Kpt. Józef Zadzierski "Wołyniak" (1923-1946) – część 1

Był jednym z najodważniejszych
żołnierzy polskiego podziemia. Doceniany przez przełożonych i
szanowany przez podkomendnych. Nie lubił przegrywać. Jest po dziś
dzień wielką legendą południowej Lubelszczyzny i Zasania, pomimo
starannego oczerniania przez komunistycznych "historyków",
tworzących propagandową antyhistorię Polski. Fałszerzom i kłamcom
nie udało się jednak zoperować pamięci narodu. Legenda AK, NSZ i
WiN obroniła się jako element polskiego patriotyzmu. Jednym z tych,
którzy tę legendę budowali i którzy swoje życie
złożyli na ołtarzu walki o Polskę Wolną, Narodową i Katolicką
był kpt. Józef Zadzierski.


kpt. Józef Zadzierski "Wołyniak"

Urodził się we wrześniu 1923 r.
w Kostopolu na Wołyniu jako najmłodsze z czworga dzieci państwa
Zadzierskich. Jego ojciec Władysław, urzędnik, zginął w czasie
okupacji w niewyjaśnionych okolicznościach. Matka Stanisława z d.
Korczyc – Brochwicz zginęła w Powstaniu warszawskim. Obie siostry
i brat byli starsi o 7-11 lat, zatem Józio miał wielkie
szanse, by zostać rozpieszczonym beniaminkiem. Do takiej roli nie
predysponował go jednak charakter, który ujawnił się już w
dzieciństwie: samodzielny, odważny, uparty, czasami nawet
zawadiacki (by nie użyć łatwiej od nazwiska asocjacji). Trudno go
było czymkolwiek zastraszyć albo zaskoczyć, zawsze miał pod ręką
optymalne wyjście z sytuacji.

Lubił konie. Miał może pięć
lat, kiedy pierwszy raz posadzono go "na próbę" na
wierzchowca. Spodziewano się przy tym, że parę kroków
spaceru z asekuracją ojca usatysfakcjonuje malca, tymczasem on
uczepiwszy się grzywy ruszył z kopyta galopem. Wielka trwoga
ogarnęła domowników, którzy śledząc wzrokiem
oddalającego się ułana, oniemieli z wrażenia oczekując
niechybnej tragedii. Józio tymczasem zatoczywszy wielki krąg,
jakby nigdy nic wrócił niebawem na miejsce startu z
rozwichrzoną czupryną i wymalowanym na buzi zadowoleniem.
A
włosy wtedy (z woli mamy) nosił długie, "pod polkę",
prawie jak dziewczynki. Były one powodem ciągłego buntowania się:
– Nie chcę być babą! Jego protesty były jednak lekceważone,
dlatego pewnego dnia wymknął się z domu i poszedł na dworzec
kolejowy. Nosił tam bagaże, a za zarobione grosze udał się
natychmiast do fryzjera. By nie pozostawiać nikomu wątpliwości co
do swojej płci, kazał się ostrzyc dokładnie "na zero"!
Taki
był mały Józio Zadzierski. Na co dzień ułożony, uczynny,
chętny do pomocy, ale – kiedy chciał – zawsze postawił na swoim.
Lubił zabawy i gry wojenne. Nieustannie wznosił przeróżne
"fortece", które – zapewniał – są "nie do
zdobycia". Uczył się dobrze i nigdy sobie nie pozwolił, by mu
pomagano w odrabianiu lekcji. Taki mały, inteligentny
indywidualista.
Tymczasem mijały lata. Ojciec, dotychczas szef
firmy "Nobel", zmienił pracę i został kierownikiem Banku
Handlowo – Kupieckiego w Równem.

W 1937 r. rodzina Zadzierskich
przeprowadziła sie do Warszawy. Józef otrzymał patriotyczne
wychowanie w duchu narodowym, uczył sie w szkole kadetów,
skąd zabrał go ojciec, obawiając się wpływu piłsudczyków
na syna.
Najstarszy syn Edmund (rocznik 1912),
absolwent Liceum Krzemienieckiego, wyjechał do Włodzimierza
Wołyńskiego do Szkoły Podchorążych Artylerii, a potem do
Warszawy na studia matematyczne i do Poznania na ekonomię. Siostry
Maria i Alina po zdaniu matury w rówieńskim gimnazjum,
podjęły naukę w stolicy, odpowiednio w Szkole Dziennikarstwa i na
wydziale prawa Uniwersytetu Warszawskiego.

W przededniu wybuchu wojny, zniknął
z domu Józek. Zostawił kartkę, na której prosił o
wybaczenie, ale jego powołaniem jest bić się o wolną Polskę.
Nikt nie wie, jakich argumentów użył, ale faktem jest, że
16-latka przyjęto do regularnego wojska! Jako zwiadowca (oczywiście
na koniu!) walczył w armii gen. Franciszka Kleeberga, a po
kapitulacji pod Kockiem zwolniono go – jako małoletniego – do
domu.
Jego brat Edmund nie był – jako rezerwista – zmobilizowany,
ale zgłosił się do wojska na ochotnika. Wzięty do niewoli
sowieckiej, zginął w Starobielsku.
Józek tymczasem rwał
się do walki. Rodzice jednak postawili twardy warunek, że najpierw
musi zdobyć jakiekolwiek wykształcenie. Dokonał tego na tajnych
kompletach, a zaraz potem udał się do majątku Dańków w
powiecie grójecko-wareckim, gdzie ukończył podchorążówkę.
Jednocześnie nawiązał kontakt z lokalnymi oddziałami
dywersyjno-bojowymi. Nosił wówczas pseudonim "Zawisza"
i zaprzysiężony został przez prof. Władysława Kapelczyńskiego
„Wertusa”.

W 1943 roku został zdekonspirowany
przez Niemców. W obławie zginął jego kolega "Longinus",
natomiast "Zawiszy" udało się zbiec. Wtedy z pomocą
przyjaciół przedostał się do Kazimierza Mireckiego,
komendanta NOW na okręg COP (Rzeszowskie). Stąd trafił do
oddziału leśnego por. Franciszka Przysiężniaka "Ojca
Jana".


Józef Zadzierski "Wołyniak"

Tymczasem Zadzierski – senior od 1940 r. usiłował
nawiązać kontakt z konspiracyjnymi działaczami na Kresach
Wschodnich. Z pierwszej, bardzo ciężkiej wyprawy na Wołyń wrócił,
z następnej już nie. Był to straszny cios dla rodziny, a zwłaszcza
dla Józka, który był bardzo przywiązany do ojca.
Niestety, był to cios nie ostatni – wkrótce w Powstaniu
Warszawskim zginie matka, a rodzeństwo znajdzie się w ciężkich
tarapatach. Musieli często zmieniać mieszkanie, potracili wszelkie
zasoby materialne, a nawet dokumenty i rodzinne pamiątki. Ich życie
nabierało niezwykłego tempa i biegło od wypadku do wypadku. Mimo
rozsypki, utrzymywali ze sobą sporadyczne kontakty. Józek
często przyjeżdżał do matki (dopóki żyła), nie zraził
się nawet tym, że za kolejnym razem wpadł w "kocioł"
urządzony w jego mieszkaniu. Prowadzony przez dwóch
gestapowców zdołał wyrwać się i zbiec.

Część 2 >
Strona główna – wprowadzenie >

Kpt. Józef Zadzierski "Wołyniak" (1923-1946) – część 2

W połowie 1943 r. J. …

W połowie 1943 r. J. Zadzierski pod
nowym pseudonimem "Wołyniak" rozpoczyna partyzancką
działalność w OP-44 "Ojca Jana". Był to jeden z
największych i najlepiej zorganizowanych oddziałów NOW,
przez który przewinęło się blisko 3.000 ludzi. Przy
oddziale istniała podchorążówka i szkoła oficerska.

mjr Franciszek Przysiężniak "Ojciec Jan"

Oddział ten ma na swoim koncie wiele sukcesów w walce z
niemieckim okupantem, ale też co najmniej jedną dotkliwą porażkę.
Było to w okresie Bożego Narodzenia ’43, kiedy to jeden jedyny raz
zatrzymano się na kilkudniowe kwaterowanie w śródleśnej wsi
Graba, około 15 km na południe od Janowa Lubelskiego. 27 grudnia
przyjechał tu ks. kapelan Franciszek Lądowicz; szykowano właśnie
ołtarz, gdyż tego dnia miał się odbyć ślub dowódcy Fr.
Przysiężniaka z Janiną Oleszkiewicz. Miała być wielka feta,
tymczasem niespodziewanie na skraju wioski zagdakał erkaem, zaraz
potem odezwały się cekaemy, zaświtały pistolety maszynowe, rwały
się granaty. Do wsi weszły tyraliery niemieckie. Zaskoczeni
partyzanci mieli odciętą drogę do lasu. "Wołyniak" w
tym czasie czyścił swój rkm. Usłyszawszy strzały, w mig
złożył karabin i wyskoczywszy boso na dwór, jął prażyć
Niemców. Dzięki jego brawurze ocalało szefostwo oddziału,
ale poległo kilkanaście innych osób. Oddział poniósł
klęskę. "Wołyniak" i kilku innych żołnierzy opuściło
wtedy oddział, obarczając kierownictwo winą za
niefrasobliwość.

Miesiące partyzanckiej doli dzielił z
"Wołyniakiem" zamieszkały obecnie w USA Józef
Zawitkowski, który pół wieku później tak
scharakteryzował kolegę:
"Był jednym z najstarszych stażem
partyzantów u Ojca Jana . Nadzwyczaj odważny, ryzykant, nie
znający lęku ochotnik na każdą akcję. Ulubioną jego bronią
było parabelum szturmowe z długą lufą. Każdą broń potrafił w
kilka minut rozłożyć i złożyć z zawiązanymi oczyma! Nigdy nie
zawiódł, zawsze można było na niego liczyć."

Natomiast
jeden z przełożonych, major Emil Kubler wspomina:
"Od
pierwszego wejrzenia "Wołyniak" zaimponował mi swoją
dziarską postawą i zachowaniem. Z takimi zapaleńcami –
pomyślałem – dobrze mi będzie wojować w warunkach partyzanckich,
oni nie zawiodą."

Za swe nieraz krwawe, ale udane akcje,
otrzymał od swych przełożonych z NOW nie tylko przydomek
"zuchwałego zagończyka", ale też należne mu odznaczenia
i awanse do kapitana włącznie (rozkazem d-cy okręgu "Groma").

Po odejściu od "Ojca Jana"
zawiązał własny, nieliczny bo 30-osobowy oddział, który
operował głównie w północnej Rzeszowszczyźnie i w
Lasach Janowskich.
Od początku 1944 roku przeprowadził
wiele akcji przeciw administracji ukraińskiej oraz współpracującym
z Niemcami służbom i pomocniczym oddziałom ukraińskim.
Zlikwidował m.in. ukraińsko – niemieckie posterunki w Potoku,
Kuryłówce, Cieplicach, Obszy. Walczył na Zasaniu z Niemcami,
razem z sowiecka dywizją partyzancką im. Sidora Kowpaka. Dzięki
likwidowaniu przez niego niemieckich grup kontyngentowych Niemcy na
Zasaniu zaprzestali rekwirowania żywności we wsiach. Wiosną 1944
r. walczył z grupami UPA, jego oddział chronił ludność polska na
Zasaniu przed napadami ukraińskimi. W lipcu 1944 przeprowadził
wojska sowieckie przez San i umożliwił im zajęcie Leżajska bez
żadnych walk i strat.

