61 rocznica śmierci por. "Ordona"

61 rocznica śmierci por. cz.w. Józefa Struga ps. "Ordon"

Por. cz.w. Józef Strug ps. "Ordon" (1919-1947).

61 lat temu, 30 lipca 1947 r., osaczony przez obławę UB-KBW zginął w walce por. cz.w. Józef Strug ps. "Ordon",  jeden z dowódców oddziałów partyzanckich podległych Komendzie Obwodu WiN Włodawa.
Jego kilkunastoosobowa grupa ściśle współdziałała z oddziałami kpt. Zdzisława Brońskiego "Uskoka" i Leona Taraszkiewicza "Jastrzębia", będąc współuczestnikiem najbardziej spektakularnych działań tych dowódców.

Z okazji tej smutnej rocznicy zapraszam do lektury nowego artykułu poświęconemu temu dowódcy, który znajduje się w kategorii: "JASTRZĄB" i "ŻELAZNY" – OBWÓD WiN WŁODAWA, pt. Por. cz.w. Józef Strug ps. „Ordon” (1919 – 1947)>

GLORIA VICTIS !!!

Strona główna>

Por. cz.w. Józef Strug ps. „Ordon” – część 1

Por. cz.w. Józef Strug ps. „Ordon” (1919-1947)


Por. cz.w. Józef Strug ps. „Ordon”.

Józef Strug urodził się 4 marca 1919 w Wyhalewie (woj. lubelskie, obecnie pow. parczewski, gm. Dębowa Kłoda). Był synem legionisty. Ukończył szkołę handlową w Parczewie. Z powodu niedowagi ciała nie został powołany do czynnej służby wojskowej, przez co nie uczestniczył w kampanii wrześniowej. Jednak mimo tego już w 1940 roku zostaje zaprzysiężony w ZWZ, w plutonie pchor. Mikołaja Moniuka. W 1942 roku przechodzi pod komendę kpt. Józefa Milerta „Sępa”, późniejszego Komendant Obwodu AK Włodawa.

W 1940 roku został aresztowany przez policję ukraińską w Krzywowierzbie, lecz udało mu się zbiec z aresztu. W 1941 roku został ponownie aresztowany lecz tym razem już przez gestapo. Został wtedy osadzony na Zamku w Lublinie. Po około pięciu miesiącach, dzięki  łapówce udaje mu się opuścić niemiecką katownię. Wraca wtedy do Urszulina, gdzie na polecenie dowódcy i po specjalnym zaprzysiężeniu w Załuczu Starym w obecności sołtysa – członka AK – Alfonsa Dudkiewicza podejmuje pracę w policji granatowej. Potrzebne to było przede wszystkim do informowania organizacji o planowanych akcjach okupanta w terenie, ostrzeganiu przed donosami konfidentów, składanych na posterunku w Urszulinie.
Dzięki jednej z takich informacji pochodzącej od „Ordona”, zorganizowano akcję odbicia kilkunastu aresztowanych przez gestapo i transportowanych do Włodawy członków miejscowej konspiracji. Na podstawie jego meldunku urządzono zasadzkę  między Wytycznem a Dominiczynem, gdzie po sprawnej akcji zabito kilku Niemców i uwolniono więźniów.

Czwórka funkcjonariuszy z pięcioosobowej załogi posterunku policji granatowej w Urszulinie (pow. Włodawa). Wszyscy współpracowali z AK. Pierwszy z prawej stoi Józef Strug „Ordon”.

Po wojnie praca w policji granatowej była dostatecznym dowodem  do oskarżenia  jej funkcjonariuszy o współpracę z Niemcami, co nie ominęło również „Ordona”. Jednak praca w policji granatowej dla Józefa Struga miała też pozytywną stronę. Tutaj poznał swoją przyszłą małżonkę Salwinę Tomaszewską. Mieszkała w małej podlubelskiej wiosce i tam kpt. Józef Milert „Sęp”, wybrał ją na łączniczkę. Gdy załatwiono jej dokument, że zbiera lecznicze zioła, mogła się poruszać po całym województwie. W 1942 roku posłano ją do komisariatu w Urszulinie. „Sęp” poinstruował ją, że w komendzie podejdzie do niej cywil i po odebraniu przepustki wyjdzie za nią z budynku.
– Był wysokim, piwnookim blondynem, grzecznym i delikatnym. Nazywał się Józef Strug. Przyszłam do „Sępa”, składam meldunek: Ten śliczny chłopak podał mi paczkę papierosów, którą panu oddaję. A „Sęp” zaczął się śmiać – opowiada Salwina Strug. Po kilku dniach wydał polecenie spotkania się z tym chłopakiem ponownie. I tak się między nimi zaczęło…

Salwina Strug z synkiem Wiesławem, w pierwszą rocznicę śmierci męża. Braniewo 1948 r.

„Ordon” zagrożony aresztowaniem przez Niemców, zostaje pod koniec 1943 roku odwołany z misji przez kpt. „Sępa”. Dla uniknięcia represji wobec rodziny zaimprowizowano jego uprowadzenie i likwidację.  Od początku 1944 r. pełni funkcję zastępcy komendanta placówki Armii Krajowej w Załuczu.

Po wkroczeniu wojsk sowieckich na Lubelszczyznę i po wcześniejszym, podstępnym zamordowaniu 23.02.1944 r. w Załuczu Starym, przez sowieckich partyzantów z pododdziału lejtnanta Władimira Mojsenki „Wołodii”, kpt. Józefa Milerta „Sępa”, „Ordon” nie ma wątpliwości co do intencji nowych władz.
Nadal działa w strukturach Armii Krajowej, podporządkowany komendantowi rejonu por. Klemensowi Panasiukowi ps. „Orlis”. Jak większość żołnierzy AK prowadzi działania o charakterze samoobrony przed terrorem Sowietów i nowo organizowanego rodzimego aparatu represji.
13 listopada 1944 r. w okolicach wsi Babsk „Ordon” organizuje zasadzkę, w którą wpada jadąca na aresztowania grupa milicjantów z Wytyczna, wraz z tamtejszym Komendantem Wojennym Armii Czerwonej. Pod silnym ogniem broni maszynowej ginie 7 milicjantów i dowodzący nimi Sowiet. Wg relacji świadka tej akcji, żołnierza placówki AK w Sosnowicy –  Józefa Kujawskiego, po walce partyzanci zlikwidowali jednego z furmanów; drugiego puszczono wolno.

Okolice wsi Babsk w pow. włodawskim. Obelisk z „minionej epoki” poświęcony poległym milicjantom i Komendantowi Wojennemu NKWD, stojący w miejscu zasadzki zorganizowanej na grupę operacyjną M.O. przez oddział „Ordona”. Na pomniku widoczne ślady ciągle silnej pamięci lokalnej o „utrwalaczach władzy ludowej”.

W terenie coraz bardziej nasilają się obławy NKWD i UB. Kilka oddziałów AK zostają otoczone i rozbite. „Ordon” pozostaje w ukryciu mimo oficjalnego rozkazu ujawnienia i rozwiązania lokalnych struktur Armii Krajowej. Z biegiem czasu zaczynają do niego dołączać zagrożeni  aresztowaniem byli akowcy, a także dezerterzy Ludowego Wojska Polskiego.
W pierwszej połowie 1945 r. oddział „Ordona” rozrasta się do kilkudziesięciu ludzi, z którymi nadal przeciwstawia się nowym okupantom. W sprawozdaniu z sierpnia 1945 r. kierownik Wydziału do Walki z Bandytyzmem WUBP w Lublinie do kierownika tegoż urzędu pisał m.in. tak o „stanie band na dzień 20 VIII 1945 r. w powiecie Włodawskim„:
„Banda AK licząca 40-50 członków pod dow[ództwem] Struga w rejonie Górny Parczew. Sztab bandy kwateruje w lesie parczewskim, urządza napady na przedstawicieli władzy i mieszkańców wsi i miast w celu grabieży”.

W oddziale „Ordona”, w połowie 1945 r., znalazł się na krótko (po powrocie z robót w Niemczech) Edward Taraszkiewicz  „Żelazny”, późniejszy dowódca oddziału partyzanckiego Obwodu WiN Włodawa, który zastąpi swojego brata Leona Taraszkiewicza „Jastrzębia”, poległego 3 stycznia 1947 roku w Siemieniu. „Ordona” i „Żelaznego” łączyć będzie nie tylko ścisła współpraca, ale także przyjaźń.

22 kwietnia 1946 r. Salwina Tomaszewska i Józef Strug pobrali się… po trzeciej próbie. Przedtem, po ogłoszonych zapowiedziach, we wskazanym terminie w kościele dyskretnie pojawiał się UB. Uroczystość zaplanowali więc w kaplicy.
– Przy moim mężu zgasła świeca. Krzyknęłam „o Jezu!”. Ksiądz uspokajał: „bez paniki, to przewiew”. Ale tamto wspomnienie idzie za mną przez całe życie – opowiada żona „Ordona”.
Salwina Strug ukrywała się z mężem po domach zaufanych gospodarzy na terenie powiatu włodawskiego.
„Ordon” był jednym z najbardziej poszukiwanych przez UB żołnierzy WiN.
– Gdy się dowiedziałam, że jestem w błogosławionym stanie, byłam szczęśliwa. Myślałam, że nie zostanę już sama. Mąż jak gdzieś wychodził, zawsze się żegnał: Boże, pozwól mi wrócić – opowiada. Ich syn Wiesław Aleksander urodził się 2 lutego 1947 r. Ujawniła się 18 kwietnia w UB w Chełmie Lubelskim. Potem kategorycznie odmawiała pomocy w „ujawnieniu się” męża.

A walka toczyła się nadal… Największą wspólną akcją połączonych oddziałów „Jastrzębia” i „Ordona” było rozbicie Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego we Włodawie w dniu 22 października 1946 roku. W swojej kronice „Żelazny” podaje, że z oddziału „Ordona” w akcji wzięli: Stanisław Falkiewicz „Ryś”, Ignacy Falkiewicz „Mewa”, Stanisław Marciniak „Niewinny”, Józef Domański „Łukasz”, Eugeniusz Lis „Bystry”, Serafin Kamilewicz „Wydra”, Henryk Budzyński „Błysk”, Wacław Lis „Biały”, Józef Strug „Ordon”.
„Ordon” brał także udział w nieudanej wyprawie na magazyny broni i amunicji KOP-Wschód w Chełmie. Wraz z oddziałami „Jastrzębia” i kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka”, jadąc do Chełma natknęli się w okolicy Świerszczowa na kolumnę samochodów, podążającej do Włodawy grupy operacyjnej UB i KBW,  z którą stoczyli walkę, tracąc jednego zabitego.

Oddział Józefa Struga „Ordona” początkowo był podporządkowany dowództwu Obwodu WiN Włodawa, co znaczyło, że formalnie znajdował się pod zwierzchnictwem komendanta Obwodu kpt. Zygmunta Szumowskiego „Komara” i jego zastępcy por. Klemensa Panasiuka „Orlisa”. Jednak obaj komendanci traktowali oddział „Ordona” dość utylitarnie. Miał on jedynie prowadzić rekwizycje w celu zasilania kasy Obwodu. To stało się powodem narastania konfliktu „Ordona” z komendantem obwodu Włodawskiego WiN. „Ordon” zaczął się wyłamywać spod jurysdykcji obu przełozonych za co został podstępnie rozbrojony na rozkaz  „Orlisa”. O zdarzeniu tym w swoich dziennikach tak pisze Edward Taraszkiewicz „Żelazny”:
„We wrześniu 46 roku dowiedzieliśmy się, że „Orlis” rozbroił „Ordona” przy pomocy „Batorego” [Antoni Choma]. Krok ten uczynił „Orlis” dlatego, że „Ordon” nie chciał się już dawać więcej wykorzystywać. Zrobił wówczas „Orlis” „Batorego” komendantem żandarmerii, nadał mu od razu stopień „podporucznika” i kazał rozbroić „Ordona” korzystając z tego, że tenże był sam u swojej żony, a oddział był akurat rozmelinowany. Mając przystawiony pistolet do piersi, nie miał „Ordon” innej rady i musiał tę broń, którą sam wywalczył lub wykombinował czy też kupił, oddać i basta. Dowiedziawszy się o tem, pojechałem z poleceniem „Jastrzębia” do „Ordona” przekazując mu nasze serdeczne współczucie oraz chęć udzieleniami pomocy w ludziach i broni. „Ordon” się tem bardzo ucieszył, czując gdzie ma naprawdę szczerych przyjaciół. Przybył on zaraz do naszego oddziału z paroma ludźmi i „Jastrząb” polecił wydać mu na razie 2 „Dichtiory” oraz kilka sztuk innej broni. Na skutek tego „Ordon” postawił energicznie na nogi swój oddział, którego już do końca nie rozpuszcza. Na spotkaniu tem postanowiliśmy sobie wzajemnie pomagać w każdej biedzie i w każdej potrzebie.”
Według współczesnej relacji Henryka Budzyńskiego „Błyska”, do utworzonej przez „Orlisa” żandarmerii dowodzonej przez ppor. Antoniego Chomę „Batorego” odeszli z oddziału „Ordona”: Józef Kowalski „Wierzba”, Józef Domański „Paweł”, Henryk Bobrzyk „Kostek” oraz nieznany mu czwarty żołnierz.

