Rozmowa z por. „Młotem” – część 1

Rozmowa z por. Henrykiem Lewczukiem ps. „Młot”

Poniżej, jako suplement do biogramu por. Henryka Lewczuka „Młota”, w latach 1945-47 dowódcy oddziału partyzanckiego WiN w Inspektoracie Chełm, publikuję zapis rozmowy przeprowadzonej z Nim w kwietniu 2001 r. przez Panią Stellę Gronek, której serdecznie dziękuję za udostepnienie mi tego materiału i zgodę na publikację.

Por. Henryk Lewczuk ps. „Młot urodził się w 1923 roku w Chełmie, tam uczęszczał do gimnazjum im. Stefana Czarneckiego. Jego dalszą edukację przerwała wojna. Uczestniczył w niej czynnie jako żołnierz AK. W latach 1945 – 47 pod pseudonimem „Młot” był komendant I Rejonu obwodu chełmskiego WiN, słynny dowódca oddziału, który zaprowadził ład na podległym mu terenie. W 1948 roku był zmuszony opuścić kraj i osiąść we Francji. Tam zdał maturę, studiował prawo i ekonomię na Uniwersytecie w Lyonie. Zajmował wysokie i odpowiedzialne stanowiska: szefa planowania dystrybucji paliw dla armii amerykańskiej we Francji, Dyrektora Eksploatacji Centrum Komputerowego Wyższej Szkoły Górniczej w Paryżu, aż wreszcie Dyrektora Centrum Usług Informatycznych w Fontainebleau pod Paryżem. We Frencji był aktywnym działaczem polskich środowisk niepodległościowych. Związany również z RPR Jacquesa Chiraca, a po powrocie do kraju w 1992 roku ze środowiskiem politycznym Jana Olszewskiego. W 1995 roku współtworzył Ruch Odbudowy Polski. Był współprzewodniczącym Zarządu Głównego ROP oraz Radnym Sejmiku Województwa Lubelskiego, a także Posłem IV kadencji Sejmu RP z ramienia ROP.

Stella Gronek: Jak pan przeżył okres wojny?

Henryk Lewczuk: Byłem młody. Moje pokolenie dojrzewało w innych warunkach, myśmy nie mieli wieku, gdzie przechodzi się z lat młodzieńczych do dorosłości. Za czasów niemieckich byłem jako plutonowy podchorąży w oddziale leśnym AK P. Sędzimira, który był kadrową kompanią I Batalionu 7 Pułku Piechoty Legionów. Stacjonował on przed wojną w Chełmie. W ramach tego oddziału braliśmy udział w bitwie pod Parczewem (Makoszka), walczyła 27 Dywizja Wołyńska, myśmy dołączyli jako kompania zwiadowcza, bo znaliśmy te tereny, a oni przyszli zza Buga. Po okrążeniu przez dywizję pancerną SS, udało nam się przejść przez Markuszów i skierować w lasy janowskie. Był to już początek lipca 1945 roku. Niedaleko stąd, między Nałęczowem, a Lublinem w miejscowości Czółno stoczyliśmy wielką bitwę z Niemcami i przeszliśmy w lasy janowskie. Pod koniec lipca zbliżaliśmy się do Chełma. Wtedy już na tzw. zebraniu w Surchowie całej AK, która była przygotowana, żeby pójść z pomocą do Warszawy wiedzieliśmy, że wszyscy o których wiadomo, że byli w AK zaczęli być wyłapywani i wysyłani przede wszystkim na Sybir. By uniknąć wywózki rozbroiliśmy się w Turobinie i wróciliśmy do domu po cywilnemu. W tym czasie był obowiązkowy pobór do wojska, więc my nie przyznając się, że byliśmy w AK zgłosiliśmy się. Przydzielono nas do powstałej wtedy Pierwszej Szkoły Oficerskiej Artylerii w Chełmie. Uchroniło to mnie i moich kolegów na jakiś czas od bezpośrednich represji.

S.G.: Dlaczego powstał WiN?

