Rozmowa z synem kpt. "Uskoka"

"Pod Prąd" – Rozmowa z Adamem Brońskim, synem kpt. "Uskoka"


W ostatnim programie Jerzego Zalewskiego "Pod Prąd", autor przeprowadził rozmowę z Adamem Brońskim, synem legendarnego dowódcy oddziałów partyzanckich na Lubelszczyźnie, kpt. Zdzisława Brońskiego ps. "Uskok", który osaczony przez grupę operacyjną UB-KBW 21 maja 1949 r. w Dąbrówce k/ Łęcznej popełnił samobójstwo, rozrywając się granatem.

Program można pobrać (w dwóch częściach) pod podanymi niżej linkami. Całość można poprawnie wypakować dopiero po ściągnięciu obu części.

1. Rozmowa z Adamem Brońskim – część 1>
2. Rozmowa z Adamem Brońskim – część 2>

Strona główna>

Gdzie są Jego prochy?

Gdzie są Jego prochy? – podsumowanie dziennikarskiego śledztwa Grażyny Starzak

Wykłady "Gdzie są jego prochy? – relacja z dziennikarskiego śledztwa" Grażyny Starzak oraz "Powojenne losy ogniowców" Krzysztofa Strauchmanna stanowiły jeden z najmocniejszych punktów ogólnopolskiej konferencji naukowej "Wokół legendy Ognia. Opór przeciw zniewoleniu. Polska – Małopolska – Podhale 1945-1956", która odbyła się w dn. 9-11 marca 2007 roku w Nowym Targu. Obu wykładom poświęcone są osobne artykuły. Grażyna Starzak, od wielu lat pracująca w "Dzienniku Polskim", jest autorką licznych reportaży i tekstów magazynowych. Krzysztof Strauchmann kilka lat pracował w Oddziale Podhalańskim "Dziennika Polskiego".

Gdzie są jego prochy?

Grażyna Starzak dziennikarskie śledztwo dotyczące pochówku "Ognia" przeprowadziła w 2004 r.
– Zebrałam dziesiątki dokumentów, przeprowadziłam wiele rozmów, wysłuchałam wyznań, śledziłam wiele tropów, analizowałam liczne domysły. Nie przypuszczałam, że tak wiele osób i w tak różnym wieku interesuje się tą postacią – mówi.
Jak podkreśla, nie dotarłaby do wielu zaskakujących odkryć, gdyby nie ludzie różnych zawodów, których połączyła fascynacja postacią Józefa Kurasia "Ognia" i jego historia, i którzy często na własną rękę, bądź na prośbę dziennikarki – badali, szperali, szukali, sprawdzali ślady i tropy prowadzące do odpowiedzi na pytanie, gdzie znajduje się ciało partyzanta z Podhala.
Wśród osób tych byli m.in. dr Andrzej Ślęzak, dyrektor Szpitala im. Stefana Żeromskiego w Krakowie, prokurator Ida Marcinkiewicz, informatyk Piotr Walczak czy w końcu pragnący zachować anonimowość ksiądz proboszcz jednej z parafii w Małopolsce.
Ślady, które zbadała Grażyna Starzak, prowadzą najpierw do wojewódzkiej siedziby Urzędu Bezpieczeństwa w Krakowie, gdzie – według zeznań świadków – miały trafić zwłoki "Ognia", który – przypomnijmy – osaczony w domu w Ostrowsku, śmiertelnie postrzelił się w głowę.
Dalej tropy wiodą do… zakładu anatomii Akademii Medycznej Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Jak podaje Grażyna Starzak, ciała wielu tzw. bandytów – partyzantów lub ludzi wrogich systemowi – którzy zginęli w czasie wojny lub tuż po niej – trafiały na miejscowy cmentarz do wydzielonej choć utajnionej kwatery, albo do zakładów anatomii jako materiał do ćwiczeń dla studentów medycyny.
Tak postąpiono np. ze zwłokami "Odyńca" – podporucznika Antoniego Wodyńskiego (VI Brygada Wileńska AK), które – po pół roku przechowywania w chłodni – wydano do ćwiczeń studentom medycyny Zakładu Anatomii Prawidłowej we Wrocławiu.
– Niewykluczone więc, że osoby będące wówczas studentami AM UJ, widziały ciało "Ognia" na prosektoryjnym stole – mówi Grażyna Starzak.
Jedną z takich osób jest dr Roman Kozłowski, dziś legenda lekarzy krakowskich, wspaniała osoba. Twierdzi, że w zakładzie anatomii zobaczył wówczas zwłoki "Ognia", nie ma jednak pewności. Taka wieść rozeszła się wówczas wśród studentów i profesorów.
Pani Janina, chcąca zachować anonimowość, dziś emerytowany pediatra, przypomniała sobie pewne zdarzenie z 1947 r., gdy studiowała na Akademii Medycznej w Krakowie. Miała akurat zajęcia z anatomii opisowej. Przezwyciężając strach, zaglądnęła do jednej z sal. Na stole zobaczyła ciało "zwalistego mężczyzny z charakterystyczna bródką". Później od jednego z kolegów dowiedziała się, że na ich wydział trafiły zwłoki jakiegoś partyzanta z Podhala, o pseudonimie "Ogień". Po lekcjach anatomii woźni zbierali szczątki do wiader. Części miękkie palili, kości wkładali do drewnianych skrzyń i zawozili na cmentarz Rakowicki. Kolejny ślad prowadzi więc na Rakowice.
Tymczasem, w latach 80., w niewyjaśnionych okolicznościach wybuchł pożar w zakładzie anatomii opisowej Akademii Medycznej UJ. Zniszczeniu uległa cała dokumentacja dotycząca zwłok, które trafiały do zakładu w 1947 r.
– Osoby, którym zależało na zniszczeniu dokumentacji, nie przypuszczały jednak, że adnotacje na ten temat znajdują się również w archiwum cmentarza Rakowickiego, które przeszukał informatyk Piotr Walczak, zainspirowany przez dr. Andrzeja Ślęzaka – mówi dziennikarka.
Czy zwłoki "Ognia" trafiły na Rakowicki cmentarz w skrzyni, opatrzonej napisem z trzema wykrzyknikami "nie ekshumować"? I czy znajdują się w miejscu wskazanym przez księdza proboszcza obdarzonego wyjątkowo silnym biopolem?
– Proszę pamiętać, że to wszystko mówi wam dziennikarz, nie historyk – zaznaczała autorka wykładu.
Na zakończenie dodała, że Instytut Pamięci Narodowej nie ustaje w poszukiwaniach pochówku "Ognia", i że być może przyniosą one efekt, który nie będzie budzić żadnych wątpliwości.

Ich powojenne losy

– Nie jestem historykiem, jestem dziennikarzem, a ta prelekcja to moje przemyślenia po spotkaniach z ludźmi, z którymi rozmawiałem – zaznaczył na początku wykładu "Powojenne losy ogniowców" Krzysztof Strauchmann.
Według opracowań resortu spraw wewnętrznych, w marcu i kwietniu 1947 r. na terenie woj. krakowskiego ujawniło się ponad 500 członków oddziału "Ognia", w powiecie nowotarskim ujawniło się 230 osób.
– Dowódca IV Kompanii Jan Batkiewicz zadbał, by wychodzili z lasu z godnością, nie tylko z poczuciem porażki – mówi Krzysztof Strauchmann.
25 marca 1947 r. w tajemniczych okolicznościach ginie Kazimierz Białoński "Rudy", członek oddziału "Powichra". Dwóch umundurowanych ludzi zastrzeliło go w Zakopanem, podczas spaceru z dziewczyną (prawdopodobnie agentką bezpieki).
– Śmierć ta była głośno komentowana przez ludzi "Ognia". Był to dla nich sygnał, że mimo ujawnienia się, władza dobiera się do nich – mówi Krzysztof Strauchmann.
– "Dlatego za bardzo nie spaliśmy w domu, znowu się trzeba było po stodołach chować" – przytacza wspomnienia Stanisława Komperdy.
W dziwnych okolicznościach w areszcie w Ochotnicy powiesił się "ogniowiec" Józef Cebula.
– To jest dość podejrzane, może to było samobójstwo, a może coś innego – mówi autor wykładu.
Kolejny przypadek "samobójstwa" to śmierć Piotra Wybrańca, który w areszcie w Nowym Targu miał sobie poderżnąć… brzuch nożem.
Część "ogniowców" wróciła więc do konspiracji. Tak powstał oddział "Wiarusów". Inni próbowali uciec na Zachód. Nie wszyscy mieli jednak taką możliwość.
– Gorczańskie lasy do 1956 r. były miejscem schronienia dla pojedynczych osób ze środowiska "ogniowego&quo
t;
– mówi Krzysztof Strauchmann.
W 1952 r. UB rozpoczyna operację "Ogniwo", której celem jest planowe rozpracowanie środowiska "ogniowców". Był to jednak dopiero początek wieloletniego okresu represji, którym poddawani byli zarówno ludzie "Ognia", jak i ich rodziny. Więzienia, represje w miejscu pracy, niemożność znalezienia zatrudnienia, życie w ubóstwie – to tylko niektóre konsekwencje podziemnej walki partyzantów.

Źródło: e-Zakopane.info>

Grażyna Starzak – Gdzie pochowano "Ognia"? – część 1 (z 13)>

Strona główna>

Gdzie pochowano "Ognia"? – część 13

Czucie i wiara

Wizja na cmentarzu Rakowickim w Krakowie z udziałem księdza jasnowidza.

Proboszcz jednej z małopolskich parafii, obdarzony przez naturę niezwykłymi zdolnościami, podczas wizji lokalnej na cmentarzu Rakowickim wskazał prawdopodobne miejsce pochówku Józefa Kurasia „Ognia”. Jego opinia jest potwierdzeniem tego, co ustaliliśmy, prowadząc od dwóch miesięcy dziennikarskie śledztwo na ten temat. Ów proboszcz pomógł historykom odnaleźć prawdziwy grób Ottona Schimka, żołnierza Wehrmachtu, którego skazano na karę śmierci za to, że odmówił wykonania rozkazu strzelania do Polaków.

O istnieniu księdza, którego biopole jest 900 razy silniejsze od większości z nas, dowiedziałam się od jednego z parafian z miejscowości K. Nasz czytelnik wyrażał się o księdzu – nazwijmy go Jacek, bo ksiądz nie chce ujawniać swojego nazwiska – w samych superlatywach.
– To niezwykle ujmujący i skromny człowiek. Jego życiowym celem jest praca duszpasterska i dbałość o zabytkowy kościół, którego jest opiekunem i gospodarzem – opisywał księdza Jacka nasz czytelnik. Ponieważ z zainteresowaniem, jak twierdzi, czytał publikacje na temat „Ognia”, a sam pochodzi z rodziny o patriotycznych tradycjach, postanowił podsunąć nam pomysł, aby poszukując szczątków majora Kurasia skorzystać z pomocy, księdza, mającego  niezwykłe zdolności. Ksiądz Jacek, według naszego informatora, potrafi określić, który organ niedomaga u danego człowieka, a także wskazać, gdzie może się znajdować poszukiwana osoba.
Od innego parafianina z K. uzyskaliśmy informację, iż ksiądz cieszy się uznaniem nawet w kręgach profesorów medycyny. Podobno jeden że znanych krakowskich lekarzy w trudnych przypadkach konsultuje się z nim. Nasz informator opowiadał, że gdy ks. Jacek przebywał ostatnio w szpitalu, osoby leżące z nim na jednej sali odczuły wyraźną poprawę stanu zdrowia.

O księdzu Jacku dowiedzieliśmy się też, że z dziennikarzami rozmawia wyłącznie na temat wiary i spraw związanych z restauracją wiekowego kościoła, którego jest gospodarzem. Mimo to, reporterka „Dziennika Polskiego” postanowiła spróbować namówić księdza do udziału w wizji lokalnej na cmentarzu Rakowickim. Wymawiał się brakiem czasu, ale w końcu zgodził się, zaznaczając, aby zbyt wiele sobie nie obiecywać. Spotkanie z księdzem Jackiem odbyło się w ostatni poniedziałek czerwca. Przyjechał skodą, model sprzed lat. Parafianie mieli rację. To skromny i ujmujący swoim zachowaniem człowiek. Najchętniej rozmawiał o swojej parafii i zabytkowym kościele, zafascynowany historią tego zakątka, w którym obecnie pełni posługę.
 
Ks. Jacek zna historię oddziału „Ognia” dość pobieżnie. Przyznał, że raz lub dwa trafił na publikacje, w których przedstawialiśmy hipotezy, dotyczące tego, co UB zrobiło z jego zwłokami. Nigdy jednak nie zastanawiał się, która z tych hipotez jest prawdziwa. Pokazałam mu unikatowe zdjęcie „Ognia” na noszach, które przyniosłam ze sobą na to niezwykłe, jak się później okazało, spotkanie. Twierdził, że zdjęcie nie jest potrzebne ale obejrzał je dokładnie. W jego opinii podpis – Ranny „Ogień" na noszach – jest fałszywy. – Ten człowiek już wówczas nie żył – zawyrokował po chwili zastanowienia.

Razem z księdzem i dwoma pracownikami Zarządu Cmentarzy Komunalnych w Krakowie poszliśmy w kierunku opisanych w poprzednich odcinkach kwater, w których, jak wynika z dokumentacji cmentarnej, zakopano szczątki czterech żołnierzy „Ognia” poległych w Łasku, koło Nowego Targu.
Wiele wskazuje, że w jednej z dwóch zakopanych tam skrzyń umieszczono również szczątki majora Kurasia. Taką hipotezę postawił dr Andrzej Ślęzak, dyrektor Szpitala im. S. Żeromskiego w Krakowie, którego pasją jest najnowsza historia Polski i dokumentowanie działań „ogniowców”.

