Ostatni niezłomny – Józef Franczak ps. "Lalek" – część 1

OSTATNI
ŻOŁNIERZ NIEPODLEGŁEJ – Sierż. Józef Franczak ps. „Lalek” (1918-1963)

W małej wsi w
województwie lubelskim zginął jesienią 1963 roku podczas
obławy 45-letni Józef Franczak, poszukiwany listem gończym
były AK-owiec. Był ostatnim żołnierzem antykomunistycznego
podziemia. Z bronią w ręku ukrywał się dokładnie 24 lata.


Sierż. Józef Franczak ps. „Lalek” (zdjęcie przedwojenne).

To był niesamowity rok –
1963. W Dallas ginie John F. Kennedy. Walentina Tiereszkowa macha
ludzkości z orbity okołoziemskiej. Na osłodę imperialistom – The
Beatles nagrywają singiel „She Loves You”. A w Polsce? Na
całego trwa nasza mała stabilizacja. Rewelacyjny Zbigniew
Pietrzykowski po raz czwarty zostaje mistrzem Europy w boksie, a
Roman Zambrowski wylatuje z KC, co jest wyraźnym sygnałem, że
okres błędów i wypaczeń jest już za nami. Prawdziwe
rewelacje jednak czekają rodaków na odcinku kultury. W Warszawie odbywa się premiera „Jak
być kochaną” Wojciecha Hasa, Bohdan Łazuka bierze udział w
zdjęciach do filmu „Beata”, zaś rewelacyjny Zbigniew
Maklakiewicz występuje w aż czterech filmach.

No i jeszcze jedno. W
małej wsi koło Piask w województwie lubelskim ginie podczas
obławy 45-letni Józef Franczak, poszukiwany listem gończym
były AK-owiec. Dopiero niedawno, po ujawnieniu dokumentów
operacyjnych SB sprzed czterdziestu lat okazało się, że był
ostatnim polskim partyzantem. Z bronią w ręku ukrywał się
dokładnie 24 lata.

Grupa z pepeszą
80-letnia dziś siostra
Franczaka Czesława Kasprzak w pustym domu w Kolonii Kębłów
koło Lublina nie ma specjalnie dużo do roboty. Dziarska staruszka
opowiada dzieje swojej batalii z mszycami. Próbowały zeżreć
paprotki, ale im się nie udało. Nagle w jej błękitnych oczach
pojawiają się żywsze ogniki. – Nie, że mój brat, ale on od
Boga miał – wzdycha. – Był taki przystojny, jelegancki, cały
Józwa…
Elegancki? W dokumentach
lubelskiego IPN-u przetrwało kilka zdjęć Józefa Franczaka.
Na jednym z nich żołnierz jest ledwo widoczny. Zza pogięć i
przetarć pożółkłego papieru dostrzec można tylko wyraźne
oczy. Nad nimi łamie się fala modnego zaczesu. To przez tę fryzurę
i maniery eleganta dostał podczas okupacji mało dziarską ksywę –
„Laluś”. Przezwisko przylgnęło do niego na lata. Ale
były i inne. Zygmunt Libera „Babinicz”, partyzant z
Lubelszczyzny, nazywał go „Laleczką”. W jakichś
meldunkach figuruje także jako „Guściowa”. A gdy po
wojnie wyjechał do Sopotu, by rozpocząć nowe życie, zmienił
papiery na Józefa Bagińskiego.
Dwa kolejne zdjęcia
pochodzą z lata 1947 r. Byli Ak-owcy to dla władzy ludowej mordercy
z bandy. Na zdjęciach nie widać, by się tym przejmowali.
Zadowoleni, pewni siebie, uzbrojeni. Na jednej z fot „Lalek”
stoi z gołą klatą. Jakoś go to peszy. Wypręża się do przodu,
ale minę ma nie tęgą. Na następnym zdjęciu czwórka
partyzantów inscenizuje scenę zatrzymania szpiega. Gra go
właśnie „Laluś”. Chyba się śmieje, zaś pozostała
trójka mierzy do niego ze zdobycznej broni. Ktoś po lewej
stronie ma go na muszce pepeszy, Walenty Waśkiewicz „Strzała”
jakby wyszarpuje mu papiery, a Stanisław Kuchcewicz „Wiktor”
bierze tęgi zamach i za chwilę urwie mu głowę metalową kolbą.
Takie tam zabawy „zaplutych karłów reakcji”. Na
kolejnej fotografii „Laluś” stoi tyłem. W tyrolskim
kapelusiku filuternie przekrzywionym na boczek wygląda jak gajowy z
bajki o czerwonym kapturku. Do tego ten biały kołnierz a la
Słowacki. Kupa śmiechu.
Ale na zdjęciach jest
coś, co już nie bawi. Nad głowami golasów widać cyfry.
Służyły do identyfikacji. Zdjęcia pochodzą bowiem z archiwum
Zdzisława Brońskiego „Uskoka”. „Resort”, jak na
UB mówi się do dziś w tych stronach, namierzył go w maju
1949 r. „Uskok” wysadził się granatem w oblężonym
bunkrze. Zostało po nim archiwum, w tym pisany po wojnie pamiętnik
i zdjęcia. Dzięki nim kontynuowano polowanie na byłych AK-owców.

