WSTRZĄSAJĄCE ODKRYCIE !!!

Przygotowując telewizyjny program dokonano wstrząsającego odkrycia !!!

Wstrząsające odkrycie twórców telewizyjnego programu „Było… nie minęło”. W miejscowości Łabunie Reforma pod Zamościem tropiciele historii odkryli szczątki polskich żołnierzy zamordowanych po II wojnie światowej.

Dziś już wiadomo, że są to szkielety polskich żołnierzy, zamordowanych wiosną 1947 roku. W tej sprawie trwało śledztwo; jeszcze są świadkowie mordu. Jednak historia komunistycznej zbrodni dopiero teraz się wyjaśnia…

W niewielkiej jamie znaleziono szczątki trzech mężczyzn w wieku 25-30 lat.  Przy szczątkach były charakterystyczne przedmioty, które wskazują na to, że zamordowani chcieli, by ktoś zidentyfikował zwłoki. Był to często zaszyty w mundurze lub trzymany w ręku guzik.

W tej sprawie prowadzone było prokuratorskie śledztwo, jednak 18 lat temu zostało umorzone. O tym, że w lesie dochodziło do egzekucji, wiedzieli mieszkańcy miejscowości Łabunie. Do dziś żyją świadkowie tamtych wydarzeń. Historia sprzed 60 lat znów staje się żywa. Zostanie opisana, a szczątki pomordowanych spoczną na gminnym cmentarzu.

To jednak nie koniec. W tym miejscu wciąż trwają badania archeologiczne, pracują historycy oraz ekipa magazynu historycznego „Było… nie minęło”. Nie wiadomo ile takich grobów kryje jeszcze ten las…

Kontakt z autorami programu TVP Lublin "Było… nie minęło":
tel: +48 81 5324291
e-mail: [email protected]

Źródło: TVP Lublin

Strona główna>

Gdzie pochowano "Ognia"? – część 10

Historia w pamięci

Czy archiwa Zakładu Anatomii Collegium Medicum UJ mogą rzucić światło na mroczną tajemnicę?

Co mają do powiedzenia ludzie – jest ich coraz więcej – którzy pod koniec lat 40. i na początku 50. przewijali się przez gmach Zakładu Anatomii Collegium Medicum UJ? Ich opowieści układają się w logiczny ciąg zdarzeń, które mogły poprzedzić sam akt (pochówku?, unicestwienia?) zwłok majora Józefa Kurasia.

Halina Jeżewska, stomatolog z zawodu, jest osobą znaną nie tylko w środowisku kombatantów z Małopolski. Nazwisko pani Haliny oraz jej ojca zapisało się złotymi zgłoskami w historii Wielkiej Brytanii. W krakowskim Muzeum Armii Krajowej są dokumenty poświadczające, iż ojciec i córka .w czasie wojny uchronili od niechybnej śmierci, a na pewno od jenieckiego obozu, brytyjskiego oficera, ukrywając go w swoim domu przed gestapowcami.
Halina Jeżewska przyznaje, że jej ojciec, wywodzący się z rodziny o patriotycznych korzeniach, nigdy nie zaaprobował sowieckich porządków po wojnie. Halina, studiując w latach 1950-54 medycynę w Collegium Medicum UJ, miała więc już ukształtowany kręgosłup ideowy. Jej poglądy różniły się jednak od tych, jakie prezentowali niektórzy koledzy. Przyznaje, że wtedy, gdy była studentką, nie wiedziała jeszcze, kto to był major Józef Kuraś „Ogień” i w jaki sposób walczył z nową władzą. Sylwetkę i losy partyzanta z Podhala poznała dużo później. Jednak dopiero – niedawno, po publikacjach na temat „Ognia” w „Dzienniku Polskim”, przypomniała sobie pewne szczegóły swojej studenckiej edukacji.
– To było bodaj w 1950 lub 1951 roku. Na ten dzień zaplanowany został wykład o mięśniach człowieka. Gdy weszłam na salę wykładową w Zakładzie Anatomii, byłam zszokowana. Podobnie, zresztą jak reszta koleżanek i kolegów. Bo oto na stojącym pod ścianą stelażu zobaczyliśmy rozpięte, jak płótno na blejtramie, ludzkie zwłoki od tyłu. Pamiętam dokładnie, że były odarte ze skóry; tak, aby było widać wszystkie mięśnie. Żuchwę tego nieszczęśnika przytrzymywała opaska. Nie było jednak widać twarzy.

