Z Zeszytów Historycznych WiN-u… (8)

Wraz z ukazaniem się kolejnego numeru periodyku "Zeszyty Historyczne WiN-u" nr 38, rok XXII, grudzień 2013,
zapraszam do lektury fragmentu jednego z opublikowanych tam artykułów, którego autorem jest historyk łódzkiego oddziału IPN, dr Jerzy Bednarek,
pt. "Grupa Śmierci" pod dowództwem Stanisława Szymfelda (1946–1948).

Jerzy Bednarek
"Grupa Śmierci" pod dowództwem Stanisława Szymfelda (1946–1948)


Historia powojennego antykomunistycznego podziemia zbrojnego pełna jest nieznanych szerzej losów lokalnych i niewielkich grup zbrojnej konspiracji. Oddział zorganizowany przez pochodzącego z Ozorkowa (woj. łódzkie) robotnika Stanisława Szymfelda jest typowym przykładem takiej grupy. Kilkuosobowy, utworzony oddolnie, nazwany przez dowódcę „Grupą Śmierci”, niezwiązany z żadną większą organizacją konspiracji niepodległościowej, działał samodzielnie w latach 1946–1948 w północnej części woj. łódzkiego, głównie w powiecie łęczyckim1.


Stanisław Szymfeld (1928–1948), zdjęcie z okresu okupacji (ze zbiorów IPN).

Początki grupy sięgają lata 1946 r. Od tego czasu konspiratorzy regularnie dokonywali różnego rodzaju rekwizycji, zastraszając członków PPR i sympatyków „ludowej” władzy. Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Łęczycy przez dwa lata nie potrafił jednak zidentyfikować żołnierzy oddziału. Z pewnością przyczynił się do tego fakt, iż konspiratorzy podczas każdej akcji byli całkowicie zamaskowani. Dopiero w lutym 1948 r. funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa w Łęczycy postanowili zintensyfikować działania w celu likwidacji „bandy”. W opracowanym specjalnym planie dotyczącym tzw. bandytyzmu w powiecie łęczyckim można m.in. przeczytać:

Od miesiąca listopada 1946 r. na terenie pow. łęczyckiego działa banda „Czarnego Orła”, nie licząca więcej jak czterech ludzi. Jest to grupa typu sanacyjnego, gdyż przy napadach podają się jako członkowie AK. Na napady chodzą w mundurach wojskowych, zamaskowani i uzbrojeni w pistolety. […] Według posiadanych danych bazą i punktem wypadowym jest miasto Ozorków. W okresie tego czasu banda dokonała 16 napadów z bronią w ręku, a w tym 3 morderstwa i 3 postrzelenia. Zamordowanym zabrali przede wszystkim broń. Z wartościowych przedmiotów zabierają pieniądze, biżuterię, aparaty radiowe, buty oraz bieliznę. W wielu wypadkach oddziałują demoralizująco na ludność, pytając się o poglądy polityczne i przynależność partyjną. Między innymi żądają pokazywania medalików2.

Likwidacją oddziału miał zająć się utworzony w Ozorkowie specjalny sztab oraz grupa operacyjna złożona z funkcjonariuszy UB i MO. Dodatkowo wzmocniono obsadę milicyjnych posterunków, a nawet – aby szybciej reagować na zagrożenie – wprowadzono nocne dyżury przy pozostających w dyspozycji miasta samochodach. Przy okazji podliczono także posiadaną w terenie agenturę i ormowców. Okazało się, że w pow. łęczyckim do dyspozycji milicji było 21 agentów, kolejnych 76 współpracowało z Urzędem Bezpieczeństwa, odnotowano również aż 553 aktywnych członków ORMO. Wszyscy mieli się włączyć w likwidację oddziału „Czarnego Orła”3.
Starano się wykorzystać każdą okazję w celu likwidacji grupy. Gdy na przykład konspiratorzy nałożyli kontrybucję na jednego z gospodarzy w miejscowości Solca Wielka (gm. Tkaczew), funkcjonariusze UB z Łęczycy przez trzy tygodnie czekali w ukryciu we wskazanym gospodarstwie na przybycie żołnierzy z „Grupy Śmierci”. Gdy ci wreszcie się pojawili, wywiązała się krótka strzelanina, po której konspiratorzy zdołali zbiec z miejsca zasadzki4.

