„Bezrukij Major” – część 5

Jan Erdman w książce …

Jan Erdman w książce „Droga do Ostrej Bramy” pisał, że do 1982 r. depesze te stanowiły jedyne dostępne źródło informacji o bitwie pod Surkontami i wobec tego przytoczone zostały przez oba podstawowe dzieła z zakresu historii AK, a mianowicie: tom poświęcony AK w cyklu Polskie Sity Zbrojne w drugiej wojnie światowej oraz AK w dokumentach, tom IV.
Nie wdając się w roztrząsanie opinii Warty, zajmę się od razu nowym faktem, którym uzupełnia swój pierwotny raport. Myślę o 2-godzinnej przerwie, jaka – zdaniem „Warty” – nastąpiła po pierwszej fazie bitwy. Wszyscy świadkowie zgadzają się, że przerwa była, ogień ucichł i napór ustał. Ale na temat długości przerwy zdania są podzielone.
Bustromiak powiedział w 1975 roku: „To była jedna bitwa, przerwa była krótka. A dowództwo radzieckie żadnych dodatkowych wojsk nie ściągało, bo i tak miało przygniatającą przewagę”.
Świadek II tak (w 1980 roku) przypominał sobie bitwę: „Nie mieliśmy żadnej dłuższej przerwy. Nasilenie ognia czasami słabło, czasem ustawało. Może sowieci robili jakieś przegrupowania albo łapali drugi oddech?”.

Zbigniew, w owym czasie szef nowogródzkiego BIP-u, był z dala od placu boju, ale dochodziły go odgłosy walki. Jego zdaniem strzelanina ustała na 15-20 minut.
Już po ukończeniu rękopisu – w 1981 roku – Jan Erdman otrzymał jeszcze jedną ocenę tej pauzy od mieszkańca Surkont, który nie był w oddziale AK i nie brał udziału w walce, ale znajdował się w zagrodzie zajętej przez sztab „Kotwicza”. Jego zdaniem, po 2-godzinnej walce nastąpiła przerwa, której długości nie podejmuje się określić z dokładnością zegarową, ale pamięta, co się wówczas zdarzyło. Kiedy ustała palba, Holeniewski (gospodarz obejścia) zwrócił się do „Kotwicza” o pozwolenie zwiezienia snopków zboża z pola. Major się zgodził, zboże zwieziono. Pracowano w pośpiechu, tak że świadek nie przypomina sobie nawet, czy zdążono zrzucić snopki do stodoły, która wkrótce spłonęła. Najwidoczniej więc istniało wtedy domniemanie, że nieprzyjaciel się wycofał albo zrezygnował z natarcia.
Ze względu na podniecenie bitewne wszystkich obecnych, ustalenie dokładnej chronologii jest zadaniem nieosiągalnym. Wnioskować jednak można, że czas potrzebny na uformowanie przekonania, że natarcie ustało i na zwiezienie snopków z pola musiał być dłuższy niż kwadrans. A z drugiej strony — musiał być chyba krótszy niż 2 godziny, skoro w pamięci uczestników obie fazy walki zlały się w całość.

Czy decyzja „Kotwicza” trwania w Surkontach była trafna? Przeciw pozostaniu przemawiała partyzancka zasada unikania walki w miejscu i czasie narzuconym przez wroga. Do pozostania skłaniała obecność rannych, dla których wpadnięcie w ręce Rosjan oznaczało niechybną śmierć. Poczucie koleżeństwa i odpowiedzialności za rannych zwyciężyło. Pozostaje kwestią otwartą, czy było to zwycięstwo rozsądku.
Natomiast do bajek zaliczyć wypada maksymę, przypisywaną „Kotwiczowi” przez osoby, których w Surkontach nie było, że „żołnierz polski nie cofa się po zwycięstwie”. „Bustromiak” stwierdza, że Kotwicz postanowił się wycofać, ale z rannymi pod osłoną nocy.

Wróćmy na pobojowisko. „Czarna Magda” i „Zbigniew” krzątali się dokoła oddania poległym ostatniej posługi. Ciała ich pogrzebali miejscowi chłopi, zaznaczając miejsce pochówku resztkami płyt z grobów powstańców 1863 roku. Podczas Powstania Styczniowego nieopodal tego pola bitwy Rosjanie rozbili oddział Ignacego Narbutta.

Pole bitwy i zbiorowa mogiła żołnierzy Armii Krajowej w Surkontach były przez lata kołchozowym pastwiskiem. Zdjęcie z 1980 r.; z prawej strony widoczne fragmenty płyt z grobów Powstańców 1863 r.

„Zbigniew” opowiada:
We środę o świcie przyjechaliśmy do Surkont. Wieźliśmy dwie trumny. „Czarna Magda” wystarała się o 2 mundury i 2 koszule. Ten sam człowiek, który zrobił trumny, pomógł nam wydobyć zwłoki, obmyć, włożyć do trumny i zasypać bose stopy kwiatami. Tylko „Kotwicz” i „Orwid” pochowani zostali w trumnach.
Zwróciłem się do miejscowego księdza z prośbą o pogrzeb i pozwolenie  pochowania wszystkich na parafialnym cmentarzu przy kościele. Napotkałem opory – chyba zresztą zrozumiałe: on tu zostawał i nie mógł narażać się władzom. Był to zresztą ksiądz Litwin, co go jeszcze bardziej usprawiedliwiało. Wobec tego prosiłem go tylko o ostatni akt pogrzebu: pokropienie trumien i zwłok oraz odmówienie modlitwy za zmarłych. Grób postanowiliśmy wykopać przy leśnym cmentarzyku powstańców z 1863 roku. Okoliczna ludność chętnie – powiedziałbym nawet: zdumiewająco chętnie – wzięła udział w tym smutnym obrządku. To oni wykopali głęboką mogiłę, dość długą, by pomieścić 36 ciał.
Zwoziliśmy poległych z różnych miejsc, ponieważ oddział był rozrzucony. Miejscowi prowadzili nas, bo sami nie moglibyśmy do nich trafić. Kładliśmy zwłoki na wóz i przewoziliśmy kolejno do wspólnej mogiły.
Ostatnie zwłoki przywieźliśmy już wtedy, gdy ksiądz stał nad mogiłą i odprawiał egzekwie. Zaraz też przystąpiliśmy do zasypywania grobu.

Działo się to bardzo dawno: 23 sierpnia 1944. Od tego czasu wiele się w Surkontach zmieniło. Rodziny Geni Myszkówny i jeszcze jednego żołnierza ekshumowały szczątki swych bliskich i przeniosły na cmentarz rodzinny. Władze sowieckie interesowały się trumnami: odkopały je w 1945 roku, oglądały ciała, ale potem pozwoliły je zakopać.
Nie ma w Pielasie księdza i nie ma już kościoła. Władze przerobiły go na magazyn zboża, a dzwonnicę rozebrały. Utrudnia to odnalezienie wspólnej mogiły, bo wieża była dobrym punktem orientacyjnym.
Mogiła AK znajduje się po południowo-wschodniej stronie polnej drogi, łączącej Pielasę z Surkontami. Skraj mogiły oddalony jest o 30 m od drogi, jej oś idzie prostopadle do drogi. Linie graniczne czworoboku długości około 15 m są ledwo dostrzegalne, a powierzchnia niczym się nie odróżnia od otaczającego ją ugoru, zwanego tu z litewska „dyrwanem”. Trumny „Kotwicza” i „Orwida” umieszczone są najbliżej drogi. We wrześniu 1980 roku na kopczyku o wymiarach 2 x 2 m leżały dwa kamienie, wykazujące ślady pomnikowej obróbki.

„PANIE, KIEDY TU WRÓCICIE?”

Na początku lat dziewięćdziesiątych życie, a właściwie Cezary Chlebowski, autor legendarnej już dzisiaj książki, poświęconej mjr. Janowi Piwnikowi „Ponuremu”, pt. „Pozdrówcie Góry Świętokrzyskie” i główny sprawca sprowadzenia z Kresów do Krypty w Opactwie O.O. Cystersów w Wąchocku jego prochów, postanowili wraz z grupą ludzi z Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa dopisać epilog tej pierwszej bitwy Antysowieckiego Powstania. Przeczytajcie jak opowiadał o tej ostatniej bitwie, tym razem nie pod… ale o Surkonty:

Ta sprawa nie dawała mi spokoju prawie przez pół wieku. Jeszcze za czasów PRL dzięki pomocy „Przeglądu Katolickiego” udało mi się rozszerzyć rozszyfrowaną listę oficerów i żołnierzy z 11 do 24. I tak pozostało do dzisiaj. Ale los zbezczes
zczonych szczątków tych ludzi prześladował mnie aż do końca lat osiemdziesiątych. Jesienią 1989 r., gdy skończyła się PRL, znalazłem się w dwuosobowej grupie, której powierzono dokonanie weryfikacji składu personalnego dotychczasowej  Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa przy Urzędzie Premiera RP. W jakiś czas później premier powołał mnie na stanowisko wiceprzewodniczącego nowej Rady. W czerwcu 1990 r. wyjechałem do Grodna na zjazd organizacyjny Związku Polaków na Białorusi. Właściwie był to pretekst, by znaleźć się w Surkontach i zbadać możliwości pchnięcia tamtej sprawy w Mińsku.

Przygotowywałem się do tego wyjazdu dość gruntownie. Po drodze z Grodna do Mińska razem z konsulem Henrykiem Kalinowskim odszukaliśmy Surkonty. Jak tam jest, wiedziałem – teoretycznie – już rok wcześniej od zafascynowanego tą sprawą pracownika naukowego Uniwersytetu Warszawskiego Marka Gołkowskiego, który wraz ze swoją rodziną całą tę okolicę objechał, obfotografował, nagrał na taśmy magnetofonowe rozmowy ze świadkami dramatu i zebrany materiał pieczołowicie mi przekazał. Ale co innego obejrzeć zdjęcia, a co innego znaleźć się samemu na pięknej olbrzymiej polanie i zobaczyć to wszystko na własne oczy.