Dzień był pogodny, ale idąc alejkami cmentarza Rakowickiego i słuchając księdza Jacka, dostaliśmy gęsiej skórki – ja i dwóch towarzyszących mi pracowników Zarządu Cmentarzy Komunalnych w Krakowie. Ksiądz opowiadał o tym, jak próbował zlokalizować prawdziwe miejsce złożenia szczątków Ottona Schimka, grenadiera z Wiednia, żołnierza Wehrmachtu, który odmówił wykonania rozkazu strzelania do Polaków w niemieckiej niewoli.
– To długa historia – ostrzega ks. Jacek. Jej początek bierze się stąd, że jeden z historyków austriackich chciał pisać rozprawę naukową na temat Ottona Schimka. Przy aprobacie austriackich dyplomatów postanowił odszukać jego szczątki. Do tamtej pory znano tylko hipotetyczne miejsce pochówku. Gdy przekopano je, odnaleziono, owszem, szkielet, ale młodej dziewczyny, nie Ottona Schimka. Do księdza Jacka trafiono poprzez austriackich przyjaciół proboszcza. Wzbraniał się, ale przekonano go do udziału w eksperymencie, używając argumentu, iż dzięki niemu będzie można zweryfikować istotne dla historyków hipotezy.
– Zacząłem od tego, że długo myślami krążyłem wokół domu, obok którego, według historyków i świadków, rozstrzelano tego austriackiego żołnierza. Moja sugestia była taka, że on zginął nie we wskazanym miejscu, ale po przeciwnej stronie drogi. Tam prawdopodobnie dostał ciosy kolbą albo łopatą. Od tych ciosów zmarł. Proszę wierzyć albo nie, ale ja, siedząc na swojej plebanii, wiele kilometrów od tego miejsca, przymknąwszy oczy, widziałem w wyobraźni miejsce tego zdarzenia – tak, jak wyglądało 60 lat temu. Pagórkowata, otwarta przestrzeń i zagajnik młodych jeszcze drzew, sięgających na wysokość 3 metrów. Widziałem żołnierzy z ciałem na wozie, którzy zastanawiali się, gdzie je pochować. W tym miejscu przebiegała granica frontu. Miałem poczucie dużej przestrzeni. Widziałem drogę, która jest pochylona w lewo. Z tym, że w jednym miejscu minimalnie w prawo, ale później znów był dominujący spadek w lewo. Czułem, że ci żołnierze skręcili w prawo, wioząc ciało. Tam musiało rosnąć drzewo, pod którym pogrzebali nieszczęśnika – taką wizję przedstawił historykom ksiądz Jacek.

Proboszcz pamięta, iż szczątków Ottona Schimka szukano w sobotę, chociaż nie pomni dokładnej daty. – W poniedziałek przekopano to miejsce – opowiada dalsze szczegóły. – Niestety, nic nie znaleziono. Chociaż ci, co kopali, zauważyli, że ziemia pod wskazanym przeze mnie drzewem była naruszona na szerokości ok. 2 metrów. Zrezygnowałem z dalszego udziału w tym eksperymencie, dochodząc do wniosku, że nie mam racji, że wskazałem złe miejsce. Później dowiedziałem się, że historycy ustalili, iż pierwotna decyzja dowódcy plutonu egzekucyjnego, że Otto Schimek ma być pochowany jak pies, została jednak zmieniona. Okazało się, iż tego żołnierza istotnie pochowano jak psa, pod drzewem, ale po dwóch dniach przyszedł rozkaz, żeby zwłoki ekshumować i złożyć na pobliskim cmentarzu. Doszedłem do wniosku, że moja wizja była prawdziwa. 

Ksiądz Jacek   pojechał w okolice Machowej, gdzie zginął Otton Schimek, z Austriakiem, który zamierzał pisać rozprawę naukową o grenadierze z Wiednia. Poszli razem na miejscowy cmentarz.
– Chodzimy sobie po tym cmentarzu, na szczęście
nie był zbyt rozległy, i w pewnym momencie w wąskim przejściu pomiędzy grobami czuję, że to jest właśnie miejsce, którego szukamy
– kontynuuje swoją opowieść ksiądz Jacek.
– Mówię temu Austriakowi, gdzie może być głowa, gdzie nogi, że ciało w chwili grzebania było lekko zwinięte. Miałem rację, Znaleziono tam szkielet człowieka – żołnierza. Jak mi później mówiono, przy szkielecie były nitki sukna, z którego uszyty był mundur i guziki żołnierskie, jakich używali żołnierze Wehrmachtu.

Czy to był Otton Schimek? Ksiądz Jacek mówi, że wiele na to wskazywało. Specjaliści z Zakładu Medycyny Sądowej w Lublinie wykonali stosowne badania, ustalając, że szkielet należał do człowieka, który w chwili śmierci mógł mieć od 18 do 24 lat. Otton Schimek miał niespełna 18. Na szkielecie stwierdzono niewielkie zmiany kostne, które mogły wynikać z ciężkiej pracy w dzieciństwie. Schimek pochodził z biednej rodziny, więc to kolejny dowód, że szkielet może należeć do niego.
Specjalistów zastanowił dobry stan uzębienia człowieka, do którego należały szczątki. Wątpliwości, czy rodzinę Schimka byłoby stać na to, aby zadbali o zęby dzieci rozwiał jeden z profesorów, interesujących się tą sprawą. Przypomniał on, że Schimek był w Wehrmachcie, a dowództwo tego wojska bardzo dbało o uzębienie żołnierzy. Słuchając fascynującej historii poszukiwań grobu Ottona Schimka, zadaję sobie w myśli pytanie, czy uda  się nam przy pomocy księdza Jacka  zlokalizować szczątki majora  Józefa Kurasia „Ognia”?
– Proszę sobie wiele nie obiecywać. Nie zawsze się udaje – powiedział w tym momencie ksiądz, jakby czytając w moich myślach.

W nowej części cmentarza Rakowickiego pracownicy Zarządu Cmentarzy Komunalnych pomagają nam odnaleźć konkretną kwaterę. Piotr Walczak, informatyk w ZCK, wyjmuje zapiski, jakie poczynił przeglądając archiwa z lat 40. i 50. Przypomnijmy, iż odnalazł tam dokumentację, dzięki której mogliśmy oznaczyć miejsce, w którym zakopano dwie skrzynie z ludzkimi szczątkami,  dostarczone na cmentarz Rakowicki z Zakładu Medycyny Opisowej w styczniu 1948 r.
W pierwszej były szkielety czterech osób, wśród nich żołnierza „Ognia” o pseudonimie „Zemsta”. Ustaliliśmy, że był to Stanisław Bochniak. W drugiej złożono kości trzech innych „ogniowców” (pisaliśmy o nich w poprzednim odcinku), a także nikomu nieznanego mężczyzny, figurującego w akcie zgonu pod nazwiskiem Kryszczała. Innych danych na jego temat brak. Tylko przy tej jednej skrzyni jest adnotacja: „Nie ekshumować”. To jedna z przesłanek ku temu aby wnioskować, że do wspomnianej skrzyni złożono również szczątki majora Kurasia „Ognia”, ukrywając je pod fikcyjnym nazwiskiem.

Wizja lokalna z udziałem księdza Jacka na cmentarzu Rakowickim miała podobny cel, jak ta w Machowej, gdzie przy pomocy księdza odnaleziono szczątki żołnierza Wehrmachtu.
Ksiądz Jacek najpierw w skupieniu obchodził kilka razy wskazany przez nas grób, który został w 1970 r. przekopany. Dokonano tam nowego pochówku. Wraz z pracownikami ZCK zastanawiamy się, czy jeszcze żyje grabarz lub grabarze, którzy byli przy tym zatrudnieni. W cmentarnym archiwum me ma adnotacji, kto to był i czy natrafił na ludzkie szczątki, dokonując przekopu.
W tym momencie ksiądz Jacek, zwracając się do nas, zakreśla ręką okrąg, że czuje zmianę pola magnetycznego.
– Tu jest to miejsce – wskazuje przestrzeń pomiędzy dwoma grobami, w których zakopano opisane przez nas skrzynie. Upewniam się, że ksiądz Jacek myśli wyłącznie o jednej osobie – o majorze Kurasiu „Ogniu”.
– Tak, myślę wyłącznie o tym człowieku z fotografii – odpowiada ksiądz. – Tutaj, od strony krzyża, zmiany pola są jakby troszkę mocniejsze, poniżej jest drugi taki punki i dalej trzeci. Jest  to wyczuwalne w prostokącie ziemi o wymiarach 90 cm na 40 cm – relacjonuje ksiądz. – Spróbujmy jeszcze raz – mówi sam do siebie.
– O, tu jest wyraźne  wybrzuszenie i jeszcze tu. Tak, jakby w tych dwóch miejscach było więcej biologicznego materiału. Wciąż mam na myśli tylko jednego człowieka. Innych eliminuję – zwraca się tym razem do nas.
– Te trzy punkty mogą wskazywać na ułożenie szczątków. Czy jest możliwe, aby te skrzynie miały podane przeze mnie wymiary?                   
Piotr Walczak z ZCK kiwa głową potakująco. Widać po nim, że tak samo jak ja jest poruszony przebiegiem wizji lokalnej. Jednak to nie koniec dywagacji księdza Jacka. Zastanawia się na głos, na jakiej głębokości mogą leżeć szczątki.
– Nie wiem, czy się nie pomylę, ale to może być ok. 1 m 90 cm pod ziemią. W jednym miejscu niżej, nawet do 2 metrów lub 2 metry 20 cm. W innym wyżej.  Wygląda na to, że szkielet złożono do skrzyni w kawałkach. Cały czas myślę o tej konkretnej osobie. Mam to zakodowane. Proszę jednak pamiętać, że to tylko moje odczucie – uśmiecha się do nas ksiądz Jacek.

Gdzieś pośród tych grobów na Cmentarzu Rakowickim może znajdować się miejsce pochówku "Ognia".

Piotr Walczak sugeruje, aby korzystając z obecności księdza Jacka na cmentarzu Rakowickim, zaprowadzić go w jeszcze jedno miejsce, gdzie zgodnie z dokumentacją, zakopano w czerwcu 1947 r. skrzynię przywiezioną na Rakowice z więzienia przy ul. Montelupich. W cmentarnym archiwum są nazwiska sześciu więźniów z tego transportu. Ta skrzynia, w przeciwieństwie do pozostałych, została zakopana w starej części cmentarza. Piotr Walczak twierdzi, że – teoretycznie – ubecy mogli podrzucić szczątki „Ognia” do więzienia i pogrzebać je w jednej skrzyni z ciałami zmarłych lub zastrzelonych więźniów. 
Miejsce, gdzie się udaliśmy, również zostało przekopane w latach 70. Pracownicy ZCK wyjaśniają,  że to normalna praktyka, iż zaniedbane mogiły po 20 latach przeznacza się pod nowe pochówki.
Ksiądz Jacek zatrzymuje się tu na krótko. Przeprasza, ale zaczęła go boleć głowa. Twierdzi, że to miejsce nie ma nic wspólnego z „Ogniem”. Natomiast czuje bardzo silną zmianę pola magnetycznego. Przypuszcza, że z powodu żył wodnych.
Żegnając się z nami, uprzedza, że może się mylić. Twierdzi, że nie zawsze udaje mu się odnaleźć poszukiwanego człowieka. – Nie jestem jasnowidzem – zastrzega się.

Historycy z Instytutu Pamięci Narodowej, z którymi rozmawiałam, m.in.  dr Krzysztof Szwagrzyk z Wrocławia, całkiem poważnie przyjęli moją relację z wizji lokalnej na cmentarzu Rakowickim.
– W takiej sprawie jak poszukiwanie szczątków „Ognia” nie wahałbym się skorzystać nawet z pomocy jasnowidza – mówi dr Szwagrzyk. 
Inny pracownik IPN, który chciał pozostać anonimowy, opowiadał mi, że na własne oczy widział, jak podczas poszukiwania szczątków byłych żołnierzy AK w małej miejscowości w południowo – wschodniej Polsce jeden z zatrudnionych w tej akcji specjalistów z Zakładu Medycyny Sądowej wskazał zbiorowy grób za pomocą… wahadełka.

GRAŻYNA STARZAK, [email protected] , tel: 606-28-58-79
Dziennik Polski, Nr 165 (18281), 16.07.2004

Gdzie pochowano „Ognia”? – 12 < część > 1 (z 13)

Strona główna>

Gdzie pochowano "Ognia"? – część 12

Wzruszeni i poruszeni

Usiłowali się dowiedzieć, gdzie mogły trafić zwłoki. Dotarło do nich jedno zdanie, wypowiedziane przez funkcjonariusza UB, że „takich bandziorów ziemia nie przyjmie”.

Są ludźmi w podeszłym wieku. Niełatwo znaleźć klucz do ich pamięci. Gdy pada imię bliskiej osoby, partyzancki pseudonim, oczy zachodzą im mgłą. Przepraszają, ale najpierw w samotności muszą odtworzyć wydarzenia sprzed prawie 60 lat. Silne wzruszenie nie jest w ich wieku wskazane. Sięgają po środki uspokajające. Musi upłynąć trochę czasu, aby ochłonęli i zdecydowali się mówić.

Jedna z sióstr Adama Półtoraka ps. „Wicher” przyznaje, że o mały włos nie dostała kolejnego zawału serca, gdy dowiedziała się, że odnaleźliśmy miejsce, gdzie prawie 60 lat temu pogrzebano szczątki jej brata oraz kilku innych „ogniowców”, m.in. Teofila Papierza ps. „Huragan”. Siostry tego ostatniego nie wierzą. Już dawno straciły nadzieję, że kiedykolwiek staną nad mogiłą bliskiej im osoby. Wanda Dziechciowska, kuzynka „Wichra” i koleżanka z lat młodości „Huragana” mówi, że w wielu rabczańskich domach panuje poruszenie.   
„Huragan” i „Wicher”, żołnierze „Ognia”, którzy po śmierci dowódcy nazwali swój oddział „Wiarusami”, zginęli siedem miesięcy po pojmaniu majora Józefa Kurasia. Potyczkę między milicjantami a partyzantami, w nocy z 31 października na 1 listopada na stacji Lasek koło Nowego Targu do dziś wspomina się w tych stronach jako krwawą jatkę.
Zaskoczeni we śnie i osaczeni przez „Wiarusów” milicjanci zaczęli strzelać na oślep. Ofiar tej akcji było 9 lub 10. Co do tego historycy nie mają pewności. Szczegóły akcji w Lasku nie są dokładnie znane ani tym bardziej opisane. Życie straciło wówczas czterech partyzantów (w materiałach UB mówi się o pięciu), trzech milicjantów i dwóch cywilów.
Funkcjonariuszy MO pochowano z wielką pompą i honorami. Pogrzeby dwójki cywilów były ciche i skromne. Rodziny czterech partyzantów, których postrzelono na stacji w Lasku, nigdy nie zostały oficjalnie poinformowane o śmierci swoich bliskich. Przez wiele lat nadaremnie próbowały dowiedzieć się, jakie były okoliczności tego zdarzenia i co się stało ze zwłokami ofiar.

