Uroczystości w 55 rocznicę śmierci ppor. Edwarda Taraszkiewicza ps. "Żelazny"

W dniu

W dniu 8 października 2006 r. w Zbereżu i Włodawie odbyły się uroczystości upamiętniające 55. rocznicę śmierci ppor. Edwarda Taraszkiewicza ps. "Żelazny", ostatniego dowódcy zgrupowania partyzanckiego WiN Obwodu Włodawa. [FOTORELACJA]
Na uroczystości, objęte honorowym patronatem Prezydenta RP – Pana Lecha Kaczyńskiego oraz Wojewody Lubelskiego – Pana Wojciecha Żukowskiego, zapraszali:
Zrzeszenie "Wolność i Niezawisłość" – Koło Obwodu Włodawa,
Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej,
Instytut Pamięci Narodowej Oddział w Lublinie,
Prawo i Sprawiedliwość we Włodawie.

Program uroczystości 8 października 2006 r. (niedziela):

10:00 Modlitwa i złożenie wieńców pod pomnikiem poległych w Zbereżu
12:00 Msza Święta w kościele pw. Św. Ludwika we Włodawie
13:30 Sesja popularnonaukowa w Sali konferencyjnej Starostwa Powiatowego we Włodawie, Al. J. Piłsudskiego 24:

referat "Podziemie niepodległościowe na Lubelszczyźnie na tle konspiracji w Polsce w latach 1944 – 1956" – dr Rafał Wnuk, IPN O/Lublin
projekcja filmu – "Jastrząb"/"Żelazny", reż. Adam Sikorski
referat "Rozpracowanie grupy Edwarda Taraszkiewicza "Żelaznego" przez funkcjonariuszy WUBP w Lublinie w latach 1947–1951" – dr Jarosław Kopiński, IPN O/Lublin

Edward Taraszkiewicz „Grot”, „Żelazny” urodził się 22 stycznia 1921 r., jego młodszy brat Leon „Jastrząb” 13 maja 1925 r. Obaj przyszli na świat w Niemczech, gdzie ich rodzice pracowali zarobkowo. Rodzina Taraszkiewiczów powróciła do Polski w 1925 r. i osiadła we Włodawie.

W początkowym okresie okupacji niemieckiej Edward Taraszkiewicz został wywieziony do Rzeszy na przymusowe roboty. Powrócił stamtąd w maju 1945 r. Leon Taraszkiewicz jako kilkunastoletni chłopiec został skierowany jako junak do pracy na kolei w okolicach Radomia. Za pomoc w ucieczkach udzielaną więźniom przewożonym w transportach kolejowych został aresztowany. Udało mu się uciec, ale w Chełmie aresztowano go ponownie i przewieziono do więzienia na Zamku w Lublinie. Po raz kolejny udało mu się zbiec. Powrócił w rodzinne strony, próbował nawiązać kontakt z oddziałem partyzanckim AK, ale trafił do oddziału partyzantki sowieckiej dowodzonej przez „Anatola”.

Po „wyzwoleniu” Leon powrócił do Włodawy. Otrzymywał liczne propozycje współorganizowania „władzy ludowej” na terenie powiatu włodawskiego, na które nie wyraził zgody. W grudniu 1944 r. jego ojciec, matka, on oraz trzynastoletnia siostra zostali aresztowani przez aparat bezpieczeństwa. Leon został ponownie osadzony w więzieniu na Zamku w Lublinie. Matka i siostra – w obozie w Krzesimowie. W trakcie transportu do miejsca internowania w głębi Związku Sowieckiego, Leonowi wraz z kilkunastoma innymi internowanymi udaje mu się uciec. Nawiązał kontakt ze strukturami AK Obwodu Włodawa. Wszedł w skład oddziału Tadeusza Bychawskiego „Sępa”, a po jego śmierci został dowódcą oddziału.

Po powrocie z Niemiec, jego brat Edward Taraszkiewicz wstąpił do oddziału i został zastępcą dowódcy oddziału. Przez następne półtorej roku, kiedy „Jastrząb” dowodził oddziałem liczącym średnio 40-60 partyzantów, przeprowadził kilkadziesiąt brawurowych akcji zbrojnych. Wymierzone one był przeciwko pospolitym bandytom będącym prawdziwą plagą powojennej polskiej wsi, a także przeciw posterunkom MO na terenie powiatu włodawskiego, chełmskiego i lubelskiego. Jedną z najsłynniejszych akcji „Jastrzębia” był atak na PUBP we Włodawie, 22 października 1946 r. i uwolnienie około 100 więźniów. „Jastrząb” zginął 3 stycznia 1947 r. w Siemieniu podczas ataku na grupę ochronno-propagandową.

Po jego śmierci, dowodzenie oddziałem przejął brat Edward – „Żelazny”. W wyniku akcji amnestyjnej z wiosny 1947 r. większość żołnierzy oddziału ujawniła się. Przy dowódcy pozostawało zazwyczaj pięciu-sześciu partyzantów. Mimo małej liczebności oddziału prowadził on bardzo aktywną działalność zbrojną jeszcze przez ponad cztery lata. Do maja 1949 r. „Żelazny” był podporządkowany kpt. Zdzisławowi „Brońskiemu „Uskokowi”. Akcje oddziału skierowane były przede wszystkim przeciwko osobom współpracującym z Urzędem Bezpieczeństwa oraz pospolitym złodziejom. Szlak oddziału znaczony był licznymi starciami z grupami operacyjnymi UB-KBW, w których oddział ponosił ciężkie straty (Kolonia Macoszyn, 6 listopada 1948 r. – dwóch poległych partyzantów; Grądy, 18 października 1949 r. – trzech poległych partyzantów). Najgłośniejszym echem odbiła się akcja z 29 maja 1951 r., kiedy koło Dominiczyna oddział „Żelaznego” zatrzymał samochód powracający z Włodawy do Lublina. Podróżowała nim komisja budowlana Wojewódzkiej Rady Narodowej w Lublinie. Jej przewodniczący, Ludwik Czugała (w latach 1945–1950 przewodniczący Wojewódzkiej Rady Narodowej), został rozstrzelany.

Działania operacyjne mające doprowadzić do ostatecznej likwidacji grupy „Żelaznego” był prowadzone przez PUBP we Włodawie we współdziałaniu z Wydziału III WUBP w Lublinie od maja 1947 r. Od początku 1951 r. prowadzono kombinację operacyjną mającą na celu nawiązanie kontaktu z oddziałem poprzez tajnych współpracowników, którzy podając się za przedstawicieli rzekomej centralnej organizacji podziemnej chcieli nakłonić dowódcę oddziału do zaniechania działalności zbrojnej, a następnie nakłonić go do przerzucenia ich w „bezpieczne miejsce”. Czołowe role w kombinacji odgrywało dwóch tajnych współpracowników, którymi byli bracia: Wacław Topolski „Jabłoński” i Tadeusz Topolski „Werba”. Spokojna praca operacyjna została zakłócona przez śmierć Czugały. Władze centralne żądały szybkich efektów. 31 maja 1951 r. powołano specjalna grupę operacyjną „Włodawa”, na czele której stanął wicedyrektor Departamentu III MBP płk Stanisław Wolański. Ponadto szefowie WUBP z Poznania, Bydgoszczy, Łodzi, Wrocławia i Krakowa mieli oddelegować do pomocy wspomnianej grupie po 2 pracowników z wydziałów: I, III, IV i V. Dyrektor departamentu śledczego MBP miał przekazać dodatkowo 20 oficerów śledczych. Do akcji skierowano trzy bataliony KBW. Aby uniemożliwić jakiekolwiek przecieki z PUBP we Włodawie, z dniem 22 czerwca 1951 r. przeniesiono wszystkich pracowników operacyjnych i gospodarczych tego urzędu na inny teren, natomiast szefem PUBP został oficer Departamentu III MBP. Pracowników operacyjnych zastąpili absolwenci rocznej szkoły MBP.