Na ledwo dostrzegalnym wzniesieniu stała olbrzymia blaszana obora, z której dochodziło porykiwanie kilkuset krów. Od jej wrót do odległych o pół kilometra pastwisk prowadził wydeptany trakt, pokryty zeschłą skorupą krowiego łajna. Pod tą skorupą leżeli ONI. „Kotwicz” i 35 żołnierzy jego pocztu. Zabici lub ciężko ranni i dobici długimi, wąskimi, czterograniastymi bagnetami. Zakopano ich płytko, niektórych tylko na pół metra. Tu i ówdzie wystawała kość. Właśnie owe kości oraz dwa głazy odwalone na bok z zatartą inskrypcją z 1863 r. wskazywały niezbicie, gdzie był ongiś powstańczy cmentarzyk, do którego w osiemdziesiąt lat później dołożono kotwiczowców. A następnie stale wyrównywano to wszystko racicami 800 krów przepędzanych tędy dwa razy dziennie. I tak trwało to przez prawie pół wieku. Trochę dalej bielała dzwonnica nowego kościółka i od niego aż na skłon wzgórza, po litewską granicę, ciągnęły się zabudowania owej dużej i wrogiej wsi Pielasy.

Że też nikt przed tym nie ostrzegł „Kotwicza”. W zasadzie ziemia raduńska była bardzo dobrym wyborem na operacyjny teren antysowieckiej konspiracji. Na okolicznych cmentarzach widziałem jeszcze w owym 1990 r. tylko katolickie krzyże, a na nagrobkach cyrylicy nie dostrzegłem. 86% ludności tego powiatu jeszcze długo po wojnie, mimo panującego stalinizmu, domagało się wpisywania im w „paszporty” narodowości polskiej. Tylko sam kraniec raduńszczyzny, ten wokół chutoru Surkonty – właśnie Pielasa i pozostałych sześć wsi nad okupacyjną i obecną granicą z Litwą – był wyjątkowo nieprzychylny Polakom, a szczególnie AK.
W trzy lata później dotrę w Mińsku do materiałów NKWD. I – jak się okaże – nie był to jedyny z tego źródła donos wymierzony przeciwko AK. Zresztą nawet w 1990 r. miejscowy ksiądz kościółka w Pielasie wolał rozmawiać po rosyjsku lub litewsku niż po polsku, choć język ten podobno zna. W Raduniu na rynku minęliśmy wysoki betonowy pylon z czerwoną gwiazdą na czubku, pod którym w zadbanej mogile leżą ci, którzy padli w boju z „polskimi legionierami”. Szokujące zestawienie obu pochówków – ofiar i katów.

Do Mińska formalnie jechałem jako gość polskiego konsula generalnego celem wygłoszenia dla białoruskich historyków referatu o organizacji „Wachlarz”, ale miałem też cel drugi – ważniejszy.
Przed kilkoma miesiącami, jeszcze w grudniu 1989 r., nasza Rada poprosiła konsula generalnego w Mińsku o pisemne zapytanie Ministerstwa Spraw Zagranicznych Białoruskiej jeszcze wtedy SSR, jakie są możliwości szybkiego nadania właściwej formy zbiorowej mogile w Surkontach. Na to pismo przez pół roku ministerstwo nie odpowiadało.
Na telefoniczną propozycję konsula generalnego pana Myślika Białorusini zgodzili się, aczkolwiek niechętnie, na moją wizytę u nich. Wyznaczono nam godz. 15:00. W upalne popołudnie jednak o godz. 14:10, kiedy wraz z konsulem Kalinowskim wsiadaliśmy do samochodu, na dziedziniec konsulatu wjechał motocyklista w czarnej skórzanej kurtce.
–  Oho, zaczynają się schody. Kurier z MID-u – poinformował mnie zaniepokojony Kalinowski.
Odebrał i pokwitował pismo, przeczytał i stwierdził:
– To pismo czyni wizytę naszej delegacji w MID-zie bezprzedmiotową.
Zamarłem, ale tylko na chwilę. Postanowiłem zagrać va banque:
– Szkoda, że otrzymaliśmy to pismo tak późno. Nasza delegacja przecież już jest w drodze do MID-u.

Kalinowski okazał najpierw bezgraniczne zdumienie, a następnie dostrzegłem w jego oku błysk kpiarstwa. Zwrócił się do kuriera:
– K’sożaleniu, wy nie uspieli. Naszi ludi uże ujechali k wam. [Niestety, nie zdążył pan. Nasi ludzie już do was pojechali].

Kurier obojętnie kiwnął głową my zaś udaliśmy się w stronę konsulatu. Ale gdy tylko odjechał, popędziliśmy na sygnale (dyplomatyczne numery) do MID-u. Po drodze jeszcze raz przestudiowaliśmy otrzymane pismo. Była to odpowiedź na notę konsulatu sprzed pół roku. Wyrażała zdziwienie, że Polska nadal chce upamiętniać miejsce pochówku takich elementów, o których do dzisiaj okoliczni mieszkańcy mówią jako o okrutnikach i gwałcicielach. Miejscowa ludność nie zgadza się na żadne specjalne upamiętnianie, może być tylko mowa o ogrodzeniu tego kawałka ziemi i umieszczeniu tam tablicy z napisem: „Polskim Żołnierzom Armii Krajowej, poległym w 1944 roku”. Była to wyjątkowo podła propozycja, nie uwzględniająca umieszczenia na owej tablicy dokładnej daty boju, co oczywiście sugerowało działania Niemców.

„Bezrukij Major” – część 6>
Strona główna>

„Bezrukij Major” – część 6

Nasz przyjazd do …

Nasz przyjazd do ministerstwa wywołał wyraźną konsternację. Udostępniono nam kopię pisma, którego przecież „nie dostaliśmy”, i zdecydowanie chłodno zaproszono do stołu rozmów. Okazano teczkę pełną autentycznych zbiorowych protestów przeciwko upamiętnianiu „polskich bandytów i morderców”. Zapytałem, czy są jakieś protesty spoza wsi, których nazwy wymieniłem. Jak przypuszczałem – nie było. Z kolei oni zapytali, czy w związku z pobytem tam w czasie wojny „polskich legionierów” były jakieś wypadki śmierci wśród mieszkańców tych wsi.
– Nie było – wykrzyknął odruchowo konsul Kalinowski.
– Niestety, były – skorygowałem z obłudnym zasmuceniem, wywołując konsternację u mego towarzysza i wyraźne ożywienie białoruskich rozmówców.
A ja mówiłem prawdę. Kilkanaście lat wcześniej, w czasie pierwszego stypendialnego pobytu w USA, spędziłem kilka dni pod Nowym Jorkiem u przeuroczego gawędziarza Stanisława Szabuni – por. „Licho”, byłego dowódcy 2 kompanii w V batalionie kpt. Stanisława Truszkowskiego „Sztremera” z 77 pułku piechoty AK. Usłyszałem wtedy po raz pierwszy złowieszczą prawdę o wsi Pielasa.

Obecny widok cmentarza żołnierzy Armii Krajowej w Surkontach.

Pod koniec marca 1944 r., późnym wieczorem w Wielką Sobotę, „Licho” przyprowadził do Pielasy ciężko zgonioną przemokniętą i zmarzniętą kompanię. Na polach leżał jeszcze śnieg. Mimo iż wśród mieszkańców Pielasy była znaczna przewaga nacjonalistycznych rodzin litewskich, znanych z tego, że pochodzący z nich młodzi ludzie służyli u szaulisów, „Licho” zdecydował się zająć kwatery właśnie tu. Powody były dwa: pierwszy – skrajne zmęczenie żołnierzy, drugi – bogata Pielasa dawała nadzieję na odkarmienie partyzantów świątecznymi wiktuałami. Na wszelki wypadek jednak wystawiono podwójne warty. Przed północą przyprowadziły one do porucznika dwóch młodych Litwinów, złapanych przy próbie opuszczenia wsi. Przyciśnięci do muru zeznali, że do niemieckiej żandarmerii w Lidzie wysłał ich wójt Pielasy z wiadomością o kwaterujących tu polskich „gościach”. Niepokojąca jednak w ich zeznaniach była wiadomość, że ze wsi wysłano trzech gońców, a ujęto tylko dwóch.
„Licho” poderwał więc cichym alarmem rozespaną i złorzeczącą kompanię i tuż po północy wymaszerowali, aby kilka kilometrów dalej przygotować zasadzkę na lidzkiej szosie. Czekali bardzo długo, ale się nie doczekali. Niemcy bowiem nie przyjechali, lecz przylecieli. Przed południem nadleciały dwa bombowce z lotniska w Lidzie, gdzie stacjonował cały pułk lotniczy. Najpierw z cekaemów ostrzelały wychodzących z kościoła ludzi, a potem zrzuciły na Pielasę serię bomb. W efekcie zginęło i rannych zostało prawie 20 osób, spłonęło także kilkanaście zagród.

Opowiedziałem o tym wydarzeniu białoruskim rozmówcom, kończąc, że choć miało ono miejsce na pięć miesięcy przed bojem w Surkontach z pocztem „Kotwicza” i że w grę wchodziły dwa absolutnie różne oddziały, tu leży źródło całej nienawiści. Zamiast się rozprawić ze swoim wójtem, kolaborantem niemieckim, tamtejsi Litwini po dziesiątkach lat szukają odwetu na Polakach.
Stwierdziłem z ulgą, że atmosfera przy stole wyraźnie się poprawiła. Zapytano, jakie są nasze życzenia w sprawie Surkont. Sprowadziłem je do czterech punktów:
1. Doprowadzenie do zamknięcia wrót fermy krowiej z obecnie używanej strony i uruchomienie ich ze strony przeciwnej,
2. Zgoda na zbudowanie przez stronę polską cmentarzyka żołnierskiego, ogrodzonego i składającego się z pojedynczych grobów,
3. Uroczyste poświęcenie go z zachowaniem polskiego ceremoniału wojskowego,
4. Zgoda na umieszczenie na kurhanie odpowiedniej tablicy z napisem zgodnym z polską tradycją.

Zauważyłem, że ten ostatni punkt zaniepokoił ich najbardziej. Aby więc dobrze ich usposobić do rozmowy na ten temat, przekazałem im podarunek od naszej Rady – tekę zawierającą kilkanaście fotogramów przedstawiających wyjątkowo zadbane cmentarze sowieckich żołnierzy w Polsce. Do tego dołączyłem jedno ze zdjęć wykonanych przez Marka Gołkowskiego w Surkontach. Zestawienie było szokujące.
Nasza propozycja tekstu tablicy brzmiała: „Żołnierzom Armii Krajowej Okręgów «Nów» i «Wiano» poległym za Polskę pod Surkontami 21 VIII i w Poddubiczach 19 VIII 1944 r.”