Trzeci z lewej Józef Franczak ps. „Lalek” Zdjęcie zrobione prawdopodobnie w 1948 roku. Od lewej Walenty Waśkowicz „Strzala” d-ca patrolu w oddziale kpt. Brońskiego „Uskoka”, zginął w 1949 roku w walce z grupą operacyjną UB, Stanisław Kuchewicz „Wiktor” żołnierz NSZ ze zgrupownia mjr Pazderskiego „Szarego”, po rozbiciu przez NKWD, walczył w oddzialach sierż. Walewskiego „Zemsty” i Stefana Brzuszka „Boruty”, od 1947 r. d-ca patrolu kpt.”Uskoka”, zginął zastrzelony przez funkcjonariusza MO w 1953 roku, Józef Franczak ps. „Lalek”, czwarty z lewej Julian Kowalczyk „Cichy” zginał w walce z UB w 1951 r.

„Strzałę” z
pierwszego zdjęcia dopadli jeszcze w kwietniu ’49, „Wiktora”
dopiero w 1953 r. Niezidentyfikowany partyzant z pepeszą pewnie padł
w jednej z kilkudziesięciu innych potyczek. Do 1956 r. Lubelszczyzna
huczała od nocnych wystrzałów. Z czasem było ich coraz
mniej.
Aż ucichły zupełnie.
Obława trwała jednak dalej. Resort – krok po kroku – namierzał
ostatniego partyzanta w PRL-u. Ten wymykał się jak duch i powoli
zmieniał się w żywą legendę.

Byle nie do Ludowego
Wojska

Historia jego życia to
dzieje polowania. W tarapatach był od chwili napaści Niemiec na
Polskę. Ale do niewoli dostał się radzieckiej. Po kilku dniach był
już na wolności. Uciekł. Zapewne jak inni żołnierze „po
przejściach” wrócił w rodzinne strony. Od razu związał
się z powstającą konspiracją. Dokładnie tak samo zrobił Janusz
Brochwicz-Lewiński „Gryf”. Dziś ten 85-letni kombatant
opowiada: – Za dnia pracowaliśmy jako robotnicy, wieczorami szło
szkolenie, a potem nocami szliśmy na akcje. Już po roku każdy miał
kilka życiorysów. Ja byłem magazynierem, mechanikiem,
sprzedawałem węgiel. A po robocie wyrównywałem rachunki z
Niemcami. Rano znowu pokornie ładowałem węgiel. Po wpadce –
przeszedłem do partyzantki. Tam poznałem „Babinicza” i
„Lalusia”.
Józef Franczak
został dowódcą drużyny, a potem dowódcą plutonu w
III Rejonie Obwodu Lublin AK. Był jednym z 60 tysięcy takich jak on
konspiratorów na Lubelszczyźnie. Gdy w lipcu 1944 r. Armia
Czerwona przekroczyła Bug, rozpoczęła się tu długo oczekiwana
akcja „Burza”. Celem tej insurekcji było nie tyle
wypędzenie Niemców, ale uświadomienie władzom sowieckim, że
na wyzwolonych terenach gospodarzem są Polacy. Największe boje
toczyła 27. Wołyńska Dywizja AK. Zdobyła samodzielnie Lubartów,
Kock i Firlej. Wraz z innymi oddziałami oddała „na tacy”
wyzwolicielom z Armii Czerwonej kilkadziesiąt miast i miasteczek.
Doszło wtedy do
kontaktów AK z sowiecką i komunistyczną partyzantką.
Zdzisław Broński „Uskok”, przyszły dowódca
„Lalusia”, tak opisał w pamiętniku porucznika AL „Czarnego
Sępa”:
„Buty cokolwiek za duże, bo »rekwirowane «.
Z jednego zwisa onuca, na drugim sterczy zardzewiała ostroga. Polski
mundur za ciasny i dlatego niezapięty. Pas obciążony pistoletem,
granatami opadł poniżej brzucha. Na plecach dynda się mapnik
wyładowany słoniną, cebulą i chlebem. Na głowie on sobie
potrzebował włożyć oficerską rogatywkę, przy której otok
własnego pomysłu ozdobił czerwoną szmatą, a na szmacie przypiął
kwokę”.
25 lipca Sowieci
przystąpili do pierwszych aresztowań. Zostaje rozbrojona 27.
Dywizja, a pięć dni potem 9. Dywizja Piechoty AK. Powoli, z dnia na
dzień, z tygodnia na tydzień zaczynają się zapełniać
oczyszczone już z trupów (po niegdysiejszych niemieckich
gospodarzach) cele więzienia na lubelskim zamku i baraki na
Majdanku.
„Nie przychodziła mi
jeszcze wtedy do głowy myśl – notuje dalej „Uskok” – że
władze »demokratyczne « mogą potraktować mnie jako
przestępcę za to, że byłem dowódcą oddziału
partyzanckiego AK. Że wszystkie organizacje niekomunistyczne będą
traktowane jako »faszystowskie « i »prohitlerowskie
«. A więc wrogie wolności i demokracji!… Nie
przypuszczałem, że moje wysiłki w niesieniu pomocy Ojczyźnie będą
traktowane jako praca dla Hitlera”.