Pod koniec lipca 44 r., kiedy to władzę
poczęli przejmować komuniści, dowództwo konspiracyjne Armii
Krajowej podjęło tyleż przebiegłą, co ryzykowną decyzję
wprowadzania swoich ludzi do władzy. Tym sposobem "Wołyniak"
(oczywiście ze sfałszowanymi dokumentami i spreparowanym
życiorysem) został komendantem nowo utworzonej Milicji
Obywatelskiej w Leżajsku. Podobny fortel udał się jeszcze w
Kulnie, Kuryłówce i paru innych miejscowościach. Jednak po
około trzech miesiącach NKWD rozszyfrowało "konie
trojańskie", zaczęły się aresztowania, katorżnicze
śledztwa, wreszcie wywózki na Sybir.
Wagon, którym
ich wieziono w listopadzie 44 roku był typowy dla tego typu
transportów : towarowy (bydlęcy), z zaryglowanymi drzwiami i
okratowanymi kolczastym drutem okienkami. "Wołyniak"
jednak nie był by sobą, gdyby pogodził się z wyrokiem. W wagonie
przebywał tylko tyle czasu, ile potrzeba było na wydłubanie w
podłodze dziury. Co prawda nie straszne mu było obcowanie ze
śmiercią, ale do głowy mu nie przyszła myśl, że ryzykując tę
ucieczkę, mógł zginąć pod kołami pociągu. Wraz kilkoma
towarzyszami zsunął się pod podłogę wagonu, chwila koncentracji
i zwolnienie uścisku rąk … Zwinięci w kłębek, toczyli się
jeszcze kilkadziesiąt metrów po torach, po czym podnieśli
się cali obolali, ale szczęśliwi, że uszli niewoli.
„Wołyniak”
odpoczął w krzakach oczekując na zmrok. W myślach usiłował
ustalić, gdzie jest i w jaką stronę się udać. Mniemał –
słusznie, jak się potem okazało – że jest w okolicy Lubaczowa.
Stąd ruszył w kierunku Niska, gdzie w niedalekim Zarzeczu szefem
placówki AK był kolega z lasu, Józef Zawitkowski. "W
pół wieku po tym wydarzeniu –
wspomina Zawitkowski – mam w
pamięci żywy obraz "Wołyniaka", który się u mnie
zameldował po ucieczce z transportu na Sybir. Potłuczony,
posiniaczony, cały w ranach, na łokciach i kolanach zdarta skóra…
wierzyć się nie chciało, że w takim stanie zdołał przejść
kilkadziesiąt kilometrów".

W Zarzeczu został opatrzony.
nakarmiony, ale nie przystał na propozycję, by odpocząć choć
kilka dni. Śpieszno mu było do Leżajska, a na drogę poprosił o
nagan, naboje i granaty. Odnalazł UB-ków i NKWD-zistów,
którzy go niedawno aresztowali i co do jednego
zlikwidował!
Odtąd był nieprzejednanym wrogiem komunistów,
Ukraińców z band UPA i tych wszystkich, którzy im
sprzyjali. Jeszcze raz zorganizował oddział, tym razem pod
auspicjami NZW. Liczył on ok. 150 ludzi i wsławił się wieloma
akcjami przeciw UB, MO, KBW, PPR, UPA i NKWD na terenie
Rzeszowszczyzny i południa Lubelskiego.


Ożanna, uroczystości z okazji święta 3 Maja 1945 r., na cztery dni przed bitwą z NKWD pod Kuryłówką. Przed oddziałami partyzantów NZW, stoją ich dowódcy, w kolejności (od prawej): kpt. Józef Zadzierski "Wołyniak", por. Stanisław Pelczar "Majka", Bronisław Gliniak "Radwan".

Dzięki jego dowództwu 19 marca
1945 r. polskie oddziały partyzanckie rozbiły idący z ukraińskiego
Kulna, ukraińsko – sowiecki napad na polską Kuryłówkę, a 7 maja
rozgromiły pod Kuryłówką ekspedycję karną NKWD, zabijając
ponad 70 żołnierzy tej formacji. W Leżajskiem i na Zasaniu zwalczał
antypolskie podziemie Ukraińców, pacyfikował wsie
wspierające UPA, m.in. Dobrą, Wołczaste, Dobczę, Dąbrowice,
Rudkę. W odwecie za napady oddziału UPA dowodzonego przez Iwana
Szpontaka „Żeleźniaka” dokonał 17 IV 1945 r. wraz z innymi
oddziałami NZW krwawej pacyfikacji ukraińskiej wsi Piskorowice. W
1945 i 1946 r. jego ludzie zniszczyli posterunki milicji m.in. w
Giedlarowej, Jarocinie, Frampolu, Potoku Górnym, Tarnogrodzie.
Toczył także potyczki z tropiącymi go na Zasaniu grupami
operacyjnymi KBW. Legenda "Wołyniaka" na tych obszarach
była tak wielka, że niemal wszystkie akcje były jemu przypisywane.
Propagandziści PRL nie omieszkali tego wykorzystać dopisując na
jego rachunek także niecne występki zwykłych bandytów,
szabrowników i "koguciarzy".

Legendy jednak przeważnie krótko
żyją. Po kolejnych pacyfikacjach terenu oraz akcjach UB i KBW
liczebność jego oddziału spadła z ponad dwustu do kilkunastu
partyzantów pod koniec 1946 r. W nocy z 11 na 12 listopada
1946 r. podczas potyczki w rejonie Tarnawca zostal ranny w rękę.
Nie mógł poddać się regularnemu leczeniu, bo to groziło
dekonspiracją i aresztowaniem. Niebawem rozwinęła się gangrena.
Nie widząc wyjścia z sytuacji, nocą z 28 na 29 grudnia 1946 r. we
wsi Szegdy popełnił samobójstwo.
Pochowano go
konspiracyjnie na miejscowym cmentarzu, ale nawet po śmierci nie
zaznał spokoju. UB węszyło za jego grobem, więc koledzy
przenieśli jego ciało w inne miejsce cmentarza w Szegdach.
Szykanowano ks. Węgłowskiego, który uczestniczył w
pogrzebie. Dopiero 30 lat później na jego mogile pojawił się
metalowy krzyż z tabliczką "Naród swemu Obrońcy",
ale tylko nieliczni wtajemniczeni wiedzieli czyje szczątki kryje ten
grób. I aż prawie pół wieku trzeba było, aby o
bohaterze mówić z imienia i nazwiska, a miejsce jego
wiecznego spoczynku by zostało godnie uhonorowane.
Kpt. Józef
Zadzierski wzorowo spełnił swój żołnierski i obywatelski
obowiązek. Był i jest wzorem polskiego oficera, wiernego syna
narodu.

Pomnik nagrobny kpt. Józefa Zadzierskiego "Wołyniaka" w Tarnawcu k/Leżajska.


Tablica nagrobna na pomniku kpt. Józefa Zadzierskiego. Cmentarz w Tarnawcu.

Część 1 >
Strona główna – wprowadzenie >

Opracowano na podstawie:
Józef Łukasiewicz, Sybir w pół drogi.
Wspomnienie o kpt. Józefie Zadzierskim "Wołyniaku",
"Janowski Kurier Związkowy" nr 1 (43) luty 2000
Konspiracja i opór społeczny w Polsce 1944 – 1956. Słownik Biograficzny, tom. II,
wyd.: Instytut Pamięci Narodowej. Kraków-Warszawa-Wrocław 2004

St. sierż. Adam Ratyniec „Lampart” (1926-1952) – część 1

St. sierż. Adam Ratyniec ps. „Lampart”

Adam Ratyniec był jednym z ostatnich czynnych żołnierzy antysowieckiego oporu na terenie Podlasia. Jego szlak bojowy rozpoczęty w oddziale Armii Krajowej pod koniec 1944 roku, brutalnie przecięła ubecka kula 11 maja 1952 roku, kiedy dowodzony przez niego sześcioosobowy oddziałek, pozostałość VI Brygady Wileńskiej, dostał się w kleszcze obławy przeważających sił UB i KBW. Wraz z „Lampartem” śmierć poniosło trzech partyzantów, jeden został ranny i trafił w ubeckie łapy, a tylko jednemu udało się wyjść z tego piekła cało.

St. sierż. Adam Ratyniec „Lampart” (1926 – 1952)

U PORUCZNIKA „ZENONA”

Miejscem urodzenia Adama Ratyńca był Walim, gm. Hołowczyce w powiecie bialskopodlaskim. Adam oprócz rodziców, utrzymujących się z rolnictwa, miał jeszcze trzy siostry przyrodnie. Gdy Niemcy napadli na Polskę w 1939 r., przyszły „Lampart” był jeszcze małym chłopcem, ale gdy osiągnął 18 rok życia uznał, że nadszedł czas przystąpienia do konspiracji. Był to moment szczególny, bo to jeden okupant wycofywał się pod ciosami Armii Czerwonej, której czynnie pomagały jednostki Armii Krajowej, w ramach akcji „Burza”, a jednocześnie ta Armia Czerwona zajmowała nasze tereny jako zdobycz wojenną, wprowadzając nowe porządki czyli stalinowski terror.
Po wkroczeniu na teren Białostocczyzny, Podlasia i Lubelszczyzny, bolszewicy pięknie podziękowali jednostkom AK za bojową współpracę, otaczając nasze oddziały i zmuszając do złożenia broni, a także zamykając w obozach, z których grupami wywożono ich na Sybir. Większość Akowców nie czekając na sowiecką wdzięczność ukryła się w terenie, zakopując uprzednio całą broń. Od tego momentu datuje się druga konspiracja, bo dla obrony społeczeństwa przed sowieckim bezprawiem, lasy zaroiły się od partyzantów gotowych do zbrojnego przeciwstawienia się nowej okupacji. W takim to okresie w szeregach partyzanckich pojawił się Adam Ratyniec. Pierwszy jego przydział to 34 pp AK obwodu Biała Podlaska, por. Stefana Wyrzykowskiego „Zenona”, wsławiony uratowaniem 21 czerwca 1944 r. siedmiu amerykańskich lotników z zestrzelonego w rejonie jego działania bombowca B-17 „Latająca Forteca”. Teren działania oddziału to kilka gmin leżących w trójkącie Drohiczyn, Łosice, Janów Podl., ze szczególnym uwzględnieniem okolic miejscowości Górki i Hołowczyce.