Por. cz.w. Józef Strug ps. „Ordon” – część 2>
Strona główna>

Por. cz.w. Józef Strug ps. „Ordon” – część 2

Inaczej zaistniałą …

Inaczej zaistniałą sytuację opisuje dzisiaj Salwina Strug „Ewa”, żona „Ordona”:
„O rozbrojeniu męża „Orlis” nic nie wiedział! Była to samowolna decyzja „Batorego” w porozumieniu z „Jastrzębiem”. Cel? Usunięcie „Ordona” z terenu. Przykre, ale prawdziwe. Po drugie, „Batory” zabrał mężowi tylko pistolet. Mąż oddał  mu też rakietnicę i maszynę do pisania, te same, które w 1951 roku UB zabrał od Romana Dobrowolskiego. Po trzecie, gdyby zabrał nawet jakąś inną broń, to nasz oddział miał jej wówczas jeszcze tyle, że mógł uzbroić po zęby drugi taki oddział, a nie prosić o nią „Jastrzębia”. Po czwarte, rozbrojenie męża miało następujący przebieg:
Batory wszedł i powiada:
– Józek. Mam rozkaz rozbrojenia Ciebie!
Mąż nie był specjalnie zaskoczony. Wyjął pistolet i oddając go „Batoremu”, powiedział:
– W zębach go przyniesiesz!
I tak się stało. Po dwóch dniach przybył do nas „Burza” Nikodem Krzyżanowski, pełniący wówczas funkcję sekretarza komendanta obwodu – „Komara” [Zygmunta Szumowskiego] a jednocześnie kwatermistrza obwodu. Nie wiem, czy oddał z polecenia „Komara”, to już nie jest takie ważne.”

Fragmenty powyższej relacji budzą jednak spore wątpliwości, przede wszystkim ze względu na fakt, że „Jastrząb” nie miałby żadnych powodów do usunięcia „Ordona” ze swojego terenu. Poza tym  późniejsza współpraca i przyjaźń łącząca „Ordona” z „Jastrzębiem” i jego bratem, potwierdzają wersję podawaną w kronikach przez „Żelaznego”. Najprawdopodobniej „Orlis” podjął decyzję o rozbrojeniu „Ordona” samowolnie, bez porozumienia z Komendantem Obwodu. Po wyjaśnieniu sprawy mogło to w efekcie skutkować rozkazem Z. Szumowskiego „Komara” o zwróceniu broni „Ordonowi”, jednak od tej pory Józef Strug zaczął bardziej czuć się podkomendnym kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka” niż dowódców Obwodu WiN Włodawa.

W styczniu 1947 roku dochodzi do – najprawdopodobniej przypadkowej – likwidacji przez  oddział „Ordona” ppor. Antoniego Chomy „Batorego”. Henryk Budzyński „Błysk” w swojej relacji podaje taki oto przebieg zdarzeń:
„Z  początkiem stycznia 1947 roku udaliśmy się saniami do wsi Rozpłucie w składzie całego oddziału: „Ordon”, „Błysk”, Stanisław Marciniak „Niewinny”, „Wydra” [Serafin Kamilewicz], Falkiewicz ps. „Ryś” i jego brat „Mewa” z Dratowa, „Niedźwiedź” (którego odbiliśmy w ataku na UB  we Włodawie) oraz „Równy” pochodzący z Józefina, gm. Cyców.
Zatrzymując się przy jednym z budynków zauważyłem, że ktoś wyskoczył i ucieka. „Ordon” będąc przy mnie blisko nie wydawał żadnego rozkazu do strzelania, co chcę stanowczo podkreślić. Tymczasem Falkiewicz ps. „Ryś” zza węgła domu posłał uciekającemu serię z LKM  zabijając „Batorego”, dowódcę żandarmerii. Po zabiciu „Batorego”, dołącza do nas Kowalski ps. „Wierzba”, Domański ps. „Paweł”, a „Kostek” został rozbrojony i już nie wrócił do oddziału.”
Antoni Choma „Batory” został pochowany na cmentarzu w Woli Wereszczyńskiej (pow. Włodawa). Na tablicy nagrobnej figuruje informacja, że zginał  31 stycznia 1947 roku.

Grób Antoniego Chomy na cmentarzu w Woli Wereszczyńskiej.

W celu rozpracowania grupy kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka” i Józefa Struga „Ordona” PUBP w Lubartowie założyło sprawę obiektową „Eskadra”. Urząd Bezpieczeństwa zaczął coraz intensywniej poszukiwać pozostałych w konspiracji żołnierzy, którzy mimo ogłoszonej amnestii pozostali w lesie i prowadzili dalszą walkę. Nie ujawnił się także „Ordon”, który wiedział, że za dotychczasową działalność z pewnością dostanie karę śmierci.
W raporcie z dnia 22 III 1947 r. złożonym przez pracowników Wydz. III Sekc. I WUBP Lublin Mieczysława Hajduka i Tadeusza Szafranka do Naczelnika Wydz. III WUBP w Lublinie, pisali oni m.in.:
[…] Dowiedziano się od w/w brata, że „Ordon” dostał od „Zapory” broń 2 RKM, 1 TPR. W trakcie rozmowy z żoną „Ordona” oznajmiła nam, że mąż z konspiracji nie wyjdzie, bo otrzymał rozkaz od „Zapory”, bo gdy wyjdzie z konspiracji będzie rozstrzelony i z tego powodu „Ordon” zabrania kategorycznie wyjścia z konspiracji swoim członkom oddziału.”

Stoją od prawej: Józef Strug „Ordon”, Ludwik Szmydke „Czarny Jurek”, Jan Belcarz „Dżym”. Kwiecień/maj 1947 r.

Pierwszą poważną zasadzkę na „Ordona” zorganizowano 18 marca 1947 roku we wsi Nadrybie. W gospodarstwie Jana Sacawy przebywała wówczas żona Józefa Struga, Salwina, która ciężko chora została tam przewieziona 5 marca i gdzie po krótkim czasie w dniu 7 marca urodziła syna. Obława w składzie: 3 pracowników WUBP i 15 żołnierzy KBW założyło w domu Sacawy zasadzkę w nocy 18 marca 1947 roku. Spodziewano się przybycia samego „Ordona”, gdyż dnia następnego miały się odbyć jego imieniny i zarazem chrzciny syna. Już od rana w założony kocioł zaczęli wpadać kolejni goście, którzy przybyli z życzeniami dla solenizanta. Prawdopodobnie powiadomiony o zasadzce w domu Sacawy, „Ordon” nie przyszedł. Po 2 dniach pracownicy resortu wypuścili zatrzymane osoby i pozorując odejście ukryli się w sąsiedztwie spodziewając się, że „Ordon” się zjawi. Po całonocnym oczekiwaniu oddział WBW wycofał się do Cycowa skąd powrócił do Lublina. Pracownicy WUBP uczestniczący w zasadzce dowiedzieli się, że nieopodal melinowały oddziały „Wiktora” – Stanisława Kuchcewicza i około 300 metrów od zasadzki oddział „Ordona”. W kocioł wpadło 8 osób i 4 dzieci.

27 czerwca 1947 roku na skutek donosu mieszkańca wsi Turowola zostali zabici przez grupę operacyjną KBW i funkcjonariuszy PUBP w Lubartowie trzej żołnierze z pododdziału „Wiktora”: Kazimierz Karpik „Czarny”, Józef Król „Maryś”, Stanisław Lis „Korzeń”/”Stach”. „Wiktor” postanowił szybko ukarać winnych tragedii, a ponadto postanowił wykonać wyroki na innych mieszkańcach podejrzewanych o współpracę z UB. Puchaczów był uważany za wieś silnie skomunizowaną i aktywnie współpracującą z władzą ludową. Z pomocą oddziałów „Ordona” i „Żelaznego”, w no
cy z 2/3 lipca 1947 roku dokonał likwidacji 21 osób, które według informatora szczególnie szkodziły ukrywającym się w podziemiu partyzantom. Akcja ta doprowadziła do poważnego zwiększenia aktywności pracy operacyjnej UB. Ujęcie sprawców likwidacji w Puchaczowie stało się priorytetem dla grup operacyjnych WBW działających w terenie.

Od lewej: kpt. Zdzisław Broński „Uskok” i Stanisław Kuchcewicz „Wiktor”.

Grupa operacyjna złożona z funkcjonariuszy WBW w Lublinie dość szybko ustaliła, że akcja „Wiktora” przygotowana została od strony wywiadowczej przez Bogumiła Korniaka, który został aresztowany już 7 lipca. Zeznał on w śledztwie, że otrzymał od „Wiktora” polecenie ustalenia kto wydał żołnierzy którzy ukrywali się w Turowoli oraz wszystkich członków i sympatyków PPR z terenu Puchaczowa.
6 lipca 1947 roku na polecenie ministra Stanisława Radkiewicza przeciw patrolom „Uskoka” na terenie powiatów lubartowskiego i włodawskiego rzucono siły liczące 486 ludzi, podzielonych na dwie grupy operacyjne o kryptonimach „Wieprz” i „Świnka” (od nazw miejscowych rzek). Działalność jednostek KBW nadzorował mjr Kozan, natomiast funkcjonariuszy UBP – szef WUBP w Lublinie mjr Jan Tataj. Ich jedynym „sukcesem” było przeprowadzenie sześciu operacji, w toku których zatrzymano 22 osoby (8 spośród nich przekazano do prokuratury, 5 do PUBP, zwolniono z powodu braku materiałów 8 i „zwolniono operatywnie” 10).

27 lipca 1947 roku agent o kryptonimie „Lis” doniósł, że „banda” Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego” i „Ordona” przebywa w zagajniku koło wsi Lipniak w gminie Wola Wereszczyńska. Przeprowadzona natychmiast operacja nie przyniosła rezultatu, gdyż jedna z grup z 5 PAL przepuściła  4 żołnierzy podziemia.
Szczególnie cenne, i jak się okazało brzemienne w skutkach doniesienie zostało otrzymane od agenta o kryptonimie „Sołtys”. Doniósł on bowiem, że żołnierz z oddziału „Ordona” – Ludwik Szmydke „Czarny Jurek” jest narzeczonym Wandy Łukasiewicz – córki nauczycielki ze wsi Pieszowola, którą często odwiedza. Funkcjonariusze UB założyli w szkole kocioł, w który 29 lipca 1947 roku wpadł „Czarny Jurek”. Po błyskawicznym i prawdopodobnie niezwykle brutalnym śledztwie udało się UB wydobyć od niego miejsce pobytu „Ordona”, które znajdowało się w lesie obok kolonii Sęków, pow. Włodawa.  30 lipca przeprowadzona została operacja, w trakcie której jednostki KBW natknęły się na 3 partyzantów, w tym dowódcę grupy Józefa Struga „Ordona”. Podczas wymiany strzałów zabity został „Ordon”, a dwaj jego podkomendni zdołali się przebić przez pierścień obławy.

Kwiecień/pierwsza dekada maja 1947 r. Od lewej: Ludwik Szmydke „Czarny Jurek”, Stanisław Falkiewicz „Ryś”, Marian Puchacz „Kubuś” († 18 V 1947 r.), Eugeniusz Arasimowicz „Mongoł”, Józef Strug „Ordon”. Poniżej: Jan Belcarz „Dżym” († 18 V 1947 r.), leży: Czesław Jabłoński „Bąk” († 18 V 1947 r.).


Na podstawie zeznań Ludwika Szmydke zostali również aresztowani współpracujący z grupą mieszkańcy wsi Sęków: Lucjan Flisiuk, Stanisław Wesołowski, Konstanty Arasimowicz i żołnierz z grupy „Ordona” – Witold Matuszak.
Żona „Ordona” Salwina Strug również w tym czasie była aresztowana i przebywała w areszcie, który znajdował się w szkole w Puchaczowie. Wydał ją kuzyn z UB, do którego udała się po schronienie. Trzymano ją tam dwa tygodnie, prowadząc polowanie na męża. Strażnicy zostawiali jej grypsy z informacjami, że już są na tropie, z datą akcji. Przez okno patrzyła bezradnie, jak wyjeżdżają. Gdy wrócili, zaprowadzili ją do samochodu. Rozpoznała zwłoki. – Miał uśmiechniętą twarz, był umyty, w spodniach wojskowych, bez butów, jakby mu się coś przyjemnego śniło. Powtórzyłam im to, co on mi często powtarzał: „Jakim mieczem wojują, od tego zginą”.