Przełom w sprawie nastąpił dopiero kilka miesięcy później. 12 VIII 1948 r. dwóch zamaskowanych mężczyzn próbowało dokonać napadu na Zarząd Gminy w Wypychowie. Podczas akcji postrzelili śmiertelnie funkcjonariusza MO z Gieczna – Henryka Jędryszczaka5. Natychmiastowy pościg za sprawcami nie przyniósł początkowo rezultatu. O przeprowadzonej akcji zaalarmowano jednak wszystkie okoliczne posterunki. Wieczorem grupa operacyjna ze Zgierza natknęła się w okolicach Grotnik na podejrzanych mężczyzn. Po krótkiej strzelaninie jednego z nich zdołano aresztować6. Jak się okazało, był to pochodzący z Ozorkowa członek „Grupy Śmierci” Henryk Wyszkowski „Kat”7.
Przekazano go do PUBP w Łęczycy. Śledztwo prowadził chor. Józef Nowicki – funkcjonariusz znany z okrucieństwa wobec aresztowanych8. Wyszkowski w trakcie śledztwa przyznał, że „Grupę Śmierci” wspólnie z nim tworzyło czterech mieszkańców Ozorkowa oraz jeden pomocnik. „Badany” przez funkcjonariuszy UB podał dane i pseudonimy pozostałych konspiratorów oraz dokładne adresy ich zamieszkania. Dopiero wtedy funkcjonariusze UB dowiedzieli się, że twórcą i dowódcą grupy był dwudziestoletni robotnik, mieszkaniec Ozorkowa, Stanisław Szymfeld9.

Józef Nowicki (1917–1953), znany z okrucieństwa funkcjonariusz PUBP w Łęczycy, który prowadził śledztwo w sprawie członków "Grupy Śmierci" (ze zbiorów IPN).

W sprawie okoliczności powstania oddziału i jego oblicza ideowego Wyszkowski zeznał m.in.:

Zapytawszy razu pewnego Szymfelda, jaką będzie przejawiał działalność z utworzoną przez niego grupą, ten oświadczył mi, że zadaniem jej będzie mordowanie funkc[jonariuszy] UB i MO, aktywnych członków partii politycznych oraz rabować ww. mienie, ażeby inni nie zapisywali się do partii […]. Szymfeld mówił mi również o tym, że nastąpi w niedługim czasie wojna między Związkiem Radzieckim a Anglią i Ameryką i że po pokonaniu Związku Radzieckiego do kraju powróci przebywający dotąd na emigracji w Anglii rząd […]. Szymfeld mówił mi, że jak powróci Rząd z Londynu to za działalność naszą będziemy mieli dobrze całe życie10.

Już następnego dnia po aresztowaniu Wyszkowskiego funkcjonariusze UB udali się do miejsca zamieszkania Szymfelda w Ozorkowie. Jego nie znaleziono, ale zarekwirowano za to m.in. broń, aparaty radiowe i oficerski mundur11. Już jednak dzień później aresztowano kolejnego konspiratora – Leona Fabicha „Czarnego”12 oraz współpracownika oddziału Józefa Michalaka13, który „melinował” partyzantów w Pełczyskach pod Ozorkowem. 16 sierpnia zatrzymano kolejnego członka oddziału – Stefana Ciesielczyka „Szczupłego”14. […]

Strona główna>
Prawa autorskie>


PRZYPISY:


1.
W pow. łęczyckim konspiracja antykomunistyczna była aktywna już od sierpnia 1945 r. Na tamtym terenie działał m.in. poakowski oddział sierż. Eugeniusza Kokolskiego „Groźnego”, współpracujący z nim oddział Grupa Dywersyjna Armii Krajowej „Błyskawica”, dowodzony przez por. Józefa Kubiaka „Pawła”, czy też oddział „Iskra-Lot”, utworzony przez Franciszka Targalskiego „Sławę Sławińskiego”.
2. IPN Ld pf 10/710, Raporty specjalne PUBP w Łęczycy dot. napadów rabunkowych dokonanych na terenie pow. łęczyckiego [dalej: IPN Ld pf 10/710], t. 2, k. 242–245, Plan rozpracowania bandytyzmu na terenie pow. łęczyckiego z 26 II 1948 r. sporządzony przez szefa PUBP w Łęczycy.
3. Ibidem, k. 244–245; Ibidem, k. 246, Wykaz członków ORMO pow. łęczyckiego, Łęczyca, 17 II 1948; Ibidem, k. 247, Wykaz agentury rozpracowującej teren, [Łęczyca, luty 1948].
4. Ibidem, k. 242, Plan rozpracowania bandytyzmu na terenie pow. łęczyckiego z 26 II 1948 r. sporządzony przez szefa PUBP w Łęczycy.
5. IPN Ld 094/88, Akta sprawy operacyjnej przeciwko H. Wyszkowskiemu i in. [dalej: IPN Ld 094/88], b.p., Sprawozdanie chor. Władysława Turkowskiego z KP MO w Łęczycy, 30 IX 1948.
6. IPN Ld 011/1618, Akta sprawy operacyjnej przeciwko S. Szymfeldowi i in. [dalej: IPN Ld 011/1618], t. 1, k. 41, Pismo kierownika Sekcji Miejskiej PUBP w Zgierzu do szefa PUBP w Łodzi, Zgierz, 13 VIII 1948.
7. Henryk Wyszkowski, ur. 1 VII 1927 r. w Ozorkowie, s. Józefa. Ukończył cztery klasy szkoły powszechnej. Podczas okupacji pracował jako robotnik w jednej z niemieckich firm w Ozorkowie. Po wojnie pomagał ojcu w zakładzie szewskim. Jego starszy brat – Zygmunt – został skazany na karę śmierci i stracony w Łodzi w czerwcu 1947 r. za działalność w oddziale Józefa Kubiaka „Pawła”. IPN Ld pf 10/710, t. 2, k. 14–15, Protokół przesłuchania H. Wyszkowskiego, Łęczyca, 16 VIII 1948; IPN Ld pf 12/2324, Akta sprawy kontrolno-śledczej przeciwko H. Wyszkowskiemu i in. [dalej: IPN Ld pf 12/2324], k. 50–53, Arkusz informacyjny dotyczący Wyszkowskiego Henryka; IPN Ld 6/103, Akta sprawy karnej przeciwko K. Maciejewskiemu, t. 3, k. 225, Protokół wykonania kary śmierci wobec Zygmunta Wyszkowskiego, 3 VI 1947.
8. Okręgowa Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Łodzi 26 III 1992 r. wszczęła śledztwo w sprawie zbrodni popełnionych w l. 1945–1953 przez funkcjonariuszy PUBP w Łęczycy. Ustalono dane 368 funkcjonariuszy, którzy w podanym okresie służyli w PUBP w Łęczycy. Pomimo iż śledztwo umorzono w 1998 r. z powodu „niewykrycia sprawców przestępstwa”, to zachowane protokoły przesłuchań świadków informują, jakich metod śledczych używał m.in. Józef Nowicki. Na przykład Wacław Wyszkowski w OKBZpNP w Łodzi zeznał w 1992 r. m.in.: Pamiętam, że przesłuchiwał mnie Nowicki. On był najgorszy. Bił mnie „nahajem” i kopał (IPN Ld 421/138, GKBZpNP-IPN. Funkcjonariusze PUBP w Łęczycy podejrzani o zbrodnie popełnione nad osobami osadzonymi w areszcie PUBP w Łęczycy w l. 1945–1953 [dalej: IPN Ld 421/138], t. 1, k. 102, Protokół przesłuchania świadka Wacława Wyszkowskiego, 