PIERWSZE AKCJE

Pierwsza akcja bojowa zakończyła się dla Adama Ratyńca niezbyt pomyślnie. Oto wydzielony patrol od por. „Zenona”, wzmocniony partyzantami ze wsi Szpaki zaatakował sowiecką ochronę gorzelni w miejscowości Hruszniew. Atak napotkał na niespodziewanie silny opór ochrony i w zmasowanym ogniu broni maszynowej musiał się wycofać. Śmierć poniósł jeden żołnierz sowiecki, a ze strony partyzantów jeden został poważnie ranny. Był nim właśnie Adam Ratyniec, który padł z przestrzeloną piersią i ręką. Koledzy wynieśli go z zagrożonego terenu i oddali pod opiekę sanitariuszek w miejscowości Szpaki-Kolonia. Niestety, ktoś usłużny doniósł do UB, „Lampart” został aresztowany i umieszczony pod strażą w siedleckim szpitalu. Po kilku dniach jednak, z pomocą zaufanych pracowników szpitala udaje mu się zbiec i ukryć tak doskonale, że ubecja go nie znalazła do samego wyzdrowienia. Był czerwiec roku 1945. Później „Lampart” walczył w oddziale Roberta Domańskiego „Jaracha”, „Floriana”, a po jego odejściu w roku 1946 znalazł się pod dowództwem Konstantego Sacharczuka „Jaceka”. Zmieniali się dowódcy, zmieniały nazwy organizacji konspiracyjnych, jedynie cel pozostał ten sam – rozpaczliwa walka o niepodległą Polskę.

Żołnierze z odziału partyzanckiego 34 pp AK por. Stefana Wyrzykowskiego „Zenona”

W SZÓSTEJ WILEŃSKIEJ

Początek roku 1947 przyniósł sławetną amnestię, z której „Lampart” nie skorzystał, natomiast nawiązał kontakt ze sławnym dowódcą VI Brygady Wileńskiej AK, kpt. Władysławem Łukasiukiem ps. „Młot”. Od 8 maja 1947 r. st. sierż. Adam Ratyniec „Lampart” rozpoczął służbę w szwadronie Waleriana Nowackiego „Bartosza”. Warto przypomnieć, że VI Brygada Wileńska wywodziła się ze słynnej V Brygady Wileńskiej AK, kultywującej przedwojenne tradycje ułańskie, która przedarła się z Wileńszczyzny w 1944 r. prowadzona przez słynnego już wówczas mjr. Zygmunta Szendzielarza ”Łupaszkę”.
W oddziale „Bartosza” Adam Ratyniec walczy z władzą komunistyczną aż do rozdzielenia się sił oddziału „Młota”, kiedy „Bartosz” postanowił pozostać na swoim terenie, a „Młot” udał się za Bug, gdyż tu było już za ciasno na większy liczebnie oddział. Bezpośrednio przed podziałem miała miejsce zdrada jednego z członków organizacji, prawdopodobnie wprowadzonego do oddziału wywiadowcy bezpieki, który miał wskazać miejsce przebywania Władysława Łukasiuka „Młota”. Dnia 17 czerwca 1948 r. gdy grupa „Młota” stacjonowała w lesie obok miejscowości Ruda Instytutowa, zdrajca „Migdał” uciekłszy z miejsca postoju, zaalarmował posterunek MO w Sarnakach. Partyzanci zostali błyskawicznie otoczeni przez stojące w alarmie oddziały KBW i UB, lecz „Młotowi” udaje się wyprowadzić swoich żołnierzy z okrążenia w lasy mierzwickie. Jednak tam oddział zostaje ponownie okrążony w dniu 25 czerwca i ponownie „Młot” wyprowadza swoich ludzi z kotła, a dla zmylenia pościgu pozwala podzielić oddział na dwie grupy. Sam na czele ośmiu partyzantów, a wśród nich „Lampart”, przeprawia się na prawy brzeg Bugu i znika w lasach białostockich. Natomiast „Bartosz” pozostawszy na miejscu został doszczętnie rozbity w okolicy Kolonii Krawce w dniu 2 lipca tego roku.
Adam Ratyniec z Władysławem Łukasiukiem „Młotem” i pozostałymi partyzantami, zamelinowani u znanych i pewnych gospodarzy oraz w znanych sobie bunkrach, dotrwali do wiosny 1949 r. W czerwcu /27.VI/ w efekcie tragicznej pomyłki, ginie z ręki własnego żołnierza kpt. Władysław Łukasiuk „Młot”, a dowództwo nad grupką obejmuje st. sierż. „Lampart”. Zarówno on jak i jego podkomendni są zdecydowani walczyć z „czerwoną zarazą” jak sami określali nową władzę, do samego końca.
W rozmowie z siostrą, Marianną Romaniuk, powiedział: „…żywcem to nie dam się wziąć, bo sobie wcześniej kulę w łeb wsadzę, chyba że mnie śpiącego napotkają…”.

Żołnierze 6 Brygady Wileńskiej AK. Pierwszy z lewej st. sierż. Adam Ratyniec „Lampart”. Trzeci z lewej ppor. Henryk Wieliczko „Lufa”
.  Podlasie, listopad 1947 r.

St. sierż. Adam Ratyniec „Lampart” – część 2>

Kpt. Kazimierz Kamieński „Huzar” (1919 – 1953) – część 1

Kpt. Kazimierz Kamieński ps. "Huzar"

Kazimierz Kamieński urodził się 8 stycznia 1919 r. w Markowie-Wólce, pow. Wysokie Mazowieckie. Był synem Franciszka i Aleksandry z d. Spaleńskiej, właścicieli czterdziestohektarowego gospodarstwa rolnego.

Kpt. Kazimierz Kamieński "Huzar"

Po uzyskaniu w 1938 r. matury w Średniej Szkole Handlowej w Wysokim Mazowieckiem powołano go do czynnej służby wojskowej, w trakcie której ukończył szkołę podchorążych w Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu. Skierowany został 9 psk, odbył z nim kampanię wrześniową; dostał się do niewoli niemieckiej, z której został zwolniony w połowie października 1939 r. i powrócił do domu. Do konspiracji wstąpił prawdopodobnie już w grudniu 1939 r. (Podlaski Batalion Śmierci). W maju 1940 r. został zaprzysiężony w ZWZ. W czasie okupacji niemieckiej był dowódcą plutonu ZWZ-AK, a od 1 marca 1943 r. równolegle kierował referatem broni w Komendzie Obwodu AK Wysokie Mazowieckie. W dniu 2 listopada 1943 r. awansowany do stopnia podporucznika. Od początku 1944 r. był także adiutantem komendanta obwodu. Uczestniczył w wielu akcjach bojowych przeciwko okupantowi niemieckiemu.

Kpt. "Huzar"

Po zajęciu powiatu przez Armię Czerwoną latem 1944 r., zagrożony aresztowaniem przez NKWD, ukrywał się. Na przełomie 1944 i 1945 powołano go na dowódcę oddziału samoobrony AK (później AKO-WiN) Obwodu Wysokie Mazowieckie, który w ciągu kilku miesięcy rozwinął z czterech do ok. 30 osób. Od 1 czerwca 1945 otrzymuje kolejny awans i dowodzi oddziałem w stopniu porucznika. Przeprowadzał on akcje likwidacyjne, w ramach których w latach 1945-1946 wykonano 30 wyroków śmierci na informatorach i funkcjonariuszach UB, NKWD, działaczach komunistycznych, nadgorliwych milicjantach i pospolitych przestępcach. Przeciwstawiano się nielegalnemu wyrębowi lasów oraz rygorystycznemu egzekwowaniu przez władze kontyngentów. Oddział stoczył w tym okresie kilka potyczek z WP oraz grupami UBP i MO, wiele razy opanował posterunki MO, m.in. wiosną 1945 w Szulborzu i Łapach, a latem 1946 w Kosowie Lackim. W celu zdobycie środków finansowych na działalność oddziału i żywności atakowano sklepy GS, kasy kolejowe, poczty. 17 lutego 1946 r. w Kitach przeprowadzono akcję na pociąg relacji Łapy – Warszawa, podczas której zginął oficer WP i trzy osoby cywilne, zdobyto broń oraz 700 tys. zł., a na początku kwietnia na pociąg na stacji Czarnowo-Undy. W 1946 r. oddział czuł się tak pewnie, że na swoim terenie działał w sposób prawie jawny.

Żołnierze z oddziału podległego kpt. Kazimierzowi Kamieńskiemu "Huzarowi"

30 kwietnia 1946 r. Kazimierz Kamieński „Huzar” awansowany został do stopnia kapitana. Był przeciwnikiem ujawnienia się i wspierał działania Franciszka Potyrały „Oracza”, inspektora białostockiego WiN, mające na celu storpedowanie akcji amnestyjnej przez stworzenie na bazie WiN nowej organizacji pod nazwą „Wolność i Sprawiedliwość”. Swoim żołnierzom pozostawił jednak wolną rękę, po czym większość z nich ujawniła się wiosną 1947 r. i oddział został rozformowany.
Wkrótce wokół pozostającego w konspiracji kpt. Kamieńskiego skupiło się wielu byłych członków AK-WiN zagrożonych aresztowaniem lub ściganych przez UB. W ten sposób nastąpiła odbudowa oddziału, który w maju 1947 r. podporządkował się kpt. Władysławowi Łukasiukowi „Młotowi” i oddział wszedł na zasadach autonomicznych w skład 6 Brygady Wileńskiej. Pod koniec 1948 r. liczył 28 żołnierzy.

Po śmierci kpt. „Młota” w czerwcu 1949 r. kpt. Kazimierz Kamieński „Huzar” objął dowództwo nad pozostałymi patrolami 6 Brygady Wileńskiej.
Patrole te kontynuowały tradycję 6 Brygady Wileńskiej i przejęły jej nazwę. Ze stosunkowo nielicznej grupy, wcześniej będącej jedynie silnym patrolem, oddział "Huzara" został rozbudowany do stanu kilkudziesięciu ludzi podzielonych na kilka mniejszych patroli.
Początkowo kpt. "Huzar" dowodził osobiście grupą operującą na prawym brzegu Bugu [okresowo wyodrębnił patrol ppor. Witolda Buczaka "Ponurego"], natomiast komendę na grupą z terenu pow. Sokołów Podlaski powierzył ppor. Józefowi Małczukowi "Brzaskowi" [jesienią 1949 z grupy tej wydzielony został patrol plut. Jana Czarnockiego "Huragana"]. Po śmierci ppor. "Brzaska" w walce pod Toczyskami 7 kwietnia 1950 dowództwo patrolu "sokołowskiego" objął plut. Arkadiusz Czapski "Murat". Gdy i on padł w walce z KBW 30 września 1950, kpt. "Huzar" dowództwo nad grupą działającą na lewym brzegu Bugu przekazał st.sierż. Adamowi Ratyńcowi "Lampartowi". Grupa ta dotrwała do 12 maja 1952, kiedy to zniszczona została przez KBW podczas operacji pod Sokólem k. Mielnika. W lecie 1950 siły operujące na prawym brzegu Bugu podzielone zostały na trzy patrole, którymi dowodzili: kpt. "Huzar", ppor. "Ponury" i sierż. Lucjan Niemyjski "Krakus". W styczniu 1951 oddział "prawobrzeżny" podzielony został na patrol "sztabowy" kpt. "Huzara" [do którego dołączył sierż. "Krakus"], patrol ppor. "Ponurego" oraz patrol plut. Eugeniusza Tymińskiego "Rysia" [rozbity 29 maja 1951 w Żochach Nowych]. W lecie 1951 sformowany został nowy patrol dowodzony przez sierż. Kazimierza Parzonkę "Wichurę". Taki stan organizacyjny [patrole: "sztabowy", "Ponurego", "Zygmunta" i "Lamparta"] utrzymał się do wiosny 1952.

