i bardziej obecny od żywych".
Antoine de Saint-Exupéry, "Twierdza"

Hołd bohaterom oddała również rodzina majora Józefa Kurasia "Ognia" przybyła z Waksmundu, wraz z Grupą Rekonstrukcji Historycznej "Podhale w ogniu" z Nowego Targu. Przybyli również przedstawiciele GRH 15 pp "Wilków" z Puław i Bractwa Kurkowego z Łosic.
Szczególnie aktywni byli tego dnia ludzie z Forum Młodych PiS, na którego czele stał radny miejski Mariusz Zańko, którzy przygotowali specjalnie na tę okazję 200 czarnych koszulek ze zdjęciem patrolu "Żelaznego" i napisem „Żelazna" Zasada – Bóg, Honor, Ojczyzna, a także zorganizowali przyjazd ponad setki kombatantów i młodzieży z Lublina. Wśród uczestników uroczystości błyskawicznie rozeszło się 1000 egzemplarzy bezpłatnego okolicznościowego wydawnictwa (92 strony), pt. „Jastrząb" i Żelazny" – ostatni partyzanci Polesia Lubelskiego 1945 – 1951.
Uroczystości rozpoczęły się mszą św. w kościele p.w. Św. Ludwika we Włodawie (nieopodal pomnika, który znajduje się przy ul. 11 Listopada), podczas której piękne kazanie wygłosił, zaproszony specjalnie na tę okazję ks. Jarosław Hrynaszkiewicz, proboszcz parafii Brok w diecezji łomżyńskiej, mający za sobą również 10-letnią posługę na terenie Grodna na Białorusi, założyciel i wieloletni redaktor „Słowa życia” – pisma wydawanego w dwóch językach: polskim i białoruskim. Jest również kapelanem Oddziału Ziemi Łomżyńskiej Związku Sybiraków. Ks. Hrynaszkiewicz z Białorusi musiał wyjechać na skutek represji administracji prezydenta Łukaszenki.
Po mszy krótki rys historyczny przedstawił Kazimierz Krajewski, Kierownik Referatu Badań Naukowych i Zbiorów Bibliotecznych Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej w Warszawie. Następnie orszak prowadzony przez Orkiestrę Reprezentacyjną WP Garnizonu Lubelskiego i żołnierzy kompanii honorowej z Lublina przeszedł kilkaset metrów, gdzie nastąpiło odsłonięcie i poświęcenie pomnika. Uroczystość prowadził Prezes Fundacji "Pamiętamy" – Grzegorz Wąsowski. Odczytano apel poległych, złożono wieńce i wiązanki kwiatów. Nie zabrakło również okolicznościowych przemówień.
O randze niedzielnego wydarzenia świadczy także fakt, że patronat medialny nad uroczystością objęła TVP Historia, która przygotowuje materiał historyczny połączony z reportażem z uroczystości. Zostanie on wyemitowany w cyklu "Cienie PRL-u". Swoją obecność zaznaczyły również TVP2, TVP3 Lublin oraz Radio Lublin.
Organizatorem wydarzenia był Burmistrz Włodawy, Rada Miejska we Włodawie oraz fundator pomnika, warszawska Fundacja „Pamiętamy".
Niebawem na łamach strony dostępne będzie [w formacie PDF] okolicznościowe wydawnictwo „Jastrząb" i Żelazny" – ostatni partyzanci Polesia Lubelskiego 1945 – 1951., a na razie zapraszam do obejrzenia fotorelacji z uroczystości…












Na uroczystość przybyło ponad 20 pocztów sztandarowych.

Ks. Jarosław Hrynaszkiewicz, proboszcz parafii Brok w diecezji łomżyńskiej, wygłosił piękne, patriotyczne kazanie.

Podczas komunii jeden z kombatantów AK-WiN zagrał (doskonale) na harmonijce ustnej… "Barkę", co w tym dniu było podwójnie wymowne. 
Po mszy św. krótki rys historyczny poświęcony bohaterom uroczystości przedstawił Kazimierz Krajewski, Kierownik Referatu Badań Naukowych i Zbiorów Bibliotecznych OBEP IPN w Warszawie.


Kompania honorowa WP z Lublina.


Grupy Rekonstrukcji Historycznej z Nowego Targu i Puław.



Ulicami Włodawy przeszli również przedstawiciele Bractwa Kurkowego z Łosic.
Jak zawsze niezawodny i pełen energii mjr Romuald Bardzyński ps. "Pająk", żołnierz nowogródzkiego Zgrupowania AK "Północ" pod dow. legendarnego por. Jana Borysewicza ps. „Krysia”, chorąży Proporca Bojowego Żołnierz
y Oddziałów Zgrupowania Północ Okręgu Wileńsko-Nowogródzkiego Armii Krajowej "Krysiacy".












Orkiestra Reprezentacyjna WP Garnizonu Lubelskiego.

Po 62 latach "chłopcy z lasu" znów pojawili się na ulicach Włodawy...






Uroczystość prowadził Prezes Fundacji "Pamiętamy" – Grzegorz Wąsowski.



Odsłonięcia pomnika
dokonali: siostra "Jastrzębia" i "Żelaznego" – Rozalia Taraszkiewicz –
Otta, Stanisław Pakuła ps. "Krzewina", ostatni żyjący żołnierz
"Żelaznego" oraz Burmistrz Włodawy Jerzy Wrzesień.

Ksiądz Jarosław Hrynaszkiewicz święci pomnik.
Przemówienie okolicznościowe wygłosiła Wojewoda Lubelski Genowefa Tokarska.
…oraz siostra poległych dowódców partyzanckich.

Apel poległych został odczytany przez przedstawiciela Fundacji „Pamiętamy” Rafała Werbanowskego… tak, że aż mroziło, a wielu ludzi miało łzy w oczach.



SALWA HONOROWA !!!
Wieniec składa Wojewoda Lubelski Genowefa Tokarska.
Poseł na Sejm RP – Elżbieta Kruk.
Przewodniczący Rady Miejskiej Włodawy Romuald Dydiuk i Burmistrz Włodawy Jerzy Wrzesień.
Starosta Włodawski Janusz Kloc i Wicestarosta Wiesław Holaczuk.

Hołd z Podhala.
Na pierwszym planie Adam Broński, syn ostatniego dowódcy oddziałów partyzanckich WiN na Lubelszczyźnie kpt. Zdzisława Brońskiego "Uskoka" († 21 V 1949 r.).


Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej.
Jacek Welter, Dyrektor Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej w Lublinie i Sławomir Poleszak, kierownik Referatu Badań Naukowych i Zbiorów Bibliotecznych OBEP IPN w Lublinie.
Polskie Towarzystwo Historyczne Oddział we Włodawie.
Hołd "Krysiaków".





"[…] a Gniew twój bezsilny niech będzie jak morze ilekroć usłyszysz głos poniżonych i bitych / niech nie opuszcza cię twoja siostra Pogarda dla szpiclów katów tchórzy – oni wygrają / pójdą na twój pogrzeb i z ulgą rzucą grudę a kornik napisze twój uładzony życiorys / i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie […]". 

Więcej zdjęć z uroczystości we Włodawie można obejrzeć w galerii na zaprzyjaźnionej stronie Ciechanowiec Online, której autorzy również byli tutaj obecni.
Mjr "Zapora" w TVP HISTORIA
"Żołnierze Wyklęci":
"Major Zapora"
W najbliższą środę 15 października 2008 r. w TVP HISTORIA, o godz. 20:00 zostanie wyemitowany kolejny odcinek programu z cyklu KONFLIKTY, BITWY, WOJNY – "Żołnierze Wyklęci", pt. "Major Zapora". Tym razem autorzy, m.in. Prezes Fundacji "Pamiętamy", Pan Grzegorz Wąsowski, przybliżą widzom postać mjr. Hieronima Dekutowskiego "Zapory" oraz historię walk dowodzonych przez niego oddziałów konspiracji poakowskiej z terenu Lubelszczyzny.
Mjr cc Hieronim Dekutowski "Zapora"
"Zapora" jest świetnym przykładem dowódcy polowego, który łączy lojalność wobec przełożonych z troską o los podległych mu żołnierzy. W okresie opresji komunistycznej z drugiej połowy lat 40 – tych dwukrotnie stawał na czele konspiracji zbrojnej na terenie Lubelszczyzny, dwukrotnie też wykonał rozkaz przełożonych o zaprzestaniu walki zbrojnej. Podczas śledztwa i procesu zachował godną postawę. Znawcy tematu są zgodni co do tego, że "Zapora" był jednym z najwybitniejszych dowódców polowych partyzantki antykomunistycznej, a dowodzone przez niego oddziały należy zaliczyć do najlepszych, tak pod względem bitności jak i dyscypliny wojskowej.
Więcej na temat mjr. "Zapory" czytaj:
Mjr Hieronim Dekutowski "Zapora" (1918 – 1949)>
Hieronim Dekutowski>
Galeria zdjęć mjr. "Zapory">
POWTÓRKI PROGRAMU:
Sobota, 18 października 2008 r., godz. 12:00
Wtorek, 21 października 2008 r., godz. 17:00
ODSŁONIĘCIE POMNIKA WE WŁODAWIE
Z. Herbert
RADA MIEJSKA WE WŁODAWIE
FUNDACJA "PAMIĘTAMY"
zapraszają
która odbędzie się we Włodawie, 12 października 2008 r. o godz. 12:00.
– Godz. 12:00 – Msza Św. w Kościele Parafialnym p.w. św. Ludwika we Włodawie, przy ul. Klasztornej 7;
– Krótki wykład historyczny (wystąpienie historyka z Instytutu Pamięci Narodowej – Kazimierza Krajewskiego);
– Przemarsz ulicami Włodawy pod pomnik;
– Symboliczne odsłonięcie i poświęcenie pomnika;
– Wystąpienia okolicznościowe;
– Apel poległych;
– Złożenie wieńców pod pomnikiem.
III Rajd Szlakami Żołnierzy mjr. "Ognia"

III Rajd Szlakami Żołnierzy mjr. Józefa Kurasia “Ognia”
W imieniu organizatorów zapraszam na trzecią edycję Rajdu Szlakami Żołnierzy mjr. Józefa Kurasia "Ognia".
Tegoroczna edycja rajdu odbędzie się w dniach 26-28 września bieżącego roku. Rajd jest kolejną inicjatywą nowotarskiego Polskiego Towarzystwa Historycznego oraz Instytutu Pamięci Narodowej, podjętą wokół problematyki polskiego podziemia niepodległościowego walczącego w latach 1939-55 na Podhalu.
Planowana w bieżącym roku III edycja rajdu ma charakter turnieju patroli, które będą realizować postawione przed nimi zadania z zakresu wiedzy historycznej, samarytanki, terenoznawstwa, sprawności „puszczańskich”. W program rajdu wplecione będą spotkania ze świadkami historii podziemia niepodległościowego z OP Bolesława Duszy „Szaroty”, Zgrupowania ”Błyskawica” mjr. Józefa Kurasia „Ognia”, OP „Wiarusy” oraz trasy kurierskiej ZWZ-AK „Kora”.
Szczegółowe informacje, jak regulamin, zadania, itp. zainteresowani znajdą na oficjalnej stronie Rajdu:
WARTO PRZECZYTAĆ… (10)

