Mjr Józef Kuraś "Ogień" (1915 – 1947) – część 4


UB próbowało różnymi sposobami zlikwidować "Ognia" i jego ludzi. Jednym ze sposobów, miało być wprowadzenie do zgrupowania agentów, mających za zadanie wsypać do jedzenia truciznę. Na szczęście plan sie nie powiódł, a agenci zostali zlikwidowani. Na zdjęciu: Plan zniszczenia grupy "Ognia" z 15 lipca 1946 r.

Sytuacja taka nie trwała jednak długo. UB i KBW zdołało w pełni wykorzystać okres zimowej demobilizacji oddziałów zgrupowania na przełomie 1946/1947 dla zadania mu szeregu dotkliwych strat. Niewątpliwie największym sukcesem, jaki UB odniosło w styczniu 1947 r. była udana operacja osaczenia Mieczysława Wądolnego „Mściciela”, który zginał samobójczą śmiercią otoczony przez KBW 14 stycznia 1947 r.
Dnia 11 II 1947 r. został rozbity i wymordowany patrol szefa 2 kompanii kpr. Józefa Szczoty „Marnego”. 10 II 1947 r. „Marny” wraz z pięcioma podkomendnymi (w tym z Janiną Polaczykówną „Stokrotką”, szwagierką „Ognia”) udali się na nocleg do willi krakowskiego hufca ZHP zwanej „Śmiechówka”. Następnego dnia rano, poinformowani o tym fakcie przez agentkę UBP Marię Minczowską ps. „Niezdecydowana”, funkcjonariusze KBW i UB otoczyli dom. Akcję rozpoczęto od wrzucenia granatu do pokoju, w którym spali partyzanci (świadczy to o precyzyjności otrzymanego donosu). W czasie walki zginął od postrzału pociskiem dum-dum Władysław Domiczak „Koliba”, a Andrzej Lasak „Podbipięta” popełnił samobójstwo. Budynek stanął w płomieniach. Pozostali przy życiu „Marny” (ciężko ranny w nogi), „Stokrotka”, „Tygrys” (Kazimierz Marduła) i „Znicz” (Mieczysław Żebrowski), nie widząc żadnych szans, poddali się i wyszli z płonącego budynku. Kazano im położyć się na trawie i na miejscu ich zamordowano, pozostawiając przy życiu jedynie J. Polaczykówną, jako szwagierkę „Ognia”, uznając ją za cenne źródło informacji. Akcja ta była prowadzona pod osobistym nadzorem mjr. Bronisława Wróblewskiego z MBP.

22 stycznia 1947 r. skierowano w rejon stacjonowania „Ognia” 829 ludzi z 6 samodzielnego batalionu operacyjnego oraz 2 samodzielnego zmotoryzowanego pułku KBW. Podzielono ich na siedem pododdziałów operacyjnych i sztab z odwodem. Do każdego oddziału przydzielono funkcjonariuszy UBP. Zadaniem każdej grupy było „ustawiczne śledzenie, ściganie i nękanie bojówek „Ognia”. Zakrojone na szeroką skalę akcje wojskowe i pacyfikacyjne w terenie w połączeniu ze wzmożoną pracą agenturalną doprowadziły do likwidacji i aresztowano wielu partyzantów i współpracowników „Ognia”. Były to kolejne poważne ciosy dla zgrupowania „Ognia”, które pogłębiły poczucie beznadziejności sytuacji wśród poszczególnych grup partyzantów, rozlokowanych na melinach i przebywających w lesie.
10 II 47 r. zwerbowany został przez UB agent, któremu nadano pseudonim „Orientacyjny”. Po trzech dniach przyprowadził on do UB kolejnego, zwerbowanego przez siebie agenta ps. „Śmiały”, który przekazał dokładny opis miejsca kwaterowania sztabu zgrupowania „Ognia” w górach za Turbaczem. 17 II 47 r. zdrajca osobiście poprowadził 100 osobowy oddział KBW wzmocniony grupą UB pod dowództwem kpt. F. Dworakowskiego. Następnego dnia, ok. godz. 10:00 grupa operacyjna zbliżyła się do obozu, jednak „ogniowcy” nie dali sie zaskoczyć i już z odległości 300 m. zaczęli się ostrzeliwać. Udało im sie wycofać, jednak stracili jednego zabitego, Józefa Srala „Smaka”.
Po tej operacji „Ogień” podzielił swój oddział sztabowy na mniejsze, kilkuosobowe grupki, które skierował na kwatery we wsiach. Sam na czele zaledwie sześciu ludzi zszedł do Ostrowska 20 lutego 1947 r. Byli z nim Jan Kolasa „Powicher”, Stanisław Sral „Zimny”, Kazimierz Kuraś „Kruk” (bratanek „Ognia”), Franciszek Dróżdż „Szpak”, Stanisław Ludzia „Harnaś” i łączniczka Irena Olszewska „Hanka”. Trzeba tu wyraźnie podkreślić, że nie była to grupa rozbitków, czy też jak sugerowano wielokrotnie, grupa ostatnich (sic!) najwierniejszych ludzi, którzy pozostali przy „Ogniu”.
Straty jakie zgrupowanie poniosło w listopadzie, grudniu 1946 i styczniu 1947 r., czyli w okresie zimowego rozlokowania części oddziałów i poszczególnych osób na wiejskich kwaterach, znacznie osłabiły całość i spoistość zgrupowania, ale nie były tożsame z jego rozbiciem.
Zgrupowanie nie straciło zdolności mobilizacyjnych i w myśl planów „Ognia” na wiosnę oddziały ponownie miały się zebrać i powiększyć.