Halina Jeżewska pamięta, że szef katedry – prof. Tadeusz Rogalski, wyjaśniał studentom, że to zwłoki wyjątkowego przestępcy – Niemca, który wiele złego wyrządził Polsce i Polakom. – Swoją mowę profesor zakończył mniej więcej w ten sposób, iż ten człowiek w pełni zasłużył sobie na karę, jaka go spotkała i że przynajmniej po śmierci przysłuży się państwu polskiemu jako eksponat, na którym będą się uczyć studenci – wspomina Halina Jeżewska.
Przypominając sobie tamten wykład, potrafi odtworzyć wiele szczegółów. M.in. ten, że nieboszczyk był ogromnej postury, miał wyjątkowo duże dłonie i stopy. Twierdzi, że nigdy wcześniej nie zastanawiała się, czy prof. Rogalski mówił prawdę.
– Dzisiaj, gdy staram się posklejać te wspomnienia w jedną całość, dochodzę do wniosku, że zwłoki mogły należeć do majora Kurasia „Ognia” – dzieli się swoimi przemyśleniami Halina Jeżewska. – Co prawda, ów wykład wypadł trzy lata po jego śmierci, ale to nie był wielki problem, aby przetrzymać ciało w chłodni lub w formalinie – sugeruje Halina Jeżewska.

Prof. Janina Sokołowska-Pituchowa, która od 1947 roku pracowała i przez ćwierć wieku kierowała Zakładem Anatomii, słuchając wspomnień Haliny Jeżewskiej, kręci głową z niedowierzaniem. Nie przypomina sobie zwłok żadnego Niemca, które mogłyby służyć jako eksponat.
– Owszem, w tamtych latach przywożono do prosektorium osoby z niemieckim obywatelstwem, ale to były kobiety, SS-manki – mówi stanowczo.

Halina Jeżewska upiera się przy swoich wspomnieniach: – Nie tylko dlatego, że mam trochę mniej lat niż pani profesor, ale również z tego powodu, że dokładnie pamiętam, kto z moich ówczesnych kolegów ze studenckiej ławy był na tym wykładzie ze mną. Postaram się odtworzyć nazwiska z pamięci. Jest tylko jeden szkopuł. Jeśli te osoby żyją, mogą mieszkać daleko od Krakowa. Poza tym nie wiem, czy będą chciały się ujawnić lub mówić cokolwiek na temat, który może się wiązać z „Ogniem”. W moich studenckich czasach mieliśmy na roku sporo ludzi związanych z UB i ówczesnym reżimem.Pamiętam takie zdarzenie z 1981 roku. Podczas jakiegoś mityngu, organizowanego przez NSZZ „Solidarność”, spotkałam moją koleżankę ze studiów. Paradowała ze znaczkiem „Solidarności” w kłapie. Uściskałyśmy się serdecznie. I gdy tak plotkowałyśmy, jakaś kobieta, która przyglądała się nam od dłuższego czasu, podeszła do nas i zwracając się w moją stronę powiedziała: – Pani mi wygląda na porządną osobę. Dlatego zastanawiam się, co panią łączy z tą ubecką zdzirą?
Do kogo należały zwłoki rzekomego Niemca, na których Halina Jeżewska uczyła się, jak wygląda układ mięśniowy człowieka? To pytanie pozostaje bez odpowiedzi. Być może do Józefa Kurasia „Ognia”.

Ujawnia się coraz więcej osób, które albo same widziały ciało tego partyzanta w prosektorium, albo ktoś im mówił, że właśnie tam trafiło.
Ojciec Jana Czarskiego tuż po wojnie pracował w jednym z krakowskich przedsiębiorstw, jako ślusarz. Gdyby żył, zostałby zapewne wezwany w charakterze świadka w procesie o zbezczeszczenie zwłok „Ognia”.
– Tato opowiadał mi, że kilka lat po wojnie widział w prosektorium pokawałkowane zwłoki majora Józefa Kurasia. Z opowieści ojca wynikało, że leżały w kamiennym cebrzyku czy też wannie, zalane białawym płynem – opowiada Jan Czarski.
Ta rozmowa odbyła się w latach 60. Pan Jan nie pamięta, skąd jego ojciec wiedział, że to zwłoki „Ognia” i co spowodowało, iż akurat w tamtym momencie wspominał pierwsze, powojenne lata.
– Być może wtedy ukazała się jakaś tendencyjnie napisana książka na temat  partyzantów z Podhala – dywaguje Jan Czarski. Do tej pory nigdy nikomu nie przytaczał słów ojca. Dziś ujawnia swoją z nim rozmowę, bo uważa, że hipoteza o przekazaniu ciała majora Kurasia do ćwiczeń studentom jest wielce prawdopodobna.

