Akcje bojowe
Od początku
działalności w Radomskiem "Zagończyk" podjął walkę o
odbicie "terenu" z rąk komunistów. Powstańcy
przede wszystkim odbijali uwięzionych kolegów – rozbijali
więzienia i posterunki MO/UB, niektóre kilkakrotnie.
Z większych akcji
wspomnieć trzeba o przeprowadzonym 13 stycznia 1946 r. najeździe na
Pionki. Atak na czele 100-osobowego oddziału poprowadził osobiście
Jaskulski, opanowano posterunek MO, rozbrojono Straż Fabryczną przy
pionkowskiej wytwórni prochu, a przy okazji zdobyto 3 cekaemy,
6 pistoletów maszynowych, granaty i amunicję.
18 lutego oddziały
"Zagończyka" stoczyły bitwę w Laskach i Ponikwie z
obławą oddziałów NKWD wzmocnionych przez sowieciarzy z MO i
UB. Trudno powiedzieć, czy mieli świadomość, iż walczą na tym
samym miejscu, gdzie kiedyś walczyli żołnierze Piłsudskiego, a
sam Komendant właśnie pod Laskami został ranny. Walczyli – jakby
wiedzieli, obława NKWD została nieźle podziurawiona i z niczym
powróciła do baz.
10 kwietnia 1946 r.
żołnierze "Zagończyka" po raz drugi opanowali Pionki.
Poszukiwali "zasłużonych" UB-owców z Kielc i
Częstochowy, którzy jednak już wcześniej wyjechali z
miasta. Partyzanci zaimprowizowali wiec antykomunistyczny i po 4
godzinach wyjechali.
16 maja "Zagończycy"
wjechali do Zwolenia, opanowali posterunek MO, dokonali też akcji
ekspropriacyjnej w Spółdzielni Rolniczo-Handlowej.
22 maja miała miejsce
jedna z większych akcji "Zagończyka". W tym czasie
wracają już sowieckie oddziały z frontu, po drodze zachowują się
jak w kraju podbitym – rabując, a czasem nawet podpalając polskie
miasta. 22 maja na ich trasie znalazł się Zwoleń. Określenie
"pogrom" ludności nie będzie tu przesadzone. Ktoś jednak
zdołał zawiadomić partyzantów, którzy przegonili
(bądź tylko: dogonili) Rosjan i odbili zrabowane mienie. Podobne
akcje powtarzają się w tym okresie kilkakrotnie.
15 czerwca dochodzi do
bitwy oddziałów "Zagończyka" z kolejnymi
oddziałami NKWD wracającymi z frontu. Rosjanie znowu napadli na
Zwoleń, akcja była jeszcze bardziej brutalna, były przypadki
gwałtów i rabunków, spalono kilka domów.
Wezwani przez mieszkańców partyzanci pobili czerwonoarmistów,
padło co najmniej 35 zabitych (dane z uzasadnienia wyroku).
Okoliczności tej akcji nie są jednak do końca jasne. Według
jednej z wersji partyzanci szykowali w tym czasie atak na Kozienice,
a na oddziały sowieckie wpadli przypadkiem w Zwoleniu czy nawet już
za miasteczkiem. (Pozwoliło to mówić komunistom o
"zasadzce"- jakby Rosjanie wiedzieli o zbliżających się
partyzantach!). Według innej wersji "zagończycy" pod
wpływem próśb mieszkańców Zwolenia o ratunek
przerwali planowaną akcję i uderzyli na enkawudzistów.
Rosjan uratowały oddziały sowieckich "pograniczników"
(z osławionej "zbiorczej dywizji" NKWD) i "polskiego"
UB/MO z Radomia. Prócz Zwolenia Sowieci napadli i obrabowali w
tamtych dniach kilka sąsiednich miejscowości – partyzantom
kilkakrotnie się udało odbijać ukradzione przez nich konie. Warto
w tym miejscu zauważyć, iż prowokacja kielecka zwana poprawnie
"pogromem" (4 lipca 1946 r.) mogła mieć nie tylko
polityczny, międzynarodowy wymiar. Oczywiście kolejne próby
wywołania zajść antyżydowskich (Kraków, Rzeszów)
dowodzą, jak bardzo komunistom zależało na przedstawianiu Polski
jako kraju antysemickiego, w którym tylko obecność
"sowieciarzy" może zapewnić spokój. Ale konkretnie
w lipcu 1946 r. chodziło także o odwrócenie uwagi od
prawdziwych pogromów dokonywanych na polskiej ludności przez
Rosjan, ale także przez "polskich" ubowców, wśród
których było wielu Żydów.

Żołnierze „Zagończyka” po ujawnieniu się we wrześniu 1946 r. w Radomiu. Stoją od lewej: Kazimierz Borkowski „Szatyn„, Zygmunt Załęcki. W środku siedzi NN „Tarzan”, z prawej Roman Pogodziński
Nie powiodła się natomiast
próba opanowania Kozienic. Była to jedna z najpoważniejszych
akcji podziemia antykomunistycznego w regionie radomskim.
14
czerwca 1946 r. żołnierze WiN przeprowadzili koncentrację w
Gzowicach. Atakowali przejeżdżające samochody wojskowe, którymi
zamierzali potem jechać do Zwolenia i Kozienic. Pierwsza faza
operacji była udana. "Zagończyk" opanował centralę
telefoniczną MO w Zwoleniu, aby odciąć łączność z Kozienicami.
Niestety, wojska sowieckie urządziły zasadzkę na partyzantów
koło miejscowości Błotne Górne. Po ciężkich walkach
oddział wycofał się do lasu.
Żołnierze Franciszka
Jaskulskiego opracowali również i realizowali plany
eliminowania funkcjonariuszy komunistycznego aparatu bezpieczeństwa.
Zabili m.in. kpt. Dymitra Bakuna, dowódcę Komendy Powiatowej
MO w Kielcach. Nawet poruszanie się w sporej obstawie nie uchroniło
ubeckich siepaczy przed kulami partyzantów WiN. 18 lipca 1946
roku miała miejsce jedna z najbardziej spektakularnych akcji
zgrupowania "Zagończyka". Oddział Tadeusza Zielińskiego,
ps. "Igła", zorganizował zasadzkę na konwój, w
którym jechał płk UB Alfred Wnukowski, szef aparatu
bezpieczeństwa w Rzeszowie, jeden z bardziej znanych wówczas
oprawców. W okolicach Modrzejowic, na trasie Radom – Iłża,
Wnukowski wpadł w ręce żołnierzy "Igły", został
zastrzelony; zginęła również jego żona Irena Sztejnach. Ta
właśnie akcja była koronnym argumentem radomskiego SLD przeciwko
postawieniu pomnika żołnierzy WiN w Radomiu. Postkomuniści
twierdzą bowiem, że partyzanci dokonali wtedy egzekucji na
bezbronnej kobiecie, która była w ciąży. Z relacji
uczestników akcji wynika natomiast, że Irena Sztejnach była
uzbrojona. Kamień ku czci Wnukowskiego znajduje się nadal w miejscu
zorganizowania zasadzki.
Niestety, w tym samym
czasie, gdy przeprowadzono udaną akcję przeciwko Wnukowskiemu,
zaciskała się pętla wokół Franciszka Jaskulskiego, który
10 lipca 1946 r. zostaje mianowany dowódcą okręgu
Kieleckiego WiN. 24 lipca 1946 roku "Zagończyk" odbił
więźniów z transportu kolejowego na stacji Jedlnia-Letnisko.
Istnieją poszlaki, że informację o transporcie przekazał Urząd
Bezpieczeństwa. Po tej akcji, wobec konieczności ukrycia
uwolnionych ludzi, "Zagończyk" pozostał w Jedlni
praktycznie bez obstawy.
Zdrada
Podobnie jak "Uskok"
czy "Orlik" również "Zagończyk" padł
ofiarą zdrady.
26 lipca do łączniczki
Jaskulskiego "Pantery" (Maria Szczęśniak) zgłosił się
jeden z wracających z Gdańska ("Kruk") informując, że
przyprowadził do Jedlni auta z bronią. Towarzyszących mu ludzi
przedstawił jako konspiracyjną Milicję Morską. "Pantera"
przyprowadziła "Zagończyka" – wtedy "Kruk" i
rzekomi milicjanci rzucili się na niego. Aresztowano również
jego brata i łączniczkę. "Kruk", który należał
do najbardziej zaufanych ludzi majora "Zagończyka", po
przejęciu kolejnego transportu broni postanowił potraktować ją
jako "wpisowe" za przejście na stronę UB. UB-owcy doszli
do wniosku, że jeżeli zdradził – to będzie zdradzać dalej. Nie
zawiedli się. "Kruk" doprowadził ich do swego dowódcy.
Niestety, nie powiodły się
ani próby odbicia Jaskulskiego z więzienia, ani jego
ucieczki.