Tomasz Greniuch
Król Podbeskidzia. Biografia kpt. Henryka Flame "Bartka"
Wydawnictwo Marek Derewiecki, 2008
Henryk Flame urodzony w 1918 roku dorastał w pierwszym pokoleniu, które otrzymało od losu dwadzieścia lat wolności. Właśnie te dwadzieścia lat ukształtowało pokolenie, które zapisało się tragicznie na kartach historii Polski. Byli to ludzie świadomi swych obowiązków wobec ojczyzny i narodu. Wychowanie i życie Henryka Flame jest właśnie przykładem tego pokolenia. Pokolenia „Kolumbów”, które całą swoją młodość, najwspanialszy okres w życiu, poświęcili w walce o wolną Polskę. Z chwilą wybuchu II wojny światowej Henryk miał dwadzieścia jeden lat, a gdy zakończył w tragiczny sposób „swoją” wojnę miał lat dwadzieścia dziewięć. Cały ten okres poświęcił walce o niepodległe państwo. On i jemu podobni mieli marzenie, żeby ich dzieci wychowały się w Polsce, w której sami dorastali, dlatego nie złożył broni gdy przyszło sowieckie „wyzwolenie”. On i setki innych wychowanych w Polsce międzywojennej, w lasach, w górach i na łąkach, toczyli bezlitosny bój, gdyż wciąż mieli marzenia, których nie potrafiła zniszczyć komunistyczna rzeczywistość.
Zakończenie to, jest podsumowaniem historii życia nie tylko Henryka Flame, ale każdego z jego podkomendnych. Każdego, bez wyjątku, kto w tamtych tragicznych dniach głośno odważył się wymówić słowo „wolność”. Jest to więc podsumowanie działalności zgrupowania „Bartka” podporządkowanego Narodowym Siłom Zbrojnym – legendarnej armii Polski Podziemnej, w której tysiące chłopców i dziewcząt w swej młodości i entuzjazmie, zapalonych idealizmem i wiarą z bojowym okrzykiem: śmierć wrogom ojczyzny, szli do walki, a tarcze ryngrafów z Matką Boską chroniły ich młode piersi przed wrogą kulą. (…)
Więcej na temat Zgrupowania NSZ kpt. "Bartka" czytaj:
OPERACJA "LAWINA" – UBecka zbrodnia bez precedensu>
Anglojęzyczna wersja tekstu:
Operation "Avalanche", The UB Murder Without A Precedence. Annihilation of the NZS Armed Underground Units under command of Captain Henryk Flame "Bartek".>
„INKA” i „ZAGOŃCZYK”
62 rocznica zamordowania Danuty Siedzikówny ps. „Inka” i ppor. Feliksa Selmanowicza ps. „Zagończyk”
pożegnalne słowa Danuty Siedzikówny ps. „Inka”
62 lata temu, 28 VIII 1946 r., o godz. 6:15 komunistyczni oprawcy zamordowali strzałem w głowę, w gdańskim więzieniu przy ul. Kurkowej 12, siedemnastoletnią sanitariuszkę 5 Brygady Wileńskiej AK Danutę Siedzikówną ps. „Inka”. Wraz z nią śmierć poniósł ppor. Feliks Selmanowicz ps. Zagończyk”.
Umierali z okrzykiem „Jeszcze Polska nie zginęła!” i „Niech żyje major „Łupaszko”!”. Do dziś rodzinom nie udało się odnaleźć ich miejsca pochówku. Wyrok śmierci był komunistyczną zbrodnią sądową, a zarazem aktem zemsty i bezradności gdańskiego UB (od którego realnie zależał wyrok) wobec niemożności rozbicia oddziałów mjr. „Łupaszki”.

Danuta Siedzikówna ps. "Inka" (1928-1946)

Ppor. Feliks Selmanowicz ps. "Zagończyk" (1904-1946)
GLORIA VICTIS !!!
Danuta Siedzikówna ps. „Inka” urodziła się 3 IX 1928 w Guszczewinie koło Narewki, na skraju Puszczy Białowieskiej. Wychowała się w rodzinie o ugruntowanych tradycjach patriotycznych. Ojciec Wacław Siedzik jako student Politechniki w Petersburgu został w 1913 zesłany na Sybir za uczestnictwo w polskiej organizacji niepodległościowej. Wrócił do Polski dopiero w 1926 r. Był leśniczym w Olchówce k. Narewki. Deportowany przez NKWD w lutym 1940 r. w głąb Związku Sowieckiego, od 1941 r. żołnierz gen. W. Andersa, zmarł w 1942 r., pochowany na cmentarzu polskim w Teheranie. Matka Danki, Eugenia z Tymińskich, spokrewniona z rodziną Piotra Orzeszki, męża pisarki Elizy Orzeszkowej, złożyła przysięgę i należała do siatki terenowej AK. Aresztowana przez Gestapo w listopadzie 1942, po ciężkim śledztwie zamordowana we wrześniu 1943 r. w lesie pod Białymstokiem, pochowana w nieznanym miejscu. Danka uczyła się w szkole powszechnej w Olchówce, a w okresie wojny w szkole sióstr salezjanek w Różanymstoku k. Grodna. Po zamordowaniu matki, razem z siostrą Wiesławą złożyła przysięgę AK w grudniu 1943. Miała zaledwie 15 lat. Odbyła szkolenie sanitarne.
Po przejściu frontu podjęła pracę kancelistki w nadleśnictwie Hajnówka. Aresztowana w czerwcu 1945 r. wraz z innymi pracownikami nadleśnictwa przez grupę NKWD-UB, z polecenia zastępcy szefa WUBP w Białymstoku Eljasza Kotonia – za współpracę z antykomunistycznym podziemiem. Uwolniona z konwoju przez patrol wileńskiej AK Stanisława Wołoncieja „Konusa”, operujący na tym terenie, podkomendnych mjr. „Łupaszki”. Została sanitariuszką w oddziale „Konusa”, potem w szwadronach por. Jana Mazura „Piasta” i por. Mariana Plucińskiego „Mścisława”. Przez krótki czas jej przełożonym w tym okresie był por. Leon Beynar „Nowina”, zastępca mjr. „Łupaszki”, znany później jako Paweł Jasienica. Przybrała pseudonim „Inka”, na pamiątkę szkolnej przyjaźni. Na przełomie 1945-46, zaopatrzona w dokumenty na nazwisko Danuta Obuchowicz, podjęła pracę w nadleśnictwie Miłomłyn pow. Ostróda. 
Sanitariuszka V Brygady Wileńskiej AK, "Inka".
Wczesną wiosną 1946 r. nawiązała kontakt z ppor. Zdzisławem Badochą „Żelaznym”, dowódcą jednego ze szwadronów „Łupaszki”, i do VII 1946 r. służyła w tym szwadronie jako łączniczka i sanitariuszka, uczestnicząc w akcjach przeciwko NKWD, UB i ich konfidentom. Po śmierci „Żelaznego”, zabitego podczas obławy UB w czerwcu 1946 r., wysłana przez jego następcę ppor. Olgierda Christę „Leszka” do Gdańska po zaopatrzenie medyczne dla szwadronu. Tam aresztowana rankiem 20 lipca 1946 r. i umieszczona w pawilonie V więzienia w Gdańsku jako więzień specjalny. Po ciężkim śledztwie 3 sierpnia 1946 r. skazana na karę śmierci przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Gdańsku. Zarzucono jej nakłanianie do rozstrzelania dwóch funkcjonariuszy UB podczas akcji szwadronu w Tulicach pod Sztumem. Była to nieprawda. W szwadronie panowała dyscyplina wojskowa, sanitariuszka nie wydawała żadnych poleceń ani rozkazów. Z zeznań milicjanta Mieczysława Mazura przed sądem w Gdańsku (1946) oraz z relacji byłych żołnierzy „Łupaszki” wynika, że „Inka” opatrywała po walce także rannych milicjantów. 
Pomnik poświęcony "Ince", wzniesiony staraniem Fundacji "PAMIĘTAMY" w jej rodzinnej wsi Narewka.
Wyrok śmierci na sanitariuszkę był komunistyczną zbrodnią sądową, zarazem aktem zemsty i bezradności gdańskiego UB (od którego realnie zależał wyrok) wobec niemożności rozbicia oddziałów mjr. „Łupaszki”. Szwadron „Żelaznego”, w którym służyła „Inka”, był szczególnie znienawidzony przez gdański WUBP z powodu licznych, udanych akcji na placówki UB, m.in. brawurowy rajd przez powiaty starogardzki i kościerski 19 V 1946 r., podczas którego opanowano kilka posterunków milicji i placówek UB, likwidując sowieckiego doradcę PUBP w Kościerzynie, kilku funkcjonariuszy UB i ich konfidenta. „Inka” nie uległa namowom obrońcy z urzędu i nie podpisała się pod pismem do Bieruta o ułaskawienie. Pismo pisane w pierwszej osobie („Ja, Danuta Siedzikówna…”) podpisał obrońca. Bierut nie skorzystał z prawa łaski. W przesłanym siostrom Halinie i Jadwidze Mikołajewskim z Gdańska grypsie z więzienia S. napisała: „Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba”. Zdanie to należy tłumaczyć nie tylko przebiegiem śledztwa, lecz także odmową podpisania prośby o ułaskawienie. 
Symboliczne groby "Inki" i "Zagończyka".
Zważywszy na ideowe przesłanki takiego zachowania, należy dostrzec w postawie młodej sanitariuszki rysy heroiczne. Została rozstrzelana rankiem 28 sierpnia 1946 r. o 6.15 strzałem w głowę przez dowódcę plutonu egzekucyjnego z KBW, ponieważ egzekucja z udziałem żołnierzy się nie udała, żaden nie chciał zabić „Inki”, choć strzelali z odległości trzech kroków do niej i jej współtowarzysza niedoli, ppor. Feliksa Selmanowicza „Zagończyka”, również żołnierza mjr. „Łupaszki”. Przebieg egzekucj
i znany jest ze szczegółowych relacji złożonych w oddziale gdańskim IPN przez żyjących do dziś świadków: ks. Mariana Prusaka (spowiednika „Inki” przed egzekucją) i ówczesnego zastępcy naczelnika więzienia w Gdańsku. Według tych relacji, przed egzekucją „Inka” krzyknęła: „Niech żyje Polska!”, a po salwie plutonu, przed strzałem kończącym jej życie, zawołała: „Niech żyje major „Łupaszko”!”. 
Park imienia sanitariuszki "Inki", przy ul. Armii Krajowej w Sopocie.
Miejsce pochówku „Inki” i „Zagończyka” zostało przez UB utajnione. „Inka” i „Zagończyk” mają symboliczne groby na cmentarzu garnizonowym przy ul. Giełguda w Gdańsku, domniemanym miejscu pochówku, nieopodal więzienia. „Inka” ma też tablicę pamiątkową w bazylice NMP w Gdańsku oraz kamienny obelisk w Sopocie, obok Pomnika AK. Zainteresowanie postacią „Inki” w ostatnich latach narasta, ze względu na symboliczne dla dziejów Polski tego okresu losy jej rodziny (represjonowanej przez NKWD, Gestapo i UB) oraz ze względu na szczególne walory edukacyjne historii życia młodej sanitariuszki, wiernej do końca przysiędze AK. 30 listopada 2001 r. Rada Miasta Sopotu zadecydowała o nazwaniu imieniem „sanitariuszki Inki” parku przy ul. Armii Krajowej w Sopocie. Powstał spektakl telewizyjny „Inka 1946”, a 27 sierpnia 2006 r. w Narewce, na Podlasiu, staraniem Fundacji „PAMIĘTAMY”, został osłonięty pomnik poświęcony „Ince”.
W 1991 r. Sąd Wojewódzki w Gdańsku uznał, iż działalność "Inki" i jej współtowarzyszy z 5. Wileńskiej Brygady AK zmierzała do odzyskania niepodległego bytu Państwa Polskiego.