Przed miesiącem pisaliśmy, że partyzanci, którzy stracili życie w 1947 roku w wyniku akcji na stacji Lasek, prawdopodobnie trafili do prosektorium Zakładu Medycyny Opisowej ówczesnego Wydziału Lekarskiego UJ. Dzisiaj jesteśmy pewni, że tak było.
Na zwłokach „Wiarusów” studenci Wydziału Lekarskiego uczyli się anatomii. Wiele wskazuje, że w identyczny sposób postąpiono z „Ogniem”.
Mieczysław Loch, były akowiec, który jako przedstawiciel Delegatury WiN (Wolność i Niezawisłość) miał za zadanie m.in. nawiązać łączność z „Wiarusami”, jest kolejną osobą, która utrzymuje, iż zwłoki „Ognia” UB przekazało do prosektorium.

81-letni dziś Mieczysław Loch jest kopalnią wiadomości dla historyków, zajmujących się i historią Polski tuż po II wojnie światowej. Podejmując wątek działalności „ogniowców”, opowiada m.in., że członkowie WiN starali się dociec, dlaczego Józef Kuraś tytułuje siebie majorem.
– Pytali go poprzez swoich wysłanników, jaką skończył podchorążówkę? – wspomina pan Mieczysław. –  A on im na to, że podchorążówkę ma w lesie. Z początku chcieli mu zakazać używania tego stopnia. „Ogień” pewnie i tak by się tym nie przejął. Nie zrobili tego, bo doszli do wniosku, że wszyscy mamy jeden, wspólny cel. Przyjęliśmy do wiadomości, że „Ogień" wraz ze swoimi ludźmi tworzy wolną grupę i nie musi się nikomu podporządkowywać – mówi Mieczysław Loch.

Partyzanci 3 kompanii por. Henryka Głowińskiego "Groźnego" ze zgrupowania mjr. Józefa Kurasia "Ognia". W środku wsparty na dwóch leżących partyzantach (oznaczony cyfrą 1) klęczy Antoni Wąsowicz "Roch". Dowódca oddziału, "Groźny", stoi trzeci z lewej.

W ubeckich więzieniach, głównie w Rawiczu, przesiedział prawie 9 lat. W 1946 roku był przetrzymywany w Krakowie, na Montelupich.
– Pewnego dnia między klawiszami rozeszła się wieść, że złapano majora Kurasia – opowiada pan Mieczysław. – Jeden z nich wyraził się tak: Mamy drania, złoczyńcę. To było 22 lub 23 lutego. W więzieniu co prawda dzień jest podobny do dnia, ale my mieliśmy swoje sposoby obliczania czasu. Dlatego potrafię podać w miarę dokładną datę. Później dowiedziałem się od kompetentnej osoby, której nazwiska nie chciałbym tu wymieniać, że ciało „Ognia” przez kilka dni leżało na podwórku budynku, w którym mieściła się krakowska siedziba Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Ta sama osoba poinformowała mnie, że jego zwłoki trafiły w końcu do prosektorium – utrzymuje Mieczysław Loch.
 
Józef Kuraś został rozpoznany na prosektoryjnym stole przez kilka osób, które w 1947 roku były studentami medycyny w Krakowie. Nasi rozmówcy wspominali również o innych, nieznanych im zwłokach płci męskiej, wyróżniających się muskulaturą, na których uczyli się anatomii. Dziś wiemy na pewno, że co najmniej cztery ciała należały do żołnierzy „Ognia” (później „Mściciela”), którzy zginęli w akcji Lasek.
Studenci medycyny z lat 50. odbywali lekcje anatomii, wykorzystując również zwłoki osób, które zmarły w sposób naturalny w krakowskich szpitalach i po które nikt się nie zgłosi. Po lekcjach woźni zbierali ludzkie szczątki do wiader. Części miękkie palili. Kości wkładali do drewnianych skrzyń i wywozili na cmentarz Rakowicki. Jeśli w Zakładzie Anatomii Opisowej UJ była jakakolwiek dokumentacja na ten temat, to uległa zniszczeniu w czasie pożaru, jaki wybuchł w budynku tego zakładu w latach 80. Stwierdzono podpalenie, ale sprawców nie udało się ustalić.
Osoby, którym zależało na tym, aby zniszczyć dokumentację, zawierającą m.in. pokwitowania odbioru zwłok i zapisy na temat dalszych losów ludzkich szczątków, nie przewidziały, że adnotacje na ten temat mogą się również, znajdować, w archiwum cmentarza Rakowickiego. Przeszukał je Piotr Walczak, informatyk z Zarządu Cmentarzy Komunalnych. Ustalił daty dotarcia transportów skrzyń z ludzkimi szczątkami na Rakowice, a także to, do kogo należały kości, które pogrzebano.
Według Piotra Walczaka pierwsza skrzynia z Zakładu Anatomii Opisowej odnotowana w dokumentach archiwum Zarządu Cmentarzy Komunalnych w Krakowie trafiła na cmentarz Rakowicki w listopadzie 1947 roku. Złożono w niej szczątki pięciu osób. W archiwum ZCK są ich dane – nazwiska, daty zgonu (zmarły pomiędzy marcem a majem 1947 roku), a nawet zawód. Przy jednym z mężczyzn napisano, że był rolnikiem. Przy nazwiskach dwóch kobiet jest adnotacja: służąca.
 
– W 1976 roku przekopano ten grób. Obecnie jest tam pochowana inna osoba. Dziwię się, że wówczas nie starano się odszukać rodzin ludzi, których szczątki znajdowały się we wspomnianej skrzyni – dzieli się swoimi
wątpliwościami Piotr Walczak.
Mój rozmówca twierdzi, że teoretycznie jest możliwe, iż szczątki „Ognia” włożono do tej właśnie skrzyni, oczywiście bez odnotowania tego w dokumentach. Mogło się też zdarzyć, że zwłoki majora Kurasia ubecy podłożyli do skrzyni, którą przywieziono na Rakowice w czerwcu 1947 roku z więzienia przy ul. Montelupich. W ten sposób pozbywano się ciał osób skazanych na karę śmierci. W archiwum są nazwiska sześciu więźniów z tego transportu. Ta skrzynia, w przeciwieństwie do pozostałych, została zakopana w starej części cmentarza.
Kolejne dwie skrzynie z ludzkimi szczątkami z Zakładu Medycyny Opisowej trafiły na Rakowice dopiero w styczniu 1948 roku. W pierwszej były szkielety czterech osób. Trzy z nich zmarły w okresie od 6 do 25 października 1947 roku w szpitalu. W tej skrzyni pochowano również mężczyznę, którego nazwiska nie ma w aktach cmentarnych. Oznaczono go NN „Zemsta”. Dzisiaj wiemy, że był to Stanisław Bochniak, który brał udział w akcji w Lasku pod Nowym Targiem. Według Piotra Walczaka w dokumentacji cmentarnej odnotowano, że tę skrzynię przywiozła z prosektorium sanitarka miejska, co jest o tyle dziwne, że szczątki pozostałych trzech partyzantów, którzy zginęli w Lasku, złożono do innej skrzyni – razem z nieznanym nikomu tajemniczym mężczyzną o nazwisku Kryszczała – i przywieziono nie wiadomo czym i przez kogo z prosektorium. W dokumentacji cmentarnej dotyczącej tej drugiej skrzyni jest adnotacja: Nie ekshumować.

Piotr Walczak znalazł akty zgonu czterech osób, których szczątki miały się znajdować w skrzyni z adnotacją o zakazie ekshumacji. Są to bardzo lakoniczne w treści wyniki oględzin sądowo-lekarskich; wszystkie wystawione tego samego dnia 4 listopada 1947 roku przez służbę śledczą, opatrzone pieczątką Zakładu Medycyny Sądowej UJ. W rubryce, w której należało wpisać, skąd pochodzi dana osoba, we wszystkich czterech przypadkach napisano: Nowy Targ. Charakterystyczne dla tych dokumentów jest to, iż wszystkie zostały napisane tą samą ręką. Świadczy o tym identyczny charakter pisma.
Tylko jeden z pochowanych we wspólnej mogile „ogniowców” jest wymieniony w zachowanych dokumentach z imienia, nazwiska i partyzanckiego pseudonimu. To Adam Półtorak „Wicher”. Ten, kto sporządzał akt zgonu zaznaczył, że „Wicher” zginął, gdy miał 30 lat.

Maria Ratajewska, jedna z dwóch żyjących do dzisiaj sióstr Adama Półtoraka, mieszka w Rawiczu, 110 km. od Poznania. Jest osobą po siedemdziesiątce. Mocno schorowaną. Trzykrotnie przeszła zawał serca. Gdy mieszkający w Rabce syn przeczytał jej artykuł, w którym piszemy, gdzie mogą się znajdować szczątki Adama Półtoraka, musiała wziąć silną dawkę środków uspokajających.
– W tym dniu nie mogłam zasnąć. Zastanawiałam się, czy tam rzeczywiście może leżeć Adam? Nie wiem, czy przeżyłabym ekshumację, ale chciałabym doczekać chwili, gdy zapalę świeczkę na grobie brata – mówi Maria Ratajewska. Twierdzi, że po rozmowie z synem przed oczami stanęły jej obrazy z dalekiej przeszłości. Dzieciństwo i młodość, która upłynęła wśród kochających rodziców i szóstki rodzeństwa. Maria Ratajewska, dwa lata młodsza od Adama, który miałby dzisiaj 75 lat, chodziła do gimnazjum w Makowie Podhalańskim. Często odwiedzała też Chabówkę. Tam mieszkała jej zaprzyjaźniona z partyzantami ciocia Sosnowska, która odsiedziała swoje w ubeckich więzieniach za te związki.

– Nie tylko ciocia Sosnowska, ja też widywałam się z bratem. Nie bacząc na jego przestrogi, wiedział zresztą, że jestem bardzo dyskretna, chodziłam jako podlotek do obozu „ogniowców” na Turbaczu. Pamiętam, że podczas takiego spotkania – to było tuż przed śmiercią Adama – brat powiedział: Wiesz co Marysiu, jestem już strasznie zmęczony.
W jaki sposób dowiedziała się o śmierci Adama? – Ktoś z organizacji powiadomił ciocię Sosnowską, że Adam zginął. Zastanawiała się, jak to powiedzieć mamie. Ta tragiczna wieść najpierw dotarła do ojca. Tata musiał zidentyfikować zwłoki. Opowiadał później, że trupy poległych w Lasku leżały jeden na drugim w wagonie, który jakiś czas stał na bocznym torze. Wrócił do domu blady. Już wcześniej przeżyliśmy dramat, bo dowiedzieliśmy się o śmierci najstarszego brata – Henryka, który zginął w wojennej zawierusze. Pamiętam, że rodzice, bardzo oboje religijni, rozpaczali dodatkowo z tego powodu, że nie mogą po chrześcijańsku pochować Adama.
Mama i tata usiłowali się dowiedzieć, gdzie mogły trafić zwłoki. Dotarło do nich jedno zdanie, wypowiedziane przez funkcjonariusza UB, że „takich bandziorów ziemia nie przyjmie”. Widząc rozpacz matki, próbowałam na własną rękę odnaleźć szczątki Adama. Znałam jednego urzędnika, który miał szerokie znajomości. To był porządny człowiek. Powiedział, że zwłoki Adama poszły do Akademii Medycznej, że studenci będą się na nich uczyć. I jeszcze to, że jak nie chcę siedzieć w wiezieniu jak ciocia Sosnowska, to żebym się już więcej nie interesowała tą sprawą.

Maria nie przestała myśleć o swoim bracie. Zaprzestała jednak poszukiwań, bo okoliczności rzuciły ją daleko od domu, w okolice Poznania. Los troszkę sobie zadrwił z młodej dziewczyny, która tak bardzo podziwiała partyzantów. Zakochała się bowiem w milicjancie. – Jego przełożeni zakazali mu spotykać się ze mną. Gdy dowiedzieli się, że planujemy wziąć ślub, miał przykrości, zwracano mu publicznie uwagę: „Z siostrą bandziora się żenisz?” Mąż się zbuntował. Podziękował za pracę i ożenił się ze mną. Musieliśmy się jednak wynieść daleko od Nowego Targu. Trafiliśmy w Poznańskie, do Rawicza, żyliśmy wiele lat szczęśliwie – mówi Maria Ratajewska, jedna z sióstr Adama Półtoraka, „ogniowca” o pseudonimie „Wicher”. Mieszkająca w okolicach Rabki, druga z sióstr, również wzruszona wiadomością o tym, że odnaleźliśmy szczątki jej brata, podobno już szykuje miejsce w rodzinnym grobie.

Wanda Dziechciowska, kuzynka „Wichra”, mówi, że nasze publikacje wywołały poruszenie w wielu rabczańskich domach. Twierdzi, że dobrze znała również drugiego z partyzantów, który zginął w Lasku – Teofila Papierza, pseudonim „Huragan”. Wedle naszych informacji spotkał go podobny los, co Adama Półtoraka. Z informacji archiwalnych Zarządu Cmentarzy Komunalnych wynika, że jego doczesne szczątki zakopano w tej samej skrzyni, w tym samym miejscu, co kości Adama Półtoraka.
– Leoś, czyli Teofil Papierz był wspaniałym człowiekiem. Znam jego siostrę. Ostatnio przebywała poza Rabką. Właśnie wróciła. Wybieram się do niej, aby jej o wszystkim opowiedzieć. Na pewno skontaktujemy się z redakcją – zapewnia Wanda Dziechciowska.

