Szlakiem "Młota" i "Łupaszki" – część 7

CZĘŚĆ VII

W sierpniu 2001 r., w rocznicę bitwy pod Miodusami, odbyła się w Śledzianowie duża uroczystość. Byłem na niej. Był piękny, ciepły, pogodny dzień. Przyjechało tam około 50 byłych żołnierzy "Młota" i "Łupaszki". Po uroczystej mszy świętej, odprawionej przez księdza Eugeniusza Moczulskiego, udaliśmy się na cmentarz, by odwiedzić groby poległych kolegów. Były wspomnienia z tych i innych walk. Na grobie poległych znajduje się betonowa płyta z wyrytymi nazwiskami i pseudonimami:

Sawik Stanisław ps. "Gołąb"

…………………..ps. "Orkan"

…………………..ps. "Wróbel"

…………………..ps. "Olek".

Na tablicy data: polegli 17 sierpnia 1945 r.

– Oprócz pochowanych tutaj ośmiu żołnierzy, następnego dnia po bitwie zmarło jeszcze dwóch ciężko rannych. Jednego pochowano w Grannem, drugiego w Miłkowicach. Wśród rannych partyzantów była też lekko ranna sanitariuszka oddziału. Na imię miała Zofia, ps. "Kościerzanka". Wszyscy nazywali ją Zośka. Jakie było jej nazwisko, nie udało mi się ustalić. Pochodziła rodem z Wileńszczyzny. Wywieziona została na początku wojny do sowieckich łagrów. W 1943 r., kiedy generał Z. Berling zaczął tworzyć w ZSRR polską armię, wstąpiła do niej, do kobiecego batalionu im. Emilii Plater. Kiedy znaleźli się na Wileńszczyźnie, uciekła z innymi żołnierzami ze swej jednostki i wstąpiła do Piątej Wileńskiej Brygady AK – "Łupaszki".
Kilka lat temu ktoś mi mówił, że Zośka żyje. Mieszka w okolicy Gdyni lub Gdańska.
Podczas tej krwawej, zaciętej bitwy został ciężko ranny partyzant z Sokołowa, Eugeniusz Todorski ur. w 1925 r. Mieszkał przy obecnej ulicy Węgrowskiej 75. Dom ten stoi do dziś. Podczas okupacji wstąpił do AK. Na początku 1945 r. po rozwiązaniu tej organizacji, ujawnił się, jak wielu innych akowców. Już po kilku dniach został aresztowany. Przez cztery dni przesłuchiwano go w sokołowskim UB. Potem zwolniono. Ale zaraz następnego dnia przyszli do jego domu ubecy, by go znów aresztować. Nie zastali go w domu. Gdy wrócił, wiedział że trzeba się ukryć. Udał się do oddziału "Młota".

Wkrótce po bitwie, zanim opuszczono Miodusy, partyzanci zabrali swych zabitych i rannych, w tym Eugeniusza Todorskiego. Należało szybko opuścić tę miejscowość. Za kilka godzin mogły nadciągnąć z Bielska lub innych miejscowości jednostki wojskowe polskie i sowieckie. Ruszono więc spiesznym marszem na północ, wzdłuż Bugu. Przed wieczorem partyzanci zatrzymali się w nadbużańskiej wsi Kobyła, oddalonej około 15 km od Miodusów, by opatrzyć rannych. Kiedy zaczęto umieszczać ich w poszczególnych domach, "Skała" zobaczył rannego kolegę z Sokołowa – Todorskiego. Był ranny w piersi i w nogę. Wraz z innym partyzantem wzięli go pod ręce i zanieśli do stojącej w głębi ogrodu małej, pochylonej od starości drewnianej chaty. Mieszkała w niej również bardzo stara kobieta. Małe okienka domku były tak nisko, że uchyliwszy je, weszli przez nie do środka, dając jeden krok. W mrocznej izbie "Skała" spostrzegł leżącą na sofie pierzynę. Położył ją na podłodze przy ścianie i wspólnie z kolegą ułożyli na niej rannego. Nie mogli tu zostać długo. Czas naglił. Niedługo mogło tu się pojawić wojsko, z pancernymi samochodami – tankietkami. Po odejściu partyzantów, gdy zapadł zmrok, wzięto ze wsi podwody – furmanki, które rozwiozły rannych do okolicznych miejscowości, odludnych kolonii, w rejonie wsi Łempice, Radziszewo, gdzie wielu gospodarzy współpracowało z "Młotem". Jednak Todorski nie miał szczęścia. W pośpiechu zabierano rannych i pominięto małą chatynkę, w której się znajdował. Następnego dnia we wsi zjawiło się wojsko i ubecy. Podczas rewizji przeprowadzonej w domach i innych budynkach, znaleziono rannego partyzanta. Na śledztwo zawieziono go do Bielska. Potem wożono po nadbużańskich wioskach, pytając, gdzie bandyci mają swoje kryjówki, kto z nimi współpracuje, kto im pomaga. Podczas tej wędrówki bito go w wioskach, przy ludziach, grubym żelaznym prętem od parnika. Podobnie bito aresztowanych mieszkańców różnych wiosek. Todorski jednak nic nie powiedział. Po kilku dniach zawieziono go do Bielska i tam zamęczono.

Kiedy ubecy i wojsko wracali do Bielska, natknęli się na inny oddział partyzantów. Podczas walki zginęło kilku ubeków i żołnierzy. Uszkodzono granatami samochód pancerny.

Nowa władza krwawo rozprawiała się ze schwytanymi partyzantami i ich sympatykami. Większość zabijano po krótkim śledztwie. Były przypadki, że schwytanych chłopów, podejrzanych o sprzyjanie partyzantom, kładziono na drodze i rozjeżdżano wojskowymi gazikami. Palono gospodarstwa, a nawet całe wioski, jak Olszewo.

Po bitwie pod Miodusami oddział staczał mniejsze i większe potyczki. W połowie września "Łupaszko" otrzymał rozkaz Komendy Okręgu Białostockiego WiN, aby rozwiązał swój oddział, tj. Piątą Wileńską Brygadę i dał partyzantom możliwość powrotu do życia cywilnego. Blisko połowa oddziału postanowiła skorzystać z tego zarządzenia, w tym również "Skała". Jednak nie było to takie proste. Odchodzących należało zaopatrzyć w fałszywe dowody osobiste pod innym nazwiskiem i dać pieniężne odprawy. To rozformowywanie oddziału trwało do połowy października 1945 r. Z zarządzenia tego skorzystał jeden z oficerów "Łupaszki" – "Zygmunt" – Bronisław Błażejewicz. Udał się z sanitariuszką – żoną, do Warszawy. Tu, po żmudnych staraniach otrzymał paszport belgijski. Umożliwiło mu to wyjazd na Zachód. Najpierw do Anglii, potem do Ameryki Południowej, następnie do USA – Kalifornii. W 2003 r. przyjechał do Polski. Trzeciego maja 2003 r. w Sokołowskim Ośrodku Kultury odbyło się spotkanie z "Zygmuntem". Miałem okazję porozmawiać z nim. Był w dobrej formie. Urodzony w 1918 r.

Po rozformowaniu oddziału jego stan liczebny wynosił zaledwie czterdziestu ludzi. Pozostali ci, którzy jak sami uważali, nie mogli wrócić do życia cywilnego. Jednak taki stan nie trwał długo. W bardzo szybkim czasie oddział zaczęli zasilać nowi ochotnicy. Ci, którym udało się uniknąć aresztowania lub wyrwać się z rąk bezpieki. Po rozwiązaniu Piątej Brygady AK, utworzono Szóstą Brygadę. Białostocki okręg WiN dowództwo tej brygady powierzył "Wiktorowi" – Lucjanowi Minkiewiczowi. W miesiąc później na dowódcę Szóstej Brygady powołano "Młota". W tym czasie odbyła się koncentracja partyzantów, nie będących w zwartym oddziale "Młota". Podczas tej koncentracji, w miejscu zbiórki, stawiło się kilkuset ludzi. Dowódcy dokonywali przeglądu, udzielali instrukcji. Następnie wszyscy rozchodzili się do swoich miejscowości. Czekali, aby podczas dokonywania większych akcji, wesprzeć oddział "Młota". Po ostatniej koncentracji, w końcu października oddział jego liczył ponad 120 ludzi. Wśród partyzantów panował dobry nastrój. Czuli w sobie siłę. Drżały przed nimi wszystkie mniejsze placówki i komendy milicji, i ubeków. Jeszcze przed nastaniem zimy "Młot" planował dokonać kilka większych akcji. Pokazać, że jego oddział nadal istnieje i nie pozwoli na bezkarność ubeków. Rozbrojono posterunki milicji w Siemiatyczach, Kleszczelach i Milejczycach. Na początku listopada oddział kwaterował we wsi Grodzisk, kilkanaście kilometrów na północny wschód od Miodusów.

– Było już po południu, zbliżał się wieczór – wspomina Józef Radziszewski z Drohiczyna. Nagle do wsi wpada partyzant, który stał na czujce. Podbiegł do stojącego na drodze "Młota" i woła: – Wojsko jedzie samochodem do wsi!
– Ilu ich jest? – zapytał "Młot".
– Jeden samochód! Ale jest ich dużo, samochód jest odkryty!
– Wpuścić ich do wsi! – rzekł "Młot".

Partyzanci natychmiast ukryli się wśród opłotków i domów. A gdy samochód wtoczył się powoli do wsi, wyskoczyli z automatami i w ciągu minuty rozbroili żołnierzy. Dowodzący żołnierzami oficer zaczął prosić "Młota", aby żołnierzom nie zabierał całej broni, bo inaczej czeka go sąd polowy – zostanie rozstrzelany. Więc żołnierzom zabrano tylko amunicję.

– A gdy nastał wieczór – ciągnął swoją opowieść pan Józef – wypuściliśmy ich. Oni pojechali w jedną stronę, my poszliśmy w drugą.

Była druga połowa listopada, zbliżała się zima. "Młot" postanowił przed nastaniem mrozów dokonać jeszcze jakiejś większej akcji. Od swych informatorów zbierał wiadomości o poczynaniach ubeków i wojska. Wreszcie zapadła decyzja. Zdobyć Brańsk, kilkutysięczne miasteczko położone nad Nurcem. Wspomina o tym Józef Radziszewski:

"Szliśmy na Brańsk. Było nas ponad 120. Wieczorem doszliśmy do wsi Łempice. Prawie cała wieś współpracowała z "Łupaszką" i "Młotem". Zostaliśmy tu na noc. Od Brańska dzieliła nas odległość około 15 km. Mieliśmy tu pozostać do wieczora. O zmroku opuścić wieś, by w nocy opanować miasto. Ale wczesnym rankiem, zaledwie się rozwidniło, zobaczyliśmy że od północnej strony, od szosy Ciechanowiec – Brańsk, szerokim kołem zaczęli otaczać wieś jacyś żołnierze. Po ubiorze rozpoznaliśmy mundury polskie i sowieckie."
c.d.n.

Szlakiem "Młota" i "Łupaszki" – część 6

CZĘŚĆ VI

Noc z 12 na 13 sierpnia "Młot" z oddziałem spędził na koloniach w okolicy Krzemienia. Podczas tego wypoczynku ktoś "Młotowi" podsunął myśl, aby 15 sierpnia udać się do Jabłonny. W tym dniu obchodzono święto kościelne. Przed rokiem 1939 w tym dniu świętowano również rocznicę "cudu nad Wisłą" z 1920 r.
"Młot" przyjął tę propozycję. A rankiem następnego dnia wysłano do Jabłonny zaufanych ludzi, by sprawdzili, czy na tym terenie nie ma wojska. Po kilku godzinach zwiadowcy wrócili i zdali raport. W Jabłonnie i w okolicy nie ma wojska. Jedynie przy budynku gminy znajduje się posterunek milicji z kilkoma funkcjonariuszami. Jeszcze tego samego dnia, po południu, 14 sierpnia, oddział "Młota" był w Jabłonnie. Zakwaterowali się w kilku miejscach. W dawnym dworze Bujalskich oddalonym około 600 metrów od centrum wsi. Kwaterowali też w Jabłonnie Średniej, jakby trochę na uboczu tej rozległej, rozrzuconej miejscowości. Gościny udzielili im Zdolińscy – właściciele wiatraka, Kosieradzcy i inni gospodarze. A że dzień był dość ciepły i pogodny, toteż partyzanci czyścili i prali swe ubrania, buty, golili się, odnawiali ubiór jak na jakąś defiladę. Kiedy to czynili, w kwaterze "Młota" zjawili się współpracujący z nimi ludzie z Jabłonny, informując go o podających się za partyzantów bandytach. Usłyszawszy to, "Młot" zaraz wysłał swoją żandarmerię do Tchórznicy, Władysławowa i Toczysk, by zlikwidowali owych bandytów. Na szosie wiodącej do Sokołowa wystawiono ubezpieczający posterunek – trzech ludzi uzbrojonych w erkaem i automaty. Wystawiono również dwa mniejsze posterunki. Wszyscy mieli czuwać nad bezpieczeństwem oddziału.