Gdzie szukać dowodów na poparcie tej tezy przedstawionej przez całkiem już spore grono świadków?
Dr Krzysztof Szwagrzyk z wrocławskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej sugeruje, że warto poszperać w archiwach Zakładu Anatomii. Sam opisał i udokumentował przypadek ppor. Antoniego Wołyńskiego „Odyńca”, żołnierza VI Wileńskiej Brygady AK, przekazanego przez UB po śmierci w 1948 roku do Zakładu Anatomii Prawidłowej uniwersytetu we Wrocławiu. Zwłoki „Odyńca” przeleżały pól roku w uczelnianej chłodni jako osoba NN (o nieustalonychych personaliach). Później trafiły na stół do prosektorium i służyły studentom do ćwiczeń. Skąpe dane na ten temat zachowały się do dziś w aktach wrocławskiego Zakładu Anatomii. Dr Szwagrzyk opowiada, że wpadł na ten trop przypadkowo w archiwum WUBP we Wrocławiu.
– Szukałem dokumentacji związanej z działalnością oddziału „Odyńca”. Znalazłem opis, jak przygotowywano zasadzkę na niego. Był tam m.in. protokół z przesłuchania „Odyńca”. Następna strona akt zawierała pokwitowanie odbioru zwłok
mężczyzny NN w takim wieku i o takich cechach jak „Odyniec”, podpisane przez jednego z pracowników Zakładu Anatomii. W przypadkowy więc sposób odkryłem, co się stało z jego ciałem. Jestem pewien, że ta karta została celowo tam umieszczona. Szkoda, że nie wiem, przez kogo. Ale dzięki takim anonimowym osobom można rozwikłać wiele zagadek najnowszej historii. Być może w podobny sposób uda się ustalić, co UB zrobił ze zwłokami „Ognia”?

Prof. Janina Sokołowska-Pituchowa rozwiewa te nadzieje. Twierdzi, że odnalezienie pokwitowania odebrania zwłok czy innego śladu w postaci dokumentu z tamtych lat w Zakładzie Anatomii Collegium Medicum UJ jest praktycznie niemożliwe. Podobno w 1981 lub 1982 roku – dokładnie nie pamięta – w budynku, gdzie mieścił się ten zakład, wybuchł pożar. Spaliły się wówczas m.in. dwie duże szafy, w których znajdowała się cała dokumentacja: karty zgonu, przyjęcia i wydania zwłok itp., itd.
– To było ewidentne podpalenie. Prowadzono śledztwo w tej sprawie, ale do dzisiaj nie udało się wykryć sprawcy i ustalić motywów tego czynu – stwierdza prof. Sokołowska-Pituchowa.

Tajemniczy i bardzo wnikliwy Czytelnik naszych publikacji z cyklu „Gdzie pochowano »Ognia«?” (z odręcznego podpisu pod listem trudno wywnioskować, kim jest; przy okazji bardzo proszę o ujawnienie się!) proponuje, aby zbadać dokumentację innych zakładów, gdzie w okresie tużpowojennym trafiały zwłoki rozstrzelanych na podstawie wyroków sądowych. Np. Zakładu Medycyny Sądowej i Anatomii Patologicznej. A także… Miejskich Zakładów Sanitarnych.
Nasz Czytelnik przypomina, że ciało skazanego na śmierć i rozstrzelanego 1 sierpnia 1947 roku Stanisława Lubicz-Wróblewskiego, oskarżonego o zabicie ówczesnego prokuratora Romana Martiniego, przewieziono następnego dnia po wykonaniu wyroku właśnie do Miejskich Zakładów Sanitarnych przy ul. Prądnickiej w Krakowie. Dziś w tym miejscu znajduje się Szpital Specjalistyczny im. Jana Pawła II. Czytelnik, który sądząc po fachowych określeniach, jakich używa, może mieć coś wspólnego z medycyną, analizuje wypowiedzi osób, które tuż po wojnie studiowały na Wydziale Lekarskim UJ, porównując ich wspomnienia z tamtego okresu z własnymi doświadczeniami. Wspomina przy tym luźną, towarzyską rozmowę z jednym z uczestników kursu szkoleniowego w Klinice Ginekologiczno-położniczej w Krakowie w 1963 roku. Ten człowiek opowiadał naszemu Czytelnikowi, że w czasie studiów w latach powojennych na Wydziale Lekarskim UJ podczas ćwiczeń prosektoryjnych w Zakładzie Anatomii widział zwłoki SS-manki z Oświęcimia.

