odpowiedzialności kierownictwa WUBP warto wspomnieć o dokonanej
przy współudziale Wendrowskiego na początku sierpnia 1946 r.
likwidacji grupki ośmiu "spalonych" żołnierzy z
Rzeszowszczyzny. Podając się za "kpt. Lawinę z Centrali"
funkcjonariusz UB polecił im dokonanie przerzutu na ziemie
zachodnie. Za stronę organizacyjną tej akcji odpowiadał WUBP w
Katowicach, choć Wendrowski również zajmował się stroną
techniczną działań, m.in. przygotowaniem samochodów do
transportu. W tym przypadku nie dokonano fizycznej likwidacji całej
grupy (zastrzelono "tylko" stawiających opór), lecz
"jedynie" aresztowań w majątku WUBP koło Nysy, z
ofiarami śmiertelnymi niejako "przy okazji". W ten sam
sposób, bez fizycznej eksterminacji ludzi – jeśli wierzyć
późniejszym zeznaniom Wendrowskiego – miała przebiegać
likwidacja zgrupowania "Bartka".
Warto zwrócić uwagę,
że w czasie stosunkowo niewielkiej akcji przerzutu żołnierzy z
Rzeszowszczyzny Wendrowski zajmował się także bezpośrednio
organizowaniem i stroną techniczną transportu. Mało wiarygodne
wydają się więc jego zeznania, że w trakcie operacji ze
zgrupowaniem "Bartka" "nie został – jak zeznawał –
poinformowany o miejscu, terminie i sposobie likwidacji", tym
bardziej że jego wyjaśnienia składane w latach dziewięćdziesiątych
nie potwierdzają się w konfrontacji ze źródłami z roku
1946.
Nie ulega wątpliwości, że
w przebieg gry operacyjnej bezpośrednio zaangażowany był
wiceminister Romkowski, który wydawał dyspozycje w sprawach
pośrednio związanych z samą likwidacją zgrupowania.
Charakterystyczny jest fakt, że w kwestii odpowiedzialności za
przeprowadzoną akcję Wendrowski nie wskazał na płk. Józefa
Czaplickiego, ówczesnego dyrektora Departamentu III MBP, który
– jak wiadomo – polecił mu nawiązanie kontaktu ze zgrupowaniem
"Bartka". Wendrowski niejednokrotnie kontaktował się z
Czaplickim latem 1946 r. podczas pobytów w Warszawie,
studiując m.in. schematy organizacyjne struktur podziemnych. Z
drugiej jednak strony znane do tej pory źródła nie
upoważniają do postawienia tezy, że Wendrowski czy też Czaplicki
byli bezpośrednio odpowiedzialni za masowe zabójstwo
żołnierzy "Bartka".
Niewykluczona jest wersja,
że decyzja o ich zamordowaniu, mogła zostać podjęta w ostatniej
chwili i była sprzeczna z przygotowanym wcześniej „Planem
likwidacji »B «”. Kto ją podjął – nadal nie wiadomo.
Na Opolszczyźnie wytypowano
trzy miejsca, gdzie mogą znajdować się zbiorowe mogiły żołnierzy
ze zgrupowania „Bartka”. Prokurator IPN-u Przemysław Piątek
zamierza sięgnąć do teledetekcji oraz fotogrametrii, by odczytać
zdjęcia lotnicze tego terenu i zrekonstruować jego wcześniejszy
układ. Potem wykorzysta georadar do zbadania gruntu. Dwie mogiły
mogą się znajdować na terenie dawnego folwarku niemieckiego.
Prokurator Piątek prowadzi
trzy śledztwa w tej zagadkowej sprawie. Jedno dotyczy wymordowania
żołnierzy „Bartka”, drugie – przestępstw śledczych, którymi
objęto pozostałych na Podbeskidziu partyzantów, a trzecie –
podżegania i pomagania przy zabójstwie Henryka Flame, który
zastrzelony został przez milicjanta 1 grudnia 1947 roku w
restauracji w Zabrzegu. Sprawcę sąd uznał za niepoczytalnego i
umieści w szpitalu psychiatrycznym. Stamtąd wkrótce wyszedł
i pracował w milicji na Opolszczyźnie. Podobno wpadł pod pociąg w
Czechowicach-Dziedzicach i podobno nie był to przypadek.
Na liście pokrzywdzonych
jest na razie 30 żołnierzy ze zgrupowania „Bartka”. On sam
mówił, że stracił 90 ludzi, którzy gdzieś
przepadli. Czy ktoś odpowie za tę śmierć? Wendrowski nie żyje,
podobnie jak agent UB Czesław Krupowies, który też wszedł w
struktury podziemia. Prokurator Piątek próbuje dotrzeć do
pracowników represyjnego Wojskowego Sądu Rejonowego w
Katowicach, który wydawał wyroki w sprawach politycznych i
m.in. umorzył sprawę zabójcy „Bartka”. Jego zdaniem
zabójca bezprawnie uniknął odpowiedzialności karnej.
Historycy i prokuratorzy
katowickiego IPN-u są coraz bliżej prawdy.
Opracowano na podstawie:
Tomasz Kurpierz, Likwidacja zgrupowania Narodowych Sił Zbrojnych
Henryka Flamego „Bartka” w 1946 roku – próba
rekonstrukcji działań aparatu bezpieczeństwa, [w:] "Pamięć i
Sprawiedliwość", nr 1(5), warszawa 2004.
Anglojęzyczna wersja tekstu (na stronie www.doomedsoldiers.com):
Operation "Avalanche", The UB Murder Without A Precedence. Annihilation of the NZS Armed Underground Units under command of Captain Henryk Flame "Bartek".>
Uprowadzenie rodziny Bolesława Bieruta przez oddziały „Jastrzębia” i „Boruty”
17 lipca 1946
roku w zasadzkę urządzoną pod Chełmem przez oddziały antykomunistycznej
konspiracji Leona Taraszkiewicza (Jastrzębia) oraz Stefana Brzuszka
(Boruty) wpadła siostra ówczesnego prezydenta Bolesława Bieruta. Ten
mało znany, a niewątpliwie ciekawy epizod przypadkowego pojmania
rodziny Bieruta mówi wiele o rzeczywistych zachowaniach
antykomunistycznego podziemia na Chełmszczyźnie i w kraju.