Por. cz.w. Józef Strug ps. „Ordon” – część 3>
Strona główna>

Por. cz.w. Józef Strug ps. „Ordon” – część 3


Kwiecień/maj 1947 r. Wspólna odprawa oddziału  Józef Struga „Ordona” i patrolu podległego kpt. „Uskokowi” pod dowództwem Walentego Waśkowicza „Strzały”. Od lewej: Stanisław Falkiewicz „Ryś”, Walenty Waśkowicz „Strzała”, Józef Strug „Ordon” (pochylony nad mapą), Ludwik Szmydke „Czarny Jurek”, Eugeniusz Arasimowicz „Mongoł”, Czesław Osieleniec. Stoją: Ignacy Falkiewicz „Mewa”, Jerzy Marciniak „Sęk”/”Zygmunt” (żołnierz patrolu „Strzały”).

Wg współczesnej relacji Zygmunta Pękały „Śmiałego” – jedynego żyjącego obecnie świadka tamtych wydarzeń – możemy się dowiedzieć, że grupę przebywającą wówczas u Wawrzyckich tworzyli on sam, Józef Strug „Ordon” oraz Tadeusz Paluch „Dąb”. Mieli oni po kolacji opuścić mieszkanie i udać się na skraj lasu, gdzie w rowie mieli położyć się spać.

Józef Pękała ps. „Śmiały”. Żołnierz „Ordona”, który przebił się przez pierścień obławy, podczas której zginął jego dowódca.

Inną wersję wydarzeń podaje Salwina Strug. Twierdzi ona, że grupa miała nocować u Flisiuków i dopiero po śniadaniu miał nastąpić alarm. Według niej grupę stanowiło czterech, a nie trzech żołnierzy, jak podaje „Śmiały”. Czwarty miał być nieustalony. Wydaje się jednak, że bliższy prawdy jest bezpośredni uczestnik ostatniej walki „Ordona”, Z. Pękała „Śmiały”, którego relację potwierdzają również raporty oficerów dowodzących operacją p-ko partyzantom. Różnice występują też w przedstawieniu okoliczności samej akcji resortu, zarówno przez jedynego żyjącego świadka „Śmiałego”, jak i przez dowódcę sztabu WBW.

Wycinek mapy terenu [WIG 1933], na którym osaczono „Ordona”. Czerwonym krzyżykiem oznaczono miejsce śmierci por. Józefa Struga. [kliknij w miniaturkę mapy].

Oto współczesna relacja Zygmunta Pękały „Śmiałego”:
„Rano widzimy sylwetki wojskowych otaczających teren z trzech stron. „Ordon” decyduje: – Koledzy, jest bardzo źle. Musimy się rozproszyć. Każdy w inną stronę… Po pierwszych seriach z broni maszynowej, „Ordon” podjął próbę przedostania się przez wąską drogę. Kilka metrów czystego pola ostrzału wystarczyło, że został trafiony. Padł. Rowem przeczołgaliśmy się wzdłuż drogi, wreszcie poderwaliśmy się do biegu. Poczułem dwa piekące uszczypnięcia. Biegłem dalej. Po kilkuset metrach postanowiliśmy zalegnąć i zaszyć się w krzakach. Przetrwaliśmy. Miałem dwie przestrzeliny w mięśniach biodra i pośladka.”

Okolice Sękowa. Droga w miejscu gdzie podczas próby jej przeskoczenia został ranny por. „Ordon”. Stan obecny.

Meldunek o nadzwyczajnym wypadku, sporządzony przez Dowódcę WBW Lublin – majora Kuzara, podpisany przez szefa sztabu WBW majora Kondraciuka i zastępcę do spraw polowych majora Konara, daje bardziej szczegółowy obraz ostatnich chwil „Ordona”. Oto jego treść:
„W dniu 30.7.47 grupa operacyjna pod d-ctem mjr Kondraciuka, szefa sztabu WBW Lublin przeprowadziła operację w m. Sęków i kol. Sęków pow. Włodawa. W czasie operacji natknęła się na bandę „Ordona” w składzie trzech osób. Bandyci ostrzeliwując się zaczęli uciekać. W toku dalszego przeszukiwania terenu leśnego natknięto się ponownie na zbiegłych bandytów. D-ca bandy z ukrycia dał ognia z pistoletu do nadchodzącego szeregowego Kuzlak Jana, którego trafił kulą w nogę i zbiegł ukrywszy się. Z odległości około 100 metrów z zarośli dał ognia ponownie z pistoletu do zbliżającego się kpr. Tepera Ryszarda, raniąc go w nogę. W toku dalszej walki dowódca bandy „Ordon” został zabity, pozostali bandyci zdążyli się w terenie zamelinować.”

Pomnik w miejscu gdzie, do końca ostrzeliwując się, zginął Józef Strug „Ordon”. W głębi widoczna droga z Sękowa, gdzie podczas próby przebicia się przez kordon obławy został on ranny.

Napis na pomniku brzmi: BÓG HONOR OJCZYZNA/ZWZ-AK-WiN/PORUCZNIKOWI JÓZEFOWI STRUGOWI PS. „ORDON”/UR. 4 III 1919 R. DOWÓDCY ODDZIAŁU AK I WiN/W TYM MIEJSCU ZAMORDOWANY PRZEZ UB 30 VII 1947 R. ORAZ JEGO ŻOŁNIERZOM POLEGŁYM I ZAMORDOWANYM ZA WOLNOŚĆ OJCZYZNY W LATACH 1939 – 1956/PPOR. ZYGMUNT PĘKAŁA PS. „ŚMIAŁY”/ ŻOŁNIERZ POR. „ORDONA”

Jak widać, relacje różnią się w jednej zasadniczej kwestii. „Śmiały” utrzymuje, że „Ordon” „padł” przebiegając przez drogę. Jednak w raporcie wyraźnie wspomniane jest, że dowódca został dwukrotnie zlokalizowany w trakcie poszukiwań, ostrzeliwał się, raniąc w nogi KBW-istów. Wydaje się, że strzelał nisko, chcąc uniknąć zabijania żołnierzy. „Ordon” zginął  „w toku dalszej walki”, którą najprawdopodobniej prowadził już ranny, próbując osłaniać wycofujących się kolegów, i być może dzięki temu udało im się przerwać przez pierścień okrążenia.

Jeszcze tego samego dnia zwłoki sierż. Józefa Struga „Ordona” zostały przewiezione do aresztu w Puchaczowie, w którym – jak już wspomniano – przebywała żona zabitego partyzanta. Musiała ona rozpoznać zwłoki męża. Według protokół przesłuchania świadka, sporządzonego w  Puchaczowie w dniu 30 lipca 1947 r. przez B. Jelenia, oficera śledczego UB, Salwina Strug na pytanie „czy ob. rozpoznaje okazane w dniu dzisiejszym tj. 30.VII.47 r. zwłoki mężczyzny i kto to jest?” odpowiedziała:
„Tak jest, rozpoznaje zwłoki mężczyzny okazane w dniu dzisiejszym tj. 30.VII.47 r. i stwierdzam z całą stanowczością, że jest to mój mąż Strug Józef, który od dłuższego czasu nie był w domu, a był komendantem bandy [w] której występuje jako ps. „Ordon”. Poznaję męża mego po rysach twarzy, oraz miał znak szczególny, który w tej chwili poznaję a jest to czarna plama w okolicy lewego obojczyka, znamię jest kształtu okrągłego. Okazany mundur Wojska Polskiego z naszywkami porucznika również rozpoznaję, jest to mundur męża mego w którym chodził, przynależąc w bandzie leśnej.”

Po potwierdzeniu tożsamości zabitego męża, Salwina Strug została zwolniona z aresztu na podstawie amnestii. UB-ecy nie wydali zgody na zabranie ciała ani rzeczy osobistych. Zagrożona ponownym aresztowaniem wyjechała do Poznania, gdzie na
jakiś czas zatrzymała się u siostry „Ordona”. Tam też dowiedziała się, że jej rodzice mieszkają w Krzesinach koło Poznania. Salwina Strug została w Poznańskiem na stałe i mieszka tam do dziś. Nie wyszła po raz drugi za mąż, bo – jak tłumaczy – raz już przysięgała. Syna wychowała samotnie.

Ciało „Ordona” przepadło bez wieści. Nie zachował się żaden dokument wskazujący choćby przypuszczalne miejsce pochówku. Podzielił więc los setek innych partyzantów chowanych bezimiennie w nieznanych mogiłach. Symboliczny pogrzeb „Ordona” odbył się dopiero w wolnej Polsce w dniu 27 lutego 1992 roku w Poznaniu. W grobie złożono urnę z ziemią z miejsca, w którym zginął „Ordon”.
5 sierpnia 2001 r. staraniem ostatniego żołnierza „Ordona” – Zygmunta Pękały „Śmiałego”  w lesie pod Wielopolem, w miejscu śmierci komendanta, odsłonięto pomnik ku czci Józefa Struga „Ordona” oraz jego żołnierzy poległych i zamordowanych za wolność ojczyzny.

Salwina Strug ps. ”Ewa” dziękuje za pomnik postawiony ku czci jej męża w lesie pod Sękowem.

Śp. płk Zbigniew Boczkowski, Prezes Zarządu Okręgu Wschodniego Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość wręcza dyplom uznania Zygmuntowi Pękale ”Śmiałemu”, fundatorowi pomnika.

W kilka lat później żona „Ordona” ufundowała mężowi symboliczną mogiłę przy kościele w Wereszczynie, niedaleko Sękowa.

Symboliczna mogiła „Ordona” przy kościele w Wereszczynie.

Aresztowany w przeddzień śmierci „Ordona” Ludwik Szmydke „Czarny Jurek” został skazany na karę śmierci, przede wszystkim za udział w akcji odwetowej przeprowadzonej w Puchaczowie. Stracono go na Zamku w Lublinie dnia 2 września 1947 roku.

Mimo śmierci dowódcy oddział trwał nadal w konspiracji, a dowodzenie nad nim przejął wtedy Stanisław Marciniak „Niewinny”. Jednak grupa ta była już wtedy nieliczna, a jej działania miały charakter wyłącznie obronny. W oddziale tym pozostali m.in. wyżej wspomniany Stanisław Marciniak „Niewinny”, Józef Domański „Paweł”, „Łukasz”, „Znicz”, Stanisław Falkiewicz „Ryś”, Ignacy Falkiewicz „Mewa” i Eugeniusz Harasimowicz „Mongoł”. Wszyscy ci ludzie z biegiem lat zginęli w walce lub zostali zamordowani.

Dwaj ostatni ukrywający się żołnierze „Ordona” – „Niewinny” i „Łukasz” przeszli pod rozkazy Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego” i dotrwali z nim do jego śmierci. 6 października 1951 roku w czasie wielkiej operacji UB-KBW w Zbereżu nad Bugiem, podczas przebijania się przez trzy kordony 800-osobowej obławy, poległ jeden z ostatnich dowódców polowych antykomunistycznego podziemia na Ziemi Włodawskiej ppor. Edward Taraszkiewicz „Żelazny” i jego żołnierz Stanisław Torbicz „Kazik”.
Józef Domański „Łukasz” i Stanisław Marciniak „Niwinny” dostali się do niewoli. Po długotrwałym i brutalnym śledztwie, 14 sierpnia 1952 r. zostali skazani przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Lublinie, na sesji wyjazdowej we Włodawie, na karę śmierci.
Wyroki na dwóch ostatnich żołnierzach Obwodu Włodawskiego WiN wykonano 12 stycznia 1953 r. w więzieniu na Zamku w Lublinie.

Tomasz Guziak
(Zdjęcia, uzupełnienia, korekty – autor strony)

Opracowano na podstawie:
Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej w Lublinie,
Broński Zdzisław  „Uskok”, Pamiętnik (1941 – maj 1949), wstęp, red. naukowa i opracowanie dokumentów Sławomir Poleszak, Warszawa 2004,
Kopiński Jarosław, Rozpracowanie struktur konspiracyjnych AK-WiN na przykładzie działań operacyjnych WUBP w Lublinie w latach 1944-1956, [w:] Wobec komunizmu. Materiały z sesji naukowej pt. „Lubelskie i południowe Podlasie wobec komunizmu 1918-1989, Radzyń Podlaski 2 IX 2005, Radzyń Podlaski 2006,
Kujawski Józef, relacja ustna z dn. 21 VI 2008 r., (w zbiorach autora strony),
Pająk Henryk, „Jastrząb” kontra UB, Lublin 1993,
Pająk Henryk, „Żelazny” kontra UB, Lublin 1993,
Pająk Henryk, Oni się nigdy nie poddali, Lublin 1997,
Pasikowski Stanisław, Lotny Oddział AK „Nadbużanka”. Wspomnienia, Łódź 2003,
Rybak Agnieszka, Macierzyństwo w czasach zarazy, „Rzeczpospolita”, Nr 122, 26 V 2007.