Fałszywe dokumenty używane przez por. Franciszka Jaskulskiego w 1946.
Podczas pobytu w celi, komuniści próbowali
przekonać "Zagończyka" do zawarcia swoistego układu: w
zamian za ujawnienie się jego ludzi, miał uzyskać wolność. Dla
władz było to ważne, bo przez zgrupowanie przewijało się od 800
do 1.000 ludzi. Oczywiście major Jaskulski (od lipca dowódca
okręgu WiN) nie miał w rzeczywistości żadnych szans na łagodne
potraktowanie.
Jeden z wyklętych
11
stycznia 1947 roku odbył się w sądzie w Kielcach już drugi proces
"Zagończyka" zorganizowany przez komunistów.
Wyrokiem Sądu Rejonowego w Kielcach wydanym 17 stycznia 1947 r.
major Franciszek Jaskulski skazany został na karę śmierci. W
ostatnim słowie zresztą nie prosił o życie, tylko o śmierć. Akt
oskarżenia zarzucał, że jego – jak to określono – "bandy"
zamordowały: 17 funkcjonariuszy UBP, 25 funkcjonariuszy MO, 18
żołnierzy Wojsk Polskich, 48 żołnierzy Armii Czerwonej oraz 12
działaczy demokratycznych. Prośbę o ułaskawienie Jaskulskiego
napisał w jego imieniu adwokat – Bierut jednak prośbę odrzucił.
Major Franciszek Jaskulski został stracony 19 lutego 1947 roku, trzy
dni przed ogłoszeniem amnestii. UB bardzo zależało na tym, aby jej
nie doczekał. Egzekucję przeprowadzono w tajemnicy, nie wiadomo
nawet, gdzie "Zagończyk" został pochowany.
Po jego
śmierci, podziemie zbrojne było aktywne na Ziemi Radomskiej jeszcze
przez kilka lat. Działał na tym terenie Tadeusz Zieliński "Igła",
a do sierpnia 1950 roku por. Aleksander Młyński "Drągal".
Historia
przyznała jednak rację Jaskulskiemu i jego żołnierzom. Poza SLD
nikt nie kwestionuje patriotycznego charakteru działalności
powojennego podziemia antykomunistycznego. Dziesięć lat temu
prawnej rehabilitacji doczekał się również major
"Zagończyk". 6 grudnia 1991 roku Sąd Wojewódzki w
Kielcach unieważnił wyrok ze stycznia 1947 roku, skazujący
Jaskulskiego na śmierć. W uzasadnieniu sąd stwierdził, że mjr
Franciszek Jaskulski "Zagończyk" działał na rzecz
niepodległego państwa polskiego. Za walki z Niemcami "Zagończyk"
otrzymał Krzyż Virtuti Militari i Krzyż Walecznych.
Część 1 >
Strona główna – wprowadzenie >
Kpt. Stanisław Sojczyński „Warszyc” (1910 – 1947) – część 1
Kpt. Stanisław Sojczyński „Warszyc” i Konspiracyjne Wojsko Polskie (KWP)
„Do Polski Wolnej, Suwerennej, Sprawiedliwej i Demokratycznej prowadzi droga przez walkę ze znikczemnieniem, zakłamaniem i zdradą.”
Zanim wybuchła wojna
Stanisław Sojczyński urodził się 30 marca 1910 r. w Rzejowicach w powiecie radomszczańskim. Pochodził z chłopskiej rodziny. Był jednym z sześciorga dzieci Michała i Antoniny ze Śliwkowskich. W Rzejowicach ukończył szkołę powszechną. W wieku 18 lat zaczął naukę w Państwowym Seminarium Nauczycielskim im. Tadeusza Kościuszki w Częstochowie. Rodzice zdecydowali się posłać właśnie jego do szkoły, bo był najzdolniejszy spośród rodzeństwa, a na kształcenie pozostałych dzieci nie było pieniędzy. Szkołę ukończył w 1932 r. i rozpoczął służbę wojskową. W 27. pp w Częstochowie odbył Dywizyjny Kurs Podchorążych Rezerwy Piechoty. Od 1 stycznia 1936 r. – podporucznik rezerwy. Od 1934 r. pracował jako nauczyciel w szkole powszechnej w Borze Zajacińskim koło Częstochowy. Uczył języka polskiego. Działał wówczas w Związku Nauczycielstwa Polskiego i Związku Strzeleckim. W 1932 r. zawarł związek małżeński z Leokadią Kubik.
Stanisław Sojczyński – zdjęcie z lat 30-tych
„Jędrusiowa dola”
Wybuch wojny przerwał pracę Stanisława Sojczyńskiego w szkole. Jako podporucznik WP trafił do punktu mobilizacyjnego w Łodzi, później walczył w okolicach Hrubieszowa w grupie „Kowel” dowodzonej przez płk. dypl. Leona Koca. Po niepowodzeniach w walkach koło Janowa Lubelskiego został rozbrojony przez żołnierzy sowieckich. Uniknął jednak niewoli i w końcu września próbował przedrzeć się do Warszawy by wziąć udział w jej obronie. Nie udało się i 4 października zdjął mundur. Postanowił wrócić w rodzinne strony – do Rzejowic, gdzie szybko włączył się do pracy konspiracyjnej. Jesienią 1939 r. został zaprzysiężony przez swojego nauczyciela Aleksandra Stasińskiego „Kruka” na żołnierza Służby Zwycięstwu Polski pod pseudonimem „Wojnar” (później używał pseudonimów „Zbigniew” i „Warszyc”).
Z dużą energią przystąpił do organizowania Podobwodu Rzejowice Służby Zwycięstwu Polski-Związku Walki Zbrojnej, który wkrótce stał się jednym z najlepiej zorganizowanych rejonów konspiracyjnych.
Talenty konspiracyjne „Zbigniewa” dostrzegli jego przełożeni: jeszcze w 1939 r. został komendantem Podobwodu Rzejowice, a od października 1942 r. pełnił także funkcję zastępcy komendanta Obwodu Radomsko AK, był równocześnie szefem Kierownictwa Dywersji w Obwodzie. Z powodu aktywnej działalności partyzanckiej Niemcy zaczęli określać Radomsko mianem Banditenstadt (bandyckie miasto). W 1943 r. dwie akcje przeprowadzone przez żołnierzy por. Sojczyńskiego odbiły się głośnym echem w całej okupowanej Polsce.
W maju 1943 r. gestapowcy i żandarmi dokonali publicznej egzekucji we wsi Dmenin. Powieszono 11 osób (w tym 12-letniego chłopca). W odwecie został wydany wyrok śmierci na szefa Gestapo w Radomsku Willi Wagnera i jego zastępcę Johana Bergera. Wyrok wykonali: Bronisław Skóra-Skoczyński „Robotnik” i Zygmunt Czerwiński „Staw”. 3 sierpnia 1943 r. Niemcy przeprowadzili pacyfikację Rzejowic – rodzinnej wsi Stanisława Sojczyńskiego. Zabito kilku mieszkańców, aresztowano i wywieziono do Radomska wielu członków podziemia. „Zbigniew” uzyskał zgodę komendanta obwodu mjr. Polkowskiego „Korsaka” na przeprowadzenie akcji uwolnienia więźniów. Koncentracja wyznaczonych do akcji oddziałów nastąpiła w lasach koło Włynic. W nocy z 7 na 8 sierpnia 1943 r. stuosobowy oddział dowodzony przez por. Sojczyńskiego zaatakował więzienie w Radomsku.
W wyniku przeprowadzonej bez strat akcji uwolniono ponad 40 Polaków i 11 Żydów. Po tej akcji por. Sojczyński utworzył pierwszy w Obwodzie Radomsko oddział partyzancki, którym dowodził do listopada 1943 r. Po nim dowództwo oddziału, noszącego od wiosny 1944 r. kryptonim „Grunwald”, objął por. Florian Budniak „Andrzej”.
Por. Stanisław Sojczyński „Zbigniew”, „Warszyc”, komendant Podobwodu Rzejowice, szef Kedywu w Obwodzie Radomsko AK
1 sierpnia 1944 r. wybuchło powstanie warszawskie. 15 sierpnia 1944 r. gen. Tadeusz Komorowski „Bór” nakazał skierowanie wszystkich uzbrojonych oddziałów na pomoc walczącej stolicy. Komenda Obwodu Radomsko-Kieleckiego Armii Krajowej wydała rozkaz koncentracji oddziałów. Nosiła ona kryptonim „Zemsta”. W jej ramach batalion „Ryś” w sile: 14 oficerów, 14 podchorążych, 47 podoficerów i 215 szeregowych dotarł w rejon koncentracji w lasach przysuskich. 23 sierpnia 1944 r. Komendant Obwodu Radomsko-Kieleckiego AK płk Jan Zientarski „Ein”, „Mieczysław”, wobec odmowy uzupełnienia broni i amunicji ze zrzutów oraz trudności z dotarciem do Warszawy, podjął decyzję o przerwaniu marszu na pomoc powstańcom i zarządził przystąpienie do wykonywania akcji „Burza” na obszarze Obwodu.
W czasie akcji „Burza” żołnierze 27. i 74. pp, w tym batalionu por. Sojczyńskiego, na obszarze Inspektoratu Częstochowskiego AK stoczyli z Niemcami wiele potyczek, wykonali także akcje zaopatrzeniowe.
Rozkaz dzienny nr 2
Żołnierze!
Nie ma zapewne ani jednego wśród Was, któryby nie pamiętał, że dzień 15 sierpnia jest naszym świętem i jest 24-ą rocznicą wielkiego zwycięstwa odniesionego przez oręż polski u bram Warszawy. Święto to obchodziliśmy co roku bardzo uroczyście w naszych pułkach.
Co roku Naród Polski skupiał myśli około tak doniosłej wagi historycznego faktu, zastanawiał się nad warunkami, które umożliwiały Armii Polskiej osiągnięcie rzadkiego w dziejach triumfu, co roku przywoływał wizje „Cudu Wisły” i co roku oddawał hołd swojemu żołnierzowi. Bo oto wszyscy rozumiemy, że w owych krytycznych i wydawało się beznadziejnych dniach uratowaliśmy wolność Polski, przez nie liczącą się z ofiarami waleczność Polskiej Armii, przez bezwzględną karność wobec Naczelnego Wodza i niższych przełożonych i przez to, że całe społeczeństwo wszystkimi możliwościami służyło wojsku. Wojsko było z Narodem, Naród z wojskiem. Ta zbiorowa jedność w pragnieniach i dążeniach dała w sytuacji wyjątkowo ciężkiej rezultat, który olśnił nie tylko nas, ale świat cały i który w swej wspaniałości jest jakby cudem – „Cudem Wisły”. I dziś Warszawa znów krwawi, znów stacza boje, dla których nie ma porównania. Warszawa stolica nasza świeci nam przykładem, Jej dwunastoletni bohaterowie, jej kobiety walczące obok nie liczących się ze swoim życiem żołnierzy AK – przygotowują nowe zwycięstwo, wołają o nowy cud. Na ten wielki zew stajemy znów do walki zjednoczeni, gotowi wykonać każdy rozkaz, ufni w przełożonych, ufni w Naczelnego Wodza.
D-ca baonu
/-/ Warszyc, por.
Otrzymują:
D-cy komp. i D-cy oddziałów koncentrujących się;
odczytać przed frontem oddziałów.

Por. Stanisław Sojczyński „Zbigniew”, „Warszyc” dowódca I batalionu 27 pp AK – sierpień 1944 r.
„Steny znowu mają głos”
Moje credo:
1) dopóki istnieje choćby najmniejsza nadzieja i możliwość wykazania Rosji, że jej polityka jest podła, świńska i zaborcza, oraz walki z jej imperializmem i odebrania zagrabionych przez nią wschodnich połaci Polski, dopóty w walce tej trwać jest naszym obowiązkiem – nawet za cenę wielkich ofiar,
2) AK i jej sympatycy to ok. 60% społeczeństwa polskiego: kto jest wrogiem naszym – jest wrogiem Polski.
Początek 1945 r. przyniósł diametralną zmianę sytuacji politycznej w kraju. Ziemia Łódzka została wyzwolona spod okupacji niemieckiej w wyniku zimowej ofensywy Armii Czerwonej.
Polityka władz sowieckich i niepowodzenie akcji „Burza” postawiło żołnierzy Armii Krajowej w trudnej sytuacji. Na wyzwalanych spod okupacji niemieckiej terenach NKWD i polskie siły bezpieczeństwa prowadziły akcję „oczyszczania”, która przede wszystkim dotknęła żołnierzy AK i osoby związane ze strukturami cywilnymi Polskiego Państwa Podziemnego.
Szykany, aresztowania, skrytobójcze mordy, wywózki na wschód… Tak władze komunistyczne traktowały byłych żołnierzy Armii Krajowej. Mimo zapewnień propagandowych nie dawano im możliwości powrotu do normalnego życia. Wielu ujawniających się akowców wracało do konspiracji. Wielu nie próbowało nawet wychodzić z ukrycia zdając sobie sprawę, jaki czekał ich los.
Kapitan Stanisław Sojczyński „Warszyc”, sam poszukiwany przez komunistyczny aparat bezpieczeństwa, poczuł się odpowiedzialny za losy swoich byłych podwładnych. Jego decyzja o powrocie do konspiracji była podyktowana także przeświadczeniem, że rząd utworzony przez PPR nie reprezentuje interesów Polski, lecz jest narzędziem w rękach Stalina, zmierzającego do jej podboju.
Wiosną 1945 r. „Warszyc” zaczął ponownie zbierać swoich dawnych żołnierzy, nawiązał także kontakty z innymi oddziałami zbrojnymi, stawiającymi opór komunistom. Nie wykluczał jednocześnie możliwości dojścia do porozumienia z władzami, ale stawiał im konkretne warunki, których wypełnienie miało być sprawdzianem ich intencji wobec podziemia niepodległościowego.
W maju 1945 r. w Radomsku odbyło się zaprzysiężenie pierwszych dowódców organizacji, która początkowo nosiła kryptonim „Manewr”, następnie „Walka z Bezprawiem”, a od 8 stycznia 1946 r. przyjęła nazwę „Samodzielna Grupa Konspiracyjnego Wojska Polskiego” o kryptonimie „Lasy”, „Bory”.
Organizacja ta, licząca ok. 4 tys. członków, działała w województwach: łódzkim, częściowo kieleckim, śląskim oraz poznańskim. Przekształcenie organizacyjne wynikało z rozwoju stanu liczebnego szeregów KWP. W dniu 12 VIII 1945 r. kpt. S. Sojczyński wydał „List otwarty” do płk. Jana Mazurkiewicza ps. „Radosław”, w którym uznał jego apel o wychodzenie z konspiracji za zdradę i apelował o dalszą walkę przeciwko komunistom. Natomiast w dniu 16 VIII 1945 r. wydał rozkaz określający zadania KWP w zakresie walki z przestępczą działalnością władz komunistycznych i ochrony społeczeństwa oraz żołnierzy podziemia niepodległościowego przed terrorem organów bezpieczeństwa. Pierwszą osobą, która zginęła z jego rozkazu, był Jankiel Jakub Cukierman, szef sekcji śledczej Państwowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Radomsku. Zastrzelono go na ulicy w VIII 1945 r. Rok później, także w Radomsku, miała miejsce jedna z najgłośniejszych akcji KWP. W nocy 19/20 IV 1946 r. do miasta weszło ok. 200 partyzantów, którymi dowodził Jan Rogulka ps. „Grot”. Zdobyto miejscowy areszt UB, z którego uwolniono ponad 50 aresztowanych, a w czasie odwrotu rozbito trzykrotnie liczniejszy oddział KBW. 
por. Henryk Glapiński „Klinga”
Walkami podczas odwrotu dowodził por. Henryk Glapiński „Klinga”, dowódca oddziału partyzanckiego SOS „Warszawa”.
Por. Henryk Glapiński w czasie okupacji niemieckiej żołnierz AK. Więzień KL Gross Rosen. Od marca do kwietnie 1946 Komendant Powiatu Radomsko KWP. D-ca oddziału partyzanckiego SOS „Warszawa”, działającego na terenie pow. radomskiego i częstochowskiego. Odniósł wiele zwycięstw w walkach z oddziałami UB-KBW. Jego oddział brał udział w nocy 19/20.IV.46 w szturmie na PUBP w Radomsku. Przy braku wsparcia ze strony oddziału por. „Grota” szturmującego więzienie, budynku PUBP nie udało się opanować.
W czasie odwrotu żołnierze „Klingi” pojmali 8 żołnierzy sowieckich, których rozstrzelano 20.IV.46 w kompleksie leśnym Graby. Wcześniej, w godzinach popołudniowych, oddział stoczył zwycięską potyczkę z 200-osobową grupą pościgową KBW. Ok. 40-osobowy oddział „Klingi” rozbił ją całkowicie. Grupa KBW straciła kilkunastu zabitych, reszta – ponad 100 żołnierzy poddała się. Dzień później oddział „Klingi” zmusił do poddania się kolejną kompanię KBW. Dopiero 22 kwietnia, oddział pod naporem silnych grup pościgowych uległ rozproszeniu.
Na czele kilkunastu żołnierzy kpt. „Klinga” walczył do września 1946. Został aresztowany w wyniku prowokacji UB 14 września 1946.
Sądzony w procesie dowództwa KWP w Łodzi w dniach 9-16 grudnia 1946. Skazany na karę śmierci, zamordowany w Łodzi 19 lutego 1947.
Chociaż już wcześniej kpt. S. Sojczyński był postrachem bezpieki, po tej akcji „władza ludowa” uznała go za wroga publicznego numer jeden. Nasilające się represje komunistyczne sprawiły, że rozkazem z 28 III 1946 r. „Warszyc” nakazał zintensyfikowanie działań zbrojnych.
Wyrok śmierci wydany przez Sąd Specjalny Kierownictwa Walki z Bezprawiem na szefa WUBP w Łodzi Mieczysława Moczara. Podobny wydano na wojewodę łódzkiego Stanisława Dąb-Kocioła. Za ich wykonanie był odpowiedzialny dowódca łódzkiej komendy powiatowej KWP por. Jan Kaleta „Postrach”. Dotarcie do tak wysoko postawionych funkcjonariuszy przerosło możliwości organizacji – mimo ponagleń „Warszyca” wyroków nie wykonano.
Część 2 >
Strona główna – wprowadzenie >
Kpt. Stanisław Sojczyński „Warszyc” (1910-1947) – część 2
Walka z bezprawiem
„Nasza działalność jest buntem przeciw bezprawiu, jest wykazywaniem go i zwalczaniem wszelkimi dostępnymi środkami, jest samoobroną i walką o wolność i suwerenność Polski metodami Ruchu Podziemnego.”