– Pod Surkontami? Z naszymi bojcami? Za Polskę? – zaperzył się jeden z rozmówców.
Na szczęście przewidziałem taką reakcję i miałem pod ręką kilka zdjęć z zagranicy, gdzie na cmentarzach polskich żołnierzy widniał zwrot „Za Polskę”. Było to: Monte Cassino, Tobruk, Narwik, Bolonia, Teheran i inne. To go uspokoiło. Zgarnęli złożone im materiały i zapewnili, że to rozważą. Ja zaś uznałem sprawę za definitywnie załatwioną. […] Po przyjeździe do Warszawy od razu zdecydowaliśmy w Radzie o skierowaniu do realizacji budowy cmentarzyka w Surkontach. Podjęła się tego PAX-owska Fundacja Ochrony Zabytków. Jej dyrektor, obecny prezes Zarządu Głównego Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, ppłk Stanisław Karolkiewicz, przed 60 laty dowodził 1 kompanią w III batalionie 77 pułku piechoty AK na Nowogródczyźnie, dawał więc gwarancję najlepszego z możliwych wykonania tej pracy.

Na realizację naszych zamierzeń w Surkontach czekaliśmy 15 miesięcy. Wreszcie w niedzielę 8 września 1991 r. na zadeszczonej polanie surkonckiej zgromadziło się prawie 2 tys. ludzi. Połowa przyjechała z kraju, reszta przybyła stąd, z całej ziemi lidzkiej i z Wilna, mimo iż nikt żadnych zawiadomień nie dawał. Były poczty sztandarowe AK z Okręgów Białostockiego, Wileńskiego i Nowogródzkiego, parę autobusów kombatantów, wojskowi werbliści i fanfarzyści oraz proboszcz katedry polowej Wojska Polskiego z Warszawy, dziś już śp. ks. mjr Tadeusz Dłubacz, celebrans uroczystości religijnych. Przyjechały rodziny poległych z żoną i córkami ppłk. dypl. Macieja Kalenkiewicza. Cmentarzyk okolony niskim murkiem kamiennym gromadził wyciągnięte w szeregi mogiły z krzyżami. Po raz pierwszy od pół wieku był uporządkowany, uznany i uczczony.

Uroczystości w Surkontach 8 września 1991 r.

W obszernym sprawozdaniu opublikowanym w „Polsce Zbrojnej” Andrzej Wernic napisał:
„Dopiero obecnie, dzięki staraniom i inicjatywie Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa i jej wiceprzewodniczącego dr. Cezarego Chlebowskiego można było przystąpić do uporządkowania tego miejsca. Na polu walki, wśród ugorów i łąk, nieopodal wielkiej obory kołchozu, stanął wojenny cmentarzyk: groby i symboliczny kamienny pomnik z krzyżem i napisem: Żołnierzom Armii Krajowej Okręgów «Nów» i «Wiano» poległym za Polskę pod Surkontami 21 VIII 1944 i w Poddubiczach 19 VIII 1944”.

Surkonty. Obelisk z krzyżem i tablicą pamiątkową następującej treści: ŻOŁNIERZOM ARMII KRAJOWEJ/ OKRĘGÓW „NÓW” I „ WIANO „/ POLEGŁYM ZA POLSKĘ/ POD SURKONTAMI 21 VIII 1944 R. I W PODDUBICZACH 19 VIII 1944 R.

Wygraliśmy w
ięc walkę o wszystko, łącznie z treścią tablicy. Po mszy polowej przemawiałem w imieniu Rady Pamięci przy Premierze RP. Mówić z tej pozycji, w takim miejscu i czasie oraz z takiej okazji było niezmiernie trudno. Zbyt mało tu jeszcze wtedy można było powiedzieć, za to zbyt wiele się chciało, ale rozsądek nakazywał powściągliwość. Powiedziałem więc tylko:
„Czas i miejsce naszego modlitewnego spotkania mają wymiar historyczny. Trafi ono bowiem nie tylko do historii rodzin przybyłych tutaj poległych żołnierzy AK, do historii ziemi lidzkiej. Stanie się początkiem zapisu nowego historycznego rozdziału niepodległej Rzeczypospolitej Polskiej i stojących na progu niepodległości Białorusi i Litwy. 47 lat temu na tej polanie rozegrał się jeden z największych dramatów wojennych. Siły bezpieczeństwa ZSRR uderzyły na tkwiący w obronie poczet ppłk. «Kotwicza». Bój był nierówny, oddział polski został pokonany. Do 13 poległych w walce akowców doszło ponad 20 dobitych bagnetami i kolbami. Rzucono ich w to miejsce. Trzykrotnie przyjeżdżały różne komisje. Wydobywano trupy, aby sprawdzić, czy jest wśród nich «bezrukij major». Niestety był. 47 lat w tej niepoświęconej ziemi czekali na katolicki pochówek. Mówię to dlatego, iż przed nami nowy rozdział historii, nowe zapisywanie naszych przyjaźni z narodami Litwy i Białorusi. Przyjechaliśmy z ziemi polskiej, na której znajduje się 475 cmentarzy wojennych żołnierzy radzieckich. Pochowaliśmy ich godnie i pięknie. Postąpiliśmy tak, gdyż śmierć łagodzi urazy i nakazuje tak nasza wiara. Ten cmentarz pozostanie pod opieką ludności zawsze wiernej Polsce i, miejmy nadzieję, także obecnych gospodarzy tej ziemi. Proszę was, gospodarze, bądźcie ludzcy dla tych, których powierzamy waszej opiece. Niech odpoczywają w spokoju”.

8 IX 1991 r. Rodziny poległych żołnierzy AK składają wieńce na grobach swoich bliskich, poległych w bitwie pod Surkontami.

Kiedy odchodziłem od ołtarza, złapała mnie za rękę starowinka – babuleńka, niespodziewanie pocałowała w dłoń i zapytała:
– Panie, kiedy tu wrócicie?
Jeszcze dziś, po ładnych parunastu latach, wspomnienie to wywołuje u mnie dławienie w gardle. Od czasu do czasu mam z Surkont sygnały, że cmentarzyk stoi nienaruszony.


„Przechodniu, powiedz Polsce, żeśmy polegli wierni w jej służbie”.

Opracowano na podstawie:
Atlas polskiego podziemia niepodległościowego 1944–1956, red. Rafał Wnuk, Sławomir Poleszak, Agnieszka Jaczyńska, Magdalena Śladecka, Warszawa – Lublin 2007,
Banasikowski Edmund, Na zew Ziemi Wileńskiej, Warszawa – Paryż 1990,
Chlebowski Cezary, W armii Państwa Podziemnego, Warszawa 2005,
Erdman Jan, Droga do Ostrej Bramy, Warszawa 1990,
Korab-Żebryk Roman, Operacja wileńska AK, Warszawa 1988,
Krajewski Kazimierz, Na Ziemi Nowogródzkiej. „Nów” – Nowogródzki Okręg Armii Krajowej, Warszawa 1997,
Krajewski Kazimierz, Ziemia Nowogródzka i Grodzieńska. Polskie cmentarze i groby wojenne oraz miejsca pamięci narodowej z okresu walk o niepodległość XVIII – XX w., Toruń 2004,
NKWD o polskim podziemiu 1944-1948. Konspiracja polska na Nowogródczyźnie i Grodzieńszczyźnie, oprac.: Andrzej Chmielarz, Warszawa 1997,
Sierchuła Rafał, Macieja Kalenkiewicza „Kotwicza” droga do Surkont, [w:] „Nasz Dziennik”, Nr 51 (3068), 29.02.2008,
Teczka specjalna J. W. Stalina. Raporty NKWD z Polski 1944-1946, wybór i oprac. Tatiana Cariewskaja [i in.], Warszawa  1998,
Urbankowski Bohdan, Czerwona msza czyli uśmiech Stalina, Warszawa 1998.

„Bezrukij Major” – część 1>
Strona główna>

www.doomedsoldiers.com

Anglojęzyczna wersja strony „Żołnierze Wyklęci – Zapomniani Bohaterowie”

Z wielką satysfakcją informuję, że dzięki ogromnemu zaangażowaniu i pasji Pana Mirosława, Polaka mieszkającego od 25 lat w USA, rozpoczęła funkcjonowanie anglojęzyczna wersja (tzw. mirror) strony „ŻOŁNIERZE WYKLĘCI – Zapomniani Bohaterowie”.

Strona:
 
THE DOOMED SOLDIERS
Polish Underground Soldiers 1944-1963 – The Untold Story


znajduje się pod adresem:

www.doomedsoldiers.com

W planie jest przetłumaczenie wszystkich artykułów znajdujących się na stronie "Żołnierze Wyklęci – Zapomniani Bohaterowie", prace systematycznie posuwają się do przodu, kilka pierwszych tekstów jest już teraz dostępna na stronie i co jakiś czas pojawiać się tam będą kolejne.

Biorąc pod uwagę ogrom nagromadzonych przez lata dezinformacji i stereotypów wypaczających oraz  zakłamujących na Zachodzie historię Polski, w tym przede wszystkim najbardziej krzywdzące i bolesne  przemilczenia, zniekształcenia i kłamstwa w zakresie jej najnowszej historii, mam nadzieję, że przedstawienie w języku angielskim prawdy o naszych Bohaterach i Antysowieckim Powstaniu, choć w minimalnym stopniu przyczyni się do przywrócenia Polsce i Polakom należnego im szacunku i dobrego imienia w oczach jej sąsiadów.

Jeżeli ktoś chciałby pomóc w rozpropagowaniu strony The Doomed Soldiers i zamieścić gdzieś informację o jej istnieniu, poniżej są do pobrania banery tej witryny.