Tomasz Guziak – student V roku historii UMCS, seminarzysta w Zakładzie Historii Społecznej XX wieku. W przygotowywanej pracy magisterskiej pt. Oddział Józefa Struga „Ordona”,  pisanej pod kierunkiem prof. dr hab. Janusza Wrony zajmuje się szerzej przedstawionym tematem. W artykule autor zastosował dość przekrojowe przedstawienie tematu. Szersze opracowanie dziejów oddziału „Ordona” zostanie opublikowane po ukończeniu i obronie pracy magisterskiej.
Dziękuję autorowi za przygotowanie tekstu do publikacji.

Por. cz.w. Józef Strug ps. „Ordon” – część 1>
Strona główna>

Rozmowa z synem kpt. "Uskoka"

"Pod Prąd" – Rozmowa z Adamem Brońskim, synem kpt. "Uskoka"


W ostatnim programie Jerzego Zalewskiego "Pod Prąd", autor przeprowadził rozmowę z Adamem Brońskim, synem legendarnego dowódcy oddziałów partyzanckich na Lubelszczyźnie, kpt. Zdzisława Brońskiego ps. "Uskok", który osaczony przez grupę operacyjną UB-KBW 21 maja 1949 r. w Dąbrówce k/ Łęcznej popełnił samobójstwo, rozrywając się granatem.

Program można pobrać (w dwóch częściach) pod podanymi niżej linkami. Całość można poprawnie wypakować dopiero po ściągnięciu obu części.

1. Rozmowa z Adamem Brońskim – część 1>
2. Rozmowa z Adamem Brońskim – część 2>

Strona główna>

Gdzie są Jego prochy?

Gdzie są Jego prochy? – podsumowanie dziennikarskiego śledztwa Grażyny Starzak

Wykłady "Gdzie są jego prochy? – relacja z dziennikarskiego śledztwa" Grażyny Starzak oraz "Powojenne losy ogniowców" Krzysztofa Strauchmanna stanowiły jeden z najmocniejszych punktów ogólnopolskiej konferencji naukowej "Wokół legendy Ognia. Opór przeciw zniewoleniu. Polska – Małopolska – Podhale 1945-1956", która odbyła się w dn. 9-11 marca 2007 roku w Nowym Targu. Obu wykładom poświęcone są osobne artykuły. Grażyna Starzak, od wielu lat pracująca w "Dzienniku Polskim", jest autorką licznych reportaży i tekstów magazynowych. Krzysztof Strauchmann kilka lat pracował w Oddziale Podhalańskim "Dziennika Polskiego".

Gdzie są jego prochy?

Grażyna Starzak dziennikarskie śledztwo dotyczące pochówku "Ognia" przeprowadziła w 2004 r.
– Zebrałam dziesiątki dokumentów, przeprowadziłam wiele rozmów, wysłuchałam wyznań, śledziłam wiele tropów, analizowałam liczne domysły. Nie przypuszczałam, że tak wiele osób i w tak różnym wieku interesuje się tą postacią – mówi.
Jak podkreśla, nie dotarłaby do wielu zaskakujących odkryć, gdyby nie ludzie różnych zawodów, których połączyła fascynacja postacią Józefa Kurasia "Ognia" i jego historia, i którzy często na własną rękę, bądź na prośbę dziennikarki – badali, szperali, szukali, sprawdzali ślady i tropy prowadzące do odpowiedzi na pytanie, gdzie znajduje się ciało partyzanta z Podhala.
Wśród osób tych byli m.in. dr Andrzej Ślęzak, dyrektor Szpitala im. Stefana Żeromskiego w Krakowie, prokurator Ida Marcinkiewicz, informatyk Piotr Walczak czy w końcu pragnący zachować anonimowość ksiądz proboszcz jednej z parafii w Małopolsce.
Ślady, które zbadała Grażyna Starzak, prowadzą najpierw do wojewódzkiej siedziby Urzędu Bezpieczeństwa w Krakowie, gdzie – według zeznań świadków – miały trafić zwłoki "Ognia", który – przypomnijmy – osaczony w domu w Ostrowsku, śmiertelnie postrzelił się w głowę.
Dalej tropy wiodą do… zakładu anatomii Akademii Medycznej Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Jak podaje Grażyna Starzak, ciała wielu tzw. bandytów – partyzantów lub ludzi wrogich systemowi – którzy zginęli w czasie wojny lub tuż po niej – trafiały na miejscowy cmentarz do wydzielonej choć utajnionej kwatery, albo do zakładów anatomii jako materiał do ćwiczeń dla studentów medycyny.
Tak postąpiono np. ze zwłokami "Odyńca" – podporucznika Antoniego Wodyńskiego (VI Brygada Wileńska AK), które – po pół roku przechowywania w chłodni – wydano do ćwiczeń studentom medycyny Zakładu Anatomii Prawidłowej we Wrocławiu.
– Niewykluczone więc, że osoby będące wówczas studentami AM UJ, widziały ciało "Ognia" na prosektoryjnym stole – mówi Grażyna Starzak.
Jedną z takich osób jest dr Roman Kozłowski, dziś legenda lekarzy krakowskich, wspaniała osoba. Twierdzi, że w zakładzie anatomii zobaczył wówczas zwłoki "Ognia", nie ma jednak pewności. Taka wieść rozeszła się wówczas wśród studentów i profesorów.
Pani Janina, chcąca zachować anonimowość, dziś emerytowany pediatra, przypomniała sobie pewne zdarzenie z 1947 r., gdy studiowała na Akademii Medycznej w Krakowie. Miała akurat zajęcia z anatomii opisowej. Przezwyciężając strach, zaglądnęła do jednej z sal. Na stole zobaczyła ciało "zwalistego mężczyzny z charakterystyczna bródką". Później od jednego z kolegów dowiedziała się, że na ich wydział trafiły zwłoki jakiegoś partyzanta z Podhala, o pseudonimie "Ogień". Po lekcjach anatomii woźni zbierali szczątki do wiader. Części miękkie palili, kości wkładali do drewnianych skrzyń i zawozili na cmentarz Rakowicki. Kolejny ślad prowadzi więc na Rakowice.
Tymczasem, w latach 80., w niewyjaśnionych okolicznościach wybuchł pożar w zakładzie anatomii opisowej Akademii Medycznej UJ. Zniszczeniu uległa cała dokumentacja dotycząca zwłok, które trafiały do zakładu w 1947 r.
– Osoby, którym zależało na zniszczeniu dokumentacji, nie przypuszczały jednak, że adnotacje na ten temat znajdują się również w archiwum cmentarza Rakowickiego, które przeszukał informatyk Piotr Walczak, zainspirowany przez dr. Andrzeja Ślęzaka – mówi dziennikarka.
Czy zwłoki "Ognia" trafiły na Rakowicki cmentarz w skrzyni, opatrzonej napisem z trzema wykrzyknikami "nie ekshumować"? I czy znajdują się w miejscu wskazanym przez księdza proboszcza obdarzonego wyjątkowo silnym biopolem?
– Proszę pamiętać, że to wszystko mówi wam dziennikarz, nie historyk – zaznaczała autorka wykładu.
Na zakończenie dodała, że Instytut Pamięci Narodowej nie ustaje w poszukiwaniach pochówku "Ognia", i że być może przyniosą one efekt, który nie będzie budzić żadnych wątpliwości.

Ich powojenne losy

– Nie jestem historykiem, jestem dziennikarzem, a ta prelekcja to moje przemyślenia po spotkaniach z ludźmi, z którymi rozmawiałem – zaznaczył na początku wykładu "Powojenne losy ogniowców" Krzysztof Strauchmann.
Według opracowań resortu spraw wewnętrznych, w marcu i kwietniu 1947 r. na terenie woj. krakowskiego ujawniło się ponad 500 członków oddziału "Ognia", w powiecie nowotarskim ujawniło się 230 osób.
– Dowódca IV Kompanii Jan Batkiewicz zadbał, by wychodzili z lasu z godnością, nie tylko z poczuciem porażki – mówi Krzysztof Strauchmann.
25 marca 1947 r. w tajemniczych okolicznościach ginie Kazimierz Białoński "Rudy", członek oddziału "Powichra". Dwóch umundurowanych ludzi zastrzeliło go w Zakopanem, podczas spaceru z dziewczyną (prawdopodobnie agentką bezpieki).
– Śmierć ta była głośno komentowana przez ludzi "Ognia". Był to dla nich sygnał, że mimo ujawnienia się, władza dobiera się do nich – mówi Krzysztof Strauchmann.
– "Dlatego za bardzo nie spaliśmy w domu, znowu się trzeba było po stodołach chować" – przytacza wspomnienia Stanisława Komperdy.
W dziwnych okolicznościach w areszcie w Ochotnicy powiesił się "ogniowiec" Józef Cebula.
– To jest dość podejrzane, może to było samobójstwo, a może coś innego – mówi autor wykładu.
Kolejny przypadek "samobójstwa" to śmierć Piotra Wybrańca, który w areszcie w Nowym Targu miał sobie poderżnąć… brzuch nożem.
Część "ogniowców" wróciła więc do konspiracji. Tak powstał oddział "Wiarusów". Inni próbowali uciec na Zachód. Nie wszyscy mieli jednak taką możliwość.
– Gorczańskie lasy do 1956 r. były miejscem schronienia dla pojedynczych osób ze środowiska "ogniowego&quo
t;
– mówi Krzysztof Strauchmann.
W 1952 r. UB rozpoczyna operację "Ogniwo", której celem jest planowe rozpracowanie środowiska "ogniowców". Był to jednak dopiero początek wieloletniego okresu represji, którym poddawani byli zarówno ludzie "Ognia", jak i ich rodziny. Więzienia, represje w miejscu pracy, niemożność znalezienia zatrudnienia, życie w ubóstwie – to tylko niektóre konsekwencje podziemnej walki partyzantów.

Źródło: e-Zakopane.info>

Grażyna Starzak – Gdzie pochowano "Ognia"? – część 1 (z 13)>

Strona główna>

Gdzie pochowano "Ognia"? – część 13

Czucie i wiara

Wizja na cmentarzu Rakowickim w Krakowie z udziałem księdza jasnowidza.

Proboszcz jednej z małopolskich parafii, obdarzony przez naturę niezwykłymi zdolnościami, podczas wizji lokalnej na cmentarzu Rakowickim wskazał prawdopodobne miejsce pochówku Józefa Kurasia „Ognia”. Jego opinia jest potwierdzeniem tego, co ustaliliśmy, prowadząc od dwóch miesięcy dziennikarskie śledztwo na ten temat. Ów proboszcz pomógł historykom odnaleźć prawdziwy grób Ottona Schimka, żołnierza Wehrmachtu, którego skazano na karę śmierci za to, że odmówił wykonania rozkazu strzelania do Polaków.

O istnieniu księdza, którego biopole jest 900 razy silniejsze od większości z nas, dowiedziałam się od jednego z parafian z miejscowości K. Nasz czytelnik wyrażał się o księdzu – nazwijmy go Jacek, bo ksiądz nie chce ujawniać swojego nazwiska – w samych superlatywach.
– To niezwykle ujmujący i skromny człowiek. Jego życiowym celem jest praca duszpasterska i dbałość o zabytkowy kościół, którego jest opiekunem i gospodarzem – opisywał księdza Jacka nasz czytelnik. Ponieważ z zainteresowaniem, jak twierdzi, czytał publikacje na temat „Ognia”, a sam pochodzi z rodziny o patriotycznych tradycjach, postanowił podsunąć nam pomysł, aby poszukując szczątków majora Kurasia skorzystać z pomocy, księdza, mającego  niezwykłe zdolności. Ksiądz Jacek, według naszego informatora, potrafi określić, który organ niedomaga u danego człowieka, a także wskazać, gdzie może się znajdować poszukiwana osoba.
Od innego parafianina z K. uzyskaliśmy informację, iż ksiądz cieszy się uznaniem nawet w kręgach profesorów medycyny. Podobno jeden że znanych krakowskich lekarzy w trudnych przypadkach konsultuje się z nim. Nasz informator opowiadał, że gdy ks. Jacek przebywał ostatnio w szpitalu, osoby leżące z nim na jednej sali odczuły wyraźną poprawę stanu zdrowia.