Ta historia dowodzi, że występujący w reportażu pt. „Świadkowie” Franciszek Hapek ma dobrą pamięć. I można mu wierzyć, gdy wspomina, że jako student rok po śmierci „Ognia” widział w prosektorium Zakładu Anatomii zwłoki postawnego mężczyzny, o którym jeden z laborantów mówił, że to jest Józef Kuraś, a na drugim stole ciało kobiety – twierdzi anonimowy Czytelnik.
W opinii Czytelnika warto się rozejrzeć, czy wśród eksponatów Muzeum Anatomicznego Collegium Medium UJ nie ma wycinka ludzkiego ciała z tatuażem w formie pszczółki, zdobiącym, jak utrzymuje inny świadek, dr Roman Kozłowski, zwłoki mężczyzny, o którym nieżyjący już dzisiaj Stanisław Kohman, wówczas asystent w Zakładzie Anatomii, mówił, że to Józef Kuraś „Ogień”.
Czytelnik widział kolekcję tatuaży pochodzących z sekcjonowanych zwłok. Znajduje się ona w Zakładzie Anatomii Akademii Medycznej w Gdańsku.
– Być może podobna jest w Krakowie. To byłaby sensacja i namacalny dowód, że ciało „Ognia” istotnie trafiło na prosektoryjny stół – kończy swój wywód anonimowy Czytelnik.

Jacek Schrott, geodeta z zawodu, od 11 lat mieszkaniec Detroit, proponuje podjąć próbę odszukania miejsca pochówku „Ognia” korzystając z pomocy osób poruszających się w świecie magii i ezoteryki. W jego opinii można wykorzystać nadprzyrodzone zdolności niektórych z nich. Np. kobiety mieszkającej w pobliżu tego amerykańskiego miasta, która będąc w transie, odpowiada na pytania ludzi poszukujących swoich bliskich, zaginionych w tajemniczych okolicznościach.
Podejmuje się również innych zadań. Podczas jednego z seansów grupa obecnych na spotkaniu z medium Polonusów zapytała jasnowidzącą, czy mogłaby powiedzieć, kto przyczynił się do wypadku samolotu, którym leciał gen. Władysław Sikorski. Wiadomo, że wypadek zakończył się śmiercią generała i załogi. Kobieta miała odpowiedzieć, że samolot został uszkodzony przez  byłego adiutanta gen. Sikorskiego z zemsty za odsunięcie go na boczny tor przez tego dowódcę.
Jacek Schrott, Czytelnik „Dziennika Polskiego” z Detroit, zaofiarował się zapytać medium na jednym z najbliższych spotkań, czy potrafiłaby wskazać miejsce pochówku mjr. Józefa Kurasia „Ognia”. Warto wspomnieć, że do pomocy jasnowidzów ucieka się nawet policja. O dwóch spektakularnych przypadkach odnalezienia przez jasnowidza Jackowskiego zwłok, których  bezskutecznie od lat poszukiwano, rozpisywały się kilka lat temu wszystkie gazety.

Dr Krzysztof Szwagrzyk z IPN w Wrocławiu nie ma nic przeciwko temu, aby wykorzystać nadprzyrodzone zdolności niektórych ludzi do poszukiwań miejsca pochówku „Ognia”. Uważa, że warto podejmować jak najszersze działania, aby uzyskać pożądany efekt; wykorzystać każdy trop, również zaproponowany przez jasnowidza. Jednakże w opinii dr. Szwagrzyka, jeśli nie ma innej możliwości uzyskania potrzebnych informacji, jeśli nie istnieją materiały  archiwalne na ten temat, jeśli żyjący do dziś funkcjonariusze UB nie chcą mówić, najskuteczniejszą metodą są apele prasowe do ludzi, którzy żyli w tamtych latach, a którym historia własnego narodu nie była i nie jest obojętna.