Następnego dnia, około godziny dziewiątej rano, przed kościołem odbyła się zbiórka. Około osiemdziesięciu partyzantów ustawiło się w dwuszeregu. Przed oddziałem stanął "Młot" i dokonał przeglądu swych żołnierzy. Ocenił ich wygląd i uzbrojenie. Potem padła komenda: – W prawo zwrot! Naprzód marsz!

Cały oddział w zwartym szyku wszedł w szeroko otwarte drzwi kościoła. Ceremonii tej przyglądało się kilkadziesiąt osób z Jabłonny i parafii, którzy przyszli na poranną mszę świętą. Ówczesny proboszcz, Aleksander Fijałkowski, wygłosił długie, patriotyczne kazanie. Organista Miłosz grał i śpiewał przedwojenne pieśni legionowe i wojskowe. Jedną z nich był partyzancki hymn – O Panie, któryś jest na niebie… (w oddziałach "Łupaszki" i "Młota" często śpiewano tę pieśń). Była to naprawdę wielka uroczystość.

Po nabożeństwie, wychodzących z kościoła partyzantów witały setki mieszkańców parafii, wręczając im kwiaty i różne drobne upominki. Później w strażackiej remizie urządzono zabawę, która trwała do wieczora. (Świadkiem tych wydarzeń – uroczystości była wówczas szesnastoletnia Jadwiga Kosieradzka, później Trzcińska z Jabłonny). Gdy zaczął zapadać zmrok, "Młot" wydał polecenie zbiórki oddziału. Jednak jego podkomendni tak się "roztańczyli" z miejscowymi pannami, że po półgodzinnym oczekiwaniu zebrała się zaledwie połowa oddziału. Wówczas jeden z dowódców kazał wystrzelić z erkaemu dwie długie serie. To poskutkowało. Po kilku minutach zjawili się wszyscy. Partyzancka orkiestra zagrała marsza i oddział ruszył na drogę wiodącą do Teofilówki i Krzemienia. W połowie drogi skręcili w prawo, w kierunku Gródka. Tu zawodowy rybak i przewoźnik – Ruciński przewiózł łódkami cały oddział na drugą stronę Bugu. (W tym czasie w Gródku funkcjonował prom, którym przewożono konne furmanki, konie, bydło, owce i inne ładunki.). Przyczyną udania się oddziału na przeciwny brzeg Bugu było to, że podczas pobytu "Młota" w Jabłonnie, zjawiło się u niego kilka osób z okolicy Perlejowa, prosząc go, aby wziął w obronę ludzi z tamtych okolic. Sowieckie ekspedycje, które razem z ubekami wyruszyły z Bielska, organizowały we wsiach obławy na ludzi. Aresztowano i bito napotkane osoby, domagając się informacji o tym, gdzie znajdują się partyzanci.

Po opuszczeniu Jabłonny przez oddział "Młota" wielu mieszkańców tej miejscowości obawiało się represji ze strony ubeków i wojska. Rzeczywiście, w dwie godziny później, przyjechało do wsi razem z ubekami kilka samochodów wojska. Zlustrowali pobieżnie wieś. Pytali o ilość partyzantów i o to dokąd się udali. Tym razem nikogo nie aresztowali i około północy opuścili wieś. Prawdopodobnie bali się, aby w drodze powrotnej do Sokołowa nie urządzono na nich zasadzki.

Tymczasem "Młot" znalazłszy się z oddziałem na prawym brzegu Bugu, ruszył w kierunku Śledzianowa i Perlejowa. Tu dołączyło do niego kilkunastu uzbrojonych partyzantów, którzy w mniejszych grupach działali na tym terenie. Wieczorem, 17 sierpnia, oddział dotarł do wsi Miodusy Dworaki, oddalonej zaledwie dwa kilometry od Perlejowa – dużej osady, w której wówczas raz w miesiącu odbywały się targi. W Miodusach zamierzano spędzić noc i następny dzień, by zebrać wiadomości o tym, gdzie znajdują się grupy operacyjne UB i NKWD. "Młot" wybrał sobie na kwaterę duży drewniany dom z gankiem, stojący na początku wsi, u Krzyżanowskiego.

Ranek 18 sierpnia był pochmurny. Czasami przez warstwę chmur przebijało się słońce. Około godziny dziesiątej kilku rolników zaczęło zwozić z pól zboże. Żniwa w tym roku były opóźnione, ponieważ rok był mokry, a szczególnie lipiec. Na polach pozostawało jeszcze trochę zboża.

Gospodarze, u których na kwaterę zatrzymali się partyzanci, zaczęli przygotowywać obiad dla swych gości. Około godziny dziesiątej trzydzieści niebo się zachmurzyło i zaczął padać drobny deszczyk. W tym czasie na drodze wiodącej od strony Ostrożan, pokazało się kilka odkrytych ciężarowych samochodów – prawdopodobnie było ich sześć. Wozy zatrzymały się około trzysta metrów przed wsią. Z pierwszych samochodów szybko zaczęli wyskakiwać żołnierze w rosyjskich mundurach i szerokim półkolem otaczać wieś. Z dwóch ostatnich wozów poczęli wychodzić żołnierze w mundurach polskich – byli to ubecy. Kiedy to ujrzał stojący na czujce partyzant, wygarnął do biegnących serię z erkaemu. Poderwało to na nogi partyzantów. Wybiegli ze swych kwater, zajmując w dogodnych miejscach stanowiska obronne. W tym czasie "Młot" wyszedł z mieszkania na ganek i spojrzał na pole. Zobaczywszy sowieckich żołnierzy, rzekł głośno: -Już żeśmy się najedli obiadu! – Chwycił swoją samoseriatkę – dziesięciostrzałowy rosyjski karabin, wybiegł przed ganek i zaczął strzelać do wroga. A podobno strzelał bardzo celnie. Jednocześnie z sąsiednich domów i opłotków rozległy się serie z karabinów maszynowych i automatów.

Rosjanie, którzy pierwsi opuścili swe samochody i ruszyli szybko do wsi, dobiegli do pierwszych budynków. Pozostali, będący w tyle, padli na ziemię zajmując stanowiska strzeleckie na nierównościach terenu. Większość partyzantów, wypoczywających w domach i stodołach, była zaskoczona nagłym pojawieniem się Rosjan. Ale szybko ochłonęli i zaczęli ze wszystkich stron ostrzeliwać sowietów. Najzaciętsza walka rozgorzała we wsi. Walczono o każdy dom i podwórze, używając pistoletów i granatów. Często z jednej strony domu czy stodoły byli partyzanci, a z drugiej Rosjanie. Wtedy wygrywali ci, którzy pierwsi zdążyli użyć granatów. Od zapalających pocisków, wystrzelonych z ręcznych karabinów przez ubeków i Rosjan, zapaliło się kilka budynków. Walczący obok nich sowieci czy partyzanci szukali innych stanowisk. Po blisko godzinnej walce wybito znajdujących się we wsi Rosjan i ubeków. Walki przen
iosły się na pobliskie pola, gdzie stały jeszcze resztki niewykoszonego owsa i jęczmienia. Tu znajdowała się większość sowietów i ubeków. Ale teraz głośniej odzywały się partyzanckie erkaemy, siejąc długimi seriami, które we wsi, między domami i opłotkami niewiele mogły zdziałać. Ich pociski "kosiły" zboże i kryjących się w nim wrogów. Partyzanci atakowali, posuwając się skokami naprzód. A od wschodu zaczęto szerokim kołem otaczać pozycje sowietów i ubeków. Erkaemiście Henrykowi Jakonowskiemu ps. "Skała" zamilkł nagle diehtierow. Cóż się stało? – pomyślał – zaciął się zamek? Po krótkim mocowaniu się z erkaemem wyjął zamek i stwierdził, że pękła sprężyna i przestała działać iglica zbijająca spłonki w nabojach. Erkaem stał się bezużyteczny. Zaczął się wycofywać do odległych o sto metrów budynków. Wtedy znajdujący się w pobliżu partyzanci zawołali groźnie: – Stój! Ani kroku do tyłu!

– Pękła mi sprężyna w zamku! – odparł "Skała". Wtedy pozwolono mu się wycofać do wsi, gdzie otrzymał pepeszę po zabitym Rosjaninie.

Walka stawała się coraz bardziej zacięta. Sowieci i ubecy ponosili coraz większe straty. Kiedy zobaczyli, że lewe ich skrzydło zostało otoczone, zaczęli się szybko wycofywać. Pierwsi uczynili to ubecy, uciekając skokami w kierunku zachodnim. Za nimi poszli sowieci. Kiedy znaleźli się na gołym polu, stali się doskonałym celem. Większość ich dosięgły partyzanckie erkaemy. Kilku Rosjan z majorem Gribko na czele, wydostawszy się poza zasięg kul, uciekała w kierunku Perlejowa. Po drodze major dostrzegł na łące konia. Wskoczył na jego grzbiet i na oklep popędził przed siebie. Nie ujechał jednak daleko. Zabili go inni partyzanci, z sąsiedniej wsi. Nie mieli także szczęścia ubecy. Część wymknęła się z okrążenia. Kilku innych uciekało w kierunku Osnówki i Bugu. Za nimi ruszyło w pogoń kilkunastu partyzantów. Po blisko godzinnej ucieczce ubecy dotarli do rzeki. Ci, którzy umieli pływać, przepłynęli na drugą stronę Bugu. Kilku innych zginęło nad brzegiem rzeki.

Tak w przybliżeniu wyglądała bitwa pod Miodusami, czyli wyprawa UB i NKWD z Bielska przeciw "Młotowi" i "Łupaszce". Straty Rosjan wynosiły ponad pięćdziesięciu zabitych. Straty ubeków wyniosły około dwudziestu zabitych. Całość ekspedycji liczyła dziewięćdziesięciu ludzi.

Partyzanci zwyciężyli, ale także ponieśli duże straty. Poległo ośmiu ludzi, rannych było około piętnastu. Wśród zabitych byli dwaj sierżanci: "Kruk" i "Harłapan", obaj z Wileńszczyzny. Pochowani zostali z dwoma innymi kolegami na cmentarzu w Perlejowie. Skromne ich nagrobki i częściowo zatarte tabliczki oglądałem szóstego sierpnia 1992 r.
Pozostałych czterech partyzantów pochowano na cmentarzu w Śledzieniowie w jednej mogile.
c.d.n.

Szlakiem "Młota" i "Łupaszki" – część 5

CZĘŚĆ V

Tego samego wieczoru, kiedy pod Żeleźnikami toczyła się bitwa, Urząd Bezpieczeństwa i milicja w Sokołowie ogłosiły alarm, podając do wiadomości, że kilka kilometrów od miasta znajduje się duża reakcyjna banda, licząca kilkuset ludzi. Można się więc spodziewać, że w nocy bandyci zechcą opanować miasto. Było to kilkanaście godzin po bitwie, jaką stoczono pod Wężami. Po tym obwieszczeniu, wszyscy ubecy, milicjanci, członkowie ZWM i inni, którzy posiadali legalnie broń, szybko podążali do budynków Urzędu Bezpieczeństwa i Komendy Powiatowej Milicji przygotowując się do obrony. Zamieszanie i strach potęgował jeszcze fakt, że w mieście nie było elektrycznego oświetlenia i panowały ciemności. Podczas tego alarmu i kilku przypadkowo oddanych strzałach, jeden z milicjantów, sądząc, że budynek milicji może zostać zdobyty przez partyzantów, opuścił komendę i ukrył się w częściowo spalonej, jednopiętrowej kamienicy po przeciwnej stronie ulicy, oddalonej zaledwie 30 metrów od budynku Komendy Powiatowej. Za najbardziej bezpieczne miejsce uznał komin. A że luft u dołu był dość szeroki, wcisnął się w niego cały. Kiedy odwołano alarm, milicjant usiłował wydostać się ze swojej kryjówki. To jednak okazało się niemożliwe. Zaczął więc wzywać pomocy, głośno krzycząc. W pobliskiej komendzie usłyszano krzyki i wołania dochodzące z komina spalonej kamienicy. Zaraz też udało się tam kilku milicjantów, którzy wyciągnęli ukrytego bohatera. Komenda milicji mieściła się wówczas przy ulicy Długiej 22. Była to jednopiętrowa kamienica, wybudowana przez Stanisława Leoniaka w 1922 r. Przed wojną i podczas okupacji była tam najlepsza w mieście restauracja Klema, a w latach 1951-70 żeński internat. W miejscu tej spalonej kamienicy, w której ukrył się milicjant, stoi obecnie dom Popowskich. Tego samego wieczoru, inny milicjant, w cywilnym ubraniu, z biało-czerwoną opaską na ręku, patrolując ulicę miasta, ujrzał zbliżającego się mężczyznę. Był nim aktywny przedwojenny działacz komunistyczny, wiceburmistrz, Bronisław Kamiński. Zdążał on przed spodziewanym napadem do komendy MO. Milicjant zapewne go nie znał lub nie poznał w ciemnościach nocy, ponieważ zawołał: – Stać! Ręce do góry! Dokumenty! Wiceburmistrz bardzo się przestraszył tych słów. Myślał, że to jakiś partyzant, jeden z tych, którzy zamierzali opanować miasto. Sięgnął więc ręką do kieszeni niby po dowód, wyjął pistolet i strzelił do milicjanta, raniąc go. Ranny milicjant zaczął krzyczeć i wzywać pomocy. Wkrótce zjawili się milicjanci i żołnierze. Zabrali wiceburmistrzowi broń i wsadzili go do aresztu, gdzie bezpiecznie przesiedział on do rana. Przydzielonego mu pistoletu już nie odzyskał.