Więcej na temat "Inki" czytaj:
Egzekucja "Inki" i "Zagończyka" – część 1>
Egzekucja "Inki" i "Zagończyka" – część 2>
The Execution of "Inka" And "Zagonczyk" (anglojęzyczna wersja na stornie www.doomedsoldiers.com)>
Danuta Siedzikówna – wspomnienie>
„Bezrukij Major” – część 4
Kiedy we wtorek rano zbierano zwłoki i szukano mjr. „Kotwicza”, któryś sołdat zauważył na zroszonej trawie ślad. Ślad kończył się przy kopie siana. Czterech podbiegło, odgarnęli siano. Wewnątrz leżał skulony, ciężko ranny strzelec Czesław Marszałek „Żuraw”. Wyciągnęli go, szykowała się jeszcze jedna egzekucja. Gdyby nie Teresa… Wpadła w histerię: krzyczała, wrzeszczała, tupała, wyrywała się, żeby mu pomóc, osłaniała przed żołnierzami. No i nie zadźgali go na miejscu, jak tamtych. Zmarł w więzieniu w Lidzie.
Teresa wybłagała trzy dni życia dla kolegi, ale tym samym odsłoniła swoje związki z oddziałem. Legenda o jej przypadkowym znalezieniu się w Surkontach prysła. Za tę „zbrodnię” sąd sowiecki skazał ją na karę śmierci. Ułaskawiona, spędziła 10 lat na zsyłce.
Nie ma świadka śmierci „Kotwicza”. Jest opowieść, którą ludzie powtarzają od kilkudziesięciu lat. Pierwszy na tym skrzydle zginął „Ostroga”. Potem „Kotwicz” dostał kulę w czoło, wylot z tyłu czaszki. „Orwid” rzucił się, żeby wyciągnąć go spod ognia i w tej samej chwili padł na nogi dowódcy. Trzy kule w pierś. Tak ich razem znaleziono…
Alfred Paczkowski „Wania”, cichociemny, napisał po latach:
„Maciej – to Poniatowski. Jego śmierć była demonstracją i sprawą honoru”. 
„Dulce et decorum est pro patria mori”.
Oddziały AK i oddziały samoobrony polskiej trwały na straży polskości na Nowogródczyźnie do lat 50., tocząc nierówną walkę z sowiecką inwazją i sowietyzacją tych ziem.
W bitwie pod Surkontami straty sowieckie wyniosły 132 zabitych. Po stronie AK poległo 39 żołnierzy:
mjr/ppłk cc Maciej Kalenkiewicz „Kotwicz”,
kpt. Michał Pękała (?) „Bosak”,
kpt. cc Franciszek Cieplik „Hatrak”,
rtm cc Jan K. Skrochowski „Ostroga”,
ppor. Stanisław Dźwinel „Dzwon”,
ppor. Walenty Wasilewski „Jary”,
pchor. Henryk Nikicicz „Orwid”,
pchor. Henryk Cywiński „Wilk”,
plut. Franciszek Stankiewicz Mikado”,
kpr. Kazimierz Ejsmont „Irak”,
kpr. (plut.?) Predoń „Kowal”,
kpr. Bohdan Bednarczyk „Dan”,
strzelcy i starsi strzelcy:
Jan Caputa,
Stanisław Caputa,
Jerzy Gryszel „Jurek”,
Jerzy Kaleciński „Kosinus”,
Zygmunt Kaleciński „Sinus”,
Jerzy Kleindienst „Basia”,
Bohdan Karpowicz „Sowa”,
Stanisław Krukowski „Czarny”,
Zygmunt Miąć „Szczerbiec”,
Eugenia Myszkówna „Gienka”,
Tadeusz Skobcjko „Błysk”,
Władysław Sperski „Tolot”,
Mieczysław Szeptunowski,
Zygmunt Werkun „Zima”,
Henryk Żurawski „Marabut”,
Żaczkiewicz,
Witold Żuk,
i 10 żołnierzy nieznanych nazwisk i pseudonimów.
Na pobojowisku w Surkontach zostały dwie kobiety: „Czarna Magda” i warszawianka Zosia – szyfrantka. Kto żyw i mógł się ruszać – uszedł, a rannych i bezwładnych dobito lub zastrzelono. We wsi było więcej trupów niż ludności. Nim żołnierze z okrzykiem „Gdie biełyje?” wpadli do obejścia, Zosia zakopała szyfry i papiery „Kotwicza”, a „Czarna Magda” złoto komendy.
Opowiadanie „Czarnej Magdy” [Helena Nikicicz], spisała Anna Kalenkiewicz – Mirowicz w 1944 roku. Siostra „Kotwicza” tak zapamiętała to spotkanie:
Pamiętam z pełną wyrazistością cichy, pogodny i kolorowy wieczór jesienny w 1944 roku, kiedy matka „Orwida” do mnie przyszła. Z ganku naszego mieszkania na wysokiej górze nad Bernardyńskim jeziorem w Trokach widziałam, jak szła: wysoka, zręczna, z czarnymi włosami gładko zaczesanymi z rozdziałkiem po środku, w chłopskim ubraniu, zupełnie bosa. Pomyślałam sobie, że to ktoś z okolicy przychodzi kupić ode mnie resztki przedwojennej garderoby. Mąż mój od tygodni leżał ciężko chory, nie mieliśmy z małym synkiem z czego żyć.
Jestem łączniczką majora „Kotwicza”.
Uśmiechnęłam się radośnie. Wiedziałam, że nie uległ losowi prawie całej polskiej partyzantki, spodziewałam się od niego wiadomości.
– Niech się pani nie śmieje – powiedziała przejmującym głosem. Przyniosła mi czapkę przeszytą kulą, koszulę i szelki – znaki spełnionego do końca obowiązku.
Została u nas przez kilka dni dziwnie dostojna i prosta w swoim bólu. Była odurzona ciosami, które na nią spadły, czasem pół przytomna. Mąż i dwóch synów już poległo, najmłodszy, 15-letni z kompanii szkolnej mego brata, wywieziony został do Kaługi.
Nocami zrywała się z krzykiem, wołając męża i dzieci. W dzień opowiadała równym, spokojnym głosem, bez płaczu i jęków. Opowiadała sumiennie, przypominając wszystkie szczegóły tak ważne w oczach tej prostej bohaterskiej kobiety i w moich oczach – siostry.
Nie potrafiła ocenić politycznej i wojskowej roli Kotwicza, wiele z jego postępowania wydawało jej się dziwnym, ale sercem jak mało kto odczuła jego wielkość. Opowiadanie traktowała jako ostatni obowiązek, jaki miała do spełnienia.
Anna Kalenkiewicz – Mirowicz tak wspomina opowieść „Czarnej Magdy:
Nagle dochodzi mnie pogłoska: Major zabity.
– Pani Zosiu, czy to prawda?
– Tak, stało się wielkie nieszczęście – odpowiada ledwie żywa. Nie mówi mi nic o śmierci syna [pchor. „Orwid”].
Namawiam ją, by w nocy iść do Skirejek. Mówi: „Tu pani miejsce, pani Magdo”. I dopiero wtedy powiedziała o Henryku.
Ale idziemy, bo przecież po ciemku nie znajdziemy ani rannych, ani zabitych. Wykradamy się w nocy. Zosia mówi, że Major i Henryk spodziewali się śmierci – poznała to po sposobie, w jaki się z nią żegnali. Henryk prosił ją o opiekę nade mną. Pewne podejrzenia nasuwa i to, że Henryk oddał mi złoto do przechowania.
W Skirejkach nie ma nikogo, prócz kpt. „Sawy” [Władysław Stawowski] i „Białej Magdy” [N.N.], którzy przynieśli wiadomości z Wilna.
O wschodzie słońca wracam na pobojowisko. Zosia poleciała jeszcze wcześniej, żeby wydostać zakopane papiery. Już jej nie widziałam nigdy. Później się dowiedziałam, że ją sowieci przyłapali.
Widzę: nasi leżą w błocie. Pierwszy jest w cywilu, ale to oficer z odprawy. Drugi ma książeczkę do nabożeństwa w kieszeni na piersi; mam ją oddać bratu, Murkowi, ale brata widzę zabitego opodal. Dalej chłopak, który jadł z nami ostatnie śniadanie, któremu Major deklamował z Pana Tadeusza… „nad brzegiem ruczaju” […]. Od prawego skrzydła, gdzie atakowano sowiecki ciężki karabin maszynowy, nie mogę dojść, bo jeszcze stoją sowieci. Wreszcie odchodzą. Major leży na wznak, Henryk twarzą na jego nogach. Jego krew spływała Majorowi na nogi.
Nikogo więcej już nie widziałam. Położyłam się obok, objęłam obydwóch. Słońce świeciło. Zwłoki były ciepłe. Leżałam długo, przeszło godzinę. Bałam się ich zostawić. Major miał zdjęty mundur, obaj buty. Obmyłam ich. Wykopałam przy pomocy jednego człowieka płytki dołek, nakryłam własnym płaszczem, liśćmi, darniną. Potem poszłam do ludzi, prosiłam, żeby zrobili trumny. Każdy się bał. Wreszcie zgodził się człowiek mieszkający 5 km stąd.
„Bezrukij Major”
Kpt. „Warta”, dowiedziawszy się o wpadce Zosi, był zrozpaczony. Do KO telegrafował 27 sierpnia: Przez karygodną lekkomyślność szyfrantka Zosia wpadła, wraz z nią kancelaria „Kotwicza”. […] Jest masa ludzi zagrożonych. Trzeba wszystko zaczynać od nowa.
Zosia – pomimo tortur – tajemnic nie wydała. Zmarła w więzieniu lidzkim.
Z daleka czuwała nad Surkontami nowo uprzędzona siatka AK. W dniu bitwy „Zbigniew” [N.N] dotarł do Skirejek i przyprowadził z sobą oficera Okręgu Wileńskiego, który miał polecenie skontaktowania się z komendantem Nowogródka, a nie znał drogi. W leśniczówce gospodyni zawiadomiła, że mjr „Kotwicz” przeszedł do Surkont i prosił – jeśli w nasłuchu radiowym nie ma nic ważnego – o przełożenie spotkania na później. W trakcie rozmowy z gospodynią – było to koło godz. 14.00 – dobiegły z kierunku Surkont odgłosy strzałów z broni maszynowej i ręcznej. Postanowili przeczekać w Skirejkach. Kiedy ucichło, chcieli iść, ale po niespełna 15-20 minutach palba znów się rozpoczęła. Wobec czego zrezygnowali i zawrócili.
Tego samego dnia poszedł z Janowicz do Surkont kpt. „Sawa” z komendy okręgu. Po drodze, koło Troczek, usłyszał strzelaninę. Zawrócił do zaścianka Zaleskie. Tam nazajutrz dowiedział się o bitwie i o śmierci „Kotwicza”.
Oficer z Wilna i kpt. Sawa nieśli – na wszelki wypadek dwiema drogami – depeszę, mianującą „Kotwicza” komendantem Podokręgu Nowogródzkiego z jednoczesnym awansem na podpułkownika. Kpt. „Warta” tak wyjaśniał, dlaczego nie przybył 21 sierpnia do Surkont na umówioną odprawę kwatermistrzowską: otóż z niedzieli na poniedziałek (20 i 21 sierpnia) wraz z „Wartą” nocowali w melinie Warty w Jewsiewiczach (ponad 10 km od Surkont) oficerowie komendy okręgu: adiutant ppor. „Orlik” [Wincenty Biruk], kwatermistrz ppor. „Kazik” [N.N.] i jego zastępca ppor. „Woroszyłow” [Karol Komorowski]. Cała czwórka miała skoro świt udać się do „Kotwicza” na odprawę. Tymczasem – zaspali. Po prostu zaspali. Zamiast o 4 rano, obudzili się o godz. 8. Poszli nad Dzitwę i przy kładce spotkali wracającą z zachodniego brzegu łączniczkę Ewę. Powstrzymała ich.
– Nie idźcie! Wszystko obstawione przez NKWD.
Wobec tego zawrócili do Molg (o 3 km), gdzie mieścił się jeden z zapasowych składów żywności. Od strony Surkont widzieli słup dymu. Strzałów nie słyszeli, to za daleko. O bitwie dowiedzieli się nad ranem, kiedy do Jewsiewicz dowlokło się dwóch rannych z oddziału „Kotwicza”.
„Warty” więc w czasie bitwy nie było. Zgodnie z planem z góry ustalonym, objął on po śmierci „Kotwicza” funkcję komendanta. W tym już charakterze wysłał do Komendy Głównej dwie depesze.
„Dnia 21.8 został w Surkontach podstępnie otoczony przez sowietów wraz z częścią sztabu ppłk Kotwicz. W walce zginął ppłk Kotwicz i część oficerów oraz oddział osłaniający. Wyznaczony przez Kotwiczą na z-cę objąłem w.z. dowództwo okręgu. Mimo ciężkich warunków będę prowadził pracę z niesłabnącą energią, aż do wyznaczenia przez pana generała nowego komendanta okręgu.”
Trzy dni później „Warta” uzupełnia pierwszą wiadomość szczegółami:
„W Surkontach zginęli Kotwicz, Ostroga, Hartak, Jary i 32 żołnierzy. Sow. dobijali rannych. Powody tragedii, niekonspiracyjne zachowanie się Kotwicza, brawura, opór i chęć zemsty za hańbę rozbrojenia w puszczy Rudnickiej. Kotwicz miał w czasie walki 2 godziny przerwy do czasu przybycia posiłków sow. Zrezygnował z wycofania choć nie miał prawie strat. Straty sow. wynoszą 132 zabitych.”
„Bezrukij Major” – część 5>
Strona główna>
„Bezrukij Major” – część 1
Mjr Maciej Kalenkiewicz „Kotwicz” i bitwa pod Surkontami – 21 VIII 1944 r.
Zbigniew Herbert, „Pan Cogito o postawie wyprostowanej”
– A ty dokąd?
– Bić się.
– Myślisz, że są jeszcze szanse?
– Jak przy skoku… trzeba rzucić serce za przeszkodę.
„Hubal”, reż. Bohdan Poręba