GRAŻYNA STARZAK, [email protected] , tel: 606-28-58-79
Dziennik Polski, Nr 159 (18255), 09.07.2004

Gdzie pochowano „Ognia”? – 11 (1/2) < część > 13
Gdzie pochowano "Ognia"? – część 1>

Strona główna>

Gdzie pochowano "Ognia"? – część 11 (1/2)

Z Lasku na Rakowice

Funkcjonariusze UB robili wszystko, by mogił partyzantów po prostu nie było, aby nie stały się miejscem kultu.

O akcji „ogniowców” w Lasku pod Nowym Targiem niewiele dotąd pisano. Do niedawna nie było również wiadomo, co się słało z ciałami poległych tam partyzantów. Nam udało się ustalić szczegóły wydarzeń z 1 listopada 1947 roku.

Dlaczego akcja w Lasku jest mało znana nawet historykom? Być może dlatego, że ci z nich, którzy zajmowali się działalnością „Ognia”, byli skupieni głównie na poczynaniach dowódcy. Mniej interesowało ich to, co robili „ogniowcy” po jego śmierci. W opinii dr. Macieja Korkucia, historyka z krakowskiego oddziału IPN, jest jest to uzasadnione, bo Józef Kuraś był wybitnym dowódcą i głównym spoiwem całego zgrupowania. Ale opisanie, nawet szczegółowe, działalności „Ognia” nie oddaje pełnego obrazu tamtych dni. „Ogniowcom” było łatwiej walczyć, gdy major Kuraś jeszcze żył i działał niż w czasach, gdy po śmierci przywódcy utworzyli „III Kompanię AK”, a później oddział pod nazwą „Wiarusy”. W tym drugim okresie partyzanci coraz częściej stawali się zaszczutą zwierzyną, która co prawda jeszcze może kąsać, ale musi kryć się po lasach, aby nie paść ofiarą coraz liczniejszej i coraz lepiej poinformowanej grupy tropicieli z UB.

Skąd ubowcy mieli tak dobre rozeznanie, kto jest kim w partyzanckich szeregach? Skąd znali ich pseudonimy, znaki charakterystyczne, na podstawie których potrafili bezbłędnie zidentyfikować partyzantów, którzy polegli np. na stacji Lasek?
Uzyskiwali te dane od przesłuchiwanych, których złapali; tych, którzy się ujawnili tuż po wojnie – wyjaśnia dr Maciej Korkuć.
Ma on swoją teorię na temat, jak wyglądały te przesłuchania. Opracował ją na podstawie materiałów archiwalnych, ale zapewne konsultował z psychologiem. Według niego przesłuchiwany na UB podejmował pewnego rodzaju grę, która polegała na tym, że dany człowiek rozważał, co może powiedzieć a czego nie; co warto ukrywać w trosce o siebie czy swoich kolegów z oddziału a czego nie warto, bo UB może już mieć wiadomości na ten temat. Technika przesłuchań miała pokazać, że ubecy i tak wszystko wiedzą, a przesłuchiwany rzekomo miał tylko potwierdzić te wiadomości.

– Protokoły przesłuchań są pełne szczegółów. Gdy się je czyta, można mieć wrażenie, że aresztowani sypali jak z nut, a tymczasem im najpierw wmówiono, że na pytania, które się im stawia, UB i tak zna odpowiedź. To często była prawda. Tyle tylko, że tą metodą oni wciąż poszerzali swoją wiedzę o kolejny szczegół. Wychwytywali nową dla siebie informację, a później, przesłuchując kogoś innego, zaskakiwali go tym szczegółem. Przesłuchiwany potakiwał, dodając kolejne informacje. Tym sposobem mieli np. pełny zestaw partyzanckich pseudonimów – relacjonuje wyniki swoich dociekań dr Korkuć.
Najwięcej problemów mieli funkcjonariusze UB z dopasowaniem pseudonimu do konkretnej osoby, bo partyzanci często zmieniali swoje pseudonimy. Dobrym przykładem jest tutaj Józef Świder, dowódca „Wiarusów”. O nim pisaliśmy w poprzednim odcinku. Za życia „Ognia" nosił pseudonim „Pucuła”. Po jego śmierci występuje jako „Mściciel”. UB nie miało problemu z rozszyfrowaniem Świdra, gdy zginął w potyczce 18 lutego 1948 roku tylko dlatego, że byt dobrze rozpracowany przez agentów.

Z innymi partyzantami poszło im gorzej. Do końca istnienia PRL-u nie odkryto np., jak naprawdę nazywał się „Groźny” – jeden z najbardziej aktywnych dowódców u „Ognia”. Przy jego zwłokach znaleziono dokumenty na inne nazwisko. Stąd w ubeckich opracowaniach „Groźny” przez kilkadziesiąt lat występował raz jako Stawiarski, innym razem jako Sawański.
Dr Maciej Korkuć opowiada, że w byłych archiwach UB natrafił na ślady urzędowych poszukiwań informacji na temat „Groźnego”. Okazuje się, że czyniono to jeszcze w latach 60. i 70. Wiedziano, że „Groźny” był dezerterem z ludowego wojska, więc poszukiwania prowadzono m.in. w Centralnym Archiwum Wojskowym w Rembertowie. Pracownicy tej instytucji odpisali, że w wojsku był żołnierz o nazwisku Stawiarski, ale dalsze informacje, których udzielili, zupełnie nie pasowały do „Groźnego”. Zaangażowano w tę sprawę wielu ubeków, zmarnowano wiele papieru, ale nie osiągnięto oczekiwanego wyniku.
W rzeczywistości „Groźny" nazywał się Henryk Głowiński. Jako jeden z nielicznych dowódców podziemia został po ludzku pochowany. Stało się tak tylko dlatego, że znaleźli się ludzie, którzy mieli przesłanki, aby przypuszczać, gdzie po akcji w Bielance w 1946 r., w której poległ, pogrzebano jego zwłoki. Partyzanci wykopali je nocą i potajemnie przenieśli na cmentarz w Rabce, do grobu rodzinnego jednego z łączników  w oddziale „Groźnego”. Leży tam do dziś.

Partyzanci z oddziału Henryka Głowińskiego „Groźnego” – 3 kompania zgrupowania „Ognia”. Stoją od lewej: NN „Janosik”, Ignacy Wacławik „Kula”, Ludwik Baliński „Tur”, Czesław Stolarczyk „Guc”(stoi za „Turem”), Stanisław Wróbel „Bimber”, Józef Świder „Pucuła”, Henryk Głowiński „Groźny”, Stanisław Kaciczak „Bocian”, Wojciech Krzeszewski „Baca”, Jan Osiecki „Bratek”, Adam Domalik „Kowboj”. Leżą (od lewej): NN „Kominiarz”, Antoni Wąsowicz „Roch”.

– Z ciałami partyzantów, którzy zginęli w czasie akcji czy też podczas przesłuchań wa UB, działy się różne,  dziwne rzeczy. Rzadko zdarzała się okazja, aby można je było normalnie pochować – mówi dr Maciej Korkuć, wspominając, że swój grób w Rabce ma, obok „Groźnego”, inny partyzant poległy w Bielance – Jan Osiecki „Bratek”.
– Nie wiemy, czy jego ciało również wykradziono UB czy też jako szeregowy żołnierz został po śmierci wydany rodzinie. Funkcjonariusze UB robili wszystko, by mogił partyzantów po prostu nie było. Aby nie stały się miejscem kultu. Dlatego do dzisiaj nie ustalono, gdzie pochowano wielu partyzanckich dowódców na czele z „Ogniem”. Rodziny upominały się o ciała zabitych, ale zwykle bez skutku. Najczęściej prawdopodobnie było tak, że gdzieś na szczeblu Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego zapadała decyzja, iż ciało ma zniknąć i że nikt postronny nie powinien wiedzieć, gdzie się podziało. Nawet jeśli szczątki chowano do grobu, robiono to potajemnie, nocą, w ustronnym miejscu, aby ktoś przypadkiem nie zapalił tu świeczki w Święto Zmarłych czy 11 listopada. Ofiary wielokrotnie zagrzebywano na dziedzińcach czy nawet w różnych pomieszczeniach urzędów bezpieczeństwa, starając się zatrzeć wszelkie ślady – mówi dr Maciej Korkuć.

Partyzanci, którzy stracili życie w czasie akcji na stacji Lasek, mieli mniej szczęścia niż ofiary potyczki w Bielance. Nawet dokładnie nie wiadomo, ilu ich naprawdę było.
Kazimierz M., mieszkaniec Nowego Targu, był nastolatkiem, gdy po mieście gruchnęła wiadomość o krwawej jatce, do jakiej doszło w no
cy z 30 października na 1 listopada 1947 roku na stacji w Lasku. Pamięta, że domownicy opowiadali poruszeni, iż leśni ludzie, czyli partyzanci, zaskoczyli śpiących w jednym z wagonów milicjantów. Podobno kazali im złożyć broń i wyjść na stację. Nie mieli zamiaru strzelać. Tym bardziej że tym pociągiem jechała spora grupa cywilów. Pan Kazimierz słyszał również, że partyzantom chodziło głównie o pieniądze przewożone z Urzędu Poczty w Zakopanem do centrali w Krakowie. Informację na ten temat miał przekazać partyzantom sympatyzujący z ruchem oporu brat jednego z „ogniowców”, który pracował w zakopiańskim urzędzie. Ponieważ pieniądze, które zarabiała poczta, przeznaczane były głównie na utrwalenie nowej władzy, partyzanci nie mieli oporów, aby korzystać z takich łupów. Przeciwnie, odbicie gotówki z. rąk milicjantów czy ubeków było powodem do chluby. Żołnierze „Ognia”, utworzywszy po śmierci swojego przywódcy oddział „Wiarusów”, nie przypuszczali jednak, że milicjanci zaczną strzelać. I to na oślep.

– To była krwawa jatka – cytuje zasłyszane w młodości opowieści Kazimierz M. Nie potrafi powiedzieć, ilu partyzantów zginęło. Wie natomiast, że były ofiary również wśród cywilów. Udało mu się ustalić, że ciała Mariana W. oraz Marii K., którzy tej nocy jechali pociągiem osobowym z Zakopanego do Krakowa i przypadkowo zginęli w strzelaninie w pociągu, spoczywają na nowotarskim cmentarzu. Losy zabitych w potyczce partyzantów nie były do dzisiaj znane. Podobno furman, którego UB zatrudniło do wożenia ciał, jedyny człowiek mogący wyjaśnić tę zagadkę, zniknął w tajemniczych okolicznościach.

Gdzie pochowano "Ognia"? – część 11 (2/2)

Strona główna>

Gdzie pochowano "Ognia"? – część 11 (2/2)

Dr Maciej Korkuć, który …

Dr Maciej Korkuć, który wielokrotnie penetrował archiwa dawnego UB w poszukiwaniu materiałów związanych z oddziałem „Ognia”, zastrzega się, że potrafi opisać akcję w Lasku jedynie od strony technicznej, tak jak przedstawiali ją funkcjonariusze MO i UB w swoich raportach.
Partyzanci weszli do stojącego w Lasku pociągu 30 minut po północy 1 listopada 1947 roku i kazali wyjść mundurowym. Gdy milicjanci zobaczyli, że znaleźli się w pułapce, że ucieczka jest praktycznie niemożliwa, zaczęli strzelać w popłochu.
Na tę kanonadę odpowiedzieli strzałami partyzanci. W chaosie i zamieszaniu raniono kilku cywilów. Dwie osoby spośród nich zmarły. Trudno powiedzieć, czy z rąk partyzantów czy milicjantów. Wedle ubeckich szacunków, niekoniecznie zgodnych z prawdą, partyzantów było w sumie 11. Dwóch zginęło na miejscu. Dwóch innych, rannych, zdołało się ewakuować razem z resztą oddziału. Umieszczono ich albo w kwaterze „Wiarusów” w Niwie pod Nowym Targiem, albo w pobliskim przysiółku zwanym Buflakiem. Informacje na ten temat są rozbieżne. Tam mieli dochodzić do zdrowa, przeczekując pierwsze, gorące jeszcze tygodnie po akcji.

Zdradził ich jeden z miejscowych gospodarzy. Zostali otoczeni przez grupę operacyjną milicji i UB. Jeden z partyzantów, nie chcąc się oddać w ich ręce, rozerwał się granatem. Był to albo Stanisław Bochniak ps. „Zemsta”, albo Jan Pierwoła ps. „Piorun”. Drugi z osaczonych został pojmały i zmarł w drodze do Nowego Targu. Ofiar akcji w Lasku mogło być w sumie 9. Co do dziesiątej nie ma pewności. Domniemaną dziesiątą ofiarą (według niektórych opracowań UB) mógł być Zbigniew Zagrodzki ps. „Żbik”, o którym pisze się w materiałach UB, że był dezerterem z Powiatowego  Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Nowym Targu.
W Lasku zginęło też trzech funkcjonariuszy MO. Pochowano ich z honorami, w asyście kolegów w mundurach i przy dźwiękach orkiestry. Pogrzeby dwójki cywilów odbyły się w rodzinnym gronie, cicho i skromnie.
Rodziny czterech partyzantów, których postrzelono na stacji w Lasku, daremnie oczekiwały na wiadomości o swoich bliskich. Prawdopodobnie do dzisiaj nie wiedzą, co się stało ze zwłokami „Zemsty”, „Huragana”, „Wichra” i „Pioruna”.