Po opuszczeniu miejsca bitwy pod Żeleźnikami, "Młot" przedstawił oficerom z kompani "Łupaszki" zamiary swego planu – dotarcie ponownie do nadbużańskich okolic. Tu czuł się najbardziej pewnie. Znał drogi, wioski, ludzi. "Wiktor" i "Zygmunt" przyjęli tę propozycję, ponieważ i oni znali te okolice. Poza tym mieli kilku rannych i trzeba ich było umieścić gdzieś w tamtych stronach. Pozostała jeszcze jedna sprawa którą każdy z nich chciał inaczej rozwiązać. Co zrobić ze zdobytą armatą? Zatrzymać ją na stałe w oddziale? Czy też ukryć gdzieś, a podczas większych operacji użyć do walki? Obie propozycje były do przyjęcia. Było jednak coś, co niepokoiło dowódców. Ciągniona armata zostawiała po sobie ślady kół – opon, podobne do samochodowych. Partyzanci byli pewni, że gdy nastanie dzień, wojsko, ubecy i sowieci, ruszą ich śladem. A będą ich prowadziły ślady kół armatnich. Rozważając różne propozycje, dowódcy doszli do wniosku, że armatę trzeba gdzieś zostawić, a gdy nie znajdą odpowiedniego miejsca, utopić w głębokiej wodzie. Po to właśnie, po godzinie marszu, na rozwidleniu leśnych dróg, sześciu zaufanych ludzi odłączyło się z armatą od partyzanckiego oddziału. Chcieli tym samym zmylić kierunek pościgu.

Wczesnym rankiem oddział dotarł do Skibniewa, miejscowości oddalonej 12 km od Sokołowa, znajdującej się na trasie Sokołów – Kosów. W miejscowym sklepie partyzanci zaopatrzyli się w papierosy i inne potrzebne im artykuły i po godzinnym odpoczynku ruszyli na wschód, w kierunku Sterdyni – osady liczącej około tysiąca mieszkańców. Jeszcze przed południem dotarli do obrzeży tej miejscowości. Wówczas do "Młota" podszedł jeden z partyzantów i rzekł: – Panie poruczniku, dzisiaj jest poniedziałek. W Sterdyni jest to dzień targowy. Może byśmy tam wstąpili? Zobaczymy, co porabiają milicjanci. Może zastaniemy tam ubeków?

"Młot" nic nie odpowiedział. Chwilę spoglądał na widniejące w oddali domy miasteczka. Potem podszedł do porucznika "Zygmunta", zamienił z nim kilka słów, wskazując ręką w kierunku Sterdyni. Po chwili wahania "Zygmunt" potakująco skinął głową. Zaraz też wydzielono z oddziału około sześćdziesięciu partyzantów w kompletnych wojskowych mundurach i z odznakami wojskowych stopni. Oni pierwsi mieli wkroczyć do miasteczka. Porucznicy mieli na sobie ładne oficerskie mundury, wysokie czapki rogatywki, pięknie obszyte srebrnymi dystynkcjami i gwiazdkami, przez ramię przewieszone skórzane koalicyjki, krzyżujące się na piersiach. Na nogach buty z cholewami, tzw. oficerki, jakie nosili przedwojenni sanacyjni oficerowie. W tym czasie, kilku partyzantów uzbrojonych w erkaem, zajęło stanowisko na skraju miasteczka przy szosie wiodącej do Sokołowa. Druga podobna grupa obsadziła drogę od strony Ceranowa. Tabory z amunicją, prowiantem i rannymi – trzy furmanki – udały się w kierunku Kiełpińca, gdzie w rozrzuconych na koloniach domach zamierzano ukryć rannych. Do miasteczka wkroczyli jak wojsko, czwórkami, idąc prosto do rynku (obecnie jest to skwerek obok kościoła). W tym czasie odbywał się tu wiec zorganizowany przez władze powiatowe z Sokołowa i miejscowych komunistów. Partyzanci zatrzymali się obok grupki ciekawskich, przysłuchując się temu, co mówi aktywista. Przemówienie było apelem do ludności, aby popierała nową władzę. Przemawiający, kończąc swe wywody, zawołał:

Niech żyje PPR!

Gdy skończył, do aktywisty podszedł "Wiktor" i przedstawił się mu jako oficer Ludowego Wojska Polskiego, dodając, że uważnie wysłuchał przemówienia. Na twarzy agitatora pojawił się ciepły uśmiech. Ale za moment "Wiktor" dodał:

– Pokażcie mi swój dowód i legitymację PPR.

Aktywista podał "Wiktorowi" swoje dokumenty, a ten stojącemu obok partyzantowi wskazał owego aktywistę, mówiąc: – Zatrzymaj go!

W tym czasie do partyzantów podszedł inny cywil i zagadnął:

– Panowie, jesteście wojskiem? – To dobrze, że tu jesteście. W okolicy kręcą się różne bandy, a przy was można czuć się bezpiecznie.

Po krótkiej rozmowie, zwierzył się, że zapisał się do Urzędu Bezpieczeństwa w Sokołowie, ale jeszcze nie otrzymał legitymacji.

– Nie wiem, czy mnie przyjmą – powiedział.
– Dobrze, że to powiedziałeś – odparł najbliżej stojący partyzant.
– Chodź z nami – dodał, biorąc cywila za rękę.

Za chwilę krótkie przemówienie wygłosili partyzanci w wojskowych mundurach. Gdy to czynili, inni partyzanci zaprowadzili aktywistę PPR w pobliskie krzaki, nad rzeczkę Buczynkę przecinającą Sterdyń. Następnie kazali mu wyciąć porządny kij. Potem zaprowadzili go na rynek, położyli na bruku
i wlepili mu na tyłek 25 kijów. Tyle samo otrzymał ten, który mówił, że zapisał się do UB, lecz jeszcze nie otrzymał legitymacji.

Podczas tej akcji rozbrojono posterunek milicji w Sterdyni, a kilku funkcjonariuszom wymierzono baty i udzielono upomnień. Kiedy targ dobiegał końca i ludzie zaczynali się rozchodzić, partyzanci opuścili miasteczko. Jednak ich kilkugodzinny pobyt, zrobił i tu, i w okolicznych wioskach wielkie wrażenie. Długo jeszcze powtarzano:

– Może to byli ci z Armii Andersa? Wyglądali jak prawdziwe wojsko!

Wyolbrzymiano liczbę żołnierzy, szacując ją na kilkaset osób. A miejscowym milicjantom, dokuczającym ludziom, odgrażano się, mówiąc:

– Czekaj draniu, przyjdą jeszcze nasi, to was załatwią.

Śpiewano nawet piosenki, na melodię: "Serce w plecaku":

A jak przyjdą andersiaki,
Zbiją komunistom sraki,
My z tego będziemy się śmiali,
Że takie lanie dostali.

Tę piosenkę, tylko o wiele dłuższą, jeszcze w latach 1960-70 śpiewał potężnym basem w sterdyńskiej restauracji Stanisław Ryciak z Paderewka. Oczywiście wtedy, kiedy był po kieliszku.

Po opuszczeniu Sterdyni oddział udał się w kierunku Kiełpińca i Białobrzegów. W tej okolicy planowano przeprawić się za Bug. Zanim doszło do przeprawy, otrzymali wiadomość, że w kierunku Nura i Siemiatycz wyruszyły z Bielska dwie operacyjne grupy wojska i ubeków, wspierane przez sowieckie oddziały NKWD. Ich celem było zniszczenie lokalnego ruchu oporu. Każda z tych ekspedycji liczyła około dwustu ludzi, wyposażona była w samochody pancerne. W tej sytuacji, większej grupie partyzantów trudniej będzie się ukryć w terenie. Odłączono więc jeden pełny pluton z kompani "Łupaszki". Ich zadaniem było dostać się w rejon Ciechanowca i Czyżewa. Kilkunastu innym, którzy eskortowali rannych i rozmieszczali ich w różnych miejscach, "Młot" udzielił kilka dni urlopu. A po kilku, kilkunastu dniach wracali ponownie do oddziału. W ten sposób liczba oddziału zmniejszyła się do 80 – 90 osób.
c.d.n.

Szlakiem "Młota" i "Łupaszki" – część 4

CZĘŚĆ IV

Atakowano głównie pierwszą grupą. Jadący w ciężarówkach żołnierze zostali całkowicie zaskoczeni. Partyzanci siali gęstym ogniem po kabinach i skrzyniach samochodów. Rozlegały się głosy komend i jęki rannych. Z wozów zaczęli wyskakiwać żołnierze, strzelając na oślep w przydrożne krzaki. Ich ogień był jednak zbyt słaby. Blisko połowa została zabita. Wielu było rannych. Dwa pierwsze samochody zaczęły płonąć. Leżący obok nich żołnierze wołali, że się poddają.

– Rzucić broń i wychodzić! – odpowiedzieli partyzanci. Na odpowiedź nie czekali długo. Z ziemi poczęły się podnosić postacie z podniesionymi rękami. Partyzanci przestali strzelać. Jeńców spędzono w jedno miejsce. Było ich ponad pięćdziesięciu. Oprócz nich – piętnastu zabitych i około dwudziestu rannych. Tym ostatnim opatrzono rany. Zdrowym zabrano około pięćdziesięciu mundurów i tyleż par butów. Z pola walki zebrano wszystką broń. Partyzanci zdobyli dwa ciężkie karabiny maszynowe, kilka erkaemów i inną broń. Jeden erkaem zaraz otrzymał "Skała". Część broni zniszczono.

Kiedy walki dobiegły końca i żołnierze z podniesionymi rękami poddali się partyzantom, druga grupa żołnierzy szybko opuściła swe samochody i zajęła w polu obronne pozycje. Dowódca tej grupy, a właściwie całej tej ekspedycji, kapitan Cynkin, widząc przewagę partyzantów, których ilość określił na kilkuset, nie zamierzał walczyć. Pragnął tylko uwolnić z rak partyzantów wziętych do niewoli żołnierzy. Wyszedł więc z ukrycia i ruszył w ich kierunku. Z odległości stu metrów rozpoczął pertraktacje z "Zygmuntem". Szybko zawarli układ. Partyzanci zwolnią wziętych do niewoli żołnierzy, a oni przez kilka godzin nie będą ich ścigać. "Zygmunt" i "Młot" przystali na te propozycję, bo na cóż przydaliby się im jeńcy? Wiedzieli również, że w krótkim czasie wojsko może otrzymać posiłki. Przeciąganie rokowań i postoju byłoby błędem. Poza tym mieli kilku rannych. Wśród nich, ranny w nogę kapitan "Nowina". Jego prawdziwe nazwisko – Lech Bejnar. Kilkanaście lat później znany jako Paweł Jasienica. Autor książek historycznych, w tym "Polska Piastów".(1)

Nadchodzącą noc postanowiono wykorzystać do dalszego marszu, kierując się w rejon lasów Stoczka Węgrowskiego. Szli szerokim polnym gościńcem. Zbliżała się północ. Byli już blisko wsi Żeleźniki. Kilkaset metrów od pierwszych domów idącą sto metrów przed oddziałem szpice zatrzymał donośny głos:

– Stoj, kto idiot?
– "Młot" – odparł partyzant zbliżając się do wartownika, ponieważ na wycofanie się było już za późno.
– Kakij "młot"? – zawołał ponownie Rosjanin.

Rozległa się długa seria z partyzanckiego automatu. Wartownik padł, ale w kilkanaście sekund później na skraju wsi została wystrzelona w górę rakieta. W jej świetle, w odległości około dwustu metrów, partyzanci zobaczyli wojskowy biwak. Po obu stronach drogi stały wojskowe samochody, wokół których poruszać się zaczęły sylwetki żołnierzy. Uruchomili oni dwa samochody, a ich światła skierowali w stronę, skąd padły strzały. W tym czasie "Młot", "Zygmunt" i "Wiktor" przez kilka sekund wymieniali swoje uwagi – wycofać się czy atakować. Byli w lepszej sytuacji od Rosjan. Znajdowali się na niewielkim wzniesieniu, skąd w świetle samochodowych reflektorów widzieli obóz przeciwnika. Zanim żołnierze wykręcili samochody i skierowali reflektory na partyzantów, padła komenda „rozwinąć oddział po obu stronach drogi i ognia do sowietów”.