H.L.: System który nam narzucono był przeciwny naszej tożsamości narodowej. Był dla nas nie do przyjęcia. Uderzały nas metody jego wprowadzania – terror, mordy, ucisk, by nasz naród jak gdyby ubezwłasnowolnić. Opisuję tę atmosferę, która sprawiła, że my młodzi nie chcieliśmy się temu poddać, gdyż byłoby to zaprzeczeniem i niespełnieniem, tej naszej przysięgi, którą składaliśmy w AK:
„W obliczu Boga Wszechmogącego i Najświętszej Maryi Panny, Królowej Korony Polskiej, kładę rękę na ten Święty Krzyż, znak męki i zbawienia, i przysięgam: być wiernym Ojczyźnie mojej Rzeczypospolitej Polskiej, stać na straży Jej honoru i o wyzwolenie Jej z niewoli walczyć ze wszystkich sił, aż do ofiary mojego życia…”
W tym czasie były trzy czynniki, które wychowywały młodzież – matka, szkoła i Kościół. I to wszystko chciano złudnymi hasłami zniweczyć i wprowadzić „raj na ziemi”.

S.G.: Reakcja pańskiego pokolenia na rozwiązanie AK.

H.L.: 19 stycznia 1945 roku AK zostało rozwiązane. Myślano, że zapobiegnie to represjom, stało się jeszcze gorzej, gdyż wszystkie struktury straciły oparcie. Nas młodych rozwiązanie AK nie zwalniało z obowiązku przestrzegania naszej przysięgi. Niemcy hitlerowskie zostały pokonane, ale przyszedł nowy okupant i znowu więzienia zapełniły się Polakami patriotami.

S.G.: Jak wyglądała Pana działalność po ostatnim rozkazie gen. Okulickiego?

H.L.: Na początku marca była pierwsza promocja w Szkole Oficerskiej Artylerii i ja również w niej byłem. Po tym wydarzeniu wyprowadziłem dużą grupę – kilkudziesięciu młodych podporuczników i podchorążych, po to, by ofiarować Ojczyźnie co tylko byliśmy w stanie dać – zapał, chęć walki, a nawet życie. Ja wiem, że tak jak w XIX wieku były różne opinie odnośnie powstań, ale myśmy poszli drogą Traugutta, a nie Wielopolskiego. Jakież to było wspaniałe uczucie, że człowiek jest w stanie coś z siebie dać Ojczyźnie. W tym czasie głęboko przemawiała do nas „Oda do młodości” Adama Mickiewicza. Gdyby jednak nie było wtedy tego zrywu, dzisiaj nawet można powiedzieć romantycznego, to stalibyśmy się z pewnością 17 republiką ZSRR.

S.G.: Powstanie WiN i Pana wpływ na jego kształt na podległym mu obszarze.