Nie dane jednak było „Ogniowi” zrealizować tych planów. Zdrajcami, którzy donieśli o miejscu kwaterowania to Stanisław Byrdak, Antoni Twaróg i Stefania Kruk. Wszyscy ci ludzie związani byli wcześniej z jego oddziałami.

Fragment raportu specjalnego do WUBP o doniesieniu agenturalnym nt. stacjonowania mjr. "Ognia"

Nowotarskie UB informacje otrzymało ok. godz. 9:30, 21 lutego 1947 r. Ok. godz. 10:00, czterdziestoosobowa grupa z odwodu Wojsk Wewnętrznych, wzmocniona przez dziesięciu funkcjonariuszy UB i MO, wyjechała do Ostrowska. Całością dowodzili i akcję naprowadzali: mjr B. Wróblewski z MBP, kpt. B. Szwajgert i kpt. F. Dworakowski z WBW w Krakowie, por. A. Podstawski – szef PUBP w Nowym Targu, por. H. Słabczyk z KP MO w Nowym Targu i ppor. E. Zawada z WUBP w Krakowie.
Atak na dom Józefa i Anny Zagatów, w którym przebywał „Ogień” rozpoczęto ok. godz. 13:00. Wcześniej otoczono cały kompleks zabudowań w trójkącie trzech dróg. W trakcie strzelaniny „Powicher” wraz z rannym „Harnasiem” zdołali się przebić i uciec. Zginęli „Zimny” i „Kruk”. „Szpakowi” udało się ukryć.
Partyzanci najpierw niepostrzeżenie przeniknęli do sąsiedniego budynku Michała Ostwalda. Podpalono zabudowania, ale „Ogień” wraz z „Hanką” zdołał przedostać się do kolejnego budynku Marii Kowalczyk – Pachowej. Otoczony tam, został wezwany do poddania się. Odmówił, polecając skorzystać z tej propozycji „Hance”. Po jej wyjściu z budynku „Ogień” próbował popełnić samobójstwo. Strzał w skroń nie spowodował jednak natychmiastowego zgonu – w stanie utraty przytomności został pojmany. Żołnierze obławy, po wdarciu się na strych, zrzucili nieprzytomnego „Ognia” po schodach, jednak UB-ecy, doceniając w pełni wagę informacji, jakie planowali uzyskać podczas przesłuchań, za wszelka cenę chcieli go ocalić. Przeniesiono go na ciężarówkę, sanitariusz KBW udzielił mu pierwszej pomocy i zawieziono go do nowotarskiego szpitala, który otoczył kordon KBW, a wewnątrz pilnowała „Ognia” obstawa UB i MO.

Ostrowsko, 21 luty 1947 r. Złożony na noszach przez UB-owców, ranny po samobójczym postrzale, Mjr Józef Kuraś "Ogień".

Ostrowsko, 21 luty 1947 r. Ranny Mjr "Ogień", kilkanaście godzin przed śmiercią.

Próby uratowania życia okazały się nieskuteczne. Major Józef Kuraś „Ogień” zmarł dwadzieścia minut po północy, czyli już 22 lutego 1947 roku. Ciało zostało zabrane i złożone
na podwórku WUBP w Krakowie i według niepotwierdzonych informacji, następnego dnia przekazano je Wydziałowi Lekarskiemu Akademii Medycznej, jako zwłoki nieznanego mężczyzny.
Do dziś nie jest znane miejsce pochówku mjr. „Ognia”.