Rok 1950, kpt. Kazimierz Kamieński "Huzar" [z lewej] oraz sierż. Eugeniusz Tymiński "Ryś", żołnierz AK-AKO-WiN w oddziale kpt. "Huzara". W latach 1950-51 "Ryś" był dowódcą samodzielnego patrolu. Poległ osłaniając odwrót swoich żołnierzy pod wsią Żachy Nowe pow. Wysokie Mazowieckie.

Kpt. Kazimierz Kamieński „Huzar” – część 2>

Kpt. Kazimierz Kamieński „Huzar” (1919 – 1953) – część 2


Stoją od lewej: Stanisław Roszkowski "Tarzan", ppor. Witold Buczak "Ponury", Lucjan Niemyjski "Krakus" – d-ca patrolu w oddziale "Huzara", 22.VIII.1952 otoczony przez grupę operacyjną UB popełnił samobójstwo, Franciszek Łapiński "Szwed" – 24.XII.1947 ciężko ranny w walce z grupą operacyjną UB-MO-KBW, dobity bagnetami. Uzbrojeniem żołnierzy jest bardzo rozpowszechniony w oddziałach powojennego podziemia niemiecki Stg-44 kal. 7,92 mm. Obok sowieckich PPSz-41 i PPS-43, była to najpopularniejsza broń tamtych czasów.

Patrole działały w kilku powiatach woj. białostockiego (Wysokie Mazowieckie, Bielsk Podlaski) i warszawskiego (Siedlce, Sokołów Podlaski). Od maja 1947 r. do września 1952 r. przeprowadziły ok. 90 akcji, w większości o charakterze likwidacyjnym, w wyniku których zginęło ponad 50 osób, głównie podejrzanych o współpracę z UBP, członków ORMO, PPR-PZPR, funkcjonariuszy MO. Stoczyły 21 potyczek z grupami operacyjnymi KBW, UBP i MO oraz przeprowadziły kilkanaście akcji zaopatrzeniowych, głównie na instytucje spółdzielcze.
Egzekucje były podyktowane zagrożeniem dekonspiracją, potyczki zaś miały charakter obronny i powodowały znaczne straty. Miejscowa ludność, choć w większości nadal życzliwie ustosunkowana do podziemia, była już zmęczona wieloletnią konfrontacją z władzą. Wg ustaleń Jerzego Kułaka, tylko w woj. białostockim w latach 1947 – 1952 aresztowano ok. 300 osób z siatki „Huzara”, z których połowa została skazana na wieloletnie więzienie.
W wyniku strat ponoszonych w starciach z KBW i UB, we wrześniu 1952 oddział kpt. "Huzara" stopniał do jednego tylko pododdziału – patrolu dowodzonego przez sierż. "Zygmunta" lecz kpt. Kazimierz Kamieński „Huzar” i pozostali przy życiu jego żołnierze wciąż byli nieuchwytni.

Od lewej: "Tarzan", "Krakus" i "Szwed"

Nie mogąc zlikwidować „Huzara”, MBP wykorzystało do walki z nim grę operacyjną z użyciem fikcyjnej V Komendy WiN. Przedstawiciele tej komendy (a faktycznie agenci MBP) po długich zabiegach nawiązali jesienią 1951 r. bezpośredni kontakt z kpt. Kamieńskim. Przekazali mu m.in. polecenie, aby zaprzestał akcji zbrojnych i przestawił się na prace organizacyjne, dostarczyli mu też środki finansowe.
Na początku 1952 r. poinformowano go, że został mianowany komendantem Białostockiego Okręgu WiN. Zgodnie z instrukcją ograniczył akcje do minimum, równocześnie grupy operacyjne KBW-UB kontynuowały działania przeciwko oddziałowi – od maja 1952 r. ze znacznymi efektami. Rozbito patrole st. sierż. Adama Ratyńca „Lamparta” i ppor. Witolda Buczaka „Ponurego” – obydwaj zginęli. Aresztowano wielu właścicieli konspiracyjnych melin, a liczebność oddziału spadła we wrześniu 1952 r. do ośmiu osób.
W ten sposób zmuszono kpt. „Huzara” do przyjęcia propozycji przedstawicieli V Komendy WiN przerzucenia jego i jego współtowarzyszy na Zachód. Został zwabiony w tym celu 17 października 1952 r. do Warszawy i aresztowany przez funkcjonariuszy MBP dnia 29 października 1952 r. Po ciężkim czteromiesięcznym śledztwie sprawę skierowano do WSR w Warszawie.
W celach pokazowych rozprawę przeciwko kpt. „Huzarowi” i sześciu współoskarżonym zorganizowano w Łapach. Po trzydniowym procesie (24-26 marzec 1953) sąd w składzie: ppłk. Mieczysław Widaj (przewodniczący), mjr Jan Płonka i por. Władysław Marszałek (oskarżał prokurator ppłk Henryk Ligęza) 26 marca wydał wyrok skazujący kpt. Kazimierza Kamieńskiego „Huzara” na trzynastokrotną karę śmierci, utratę praw publicznych i obywatelskich praw honorowych na zawsze oraz przepadek całego mienia na rzecz skarbu państwa.
Podczas tego procesu kary śmierci otrzymali również jego podwładni: Mieczysław Grodzki „Żubryd”, Wacław Zalewski „Zbyszek” i Tadeusz Kryński „Rokita” (w przypadku tego ostatniego Rada Państwa skorzystała z prawa łaski i zamieniła karę śmierci na dożywotnie więzienie). W stosunku do kpt. Kamieńskiego NSW (składowi przewodniczył płk. Aleksander Tomaszewski) nie uwzględnił skargi rewizyjnej (28 V 1953), a Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski (6 X 1953). Wyrok wykonano w więzieniu w Białymstoku 11 października 1953 r. o godz. 13:30. W egzekucji uczestniczyli: sędzia WSR w Białymstoku njr Jan Płonka, naczelnik więzienia ppor. Tadeusz należyty, prokurator kpt. Sylvester Ströcker, lekarz kpt. Tamerlan Smolski i dowódca plutonu egzekucyjnego st. sierż. Aleksander Jurczuk – wykonujący wyrok.
Miejsce pochówku kpt. Kazimierza Kamieńskiego „Huzara”, odznaczonego Krzyżem Walecznych, jednego z najdłużej działających i najbardziej bohaterskiego dowódcy antysowieckiego powstania, do dzisiaj pozostaje nieznane.
13 marca 1997 r. SW w Białymstoku w wydanym postanowieniu, uznał za nieważny wyrok WSR z 26 marca 1953 r.
Dwa lata wcześniej, 8 października 1995 r. odsłonięto w Piekutach Nowych pomnik ku czci kpt. Kazimierza Kamieńskiego „Huzara”, jako wyraz hołdu i pamięci społeczeństwa dla jednego z ostatnich dowódców oddziałów walczących przeciwko komunistom, nie tylko na Białostocczyźnie, ale i w całej Polsce.

Podlasie, prawdopodobnie 1950, żołnierze z oddziału kpt. Kazimierza Kamieńskiego "Huzara". Stoją od lewej: sierż. Lucjan Niemyjski "Krakus", 22 sierpnia 1952 otoczony przez GrOp UB-KBW popełnił samobójstwo; Józef Brzozowski "Zbir", "Hanka", zginął latem 1952 w walce z KBW; Wacław Zalewski "Zbyszek", zamordowany 11 października 1953 w więzieniu w Białymstoku; ppor. Witold Buczak "Ponury", zginął w walce z KBW 28 maja 1952; NN "Jurek"; Eugeniusz Welfel "Orzełek", zginął w walce z KBW 30 września 1950.

Opracowano na podstawie:
Konspiracja i opór społeczny w Polsce 1944 – 1956. Słownik Biograficzny, tom. II,
wyd.: Instytut Pamięci Narodowej. Kraków-Warszawa-Wrocław 2004.

Kpt. Kazimierz Kamieński „Huzar” – część 1>

Egzekucja "Inki" i "Zagończyka" – część 1

EGZEKUCJA "INKI" I
"ZAGOŃCZYKA" W RELACJI KS. MARIANA PRUSAKA

55 lat temu w więzieniu przy ul.
Kurkowej w Gdańsku ks. Marian Prusak, dziś blisko
dziewięćdziesięcioletni kapłan-emeryt mieszkający w Rumi,
opatrzył idących na śmierć Danutę Siedzikównę "Inkę"
oraz Feliksa Selmanowicza "Zagończyka" – żołnierzy mjr.
Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki". „Inka” to niespełna
osiemnastoletnia sanitariuszka ze szwadronu "Żelaznego" i
"Leszka", operującego od wiosny do jesieni 1946 r. na
Pomorzu. "Zagończyk" był u
"Łupaszki" oficerem odpowiedzialnym za sprawy
aprowizacyjne i organizacyjne. Rozstrzelano ich rankiem 28 sierpnia
1946 r., w asyście lżących ich młodych oficerów lub
podoficerów UB.