Franczak w sierpniu 1944
r. został wcielony do Ludowego Wojska. W Kąkolewnicy, gdzie
stacjonuje jego jednostka, jest świadkiem skazywania na śmierć
przez polowy sąd kolegów z AK. Zdezerterował z wojska w
styczniu 1945 r. i postanowił uciec do Szwecji. Podobno już miał
miejsce na statku, znał pewnego kapitana i była szansa, że
dostanie się na Bornholm. Na dworcu w Sopocie przez przypadek
zauważyła go jednak sąsiadka z rodzinnej wsi. Po powrocie do domu
opowiedziała o tym na lewo i prawo.
Wkrótce Franczak
zorientował się, że UB depcze mu po piętach. Na przełomie
1945/46 wrócił w rodzinne strony. Zaraz potem trafił pod
dowództwo legendarnego żołnierza – mjr. Hieronima
Dekutowskiego „Zapory”. I znowu partyzantka. Przystojny i
wysoki nie może opędzić się od kobiet. Ukrywa się, ale na razie
widzi w tym fantastyczną zabawę.
17 czerwca 1946 r. bawił
się na weselu w Chmielniku. Goście młodej pary – zupełnie
niepostrzeżenie – zostali okrążeni przez grupę operacyjną UB z
Lublina i aresztowani. Wśród weselników było więcej
wrogów Polski Ludowej. Nawyki z wojny jednak pomagają… Partyzanci
rozbrajają kilku konwojentów i uciekają. Przy okazji ginie
czterech funkcjonariuszy. Dwa miesiące później „Laluś”
znowu jest w opałach, kiedy do jego kwatery we wsi Bojanica wchodzi
milicja. Kolejne dwa trupy.
Gdy na początku 1947 r.
komunistyczne władze ogłosiły amnestię, przewidując, że
skorzysta z niej kilkanaście tysięcy osób w całym kraju –
ujawnia się 53 tysiące uzbrojonych żołnierzy. „Laluś”
nie.
Ale jest już ktoś, kto niedługo zacznie go do tego delikatnie
namawiać.

Ostatni niezłomny – Józef Franczak ps. „Lalek” – część 2>

Ostatni niezłomny – Józef Franczak ps. "Lalek" – część 2

Strzela jak na filmie
Dziś Danuta Mazur cierpi
na chorobę nóg. Całymi dniami siedzi na ganku murowanego
domu w Wygnanowicach. 59 lat temu, gdzieś w połowie 1946 r.
koleżanka poprosiła jej ojca o przenocowanie chłopaka z lasu.

Pierwszy raz go wtedy zobaczyłam
– wspomina osiemdziesięcioletnia
dziś kobieta. – Przystojny, figurę miał, głos łagodny. No… w
moim guście był. Taki z brzuszkiem
– dodaje. I już po jej pooranej
zmarszczkami twarzy płyną łzy.
Najczęściej spotykali
się w polu. W tajemnicy przed jej ojcem, choć należał do siatki
„opiekunów” Franczaka. Danuta brała w chustę coś
do jedzenia i znikała na kilkadziesiąt minut. Najłatwiej było się
ukrywać w lecie. Zboże wysokie, wszystko dookoła bujne, młodość
podpowiadała, jak się chować. Na początku to tylko urywkowe
spotkania. Danuta oddawała meldunki i przekazywała informacje o
sytuacji w powiecie. Z czasem jednak służbowe spotkania zmieniły
się w randki.
– Przynosił mi książki,
różne romanse – mówi. – Kiedyś nawet pokazał w
atlasie Kanał Sueski, twierdząc, że wojna światowa zacznie się
tam i ona nas wyzwoli. Ja w to wszystko wierzyłam, bo on tak mówił,
że wszystkich potrafił przekonać.