W okresie od 21 czerwca do 25 sierpnia 1951 r. oddział „Żelaznego” rozpracowywało 372 informatorów. W tym czasie odbyto z agenturą 1080 spotkań, z których otrzymano 726 doniesień, 78 zakwalifikowano jako cenne. Rozpracowaniem objęto 113 figurantów, w przeważa
jącej większości – byłych żołnierzy AK i WIN. Najcenniejszych informacji dostarczali tajni współpracownicy „Oko” i „Jabłoński”. Temu drugiemu udało się ustalić personalia, a następnie nawiązać kontakt z łączniczką oddziału Reginą Ozgą „Lilką”. Dzieki temu „Jabłoński” pozyskiwał informacje, które pomagały UB w prowadzeniu działań operacyjnych, umożliwiając zlokalizowanie miejsca, gdzie przebywał oddział „Żelaznego”.

Wczesnym rankiem 6 października 1951 r. Grupa Operacyjna „Włodawa” w składzie dwóch batalionów KBW (około 600 żołnierzy) oraz funkcjonariusze WUBP z Lublina i PUBP z Włodawy okrążyła zabudowania rodziny Kaszczuków w Zbereżu nad Bugiem (pow. Włodawa). Tam kwaterowała czteroosobowa grupa „Żelaznego”. W trakcie zamykania linii okrążenia przez jednostki KBW „Żelazny” podjął próbę przebicia się. Partyzantom początkowo sprzyjało szczęście. Zdobyli gazik KBW, którego kierowca zamiast wywieźć ich poza linię okrążenia wwiózł ich w miejsce, gdzie stacjonował sztab grupy operacyjnej. W wyniku walki zginął Edward Taraszkiewcz „Żelazny” oraz Kazimierz Torbicz „Kazek”. Pozostałych dwóch partyzantów – Józefa Domańskiego „Łukasza” i Stanisława Marciniaka „Niwinnego” – aresztowano. Podczas ostrzału zabudowań, w których ukrywali się żołnierze podziemia zostali zabici gospodarze: Teodor i Natalia Kaszczuk. Ze strony grupy operacyjnej poległo pięciu żołnierzy KBW oraz były zastępca naczelnika Wydziału III WUBP w Lublinie.

Józef Domański Łukasz” i Stanisław Marciniak „Niwinny” 14 sierpnia 1952 r. zostali skazani przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Lublinie, na sesji wyjazdowej we Włodawie, na karę śmierci. Wyroki wykonano 12 stycznia 1953 r. w więzieniu na Zamku w Lublinie. W tym samym procesie, na karę śmierci skazana została Regina Ozga „Lilka”, której wymiar kary zamieniono na dożywotnie więzienie (opuściła więzienie 26 lutego 1958 r.). za współpracę z oddziałem „Żelaznego” skazano również trzech braci Kaszczuków: Stanisława – na karę dożywotniego więzienia; Józefa – na karę 12 lat więzienia i Bronisława – na karę 10 lat więzienia.

Źródło: Instytut Pamięci Narodowej

Więcej informacji na temat działalności ppor. Edwarda Taraszkiewicza "Żelaznego" (i jego brata por. Leona Taraszkiewicza "Jastrzębia"): "JASTRZĄB i ŻELAZNY"

Zbrodnia w majestacie prawa – część 1

Dzięki uprzejmości autora, Pana dr Jarosława Kopińskiego z lubelskiego Instytutu Pamięci Narodowej, publikuję kolejny artykuł dotyczący ppor. Edwarda Taraszkiewicza "Żelaznego" i jego współpracowników. Artykuł ukazał się również w Gazecie Polskiej Nr 41 (690) z 11 października 2006 r. Bardzo dziękuję autorowi za wyrażenie zgody na publikację.

Sprawa Janiny i Romana Dobrowolskich – „meliniarzy” grupy Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego”

Dzisiaj w trakcie prac nad ustawą o lustracji jej przeciwnicy zapominają o ofiarach systemu komunistycznego. O ludziach, którzy wtedy bez wahania pomagali innym ryzykując karami finansowymi, długoletnim więzieniem, konfiskatą majątku, pozbawieniem praw publicznych, a nawet śmiercią.

W tym roku mija 55 lat od śmierci Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego” dowódcy grupy partyzanckiej WiN operującej w latach 1947-1951 na terenie wschodniej Lubelszczyzny. Do likwidacji tej 4 osobowej grupy powołano w czerwcu 1951 roku specjalną grupę operacyjną „Włodawa”, złożoną z dwóch batalionów KBW, słuchaczy szkoły oficerskiej MBP oraz wytypowanych z Urzędów Wojewódzkich UB i Departamentu III MBP funkcjonariuszy zwalczających podziemie. Jednocześnie, co jest ewenementem w skali Polski, wszystkich funkcjonariuszy PUBP we Włodawie przeniesiono do różnych PUBP na terenie całego kraju. MBP obawiało się, że „Żelazny” mógł posiadać swoich informatorów w PUBP Włodawa. Działania UB przyniosły efekt dopiero w piątym miesiącu działalności grupy operacyjnej „Włodawa”.
Dzisiaj wiadomo już, w jaki sposób grupa „Żelaznego” została namierzona, jak ją zlikwidowano, ale dopiero teraz można dotrzeć do akt ludzi, którzy jej pomagali. Do najbardziej zasłużonych z pewnością należy rodzeństwo Dobrowolskich z miejscowości Urszulin na Lubelszczyźnie.

Rodzeństwo Dobrowolskich. Aresztowanie i śledztwo.

Dzień po likwidacji grupy „Żelaznego”, siódmego października 1951 roku, funkcjonariusze WUBP w Lublinie kierowani przez Aleksandra Lejaka przeszukali zabudowania Romana Dobrowolskiego w Urszulinie znajdując w domu bunkier, a w nim 1263 sztuk legitymacji WiN, 78 pieczęci, powielacz, matryce, tusz, suche ogniwo do baterii, 2 odbiorniki oraz 78 zeszytów z danymi aktywistów komunistycznych i szpiclów UB. Aresztowano gospodarza – Romana Dobrowolskiego oraz jego siostrę Janinę, których przewieziono do aresztu PUBP we Włodawie. Następnego dnia oficer śledczy UB Bogdan Jeleń przesłuchał zatrzymanego Dobrowolskiego. W pierwszym zeznaniu Dobrowolski mówił zdawkowo o pobycie partyzantów. Powiedział, że latem 1949 roku do jego domu we wsi Jagodno przyszedł ranny Józef Domański „Znicz”, któremu z siostrą udzielili pomocy. Później Domański pojawił się w jego domu wraz z dwoma partyzantami WiN: Edwardem Taraszkiewczem „Żelaznym” i Stanisławem Torbiczem "Kazikiem”. Zeznał też, że po rozmowie z „Żelaznym” zgodził się na wykopanie bunkra w swoim nowym domu w Urszulinie. Partyzanci kwaterowali w nim przez całą zimę 1950/1951. Ponownie przyszli dopiero na początku czerwca 1951 roku, byli około 2 godzin i odeszli. Zostawili jedynie jakieś dokumenty w kufrze i odeszli. Zapytany przez śledczego, dlaczego nie poinformował o pobycie partyzantów odpowiedział: „przyznaję się do tego, że miałem wszelkie możliwości, aby zameldować do władz powołanym do ścigania przestępców o tym, że u mnie w domu kwateruje banda „Żelaznego”, powodem nie zameldowania do władz jest to, że złożyłem przysięgę przed samym „Żelaznym”, że nikomu nie powiem o pobycie w mym domu (…). oraz miałem zagrożone karą śmierci. Wiem, że nie wypełniłem obowiązku obywatelskiego i tym samym przyniosłem całemu społeczeństwu ogromne straty”.
10 października Wojskowy Prokurator w Lublinie zatwierdził postanowienie o aresztowaniu Romana i Janiny Dobrowolskich powołując się na art 14 par.1 Dekretu z dnia 13 czerwca 1946 roku.