Zaterkotały karabiny maszynowe i automaty. Przeciwnik natychmiast odpowiedział ogniem. Zaraz też zgasły reflektory samochodów. Partyzanci jednak zdążyli zauważyć ich sylwetki. Mimo panujących ciemności, sypali gęstym ogniem na sowiecki biwak. Od ich pocisków zapalił się samochód, po nim drugi i trzeci, oświetlając swymi płomieniami Rosjan. Na to tylko czekali partyzanci. Widzieli przeciwnika jak na dłoni. Sami nadal byli niewidoczni. Wkrótce dowódcy dali polecenie, by otoczyć wroga szerszym półkolem. Skokami przysuwali się coraz bliżej samochodów. Rosjan płonące samochody i wybuchy benzyny zmusiły do zmiany swojego stanowiska. Uciekali daleko w pole. Wielu z nich dosięgły zaraz serie z karabinów maszynowych. Po półgodzinnej walce opanowana została większość biwaku. Partyzanci znaleźli się tuż przy samochodach. Zobaczyli wtedy że około stu kroków dalej, przy ostatnim wozie znajduje się armata i kilku Rosjan ustawia działo, kierując jego lufę w ich stronę. Otworzyli więc gwałtowny ogień do obsługi działa. Padła część załogi. Pozostali skryli się za armatą. Dwóch uciekło w pole. Partyzanci podbiegli do działa. Schwytali też jednego Rosjanina, który jak się okazało był celowniczym armaty. Po całkowitym opanowaniu biwaku, Polacy przeładowali na swe furmanki żywność i część wojskowego ekwipunku. Postanowiono szybko opuścić to miejsce , gdyż rosyjscy żołnierze, którzy zbiegli ze swego obozu w pole, z dalszej odległości ostrzeliwali partyzantów. Przyczepiono więc do konnego wozu zdobytą armatę z kilkoma skrzynkami amunicji i ruszono wąską polną drogą w kierunku wschodnim, zabierając ze sobą rosyjskiego żołnierza, który potrafił obsługiwać armatę. (2)

Był to najwyższy czas, by opuścić zdobyty biwak, gdyż dwa kilometry dalej, za Żeleźnikami, stała kompania polskich żołnierzy, wysłanych do zwalczania partyzantki. Żołnierze ci, słysząc strzały, pospieszyli Rosjanom na pomoc. Gdy znaleźli się na miejscu potyczki, zebrali rozproszonych Rosjan i ruszyli w pogoń za partyzantami. W tym czasie oddział partyzancki oddalił się od miejsca potyczki około 700 metrów. W świetle dogasających samochodów zauważyli, ze polscy i rosyjscy żołnierze ruszyli ich śladami. Wówczas "Zygmunt" zatrzymał wóz ciągnący armatę. Kazał wziętemu do niewoli Rosjaninowi wycelować działo i oddano w kierunku ścigających żołnierzy kilka strzałów. To poskutkowało. Polscy i sowieccy żołnierze nie tylko się zatrzymali, ale szybko zaczęli się wycofywać. Wtedy partyzanci ponownie przyczepili działo do wozu i ruszyli przed siebie. A wziętego do niewoli celowniczego puścili wolno.

(1) Po bitwie rannego "Nowinę" partyzanci zawieźli do szpitala na Klimowiźnie. Po opatrzeniu rany został przewieziony do Hilarowa i ukryty u Stanisławy Stelęgowskiej ps. "Róża", sierżanta AK. Podczas okupacji była ona zastępcą komendanta szpitala polowego w Kosowie. Po kilku dniach "Nowinę" przeniesiono za Bug, do Jasienicy, gdzie ukrywał się za ołtarzem w miejscowym kościele pod wezwaniem św. Pawła. Stąd też późniejsze jego nazwisko – Paweł Jasienica.

(2) Była to prawdopodobnie armata kalibru 75 milimetrów z krótką lufa, o zasięgu 5-6 kilometrów. Pocisk odłamkowo-burzący ważył 6 kg. Inni mówili, że była to armata kalibru 45 milimetrów.

c.d.n.

Szlakiem "Młota" i "Łupaszki" – część 3

CZĘŚĆ III
 
Śmierć "Szumnego" była ciosem, zaskoczeniem dla oddziału. Wśród partyzantów cieszył się ogromnym autorytetem. Zawsze prowadził ich do zwycięstw. Jak dotąd, pod jego dowództwem, nie ponieśli żadnej większej porażki. A gdy zostali otoczeni przez liczniejsze oddziały przeciwnika, potrafił wyprowadzić ich i z tego kotła. Czy następny dowódca nie będzie gorszy od "Szumnego"- Później okazało się, że był jeszcze lepszy, gdyż walczył z bronią w ręku do końca czerwca 1949 r.

Relację o śmierci "Szumnego", to, w jaki sposób zginął, przekazali żołnierze biorący wówczas udział w walce z partyzantami. Po kilku dniach względnego spokoju okazało się, że partyzanci nie zaniechali swojego planu przeprawy na przeciwny brzeg Bugu. Dokonano tego nie w okolicy Drohiczyna, jak to planował "Szumny", lecz trzydzieści kilometrów w dół rzeki, w okolicy Kiełpińca. Po zasięgnięciu różnych informacji, oddział ruszył w kierunku Sterdyni na teren powiatu sokołowskiego. Ominięto osadę Sterdyń, kierując się w okolice Jabłonny, by po krótkim odpoczynku ruszyć w stronę Korczewa. Zanim jednak tam dotarli, otrzymali wiadomość, że od strony Łosic zbliżają się oddziały wojska wyposażone w dwa samochody pancerne. Podczas krótkiej narady "Młot" zaproponował porucznikom: "Zygmuntowi" i "Wiktorowi" – Lucjanowi Minkiewiczowi, którzy dowodzili kompanią z brygady "Łupaszki", aby udać się w kierunku zachodnim w rejon rucheńskich lasów, na pograniczu powiatu sokołowskiego i węgrowskiego, i tam dać swoim ludziom trochę odpoczynku. Przez kilka dni oddział kluczył skrajem tego leśnego kompleksu, zmieniając codziennie miejsce postoju i unikając w ten sposób walki z wojskiem. Robili to nie dlatego, że się ich bali, lecz dlatego, że nie chcieli zabijać zwykłych żołnierzy. Zawzięcie jednak ścigali ubowców. Warto wspomnieć, że w jednej miejscowości nigdy nie kwaterowali dłużej niż dzień. Gdy zapadał zmrok, oddział ruszał dalej. Noc zazwyczaj spędzano na wsi, wystawiając na jej krańcach patrole, które na czas kwaterowania nikogo ze wsi nie wypuszczały. Jeżeli ktoś przyszedł do takiej miejscowości, to go wpuszczano, lecz wyjść mógł dopiero wtedy, gdy partyzanci ją opuścili. A czyniono tak, aby nikt nie mógł zdradzić, gdzie kwaterują partyzanci. W nocy z 6 na 7 sierpnia przybyli do miejscowości Węże, oddalonej 10 kilometrów od Sokołowa Podlaskiego. "Młot", "Zygmunt" i "Wiktor" wybrali sobie kwaterę w środku wsi u Czarnockiego, pozostali partyzanci w kilku innych domach. Ich stan liczebny wynosił wówczas około 140 ludzi, licząc także kompanię "Łupaszki" pod dowództwem "Zygmunta" i "Wiktora". Dla tak pokaźnej grupy ludzi kwatermistrz codziennie wysyłał do sąsiednich wsi ludzi po chleb, mąkę, słoninę i inne artykuły żywnościowe. Oddział posiadał kilka konnych wozów do przewożenia prowiantu, amunicji i w razie potrzeby, rannych. Początkowo los jakby się uśmiechnął do partyzantów. Wysłani do sąsiedniej wsi zwiadowcy dali znać wczesnym rankiem, że drogą od strony Węgrowa do Siedlec, (która wówczas tylko częściowo była utwardzona a dalej tylko żwirówka), Rosjanie pędzą wielkie stado bydła, liczące około 150 sztuk. Były to krowy z terenów niemieckich, przeważnie z Prus Wschodnich pędzone do ZSRR. Sowieci pędzący bydło zboczyli pomyłkowo z wyznaczonej drogi lub chcieli skrócić sobie drogę do Siedlec. Kilka podobnych stad bydła pędzono wówczas i przez Sokołów.

"Młot" po otrzymaniu wiadomości zatarł ręce i miał powiedzieć – "Będzie żarcia pod dostatkiem". Dowódcy plutonów wydali odpowiednie rozkazy. Spokojnie wpuszczono stado do wsi wraz z kilkoma sowieckimi żołnierzami, których natychmiast rozbrojono. We wsi był duży staw, krowy spragnione weszły więc do wody, pijąc ją do syta. Partyzanci wybrali sobie trzy sztuki i zastrzelili je. Mieli mięsa pod dostatkiem. (W owym czasie mieszkałem przy ulicy Bóżniczej, obecnie Magistrackiej, tuż obok żydowskiego cmentarza, na którym Rosjanie urządzali krótki popas tegoż bydła. W stadach tych były także olbrzymie woły z długimi, zakręconymi rogami. W niemieckich majątkach używane one były jako siła pociągowa).

Należało także zaopatrzyć oddział w chleb. Wysłano więc trzech partyzantów furmanką po mąkę do oddalonego pięćset metrów od wsi wiatraka, stojącego wówczas przy bocznej drodze Węże – Sokołów, należącego do Kirylaka. Jednym z partyzantów, którzy udali się po mąkę był Henryk Jakonowski ps. "Skała". Załadowano na wóz dwa worki mąki, płacąc za nią pieniędzmi zabranymi z kasy państwowej. Mąkę tę zazwyczaj zamieniano z rolnikami na chleb. Jednak tym razem do tego nie doszło. Zaledwie zdążyli dojechać z mąką do wsi, gdy w górze usłyszeli warkot samolotu. "Skała" spojrzał na zegarek. Zbliżała się godzina ósma rano. Podniósł głowę do góry i ujrzał nad wioską zataczający koło samolot. Po jego kształcie poznał, że jest to zwykły sowiecki dwupłatowiec z czerwoną gwiazdą, jakich Rosjanie używali na zapleczu frontu. Partyzanci domyślili się, że zapewne wieczorem, gdy weszli do wsi i poczęli szykować kwatery na noc, ktoś kto współpracował z komunistami, wymknął się z wioski i dał znać do Urzędu Bezpieczeństwa lub Milicji o biwakującym we wsi oddziale.

Sowiecki samolot okrążył dwukrotnie wieś, obniżył lot i zanim wóz z mąką dojechał do domu, gdzie znajdował się kwatermistrz oddziału, z dwupłatowca poczęły się sypać serie z karabinu maszynowego. Partyzanci odpowiedzieli ogniem, kryjąc się za budynkami. Samolot jeszcze bardziej obniżył lot do wysokości 200 – 300 metrów, zmniejszył gaz, tak że silnik pracował bardzo cicho. Pilot wychyliwszy się z kabiny, zaczął wołać: "Bandity! Oddajcie karowu!" – po czym ponownie zaczął strzelać długimi seriami. Nie trwało to jednak długo. Zamilkł karabin maszynowy. Samolot przechylił się na lewą stronę, potem na prawą. Następnie począł zniżać lot, oddalając się w kierunku południowym. Dostał! Dostał! – poczęli wołać partyzanci. Prawdopodobnie siedzący za pilotem żołnierz obsługujący karabin maszynowy został zabity lub ranny. Mogła zostać uszkodzona maszyna, gdyż zaledwie dwa kilometry dalej wylądowała na polu. Po tym wydarzeniu dowódcy oddziału wiedzieli, że należy szybko opuścić wieś. Pośpiesznie ładowano na wozy wojskowe sprzęt, żywność. Zaledwie to uczyniono, gdy rozstawione nieopodal czujki dały znać, że w oddali na drodze wiodącej od Wyszkowa, słychać warkot samochodów. W kilka minut później zauważono na drodze obłok kurzu i kilka ciężarowych samochodów. Jechały one jednak niezbyt szybko po wyboistej, polnej drodze, kołysząc się w lewo i w prawo. Partyzanci nie byli w stanie ujść niezauważeni, postanowili więc przy tej drodze przyjąć bitwę. Mieli jeszcze chwilę czasu, aby się do tego przygotować. Obsadzili drogę po obu stronach, w miejscu gdzie rosły gęste krzaki i nieco dalej od drogi, wśród chaszczy i młodych brzózek. Znajdowało się tam niewielkie wzniesienie, z którego przez lornetki i gołym okiem widać było kolumnę ciężarówek. Było ich osiem, z tym, że podzielone na dwie grupy. W pierwszej cztery i tak samo w drugiej. Odległość pomiędzy pierwszą grupą a drugą wynosiła około 300 – 400 metrów. Plan partyzantów był prosty: wpuścić pierwsze ciężarówki między ukrytych partyzantów a po krótkiej walce zmusić ich do poddania się. Wówczas żołnierze jadący w dalszych ciężarówkach szybko się wycofają, nie podejmując walki. Jadące przodem cztery ciężarówki zbliżyły się blisko ukrytych partyzantów. Wówczas zagrały nagle k
arabiny maszynowe i automaty, rozległy się wybuchy granatów…
c.d.n.