Podobnego zdania jest wspomniany anonimowy Czytelnik, który swoje obszerne i ciekawe wynurzenia kończy taką oto konstatacją: To jut ostatni moment, kiedy można ocalić tamte lata od zapomnienia. Dobrze, ze odzywają się ludzie, którzy cokolwiek wiedzą czy pamiętają, bo z ich, czasem drobnych informacji, nanizanych jak paciorki na nitkę, powstaje pewien ciąg wiadomości wchodzących do zbiorowej pamięci społeczeństwa. To był powód, dla którego i ja się odezwałem.

GRAŻYNA STARZAK, [email protected] , tel: 606-28-58-79
Dziennik Polski, Nr 124 (18220), 28.05.2004

Gdzie pochowano „Ognia”? – 9 < część > 11 (1/2)
Gdzie pochowano "Ognia"? – część 1>

Strona główna>

&#8222;WIARUSY&#8221; – Strzelanina w siedzibie UB

Jak likwidowano „Wiarusów”

27 czerwca 1949 roku dowódca oddziału „Wiarusy” Stanisław Ludzia "Dzielny", "Harnaś" oczekiwał na przybycie por. „Henryka” – przedstawiciela sztabu krakowskiego Okręgu Ruchu Oporu Armii Krajowej. Partyzanci od kilku lat tkwili w lesie. UB zadawał im kolejne ciosy, a ich sytuacja była coraz trudniejsza. Była to pozostałość jednego z najaktywniejszych pododdziałów zgrupowania partyzanckiego Józefa Kurasia „Ognia”. Zaklasyfikowana jako 3. Kompania jednostka ta w latach 1945 – 1946 dowodzona była przez chor. Henryka Głowińskiego „Groźnego”. Po jego śmierci w walce z KBW w listopadzie 1946 roku, dowództwo objął pochodzący z Wileńszczyzny plut. Antonii Wąsowicz „Roch”. Śmierć „Ognia” w lutym 1947 roku oznaczała ostateczny rozpad zgrupowania.

Klęczy Dymitr Zasulski "Czarny", przy rkm-ie leży Mieczysława Łysek "Grandziarz".

„Wiarusy”

„Roch” nie zamierzał się ujawnić – kontynuował walkę zbrojną na Podhalu. Od tej pory on, jego podkomendni i następcy używali kolejno nazw: III Kompania AK, „Wiarusy”, „Znicz”.
W maju 1947 roku wraz z dwoma podkomendnymi próbował przez zieloną granicę przedostać się do amerykańskiej strefy w Austrii. Nie udało się. Pod Wiedniem wpadli w ręce NKWD. Po kilkumiesięcznym śledztwie i procesie „Rocha” stracono w więzieniu bezpieki. Po nim oddziałem dowodził Józef Świder „Mściciel”. Jednak już po kilku miesiącach, w lutym 1948 roku zginął w walce z UB w miejscowości Lubień (pod Myślenicami). Kilka dni później poległ w walce z UB jego następca Dymitr Zasulski „Czarny”. Kolejny dowódca Tadeusz Dymel „Srebrny” przetrwał zaledwie do jesieni 1948 roku. 21 października zginął w zasadzce zorganizowanej przez UB w Chabówce koło Rabki. Ludzia został ciężko ranny, ale i tak miał więcej szczęścia: wraz z Edwardem Skurnogiem „Szatanem” zdołali się wymknąć obławie. Zaczął się rok 1949. Po rozprawie z opozycją i utworzeniu PZPR komuniści szybko przystąpili do budowy państwa powszechnego terroru i strachu.

Fotografia Józefa Świdra „Mściciela” zastrzelonego przez UB w walce 14 lutego 1948 r., wraz z opisem sporządzonym przez bezpiekę.