Baner o rozmiarach 150×150 pikseli


Jeśli chcesz umieścić ten baner na swojej stronie, zaznacz tekst znajdujący się poniżej, skopiuj i wklej go do kodu HTML swojej strony:

<a href=http://www.doomedsoldiers.com title="THE DOOMED SOLDIERS – Polish Underground Soldiers 1944-1963 – The Untold Story"><img src="resources/thedoomedsoldiers01.jpg" width="150" height="150" border="0" alt="THE DOOMED SOLDIERS"></a>


Baner o rozmiarach 150×49 pikseli

Jeśli chcesz umieścić ten baner na swojej stronie, zaznacz tekst znajdujący się poniżej, skopiuj i wklej go do kodu HTML swojej strony:

<a href=http://www.doomedsoldiers.com title="THE DOOMED SOLDIERS – Polish Underground Soldiers 1944-1963 – The Untold Story"><img src="resources/thedoomedsoldiers02.jpg" width="150" height="49" border="0" alt="THE DOOMED SOLDIERS"></a> 


Baner o rozmiarach 450×75 pikseli



Jeśli chcesz umieścić ten banner na swojej stronie, zaznacz tekst znajdujący się poniżej, skopiuj i wklej go do kodu HTML swojej strony:

<a href=http://www.doomedsoldiers.com title="THE DOOMED SOLDIERS – Polish Underground Soldiers 1944-1963 – The Untold Story"><img src="resources/thedoomedsoldiers03.jpg" width="450" height="75" border="0" alt="THE DOOMED SOLDIERS"></a>
 


Strona główna>

CZERWONE BYDLAKI !!!

Czerwona hołota w Lublinie po raz kolejny zdewastowała pomnik poświęcony żołnierzom Antykomunistycznego Podziemia !!!
   

Sierp i młot namalowany czerwoną farbą na symbolu "WiN", zamalowane napisy informujące o walce zrzeszenia o wolną i suwerenną Polskę – tak wygląda pomnik ku czci Zrzeszenia "Wolność i Niezawisłość" w Lublinie. O jego zdewastowanie podejrzane są osoby związane z lewacką organizacją Lewica bez Cenzury Michała Nowickiego. To na jej stronach internetowych pojawiła się informacja o tej dewastacji.

Zdewastowany pomnik żołnierzy WiN w Lublinie.

Płytę Zrzeszenia "WiN" znajdującą się w lubelskiej dzielnicy Czuby przy rondzie im. "WiN" zdewastowano przypuszczalnie w miniony weekend (25-27.06.2008 r.). Sprawcy czerwoną farbą namalowali sierp i młot na krzyżu Zrzeszenia, który wieńczy pomnik. Ponadto zamalowane zostały napisy "Bóg, Honor, Ojczyzna", "Zrzeszenie 'Wolność i Niezawisłość’ w latach 1945-1956 walczyło o wolność i suwerenność Polski" oraz fragment uchwały Sejmu stwierdzającej, że "Zrzeszenie 'Wolność i Niezawisłość’ dobrze zasłużyło się Ojczyźnie". O tym przestępstwie na razie nic nie wie lubelska policja [sic!]. Jak poinformowano nas w Komendzie Miejskiej Policji w Lublinie, nikt nie złożył stosownego zawiadomienia.

Zaskoczenia i oburzenia nie kryje Jerzy Pasierbiak, prezes lubelskich kombatantów "WiN", który także nie wiedział o pomalowaniu pomnika. Z ubolewaniem podkreślił, że podobna dewastacja miała miejsce dwa lata temu [zobacz zdjęcie] i również w okolicach 22 lipca, byłego komunistycznego święta. Zapowiedział wystosowanie oficjalnego pisma do prezydenta miasta, w którego gestii leży opieka nad pomnikiem, aby ten złożył zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa.

O uszkodzenie pomnika podejrzewa się działaczy związanych z lewacko-komunistyczną organizacją Lewica bez Cenzury Michała Nowickiego, syna znanej bojówkarki aborcyjnej Wandy Nowickiej. Na stronie internetowej LbC w poniedziałek pojawiło się bowiem zdjęcie zdewastowanego pomnika "WiN", zamieszczone przez administratora, z wulgarnym podpisem: "Pomnik skurwysynów z WiN w Lublinie".
Towarzyszą temu aprobujące ten czyn komentarze internautów. "Brawo Czerwony Lublin!!! Czy tak jak w 1944 zainspirujecie swoim przykładem całą Polskę? Na naszych oczach tworzy się nowy ruch społeczny" – pisze Michal_N, "Ładne… Piękna robota", "Tak trzymać! WiN – Werwolf i NSZ?" – dodają Adrian Ee i Mikels.

Do dewastacji pomników pamięci narodowej nawołuje sam przywódca organizacji Michał Nowicki, który chwaląc niedawne zniszczenie pomnika upamiętniającego dekorację artylerzystów konnych walczących z bolszewikami w 1920 r. w Górze Kalwarii, stwierdził, że gorąco to pochwala. "Pomniki ku czci Wojtyły, Dmowskiego, NSZ, roku 1920, amerykańskich prezydentów muszą przestać straszyć. Wystarczy wziąć olej i jakieś ziarno, a następnie oblać pomnik olejem i posypać je ziarnem i czekać – aż zlecą się ptaki, które swoim g… pokażą, gdzie mają antykomunistów" – zaapelował na swojej stronie.
Komentując działania lewackiej organizacji na swoim blogu, poseł Zbigniew Girzyński (PiS) stwierdza: "przyznam szczerze, że wolałbym, aby to, co opisałem, było jakimś koszmarnym snem. Niestety, jest prawdą, którą każdy może sprawdzić".
Zastanawia się także, dlaczego prokuratura tak wolno działa w sprawie Lewicy bez Cenzury, która otwarcie propaguje komunizm, co jest zakazane przez Konstytucję i odpowiednie przepisy kodeksu karnego.

Czytaj o sprawie w Naszym Dzienniku z 5 sierpnia 2008 r. – "Nowicki czmychnął z Warszawy">

Źródło: Nasz Dziennik
Strona główna>

1 VIII 1944 – PAMIĘTAJ !!!

POWSTANIE 1944 – BITWA O POLSKĘ

Powstanie Warszawskie było ostatnim w czasie drugiej wojny światowej tak dramatycznym aktem polskiej wojny o niepodległość Rzeczypospolitej i wolność jej obywateli. Żołnierze Armii Krajowej mieli świadomość, że na ulicach Warszawy toczy się walka o całą Polskę, a nie tylko o jej stolicę.

W szeregach warszawskiego korpusu AK znaleźli się żołnierze niemal z wszystkich regionów kraju. W walkach wzięły udział także duże jednostki AK, stworzone nawet w odległych województwach Polski wschodniej. Do walczącej Warszawy zmierzały oddziały z wielu regionów Polski. Na skutek działań sowieckich i niemieckich tylko niektóre z nich mogły wziąć udział w starciach w mieście. Jednak działania te, jak i walki toczone przez oddziały przedzierające się do Warszawy, należy uznać za nieodłączną część działań powstańczych.

Do legendy przeszedł rajd partyzantów Zgrupowania Stołpecko-Nalibockiego AK pod dow. ppor. Adolfa Pilcha ps. „Góra”, „Dolina”, którzy w lipcu 1944 roku dotarli do Warszawy z najdalszych kresów Nowogródczyzny, czyli z Puszczy Nalibockiej. To oni utworzyli „Zgrupowanie Kampinos” i wzięli udział w walkach powstańczych. Wśród innych jednostek, które przedarły się do Warszawy, była część oddziałów z podwarszawskich obwodów AK: Sochaczew, Błonie i Grójec.
Nie doszły do stolicy dobrze uzbrojone oddziały z Obwodu Mińsk Mazowiecki. Wobec groźby rozbrojenia przez Armię Czerwoną zostały rozwiązane w rejonie Otwocka. Również w tych okolicach, wobec zagrożenia ze strony NKWD, został rozwiązany zmierzający do Warszawy oddział z Kraśnika. Aresztowanie dowódcy i rozbrojenie przez Rosjan żołnierzy 9 Podlaskiej Dywizji Piechoty AK uniemożliwiło udział w Powstaniu oddziałów z okolic Białej Podlaskiej.

14 sierpnia 1944 roku Komendant Główny AK gen. dyw. Tadeusz Bór-Komorowski wydał rozkaz marszu na pomoc Powstaniu wszystkich pozostających w dyspozycji komend AK dobrze uzbrojonych jednostek. Wówczas w kierunku Warszawy ruszyły kolejne oddziały, nawet z bardzo odległych regionów – zarówno tych jeszcze okupowanych przez Niemców, jak i już zajętych przez Sowietów. Jednak siły SS i Wehrmachtu oraz jednostki NKWD i Armii Czerwonej skutecznie uniemożliwiały włączenie się tych jednostek do walk powstańczych.

Z okolic Lasek i Grójca przedarły się do stolicy jednostki liczące kilkaset osób. Przez pozycje niemieckie nie zdołał się przebić oddział AK z okolic Legionowa. Oddziały z Łowicza musiały stoczyć walki z Niemcami w lasach Chlebowskich. Wiele ciężkich walk stoczyły formacje Okręgu Radomsko-Kieleckiego AK, a także jednostku z ziemi piotrkowskiej, które nie zdołały przebić się do stolicy. Po ciężkich walkach z Niemcami w okolicach Częstochowy zakończył marsz ku Warszawie Samodzielny Batalion „Skała” z Okręgu Krakowskiego.

Armia Czerwona stanęła na drodze kolejnych oddziałów z Garwolina i Mińska Mazowieckiego w Dębem Wielkim i na linii Wisły. Na skutek działań NKWD i Armii Czerwonej w okolicach Garwolina oraz Żelechowa i Trojanowa zakończyły marsz do Warszawy oddziały z okręgu lubelskiego AK. Część oddziałów nie była w stanie sforsować obstawionej przez jednostki sowieckie linii Wisły. Liczące ponad 1200 ludzi oddziały z okolic Hrubieszowa, mimo uzgodnień z Rosjanami o przepuszczeniu oddziałów w kierunku stolicy, zostały zaatakowane przez oddziały Armii Czerwonej. W rejonie Siedlec zostały zatrzymane i rozbrojone przez Sowietów niektóre oddziały 30 Poleskiej Dywizji Piechoty AK, sformowanej na obszarach zabużańskich. Inne zostały rozbrojone przez Rosjan dopiero w rejonie Karczewa, Celestynowa i Dębego Wielkiego.