Szlakiem "Młota" i "Łupaszki" – część 2

CZĘŚĆ II

Oddział "Szumnego" był liczniejszy niż "Młota", wobec czego postanowił on połączyć się z "Szumnym" i oddać się pod jego rozkazy. Po kilku udanych akcjach, "Szumny" mianował "Młota" swoim zastępcą. Jednak większość decyzji dotyczących różnych operacyjnych akcji podejmował "Młot", gdyż jako zawodowy plutonowy z kilkuletnią służbą wojskową miał bez porównania większe doświadczenie niż "Szumny". Jak się później okazało, "Młot" był żołnierzem z krwi i kości, jakich mało można było spotkać. Połączone oddziały liczyły teraz prawie stu pięćdziesięciu ludzi. Prawie wszyscy posiadali wojskowe mundury i czapki rogatywki, oficerskie pasy z koalicyjkami przez piersi, buty z cholewami, tzw. oficerki lub wojskowe kamasze. Broń, w większości maszynowa, niemiecka jak też sowieckie erkaemy Diegtiariewa, pepesze i kbk. Na pierwszy rzut oka niczym nie różnili się od regularnego wojska. Ponadto, oddział posiadał bryczkę, z której podczas dłuższych marszów korzystał "Szumny". Była też mała orkiestra: akordeon, saksofon, skrzypce i trąbka na której grał Solich z Drohiczyna. Orkiestra grała zazwyczaj, gdy oddział opuszczał miejsce postoju, czyli jakąś miejscowość – wieś, gdyż prawie nigdy nie urządzano noclegu w lesie, tylko we wsi lub kolonii – kwatery zawsze były pod dachem.

Był też kwatermistrz odpowiedzialny za wyżywienie oddziału. On też wypłacał każdemu co miesiąc żołd, który wówczas wynosił 500 złotych, dodatkowo żołnierze dostawali papierosy. Dla przykładu nadmienię wartość żołdu. Kilogram słoniny czy kiełbasy kosztował wówczas 100 zł, tyle samo kosztował litr wódki czy dobrego bimbru. Każdy partyzant musiał być codziennie ogolony, mieć wyczyszczone buty i mundur. Oddział "Szumnego" operował nie tylko w okolicy Drohiczyna czy Siemiatycz, lecz po obu stronach Bugu, zjawiając się często tam, gdzie się go nie spodziewano.

Na początku maja 1945 r. do oddziału "Szumnego" dotarły wieści, że w siemiatyckim więzieniu znajduje się dużo ludzi aresztowanych przez UB z rejonu Siemiatycz. Urząd Bezpieczeństwa w tym mieście był znany w całej okolicy z powodu represji i okrucieństw, jakich dopuszczali się ubecy względem byłych członków AK i sympatyzującej z nimi ludności. Poczęto więc snuć plany zdobycia tego miasta. Nie było to jednak łatwe przedsięwzięcie. W Siemiatyczach oprócz Urzędu Bezpieczeństwa i komendy milicji, kwaterowała także kompania Wojska Polskiego. Partyzanci nawiązali kontakt z operującym w okolicy Bielska I Szwadronem Wileńskiej Piątej Brygady AK, przedstawiając im propozycję wspólnej akcji zdobycia miasta. Po kilku dniach, plan zaakceptował dowódca brygady, "Łupaszka". Zanim jednak przystąpiono do jego realizacji, postanowiono dokładniej zapoznać się z siłami wroga. Od specjalnych łączników mieszkających w mieście otrzymano meldunek, że siły milicji i UB liczą łącznie około 60 ludzi, kompania żołnierzy około 80 osób oraz kilkunastu członków PPR i ZMW, którym miejscowe władze dały różną broń. W sumie około 160 osób. Ponadto, partyzanci liczyli na zaskoczenie przeciwnika, gdyż miasto postanowiono zdobyć w nocy. Na dzień przed rozpoczęciem akcji, "Szumny" z "Młotem" rozesłali do nadbużańskich wsi "wici", zbierając grupki zakonspirowanych członków AK i NSZ, by zasilić swój oddział. Zaczęli więc małymi grupkami przybywać uzbrojeni mężczyźni z takich miejscowości jak: Arbasy, Osnówka, Twarogi, Perlejewo, Granne, itp., w większości członkowie NSZ. Tuż przed wieczorem oddział "Szumnego" liczył ponad 200 ludzi. Ci ostatni, idąc na tą wyprawę, wzięli ze sobą dwa konne wozy załadowane amunicją i granatami. Miały one także służyć do przewozu rannych. Do tej grupy ludzi dołączyła jeszcze wspomniana kompania "Łupaszki" pod dowództwem porucznika "Zygmunta" – Zygmunta Błażejewicza. Całość sił partyzanckich liczyła ponad 300 ludzi. Wśród nich byli także partyzanci z Sokołowa: Henryk Jakonowski ps. "Skała", Eugeniusz Todorski z ulicy Węgrowskiej, Kacper Błoński z ulicy Sadowej, Zechcio Sawicz, Marian Warsztocki z koloni Skrzeszew, byli też z miejscowości Zawady i inni.

W godzinę po zapadnięciu zmroku, zostały przecięte wszystkie linie telefoniczne łączące Siemiatycze z innymi miejscowościami. W ciągu następnej godziny miasto zostało otoczone partyzanckimi oddziałami, nie pozwalając nikomu opuścić miasta. Przed północą na sygnał rakiety, poszczególne kampanie i plutony ruszyły do centrum miasta, śpiewając znane partyzanckie, wojskowe i legionowe pieśni. Już na peryferiach miasta nastąpiły krótkie potyczki z patrolami ubeków i milicji, którzy odpowiadając strzałami, schronili się w budynkach swych komend. Partyzanci otoczyli te budynki jak również koszary wojskowe. Wystrzelono w górę kilka rakiet by oświetlić miasto i wezwano otoczone załogi do poddania się. Ale wtedy punkty oporu przeciwnika odpowiedziały gwałtownym ogniem. Rozpoczęła się walka. Po kilkunastu minutach poddali się żołnierze. Kilkunastu z nich, nie chcąc się poddać, korzystając z ciemności nocy, zbiegło na pobliskie pola. Natomiast Urząd Bezpieczeństwa mocno się bronił, ziejąc kulami z okien budynku. Partyzanci jednak przewidzieli, że zdobycie tego budynku nie będzie łatwe. Szykując się na tę wyprawę, wzięli ze sobą piata ? angielski przeciwpancerny granatnik. Ustawili go naprzeciw szczytu budynku, gdzie nie było okien i nie leciały kule. Po kilku strzałach zawaliła się szczytowa ściana, tworząc duży wyłom. Zaraz też wrzucono tam kilka ręcznych granatów. Gdy dym i kurz nieco opadł, z wnętrza budynku odezwały się głosy:

– Nie strzelać! Poddajemy się!

Tak też się stało, po chwilowym przerwaniu ognia, z budynku poczęli częściowo wychodzić ubecy z podniesionymi rękami. Otworzono zaraz prowizoryczne więzienie, w którym znajdowało się kilkadziesiąt osób. Sporadycznie trwały jeszcze walki. Broniła się jeszcze komenda milicji i część żołnierzy, którzy zbiegłszy ze swych koszar, tutaj znaleźli schronienie. Gdy się jednak dowiedzieli, że budynek UB został zdobyty, poddali się bez żadnych warunków. Gdy umilkły strzały, część mieszkańców miasta wyszła na ulice, by powitać zwycięskich partyzantów. Ci zaś, w centrum miasta zrobili zbiórkę swych oddziałów. A następnie na głównej ulicy zorganizowali coś w rodzaju defilady, idąc zwartymi oddziałami przez całe miasto, śpiewając wojskowe i partyzanckie piosenki. Gdy doszli do rynku, wystrzelono w górę dziesiątki rakiet, tworząc na ciemnym tle nieba świetlny parasol. Przed świtem partyzanci opuścili miasto, wycofując się do okolicznych lasów. Zabrali też ze sobą wziętych do niewoli ubeków i milicjantów. Tych, co dopuścili się zbrodni wobec byłych członków AK i NSZ, powieszono. Pozostałych puszczono wolno, udzielając odpowiedniego ostrzeżenia. Zabrano im też mundury i buty.

Zdobycie Siemiatycz było jedną z większych zwycięskich akcji partyzanckich na Podlasiu i odbiło się głośnym echem w okolicy. W kilka dni później, partyzanci zaplanowali kolejną większą operację, której celem miało być opanowanie mostu na Bugu, w pobliżu Siemiatycz. Tego ważnego kolejowego mostu strzegła kompania wojska w sile około sześćdziesięciu żołnierzy. Akcję wyznaczono na 18 maja. Miejscowi partyzanci dobrze znali most i przylegające do niego tereny. Tego dnia kilka kilometrów przed mostem, około pięćdziesięciu partyzantów wsiadło do pociągu jadącego od strony Siedlec do Siemiatycz. Gdy pociąg tuż przed mostem zaczął zwalniać, jak to zawsze czyniła obsługa pociągu, partyzanci wyskoczyli z wa
gonów na tory, obezwładnili dwóch wartowników, a następnie otoczyli pozostałą grupę, zmuszając ich do poddania. Żołnierze bez oporu oddali broń, a kilkunastu z nich wywodzących się z Wileńszczyzny, wstąpiło do oddziału "Szumnego" wraz z dowódcą kompani, który przyjął pseudonim "Kmicic".

Oprócz większych akcji i bitew, prawie codziennie trwały drobne potyczki z kręcącymi się w terenie milicjantami i ubekami. W drugiej połowie lipca, do oddziału "Szumnego" i "Młota" doszły wieści, że po przeciwnej stronie Bugu, w okolicy Korczewa, polscy żołnierze, tzw. berlingowcy, pod dowództwem sowieckich oficerów NKWD dokonują masowych aresztowań podejrzanych jak i przypadkowo napotkanych mężczyzn. "Szumny" dowiedziawszy się o tym, postanowił osobiście sprawdzić, czy wieści są prawdziwe. Oprócz tego, miał nawiązać bliższy kontakt z dowódcą innego partyzanckiego oddziału, "Rekinem", działającym po drugiej stronie Bugu.

Rankiem, 26 lipca, "Szumny" dobrał sobie trzech partyzantów, w tym swego adiutanta Jabłonowskiego i przeprawił się na drugi brzeg rzeki. Tu dokładnie rozejrzeli się po najbliższej okolicy. Nic jednak podejrzanego nie spostrzegli. Ruszyli wiec przed siebie. Zamierzali dotrzeć do wsi Bużyski i Starczewice, gdyż tutaj mieli się spotkać z oddziałem "Rekina". Gdy wyszli na szeroko otwartą równinę, ujrzeli nagle wyłaniającą się zza niewielkiego wzniesienia grupkę ludzi w wojskowych mundurach, którzy z daleka czynili rękami jakieś gesty. "Szumny" i towarzyszący mu partyzanci myśleli, że zbliża się oddział "Rekina". Śmiało więc ruszyli ku nim. Gdy zbliżyli się na odległość trzystu metrów, ujrzeli wyłaniającą się tyralierę wojska. Zrozumieli, że to pomyłka. Wygarnęli więc ze swych automatów po kilka serii i poczęli uciekać do odległych kilkaset metrów zarośli. Wtedy idący na przedzie tyraliery erkaemista, z pozycji stojącej wygarnął za uciekającymi kilka długich serii. Padł "Szumny" i towarzyszący mu partyzanci. Taki był koniec "Szumnego". W tym czasie jego oddział liczył około 120 ludzi, pełne cztery plutony. Po jego śmierci dowództwo nad całością objął "Młot".
c.d.n.

Szlakiem "Młota" i "Łupaszki" – część 1

Szlakiem "Młota" i "Łupaszki"

CZĘŚĆ I
Starsi mieszkańcy powiatu sokołowskiego pamiętają ostatnią wojnę i pierwsze powojenne lata. Dużo słyszeli o znanym partyzancie Władysławie Łukasiuku pseudonim "Młot". Walczył on w latach 1945-1949 z komunistycznymi władzami, funkcjonariuszami Urzędu Bezpieczeństwa, Milicji i tymi wszystkimi, którzy chcieli go schwytać lub zabić. A że był nieuchwytny i tropił zawzięcie ubeków, za jego głowę została wyznaczona nagroda w wysokości 100 tys. zł. Z końcem lata 1946 roku na dawnym rynku w Sokołowie, czyli przy obecnym placu ks. Brzóski rozlepiono duże plakaty z podobizną "Młota" oraz napisem: "Władysław Łukasiuk ps. "Młot" – groźny bandyta. Kto dostarczy go żywego, zabitego lub wskaże miejsce, gdzie przebywa, otrzyma w nagrodę 100 tys. złotych."