Koronny dowód – Zaświadczenie

W kolejnym przesłuchaniu prowadzonym przez oficera śledczego Tadeusza Korzeniewskiego Dobrowolski przyznał się, że otrzymał od „Żelaznego” legitymację członka nielegalnej organizacji WiN oraz zaświadczenie o pomaganiu partyzantom. Oba dokumenty ukrył w pobliżu swoich zabudowań.
W aktach sprawy zachowały się, zarekwirowane podczas drugiej rewizji w zabudowaniach rodziny Dobrowolskich dwa zaświadczenia o podobnej treści wystawione 4 kwietnia 1951 roku przez ukrywających się w ich domu partyzantów. Oto treść jednego z ich:

„(….) Niniejszym zaświadczam, że Dobrowolski Roman pseudonim „Ostrożny” urodzony 10.II.1906 roku, imię matki Jadwiga, imię ojca Stanisław, zamieszkały w Urszulinie powiatu Włodawskiego z chwilą okupacji sowieckiej z pełnym poświęceniem dla sprawy Polski Podziemnej udzielał zawsze pomocy dla członków podziemia oraz oddziałów zbrojnych. Dom jego służył często za kwaterę oddziału śp. „Ordona” oraz punkt opatrunkowy dla rannych członków oddziału. W chwilach najbardziej krytycznych, gdy UB przeprowadzało akcje na oddziały podziemne Dobrowolski Roman z narażeniem swego życia oraz całej rodziny, robił u siebie kryjówki, by ratować żołnierzy podziemia. W roku 1947-48, gdy fala teroru reżimowego wzrosła do najwyższego stopnia i gdy wielu członków oddziałów zbrojnych poległo ( mogę powiedzieć, że zostały tylko jednostki) Dobrowolski Roman i tym razem nie zawahał się i nie odmówił pomocy dla członków oddziałów podziemnych. W 1948 roku w jesieni, gdy naprawdę straciłem nadzieję, czy zdołam przetrwać zimę, która się zbliżała ( tym bardziej, ponieważ byłem rannym w lecie tegoż roku i ze zdrowiem szwankowałem dość poważnie) Dobrowolski Roman nie odmówił mi pomocy robiąc w swych budynkach kryjówkę, gdzie do listopada 1949 roku szczęśliwie u niego przeżyłem. W listopadzie tegoż roku spotkałem się z kol. „Żelaznym”. Kol. „Żelazny” także doznał od Dobrowolskiego Romana wprost rodzinnego współczucia i pomocy. Wiekszą część zimy 1950-1951r. razem z kol. „Żelaznym” i kol. „Kazikiem” przeżyliśmy u Dobrowolskiego Romana, dodać jeszcze muszę, że pomoc jakiej nam udzielał była zawsze szczera i bezinteresowna. Dużo można by wyliczyć szczegółów i szlachetnego poświecenia dla Polski Podziemnej przez tyle lat.(….)”


Pierwsza strona zaświadczenia o udzielaniu pomocy partyzantom, wydanego Romanowi Dobrowolskiemu przez Edwarda Taraszkiewicza "Żelaznego".

Druga strona zaświadczenia Romana Dobrowolskiego, z pieczęciami i podpisem "Żelaznego"

"Zbrodnia w majestacie prawa" – część 2

Zbrodnia w majestacie prawa – część 2

Przesłuchany 19 …

Przesłuchany 19 października 1951 roku przez podprokuratora Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Lublinie kpt. Ireneusza Bolińskiego ujęty członek grupy „Żelaznego” – Józef Domański „Znicz”. W swoich zeznaniach ciężko ranny Domański bardzo mocno obciążył rodzeństwo Dobrowolskich. Stwierdził, że kontakty Dobrowolskich z partyzantami WiN datują się od 1946 roku. Między innymi w zabudowaniach Dobrowolskich Domański spotkał się ze swoją siostrą w drugiej połowie 1947 roku. Ponadto z przesłuchania „Znicza” wynikało, że u Dobrowolskich ukrywał się od października 1948 roku do listopada 1949 roku. W tymże miesiącu przyszedł do zabudowań Dobrowolskiego Edward Taraszkiewicz „Żelazny” oraz Stanisław Torbicz „Kazik” skierowani tam przez matkę narzeczonej Domańskiego – Marię Ozgę. Za kwaterowanie Dobrowolski otrzymał od Żelaznego 20 tys. złotych. Partyzanci ponownie pojawili się u rodziny Dobrowolskich w maju 1950 roku oraz w listopadzie. Między innymi dowiedzieli się, że w nowym mieszkaniu Dobrowolski zbudował bunkier dla ukrywających się partyzantów, za co otrzymał od „Żelaznego” 30 tys. złotych.
W lutym 1951 roku partyzanci pojawili się w Urszulinie, kwaterowali w bunkrze do maja 1951 roku, po czym odeszli do Jezierskiego.
20 października podprokurator kpt. Ireneusz Boliński przeprowadził konfrontację Józefa Domańskiego i Romana Dobrowolskiego. Podczas niej Dobrowolski przyznał się do utrzymywania kontaktów z partyzantami od 1946 roku oraz do udzielania kwatery Józefowi Domańskiemu w latach 1948-1949. Jednocześnie zaprzeczył, aby otrzymał pieniądze od „Żelaznego”. Potwierdził polecenie „Żelaznego” o zbudowaniu bunkra w nowym domu w Urszulinie oraz o udzieleniu pożyczki od „Żelaznego” w kwocie 20 tys. złotych, które oddał przy następnym spotkaniu z „Żelaznym” w 1951 roku.
24 października 1951 roku, siedemnaście dni po aresztowaniu, śledztwo przeciwko Janinie i Romanowi Dobrowolskim zostało zamknięte. W sporządzonym akcie oskarżenia oficer śledczy WPR w Lublinie ppor Czesław Bartłomiejczyk oskarżył ich o:

„ 1/ udzielanie pomocy partyzantom od 1946 roku do marca 1951 roku udzielanie kwater, informacji o ruchach WP i UB umożliwiając im przez to uprawianie bandyckiej działalności skierowanej przeciwko ustrojowi Państwa Polskiego,
2/ w okresie od 2 kwietnia 1951 roku do dnia aresztowania tj. 7.10.1951 roku w miejscowości Urszulin byli członkami zbrojnej bandy „Żelaznego pełniąc w niej funkcję wywiadowcy ps. „Ostrożny” , łączniczki ps. Joanna”.

Proces pokazowy

27 października 1951 roku Dobrowolscy zostali zaznajomieni z materiałami zgromadzonymi przeciwko nim, a już 29 odbyła się wyjazdowa sesja sądu wojskowego w ramach rozprawy publicznej w trybie postępowania uproszczonego w Urszulinie. Rozprawie przewodniczył Szef Wojskowego Sądu Rejonowego w Lublinie mjr Juliusz Surażski, ławnicy strz. Rybczyński Zygmunt i strz. Będkowski Kajetan. Oskarżał podprokurator kpt. Ireneusz Boliński. Obrońcą z Urzędu był adwokat Jan Biczyński. W trakcie rozprawy oskarżeni przyznali się do udzielania pomocy partyzantom w postaci dostarczania jedzenia i kwaterunku, tłumacząc ten fakt obawą o własne życie ze strony partyzantów. Nie przyznali się natomiast do informowania ukrywających się partyzantów o milicji i UB.
Złożonych na rozprawie zeznań Dobrowolskich nie potwierdził przywieziony na proces ciężko ranny Józef Domański „Znicz”, który stwierdził, że „ (….) moim zdaniem „Żelazny” mógł się tak długo utrzymać, bo miał takich zaufanych ludzi jak Dobrowolscy i inni”.
Oświadczył również, że rodzina Dobrowolskich udzielała informacji o wojsku, UB i MO. Ponadto, kierując swoje słowa do zgromadzonej publiczności Domański powiedział, że „(….) Jak się dzisiaj dowiedziałem był on (Żelazny – JK) SS-manem. Przed tym nic o tym nie wiedziałem, gdyż on o swojej przeszłości nic nie mówił. Gdybym wówczas wiedział kim on jest, to bym z nim nie chodził”.
W ten sposób funkcjonariusze UB, zmuszając Domańskiego do zeznań na temat rzekomej przeszłości „Żelaznego” tworzyli negatywną legendę o braciach Taraszkiewiczach, którzy rzekomo mieli służyć w SS. Legendę, którą zapoczątkował już w 1946 roku „Sztandar Ludu”, a która funkcjonowała jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych na terenie Lubelszczyzny.
Zeznania Reginy Ozgi i Stanisława Marciniaka potwierdziły jedynie fakt kwaterowania partyzantów w zabudowaniach rodziny Dobrowolskich oraz otrzymywania przez nich listów od „Żelaznego”.