Mimo braku nadziei na rychłe zmiany oddział „Dzielnego” był skazany na dalszą walkę. Partyzanci zdawali sobie sprawę, że teren jest coraz bardziej nasycony konfidentami i informatorami UB. Powrót do zwykłego życia – po kilku latach walki z komunizmem – wcześniej czy później oznaczałby prosty scenariusz: aresztowanie, śledztwo, tortury i pewną śmierć. Oddział mógł przetrwać jedynie w górach i leśnych ostępach.

Dlatego wiosną 1949 roku wracający do zdrowia „Dzielny” i jego podkomendni powrócili po zimie do kwater i obozów ulokowanych na gorczańskich szczytach. Mieli mundury, broń, świetnie znali teren. Wiedzieli jednak, że jako mały oddział nie są w stanie samodzielnie wpłynąć na losy kraju. Tym bardziej zależało im na włączeniu się w szerszy nurt niepodległościowego oporu przeciw komunizmowi. Powiązanie z ogólnopolską organizacją konspiracyjną, kontakt z Londynem dawałby im z jednej strony zaplecze dla działalności, z drugiej poczucie sensu walki w ramach podziemnego wojska. Liczyli także na pomoc organizacyjną, informacyjną. Potrzebowali rozkazów i wytycznych działania.

Pieczęć „Wiarusów" – III Kompania AK.

Porucznik „Henryk”

Poszukiwali kontaktu z dowództwem istniejących w kraju organizacji konspiracyjnych. W tym celu „Dzielny” zwrócił się o pomoc do Stefanii Kruk ps. "Teściowa". Była to od lat osoba sprawdzona. Miała duży staż konspiracyjny sięgający bliskiej współpracujący z partyzantką „Ognia” jeszcze od czasów Konfederacji Tatrzańskiej, czyli pierwszych lat okupacji niemieckiej. W „terenówce” „Ognia” była również po 1945 roku, kiedy Ludzia był jednym z adiutantów Kurasia.
W maju 1949 roku Kruk przyniosła „Dzielnemu” upragnione informacje: jest szansa na nawiązanie bliskich kontaktów z dużą organizacją konspiracyjną. Tym bardziej że właśnie tworzy ona swoje zaplecze wojskowe i poszukuje kontaktów z jeszcze funkcjonującymi oddziałami zbrojnymi.
Dlatego spotkanie 29 czerwca 1949 roku było w pełni przygotowane przez „Teściową”. W Gorcach nad wsią Waksmund czekał Stanisław Ludzia, Mieczysław Łysek „Grandziarz”, Edward Skurnóg „Szatan” oraz Kazimierz Kolasa. Kruk wraz z siostrą Kolasy Marią po półtoragodzinnym marszu przyprowadziła por. „Henryka” ze sztabu ROAK w Krakowie. Spotkanie spełniło oczekiwania partyzantów. Otrzymali informacje o krajowej siatce konspiracyjnej i łączności z Londynem. Dostali egzemplarze wolnej prasy: podziemnego „Orła Białego” oraz wydawanego w Londynie „Dziennika Żołnierza”.

Oddział "Wiarusy" w 1947 r. –
pierwszy z lewej dowódca Józef Świder "Mściciel", drugi z-ca dowódcy
Dymitr Zasulski "Czarny", za nim Mieczysław Łysek "Grandziarz". Klęczy
od lewej Adam Półtorak "Wicher", N.N.

Nie stawiali warunków. Z miejsca zadeklarowali pełną gotowość podporządkowania się operacyjnego dowództwu Ruchu Oporu AK. Szansa uzyskania statusu oddziału bojowego ROAK oznaczała dla nich zupełnie nowy charakter działalności. „Henryk” przyjął sprawozdanie oddziału. Nakreślił cele i zadania ROAK. Nakazał sporządzić wykaz osób współpracujących z oddziałem oraz zlokalizowanych konfidentów UB w terenie. Ustalone zostały zasady łączności z dowództwem Okręgu w Krakowie.
Kolejne spotkanie odbyło się 2 lipca. „Henryk” wręczył „Wiarusom” kolejne egzemplarze wydawnictw niepodległościowych. Zapowiedział, że dowództwo organizacji bierze pod uwagę przerzut najbardziej zaufanych ludzi na Zachód. Tam mieli przejść profesjonalne przeszkolenie wywiadowczo-dywersyjne, aby, po jego zakończeniu powrócić do kraju.