Franczak nie chce narażać
narzeczonej. Niekiedy zostawi w nocy jakiś upominek na parapecie jej
okna, innym razem ona sama czuje, że ją obserwuje schowany w lesie.
Czasem Danuta dowie się,
że „Laluś” strzelał się z milicją w Lublinie, innym
razem, że z „ubejcami” w Lubartowie. Udaje, że ją to nic
nie obchodzi. Wojna się przecież skończyła, a wszyscy dookoła
chcą wreszcie normalnie żyć. Ale koniec lat czterdziestych to
okres terroru. Na Lubelszczyźnie strzelaniny to rzeczy codzienne. UB
i wojsko w poszukiwaniu partyzantów aresztuje tysiące osób,
podpala chałupy, straszy i bije.
Dochodzi do tego, że od
połowy 48 r. grupa „Uskoka”, w której jest teraz
Franczak, siedzi jak mysz pod miotłą i tylko raz na miesiąc
organizuje akcje. Giną szefowie gminnych i powiatowych komitetów
PPR-u, szczególnie zawzięci utrwalacze władzy ludowej,
posterunkowi i konfidenci. Zaraz po każdej akcji – odwet. A potem
odwet za odwet. Czasami jest jedna ofiara, innym razem ginie
kilkanaście osób. Historyk Tomasz Łabiszewski z IPN w pracy
zbiorowej „Ostatni Leśni” szacuje, że w całym kraju
tylko w lipcu 1948 r. milicja i UB przeprowadziła ponad 2 tys.
operacji przeciwko „bandom”. W przeczesywaniu lasów
wzięło udział kilkadziesiąt tysięcy funkcjonariuszy.
W maju 1948 r. patrol
„Lalusia” wpada w zasadzkę koło wsi Cyganka koło
Lublina. Od strzałów padają dwaj partyzanci, dwaj inni są
ranni. Ich dowódca – po wystrzeleniu magazynka – znika. Wymyka
się obławie. Nawet jest nie draśnięty.
„Coraz więcej ludzi
popada w apatyczny nastrój i przestaje wierzyć w rychłe
zmiany na lepsze. Ludzie coraz bardziej dostosowują się do
znienawidzonego, a umacniającego się porządku – bo przecież
trzeba żyć. My garstka straceńców – jak nas nazywają –
stajemy się oazą wiary i woli zwycięstwa na pustyni zwątpienia i
beznadziejności”
– notował „Uskok”.
W Wigilię 24 grudnia
1948 r. milicji udaje się wreszcie dorwać „Lalusia”. W
pojedynkę zostaje zaskoczony w sklepie w Wygnanowicach. Ale i tym
razem jest szybszy. Strzela jak na filmie. Jeden z milicjantów
pada trafiony, on sam dobiega do lasu. Jest ranny w brzuch. Będzie
się leczył kilka miesięcy. W tym czasie jednak zostaje wytropiony
„Uskok”. Najpierw informator o pseudonimie „Janek”
wydaje najbliższego współpracownika Brońskiego –
„Babinicza”. Ten z kolei katowany przez ubeków z
Lubartowa ujawnia położenie bunkra, w którym chowa się
charyzmatyczny dowódca.
21 maja cała okolica
bunkra zostaje otoczona. Po krótkiej wymianie strzałów
„Uskok” popełnia samobójstwo. Zadowoleni
funkcjonariusze malują na desce napis :„Bunkier i »Uskoka «
szlak [sic!] trafił” i fotografują ją w zdobytym schowku. W
ich ręce wpada całe archiwum oddziału.
Na jednej z fotografii –
nad głową pochylonego nad mapą Franczaka – pojawia się cyferka
„jeden”.