Wyrok

Rozprawa trwała kilka godzin. Zakończyła się o godzinie 14 – tej. O piętnastej odczytano wyrok, w którym sąd skazał na mocy art. 14 paragraf 1 M.K.K. Romana Dobrowolskiego na karę śmierci, natomiast jego siostrę – Janinę na 12 lat więzienia. Jednocześnie na mocy art. 49 paragraf 1 i 2 M.K.K. orzekł przepadek mienia obojga skazanych na rzecz Skarbu Państwa, utratę praw publicznych i obywatelskich oraz honorowych Romana Dobrowolskiego na zawsze. Natomiast Janina Dobrowolska została pozbawiona tych praw na lat pięć. W opinii składu sądzącego o Romanie Dobrowolskim dołączonej do prośby o ułaskawienie napisano między innymi:
„Z uwagi na szczególne niebezpieczeństwo społeczne i charakter okazywanej pomocy ps. „Żelaznemu” i członkom jego bandy najbardziej bestialskim bandytom na terenie woj. lubelskiego konieczna jest całkowita jego eliminacja ze społeczeństwa. Z tych względów na ułaskawienie nie zasługuje.”

Epilog

26 listopada 1951 roku Prezydent PRL Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski i wyrok na Romanie Dobrowolskim został wykonany na terenie Zamku w Lublinie.
Janina Dobrowolska wyszła na wolność po odbyciu kary sześciu lat więzienia w 1957 roku. Życie zaczynała od zera. Jej majątek oraz dom został przejęty przez skarb państwa. W czerwcu 1990 roku wystąpiła do Wydziału Karnego Sądu Wojewódzkiego w Lublinie z prośbą o radę dotyczącą otrzymania odszkodowania i zwrotu majątku. Nie otrzymała również informacji o miejscu pochówku swego brata – Romana. Zmarła w latach dziewięćdziesiątych bez otrzymania jakiegokolwiek zadośćuczynienia.

Dr Jarosław Kopiński, Instytut Pamięci Narodowej, O/Lublin


Legitymacja organizacyjna Romana Dobrowolskiego, wydana mu przez "Żelaznego"

Por. Aleksander Młyński "Drągal" (1925 – 1950) – część 1

Por. Aleksander Młyński „Drągal”

„W czasie amnestii [1947 r.] (…) przyszedł do naszego domu sam „Drągal” i powiedział, do mnie jak i do moich sióstr i rodziców, że już się ujawnił i będzie spokojnie żył. Aż w maju 1947 r., będąc w polu przy pracy (…), zobaczyłam na łące przy źródle trzech (…), poznałam wtedy „Drągala”, który (…) podszedł do mnie i powiedział, że z jego oddziału zostało aresztowanych pięciu i że on zmuszony jest z powrotem iść w teren…”.
Fragment protokołu przesłuchania Marii Dźbik z 12 I 1951 r.

Porucznik Aleksander Młyński „Drągal” to jeden z najsłynniejszych żołnierzy antykomunistycznej partyzantki. Żołnierz wileńskiej Armii Krajowej, Powstaniec Warszawski, stworzył po wojnie odział Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, który wyjątkowo bezwzględnie walczył z władzami komunistycznymi. Bił się aż do 25 sierpnia 1950 r., gdy został zastrzelony wraz z dwoma towarzyszami: Zbigniewem Ejnenbergiem ps. „Powstańczyk” i Zygmuntem Chmielewskim ps. „Lew” w Kolonii Wawrzyszów pod Wolanowem. Do likwidacji Aleksandra Młyńskiego i jego partyzantów doprowadził agent o pseudonimie „15”. Dziś już wiadomo, kim był i jak doszło do zdrady.

Por. Aleksander Młyński ps. "Drągal"

Aleksander Młyński urodził się w 1925 r., pochodził zza Buga. W 1945 r. osiedlił się w miejscowości Kadłubek w gminie Sienno (pow. iłżecki). W 1946 r. wstąpił do oddziału partyzanckiego chor. Antoniego Owczarka ps. „Zygadło”, współpracującego z Inspektoratem Związku Zbrojnej Konspiracji mjr. Franciszka Jaskulskiego „Zagończyka”. Pełnił tam funkcję drużynowego. Następnie dowodził patrolem w oddziale ppor. Tadeusza Zielińskiego „Igły”, także podległemu ZZK. 22 X 1946 r. patrol dowodzony przez „Drągala” zastrzelił, koło wsi Rajec (niedaleko Radomia), kpt. Wasyla Leśnikowa, sowieckiego doradcę PUBP w Kozienicach.

Chor. Antoni Owczarek ps. „Zygadło”, d-ca oddziału partyzanckiego ZZK, w którym służył Aleksander Młyński "Drągal".

W lutym 1947 r., jak większość żołnierzy podziemia, Aleksander Młyński „Drągal” ujawnił się podczas lutowej amnestii. Jednak prześladowany przez UB, po kilku miesiącach wrócił do podziemia. W 1947 r. współpracował z oddziałem Antoniego Szeligi ps. „Wicher” oraz ponownie z ppor. Tadeuszem Zielińskim „Igłą”. Po okresie współpracy z ppor. „Igłą”, którego oddział wywodzący się bezpośrednio z Inspektoratu ZZK, został rozbity w czerwcu 1948 r. („Igła”otoczony i ranny, rozerwał się granatem), na przełomie 1947 i 1948 r. Aleksander Młyński podjął samodzielną działalność. Między latem 1947 r. a sierpniem 1950 r. (w różnych okresach) do grupy należeli: Janusz Durski, Jan Gregorczyk „Jastrząb”, Roman Sobolewski „Daszko”, Zygmunt Wójcicki „Kawka”, ppor. Antoni Sobol „Dołęga”, Jerzy Sobol „Gil”, Marian Bukała „Zbych”, Józef Oko „Kat”, Czesław Gomuła „Bejok”, Zbigniew Ejnenberg „Powstańczyk” oraz Zygmunt Chmielewski „Lew”. W 1950 r. przy „Drągalu” byli już tylko dwaj ostatni z wymienionych. Pozostali zginęli albo zostali aresztowani przez UB.

Chor. Antoni Owczarek "Zygadło" (pierwszy z lewej) ze swoimi żołnierzami.

Chor. Antoni Owczarek ps. „Zygadło” (siedzi drugi od lewej).

Pod koniec lat 40. grupa dowodzona przez por. Aleksandra Młyńskiego ps. "Drągal” prowadziła najintensywniejsze działania przeciwko komunistom na Kielecczyźnie. Skupiała ona osoby, które podobnie jak „Drągal”, były zagrożone aresztowaniem. Prawie wszyscy członkowie oddziału mieli duże doświadczenie partyzanckie nabyte w wyniku dotychczasowej powojennej działalności w podziemiu antykomunistycznym. Przez kilka lat operowali na tych samych terenach (m.in. powiaty: radomski, kozienicki, opoczyński) i znani byli okolicznej ludności. Wielu mieszkańców północnej Kielecczyzny udzielało im pomocy, płacąc później za to pobytem w aresztach UBP i więzieniach. Oficerowie śledczy z UB, sporządzający akty oskarżenia przeciwko osobom wspierającym grupę „Drągala”, potwierdzili zjawisko „poparcia u części społeczeństwa polskiego” wyrażające się m.in. udzielaniem „w różny sposób (…) pomocy tymże bandytom”.