17 lipca 1946 r. z Chełma do Lublina przyjechała siostra ówczesnego
prezydenta Bolesława Bieruta – Julia Malewska wraz z mężem Bolesławem.
Po krótkim pobycie, w czasie którego odwiedzili znajomych i zrobili
zakupy na targu, udali się następnego dnia w drogę powrotną. W tym
czasie operujące na Chełmszczyźnie połączone oddziały
antykomunistycznej konspiracji Leona Taraszkiewicza (Jastrzębia) oraz
Stefana Brzuszka (Boruty) w sile kilkudziesięciu ludzi (według danych
UB – 54) urządziły zasadzkę 18 km od Chełma. Zatrzymywały samochody
udając wojskową grupę kontrolną i to na tyle skutecznie, że według
specjalnego raportu szefa Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa
Publicznego w Lublinie Franciszka Piątkowskiego „z idącej kolumny
samochodów sowieckich żaden oficer nie domyślił się, że to są bandyci”.
O całej akcji aparat bezpieczeństwa dowiedział się przypadkiem – jeden
z funkcjonariuszy UB był świadkiem rozmowy skontrolowanego kierowcy.
Poinformowany o wszystkim szef WUBP w Lublinie nakazał wysłanie grupy
operacyjnej w celu sprawdzenia, kto przeprowadza kontrolę (wojsko czy
„bandyci”). Posłano 25-osobową grupę funkcjonariuszy UB i MO, na czele
której stanął szef PUBP w Chełmie Bolesław Rycerz. Od okolicznych
gospodarzy dowiedzieli się oni, że zatrzymano rodzinę Malewskich oraz
zarekwirowano jeszcze trzy inne samochody. Po krótkim pościgu oddział
Rycerza w obawie przed zasadzką zawrócił do Chełma.
Grzecznie prosimy
Podczas legitymowania przez „wojskową grupę kontrolną” Julia Malewska
poinformowała, że jest siostrą Bieruta. Przyniosło to oczywiście efekt
zgoła inny od oczekiwanego – partyzanci postanowili zabrać ze sobą
prezydencką rodzinę. W pierwszych godzinach, według późniejszych
relacji porwanych, obchodzono się z nimi „dość ostro”. Za to już
następnego dnia zaczęto traktować „bardzo grzecznie”. W „gościnie” u
partyzantów nie zabawili długo. Mogli poruszać się swobodnie po całym
obejściu, a nawet udawać się na brzeg lasu. Nieustannie towarzyszyła im
jakaś dziewczyna uzbrojona w pistolet TT. Do posiłków zasiadali razem.
Partyzanci z obstawy zachowywali się wobec jeńców z grzecznym
dystansem, ale dla przekory wymusili na nich, że rano przed śniadaniem
musieli odśpiewać „Kiedy ranne wstają zorze”, natomiast przed kolacją –
„Wszystkie nasze dzienne sprawy”. Już 21 lipca o świcie oddano
prezydenckiej rodzinie samochód, odprowadzono do szosy Chełm–Lublin i
wypuszczono. Przed zwolnieniem Julii Malewskiej wręczono jej list do
brata (Bolesława Bieruta – przyp. red.), który zawierał prośbę/żądanie
uwolnienia „aresztowanych rodzin ściganych politycznie”. Podobno
zobowiązała się ona w imieniu zatrzymanych, że „dołożą wszelkich starań
ze swej strony”, aby do tego doprowadzić. Charakterystyczne było
zachowanie Julii Malewskiej po uwolnieniu. Kategorycznie odrzuciła
propozycję złożenia zeznań przed funkcjonariuszami UB twierdząc, że
„opowie wszystko Prezydentowi”. Nie znamy przebiegu tej rozmowy. Wiemy
jednak, że – o ile oczywiście doszła do skutku – nie przyniosła żadnych
efektów dla rodzin „bandytów”.
Wielka obława
Powiadomiony następnego dnia rano o porwaniu szef WUBP w Lublinie
po konsultacji z dowódcą okręgu i szefem sztabu Wojsk Bezpieczeństwa
Wewnętrznego opracował plan operacji przeciwko partyzantom. Dzięki
agenturze uzyskano informację, że nocowali oni w miejscowości
Świerszczów. Postanowiono rozdzielić siły obławy. Pierwszą grupę
(szkołę WUBP i 25 funkcjonariuszy MO) wysłano do Macoszyna, gdyż
leśniczówka tam położona służyła za miejsce postoju dla oddziału
Boruty; grupę 150 żołnierzy WP do Świerszczowa w celu przeszukania
lasu, w którym nocowali partyzanci; grupę żołnierzy WBW do Rogóźna, a
ostatnią, złożoną z funkcjonariuszy UB i 49 Pułku Piechoty WP, do
Sosnowicy. Grupy te miały się następnie połączyć i okrążyć okolice
Wereszczyna, gdzie na miejscowych błotach miał kryjówki oddział Boruty.
W wyniku rewizji gajówki w Macoszynie odnaleziono pistolet KBK typu
Mauser, dubeltówkę i lufę do RKM. Zatrzymano gajowego i czterech innych
„podejrzanych osobników”. We wsi Hańsk została zatrzymana łączniczka
Jastrzębia, która „dała dalsze kontakty na wieś Dubeczno, Stary Majdan
i Bartoszycha”, gdzie zatrzymano dalsze trzy osoby. W nocy z 21 na 22
lipca przeprowadzono akcję we wsi Krasne, w wyniku której „zatrzymano
placówkę Jastrzębia pod dowództwem niejakiego Wodnickiego Czesława”. W
czasie śledztwa zeznał on, że oddział wraz z zatrzymanymi siedmioma
osobami znajduje się w kolonii Krasne, a porwani są przetrzymywani w
piwnicy mieszkania komendanta placówki Władysława Borysika (Krwawego).