Adwokat z Lublina
Opowieść o ostatnim
polskim partyzancie powinna się rozpoczynać właśnie w tym
momencie. W całym kraju – według danych resortu bezpieczeństwa –
ukrywa się jeszcze 250 żołnierzy. Przede wszystkim na
Białostocczyźnie i na Lubelszczyźnie.
Coraz rzadziej jednak
partyzanci mają ze sobą kontakt. Często poszczególni
żołnierze nie wiedzą nawet, że są już samotni w swoim rejonie.
Do lutego 1953 r. działają ostatni żołnierze „Uskoka”,
zaś w lipcu kończy się wielomiesięczne polowanie na
siedmioosobowy patrol por. Wacława Grabowskiego „Puszczyka”
pod Mławą. W dokumentach UB zachował się nawet rachunek za
wydanie ich kryjówki. Agent „N-20” dostał za to
śmieszną wówczas sumę 5 tys. złotych. Cała siódemka
zginęła.
W nocy z 2 na 3 marca
1957 r. we wsi Jeziorko koło Łomży grupa operacyjna SB-KBW zabiła
ppor. Stanisława Marchewkę „Rybę” – ostatniego
partyzanta na Białostocczyźnie. W lutym 1959 r. koło Leżajska
został aresztowany Michał Krupa, a 30 grudnia 1961 r. w powiecie
biłgorajskim wpada „Dąb” – Andrzej Kiszka.
„Laluś” ukrywa
się dalej. Albo ma niebywałe szczęście, albo jest najbardziej
roztropny. Na pewno jest zdeterminowany. Mimo że najbliżsi
współpracownicy, a z czasem i Danuta Mazur prosili, by się
ujawnił, odmawia.
Decydujące było
spotkanie z lubelskim adwokatem Rachwaldem niedługo po ogłoszeniu w
kwietniu 1956 r. ostatniej już amnestii. Franczak pojawił się w
mieszkaniu adwokata zupełnie niepostrzeżenie. Musiał potwornie
uważać, bo miasto roiło się od bezpieki. Mieściło się tam też
centrum aparatu represji, a funkcjonariusze znali podobiznę
„Lalusia”. Wiedzieli także, że stosuje różne
fortele. Do lustrowania okolic, w których miał zabawić
dłużej, używał na przykład przebrania kobiety. Wiemy, że
wcześniej zdarzało mu się ukrywać w Lublinie. Dziś krążą
wśród miejscowych niesamowite wręcz legendy. Że na kilka
lat wyjechał na Zachód, że przekupił kilku wysokich
funkcjonariuszy i ukrywał się w Warszawie. Że trzymał na muszce
jakiegoś generała, że strzelał z zamkniętymi oczami i zawsze
trafiał…
Dokładnie wiemy, o czym
„Laluś” rozmawiał z adwokatem. Danuta Mazur, dla której
to spotkanie mogło oznaczać legalizację jej związku, ujawnia
tajemnicę tego wieczoru. Franczak zapytał wprost: – Co na niego
mają i co dostanie w zamian za poddanie się z bronią? Jeśli
wsadzą go na 15 lat – może się ujawnić, jeśli na więcej –
będzie walczył dalej. Mecenas mimo amnestii nie miał dobrych
wieści: – Na sucho ci to nie ujdzie. Oficjalne dossier „Lalusia”
było rzeczywiście imponujące.
Władza oskarżała go o
kilkanaście morderstw. Listę otwierało dwóch Żydów,
członków Gwardii Ludowej, zastrzelonych w Skrzynicach zimą
1943 r. podczas walki. Następny był współudział w
zastrzeleniu czterech milicjantów w czerwcu 1946 r. Potem
posterunkowy z Rybczewic i członek PPR-u Zdzisław Dębski z
Majdanka Kozickiego. W 1948 r. Franczak miał na sumieniu kolejnego
milicjanta z Rybczewic, a potem komendanta ORMO we wsi Wola
Gardzienicka. W sierpniu 1951 r. miał zaś zastrzelić tajnego
współpracownika UB we wsi Passów. Do tego dochodzą
wspomniane już strzelaniny w Bojanicach, Cygance i Wygnanowicach.
To nie koniec. Z akt
wynika także, że 10 lutego 1953 r. razem z dwoma innymi
partyzantami zorganizował napad akcję na Kasę GS w Piaskach, w
której zostaje zastrzelony komendant posterunku MO. Z tej
akcji uniewinnia go młodsza o niecały rok Wiktoria Olszewska,
koleżanka ze szkoły. – On nie rabował – mówi. Potwierdza to
także Danuta Mazur. Twierdzi, że z czasem wszystkie przestępstwa w
okolicy zaczęto mu przypisywać. Akcję na kasę również,
choć „Laluś” miał tylko wysłać anonim, w którym
ostrzegał, że napad jest szykowany, ale on nie ma z tym nic
wspólnego. Czy nie miał rzeczywiście? W akcji poległ
„Wiktor”, który był jego dowódcą. Janina
Wilkołek, wówczas nastoletnia dziewczynka, powtarza to, o
czym rozmawiali dorośli: – Tak, rabował, ale rozdawał biednym. To
był taki nasz lubelski Janosik.
– Od dożywocia się nie
wywiniesz
– mecenas Rachwald nie owijał w bawełnę. Zaraz jednak
dodał, że na taką karę wystarczy tylko to, co zgromadziła
prokuratura. To zaś, co ma UB w swoich aktach – wystarczy, aby
„przypadkowo” zginął w trakcie aresztowania albo nie
wytrzymał trudów śledztwa.
Ale w październiku 1956
r. zaczęła się odwilż. Z więzień zaczęli wychodzić żołnierze
AK skazani wcześniej na karę śmierci. – Mówiłam mu, że
mój sąsiad wrócił do Wygnanowic z potrójnym
wyrokiem
– wspomina Danuta Mazur. – Józek się wahał, ale się
nie przemógł. Objął mnie i powiedział, że nie wyjdzie już
nigdy.

Jakby na potwierdzenie
jesienią 1956 r. zdobył ambulans pocztowy przewożący 108 tys.
złotych. Trzy lata później do jego teczki trafia także
sprawa Mieczysława Lipskiego, oficera KW MO z Lublina. „Laluś”
postrzelił go w styczniu 1959 r. Już wtedy doskonale wiedział, że
wokół niego zaciska się śmiertelna pętla. – Cierpiał, i
tylko Bóg jeden wie, jak bardzo – dodaje była narzeczona.