Postanowiłem przypomnieć w odcinkach cząstkę historii lat powojennych, którą opisuje Marian Pietrzak pt. Szlakiem "Młota" i "Łupaszki".

– Wiosna 1945 r. zaczęła się dość wcześnie. Już z końcem marca wsiedliśmy z ojcem na rowery, udając się do starej rzeki płynącej przez Bielany, Ruciany, Krynicę, gdzie łowiliśmy szczupaki. Po drodze mijaliśmy ciągnące na zachód kolumny rosyjskiego wojska, ponieważ wojna się jeszcze nie skończyła. Nad Odrą i Nysą toczyły się ciężkie walki. Z polowych lotnisk pod Kurowicami i Ceranowem startowały i lądowały ciężkie bombowce, samoloty myśliwskie i zwykłe dwupłatowce. Na terenie powiatu w kilkunastu miejscowościach biwakowali rosyjscy i polscy żołnierze, a w lasach partyzanci. Dlaczego tu pozostali? Dlaczego nie złożyli broni?

Wejście Rosjan i koniec niemieckiej okupacji nie dały Polsce i jej obywatelom całkowitego spokoju i wolności. Już w kilka tygodni po tak zwanym wyzwoleniu na terenie miasta i powiatu nastąpiły masowe aresztowania żołnierzy Armii Krajowej i ich sympatyków. Czyniły to nowe władze polskie przy pomocy sowieckiego NKWD, chcąc się pozbyć politycznych przeciwników. Część tych ludzi wymordowano wkrótce po aresztowaniu, pozostałych czekała wywózka na Sybir. W tej sytuacji ci, którzy uniknęli aresztowania, wydobyli ukrytą broń i rozpoczęli walkę z nową władzą.

Na terenie powiatu sokołowskiego powstało kilka oddziałów partyzanckich. Jednym z większych, we wschodniej części powiatu, w gminach Korczew, Skrzeszew, Jabłonna był oddział Władysława Łukasiuka, pseudonim "Młot". Pochodził on ze wsi Tokary należącej do gminy Korczew, urodził się 16 lutego 1906 r. Po odbyciu służby wojskowej w Wołkowysku, pozostał w armii jako zawodowy podoficer w stopniu plutonowego. Podczas ćwiczeń miał wypadek. Koń, na którym siedział, przewrócił się łamiąc mu nogę w kolanie. Po wyjściu ze szpitala nie mógł normalnie chodzić, noga stała się sztywna. Zwolniony z wojska, wrócił w swoje strony i założył sklep. Podczas okupacji związał się z ruchem oporu, a następnie z Armią Krajową. Pod koniec okupacji dowodził plutonem AK, nadając sobie pseudonim "Młot".

Kiedy w 1944 r. weszli do Polski Sowieci, nie ujawnił się ze swoim oddziałem, gdyż wiedział, że w najlepszym przypadku czeka go Sybir lub kula z rąk UB. 26 października 1944 r. uniknął aresztowania. W okolicznych wsiach funkcjonariusze UB wspólnie z sowietami poczęli robić obławy na byłych żołnierzy AK. W tym czasie "Młot" zaczął na nowo tworzyć swój oddział. Zaraz też dołączyło do niego wielu innych młodych mężczyzn, którzy uniknęli aresztowania. Tak powstał znany później w okolicy oddział "Młota".

Zimę, z 1944/45 r. partyzanci przetrzymali w małych grupkach, gdyż tak łatwiej można było znaleźć kwaterę i żywność. Wiosną, 1945 r. "nowa władza" postanowiła szybko rozprawić się z tzw. "wrogami ludu", szczególnie z rosnącymi w siłę oddziałami partyzanckimi. W tym celu z tzw. Armii Berlinga wydzielono specjalne oddziały wojska do walki z partyzantami. Miały one wspólnie z UB, Milicją i sowieckimi oddziałami NKWD likwidować ruch oporu oraz pacyfikować sympatyzujące z nim wioski.

18 marca 1945 r. "Młot" kwaterował ze swoim oddziałem w okolicy Mężenina, gdy otrzymał wiadomość, że ubecy wspólnie z sowieckim oddziałem NKWD liczącym kilkudziesięciu ludzi, dokonują aresztowań w sąsiednich wioskach i że w niedługim czasie będą w Mężeninie. Partyzanci w sile trzydziestu, urządzili przed wsią na drodze zasadzkę. Kiedy sowieci z ubekami zbliżyli się na odpowiednią odległość, powitały ich serie z karabinów maszynowych i automatów. Zaskoczenie ich było wielkie. Idący w pierwszej grupie sowieci i ubecy zostali prawie wszyscy wybici lub ranni. Pozostali szybko się wycofali, bojąc się okrążenia. W zasadzce zginęło 12 Rosjan i dwóch ubeków. Było też kilku rannych, których wycofujący się zabrali ze sobą. Po stronie partyzantów nikt nie zginął. Zostało rannych dwóch żołnierzy, których wkrótce umieszczono w bezpiecznym miejscu na innym terenie. W kilkanaście dni później "Młot" nawiązał kontakt z dowódcą innego oddziału partyzanckiego operującego po przeciwnej stronie Bugu, w okolicy Drohiczyna – Teodorem Śmiałowskim, pseudonim "Szumny". Był on synem profesora drohiczyńskiego gimnazjum, rodziców o patriotycznej postawie. On sam, wychowany raczej w duchu romantyzmu a nie realizmu, marzył o suwerennej Polsce w dawnych granicach na wschodzie.
c.d.n.

Ppor. cz.w. Stanisław Marchewka „Ryba” (1908 – 1957) – część 2

Latem 1945 roku Delegatura Sił Zbrojnych na Kraj zdecydowała o zmianie sposobu walki ze zbrojnej na polityczną. W efekcie podjęto decyzję o „rozładowaniu lasów”. W toku tej akcji rozwiązany został też oddział „Ryby”. Utrzymał on stanowisko szefa samoobrony w nowoorganizujących się strukturach Rejonu Łomża WiN, ale nowe metody walki nie odpowiadały mu i w styczniu 1946 roku opuścił szeregi konspiracji.

Swoją walkę w strukturach ZWZ, AK, AKO, i WiN zakończył w stopniu podporucznika czasów wojny. Był odznaczony Krzyżem Walecznych i Krzyżem Virtuti Militari V klasy.

Po zerwaniu z konspiracją Stanisław Marchewka decyduje się ułożyć swoje życie na nowo, opuszcza łomżyńskie i osiedla się w Łodzi. Zostaje kupcem. Przyjeżdża do Łomży w 1947 roku aby dopełnić obowiązku ustawy amnestyjnej i wraca do Łodzi.

W roku 1950 zaczynają ponownie ukrywać się zagrożeni aresztowaniem major Jan Tabortowski „Bruzda” i kapitan Stanisław Cieślewski „Lipiec”. Urząd Bezpieczeństwa intensywnie poszukuje sposobu na ich likwidację, trafia również do Stanisława Marchewki.

Nie pozostawiono „Rybie” wielkiego wyboru – albo współpraca z UB i wydanie „Bruzdy” albo aresztowanie ze wszystkimi dalszymi konsekwencjami – przykładów co może stać się po aresztowaniu w tym okresie czasu nie brakowało. Pod koniec 1952 roku „Ryba” znalazł trzecie rozwiązanie. Pozornie zgodził się na współpracę z UB, otrzymał kryptonim „Rak” i z „błogosławieństwem” UB zaczął poszukiwać kontaktu z „Bruzdą”.

Do spotkania „Bruzdy” z „Rybą” doszło w lipcu 1953 roku u Apolinarego Grabowskiego w Jeziorku. „Ryba” opowiedział „Bruździe” o działaniach podjętych przez UB i wstąpił do grupy w której byli wówczas „Bruzda”, „Zegar” i „Tygrys” – Wacław Dąbrowski a nieco później dołączył do nich Jan Rogiński „Lis”.

Grupa powróciła na bagna biebrzańskie i wkrótce opuścił ją „Lis”. We wrześniu 1953 roku dokonano rekwizycji w PGR Ławsko, doszło do wymiany ognia w wyniku której zginął milicjant – funkcjonariusz KPMO z Grajewa. W październiku 1953 dokonano rekwizycji pieniędzy z ambulansu pocztowego. Akcja została przeprowadzona bez strzału i strat w ludziach mimo że UB miało informacje o możliwości takiej akcji.

Dzięki wejściu „Ryby” do grupy udało się wybudować kolejną kryjówkę tym razem w Jeziorku tuż koło Łomży, a tym samym poza terenem działania grup operacyjnych poszukujących ukrywających się. UB prowadziło ciągłe rozmowy z rodzinami Wysockiego i Dąbrowskiego próbując przeciągnąć ich na swoją stronę obietnicami amnestii – na razie bez rezultatów.

W sierpniu 1954 roku „Bruzda” zdecydował się na kolejną akcję rekwizycyjną – tym razem na Gminną Kasę Spółdzielczą w Przytułach. Grupa przybyła do Przytuł 23 sierpnia wieczorem. Aby dostać się do kasy należało zdobyć przechowywane na posterunku milicji klucze. Udali się tam „Bruzda” i „Ryba”. Na posterunku było trzech milicjantów, jeden z nich próbował wyrwać „Bruździe” broń z ręki. Padły strzały w wyniku których ranni zostali wszyscy milicjanci – w tym jeden ciężko i „Bruzda”, który ranny w klatkę piersiową upadł przed komisariatem. Pieniądze z kasy spółdzielczej zarekwirowano. Rana „Bruzdy” okazała się bardzo ciężka i na jego własną prośbę został on dobity strzałem z pistoletu przez „Rybę”.

„Ryba” myli pościg i melinuje się wspólnie z „Tygrysem” i „Zegą”, „Zegarem” w schronie u Apolinarego Grabowskiego w Jeziorku. Grupa ukrywa się i tylko od czasu do czasu dokonuje akcji rekwizycyjnych pozwalających na dalsze przetrwanie – w grudniu 1954 w Rydzewie, w czerwcu 1955 roku w Okrasinie, w sierpniu 1955 w Ciemnoszyjach i w lutym 1956 roku w Jeziorku. Urząd Bezpieczeństwa nie rezygnuje z możliwości dotarcia do „Tygrysa” i „Zegara”. Obaj zgadzają się wyjść z podziemia pod warunkiem amnestii, ale nie chcą ujawnić miejsca gdzie ukrywa się „Ryba”. Przełom następuje pod koniec lutego 1957 roku. Poprzez „Zdzisławę” t.w.UB udaje się w przybliżeniu ustalić miejsce pobytu grupy, a Tadeusz Wysocki „Zegar” dokonuje reszty wskazując funkcjonariuszom UB – kapitanowi Szkudelskiemu i kapitanowi Czaplejewiczowi lokalizację schronu, decyduje się też na udzielenie pomocy przy likwidacji „Ryby’.

Natychmiast rozpoczęto operację. 2 marca „Zegar” powrócił do schronu i pod pozorem choroby żony doprowadził do wyjścia ze schronu Wacława Dąbrowskiego „Tygrysa”. Natychmiast po odejściu „Tygrysa” zabudowania Grabowskiego zostały otoczone przez 2 kompanię 2 -go batalionu KBW z Grajewa. Pod pozorem wynoszenia gromadzącej się w schronie wody Wysocki wyszedł z kryjówki i zameldował UB że w schronie został tylko „Ryba”. Do chlewu, gdzie mieściło się wejście do schronu przedostali się kpt. Franciszek Czapajewicz z jeszcze jednym funkcjonariuszem UB. Zaniepokojony czymś „Ryba” właśnie opuszczał schron i zaczął strzelać do funkcjonariuszy UB ale broń której używał zacięła się, natomiast Czapajewicz serią z pistoletu maszynowego trafił „Rybę” zabijając go na miejscu.

W opowieściach miejscowych krąży inna wersja zdarzeń i śmierci „Ryby” nie przypisuje się Czapajewiczowi.

Postać „Ryby” pasjonowała mnie od dawna. Był kolegą moich rodziców. Był ostatnim oficerem AK, który zginął z bronią w ręku i to aż w 1957 roku. Dłużej od niego przetrwał tylko „Laluś” na lubelszczyźnie zabity przez SB w roku 1963. Często zadawałem sobie pytanie czy musieli zginąć i „Ryba” i „Laluś”. Czy zwycięskiej „władzy ludowej” nie było stać na gest łaski i darowania im ich „przewinień”. Czy naprawdę nie można było dla nich znaleźć miejsca w „nowym społeczeństwie”, a w końcu, czy nie można było ich „wywalić” za granicę, tak jak to robiono później w roku 1968 i po roku 1981.