Zmierzające do Warszawy oddziały 26 pułku piechoty AK z obszaru lwowskiego zostały rozbrojone przez Sowietów w rejonie Sarzyny. Część oddziałów tego pułku dotarło jeszcze dalej – Sowieci zlikwidowali je dopiero pod Kockiem oraz pod Urzędowem.

Podobny los spotkał idące do Warszawy oddziały z okolic Rzeszowa, które zostały przez Sowietów otoczone w okolicach Sokołowa Małopolskiego. Do Annopola dotarły oddziały z inspektoratu mieleckiego.

Znaczna część AK-owców rozbrojonych przez NKWD i Armię Czerwoną została wywieziona do łagrów w głębi Związku Sowieckiego. Wielu z nich marsz na pomoc walczącej Warszawie zakończyło w GUŁagu. Niektórzy tam zmarli, inni powrócili do Polski dopiero w końcu lat 40. i po 1956 roku.

Zarówno sowieckie jak i niemieckie działania przeciwko oddziałom AK idącym na pomoc Powstaniu były częścią operacji wymierzonych w polskie dążenia niepodległościowe.

Wysiłek i los żołnierzy AK zmierzających do Warszawy z różnych regionów Polski był integralną częścią działań powstańczych w 1944 roku.

Jesteśmy winni im pamięć !!!


Źródło: Instytut Pamięci Narodowej
Strona główna>

61 rocznica śmierci por. "Ordona"

61 rocznica śmierci por. cz.w. Józefa Struga ps. "Ordon"

Por. cz.w. Józef Strug ps. "Ordon" (1919-1947).

61 lat temu, 30 lipca 1947 r., osaczony przez obławę UB-KBW zginął w walce por. cz.w. Józef Strug ps. "Ordon",  jeden z dowódców oddziałów partyzanckich podległych Komendzie Obwodu WiN Włodawa.
Jego kilkunastoosobowa grupa ściśle współdziałała z oddziałami kpt. Zdzisława Brońskiego "Uskoka" i Leona Taraszkiewicza "Jastrzębia", będąc współuczestnikiem najbardziej spektakularnych działań tych dowódców.

Z okazji tej smutnej rocznicy zapraszam do lektury nowego artykułu poświęconemu temu dowódcy, który znajduje się w kategorii: "JASTRZĄB" i "ŻELAZNY" – OBWÓD WiN WŁODAWA, pt. Por. cz.w. Józef Strug ps. „Ordon” (1919 – 1947)>

GLORIA VICTIS !!!

Strona główna>

Por. cz.w. Józef Strug ps. „Ordon” – część 1

Por. cz.w. Józef Strug ps. „Ordon” (1919-1947)


Por. cz.w. Józef Strug ps. „Ordon”.

Józef Strug urodził się 4 marca 1919 w Wyhalewie (woj. lubelskie, obecnie pow. parczewski, gm. Dębowa Kłoda). Był synem legionisty. Ukończył szkołę handlową w Parczewie. Z powodu niedowagi ciała nie został powołany do czynnej służby wojskowej, przez co nie uczestniczył w kampanii wrześniowej. Jednak mimo tego już w 1940 roku zostaje zaprzysiężony w ZWZ, w plutonie pchor. Mikołaja Moniuka. W 1942 roku przechodzi pod komendę kpt. Józefa Milerta „Sępa”, późniejszego Komendant Obwodu AK Włodawa.

W 1940 roku został aresztowany przez policję ukraińską w Krzywowierzbie, lecz udało mu się zbiec z aresztu. W 1941 roku został ponownie aresztowany lecz tym razem już przez gestapo. Został wtedy osadzony na Zamku w Lublinie. Po około pięciu miesiącach, dzięki  łapówce udaje mu się opuścić niemiecką katownię. Wraca wtedy do Urszulina, gdzie na polecenie dowódcy i po specjalnym zaprzysiężeniu w Załuczu Starym w obecności sołtysa – członka AK – Alfonsa Dudkiewicza podejmuje pracę w policji granatowej. Potrzebne to było przede wszystkim do informowania organizacji o planowanych akcjach okupanta w terenie, ostrzeganiu przed donosami konfidentów, składanych na posterunku w Urszulinie.
Dzięki jednej z takich informacji pochodzącej od „Ordona”, zorganizowano akcję odbicia kilkunastu aresztowanych przez gestapo i transportowanych do Włodawy członków miejscowej konspiracji. Na podstawie jego meldunku urządzono zasadzkę  między Wytycznem a Dominiczynem, gdzie po sprawnej akcji zabito kilku Niemców i uwolniono więźniów.

Czwórka funkcjonariuszy z pięcioosobowej załogi posterunku policji granatowej w Urszulinie (pow. Włodawa). Wszyscy współpracowali z AK. Pierwszy z prawej stoi Józef Strug „Ordon”.

Po wojnie praca w policji granatowej była dostatecznym dowodem  do oskarżenia  jej funkcjonariuszy o współpracę z Niemcami, co nie ominęło również „Ordona”. Jednak praca w policji granatowej dla Józefa Struga miała też pozytywną stronę. Tutaj poznał swoją przyszłą małżonkę Salwinę Tomaszewską. Mieszkała w małej podlubelskiej wiosce i tam kpt. Józef Milert „Sęp”, wybrał ją na łączniczkę. Gdy załatwiono jej dokument, że zbiera lecznicze zioła, mogła się poruszać po całym województwie. W 1942 roku posłano ją do komisariatu w Urszulinie. „Sęp” poinstruował ją, że w komendzie podejdzie do niej cywil i po odebraniu przepustki wyjdzie za nią z budynku.
– Był wysokim, piwnookim blondynem, grzecznym i delikatnym. Nazywał się Józef Strug. Przyszłam do „Sępa”, składam meldunek: Ten śliczny chłopak podał mi paczkę papierosów, którą panu oddaję. A „Sęp” zaczął się śmiać – opowiada Salwina Strug. Po kilku dniach wydał polecenie spotkania się z tym chłopakiem ponownie. I tak się między nimi zaczęło…

Salwina Strug z synkiem Wiesławem, w pierwszą rocznicę śmierci męża. Braniewo 1948 r.

„Ordon” zagrożony aresztowaniem przez Niemców, zostaje pod koniec 1943 roku odwołany z misji przez kpt. „Sępa”. Dla uniknięcia represji wobec rodziny zaimprowizowano jego uprowadzenie i likwidację.  Od początku 1944 r. pełni funkcję zastępcy komendanta placówki Armii Krajowej w Załuczu.

Po wkroczeniu wojsk sowieckich na Lubelszczyznę i po wcześniejszym, podstępnym zamordowaniu 23.02.1944 r. w Załuczu Starym, przez sowieckich partyzantów z pododdziału lejtnanta Władimira Mojsenki „Wołodii”, kpt. Józefa Milerta „Sępa”, „Ordon” nie ma wątpliwości co do intencji nowych władz.
Nadal działa w strukturach Armii Krajowej, podporządkowany komendantowi rejonu por. Klemensowi Panasiukowi ps. „Orlis”. Jak większość żołnierzy AK prowadzi działania o charakterze samoobrony przed terrorem Sowietów i nowo organizowanego rodzimego aparatu represji.
13 listopada 1944 r. w okolicach wsi Babsk „Ordon” organizuje zasadzkę, w którą wpada jadąca na aresztowania grupa milicjantów z Wytyczna, wraz z tamtejszym Komendantem Wojennym Armii Czerwonej. Pod silnym ogniem broni maszynowej ginie 7 milicjantów i dowodzący nimi Sowiet. Wg relacji świadka tej akcji, żołnierza placówki AK w Sosnowicy –  Józefa Kujawskiego, po walce partyzanci zlikwidowali jednego z furmanów; drugiego puszczono wolno.

Okolice wsi Babsk w pow. włodawskim. Obelisk z „minionej epoki” poświęcony poległym milicjantom i Komendantowi Wojennemu NKWD, stojący w miejscu zasadzki zorganizowanej na grupę operacyjną M.O. przez oddział „Ordona”. Na pomniku widoczne ślady ciągle silnej pamięci lokalnej o „utrwalaczach władzy ludowej”.

W terenie coraz bardziej nasilają się obławy NKWD i UB. Kilka oddziałów AK zostają otoczone i rozbite. „Ordon” pozostaje w ukryciu mimo oficjalnego rozkazu ujawnienia i rozwiązania lokalnych struktur Armii Krajowej. Z biegiem czasu zaczynają do niego dołączać zagrożeni  aresztowaniem byli akowcy, a także dezerterzy Ludowego Wojska Polskiego.
W pierwszej połowie 1945 r. oddział „Ordona” rozrasta się do kilkudziesięciu ludzi, z którymi nadal przeciwstawia się nowym okupantom. W sprawozdaniu z sierpnia 1945 r. kierownik Wydziału do Walki z Bandytyzmem WUBP w Lublinie do kierownika tegoż urzędu pisał m.in. tak o „stanie band na dzień 20 VIII 1945 r. w powiecie Włodawskim„:
„Banda AK licząca 40-50 członków pod dow[ództwem] Struga w rejonie Górny Parczew. Sztab bandy kwateruje w lesie parczewskim, urządza napady na przedstawicieli władzy i mieszkańców wsi i miast w celu grabieży”.

W oddziale „Ordona”, w połowie 1945 r., znalazł się na krótko (po powrocie z robót w Niemczech) Edward Taraszkiewicz  „Żelazny”, późniejszy dowódca oddziału partyzanckiego Obwodu WiN Włodawa, który zastąpi swojego brata Leona Taraszkiewicza „Jastrzębia”, poległego 3 stycznia 1947 roku w Siemieniu. „Ordona” i „Żelaznego” łączyć będzie nie tylko ścisła współpraca, ale także przyjaźń.