Śmierć „Ognia” zbiegła się w czasie z uchwaleniem amnestii i oba te wydarzenia istotnie zaciążyły na losach „ogniowców”. Zgrupowanie miało charakter typowo wojskowy, oparty na autorytecie dowódcy. Nie poczyniono przygotowań na wypadek konieczności zmiany dowództwa, nie wyznaczono następców, którzy mieliby w regionie szanse zyskać tak duże uznanie dowódców poszczególnych oddziałów. Dlatego śmierć „Ognia” musiała się równać rozpadowi zgrupowania, nawet gdyby nastąpiła w mniej sprzyjającym dla władzy okresie.
W woj. krakowskim, wśród wielu dowódców oddziałów, którzy podjęli decyzję o skorzystaniu z amnestii było szereg „ogniowców”. Za ich przykładem poszli liczni podkomendni i ogółem ujawniło się oficjalnie 376 żołnierzy Kurasia i 134 współpracowników. Jednak, tak jak i w całej Polsce, komuniści nie zamierzali dotrzymać warunków amnestii i niedługo później ujawnieni byli aresztowani i skazywani na wieloletnie wyroki z karą śmierci włącznie. Spowodowało to, jak wszędzie, powrót części partyzantów „Ognia” w góry i podjęcie dalszej, bezpardonowej walki z komunistami.
Już w marcu 1947 r. pojedynczy żołnierze „Ognia” rozpoczęli działania przeciwko resortowi i konfidentom, jednak nie miały one jeszcze charakteru zorganizowanego. W maju, od nowa zorganizował oddział Józef Świder „Pacuła”, przyjmując nowy pseudonim „Mściciel”. Zwerbował 16 ludzi. Występowali pod nazwa „Wiarusy” lub III kompania AK lub ROAK. Ukrywali sie w rejonie Rabki i Skomielnej Czarnej w południowej części pow. myślenickiego. W końcu 1947 r. potroiła się ich liczba, bo do grupy przystępowali również ujawnieni. W roku 1947 „Wiarusy” wykonali kilkanaście akcji zbrojnych, w czasie których zastrzelili 7 żołnierzy KBW, 2 milicjantów, 1 funkcjonariusza UB. W sierpniu zlikwidowali agenta o ps. „Czarny”.
Przeciwko „Wiarusom” natychmiast wystąpiły siły UB i KBW, wykorzystując skrupulatnie doniesienia licznych agentów i informatorów. Przerażona terrorem UB społeczność Podhala nie udzielała już „Wiarusom” tak wydatnej pomocy jak „Ogniowi” i stąd ich akcje stawały sie mniej spektakularne i ponosili straty.
31 X 1947 r. na stacji kolejowej w Lasku rozbita została jedna z grup i zginęło 4 ludzi.
18 II 1948 r. zginał w potyczce d-ca Józef Świder „Mściciel” Po jego śmierci dowództwo nad „Wiarusami” przejął Tadeusz Dymel „Srebrny”. Grupa operowała w rejonach Łopusznej, Kościeliska, Bukowiny i Czarnego Dunajca.
Ale i oni nie mieli długo działać. 20 X 1948 r. zginął w zasadzce zastawionej przez KBW „Srebrny”.
Po nim grupę przejął były adiutant „Ognia”, Stanisław Ludzia „Harnaś”, „Dzielny”. Wzorując się na doświadczeniach „Ognia” podzielił ludzi na trzy grupy, licząc, że będzie im łatwiej działać. Jedna operowała w rejonie Szczawnica – Krościenko – Obidza, druga w rejonie Rabka – Rdzawka – Obidowa, zaś trzecia w rejonie Niedzica – Czorsztyn. W końcu 1948 roku „Harnaś” miał w dyspozycji 70 ludzi i dość szeroko rozbudowaną sieć współpracowników. W roku 1948 oddział „Harnasia” zastrzelił 13 milicjantów, 1 żołnierza KBW, 1 zdrajcę i 3 osoby cywilne (?). Dokonali kilku akcji na spółdzielnie i sklepy. W 1949 r. zastrzelili jednego milicjanta i jednego współpracownika UB.
Przeciw „Wiarusom” władze bezpieczeństwa zmobilizowały dość znaczne siły, a mianowicie 250 żołnierzy KBW oraz 60 milicjantów i funkcjonariuszy UB, którymi dowodził Stanisław Wałach, naczelnik Wydziału III WUBP w Krakowie (późniejszy literat, jeden z największych opluwaczy niepodległościowego podziemia), pod nadzorem zastępcy szefa Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Krakowie, Franciszka Szlachcica, późniejszego (w latach 70-tych) ministra spraw wewnętrznych i wicepremiera.
Podjęto także grę operacyjną, w wyniku której wprowadzono do „Wiarusów” oficerów UB, jako przedstawicieli III Okręgu ROAK w Krakowie, pod pseudonimami „mjr Maciej” (F. Szlachcic) i „Henryk” (Marian Strużyński, później jako Marian Reniak, autor kilku książek, m.in. „Niebezpieczne ścieżki”, która jak większość z tamtego okresu, dość tendencyjnie opisuje „Harnasia”, jego ludzi i operację przeciwko nim).
Już na początku 1949 r. organizacja „Wiarusów” została rozpracowana agenturalnie i przez następne miesiące prowadzono działania zmierzające do likwidacji grupy. 16 lipca 1949 r. w okolice Rabki przybył „mjr Maciej” i doszło do spotkania z trzema chętnymi do wyjazdu do Anglii. Wśród nich był „Harnaś”. Mistyfikację w czasie nocnego spotkania w głębokim terenie uwiarygodnił samochód ze znakiem angielskiej ambasady. Przewieziono ich do Krakowa, prosto do budynku WUBP i tylko przypadek sprawił, że zorientowali się, że są w rękach swoich prześladowców. Doszło do strzelaniny – „Harnaś” został ranny, dwaj pozostali zostali zabici w walce. Stanisław Ludzia „Harnaś”, „Dzielny”, "Ryś" został skazany na śmierć i stracony 12 stycznia 1950 r. w więzieniu Montelupich w Krakowie. Miejsce pochówku pozostaje nieznane.
17 lipca 1949 r. została aresztowana reszta jego „Wiarusów” i w ten sposób do połowy lipca 1949 r. przestał istnieć zasadniczy trzon „postogniowego” zgrupowania i było tylko kwestią czasu, aby wszyscy zostali ujęci. W sierpniu tego roku aresztowano 122 współpracowników „Wiarusów”.