H.L.: Po rozwiązaniu AK były trzy okresy: ROAK (Ruch Oporu AK), to trwało do maja, w maju powstała Delegatura Sił Zbrojnych (DSZ). Jeżeli chodzi o mnie, to byłem zarówno w ROAK, jak i w DSZ, a we wrześniu 1945 roku powstał WiN. W tamtym czasie istniały trzy koncepcje polityczne. Pierwsza reprezentowana przez ugrupowania prawicowe, chciała nadal walczyć. Drugą reprezentowało PSL, chciało ono uratować ile się da poprzez ugodę. Na trzeciej koncepcji oparł swoje powstanie WiN. W swym założeniu miała to być walka nie orężem, a na płaszczyźnie politycznej i ideowej. Założenia były wspaniałe, ale między koncepcją, a wprowadzeniem w życie nie można było zapomnieć o sytuacji w terenie. Po rozwiązaniu AK pełno było oddziałów złożonych przeważnie z młodych, którzy nie chcieli się poddać z dwojakich powodów. Z jednej strony ze względu na złożoną przysięgę, z drugiej, bo ujawnienie równało się aresztowaniu. W ramach Organizacji WiN zachowaliśmy tzw. Siły Zbrojne do walki z UB, by odbijać aresztowanych i utrzymać teren w bezpiecznych warunkach, gdyż wiadomo, że na rękę było NKWD, UB i milicji jeśli szerzyło się bandyctwo. Bo z powodze
niem mogli to zrzucić na ruch oporu. Co więcej sami robili pozorowane napady, aby zdestabilizować podziemie. Gdy wyszedłem z Chełma z grupą przez około 3 tygodnie szukałem kontaktu z przełożonymi. Po tym czasie spotkałem się z komendantem Obwodu Inspektoratu Chełmskiego. Zaproponował mi objęcie funkcji komendanta I Rejonu obwodu chełmskiego, ponieważ ten, który był przede mną został aresztowany. Zgodziłem się, a moim pierwszym zadaniem było uporządkowanie struktur. Na moim terenie istniały grupy „Fali”, „Tarzana”, „Sokoła”, rozpocząłem od wizytacji i rozwiązania tych oddziałów i pododdziałów. Niektórych przygarnąłem i stworzyłem te tzw. Siły Zbrojne. W ramach mojego oddziału byli także cywile, pracujący zawodowo. Z chwilą gdy byli potrzebni powoływałem ich, wykopywali wtedy swoje uzbrojenie i zgłaszali się gdzie trzeba. Było to określane jednostką garnizonową. Cały oddział składał się z około ośmiuset ludzi, z czego kilkudziesięciu tworzyło te tzw. Siły Zbrojne. Byli oni kompletnie umundurowani w stylu wojskowym. Utrzymywaliśmy porządek, walczyliśmy z UB i NKWD, a także z fałszywymi, pozorowanymi przez komunistów oddziałami WiN i NSZ

S.G.: Skąd pseudonim?

H.L.: Trzeba zrozumieć jakie to było pokolenie, jaki okres. Myśleliśmy wtedy – a jaki to ja pseudonim wezmę? Widziałem kolegów – ten jest ”Orłem”, ten „Żbikiem”, inny „Lwem”. Myślałem, przecież to są królewskie zwierzęta, więc na takie miano trzeba zasłużyć, a ja jeszcze nie zasłużyłem. Ale czym się rozbija te okowy, ten łańcuch niewoli. Chciałem być po prostu narzędziem. Młotem, który bez pretensji oddaje się sprawie i taki pozostałem do końca. Tak to ja odczuwam i tak to pozostało.

S.G.: Pana działalność na terenie chełmskim, ważniejsze starcia.

H.L.: 22 maja 1945 roku była pierwsza bitwa, ośmiu z grupy, którą wyprowadziłem zginęło. Byli to młodzi podporucznicy. Rozbijaliśmy posterunki MO np. w Żmudzi czy Sielcu. Zresztą, po jakimś czasie wszystkie posterunki gminne w moim rejonie były w swoisty sposób mi podporządkowane – nie przejawiały żadnej aktywności i ja ich pozostawiałem w spokoju. 28 maja w Hrubieszowie rozbiliśmy posterunek UB i odbiliśmy kilkudziesięciu więźniów. W 1946 roku „Wyrwa” oficer z mojego oddziału został ranny w okolicach Wojsławic (miejscowości nazywanej moją stolicą) i wzięty do niewoli. Był ciężko ranny i przebywał w chełmskim szpitalu. Dzięki dobrze zorganizowanej siatce i dzisiaj to mogę już powiedzieć doktorowi Benowskiemu – chirurgowi, który był również członkiem WiN, miałem codziennie raporty dotyczące stanu zdrowia „Wyrwy”. Prosiłem doktora, by doprowadził chorego do takiego stanu, żeby przeżył odbicie. Leczył go, a jednocześnie dawał takie lekarstwa, które uniemożliwiały UB przesłuchania. Było to w październiku 1946 roku, z centrum Chełma w biały dzień, pamiętam była to niedziela odbiliśmy „Wyrwę”. Wraz z łóżkiem załadowaliśmy go na wcześniej zarekwirowany samochód. Prowadziliśmy też walkę z bandytyzmem. Kilka miesięcy trwało wyłapywanie złodziei, kradnących krowy i konie. A wiadomo, że jak gospodarzowi zabrano konia to tak jakby go zabito. Ponieważ nie miałem więzienia, a nie zasługiwali na większą karę, więc jeśli złapaliśmy takiego, to dawaliśmy mu po prostu 15-20 kijów w czułe miejsce. Do dziś pamiętają.