Danuta Siedzikówna "Inka"
urodziła się 13 września 1928 r. we wsi Głuszczewina k. Narewki,
pow. Bielsk Podlaski, córka Wacława i Eugenii z d.
Tymińskiej. Uczęszczała do szkoły podstawowej w Olchówce,
a następnie do szkoły stopnia podstawowego ss. Salezjanek w Różanym
Stoku k. Grodna. W grudniu 1943 r. została zaprzysiężona do AK.
Jej ojciec, leśniczy został deportowany do ZSRR; w 1941 r. dotarł
do Armii gen. Andersa, jednak zmarł z wycieńczenia już po dotarciu
do Teheranu. Matka została aresztowana w listopadzie 1942 r. i
rozstrzelana przez gestapo we wrześniu 1943 r. za współpracę
z podziemiem.
Na przełomie 1944/45 przeszła
szkolenia sanitarne. 6.06.1945 r. została aresztowana razem ze
wszystkimi pracownikami nadleśnictwa Hajnówka, w którym
pracowała, za współpracę z „leśnymi oddziałami”. W
czasie transportu do siedziby UBP w Białymstoku odbita z grupą
uwięzionych przez patrol V Brygady Wileńskiej AK (podległej w tym
czasie Komendzie Okręgu Białostockiego AK), dowodzony przez
Stanisława Wołoncieja „Konusa”. Pod opieką Wacława Beynara
„Orszaka” uwolnieni dotarli do miejsca postoju Brygady,
dowodzonej przez mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę” w
miejscowości Śpieszyn. W oddziale, do którego się zgłosiła
rozpoczęła pracę sanitariuszki pod. ps. „Inka”. Walczyła w
szwadronach por. Jana Mazura „Piasta”, a następnie por. Mariana
Plucińskiego „Mścisława”. We wrześniu 1945 r., po rozwiązaniu
Brygady, wyjechała do Olsztyna, gdzie podjęła
pracę w nadleśnictwie Miłomłyn k. Ostródy pod nazwiskiem
Danuta Obuchowicz. Jednak juz w styczniu 1946 r., po wznowieniu
działalności brygady (podporządkowanej w tym okresie na nowo
Eksterytorialnemu Okręgowi Wileńskiemu AK), podjęła służbę
jako sanitariuszka w szwadronie ppor. Zdzisława Badochy „Żelaznego”.
W oddziale pełniła także funkcje
łączniczki. Brała udział w wielu akcjach oddziału, zadziwiając
swoja ofiarnością i poświęceniem
(opatrywała nie tylko partyzantów, ale także rannych
żołnierzy i milicjantów). 13.07.1946 r. nowy dowódca
szwadronu por. Olgierd Christa „Leszek” wysłał ją do Gdańska.
Miała dokupić nowe leki i środki opatrunkowe, wymienić zużyte
mapy sztabowe i dowiedzieć sie o stan zdrowia „Żelaznego”.
Została aresztowana w nocy z 19 na 20 lipca 1946 r. w wyniku
donosów, składanych przez wcześniej aresztowaną
sanitariuszkę „Łupaszki”, Reginę Żylińską – Mordas,
„Reginę”.
Podczas ciężkiego przesłuchania nie
podała żadnego ze znanych jej adresów konspiracyjnych ani
żadnych danych dotyczących oddziału. Rozprawa przed WSR w Gdańsku
odbyła się w trybie doraźnym w wiezieniu 3.08.1946 r. Oskarżono
ja o mordowanie rannych i nakłanianie do egzekucji. Mimo braku
jakichkolwiek dowodów została skazana na karę śmierci.
Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski i wyrok wykonano
28.08.1946 r.

Feliks Selmanowicz „Zagończyk”
urodził sie 6 czerwca 1904 r. w Wilnie, syn Franciszka i Anny z d.
Zacharewicz. Ukończył pięć klas
gimnazjum. Uczestnik wojny polsko – bolszewickiej 1920 r. 1921 –
1939 związany z Oddziałem II Sztabu Generalnego WP. 1923 – 1939
pracował jako urzędnik.
Zmobilizowany 25.08.1939 r. i w stopniu
sierż. przydzielony do KOP. Brał czynny udział w walkach
obronnych. Po ich zakończeniu internowany
przez władze litewskie. Zbiegł i nawiązał kontakt z konspiracją.
Aresztowany w 1940 r. przez litewska policję i zwolniony po 12
tygodniach z braku dowodów. Od stycznia 1944 żołnierz III
Brygady Wileńskiej AK Gracjana Fróga „Szczerbca”,
przeniesiony następnie do V Brygady Wileńskiej AK Zygmunta
Szendzielarza „Łupaszki”, gdzie pełnił funkcję zastępcy
dowódcy plutonu. Awansowany do stopnia ppor. cz.w. W czasie
walk był ranny. Dowódca kompanii w IV Brygadzie Longina
Wojciechowskiego „Ronina”. Funkcje te pełnił do rozbrojenia
brygady przez sowietów 18.07.1944. Internowany w Kałudze,
skąd udało mu się uciec 20.04.1945 i przedostać do Wilna, a
następnie transportem repatriacyjnym do Polski.
Na przełomie 1945/46 nawiązał
kontakt z „Łupaszką” i w V Brygadzie Wileńskiej AK objął
dowództwo pięcioosobowego samodzielnego patrolu bojowo –
dywersyjnego, który miał zdobywać środki na działalność
oddziału. Od marca do czerwca 1946 r. oddział przeprowadził wiele
akcji ekspropriacyjnych w Gdańsku, Olsztynie i Tczewie, dzięki
czemu zdobył dwa pistolety oraz gotówkę,
która przekazana została oddziałom w terenie. Od maja 1946
r. „Zagończyk” – z rozkazu „Łupaszki” – zajmował się też
działalnością propagandowa, w ramach której wydał m.in. (w
nakładzie 900 egzemplarzy) ulotkę skierowana do żołnierzy.
Aresztowany 11.07.1946 r. w Gdańsku.
Oskarżony o posiadanie broni, udział w nielegalnej organizacji,
dążenie do obalenia ustroju, wydawanie rozkazów wykonywania
napadów zbrojnych oraz sporządzanie i rozpowszechnianie
ulotek. Sfingowany proces odbywał się w trybie doraźnym
przed WSR w Gdańsku. 17.08.1946 r. jednogłośnie został skazany na
karę śmierci, utratę praw obywatelskich i praw honorowych na
zawsze oraz przepadek całego mienia. Prośba o łaskę,
została przez Bieruta odrzucona, a wyrok wykonano jeszcze przed jej
rozpatrzeniem. Egzekucja odbyła się 28.08.1946 r. w piwnicy
gdańskiego więzienia.
Feliks Selmanowicz był odznaczony
Krzyżem Wojsk Litwy Środkowej, Medalem za Wojnę 1918-1920 ,Medalem
za Długoletnią Służbę, Medalem Dziesięciolecia (1932), Krzyżem
Walecznych (1944).

Zabici po raz drugi…
Jakby mało było tego, że ich zamordowano, ich pamięć
była bezczeszczona przez całe lata w peerelowskich publikacjach,
gdzie przedstawiano ich jako pospolitych bandytów. Dotyczyło
to zresztą wszystkich żołnierzy "Łupaszki" – jeszcze na
początku minionej dekady!
W wydanej w 1969 r. w Gdańsku
propagandowej książce Jana Bobczenki (byłego szefa UBP w
Kościerzynie) i miejscowego dziennikarza Rajmunda Bolduana Front bez
okopów "Inka" uczestniczy w egzekucji
funkcjonariuszy UB w Starej Kiszewie. Ma "sadystyczny uśmiech",
jest "krępa", "kruczoczarna" i ma "szramę"
na policzku. W jej ręce błyszczy "czarna, oksydowana stal
rewolweru" (s. 189). Cała scena została wyssana z palca, w
rzeczywistości bowiem "Inka" była szczupłą, zgrabną
szatynką, nie miała żadnej "szramy" i do nikogo nie
strzelała…

Droga
Wstrząsające i jedyne w swoim rodzaju
wspomnienia ks. Prusaka stanowią swoistą kontynuację naszej
opowieści o tajemnicach kazamatów przy Kurkowej ("Biuletyn
IPN" nr 2 i 3). Autor, uczestnik powstania warszawskiego, w 1949
r. sam trafił do więzienia, oskarżony o szpiegostwo. Skazany na 6
lat, odsiedział 3,5 roku. Mówi, że dożył tak sędziwego
wieku po to, by opowiedzieć nam o śmierci "Inki" ("Pan
Bóg tak chciał…").
– Kiedy do mnie przyjechali, była noc
– pierwsza, może druga godzina. Zabrali mnie z mieszkania we
Wrzeszczu, gdzie mieszkałem u starego kolegi – wówczas
kapelana kościoła garnizonowego we Wrzeszczu, ks. Żebrackiego.
Przyjechało dwóch oficerów i kierowca. Uczestnictwo w
egzekucji zaproponowali mi poprzedniego dnia, gdyż kapelan był
akurat nieobecny. Propozycję przyjąłem z niechęcią, choć to
przecież obowiązek. A potem była droga do Gdańska. Po drodze ze
mną nie rozmawiali. Może dlatego, że nie mieliśmy wspólnych
tematów? Gdy mnie odwożono, też milczeliśmy. Nie wiem, czy
ci oficerowie uczestniczyli w egzekucji. Nie przedstawiali się, a
może się przedstawili, ale byłem pod wrażeniem sytuacji.

Egzekucja "Inki" i "Zagończyka" – część 2>

Strona główna>

Egzekucja "Inki" i "Zagończyka" – część 2

Spowiedź
Była to moja jedyna posługa przy
egzekucji. Kiedy znalazłem się w więzieniu [na Kurkowej],
siedziałem może godzinę w odosobnieniu. Potem po mnie przyszli –
cały czas przeżywałem to, co za chwilę miało się wydarzyć.
Oddziałowy zaprowadził mnie najpierw do tego pana [Feliksa
Selmanowicza]. Kiedy wszedłem do celi, widziałem przeraźliwy
smutek w jego twarzy. Pierwsze słowa, z którymi się do mnie
zwrócił, brzmiały: – No tak, jednak nie skorzystano z prawa
łaski… – Wyspowiadałem go. Był spokojny. Może tylko taił
zdenerwowanie, ale na zewnątrz nie było tego widać. Przez cały
czas dokuczała mi świadomość, że mogą nas obserwować przez
wizjer.

Potem przeprowadzono mnie (nie wiem
jak, gdyż byłem zbyt oszołomiony) do celi, w której na
śmierć czekała młoda, szczupła dziewczyna [Danka Siedzikówna]
w letniej sukience. Przyjęła mnie nadzwyczaj spokojnie,
wyspowiadała się, a potem wyraziła życzenie, żeby o wyroku i o
śmierci powiadomić jej siostrę. Mówiła to ciągle tak,
jakby się nadal spowiadała. Czuliśmy, że możemy być
obserwowani. Podała mi adres w Gdańsku Wrzeszczu, przy
Politechnice, ulica Własna Strzecha. Nie mogłem nic zapisać,
starałem się zapamiętać ten adres. Jednocześnie powiedziała mi,
że wysłała kartkę z zawiadomieniem, ale nie wie, czy ona dojdzie.
Nie mówiła nic więcej, na nic się nie skarżyła.

Twarz dziewczyny pamiętam jak przez
mgłę; twarz mężczyzny zapamiętałem dobrze. Był taki zamknięty
w sobie, napięty, głęboko przeżywał zbliżającą się śmierć.
"Inka" nic nie mówiła. Może gdybym był lepiej
przygotowany i zapytał o coś… Ale dla mnie to było zupełnie
nowe doświadczenie; nie wiedziałem, jak się zachować… Później sprowadzili mnie na
dół, tam gdzie byłem poprzednio. Znowu czekałem, może z
godzinę? Człowiek w takich sytuacjach nie ma poczucia czasu. Była
noc. (Gdy siedziałem w więzieniu, mówiono mi, że wyroki
wykonywano w nocy, nie rano). W końcu poprowadzono mnie schodami,
jakby do piwnicy (zejście było dosyć ciasne).