Mjr/ppłk cc Maciej Kalenkiewicz ps. „Kotwicz”.
„Należał do najbardziej ideowych ludzi, jakich spotkałem w swoim życiu – wspominał go po latach kolega, cichociemny, kpt. Stanisław Sędziak „Warta”. – Wierzył, że moc moralna naszych ludzi przyniesie nam i Polsce ostateczne zwycięstwo”.
„Bezrukij Major” – jak nazywali go w swoich raportach funkcjonariusze NKWD – mjr Maciej Kalenkiewicz „Kotwicz” był jedną z najwybitniejszych postaci Armii Krajowej. Swój partyzancki szlak rozpoczął jako zastępca legendarnego majora Henryka Dobrzańskiego „Hubala”, a zakończył jako symbol oporu żołnierzy Niepodległej Rzeczypospolitej, walczących o Polskość Kresów Wschodnich przeciwko Sowietom i jako jeden z pierwszych poległych z ich ręki dowódców Antysowieckiego Powstania.
„BEZRUKIJ MAJOR”
Urodził się 1 lipca 1906 r. w Pacewiczach, pow. wołkowyski. Był synem Jana, ziemianina, właściciela majątku Trokienniki i działacza Narodowej Demokracji, posła na Sejm Rzeczypospolitej Polskiej (1922-1927), i Heleny Zawadzkiej.
Uczył się w Gimnazjum Nauczycieli i Wychowawców w Wilnie (późniejsze Gimnazjum Państwowe im. Zygmunta Augusta) i w Korpusie Kadetów nr II w Modlinie (1920-1924), gdzie uzyskał maturę. Ukończył Oficerską Szkołę Inżynierii i 17 października 1927 r. został przydzielony do 1. Pułku Saperów Legionów im. T. Kościuszki jako dowódca plutonu. Mianowany podporucznikiem w sierpniu 1926 r., dwa lata później porucznikiem. Od września 1928 r. był instruktorem w Szkole Podchorążych Rezerwy Saperów w Modlinie. 23 sierpnia 1929 r. otrzymał przydział do Centrum Wyszkolenia Saperów.
Podczas przewrotu majowego w 1926 r. Szkoła Podchorążych, do której należał, poparła Piłsudskiego. Kalenkiewicz wraz z kilkoma podchorążymi opowiedział się po stronie rządowej. „Myślałem – wspominał po latach – że kapitan strzeli do mnie”. To wystąpienie również nie złamało kariery młodemu podchorążemu.
Przeniesiony służbowo na Wydział Inżynierii Lądowej Politechniki Warszawskiej, w 1935 r. uzyskał dyplom inżyniera urządzeń i komunikacji miejskich. W 1934 r. powtórnie otrzymał przydział w Centrum Wyszkolenia Saperów. Awansowany na kapitana 19 marca 1936 r. oraz dowódcę kompanii w Szkole Podchorążych Rezerwy Saperów w Modlinie. W styczniu 1938 r. został przyjęty do Wyższej Szkoły Wojennej, 1 lipca 1939 r. ukończył I rok studiów. Wybuch wojny uniemożliwił mu ich dokończenie, jednak rozkazem Naczelnego Wodza w Wielkiej Brytanii przyznano mu tytuł oficera dyplomowanego.
Uczestniczył w kampanii wrześniowej. Był oficerem sztabu Suwalskiej Brygady Kawalerii, a od 15 września 1939 r. grupy gen. Wacława Przeździeckiego. Po 18 września pełnił funkcję adiutanta (oficera taktycznego) 110. pułku ułanów. Od 28 września był adiutantem, a potem zastępcą mjr. Henryka Dobrzańskiego „Hubala”, dowódcy Oddziału Wydzielonego WP.
W końcu listopada 1939 r. przebywał w Warszawie razem z mjr. „Hubalem”, który spotkał się z gen. Michałem Karaszewiczem – Tokarzewskim ps. „Torwid”. W czasie pobytu w oddziale brał udział w kilku starciach z Niemcami w okolicy Gór Świętokrzyskich i Lasach Starachowickich oraz Suchedniowskich, m.in. pod Chodkowem i w Cisowniku. Opracował instrukcje dotyczące tworzenia oddziałów kadrowych przez zaciąg ochotniczy do oddziałów nierozbrojonych jesienią 1939 roku.