Ponadto „wskazał miejsce magazynu broni i wydał do 100 ludzi z placówek
i band”. Nie jest jednak do końca pewne, czy to jego zeznania
doprowadziły obławę do miejsca, gdzie była przetrzymywana prezydencka
rodzina. Według innego raportu UB informację, że porwani członkowie
prezydenckiej rodziny przetrzymywani są w miejscowości Krasne, uzyskano
dzięki doniesieniom agenturalnym. Jeszcze inną wersję podaje w swoich
zapiskach z 1950 r. brat Jastrzębia Edward Taraszkiewicz (Żelazny):
„Przyczyną zdrady miał być jeden z tych ludzi aresztowanych w
przeddzień wypadku na zabawie w pobliskiej wsi Uścimów Nowy”.
Nie wiadomo, która z tych wersji jest prawdziwa. W każdym razie 22
lipca w godzinach popołudniowych przeprowadzono operację w kolonii
Krasne. W czasie walki zginęło dwóch partyzantów – Mieczysław Sawicki
(Kruk) oraz Tadeusz Garłoch (Zimny). Według relacji zatrzymanego
wówczas innego żołnierza tego oddziału Władysława Kobylańskiego (Jeża)
(w materiałach UB przypisywany jest mu pseudonim Jerzyk) ciężko ranny
Sawicki przed śmiercią został poddany przesłuchaniu, a następnie dobity
strzałami w tył głowy. Łącznie z Kobylańskim zatrzymano piętnaście
osób, w tym Władysława Borysika wraz z rodziną. Kobylański zeznał, że
rodzina Bieruta rzeczywiście była przetrzymywana w domu Borysika, ale
że została zwolniona w nocy z 20 na 21 lipca. Ponadto uzyskano od niego
dane o liczebności oddziału Jastrzębia (18 osób) i Boruty (22 osoby), a
także informację, że oddział udał się w kierunku wsi Krzczeń. W wyniku
operacji w tej miejscowości zabito członka oddziału Uskoka –
Mazowieckiego (Murzyna). Ogółem, jak wynika z raportu specjalnego szefa
PUBP we Włodawie Mikołaja Oleksy, w czasie obławy (w dniach 21–23
lipca) „zostało zabitych bandytów z bronią w ręku 4-ry osoby,
zatrzymanych faktycznych bandytów 16-tu, wszystkich zatrzymanych 49
osób”.
Po uwolnieniu prezydenckiej rodziny szef WUBP w Lublinie Franciszek Piątkowski w
swym raporcie specjalnym wyraził obawę, iż „rodzina Prezydenta
znalazła się w otoczeniu wrogów”. Do takich wniosków skłonił go po
pierwsze fakt, że prezydencka rodzina nie korzystała z ochrony organów
Bezpieczeństwa. Po drugie – dziwne zachowanie zawiadowcy stacji, który
rano w dniu uwolnienia porwanych zgłosił się wraz z synem Malewskiej
Romanem do WUBP i zadawał „tajemnicze pytania” (wyraził przekonanie, że
prezydencka rodzina nie zostanie zamordowana i pytał, co ma zrobić w
przypadku, gdy „bandyci zwrócą się do niego z jakąś propozycją”).
Piątkowskiemu podejrzane wydało się również zachowanie szwagierki
Wacława Malewskiego Berty Sadz. Otóż miała ona w czasie przesłuchania
zachowywać się „tak, jakby ją nic nie obchodziło porwanie”. Ponadto
kilka miesięcy wcześniej została zatrzymana na podstawie skierowanego
do niej listu przechwyconego przez UB. W liście tym „przywódca bandy z
Pomorza” chwalił się zabijaniem funkcjonariuszy UB i członków Polskiej
Partii Robotniczej. Na jej niekorzyść przemawiał również fakt, iż
„miała ona [w czasie wojny] restaurację tylko dla Niemców”. Szefowi
WUBP przyszło nawet na myśl, że Wacław Malewski wyjeżdżając z Chełma
mógł zabrać ze sobą „większą ilość złota i kosztowności” i zadawał
sobie pytanie, czy „środowisko, w jakim się znajduje nie zapragnęło go
[złota] posiąść”.
W innym piśmie, skierowanym do ministra bezpieczeństwa
publicznego, szef PUBP w Lublinie pozwolił sobie nawet na „zwrócenie
uwagi na ludzi, którzy kręcą się wokół krewnych ob. Prezydenta, gdyż
łatwowierność ob. Prezydenta może przynieść szkodę”. Nic dziwnego, że
jego przełożeni nie wiedzieli, co z takim raportem zrobić!
Tymczasem wszystko wskazuje, że nikt nie urządził zasadzki na
prezydencką rodzinę, lecz na samochody UB, którymi byli przewożeni
aresztowani w Siedliszczu ludzie podziemia.