S.G.: Jaki był stosunek mieszkańców Chełmszczyzny do Pana działalności?

H.L.: Ja nie spodziewałem się, że do dziś pozostanie wśród społeczeństwa taka pamięć. Skoro ja mogłem z tym oddziałem, uważanym za Wojsko Polskie przez tak długi czas przetrwać i to skutecznie to musiałem mieć poparcie i przyzwolenie lokalnej społeczności. Tak, miałem szerokie poparcie szczególnie na wsi.

S.G.: Jaką broń posiadaliście i skąd pochodziła?

H.L: Broń była jeszcze z czasów wojny. Gdy się rozbrajaliśmy to część broni zakamuflowaliśmy. Poza bronią lekką posiadaliśmy także działko przeciwpancerne oraz karabiny maszynowe (RKM-y i LKM-y), mieliśmy również łączność telefoniczną. Broni i amunicji nie brakowało, ale każdy musiał się z niej przede mną rozliczyć.

S.G.: Czy miał Pan jakiś kontakt z Zarządem Głównym?

H.L.: Bezpośrednio nie miałem. Miałem do czynienia z moimi przełożonym komendantem Inspektoratu chełmskiego. To ja decydowałem o poczynaniach mojego oddziału.

S.G.: W jakich okolicznościach dowiedział się Pan, że ciąży na nim wyrok śmierci?

H.L.: Chyba nigdy nie miałem żadnego pozwu, ale za taką działalność jest to automatyczne. Mam to do siebie, że nigdy nie byłem sądzony i nie siedziałem. Mówili o nas „banda Młota” i jeszcze w 1984 roku nie mogli zapomnieć i nadal pisali nieprzychylne mi artykuły.

Rozmowa z por. „Młotem” – część 2>
Strona główna>

Rozmowa z por. „Młotem” – część 2


S.G.:
Jakie wydarzenie w tamtym okresie zapisało się najbardziej w Pana pamięci?

H.L.: Jest to bardzo osobiste. 18 grudnia 1945 roku zatrzymaliśmy się w Zażdzarach, bo napadał śnieg i zatarł wszystkie ślady. Była tam leśniczówka, leśniczy wysłany został na Sybir, pozostała jego żona z trójką dzieci. Zbliżały się święta, więc ja wraz z dwoma oficerami postanowiliśmy, że spędzimy tam dwie noce i pójdziemy zapolować, by coś zostawić tej kobiecie. Dowództwo w wiosce przekazałem oficerowi dyżurnemu, a sam wraz z dwoma oficerami poszedłem zanocować w gajówce. Około 23.30 budzą mnie i mówią: „Panie komendancie są gońcy…”. Myślę, stało się, znaleźli mnie. Wiadomo było, że miejsce postoju jest w Zażdzarach, a nie w leśniczówce. Następnie powiedzieli, że są do kapitana „Młota”, a przecież wszyscy wiedzieli, iż jestem porucznikiem. Zrozumiałem, że nie jest dobrze. Bardzo szybko się ubraliśmy, a oni coraz natarczywiej dobijali się do drzwi. Nie mieliśmy zbyt wiele broni, obowiązkowo dwa granaty tzw. siekacze obronne, jedną zaradkę dziesięciostrzałową i każdy z nas miał pistolet. Trzeba było działać. Wiedziałem, że nie mogę dać się złapać. No jeszcze tamci mieli szansę przeżycia, ale ja jako komendant rejonu nie. Już wcześniej myślałem o tym, że nie mogę wpaść w ich ręce, gdyż mogłem tyle szkody narobić, bo przecież nie wiadomo jaka jest ludzka wytrzymałość na tortury. Dlatego podjęliśmy walkę. Widziałem tylko jak jeden z moich przyjaciół zawisł na framudze okna. Wybiłem kolbą okno i schroniłem się między sągami drewna przykrytymi daszkiem. Chwilę słychać było jęki. Nagle słyszę – wyszła śp. Kalińska z dwójką dzieci, mówiła, prosiła, ze już nie ma nikogo i żeby ją zostawili w spokoju. Z przekleństwami puścili serię z karabinu. Zamordowali ją i dzieci, a następnie wszystko podpalili. Po chwili zobaczyłem kłęby dymu i usłyszałem serię naszych, a myśmy jak ten, który gra na instrumencie rozpoznawaliśmy swoją broń. Zrobiło się zamieszanie, zaczęli się zwijać, gdy objął mnie dym udało mi się uciec na otwarte pole. Dopiero wtedy straciłem przytomność, nawet nie czułem, że jestem ranny. Na drugi dzień chłopi z tej wioski furmanką zawieźli mnie na punkt, który sobie zawsze wcześniej wyznaczaliśmy. Tam się wyleczyłem. Jest to upamiętniona walka, ważna dla mnie, bo ukazuje zbrodnie komunizmu na ludności cywilnej, a trzeba powiedzieć takich zbrodni było wiele.