Śmierć „Ognia” i rozpad jego zgrupowania partyzanckiego, jednego z największych w powojennej Polsce, a w końcu likwidacja „Wiarusów”, jako resztek zgrupowania „ogniowego” kończy rozpoczętą w 1939 r. walkę Podhalan o niepodległą i suwerenną Polskę, zaś wieloletnia inwigilacja ludzi „Ognia” przez Służbę Bezpieczeństwa potwierdza tylko ważne miejsce jego walki z siłą narzuconym, obcym i zbrodniczym reżimem.
Na koniec warto przytoczyć słowa prof. Andrzeja Paczkowskiego, które wspaniale podkreślają niepodległościowy i bohaterski charakter, tej heroicznej lecz jakże beznadziejnej walki „Żołnierzy Wyklętych”, często, już tylko po to, by do końca dotrzymać wierności przysiędze:
„Podziemie było toczącą ciężkie boje odwrotowe ariergardą Polski Niepodległej. Tyle, że nie było już się gdzie wycofać”.

Opracowano na podstawie:

Maciej Korkuć, Zostańcie wierni tylko Polsce… Niepodległościowe oddziały partyzanckie w Krakowskiem (1944 – 1947), Kraków 2002,
Maciej Korkuć, Zgrupowanie Partyzanckie „Błyskawica” [w:] Zeszyty Historyczne WiN-u,
Nr 5/1994,
Bolesław Dereń, Józef Kuraś „Ogień”. Partyzant Podhala, Warszawa 2004,
Łukasz Majerczyk, Wizerunek Józefa Kurasia (ps. ,,Orzeł”, ,,Ogień”) (1915 – 1947) w literaturze historycznej”. Publikacja internetowa: http://www.historycy.pl/Strony/Artykuly/2002%2002/Kuras.html

Kpt. Józef Zadzierski "Wołyniak" (1923-1946) – część 1

Był jednym z najodważniejszych
żołnierzy polskiego podziemia. Doceniany przez przełożonych i
szanowany przez podkomendnych. Nie lubił przegrywać. Jest po dziś
dzień wielką legendą południowej Lubelszczyzny i Zasania, pomimo
starannego oczerniania przez komunistycznych "historyków",
tworzących propagandową antyhistorię Polski. Fałszerzom i kłamcom
nie udało się jednak zoperować pamięci narodu. Legenda AK, NSZ i
WiN obroniła się jako element polskiego patriotyzmu. Jednym z tych,
którzy tę legendę budowali i którzy swoje życie
złożyli na ołtarzu walki o Polskę Wolną, Narodową i Katolicką
był kpt. Józef Zadzierski.


kpt. Józef Zadzierski "Wołyniak"