Po zdrajcach narodu…
Oni już tam byli. Zdaje się, że w
kajdankach albo z zawiązanymi rękami. Sala była niewielka, jak dwa
pokoje. Miałem krzyż, dałem go do pocałowania. Chciano im
zawiązać oczy, nie pozwolili. Obok czekała zgraja ludzi, tak że
było dosyć ciasno. Był wojskowy prokurator(1) i pełno jakichś
młodych ubowców. Ustawiono nieszczęśników pod
słupkami. W rogu był stolik, gdzie prokurator odczytywał
uzasadnienie wyroku i sąd dał rozkaz wykonania egzekucji. Była
taka jakby wnęka, chyba czerwona nieotynkowana cegła, były słupki
do połowy człowieka. Postawiono ich przy nich, nie pamiętam, czy
ich przywiązano. Ci, którzy tam stali, nie uszanowali powagi
śmierci. Obrzucili skazańców obelżywymi słowami, a
prokurator odczytał uzasadnienie wyroku i poinformował, że nie
było ułaskawienia. Jego ostatnie słowa brzmiały: "Po
zdrajcach narodu polskiego, ognia!". W tym momencie skazani
krzyknęli, jakby się wcześniej umówili: "Niech żyje
Polska!". Potem salwa i osunęli się na ziemię. Strzelało
dwóch lub trzech żołnierzy, chyba z pepesz, z bliskiej
odległości – 3-4 metrów. Pamiętam, że posadzka była
czerwona, jakby z kafli, środkiem biegł rowek, chyba żeby krew
spływała. ["Inka" i "Zagończyk"] osunęli się.
Nie mogłem na to patrzeć, ale pamiętam, że obydwoje jeszcze żyli.
Wtedy podszedł oficer i dobił ich strzałami w głowę. Nie wiem,
kto to był. To było dla mnie nie do zniesienia. Pamiętam tylko, że
padło nazwisko chyba Suchocki, i że ten człowiek był w mundurze.
Zdaje się, że to był prokurator, który odczytywał
wyrok(2). Byłem w tłumie stojących trochę zasłonięty. Nawet nie
wiedziałem, że obok był lekarz. Później musiałem podpisać
protokół o wykonaniu wyroku śmierci. Zaraz potem
wyprowadzili mnie. Nie pamiętam, jak się znalazłem w samochodzie;
nie wiem, czy jechałem z tymi, którzy mnie przywieźli. W
samochodzie nic do mnie nie mówili.

Kartka
Z informacją o śmierci nie poszedłem
do siostry "Inki" od razu. Przez cały tydzień żyłem w
oszołomieniu. W końcu zebrałem się i po cywilnemu, w godzinach
popołudniowych, zapukałem do mieszkania. Otworzono mi,
było tam może z 10 osób. Młodzi ludzie. Zwróciłem
się do nich, że chciałbym rozmawiać z panią tego domu. Wystąpiła
pani starsza od nich i jej przekazałem wiadomość. Ona
odpowiedziała: – My wiemy o tym, kartka przyszła… Na tym się
skończyło, wróciłem do domu. Kiedy mnie potem aresztowano,
przypomniano mi tę wizytę w śledztwie. Byłem więc cały czas
obserwowany.

Mało z kim dzieliłem się tymi
wspomnieniami. Nawet rodzinie nic nie powiedziałem. Zachowałem to w
sobie. Śmierć "Inki" i "Zagończyka" przeżyłem
jak śmierć kogoś bliskiego. Cieszę się, że teraz mogłem o tym
opowiedzieć, i że pamięć o tych ludziach nie zaginie.

Pomnik Danuty
Siedzikówny "Inki", przy ulicy Armii Krajowej w Sopocie.

(1) Najprawdopodobniej mjr Wiktor
Suchocki, prokurator Wojskowego Sądu Rejonowego w Gdańsku.
(2) Ks. Marian Prusak najprawdopodobniej
myli się, gdyż dowódcą plutonu egzekucyjnego był
Franciszek Sawicki.

Opracowano na podstawie:
Biuletyn IPN Nr
6 – 07.2001 r.

Konspiracja i opór społeczny w Polsce 1944-1956. Słownik biograficzny.Tom I, wyd. IPN 2000


Anglojęzyczna wersja tekstu (na stronie www.doomedsoldiers.com):
The Execution of "Inka" And "Zagonczyk" Related by Father Marian Prusak.>

Egzekucja "Inki" i "Zagończyka" – część 1>
Strona główna>

Mjr Antoni Żubryd „Zuch” (1918 – 1946) – część 1

Mjr Antoni Żubryd „Zuch” i Samodzielny Batalion Operacyjny NSZ

Dźwięk otwieranych masywnych drzwi niespodziewanie zmącił ciszę celi w sanockim gmachu Urzędu Bezpieczeństwa. Znajdujący się wewnątrz trzej młodzi ludzie wstali z pryczy. Do środka, w towarzystwie funkcjonariusza UB wszedł ksiądz.

Ostatnia spowiedź więźniów odbyła się szybko. Warujący UB-ek nie pozwolił na dłuższą rozmowę z kapłanem, który do tej pory był dla nich jedynym kontaktem ze światem zewnętrznym. Następnego dnia rano 24 maja 1946 odbył się makabryczny spektakl. Na stadionie sportowym w Sanoku powieszono dwóch z nich: Władysława Kudlika oraz Władysława Skwarca. Publicznej egzekucji przyglądał się tłum gapiów, ale UB-ekom to nie wystarczyło, dlatego na widowisko spędzili młodzież z miejscowych szkół. Zwłoki obu straconych wrzucono do jednego grobu, który przez dziesiątki lat pozostał bezimienny. Kilka dni później na szubienicy stanął trzeci z uwięzionych: Stanisław Książek. W taki oto barbarzyński sposób zamordowani zostali żołnierze z oddziału Narodowych Sił Zbrojnych pod dowództwem legendarnego majora Antoniego Żubryda.

Zakręty losu

Przez cały okres polski ludowej postać Antoniego Żubryda była uosobieniem reakcji, wszelakiego zaprzaństwa i faszyzmu. Uczyniono z niego niemalże sztandarowy symbol powojennego podziemia niepodległościowego w znaczeniu jak najbardziej pejoratywnym. Książki takie jak „Łuny w Bieszczadach”, „Na tropach Żubryda”, „Bieszczady w ogniu” czy też film „Ogniomistrz Kaleń” skutecznie wyryły jego obraz jako brutalnego zbrodniarza, zaś obraz jego ludzi jako bandę rzezimieszków i rabusi. Oczywiście opowieści te z jakąkolwiek prawdą miały niewiele wspólnego. Kim więc był Antoni Żubryd i jak wyglądały koleje jego dramatycznego życia?

Mjr Antoni Żubryd "Zuch"

Antoni Żubryd przyszedł na świat 4 września 1918 roku w Sanoku gdzie jego ojciec był woźnym w jednej ze szkół. W 1933 roku rozpoczął naukę w Szkole Podoficerskiej dla Małoletnich w Śremie. Edukację zakończył w 1936 roku otrzymując przydział do 40 pułku piechoty „Dzieci Lwowskich.” Podczas kampanii wrześniowej brał udział w obronie Warszawy. W trakcie walk został awansowany do stopnia sierżanta i odznaczony Krzyżem Walecznych. Po upadku stolicy dostał się do niemieckiej niewoli, z której niebawem zbiegł. Przebrany w cywilne ubranie powrócił do rodzinnego Sanoka.

Na przełomie roku 1939 i 1940 Żubryd próbuje przedostać się przez granicę na stronę radziecką. Niestety ujęty przez sowietów zostaje zmuszony do współpracy z radzieckim wywiadem. Jako agent o pseudonimie „Orłowski” prowadził rozpoznanie niemieckich umocnień nad Sanem. Jego zadaniem była również obserwacja nadleśnictwa w Sanoku. W tym celu nawiązał kontakt z pracownicą nadleśnictwa Janiną Praczyńską. Znajomość okazała się na tyle zażyła, iż w październiku 1940 roku oboje zawarli związek małżeński. W międzyczasie Żubryd wiąże się z Armią Krajową i działa tam w charakterze instruktora. Ten epizod jego życia mimo wszystko nie jest należycie udokumentowany.

Janina Żubryd z domu Praczyńska, żona Antoniego Żubryda. Po zwolnieniu z aresztu UB stale przebywała w oddziale męża. Zastrzelona wraz z mjr. Żubrydem przez agenta UB Jerzego Vaulina 24 października 1946 we wsi Malinówka.

Uderzenie niemieckich wojsk na sowietów w czerwcu 1941 roku gwałtownie przerwało współpracę Żubryda z sowieckim wywiadem. Niemcom jednak udało się przejąć dokumenty świadczące o jego powiązaniach z Rosjanami. Antoni Żubryd został aresztowany i przewieziony do Tarnowa, a następnie do Krakowa gdzie Sondergericht skazał go na śmierć. Szczęście jednak znowu się do niego uśmiechnęło. W drodze na egzekucję udaje mu się, mimo postrzału w nogę, uciec z transportu. Przez jakiś czas ukrywał się w leśniczówce koło Krzeszowic. Latem 1943 roku przedarł się do Sanoka.

Kiedy w 1944 roku do Sanoka wkroczyła armia czerwona Żubryd zgłosił się do sowieckiego dowództwa z chęcią podjęcia dalszej współpracy. Odkomenderowano go do placówki NKWD, gdzie pełnił funkcje oficera śledczego i tłumacza. Po pewnym czasie objął stanowisko zastępcy szefa Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Sanoku otrzymując stopień porucznika. Ludzie pamiętający tamte czasy twierdzili, że Żubryd zasadniczo różnił się od swoich sadystycznych współpracowników z UB. Nie dość, że nie torturował aresztowanych, to wręcz ostrzegał przed mającymi nastąpić aresztowaniami i pomagał w ucieczkach.

Wojna się skończyła, ale spokój nie zawitał w malownicze rejony Podkarpacia. Reżim komunistyczny przystąpił do rozprawy z polskim podziemiem niepodległościowym, które nie miało zamiaru składać broni. Walka przybrała charakter bezpardonowy. Życie ludzkie nie miało większego znaczenia. Zależało od przypadku bądź czyjegoś kaprysu. Na domiar złego, co noc krwawe łuny płonących wsi znaczyły szlaki przemarszu sotni Ukraińskiej Powstańczej Armii. Żubryd – oficer UB, na co dzień przekonywał się, że komuniści zmierzają do unicestwienia każdego kto chociaż na moment pomyślał o niepodległej Polsce. Zapewne nie czuł w sobie powołania do utrwalania dyktatury proletariatu, bo bardzo szybko nawiązał współpracę z endeckim podziemiem działającym w Sanoku. Niejasne powiązania zwróciły uwagę jego przełożonego, szefa sanockiego PUBP Tadeusza Sieradzkiego, który postanowił pozbyć się swojego zastępcy. Antoni Żubryd pojął, iż grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo. Najprawdopodobniej przejął rozkaz Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego dotyczący jego zwolnienia z pełnionych funkcji. Postanowił więc działać.