Kpt. Stanisław Sojczyński „Warszyc”
Zdaniem twórcy Konspiracyjnego Wojska Polskiego – kpt. Stanisława Sojczyńskiego „Warszyca”, walki o suwerenną i sprawiedliwą Polskę, nie zakończyło pokonanie hitlerowskich Niemiec. Na ziemie polskie wkroczył fałszywy sojusznik – Armia Czerwona, zamiast oswobodzenia, przynosząc nową niewolę. Wraz z nią do Polski wkraczali namiestnicy Stalina – polscy komuniści, którzy mieli instalować system „demokracji ludowej”.
Konspiracyjne Wojsko Polskie podejmując walkę o pełną niepodległość Polski musiało stawić czoła aktom bezprawia dokonywanym przez komunistyczny aparat bezpieczeństwa, wspierany przez stacjonujące w Polsce oddziały sowieckie.
16 sierpnia 1945 r. „Warszyc” wydał rozkaz określający zadania KWP w zakresie walki z przestępczą działalnością władz komunistycznych i ochrony społeczeństwa oraz żołnierzy podziemia niepodległościowego przed terrorem organów bezpieczeństwa. Konspiracyjne Wojsko Polskie prowadziło także walkę z pospolitym bandytyzmem – bandy rabunkowe, składające się niekiedy z byłych żołnierzy podziemnych organizacji zbrojnych, były plagą okresu powojennego.
Warto zaznaczyć, że KWP informowało organy ścigania o licznych przypadkach przestępstw, popełnianych przez funkcjonariuszy UBP, milicji, czy żołnierzy Armii Czerwonej, żądając ich ścigania i dostarczając dowody, ale zawiadomienia wysyłane do władz pozostawały bez odpowiedzi.
„Jeśli Polska za okupacji niemieckiej dla odzyskania wolności poświęciła ponad 6 milionów obywateli, w tym przynajmniej 2 miliony najlepszych swych synów, to obecnie dla tego samego celu nie może zawahać się pozbyć kilkunastu czy kilkudziesięciu tysięcy odszczepieńców i najgorszych szumowin. Nie jest przestępstwem likwidować zdrajców, zwyrodnialców pastwiących się nad swymi braćmi, wszelkiego rodzaju wykolejeńców, nie uznających żadnych świętości: – zbrodnią niewybaczalną jest dopuścić, aby ofiary milionów zostały zdystansowane przez miernoctwo i podłość. […] Walka z szumowinami i unicestwienie ich to wielka sprawa, to zagadnienie zapewnienia Polsce równowagi moralnej i ocalenia jej przed zgubą.”
Karać rękę a nie ślepy miecz. […] Jest jasne, że więcej zbliżamy się do celu, gdy np. zlikwidujemy jednego peperowca wojewodę czy starostę, niż kilkudziesięciu zwykłych członków, jednego oficera z wojewódzkiego czy powiatowego UB, niż kilkudziesięciu, czy kilku żołnierzy „bezpieczeństwa”.
„Większość żołnierzy Żymierskiego zdaje sobie sprawę z tragedii sytuacji i w akcji przeciw Społeczeństwu i obrońcom wolności bierze udział tylko pod przymusem. Podobnie my widzimy w nich naszych braci, naszych najserdeczniejszych towarzyszy broni, którym tylko czasowo skrępowano wolę, ale którzy są gotowi zawsze nas wesprzeć. Oddziały Służby Ochrony Społeczeństwa pomszczą śmierć żołnierzy, zmuszonych do walk bratobójczych.”
Konspiracyjne Wojsko Polskie przywiązywało dużą wagę do walki propagandowej. Chcąc przeciwstawić się kłamstwom pojawiającym się w prasie komunistycznej, a także pragnąc przedstawić poglądy kierownictwa KWP w sprawie aktualnej sytuacji w kraju, docierano do społeczeństwa głównie za pośrednictwem ulotek i haseł, ale organizacja miała także własne pismo – „W świetle prawdy” – redagowane przez „Warszyca”. On też był autorem większości zamieszczanych tam artykułów. Od września 1945 r. do czerwca 1946 r. ukazało się 17 numerów.
„Wymiar sprawiedliwości”
Żołnierze Konspiracyjnego Wojska Polskiego sądzeni byli na podstawie dekretu z 16 listopada 1946 r. o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy Państwa oraz Kodeksu Karnego Wojska Polskiego (KKWP). Procesy toczyły się aż do połowy lat 50. Ich cechą charakterystyką było łamanie podstawowych zasad obowiązujących w postępowaniu dowodowym i procesowym. W trakcie śledztwa zeznania wymuszane były biciem i innymi niedozwolonymi w praworządnym państwie metodami, preparowano dowody przeciwko oskarżonym, procesy przeprowadzano pospiesznie (niekiedy trwały tylko kilka godzin), a wątpliwości rozstrzygano na niekorzyść oskarżonych. Władze kierowały do prowadzenia tych procesów sędziów dyspozycyjnych, często bez doświadczenia prawniczego albo pobieżnie wykształconych. Procesom tym nadawano propagandowy rozgłos, niekiedy miały charakter pokazowy, a prasa wydawała wyroki wcześniej niż uczynili to sędziowie.
Najgłośniejsze w regionie łódzkim procesy żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego to: proces 17 oskarżonych o udział w ataku na Radomsko oraz proces twórcy i I Komendanta KWP kpt. Stanisława Sojczyńskiego „Warszyca”.
W kwietniu 1946 r. funkcjonariuszom piotrkowskiego UBP udało się ująć por. Jana Rogólkę, dowodzącego oddziałami KWP w czasie akcji na Radomsko, i jego 16 podwładnych.

Por. Jan Rogólka „Grot” – 33 lata – dowódca batalionu „Żniwiarka” skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano
Aresztowanych poddano brutalnemu śledztwu w PUBP w Piotrkowie Trybunalskim. Pokazowy proces 17 żołnierzy KWP odbył się 7 maja 1946 r. w sali kina „Kinema” w Radomsku. Na salę przyprowadzono publiczność (w tym rodziny oskarżonych i młodzież szkolną). Sąd Okręgowy w Częstochowie obradujący na sesji wyjazdowej potrzebował tylko jednego dnia by orzec o winie i karze podsądnych. Nie przesłuchano żadnych świadków. Oskarżeni mieli wspólnego obrońcę z urzędu, który w ogóle nie zabrał głosu w trakcie rozprawy. Oskarżający podprokurator Wojskowej Prokuratury KBW kapitan Tadeusz Garlicki przyjął w akcie oskarżenia zasadę odpowiedzialności zbiorowej oskarżonych. Sąd po kilkuminutowej naradzie skazał: 12 oskarżonych na karę śmierci a 5 pozostałych na karę 15 lat pozbawienia wolności.
Por. Jan Rogólka „Grot” – 33 lata – skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano
Benedykt Ratajski – 23 lata – skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano
Ryszard Chmielewski – 22 lata – skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano
Ryszard Nurkowski – 20 lat – skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano
Sierż. Józef Kapczyński „Szary” – 24 lata – skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano
Cze
sław Turlejski – 19 lat – skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano
Stanisław Wersal – 20 lat – skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano
Karol Wieloch – 20 lat – skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano
Piotr Proszowski – 23 lata – został skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano
Józef Koniarski – 37 lat – skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano
Leopold Słomczyński – 19 lat – skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano
Adam Lasoń skazany na 15 lat więzienia
Józef Zięba skazany na 15 lat więzienia
Kazimierz Matuszczyk skazany na 15 lat więzienia
Stanisław Śliwiński został skazany na 15 lat więzienia
Tadeusz Gala skazany na 15 lat więzienia
Wyrok wykonano w pośpiechu. Ostatnią osobą, która rozmawiała ze skazanymi przed egzekucją był ksiądz Stanisław Piwowarski, kapelan I batalionu 27 pp AK dowodzonego przez „Warszyca”. Ks. Piwowarski udzielił im ostatniej posługi kapłańskiej.
W nocy z 9 na 10 maja 1946 r. prawdopodobnie w piwnicach PUBP w Radomsku w bestialski sposób zamordowano 12 żołnierzy KWP. Ich ciała zakopano w poniemieckim bunkrze koło Bąkowej Góry. W tydzień później mieszkańcy wsi przy udziale rodzin zamordowanych urządzili im pogrzeb na miejscowym cmentarzu. We wspólnej mogile spoczęło 10 żołnierzy KWP; dowódca por. Jan Rogólka został pochowany w Woli Rożkowej, natomiast najmłodszy z zabitych – Leopold Słomczyński w Radomsku.
„9 maja o godz. 21.00 woła mnie ksiądz proboszcz bo oto porucznik UB przyszedł twierdząc, że skazani proszą księdza. Wziąłem 12 komunii św. I razem z tym komendantem poszedłem na ul. Kościuszki do budynku UB. Oni byli tam zamknięci w piwnicach. Był tam taki połamany stół. Położyłem na nim bursę i wtedy oni pojedynczo przychodzili – cała dwunastka. Po spowiedzi każdy chwytał mnie za szyję, żegnał się, całował bo ja ich wszystkich znałem z lasu. Był wśród nich 18 letni chłopiec – Leopold Słomczyński. Łzy mu płynęły gdy mówił: »Ja się śmierci na boję ale bardzo cierpię. Tatuś mój przyszedł z czteroletnim bratem. Kiedy widzenie się kończyło żołnierz mówi – koniec! – a wtedy brat mnie chwycił za głowę i nie chciał puścić. Dopiero żołnierz oderwał te rączki od mojej głowy. Ten widok – płaczącego brata i moich rodziców – jest moim cierpieniem przed śmiercią.«
Po wyspowiadaniu ich wszystkich poszedłem na górę żeby podpisać dokument, potwierdzający wykonaniu mojej posługi. Powiedziałem do nich »nie powinniście skazywać człowieka, który ma 18 lat« a oni powiadają – »sąd wojenny, nie ma żadnej dyskusji«. Była godz. 1.00 w nocy jak opuszczałem to miejsce i widziałem, że przed budynkiem stało już auto – nie wiedziałem wówczas, że czeka by zabrać ciała. Po moim odejściu wszystkich chłopców zamordowali, wywieźli do Bąkowej Góry i tam zostawili w bunkrze.”
Największym sukcesem UB było ujęcie „Warszyca” w czerwcu 1946. Z rozkazu szefa WUBP w Łodzi płk. Mieczysława Moczara utworzono specjalną grupę operacyjną pracowników bezpieczeństwa, której zadaniem miało być ujęcie komendanta KWP. Moczar nie ufał swoim podwładnym z terenu – wiedział, że w Powiatowych Urzędach Bezpieczeństwa KWP miało swoich informatorów. Czterech funkcjonariuszy WUBP w Łodzi wyruszyło w teren. W Częstochowie natrafili na ślad sekretarki „Warszyca” Haliny Pikulskiej „Ewuni”. Po kilkudniowej obserwacji 27 czerwca 1946 r. weszli do domu przy ul. Wręczyckiej 11 w Częstochowie i aresztowali kpt. Stanisława Sojczyńskiego oraz „Ewunię”. Następnego dnia aresztowano adiutanta „Warszyca” – por. Ksawerego Błasiaka „Alberta”, potem szefa wywiadu KWP – Stanisława Żelanowskiego „Nałęcza”. Dzięki przejęciu archiwum organizacji aresztowano innych żołnierzy.