Ostatni niezłomny – Józef Franczak ps. „Lalek” – część 3>

Ostatni niezłomny – Józef Franczak ps. "Lalek" – część 3

Lista Franczaka
W 1959 r. Danuta Mazur
urodziła syna. Nie mogła się przyznać, kim jest jego ojciec.
Rodzina znalazła kandydata na „tatę” i trzymała się
fałszywej wersji. Ale funkcjonariusze i agenci UB wiedzieli swoje.
Trzylatkowi milicjanci przywozili czekoladki i pytali o pewnego
miłego pana z charakterystyczną grzywką. Mały go nie znał, bo
„Laluś” obserwował syna tylko z daleka i całował, tylko
gdy ten spał. Tylko raz wziął go w ramiona, gdy brzdąc miał
zaledwie miesiąc.
Syn partyzanta pamięta
inne spotkanie z ojcem. – Akurat były zbiory rzepaku. Jak
przebiegałem koło dużej ich kupy zobaczyłem czyjąś rękę.
Pobiegłem do mamy krzycząc, że tam leży jakiś pan. Potem
widziałem go tylko, jak idzie do lasu. – A pamięta pan jego twarz?
– pytam. – Zamazana.
– Brali mnie na cmentarz
i grozili, że zamordują, jeśli Józka nie wydam – mówi
Danuta Mazur i opowiada, jak wyglądało śledztwo. Jej wspomnienia
oraz świadectwa bliskich „Lalusia” uzupełniają materiały
z Instytutu Pamięci Narodowej. Kontrast jest straszny.
Formalne rozpracowanie
Franczaka ruszyło 16 listopada 1951 r. Referat III Powiatowego UBP w
Lublinie nadał akcji kryptonim „Pożar”. Na początku
wszystko szło fatalnie. „Resort” próbował ustalić
miejsce jego pobytu za pomocą siatki agentów. Zanim jednak
niektórzy zdążyli cokolwiek donieść, jak spod ziemi
wyrastał przed nimi „Laluś”.
Do wuja Wiktorii
Olszewskiej przyszedł w biały dzień. Odciągnął go na stronę i
rozmawiał z 10 minut. – Wuj wrócił spocony i czerwony –
opowiada Olszewska. – Laluś nie chciał go skrzywdzić, ale wyżalił
mu się, że niech tylko przeżyje jak on w ukryciu jeden dzień, to
zrozumie, przez jakie piekło przechodzi. Poskutkowało.

Innym razem doszło do
„Lalusia”, że po pijaku ktoś w okolicy grozi, że go
wyda. Następnego dnia na jego progu leżała kartka, że ma „stulić
dziób”, bo zginie. Wystarczyło. Innym za zbytnie
gadulstwo przystawiał broń do brzucha i groził. Raz nawet umówił
się z informatorem bezpieki, podając się za oficera kontaktowego.
Ten zorientował się jednak, że coś jest nie tak, bo „Laluś”
wypytywał go krótko, po czym od razu wręczył pieniądze.
Tymczasem UB tak nie robiło. Gdy prowokacja się posypała, „Laluś”
po prostu przystawił mu pistolet do brzucha i powiedział, że to
ostatnie ostrzeżenie.
Nie zawsze używał siły.
Nie musiał. Ukrywał się tak długo i skutecznie, bo był w okolicy
bardzo szanowany. – Nigdy nikogo specjalnie nie narażał –
wspominają nieujawniający się nawet dziś byli współpracownicy.
– Bywało, że nie jadł nic przez cały dzień. Bywało, że marzł
w zimie na kamień. Mimo to nie zachodził do chałup. Jeśli mógł,
to sam pomagał. Cieszył się wielkim autorytetem. Miał charyzmę i
budził podziw za niezłomny charakter. Czasami wydawało się, że
wie lepiej, co zamierzają władze. Zaczęli go doceniać nawet
pracownicy aparatu represji.
W jednym z raportów
oficer SB napisał, że przez kilka lat organa nie otrzymywały
żadnych informacji o miejscu jego pobytu. A nawet, że „Laluś”
był informowany na bieżąco o pojawieniu się w terenie
funkcjonariuszy MO. Prawdopodobnie dzięki temu na początku lat
sześćdziesiątych dowiedział, że para podająca się w okolicach
Wygnanowic za fotografów to podstawieni agenci. Z ustaleń dr.
Sławomira Poleszaka z lubelskiego IPN wynika, że siatka
współpracowników „Lalusia”, która z
narażeniem siebie dawała mu przez lata schronienie, liczyła 200
gospodarzy. Byli to koledzy ze szkoły, znajomi rodziny, przyjaciele
i antykomunistycznie nastawieni rolnicy. Wiadomo, że znajdowali się
wśród nich również księża, nauczyciele, lokalna
inteligencja. Podobno byli też milicjanci, członkowie PZPR i
wojskowi.
Latem „Laluś”
ukrywał się przeważnie w polu. Spał w kamieniołomach koło
Wygnanowic. Zimą korzystał z kwater przyjaciół. Spał w ich
mieszkaniach i stodołach. Rewanżował się drobnymi pracami. To
pomalował komuś chałupę, to sklecił gołębnik albo naprawiał
narzędzia.
Z początku przeciw
zorganizowanej siatce pomocników „resort” mógł
wystawić kilkudziesięciu lokalnych oficerów, ZOMO i oddziały
wojska. W grudniu 1960 r. rozpracowanie nabrało jednak tempa. Sprawę
agenturalno-poszukiwawczą przekwalifikowano na rozpracowanie
operacyjne. Oznaczało to zwerbowanie kilkudziesięciu tajnych
agentów, zakładanie nowoczesnej aparatury podsłuchowej i
rozpoczęcie finezyjnej gry psychologicznej.
Celem nie było już nie
aresztowanie, ale likwidacja „niezwykle groźnego bandyty”.