18 IX 1992). Inny z aresztowanych, Leon Domalążek, współpracownik oddziału „Pawła”, w 1997 r. oświadczył: Nowicki znęcał się nade mną, bił mnie rękoma, różnymi narzędziami po całym ciele, głównie po głowie. Rzucał moim ciałem o ścianę, ciągnął mnie za włosy. Kazał mi siedzieć na odwróconym taborecie i wtedy mnie przesłuchiwał. Takie przesłuchania połączone z biciem trwały bardzo długo. Ja traciłem przytomność. Byłem wtedy oblewany wodą (IPN Ld 421/138, t. 2, k. 102, Protokół przesłuchania świadka Leona Domalążka, 17 XI 1997). W kwietniu 1953 r. Nowicki zastrzelił w Łodzi swoją żonę i następnie popełnił samobójstwo. Wydział ds. Funkcjonariuszy WUBP w Łodzi, po przeprowadzeniu dochodzenia ustalił, że bezpośrednią przyczyną tragedii było nadużywanie alkoholu przez Nowickiego. Zob. IPN Ld 421/138, t. 2, k. 136–138, Kopia raportu naczelnika Wydziału ds. Funkcjonariuszy WUBP w Łodzi do szefa WUBP w Łodzi w sprawie zabójstwa popełnionego przez Józefa Nowickiego, Łódź, 29 IV 1953.
9. Stanisław Szymfeld, ur. 1 IV 1928 r. w Ozorkowie, s. Stanisława. Ukończył cztery klasy szkoły powszechnej. Podczas okupacji pracował dorywczo w gospodarstwach rolnych. W 1944 r. Niemcy wywieźli go do prac przymusowych przy kopaniu okopów. Do Ozorkowa powrócił w końcu 1944 r. Pracował jako robotnik w fabryce trepów. W kwietniu 1946 r. wstąpił do poakowskiego oddziału por. Józefa Kubiaka „Pawła”, z którym współpracował do czerwca 1946 r. Zob. IPN Ld 011/1618, t. 2, k. 320, Omówienie materiałów na ukrywającego się dowódcę zlikwidowanej bandy „Grupa Śmierci” ps. „Czarny Orzeł”; IPN Ld 6/847, Akta sprawy karnej przeciwko T. Widulińskiemu [dalej: IPN Ld 6/847], k. 27v, Protokół przesłuchania Tadeusza Widulińskiego, Łódź, 5 IV 1949; Ibidem, k. 18/1–18/2, Raport Szymfelda Stanisława z 16 X 1948.
10. IPN Ld pf 10/710, t. 2, k. 15, Protokół przesłuchania Wyszkowskiego Henryka, Łęczyca, 16 VIII 1948.
11. IPN Ld 011/1618, t. 2, k. 277, Protokół przesłuchania Janiny Szymfeld, Łęczyca, 2 X 1948.
12. Leon Fabich, ur. 21 XII 1927 r. w Ozorkowie, s. Andrzeja. Ukończył cztery klasy szkoły powszechnej. Po wojnie pracował jako przędzalnik w Państwowych Zakładach Przemysłu Bawełnianego w Ozorkowie. IPN Ld pf 12/2324, k. 54–57, Arkusz informacyjny dotyczący Fabicha Leona.
13. Józef Michalak, ur. 16 I 1889 r. w Pełczyskach, s. Antoniego. Ukończył cztery klasy szkoły powszechnej, rolnik. IPN Ld pf 12/2324, k. 62–65, Arkusz informacyjny dotyczący Michalaka Józefa.
14. Stefan Ciesielczyk, ur. 6 VIII 1929 r. w Ozorkowie, s. Ignacego. Ukończył pięć klas szkoły powszechnej. Podczas okupacji pracował jako tkacz. Po wojnie został zatrudniony na stanowisku tkacza w Państwowych Zakładach Przemysłu Bawełnianego w Ozorkowie. IPN Ld pf 10/710, t. 2, k. 32–33, Protokół przesłuchania S. Ciesielczyka, Łęczyca, 17 VIII 1948; IPN Ld pf 12/2324, k. 58–61, Arkusz informacyjny dotyczący Ciesielczyka Stefana. Por. IPN Ld 011/1618, t. 1, k. 158, Raport specjalny szefa PUBP w Łęczycy do naczelnika Wydziału III WUBP w Łodzi, Łęczyca, 17 VIII 1948.