S.G.: Co Pana zmusiło do podjęcia decyzji o wyjeździe?

H.L.: Bardzo piękne były pierwsze chwile po ujawnieniu w marcu 1947 roku. Tym bardziej, że otrzymałem takie warunki jak nikt inny. Sam fakt, że to ja stawiałem warunki wyjścia z podziemia… Pierwszym było to, że nie będzie przesłuchań, moi żołnierze podadzą tylko imię, nazwisko, pseudonim i stopień. Drugi to, że będą mogli swobodnie, w mundurach poruszać się po mieście przez dwa tygodnie. I ostatnie, na to początkowo nie chcieli się zgodzić, że złożę broń, ale nie w Chełmie tylko w Wojsławicach. Jak to się odbyło? Przyjechali o 7.00, delegacja 15 ubowców z Pawlukiem (uczestnikiem zajść w Zażdzarach) na czele. Powiedziałem jaki jest program dnia. Od 7.00 do 8.00 przygotowanie, później o 8.00 ostatni raport, a o 9.00 Msza. Zaproponowałem im nawet, że jeśli mają ochotę to mogą w niej uczestniczyć. Dopiero potem w Urzędzie Gminy ujawniłem się. Dlaczego tam? Bo Gmina była symbolem władzy, to ja byłem gospodarzem. Można to sobie wyobrazić, ja siedziałem, a oni stali. To tylko mając te dwadzieścia lat można tak postępować. Gdy wjechałem do Chełma witało mnie chyba pół miasta, ludzie stali od Górki po Borek. A w domu, tyle kwiatów zastałem. To były czasy. Trwało to jednak krótko. Najpierw namawiano mnie, abym coś napisał, ale nie zgodziłem się. Potem zaczęto mówić, że dochodzą słuchy o rzekomym zamachu na moją osobę. Wtedy pomyślałem, że już się psuje i trzeba bardzo uważać. I wreszcie, gdy w czerwcu 1948 roku wróciłem do domu, bo byłem na zachodzie Polski, gdzie przez cały czas się wałęsałem, musieli mnie śledzić, bo od razu przysłali kogoś, że komendant UB chce się ze mną widzieć. Poszedłem i udawałem, iż wszystko jest w porządku. On „zwierzył” mi się, że jego wywiad doniósł o takich, którzy chcą mnie zabić za ujawnienie. A on z „troski” o mnie proponuje obstawę. Pokazał mi dwóch, od razu widać prawdziwych ubeków, a ja uśmiechając się zastanawiałem się, który z nich będzie strzelał w mój tył głowy. Powiedziałem – lepiej żebyście mi nie dawali jeszcze dzisiaj tej obstawy, bo jestem umówiony z sekretarzem, w sprawie artykułu (faktycznie tak było). Zgodzili się i tyle mnie widzieli.