Według dokumentów i historyków resortowych od początku 1948 r. do sierpnia 1950 r. grupa „Drągala” dokonała 106 „napadów terrorystyczno – rabunkowych”, z czego 53 na „sklepy spółdzielcze”. Przypisano jej również „16 zabójstw”, w tym: „3 funkcjonariuszy MO, 3 żołnierzy KBW i kilku członków PPR i PZPR”.
Długotrwała aktywność partyzantów „Drągala” sprawiła, że lokalni działacze polityczni w północnej Kielecczyźnie „czuli lęk przed propagowaniem spółdzielczości”.


Prawdopodobnie 1948 r. Pierwszy z lewej Aleksander Młyński "Drągal", trzeci – Antoni Szeliga "Wicher".

Janusz Durski, przebywający w grupie „Drągala” przez kilka tygodni jesienią 1947 r., w trakcie przesłuchania zeznał: „Drągal” mówił nam, byśmy się jak najwięcej pokazywali ludziom z bronią w celu podtrzymania ducha (…), że jeszcze są partyzanci i niedługo wszystko się zmieni (…), dokonywaliśmy aktów dywersji, rabując spółdzielnie jako sklepy państwowe i rozdając zrabowane towary ludziom po wsiach, mieliśmy na celu zdobyć zaufanie ludzi do nas, byśmy mogli korzystać z ich poparcia i pomocy w razie potrzeby (…). Natomiast nie rabowaliśmy towarów w prywatnych, nawet sklepowym spółdzielni, w celu wykazania (…), iż nie jesteśmy bandą rabunkową, tylko leśną grupa partyzancką”.

Pomimo usilnych dążeń aparatowi bezpieczeństwa przez kilka lat nie udawało się całkowicie rozbić grupy, a wokół samego „Drągala” wytworzył się „mit człowieka niezwyciężonego”. Dopiero 25 sierpnia 1950 r. w pobliżu Kolonii Wawrzyszów w pow. radomskim, specjalna „grupa pozorowana”, złożona ze zdrajcy i trzech funkcjonarius
zy UB, przeprowadziła udaną akcję likwidacyjną. Zdradził „Drągala” jego były współtowarzysz Marian Bukała ps. „Zbych”, przedstawiając mu funkcjonariuszy UB jako działaczy podziemia niepodległościowego z Lubelszczyzny.

Cel: zabić „Drągala”

Jest lato 1950 r. Władza ludowa rozprawiła się z większością antykomunistycznego podziemia. Ale na ziemi radomskiej jest wciąż niespokojnie. Po lasach ukrywają się resztki oddziałów Czesława Łepeckiego ps. „Ostoja”-„Bóbr”, Romana Sobolewskiego ps. „Daszko” i por. Aleksandra Młyńskiego ps. „Drągal”. Kłopoty sprawia zwłaszcza ten ostatni. Dowodzony przez odważnego i doświadczonego żołnierza, liczy wprawdzie tylko trzy osoby, ale ma w terenie dziesiątki „uśpionych” współpracowników. W gminach Przytyk, Radzanów i Wolanów nikt z partyjnych działaczy nie może być pewny dnia ani godziny.

UB dwoi się i troi, by zlikwidować oddział. Próbuje go osaczyć siecią tajnych współpracowników. W 1948 r. było ich 34, dwa lata później już 255. Na obławy wysyła kilkusetosobowe oddziały Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Powstają wciąż nowe strategie operacyjne o wdzięcznych nazwach: „Pogoda”, „Deszcz”, „Grom”, „Błyskawica”. Wszystko na nic. Młyński potrafi uciec z każdej zasadzki, i potem jeszcze zaatakować. Sprzyja mu szczęście i miejscowa ludność. Jak raportuje rozżalony szef sztabu 7 Pułku KBW kpt. Szela-Kozik: „ludność ta udziela mu żywności i noclegów, szczególnie w gminie Przytyk i Radzanów, gdzie jest mniej uświadomiona i bardziej reakcyjnie nastawiona”.

Przełom następuje dopiero 23 lipca 1950 r. Tego dnia wpada w ręce UB Marian Bukała ps. „Zbych”, były towarzysz broni Młyńskiego. Po aresztowaniu składa bardzo obszerne wyjaśnienia, zdradza m.in. aż 163 „meliny”, gdzie ukrywali się leśni. Ale, co dla UB najważniejsze, zgadza się na współpracę. Otrzymuje pseudonim „15” i przyjmuje układ: ja likwiduję w ciągu miesiąca „Drągala” i jego ludzi, wy darujecie mi życie i wolność. Jak depeszuje kpt. Kozik-Szela: „nie było żadnego wyjścia na „Drągala”, więc zwrócono się do ministerstwa o zgodę na puszczenie „Zbycha”. Zgoda przyszła… cztery dni później Młyński już nie żył.

Por. Aleksander Młyński "Drągal" (siedzi pierwszy z prawej) z grupą swoich żołnierzy. Nad nim (z prawej strony) stoi Marian Bakuła "Zbych", zdrajca, który bezpośrednio przyczynił się do śmierci "Drągala" i jego ludzi.

Jak to się stało…

Adolf Dźbik miał wtedy 15 lat. Mieszkał z rodzicami i trzema siostrami w Kolonii Wawrzyszów koło Wolanowa. Jego siostra Marianna była narzeczoną „Drągala”, więc w zagrodzie często gościli leśni. Wśród nich „Zbych”. Dźbik – mimo upływu lat – pamięta go doskonale: młody, średniego wzrostu, ubrany w „olimpijkę”. Prawdziwy partyzant.
„Dał się we znaki komunistom. W jednej z bitew został ranny. Młyński wynosił go spod kul. Ryzykował życie” – opowiada Dźbik.

W 1948 r. „Zbych” zniknął z oddziału. Jak mówiono po wsiach, musiał uciekać, bo pod Dobieszynem, ścigany przez KBW, zgubił broń poplamioną krwią, a więc i z odciskami palców. Wrócił dwa lata później z trzema drabami, znów ubrany w „olimpijkę”. Chodził po wsiach i rozpowiadał, że szuka „Drągala”. Zapukał między innymi do Dźbików. Miał z sobą pół litra spirytusu i szukał noclegu. Siostra, narzeczona Drągala, odmówiła, bo obawiała się prowokacji. „Zbych” znalazł więc kwaterę kilkaset metrów dalej, u rodziny Kołaczów.
Adolf Dźbik: „Miałem 15 lat, gdy do naszego domu w Kolonii Wawrzyszów przyszedł zdrajca "Zbych" w towarzystwie trzech ludzi. Mówił, że to cichociemni, ale nam od razu wydali się podejrzani. Byli pewni siebie, niby mieli się ukrywać, a otwarcie chodzili po obejściu. I wypytywali o "Drągala": czy przychodzi, gdzie można go spotkać”.

Nazajutrz jeden z drabów kazał Dźbikowi iść do Mniszka po piwo. Był świetnie zorientowany w terenie, pewny siebie, wciąż rozpytywał o Młyńskiego. Stał na środku podwórka, razem z kolegami, i wcale nie zamierzał się ukrywać.
„Coś było nie tak” – opowiada Dźbik. – „W rozmowie z nim kluczyłem, zmyślałem. I on nagle się zdenerwował. Złapał mnie za ramiona, wcisnął kolano w brzuch i wybuchnął: „Zobaczysz, kto będzie celnie strzelał, jak spotkamy się z „«Drągalem»”. Wtedy już byłem pewien. „Zbych” zdradził. Rozmawiam z ubekiem”.