Zdrada bratanka
Najpierw były podsłuchy.
Pierwszą aparaturę funkcjonariusze założyli w chałupie siostry
„Lalusia” Czesławy Kasprzak. Po kilku dniach zepsuł się
mikrofon. Potem drugi aparat założono w domu u drugiej jego siostry
Celiny Mazur. Po tygodniu, podczas prac gospodarskich jej syn wykopał
przewód z ziemi i wezwana z posterunku milicja musiała go
zwinąć, tłumacząc, że to jakieś pozostałości po wojnie. Na
pomysł założenia podsłuchu u Danuty Mazur warszawska centrala
początkowo nie chciała się zgodzić. Dopiero w 1960 r. – gdy
resort uświadomił sobie, że nawet stała obserwacja nie daje
rezultatu – trzy aparaty zaczęły działać w jej domu. Dzięki nim
funkcjonariusze wiedzieli, że jakiś tajemniczy mężczyzna od czasu
do czasu u niej przebywa. To jednak było za mało.
Mizerne efekty dała
również obserwacja bezpośrednia innych członków
rodziny. Jeden z takich punków obserwacyjnych musiał zostać
zwinięty, bo w zimie funkcjonariusze i agenci potwornie pomarzli.
Inni mimo wielotygodniowej pracy nie zauważyli nikogo. Za to strach
padł na mieszkańców obserwowanych siedzisk. Sąsiedzi
znajomych Franczaka zaskoczyli agentów na nadawaniu meldunków
drogą radiową w leśnym uroczysku, innym razem spotkali
funkcjonariuszy po cywilu podsłuchujących pod oknami.
Jesienią 1960 r.
pojawiła się wreszcie szansa na sukces. Teść jednej z sióstr
Franczaka popełnił samobójstwo. Przyczyną tragedii miały
być spięcia wewnątrz rodziny z powodu ukrywającego się brata. „W
celu wytworzenia antagonizmu do bandyty i jego siostry”
funkcjonariusze SB przeprowadzili szereg rozmów. W kwietniu
1962 r. naczelnik wydziału III SB mjr. Stanisław Lipiec pisał
jednak zrezygnowany: „ludzie ci z uwagi na brak możliwości ich
rozpracowania stanowią dla nas pewien problem”.
Nie powiodła się także
akcja równoczesnego zapraszania na przesłuchania znajomych
„Lalusia”. W ciągu kilku kwietniowych dni 1963 r. do
siedziby lubelskiej MO wezwano 62 osoby w czteroosobowych grupach.
Funkcjonariusze liczyli, że wezwani w poczekalni będą ustalać
treść zeznań. Ale zainstalowana tam aparatura podsłuchowa niczego
nie nagrała. Łącznie w trakcie działań przeciwko Franczakowi
„rozpracowaniem” objęto kilkaset osób. Na próżno.
Aż wreszcie w kwietniu
1963 r. został wezwany na przesłuchanie bratanek ojca Danuty Mazur
– Stanisław Mazur. Oficer SB zaproponował mu współpracę
i zapewnił o dyskrecji. Obiecał wynagrodzenie finansowe, a ten nie
odmówił. Z czasem przejął inicjatywę we współpracy
z bezpieką. Stanisław Mazur w teczkach figuruje jako agent
„Michał”.
Tymczasem początek lat
sześćdziesiątych to dla „Lalusia” trudny okres.
Przyjaciele czuli, że ciągłe ukrywanie się zostawia na jego
psychice trwałe ślady. Był przygnębiony i zmęczony, przez co
mniej uważny. Danucie Mazur miał się zwierzyć, że brakuje mu już
siły, by ciągle się ukrywać. Ale innego zdania jest siostra
Czesława Kasprzak. Według niej Józek był wtedy w doskonałej
formie. Twierdził, że sytuacja międzynarodowa dojrzewa do wybuchu.
Że będzie konflikt, jakaś wojna, że los wreszcie się odmieni. –
Na każde zawołanie mógł mieć tysiąc chłopaków pod
bronią. – mówi. – W 1963? – pytam. – Właśnie wtedy!
– W nocy śnił mi się
nasz syn
– tak Danuta Mazur wspomina dzień śmierci „Lalusia”.
Gdy to mówi, nie potrafi ukryć łez. – Śniło mi się, że
mój syn Marek topił się, a Józka nie było. Zawsze
mogłam liczyć na jego pomoc, a wtedy, w tym śnie – nie pomógł
mi.

21 października 1963 –
35 funkcjonariuszy ZOMO i SB czekało tylko na umówiony sygnał
od „Michała”. Ten dokładnie informował, co robił
„Laluś”. A on był w Majdanie Kozic Górnych, w
obejściu swych przyjaciół i współpracowników
Jana i Wacława Beciów.