Mjr Henryk Dobrzański ps. „Hubal”, dowódca Oddziału Wydzielonego WP. 30 kwietnia 1940 r. zginął w nierównej walce z niemiecką 372. DP w zagajniku pod Anielinem na południe od Pilicy.
2 grudnia opuścił oddział i przez Kielce, Kraków, Tarnów, Grybów i Przełęcz Tylicką dotarł do Koszyc i Budapesztu (9 grudnia). Z Budapesztu udał się w kierunku na Zagrzeb, Mediolan, Turyn i Modenę, skąd przyjechał do Paryża 24 grudnia 1939 roku. Od 1 stycznia 1940 r. był słuchaczem oficerskiego kursu aplikacyjnego saperów w Wersalu, a od 15 marca instruktorem tego kursu w Centrum Wyszkolenia Saperów. Wraz z kpt. Janem Górskim zgłosił gotowość grona oficerów z Wyższej Szkoły Wojennej do udziału w desantach do kraju, jako Cichociemni. Od maja pracował jako referent w biurze Komendy Głównej Związku Walki Zbrojnej u gen. broni Kazimierza Sosnkowskiego w Paryżu, 12 maja przeniesiony do Angers. W tym miesiącu został zaprzysiężony na Rotę ZWZ.
Ewakuowany po upadku Francji, 25 czerwca 1940 r. przybył do Wielkiej Brytanii (Crawford). Tam otrzymał przydział do I Brygady Strzelców jako dowódca kompanii saperów w rejonie Biggar. Od października pracował w Oddziale III Sztabu Naczelnego Wodza jako referent w Wydziale Studiów i Szkolenia Spadochronowego. Był współtwórcą lotniczej łączności z krajem oraz polskich wojsk spadochronowych i autorem oraz współautorem podstawowych opracowań i memoriałów do naczelnych władz wojskowych w tej materii. Brał udział w szkoleniu jako instruktor na kursach w Ringway (październik). W grudniu 1940 r. przeszedł na stację wyczekiwania w Hartford (nr 17).
W nocy z 27 na 28 grudnia 1941 r. miał zostać zrzucony (operacja lotnicza „Jacket”, ekipa nr 2) na zapasową placówkę położoną między Sochaczewem a Bolimowem. Przez pomyłkę skoczkowie wylądowali 22 km na północ od Łowicza na las Paulinka – Załusków przy drodze Sochaczew – Gąbin, już na terenie Rzeszy. Po skoku, wraz z trzema spadochroniarzami został zatrzymany w polu przez patrol Grenzschutzu i odprowadzony na posterunek we Wszeliwach. Przy próbie rewizji otworzyli oni ogień i zabili czterech Niemców; otrzymał wówczas ranę w lewe ramię. Zrzutkowie szybko oddalili się od miejsca walki. Maciej Kalenkiewicz „Kotwicz”, poważnie ranny, dotarł na punkt kontaktowy w Domaniewicach, następnie przyjechał do Warszawy. Tam przebywał na melinach przy ul. Natolińskiej 4, Służewskiej 5 i Słowackiego 6/16. Na początku 1942 r. został przydzielony do Komendy Głównej ZWZ w Warszawie jako kierownik referatu operacyjnego w Oddziale III. 19 marca 1942 r. odznaczony przez Komendanta Sił Zbrojnych w Kraju gen. Stefana Roweckiego „Grot
a” za walkę z Niemcami po skoku Krzyżem Virtuti Militari 5 kl. i awansowany 10 września 1942 r. do stopnia majora ze starszeństwem od 27 grudnia 1941 roku. W tym czasie używał dokumentów na nazwisko Jan Kaczmarek, właściciel przedsiębiorstwa branży piśmienno-papierniczej.
Był współautorem drugiego planu powstania powszechnego W 154, zawartego w raporcie operacyjnym dowódcy Armii Krajowej nr 154/III z 8 września 1942 r., a także autorem lub współautorem większości instrukcji bojowych oraz współpracownikiem Biura Badań Technicznych Wydziału Saperów Komendy Głównej AK. Jeden z inicjatorów wydawnictwa „Załoga” i członek redakcji pisma lotniczego „Wzlot”.
Z ramienia KG AK przeprowadził inspekcję Okręgów, m.in. w Kielcach i Lublinie. W sierpniu 1943 r. kierował akcją zdobywania strażnic niemieckich na granicy Rzeszy i Generalnej Guberni dla sprawdzenia proponowanych metod walki. Był inicjatorem powstania w kraju i członkiem komitetu fundacyjnego sztandaru dla I Samodzielnej Brygady Spadochronowej i razem z dwoma innymi zrzutkami stanowił poczet sztandarowy w czasie poświęcenia go w kościele Kanoniczek przy ul. Bielańskiej 3 listopada 1942 roku.
W lutym 1944 r. został mianowany inspektorem KG AK z pełnomocnictwami w zakresie unormowania stosunków w Okręgu AK Nowogródek i 20 lutego wyjechał z Warszawy, wraz z legendarnym por. Janem Piwnikiem „Ponurym”, na teren Nowogródczyzny, jako stolarz z niemieckiej organizacji Todta.
Celem podróży było wyjaśnienie sprawy porozumienia między por. Józefem Świdą „Lechem” (dowódcą Zgrupowania Nadniemeńskiego AK) z Niemcami i rozmów ze stroną niemiecką, które prowadzone były w Lidzie w dniach 30 grudnia 1943 r. i 4 stycznia 1944 roku. W wyniku 8-tygodniowego rozejmu z Niemcami otrzymano 5 dużych wozów z bronią i amunicją.
W swoich wspomnieniach „Lech” wyjaśniał, że działania te były uzgodnione z komendantem Okręgu i miały na celu wydobycie od Niemców broni, którą planowano wykorzystać w akcji „Burza”. Komendant Okręgu ppłk Janusz Szlaski „Prawdzic”, który początkowo zgodził się na propozycje „Lecha”, w styczniu 1944 r. zmienił zdanie, gdy sprawa przestała być tajemnicą.
Na początku marca „Kotwicz” wziął udział w rozprawie Wojskowego Sądu Specjalnego we wsi Szlachtowszczyzna w okolicy Wasiliszek nad por. Świdą. „Lech” przyznał się do winy, nie ujawnił jednak przyzwolenia komendanta Okręgu na swoją działalność. Wykonanie wyroku śmierci Kalenkiewicz zawiesił do zakończenia wojny na mocy swoich uprawnień jako delegata KG.
14 marca 1944 r. przejął Zgrupowanie w składzie I i IV batalionu, później VIII baonu „Bohdanka” 77. pp AK. Rejonem jego działania był teren na południe od Lidy i po obu stronach Niemna, między jego dopływami Lebiodą i Gawią (ponad 2000 km). 15 kwietnia wyjechał do Wilna i spotkał się z ppłk. Aleksandrem Krzyżanowskim „Wilkiem”, dowódcą Okręgu AK Wilno, celem zaproponowania i omówienia planu „Serce” – „Ostra Brama” (zdobycia Wilna siłami Okręgów Nowogródek i Wilno przed nadciągającą armią sowiecką), którego pomysł i podstawowa koncepcja były jego autorstwa. W tym czasie kwaterował głównie w majątku Bagatelka pod Hołdowem. Zorganizował szkołę młodszych dowódców piechoty (podchorążówkę).
Celem dotarcia na teren działalności Zgrupowania „Stołpce” por. Adolfa Pilcha „Góry” i wsparcia go w oderwaniu się z rejonu Iwieńca od oddziałów niemieckich i partyzantki sowieckiej, by wspólnie uderzyć na Wilno, 23 czerwca wyruszył na czele kombinowanego oddziału „Bagatelka” (około 600 żołnierzy). 24 czerwca dotarł pod Iwie, gdzie w starciu z Niemcami został ciężko ranny w prawe ramię. 26 czerwca brał udział w zasadzce na transport niemiecki w pobliżu majątku Kwiatkowce, 4 km od Subotnik. Atakowany był też przez sowieckie oddziały partyzanckie. Później odjechał do Dziewieniszek. Mieściła się tam kwatera polowa Dowództwa Oddziałów AK Okręgów Wileńskiego i Nowogródzkiego. Wobec pogorszenia się stanu zdrowia (gangrena) 29 czerwca poddany został amputacji ręki w Antoniszkach pod Oszmianą, a następnie przeniesiony do szpitala polowego w Onżadowie. 9 lipca, ciągle gorączkując, zameldował się generałowi „Wilkowi” (taki stopień, do rozmów z Sowietami, przyjął wówczas ppłk Krzyżanowski) w Wołkorabiszkach. Nie brał udziału w zdobyciu Wilna. Po zajęciu miasta przez armię sowiecką i aresztowaniach 17 lipca 1944 r., na odprawach w Wilnie i Boguszach dowódców Armii Krajowej oraz jej żołnierzy, wycofał się wraz z oddziałem z Jaszun do Puszczy Rudnickiej. Sytuacja była dramatyczna.
„Na drodze łapie mnie goniec – wspominał oficer V baonu 77 pp AK – niesie rozkaz. Przy świetle czytam: Nasi dowódcy aresztowani z Wilkiem na czele. Dowiaduję się, że idziemy na zachód w Puszczę Rudnicką. Na skrzyżowaniu dróg w pobliżu Jaszun połączyliśmy się z innymi oddziałami nowogródzkimi. Ogółem ze dwa tysiące żołnierzy”.
„Wszystkie drogi i dróżki zapełnione – pisał po latach oficer VII baonu 77 pp AK. – Wszystko dąży na zachód. Batalion nasz zatrzymuje się w lesie w pobliżu wsi Gajczuny nad Wisińczą. Tam mamy doczekać nocy, by oderwać się od nieprzyjaciela. Nad nami krążą obserwacyjne samoloty sowieckie. Krążą coraz niżej. Zrzucają ulotki”.
Wkrótce zaczyna nad partyzantami krążyć sowiecka eskadra lekkich bombowców. W zaistniałej sytuacji dowództwo oddziałów wileńsko – nowogródzkich zwołało odprawę oficerów i podoficerów wszystkich oddziałów. Najwyżsi rangą oficerowie ppłk Janusz Szlaski „Prawdzic” i ppłk Zygmunt Blumski „Strychański” (świeżo mianowany następca płk. „Wilka”) postanowili, aby każdy sam zdecydował o swoim losie. Oddziały zostały rozwiązane. Pozostały dwie możliwości – pozostać lub wycofać się na zachód. Ten drugi wariant wybrał m.in. płk „Prawdzic” i część III i VII baonu 77 pp AK.
Ci, którzy postanowili pozostać, stopniowo zaczęli odtwarzać struktury konspiracyjne. W meldunkach do Komendy Głównej AK szef sztabu Okręgu Nowogródek AK pisał:
„Podjąłem pracę na nowo. Stosunek ludności polskiej i białoruskiej do Sowietów wrogi. Biją przedstawicieli władz sowieckich. Major „Kotwicz” objął dowództwo okręgu”.
Kalenkiewicz w drugiej dekadzie lipca 1944 r. wyselekcjonował ze znajdujących się przy nim żołnierzy około setki. Zdawał sobie sprawę, że po wkroczeniu armii sowieckiej tylko małe oddziały mają szansę przeżycia.
Swoją działalność rozpoczęli i inni dowódcy. Porucznik Jan Borysewicz „Krysia”, „Mściciel” wraz z szefem Biura Informacji i Propagandy Okręgu Czesławem Zgorzelskim „Rafałem” wydali odezwę w imieniu żołnierzy i oficerów AK mającą na celu uspokojenie społeczeństwa i rozproszenie nastrojów przygnębienia i rozczarowania.
Po objęciu dowództwa okręgu „Kotwicz” wezwał do siebie na odprawę wszystkich pozostałych na Nowogródczyźnie oficerów. Następowała stopniowa reorganizacja Okręgu. Utworzono dwa zgrupowania. Równocześnie Kalenkiewicz nakazał wznowienie działań partyzanckich ppor. Czesławowi Zajączkowskiemu „Ragnarowi”.
„Bezrukij Major” – część 2
AK-owcy z obu okręgów …
AK-owcy z obu okręgów znaleźli się w Puszczy Ruskiej w okolicach Dubicz. Mieli tam zaplecze wielkich lasów bersztańskich i matecznika Horiaczy Bór, a jednocześnie dobry wgląd w ruch na szosie Wilno-Grodno. Kadra oddziałów wileńskich i nowogródzkich AK prawie miesiąc trwała w puszczy na tyłach wojsk sowieckich, jednak obroża powoli się zaciskała.