Dwa dni później do Kolonii Wawrzyszów przybył „Drągal” ze swoimi partyzantami: „Powstańczykiem” – Zbigniewem Ejnenbergiem i Zygmuntem Chmielewskim „Lwem”. Nie wstąpił, jak miał w zwyczaju, do narzeczonej. Nie zajrzał do skrytki przy drodze, gdzie w pudełku od zapałek Dźbik ukrył kartkę z ostrzeżeniem. Poszedł od razu na spotkanie ze „Zbychem”. I to go zgubiło.
Adolf Dźbik: "Drągal" wraz z "Powstańcem" i Chmielewskim poszli z tamtymi gadać do stodoły. Przygotowaliśmy dla nich obiad. Moje dwie siostry zaniosły im jedzenie, ja w tym czasie pracowałem w polu w odległości jakichś 80 m od zabudowań. Siostry zauważyły, że pomiędzy nimi jest jakieś duże nieporozumienie. Ledwo wyszły ze stodoły, gdy usłyszeliśmy trzy serie z karabinu, granat i pojedyncze strzały. Jedna z sióstr chciała zawrócić, ale wtedy ze stodoły wybiegł ubek i zagroził jej, że jak się ruszy, to ją też zastrzeli. "Bo ci wywalę prosto w łeb, wyście obie już tam powinny legnąć" – krzyknął do niej. Nikomu z nas nie pozwolili się zbliżyć do stodoły. Drugi ubek wsiadł na rower i gdzieś odjechał. To było między 14.30 a 15.30. Jakiś czas potem wieś otoczyli ubecy i zainscenizowali atak. Szli polami i strzelali w ziemię, aż kurz leciał. Chodziło o to, aby ci ubecy, którzy u nas byli, mogli się wycofać, że niby "Drągala" kto inny zastrzelił. Ale ja widziałem ich ciała. Leżały koło naszej stodoły. Wiem, że ubecy zamierzali ich zabić wcześniej, w nocy podczas snu, ale "Drągal" się przebudził. On był bardzo czujny, mógł nawet trzy noce wytrzymać bez spania. Miejsce, w którym go zabito, oznaczyliśmy kamieniami”.


Por. Aleksander Młyński "Drągal" (pierwszy z lewej) ze swoimi żołnierzami. Drugi z lewej – Antoni Szeliga "Wicher". Prawdopodobnie 1948 r.

Por. Aleksander Młyński "Drągal" – część 2>
Strona główna>

Por. Aleksander Młyński "Drągal" (1925 – 1950) – część 2

Złamany „Zbych”

Zebrane przez Instytut Pamięci Narodowej materiały UB obszernie dokumentują historię zdrady „Zbycha”.
Jak się okazuje, tuż po wojnie, której końcówkę spędził w słynnym I batalionie 2.pp AK mjr. Eugeniusza Kaszyńskiego „Nurta” (mieszkał wówczas z rodzicami i ośmiorgiem rodzeństwa w małej wsi pod Siennem) wyjechał na Ziemie Zachodnie i wstąpił do Milicji Obywatelskiej. Po kilku miesiącach dostał przepustkę, wrócił w rodzinne strony, gdzie czekał już na niego UB z nakazem aresztowania. Odsiadka nie trwała długo, jednak dla młodego chłopaka stanowiła nauczkę, że ze spokojnym życiem może się pożegnać. Parę lat później napisze do prezydenta Bieruta: „Pod wpływem namowy kolegów wstępuję do bandy terrorystyczno – rabunkowej”.

Były to kolejno oddziały chor. Antoniego Owczarka „Zegadły”, Czesława Łepeckiego „Ostoi”, Aleksandra Młyńskiego „Drągala”. W ich szeregach walczy aż do 1948 r. Bezpieka skwituje potem tę działalność czternastoma zarzutami, głównie o napady na gminne spółdzielnie oraz funkcjonariuszy MO i UB.
W 1948 r. „Zbych” wyjeżdża na Dolny Śląsk. Zmienia tożsamość, przyjmuje posadę w PGR koło Kostrzynia nad Odrą. Ale UB nadal go tropi. W połowie roku przechwytuje korespondencję wysłaną z Sienna przez narzeczoną. W Kostrzyniu zjawiają się funkcjonariusze UB i dokonują aresztowania. Według relacji Dźbika „Zbych” łamie się już podczas transportu do więzienia. „Zapytał ubeka, co z nim będzie. Usłyszał: – Sam wiesz, zasłużyłeś na stryczek. No chyba, że nam pomożesz złapać «Drągala»”.

Z zachowanych dokumentów wynika, że do współpracy nakłonił go funkcjonariusz o nazwisku Siudeja, a oficerem prowadzącym był Józef Remsak. Z kolei plan likwidacji „Drągala” opracowali wyżsi oficerowie UB w Kielcach. Przewidywał on, że „Zbych” otrzyma do pomocy trzech doświadczonych funkcjonariuszy, z którymi stworzy pozorowany oddział partyzancki. Oddział dokona kilku napadów, by uwiarygodnić się w oczach „Drągala”.

Jak zabito „Drągala”

Nieco inaczej wyglądała likwidacja grupy por. Aleksandra Młyńskiego „Drągala” w wersji funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa. Grupa pozorowana rozpoczęła działalność 20 sierpnia. Tak jak zaplanowano rozbiła spółdzielnię w Cerekwi. Po napadzie „Zbych” odwiedził wszystkie znane sobie meliny i rozgłaszał, że chce się spotkać z Młyńskim. 24 sierpnia zatrzymał się w Laskowej Woli. O godzinie 1:00 w nocy przybył tam i „Drągal”. Co było dalej, przedstawił w raporcie kpt. Kozik (pisownia oryginalna):
„Wszyscy serdecznie pocałowali się, po krótkiej rozmowie położyli się spać. Rano przygotowano śniadanie, wypito litr wódki, «Drągal» ze «Zbychem» wspominali przeżycia wspólne i w miłej pogawędce udali się na skraj lasu, w lesie spożyli po raz drugi śniadanie, które zostało przyniesione przez kobiety i w dalszym ciągu przyjemnie gawędzili, że teraz im będzie dobrze, bo jest ich więcej itp., mocowali się na ręce, co «Drągala» już wyczerpało z sił. Wszyscy znużeni pokładli się spać. Wtedy na umówiony znak otworzono do bandytów ogień z pistoletów, zabijając ich na miejscu, m.in. bandyta «Zbych» również celnie strzelał do swoich kolegów”.

Plastyczniej opisał tę akcję jeden z jej uczestników (cytat za: „Tygodnik Radomski” z 1984 r.):
„Odczekałem i jeszcze raz spróbowałem dać znać Sieroniowi (kolejny funkcjonariusz UB), leciutko dotykając jego stopy. Wystarczyło. On strzelił do «Powstańczyka» – bandyta nie zdążył nawet jęknąć. Ja wziąłem na cel przepełnione miłością do bliźniego serce «Drągala». Beknął tylko niesamowicie”.
Tyle wersja ubecka…

Por. Aleksander Młyński "Drągal" (na pierwszym planie)

Ukarana rodzina

Adolf Dźbik nigdy nie wierzył w UB-ecką wersję zabójstwa „Drągala”. W te wszystkie opowieści o strzelaniu do śpiących i o „bekaniu”. „Strzelali z zaskoczenia, w czasie obiadu. Siostra zanosiła im posiłek i kiedy wracała, rozległy się strzały. Więc co: przez parę minut chłopcy pousypiali?” – irytuje się Dźbik.
Dźbik pamięta doskonale, co się działo już po akcji. Ubecy posadzili ciało Młyńskiego na furmance, wsadzili mu na głowę garnek i pojechali w stronę szosy radomskiej, strzelając po drodze z pepeszy. Tak okazywali radość z zabicia „czołowego bandyty”. W Wawrzyszowie wrzucili zwłoki na ciężarówkę i przewieźli do Radomia. Tam ubecy obmyli je z krwi i włożyli do zbitej z desek gabloty ze szklanymi szybami. Gablota stała przez 16 godzin przed budynkiem prezydium. Potem pojechała do Warszawy, do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Gdzie zostały pochowane szczątki „Drągala”, nie wiadomo do dziś. Każdy z ubeków biorących udział w zabójstwie otrzymał potem nagrody po 3000 zł i awanse służbowe.