Fotografia Stanisława Sojczyńskiego wykonana w siedzibie WUBP w Łodzi.
Proces „Warszyca” i jego 11 podkomendnych odbył się przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Łodzi w dniach 9-14 grudnia 1946 r. Prasa lokalna szczegółowo informowała o jego przebiegu, obrzucając przy okazji komendanta KWP i jego żołnierzy wyzwiskami: „krwawy watażka”, „bandyta”, „krwawe zbiry”. Kpt. Stanisława Sojczyńskiego, kpt. Henryka Glapińskiego, por. Ksawerego Błasiaka , por. Czesława Kijaka , por. Antoniego Bartolika, sierż. Władysława Bobrowskiego, sierż. Mariana Knopa , Albina Ciesielskiego i Stanisława Żelanowskiego oskarżono m. in. o „usiłowanie usunięcia przemocą władzy zwierzchniej Narodu, dążenie do zmiany ustroju Państwa Polskiego i należenie do nielegalnej organizacji”; ks. Mieczysława Krzemińskiego o „redagowanie artykułów do gazetki konspiracyjnej i udzielenie schronienia poszczególnym członkom KWP”, Zygmunta Łęskiego o „należenie do nielegalnej organizacji i posiadanie magazynu broni”, Andrzeja Zbierskiego o „wejście w porozumienie z KWP i przekazywanie fałszywych wiadomości o zabójstwie studentki UŁ Tyrankiewiczówny, które mogły wyrządzić szkodę interesom Państwa Polskiego”. Kapitan Stanisław Sojczyński wziął odpowiedzialność za wszystkie działania KWP, które znalazły odzwierciedlenie w rozkazach i meldunkach organizacji.

Proces „Warszyca” i jego 11 podkomendnych przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Łodzi, w dniach 9-14 grudnia 1946 r.
„Do zarzucanych mi aktem oskarżenia czynów przyznaję się częściowo, do winy jednak nie poczuwam się. Uważam raczej, że mam zasługi wobec Narodu, dla dobra którego walczyłem. W świetle obowiązujących przepisów prawnych nie uważam swoich czynów za przestępstwo. Wszystkie czyny, jeśli nie wyszły poza ramy moich rozkazów, są zgodne z moimi zasadami i sumieniem. […] W samej rzeczy, jeśli chodzi o zarzuty aktu oskarżenia, to do pierwszego zarzutu, że zmierzałem do zmiany ustroju i usunięcia organów zwierzchnich Narodu, do zagarnięcia władzy – nie przyznaję się. Przyznaję się tylko do założenia i należenia do nielegalnej organizacji, celem której było przeciwdziałanie terrorowi władz, walka z bezprawiem i prześladowaniem, czyli samoobrona, co zresztą ilustrują moje rozkazy.”
Wyrok w sprawie Stanisława Sojczyńskiego i jego towarzyszy został wydany 17 grudnia 1946 r. przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Łodzi w składzie: ppłk Bronisław Ochnio – przewodniczący, kpt. Piotr Adamowski – członek, mjr Leonard Kroze – ławnik, por. Roman Dyhdalewicz – sekretarz. Ośmiu oskarżonych: kpt. Stanisław Sojczyński „Warszyc”, por. Ksawery Błasiak „Albert”, kpt. Henryk Glapiński „Klinga”, Albin Ciesielski „Montwiłł”, sierż. Marian Knop „Własow”, pchor. Stanisław Żelanowski „Nałęcz”, por. Władysław Bobrowski „Wiktor”, sierż. Antoni Bartolik „Szary”, zostało skazanych na karę śmierci (prezydent Bierut ułaskawił Bobrowskiego i Bartolika) a czterech na kary pozbawienia wolności – por. Czesław Kijak „Romaszewski na 8 lat, Zygmunt Łęski „Doman” na 15 lat, ks. Mieczysław Krzemiński na 6 lat, Andrzej Zbierski na rok.
„Warszyc” oraz kilku innyc
h skazanych na karę śmierci odmówiło napisania prośby o ułaskawienie. Uczynili to ich adwokaci. Bolesław Bierut ułaskawił Antoniego Bartolika i Władysława Bobrowskiego. W stosunku do pozostałych oskarżonych nie skorzystał z prawa łaski.
Wyrok śmierci na 6 skazanych wykonano 19 lutego 1947 r. Do dzisiaj nie udało się ustalić, gdzie pochowano kpt. Stanisława Sojczyńskiego „Warszyca” i jego pięciu podwładnych.
Kpt. Stanisław Sojczyński „Warszyc” (1910-1947) – część 3
KWP bez „Warszyca”

Kpt. Stanisław Sojczyński „Warszyc” przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Łodzi, w dniach 9-14 grudnia 1946 r. Skazany na śmierć i stracony 19 lutego 1947 r.

Protokół wykonania kary śmierci na Kpt. Stanisławie Sojczyńskim „Warszycu”.
Po aresztowaniach i rozbiciu I Komendy KWP podjęto próbę odbudowy organizacji. Dowódcą II Komendy został por. Jerzy Jasiński „Janusz” (wcześniej dowódca batalionu „Motor”). Zastępcą „Janusza” i szefem Służby Ochrony Społeczeństwa został sierż. Wiesław Janusiak „Prawdzic” (wcześniej dowódca SOS kompanii „Żniwiarka”). Szefem wywiadu mianowano Romana Alamę „Irysa”. Nie była to już jednak tak silna organizacja jak za czasów I Komendy. Nie udało się nawiązać kontaktu z ocalałymi z aresztowań, niewielkimi grupami KWP działającymi w terenie. II Komenda KWP „Grody”, „Gaje” większe wpływy miała jedynie w okolicach Częstochowy, Piotrkowa i Radomska. Jej liczebność szacuje się na około 300 osób oraz terenowe oddziały nie mające kontaktu z centralą II komendy – np. silny oddział Antoniego Pabianiaka „Błyskawicy” w obwodzie Wieluń. Organizacja nie miała na swoim koncie spektakularnych akcji. Nie prowadzono też działalności propagandowej. Gdy 1 stycznia 1947 r. aresztowano w Częstochowie część sztabu, organizacja przestała istnieć.
Z aresztowań ocalał jedynie Wiesław Janusiak „Prawdzic”, który jednak postanowił się ujawnić w marcu 1947 r. w czasie amnestii. W Wieluniu do PUBP zgłosił się Antoni Pabianiak „Błyskawica” z częścią swoich żołnierzy.

Składanie broni przez oddział „Prawdzica” w PUBP w Radomsku
III Komenda Konspiracyjnego Wojska Polskiego
Aresztowanie dowództwa II Komendy KWP na przełomie 1946 i 1947 r. oraz ustawa amnestyjna z lutego 1947 r. nie położyły kresu istnieniu organizacji założonej przez kpt. Stanisława Sojczyńskiego. Na czele tych, którzy uniknęli aresztowań w 1946 r. oraz nie skorzystali z amnestii, stanął dotychczasowy kwatermistrz komendy powiatowej KWP w Wieluniu sierż. Jan Małolepszy „Murat”.
Zdołał podporządkować sobie niektóre grupy zbrojne z powiatów: kaliskiego, kępińskiego, łaskiego, piotrkowskiego i wieluńskiego. Był to schyłkowy okres działalności KWP. UB i KBW likwidowały systematycznie zdziesiątkowane oddziały.

Oddział KWP sierż. Jana Małolepszego „Murata” (drugi z prawej). Pierwszy z lewej Kazimierz Szczepański „Wicher”, czwarty z lewej Czesław Górecki „Rzędzian”
9 listopada 1948 r. dowódca III Komendy KWP sierż. Jan Małolepszy ps. „Murat” został otoczony przez oddział Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i aresztowany. Najdłużej przetrwały grupy dowodzone przez Józefa Ślęzaka ps. „Mucha” (w gm. Lututów) i Ludwika Danielaka ps. „Bojar” (w gm. Bełchatów). Obu aresztowano w Łodzi w 1954 r., skazano na karę śmierci i stracono w 1955 r.

Jesień 1947, żołnierze KWP z oddziałów „Lisa-Kuli” i „Murata”.
Sierż. Jan Małolepszy „Murat” żołnierz ZWZ-AK i KWP. W KWP pełnił najpierw funkcję kwatermistrza w komendzie powiatowej „Turbina” w Wieluniu. Wiosną 1947 r. stanął na czele KWP. 9 listopada 1948 r. został aresztowany. W czasie śledztwa załamał się i współpracował z UB w zamian za obietnicę łagodniejszego wyroku. W marcu 1949 r. wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Łodzi został jednak skazany na karę śmierci. Według oficjalnej informacji miał umrzeć śmiercią naturalną w celi 14 marca 1949 r.

Sierż.Jan Małolepszy „Murat” żołnierz ZWZ-AK i KWP.
Likwidacja oddziału partyzanckiego krypt. „Balon” działającego w ramach tzw. III komendy Konspiracyjnego Wojska Polskiego (KWP)

Żołnierze z oddziału KWP „Balon” Andrzeja Jaworskiego „Marianka”. Na pierwszym planie zastępca „Marianka” – Tadeusz Kuzia „Igła”
W dniu 7 sierpnia 1949 r. w miejscowości Pawłów (gm. Szczerców) wojska 8. pułku KBW z Sieradza (150 żołnierzy) oraz funkcjonariusze UB z Łasku i Pabianic otoczyli stodołę, w której ukryło się trzech żołnierzy KWP: Andrzej Jaworski „Marianek” – dowódca oddziału krypt. „Balon”, jego zastępca Tadeusz Kuzia „Igła” oraz Michał Wojtczak „Zbyszek”.
Partyzanci, choć nie mieli żadnych szans na wydostanie się z okrążenia, nie zamierzali rezygnować z walki. Doszło do strzelaniny i w efekcie śmierć na miejscu ponieśli „Marianek” oraz „Igła”. „Zbyszek” został ciężko ranny i przewieziono go do szpitala. Kilka dni później w specjalnym raporcie do Szefa WUBP w Łodzi, szczegółowo przebieg akcji relacjonował Szef PUBP w Łasku. Donosił m.in.:
„Po wdarciu się na górę [stodoły] złapano jednego z bandytów za nogi i zciągnięto na klepisko. Bandyta był ranny, ale żył. Natychmiast wyniesiono go na pole, miał przestrzeloną brodę, kula utkwiła w czaszce. Natychmiast kazałem zaopiekować się nim, ratować aby żył, dając mu jednocześnie zastrzyki, które miał przy sobie oficer. Był to Wojtczak Michał ps. „Zbyszek”. Po dłuższym czasie wojsko zciągnęło z góry drugiego bandytę był to „Marianek”. „Marianek” jeszcze żył coś cicho szeptał lecz trudno było zrozumieć daliśmy mu zastrzyk miał postrzelone mocno nogi, krocze i kula przeszła mu od czoła z przodu do tyłu przez czaszkę, która spowodowała po krótkim czasie śmierć. Po pewnym czasie znowu wyciągnięto Kuzię który prawie że już był nieprzytomny, postrzelany był na całym ciele i zmarł prawdopodobnie z upływu krwi. Bandyci jak Kuzia i „Marianek” mieli poszarpane spodnie od wybuchu granatów. Granat był to prawdopodobnie „Filipinka” który przy strzel”aniu wojska mógł eksplodować. […] Z naszej strony nie było żadnych wypadków postrzeleń albo rannych. Rannego natychmiast odwieziono do szpitala do Łodzi, dwóch trupów zawieziono na posterunek do Ruśca dla przeprowadzenia czynności śledczych”
(Źródło: AIPN Łd, WUBP w Łodzi, sygn. pf 10/747, t. I, Raport specjalny do Szefa WUBP w Łodzi z 11 VIII 1949 r., k. 70-71, zachowano oryginalną pisownię).
W zasobie archiwalnym OBUiAD IPN Łódż zachowały się pośmiertne fotografie partyzantów, które funkcjo
nariusze UB wykonali krótko po zakończeniu akcji.