Strzelanina jak na
froncie

Dokładny opis
śmiertelnej strzelaniny znamy dzięki raportowi rozpracowującego go
przez lata funkcjonariusza por. Ludwika Tarachy. W przeszłości
panowie widzieli się przez kilkanaście sekund. Taracha, który
bardzo sumiennie podszedł do powierzonego mu zadania, spędził w
okolicy, gdzie ukrywał się „Laluś” wiele miesięcy.
Przypadkowo natknęli się nawet na siebie na jakiejś leśnej
polanie. Obaj przeszli wtedy koło siebie jak dwaj wracający z pola
nieznajomi. – Józek wiedział, że to ten ubek. Trzymał palec
na cynglu, tamten pewnie też – mówi Danuta Mazur. Ale do
strzelaniny nie doszło. Kto się zawahał? Nie wiadomo…
21 października 1963 r.
o godz. 14.30 cała wieś była już otoczona. Gdy „Laluś”
wychodził z obejścia rodziny Beciów, natknął się na
milicjantów. – Cofnął się do stodoły i wyszedł z grabiami
na ramieniu. Udawał jakiegoś parobka – mówi Olszewska.
„Po sylwetce i
zachowaniu domyśliłem się, że to może być Franczak”

relacjonował potem Taracha. – „Franczaka usiłował zatrzymać
»przewodnik psa «, jednak Franczak zaczął uciekać do
stodoły. Po dwóch minutach wypadł z innej strony i zaczął
strzelać”.

To był koniec. Osaczony,
postanowił walczyć do końca. Mimo że z karabinów strzelało
do niego kilku zomowców, kluczył po wsi i odpowiadał ogniem.
– To był front.
Strzelanina jak na wojnie, kule świstały w powietrzu. Wojsko
zatrzymywało ludzi wracających z pola i kładło na ziemię. Bałam
się o krowy, nie wiedziałam, co się dzieje
– wspomina 14-letnia
wówczas Janina Wilkołek. – Jego granaty nie wybuchły,
pistolet się zacinał – dodaje Anna Kasprzak, sąsiadka Wilkołek.
Wspomnieniom przysłuchuje się Wiktoria Olszewska. – Byliśmy
przerażeni, on nie.

Na stole w mieszkaniu
siostry „Lalusia” leży protokół sekcji zwłok
brata. Na schematycznym rysunku zaznaczone ślady po kulach. Franczak
dostał serią w klatkę piersiową, w brzuch i nogę. Nie mógł
przeżyć.
Czesława Kasprzak:
Gdyby tylko dobiegł do lasu, to może…

Danuta Mazur: – Zdradziła
go najbliższa rodzina.

Anna Kasprzak: – Nie miał
szans.

Głowę zabrali ubecy
Dziś w miejscu, gdzie
padł śmiertelnie ranny, stoi zrujnowana chałupa. Kilka metrów
obok nowy dom państwa Olszewskich. Prawnuki koleżanki ze szkoły
„Lalusia” bawią się w kuchni. Starsza dziewczynka boi się
pokrzyw i nie wejdzie za ciocią, by pokazać, gdzie rozegrała się
tragedia.
Współpracownicy
Franczaka mieli dużo szczęścia. Tylko Kazimierz Mazur i przyjaciel
„Lalusia” Wacław Beć trafili po zakończeniu śledztwa za
kraty. Pierwszy na pięć lat, drugi na trzy.
Syn Danuty Mazur i Józefa
Franczaka dowiedział się, kim był jego ojciec, gdy miał około
dziesięciu lat. – W szkole historii uczył mnie partyjniak –
wspomina lata siedemdziesiąte. – Gdy powiedziałem, że 17 września
1939 r. Polskę napadli Ruscy, prawie rzucił się na mnie z
pięściami. O ojca nie musiał pytać, wszystko wiedział.
Gdy Marek miał
kilkanaście lat i zaczął się uganiać po sąsiedzkich wsiach za
dziewczynami, starsi ludzie zatrzymywali go i wspominali ojca. – To
były serdeczne spotkania.
Marek Franczak dopiero w
1992 r. dostał od sądu zgodę na noszenie nazwiska ojca.
Grób „Lalusia”
znajduje się na cmentarzu w Piaskach. Ostatni partyzant leży w
mogile bez głowy. Ta została odrąbana w prosektorium zaraz po
sekcji zwłok i nigdy nie została zwrócona rodzinie. – Gdzie
jest mój Józef? – pyta szeptem pani Danuta.

Ostatni niezłomny – Józef Franczak ps. „Lalek” – część 1>

Michał Wójcik
współpraca
Sławomir Poleszak (IPN Lublin)

Cytaty za:
Zdzisław Broński
„Uskok”, „Pamiętniki (1941 – maj 1949)”. Wstęp redakcja
naukowa, opracowanie dokumentów Sławomir Poleszak

Sławomir Poleszak
„Kryptonim »Pożar «. Rozpracowanie i likwidacja
ostatniego żołnierza polskiego podziemia niepodległościowego
Józefa Franczaka »Lalka «, »Lalusia «
(1956-1963)”. Publikacja ukaże się w grudniu 2005 w periodyku
IPN „Pamięć i Sprawiedliwość” nr 8.

Michał Wójcik,
dziennikarz, historyk, felietonista w „Mówią Wieki” i
Radiu PIN, autor wydanego w zeszłym roku opracowania o Powstaniu
Warszawskim