O księdzu Jacku dowiedzieliśmy się też, że z dziennikarzami rozmawia wyłącznie na temat wiary i spraw związanych z restauracją wiekowego kościoła, którego jest gospodarzem. Mimo to, reporterka „Dziennika Polskiego” postanowiła spróbować namówić księdza do udziału w wizji lokalnej na cmentarzu Rakowickim. Wymawiał się brakiem czasu, ale w końcu zgodził się, zaznaczając, aby zbyt wiele sobie nie obiecywać. Spotkanie z księdzem Jackiem odbyło się w ostatni poniedziałek czerwca. Przyjechał skodą, model sprzed lat. Parafianie mieli rację. To skromny i ujmujący swoim zachowaniem człowiek. Najchętniej rozmawiał o swojej parafii i zabytkowym kościele, zafascynowany historią tego zakątka, w którym obecnie pełni posługę.
 
Ks. Jacek zna historię oddziału „Ognia” dość pobieżnie. Przyznał, że raz lub dwa trafił na publikacje, w których przedstawialiśmy hipotezy, dotyczące tego, co UB zrobiło z jego zwłokami. Nigdy jednak nie zastanawiał się, która z tych hipotez jest prawdziwa. Pokazałam mu unikatowe zdjęcie „Ognia” na noszach, które przyniosłam ze sobą na to niezwykłe, jak się później okazało, spotkanie. Twierdził, że zdjęcie nie jest potrzebne ale obejrzał je dokładnie. W jego opinii podpis – Ranny „Ogień" na noszach – jest fałszywy. – Ten człowiek już wówczas nie żył – zawyrokował po chwili zastanowienia.

Razem z księdzem i dwoma pracownikami Zarządu Cmentarzy Komunalnych w Krakowie poszliśmy w kierunku opisanych w poprzednich odcinkach kwater, w których, jak wynika z dokumentacji cmentarnej, zakopano szczątki czterech żołnierzy „Ognia” poległych w Łasku, koło Nowego Targu.
Wiele wskazuje, że w jednej z dwóch zakopanych tam skrzyń umieszczono również szczątki majora Kurasia. Taką hipotezę postawił dr Andrzej Ślęzak, dyrektor Szpitala im. S. Żeromskiego w Krakowie, którego pasją jest najnowsza historia Polski i dokumentowanie działań „ogniowców”.

Dzień był pogodny, ale idąc alejkami cmentarza Rakowickiego i słuchając księdza Jacka, dostaliśmy gęsiej skórki – ja i dwóch towarzyszących mi pracowników Zarządu Cmentarzy Komunalnych w Krakowie. Ksiądz opowiadał o tym, jak próbował zlokalizować prawdziwe miejsce złożenia szczątków Ottona Schimka, grenadiera z Wiednia, żołnierza Wehrmachtu, który odmówił wykonania rozkazu strzelania do Polaków w niemieckiej niewoli.
– To długa historia – ostrzega ks. Jacek. Jej początek bierze się stąd, że jeden z historyków austriackich chciał pisać rozprawę naukową na temat Ottona Schimka. Przy aprobacie austriackich dyplomatów postanowił odszukać jego szczątki. Do tamtej pory znano tylko hipotetyczne miejsce pochówku. Gdy przekopano je, odnaleziono, owszem, szkielet, ale młodej dziewczyny, nie Ottona Schimka. Do księdza Jacka trafiono poprzez austriackich przyjaciół proboszcza. Wzbraniał się, ale przekonano go do udziału w eksperymencie, używając argumentu, iż dzięki niemu będzie można zweryfikować istotne dla historyków hipotezy.
– Zacząłem od tego, że długo myślami krążyłem wokół domu, obok którego, według historyków i świadków, rozstrzelano tego austriackiego żołnierza. Moja sugestia była taka, że on zginął nie we wskazanym miejscu, ale po przeciwnej stronie drogi. Tam prawdopodobnie dostał ciosy kolbą albo łopatą. Od tych ciosów zmarł. Proszę wierzyć albo nie, ale ja, siedząc na swojej plebanii, wiele kilometrów od tego miejsca, przymknąwszy oczy, widziałem w wyobraźni miejsce tego zdarzenia – tak, jak wyglądało 60 lat temu. Pagórkowata, otwarta przestrzeń i zagajnik młodych jeszcze drzew, sięgających na wysokość 3 metrów. Widziałem żołnierzy z ciałem na wozie, którzy zastanawiali się, gdzie je pochować. W tym miejscu przebiegała granica frontu. Miałem poczucie dużej przestrzeni. Widziałem drogę, która jest pochylona w lewo. Z tym, że w jednym miejscu minimalnie w prawo, ale później znów był dominujący spadek w lewo. Czułem, że ci żołnierze skręcili w prawo, wioząc ciało. Tam musiało rosnąć drzewo, pod którym pogrzebali nieszczęśnika – taką wizję przedstawił historykom ksiądz Jacek.

Proboszcz pamięta, iż szczątków Ottona Schimka szukano w sobotę, chociaż nie pomni dokładnej daty. – W poniedziałek przekopano to miejsce – opowiada dalsze szczegóły. – Niestety, nic nie znaleziono. Chociaż ci, co kopali, zauważyli, że ziemia pod wskazanym przeze mnie drzewem była naruszona na szerokości ok. 2 metrów. Zrezygnowałem z dalszego udziału w tym eksperymencie, dochodząc do wniosku, że nie mam racji, że wskazałem złe miejsce. Później dowiedziałem się, że historycy ustalili, iż pierwotna decyzja dowódcy plutonu egzekucyjnego, że Otto Schimek ma być pochowany jak pies, została jednak zmieniona. Okazało się, iż tego żołnierza istotnie pochowano jak psa, pod drzewem, ale po dwóch dniach przyszedł rozkaz, żeby zwłoki ekshumować i złożyć na pobliskim cmentarzu. Doszedłem do wniosku, że moja wizja była prawdziwa. 

Ksiądz Jacek   pojechał w okolice Machowej, gdzie zginął Otton Schimek, z Austriakiem, który zamierzał pisać rozprawę naukową o grenadierze z Wiednia. Poszli razem na miejscowy cmentarz.
– Chodzimy sobie po tym cmentarzu, na szczęście
nie był zbyt rozległy, i w pewnym momencie w wąskim przejściu pomiędzy grobami czuję, że to jest właśnie miejsce, którego szukamy
– kontynuuje swoją opowieść ksiądz Jacek.
– Mówię temu Austriakowi, gdzie może być głowa, gdzie nogi, że ciało w chwili grzebania było lekko zwinięte. Miałem rację, Znaleziono tam szkielet człowieka – żołnierza. Jak mi później mówiono, przy szkielecie były nitki sukna, z którego uszyty był mundur i guziki żołnierskie, jakich używali żołnierze Wehrmachtu.

Czy to był Otton Schimek? Ksiądz Jacek mówi, że wiele na to wskazywało. Specjaliści z Zakładu Medycyny Sądowej w Lublinie wykonali stosowne badania, ustalając, że szkielet należał do człowieka, który w chwili śmierci mógł mieć od 18 do 24 lat. Otton Schimek miał niespełna 18. Na szkielecie stwierdzono niewielkie zmiany kostne, które mogły wynikać z ciężkiej pracy w dzieciństwie. Schimek pochodził z biednej rodziny, więc to kolejny dowód, że szkielet może należeć do niego.
Specjalistów zastanowił dobry stan uzębienia człowieka, do którego należały szczątki. Wątpliwości, czy rodzinę Schimka byłoby stać na to, aby zadbali o zęby dzieci rozwiał jeden z profesorów, interesujących się tą sprawą. Przypomniał on, że Schimek był w Wehrmachcie, a dowództwo tego wojska bardzo dbało o uzębienie żołnierzy. Słuchając fascynującej historii poszukiwań grobu Ottona Schimka, zadaję sobie w myśli pytanie, czy uda  się nam przy pomocy księdza Jacka  zlokalizować szczątki majora  Józefa Kurasia „Ognia”?
– Proszę sobie wiele nie obiecywać. Nie zawsze się udaje – powiedział w tym momencie ksiądz, jakby czytając w moich myślach.

W nowej części cmentarza Rakowickiego pracownicy Zarządu Cmentarzy Komunalnych pomagają nam odnaleźć konkretną kwaterę. Piotr Walczak, informatyk w ZCK, wyjmuje zapiski, jakie poczynił przeglądając archiwa z lat 40. i 50. Przypomnijmy, iż odnalazł tam dokumentację, dzięki której mogliśmy oznaczyć miejsce, w którym zakopano dwie skrzynie z ludzkimi szczątkami,  dostarczone na cmentarz Rakowicki z Zakładu Medycyny Opisowej w styczniu 1948 r.
W pierwszej były szkielety czterech osób, wśród nich żołnierza „Ognia” o pseudonimie „Zemsta”. Ustaliliśmy, że był to Stanisław Bochniak. W drugiej złożono kości trzech innych „ogniowców” (pisaliśmy o nich w poprzednim odcinku), a także nikomu nieznanego mężczyzny, figurującego w akcie zgonu pod nazwiskiem Kryszczała. Innych danych na jego temat brak. Tylko przy tej jednej skrzyni jest adnotacja: „Nie ekshumować”. To jedna z przesłanek ku temu aby wnioskować, że do wspomnianej skrzyni złożono również szczątki majora Kurasia „Ognia”, ukrywając je pod fikcyjnym nazwiskiem.

Wizja lokalna z udziałem księdza Jacka na cmentarzu Rakowickim miała podobny cel, jak ta w Machowej, gdzie przy pomocy księdza odnaleziono szczątki żołnierza Wehrmachtu.
Ksiądz Jacek najpierw w skupieniu obchodził kilka razy wskazany przez nas grób, który został w 1970 r. przekopany. Dokonano tam nowego pochówku. Wraz z pracownikami ZCK zastanawiamy się, czy jeszcze żyje grabarz lub grabarze, którzy byli przy tym zatrudnieni. W cmentarnym archiwum me ma adnotacji, kto to był i czy natrafił na ludzkie szczątki, dokonując przekopu.
W tym momencie ksiądz Jacek, zwracając się do nas, zakreśla ręką okrąg, że czuje zmianę pola magnetycznego.
– Tu jest to miejsce – wskazuje przestrzeń pomiędzy dwoma grobami, w których zakopano opisane przez nas skrzynie. Upewniam się, że ksiądz Jacek myśli wyłącznie o jednej osobie – o majorze Kurasiu „Ogniu”.
– Tak, myślę wyłącznie o tym człowieku z fotografii – odpowiada ksiądz. – Tutaj, od strony krzyża, zmiany pola są jakby troszkę mocniejsze, poniżej jest drugi taki punki i dalej trzeci. Jest  to wyczuwalne w prostokącie ziemi o wymiarach 90 cm na 40 cm – relacjonuje ksiądz. – Spróbujmy jeszcze raz – mówi sam do siebie.
– O, tu jest wyraźne  wybrzuszenie i jeszcze tu. Tak, jakby w tych dwóch miejscach było więcej biologicznego materiału. Wciąż mam na myśli tylko jednego człowieka. Innych eliminuję – zwraca się tym razem do nas.
– Te trzy punkty mogą wskazywać na ułożenie szczątków. Czy jest możliwe, aby te skrzynie miały podane przeze mnie wymiary?                   
Piotr Walczak z ZCK kiwa głową potakująco. Widać po nim, że tak samo jak ja jest poruszony przebiegiem wizji lokalnej. Jednak to nie koniec dywagacji księdza Jacka. Zastanawia się na głos, na jakiej głębokości mogą leżeć szczątki.
– Nie wiem, czy się nie pomylę, ale to może być ok. 1 m 90 cm pod ziemią. W jednym miejscu niżej, nawet do 2 metrów lub 2 metry 20 cm. W innym wyżej.  Wygląda na to, że szkielet złożono do skrzyni w kawałkach. Cały czas myślę o tej konkretnej osobie. Mam to zakodowane. Proszę jednak pamiętać, że to tylko moje odczucie – uśmiecha się do nas ksiądz Jacek.

Gdzieś pośród tych grobów na Cmentarzu Rakowickim może znajdować się miejsce pochówku "Ognia".