W konspiracji

W czerwcu 1945, w asyście zaufanych ludzi podjechał pod gmach UB w Sanoku na ulicy Sienkiewicza. Od strażników zażądał wydania dziesięciu więźniów podejrzewanych o przynależność do Armii Krajowej. Ci w związku z nieobecnością Sieradzkiego wykonali polecenie. Nie niepokojony przez nikogo Żubryd wraz ze swoją grupą oddalił się w stronę Krosna. Następnego dnia UB-ecy zrozumieli, że zostali oszukani. W odwecie aresztowali jego teściową i czteroletniego syna. Żubryd jednak nie dał zbić się z tropu.. 15 czerwca jego ludzie celnymi strzałami zdmuchnęli z tego świata szefa sanockiego PUBP Tadeusza Sieradzkiego i ranili innego funkcjonariusza. To jednak nie poskutkowało. W związku z tym Żubryd na czele swojego oddziału zdobył posterunek Milicji Obywatelskiej w Haczowie i wziął do niewoli znajdujących się tam milicjantów. Następnie zadzwonił do sanockiego UB i oświadczył, iż jeżeli w przeciągu godziny teściowa i syn nie zostaną zwolnieni wszystkich rozstrzela. Tym razem funkcjonariusze bezpieki postanowili nie ryzykować i natychmiast uwolnili przetrzymywanych.

W ten sposób powstały zręby oddziału, który niebawem zasiał strach pośród członków komunistycznego reżimu. Antoni Żubryd szybko skontaktował się z dowództwem Narodowych Sił Zbrojnych i właśnie tej organizacji podporządkował swoją zbrojną grupę przyjmując pseudonim „Zuch”. Komenda główna NSZ zatwierdził jego stopień porucznika awansując później do stopnia kapitana, a następnie majora. „Zuch” podporządkował sobie kilka innych konspiracyjnych grup działających w regionie. Liczący początkowo kilkanaś
cie osób oddział rozrósł się do rozmiarów batalionu przekraczając stanem osobowym grubo ponad dwieście osób. Obszar działania oddziału podzielonego na kilka kompanii obejmował powiaty: leski, sanocki i brzozowski.

Część 2 >
Strona główna – wprowadzenie >

Mjr Antoni Żubryd „Zuch” (1918 – 1946) – część 2

Sława Batalionu oraz …

Sława Batalionu oraz jego dowódcy szybko obiegła cały kraj. Pośród huku wystrzałów i trzasku płonących zabudowań „Zuch” bezwzględnie rozprawiał się ze stalinowskim aparatem. Trup pośród funkcjonariuszy UB, MO, KBW, a także co bardziej gorliwych członków PPR ścielił się gęsto.
W maju 1946 roku „żubrydowcy” podziurawili kulami samochód komisji przesiedleńczej posyłając w zaświaty szefa sztabu 8. Dywizji Piechoty ppłk. Teodora Rajewskiego.
W tym samym miesiącu niedaleko Niebieszczan „Zuch” osobiście położył trupem szefa Wydziału Polityczno-Wychowawczego 8. DP mjr Abrahama Premingera*.
Ilu jeszcze UB-eków, NKWD-zistów, milicjantów i propagandzistów padło od kul żołnierzy majora Żubryda? Trudno to dzisiaj policzyć. Żubryd bez przerwy organizował na nich zasadzki, co i sam się z nich wymykał. Rozbijał konwoje i uwalniał więźniów politycznych. Strzelaniny, potyczki, gonitwy były codziennością dla żołnierzy Samodzielnego Batalionu Operacyjnego NSZ – jak brzmiała jego pełna nazwa. Oddział ochraniał również polską ludność przed UPA, a niekiedy przechwytywał aprowizację przygotowywaną przez Ukraińców dla swoich striłciw.
Ściśle współpracował też z innymi organizacjami niepodległościowymi między innymi sanockimi strukturami Stronnictwa Narodowego** i Młodzieży Wielkiej Polski***.
Co ciekawe świadkowie tamtych czasów relacjonują, iż „Zuch” poczynał sobie dość śmiało. Bywało, że nie niepokojony przez nikogo przebywał w Sanoku. Rzekomo miał też wizytować tutejsze koszary wojskowe. Z wojskiem zresztą żył w dobrej komitywie.
Wszystko to spowodowało, że dla władz Polski Ludowej major Antoni Żubryd stał się wrogiem publicznym numer jeden. Metody walki jakie narzucili komuniści, prócz publicznych egzekucji, podstępu i skrytobójstwa obejmowały jeszcze niezwykle kłamliwą propagandę. Żubrydowi przypisywano najbardziej haniebne czyny: rabunki, rozboje, morderstwa. Uporczywie tworzono mit pospolitego przestępcy. Faktem jest, że wielu autentycznych watażków podszywało się pod niego, ale „Zuch” gdy tylko mógł bronił reguł praworządności. Tak było w przypadku Franciszka Haducha z Pisarowiec. Haduch był jednym z uwolnionych przez Żubryda więźniów UB. Na wolności przyjął pseudonim „Piłsudski” i zorganizował własny oddział partyzancki. Jednak zamiast partyzantką zajął się pospolitym rabunkiem bydła i wszelkiego innego dobytku. Kiedy Żubryd się o tym dowiedział, a zarzuty się potwierdziły osobiście zastrzelił Haducha.

Zdrada

Ogrom sił i środków zgromadzonych przeciwko oddziałowi „Zucha” dawał pewność, że prędzej czy później stalinowska machina terroru odniesie zwycięstwo. Tak się też stało. Batalion zaczął tracić inicjatywę w polu.
W ręce UB wpadł Mieczysław Kocyłowski vel „Czarny”**** – zastępca i prawa ręka Antoniego Żubryda. 27 czerwca 1946 roku pododdziały 32 pułku piechoty zadały „żubrydowcom” poważne straty. Do niewoli dostało się aż dwudziestu jeden partyzantów. Kilka miesięcy później przeprowadzono na oddział wielką aczkolwiek nieudaną obławę. Pętla powoli się zaciskała.
„Zuch” zrozumiał, że dalsza walka nie ma szans powodzenia. Wraz z żoną – która od początku istnienia batalionu stała u jego boku – postanowił przedostać się do Austrii. O zmierzchu 24 października 1946 oboje przybyli do Malinówki. Był z nimi towarzysz broni Jerzy Vaulin vel Mar. Vaulin, były żołnierz AK, posługiwał się w oddziale mjr. "Zucha" pseudonimem "Bronek", a w UB – "Mewa". „Zuch” pozostawił małżonkę i wraz Marem poszli sprawdzić dalszą trasę przemarszu. Kiedy obaj weszli do lasu Mar niepostrzeżenie wyjął z kabury swojego browninga – kal. 7,65 mm i strzałem w tył głowy zabił Antoniego Żubryda.

Mjr
Antoni Żubryd "Zuch" – posmiertne zdjęcie wykonane przez
UB.

Chwilę potem podstępem zwabił w to samo miejsce będącą w ósmym miesiącu ciąży Janinę Żubryd. Ją również zastrzelił na miejscu. Ani „Zuch”, ani tym bardziej jego żona nie przypuszczali, że Jerzy Valin jest agentem UB. Mordując ich wywiązał się z zadania powierzonego mu przez jego pryncypałów. Następnego dnia funkcjonariusze bezpieki zabrali zwłoki. Teściową i syna Żubrydów osadzono na zamku w Rzeszowie. Syn Janusz zmuszony był zmienić nazwisko. Ostatniego żołnierza Samodzielnego Batalionu NSZ „Zuch” aresztowano dopiero 1951 roku.

Zdjęcie wykonane przez UB we wsi Malinówka. Ciała mjr. Antoniego Żubryda "Zucha" i jego żony Janiny, zastrzelonych przez agenta UB Jerzego Vaulina.

Po latach

Dnia 28 czerwca 1994 roku Sąd Wojewódzki w Rzeszowie unieważnił postanowienia Wojskowej Prokuratury Rejonowej z dnia 12 grudnia 1946 roku dotyczące między innymi umorzenia postępowania wobec śmierci Antoniego Żubryda. Jego zabójca Jerzy Vaulin zrobił karierę jako reżyser wojskowych filmów dokumentalnych. Do zabójstwa „Zucha” i jego żony przyznał się publicznie na łamach Gazety Wyborczej. W roku 1999 Sąd Okręgowy w Krośnie rozpoczął proces przeciwko niemu pod zarzutem zabójstwa dowódcy batalionu NSZ. Sam Vaulin stwierdził, że: Nie czuję pokuty, jest to moje największe bojowe przeżycie, zakończone zwycięstwem.*****

Wojciech Romerowicz

Część 1 >
Strona główna – wprowadzenie >


Przypisy:
* Mogiła majora Abrahama Premingera znajduje się na sanockim cmentarzu wojskowym gdzie co rok odbywają się uroczystości związane z ważnymi świętami państwowymi. Kilkadziesiąt metrów dalej znajdują się groby straconych żołnierzy z oddziału Antoniego Żubryda: Władysława Kudlika, Władysława Skwarca i Stanisława Książka. Mogiły ich dopiero w połowie lat dziewięćdziesiątych przestały być bezimienne. Nie doczekały się jednak godnego uznania lokalnej społeczności.
** Stronnictwo Narodowe – partia polityczna wywodząca się z narodowej demokracji. Powstała w 1928 roku. W trakcie okupacji niemieckiej środowiska SN były mocno zaangażowane w walkę z hitlerowcami. W 1944 roku kierownictwo SN utworzyło Narodowe Zjednoczenie Wojskowe przeznaczone głównie do walki z sowieckim okupantem. W 1947 SN zostało ostatecznie rozbite przez komunistyczne służby bezpieczeństwa.
*** Młodzież Wielkiej Polski – organizacja młodzieżowa kierowana przez SN. Powstała w 1932 roku. Jej celem było wychowywanie młodzieży w duchu wartości narodowych i katolickich. Po wojnie MWP nastawiona była na działalność propagandową przeciwko władzy ludowej.
**** Mieczysław Kocyłowski (1927-1997) –pochodził z Dąbrówki Ruskiej. Jako piętnastolatek został zaprzysiężonym członkiem AK i przyjął pseudonim „Czarny”. Walczył również w oddziale Narodowej Organizacji Wojskowej. Po wojnie dowodził oddziałem samoobrony przed UPA. Odział ten został włączony do Samodzielnego Batalionu Operacyjnego NSZ mjr Antoniego Żubryda, „Czarny” zaś został jego zastępcą. 23.03.1946 roku zostaje pojmały. Po długim śledztwie skazany na osiem lat więzienia i pięć lat pozbawienia praw obywatelskich. W wyniku ciężkiej choroby zwolniony w 1950 roku. Jest autorem arcyciekawych wspomnień pod tytułem: „Byłem zastępcą Żubryda”. Zmarł nagle 12.02.1997 r w niewyjaśnionych okolicznościach.
***** Jerzy Vaulin został bohaterem reportażu pt. „List do syna” opowiadającego o jego liście do syna Antoniego Żubryda – Janusza Niemca. Vaulin wyznaje w nim, iż to on zamordował rodziców Janusza podając przy tym drastyczne szczegóły mordu. Jak sam skonstatował, żadnych wyrzutów sumienia z tego powodu nigdy nie miał.