Prezydencie, uwolnij
17 sierpnia 1946 r. został zlikwidowany oddział Boruty. Na początku
następnego roku został ciężko ranny w niewyjaśnionych do dziś
okolicznościach Leon Taraszkiewicz (Jastrząb). Zmarł w trakcie
transportu do lekarza. Nie przeżył go drugi z dowódców oddziału, który
porwał prezydencką rodzinę – Stefan Brzuszek (Boruta). W czasie
likwidacji swego oddziału, otoczonego przez grupę operacyjną UB-KBW we
wsi Kulik, popełnił samobójstwo. Przy jego zwłokach odnaleziono
oświadczenie podpisane przez porwanych (niestety, nie zachowało się
najprawdopodobniej w aktach b. Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego)
oraz pismo skierowane przez „grupę partyzancką” do Bieruta
Oto ono:
„Zatrzymaną
rodzinę Pańską wypuszczamy na wolność całych i zdrowych. Gdybyśmy
chcieli zastosować wobec rodziny Pana metody jakie stosuje Urząd
Bezp[ieczeństwa] Publ[icznego] wobec rodzin aresztowanych politycznie
Polaków – winniśmy rodzinę Pańską zmasakrować, powybijać zęby, wyłamać
ręce. Nie zrobimy tego, nam obce są bestialstwo i rozpasanie, nie
zatraciliśmy etyki chrześcijańskiej, walczymy tylko z tymi, którzy mają
umazane ręce w niewinnej krwi bratniej. My nie chcemy przelewu krwi
bratniej, a do tego rozpaczliwego kroku pcha Urząd Bezp[ieczeństwa]
Publ[icznego]. Wypuszczamy Pańską rodzinę na wolność – nie żądając za
to nic – uważamy jednak, że podobnie postąpi Pan Panie Prezydencie i
każe Pan zwolnić aresztowane rodziny ściganych politycznie”.
Kontrastuje ono ze stwierdzeniem syna Bolesława Bieruta Jana
Chylińskiego, który w biografii swego ojca pisał o „działalności
terrorystycznej zbrojnego podziemia”, mordującego bezlitośnie swych
przeciwników politycznych „nawet za sam udział w zabawach świątecznych
– bo były to święta nie uznawane przez opozycję”. Chyliński pisze, że
„spora część dokonanych zabójstw posiadała znamiona okrucieństwa,
niekiedy wręcz szokującego. Musiały być dziełem ludzi przesiąkniętych
ślepą nienawiścią, a czasem nawet po prostu psychopatów”.
Ale nawet włos z głowy nie spadł jego ciotce i jej rodzinie.
Artykuł ukazał się w tygodniku Polityka, nr 33/2003 (2414)
Mjr Hieronim Dekutowski "Zapora" (1918 – 1949) – część 1
W czasie
niemieckiej okupacji cichociemny, bronił ludność Zamojszczyzny przed
represjami, a jako szef Kedywu AK w Inspektoracie Lublin-Puławy
przeprowadził 83 akcje bojowe i dywersyjne. Po wojnie jeden z
najsłynniejszych bohaterów antysowieckiej partyzantki. Najbardziej
znany i poszukiwany przez szwadrony NKWD i UB żołnierz Lubelszczyzny.
Podczas próby przedostania się na Zachód, wskutek zdrady, aresztowany.
Po trwającym ponad rok, brutalnym śledztwie, skazany na karę śmierci i
7 marca 1949 r., wraz z sześcioma podkomendnymi stracony w katowni
bezpieki na ul. Rakowieckiej w Warszawie. W Lublinie, z inicjatywy
Fundacji "Pamiętamy", związanej z Ligą Republikańską, odsłonięto
niedawno pomnik "Zapory". 
WYBITNY DOWÓDCA
Hieronim Dekutowski urodził się 24 września 1918 r. w Tarnobrzegu.
Harcerz drużyny im. Jana Henryka Dąbrowskiego, członek Sodalicji
Mariańskiej. Ochotnik wojny obronnej 1939 r., 17 września przekroczył
granicę z Węgrami i został internowany. Uciekł z obozu i przedostał się
do Francji, gdzie walczył z Niemcami w ramach PSZ, ewakuowany następnie
do Anglii. W marcu 1943 r. zaprzysiężony jako cichociemny przyjął
pseudonim "Zapora" i "Odra". W nocy z 16 na 17 września 1943 r., w
ramach operacji o kryptonimie "Neon 1", został zrzucony do Polski na
placówkę "Garnek" 103 (okolice Wyszkowa). Lot z Anglii Halifaxem BB-378
"D", należącym do Dywizjonu RAF trwał 12 godzin i 30 minut (poprzednia
próba z 9/10 września nie udała się z powodu niskich chmur i braku
paliwa w samolocie; część Halifaxów z polskimi skoczkami zestrzelili
Niemcy).
Początkowo Dekutowski dowodził oddziałem AK w Inspektoracie
Zamość, broniąc ludność Zamojszczyzny przed wysiedleniami. W styczniu
1944 r. mianowany szefem Kedywu AK w Inspektoracie Lublin-Puławy.
Władysław Siła-Nowicki, powojenny przełożony Dekutowskiego, w
swoich wspomnieniach zapisał: "Wkrótce zyskał opinię wybitnego dowódcy.
Cechowała go odwaga, szybkość decyzji a jednocześnie ostrożność i
ogromne poczucie odpowiedzialności za ludzi. Znakomicie wyszkolony w
posługiwaniu się bronią ręczną i maszynową, niepozorny, ale obdarzony
wielkim czarem osobistym umiał być wymagający i utrzymywał żelazną
dyscyplinę w podległych mu oddziałach, co w połączeniu z umiarem i
troską o każdego żołnierza zapewniało mu u podkomendnych ogromny mir.
Nazywali go »Starym«, choć nie miał jeszcze trzydziestu lat".
Ok. 200-osobowe oddziały podległe "Zaporze" przeprowadziły 83 akcje bojowe i
dywersyjne. Brał udział w akcji "Burza" na Lubelszczyźnie, po czym
bezskutecznie próbował iść na pomoc walczącej Warszawie.
WDZIĘCZNOŚĆ UBEKA
Po wejściu Sowietów Dekutowski nie ujawnił się. Poszukiwany przez
NKWD i UB, ukrywał się na dawnych AK-owskich kwaterach. Dlaczego nie
złożył broni?