Informacja o prawach autorskich !

INFORMACJA O PRAWACH AUTORSKICH

Zawartość niniejszej witryny jest wartością intelektualną, chronioną prawem autorskim.
W związku z coraz częstszym bezprawnym wykorzystywaniem w celach komercyjnych (zarobkowych) materiałów opublikowanych na stronie „Żołnierze Wyklęci – Zapomniani Bohaterowie” (http://www.podziemiezbrojne.pl) informuję, że zgodnie z przepisami ustawy  z dnia  4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. z 2006 r. Nr 90, poz. 631 z późn. zm.), kopiowanie, modyfikowanie oraz transmitowanie (elektronicznie lub w inny sposób), a także powielanie, wykorzystywanie, dystrybucja i rozpowszechnianie zawartych na stronie http://www.podziemiezbrojne.pl materiałów, zarówno w całości jak i we fragmentach, wymaga pisemnej zgody autora lub autorów, za których zgodą materiały zostały tu zamieszczone.

Ponadto informuję, że wszystkie artykuły opublikowane na stronie http://www.podziemiezbrojne.pl  bez podania informacji o imieniu i nazwisku ich twórcy, a jedynie zawierające nick: GREGG71, są mojego, czyli twórcy strony http://www.podziemiezbrojne.pl, autorstwa, zaś pozostałe teksty opublikowano za zgodą ich autorów i każdorazowo podpisane są ich imieniem i nazwiskiem.

Warunkiem uzyskania zgody na wykorzystanie materiałów, do których prawa autorskie posiada twórca strony http://www.podziemiezbrojne.pl jest przytoczenie ich (w całości lub części) wraz z widocznym i wyraźnym oznaczeniem: „Źródło: www.podziemiezbrojne.pl” oraz podanie imienia i nazwiska autora, jeśli zaś publikacja ma ukazać się w Internecie – wraz z aktywnym linkiem do strony http://www.podziemiezbrojne.pl.

Wymaga to jednak każdorazowo pisemnej zgody twórcy strony http://www.podziemiezbrojne.pl  lub innego autora tekstu, który ma być wykorzystany.

Zwracam przy tym uwagę, że utrwalanie, zwielokrotnianie lub rozpowszechnianie bez uprawnienia albo wbrew jego warunkom cudzego utworu (np. artykułu) w wersji oryginalnej albo w postaci opracowania stanowią czyny przestępne zagrożone karami stosownie do przepisów ww. ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, przy czym każde z ww. działań jeżeli zostało podjęte w celu osiągnięcia korzyści majątkowej podlega surowszej sankcji. Przestępstwem jest również  rozpowszechnianie, bez podania nazwiska twórcy, cudzego utworu.

GRZEGORZ MAKUS
twórca strony
„Żołnierze Wyklęci – Zapomniani Bohaterowie”

(http://www.podziemiezbrojne.pl)
e-mail: allman(at)op.pl

Strona główna>

WARTO PRZECZYTAĆ… (69)


Kazimierz Krajewski
Jan Borysewicz
"Krysia", "Mściciel" 1913-1945
Oficyna Wydawnicza RYTM 2013, format 175×250 mm., s. 216, oprawa twarda

Biografia por. Jana Borysewicza "Mściciela", "Krysi", jednego z najwybitniejszych dowódców partyzantki AK na Kresach Północno-Wschodnich, absolwenta seminarium nauczycielskiego w Szczuczynie Nowogródzkim, oficera służby stałej Wojska Polskiego.