Piotr Walczak sugeruje, aby korzystając z obecności księdza Jacka na cmentarzu Rakowickim, zaprowadzić go w jeszcze jedno miejsce, gdzie zgodnie z dokumentacją, zakopano w czerwcu 1947 r. skrzynię przywiezioną na Rakowice z więzienia przy ul. Montelupich. W cmentarnym archiwum są nazwiska sześciu więźniów z tego transportu. Ta skrzynia, w przeciwieństwie do pozostałych, została zakopana w starej części cmentarza. Piotr Walczak twierdzi, że – teoretycznie – ubecy mogli podrzucić szczątki „Ognia” do więzienia i pogrzebać je w jednej skrzyni z ciałami zmarłych lub zastrzelonych więźniów. 
Miejsce, gdzie się udaliśmy, również zostało przekopane w latach 70. Pracownicy ZCK wyjaśniają,  że to normalna praktyka, iż zaniedbane mogiły po 20 latach przeznacza się pod nowe pochówki.
Ksiądz Jacek zatrzymuje się tu na krótko. Przeprasza, ale zaczęła go boleć głowa. Twierdzi, że to miejsce nie ma nic wspólnego z „Ogniem”. Natomiast czuje bardzo silną zmianę pola magnetycznego. Przypuszcza, że z powodu żył wodnych.
Żegnając się z nami, uprzedza, że może się mylić. Twierdzi, że nie zawsze udaje mu się odnaleźć poszukiwanego człowieka. – Nie jestem jasnowidzem – zastrzega się.

Historycy z Instytutu Pamięci Narodowej, z którymi rozmawiałam, m.in.  dr Krzysztof Szwagrzyk z Wrocławia, całkiem poważnie przyjęli moją relację z wizji lokalnej na cmentarzu Rakowickim.
– W takiej sprawie jak poszukiwanie szczątków „Ognia” nie wahałbym się skorzystać nawet z pomocy jasnowidza – mówi dr Szwagrzyk. 
Inny pracownik IPN, który chciał pozostać anonimowy, opowiadał mi, że na własne oczy widział, jak podczas poszukiwania szczątków byłych żołnierzy AK w małej miejscowości w południowo – wschodniej Polsce jeden z zatrudnionych w tej akcji specjalistów z Zakładu Medycyny Sądowej wskazał zbiorowy grób za pomocą… wahadełka.

GRAŻYNA STARZAK, [email protected] , tel: 606-28-58-79
Dziennik Polski, Nr 165 (18281), 16.07.2004

Gdzie pochowano „Ognia”? – 12 < część > 1 (z 13)

Strona główna>

Gdzie pochowano "Ognia"? – część 12

Wzruszeni i poruszeni

Usiłowali się dowiedzieć, gdzie mogły trafić zwłoki. Dotarło do nich jedno zdanie, wypowiedziane przez funkcjonariusza UB, że „takich bandziorów ziemia nie przyjmie”.

Są ludźmi w podeszłym wieku. Niełatwo znaleźć klucz do ich pamięci. Gdy pada imię bliskiej osoby, partyzancki pseudonim, oczy zachodzą im mgłą. Przepraszają, ale najpierw w samotności muszą odtworzyć wydarzenia sprzed prawie 60 lat. Silne wzruszenie nie jest w ich wieku wskazane. Sięgają po środki uspokajające. Musi upłynąć trochę czasu, aby ochłonęli i zdecydowali się mówić.

Jedna z sióstr Adama Półtoraka ps. „Wicher” przyznaje, że o mały włos nie dostała kolejnego zawału serca, gdy dowiedziała się, że odnaleźliśmy miejsce, gdzie prawie 60 lat temu pogrzebano szczątki jej brata oraz kilku innych „ogniowców”, m.in. Teofila Papierza ps. „Huragan”. Siostry tego ostatniego nie wierzą. Już dawno straciły nadzieję, że kiedykolwiek staną nad mogiłą bliskiej im osoby. Wanda Dziechciowska, kuzynka „Wichra” i koleżanka z lat młodości „Huragana” mówi, że w wielu rabczańskich domach panuje poruszenie.   
„Huragan” i „Wicher”, żołnierze „Ognia”, którzy po śmierci dowódcy nazwali swój oddział „Wiarusami”, zginęli siedem miesięcy po pojmaniu majora Józefa Kurasia. Potyczkę między milicjantami a partyzantami, w nocy z 31 października na 1 listopada na stacji Lasek koło Nowego Targu do dziś wspomina się w tych stronach jako krwawą jatkę.
Zaskoczeni we śnie i osaczeni przez „Wiarusów” milicjanci zaczęli strzelać na oślep. Ofiar tej akcji było 9 lub 10. Co do tego historycy nie mają pewności. Szczegóły akcji w Lasku nie są dokładnie znane ani tym bardziej opisane. Życie straciło wówczas czterech partyzantów (w materiałach UB mówi się o pięciu), trzech milicjantów i dwóch cywilów.
Funkcjonariuszy MO pochowano z wielką pompą i honorami. Pogrzeby dwójki cywilów były ciche i skromne. Rodziny czterech partyzantów, których postrzelono na stacji w Lasku, nigdy nie zostały oficjalnie poinformowane o śmierci swoich bliskich. Przez wiele lat nadaremnie próbowały dowiedzieć się, jakie były okoliczności tego zdarzenia i co się stało ze zwłokami ofiar.

Przed miesiącem pisaliśmy, że partyzanci, którzy stracili życie w 1947 roku w wyniku akcji na stacji Lasek, prawdopodobnie trafili do prosektorium Zakładu Medycyny Opisowej ówczesnego Wydziału Lekarskiego UJ. Dzisiaj jesteśmy pewni, że tak było.
Na zwłokach „Wiarusów” studenci Wydziału Lekarskiego uczyli się anatomii. Wiele wskazuje, że w identyczny sposób postąpiono z „Ogniem”.
Mieczysław Loch, były akowiec, który jako przedstawiciel Delegatury WiN (Wolność i Niezawisłość) miał za zadanie m.in. nawiązać łączność z „Wiarusami”, jest kolejną osobą, która utrzymuje, iż zwłoki „Ognia” UB przekazało do prosektorium.

81-letni dziś Mieczysław Loch jest kopalnią wiadomości dla historyków, zajmujących się i historią Polski tuż po II wojnie światowej. Podejmując wątek działalności „ogniowców”, opowiada m.in., że członkowie WiN starali się dociec, dlaczego Józef Kuraś tytułuje siebie majorem.
– Pytali go poprzez swoich wysłanników, jaką skończył podchorążówkę? – wspomina pan Mieczysław. –  A on im na to, że podchorążówkę ma w lesie. Z początku chcieli mu zakazać używania tego stopnia. „Ogień” pewnie i tak by się tym nie przejął. Nie zrobili tego, bo doszli do wniosku, że wszyscy mamy jeden, wspólny cel. Przyjęliśmy do wiadomości, że „Ogień" wraz ze swoimi ludźmi tworzy wolną grupę i nie musi się nikomu podporządkowywać – mówi Mieczysław Loch.

Partyzanci 3 kompanii por. Henryka Głowińskiego "Groźnego" ze zgrupowania mjr. Józefa Kurasia "Ognia". W środku wsparty na dwóch leżących partyzantach (oznaczony cyfrą 1) klęczy Antoni Wąsowicz "Roch". Dowódca oddziału, "Groźny", stoi trzeci z lewej.

W ubeckich więzieniach, głównie w Rawiczu, przesiedział prawie 9 lat. W 1946 roku był przetrzymywany w Krakowie, na Montelupich.
– Pewnego dnia między klawiszami rozeszła się wieść, że złapano majora Kurasia – opowiada pan Mieczysław. – Jeden z nich wyraził się tak: Mamy drania, złoczyńcę. To było 22 lub 23 lutego. W więzieniu co prawda dzień jest podobny do dnia, ale my mieliśmy swoje sposoby obliczania czasu. Dlatego potrafię podać w miarę dokładną datę. Później dowiedziałem się od kompetentnej osoby, której nazwiska nie chciałbym tu wymieniać, że ciało „Ognia” przez kilka dni leżało na podwórku budynku, w którym mieściła się krakowska siedziba Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Ta sama osoba poinformowała mnie, że jego zwłoki trafiły w końcu do prosektorium – utrzymuje Mieczysław Loch.
 
Józef Kuraś został rozpoznany na prosektoryjnym stole przez kilka osób, które w 1947 roku były studentami medycyny w Krakowie. Nasi rozmówcy wspominali również o innych, nieznanych im zwłokach płci męskiej, wyróżniających się muskulaturą, na których uczyli się anatomii. Dziś wiemy na pewno, że co najmniej cztery ciała należały do żołnierzy „Ognia” (później „Mściciela”), którzy zginęli w akcji Lasek.
Studenci medycyny z lat 50. odbywali lekcje anatomii, wykorzystując również zwłoki osób, które zmarły w sposób naturalny w krakowskich szpitalach i po które nikt się nie zgłosi. Po lekcjach woźni zbierali ludzkie szczątki do wiader. Części miękkie palili. Kości wkładali do drewnianych skrzyń i wywozili na cmentarz Rakowicki. Jeśli w Zakładzie Anatomii Opisowej UJ była jakakolwiek dokumentacja na ten temat, to uległa zniszczeniu w czasie pożaru, jaki wybuchł w budynku tego zakładu w latach 80. Stwierdzono podpalenie, ale sprawców nie udało się ustalić.
Osoby, którym zależało na tym, aby zniszczyć dokumentację, zawierającą m.in. pokwitowania odbioru zwłok i zapisy na temat dalszych losów ludzkich szczątków, nie przewidziały, że adnotacje na ten temat mogą się również, znajdować, w archiwum cmentarza Rakowickiego. Przeszukał je Piotr Walczak, informatyk z Zarządu Cmentarzy Komunalnych. Ustalił daty dotarcia transportów skrzyń z ludzkimi szczątkami na Rakowice, a także to, do kogo należały kości, które pogrzebano.
Według Piotra Walczaka pierwsza skrzynia z Zakładu Anatomii Opisowej odnotowana w dokumentach archiwum Zarządu Cmentarzy Komunalnych w Krakowie trafiła na cmentarz Rakowicki w listopadzie 1947 roku. Złożono w niej szczątki pięciu osób. W archiwum ZCK są ich dane – nazwiska, daty zgonu (zmarły pomiędzy marcem a majem 1947 roku), a nawet zawód. Przy jednym z mężczyzn napisano, że był rolnikiem. Przy nazwiskach dwóch kobiet jest adnotacja: służąca.
 
– W 1976 roku przekopano ten grób. Obecnie jest tam pochowana inna osoba. Dziwię się, że wówczas nie starano się odszukać rodzin ludzi, których szczątki znajdowały się we wspomnianej skrzyni – dzieli się swoimi
wątpliwościami Piotr Walczak.
Mój rozmówca twierdzi, że teoretycznie jest możliwe, iż szczątki „Ognia” włożono do tej właśnie skrzyni, oczywiście bez odnotowania tego w dokumentach. Mogło się też zdarzyć, że zwłoki majora Kurasia ubecy podłożyli do skrzyni, którą przywieziono na Rakowice w czerwcu 1947 roku z więzienia przy ul. Montelupich. W ten sposób pozbywano się ciał osób skazanych na karę śmierci. W archiwum są nazwiska sześciu więźniów z tego transportu. Ta skrzynia, w przeciwieństwie do pozostałych, została zakopana w starej części cmentarza.
Kolejne dwie skrzynie z ludzkimi szczątkami z Zakładu Medycyny Opisowej trafiły na Rakowice dopiero w styczniu 1948 roku. W pierwszej były szkielety czterech osób. Trzy z nich zmarły w okresie od 6 do 25 października 1947 roku w szpitalu. W tej skrzyni pochowano również mężczyznę, którego nazwiska nie ma w aktach cmentarnych. Oznaczono go NN „Zemsta”. Dzisiaj wiemy, że był to Stanisław Bochniak, który brał udział w akcji w Lasku pod Nowym Targiem. Według Piotra Walczaka w dokumentacji cmentarnej odnotowano, że tę skrzynię przywiozła z prosektorium sanitarka miejska, co jest o tyle dziwne, że szczątki pozostałych trzech partyzantów, którzy zginęli w Lasku, złożono do innej skrzyni – razem z nieznanym nikomu tajemniczym mężczyzną o nazwisku Kryszczała – i przywieziono nie wiadomo czym i przez kogo z prosektorium. W dokumentacji cmentarnej dotyczącej tej drugiej skrzyni jest adnotacja: Nie ekshumować.

Piotr Walczak znalazł akty zgonu czterech osób, których szczątki miały się znajdować w skrzyni z adnotacją o zakazie ekshumacji. Są to bardzo lakoniczne w treści wyniki oględzin sądowo-lekarskich; wszystkie wystawione tego samego dnia 4 listopada 1947 roku przez służbę śledczą, opatrzone pieczątką Zakładu Medycyny Sądowej UJ. W rubryce, w której należało wpisać, skąd pochodzi dana osoba, we wszystkich czterech przypadkach napisano: Nowy Targ. Charakterystyczne dla tych dokumentów jest to, iż wszystkie zostały napisane tą samą ręką. Świadczy o tym identyczny charakter pisma.
Tylko jeden z pochowanych we wspólnej mogile „ogniowców” jest wymieniony w zachowanych dokumentach z imienia, nazwiska i partyzanckiego pseudonimu. To Adam Półtorak „Wicher”. Ten, kto sporządzał akt zgonu zaznaczył, że „Wicher” zginął, gdy miał 30 lat.