Pośmiertne zdjęcie Tadeusza Kuzi „Igły”

Pośmiertne zdjęcie Andrzeja Jaworskiego „Marianka”
Zwłoki Andrzeja Jaworskiego „Marianka” i Tadeusza Kuzi „Igły” zostały ostatecznie potajemnie pogrzebane przez funkcjonariuszy UB u podnóża tzw. Gór Dobrońskich (gm. Dobroń), ok. 250 metrów od szosy Pabianice – Łask.
Dzisiaj w miejscu ostatniego spoczynku dwóch żołnierzy KWP, podkomendnych Jana Małolepszego „Murata”, znajduje się jedynie ryngraf z wizerunkiem Matki Bożej i fragmenty kotwicy Polski Walczącej, umocowane na jednym z drzew. W sprawie wyjaśnienia okoliczności śmierci i miejsca pochówku Andrzeja Jaworskiego „Marianka” oraz Tadeusza Kuzi „Igły”, czynności podjęła Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu Instytutu Pamięci Narodowej w Łodzi.
Rozkazem Specjalnym Nr 0158 Dowództwa KBW z 11 VIII 1949 r. „za wzorowe opracowanie planu operacji i kierowanie akcją” likwidacji oddziału „Marianka”, kilku żołnierzom KBW udzielono pochwały.
Nie był to jeszcze kres istnienia organizacji. Poszczególne oddziały i małe grupy zbrojne dotrwały w konspiracji do 1954 roku. Jednym z ostatnich, najdłużej walczących był Ludwik Danielak „Szatan”, „Bojar”, dowódca oddziału o nazwie „Trybuna”, działającego w ramach III Komendy KWP. Jego grupa zbrojna zdołała przetrwać do 1952 r. Aresztowany przez UB w 1954 r. Rok później został skazany na karę śmierci i stracony.