Urodził się we wrześniu 1923 r.
w Kostopolu na Wołyniu jako najmłodsze z czworga dzieci państwa
Zadzierskich. Jego ojciec Władysław, urzędnik, zginął w czasie
okupacji w niewyjaśnionych okolicznościach. Matka Stanisława z d.
Korczyc – Brochwicz zginęła w Powstaniu warszawskim. Obie siostry
i brat byli starsi o 7-11 lat, zatem Józio miał wielkie
szanse, by zostać rozpieszczonym beniaminkiem. Do takiej roli nie
predysponował go jednak charakter, który ujawnił się już w
dzieciństwie: samodzielny, odważny, uparty, czasami nawet
zawadiacki (by nie użyć łatwiej od nazwiska asocjacji). Trudno go
było czymkolwiek zastraszyć albo zaskoczyć, zawsze miał pod ręką
optymalne wyjście z sytuacji.

Lubił konie. Miał może pięć
lat, kiedy pierwszy raz posadzono go "na próbę" na
wierzchowca. Spodziewano się przy tym, że parę kroków
spaceru z asekuracją ojca usatysfakcjonuje malca, tymczasem on
uczepiwszy się grzywy ruszył z kopyta galopem. Wielka trwoga
ogarnęła domowników, którzy śledząc wzrokiem
oddalającego się ułana, oniemieli z wrażenia oczekując
niechybnej tragedii. Józio tymczasem zatoczywszy wielki krąg,
jakby nigdy nic wrócił niebawem na miejsce startu z
rozwichrzoną czupryną i wymalowanym na buzi zadowoleniem.
A
włosy wtedy (z woli mamy) nosił długie, "pod polkę",
prawie jak dziewczynki. Były one powodem ciągłego buntowania się:
– Nie chcę być babą! Jego protesty były jednak lekceważone,
dlatego pewnego dnia wymknął się z domu i poszedł na dworzec
kolejowy. Nosił tam bagaże, a za zarobione grosze udał się
natychmiast do fryzjera. By nie pozostawiać nikomu wątpliwości co
do swojej płci, kazał się ostrzyc dokładnie "na zero"!
Taki
był mały Józio Zadzierski. Na co dzień ułożony, uczynny,
chętny do pomocy, ale – kiedy chciał – zawsze postawił na swoim.
Lubił zabawy i gry wojenne. Nieustannie wznosił przeróżne
"fortece", które – zapewniał – są "nie do
zdobycia". Uczył się dobrze i nigdy sobie nie pozwolił, by mu
pomagano w odrabianiu lekcji. Taki mały, inteligentny
indywidualista.
Tymczasem mijały lata. Ojciec, dotychczas szef
firmy "Nobel", zmienił pracę i został kierownikiem Banku
Handlowo – Kupieckiego w Równem.

W 1937 r. rodzina Zadzierskich
przeprowadziła sie do Warszawy. Józef otrzymał patriotyczne
wychowanie w duchu narodowym, uczył sie w szkole kadetów,
skąd zabrał go ojciec, obawiając się wpływu piłsudczyków
na syna.
Najstarszy syn Edmund (rocznik 1912),
absolwent Liceum Krzemienieckiego, wyjechał do Włodzimierza
Wołyńskiego do Szkoły Podchorążych Artylerii, a potem do
Warszawy na studia matematyczne i do Poznania na ekonomię. Siostry
Maria i Alina po zdaniu matury w rówieńskim gimnazjum,
podjęły naukę w stolicy, odpowiednio w Szkole Dziennikarstwa i na
wydziale prawa Uniwersytetu Warszawskiego.

W przededniu wybuchu wojny, zniknął
z domu Józek. Zostawił kartkę, na której prosił o
wybaczenie, ale jego powołaniem jest bić się o wolną Polskę.
Nikt nie wie, jakich argumentów użył, ale faktem jest, że
16-latka przyjęto do regularnego wojska! Jako zwiadowca (oczywiście
na koniu!) walczył w armii gen. Franciszka Kleeberga, a po
kapitulacji pod Kockiem zwolniono go – jako małoletniego – do
domu.
Jego brat Edmund nie był – jako rezerwista – zmobilizowany,
ale zgłosił się do wojska na ochotnika. Wzięty do niewoli
sowieckiej, zginął w Starobielsku.
Józek tymczasem rwał
się do walki. Rodzice jednak postawili twardy warunek, że najpierw
musi zdobyć jakiekolwiek wykształcenie. Dokonał tego na tajnych
kompletach, a zaraz potem udał się do majątku Dańków w
powiecie grójecko-wareckim, gdzie ukończył podchorążówkę.
Jednocześnie nawiązał kontakt z lokalnymi oddziałami
dywersyjno-bojowymi. Nosił wówczas pseudonim "Zawisza"
i zaprzysiężony został przez prof. Władysława Kapelczyńskiego
„Wertusa”.