Jeszcze za życia stał się postacią legendarną i taką pozostaje do dzisiaj – nie tylko dla stale zmniejszającego się grona Kresowiaków z Ziem Utraconych. Gdy w połowie 1943 roku wyruszał w pole, by podjąć otwartą walkę z Niemcami, towarzyszyło mu zaledwie kilku ochotników. Po roku dowodził już dwoma batalionami partyzanckimi Nowogródzkiego Okręgu AK (II i V batalionem 77 pp AK), liczącymi ponad tysiąc ludzi. Oddziały "Krysi" wykonywały spektakularne operacje bojowe odbijając więźniów (m.in. z więzienia w Lidzie) oraz likwidując niemieckie posterunki i garnizony. W poczuciu odpowiedzialności za ludzi i teren – pozostał na Kresach w warunkach nowej, sowieckiej okupacji. Stał się symbolem polskiego oporu wobec obu okupantów. Poległ 21 stycznia 1945 roku w walce z NKWD we wsi Kowalki.

Por. Jan Borysewicz "Krysia", Mściciel" (1913-1945)

Książka do nabycia m.in. w:


Więcej na temat por. Jana Borysewicza "Krysi" czytaj tutaj:

Strona główna>
Wsparcie>

68. rocznica śmierci por. Jana Borysewicza "Krysi"

68. rocznica śmierci por. Jana Borysewicza ps. "Krysia", "Mściciel".
…Nie dajmy zginąć poległym.
Zbigniew Herbert

Por. Jan Borysewicz "Krysia", Mściciel" (1913-1945). Zdjęcie przedwojenne.

68
lat temu, 21 stycznia 1945 r., w walce z zasadzką zorganizowaną przez
grupę operacyjną 105 Oddziału Pogranicznego NKWD koło wsi Kowalki pod
Naczą poległ
por. Jan Borysewicz "Krysia".
Ciało komendanta, pozostawione przez podkomendnych podczas odwrotu w
śniegu, wpadło w ręce bolszewików. Sowieci obwozili je potem po terenie,
prezentując je ludności. Śmierć legendarnego dowódcy miała złamać ducha
oporu ludności polskiej.


Jan
Borysewicz „Krysia” był jednym z najwybitniejszych dowódców
partyzanckich Armii Krajowej w Nowogródzkim Okręgu ZWZ-AK. Jego wielkość
tworzy jednak nie tylko ocena dokonań organizacyjnych i bojowych, ale
też i społeczny odbiór jego postaci przez mieszkańców Ziemi Mickiewicza.
Jeszcze za życia stał się bowiem symbolem kresowego żołnierza Polski
Walczącej. Nie było chyba bardziej popularnego dowódcy jednostki
partyzanckiej na Nowogródczyźnie niż „Krysia” – a przecież w
Nowogródzkim Okręgu AK działało, nie licząc mniejszych jednostek,
dziewięć partyzanckich batalionów AK prowadzonych przez dzielnych
oficerów, także słynnych i cieszących się popularnością wśród ludności.
Por. „Krysia” stał się symbolem walki o Polskę – ale też i obrony
kresowej ojcowizny, pochodził bowiem z rodziny z dziada pradziada
zamieszkałej na tych ziemiach. Jednakowo skutecznie bił obu okupantów.
Był dowódcą – i przywódcą – jak to się dziś określa „charyzmatycznym”.
Pierwsze strzały oddawał w wojnie obronnej 1939 r. – ostatnie, po pięciu
latach walki – bojach z nowym – sowieckim okupantem, z Wojskami
Wewnętrznymi NKWD. Poszedł „do lasu” z siedmioma podkomendnymi – a po
roku miał pod swymi rozkazami pełny batalion. Całe wyposażenie i
uzbrojenie „Krysia” i jego podkomendni zorganizowali sobie lub zdobyli w
walce sami. Tu nie było ani jednego zrzutu alianckiego, a z nikłych
dostaw wyposażenia przysyłanego przez Centralę Zaopatrzenia Terenu
Kedywu KG AK – nie otrzymali ani jednej sztuki broni. Wśród ścierania
się wpływów niemieckich, sowieckich, litewskich i białoruskich –
poprowadził por. Jan Borysewicz miejscową społeczność polską do
skutecznej walki, zorganizowanej na wzór wojskowy. Był przy tym
autentycznym obrońcą kresowych wiosek i zaścianków – każdy, kto
występował przeciw społeczności polskiej, bez względu na to pod jakimi
znakami działał, spotykał się z jego przeciwdziałaniem. Był świetnym
oficerem, wybitnym organizatorem, a nade wszystko – przyzwoitym
człowiekiem, świetnie rozumiejącym się z żołnierzami i ludnością, bez
poparcia której żadna działalność konspiracyjna czy partyzancka nie
byłaby możliwa… [czytaj dalej]>