Ludwik Danielak „Szatan”, „Bojar”, dowódca oddziału KWP „Trybuna” – jednego z najdłużej walczących. Jego grupa zbrojna zdołała przetrwać do 1952 r. Aresztowany przez UB w 1954 r. Rok później został skazany na karę śmierci i stracony.
Część 1 >
Strona główna – wprowadzenie >
Opracowano na podstawie: BEP IPN
Szlakiem "Młota" i "Łupaszki" – część 12
Część XII
Kończąc tę napisaną w wielkim skrócie epopeję o "Młocie", warto jeszcze wspomnieć o kilku partyzantach, działających w powiecie sokołowskim. Już w 1946 r. podporządkowali się oni "Młotowi", lecz walczyli osobno w kilkunastoosobowych grupach.
Jednym z nich, bardziej znanym, był Kazimierz Wyrozębski ps. "Sokolik", ze wsi Niemirki, w gminie Jabłonna, urodzony w 1919 r. Podczas okupacji – żołnierz AK. Po wejściu Rosjan, w sierpniu 1944 r. wstąpił do milicji. Wkrótce został wysłany na siedmiodniowy milicyjny kurs do Otwocka. Gdy wrócił do Jabłonny, dowiedział się o aresztowaniach byłych akowców i o tym, że i on zostanie aresztowany. Wziął więc z posterunku pepeszę i poszedł do lasu. Wstąpił do Obwodowego Patrolu Żandarmerii WiN. Oddział liczył 12-15 osób. Grupa ta urządzała zasadzki na ubeków i funkcjonariuszy sowieckiego NKWD, dokonujących aresztowań na terenie powiatu. Oddział istniał do września 1945 r. Po jego rozwiązaniu "Sokolik" został dowódcą innego oddziału, liczącego około dziesięciu osób.
Od września 1945 r. do 1948 r. dokonał ponad trzydziestu akcji. Rozbił w powiecie około trzynaście posterunków milicji, w tym dwukrotnie posterunek w Jabłonnej. Dokonywał różnych rekwizycji w instytucjach państwowych i spółdzielniach. 13 grudnia 1947 r. z sześcioma partyzantami rozbroił posterunek milicji w Kosowie i zastrzelił dwóch funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa z Sokołowa: Łapacza i sędziego śledczego UB – Konopkę, wydającego wyroki śmierci. Była to prawdopodobnie jedna z ostatnich, większych akcji "Sokolika". Po tym wydarzeniu partyzanci ruszyli w stronę Sokołowa. Po drodze odłączyło się czterech z nich i udało się w okolice Sterdyni. Z pozostałymi "Sokolik" zatrzymał się na przedmieściach Sokołowa – kolonii Podkupientyn, u Jana Adamczyka – "Małego Jasia". Przebywali tu cały dzień, o zmroku udali się w kierunku Jabłonny.
Dalsza walka z nowymi władzami stawała się coraz trudniejsza. Ósmego lipca 1948 r. "Sokolik" z dwoma partyzantami: Czapskim i Czarnockim, zatrzymał się na skraju wsi Chądzyń, w gospodarstwie rolnika Piwka, przy drodze do Holenderni. Mieli oni przy sobie tylko krótką broń – pistolety. W pewnej chwili spostrzegli przez okno, że na podwórze weszło trzech milicjantów uzbrojonych w pepesze i karabiny. Mieli oni rzekomo szukać złodziei, którzy ukradli w lesie drzewo. "Sokolik" otworzył okno i wyskoczył przez nie. Zauważył to jeden z milicjantów i strzelił do niego z bliskiej odległości. "Sokolik" padł. Został ranny. Wiedział, jakie czekają go tortury, gdy dostanie się w ręce UB. Podniósł pistolet i strzelił sobie w głowę. Dwaj jego koledzy ostrzeliwując się, zbiegli. Tak brzmiała oficjalna wersja śmierci "Sokolika". Natomiast inni mówili, że do zagrody Piwka pierwsi przyszli milicjanci i zatrzymali się dłużej. Później przyszedł "Sokolik" z Czapskim i Czarnockim. Ciało "Sokolika" przywieziono do Sterdyni, a następnie do Sokołowa na rozpoznanie. Po identyfikacji, złożono je w nieczynnej prawosławnej drewnianej cerkwi, znajdującej się na tzw. Ruskim cmentarzu przy ul. Bartoszowej – dawniej Kudelczyńska. W protokole spisanym podczas identyfikacji napisano, że "Sokolik" w chwili śmierci miał przy sobie dwa pistolety i 60 zł (kilogram białego chleba kosztował wówczas 50 zł). Od końca 1945 r. do około 1950 r. składano w cerkwi wszystkich zabitych partyzantów (kilka razy wspinałem się do okratowanego okna, by zobaczyć, jak wygląda leżąca tu osoba czy kilka osób). Następnego dnia, po złożeniu ciała "Sokolika" w cerkwi, na cmentarz przyszło kilku ubeków. Kazali wyjść za bramę – opuścić cmentarz, znajdującym się tam osobom. Wykopali dół, tuż przy cmentarnym murze od strony ul. Bartoszowej i włożyli do niego ciało "Sokolika". Następnie grób zasypano i dokładnie zamaskowano. Jeszcze tego samego dnia, przed wieczorem, miejsce to odnalazł przyrodni brat "Sokolika" – Aleksander Wyrozębski. Kilkanaście lat później pochowano tu Tadeusza i Janinę Krasnodębskich. Ich pomnik stoi do dziś. Nie ma jednak żadnej wzmianki o "Sokoliku".
Po śmierci "Sokolika" na terenie powiatu pozostał z kilkoma partyzantami "Brzask" – Józef Małczuk, pochodzący z Wyrozębów, ur. W 1915 r. Podczas okupacji – żołnierz AK. W 1946 r. po śmierci "Boruty" mianowany przez "Młota" komendantem Obwodowego Patrolu Żandarmerii WiN – Szóstej Brygady Wileńskiej. Z ośmioma partyzantami przetrwał do 7 kwietnia 1950 r. Wcześniej przez kilka miesięcy śledzony przez szpicli UB – ormowców. Piątego kwietnia zaczęto przygotowywać wielką obławę na "Brzaska", który wówczas znajdował się z ośmioma partyzantami w lesie, między Jabłonną a Toczyskami. 7 kwietnia, wczesnym rankiem, las został otoczony przez 450 żołnierzy, kilku ubeków i ormowców z Jabłonny. Siły te wspierał krążący nad lasem samolot, obserwujący ruchy partyzantów. Dzień wcześniej przyszła do lasu na spotkanie z mężem, żona "Brzeska". On sam, zaniepokojony ruchami wojska, warkotem dziesiątków samochodów i krążącym nad lasem samolotem, wyszedł z gęstwiny drzew. Wtedy padły strzały ze strony zbliżającego się do lasu wojska, na którego czele szło kilku ormowców. "Brzask" upadł. Został trafiony kulą w okolicę serca. Podczas walki zginęło jeszcze dwóch partyzantów. Pozostałym udało się wyjść z okrążenia. Później została zatrzymana i aresztowana żona "Brzaska", skazana w specjalnym procesie na 10 lat więzienia. Przebywała w nim trzy lata. Pięciu innym osobom, które współpracowały z "Brzaskiem", urządzono w Jabłonnie pokazowy proces. Dwóch mężczyzn skazano na karę śmierci, którą później zamieniono na 10 lat więzienia. Pozostali również zostali skazani na długoletnie więzienie, lecz im zmniejszono karę. Tak zakończył się zbrojny ruch oporu w powiecie sokołowskim.
Kilkanaście lat później, jeden z ormowców z Jabłonny, chwalił się wśród "swoich", że to właśnie on zastrzelił "Brzaska", lecz i on już nie żyje.
Kończąc tę cząstkę historii lat powojennych, wspomnę, że w opisanych odcinkach mogą być pewne nieścisłości. Od tamtych dni minęło blisko 60 lat. Zawodzi już ludzka pamięć i nie da się podnieść z grobów tych, którzy tworzyli tę historię.
Marian Pietrzak
Szlakiem "Młota" i "Łupaszki" – część 11
CZĘŚĆ XI
W 1948 r. prawie w całej Polsce przestawało istnieć zbrojne podziemie. Powojenny, socjalistyczny ustrój umacniał się coraz bardziej. Przerzedziły się szeregi partyzantów. Ginęli dowódcy i całe oddziały. A ci, którzy pozostali, walczyli w małych grupkach na własnym terenie, nie podejmując już żadnych większych akcji zaczepnych. Osaczeni przez wojsko i ubeków, bronili się zaciekle. Często nie mogąc się wyrwać z zastawionej na nich pułapki, sami odbierali sobie życie.
Pomimo niekorzystnych dla podziemia zmian, oddział "Młota" istniał. Już w 1947 r. przeciwko temu oddziałowi została utworzona specjalna grupa operacyjna KBW. Jej celem było jego rozbicie. Grupa ta została podzielona na kilka, a nawet kilkanaście osobno operujących plutonów, przeczesujących teren po obu stronach Bugu. Podobnie postępowało wojsko w 1948 r., lecz "Młot" nadal był nieuchwytny. Jego oddział zmalał do 12-15 osób. A jednak nie poddawali się, trwali nadal. Obserwowali rozwój sytuacji na świecie i wierzyli, że wkrótce rozpocznie się trzecia wojna światowa. Wtedy oni zmobilizują swych sympatyków. Staną po stronie Zachodu, a po zwycięskiej wojnie będą bohaterami. (Gdyby wybuchła wojna "Młot" mógł liczyć na mobilizację z obu stron Bugu do trzech tysięcy osób). Jednak rzeczywistość była inna. Ani USA, ani ZSRR nie chciały podjąć tego ryzyka.
Czas płynął, zachodziły niekorzystne dla podziemia zmiany. Wielu schwytanym, jak i tym, którzy się ujawnili, władze urządzały pokazowe procesy. Urządzano je na rynkach, w remizach, na stadionach. W ciągu godziny zapadały wyroki śmierci lub długoletniego więzienia. (Widziałem osobiście taki proces na stadionie w Sokołowie. Starszy mężczyzna otrzymał 17 lat więzienia za posiadanie złamanej dubeltówki, którą ubecy specjalnie podrzucili podczas wizji w jego gospodarstwie, aby mieć podstawę do wydania takiego wyroku).
W maju 1948 r. oddział "Młota" został otoczony w lesie pod Ogrodnikami (między Drohiczynem a Siemiatyczami). W czasie prawie godzinnej walki zginęło dwóch partyzantów. "Młotowi" i kilkunastu innym udało się wymknąć z zastawionej obławy. Niedługo "Młot" przeprawił się ze swym oddziałem na drugą stronę Bugu. Mówiono, że było ich czternastu. Zatrzymali się w okolicy Sarnak. Nie kwaterowali już we wsi. Obozowali na skraju dużego kompleksu leśnego. Kiedy zamierzali opuścić to miejsce, ktoś doniósł grupie operacyjnej KBW, że w lesie znajdują się jacyś ludzie – prawdopodobnie partyzanci. Wojsko natychmiast otoczyło las. Doszło do wymiany ognia. Partyzanci posiadali trzy erkaemy. Żołnierze zorientowali się, że w bezpośredniej walce poniosą duże straty. Otoczono więc szczelnym pierścieniem część lasu. Postanowiono "Młota" i jego partyzantów wziąć żywych. To okrążenie trwało dwie doby. Partyzanci jednak nie poddawali się. Wieść o tym wydarzeniu dotarła do Sokołowa. Pamiętam, jak w mieście ormowcy i ubecy głośno mówili:
– "Młot" już dwa dni jest okrążony w lesie. Żywi się grzybami – powtarzali. Wojsko nie atakuje, bo nie chce tracić żołnierzy – chcą go wziąć żywcem?.
Lecz i tym razem "Młot" wymknął się z zastawionej pułapki. W nocy, w czasie zmiany wojskowych posterunków, jeden z oficerów postawił patrol w innym miejscu. Utworzyła się luka. Tą właśnie luką prześliznął się "Młot". Mówiono później, że oficer KBW zrobił to specjalnie, chcąc dać "Młotowi" możliwość ucieczki. Prawdopodobnie tego oficera postawiono przed sądem polowym. Za umożliwienie ucieczki "Młotowi" groziła mu kara śmierci. Były to tylko plotki rozsiewane przez ubeków. Jak było naprawdę, trudno dziś na to pytanie znaleźć odpowiedź.
Po tym wydarzeniu "Młot" ponownie przeprawił się na drugą stronę Bugu, udając się w kierunku Brańska. Po drodze nie podejmowali żadnych akcji zaczepnych. Jeszcze na początku tego roku, jego oddział kilkakrotnie atakował przemieszczające się samochodami oddziały KBW. Rozbijał posterunki milicji i ormowców, likwidował ubeków. Dalsza taka działalność stała się niemożliwa, ze względu na olbrzymie zagęszczenie na tym terenie oddziałów KBW, tj. około 50 samodzielnie działających plutonów, przeczesujących nieustannie okolice powiatów: siedleckiego, sokołowskiego i węgrowskiego z lewej strony Bugu i olbrzymiego wówczas powiatu Bielska Podlaskiego, ciągnącego się od Mielnika aż za Ciechanowiec i Brańsk, pod Suraż położony nad górną Narwią.
Już w końcu 1947 r. działalność oddziału "Młota" i wszelkie nieudane próby jego likwidacji zaniepokoiły najwyższe władze Polski. Sprawa schwytania tego "groźnego bandyty" stała się sprawą ogólnopaństwową, chociaż o tym głośno nie mówiono. W całym kraju zostały rozbite tzw. reakcyjne bandy, a "Młot" i jego banda nadal była groźna.
Zimą, na przełomie 1948/1949 r., "Młot" z kilkoma partyzantami przebywał między Brańskiem a Ciechanowcem, w okolicach takich miejscowości jak: Czaje, Radziszewo, Łempice, Pobikry i inne, zmieniając prawie codziennie miejsce pobytu. Tak dotrwał do 27 czerwca 1949 r. W tym dniu obchodził swoje imieniny – Władysława. "Młot" przebywał wtedy na kolonii wsi Czaje – Wólki. Było przy nim trzech partyzantów, w tym dwóch braci Dybowskich. We wsi młodzież urządziła zabawę. Kilka godzin wcześniej, jeden z braci Dybowskich dostał od "Młota" polecenie, by wykonał wyrok śmierci na milicjancie, który zbyt gorliwie prześladował byłych członków AK i sympatyków podziemia. Gdy Dybowski wrócił, "Młot" zapytał:
– Zastrzeliłeś tego drania?
– Nie – odparł Dybowski. Kiedy wszedłem do mieszkania i skierowałem pistolet w stronę milicjanta, mówiąc mu, za co zginie, żona i dzieci zaczęły mnie gorąco prosić, abym nie zabijał ich ojca i męża. Szkoda mi było tych dzieci, dlatego darowałem mu życie.
Wtedy "Młot" mu odpowiedział: – Nie wykonałeś rozkazu. On się nie litował nad ludźmi i ich dziećmi. Nie zabiłeś drania, ja zabiję ciebie – mówiąc to, szybkim ruchem wyciągnął pistolet i strzelił do Dybowskiego. Ten padł martwy. "Młot" schował pistolet, a brat zabitego, Czesław, szybko wyjął pistolet i strzelił do niego. Kula okazała się śmiertelna. Po kilku dniach zgłosił to władzom bezpieczeństwa. Taka była oficjalna wersja śmierci "Młota" (1) opisana bezpiece przez Czesława Dybowskiego. A czy naprawdę tak było?
Tak zginął ten, który prawie przez pięć lat, po tzw. wyzwoleniu, z bronią w ręku bronił honoru tych, którzy walczyli z okupantem niemieckim, za co następnie byli wywożeni na Sybir i zabijani bez sądu.