Z dziennikarskiego śledztwa wynika, że partyzanci, którzy stracili życie w czasie akcji na stacji Lasek, prawdopodobnie trafili najpierw do prosektorium Collegium Medicum UJ. Być może na ich zwłokach studenci Wydziału Lekarskiego uczyli się anatomii. 30 stycznia 1948 roku przywieziono ich na cmentarz Rakowicki i zakopano w dwóch drewnianych skrzyniach. Z zachowanej z tamtego okresu dokumentacji wynika, że „Wicher” „Huragan” i „Piorun” (drugi pseudonim „Dratwa”) spoczęli obok siebie i – co wielce prawdopodobne – obok swego dowódcy – majora Józefa Kurasia „Ognia”, któremu nadano fikcyjne nazwisko Kryszczała. Natomiast „Zemsta”, inny „ogniowiec” zastrzelony w Lasku, został złożony w drugiej skrzyni razem z trzema osobami, niemającymi nic wspólnego z partyzantką.
Tylko jeden z pochowanych we wspólnej mogile „ogniowców” jest wymieniony w zachowanych dokumentach z imienia, nazwiska i pseudonimu. To Adam Półtorak „Wicher”. Funkcjonariusz UB zaznaczył, że miał 30 lat, gdy znalazł się w szeregach „Ognia”. Dwaj inni występują tylko pod pseudonimami, jako NN, czyli o nieustalonych personaliach. Czwartemu poległemu w Lasku zniekształcono nazwisko.

Gdyby krewnym wymienionych wyżej partyzantów udało się w jakiś sposób dotrzeć do dokumentacji cmentarnej z tamtych lat, prawdopodobnie niewiele by się dowiedzieli. Możemy im dzisiaj pomóc tylko dlatego, że jeden z naszych czytelników – dr Andrzej Ślęzak, dyrektor Szpitala im. S. Żeromskiego w Nowej Hucie – odnalazł ukryte przez wiele lat materiały, a drugi – dr Maciej Korkuć, historyk z IPN, dokładnie przeszukał ubeckie archiwa, robiąc kserokopie z tysięcy materiałów, w których pojawiały się nazwiska i pseudonimy ludzi z oddziału „Ognia”.
Dzięki temu mogliśmy zidentyfikować ofiary z Lasku i zlokalizować miejsce ich pochówku. Pierwsza z ofiar to Stanisław Bochniak, syn Józefa, urodzony 1 kwietnia 1925 roku w Czorsztynie, pseudonim „Zemsta”. W aktach UB figuruje również jako „Saper”. Z tychże akt wynika, że przyłączając się do oddziału „Ognia”, zdezerterował z ludowego wojska. Ujawnił się 4 kwietnia 1947 roku, ale później znów poszedł do lasu, meldując się w oddziale „Wiarusów”. Ranny w akcji na stacji Lasek, zginął w czasie obławy w Niwie.
Stanisław Bochniak ps. „Zemsta” lub „Saper”, został pochowany trzy miesiące po śmierci w kwaterze LXXIX cmentarza Rakowickiego. W 1976 roku przekopano jego grób. Obecnie spoczywa tam inna osoba.
W tej samej kwaterze, ale w innym rzędzie pochowano szczątki trzech kolegów Stanisława Bochniaka. Adam Półtorak ps. „Wicher” (ale też „Sokół”, „Leoś”), syn Jana, urodzony 15 grudnia 1928 roku w Chabówce, ujawnił się 29 listopada 1946 roku. Później w oddziale „Ognia” i „Wiarusów”. Zginął na stacji w Lasku. Jego starszy o 4 lata brat Józef  ps. „Grab”, był członkiem oddziału „Groźnego”.
Jan Pierwoła, syn Józefa, urodzony 16 grudnia 1929 roku w Sromowcach Wyżnych, ps. „Piorun” albo „Dratwa”, został ranny w czasie potyczki na stacji w Lasku. Trafił do obozu „Wiarusów” w Niwie. Tutaj, razem ze Stanisławem Bochniakiem, został osaczony. Z ubeckich akt wiadomo, że jeden z nich rozerwał się granatem. Ten szczegół może być istotny przy ewentualnej ekshumacji.
Ostatnia z ofiar potyczki w Lasku to prawdopodobnie Teofil Papierz ps. „Huragan”, syn Wilhelma, urodzony 12 grudnia 1926 roku w Rabce. Dr Maciej Korkuć ustalił, że taki sam pseudonim nosił inny „ogniowiec” – Zbigniew Kwapień. W materiałach UB napisano, że Kwapień pochodził ze Wschodu, a. jego siostra pracowała w PCK w Bytomiu. Jeden „Huragan” różnił się od drugiego m.in. tym, że Kwapień miał srebrny ząb w górnej szczęce, co skwapliwie odnotowali funkcjonariusze UB, a co może być istotne przy ewentualnej identyfikacji.

Nie ma żadnych wątpliwości co do tego, że szczątki ofiar akcji w Lasku złożono w oznaczonym przez nas miejscu. Jeśli specjaliści ocenią, że jest szansa na ich odnalezienie, będziemy robić wszystko, aby doszło do ekshumacji.
O tym, że tajemne pochówki skrzyń z ludzkimi zwłokami, które przywożono z Zakładu Medycyny Opisowej, odbywały się właśnie na wspomnianej kwaterze cmentarza Rakowickiego, upewniłam się, słuchając pana Adama, który w latach 40. i 50. mieszkał przy ul. Żelaznej w Krakowie. Z okien jego kamienicy widać cmentarz Rakowicki i wyznaczoną przez nas kwaterę. 85-letni dziś pan Adam prosił, aby nie wymieniać jego nazwiska – zaklina się, iż na początku 1948 roku widział, jak przywieziono na furmance i złożono od strony alei 29 Listopada dużą, drewnianą, nieheblowaną skrzynię, którą następnie dość głęboko zakopano i zasypano ziemią. Pan Adam twierdzi, że kilka tygodni później w tym samym miejscu odbył się prawdziwy pogrzeb z księdzem i żałobnikami. Podobno nie tylko uczestnicy ceremonii dziwili się, że trumna spoczęła tak płytko, pod wierzchnią warstwą ziemi.

GRAŻYNA STARZAK, [email protected] , tel: 606-28-58-79
Dziennik Polski, Nr 130 (18226), 04.06.2004

Gdzie pochowano „Ognia"? – 10 < część > 12
Gdzie pochowano "Ognia"? – część 1>

Strona główna>

WSTRZĄSAJĄCE ODKRYCIE !!!

Przygotowując telewizyjny program dokonano wstrząsającego odkrycia !!!

Wstrząsające odkrycie twórców telewizyjnego programu „Było… nie minęło”. W miejscowości Łabunie Reforma pod Zamościem tropiciele historii odkryli szczątki polskich żołnierzy zamordowanych po II wojnie światowej.

Dziś już wiadomo, że są to szkielety polskich żołnierzy, zamordowanych wiosną 1947 roku. W tej sprawie trwało śledztwo; jeszcze są świadkowie mordu. Jednak historia komunistycznej zbrodni dopiero teraz się wyjaśnia…

W niewielkiej jamie znaleziono szczątki trzech mężczyzn w wieku 25-30 lat.  Przy szczątkach były charakterystyczne przedmioty, które wskazują na to, że zamordowani chcieli, by ktoś zidentyfikował zwłoki. Był to często zaszyty w mundurze lub trzymany w ręku guzik.

W tej sprawie prowadzone było prokuratorskie śledztwo, jednak 18 lat temu zostało umorzone. O tym, że w lesie dochodziło do egzekucji, wiedzieli mieszkańcy miejscowości Łabunie. Do dziś żyją świadkowie tamtych wydarzeń. Historia sprzed 60 lat znów staje się żywa. Zostanie opisana, a szczątki pomordowanych spoczną na gminnym cmentarzu.

To jednak nie koniec. W tym miejscu wciąż trwają badania archeologiczne, pracują historycy oraz ekipa magazynu historycznego „Było… nie minęło”. Nie wiadomo ile takich grobów kryje jeszcze ten las…

Kontakt z autorami programu TVP Lublin "Było… nie minęło":
tel: +48 81 5324291
e-mail: [email protected]

Źródło: TVP Lublin

Strona główna>

Gdzie pochowano "Ognia"? – część 10

Historia w pamięci

Czy archiwa Zakładu Anatomii Collegium Medicum UJ mogą rzucić światło na mroczną tajemnicę?

Co mają do powiedzenia ludzie – jest ich coraz więcej – którzy pod koniec lat 40. i na początku 50. przewijali się przez gmach Zakładu Anatomii Collegium Medicum UJ? Ich opowieści układają się w logiczny ciąg zdarzeń, które mogły poprzedzić sam akt (pochówku?, unicestwienia?) zwłok majora Józefa Kurasia.

Halina Jeżewska, stomatolog z zawodu, jest osobą znaną nie tylko w środowisku kombatantów z Małopolski. Nazwisko pani Haliny oraz jej ojca zapisało się złotymi zgłoskami w historii Wielkiej Brytanii. W krakowskim Muzeum Armii Krajowej są dokumenty poświadczające, iż ojciec i córka .w czasie wojny uchronili od niechybnej śmierci, a na pewno od jenieckiego obozu, brytyjskiego oficera, ukrywając go w swoim domu przed gestapowcami.
Halina Jeżewska przyznaje, że jej ojciec, wywodzący się z rodziny o patriotycznych korzeniach, nigdy nie zaaprobował sowieckich porządków po wojnie. Halina, studiując w latach 1950-54 medycynę w Collegium Medicum UJ, miała więc już ukształtowany kręgosłup ideowy. Jej poglądy różniły się jednak od tych, jakie prezentowali niektórzy koledzy. Przyznaje, że wtedy, gdy była studentką, nie wiedziała jeszcze, kto to był major Józef Kuraś „Ogień” i w jaki sposób walczył z nową władzą. Sylwetkę i losy partyzanta z Podhala poznała dużo później. Jednak dopiero – niedawno, po publikacjach na temat „Ognia” w „Dzienniku Polskim”, przypomniała sobie pewne szczegóły swojej studenckiej edukacji.
– To było bodaj w 1950 lub 1951 roku. Na ten dzień zaplanowany został wykład o mięśniach człowieka. Gdy weszłam na salę wykładową w Zakładzie Anatomii, byłam zszokowana. Podobnie, zresztą jak reszta koleżanek i kolegów. Bo oto na stojącym pod ścianą stelażu zobaczyliśmy rozpięte, jak płótno na blejtramie, ludzkie zwłoki od tyłu. Pamiętam dokładnie, że były odarte ze skóry; tak, aby było widać wszystkie mięśnie. Żuchwę tego nieszczęśnika przytrzymywała opaska. Nie było jednak widać twarzy.

Halina Jeżewska pamięta, że szef katedry – prof. Tadeusz Rogalski, wyjaśniał studentom, że to zwłoki wyjątkowego przestępcy – Niemca, który wiele złego wyrządził Polsce i Polakom. – Swoją mowę profesor zakończył mniej więcej w ten sposób, iż ten człowiek w pełni zasłużył sobie na karę, jaka go spotkała i że przynajmniej po śmierci przysłuży się państwu polskiemu jako eksponat, na którym będą się uczyć studenci – wspomina Halina Jeżewska.
Przypominając sobie tamten wykład, potrafi odtworzyć wiele szczegółów. M.in. ten, że nieboszczyk był ogromnej postury, miał wyjątkowo duże dłonie i stopy. Twierdzi, że nigdy wcześniej nie zastanawiała się, czy prof. Rogalski mówił prawdę.
– Dzisiaj, gdy staram się posklejać te wspomnienia w jedną całość, dochodzę do wniosku, że zwłoki mogły należeć do majora Kurasia „Ognia” – dzieli się swoimi przemyśleniami Halina Jeżewska. – Co prawda, ów wykład wypadł trzy lata po jego śmierci, ale to nie był wielki problem, aby przetrzymać ciało w chłodni lub w formalinie – sugeruje Halina Jeżewska.

Prof. Janina Sokołowska-Pituchowa, która od 1947 roku pracowała i przez ćwierć wieku kierowała Zakładem Anatomii, słuchając wspomnień Haliny Jeżewskiej, kręci głową z niedowierzaniem. Nie przypomina sobie zwłok żadnego Niemca, które mogłyby służyć jako eksponat.
– Owszem, w tamtych latach przywożono do prosektorium osoby z niemieckim obywatelstwem, ale to były kobiety, SS-manki – mówi stanowczo.

Halina Jeżewska upiera się przy swoich wspomnieniach: – Nie tylko dlatego, że mam trochę mniej lat niż pani profesor, ale również z tego powodu, że dokładnie pamiętam, kto z moich ówczesnych kolegów ze studenckiej ławy był na tym wykładzie ze mną. Postaram się odtworzyć nazwiska z pamięci. Jest tylko jeden szkopuł. Jeśli te osoby żyją, mogą mieszkać daleko od Krakowa. Poza tym nie wiem, czy będą chciały się ujawnić lub mówić cokolwiek na temat, który może się wiązać z „Ogniem”. W moich studenckich czasach mieliśmy na roku sporo ludzi związanych z UB i ówczesnym reżimem.Pamiętam takie zdarzenie z 1981 roku. Podczas jakiegoś mityngu, organizowanego przez NSZZ „Solidarność”, spotkałam moją koleżankę ze studiów. Paradowała ze znaczkiem „Solidarności” w kłapie. Uściskałyśmy się serdecznie. I gdy tak plotkowałyśmy, jakaś kobieta, która przyglądała się nam od dłuższego czasu, podeszła do nas i zwracając się w moją stronę powiedziała: – Pani mi wygląda na porządną osobę. Dlatego zastanawiam się, co panią łączy z tą ubecką zdzirą?
Do kogo należały zwłoki rzekomego Niemca, na których Halina Jeżewska uczyła się, jak wygląda układ mięśniowy człowieka? To pytanie pozostaje bez odpowiedzi. Być może do Józefa Kurasia „Ognia”.

Ujawnia się coraz więcej osób, które albo same widziały ciało tego partyzanta w prosektorium, albo ktoś im mówił, że właśnie tam trafiło.
Ojciec Jana Czarskiego tuż po wojnie pracował w jednym z krakowskich przedsiębiorstw, jako ślusarz. Gdyby żył, zostałby zapewne wezwany w charakterze świadka w procesie o zbezczeszczenie zwłok „Ognia”.
– Tato opowiadał mi, że kilka lat po wojnie widział w prosektorium pokawałkowane zwłoki majora Józefa Kurasia. Z opowieści ojca wynikało, że leżały w kamiennym cebrzyku czy też wannie, zalane białawym płynem – opowiada Jan Czarski.
Ta rozmowa odbyła się w latach 60. Pan Jan nie pamięta, skąd jego ojciec wiedział, że to zwłoki „Ognia” i co spowodowało, iż akurat w tamtym momencie wspominał pierwsze, powojenne lata.
– Być może wtedy ukazała się jakaś tendencyjnie napisana książka na temat  partyzantów z Podhala – dywaguje Jan Czarski. Do tej pory nigdy nikomu nie przytaczał słów ojca. Dziś ujawnia swoją z nim rozmowę, bo uważa, że hipoteza o przekazaniu ciała majora Kurasia do ćwiczeń studentom jest wielce prawdopodobna.