Bohdan Urbankowski w książce "Czerwona msza" napisał: "Zaczęło się
od tego, że czterej żołnierze »Zapory«, mieszkający w okolicach Chodla,
zostali zaproszeni na tamtejszy posterunek. Dowódca posterunku MO/UB,
Abram Tauber, był uratowanym przez jednego z nich Żydem, kilkakrotnie
znajdował przytulisko w melinach »Zaporczyków«, po wejściu Rosjan
został szefem UB w Chodlu. AK-owcy mogli spodziewać się jakiejś
wdzięczności, tymczasem Tauber kazał ich wszystkich powiązać i
własnoręcznie, jednego po drugim, zastrzelił. W odwecie Dekutowski
rozbił posterunek w Chodlu. Data tego ataku – noc 5/6 lutego 1945 –
oznacza początek Powstania Antysowieckiego na tych terenach".
Wkroczenie Sowietów oznaczało masowe represje i mordy na Polakach,
szczególnie żołnierzach AK. Jeśli uniknęli wywózki na Sybir, trafiali
do katowni UB na Zamku Lubelskim (gdzie, prócz innych morderców,
działał m. in. ścigany dziś przez Instytut Pamięci Narodowej Salomon
Morel). "Zapora" nie mógł stać z boku. Walce o wolną Ojczyznę poświęcił
nawet prywatne życie. Ukochanej narzeczonej powiedział: "Idę do lasu,
nie wiem, czy przeżyję, nie możemy być razem". W odpowiedzi na
komunistyczny terror stworzył poakowski oddział samoobrony (liczący,
podobnie jak w czasie niemieckiej okupacji, ok. 200 osób), który
dokonał szeregu brawurowych akcji odwetowych przeciwko NKWD, UB, KBW i
MO.
"TRZĘŚLI" LUBELSZCZYZNĄ
Latem 1945 r., na rozkaz dowództwa, po ogłoszonej przez "ludową"
władzę amnestii rozwiązał oddział (część jego żołnierzy ujawniła się).
Sam, uważając amnestię za oszustwo i podstęp, wraz z kilkoma
podkomendnymi chciał przedostać się na Zachód, ale grupa została
rozbita przez UB pod Świętym Krzyżem w Górach Świętokrzyskich. Wkrótce
ponowili próbę – tym razem, po przejściu "zielonej granicy", dopadła
ich czeska bezpieka. "Zapora" dotarł do Pragi, ale nie znając dalszej
trasy (w ambasadzie USA nie chcieli mu pomóc, twierdząc, że zajęte
przez Sowietów Czechy to demokratyczny kraj) wrócił do kraju z grupą
repatriantów. Na Lubelszczyźnie, jako najwybitniejszemu dowódcy,
podporządkowała mu się większość oddziałów i wszedł w skład
powstającego właśnie Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość (WiN). Znów
prowadził akcje obronne i zaczepne przeciw komunistom, zadając im
znaczne straty.
Dlaczego "Zaporczycy" byli dla bezpieki szczególnie niebezpieczni?
Władysław Siła-Nowicki: "Około dwustu-dwustu pięćdziesięciu ludzi o
wysokim poziomie ideowym, dobrze uzbrojonych i wyszkolonych,
utrzymywanych w dyscyplinie »trzęsło« połową województwa. Stan ten
przypominał pewne okresy powstania styczniowego, gdy władza państwowa
ustabilizowana była jedynie w dużych ośrodkach, zaś w terenie istniała
tylko iluzorycznie. Oczywiście partyzantka opierała się na pomocy
miejscowej ludności ogromnej większości wsi, udzielającej ofiarnie
poparcia, kwater i informacji".
Rafał Wnuk w książce "Lubelski Okręg AK-DSZ-WiN 1944-1947" pisze,
że oddziały Dekutowskiego "rozbudowały swą siatkę od Lubartowskiego na
północy do Tarnobrzeskiego na południu i od Zamojszczyzny po wschodnią
Kielecczyznę". Pomoc "Zaporczykom" niósł klasztor w podlubelskiej
Radecznicy, gdzie odbywały się również narady dowódców.
DWA RAPORTY
Z raportu Iwana Sierowa, gen. NKWD, szefa Smierszu (16 IV 1945 r.):
"Grupa uzbrojonych bandytów, licząca 11 osób, dokonała napadu na
oddział banku w Lublinie, skąd zrabowała 200 000 złotych. Znajdujący
się tam podczas napadu naczelnik pierwszej sekcji Urzędu Bezpieczeństwa
Publicznego województwa lubelskiego porucznik Kulwaniewski stawił
rabusiom opór i został zabity". W rzeczywistości oddział "Zapory"
zabrał 1.170 tys. zł, pierwsza sekcja WUBP w Lublinie była tą najgorszą
– śledczą, a Antoni Kulwaniewski był członkiem WKP(b), oficerem Armii
Czerwonej i LWP, absolwentem szkoły funkcjonariuszy bezpieczeństwa w
Kujbyszewie.
W ramach odwetu za akcję Dekutowskiego sowieci aresztowali 43
osoby, z czego 13 skazali na karę śmierci i stracili w podziemiach
Zamku Lubelskiego.
W innym raporcie, sporządzonym przez lubelski okręg WiN (III 1946
r.), czytamy: "Urzędy bezpieczeństwa działają pod wyłącznym
kierownictwem NKWD. W działalności swojej posługują się podstępem. W
końcu marca grupa cywilna UB, występująca jako grupa dywersyjna AK,
powołując się na »Zaporę«, zażądała kontaktu na komendanta placówki w
Chodlu, lecz zapytani, zorientowawszy się w porę, podstęp udaremnili.
Grupa ta udała się następnie do Bełżyc, gdzie ułatwiono jej kontakt na
komendanta placówki. Żądano od niego ściągnięcia ludzi celem rzekomego
urządzenia napadu wspólnego na posterunek MO. W wyniku rozstrzelano
komendanta placówki oraz kilku jego ludzi".

Sierpień 1947. Od lewej: mjr "Zapora" i kpt. Zdzisław Broński "Uskok".