W 1943 roku został zdekonspirowany
przez Niemców. W obławie zginął jego kolega "Longinus",
natomiast "Zawiszy" udało się zbiec. Wtedy z pomocą
przyjaciół przedostał się do Kazimierza Mireckiego,
komendanta NOW na okręg COP (Rzeszowskie). Stąd trafił do
oddziału leśnego por. Franciszka Przysiężniaka "Ojca
Jana".


Józef Zadzierski "Wołyniak"

Tymczasem Zadzierski – senior od 1940 r. usiłował
nawiązać kontakt z konspiracyjnymi działaczami na Kresach
Wschodnich. Z pierwszej, bardzo ciężkiej wyprawy na Wołyń wrócił,
z następnej już nie. Był to straszny cios dla rodziny, a zwłaszcza
dla Józka, który był bardzo przywiązany do ojca.
Niestety, był to cios nie ostatni – wkrótce w Powstaniu
Warszawskim zginie matka, a rodzeństwo znajdzie się w ciężkich
tarapatach. Musieli często zmieniać mieszkanie, potracili wszelkie
zasoby materialne, a nawet dokumenty i rodzinne pamiątki. Ich życie
nabierało niezwykłego tempa i biegło od wypadku do wypadku. Mimo
rozsypki, utrzymywali ze sobą sporadyczne kontakty. Józek
często przyjeżdżał do matki (dopóki żyła), nie zraził
się nawet tym, że za kolejnym razem wpadł w "kocioł"
urządzony w jego mieszkaniu. Prowadzony przez dwóch
gestapowców zdołał wyrwać się i zbiec.

Część 2 >
Strona główna – wprowadzenie >

Kpt. Józef Zadzierski "Wołyniak" (1923-1946) – część 2

W połowie 1943 r. J. …

W połowie 1943 r. J. Zadzierski pod
nowym pseudonimem "Wołyniak" rozpoczyna partyzancką
działalność w OP-44 "Ojca Jana". Był to jeden z
największych i najlepiej zorganizowanych oddziałów NOW,
przez który przewinęło się blisko 3.000 ludzi. Przy
oddziale istniała podchorążówka i szkoła oficerska.

mjr Franciszek Przysiężniak "Ojciec Jan"

Oddział ten ma na swoim koncie wiele sukcesów w walce z
niemieckim okupantem, ale też co najmniej jedną dotkliwą porażkę.
Było to w okresie Bożego Narodzenia ’43, kiedy to jeden jedyny raz
zatrzymano się na kilkudniowe kwaterowanie w śródleśnej wsi
Graba, około 15 km na południe od Janowa Lubelskiego. 27 grudnia
przyjechał tu ks. kapelan Franciszek Lądowicz; szykowano właśnie
ołtarz, gdyż tego dnia miał się odbyć ślub dowódcy Fr.
Przysiężniaka z Janiną Oleszkiewicz. Miała być wielka feta,
tymczasem niespodziewanie na skraju wioski zagdakał erkaem, zaraz
potem odezwały się cekaemy, zaświtały pistolety maszynowe, rwały
się granaty. Do wsi weszły tyraliery niemieckie. Zaskoczeni
partyzanci mieli odciętą drogę do lasu. "Wołyniak" w
tym czasie czyścił swój rkm. Usłyszawszy strzały, w mig
złożył karabin i wyskoczywszy boso na dwór, jął prażyć
Niemców. Dzięki jego brawurze ocalało szefostwo oddziału,
ale poległo kilkanaście innych osób. Oddział poniósł
klęskę. "Wołyniak" i kilku innych żołnierzy opuściło
wtedy oddział, obarczając kierownictwo winą za
niefrasobliwość.

Miesiące partyzanckiej doli dzielił z
"Wołyniakiem" zamieszkały obecnie w USA Józef
Zawitkowski, który pół wieku później tak
scharakteryzował kolegę:
"Był jednym z najstarszych stażem
partyzantów u Ojca Jana . Nadzwyczaj odważny, ryzykant, nie
znający lęku ochotnik na każdą akcję. Ulubioną jego bronią
było parabelum szturmowe z długą lufą. Każdą broń potrafił w
kilka minut rozłożyć i złożyć z zawiązanymi oczyma! Nigdy nie
zawiódł, zawsze można było na niego liczyć."