22 kwietnia 1946 r. Salwina Tomaszewska i Józef Strug pobrali się… po trzeciej próbie. Przedtem, po ogłoszonych zapowiedziach, we wskazanym terminie w kościele dyskretnie pojawiał się UB. Uroczystość zaplanowali więc w kaplicy.
– Przy moim mężu zgasła świeca. Krzyknęłam „o Jezu!”. Ksiądz uspokajał: „bez paniki, to przewiew”. Ale tamto wspomnienie idzie za mną przez całe życie – opowiada żona „Ordona”.
Salwina Strug ukrywała się z mężem po domach zaufanych gospodarzy na terenie powiatu włodawskiego.
„Ordon” był jednym z najbardziej poszukiwanych przez UB żołnierzy WiN.
– Gdy się dowiedziałam, że jestem w błogosławionym stanie, byłam szczęśliwa. Myślałam, że nie zostanę już sama. Mąż jak gdzieś wychodził, zawsze się żegnał: Boże, pozwól mi wrócić – opowiada. Ich syn Wiesław Aleksander urodził się 2 lutego 1947 r. Ujawniła się 18 kwietnia w UB w Chełmie Lubelskim. Potem kategorycznie odmawiała pomocy w „ujawnieniu się” męża.

A walka toczyła się nadal… Największą wspólną akcją połączonych oddziałów „Jastrzębia” i „Ordona” było rozbicie Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego we Włodawie w dniu 22 października 1946 roku. W swojej kronice „Żelazny” podaje, że z oddziału „Ordona” w akcji wzięli: Stanisław Falkiewicz „Ryś”, Ignacy Falkiewicz „Mewa”, Stanisław Marciniak „Niewinny”, Józef Domański „Łukasz”, Eugeniusz Lis „Bystry”, Serafin Kamilewicz „Wydra”, Henryk Budzyński „Błysk”, Wacław Lis „Biały”, Józef Strug „Ordon”.
„Ordon” brał także udział w nieudanej wyprawie na magazyny broni i amunicji KOP-Wschód w Chełmie. Wraz z oddziałami „Jastrzębia” i kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka”, jadąc do Chełma natknęli się w okolicy Świerszczowa na kolumnę samochodów, podążającej do Włodawy grupy operacyjnej UB i KBW,  z którą stoczyli walkę, tracąc jednego zabitego.

Oddział Józefa Struga „Ordona” początkowo był podporządkowany dowództwu Obwodu WiN Włodawa, co znaczyło, że formalnie znajdował się pod zwierzchnictwem komendanta Obwodu kpt. Zygmunta Szumowskiego „Komara” i jego zastępcy por. Klemensa Panasiuka „Orlisa”. Jednak obaj komendanci traktowali oddział „Ordona” dość utylitarnie. Miał on jedynie prowadzić rekwizycje w celu zasilania kasy Obwodu. To stało się powodem narastania konfliktu „Ordona” z komendantem obwodu Włodawskiego WiN. „Ordon” zaczął się wyłamywać spod jurysdykcji obu przełozonych za co został podstępnie rozbrojony na rozkaz  „Orlisa”. O zdarzeniu tym w swoich dziennikach tak pisze Edward Taraszkiewicz „Żelazny”:
„We wrześniu 46 roku dowiedzieliśmy się, że „Orlis” rozbroił „Ordona” przy pomocy „Batorego” [Antoni Choma]. Krok ten uczynił „Orlis” dlatego, że „Ordon” nie chciał się już dawać więcej wykorzystywać. Zrobił wówczas „Orlis” „Batorego” komendantem żandarmerii, nadał mu od razu stopień „podporucznika” i kazał rozbroić „Ordona” korzystając z tego, że tenże był sam u swojej żony, a oddział był akurat rozmelinowany. Mając przystawiony pistolet do piersi, nie miał „Ordon” innej rady i musiał tę broń, którą sam wywalczył lub wykombinował czy też kupił, oddać i basta. Dowiedziawszy się o tem, pojechałem z poleceniem „Jastrzębia” do „Ordona” przekazując mu nasze serdeczne współczucie oraz chęć udzieleniami pomocy w ludziach i broni. „Ordon” się tem bardzo ucieszył, czując gdzie ma naprawdę szczerych przyjaciół. Przybył on zaraz do naszego oddziału z paroma ludźmi i „Jastrząb” polecił wydać mu na razie 2 „Dichtiory” oraz kilka sztuk innej broni. Na skutek tego „Ordon” postawił energicznie na nogi swój oddział, którego już do końca nie rozpuszcza. Na spotkaniu tem postanowiliśmy sobie wzajemnie pomagać w każdej biedzie i w każdej potrzebie.”
Według współczesnej relacji Henryka Budzyńskiego „Błyska”, do utworzonej przez „Orlisa” żandarmerii dowodzonej przez ppor. Antoniego Chomę „Batorego” odeszli z oddziału „Ordona”: Józef Kowalski „Wierzba”, Józef Domański „Paweł”, Henryk Bobrzyk „Kostek” oraz nieznany mu czwarty żołnierz.

Por. cz.w. Józef Strug ps. „Ordon” – część 2>
Strona główna>

Por. cz.w. Józef Strug ps. „Ordon” – część 2

Inaczej zaistniałą …

Inaczej zaistniałą sytuację opisuje dzisiaj Salwina Strug „Ewa”, żona „Ordona”:
„O rozbrojeniu męża „Orlis” nic nie wiedział! Była to samowolna decyzja „Batorego” w porozumieniu z „Jastrzębiem”. Cel? Usunięcie „Ordona” z terenu. Przykre, ale prawdziwe. Po drugie, „Batory” zabrał mężowi tylko pistolet. Mąż oddał  mu też rakietnicę i maszynę do pisania, te same, które w 1951 roku UB zabrał od Romana Dobrowolskiego. Po trzecie, gdyby zabrał nawet jakąś inną broń, to nasz oddział miał jej wówczas jeszcze tyle, że mógł uzbroić po zęby drugi taki oddział, a nie prosić o nią „Jastrzębia”. Po czwarte, rozbrojenie męża miało następujący przebieg:
Batory wszedł i powiada:
– Józek. Mam rozkaz rozbrojenia Ciebie!
Mąż nie był specjalnie zaskoczony. Wyjął pistolet i oddając go „Batoremu”, powiedział:
– W zębach go przyniesiesz!
I tak się stało. Po dwóch dniach przybył do nas „Burza” Nikodem Krzyżanowski, pełniący wówczas funkcję sekretarza komendanta obwodu – „Komara” [Zygmunta Szumowskiego] a jednocześnie kwatermistrza obwodu. Nie wiem, czy oddał z polecenia „Komara”, to już nie jest takie ważne.”

Fragmenty powyższej relacji budzą jednak spore wątpliwości, przede wszystkim ze względu na fakt, że „Jastrząb” nie miałby żadnych powodów do usunięcia „Ordona” ze swojego terenu. Poza tym  późniejsza współpraca i przyjaźń łącząca „Ordona” z „Jastrzębiem” i jego bratem, potwierdzają wersję podawaną w kronikach przez „Żelaznego”. Najprawdopodobniej „Orlis” podjął decyzję o rozbrojeniu „Ordona” samowolnie, bez porozumienia z Komendantem Obwodu. Po wyjaśnieniu sprawy mogło to w efekcie skutkować rozkazem Z. Szumowskiego „Komara” o zwróceniu broni „Ordonowi”, jednak od tej pory Józef Strug zaczął bardziej czuć się podkomendnym kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka” niż dowódców Obwodu WiN Włodawa.

W styczniu 1947 roku dochodzi do – najprawdopodobniej przypadkowej – likwidacji przez  oddział „Ordona” ppor. Antoniego Chomy „Batorego”. Henryk Budzyński „Błysk” w swojej relacji podaje taki oto przebieg zdarzeń:
„Z  początkiem stycznia 1947 roku udaliśmy się saniami do wsi Rozpłucie w składzie całego oddziału: „Ordon”, „Błysk”, Stanisław Marciniak „Niewinny”, „Wydra” [Serafin Kamilewicz], Falkiewicz ps. „Ryś” i jego brat „Mewa” z Dratowa, „Niedźwiedź” (którego odbiliśmy w ataku na UB  we Włodawie) oraz „Równy” pochodzący z Józefina, gm. Cyców.
Zatrzymując się przy jednym z budynków zauważyłem, że ktoś wyskoczył i ucieka. „Ordon” będąc przy mnie blisko nie wydawał żadnego rozkazu do strzelania, co chcę stanowczo podkreślić. Tymczasem Falkiewicz ps. „Ryś” zza węgła domu posłał uciekającemu serię z LKM  zabijając „Batorego”, dowódcę żandarmerii. Po zabiciu „Batorego”, dołącza do nas Kowalski ps. „Wierzba”, Domański ps. „Paweł”, a „Kostek” został rozbrojony i już nie wrócił do oddziału.”
Antoni Choma „Batory” został pochowany na cmentarzu w Woli Wereszczyńskiej (pow. Włodawa). Na tablicy nagrobnej figuruje informacja, że zginał  31 stycznia 1947 roku.

Grób Antoniego Chomy na cmentarzu w Woli Wereszczyńskiej.

W celu rozpracowania grupy kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka” i Józefa Struga „Ordona” PUBP w Lubartowie założyło sprawę obiektową „Eskadra”. Urząd Bezpieczeństwa zaczął coraz intensywniej poszukiwać pozostałych w konspiracji żołnierzy, którzy mimo ogłoszonej amnestii pozostali w lesie i prowadzili dalszą walkę. Nie ujawnił się także „Ordon”, który wiedział, że za dotychczasową działalność z pewnością dostanie karę śmierci.
W raporcie z dnia 22 III 1947 r. złożonym przez pracowników Wydz. III Sekc. I WUBP Lublin Mieczysława Hajduka i Tadeusza Szafranka do Naczelnika Wydz. III WUBP w Lublinie, pisali oni m.in.:
[…] Dowiedziano się od w/w brata, że „Ordon” dostał od „Zapory” broń 2 RKM, 1 TPR. W trakcie rozmowy z żoną „Ordona” oznajmiła nam, że mąż z konspiracji nie wyjdzie, bo otrzymał rozkaz od „Zapory”, bo gdy wyjdzie z konspiracji będzie rozstrzelony i z tego powodu „Ordon” zabrania kategorycznie wyjścia z konspiracji swoim członkom oddziału.”

Stoją od prawej: Józef Strug „Ordon”, Ludwik Szmydke „Czarny Jurek”, Jan Belcarz „Dżym”. Kwiecień/maj 1947 r.