MONIAKI, CZYLI MOSKWA
Stefan Korboński, działacz PSL Mikołajczyka, w książce "W imieniu
Kremla" pod datą 3 października 1946 r zapisał: "komunikat PAP z
Lublina, według którego »bandy« »Zapory« z WiN i »Cisego« z NSZ,
uzbrojone w broń maszynową, razem 50 osób, napadły na wieś Maniaki i
spaliły ją, w tym 11 gospodarstw należących do b. akowców.
Przypis Korbońskiego: "Mowa o starciu oddziału Hieronima
Dekutowskiego »Zapory« 23 IX 1946 z ormowcami ze wsi Moniaki (a nie
Maniaki), nazywanej potocznie Moskwą, zakończonym śmiercią jednego z
nich i wymierzeniem kary chłosty pozostałym".
I komentarz: "Najlepszy jest ten pomysł, że członkowie WiN, który
składa się z nieujawnionych akowców, niszczą własność swych ujawnionych
towarzyszy broni. (…) Te kłamstwa są obliczone na obudzenie w
społeczeństwie oburzenia przeciwko podziemiu. Przypomina mi to
tolerowanie przez gestapo bandytów, by ich zbrodniami obarczyć ówczesną
konspirację i zohydzić ją w oczach kraju. Nauka nie poszła w las i
dzisiaj mają w bezpiece wiernych naśladowców. Nie darmo ją ludzie
nazywają »czerwone gestapo«". Wieś Moniaki (obok kilku innych na
Lubelszczyźnie) jeszcze przed wojną była wylęgarnią komunistycznej
zarazy – późniejszych AL-owców, milicjantów i ubeków. "Zapora" rozbił
wiele placówek MO i UB. Schwytanym komunistom na ogół wymierzał kary
chłosty, a następnie puszczał ich wolno. Jeśli zabijał, to nie za samą
przynależność do PPR, czy bezpieki, ale za wyjątkowo szkodliwą
działalność, choć wielu UB-eków też oszczędził. Odbijał też więzienia,
wypuszczając aresztowanych. Jego oddział był przygotowany do akcji na
Zamek Lubelski, a nawet na areszt na Rakowieckiej w Warszawie, ale w
obu przypadkach jakiś kapuś doniósł o tych planach UB.
Dzięki posiadaniu zdobycznych samochodów ciężarowych "Zaporczycy"
potrafili dokonać w ciągu doby kilku akcji na terenie dwóch, a nawet
trzech powiatów i błyskawicznie „odskoczyć”. Ciągle zmieniali kwatery,
nigdy nie stacjonowali dwa razy z rzędu w tej samej wiosce.
Część 2 >
Strona główna – wprowadzenie >
Mjr Hieronim Dekutowski "Zapora" (1918 – 1949) – część 2

Lato 1946, żołnierze z oddziału mjr. "Zapory", stoją od lewej:
– Zbigniew Sochacki "Zbyszek", pierwszy adiutant
"Zapory". 3 lipca 1946 ranny w walce z grupą operacyjną UB, zastrzelił się; plut. Kazimierz Stefańczyk "Sokół";mjr Hieronim Dekutowski "Zapora";
por. Kazimierz Pawłowski "Nerw", Aresztowany 1 lipca 1948, skazany na karę śmierci, zamordowany 10
lutego 1949;por. Szczepan Żelazny "Żaba", d-ca plutonu w zgrupowaniu mjr. "Zapory".
HELIKOPTEREM Z WARSZAWY
Po kolejnej amnestii z lutego 1947 r., razem z Władysławem
Siła-Nowickim „Stefanem” (inspektorem WiN na Lubelszczyźnie) Dekutowski
podjął rozmowy z przedstawicielami Ministerstwa Bezpieczeństwa
Publicznego (m. in. z płk Józefem Czaplickim, dyr. Departamentu III MBP
– ds. walki z bandytyzmem, czyli niepodległościowym podziemiem; ze
względu na swoją nienawiść do AK-owców nazywanym "Akowerem" i płk.
Janem Tatajem, szefem WUBP w Lublinie) o warunkach ujawnienia się
lubelskiej partyzantki niepodległościowej.
Władysław Minkiewicz w książce "Mokotów, Wronki, Rawicz.
Wspomnienia 1939-1954" pisze: "W rezultacie w lasach na Lubelszczyźnie
odbyła się konferencja, na którą przylecieli helikopterem z Warszawy
wiceminister bezpieki Romkowski [Roman Romkowski – Natan
Grunsapau-Kikiel – red.], oraz dyrektor Departamentu Politycznego MBP,
Luna Bristigerowa". Porozumienia nie zawarto, gdyż bezpieka nie
zgodziła się, aby aresztowani wcześniej WiN-owcy odzyskali wolność.
Siła-Nowicki: "Kiedyś w trakcie tych rozmów, po podpisaniu pewnych
punktów porozumienia, grupa ludzi od »Zapory« i obstawa dygnitarzy MBP
zdrowo wspólnie popiła, zawsze jednak na zasadach równości, tak aby
żadna ze stron nie pozostawała bezbronna [obie strony były uzbrojone i
w równej liczbie ludzi – red.]. Potem wszyscy wsiedli do trzytonowej
ciężarówki »Dodge« ze sprzętu amerykańskiego, dostarczonego armii
radzieckiej. Samochód prowadził »Zapora«. Wyszkolony w prowadzeniu
samochodów w warunkach terenowych, na znanej sobie gruntowej drodze
pojechał z szaloną szybkością, jakby szukając śmierci. Na jednym z
zakrętów wóz zarzucił, uderzył w drzewo i rozbił się na kupę szmelcu. O
dziwo – nikomu z jadących nic się nie stało!".
KAPUŚ "OPAL"
W wyniku nieudanych rozmów „Zapora”, razem z dowódcami pododdziałów
swojego zgrupowania, podjął kolejną próbę przedostania się na Zachód.