Stanisław Wałach szef Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa z Białymstoku pisze o „Rybie” jako zaciętym wrogu „władzy ludowej”. Jest oczywiste że o inną Polskę niż Polska Wałacha bił się „Ryba”. Zaakceptował jednak zmiany i próbował ułożyć sobie życie wyjeżdżając do Łodzi. Dopełnił obowiązków ustawy amnestyjnej. To „władza ludowa” wybrała go sobie na swojego wroga. To „władza ludowa” zapędziła go w sytuację bez wyjścia. Czy ”Ryba” wierzył że jakoś z tego wyjdzie ? Moja mama „Grażyna” nie miała prawa opuścić łomżyńskiego po aresztowaniu mojego ojca „Rawicza”. UB liczyło na to, obserwując ją uda się znaleźć ścieżki prowadzące do „Bruzdy” a później i „Ryby”. Rzeczywiście, mimo ogromnego ryzyka taki kontakt istniał i to „Ryba” w czasie spotkania z moją mamą powiedział jej że „nie widzi szans na wyjście z więzienia mojego ojca, ale oni wygrają i zabezpieczą przyszłość dzieci „Rawicza”. Czy wierzył w to mimo wszystkiego co działo się wokół niego ? Czy była to tylko próba podtrzymania na duchu mojej mamy ? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie.

Janusz Przemysław Ramotowski

Ppor. cz.w. Stanisław Marchewka „Ryba” – część 1>
Strona główna>

Notka ta powstała z wykorzystaniem informacji zawartych w książkach:
  • „Jeden z wyklętych major Jan Tabortowski „Bruzda”; „Podziemie antykomunistyczne w łomżyńskim i grajewskim 1944-1957” Sławomira Poleszaka „Łomża i powiat łomżyński w latach drugiej wojny światowej i trudnych latach powojennych” Czesława Brodzickiego; pamiętnika Józefa Ramotowskiego „Rawicza” oraz materiałów operacyjnych UB zawartych jego w „teczce” ostatnio udostępnionej mi przez IPN.
    Janusz Przemysław Ramotowski
 

Ppor. cz.w. Stanisław Marchewka „Ryba” (1908 – 1957) – część 1

4 marca 1957 roku zginął we wsi Jeziorki podczas walki z oddziałem Urzędu Bezpieczeństwa podporucznik czasu wojny Stanisław Marchewka „Ryba”. Był on ostatnim oficerem podziemia poakowskiego, który zginął z bronią w ręku. Dłużej od niego przetrwał tylko „Laluś” na Lubelszczyźnie, zabity przez SB w roku 1963.

Stanisław Marchewka „Ryba” urodził się 15 listopada 1908 roku w Jeziorku koło Łomży. Rodzicami jego byli Antoni Marianna z domu Jankowska.
Służbę wojskową odbył w 18 pal i tam ukończył szkołę podoficerską. W 1939 roku 18 pal stanowił element SGO „Narew” .Stanisław Marchewka walczył w okolicach Ostrowi Mazowieckiej zdobytej przez Niemców 8 września i tam dostał się do niewoli, uciekł jednak z transportu. SGO „Narew” została ostatecznie rozbita 12 września 1939 roku.

Działalność niepodległościową rozpoczął w 1940 roku. Wspólnie z rodziną Rydzewskich z Jeziorka organizuje podziemie na terenie gminy Drozdowo i zostaje dowódcą miejscowego plutonu.
Przez jego pluton przewinęło się wielu ciekawych ludzi, Był w nim „Wiki – Wickey” Wiktor Surowiecki – kurier na trasie do Wilna aresztowany przez Niemców i osadzony z więzieniu w Łomży. Na wolność wydostał się uciekając z więzienia wspólnie z kpt.”Bruzdą”, por.”Lipcem” w nocy 12 stycznia 1943 roku. Pozostał w Obwodzie Łomżyńskim w plutonie „Ryby” aż do swojej śmierci w lipcu 1943 roku. Ciekawą postacią był poszukiwany przez Niemców listem gończym „Wuj” – żołnierz szaleńczej odwagi. Po pewnym czasie opuścił on struktury Obwodu Łomżyńskiego AK i działał na własną rękę. Zginął w Małym Płocku w zasadzce zorganizowanej przez Gestapo. Na polecenie „Lipca” zostali włączeni do plutonu w ramach „reedukacji” trzej mieszkańcy Olszewa, którzy trudnili się rozbojem podszywając się pod AK. Niestety, szansa dana im przez „Lipca” w niczym ich nie zmieniła. Niezdyscyplinowani, stwarzali wiele problemów aż w końcu uciekli z plutonu i wrócili do starego zajęcia kradnąc przy okazji najlepszą broń plutonu. Po ich lokalizacji zostali zlikwidowani. Pluton „Ryby” był bardzo aktywny i często wykorzystywany przez dowództwo Obwodu Łomżyńskiego do wszelkiego rodzaju akcji.

Pierwszego lipca 1944 roku zostaje aresztowany przez Niemców por. Józef Ramotowski „Rawicz” i jego żona Janina ps.”Grażyna” zawiadamia o tym fakcie „Rybę”. Ten wysyła łącznika do „Bruzdy” przebywającego w okolicach Wizny, sam zaś organizuje zasadzkę w lesie Jeziorkowskim na szosie Łomża – Jedwabne. Prawdopodobnie przygotowania do zasadzki nie uszły uwadze Niemców i dlatego do przewiezienia trójki aresztowanych Niemcy zorganizowali duże siły. Do Jedwabnego przyjechały trzy ciężarówki własowców osłaniane przez samochód pancerny. Na domiar złego w czasie przejazdu przez las Jeziorkowski własowcy zauważyli jakiś ruch w zaroślach, jeden z nich strzelił i kolumna została zatrzymana a spieszeni własowcy penetrowali obrzeże lasu. Jeden z nich przeczołgał się kilka metrów od zaczajonych partyzantów. Z uwagi na przewagę w sile ognia i braku elementu zaskoczenia „Ryba” nie zdecydował się na walkę i „Rawicz” został przewieziony do więzienia w Łomży a później do obozu koncentracyjnego.

W ramach akcji „Burza” pluton „Ryby” stanowił część zgrupowania kpt.”Lipca” i znalazł się w bazie na „Kościółku”. Prowadzone są akcje zaopatrzeniowe – w czasie jednej z nich plut.”Ryba” porywa landrata Millera. Według opowieści zasłyszanych przez Józefa Ramotowskiego „Rawicza” po negocjacjach Niemcy uwolnili kilkunastu ludzi, a landrat wraz ze swoim współtowarzyszem zostali „podrzuceni” z zawiązanymi oczami na moście w Piątnicy.
Niemcy postanawiają zniszczyć zgrupowanie, „Lipiec” zaś podejmuje decyzję o opuszczeniu bazy – co następuje w pierwszej połowie sierpnia 1944 roku. W czasie wycofywania się plut. „Ryba” atakuje i niszczy stojącą z okolicy Grądów Woniecko kolumnę samochodów ciężarowych. Dochodzi do kontaktu z wojskami sowieckimi. Sowieci żądają poddania się oddziału. „Lipiec” zmienia miejsce postoju oddziału – czyni to w porę, bo stare miejsce zostaje ostrzelane przez artylerię sowiecką – a następnie rozwiązuje oddział.
„Ryba” podobnie jak wielu żołnierzy ze zgrupowania majora „Bruzdy” i kapitana „Lipca” zostaje ze swoimi ludźmi rozbrojony i wcielony do 6 Zapasowego Batalionu 2 Armii Wojska Polskiego, skąd na rozkaz podziemia dezerteruje na początku 1945 roku i kontynuuje walkę w ramach AKO stworzonej 15 lutego 1945 roku rozkazem podpułkownika „Mścisława” – Władysława Liniarskiego komendanta Białostockiego Okręgu Armii Krajowej.
Awansowany do stopnia podporucznika „Ryba” obejmuje funkcję przewodnika walki czynnej Rejonu D AKO – był to odpowiednik funkcji szefa kedywu Inspektoratu Łomżyńskiego AK z przed stycznia 1945 roku. Zostaje też adiutantem majora „Bruzdy”. Do realizacji zadań samoobrony i walki czynnej powołano do istnienia oddział partyzancki poruszający się po terenie Rejonu D. Oddział ten liczył do 40 ludzi, z którego wyselekcjonowano kilkuosobową grupę podległą bezpośrednio ppor. ”Rybie” i stanowiącą ochronę osobistą majora „Bruzdy”. Wykonano wiele akcji likwidując dawnych współpracowników niemieckich i konfidentów „nowej władzy”. Atakowano posterunki milicji i zdobywano broń, dochodziło do starć z NKWD. W styczniu 1945 roku Białymstoku zostaje aresztowana przez NKWD i poddano ciężkim przesłuchaniom Franciszkę Ramotowską „Iskra” łączniczka, sanitariuszka i wielka sympatia „Bruzdy”. Na początku kwietnia 1945 roku „Iskra” została ciężko ranna w czasie próby ucieczki i umieszczona w Szpitalu Garnizonowym w Białymstoku. Major „Bruzda” zdecydował się na próbę jej odbicia. Akcję wykonano bez strat i bez jednego strzału wieczorem 20 kwietnia 1945 roku. Brali w niej udział „Bruzda”, „Ryba” , „Szczedroń” , „Jastrząb” , „Komar” , „Cezar” i „Sokolik”. Ranna „Iskra” została przetransportowana do Jeziorka – rodzinnej miejscowości „Ryby” i tam ją leczono, a następnie umieszczona w Warszawie.

Pod koniec kwietnia major „Bruzda” podjął decyzję o ataku na Grajewo. Celem akcji było uwolnienie aresztowanych przez UB żołnierzy podziemia i oraz sparaliżowanie pracy przedstawicieli „władzy ludowej”. Akcję wykonano w nocy z 8 na 9 maja. Ugrupowanie liczące około 200 ludzi zostało podzielone na cztery grupy – pierwsza pod dowództwem „Ryby” miała zaatakować UBP, druga pod dowództwem „Wawra” Komendę Powiatową Milicji, trzecia pod dowództwem „Olszyny” miała blokować komendanturę radziecką, czwarta zaś pod dowództwem „Dęba” miała blokować drogi dojazdowe do miasta. „Ryba” otoczył budynek swoimi ludźmi, ostrzelał go zmasowanym ogniem broni maszynowej a następnie do ataku przystąpiły kilkuosobowe grupy szturmowe, atakując budynek granatami i wdzierając się do środka. Uwolniono około 60 więźniów, zdobyto dokumenty i broń. Cała akcja na Grajewo zakończyła się powodzeniem, a w czasie powrotu rozbrojono jeszcze posterunek milicji w Szczuczynie i zlikwidowano punkt łączności Armii Radzieckiej pod miejscowością Łojki – dokonał tego patrol dowodzony przez „Rybę”.
11 maja major „Bruzda” wraz z ppor.”Rybą” i sześcioosobowym patrolem por.Wojciecha Przybylaka „Łosia” przebywał w lesie koło leśniczówki Drozdowo. Tam dostają wiadomość o aresztowaniu przez grupę operacyjną MO z Warszawy komendanta placówki Wyrzyki „Jałowca”. Zorganizowano zasadzkę na szosie Wizna – Łomża. W wyniku walki zginęło lub zostało rannych 16 funkcjonariuszy UB-MO, zdobyto całą broń i uwolniono „Jałowca”. Oddział miał tylko jednego lekko rannego.
Był to koniec działalności na terenie łomżyńskiego tzw. ”Szturmówki” – specjalnego oddziału powołanego w Warszawie do walki z podziemiem w łomżyńskim, a dowodzonego przez kapitana NKWD. Oddział ten liczący około 70 ludzi został skierowany do Łomży w marcu 1945 roku i w maju tego samego roku po klęsce pod Wyrzykami wycofany do Warszawy.

21 maja sześciu współpracujących z „Rybą” strażników więzienia w Łomży rozbraja pozostałych, likwiduje dwóch z nich, uwalnia więźniów, rekwiruje broń, pieniądze i zapasy żywności, niszczy dokumentację więzienną i dołącza do oddziału „Ryby”.

22 maja „Ryba” rozpędza odprawę Gminnej Rady Narodowej i sołtysów z Drozdowie. Rekwiruje akta i pieniądze. Jednocześnie zaostrza się konflikt między AKO i NSZ. Doprowadza to do wzajemnych konfiskat broni, pobić a nawet wykonywania wyroków śmierci. Patrole ppor. „Ryby” , często dowodzone przez niego osobiście biorą udział w tej bratobójczej walce.

Ppor. cz.w. Stanisław Marchewka „Ryba” – część 2>
Strona główna>
 

Mjr Jan Tabortowski "Bruzda" (1906 – 1954) – część 1

Jednym z ostatnich oficerów Armii Krajowej, który zginął w walce, był major Jan Tabortowski ("Bruzda"). Urodzony w 1906 roku pochodził z głęboko patriotycznej kresowej rodziny, która dla sprawy niepodległości Polski wiele uczyniła i wiele wycierpiała. W czerwcu 1920 roku, przed rozpoczęciem ofensywy Tuchaczewskiego, Tabortowscy opuścili Mińsk Litewski i przenieśli się do Warszawy. Na początku lata trzydziestych obydwaj synowie Jan i Albert, zostali oficerami WP.