Pierwszą poważną zasadzkę na „Ordona” zorganizowano 18 marca 1947 roku we wsi Nadrybie. W gospodarstwie Jana Sacawy przebywała wówczas żona Józefa Struga, Salwina, która ciężko chora została tam przewieziona 5 marca i gdzie po krótkim czasie w dniu 7 marca urodziła syna. Obława w składzie: 3 pracowników WUBP i 15 żołnierzy KBW założyło w domu Sacawy zasadzkę w nocy 18 marca 1947 roku. Spodziewano się przybycia samego „Ordona”, gdyż dnia następnego miały się odbyć jego imieniny i zarazem chrzciny syna. Już od rana w założony kocioł zaczęli wpadać kolejni goście, którzy przybyli z życzeniami dla solenizanta. Prawdopodobnie powiadomiony o zasadzce w domu Sacawy, „Ordon” nie przyszedł. Po 2 dniach pracownicy resortu wypuścili zatrzymane osoby i pozorując odejście ukryli się w sąsiedztwie spodziewając się, że „Ordon” się zjawi. Po całonocnym oczekiwaniu oddział WBW wycofał się do Cycowa skąd powrócił do Lublina. Pracownicy WUBP uczestniczący w zasadzce dowiedzieli się, że nieopodal melinowały oddziały „Wiktora” – Stanisława Kuchcewicza i około 300 metrów od zasadzki oddział „Ordona”. W kocioł wpadło 8 osób i 4 dzieci.

27 czerwca 1947 roku na skutek donosu mieszkańca wsi Turowola zostali zabici przez grupę operacyjną KBW i funkcjonariuszy PUBP w Lubartowie trzej żołnierze z pododdziału „Wiktora”: Kazimierz Karpik „Czarny”, Józef Król „Maryś”, Stanisław Lis „Korzeń”/”Stach”. „Wiktor” postanowił szybko ukarać winnych tragedii, a ponadto postanowił wykonać wyroki na innych mieszkańcach podejrzewanych o współpracę z UB. Puchaczów był uważany za wieś silnie skomunizowaną i aktywnie współpracującą z władzą ludową. Z pomocą oddziałów „Ordona” i „Żelaznego”, w no
cy z 2/3 lipca 1947 roku dokonał likwidacji 21 osób, które według informatora szczególnie szkodziły ukrywającym się w podziemiu partyzantom. Akcja ta doprowadziła do poważnego zwiększenia aktywności pracy operacyjnej UB. Ujęcie sprawców likwidacji w Puchaczowie stało się priorytetem dla grup operacyjnych WBW działających w terenie.

Od lewej: kpt. Zdzisław Broński „Uskok” i Stanisław Kuchcewicz „Wiktor”.

Grupa operacyjna złożona z funkcjonariuszy WBW w Lublinie dość szybko ustaliła, że akcja „Wiktora” przygotowana została od strony wywiadowczej przez Bogumiła Korniaka, który został aresztowany już 7 lipca. Zeznał on w śledztwie, że otrzymał od „Wiktora” polecenie ustalenia kto wydał żołnierzy którzy ukrywali się w Turowoli oraz wszystkich członków i sympatyków PPR z terenu Puchaczowa.
6 lipca 1947 roku na polecenie ministra Stanisława Radkiewicza przeciw patrolom „Uskoka” na terenie powiatów lubartowskiego i włodawskiego rzucono siły liczące 486 ludzi, podzielonych na dwie grupy operacyjne o kryptonimach „Wieprz” i „Świnka” (od nazw miejscowych rzek). Działalność jednostek KBW nadzorował mjr Kozan, natomiast funkcjonariuszy UBP – szef WUBP w Lublinie mjr Jan Tataj. Ich jedynym „sukcesem” było przeprowadzenie sześciu operacji, w toku których zatrzymano 22 osoby (8 spośród nich przekazano do prokuratury, 5 do PUBP, zwolniono z powodu braku materiałów 8 i „zwolniono operatywnie” 10).

27 lipca 1947 roku agent o kryptonimie „Lis” doniósł, że „banda” Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego” i „Ordona” przebywa w zagajniku koło wsi Lipniak w gminie Wola Wereszczyńska. Przeprowadzona natychmiast operacja nie przyniosła rezultatu, gdyż jedna z grup z 5 PAL przepuściła  4 żołnierzy podziemia.
Szczególnie cenne, i jak się okazało brzemienne w skutkach doniesienie zostało otrzymane od agenta o kryptonimie „Sołtys”. Doniósł on bowiem, że żołnierz z oddziału „Ordona” – Ludwik Szmydke „Czarny Jurek” jest narzeczonym Wandy Łukasiewicz – córki nauczycielki ze wsi Pieszowola, którą często odwiedza. Funkcjonariusze UB założyli w szkole kocioł, w który 29 lipca 1947 roku wpadł „Czarny Jurek”. Po błyskawicznym i prawdopodobnie niezwykle brutalnym śledztwie udało się UB wydobyć od niego miejsce pobytu „Ordona”, które znajdowało się w lesie obok kolonii Sęków, pow. Włodawa.  30 lipca przeprowadzona została operacja, w trakcie której jednostki KBW natknęły się na 3 partyzantów, w tym dowódcę grupy Józefa Struga „Ordona”. Podczas wymiany strzałów zabity został „Ordon”, a dwaj jego podkomendni zdołali się przebić przez pierścień obławy.

Kwiecień/pierwsza dekada maja 1947 r. Od lewej: Ludwik Szmydke „Czarny Jurek”, Stanisław Falkiewicz „Ryś”, Marian Puchacz „Kubuś” († 18 V 1947 r.), Eugeniusz Arasimowicz „Mongoł”, Józef Strug „Ordon”. Poniżej: Jan Belcarz „Dżym” († 18 V 1947 r.), leży: Czesław Jabłoński „Bąk” († 18 V 1947 r.).


Na podstawie zeznań Ludwika Szmydke zostali również aresztowani współpracujący z grupą mieszkańcy wsi Sęków: Lucjan Flisiuk, Stanisław Wesołowski, Konstanty Arasimowicz i żołnierz z grupy „Ordona” – Witold Matuszak.
Żona „Ordona” Salwina Strug również w tym czasie była aresztowana i przebywała w areszcie, który znajdował się w szkole w Puchaczowie. Wydał ją kuzyn z UB, do którego udała się po schronienie. Trzymano ją tam dwa tygodnie, prowadząc polowanie na męża. Strażnicy zostawiali jej grypsy z informacjami, że już są na tropie, z datą akcji. Przez okno patrzyła bezradnie, jak wyjeżdżają. Gdy wrócili, zaprowadzili ją do samochodu. Rozpoznała zwłoki. – Miał uśmiechniętą twarz, był umyty, w spodniach wojskowych, bez butów, jakby mu się coś przyjemnego śniło. Powtórzyłam im to, co on mi często powtarzał: „Jakim mieczem wojują, od tego zginą”.

Por. cz.w. Józef Strug ps. „Ordon” – część 3>
Strona główna>

Por. cz.w. Józef Strug ps. „Ordon” – część 3


Kwiecień/maj 1947 r. Wspólna odprawa oddziału  Józef Struga „Ordona” i patrolu podległego kpt. „Uskokowi” pod dowództwem Walentego Waśkowicza „Strzały”. Od lewej: Stanisław Falkiewicz „Ryś”, Walenty Waśkowicz „Strzała”, Józef Strug „Ordon” (pochylony nad mapą), Ludwik Szmydke „Czarny Jurek”, Eugeniusz Arasimowicz „Mongoł”, Czesław Osieleniec. Stoją: Ignacy Falkiewicz „Mewa”, Jerzy Marciniak „Sęk”/”Zygmunt” (żołnierz patrolu „Strzały”).

Wg współczesnej relacji Zygmunta Pękały „Śmiałego” – jedynego żyjącego obecnie świadka tamtych wydarzeń – możemy się dowiedzieć, że grupę przebywającą wówczas u Wawrzyckich tworzyli on sam, Józef Strug „Ordon” oraz Tadeusz Paluch „Dąb”. Mieli oni po kolacji opuścić mieszkanie i udać się na skraj lasu, gdzie w rowie mieli położyć się spać.

Józef Pękała ps. „Śmiały”. Żołnierz „Ordona”, który przebił się przez pierścień obławy, podczas której zginął jego dowódca.

Inną wersję wydarzeń podaje Salwina Strug. Twierdzi ona, że grupa miała nocować u Flisiuków i dopiero po śniadaniu miał nastąpić alarm. Według niej grupę stanowiło czterech, a nie trzech żołnierzy, jak podaje „Śmiały”. Czwarty miał być nieustalony. Wydaje się jednak, że bliższy prawdy jest bezpośredni uczestnik ostatniej walki „Ordona”, Z. Pękała „Śmiały”, którego relację potwierdzają również raporty oficerów dowodzących operacją p-ko partyzantom. Różnice występują też w przedstawieniu okoliczności samej akcji resortu, zarówno przez jedynego żyjącego świadka „Śmiałego”, jak i przez dowódcę sztabu WBW.

Wycinek mapy terenu [WIG 1933], na którym osaczono „Ordona”. Czerwonym krzyżykiem oznaczono miejsce śmierci por. Józefa Struga. [kliknij w miniaturkę mapy].

Oto współczesna relacja Zygmunta Pękały „Śmiałego”:
„Rano widzimy sylwetki wojskowych otaczających teren z trzech stron. „Ordon” decyduje: – Koledzy, jest bardzo źle. Musimy się rozproszyć. Każdy w inną stronę… Po pierwszych seriach z broni maszynowej, „Ordon” podjął próbę przedostania się przez wąską drogę. Kilka metrów czystego pola ostrzału wystarczyło, że został trafiony. Padł. Rowem przeczołgaliśmy się wzdłuż drogi, wreszcie poderwaliśmy się do biegu. Poczułem dwa piekące uszczypnięcia. Biegłem dalej. Po kilkuset metrach postanowiliśmy zalegnąć i zaszyć się w krzakach. Przetrwaliśmy. Miałem dwie przestrzeliny w mięśniach biodra i pośladka.”

Okolice Sękowa. Droga w miejscu gdzie podczas próby jej przeskoczenia został ranny por. „Ordon”. Stan obecny.