Rodzina Dźbików zapłaciła straszną cenę za zdradę „Zbycha”. Kilka dni po potyczce w Kolonii Wawrzyszów zjawili się milicjanci. Aresztowali trzy siostry i matkę, zostawiając chorego na astmę ojca i młodego Adolfa. A potem przeprowadzili rewizję. – „Rozbili szafę, łóżko, zerwali podłogę i dach. Poszedł deszcz i cały dom szlag trafił” – macha ręką Dżbik.
Siostry otrzymały wyroki od ośmiu do 12 lat więzienia. Wyszły wcześniej, bo – jak mówi Dżbik – pomógł dobry adwokat. Nazywał się Hryckowian, był żołnierzem, który przebył szlak bojowy z Rosji do Berlina i nawet UB czuł do niego szacunek.
Najgorszą katownię przeszła siostra Marianna, narzeczona „Drągala”. Jak mówi Dźbik, UB-ecy chcieli ją zabić, i swoje by osiągnęli, gdyby nie interwencja sowieckiego oficera. Wszedł w czasie przesłuchania, zobaczył zmaltretowaną, ledwie żywą dziewczyną i ryknął na ubeków: – „Paszli, sobaki! – dorzucając kilka przekleństw po rosyjsku”.

Wdzięczność ludowej władzy

Po akcji w Kolonii Wawrzyszów „Zbych” czyli agent „15” szykował się do rozprawy z rozsianymi w kilku powiatach koło Radomia współpracownikami „Drągala”. Liczył, że odzyska przyrzeczoną mu wolność. Ale czekała go bardzo przykra niespodzianka. Władza ludowa wcale nie miała zamiaru wywiązywać się z danego słowa. Już w połowie września zostaje aresztowany i postawiony przed sądem wojskowym. Prokurator stawia mu czternaście zarzutów, w tym najcięższe: o udział w potyczce, podczas której zginęło dwóch milicjantów. 29 września 1951 r. sąd pod przewodnictwem por. Tadeusza Piaseckiego ogłasza wyrok: dożywotnie pozbawienie wolności.

Rozżalony „Zbych” wysyła list z prośbą o ułaskawienie do prezydenta Bieruta. Przypomina swoje zasługi w walce z „Drągalem”. Pisze:
„Mam pewne plusy, z których nie mogłem skorzystać w czasie rozprawy sądowej ze względu na poufne pertraktacje z UB”. Obiecuje też: „Nie będę słuchał obcej i wrogiej propagandy, która mnie i wielu innych pchnęła na drogę zbrodni”.
Wszystko nadaremnie. Prośba pozostaje bez odpowiedzi. „Zbych” zaczyna odsiadkę. W jednym z więzień spotyka Pelagię Dźbik, także skazaną w związku ze sprawą „Drągala”.
Powiedziałam do niego: „Tu jesteś łobuzie. Zameldował i 48 godzin musiałam spędzić w karcerze w wodzie i ze szczurami” – opowiadała wiele lat później.
Po 10 latach „Zbych” znów pisze o łaskę, do przewodniczącego Rady Państwa, Aleksandra Zawadzkiego. Nie owija już sprawy w bawełnę. Informuje o szczegółach swojego kontraktu z UB w 1950 r. „Był szef KBW w Kielcach, który powiedział mi, że jeżeli zlikwiduję Drągala, będę wolnym człowiekiem, dając mi słowo honoru oficera. Aby mnie upewnić, że słowa honoru nie daje nadaremnie, powiedział szef Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa, że sam minister Radkiewicz gwarantuje mi wolność. Czyż miałem nie uwierzyć? Uwierzyłem!”.
Tym razem prośbę pozytywnie opiniuje Sąd Wojewódzki w Kielcach. Rada Państwa korzysta z prawa laski i 14 kwietnia 1962 roku, po 12 latach więzienia, „Zbych” wychodzi na wolność.

Spotkanie ze „Zbychem”

Co się działo ze „Zbychem” po uwolnieniu, dokładnie nie wiadomo. Z akt MSW wynika, że osiadł pod Ostrowcem i pracował jako urzędnik. Służba Bezpieczeństwa (dokładnie: Wydział „C” KW MO w Kielcach) miało go na celowniku jeszcze w 1974 r. W latach 70. interesował się nim także peerelowski historyk, były oficer UB/SB Stefan Skwarek, który uzyskał dostęp do tajnych archiwów MSW i przedstawił oficjalną wersję rozprawy z Młyńskim w jednym z rozdziałów swojej książki „Na wysuniętych posterunkach”. Także on nie miał wątpliwości, że „Zbych” zdradził swoich współtowarzyszy i szczegółowo opisał, jak do tego doszło.

Natomiast jeszcze pod koniec lat 60. zaczął go poszukiwać Dźbik. Jak dziś mówi, złapał kontakt z krewnymi „Drągala” i wspólnie chcieli spojrzeć w twarz zdrajcy. Wiedzieli, że mieszka gdzieś w Ostrowcu. Chodzili, pytali – bez rezultatu. Aż pewnego dnia zobaczyli go idącego przez Plac Wolności.
„Nawet się specjalnie nie zmienił. Twarz ta sama, tylko włosy trochę przerzedzone. Ubrany był w zielony fartuch. Wszedł do sklepu z częściami samochodowymi i stanął za ladą. Wszedłem za nim. Oniemiał, zbladł, jakoś zapadł się w siebie. Krzyknął: „Ja nie jestem winien. Nie miałem broni” – i uciekł na zaplecze. Tyle go widzieliśmy” – relacjonuje Dźbik.
Kilka lat później spotkali się znowu, także w Ostrowcu. „Zbych” nie był już taki przerażony. Próbował zapraszać na piwo, tłumaczył, że został przez UB „wrobiony” i w czasie akcji w Kolonii Wawrzyszów nie posiadał prawdziwej broni, tylko atrapę, ze ślepymi nabojami. Dźbik uśmiechnął się tylko, bo pamiętał jeszcze scenę z Laskowej Woli w 1950 roku. Na podwórku, przy kieracie „Zbych” poprawiał sprężynę w karabinie i musiał go najpierw rozładować. Z lufy wysypały się ostra amunicja, nie żadne ślepaki. Rozstali się bez pożegnania.

„Kłamał wtedy” – mówi Dźbik i pokazuje fragment „doniesienia agenturalnego” z 31 sierpnia 1950 roku od agenta „15” przyjętego przez Józefa Remsaka: „W czasie tej rozmowy ja położyłem się spać, a „Drągal” z moimi kolegami jeszcze rozmawiali. Obudziły mnie strzały pierwsze, gdy się zerwałem, chwyciłem za pistolet i zacząłem strzelać do „Drągala” wspólnie z kolegami”.
Czy wtedy, w Ostrowcu, nikt nie myślał o wymierzeniu sprawiedliwości? O kulce w łeb dla zdrajcy? – „To już był dziad. Zostało mu parę lat życia. Nie opłacało się” – kręci głową Dźbik.

Epilog po latach

„Zbych” zmarł w 1985 roku. Z pozostałych trzech uczestników tamtej akcji (Stanisław B., Marian S. i Zygmunt Ł.) do dziś żyje tylko jeden: Zygmunt Ł. I to on został oskarżony o współudział w zbrodni. Ma za to odpowiedzieć przed sądem. Prokuratura IPN zarzuca mu przekroczenie uprawnień i spowodowanie śmierci trzech członków oddziału WiN. – „Nawet ówczesne, PRL-owskie prawo nie pozwalało strzelać do śpiących ludzi. Zbrodnię tę ścigamy, bo przedawnia się dopiero w 2020 r.” – tłumaczy Andrzej Martyniuk, prokurator z delegatury IPN w Radomiu. „Oskarżonemu grozi kara co najmniej 12 lat więzienia” – poinformował naczelnik Jacek Nowakowski z lubelskiego IPN. Zygmunt Ł. nie przyznaje się do winy. Twierdzi, że jego grupa miała namówić „Drągala” do ujawnienia się, a gdy doszło do strzelaniny, to przestraszył się i uciekł.