Jan Tabortowski „Bruzda” urodził się 16 października 1906 roku w Nowogródku w rodzinie drobnej szlachty o starych tradycjach patriotycznych. Rodzicami jego byli Jan i Wacława z domu Wojno-Sidorowicz.

Pierwsze zachowane wzmianki o tej rodzinie pochodzą z XVII wieku.
Pradziad „Bruzdy” Nikodem Tabortowski zginął w wieku 70 lat zakatowany przez Kozaków, a jego synowie Walerian i Aleksander brali udział w Powstaniu Listopadowym Walerian późniejszy członek Wielkiej Emigracji we Francji w stopniu rotmistrza i Aleksander dziadek „Bruzdy” w stopniu szeregowca.
Po wybuchu rewolucji w Rosji rodzice „Bruzdy” zamieszkali w Mińsku i dom jego ojca stał się punktem konspiracyjnym POW. Konspirował ojciec, starszy brat „Bruzdy” Wacław, siostra Maria, a i Jan mały jeszcze chłopiec przenosił meldunki.

Odzyskanie niepodległości w 1918 roku poprawiło sytuację żyjącej dotąd w wielkiej biedzie rodziny, ale wybuch wojny polsko-sowieckiej i konieczność ewakuacji Mińska przekreślił nadzieję na stabilizację, był też przyczyną jednej z pierwszych tragedii rodzinnych.
Na wschodzie zostaje siostra „Bruzdy” Maria, a w Warszawie umierają siostry Bożena i Celina. Brat „Bruzdy” Wacław wysłany do Mińska przepada bez wieści. Z licznej rodziny pozostają rodzice, Maria, która przedostaje się do Polski oraz Jan i jego brat Albert.
Rodzina powraca do Nowogródka, i tam bracia Jan i Albert rozpoczynają naukę w Gimnazjum im.Adama Mickiewicza.

Po otrzymaniu matury w 1927 roku Jan Tabortowski zostaje wcielony do wojska. Służbę odbywa w 79 pp, ale szybko zostaje przeniesiony do Oficerskiej Szkoły Piechoty w Ostrowi Mazowieckiej, na kurs podchorążych służby stałej, a następnie do Oficerskiej Szkoły Artylerii z Toruniu. W 1930 roku kończy szkołę i zostaje awansowany do stopnia podporucznika i rozpoczyna służbę w pułkach artylerii w Lidzie i Nowowilejce. W roku 1933 zostaje awansowany do stopnia porucznika , służy w 19 PAL w Nowowilejce.
W roku 1935 zostaje skierowany do Centrum Wyszkolenia Broni Pancernej w Modlinie i po ukończeniu kursu od 1936 roku służy w I Dywizjonie Pociągów Pancernych w Legionowie.
Mieszka z bratem Albertem kapitanem Wojska Polskiego i słuchaczem Wyższej Szkoły Wojennej i matką. W kampanii wrześniowej Albert walczy pod Lwowem, dostaje się do niewoli sowieckiej i ginie w Charkowie.

Przed wybuchem II Wojny Światowej Jan Tabortowski był dowódcą plutonu czołgów rozpoznawczych pociągu pancernego nr.11 „Danuta”. Pociąg patrolował granicę na odcinku Chodzież Bydgoszcz. Po wybuchu wojny Jan Tabortowski zostaje zastępcą dowódcy pociągu pancernego „Danuta”. Pociąg osłania odwrót wojsk polskich na linii Toruń – Inowrocław , 9 września dociera do Kutna i bierze udział w bitwie nad Bzurą.
Na stacji Jackowice por.Jan Tabortowski znajduje porzucone w transporcie cztery armaty 75 mm i organizuje improwizowaną baterię, która wspiera ogniem pociąg pancerny i kontynuuje walkę po jego zniszczeniu w dniu 16 września.
18 września 1939 bateria osłania odwrót jednostek polskich za linię rzeki Bzury, otoczona przez Niemców po wyczerpaniu amunicji kapituluje. Ranny Jan Tabortowski zostaje wzięty do niewoli i umieszczony w szpitalu w Warszawie, skąd ucieka w styczniu 1940 roku.
Przekracza linię demarkacyjną w okolicach Wysokiego Mazowieckiego i przy pomocy swojego kolegi por.Czesława Gołębiowskiego ps.”Bosy” zostaje wciągnięty do konspiracji. Przyjmuje pseudonim „Kusy” i od wiosny 1940 zostaje komendantem Obwodu Bielsk Podlaski. Mimo bardzo trudnej sytuacji organizuje pracę Obwodu, a w maju 1942 roku obejmuje stanowisko inspektora dwóch obwodów AK – Łomża i Grajewo. Zostaje też awansowany do stopnia kapitana i odznaczony Krzyżem Walecznych, przyjmuje pseudonim „Bruzda”, wtedy też poznaje por. rezerwy Stanisława Cieślewskiego – „Lipca” z którym los związał go do końca.

W listopadzie 1942 po odprawie w Łomżycy zostają przypadkowo aresztowani i osadzeni w więzieniu w Łomży: Inspektor rejonowy kpt. „Bruzda”, komendant obwodu łomżyńskiego por. „Lipiec” i szef VIII referatu por. „.Maj”.
Sytuacja była napięta. Po pierwsze Niemcy mogli się zorientować kogo przetrzymują w więzieniu, po drugie aresztowanie aż trzech oficerów paraliżowało pracę obwodu.
Po analizie sytuacji zdecydowano się na organizację ucieczki więźniów. Wykorzystano do tej akcji skonspirowanego strażnika więziennego „Zarzyna” i obecność w więzieniu innych żołnierzy AK por. „Bystrego” i łącznika z Wilna o pseudonimie „Wickey”.
Teresa Lustych „Hanka”, która kierowała Wojskową Służbą Kobiet zorganizowała dostawę paczek żywnościowych do więzienia. W ten sposób przemycono do więzienia broń krótką, amunicję, materiały wybuchowe i dorobione klucze. Przenoszeniem broni do Łomży zajmowała się między innymi Janina Ramotowska „Grażyna” żona Józefa Ramotowskiego „Rawicza”- szefa wywiadu na rejony Przytuły i Jedwabne.
Ucieczka dochodzi do skutku w nocy z 12 na 13 stycznia, ucieka około 10 więźniów, obywa się bez starcia z Niemcami, tylko „Lipiec” łamie nogę i musi się leczyć.

„Bruzda” zostaje mianowany inspektorem Inspektoratu suwalskiego, a na jego funkcję obejmuje cichociemny – por.Hieronim Łagoda „Lak” – uczestnik walk kampanii 1939 roku, walk pod Narwikiem i kampanii francuskiej.
Inspektorat suwalski był nasycony oddziałami partyzanckimi i „Bruzda” dużo czasu spędzał w lesie dokonując inspekcji podległych mu oddziałów.
Korzysta z każdej okazji osobistego udziału w akcjach. W kwietniu 1943 roku , przebywając na odprawie na terenie Obwodu Zambrów odbija z rąk Niemców swojego kolegę kpt.Czesława Gołębiowskiego „:Bosego" przetrzymywanego w Wiźnie. W sierpniu tego samego roku dowodzi wypadem na majątek Potyte – Jabłoń i uderzeniem na oddział żandarmerii w Królowej Wodzie, a w listopadzie dowodzi walką pod Strzelcowizną.
W październiku 1943 kapitan „Bruzda” zostaje ponownie odznaczony Krzyżem Walecznych.

30 stycznia 1944 roku „Bruzda” został odwołany z zajmowanego stanowiska i miał objąć funkcję szefa Wydziału Motoryzacji Okręgu Białostockiego AK, jednak aresztowanie przez Niemców kpt. „Laka” spowodowało że „Bruzda” objął ponownie stanowisko inspektora Inspektoratu Łomżyńskiego AK.
Kapitan „Bruzda” przejmuje nowe obowiązki w marcu 1944 roku i koncentruje się na przygotowaniach do akcji „Burza”. Kompletuje dowództwo przewidzianych do mobilizacji jednostek 33 pułku piechoty AK i 9 pułku strzelców konnych. Dowódcą pierwszego zostaje por.Stanisław Cieślewski „Lipiec” a drugiego rtm.Wiktor Konopko „Grom”. Nadzoruje rozbudowę przewidzianych na miejsca koncentracji baz na bagnach narwiańskich w okolicach wsi Olszyna Pniewska , Grądy Woniecko i na Uroczysku Kobielne nad Biebrzą. W maju 1944 kapitan „Bruzda” zostaje po raz trzeci odznaczony Krzyżem Walecznych.

Na teren Obwodu Łom
żyńskiego przybywają coraz liczniejsze jednostki niemieckie, dochodzi więc do licznych starć i potyczek z patrolami AK. Jednym z tych starć jest potyczka pod Boguszkami 2 lipca 1944 – próba odbicia aresztowanego przez Niemców ppor.Józefa Ramotowskiego „Rawicza”. Potyczka kończy się porażką ginie „Znicz”, ranni zostają major „Bruzda” oraz „Huzar” i „Kmicic”. W ramach represji Niemcy rozstrzeliwują 10 mężczyzn we wsi Boguszki.
Około 10 lipca 1944 pułkownik Władysław Liniarski „Mścisław” komendant Okręgu Białostockiego AK pojął decyzję o rozpoczęciu akcji „Burza” na terenie inspektoratu łomżyńskiego. W tym samym czasie kapitan „Bruzda” zostaje awansowany do stopnia majora.
Na terenie bazy „Kobielne” przebywa w tym momencie około 190 żołnierzy – szkieletowa obsada IV batalionu 33 pp.AK – około 60 żołnierzy , oddział „Czarna Hańcza” z obwodu białostockiego AK, w liczbie około 70 ludzi i liczący około 50 osób oddział sowieckich skoczków spadochronowych pod dowództwem płk.Wojciechowskiego. Współpraca między dowódcami nowo przybyłych jednostek a „Bruzdą” układa się źle. Dlatego komenda Okręgu Białostockiego AK decyduje się przesunąć oddział „Czarna Hańcza” do Puszczy Knyszyńskiej, razem z nimi powinni odejść partyzanci radzieccy, ci jednak odmawiają podporządkowania się i zostają na bazie „Kobielne”. Niemcy rozpoczynają akcję wysiedlania ludności z wiosek położonych nad Biebrzą i Narwią, co bardzo utrudnia zaopatrzenie w żywność i paraliżuje lączność. Jednocześnie wybucha Powstanie Warszawskie. „Bruzda” bada możliwości przejścia ze swoim oddziałem na pomoc powstańcom, utrzymuje kontakt oddziałami „Lipca” i „Groma„.

Trwają starcia z patroli partyzanckich z Niemcami. Jednym z tych starć jest potyczka pod Laskowcem, gdzie to dowodzony przez por.”Istoka” ( byłego oficera armii jugosłowiańskiej ) patrol wspomaga wojska radzieckie w walce z Niemcami. Po zwycięskiej potyczce partyzanci zostają doprowadzeni do sztabu dywizji radzieckiej i tam rozbrojeni.
Jednocześnie Niemcy atakują bazę „Kobielne”. Odziały AK pod dowództwem ”Bruzdę i spadochroniarze radzieccy wspólnie się bronią i 14 sierpnia opuszczają bazę. „Bruzdę” przechodzi we swym oddziałem w okolice Giełczyna koło Wizny, tam też dochodzi do kontaktu z wojskami radzieckimi.
Oddział został doprowadzony do sztabu 81 Korpusu 49 Armii stacjonującego w Długołęce, gdzie przebywali już partyzanci radzieccy i tam rozbrojony, sam zaś „Bruzda” i jego adiutant „Bystry” zostali aresztowani przez funkcjonariuszy SMIERSZ. Z niewoli uciekają około 26 sierpnia i nawiązują kontakt z dowództwem Okręgu Białostockiego. „Bruzda” zostaje ponownie inspektorem obwodów grajewskiego i łomżyńskiego, zostaje też odznaczony Krzyżem Virtuti Militari.

„Bruzda” do stycznia 1945 roku ukrywa się w okolicach Zambrowa i Tykocina. NKWD prowadzi działania mające na celu ponowne aresztowanie „Bruzdy”. Pozyskuje do współpracy byłych żołnierzy „Bruzdy”, „Papierosa” i „Huzara”. Ten ostatni – ranny w czasie potyczki pod Boguszkami 2 lipca 1944 był opatrywany przez Franciszkę Ramotowską „Iskrę”. W styczniu 1945 roku rozpoznaje „Iskrę” w Białymstoku i wskazuje ją NKWD. „Iskra” łączniczka, sanitariuszka i wielka sympatia „Bruzdy” zostaje aresztowana i poddana ciężkim przesłuchaniom.

Mjr Jan Tabortowski "Bruzda" – część 2>