Meldunek o nadzwyczajnym wypadku, sporządzony przez Dowódcę WBW Lublin – majora Kuzara, podpisany przez szefa sztabu WBW majora Kondraciuka i zastępcę do spraw polowych majora Konara, daje bardziej szczegółowy obraz ostatnich chwil „Ordona”. Oto jego treść:
„W dniu 30.7.47 grupa operacyjna pod d-ctem mjr Kondraciuka, szefa sztabu WBW Lublin przeprowadziła operację w m. Sęków i kol. Sęków pow. Włodawa. W czasie operacji natknęła się na bandę „Ordona” w składzie trzech osób. Bandyci ostrzeliwując się zaczęli uciekać. W toku dalszego przeszukiwania terenu leśnego natknięto się ponownie na zbiegłych bandytów. D-ca bandy z ukrycia dał ognia z pistoletu do nadchodzącego szeregowego Kuzlak Jana, którego trafił kulą w nogę i zbiegł ukrywszy się. Z odległości około 100 metrów z zarośli dał ognia ponownie z pistoletu do zbliżającego się kpr. Tepera Ryszarda, raniąc go w nogę. W toku dalszej walki dowódca bandy „Ordon” został zabity, pozostali bandyci zdążyli się w terenie zamelinować.”

Pomnik w miejscu gdzie, do końca ostrzeliwując się, zginął Józef Strug „Ordon”. W głębi widoczna droga z Sękowa, gdzie podczas próby przebicia się przez kordon obławy został on ranny.

Napis na pomniku brzmi: BÓG HONOR OJCZYZNA/ZWZ-AK-WiN/PORUCZNIKOWI JÓZEFOWI STRUGOWI PS. „ORDON”/UR. 4 III 1919 R. DOWÓDCY ODDZIAŁU AK I WiN/W TYM MIEJSCU ZAMORDOWANY PRZEZ UB 30 VII 1947 R. ORAZ JEGO ŻOŁNIERZOM POLEGŁYM I ZAMORDOWANYM ZA WOLNOŚĆ OJCZYZNY W LATACH 1939 – 1956/PPOR. ZYGMUNT PĘKAŁA PS. „ŚMIAŁY”/ ŻOŁNIERZ POR. „ORDONA”

Jak widać, relacje różnią się w jednej zasadniczej kwestii. „Śmiały” utrzymuje, że „Ordon” „padł” przebiegając przez drogę. Jednak w raporcie wyraźnie wspomniane jest, że dowódca został dwukrotnie zlokalizowany w trakcie poszukiwań, ostrzeliwał się, raniąc w nogi KBW-istów. Wydaje się, że strzelał nisko, chcąc uniknąć zabijania żołnierzy. „Ordon” zginął  „w toku dalszej walki”, którą najprawdopodobniej prowadził już ranny, próbując osłaniać wycofujących się kolegów, i być może dzięki temu udało im się przerwać przez pierścień okrążenia.

Jeszcze tego samego dnia zwłoki sierż. Józefa Struga „Ordona” zostały przewiezione do aresztu w Puchaczowie, w którym – jak już wspomniano – przebywała żona zabitego partyzanta. Musiała ona rozpoznać zwłoki męża. Według protokół przesłuchania świadka, sporządzonego w  Puchaczowie w dniu 30 lipca 1947 r. przez B. Jelenia, oficera śledczego UB, Salwina Strug na pytanie „czy ob. rozpoznaje okazane w dniu dzisiejszym tj. 30.VII.47 r. zwłoki mężczyzny i kto to jest?” odpowiedziała:
„Tak jest, rozpoznaje zwłoki mężczyzny okazane w dniu dzisiejszym tj. 30.VII.47 r. i stwierdzam z całą stanowczością, że jest to mój mąż Strug Józef, który od dłuższego czasu nie był w domu, a był komendantem bandy [w] której występuje jako ps. „Ordon”. Poznaję męża mego po rysach twarzy, oraz miał znak szczególny, który w tej chwili poznaję a jest to czarna plama w okolicy lewego obojczyka, znamię jest kształtu okrągłego. Okazany mundur Wojska Polskiego z naszywkami porucznika również rozpoznaję, jest to mundur męża mego w którym chodził, przynależąc w bandzie leśnej.”

Po potwierdzeniu tożsamości zabitego męża, Salwina Strug została zwolniona z aresztu na podstawie amnestii. UB-ecy nie wydali zgody na zabranie ciała ani rzeczy osobistych. Zagrożona ponownym aresztowaniem wyjechała do Poznania, gdzie na
jakiś czas zatrzymała się u siostry „Ordona”. Tam też dowiedziała się, że jej rodzice mieszkają w Krzesinach koło Poznania. Salwina Strug została w Poznańskiem na stałe i mieszka tam do dziś. Nie wyszła po raz drugi za mąż, bo – jak tłumaczy – raz już przysięgała. Syna wychowała samotnie.

Ciało „Ordona” przepadło bez wieści. Nie zachował się żaden dokument wskazujący choćby przypuszczalne miejsce pochówku. Podzielił więc los setek innych partyzantów chowanych bezimiennie w nieznanych mogiłach. Symboliczny pogrzeb „Ordona” odbył się dopiero w wolnej Polsce w dniu 27 lutego 1992 roku w Poznaniu. W grobie złożono urnę z ziemią z miejsca, w którym zginął „Ordon”.
5 sierpnia 2001 r. staraniem ostatniego żołnierza „Ordona” – Zygmunta Pękały „Śmiałego”  w lesie pod Wielopolem, w miejscu śmierci komendanta, odsłonięto pomnik ku czci Józefa Struga „Ordona” oraz jego żołnierzy poległych i zamordowanych za wolność ojczyzny.

Salwina Strug ps. ”Ewa” dziękuje za pomnik postawiony ku czci jej męża w lesie pod Sękowem.

Śp. płk Zbigniew Boczkowski, Prezes Zarządu Okręgu Wschodniego Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość wręcza dyplom uznania Zygmuntowi Pękale ”Śmiałemu”, fundatorowi pomnika.

W kilka lat później żona „Ordona” ufundowała mężowi symboliczną mogiłę przy kościele w Wereszczynie, niedaleko Sękowa.

Symboliczna mogiła „Ordona” przy kościele w Wereszczynie.

Aresztowany w przeddzień śmierci „Ordona” Ludwik Szmydke „Czarny Jurek” został skazany na karę śmierci, przede wszystkim za udział w akcji odwetowej przeprowadzonej w Puchaczowie. Stracono go na Zamku w Lublinie dnia 2 września 1947 roku.

Mimo śmierci dowódcy oddział trwał nadal w konspiracji, a dowodzenie nad nim przejął wtedy Stanisław Marciniak „Niewinny”. Jednak grupa ta była już wtedy nieliczna, a jej działania miały charakter wyłącznie obronny. W oddziale tym pozostali m.in. wyżej wspomniany Stanisław Marciniak „Niewinny”, Józef Domański „Paweł”, „Łukasz”, „Znicz”, Stanisław Falkiewicz „Ryś”, Ignacy Falkiewicz „Mewa” i Eugeniusz Harasimowicz „Mongoł”. Wszyscy ci ludzie z biegiem lat zginęli w walce lub zostali zamordowani.

Dwaj ostatni ukrywający się żołnierze „Ordona” – „Niewinny” i „Łukasz” przeszli pod rozkazy Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego” i dotrwali z nim do jego śmierci. 6 października 1951 roku w czasie wielkiej operacji UB-KBW w Zbereżu nad Bugiem, podczas przebijania się przez trzy kordony 800-osobowej obławy, poległ jeden z ostatnich dowódców polowych antykomunistycznego podziemia na Ziemi Włodawskiej ppor. Edward Taraszkiewicz „Żelazny” i jego żołnierz Stanisław Torbicz „Kazik”.
Józef Domański „Łukasz” i Stanisław Marciniak „Niwinny” dostali się do niewoli. Po długotrwałym i brutalnym śledztwie, 14 sierpnia 1952 r. zostali skazani przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Lublinie, na sesji wyjazdowej we Włodawie, na karę śmierci.
Wyroki na dwóch ostatnich żołnierzach Obwodu Włodawskiego WiN wykonano 12 stycznia 1953 r. w więzieniu na Zamku w Lublinie.

Tomasz Guziak
(Zdjęcia, uzupełnienia, korekty – autor strony)

Opracowano na podstawie:
Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej w Lublinie,
Broński Zdzisław  „Uskok”, Pamiętnik (1941 – maj 1949), wstęp, red. naukowa i opracowanie dokumentów Sławomir Poleszak, Warszawa 2004,
Kopiński Jarosław, Rozpracowanie struktur konspiracyjnych AK-WiN na przykładzie działań operacyjnych WUBP w Lublinie w latach 1944-1956, [w:] Wobec komunizmu. Materiały z sesji naukowej pt. „Lubelskie i południowe Podlasie wobec komunizmu 1918-1989, Radzyń Podlaski 2 IX 2005, Radzyń Podlaski 2006,
Kujawski Józef, relacja ustna z dn. 21 VI 2008 r., (w zbiorach autora strony),
Pająk Henryk, „Jastrząb” kontra UB, Lublin 1993,
Pająk Henryk, „Żelazny” kontra UB, Lublin 1993,
Pająk Henryk, Oni się nigdy nie poddali, Lublin 1997,
Pasikowski Stanisław, Lotny Oddział AK „Nadbużanka”. Wspomnienia, Łódź 2003,
Rybak Agnieszka, Macierzyństwo w czasach zarazy, „Rzeczpospolita”, Nr 122, 26 V 2007.

Tomasz Guziak – student V roku historii UMCS, seminarzysta w Zakładzie Historii Społecznej XX wieku. W przygotowywanej pracy magisterskiej pt. Oddział Józefa Struga „Ordona”,  pisanej pod kierunkiem prof. dr hab. Janusza Wrony zajmuje się szerzej przedstawionym tematem. W artykule autor zastosował dość przekrojowe przedstawienie tematu. Szersze opracowanie dziejów oddziału „Ordona” zostanie opublikowane po ukończeniu i obronie pracy magisterskiej.
Dziękuję autorowi za przygotowanie tekstu do publikacji.

Por. cz.w. Józef Strug ps. „Ordon” – część 1>
Strona główna>