Gdzie szukać dowodów na poparcie tej tezy przedstawionej przez całkiem już spore grono świadków?
Dr Krzysztof Szwagrzyk z wrocławskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej sugeruje, że warto poszperać w archiwach Zakładu Anatomii. Sam opisał i udokumentował przypadek ppor. Antoniego Wołyńskiego „Odyńca”, żołnierza VI Wileńskiej Brygady AK, przekazanego przez UB po śmierci w 1948 roku do Zakładu Anatomii Prawidłowej uniwersytetu we Wrocławiu. Zwłoki „Odyńca” przeleżały pól roku w uczelnianej chłodni jako osoba NN (o nieustalonychych personaliach). Później trafiły na stół do prosektorium i służyły studentom do ćwiczeń. Skąpe dane na ten temat zachowały się do dziś w aktach wrocławskiego Zakładu Anatomii. Dr Szwagrzyk opowiada, że wpadł na ten trop przypadkowo w archiwum WUBP we Wrocławiu.
– Szukałem dokumentacji związanej z działalnością oddziału „Odyńca”. Znalazłem opis, jak przygotowywano zasadzkę na niego. Był tam m.in. protokół z przesłuchania „Odyńca”. Następna strona akt zawierała pokwitowanie odbioru zwłok
mężczyzny NN w takim wieku i o takich cechach jak „Odyniec”, podpisane przez jednego z pracowników Zakładu Anatomii. W przypadkowy więc sposób odkryłem, co się stało z jego ciałem. Jestem pewien, że ta karta została celowo tam umieszczona. Szkoda, że nie wiem, przez kogo. Ale dzięki takim anonimowym osobom można rozwikłać wiele zagadek najnowszej historii. Być może w podobny sposób uda się ustalić, co UB zrobił ze zwłokami „Ognia”?

Prof. Janina Sokołowska-Pituchowa rozwiewa te nadzieje. Twierdzi, że odnalezienie pokwitowania odebrania zwłok czy innego śladu w postaci dokumentu z tamtych lat w Zakładzie Anatomii Collegium Medicum UJ jest praktycznie niemożliwe. Podobno w 1981 lub 1982 roku – dokładnie nie pamięta – w budynku, gdzie mieścił się ten zakład, wybuchł pożar. Spaliły się wówczas m.in. dwie duże szafy, w których znajdowała się cała dokumentacja: karty zgonu, przyjęcia i wydania zwłok itp., itd.
– To było ewidentne podpalenie. Prowadzono śledztwo w tej sprawie, ale do dzisiaj nie udało się wykryć sprawcy i ustalić motywów tego czynu – stwierdza prof. Sokołowska-Pituchowa.

Tajemniczy i bardzo wnikliwy Czytelnik naszych publikacji z cyklu „Gdzie pochowano »Ognia«?” (z odręcznego podpisu pod listem trudno wywnioskować, kim jest; przy okazji bardzo proszę o ujawnienie się!) proponuje, aby zbadać dokumentację innych zakładów, gdzie w okresie tużpowojennym trafiały zwłoki rozstrzelanych na podstawie wyroków sądowych. Np. Zakładu Medycyny Sądowej i Anatomii Patologicznej. A także… Miejskich Zakładów Sanitarnych.
Nasz Czytelnik przypomina, że ciało skazanego na śmierć i rozstrzelanego 1 sierpnia 1947 roku Stanisława Lubicz-Wróblewskiego, oskarżonego o zabicie ówczesnego prokuratora Romana Martiniego, przewieziono następnego dnia po wykonaniu wyroku właśnie do Miejskich Zakładów Sanitarnych przy ul. Prądnickiej w Krakowie. Dziś w tym miejscu znajduje się Szpital Specjalistyczny im. Jana Pawła II. Czytelnik, który sądząc po fachowych określeniach, jakich używa, może mieć coś wspólnego z medycyną, analizuje wypowiedzi osób, które tuż po wojnie studiowały na Wydziale Lekarskim UJ, porównując ich wspomnienia z tamtego okresu z własnymi doświadczeniami. Wspomina przy tym luźną, towarzyską rozmowę z jednym z uczestników kursu szkoleniowego w Klinice Ginekologiczno-położniczej w Krakowie w 1963 roku. Ten człowiek opowiadał naszemu Czytelnikowi, że w czasie studiów w latach powojennych na Wydziale Lekarskim UJ podczas ćwiczeń prosektoryjnych w Zakładzie Anatomii widział zwłoki SS-manki z Oświęcimia.

Ta historia dowodzi, że występujący w reportażu pt. „Świadkowie” Franciszek Hapek ma dobrą pamięć. I można mu wierzyć, gdy wspomina, że jako student rok po śmierci „Ognia” widział w prosektorium Zakładu Anatomii zwłoki postawnego mężczyzny, o którym jeden z laborantów mówił, że to jest Józef Kuraś, a na drugim stole ciało kobiety – twierdzi anonimowy Czytelnik.
W opinii Czytelnika warto się rozejrzeć, czy wśród eksponatów Muzeum Anatomicznego Collegium Medium UJ nie ma wycinka ludzkiego ciała z tatuażem w formie pszczółki, zdobiącym, jak utrzymuje inny świadek, dr Roman Kozłowski, zwłoki mężczyzny, o którym nieżyjący już dzisiaj Stanisław Kohman, wówczas asystent w Zakładzie Anatomii, mówił, że to Józef Kuraś „Ogień”.
Czytelnik widział kolekcję tatuaży pochodzących z sekcjonowanych zwłok. Znajduje się ona w Zakładzie Anatomii Akademii Medycznej w Gdańsku.
– Być może podobna jest w Krakowie. To byłaby sensacja i namacalny dowód, że ciało „Ognia” istotnie trafiło na prosektoryjny stół – kończy swój wywód anonimowy Czytelnik.

Jacek Schrott, geodeta z zawodu, od 11 lat mieszkaniec Detroit, proponuje podjąć próbę odszukania miejsca pochówku „Ognia” korzystając z pomocy osób poruszających się w świecie magii i ezoteryki. W jego opinii można wykorzystać nadprzyrodzone zdolności niektórych z nich. Np. kobiety mieszkającej w pobliżu tego amerykańskiego miasta, która będąc w transie, odpowiada na pytania ludzi poszukujących swoich bliskich, zaginionych w tajemniczych okolicznościach.
Podejmuje się również innych zadań. Podczas jednego z seansów grupa obecnych na spotkaniu z medium Polonusów zapytała jasnowidzącą, czy mogłaby powiedzieć, kto przyczynił się do wypadku samolotu, którym leciał gen. Władysław Sikorski. Wiadomo, że wypadek zakończył się śmiercią generała i załogi. Kobieta miała odpowiedzieć, że samolot został uszkodzony przez  byłego adiutanta gen. Sikorskiego z zemsty za odsunięcie go na boczny tor przez tego dowódcę.
Jacek Schrott, Czytelnik „Dziennika Polskiego” z Detroit, zaofiarował się zapytać medium na jednym z najbliższych spotkań, czy potrafiłaby wskazać miejsce pochówku mjr. Józefa Kurasia „Ognia”. Warto wspomnieć, że do pomocy jasnowidzów ucieka się nawet policja. O dwóch spektakularnych przypadkach odnalezienia przez jasnowidza Jackowskiego zwłok, których  bezskutecznie od lat poszukiwano, rozpisywały się kilka lat temu wszystkie gazety.

Dr Krzysztof Szwagrzyk z IPN w Wrocławiu nie ma nic przeciwko temu, aby wykorzystać nadprzyrodzone zdolności niektórych ludzi do poszukiwań miejsca pochówku „Ognia”. Uważa, że warto podejmować jak najszersze działania, aby uzyskać pożądany efekt; wykorzystać każdy trop, również zaproponowany przez jasnowidza. Jednakże w opinii dr. Szwagrzyka, jeśli nie ma innej możliwości uzyskania potrzebnych informacji, jeśli nie istnieją materiały  archiwalne na ten temat, jeśli żyjący do dziś funkcjonariusze UB nie chcą mówić, najskuteczniejszą metodą są apele prasowe do ludzi, którzy żyli w tamtych latach, a którym historia własnego narodu nie była i nie jest obojętna.

Podobnego zdania jest wspomniany anonimowy Czytelnik, który swoje obszerne i ciekawe wynurzenia kończy taką oto konstatacją: To jut ostatni moment, kiedy można ocalić tamte lata od zapomnienia. Dobrze, ze odzywają się ludzie, którzy cokolwiek wiedzą czy pamiętają, bo z ich, czasem drobnych informacji, nanizanych jak paciorki na nitkę, powstaje pewien ciąg wiadomości wchodzących do zbiorowej pamięci społeczeństwa. To był powód, dla którego i ja się odezwałem.

GRAŻYNA STARZAK, [email protected] , tel: 606-28-58-79
Dziennik Polski, Nr 124 (18220), 28.05.2004

Gdzie pochowano „Ognia”? – 9 < część > 11 (1/2)
Gdzie pochowano "Ognia"? – część 1>

Strona główna>

&#8222;WIARUSY&#8221; – Strzelanina w siedzibie UB

Jak likwidowano „Wiarusów”

27 czerwca 1949 roku dowódca oddziału „Wiarusy” Stanisław Ludzia "Dzielny", "Harnaś" oczekiwał na przybycie por. „Henryka” – przedstawiciela sztabu krakowskiego Okręgu Ruchu Oporu Armii Krajowej. Partyzanci od kilku lat tkwili w lesie. UB zadawał im kolejne ciosy, a ich sytuacja była coraz trudniejsza. Była to pozostałość jednego z najaktywniejszych pododdziałów zgrupowania partyzanckiego Józefa Kurasia „Ognia”. Zaklasyfikowana jako 3. Kompania jednostka ta w latach 1945 – 1946 dowodzona była przez chor. Henryka Głowińskiego „Groźnego”. Po jego śmierci w walce z KBW w listopadzie 1946 roku, dowództwo objął pochodzący z Wileńszczyzny plut. Antonii Wąsowicz „Roch”. Śmierć „Ognia” w lutym 1947 roku oznaczała ostateczny rozpad zgrupowania.

Klęczy Dymitr Zasulski "Czarny", przy rkm-ie leży Mieczysława Łysek "Grandziarz".

„Wiarusy”

„Roch” nie zamierzał się ujawnić – kontynuował walkę zbrojną na Podhalu. Od tej pory on, jego podkomendni i następcy używali kolejno nazw: III Kompania AK, „Wiarusy”, „Znicz”.
W maju 1947 roku wraz z dwoma podkomendnymi próbował przez zieloną granicę przedostać się do amerykańskiej strefy w Austrii. Nie udało się. Pod Wiedniem wpadli w ręce NKWD. Po kilkumiesięcznym śledztwie i procesie „Rocha” stracono w więzieniu bezpieki. Po nim oddziałem dowodził Józef Świder „Mściciel”. Jednak już po kilku miesiącach, w lutym 1948 roku zginął w walce z UB w miejscowości Lubień (pod Myślenicami). Kilka dni później poległ w walce z UB jego następca Dymitr Zasulski „Czarny”. Kolejny dowódca Tadeusz Dymel „Srebrny” przetrwał zaledwie do jesieni 1948 roku. 21 października zginął w zasadzce zorganizowanej przez UB w Chabówce koło Rabki. Ludzia został ciężko ranny, ale i tak miał więcej szczęścia: wraz z Edwardem Skurnogiem „Szatanem” zdołali się wymknąć obławie. Zaczął się rok 1949. Po rozprawie z opozycją i utworzeniu PZPR komuniści szybko przystąpili do budowy państwa powszechnego terroru i strachu.

Fotografia Józefa Świdra „Mściciela” zastrzelonego przez UB w walce 14 lutego 1948 r., wraz z opisem sporządzonym przez bezpiekę.

Mimo braku nadziei na rychłe zmiany oddział „Dzielnego” był skazany na dalszą walkę. Partyzanci zdawali sobie sprawę, że teren jest coraz bardziej nasycony konfidentami i informatorami UB. Powrót do zwykłego życia – po kilku latach walki z komunizmem – wcześniej czy później oznaczałby prosty scenariusz: aresztowanie, śledztwo, tortury i pewną śmierć. Oddział mógł przetrwać jedynie w górach i leśnych ostępach.

Dlatego wiosną 1949 roku wracający do zdrowia „Dzielny” i jego podkomendni powrócili po zimie do kwater i obozów ulokowanych na gorczańskich szczytach. Mieli mundury, broń, świetnie znali teren. Wiedzieli jednak, że jako mały oddział nie są w stanie samodzielnie wpłynąć na losy kraju. Tym bardziej zależało im na włączeniu się w szerszy nurt niepodległościowego oporu przeciw komunizmowi. Powiązanie z ogólnopolską organizacją konspiracyjną, kontakt z Londynem dawałby im z jednej strony zaplecze dla działalności, z drugiej poczucie sensu walki w ramach podziemnego wojska. Liczyli także na pomoc organizacyjną, informacyjną. Potrzebowali rozkazów i wytycznych działania.

Pieczęć „Wiarusów" – III Kompania AK.