Natomiast
jeden z przełożonych, major Emil Kubler wspomina:
"Od
pierwszego wejrzenia "Wołyniak" zaimponował mi swoją
dziarską postawą i zachowaniem. Z takimi zapaleńcami –
pomyślałem – dobrze mi będzie wojować w warunkach partyzanckich,
oni nie zawiodą."

Za swe nieraz krwawe, ale udane akcje,
otrzymał od swych przełożonych z NOW nie tylko przydomek
"zuchwałego zagończyka", ale też należne mu odznaczenia
i awanse do kapitana włącznie (rozkazem d-cy okręgu "Groma").

Po odejściu od "Ojca Jana"
zawiązał własny, nieliczny bo 30-osobowy oddział, który
operował głównie w północnej Rzeszowszczyźnie i w
Lasach Janowskich.
Od początku 1944 roku przeprowadził
wiele akcji przeciw administracji ukraińskiej oraz współpracującym
z Niemcami służbom i pomocniczym oddziałom ukraińskim.
Zlikwidował m.in. ukraińsko – niemieckie posterunki w Potoku,
Kuryłówce, Cieplicach, Obszy. Walczył na Zasaniu z Niemcami,
razem z sowiecka dywizją partyzancką im. Sidora Kowpaka. Dzięki
likwidowaniu przez niego niemieckich grup kontyngentowych Niemcy na
Zasaniu zaprzestali rekwirowania żywności we wsiach. Wiosną 1944
r. walczył z grupami UPA, jego oddział chronił ludność polska na
Zasaniu przed napadami ukraińskimi. W lipcu 1944 przeprowadził
wojska sowieckie przez San i umożliwił im zajęcie Leżajska bez
żadnych walk i strat.

Pod koniec lipca 44 r., kiedy to władzę
poczęli przejmować komuniści, dowództwo konspiracyjne Armii
Krajowej podjęło tyleż przebiegłą, co ryzykowną decyzję
wprowadzania swoich ludzi do władzy. Tym sposobem "Wołyniak"
(oczywiście ze sfałszowanymi dokumentami i spreparowanym
życiorysem) został komendantem nowo utworzonej Milicji
Obywatelskiej w Leżajsku. Podobny fortel udał się jeszcze w
Kulnie, Kuryłówce i paru innych miejscowościach. Jednak po
około trzech miesiącach NKWD rozszyfrowało "konie
trojańskie", zaczęły się aresztowania, katorżnicze
śledztwa, wreszcie wywózki na Sybir.
Wagon, którym
ich wieziono w listopadzie 44 roku był typowy dla tego typu
transportów : towarowy (bydlęcy), z zaryglowanymi drzwiami i
okratowanymi kolczastym drutem okienkami. "Wołyniak"
jednak nie był by sobą, gdyby pogodził się z wyrokiem. W wagonie
przebywał tylko tyle czasu, ile potrzeba było na wydłubanie w
podłodze dziury. Co prawda nie straszne mu było obcowanie ze
śmiercią, ale do głowy mu nie przyszła myśl, że ryzykując tę
ucieczkę, mógł zginąć pod kołami pociągu. Wraz kilkoma
towarzyszami zsunął się pod podłogę wagonu, chwila koncentracji
i zwolnienie uścisku rąk … Zwinięci w kłębek, toczyli się
jeszcze kilkadziesiąt metrów po torach, po czym podnieśli
się cali obolali, ale szczęśliwi, że uszli niewoli.
„Wołyniak”
odpoczął w krzakach oczekując na zmrok. W myślach usiłował
ustalić, gdzie jest i w jaką stronę się udać. Mniemał –
słusznie, jak się potem okazało – że jest w okolicy Lubaczowa.
Stąd ruszył w kierunku Niska, gdzie w niedalekim Zarzeczu szefem
placówki AK był kolega z lasu, Józef Zawitkowski. "W
pół wieku po tym wydarzeniu –
wspomina Zawitkowski – mam w
pamięci żywy obraz "Wołyniaka", który się u mnie
zameldował po ucieczce z transportu na Sybir. Potłuczony,
posiniaczony, cały w ranach, na łokciach i kolanach zdarta skóra…
wierzyć się nie chciało, że w takim stanie zdołał przejść
kilkadziesiąt kilometrów".

W Zarzeczu został opatrzony.
nakarmiony, ale nie przystał na propozycję, by odpocząć choć
kilka dni. Śpieszno mu było do Leżajska, a na drogę poprosił o
nagan, naboje i granaty. Odnalazł UB-ków i NKWD-zistów,
którzy go niedawno aresztowali i co do jednego
zlikwidował!
Odtąd był nieprzejednanym wrogiem komunistów,
Ukraińców z band UPA i tych wszystkich, którzy im
sprzyjali. Jeszcze raz zorganizował oddział, tym razem pod
auspicjami NZW. Liczył on ok. 150 ludzi i wsławił się wieloma
akcjami przeciw UB, MO, KBW, PPR, UPA i NKWD na terenie
Rzeszowszczyzny i południa Lubelskiego.