Na manewrach, 1938 r. Łazik 1 baonu saperów: z przodu kpt. Bieńkowski (przy kierownicy) i kpt. Maciej Kalenkiewicz, z tyłu kpt. S. Buzdygan i kpt. Matrybiński.
U progu tego okresu mjr „Kotwicz” miał poniżej dwustu żołnierzy pod bronią. Liczba ta topniała ciągle – nie wskutek dezercji, ale zwykłych ludzkich i rodzinnych powikłań. Dowódcy nie robili trudności przy zwalnianiu, bo zmniejszone stany ułatwiały aprowizację i zaopatrzenie. A w razie potrzeby można było przecież skrzyknąć pospolite ruszenie.
Akcji zaczepnych nie prowadzono. Zdarzały się starcia, ale raczej przypadkowe niż zaplanowane. Kotwicz powtarzał: Nie zaczepiajcie sowietów, zwłaszcza większych oddziałów. Nie chcę sam zginąć i nie chcę, żeby zginął którykolwiek z was. Chcę, żebyście wrócili do swoich i jeszcze mieli po sześcioro dzieci.
Wskazaniu „Nie zaczepiać” towarzyszyła druga instrukcja: „Ale bronić się w razie zaczepki”.
Na tak wąskiej dróżce manewrowanie jest trudne. Prędzej lub później (ale zważywszy rozmach, z jakim władze sowieckie wzięły się do tępienia AK – raczej prędzej) musiała nastąpić konfrontacja. Dowódcy Smierszu odpowiadali swym stanowiskiem – a zapewne i głową – za zlikwidowanie „obcych wojsk” na zapleczu frontu.
Mimo niewiarygodnej zdrady, jakiej dopuścili się Rosjanie, „Kotwicz” nie zwątpił w sens walki. 10 sierpnia w Stajach pod Dubiczami doszło do zaimprowizowanej odprawy oficerów z ocalałych jednostek AK. Prócz Kalenkiewicza był mjr Czesław Dębicki ,,Jarema”, kpt. Edmund Banasikowski „Jeż”, por. Adam Boryczka „Tońko”, dowódca resztek VI Brygady, dwaj cichociemni: kpt. Franciszek Cieplik „Hatrak” i rtm. Jan Skorochowski „Ostroga”, kpt. Bolesław Wasilewski „Bustromiak”, i inni.
Oto jak kpt. „Jeż” zapamiętał tamtą odprawę:
„Wpatrywałem się z uwagą w zmizerowaną twarz Kalenkiewicza. Oficer – inwalida o jednej ręce, który nie ugiął się pod ciężarem przeżywanej tragedii i trudnych warunków życia w puszczy, otwierał przed nami swe myśli i serce. Czy istnieją podstawy do patrzenia w przyszłość z optymizmem i nadzieją? – Sądzę, że tak – mówił mjr Kalenkiewicz. – Najważniejszą podstawą tych nadziei jest naród polski, który tyle razy w swych dziejach okazał wolę walki, przeżycia niewoli i prześladowań. Drugim elementem nadziei jest wkład żołnierza polskiego w walkę u boku aliantów. W układzie sojuszu państw walczących ze wspólnym wrogiem obowiązuje zasada nienaruszalności prawa międzynarodowego, głoszącego tezę – „nic o nas bez nas”. Rozbrojenie i niszczenie oddziałów AK jest aktem wojskowej agresji przeciwko nam – sojusznikom wielkich aliantów. Nie ma żadnej podstawy prawnej, która by zezwalała Rosji Sowieckiej prowadzić niszczycielską akcję przeciwko Polsce, która jest państwem suwerennym. Okazaliśmy im czynem, krwią przelaną na Ziemi Wileńskiej, gotowość do walki ze wspólnym wrogiem. Terror i niszczenie polskości były zapłatą za bohaterstwo naszego żołnierza. Sądzę, że rządy państw alianckich o tym nie wiedzą. Trzeba jak najszybciej i za wszelką ceną powiadomić o zbrodniczej akcji Kremla.”

Maciej Kalenkiewicz „Kotwicz”. Zdjęcie z czasów okupacji niemieckiej.
Zebrani byli przekonani, że alianci nie wiedzą ani o akcji „Burza”, ani o podstępnej likwidacji AK na Wileńszczyźnie. Wierzono, że przy sztabie Frontu Białoruskiego znajduje się grupa alianckich oficerów łącznikowych, że wystarczy przekazać im informacje…
Przy sztabie sowieckim nie było oficerów alianckich, ale alianci, o czym „Kotwicz” nie wiedział, dokładnie byli o wszystkim poinformowani. Tyle że woleli nabrać wody w usta. Wiadomości o przebiegu „Burzy” przysyłano do Komendy Głównej via Londyn i do Wodza Naczelnego w Londynie. Polacy na bieżąco informowali Anglików. Otrzymanie wiadomości z Londynu o aresztowaniu sztabów Wieleńskiego i Nowogródzkiego Okręgu AK potwierdził „Bór” Komorowski w telegramie wysłanym (też poprzez Londyn) już 20 lipca. Dodatkowy meldunek na temat rozbrojenia oddziałów przesłał „Bór” do Naczelnego Wodza 22 lipca. Niemożliwością jest, by Anglicy nie otrzymali tych informacji, zwłaszcza że… na wszelki wypadek szpiegowali Polaków. Jeśli więc sprawę postanowiono przemilczeć, to zakaz mówienia o „Burzy” na Wileńszczyźnie musiał pochodzić z najwyższego szczebla, najprawdopodobniej od Churchilla. Dla dobra stosunków z Sowietami uznano, że nie było wyzwalania Wilna ani rozbrajania AK, ani – tym bardziej – mordowania ludności polskiej.
Trudno powiedzieć, kiedy „Kotwicz” utracił swój optymizm i swoją nadzieję. Być może nie miał ich nigdy, a jedynie podtrzymywał na duchu swoich żołnierzy i – z conradowską wiernością – wykonywał do końca obowiązki.
Po nominacji na komendanta Podokręgu Nowogródek „Kotwicz” przystąpił do reorganizacji ocalałych oddziałów. Planował utworzenie takiej bazy partyzanckiej, która zapewniłaby obronę ludności polskiej i dawałaby szansę przetrwania Armii Krajowej – przynajmniej do zakończenia wojny.
„Baza – jak zanotował „Jeż” – miała składać się z dwóch zgrupowań: północnego, dowodzonego przez por. „Krysię” – Jana Borysewicza, i południowego, pod dowództwem kpt. „Licho” – Stanisława Szabuni”.
W pewnym momencie „Kotwicz” brał pod uwagę także możliwość powstania – wysłał z taką sugestią dwa meldunki do Komendy Głównej. Rozumiał to powstanie jako krótką masową demonstrację, jako krzyk, który musi zwrócić uwagę świata. W nadanej 21 sierpnia 1944 roku depeszy Kalenkiewicz pisał:
„Nów do KG
Podtrzymuję tezę, że bolszewicy pod pretekstem poboru chcieli usunąć wrogą im ludność kresową. Po nieudaniu się tej próby zastosowali taktykę stokroć groźniejszą. Stałe aresztowania po całym terenie po kilka-kilkanaście najaktywniejszych osób i częste wypadki rozstrzeliwania.
Kazałem wzmóc opór […] Niszczyć rozpoznanych agentów sow. i szpiegów. Melduję raz jeszcze, że jesteśmy zdolni do masowego krótkotrwałego porywu. Śmiercią jednak jest dla nas dłuższe pozostawanie pod okupacją bolszewicką, w izolacji od świata wobec sowieckich metod stopniowego wyniszczania. Konieczna pilna interwencja międzynarodowa. Czy jest możliwe stworzenie w Wilnie, Lidzie, itp. amerykańskich baz lotniczych i choć częściowo je wyzyskać do omówionych celów?
Kotwicz„
Na walkę i powstanie KG AK zgody nie wyraziła. W swojej depeszy z 18 sierpnia 1944 r. KG mianowała Kalenkiewicza podpułkowniki
em i komendantem Podokręgu Nowogródek. Depesza ta jednak nigdy nie trafiła do adresata.
SURKONTY – 21 VIII 1944 r.
Kotwicz od czasu narady w Stajach nie robił dłuższych wypadów – lub mówiąc ostrożniej: nie ma wiadomości, by między 10 a 21 sierpnia oddalał się od swoich melin w Skirejkach i Surkontach, znajdujących się 18-20 km na wschód od Dubicz. Oczywiście, partyzantka wymaga stałego ruchu, ciągłych zmian miejsca postoju, ale z niewiadomych względów (może choroba, gorączka i osłabienie?) „Kotwicz” taktyki tej zaniechał, przyczaił się i czekał. Zresztą obie wioski – ściślej mówiąc: zaścianki, albo jak mówią miejscowi „okolice” – doskonale nadawały się na schronienie: były zamieszkałe przez Polaków, luźno zabudowane i przylegały do lasów.