Porucznik „Henryk”

Poszukiwali kontaktu z dowództwem istniejących w kraju organizacji konspiracyjnych. W tym celu „Dzielny” zwrócił się o pomoc do Stefanii Kruk ps. "Teściowa". Była to od lat osoba sprawdzona. Miała duży staż konspiracyjny sięgający bliskiej współpracujący z partyzantką „Ognia” jeszcze od czasów Konfederacji Tatrzańskiej, czyli pierwszych lat okupacji niemieckiej. W „terenówce” „Ognia” była również po 1945 roku, kiedy Ludzia był jednym z adiutantów Kurasia.
W maju 1949 roku Kruk przyniosła „Dzielnemu” upragnione informacje: jest szansa na nawiązanie bliskich kontaktów z dużą organizacją konspiracyjną. Tym bardziej że właśnie tworzy ona swoje zaplecze wojskowe i poszukuje kontaktów z jeszcze funkcjonującymi oddziałami zbrojnymi.
Dlatego spotkanie 29 czerwca 1949 roku było w pełni przygotowane przez „Teściową”. W Gorcach nad wsią Waksmund czekał Stanisław Ludzia, Mieczysław Łysek „Grandziarz”, Edward Skurnóg „Szatan” oraz Kazimierz Kolasa. Kruk wraz z siostrą Kolasy Marią po półtoragodzinnym marszu przyprowadziła por. „Henryka” ze sztabu ROAK w Krakowie. Spotkanie spełniło oczekiwania partyzantów. Otrzymali informacje o krajowej siatce konspiracyjnej i łączności z Londynem. Dostali egzemplarze wolnej prasy: podziemnego „Orła Białego” oraz wydawanego w Londynie „Dziennika Żołnierza”.

Oddział "Wiarusy" w 1947 r. –
pierwszy z lewej dowódca Józef Świder "Mściciel", drugi z-ca dowódcy
Dymitr Zasulski "Czarny", za nim Mieczysław Łysek "Grandziarz". Klęczy
od lewej Adam Półtorak "Wicher", N.N.

Nie stawiali warunków. Z miejsca zadeklarowali pełną gotowość podporządkowania się operacyjnego dowództwu Ruchu Oporu AK. Szansa uzyskania statusu oddziału bojowego ROAK oznaczała dla nich zupełnie nowy charakter działalności. „Henryk” przyjął sprawozdanie oddziału. Nakreślił cele i zadania ROAK. Nakazał sporządzić wykaz osób współpracujących z oddziałem oraz zlokalizowanych konfidentów UB w terenie. Ustalone zostały zasady łączności z dowództwem Okręgu w Krakowie.
Kolejne spotkanie odbyło się 2 lipca. „Henryk” wręczył „Wiarusom” kolejne egzemplarze wydawnictw niepodległościowych. Zapowiedział, że dowództwo organizacji bierze pod uwagę przerzut najbardziej zaufanych ludzi na Zachód. Tam mieli przejść profesjonalne przeszkolenie wywiadowczo-dywersyjne, aby, po jego zakończeniu powrócić do kraju.

Dwa dni później za pośrednictwem łączniczki przekazano dla oddziału fundusze, polecenia i instrukcje działania. Już 7 lipca „Henryk” potwierdził gotowość do organizacji przerzutu za granicę. Akcja miała się odbyć przy wykorzystaniu samochodu ambasady angielskiej pod pretekstem przewozu chorych obywateli brytyjskich. Odbyło się także spotkanie ze zwierzchnikiem „Henryka” kpt. „Antonim”. Omówiono dodatkowe szczegóły. Na prośbę dowództwa partyzanci zobowiązali się dopomóc w zamelinowaniu w terenie angielskiej radiostacji.

Przerzut na Zachód

Przygotowano fałszywe dokumenty. Wytypowani do drogi pożegnali się z rodzinami oraz ze Stefanią Kruk, bez której pomocy nie mieliby szans na rozpoczęcie nowego etapu działalności konspiracyjnej. 16 lipca 1949 roku pod osłoną nocy rozpoczęto operację. W pierwszej grupie wyjeżdżał Ludzia, Łysek i Skurnóg. Około godziny 22.15 w umówione miejsce pod drewnianym kościółkiem na Obidowej przy trasie Kraków – Zakopane podjechała sanitarka na brytyjskich numerach rejestracyjnych i angielskim napisem „Brytyjska Pomoc dla Polski. Oddział w Katowicach”. Wszystko przebiegło bez żadnych zakłóceń. Uzbrojeni w broń krótką partyzanci wsiedli do auta. „Henryk” żegnał ich osobiście. Na pamiątkę otrzymał od nich góralską ciupagę.

Jeszcze tej samej nocy okazało się jednak, że samochód nie zmierza w kierunku granicy. Nieprzeczuwający niebezpieczeństwa partyzanci zamiast do bezpiecznej kwatery trafili do… siedziby krakowskiego Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. O tym, że wszyscy zostali oszukani, Ludzia zrozumiał dopiero w budynku, kiedy jego „przewodnik z ROAK”, a w rzeczywistości ubowiec pomyłkowo wprowadził go do innego niż zaplanowany pokój. Ludzia błyskawicznie wyciągnął broń i ostrzeliwując się, próbował uciekać. Jego strzały zaalarmowały dwóch pozostałych kolegów. Podjęli walkę, ale nie mieli szans. Strzelanina nie trwała długo. Wokół nich stali ubowcy z bronią gotową do strzału. Zginęli na miejscu.

Także Ludzia był w matni – lekko ranny, został obezwładniony i skuty kajdankami. Dopiero w śledztwie zrozumiał skalę prowokacji, w której uczestniczył. Zarówno „Henryk”, jak i „Antoni”, byli podstawieni przez UB. „Sztab ROAK”, kontakty z zagranicą i rzekomą organizację wymyślono na potrzeby rozbicia oddziału, do którego UB, mimo zadawanych strat, przez długi czas nie miało dostępu. „Henryk” to w rzeczywistości Marian Strużyński, zdrajca – były żołnierz AK i WiN, a od 1947 roku jeden z najbardziej złowrogich agentów UB. Wewnątrz resortu posługiwał się pseudonimem 7, i już wcześniej miał duże „zasługi” w rozbijaniu struktur Zrzeszenia WiN w powiecie olkuskim. Kpt. „Antoni” to oddelegowany do tej roli funkcjonariusz krakowskiego WUBP por. Leon Niklas. Całą operację koordynowali osobiście niegdysiejsi AL-owcy: zastępca szefa WUBP Franciszek Szlachcic i naczelnik Wydziału III płk. Stanisław Wałach.

Marian Strużyński vel Reniak. Zdrajca i agent UB, sprawca aresztowań i śmierci wielu wybitnych żołnierzy Niepodległościowego Podziemia.

Jednak prawdziwy szok Ludzia musiał przeżyć, kiedy zrozumiał, że agentem zwerbowanym przez UB była także Stefania Kruk. To niewątpliwie jej sumienie w największym stopniu obciążało śmierć kolegów z partyzantki, których świadomie wydała w ręce ubowskich oprawców. Cynicznie i świadomie wykorzystała ich młodość, trudną sytuację, poszukiwania kontaktu ze środowiskami niepodległościowymi i pełne do niej zaufanie.
Ludzia nie wiedział, że Kruk, mimo pięknej karty konspiracyjnej w latach 40., zdradziła swoich kolegów i dowódców jeszcze za życia „Ognia”, w 1946 roku. Ceną było wypuszczenie z więzienia jej syna. Za wolność zapłaciła – już jako TW „Wanda”, „S-21”, później „Konrad” – życiem co najmniej kilkunastu kolegów z partyzantki.

Major „Maciej”

Wydarzenia w WUBP były finałem tylko pierwszego etapu likwidacji „Wiarusów”. Sprawę trzymano w ukryciu, a o kulisach nocnej strzelaniny w WUBP nie wiedział nikt poza UB. Teraz bezpieka zamierzała zlikwidować dalszą część oddziału – pozostałe cztery osoby.

Żołnierze poakowskiego oddziału III kompania AK (ROAK, "Wiarusy", "Znicz")

W dalszym ciągu podtrzymywano pozory funkcjonowania sztabu ROAK. Znowu skorzystano z usług Stefanii Kruk i agenta „7”. Na dzień 26 lipca 1949 roku wyznaczono partyzantom spotkanie z przedstawicielem sztabu ROAK mjr „Maciejem” (jego rolę grał Szlachcic) i grupą ochraniającą radiostację w miejscowości Surówki koło Rabki. W rzeczywistości ową „grupą ochraniającą” byli przebrani ubowcy i żołnierze KBW. Partyzantów poinformowano, że „Dzielny”, „Grandziarz” i „Szatan” bez przeszkód trafili do celu. „Maciej” odebrał od nich meldunki i polecił przejść do specjalnie przygotowanych kwater we wsi. Wszystkich rozlokowano, tak aby w jednym pomieszczeniu na każdych dwóch partyzantów przypadało sześciu ludzi bezpieki. Na umówiony sygnał – hasło „Niech żyje rząd londyński!” – wszyscy rzucili się na partyzantów. Obezwładniono ich bez kłopotu: skuto kajdankami i wywieziono do Krakowa. W ręce UB dostali się Jan Jankowski „Zbieg”, Henryk Machała „Gryf”, Leon Zagata „Złom” i Stanisław Janczyk „Prut”.

Oddział „Wiarusy” przestał istnieć. Przez Podhale przetoczyła się fala aresztowań wśród wszystkich, którzy mieli kontakty z „Wiarusami”. Rozpoczęły się przesłuchania, bicie, wymuszanie zeznań.
Proces przed komunistycznym sądem był już tylko formalnością. Wszyscy – łącznie z Ludzią – zostali skazani na karę śmierci. Wyroki wykonano 12 stycznia 1950 roku.

Stanisław Ludzia ps. "Harnaś". Zdjęcie z aresztu WUBP w Krakowie, wykonane w drugiej połowie 1949 r.

Była to kolejna tego typu akcja UB. W 1949 roku można mówić już
o dużym doświadczeniu resortu w organizacji podobnych „przerzutów partyzanckich”. Wszak już w 1946 roku udało się podczas takiej operacji wymordować stu kilkudziesięciu żołnierzy zgrupowania Henryka Flamego „Bartka”. Zarówno Stefania Kruk, jak i Strużyński w dalszym ciągu wiernie służyli mocodawcom z UB. Ten ostatni pod pseudonimem Marian Reniak publikował w PRL wysokonakładowe „bohaterskie” książki. W wolnej Polsce nikt go nie pociągnął do odpowiedzialności za udział w zbrodniach, a po śmierci w 2004 roku „Gazeta Policyjna” opublikowała nekrolog na temat jego „zasług dla Polski”, zakończony jak na urągowisko: „Cześć Twojej Pamięci, Marianie!”.

Dr Maciej Korkuć, IPN O/Kraków

Powyższy tekst ukazał się pierwotnie w "Rzeczpospolitej" z 19.11.2007 r. W artykule wykorzystano referat Tomasza Gołdyna pt. „Likwidacja oddziału »Wiarusy« w aktach UB” oraz materiały z zasobów archiwalnych krakowskiego Oddziału IPN.

Anglojęzyczna wersja tekstu (na stronie www.doomedsoldiers.com):
“Wiarusy” Underground Partisan Unit – The Firefight at the UB (Polish Secret Police) District Headquarters.>

Strona główna>

Gdzie pochowano „Ognia”? – część 9

Bohaterowie są zmęczeni

W domu Kurasiów bywał ks. prof. Józef Tischner. – Noście pięknie to nazwisko – powiedział kiedyś wnuczkom Józefa Kurasia.

O „Ogniu” i jego żołnierzach pisano – „prostaczki”, „bandyci”, „analfabeci”. Tymczasem wielu z nich miało przedwojenną maturę. Rodzice „ogniowców” byli nauczycielami, urzędnikami, drobnymi przedsiębiorcami, W ich domach nigdy nie brakowało książek. Dzieła Mickiewicza, Sienkiewicza, Żeromskiego stały obok Katechizmu Kościoła Katolickiego i Biblii.


Potomkowie partyzantów z Podhala – Kurasiowie, Świdrowie – podobnie jak ich ojcowie, dziadowie i stryjowie są ludźmi wykształconymi i pracowitymi. Z szacunku wobec przodków, ale też aby udowodnić, że nie byli oni prostakami, bandytami i analfabetami, starają się odnaleźć wszystkie, brakujące puzzle rodzinnej historii. A nade wszystko chcą wiedzieć, co się stało ze szczątkami ich bliskich. Mówią, że nie spodziewali się, iż będzie to tak trudne zadanie. Przyznają, że czasami czują się zmęczeni.

Syn Józefa Kurasia „Ognia” Zbigniew ma obecnie 58 lat i mieszka w Nowym Targu. Razem z żoną Heleną pochodzącą z okolic Makowa Podhalańskiego oraz dwiema córkami: Martą i Ewą, tworzą niezwykle udaną rodzinę. Zajmują część kamienicy w pobliżu nowotarskiego rynku, w której wychowywała się matka Zbyszka Czesława Polaczyk, druga żona majora Kurasia. Jej rodzice, dziadkowie Zbigniewa, prowadzili tu bar. Najstarsi wiekiem mieszkańcy Podhala wspominają ich jako osoby pracowite, zacne, głęboko wierzące.
W barze u państwa Polaczyków można było w czasie okupacji spotkać majora Józefa Kurasia, który po klęsce wrześniowej przystąpił do Konfederacji Tatrzańskiej i pod pseudonimem „Orzeł” walczył z niemieckim okupantem. Wtedy zapewne nie przypuszczał jeszcze, że za kilka lat zostanie zięciem Polaczyków.
Kazimierz Mozdyniewicz, emerytowany kierowca z Nowego Targu, w 1946 roku jako 14-letni chłopak spotkał się twarzą w twarz z „Ogniem” właśnie w barze państwa Polaczyków.
– Był dzień targowy. Mama kazała mi tam szukać ojca – wspomina pan Kazimierz. – Moją uwagę zwrócił wysoki, barczysty mężczyzna oparty o kontuar. Zapytał mnie: – Czego tu szukasz, synku? Powiedziałem, kim jestem i że przyszedłem po ojca. Wtedy ten mężczyzna też się przedstawił, a polem pogładził mnie po głowie swoim potężnym łapskiem i powiedział: – Idź do domu. Twojego taty tutaj nie ma. – Ciężaru jego ręki nie zapomnę do dziś. Potem, gdy już byłem dorosły, dowiedziałem się, o co walczył i jak zginął „Ogień”. Jako mieszkaniec Podhala wiem, że ta postać budziła i budzi kontrowersje. Jednak dla mnie „Ogień” jest bohaterem, patriotą, który walczył o wolną Polskę.
Kazimierz Mozdyniewicz uważa za bardzo prawdopodobną wersję, że szczątki majora Kurasia pogrzebano pod fałszywym nazwiskiem na cmentarzu Rakowickim razem ze zwłokami partyzantów, którzy zginęli w mało znanej historykom akcji w Lasku. Podaje interesujące szczegóły tej operacji, którą rozpracowywał na własną rękę.
– Chciałbym kiedyś zapalić świeczkę na grobie „Ognia” – mówi na zakończenie naszej rozmowy.