Dwa dni później za pośrednictwem łączniczki przekazano dla oddziału fundusze, polecenia i instrukcje działania. Już 7 lipca „Henryk” potwierdził gotowość do organizacji przerzutu za granicę. Akcja miała się odbyć przy wykorzystaniu samochodu ambasady angielskiej pod pretekstem przewozu chorych obywateli brytyjskich. Odbyło się także spotkanie ze zwierzchnikiem „Henryka” kpt. „Antonim”. Omówiono dodatkowe szczegóły. Na prośbę dowództwa partyzanci zobowiązali się dopomóc w zamelinowaniu w terenie angielskiej radiostacji.

Przerzut na Zachód

Przygotowano fałszywe dokumenty. Wytypowani do drogi pożegnali się z rodzinami oraz ze Stefanią Kruk, bez której pomocy nie mieliby szans na rozpoczęcie nowego etapu działalności konspiracyjnej. 16 lipca 1949 roku pod osłoną nocy rozpoczęto operację. W pierwszej grupie wyjeżdżał Ludzia, Łysek i Skurnóg. Około godziny 22.15 w umówione miejsce pod drewnianym kościółkiem na Obidowej przy trasie Kraków – Zakopane podjechała sanitarka na brytyjskich numerach rejestracyjnych i angielskim napisem „Brytyjska Pomoc dla Polski. Oddział w Katowicach”. Wszystko przebiegło bez żadnych zakłóceń. Uzbrojeni w broń krótką partyzanci wsiedli do auta. „Henryk” żegnał ich osobiście. Na pamiątkę otrzymał od nich góralską ciupagę.

Jeszcze tej samej nocy okazało się jednak, że samochód nie zmierza w kierunku granicy. Nieprzeczuwający niebezpieczeństwa partyzanci zamiast do bezpiecznej kwatery trafili do… siedziby krakowskiego Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. O tym, że wszyscy zostali oszukani, Ludzia zrozumiał dopiero w budynku, kiedy jego „przewodnik z ROAK”, a w rzeczywistości ubowiec pomyłkowo wprowadził go do innego niż zaplanowany pokój. Ludzia błyskawicznie wyciągnął broń i ostrzeliwując się, próbował uciekać. Jego strzały zaalarmowały dwóch pozostałych kolegów. Podjęli walkę, ale nie mieli szans. Strzelanina nie trwała długo. Wokół nich stali ubowcy z bronią gotową do strzału. Zginęli na miejscu.

Także Ludzia był w matni – lekko ranny, został obezwładniony i skuty kajdankami. Dopiero w śledztwie zrozumiał skalę prowokacji, w której uczestniczył. Zarówno „Henryk”, jak i „Antoni”, byli podstawieni przez UB. „Sztab ROAK”, kontakty z zagranicą i rzekomą organizację wymyślono na potrzeby rozbicia oddziału, do którego UB, mimo zadawanych strat, przez długi czas nie miało dostępu. „Henryk” to w rzeczywistości Marian Strużyński, zdrajca – były żołnierz AK i WiN, a od 1947 roku jeden z najbardziej złowrogich agentów UB. Wewnątrz resortu posługiwał się pseudonimem 7, i już wcześniej miał duże „zasługi” w rozbijaniu struktur Zrzeszenia WiN w powiecie olkuskim. Kpt. „Antoni” to oddelegowany do tej roli funkcjonariusz krakowskiego WUBP por. Leon Niklas. Całą operację koordynowali osobiście niegdysiejsi AL-owcy: zastępca szefa WUBP Franciszek Szlachcic i naczelnik Wydziału III płk. Stanisław Wałach.

Marian Strużyński vel Reniak. Zdrajca i agent UB, sprawca aresztowań i śmierci wielu wybitnych żołnierzy Niepodległościowego Podziemia.

Jednak prawdziwy szok Ludzia musiał przeżyć, kiedy zrozumiał, że agentem zwerbowanym przez UB była także Stefania Kruk. To niewątpliwie jej sumienie w największym stopniu obciążało śmierć kolegów z partyzantki, których świadomie wydała w ręce ubowskich oprawców. Cynicznie i świadomie wykorzystała ich młodość, trudną sytuację, poszukiwania kontaktu ze środowiskami niepodległościowymi i pełne do niej zaufanie.
Ludzia nie wiedział, że Kruk, mimo pięknej karty konspiracyjnej w latach 40., zdradziła swoich kolegów i dowódców jeszcze za życia „Ognia”, w 1946 roku. Ceną było wypuszczenie z więzienia jej syna. Za wolność zapłaciła – już jako TW „Wanda”, „S-21”, później „Konrad” – życiem co najmniej kilkunastu kolegów z partyzantki.