Materiały źródłowe:
Mieczysław Kocyłowski – „Byłem zastępcą Żubryda”.
Brzozowskie Zeszyty Historyczne – część III
Brzozowskie Zeszyty Historyczne – część IX

Mjr Franciszek Jerzy Jaskulski "Zagon", "Zagończyk" (1913 – 1947) – część 1

Mjr Franciszek Jerzy
Jaskulski "Zagończyk" i Związek Zbrojnej Konspiracji (ZZK)

W czerwcu 2001 r. w Radomiu
stanął pomnik majora Franciszka Jaskulskiego "Zagończyka",
żołnierza Armii Krajowej i Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość.
Choć kilka miesięcy trwały kłótnie między SLD a prawicą
na temat lokalizacji monumentu, to jednak niewiele chyba osób
zna jego bohatera. Major "Zagończyk" to na pewno postać
nietuzinkowa, to typowy przykład polskiego patrioty, wychowanego w
latach II Rzeczpospolitej. Jego droga życiowa wiodła od harcerstwa,
przez udział w wojnie obronnej 1939 roku, konspirację, Armię
Krajową, po walkę z komunistami, próbującymi narzucić
Polakom system obcy tradycji narodowej. Choć wydawało się, że
historia przynajmniej od 10 lat przyznaje rację "Zagończykowi",
to jednak nadal jego pamięć jest opluwana przez obecnych dziedziców
czerwonej ideologii. Dla nich działacze WiN-u to "kontrowersyjna"
grupa partyzancka, mająca na sumieniu również niewinnych
ludzi. Jak więc wyglądały losy dowódcy WiN na ziemi
radomskiej?

Mjr Franciszek Jerzy Jaskulski "Zagon","Zagończyk"

W obronie niepodległości

Mjr Franciszek Jaskulski urodził się 16 września 1914 roku w Castrop – Rauxel w Westfalii, w rodzinie polskich emigrantów. Był synem Ignacego Jaskulskiego i Marii z Kozalów, do kraju wrócił razem z rodzicami w maju 1926 r. Państwo Jaskulscy zamieszkali w Zdunach (powiat krotoszyński), gdzie przyszły "Zagończyk" ukończył siedmioletnią szkołę podstawową. W latach 1928-1933 uczęszczał do Seminarium Nauczycielskiego w Krotoszynie. Po jego ukończeniu podjął pracę zarobkową w Urzędzie Gminnym w Zdunach. W 1935 został przeniesiony do gminy Kobylin. Przez 3 semestry studiował prawo. Służbę wojskową odbył w 17 puł. w Lesznie i ukończył ją w 1937 r. w topniu kaprala. Wróciwszy do cywila Jaskulski został nauczycielem; udzielał się także w harcerstwie – w 1939 roku otrzymał stopień harcmistrza. Zmobilizowany wziął
udział w obronie Warszawy, potem wrócił do Zdun i włączył
się do pracy w konspiracji. Na podstawie nasłuchów i
informacji z terenu redagował pisemko "Zagończyk" – stąd
jego partyzancki pseudonim. Poszukiwany przez gestapo wyjechał w
roku 1942 w Lubelskie, związał się z Kedywem AK, otrzymał stopień
podporucznika i od 1943 roku dowodził oddziałem lotnym o
kryptonimie "Pilot". Oddział ten wchodził w skład
budowanego 15. Pułku Piechoty "Wilków", walczył z
Niemcami w okolicy Puław. Jego największym wyczynem było ocalenie
25 lipca 1944 r. Końskowoli przed karną ekspedycją Wehrmachtu. W
trakcie tej akcji nadjechały sowieckie czołgi, które
włączyły się do walk z Niemcami. To pierwsze spotkanie w
atmosferze "braterstwa broni" miało jednak mylący
charakter.

Prócz walk z Niemcami
partyzanci musieli borykać się z bandami strzelających w plecy
komunistów. W wyniku skrytobójczych napaści ze strony
oddziałów AL pośród "Wilków" (taki
kryptonim nosił odtwarzany 15. pp AK) zginęło 29 partyzantów,
rany odniosło 21, co stanowiło ponad 50 proc. strat osobowych.
Najbardziej haniebną była napaść AL.-owców z oddziału
"Cienia" (Bolesław Kowalski), który 4 maja 1944 r.
w Owczarni zamordował 18 żołnierzy AK z oddziału "Hektora"
(Jan Zdzisław Targosiński) czekających na przyjęcie zrzutu.
Takich zbrodni nie popełniali nawet Niemcy, choć w walkach z nimi
partyzanci ugrupowania "Wilków" stracili 24 ludzi.

W więzieniu

Dwa dni po wspólnych
walkach o Końskowolę do "Zagończyka" zgłosili się
trzej przedstawiciele władz wojskowych (plus jeden aktywista PPR) –
żądając, aby oddział zdał broń i wstąpił do Armii Berlinga;
samego zaś dowódcę wraz z drugim oficerem serdecznie
zaproszono na rozmowy. Na szczęście "Zagończyk"
wiedział, co myśleć o takiej serdeczności (większość
zapraszanych oficerów AK została zamordowana lub wywieziona w
głąb ZSRR). "Zagończyk" wymógł zgodę na
trzydniowy odpoczynek dla żołnierzy po bitwie, umówiono się
na 30 lipca. Sowieciarze, będąc tylko w czwórkę, nie mogli
odmówić zgody, narada odbywała się zresztą w braterskiej
atmosferze – przy wódce .

Obydwie strony grały
znaczonymi kartami. Już 29 lipca, w przeddzień ustalonego terminu,
do bazy partyzantów przybyły dwa samochody z żołnierzami
Berlinga dowodzonymi przez oficerów NKWD – jednak większości
"urlopowanych" żołnierzy jeszcze (a właściwie już…)
nie zastali. "Zagończyk" prowadzony w braterskiej
atmosferze na wspólne obrady – w ostatniej chwili zdołał
uciec. Nie na długo – w listopadzie został aresztowany, osadzony na
Zamku w Lublinie i skazany na karę śmierci za przynależność do
nielegalnej organizacji pod nazwą Armia Krajowa oraz za to, iż nie
uczynił zadość publicznemu wezwaniu do poboru. Wyrok ten został
zamieniony na 10 lat więzienia, Jaskulskiego przewieziono do Wronek,
skąd we wrześniu 1945 r. zdołał uciec. Ucieczka miała charakter
improwizacji. Jaskulski wraz z drugim więźniem, zawodowym
elektrykiem Sławomirem Liberackim, bywał wysyłany do napraw
instalacji poza więzieniem. Podczas pracy wykonywanej w jakimś
mieszkaniu więźniom udało się obezwładnić strażnika,
przemknęli przez miasto do lasu, przepłynęli na drugą stronę
Warty, zaopatrzyli się w odzież i – dla zatarcia śladów –
powrócili na lewy brzeg rzeki. Skierowali się do Poznania –
nie docenili jednak zawziętości komunistów, którzy
wciąż przeczesywali cały teren. Liberacki nie wytrzymał
kondycyjnie i psychicznie, zrezygnował z dalszej ucieczki.
"Zagończyk" – stary harcerz – najpierw zagrzebał się w
jakąś jamę i przykrył liśćmi, potem położył się na dnie
płytkiego stawu i oddychając przez trzcinę przeczekał do
przejścia obławy.

Fałszywe dokumenty używane przez por. Franciszka Jaskulskiego w 1945 r.

Podziemie antykomunistyczne

Po udanej ucieczce
"Zagończyk" wrócił w Lubelskie i na terenie
powiatu puławskiego zorganizował oddział złożony z osób
zagrożonych aresztowaniami. Na początku dowodząc partyzantami
"Orlika" – przeprowadził wspólny atak na stację
PKP w Dęblinie, gdzie UB przetrzymywało żołnierzy AK. Więźniów
nie udało się odbić, jedyną pociechę stanowiło kilkunastu
zastrzelonych polskich i rosyjskich sowieciarzy. Dowództwo
potraktowało akcję jako zdany egzamin i postanowiło przydzielić
Jaskulskiemu poważniejsze zadanie. Na przełomie lat 1945-1946 w
ramach tworzenia struktur Wolności i Niezawisłości "Zagończyk"
otrzymał rozkaz zorganizowania terenu radomsko – kozienickiego. Na
początku 1946 r. zgrupowanie "Zagończyka" przeprawiło
się na lewy brzeg Wisły. Budowę swego inspektoratu "Zagończyk"
zaczął od przejęcia pod komendę walczących już oddziałów.
Podporządkował sobie znanego z akcji na więzienie w Radomiu
"Oriona" (ppor. Włodzimierz Kozłowski), a także Orła"
(st. sierż. Tadeusz Bednarski) i "Mściciela" (st. sierż.
Tadeusz Moryc – oddział rozbity w czerwcu 1946 r.), następnie
operujących w radomskiem: "Dzidy" (ppor. Marian Sadowski)
i "Zagóry" (Stefan Nowacki, oddział rozbity wiosną
1946 r., część żołnierzy przeszła do "Igły").
Podporządkowały się Jaskulskiemu także walczące w iłżeckim
oddziały: "Igły (ppor. Tadeusz Zieliński) "Zapory"
(Konstanty Koniusz) i "Beliny" (Tadeusz Życki – rozwiązany
w czerwcu 1946 r., część partyzantów przeszła do "Beliny")
oraz duża grupa "Sokoła" (NN, operująca w radomskiem i
iłżeckiem(. Osłonę komendy stanowiła 15 – 20 osobowa drużyna
lotna "Jastrzębia" (sierż. podch. Zenon Ochal), w której
było wielu AK-owców z Lubelszczyzny.

Największe oddziały –
"Orła", "Dzidy", " Igły" i "Sokoła"
liczyły 30-40, miały jednak rozbudowaną konspirację terenową, co
dawało możliwość szybkiego podwajania stanu. Używano nazwy ZZK
(Związek Zbrojnej Konspiracji), co dodatkowo szyfrowano jako Związek
Zawodowy Kolejarzy; w oddziałach terenowych przyjęła się jednak
nazwa ROAK – Ruch Oporu Armii Krajowej. Jaskulski zorganizował także
świetnie funkcjonującą sieć cywilną WiN. Od stycznia do lipca
1946 w ramach ZZK uruchomione zostały 4 obwody, które
obejmowały powiaty: kozienicki (kryptonim: Kozienicki Ruch Oporu,
KRO), radomski (krypt: Polska Partia Socjalistyczna), konecki
(krypt.: Związek Walki Młodych) oraz iłżecki (Stronnictwo
Ludowe). Zorganizowano także placówki prasowe w Łodzi,
Krotoszynie, Krakowie i Gdańsku, ta ostatnia zajmowała się także
pozyskiwaniem broni. Po transporty jeździł samochodami
współdziałający ze sztabem ZZK plut. podch. Aleksander
Zdybiecki – "Kruk". W czerwcu 1946 r. "Zagończyk"
odbył spotkanie z legendarnym "Ogniem" (Józef
Kuraś) i zachęcony jego sukcesami zaczął projektować organizację
dużych oddziałów partyzanckich w Górach
Świętokrzyskich.

Część 2 >
Strona główna – wprowadzenie >