12 września 1947 r. wydał swój ostatni rozkaz, przekazując dowództwo
kpt. Zdzisławowi Brońskiemu "Uskokowi". W prywatnym liście do "Uskoka"
napisał: "Ja dziś wyjeżdżam na angielską stronę – jestem umówiony z
chłopakami co do kontaktów, jak będę po tamtej stronie. Stary –
najważniejsze nie daj się nikomu wykiwać i bujać, jak tam wyjadę,
załatwię nasze sprawy pierwszorzędnie – kontakt będziemy mieć i tak.
Czołem – Hieronim" (W 1949 r. "Uskok" zdetonował pod sobą granat, nie
chcąc wpaść w ręce UB podczas obławy.)
Ludzie "Zapory", docierając kolejno (w połowie września 1947 r.)
na punkt przerzutowy w Nysie na Opolszczyźnie trafiali bezpośrednio w
ręce katowickiego UB. Dekutowski wpadł 16 września. Dziś już wiadomo, że jednym z agentów, który doprowadził do aresztowania "Zapory" i jego ludzi był jego zastępca Stanisław Wnuk "Opal".
Podstępnie schwytanych przewieziono na Rakowiecką i poddano
brutalnemu śledztwu. Przesłuchiwali: Jerzy Kędziora i znany sadysta
Eugeniusz Chimczak (sporządził również akt oskarżenia). Tak było przez
ponad rok.
W NIEMIECKICH MUNDURACH
Stefan Korboński: O tym, że "bandyta Zapora" to Hieronim Dekutowski
"opinia publiczna" dowiedziała się dopiero po rozpoczęciu procesu.
3 listopada 1948 r. w Wojskowym Sądzie Rejonowym w Warszawie,
prócz Dekutowskiego, na ławie oskarżonych zasiedli jego podkomendni:
kpt. Stanisław Łukasik, ps. Ryś, por. Jerzy Miatkowski, ps. Zawada –
adiutant, por. Roman Groński, ps. Żbik, por. Edmund Tudruj, ps. Mundek,
por. Tadeusz Pelak, ps. Junak, por. Arkadiusz Wasilewski, ps. Biały i
ich polityczny przełożony Władysław Siła-Nowicki. Oskarżał: Tadeusz
Malik. Sądzili: Kazimierz Obiada i Wacław Matusiewicz (ławnicy) i Józef
Badecki (przewodniczący; sądził też rotmistrza Witolda Pileckiego i
wielu innych patriotów).
Władysław Siła-Nowicki: "Pani Stillerowa [obrońca Nowickiego –
red.] poinformowała mnie, że przewodniczący składu Józef Badecki znany
jest z bardzo uprzejmego prowadzenia rozpraw i bardzo surowych wyroków.
Istotnie, sędzia Badecki, zimny morderca był cały czas bardzo grzeczny.
Od początku zresztą wszyscy byliśmy dla niego morituri…".
Nowicki pisze, że na rozprawę ubrano ich w mundury Wehrmachtu:
"Ten mundur hańbił katów, nie ofiary. I nieskończenie ważniejszym od
naszego ubrania było to, co przed sądem krzywoprzysiężnym mówiliśmy
podczas procesu".
W sądzie wszyscy zachowali się godnie, nie kajali się, nie
przyznawali się do absurdalnych zarzutów. "Zapora" wziął na siebie całą
odpowiedzialność.
15 listopada 1948 r. "sąd" skazał "Zaporczyków" na kilkakrotne
kary śmierci. Po rozprawie przewieziono ich ponownie na Rakowiecką,
również w niemieckich mundurach i pod silnym konwojem. Dekutowski znów
został poddany brutalnemu śledztwu, ale podobnie jak wcześniej nikogo
nie wydał.
Władysław Minkiewicz: "Wożono ich potem z workami na głowach, żeby
ich nikt nie rozpoznał (z obawy przed ewentualnym odbiciem) jako
świadków na rozmaite procesy podległych im członków WiN-u".

Mjr cc Hieronim Dekutowski "Zapora", "Odra"
ZESKOCZYĆ NA CHODNIK
"Ognisko zamętu i pożogi"
Uzasadnienie wyroku WSR w Warszawie z 15 listopada 1948 r.:
"Ośrodki dyspozycyjne reakcji polskiej w postaci tzw. emigracyjnego
rządu londyńskiego, czy też korpusu Andersa, będące zresztą powiązane z
agenturami imperialistycznych kół kapitalistycznych, wykorzystały dla
swych celów specjalne warunki topograficzne woj. lubelskiego, oraz
pewną ilość zbałamuconych członków byłych »AK« z czasów okupacji
niemieckiej. (…) Ośrodki dyspozycyjne znalazły odpowiednich
zwolenników swej ideologii na przywódców. Do nich zaliczają się
oskarżeni. Oskarżony Nowicki reprezentuje raczej [sic! – red.] czynnik
inspiracyjny, jak sam nazywa polityczny. (…) Inni oskarżeni z
Hieronimem Dekutowskim ps. »Zapora« na czele, są czynnikiem właściwie
[sic! – TMP] wykonawczym, o dużym zakresie działania. Tworzą oni
ośrodek działalności band terrorystyczno-rabunkowych i dywersyjnych
pełniąc tam funkcje przeważnie dowódców band. Bezwzględność i
okrucieństwo oskarżonych zostało wyzyskane przez ich wyższe
kierownictwo do tworzenia na terenie woj. lubelskiego w okresie od
lipca 1944 r. aż do mniej więcej [sic! – TMP] połowy roku 1947 ognisko
zamętu i pożogi, które dużym wysiłkiem władz i społeczeństwa musiało
być unicestwione".