Zbigniew Kuraś, syn „Ognia”, ma podobne marzenie, chociaż trudno mu wyartykułować to, co czuje. Nie dlatego, że nie szanuje ojca, ale dlatego, że jego dusza może łkać, a nawet krwawić zraniona, ale o tym będzie wiedział tylko on sam. Nikt postronny. Ten mężczyzna sprawia wrażenie twardego człowieka. Musiał być twardy. W jego życiu nie było miejsca na sentymenty. Przez wiele lat udowadniał przecież, że ma nerwy ze stali.
Bo na legendę majora Józefa Kurasia „Ognia” składa się nie tylko część pełna chwały, ale i ta – gorzka, szeptana, a czasem wykrzyczana w twarz Zbyszkowi. Przy każdej okazji. Nawet wtedy, gdy poznał Helenę, swoją żonę. Był wyraźnie skonfundowany, gdy powtórzyła mu, że koleżanki, dowiedziawszy się, z kim umawia się na randki, zapytały ściszonym i pełnym trwogi głosem, czy wie, że to syn „Ognia”… Wiem. No i co z tego? – taką odpowiedź dała kumom. Później tą samą formułkę powtarzała wielokrotnie. – Dzisiaj jestem dumna z siebie, ze Zbyszka, z naszych córek, że nie załamaliśmy się i przetrwaliśmy ten okres. Jesteśmy wdzięczni dziennikarzom, historykom, pracownikom IPN, że odkrywają coraz to nowe fakty z działalności „Ognia”. Dopiero teraz okazuje się, że ci, którzy sądzili, że ich krewni zginęli z ręki „ogniowców”, byli w błędzie, że to była sprawka milicji i UB – mówi Helena Kurasiowa.

Żona Zbigniewa Kurasia jest nauczycielką. On sam ukończył technikum weterynaryjne. Wielu podhalańskich gospodarzy poznało jego sprawne ręce, zawodowy spryt i otwartą głowę. Dzisiaj zajmuje się prywatnym biznesem – prowadzi kwiaciarnię na parterze kamienicy, której jest współwłaścicielem. Ojciec zapewne byłby z niego dumny. A jeszcze bardziej ze swoich wnuczek. Starsza – Marta to wykapany dziadek. Nie dostała się na medycynę, więc wybrała chemię na UJ. Była bardzo dobrą studentką. Znała języki. W ten sposób zapracowała na studia w Paryżu. Obecnie jest stypendystką rządu francuskiego. Młodsza, Ewa, dziewczyna o artystycznej duszy, absolwentka zakopiańskiego Liceum im. Kenara, również często przebywa za granicą. Ma przyjaciela Holendra, który jest lotnikiem. Z podróży po świecie przywiozła całą masę gadżetów, które są ozdobą urządzonego ze smakiem mieszkania rodziny Kurasiów. Najbardziej wyeksponowane w tym mieszkaniu są pamiątki po „Ogniu” (fotografie, oprawione przez Ewę), książki oraz przedwojenne meble i bibeloty, charakterystyczne dla kultury podhalańskiej.

W domu Kurasiów bywał ks. prof. Józef Tischner. Bardzo lubił Martę i Ewę. Gdy pod koniec życia księdza profesora Kurasiówny odwiedziły go, pożegnał się z nimi, mówiąc – Noście pięknie to nazwisko. Noszą, a nawet obnoszą się z tym nazwiskiem. Są z niego dumne. Tak samo jak ze swojego pochodzenia – polskiego, podhalańskiego. Marta i Ewa Kurasiówny zawsze z zainteresowaniem słuchały opowieści o dziadku. Jeszcze jako małe dziewczynki nie mogły zrozumieć, dlaczego w Święto Zmarłych nie idą do dziadka na cmentarz.
Dlatego wprowadziłem obyczaj rodzinnej wędrówki w tym dniu do lasu, na bacówkę, tam, gdzie była jedna z kryjówek ojca – wspomina Zbyszek Kuraś. – Tam świeciliśmy dziadkowi, znicze. Do bacówki często też chodziłem sam. Po to, aby naładować akumulatory. Pewnego razu na skraju lasu zobaczyłem mglistą postać mężczyzny. Był wysoki i barczysty. Zupełnie jak ojciec z nielicznych, zachowanych do dziś fotografii. Zbyszek Kuraś wierzy, że szczątki jego ojca prędzej czy później zostaną odnalezione. Niechętnie wspomina swoje starania o poznanie tej tajemnicy.
– Wielu ludzi obiecywało pomoc. Czasem było to zwykłe podpuszczanie, innym razem jawna kpina z moich uczuć. Po latach zostawiłem tę sprawę swojemu biegowi. Nadzieje odżyły na początku dekady, gdy IPN rozpoczął śledztwo m.in. w tej sprawie. Dobrze, że wśród tych śledztw są i sprowokowane przez ludzi, którzy uważają, że mój ojciec był przyczyną nieszczęść ich rodziny. Uważam, że wszystkie wątki powinny być dogłębnie wyjaśnione. I ojciec – tam, gdzie jest – i ja – będziemy wtedy spać spokojnie – mówi Zbigniew Kuraś.

Stanisław Świder, 40-letni lekarz ZOZ w Jordanowie, bratanek „Pucuły”, jednego z żołnierzy „Ognia”, jest tego samego zdania, chociaż nazwisko, które nosi, nie budziło na Podhalu większych emocji. Józef Świder ps. „Pucuła”, należał do grupy Ochrony Sztabu i był zastępcą Henryka Głowińskiego, ps. „Groźny”, dowódcy 3 kompanii. Po śmierci Józefa Kurasia w lutym 1947 roku i decyzji Jana Kolasy „Powichra” o ujawnieniu się „ogniowców” Stanisław Świder, który nie pogodził się z tą decyzją, zorganizował oddział partyzancki „Wiarusy” i przyjął pseudonim „Mściciel”.
Władysław Świder, 77-letni dziś brat „Mściciela”, ojciec Stanisława, w lecie 1946 roku został wysłany przez matkę do obozu „ogniowców” na Turbaczu. Miał przekonać brata do kapitulacji. Gdy tam przebywał, obóz został otoczony przez funkcjonariuszy milicji i UB. Jego misja była tym bardziej uzasadniona. Ale, jak się okazało, nadaremna. – Stryjek postawił się ojcu. Powiedział, że nie będzie służył dwóm bogom – przytacza słowa, które usłyszał z rodzinnego przekazu Stanisław Świder, usprawiedliwiając ojca, że będąc w podeszłym wieku, nie wszystko pamięta. Władysław Świder zapamiętał jednak rozpacz matki, gdy dowiedziała się, że jej syn Józek nie zamierza złożyć broni. I chce pomścić „Ognia”, swojego dowódcę. – Widzieliśmy go jeszcze tylko raz, gdy oddział „Wiarusów” przechodził przez Chabówkę. Pomachał nam z daleka. Nie przypuszczaliśmy wówczas, że to będzie pożegnanie – wspomina Władysław Świder.

Józef Świder jako „Mściciel” kontynuował dzieło „Ognia”.

„Mściciel” zginął 18 lutego 1948 roku, niemal dokładnie rok od śmierci „Ognia”. Poległ w potyczce z funkcjonariuszami UB i KBW we wsi Lubień. Władysław Świder miał jechać identyfikować ciało brata. W końcu uznano, że jest za młody. Obowiązek ten powierzono Stefanowi. Od znajomego rodziny dowiedzieli się, że zwłoki leżały najpierw jakiś czas niemal pod płotem; na terenie miejscowej cegielni. Później przewieziono je do siedziby UB w Myślenicach. Tam odbyła się identyfikacja. Podobno były tak zmasakrowane, że Stefan z trudem rozpoznał brata.
– Nasza mama nigdy nie pogodziła się z tym, że Józek zginął. Uczepiła się myśli, że to jednak nie był on. Snuła nawet domysły, że może udało mu się przedostać na Zachód przez zieloną granicę – mówi Władysław Świder. Rodzina „Mściciela” do dzisiaj nie wie, co się stało z jego ciałem. – Ktoś, kto miał jakieś kontakty w UB, doniósł nam, że ciało Józka przewieziono z Myślenic do Krakowa. Być może brat i „Ogień” trafili w to samo miejsce – do prosektorium Akademii Medycznej. Jestem pewien, że nie został po chrześcijańsku pochowany, bo oprawcy z UB nigdy nie przywiązywali wagi do naszej tradycji – dywaguje Władysław Świder.

Dr Stanisław Świder uzupełnia tę dramatyczną, rodzinną historię o szczegóły z ostatniej dekady. Mówi, że gdy tylko przyszła wolność, w lutym 1990 roku rodzina Świdrów, a konkretnie wuj Stefan, zaczęła upominać się o ubeckie akta operacyjne, związane z działalnością „Wiarusów”, łudząc się, że dzięki nim będzie można trafić im trop szczątków wuja Józefa. Stanisław Świder pokazuje pismo ilo archiwów państwowych. Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Krakowie z prośbą o ustalenie okoliczności śmierci i miejsca pochówku Józefa Świdra.
– Wujek Stefan otrzymał lakoniczną odpowiedź, że w aktach byłego Wojskowego Sądu Rejonowego w Krakowie znajduje się tylko szkic sytuacyjny miejsca, gdzie żołnierze KBW stoczyli walkę z oddziałem „Mściciela”. Na szkicu zaznaczono, że tu i tu poległ mój wujek. Z kolei w archiwum WUSW znalazł się zapis o identyfikacji zwłok przez Stefana Świdra. Nigdzie jednak – tak nas poinformowano – nie znaleziono adnotacji o miejscu pochówku „Mściciela” – informuje dr Świder.
W 2001 roku, po powstaniu Instytutu Pamięci Narodowej, wraz z ojcem postanowił kontynuować dzieło Stefana i zainteresować sprawą „Mściciela” Instytut Pamięci Narodowej. – Ojciec przeczytał w prasie, że prof. Witold Kulesza przekazał kombatantom spis 186 miejsc pochówków ofiar aparatu bezpieczeństwa z lat 1944-56. Pomyślałem, że warto upomnieć się o Józka.
Mając obecnie 73 lala i żyjąc w innym kraju niż totalitarny PRL chciałbym chociaż symbolicznie pomodlić się na grobie bliskiego mi brata lub wspólnej mogile, w której spoczywają szczątki doczesne jego i jemu podobnych patriotów – tak Władysław Świder zakończył swój list do IPN, w którym krótko opisał historię „Wiarusów” i „Mściciela”.
Jego syn Stanisław Świder mówi, że byli bardzo rozczarowani odpowiedzią:
– Przedstawiciele IPN w Krakowie radzili nam postępować zgodnie z przyjętą procedurą, wedle której, poszukując miejsca pochówku danej osoby, należy wypełnić odpowiedni kwestionariusz: złożyć go osobiście w IPN, a do niego dołączyć dokumenty potwierdzające śmierć stryja Józefa. Szkopuł w tym, że ubecy nie wystawiali takim jak stryj aktów zgonu. Żadnego zapisu na temat śmierci „Mściciela” nie ma też, co oczywiste, w księgach parafialnych. Dlatego, mimo że wypełniłem wniosek, trzymam go nadal w szufladzie i staram się na własną rękę zbierać wszelkie możliwe informacje o okolicznościach śmierci stryja. Po publikacjach na temat „Ognia” w „Dzienniku” na nowo wstąpiła w nas nadzieja, że być może przy okazji zostanie rozwikłana nasza rodzinna tajemnica – mówi Stanisław Świder.

W stojącym na uboczu Chabówki nowo wzniesionym domu dr. Stanisława Świdra jest pełno książek o historii Polski i regionu podhalańskiego. Są mapy, dokumenty, archiwalne kroniki i fotografie. Materiały na temat „Ognia” oraz jego żołnierzy, w tym „Wiarusów”, zajmują dwa obszerne skoroszyty. Co, oprócz więzi z ojcem i uderzającego podobieństwa do stryja, powoduje, że lekarz internista, mając czas zajęty do ostatniej minuty pracą etatową i dyżurami, poświęca rzadkie wolne chwile na wypełnianie pustych miejsc rodzinnej historii?
Stanisław Świder długo się zastanawia. Wreszcie sięga po jeden z dokumentów. To kserokopia artykułu z „Echa Krakowa” z lutego 1948 roku. Tytuł tej publikacji brzmi: „Koniec bandyckiej epopei »Mściciela«”. – Proszę przeczytać, co pisano wówczas o moim stryju. Nazwano go tutaj bandytą, półgłówkiem, analfabetą. A przecież stryj Władysław miał maturę. Zapewne wyrażał się ładniej po polsku niż niejeden ubek czy milicjant. I w przeciwieństwie do nich na pewno lepiej znał historię swojego kraju – konstatuje Stanisław Świder.
Na zakończenie naszej rozmowy dodaje, że ma nadzieję, iż te zakłamane czasy już nigdy nie powrócą. A jego córka nie będzie narażona na szykany, tak jak rodzice i brat, któremu w latach 70. zablokowano dobrze rozwijającą się karierę.

GRAŻYNA STARZAK, [email protected] , tel: 606-28-58-79
Dziennik Polski, Nr 118 (18214), 21.05.2004

Gdzie pochowano „Ognia”? – 8 < część >10
Gdzie pochowano „Ognia”? – część 1>