S.G.: Jak Panu udało się przedrzeć za „żelazną kurtynę” ?

H.L: Po wspomnianej wyżej rozmowie z komendantem UB, w ciągu godziny spakowałem się i wraz z obstawą ruszyłem do Lublina. Tam na dworcu poczekali, aż wsiądę do pociągu i odeszli. Stamtąd pierwsza nieudana próba przekroczenia granicy przez Szklarską Porębę. Pozorowaliśmy handlarzy przygranicznych, miałem trochę rąbanki i spirytusu. Na przejściu w Wieńcu Zdroju (dzisiaj Sieradowie Zdroju) złapali mnie, ale udało mi się ich przekupić i dzięki fałszywym dokumentom umknąłem i tym razem. Wtedy wybrałem inną drogę, ale już nie winowską, bo u nas organizowane były przerzuty, ale ja nie dowierzałem. Z chwilą, gdy aresztuje się tak łatwo naszych przywódców, oznacza to przeciek. Moja droga wiodła przez Szczecin, była straszna, dzisiaj gdybym miał to powtórzyć chyba bym się nie zdecydował, ale wtedy trzeba było ryzykować. Przez pewien czas byłem na barce, nade mną dobre parę ton węgla, a do oddychania tylko rurka. Tak przekroczyłem granicę. Gdy minąłem pewną strefę, zjechałem barką w dół do Frankfurtu. Po wielu perypetiach udało mi się przedostać do strefy angielskiej, a później amerykańskiej. Tam powołałem się na znajomość z korespondentem amerykańskim Derek’iem Selby, sprawdzili. Potem przeszedłem przez obóz przejściowy dla emigrantów. Wreszcie samolotem dostałem się przez „korytarz powietrzny” do Mannheim. Na lotnisku miałem wspaniałe przyjęcie. Po niedługim czasie zdecydowałem się na wyjazd do Francji, proponowali mi też inne państwa. W Austrii potrzebowali farmerów (zrobiłem nawet na wszelki wypadek „certyfikat farmera”). Amerykanie przyznali mi stypendium i proponowali wyjazd do Stanów. Odmówiłem. Nie wiedziałem co przyniesie życie, wolałem Francję, bo z niej nawet na piechotę do domu powrócę. To był ten rzeczywisty powód.

S.G.: Pana życie we Francji i działalność w środowiskach niepodległościowych.

H.L.: Dokładnie 22 lipca 1948 roku przybyłem z transportem, jak wielu innych do fabryki w środkowej Francji niedaleko Lyonu. Na początku wykonywałem najcięższe prace fizyczne. Z czasem gdy poznałem język, zdałem maturę i ukończyłem studia zacząłem piąć się po drabinie społecznej. Aż w końcu zostałem dyrektorem Centrum Usług Informatycznych, funkcję tą pełniłem do emerytury. Tym awansem społecznym chciałem zapracować na wizerunek jaki pozostawiłem po sobie w Polsce. W trudnych chwilach tylko we wspomnieniach znajdowałem oparcie. Przez cały ten czas nie przestałem działać w środowiskach niepodległościowych. Osobiście znałem gen. Maczka, którego po
dczas wizytacji gościłem u siebie. Z gen. Andersem miałem trzykrotnie tzw. odprawy. Byłem prezesem młodzieży na środkową Francję. Byliśmy bardzo związani z tym co się dzieje w Polsce i na świecie. Był okres, szczególnie po wybuchu wojny koreańskiej, gdy sądziliśmy, że wybuchnie konflikt, co w naszym egoistycznym przekonaniu wydawało się jedyną drogą do odzyskania niepodległości. Wtedy nasza aktywność wzrosła, przechodziliśmy przeszkolenia wojskowe. W razie ewentualnej wojny byłem przewidziany na dowódcę na terenie Lubelszczyzny.

S.G.: Pana związek z partią prezydenta Jacquesa Chiraca.