Maria Ratajewska, jedna z dwóch żyjących do dzisiaj sióstr Adama Półtoraka, mieszka w Rawiczu, 110 km. od Poznania. Jest osobą po siedemdziesiątce. Mocno schorowaną. Trzykrotnie przeszła zawał serca. Gdy mieszkający w Rabce syn przeczytał jej artykuł, w którym piszemy, gdzie mogą się znajdować szczątki Adama Półtoraka, musiała wziąć silną dawkę środków uspokajających.
– W tym dniu nie mogłam zasnąć. Zastanawiałam się, czy tam rzeczywiście może leżeć Adam? Nie wiem, czy przeżyłabym ekshumację, ale chciałabym doczekać chwili, gdy zapalę świeczkę na grobie brata – mówi Maria Ratajewska. Twierdzi, że po rozmowie z synem przed oczami stanęły jej obrazy z dalekiej przeszłości. Dzieciństwo i młodość, która upłynęła wśród kochających rodziców i szóstki rodzeństwa. Maria Ratajewska, dwa lata młodsza od Adama, który miałby dzisiaj 75 lat, chodziła do gimnazjum w Makowie Podhalańskim. Często odwiedzała też Chabówkę. Tam mieszkała jej zaprzyjaźniona z partyzantami ciocia Sosnowska, która odsiedziała swoje w ubeckich więzieniach za te związki.

– Nie tylko ciocia Sosnowska, ja też widywałam się z bratem. Nie bacząc na jego przestrogi, wiedział zresztą, że jestem bardzo dyskretna, chodziłam jako podlotek do obozu „ogniowców” na Turbaczu. Pamiętam, że podczas takiego spotkania – to było tuż przed śmiercią Adama – brat powiedział: Wiesz co Marysiu, jestem już strasznie zmęczony.
W jaki sposób dowiedziała się o śmierci Adama? – Ktoś z organizacji powiadomił ciocię Sosnowską, że Adam zginął. Zastanawiała się, jak to powiedzieć mamie. Ta tragiczna wieść najpierw dotarła do ojca. Tata musiał zidentyfikować zwłoki. Opowiadał później, że trupy poległych w Lasku leżały jeden na drugim w wagonie, który jakiś czas stał na bocznym torze. Wrócił do domu blady. Już wcześniej przeżyliśmy dramat, bo dowiedzieliśmy się o śmierci najstarszego brata – Henryka, który zginął w wojennej zawierusze. Pamiętam, że rodzice, bardzo oboje religijni, rozpaczali dodatkowo z tego powodu, że nie mogą po chrześcijańsku pochować Adama.
Mama i tata usiłowali się dowiedzieć, gdzie mogły trafić zwłoki. Dotarło do nich jedno zdanie, wypowiedziane przez funkcjonariusza UB, że „takich bandziorów ziemia nie przyjmie”. Widząc rozpacz matki, próbowałam na własną rękę odnaleźć szczątki Adama. Znałam jednego urzędnika, który miał szerokie znajomości. To był porządny człowiek. Powiedział, że zwłoki Adama poszły do Akademii Medycznej, że studenci będą się na nich uczyć. I jeszcze to, że jak nie chcę siedzieć w wiezieniu jak ciocia Sosnowska, to żebym się już więcej nie interesowała tą sprawą.

Maria nie przestała myśleć o swoim bracie. Zaprzestała jednak poszukiwań, bo okoliczności rzuciły ją daleko od domu, w okolice Poznania. Los troszkę sobie zadrwił z młodej dziewczyny, która tak bardzo podziwiała partyzantów. Zakochała się bowiem w milicjancie. – Jego przełożeni zakazali mu spotykać się ze mną. Gdy dowiedzieli się, że planujemy wziąć ślub, miał przykrości, zwracano mu publicznie uwagę: „Z siostrą bandziora się żenisz?” Mąż się zbuntował. Podziękował za pracę i ożenił się ze mną. Musieliśmy się jednak wynieść daleko od Nowego Targu. Trafiliśmy w Poznańskie, do Rawicza, żyliśmy wiele lat szczęśliwie – mówi Maria Ratajewska, jedna z sióstr Adama Półtoraka, „ogniowca” o pseudonimie „Wicher”. Mieszkająca w okolicach Rabki, druga z sióstr, również wzruszona wiadomością o tym, że odnaleźliśmy szczątki jej brata, podobno już szykuje miejsce w rodzinnym grobie.

Wanda Dziechciowska, kuzynka „Wichra”, mówi, że nasze publikacje wywołały poruszenie w wielu rabczańskich domach. Twierdzi, że dobrze znała również drugiego z partyzantów, który zginął w Lasku – Teofila Papierza, pseudonim „Huragan”. Wedle naszych informacji spotkał go podobny los, co Adama Półtoraka. Z informacji archiwalnych Zarządu Cmentarzy Komunalnych wynika, że jego doczesne szczątki zakopano w tej samej skrzyni, w tym samym miejscu, co kości Adama Półtoraka.
– Leoś, czyli Teofil Papierz był wspaniałym człowiekiem. Znam jego siostrę. Ostatnio przebywała poza Rabką. Właśnie wróciła. Wybieram się do niej, aby jej o wszystkim opowiedzieć. Na pewno skontaktujemy się z redakcją – zapewnia Wanda Dziechciowska.

GRAŻYNA STARZAK, [email protected] , tel: 606-28-58-79
Dziennik Polski, Nr 159 (18255), 09.07.2004

Gdzie pochowano „Ognia”? – 11 (1/2) < część > 13
Gdzie pochowano "Ognia"? – część 1>

Strona główna>

Gdzie pochowano "Ognia"? – część 11 (1/2)

Z Lasku na Rakowice

Funkcjonariusze UB robili wszystko, by mogił partyzantów po prostu nie było, aby nie stały się miejscem kultu.

O akcji „ogniowców” w Lasku pod Nowym Targiem niewiele dotąd pisano. Do niedawna nie było również wiadomo, co się słało z ciałami poległych tam partyzantów. Nam udało się ustalić szczegóły wydarzeń z 1 listopada 1947 roku.

Dlaczego akcja w Lasku jest mało znana nawet historykom? Być może dlatego, że ci z nich, którzy zajmowali się działalnością „Ognia”, byli skupieni głównie na poczynaniach dowódcy. Mniej interesowało ich to, co robili „ogniowcy” po jego śmierci. W opinii dr. Macieja Korkucia, historyka z krakowskiego oddziału IPN, jest jest to uzasadnione, bo Józef Kuraś był wybitnym dowódcą i głównym spoiwem całego zgrupowania. Ale opisanie, nawet szczegółowe, działalności „Ognia” nie oddaje pełnego obrazu tamtych dni. „Ogniowcom” było łatwiej walczyć, gdy major Kuraś jeszcze żył i działał niż w czasach, gdy po śmierci przywódcy utworzyli „III Kompanię AK”, a później oddział pod nazwą „Wiarusy”. W tym drugim okresie partyzanci coraz częściej stawali się zaszczutą zwierzyną, która co prawda jeszcze może kąsać, ale musi kryć się po lasach, aby nie paść ofiarą coraz liczniejszej i coraz lepiej poinformowanej grupy tropicieli z UB.

Skąd ubowcy mieli tak dobre rozeznanie, kto jest kim w partyzanckich szeregach? Skąd znali ich pseudonimy, znaki charakterystyczne, na podstawie których potrafili bezbłędnie zidentyfikować partyzantów, którzy polegli np. na stacji Lasek?
Uzyskiwali te dane od przesłuchiwanych, których złapali; tych, którzy się ujawnili tuż po wojnie – wyjaśnia dr Maciej Korkuć.
Ma on swoją teorię na temat, jak wyglądały te przesłuchania. Opracował ją na podstawie materiałów archiwalnych, ale zapewne konsultował z psychologiem. Według niego przesłuchiwany na UB podejmował pewnego rodzaju grę, która polegała na tym, że dany człowiek rozważał, co może powiedzieć a czego nie; co warto ukrywać w trosce o siebie czy swoich kolegów z oddziału a czego nie warto, bo UB może już mieć wiadomości na ten temat. Technika przesłuchań miała pokazać, że ubecy i tak wszystko wiedzą, a przesłuchiwany rzekomo miał tylko potwierdzić te wiadomości.

– Protokoły przesłuchań są pełne szczegółów. Gdy się je czyta, można mieć wrażenie, że aresztowani sypali jak z nut, a tymczasem im najpierw wmówiono, że na pytania, które się im stawia, UB i tak zna odpowiedź. To często była prawda. Tyle tylko, że tą metodą oni wciąż poszerzali swoją wiedzę o kolejny szczegół. Wychwytywali nową dla siebie informację, a później, przesłuchując kogoś innego, zaskakiwali go tym szczegółem. Przesłuchiwany potakiwał, dodając kolejne informacje. Tym sposobem mieli np. pełny zestaw partyzanckich pseudonimów – relacjonuje wyniki swoich dociekań dr Korkuć.
Najwięcej problemów mieli funkcjonariusze UB z dopasowaniem pseudonimu do konkretnej osoby, bo partyzanci często zmieniali swoje pseudonimy. Dobrym przykładem jest tutaj Józef Świder, dowódca „Wiarusów”. O nim pisaliśmy w poprzednim odcinku. Za życia „Ognia" nosił pseudonim „Pucuła”. Po jego śmierci występuje jako „Mściciel”. UB nie miało problemu z rozszyfrowaniem Świdra, gdy zginął w potyczce 18 lutego 1948 roku tylko dlatego, że byt dobrze rozpracowany przez agentów.

Z innymi partyzantami poszło im gorzej. Do końca istnienia PRL-u nie odkryto np., jak naprawdę nazywał się „Groźny” – jeden z najbardziej aktywnych dowódców u „Ognia”. Przy jego zwłokach znaleziono dokumenty na inne nazwisko. Stąd w ubeckich opracowaniach „Groźny” przez kilkadziesiąt lat występował raz jako Stawiarski, innym razem jako Sawański.
Dr Maciej Korkuć opowiada, że w byłych archiwach UB natrafił na ślady urzędowych poszukiwań informacji na temat „Groźnego”. Okazuje się, że czyniono to jeszcze w latach 60. i 70. Wiedziano, że „Groźny” był dezerterem z ludowego wojska, więc poszukiwania prowadzono m.in. w Centralnym Archiwum Wojskowym w Rembertowie. Pracownicy tej instytucji odpisali, że w wojsku był żołnierz o nazwisku Stawiarski, ale dalsze informacje, których udzielili, zupełnie nie pasowały do „Groźnego”. Zaangażowano w tę sprawę wielu ubeków, zmarnowano wiele papieru, ale nie osiągnięto oczekiwanego wyniku.
W rzeczywistości „Groźny" nazywał się Henryk Głowiński. Jako jeden z nielicznych dowódców podziemia został po ludzku pochowany. Stało się tak tylko dlatego, że znaleźli się ludzie, którzy mieli przesłanki, aby przypuszczać, gdzie po akcji w Bielance w 1946 r., w której poległ, pogrzebano jego zwłoki. Partyzanci wykopali je nocą i potajemnie przenieśli na cmentarz w Rabce, do grobu rodzinnego jednego z łączników  w oddziale „Groźnego”. Leży tam do dziś.

Partyzanci z oddziału Henryka Głowińskiego „Groźnego” – 3 kompania zgrupowania „Ognia”. Stoją od lewej: NN „Janosik”, Ignacy Wacławik „Kula”, Ludwik Baliński „Tur”, Czesław Stolarczyk „Guc”(stoi za „Turem”), Stanisław Wróbel „Bimber”, Józef Świder „Pucuła”, Henryk Głowiński „Groźny”, Stanisław Kaciczak „Bocian”, Wojciech Krzeszewski „Baca”, Jan Osiecki „Bratek”, Adam Domalik „Kowboj”. Leżą (od lewej): NN „Kominiarz”, Antoni Wąsowicz „Roch”.