Rok 1938. Kpt. Maciej Kalenkiewicz na klaczy arabskiej Extra.
Wraz z litewską wsią Pielasa („Kotwicz” omijał ją z daleka i poruszał się tylko nocą) osiedla te tkwią w wielkim worku, którego zachodnią granicę stanowią bagna Kamienny Most, wschodnią – niemal równie błotnista dolina Dzitwy, a u wierzchołka znajduje się miasteczko Raduń.
Niecka Kamiennego Mostu ma około 10 km długości i stanowi skuteczną barierę komunikacyjną. Przecina ją tylko jedna droga – na Wawiórkę. Dobre to przy obronie, ale czasem może sprawić kłopot. Żeby zapewnić sobie inne drogi odwrotu, VII baon 77 pp zbudował tam 4 konspiracyjne przejścia. Z Kamiennego Mostu bierze początek rzeczka Przewoża wpadająca do dużego jeziora Pielasa, nad którym góruje kościół w Dubiczach. Ta sama rzeczka po wykąpaniu się w jeziorze przybiera nazwę Kotry, przecina całą Puszczę Ruską i ginie w Niemnie. Nad jej górnym biegiem rozciąga się „Święte Błoto”, na którym w 1863 roku walczył i zginął Ludwik Narbutt.
Od wschodniej strony wór zamykają rozlewiska Dzitwy, rzeki leniwej i krętej. Dróg tu niewiele, tylko ścieżki, kładki przez strumyki i wąskie przejścia przez moczary, które zablokować potrafi jeden rkm. Więcej tu pól i łąk, więcej też zaścianków szlacheckich, małych, pracowitych i patriotycznych: Dowgieliszki, Raczkiewicze, Butrymy, Kierbedzie, Hancewicze, Wilbiki, Giesztowty, Janowicze, Bieńkowicze, itd. W jednej z tych wiosek – Zaleskie – ukrywała się radiostacja Okręgu Nowogródzkiego Wanda 20, obsługująca również Wilno (wpadła w ręce sowieckie 8 września 1944 r.).
Po wyzdrowieniu Kotwicz zaplanował dwie odprawy. Pierwszą – w niedzielę 20 sierpnia – przeznaczał na analizę operacji „Ostra Brama”, a nazajutrz miała się odbyć odprawa poświęcona zagadnieniom intendenckim – zimowego zaopatrzenia i leż. Obie w Skirejkach.
Ale nieprzyjaciel też miał plany i dobry wywiad. Najwidoczniej przedłużający się pobyt oddziałów AK na „Świętym Błocie” zwrócił uwagę agentów.
W sobotę 19 sierpnia oddział „Jaremy” został zaatakowany w kolonii Borowe (3 km od Dubicz). Tkwiły tam skromne resztki dawnego zgrupowania, bo por. Adama Boryczko ps. „Tońko” udał się z dwoma plutonami „Solczy” do Puszczy Rudnickiej, żeby ściągnąć stamtąd błąkających się AK-owców. Pozostałym wojskiem „Jaremy” – trzy plutony, około stu żołnierzy – dowodził jego zastępca, kpt. Edmund Banasikowski ps. „Jeż”, który tak wspominał tamten dzień:
„Sowieciarze zaatakowali nas o brzasku. Gęsta mgła utrudniała widoczność. Zaskoczenie było zupełne. Ani ludność, ani nasze patrole nie sygnalizowały obecności wojsk sowieckich w puszczy; prawdopodobnie zostały one przetransportowane w nasz rejon w ciągu nocy.
Walka była krótka. Z miejsca zorientowałem się, że uratować nas może tylko wyjście z pierścienia. Uderzyliśmy na tyralierę idącą z północnego kierunku. Nasz silny ogień i błyskawiczne uderzenie spowodowały popłoch wśród bolszewików. Przebiliśmy się.
Jedną drużynę rzuciłem na osłonę mjr. „Jaremy”, który po uciążliwych marszach w puszczy leżał poobcierany (stopy i pachwiny) opodal w chutorze. „Jarema” wydostał się z matni, ale potem, jadąc w przebraniu chłopskim furmanką do Wilna, został aresztowany. Kierując się instynktem, starałem się wejść jak najgłębiej w las. Nie miałem ani kompasu, ani mapy. Mapnik straciłem, gdy dostałem serię z pepeszy na podwórku chałupy, w której nocowałem. W odległości kilku kilometrów od Borowego natrafiliśmy na nie dozorowane tabory sowieckie, co wskazywało, że była to jedna z ich podstaw wyjściowych. Patrole sowieckie wkrótce zgubiły nasz ślad i strzelały na ślepo. Po 2-3 godzinach znaleźliśmy się nad rzeką Naczą. Policzyliśmy się: miałem dwóch rannych (lekko) i kilku zaginionych. Nie wiem, co się z nimi stało: polegli, dostali się do niewoli czy zawieruszyli w lesie. Po całodziennym marszu przez chaszcze i błota, przenocowaliśmy w małej wiosce przy drodze Koleśniki – Ejszyszki. Tam postanowiłem na własną rękę rozwiązać oddział, bo zdawałem sobie sprawę z beznadziejności naszej sytuacji i wiedziałem, że wojsko sowieckie przeczesuje lasy.”
Tego samego ranka oddziały NKWD zaatakowały oddział AK kpt. Bolesława Wasilewskiego „Bustromiaka”, liczący około 80 żołnierzy. Jego straty wyniosły 7 zabitych i 4 rannych, których unieśli z sobą koledzy. Oddział ten znajdował się w lesie w okolicy Poddubicz, a więc o kilka kilometrów od „Jaremy”, ale oba nie znały położenia i umiejscowienia sąsiada. Wydaje się to nieprawdopodobne, wydaje się, że komendant okręgu powinien być poinformowany o obecności i ruchach wileńskiego oddziału na swoim terenie, ale w tych czasach nic nie było proste i oczywiste.
„Nie mieliśmy przecież – wspomina „Jeż”- ani nadajników radiowych, ani telefonów. Łączność była piesza lub konna. Rozkazy przychodziły z Wilna, punktem kontaktowym była plebania w Dubiczach. Proszę również mieć na uwadze, że od aresztowania „Wilka” do bitwy pod Borowem upłynął zaledwie miesiąc.”

Maciej Kalenkiewicz w okresie londyńskim (1940 – 1941).
A minęły dwa tygodnie lub niewiele dłużej od czasu objęcia komendy nowogródzkiej przez „Kotwicza”. Po Boguszach i Miednikach z siatki organizacyjnej zostały strzępy, zabrakło kluczowych osób i ogniw, kontakty trzeba było odbudować, chodów na nowo uczyć, a każde działanie opóźniała konspiracyjna ostrożność i obawa przed zdradą.
Tak więc 19 sierpnia 1944 dwa oddziały AK stoczyły dwie oddzielne walki z obławą sowiecką. Natarcie na oddział kpt. „Bustromiaka” nastąpiło też o świcie. W walce uczestniczyli m.in. kpt. Franciszek Cieplik „Hatrak” i rtm. cc Jan Kanty Skrochowski „Ostroga”, przy czym ten ostatni odznaczył się „wybitną odwagą” (cytat z rozkazu). Dzięki lepszej znajomości terenu „Bustromiak” oderwał się od nieprzyjaciela i wycofał się w kierunku Surkont, kwatery majora „Kotwicza”.
„Bezrukij Major” – część 3
Tymczasem w Surkontach …
Tymczasem w Surkontach panował spokój. Kiedy w piątek 18 sierpnia Helena Nikicicz ps. „Czarna Magda” wróciła tam po kilkudniowej nieobecności, zastała wszystkich w świetnym humorze:
– Weszłam do słonecznego pokoju. Irena pisała. Major chodził na ukos przez pokój i przywitał mnie wesoło: – Pani Magdo, już jestem zdrów! Ręka zupełnie się zagoiła. Henryk był na zasadzce, wrócił nazajutrz rano.
W sobotę wieczorem udaliśmy się we troje na odprawę do Skirejek. Szliśmy nocą przez ciemny las. Major powiedział: – Henryk, podaj matce rękę, bo obije bose nogi o karcze. Nad ranem przybył do Skirejek kpt. „Bustromiak” z całym oddziałem i opowiedział, co się działo w Poddubiczach. Całą niedzielę trwała odprawa. Tymczasem zaczęły nadchodzić złe wiadomości. Jakaś kobieta z dzieckiem na ręku ostrzegła, że w Pielasie były sowieckie samochody. Major odprawy nie przerwał.

1944. Mjr „Kotwicz” w gronie swoich żołnierzy.
O zmroku cała grupa ruszyła z leśniczówki w Skirejkach w kierunku Surkont. Po drodze zatrzymano się na kolonii, gdzie już biwakował oddział osłonowy, około 60 żołnierzy. Tu odbył się dalszy ciąg odprawy.
Pchor. Henryk Nikicicz „Orwid” czytał głośno opracowanie „Kotwicza” pt. „Wyprawa wileńska i kryzys rudnicki”. Spalono pęk łuczywa, zakopcono chatę. W podsumowaniu „Kotwicz” doszedł do wniosku, że gdyby łączność AK działała sprawniej i gdyby dowódcy wszystkich oddziałów zachowali się karnie i na czas przybyli pod Wilno, operacja „Ostra Brama” mogła się udać. „Kotwicz” nie mógł przeboleć, że po zdradzie sowieckiej niektóre oddziały załamały się i dały rozbroić bez strzału, że 13 brygadę z Mołodeczna wziął do niewoli 20-osobowy patrol sowiecki, że przed wywiezieniem w głąb Rosji nie udało się odbić jeńców z obozu w Miednikach…
Noc miała się ku końcowi, kiedy odprawa przeniosła się do Surkont. Osłona też tam przeszła. Zrobiono to ostrożnie i w ciemnościach, żeby nie zwracać uwagi ludności. „Kotwicz” polecił złożyć rannych w zajmowanej przez niego chacie, otoczenie zajęło stodołę. Kpt. „Bustromiak”, jako dowódca oddziału, rozstawił ubezpieczenia. „Kotwicz” oczekiwał, że rano przybędzie kpt. Stanisław Sędziak „Warta” z oficerami intendentury dla omówienia zimowego zaopatrzenia oddziałów, a tymczasem dyktował coś „Orwidowi” w ogródku. Mundury ich wisiały na płocie…
Był poniedziałek, 4 maja 1863 roku. Piękny, pogodny dzień wiosenny. Ale Narbutt czuł się źle, był przemęczony i przygnębiony. Złych myśli nie rozproszyła nominacja na Naczelnego Wodza Wojsk Wielkiego Księstwa Litewskiego, ani otrzymany przed trzema dniami awans na pułkownika.
W partii miał kilkuset ludzi, ścigało go 3000 żołnierzy gen. Weljaminowa. Raz po raz usiłowali Narbutta osaczyć, ale powstańcy wymykali się obławom. Wreszcie ukryli się w moczarach między Dubiczami a Romanowem.
Kryjówkę wydał szlachcic skatowany przez Moskali, Adam Karpowicz. Poprowadził żołnierzy przebranych za wieśniaków. Narbutt nie podejrzewał niczego, bo spodziewał się chłopów z dostawą chleba.
Karpowicz jak Judasz wskazał palcem i „Oto Narbutt” zawołał. Odsłoniły się świtki chłopskie, ukazały się karabiny. Już w pierwszej salwie Narbutt został ranny w nogę, nie przestał jednak dowodzić. Powstańcy bagnetami otworzyli pierścień moskiewski, ale inna kompania Rosjan odcięła im odwrót i zepchnęła w bagna.
Na rozkaz Narbutta partia rozsypała się, każdy na własną rękę szukał ratunku. Narbutt cofał się ostatni. Trafiony w pierś i szyję, osunął się na ziemię.
– Zostawcie mnie, już umieram – nakazał.
Klimontowicz i Jakubowski uklękli, chcąc opatrzeć. Usłyszeli ostatnie jego słowa: „Dulce est pro patria mori”. [Słodko jest umrzeć za ojczyznę].
Następnego dnia włościanie pozbierali ciała 13 poległych, w kościele dubickim odprawiono modły, a potem pogrzebano wszystkich we wspólnej mogile.
Na skutek donosu naczelnik raduńskiego rejonowego Oddziału Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych kapitan bezpieczeństwa państwowego Czikin skierował w okolice wsi Surkonty, celem likwidacji „zgrupowania bandyckiego”, Grupę Wywiadowczo-Poszukiwawczą 3. batalionu 32. Zmotoryzowanego Pułku Strzelców Wojsk Wewnętrznych NKWD pod komendą dowódcy kompanii, starszego lejtnanta Korniejki, i zastępcy naczelnika rejonowego Oddziału NKWD, młodszego lejtnanta Bleskina.
Był poniedziałek 21 sierpnia 1944 roku. Piękny, pogodny dzień letni. Było koło drugiej po południu. Obiad – zsiadłe mleko i kartofle – zjedzono ze smakiem. Warta i oficerowie – zaopatrzeniowcy ciągle nie nadchodzili. „Czarna Magda” zaniosła do ogrodu kogel-mogel z dwóch jajek. „Kotwicz” podziękował, przytrzymywał kubek kolanami i mieszał lewą ręką. Ale nie zdążył zjeść smakołyku, kiedy nadbiegł chłopak.
– Sowieci!
„Czarna Magda” podaje mundur, zapina. Wybiegają. „Kotwicz”, za nim „Orwid” z pepeszą.
Gęsta strzelanina, przeważnie serie z broni maszynowej i automatów. Teren niesprzyjający, lekko falisty, mało zarośli. Atak sowiecki idzie od Kamiennego Mostu, odcinając drogę przewidzianą na wycofanie. Rozpiętość frontu około pół kilometra. Prawego skrzydła broni rkm. Tu są „Kotwicz”, „Ostroga” i „Orwid”. Lewego pilnują „Bustromiak”, „Hatrak” i por. Walenty Wasilewski „Jary” , brat „Bustromiaka”. Oddział AK liczy łącznie z oficerami przybyłymi na odprawę 72 osoby, w tym 4 kobiety.
Przybywające 3 lub 4 ciężarówki NKWD dostrzeżono w chwili, gdy zahamowały i zaczęli z nich wyskakiwać bojcy. Cichy alarm wśród chłopców „Kotwicza”, rozrzuconych po odległych gospodarstwach, spowodował sprawne zajęcie stanowisk przez obsługę rkm. Spokojnie obserwowano przez lornetki Sowietów, gdy milczkiem podkradali się do zabagnionej łąki. Tam oczka wody rozbiły rytmicznie rozstawioną tyralierę i skupiły Sowietów w małe grupki. Wtedy, na rozkaz „Kotwicza”, otwarto zmasowany ogień. Jego skuteczność była ogromna.