H.L.: Partia Chiraca była tym co mi najbardziej odpowiadało programowo i ideowo. Wiadomo było, że tacy jak ja nie mogą pozostać na uboczu przemian, które już się dokonywały. Myślałem i okazało się to słuszne, że gdy powrócę, to te kontakty pomogą w nawiązaniu przyjaznych stosunków z Francją. Uważałem, iż dobrze mieć znajomych wśród ludzi, którzy tam coś znaczą. Dzięki tym kontaktom miałem okazję przyjechać do Polski w 1970 roku jako doradca premiera. Władze polskie postawiły jednak warunek – żebym zrzekł się obywatelstwa polskiego. To była cena, której nie mogłem zapłacić i na przyjazd do kraju czekałem jeszcze 20 lat.

S.G.: Mając ustabilizowane życie we Francji zdecydował się Pan wrócić. Dlaczego?

H.L.: Ja cały czas wiedziałem, że wrócę. Nie wyobrażałem sobie, by mogło być inaczej. Bo co wtedy, mówiliby, że „Młot” ma dobrze i Ojczyznę ma w nosie. Nie mogłem na to pozwolić. Granicę w Zgorzelcu przekroczyłem 4 lipca 1992 roku. Dla niektórych popełniłem wielką zbrodnię – odważyłem się powrócić. Jestem jedynym dowódcą tego typu oddziałów w Polsce, który nie otrzymał awansu od 1944 roku. Ale cieszę się, że choć w pewnym stopniu zostało dokonane zadośćuczynienie w stosunku do wielu moich kolegów.

S.G.: Co Pan sądzi o zakłamaniu historii powojennej Polski, za szczególnym uwzględnieniem działalności WiN?

H.L.: Obecnie chce się nagiąć historię swoich politycznych i ideologicznych poglądów. Teza „wojny domowej” jest wyssana z palca. Jakże można porównywać sytuację powojennej Polski z wojna domową w Hiszpanii, gdzie to naród był podzielony ideologicznie. A z kim walczyliśmy u nas? Z obcym najeźdźcą i przybudówkami NKWD, bo czym było UB i MO? Oni poszli na współpracę, widząc w tym osobiste korzyści, teraz o tym zapominają. A myśmy walczyli o wolną i niezawisłą Polskę. Dzisiaj po tylu latach można powiedzieć, że moje pokolenie wskazało drogę i później poprzez zrywy lat 1956, 1970, 1980 i po 45 latach późno, ale jednakże kraj nasz odzyskał wolność. I tutaj taka moja osobista refleksja – chyba nie o taką Polskę walczyliśmy. Ale to co mamy jest wystarczające. Ci co złożyli ofiarę życia, po to byśmy mogli być ludźmi wolnymi zasłużyli na dobrą pamięć. To cośmy widzieli w Sejmie – wystąpienie pana Pastusiaka i innych to skandal. Ci starcy, którzy tam przyszli chcieli tylko bardzo skromnej zapłaty, uznania, że dobrze służyli Ojczyźnie. Teza o „wojnie domowej” była dla nich policzkiem i proszę się im nie dziwić, że wszyscy wstali i odeszli. Należy działać tak, by już żadne pokolenie nie musiało dawać takich wyrazów przywiązania do Ziemi Ojczystej jak moje. By szansę tę wykorzystać trzeba przede wszystkim wzbogacać się intelektualnie i być wiernym pewnym wartościom np. poszanowanie drugiego. I z chwilą, gdy ten szacunek będzie miał miejsce to będzie przyjęty, a wiemy jak to dzisiaj wygląda. Ja osobiście jestem przekonany, że prawda wreszcie zwycięży.

Kwiecień 2001 r.

Czytaj więcej nt. por. „Młota”:
1.Por. Henryk Lewczuk „Młot” i uderzenie na Hrubieszów – 27/28 V 1946 r. – część 1>
2.Por. Henryk Lewczuk „Młot” i uderzenie na Hrubieszów – 27/28 V 1946 r. – część 2>
3.Por. Henryk Lewczuk „Młot” i uderzenie na Hrubieszów – 27/28 V 1946 r. – część 3>

Rozmowa z por. „Młotem” – część 1>
Strona główna>