– Z ciałami partyzantów, którzy zginęli w czasie akcji czy też podczas przesłuchań wa UB, działy się różne,  dziwne rzeczy. Rzadko zdarzała się okazja, aby można je było normalnie pochować – mówi dr Maciej Korkuć, wspominając, że swój grób w Rabce ma, obok „Groźnego”, inny partyzant poległy w Bielance – Jan Osiecki „Bratek”.
– Nie wiemy, czy jego ciało również wykradziono UB czy też jako szeregowy żołnierz został po śmierci wydany rodzinie. Funkcjonariusze UB robili wszystko, by mogił partyzantów po prostu nie było. Aby nie stały się miejscem kultu. Dlatego do dzisiaj nie ustalono, gdzie pochowano wielu partyzanckich dowódców na czele z „Ogniem”. Rodziny upominały się o ciała zabitych, ale zwykle bez skutku. Najczęściej prawdopodobnie było tak, że gdzieś na szczeblu Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego zapadała decyzja, iż ciało ma zniknąć i że nikt postronny nie powinien wiedzieć, gdzie się podziało. Nawet jeśli szczątki chowano do grobu, robiono to potajemnie, nocą, w ustronnym miejscu, aby ktoś przypadkiem nie zapalił tu świeczki w Święto Zmarłych czy 11 listopada. Ofiary wielokrotnie zagrzebywano na dziedzińcach czy nawet w różnych pomieszczeniach urzędów bezpieczeństwa, starając się zatrzeć wszelkie ślady – mówi dr Maciej Korkuć.

Partyzanci, którzy stracili życie w czasie akcji na stacji Lasek, mieli mniej szczęścia niż ofiary potyczki w Bielance. Nawet dokładnie nie wiadomo, ilu ich naprawdę było.
Kazimierz M., mieszkaniec Nowego Targu, był nastolatkiem, gdy po mieście gruchnęła wiadomość o krwawej jatce, do jakiej doszło w no
cy z 30 października na 1 listopada 1947 roku na stacji w Lasku. Pamięta, że domownicy opowiadali poruszeni, iż leśni ludzie, czyli partyzanci, zaskoczyli śpiących w jednym z wagonów milicjantów. Podobno kazali im złożyć broń i wyjść na stację. Nie mieli zamiaru strzelać. Tym bardziej że tym pociągiem jechała spora grupa cywilów. Pan Kazimierz słyszał również, że partyzantom chodziło głównie o pieniądze przewożone z Urzędu Poczty w Zakopanem do centrali w Krakowie. Informację na ten temat miał przekazać partyzantom sympatyzujący z ruchem oporu brat jednego z „ogniowców”, który pracował w zakopiańskim urzędzie. Ponieważ pieniądze, które zarabiała poczta, przeznaczane były głównie na utrwalenie nowej władzy, partyzanci nie mieli oporów, aby korzystać z takich łupów. Przeciwnie, odbicie gotówki z. rąk milicjantów czy ubeków było powodem do chluby. Żołnierze „Ognia”, utworzywszy po śmierci swojego przywódcy oddział „Wiarusów”, nie przypuszczali jednak, że milicjanci zaczną strzelać. I to na oślep.

– To była krwawa jatka – cytuje zasłyszane w młodości opowieści Kazimierz M. Nie potrafi powiedzieć, ilu partyzantów zginęło. Wie natomiast, że były ofiary również wśród cywilów. Udało mu się ustalić, że ciała Mariana W. oraz Marii K., którzy tej nocy jechali pociągiem osobowym z Zakopanego do Krakowa i przypadkowo zginęli w strzelaninie w pociągu, spoczywają na nowotarskim cmentarzu. Losy zabitych w potyczce partyzantów nie były do dzisiaj znane. Podobno furman, którego UB zatrudniło do wożenia ciał, jedyny człowiek mogący wyjaśnić tę zagadkę, zniknął w tajemniczych okolicznościach.

Gdzie pochowano "Ognia"? – część 11 (2/2)

Strona główna>

Gdzie pochowano "Ognia"? – część 11 (2/2)

Dr Maciej Korkuć, który …

Dr Maciej Korkuć, który wielokrotnie penetrował archiwa dawnego UB w poszukiwaniu materiałów związanych z oddziałem „Ognia”, zastrzega się, że potrafi opisać akcję w Lasku jedynie od strony technicznej, tak jak przedstawiali ją funkcjonariusze MO i UB w swoich raportach.
Partyzanci weszli do stojącego w Lasku pociągu 30 minut po północy 1 listopada 1947 roku i kazali wyjść mundurowym. Gdy milicjanci zobaczyli, że znaleźli się w pułapce, że ucieczka jest praktycznie niemożliwa, zaczęli strzelać w popłochu.
Na tę kanonadę odpowiedzieli strzałami partyzanci. W chaosie i zamieszaniu raniono kilku cywilów. Dwie osoby spośród nich zmarły. Trudno powiedzieć, czy z rąk partyzantów czy milicjantów. Wedle ubeckich szacunków, niekoniecznie zgodnych z prawdą, partyzantów było w sumie 11. Dwóch zginęło na miejscu. Dwóch innych, rannych, zdołało się ewakuować razem z resztą oddziału. Umieszczono ich albo w kwaterze „Wiarusów” w Niwie pod Nowym Targiem, albo w pobliskim przysiółku zwanym Buflakiem. Informacje na ten temat są rozbieżne. Tam mieli dochodzić do zdrowa, przeczekując pierwsze, gorące jeszcze tygodnie po akcji.

Zdradził ich jeden z miejscowych gospodarzy. Zostali otoczeni przez grupę operacyjną milicji i UB. Jeden z partyzantów, nie chcąc się oddać w ich ręce, rozerwał się granatem. Był to albo Stanisław Bochniak ps. „Zemsta”, albo Jan Pierwoła ps. „Piorun”. Drugi z osaczonych został pojmały i zmarł w drodze do Nowego Targu. Ofiar akcji w Lasku mogło być w sumie 9. Co do dziesiątej nie ma pewności. Domniemaną dziesiątą ofiarą (według niektórych opracowań UB) mógł być Zbigniew Zagrodzki ps. „Żbik”, o którym pisze się w materiałach UB, że był dezerterem z Powiatowego  Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Nowym Targu.
W Lasku zginęło też trzech funkcjonariuszy MO. Pochowano ich z honorami, w asyście kolegów w mundurach i przy dźwiękach orkiestry. Pogrzeby dwójki cywilów odbyły się w rodzinnym gronie, cicho i skromnie.
Rodziny czterech partyzantów, których postrzelono na stacji w Lasku, daremnie oczekiwały na wiadomości o swoich bliskich. Prawdopodobnie do dzisiaj nie wiedzą, co się stało ze zwłokami „Zemsty”, „Huragana”, „Wichra” i „Pioruna”.

Z dziennikarskiego śledztwa wynika, że partyzanci, którzy stracili życie w czasie akcji na stacji Lasek, prawdopodobnie trafili najpierw do prosektorium Collegium Medicum UJ. Być może na ich zwłokach studenci Wydziału Lekarskiego uczyli się anatomii. 30 stycznia 1948 roku przywieziono ich na cmentarz Rakowicki i zakopano w dwóch drewnianych skrzyniach. Z zachowanej z tamtego okresu dokumentacji wynika, że „Wicher” „Huragan” i „Piorun” (drugi pseudonim „Dratwa”) spoczęli obok siebie i – co wielce prawdopodobne – obok swego dowódcy – majora Józefa Kurasia „Ognia”, któremu nadano fikcyjne nazwisko Kryszczała. Natomiast „Zemsta”, inny „ogniowiec” zastrzelony w Lasku, został złożony w drugiej skrzyni razem z trzema osobami, niemającymi nic wspólnego z partyzantką.
Tylko jeden z pochowanych we wspólnej mogile „ogniowców” jest wymieniony w zachowanych dokumentach z imienia, nazwiska i pseudonimu. To Adam Półtorak „Wicher”. Funkcjonariusz UB zaznaczył, że miał 30 lat, gdy znalazł się w szeregach „Ognia”. Dwaj inni występują tylko pod pseudonimami, jako NN, czyli o nieustalonych personaliach. Czwartemu poległemu w Lasku zniekształcono nazwisko.

Gdyby krewnym wymienionych wyżej partyzantów udało się w jakiś sposób dotrzeć do dokumentacji cmentarnej z tamtych lat, prawdopodobnie niewiele by się dowiedzieli. Możemy im dzisiaj pomóc tylko dlatego, że jeden z naszych czytelników – dr Andrzej Ślęzak, dyrektor Szpitala im. S. Żeromskiego w Nowej Hucie – odnalazł ukryte przez wiele lat materiały, a drugi – dr Maciej Korkuć, historyk z IPN, dokładnie przeszukał ubeckie archiwa, robiąc kserokopie z tysięcy materiałów, w których pojawiały się nazwiska i pseudonimy ludzi z oddziału „Ognia”.
Dzięki temu mogliśmy zidentyfikować ofiary z Lasku i zlokalizować miejsce ich pochówku. Pierwsza z ofiar to Stanisław Bochniak, syn Józefa, urodzony 1 kwietnia 1925 roku w Czorsztynie, pseudonim „Zemsta”. W aktach UB figuruje również jako „Saper”. Z tychże akt wynika, że przyłączając się do oddziału „Ognia”, zdezerterował z ludowego wojska. Ujawnił się 4 kwietnia 1947 roku, ale później znów poszedł do lasu, meldując się w oddziale „Wiarusów”. Ranny w akcji na stacji Lasek, zginął w czasie obławy w Niwie.
Stanisław Bochniak ps. „Zemsta” lub „Saper”, został pochowany trzy miesiące po śmierci w kwaterze LXXIX cmentarza Rakowickiego. W 1976 roku przekopano jego grób. Obecnie spoczywa tam inna osoba.
W tej samej kwaterze, ale w innym rzędzie pochowano szczątki trzech kolegów Stanisława Bochniaka. Adam Półtorak ps. „Wicher” (ale też „Sokół”, „Leoś”), syn Jana, urodzony 15 grudnia 1928 roku w Chabówce, ujawnił się 29 listopada 1946 roku. Później w oddziale „Ognia” i „Wiarusów”. Zginął na stacji w Lasku. Jego starszy o 4 lata brat Józef  ps. „Grab”, był członkiem oddziału „Groźnego”.
Jan Pierwoła, syn Józefa, urodzony 16 grudnia 1929 roku w Sromowcach Wyżnych, ps. „Piorun” albo „Dratwa”, został ranny w czasie potyczki na stacji w Lasku. Trafił do obozu „Wiarusów” w Niwie. Tutaj, razem ze Stanisławem Bochniakiem, został osaczony. Z ubeckich akt wiadomo, że jeden z nich rozerwał się granatem. Ten szczegół może być istotny przy ewentualnej ekshumacji.
Ostatnia z ofiar potyczki w Lasku to prawdopodobnie Teofil Papierz ps. „Huragan”, syn Wilhelma, urodzony 12 grudnia 1926 roku w Rabce. Dr Maciej Korkuć ustalił, że taki sam pseudonim nosił inny „ogniowiec” – Zbigniew Kwapień. W materiałach UB napisano, że Kwapień pochodził ze Wschodu, a. jego siostra pracowała w PCK w Bytomiu. Jeden „Huragan” różnił się od drugiego m.in. tym, że Kwapień miał srebrny ząb w górnej szczęce, co skwapliwie odnotowali funkcjonariusze UB, a co może być istotne przy ewentualnej identyfikacji.

Nie ma żadnych wątpliwości co do tego, że szczątki ofiar akcji w Lasku złożono w oznaczonym przez nas miejscu. Jeśli specjaliści ocenią, że jest szansa na ich odnalezienie, będziemy robić wszystko, aby doszło do ekshumacji.
O tym, że tajemne pochówki skrzyń z ludzkimi zwłokami, które przywożono z Zakładu Medycyny Opisowej, odbywały się właśnie na wspomnianej kwaterze cmentarza Rakowickiego, upewniłam się, słuchając pana Adama, który w latach 40. i 50. mieszkał przy ul. Żelaznej w Krakowie. Z okien jego kamienicy widać cmentarz Rakowicki i wyznaczoną przez nas kwaterę. 85-letni dziś pan Adam prosił, aby nie wymieniać jego nazwiska – zaklina się, iż na początku 1948 roku widział, jak przywieziono na furmance i złożono od strony alei 29 Listopada dużą, drewnianą, nieheblowaną skrzynię, którą następnie dość głęboko zakopano i zasypano ziemią. Pan Adam twierdzi, że kilka tygodni później w tym samym miejscu odbył się prawdziwy pogrzeb z księdzem i żałobnikami. Podobno nie tylko uczestnicy ceremonii dziwili się, że trumna spoczęła tak płytko, pod wierzchnią warstwą ziemi.

GRAŻYNA STARZAK, [email protected] , tel: 606-28-58-79
Dziennik Polski, Nr 130 (18226), 04.06.2004

Gdzie pochowano „Ognia"? – 10 < część > 12
Gdzie pochowano "Ognia"? – część 1>

Strona główna>