Major „Maciej”

Wydarzenia w WUBP były finałem tylko pierwszego etapu likwidacji „Wiarusów”. Sprawę trzymano w ukryciu, a o kulisach nocnej strzelaniny w WUBP nie wiedział nikt poza UB. Teraz bezpieka zamierzała zlikwidować dalszą część oddziału – pozostałe cztery osoby.

Żołnierze poakowskiego oddziału III kompania AK (ROAK, "Wiarusy", "Znicz")

W dalszym ciągu podtrzymywano pozory funkcjonowania sztabu ROAK. Znowu skorzystano z usług Stefanii Kruk i agenta „7”. Na dzień 26 lipca 1949 roku wyznaczono partyzantom spotkanie z przedstawicielem sztabu ROAK mjr „Maciejem” (jego rolę grał Szlachcic) i grupą ochraniającą radiostację w miejscowości Surówki koło Rabki. W rzeczywistości ową „grupą ochraniającą” byli przebrani ubowcy i żołnierze KBW. Partyzantów poinformowano, że „Dzielny”, „Grandziarz” i „Szatan” bez przeszkód trafili do celu. „Maciej” odebrał od nich meldunki i polecił przejść do specjalnie przygotowanych kwater we wsi. Wszystkich rozlokowano, tak aby w jednym pomieszczeniu na każdych dwóch partyzantów przypadało sześciu ludzi bezpieki. Na umówiony sygnał – hasło „Niech żyje rząd londyński!” – wszyscy rzucili się na partyzantów. Obezwładniono ich bez kłopotu: skuto kajdankami i wywieziono do Krakowa. W ręce UB dostali się Jan Jankowski „Zbieg”, Henryk Machała „Gryf”, Leon Zagata „Złom” i Stanisław Janczyk „Prut”.

Oddział „Wiarusy” przestał istnieć. Przez Podhale przetoczyła się fala aresztowań wśród wszystkich, którzy mieli kontakty z „Wiarusami”. Rozpoczęły się przesłuchania, bicie, wymuszanie zeznań.
Proces przed komunistycznym sądem był już tylko formalnością. Wszyscy – łącznie z Ludzią – zostali skazani na karę śmierci. Wyroki wykonano 12 stycznia 1950 roku.

Stanisław Ludzia ps. "Harnaś". Zdjęcie z aresztu WUBP w Krakowie, wykonane w drugiej połowie 1949 r.

Była to kolejna tego typu akcja UB. W 1949 roku można mówić już
o dużym doświadczeniu resortu w organizacji podobnych „przerzutów partyzanckich”. Wszak już w 1946 roku udało się podczas takiej operacji wymordować stu kilkudziesięciu żołnierzy zgrupowania Henryka Flamego „Bartka”. Zarówno Stefania Kruk, jak i Strużyński w dalszym ciągu wiernie służyli mocodawcom z UB. Ten ostatni pod pseudonimem Marian Reniak publikował w PRL wysokonakładowe „bohaterskie” książki. W wolnej Polsce nikt go nie pociągnął do odpowiedzialności za udział w zbrodniach, a po śmierci w 2004 roku „Gazeta Policyjna” opublikowała nekrolog na temat jego „zasług dla Polski”, zakończony jak na urągowisko: „Cześć Twojej Pamięci, Marianie!”.

Dr Maciej Korkuć, IPN O/Kraków

Powyższy tekst ukazał się pierwotnie w "Rzeczpospolitej" z 19.11.2007 r. W artykule wykorzystano referat Tomasza Gołdyna pt. „Likwidacja oddziału »Wiarusy« w aktach UB” oraz materiały z zasobów archiwalnych krakowskiego Oddziału IPN.

Anglojęzyczna wersja tekstu (na stronie www.doomedsoldiers.com):
“Wiarusy” Underground Partisan Unit – The Firefight at the UB (Polish Secret Police) District Headquarters.>

Strona główna>