"Zapora", razem z podwładnymi trafił do celi dla "kaesowców", gdzie
siedziało wówczas ponad sto osób. Podjęli próbę ucieczki – postanowili
wywiercić dziurę w suficie i przez strych dostać się na dach
jednopiętrowych zabudowań gospodarczych, a stamtąd zjechać na
powiązanych prześcieradłach i zeskoczyć na chodnik ulicy Rakowieckiej.
Minkiewicz: "Na noc rozkładało się na betonowej podłodze sienniki
i ustawiało się wszystkie ławki pod ścianą, a ze stołków robiono w
klozecie piramidę, sięgającą aż do sufitu. Po tej piramidzie Józio
Górski [więzień kryminalny – red.] wchodził co noc z wyostrzoną o beton
łyżką i mozolnie wiercił nią dziurę w suficie, starannie zbierając gruz
do typowego więziennego worka, zwanego u nas »samarą«. Potem ten gruz
wrzucał do klozetu i spuszczał wodę, żeby nie pozostawiać żadnych
śladów. A jak ustrzec się przed kapusiami? W tym celu wszyscy
wtajemniczeni mieli kolejno nocne dyżury i w jakiś przemyślny sposób
dawali znać Górskiemu, jeśli ktokolwiek z niewtajemniczonych budził się
i szedł do klozetu. Górski przerywał wówczas na chwilę pracę i siedział
sobie cichutko na szczycie swojej piramidy. (…) Po kilku tygodniach
dziura była na tyle szeroka, że Górski wszedł przez nią na strych i
odbył trasę aż do okienka nad niskimi budynkami gospodarczymi. W
zasadzie można już było podjąć próbę ucieczki, postanowiono jednak
zaczekać na czas, kiedy nadejdą noce bezksiężycowe, co dawałoby większą
gwarancję uniknięcia pościgu przez często krążące po Rakowieckiej
patrole KBW".
Kiedy do zrealizowania planu zostało ledwie kilkanaście dni, jeden
z więźniów kryminalnych uznał, że akcja jest zbyt ryzykowna i wsypał
uciekinierów, licząc na złagodzenie wyroku. Dekutowski i Siła-Nowicki
trafili na kilka dni do karcu, gdzie siedzieli nago, skuci w kajdany.
Nowickiemu pomogły rodzinne koneksje – był siostrzeńcem
Dzierżyńskiego. Aldona Dzierżyńska-Kojałłowicz, rodzona siostra twórcy
Czeki napisała do Bieruta: "Kocham go jak własnego syna, a więc przez
pamięć niezapomnianego brata mego Feliksa Dzierżyńskiego, błagam
Obywatela Prezydenta o łaskę darowania życia Władysławowi Nowickiemu".
Inaczej było z Dekutowskim. Na nic zdały się prośby o łaskę jego
rodziny, w tym najstarszej siostry Zofii Śliwy, czynione drogą
dyplomatyczną przez Prezydenta Republiki Francuskiej (od końca lat 20.
mieszkała we Francji, odznaczona Legią Honorową za udział we francuskim
ruchu oporu).
CZERWONE TECZKI
Irena Siła-Nowicka, żona Władysława pisze o swojej wizycie w biurze
przepustek na ul. Suchej w Warszawie: "Był ranek. Pułkownika, który
podpisywał zgody na widzenie nie było. Siadam więc i czekam na niego, a
tymczasem sekretarki, młode dziewczyny krzątały się wśród akt. Czerwone
teczki – kara śmierci, zielone – wszystko inne. Biorą te czerwone
teczki i jedna z nich czyta nazwisko: Dekutowski Hieronim. Jakie
śmieszne imię – mówi. A mnie serce zamarło – wiem, co znaczy czerwona
teczka! A więc piszą na maszynie jakieś dane o tych skazanych, ale nic
poza tym nie wiem – ani kiedy, ani gdzie te wyroki mają być wykonane".
Nowicka poszła następnie do aresztu na Rakowieckiej: "Wchodzę ze
strażnikiem w bramę, potem korytarzem. Obok przechodzą ludzie, niosący
na noszach człowieka. Nie wiem, czy był żywy, czy umarły, ale zrobiło
to na mnie okropne wrażenie. (…) Po jakimś czasie słyszymy stukot
drewniaków – prowadzą więźniów. Widzę Władka. Pyta od razu: co z moimi?
Odpowiadam – nie wiem, zrobiłyśmy wszystko, co było można. Przecież mu
nie powiem o tych teczkach na Smolnej. (…) Jak się okazało tego
właśnie dnia, 7-go marca 1949 roku rozstrzelano na Mokotowie siedmiu
wspaniałych ludzi, towarzyszy broni Władka. A on słyszał te strzały,
żegnał się z przyjaciółmi…".
MY NIGDY NIE PODDAMY SIĘ!
Egzekucję zarządził prezes Najwyższego Sądu Wojskowego Władysław Garnowski.
Ewa Kurek w książce "Zaporczycy" pisze o ostatnich chwilach
Dekutowskiego: "Miał trzydzieści lat, pięć miesięcy i 11 dni. Wyglądał
jak starzec. Siwe włosy, wybite zęby, połamane ręce, nos i żebra.
Zerwane paznokcie. – My nigdy nie poddamy się! – krzyknął, przekazując
przez współwięźniów swe ostatnie posłanie. Według dokumentów, wyrok
wykonano przez rozstrzelanie [o godz. 19.00 – TMP]. Mokotowska legenda
głosi jednak, że ubowscy kaci zapakowali majora »Zaporę« do worka,
worek powiesili pod sufitem i strzelali, sycąc swą nienawiść widokiem
płynącej spod sufitu niepokornej krwi. Potem, w pięciominutowych
odstępach, mordowali jego żołnierzy: »Rysia«, »Żbika«, »Mundka«,
»Białego«, »Junaka« i »Zawadę«".
GLORIA VICTIS !!!
Tadeusz M. Płużański
Część 1 >
Strona główna – wprowadzenie >