Wycinek mapy terenu [WIG 1933], na którym rozegrała się bitwa pod Surkontami. [kliknij w miniaturkę mapy].
Rozpiętość frontu liczyła około 1000 metrów. Na prawym skrzydle przebywali m.in. „Kotwicz”, jego adiutant pchor. Henryk Nikicicz „Orwid” oraz rtm. cc Jan Skrochowski „Ostroga”, lewego skrz
ydła bronili kpt. „Bustromiak”, cichociemny kpt. Franciszek Cieplik „Hatrak” i por. Walenty Wasilewski „Jary”.
Strzelanina o różnym natężeniu trwa „jakiś czas”. Trudno ocenić jak długo. Potem cichnie. Na polu walki zostało około 30 zabitych żołnierzy sowieckich i kilkunastu rannych. Straty AK minimalne: kilku rannych, wśród nich kpt. „Bustromiak” draśnięty kulą koło oka i skroni. Po opatrunku wraca na linię. Inny oficer dostał w udo, rana szarpana pośladka, bardzo krwawi.
Korzystając z pauzy „Kotwicz” z pistoletem w lewym ręku zwołuje naradę. „Bustromiak” opowiada się za wycofaniem. „Kotwicz” też, ale nie zaraz.
„Jeśli wytrzymamy do wieczora (było po godz. 15.00), będziemy mogli zabrać rannych. W dzień ich nie wyniesiemy. A jak zostawimy – marne ich widoki”. Popiera go „Hatrak”. Na tym staje: do wieczora!
„Orwid” jest też na naradzie. Na uboczu wręcza „Czarnej Magdzie” złoto komendy.
– Schowaj to, mamo.
– Dzięki Bogu, dziecko, że żyjesz!
– Nie skończyło się jeszcze…
W pierwszej fazie walki zginęło 16-30 żołnierzy sowieckich i było kilkunastu rannych, w tym obaj sowieccy dowódcy. Straty po stronie polskiej ograniczały się do kilku zabitych, w tym por. Walentego Wasilewskiego ps. „Jary”, i rannych, wśród nich kpt. „Bustromiaka” draśniętego kulą koło oka i skroni. Około godz. 15:00 nastąpiła krótka narada. „Bustromiak” opowiadał się za wycofaniem i otrzymał zgodę, by wycofać się z lżej rannymi, „Kotwicz” postanowił zostać do wieczoru, by zabrać ciężko rannych. Nie doczekał…
W tym czasie oddziałom sowieckim przybył z odsieczą dowódca Grupy Wywiadowczo-Poszukiwawczej 3/32 zmot. pułku strz. kpt. Szulga i naczelnik rejonowego oddziału NKWD kpt. bezp. państw. Czikin.
Wybiegli. Znowu strzelanina, jeszcze silniejsza. Samoloty. Pociski zapalające. Zajęła się stodoła gdzie leżą ranni. Gwiżdżą kule, sypią się szyby. Piekło. Ogień i śmierć.
„Bustromiak” każe kobietom opuścić zabudowania, zejść do olszynki, wyprowadzić tam rannych. To niżej, fałda ich osłoni. Kapitan ma przy sobie kilku żołnierzy.
– Słuchajcie chłopaki: Nie wiem, co z „Kotwiczem”. Był z „Ostrogą” przy rkm-ie Kalecińskiego. Rkm-u teraz nie słychać. Trzeba dojść i sprawdzić. Kto pójdzie?
– Ja pójdę! – Wyrywa się Teresa, sanitariuszka. Ładna, młodziutka.
– Ja pójdę! Wy macie broń, ja nie mam. A Kalecińskich znam z Lidy. Co im powiedzieć?
– Jak zobaczysz „Kotwicza”, machnij nam chusteczką.
Chusteczki nie miała, pożyczyła. Pochyliła się i poszła przez łąkę. Aby dojść do górki, gdzie owies. Ze dwieście metrów. Cały czas strzelają, pryskają grudki ziemi. Z tyłu wołają do niej „padnij”, ale jak tu padać, kiedy trzeba iść. Już jest przy owsie. Idzie i woła:
– Rkm, dowódca, „Kotwicz”! Rkm, dowódca, „Kotwicz”!
Tak kazali. Żadnej odpowiedzi. Nikogo nie ma?
Z rowu odzywa się wreszcie sierżant z kompanii „Bogdanka”:
– Co się drzesz! Gdzie leziesz? Uciekaj!
– Mam rozkaz dowiedzieć się, co z „Kotwiczem”.
– Nie żyje. Kotwicz nie żyje, rkm nie żyje, rotmistrz nie żyje. Teraz leć, bo nas tu bagnetami rozniosą. Patrz: „Bustromiak” już odchodzi!
Obejrzała się. Rzeczywiście – skradali się przygarbieni. „Bustromiak” z obwiązaną głową i czterech, sześciu, ośmiu, jedenastu żołnierzy. Karabiny niosą po partyzancku. Kierunek: wysoki łubin. Za nim las-ratunek. Teresa też w tamtą stronę. Pędem! O, tędy wycofywał się „Hatrak” – i dostał. Leży, krew tryska z ramienia fontanną. Przy nim Genia Myszkówna. Opatruje go. Ależ tu wydmuch: ze wszystkich stron strzelają. Prędzej! Wpadła do głębokiego rowu. Po łydki w mazi, ale przynajmniej miejsce bezpieczne.
Nieprawda: tu ją dopadli sowieccy żołnierze…
Wyciągnęli z rowu, dali 4 metalowe puszki z taśmami do km i ja te jaszczyki niosłam za nimi. A oni robili obchód pola bitwy. Naszych rannych, wszystkich: lekko rannych i ciężko rannych, żyjących i nieżyjących, przebijali bagnetem. Wszystkich!
Pamiętam twarz kapitana „Hatraka”… Miał złotą szczękę, patrzył przytomnie, patrzył tak, jakby jemu było mnie żal. Widziałam to po jego oczach. Sołdat pchnął go bagnetem w bok. „Hatrak” zęby wyszczerzył, a on go w brzuch, w pierś, kilka razy.
Obok twarzą w dół leżała Gienka. Nie żyła. Potrącił ją nogą, przewrócił na wznak, chciał też przebić, ale oficer zawołał: „Nie trogaj!”. Poszli dalej.
W Surkontach atakował, według ocen ocalałych oficerów AK, sowiecki batalion dowieziony na 30 ciężarówkach. Stosunek sił wynosił 10:1 na niekorzyść Polaków. W drugiej fazie bitwy oddziały sowieckie zaatakowały lewe skrzydło obrony, starając się przełamać opór polskich stanowisk, wedrzeć się na tyły obrońców i odciąć drogę odwrotu. Na prawym skrzydle rozpoczęły natarcie świeżo przybyłe oddziały NKWD. W tej fazie Sowieci zdobyli wzgórze, na którym ustawili cekaem. W tym czasie nastąpił nalot kilku sowieckich samolotów, które ostrzelały pozycję Polaków z broni pokładowej. Sowiecki cekaem swoim ogniem ze wzgórza zniszczył polski punkt dowodzenia, zabijając polską obsługę rkm, majora „Kotwicza”, rotmistrza „Ostrogę” i adiutanta „Orwida”. Ten fakt spowodował wycofanie się pozostałych partyzantów.
Według dokumentów sowieckich: „w wyniku 5-godzinnego boju (bandę) całkowicie zniszczono – zabito 53 bandytów, w tym 6 oficerów białopolskiej armii. Schwytano do niewoli – 4”.
„Bezrukij Major” – część 4>
Strona główna>