W ciągu ostatnich lat nazywano ulice, stawiano tablice i pomniki tym, którzy nawet nie dorastali "Młotowi" do pięt. Imieniem tego wielkiego bojownika i patrioty nie zostało nazwane nic. Nie wiem, czy gdziekolwiek jest ulica Władysława Łukasiuka, czy poświecona jest mu jakaś tablica lub wystawiono pomnik. A powinien on wreszcie stanąć. Może w Drohiczynie, może w Ciechanowcu, w Korczewie – gminie, z której pochodził i która przez blisko sto lat należała do powiatu sokołowskiego. A może w Sokołowie jedna z ulic zostanie nazwana imieniem Władysława Łukasiuka, zamiast nadawać ulicom nazwy z dziecięcych bajek. Mam nadzieję, iż nadejdzie cza
s, kiedy tak się stanie.
(1) Symboliczny grób "Młota" znajduje się na skraju lasu rudzkiego, niedaleko miejsca, gdzie zginął.
c.d.n.
Szlakiem "Młota" i "Łupaszki" – część 10
CZĘŚĆ X
W końcu stycznia 1947 r. właściciel kilku samochodów ciężarowych w Sokołowie, Stanisław Zadrożny, dostał nakaz podstawienia jednego z nich pod Urząd Bezpieczeństwa. Kierowcą tego wozu został Jan Januszewski z Sokołowa, a do pomocy wziął Tadeusza Tokarskiego. Przed budynkiem UB wsiadło do samochodu trzech ubeków. Jeden z nich oznajmił kierowcy, że pojadą do Kosowa po siano dla koni UB. (Ubecy posiadali kilka koni do jazdy konnej – w siodłach.). Zajechali do Kosowa, a tam, od miejscowych milicjantów ubecy dowiedzieli się, że w Wólce Okrąglik, oddalonej 7 km od Kosowa stacjonuje "Młot" ze swym oddziałem. Ubecy natychmiast zadzwonili do Sokołowa, informując o tym. Komenda Powiatowa Milicji od razu zaczęła ściągać milicjantów z Repek i Jabłonny. Pośpiesznie zebrano około 20 milicjantów i około 10 ormowców, którzy udali się samochodem do Kosowa. Tu wszyscy wsiedli do obszernego samochodu Zadrożnego i pojechali do Wólki Okrąglik. Grupa ta była dobrze uzbrojona. Oprócz karabinów i automatów – pepeszy, posiadali trzy ręczne karabiny maszynowe Diegtiariewa. Po przybyciu na miejsce milicjanci i ormowcy skierowali się w kierunku lasu, znajdującego się w pobliżu wsi od strony wschodniej, gdzie miał się znajdować "Młot" ze swym oddziałem. Rzeczywiście "Młot" ulokował się tam, na szeroko rozrzuconych koloniach. Milicjanci doszli do pierwszego zabudowania. Na podwórzu ujrzeli zaprzęgniętą furmankę. Znaleźli na niej dwa karabiny, mundury, połcie słoniny i kilka bochenków chleba. Pospiesznie przeszukali dom i zabudowania. Lecz oprócz starszych wiekiem gospodarzy, nie znaleźli żadnego partyzanta. Przyprowadzili wóz do wsi, gdzie oczekiwało ich powrotu kilku kolegów. Tu zaczęli się chwalić mieszkańcom wsi zdobyczą, jaką zabrali partyzantom. Potem te rzeczy załadowali na samochód i zaczęli dyskutować, dokąd się udać, aby schwytać "Młota". Czas mijał. Tuż przed wieczorem, od strony lasu, na pokrytym śniegiem polu, ukazała się tyraliera ludzi z bronią, idąca w kierunku wsi. Na ich widok milicjanci i ormowcy zajęli pozycje obronne. Mieli dobre uzbrojenie. Oprócz karabinów i automatów typu pepesza, posiadali trzy erkaemy. Gdy partyzanci zbliżyli się na odległość około pięciuset metrów, otworzyli do nich ogień. Jednak strzelali niezbyt celnie. Żaden z partyzantów nie upadł i szli nadal naprzód. Bardzo szybko na drugim końcu wsi, została wystrzelona zielona rakieta. Był to sygnał, że inna grupa partyzantów otacza wieś. Wtedy któryś z ormowców krzyknął: – Idzie "Młot" z całym swym oddziałem!
Wówczas milicjanci i ormowcy zaczęli szybko opuszczać swe stanowiska i uciekać ze wsi w kierunku Kosowa, w tym miejscu bowiem wieś nie była jeszcze okrążona. Nie wszyscy zdołali wyjść z okrążenia. Ci, którym to się nie udało, zaczęli się kryć w stodołach, oborach i innych zakamarkach. Podobnie uczynili trzej ubecy, którzy przyjechali z Sokołowa po siano. Kiedy partyzanci wpadli do wsi, zaczęli szukać milicjantów i ormowców, ponieważ przypuszczali, że nie wszyscy zdołali zbiec. Wyciągnięto ukrytych w stodole, w słomie, trzech milicjantów z Repek. Zabrano im broń i mundury, darowano życie. Schwytano jednego z ubeków i po wylegitymowaniu zastrzelono. Odnaleziono wóz i konia, który ubecy zabrali partyzantom. Była to furmanka kwatermistrza oddziału. Załadowano na nią ponownie chleb, słoninę i inne produkty, które w międzyczasie milicjanci przeładowali na swój samochód. Próbowano też uruchomić samochód, którym miano przywieźć siano, a później przywieziono z Kosowa milicjantów. Nie udało się go uruchomić, zepchnięto więc wóz na łąkę i zapalono w nim benzynę. W międzyczasie z domu wyprowadzono trzech mężczyzn. Prawdopodobnie współpracowali z milicją i ubekami. Postawiono ich pod ścianą i pytano:
– Gdzie jest wojsko i ubecy?
– Kto tu sprowadził milicję i ormowców?
Jednak po kilkunastu minutach zostali zwolnieni. Potem partyzanci zrobili zbiórkę całego oddziału. Było ich około 30 – 40 osób. Wśród nich, obok "Młota", młoda, przystojna kobieta w wieku około 30 lat, ubrana w ładny damski kożuch, ozdobiony białą peleryną. Była to prawdopodobnie Maria Lewkowicz. Partyzanci o zmroku opuścili wieś. Nakazali też, aby przez dwie godziny nikt z mieszkańców nie opuszczał wsi. Po owych dwóch godzinach, gdy zapadła noc, z różnych kryjówek wyszli dwaj ubecy, kilku milicjantów i ormowców. Wsiedli do pociągu jadącego z Małkini do Siedlec i przyjechali do Sokołowa. Z nimi przyjechali również kierowcy spalonego samochodu: Jan Januszewski i Tadeusz Tokarski.
Trzy dni później "Młot" ponownie zawitał w te strony. Rozbroił posterunek milicji w Kosowie, Olszewie i innych miejscowościach, zabierając broń, mundury i buty.
W lutym 1947 r. rząd Polski ogłosił amnestię skierowaną do tych, którzy z bronią w ręku walczyli z nową władzą i ustrojem. Amnestia ta sprawiła, że coraz więcej osób opuszczało oddziały partyzanckie. Większość wyjeżdżała na zachód, na tzw. ziemie odzyskane, część w inne okolice, gdzie ich nie znano. Jednak byli i tacy, którzy nie chcieli skorzystać z amnestii, nie wierzyli w żadne obietnice, gdyż znajdowały się one tylko na papierze. W połowie 1947 r. oddział "Młota" liczył zaledwie 30 ludzi. Lecz mimo to dokonali oni w ciągu lata około piętnastu większych akcji po obu stronach Bugu. Rozbrajano posterunki milicji, urządzano zasadzki na grupy operacyjne KBW, likwidowano szpicli UB.
Pewien, już nieżyjący milicjant z Sokołowa opowiadał mi, jak zetknął się z oddziałem "Młota" w Korczewie:
-Wiosną 1947 r. zostałem zwolniony z wojska do cywila. Odchodząc z jednostki, proponowano mi, abym wstąpił do UB lub do milicji. Zgodziłem się na wstąpienie do milicji. Zaraz przygotowano mi specjalne pismo. Po przyjeździe do Sokołowa udałem się do Komendy MO. Tu zaakceptowano mnie pozytywnie i z odpowiednim pismem skierowano do UB po broń. Kwatermistrz UB spojrzał na mnie, potem na pismo i mruknął:
– Erkaem?
Coś sobie pomruczał i wydał mi ten karabin. Gdy zaszedłem z bronią do komendy, otrzymałem polecenie, abym natychmiast się udał do Korczewa, by wzmocnić tam posterunek milicji. Korczew? – pomyślałem. Odległość ponad 30 km – pieszo?
Wziąłem erkaem w ręce i ruszyłem w drogę. Ubrany byłem w wojskowy mundur, bo w tym czasie milicja nie miała jeszcze swych uniformów. Wieczorem dotarłem do Korczewa. Minęło kilka tygodni. Na noc, milicjanci którzy byli w terenie, ściągali na posterunek. Było nas osiemnastu. Jeden zawsze trzymał wartę na zewnątrz przy drzwiach posterunku. Nagle padł wystrzał wewnątrz, w sieni budynku. Potem seria z automatu i głośne wołanie:
– Poddać się!
Wpadli do środka. Zabrali broń. Zlustrowali wszystkie pomieszczenia, pytając o ubeka – referenta śledczego UB na rejon Korczewa. Ten jednak rano opuścił posterunek i wyjechał do Sokołowa. Miał on rozpracowywać "Młota" i współpracujących z nim ludzi. Nikogo z nas nie bili. Zabrali nam zamki od karabinów i amunicję. Udzielili upomnień i powiedzieli:
– My tu jeszcze wrócimy!
Było ich okoł
o dwudziestu. A stało się tak, że bez jednego wystrzału zdjęli wartownika i weszli do budynku posterunku, gdy wszyscy spali. A nam mówili ci z UB – ciągnął mój rozmówca – że "Młot" ma tylko kilku ludzi i za kilka dni ten kuternoga zostanie złapany. A tymczasem to on nas złapał. Był to już chyba trzeci napad "Młota" na posterunek w Korczewie.
c.d.n.
Szlakiem "Młota" i "Łupaszki" – część 9
CZĘŚĆ IX
Na początku grudnia 1946 r. w całym kraju rozpoczęła się kampania wyborcza. Za kilkanaście dni w nadchodzących wyborach miały się zmierzyć lewica z prawicą. Tą drugą był cały prorządowy obóz, z PPR na czele (Prawicą nazywano wówczas obóz prorządowy mający władze). Z lewicą obóz Stronnictwa Ludowego Mikołajczyka z ugrupowaniami prolondyńskimi i całym walczącym podziemiem. Nasiliły się akcje zbrojne podziemia i represje władz wobec podejrzanych o sprzyjanie obozowi Mikołajczyka. Podobnie było w powiecie sokołowskim. Ponieważ obóz rządowy był tu bardzo słaby, toteż miejscowi aktywiści partyjni postanowili przenieść na teren powiatu specjalnych "robotniczych" agitatorów, aż z Chodowa, położonego kilkanaście kilometrów za Warszawą. Jako "robotnicy", mieli w miejscowym społeczeństwie wyrobić przekonanie, iż tylko władza ludowa z PPR na czele potrafi zbudować w kraju wspaniałą przyszłość. W tym celu ośmiu "robotników" z legitymacjami Urzędu Bezpieczeństwa przez kilkanaście dni w asyście ubeków i milicjantów, objeżdżało powiat, wygłaszając swe przemówienia. Główne ich hasło brzmiało: "Chcesz dobrobytu miast i wsi – głosuj na listę nr trzy" (lista Mikołajczyka – nr cztery). Dwunastego grudnia zakończono agitację i "robotnicy" mieli zostać odwiezieni do Warszawy samochodem ciężarowym, przystosowanym do przewozu ludzi. Wóz mieli prowadzić i ochraniać dwaj żołnierze KBW. Sokołów opuścili wieczorem, a właściwie już w nocy. "Robotnikom" w podróży towarzyszył pierwszy sekretarz PPR, Mazurkiewicz i kobieta, działaczka PPR – Wanda Podniesińska. Zaledwie minęli Brzozów, oddalony sześć kilometrów od miasta, gdy kilometr za wsią, w niewielkim lesie pod Grochowem samochód został zatrzymany przez kilkunastoosobową grupę ludzi ubranych w wojskowe mundury. Żołnierze ci szybko rozbroili kierowcę, jego wojskowego kolegę i sekretarza PPR, Mazurkiewicza. Zatrzymanym "robotnikom", sekretarzowi, kobiecie i dwóm żołnierzom KBW kazano położyć się na podłodze skrzyni samochodu. Oni zaś usiedli z boku na ławkach, pilnie strzegąc zatrzymanych. Za kierownicą usiadł inny żołnierz w wojskowym mundurze. Samochód zamiast jechać na zachód, skręcił na wschód. Liczba osób w wozie i okrywająca go plandeka sprawiły, że we wnętrzu było bardzo ciemno. Kiedy samochód zjechał z szosy na boczne drogi, kołysał się na wybojach, leżący na podłodze "robotnicy" zaczęli się poruszać. Korzystając z tego, Mazurkiewicz wsunął się pod plandekę przy krawędzi skrzyni wozu i zsunął na ziemię. Podobnie miała opuścić wóz kobieta. Po blisko dwugodzinnej jeździe szosą i gościńcami, dojechali do miejscowości Kamieńczyk nad Bugiem, w gminie Sterdyń. Tu wyprowadzono z wozu ośmiu "robotników" i dwóch żołnierzy KBW. Zaprowadzono nad brzeg rzeki i zastrzelono, a ciała wrzucono do wody. Ponieważ rzeka przy brzegu była pokryta cienkim lodem, więc zwłoki nie utonęły, lecz przymarzły do lodu. Następnego dnia ludzie ze wsi, którzy słyszeli strzały, udali się nad Bug. Tu ujrzeli ludzkie ciała przymarznięte do lodu. Niezwłocznie dali o tym znać miejscowym władzom. Przyjechała milicja i ubecy. Pożyczono we wsi kilka siekier i zaczęto wyrąbywać zwłoki. Czyniono to niezbyt ostrożnie, kilka ciał uszkodzono siekierami. Zrobiono na miejscu zdjęcia pomordowanych. Potem przewieziono "robotników" do Sokołowa i ułożono na podwórzu Urzędu Bezpieczeństwa, przy ul. Kilińskiego. Niezwłocznie sprowadzono z Warszawy redaktorów kilku gazet, w tym "Życia Warszawy", by opisali zbrodnie, jakich dopuściła się reakcyjna banda wobec bezbronnych "robotników". Zrobiono zdjęcie rzędem leżących ciał, a obok nich siekiery, którymi rzekomo mieli zostać zarąbani. Winą za to obciążono "Bartosza", dowódcę jednego z plutonów oddziału "Młota". ("Bartosz" w stopniu porucznika zginął w połowie 1948 r. w okolicach Białej Podlaskiej.)
Władze powiatowe i te w Warszawie skierowały do obozu rządowego specjalną odezwę potępiającą mord "robotników". Na terenie miasta i powiatu ogłoszono żałobę trwającą do 13 stycznia 1947 r. Ze szkół w mieście zapraszano uczniów do Urzędu Bezpieczeństwa, by oglądali pomordowanych. Niedługo główną ulicę miasta – Długą, przemianowano na Bohaterów Chodakowa. A po kilku latach władze postawiły Bohaterom Chodakowa pomnik u zbiegu tej ulicy z ulicą Wolności. Tak w przybliżeniu brzmiała rządowa wersja mordu "robotników" przez bandę "Bartosza". W 20-25 lat później, w kręgach ludzi będących u władzy, działaczy PZPR w Sokołowie, zaczęła w tajemnicy krążyć inna wersja mordu "robotników" z Chodakowa. Mówiono, ze tej zbrodni dokonali sokołowscy ubecy, aby ludność oburzyła się na Mikołajczyka i w nadchodzących wyborach głosowała na listę nr 3. Skąd ta druga wersja?
Po 1956 r. rozwiązano Urząd Bezpieczeństwa. Wielu funkcjonariuszy tego urzędu zostało zwolnionych. Dostali jednak różne partyjne i kierownicze stanowiska w zakładach pracy. Podczas towarzyskich spotkań przy kieliszku, rozwiązały się języki dawnych ubeków i poczęli oni ujawniać mechanizmy działalności UB w latach 1944 ? 1956, w tym prawdę o "robotnikach" z Chodakowa. Około 1970-1972 r. kilka razy miałem okazję wozić swoją taxi kierownika Narzędziowni (tak się wówczas nazywał zakład metalowy w Sokołowie przy ul. Wichury i "Reymonta") Filipiaka. Pracując na tym stanowisku, często korzystał z taksówek. Mieszkał w Walerowie, oddalonym cztery kilometry od Sokołowa. Po kilku takich przejazdach znaliśmy się z widzenia, rozmawialiśmy o różnych sprawach. Pewnego dnia przejeżdżając z Filipiakiem, koło pomnika Bohaterów Chodakowa rzekłem: – Proszę, niech pan spojrzy, jak pięknie posprzątano przy pomniku i złożono wieńce.