Ożanna, uroczystości z okazji święta 3 Maja 1945 r., na cztery dni przed bitwą z NKWD pod Kuryłówką. Przed oddziałami partyzantów NZW, stoją ich dowódcy, w kolejności (od prawej): kpt. Józef Zadzierski "Wołyniak", por. Stanisław Pelczar "Majka", Bronisław Gliniak "Radwan".

Dzięki jego dowództwu 19 marca
1945 r. polskie oddziały partyzanckie rozbiły idący z ukraińskiego
Kulna, ukraińsko – sowiecki napad na polską Kuryłówkę, a 7 maja
rozgromiły pod Kuryłówką ekspedycję karną NKWD, zabijając
ponad 70 żołnierzy tej formacji. W Leżajskiem i na Zasaniu zwalczał
antypolskie podziemie Ukraińców, pacyfikował wsie
wspierające UPA, m.in. Dobrą, Wołczaste, Dobczę, Dąbrowice,
Rudkę. W odwecie za napady oddziału UPA dowodzonego przez Iwana
Szpontaka „Żeleźniaka” dokonał 17 IV 1945 r. wraz z innymi
oddziałami NZW krwawej pacyfikacji ukraińskiej wsi Piskorowice. W
1945 i 1946 r. jego ludzie zniszczyli posterunki milicji m.in. w
Giedlarowej, Jarocinie, Frampolu, Potoku Górnym, Tarnogrodzie.
Toczył także potyczki z tropiącymi go na Zasaniu grupami
operacyjnymi KBW. Legenda "Wołyniaka" na tych obszarach
była tak wielka, że niemal wszystkie akcje były jemu przypisywane.
Propagandziści PRL nie omieszkali tego wykorzystać dopisując na
jego rachunek także niecne występki zwykłych bandytów,
szabrowników i "koguciarzy".

Legendy jednak przeważnie krótko
żyją. Po kolejnych pacyfikacjach terenu oraz akcjach UB i KBW
liczebność jego oddziału spadła z ponad dwustu do kilkunastu
partyzantów pod koniec 1946 r. W nocy z 11 na 12 listopada
1946 r. podczas potyczki w rejonie Tarnawca zostal ranny w rękę.
Nie mógł poddać się regularnemu leczeniu, bo to groziło
dekonspiracją i aresztowaniem. Niebawem rozwinęła się gangrena.
Nie widząc wyjścia z sytuacji, nocą z 28 na 29 grudnia 1946 r. we
wsi Szegdy popełnił samobójstwo.
Pochowano go
konspiracyjnie na miejscowym cmentarzu, ale nawet po śmierci nie
zaznał spokoju. UB węszyło za jego grobem, więc koledzy
przenieśli jego ciało w inne miejsce cmentarza w Szegdach.
Szykanowano ks. Węgłowskiego, który uczestniczył w
pogrzebie. Dopiero 30 lat później na jego mogile pojawił się
metalowy krzyż z tabliczką "Naród swemu Obrońcy",
ale tylko nieliczni wtajemniczeni wiedzieli czyje szczątki kryje ten
grób. I aż prawie pół wieku trzeba było, aby o
bohaterze mówić z imienia i nazwiska, a miejsce jego
wiecznego spoczynku by zostało godnie uhonorowane.
Kpt. Józef
Zadzierski wzorowo spełnił swój żołnierski i obywatelski
obowiązek. Był i jest wzorem polskiego oficera, wiernego syna
narodu.

Pomnik nagrobny kpt. Józefa Zadzierskiego "Wołyniaka" w Tarnawcu k/Leżajska.


Tablica nagrobna na pomniku kpt. Józefa Zadzierskiego. Cmentarz w Tarnawcu.

Część 1 >
Strona główna – wprowadzenie >

Opracowano na podstawie:
Józef Łukasiewicz, Sybir w pół drogi.
Wspomnienie o kpt. Józefie Zadzierskim "Wołyniaku",
"Janowski Kurier Związkowy" nr 1 (43) luty 2000
Konspiracja i opór społeczny w Polsce 1944 – 1956. Słownik Biograficzny, tom. II,
wyd.: Instytut Pamięci Narodowej. Kraków-Warszawa-Wrocław 2004