Niestety, zaplanowany na 28 grudnia 2005 r. w Sądzie Rejonowym w Radomiu proces, rozpoczął wprawdzie punktualnie o godz. 9.30 sędzia Jacek Michalski, ale od razu musiał go odroczyć, bo oskarżony nie stawił się na sprawę. Adwokatka przedstawiła zaświadczenie z Polikliniki MSWiA w Kielcach, że Zygmunt Ł. zachorował, i jego leczenie potrwa do 27 stycznia, a prawdopodobnie i dłużej. Sąd postanowił wystąpić do szpitala o szczegółową informację na temat zdrowia oskarżonego i sprecyzowanie, w jakim terminie będzie mógł się stawić na rozprawę.
„Czuliśmy, że tak będzie” – mówili zebrani wśród obecnych rozczarowani członkowie „Związku Piłsudczyków”. Rozczarowania nie kryli też kombatanci, dawni towarzysze broni „Drągala”, a wśród nich Henryk Dźbik. Na terenie gospodarstwa jego ojca został zastrzelony Aleksander Młyński, a na rodzinę spadły represje za pomoc udzielaną partyzantom. – „Bez konwoju i zakucia w kajdanki taki ubek sam nie przyjedzie. Szkoda czasu na uprzejmości” – kręcił głową pan Dźbik.

W miejscu śmierci por. Aleksandra Młyńskiego „Drągala” i jego żołnierzy w Kolonii Wawrzyszów stoi dziś mały, metalowy krzyż, ustawiony w dowód pamięci przez działaczy Ligi Republikańskiej, ale dopiero czas pokaże, czy po latach, prawdziwej sprawiedliwości w pełni stanie się zadość.

Krzyż w Kolonii Wawrzyszów, w miejscu śmierci Aleksandra Młyńskiego i jego partyzantów. Na zdjęciu Krzysztof Kępka, jeden z inicjatorów ustawienia krzyża.


W 2018 roku Pan Rafał Stępień oraz jego synowie Jacek i Tomasz, ufundowali przy drodze w miejscowości Gulin (gm.Zakrzew, pow.radomski) obelisk w hołdzie żołnierzom antykomunistycznego podziemia Ziemi Radomskiej. w tym również por. Aleksandrowi Młyńskiemu "Drągalowi".

Opracowano na podstawie:
Ryszard Śmietanka-Kruszelnicki, Podziemie poakowskie na Kielecczyźnie w latach 1945 – 1948, Kraków 2002;
Ryszard Śmietanka-Kruszelnicki, Komendant Zagończyk, Warszawa 2000;
Praca zbiorowa pod red. Tomasza Łabuszewskiego – „Ostatni leśni 1948 – 1953”, Warszawa 2003;
Arkadiusz Kutkowski, Historia pewnej zdrady, Radomska Gazeta Codzienna „Słowo”;
Praca zbiorowa, Żołnierze Wyklęci – Antykomunistyczne Podziemie Zbrojne po 1944 roku, Warszawa 2002

Uroczystości w 60 rocznicę śmierci ppor. Antoniego Kopaczewskiego ps. "Lew"

Dnia 8 września 2006 r. na Lubelszczyźnie odbyły się uroczystości upamiętniające 60. rocznicę śmierci ppor. Antoniego Kopaczewskiego ps. „Lew”, jednego z dowódców partyzanckiego zgrupowania WiN mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zapory”.

Przy obelisku we wsi Ignasin, upamiętniającym miejsce śmierci ppor. „Lwa” i jego podkomendnych w dniu 8 września 1946 r., kwiaty złożyli m.in. dyrektor Oddziału IPN w Lublinie Jacek Welter, wicewojewoda lubelski Jarosław Zdrojkowski oraz wicemarszałek województwa lubelskiego Stanisław Gogacz.
W kościele parafialnym w miejscowości Piaski odprawiono mszę św. w intencji poległych partyzantów.
Wydarzeniom sprzed 60 lat poświęcona była okolicznościowa sesja w miejscowym Centrum Kultury. Dr Rafał Wnuk (naczelnik OBEP IPN Lublin) przypomniał tło funkcjonowania powojennego podziemia niepodległościowego na Lubelszczyźnie, w tym największego w regionie zgrupowania mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zapory”, jednego z pięciu największych zgrupowań partyzanckich w Polsce po 1944 r. Z kolei, dr Sławomir Poleszak (kierownik referatu badań naukowych OBEP IPN Lublin) przybliżył historię działającego w rejonie Piasek pododdziału WiN ppor. Antoniego Kopaczewskiego ps. „Lew” i okoliczności dramatu, jaki rozegrał się we wsi Ignasin 8 września 1946 r.
Uczestnicy sesji mogli obejrzeć film dokumentalny pt. „Zaporczycy” (reż Adam Sikorski), zrealizowany przez lubelski ośrodek TVP.

Organizatorami uroczystości byli: Rodzina Państwa Kopaczewskich, Wojewoda Lubelski, Instytut Pamięci Narodowej Oddział w Lublinie, Burmistrz Miasta Piaski, Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej oraz Środowisko Żołnierzy AK-WiN „Zaporczyków”.

ppor. Antoni Kopaczewski "Lew"

Antoni Kopaczewski „Lew” – jeden z wielu „żołnierzy wyklętych”, urodził się w roku 1918 w Majdanie Brzezickim pod Piaskami na Lubelszczyźnie. W latach trzydziestych ukończył szkołę podoficerską w Nisku i do 1938 r. pełnił służbę zawodową w Wojsku Polskim. Pracę podjętą na kolei w Warszawie przerwało powołanie do 43. pp. w Równem i wybuch wojny. Jeszcze we wrześniu tego roku Antoni Kopaczewski przedostał się w rodzinne stronny i szybko włączył się do pierwszej organizacji konspiracyjnej powstającej na tym terenie – „Baonów Zemsty”, zorganizowanej przez miejscowego komendanta Związku Strzeleckiego, Jerzego Drylskiego. Po rozbiciu tej organizacji przez Niemców, nieustannie ukrywając się przed poszukującym go okupantem związał się z konspiracją ZWZ-AK w Piaskach.
Po wkroczeniu Armii Czerwonej i aresztowaniu m.in. szefa placówki AK w Piaskach, „Lew” odbudował struktury konspiracyjne. Jesienią 1945 r. po zdemaskowaniu rzeczywistych intencji autorów amnestii ogłoszonej dla żołnierzy podziemia niepodległościowego Antoni Kopaczewski wszedł do organizacji „Wolność i Niezawisłość” i podporządkował się rozkazom dowódcy zgrupowania WiN, mjr. Hieronima Dekutowskiego ps. „Zapora”. Oddział Antoniego Kopaczewskiego odpowiadał m.in. za wydawanie konspiracyjnego pisma „Wolność i Niezawisłość”.
8 września 1946 r. funkcjonariusze UBP z Lublina i Krasnegostawu wsparci przez milicjantów przeprowadzili obławę na „Lwa” i jego podkomendnych, ukrywających się na terenie gospodarstwa związanej z oddziałem rodziny Dziechanów w Ignasinie. W kilkugodzinnej walce zginęli poza dowódcą, ppor. Antonim Kopaczewskim następujące osoby: Władysław Sampolski „Aniołek”, Stanisław Pędrak „Poleszuk”, Józef Dziachan „Pościgowy”, Tadeusz Dziachan „Leśny”, Wincenty Kisielewski „Lipa”. W płonących zabudowaniach śmierć ponieśli także Helena i Stanisław Dziachan wraz z 4-letnią córką Anną. Cztery osoby zostały aresztowane. Przeprowadzenie skutecznej akcji komunistycznemu aparatowi bezpieczeństwa umożliwiły informacje uzyskane podczas brutalnego śledztwa od Władysława Ziętka ps. „Kulawy”, jednego z konspiratorów, który dostał się wcześniej w ręce UB.
Najbliżsi poległych żołnierzy WiN, wśród nich synowie „Lwa”, spotykali się z szykanami praktycznie przez cały okres PRL.
GLORIA VICTIS !!!


Zabici podczas walki w Ignasinie żołnierze z oddziału "Lwa". Leżą od lewej:Władysław Sampolski "Anioł", Józef Dziachan "Pościgowy", Stanisław Pędrak "Poleszuk", Antoni Kopaczewski "Lew", Wincenty Kisielewski "Lipa". Zdjęcie wykonane przez UB, 8 IX 1946 r.

Źródło: Instytut Pamięci Narodowej