Był to pierwszy dzień po święcie Wojska Polskiego, tj. 12 października, lub po święcie rocznicy rewolucji październikowej, czyli po 7 listopada. Filipiak spojrzał na mnie, kiwnął głową i rzekł z naciskiem:
– Przechodziłem akurat obok pomnika, jak jeden z tych drani, co brał udział w zamordowaniu "robotników" pełnił straż honorową.
– Jak to? – zapytałem. Ten co mordował, trzymał straż?
– Tak – odparł. "Robotników" nie zabili bandyci z oddziału "Młota", tylko ubecy! Uczynili to po to, aby ludzie odwrócili się od Mikołajczyka, głosowali na listę nr 3 i przestali współdziałać z podziemiem.
Po tej informacji zacząłem się zastanawiać, dlaczego usłyszałem to z ust Filipiaka? Przecież jest on aktywnym członkiem PZPR, częstym gościem w Komitecie Powiatowym PZPR. Lecz jak zauważyłem, był on innym komunistą niż miejscowi działacze tej partii. Nie był faryzeuszem. Nie lubił kłamstwa i obłudy, lubił prawdę. Z tej przyczyny, podczas zebrań, często dochodziło do ostrych sprzeczek pomiędzy nim a I sekretarzem powiatowym, Kazimierzem Wittem. Filipiak nie był karierowiczem, nie bał się o swój stołek i zapewne dlatego wygarnął prawdę o bohaterach z Chodakowa. Podobną wersję słyszałem później z ust innych osób.
Analizując wydarzenia z 12 grudnia 1946 r. zacząłem dokładniej rozważać to, co się stało. Dlaczego wyjazd z UB do Warszawy zaplanowano wieczorem? Przecież ubecy wiedzieli, że wieczorem grasują reakcyjne bandy. Dlaczego pozwolono uciec z wozu sekretarzowi powiatowemu PPR, Mazurkiewiczowi i towarzyszącej mu kobiecie? Czyżby rze
komi bandyci tego nie widzieli? Przecież taka ucieczka nie była wcale łatwa. Jak później twierdził Mazurkiewicz, bandyci kazali się wszystkim położyć na podłodze. Sami zaś siedzieli na ławkach znajdujących się na obu bokach skrzyni samochodu. Czyżby nie widzieli, jak z podłogi podnoszą się dwie osoby! Do tego sekretarz i kobieta. Sekretarz 1 twierdził, że poszedł do boku skrzyni wozu, wsunął się pod plandekę i wyskoczył z samochodu. A przecież plandeka jest mocno przypięta do skrzyni. W dodatku była zima, wszyscy byli grubo ubrani, więc jak wszedł pod ciasno przypięta plandekę? Jak to uczyniła towarzysząca mu kobieta! Wyskoczyła ze skrzyni niczym cyrkowa akrobatka! Dlaczego nie uciekł nikt z "robotników"? To wszystko daje wiele do myślenia. Od tamtego czasu minęło blisko sześćdziesiąt lat. Prawdopodobnie nie żyje już nikt z oddziału "Bartosza", ani żaden z ubeków z tamtych lat. I zapewne nie dowiemy się całej prawdy o Bohaterach Chodakowa.
Mazurkiewicz w bardzo krótkim czasie po tym wydarzeniu opuścił Sokołów i wyjechał do Warszawy.
c.d.n.
Szlakiem "Młota" i "Łupaszki" – część 8
CZĘŚĆ VIII
– Zanim dobiegli do wsi, odezwały się automaty i karabiny maszynowe. Wojsko i sowieci zalegli na przedpolu wsi i zaczęli nas ostrzeliwać gęstym ogniem. Byliśmy otoczeni z trzech stron. Część tego łańcucha tworzyli Rosjanie, część ubecy i wojsko. Przez blisko godzinę taka walka. Sowieci i ubecy próbowali dostać się do wsi, ale tych zaraz wybiliśmy. "Młot", doświadczony partyzant, rozumiał, że taka pozycyjna walka nie powinna się zbyt długo ciągnąć, gdyż za dwie, trzy godziny wojsko i sowieci mogą otrzymać posiłki. Zebrał więc kilkudziesięciu ludzi. Ci wydostali się z okrążenia i zaczęli od tyłu otaczać wroga. Sowieci i wojsko ostrzeliwani z przodu i z tyłu, tracili coraz więcej żołnierzy. Coraz częściej rozlegały się krzyki rannych. Zaczęli się więc szybko wycofywać. Wtedy do ataku ruszyli partyzanci, rozwijając swą tyralierę. Józef Radziszewski podniósł z ziemi swój lkm i ruszył naprzód. Jednak jego karabin maszynowy nie pozwalał długo biec w pierwszej linii. Był zbyt ciężki – ważył 16 kg, cały żelazny – niemiecki. Za nim biegł amunicyjny niosąc taśmy z nabojami. Była to wspaniała broń. Można z niej prowadzić ciągły ogień, niczym z ciężkiego karabinu maszynowego. Wybiegłem na niewielkie wzniesienie – ciągnął mój rozmówca. Ustawiłem swoją maszynkę. Ale nasi wrogowie byli już dość daleko, a nie chciałem razić swoich. Bitwa była wygrana, lecz trwała blisko trzy godziny. Wracający z pościgu partyzanci przynieśli wojskową raportówkę, którą znaleźli przy zabitym sowieckim oficerze. Ze znalezionych w niej dokumentów dowiedzieliśmy się, że był "Wtoroj nadgranicznyj Połk NKWD".
Sowieci, ubecy i wojsko ponieśli duże straty. Zginęło ponad dwudziestu Rosjan, drugie tyle było rannych. Straty ubeków wynosiły sześciu zabitych i dziesięciu rannych. Zginęło także kilku żołnierzy, było też kilku rannych. Straty tych ostatnich były stosunkowo niewielkie, gdyż nie byli oni zbyt aktywni podczas bitwy.
Straty partyzantów były stosunkowo małe. Jeden zabity, dwóch ciężko rannych i dziesięciu lekko rannych, mogących iść o własnych siłach. Nie było też żadnych trudności z ich ukryciem. Gorzej było z ciężko rannymi. Jeden miał postrzelone płuca i ciężką ranę na nodze. Drugi miał przestrzelony kręgosłup. Kula przeszyła go na wylot. Już następnego dnia zostali przewiezieni do szpitala w Wyrozębach. Tu zrobiono im opatrunki i odesłano do szpitala w Siedlcach. Jednak w siedleckim szpitalu ubecy mieli swoich agentów. Aresztowano rannych i zabrano do UB, gdzie po kilku dniach wszelki słuch o nich zaginął. A my – ciągnął Józef Radziszewski – przez trzy dni kluczyliśmy po lasach i wioskach, aby się wymknąć z kotła, jaki chcieli na nas zastawić. Dopiero w okolicy Drohiczyna poczuliśmy się bezpiecznie.
Zima zahamowała wszystkie większe akcje oddziału. Ludzie zostali rozlokowani małymi grupkami na różnych oddalonych od osiedli koloniach w znanym sobie terenie. Od czasu do czasu kilkuosobowe grupy dokonywały napadów na posterunki milicji, likwidowano również agentów UB.
Wiosną 1946 r. oddział ponownie został sformowany prawie w całym dawnym składzie. Jego stan liczebny wynosił 70-80 osób. Mimo, że liczbowo był mniejszy, jednak bardziej aktywny niż w roku ubiegłym. Już w kwietniu przeprowadzono kilka udanych akcji. "Młot" i "Wiktor" byli doświadczonymi dowódcami. Prawie przez cały rok oddział operował po lewej stronie Bugu w powiatach: sokołowskim, siedleckim i węgrowskim. W lipcu 1946 r. spotkał się "Młot" z "Korwinem", dowódcą oddziału partyzanckiego, operującego w powiecie siedleckim. Obaj dowódcy uzgodnili przeprowadzenie wspólnej akcji – zdobycia Łosic, kilkutysięcznego miasteczka. (Łosice wówczas nie były miastem powiatowym , lecz należały do powiatu siedleckiego. Podobnie Siemiatycze – również nie były miastem powiatowym, należały do powiatu bielskiego). Zdobycie tego miasteczka nie było zbyt trudne. Po jego zajęciu rozbrojono posterunek milicji, zaczęto też poszukiwać ubeków. Wtedy niespodziewanie z terenu zjechały oddziały polskie i sowieckie, otaczając miasto ciasnym pierścieniem. Obaj dowódcy – "Młot" i "Korwin" zdali sobie sprawę z sytuacji, w jakiej się znaleźli. Uderzyli całością sił w jedno miejsce. Przebili się przez pierścień wroga i uszli w pobliskie lasy. Bitwa była wyjątkowo krwawa i zacięta. Jeszcze następnego dnia w łanach zbóż znajdowano zabitych żołnierzy, ubeków i partyzantów.
Już do końca 1946 r. po lewej stronie Bugu nie było takiej bitwy jak ta w Łosicach. Ale mniejszych, udanych akcji było kilkanaście w powiatach: sokołowskim, węgrowskim i siedleckim.
Z końcem października jeden z plutonów Szóstej Brygady – "Młota", znalazł się w okolicy Kosowa, miasteczka – przez które przebiegała linia kolejowa Siedlce – Małkinia. Biwakując w okolicy, otrzymali wiadomość, że we wtorki w dniu targowym, przyjeżdżają pociągiem z Sokołowa ubecy. Mieli oni za zadanie wyłapywać bandytów i podejrzane osoby współpracujące z reakcyjnym podziemiem. Po każdej takiej akcji ubecy wracali wieczorem pociągiem do Sokołowa. 'Tuż przed zmrokiem pluton partyzantów w wojskowych mundurach udał się na stację kolejową. Tu przedstawili się kolejarzom jako żołnierze Wojska Polskiego, mający udać się pociągiem do Siedlec. W owym czasie, na tej linii, nie kursowały pociągi z wagonami osobowymi. Ich rolę spełniały zwykłe, kryte wagony towarowe, wyposażone w drewniane ławki. Bardzo często większość tych wagonów była zajęta przez sowieckich żołnierzy, wracających z Niemiec i zachodnich terenów polskich do ZSRR.
Kiedy na stację wjechał pociąg, zapadła już noc. Było już kilka minut po dziewiętnastej. W owym czasie nie było elektrycznego światła. W prowizorycznej stacyjnej poczekalni tliła się naftowa lampa. Pasażerowie, w większości kupcy z Sokołowa, wyszli na peron. Zaczęli podchodzić do uchylonych drzwi wagonów, szukając wolnych miejsc. Jednak większość była zajęta przez sowieckich żołnierzy. W tym czasie kilku partyzantów podeszło do parowozu i poleciło maszyniście, aby bez ich zezwolenia nie ruszał w dalszą drogę. Kilku innych, z elektrycznymi latarkami w rękach, weszło do wagonów. Oznajmili podróżnym, że są polskimi żołnierzami. Zaczęli legitymować ludzi, szukając w ten sposób ubeków. Ci, w większości, przyjeżdżali tu w cywilnych ubraniach. Minęło kilkanaście minut, czas odjazdu pociągu już dawno minął, a on stał nadal nieruchomo w miejscu. Znajdujący się w wagonach ubecy szybko zorientowali się, że ci żołnierze nie są z Ludowego Wojska Polskiego, lecz partyzanci. Jak już wcześniej nadmieniłem, oficerowie z oddziału "Łupaszki" czy "Młota", mieli pięknie uszyte mundury. Nosili buty z cholewami, tzw. oficerki. Na czapkach orły z koroną, jakich nie posiadali oficerowie Ludowego Wojska Polskiego. O tym wszystkim ubecy zaraz dali znać jadącym w pociągu sowieckim żołnierzom, jakie to wojsko kontroluje podróżnych. Do jednego ze środkowych wagonów podszedł partyzant w oficerskim mundurze. Zajrzał w jego ciemne wnętrze. Nie mogąc jednak dokładnie zlustrować jego całości, wszedł na stopień wagonu. Wtedy spod ściany rozległa się długa seria z pepeszy i głosy komendy w języku rosyjskim. Oficer krzyknął, chwycił się za piersi i spadł ze stopnia wagonu na ziemię. Ujrzawszy to partyzanci chwycili swego oficera pod ręce, a w otwarte drzwi wagonu wrzucili granat. Za moment drugi. Rozległy się krzyki i jęki rannych Rosjan. Lżej ranni zaczęli krzyczeć, by nie strzelano, że się poddają. Odezwały się strzały przy innym wagonie, a za chwilę zaczęli z niego wychodzić sowieci z p
odniesionymi rękami. Wagon do którego wrzucono granaty, zaczął się palić. W międzyczasie zatrzymano dwóch mężczyzn. Po krótkiej chwili zastrzelono ich seriami z automatów. Kilku innych wyskoczyło na drugą stronę peronu. zaczęli uciekać przez tory, w kierunku studni – zdroju, z którego zimą i latem płynęła woda. Byli to zapewne ubecy i tacy, którzy bali się kontroli. Handlarze tytoniem, materiałami łokciowymi i innymi bez zezwolenia. tym ostatnim zazwyczaj partyzanci nie robili żadnej krzywdy, gdyż ludzie musieli jakoś z czegoś żyć i utrzymywać swoje rodziny. Toteż nie strzelano za nimi. Wagon do którego wrzucono granaty, palił się dalej, lecz nikt nie próbował go gasić. Jego drewniana konstrukcja spłonęła prawie całkowicie. Partyzanci po rozbrojeniu jadących w pociągu Rosjan i dokładnym spenetrowaniu wagonów, zabrali ciężko rannego kolegę i wycofali się. Po upływie godziny pociąg ruszył w dalszą drogę. Po tym wydarzeniu ubecy z Sokołowa nadal przyjeżdżali w cywilnych ubraniach do Kosowa w dni targowe, lecz już nie czekali do wieczora, lecz odjeżdżali wcześniejszym pociągiem.
Tym pociągiem jechał do Sokołowa mój ojciec…
c.d.n.
Kadra kierownicza włodawskiego UB w latach 1944 – 1956
Kierownicy/Szefowie
PUBP/PUdsBP we Włodawie w latach 1944-1956
|
Nazwisko i imię |
Imię ojca |
Stopień służbowy |
Czas pełnienia funkcji |
|---|---|---|---|
|
Kaliszczuk Włodzimierz |
Jan |
ppor./por. |
14.09.1944 – 15.11.1945 |
|
Tylimoniuk Adam |
Bartłomiej |
chor. |
p.o. 11.1945 – 31.12.1945 |
|
Oleksa Mikołaj |
Marek |
por./kpt. |
01.01.1946 – 31.05.1948 |
|
Krut Mikołaj |
Antoni |
kpt./mjr |
p.o. 01.06.1948 – 29.09.1950 |
|
Mackiewicz Jan |
Mateusz |
ppor. |
01.10.1950 – 16.06.1951 |
|
Odrobina Tadeusz |
Józef |
por. |
20.06.1951 – 01.03.1952 |
|
Adamus Antoni |
Józef |
ppor./por. |
01.03.1952 – 14.02.1953 |
|
Czubiński Stefan |
Ludwik |
por. |
15.02.1953 – 30.12.1953 |
|
Smołuch Wacław Marian |
Wacław |
kpt. |
31.09.1954 – 31.12.1956 |
Zastępcy
|
Pajączkowski |
Marceli |
ppor. |
09.1944 – |
|---|---|---|---|
|
Tylimoniuk Adam |
Bartłomiej |
chor./ppor |
12.01.1946 – |
|
Krut Mikołaj |
Antoni |
kpt./mjr |
01.06.1948 – |
|
Wtorek Piotr |
Michał |
ppor./por/ |
01.05.1950 – |
|
Adamus Antoni |
Józef |
st. sierż./chor. |
15.07.1951 – |
|
Król Michał |
Franciszek |
chor./ppor. |
01.03.1952 – |
|
Wlizło Czesław |
Wojciech |
ppor. |
15.10.1953 – |
Opracowano na podstawie:
„Aparat bezpieczeństwa w Polsce. Kadra kierownicza”, tom 1: 1944–1956, pod red. Krzysztofa Szwagrzyka.