Por. Jan Borysewicz "Krysia".

Jan Borysewicz. Zdjęcie przedwojenne ze Szkoły Podchorążych Piechoty w Ostrowii Mazowieckiej – Komorowie.

Jan Borysewicz (drugi od prawej, bez czapki) w Szkole Podchorążych Piechoty w Ostrowii Mazowieckiej – Komorowie.

Jan Borysewicz (pierwszy od prawej, bez czapki) w Szkole Podchorążych Piechoty w Ostrowii Mazowieckiej – Komorowie.

Ppor. Jan Borysewicz podczas służby w 41 pułku piechoty WP w Suwałkach.

GLORIA VICTIS !!!

Więcej na temat por. Jana Borysewicza "Krysi" czytaj tutaj:

Zainteresowanych historią walki polskich partyzantów na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej, m.in.:

po wkroczeniu Sowietów, zapraszam do lektury kategorii Im poświęconej:

WARTO PRZECZYTAĆ… (68)


"Zeszyty Historyczne WiN-u" nr 38, rok XXII, grudzień 2013 r.

Ukazał się nowy numer „Zeszytów Historycznych WiN-u” (nr 38, rok XXII, ss. 340). W numerze m.in.:

  • artykuł Marcina Jurka Czarna legenda „Ognia”. Kreacja wizerunku Józefa Kurasia w latach 1945-1989,
  • podsumowanie dotychczasowych  prac ekshumacyjnych na Łączce autorstwa dr. hab. Krzysztofa Szwagrzyka (Kwatera „Ł”)
  • opracowana przez dr. Wojciecha Frazika relacja kuriera Jana
    Freislera na temat jego działalności podczas okupacji niemieckiej.

Najnowszy numer dostępny jest w cenie 30,00 zł.
Zamówienie za pośrednictwem:
[email protected]

Strona główna>
Wsparcie>

O ludziach bez grobów… refleksja wokół pomnika w Radomsku – część 1/2

Grzegorz Wąsowski
[wybór zdjęć – autor strony]

O SIOSTRZE ZAKONNEJ, FILMIE PEERELOWSKIM Z PLEJADĄ GWIAZD, LUDZIACH BEZ GROBÓW I DWUTOROWOŚCI DZIEJÓW, CZYLI KRÓTKA REFLEKSJA WOKÓŁ POMNIKA W  RADOMSKU

SIOSTRA

„Po nocach śni się brat, który zginął, któremu oczy żywcem wykłuto, któremu kości kijem złamano” – napisał w wierszu „Pokolenie” Krzysztof Kamil Baczyński. Ciężar i siłę tej poetyckiej frazy zrozumiałem z całą mocą podczas uroczystości odsłonięcia pomnika poświęconego ponad dwustu trzydziestu żołnierzom Konspiracyjnego Wojska Polskiego poległym i pomordowanym w walce z komunistami w latach 1945 – 1955.

Odsłonięty 26 września 2010 r. w Radomsku pomnik poświęcony pamięci żołnierzy i współpracowników Konspiracyjnego Wojska Polskiego poległych i pomordowanych w walce z komunistycznym zniewoleniem.

Ceremonia ta odbyła się w Radomsku we wrześniu 2010 r. Miałem zaszczyt uroczystość tę współorganizować, w ścisłej współpracy z Prezydent Radomska Anną Milczanowską (jako warszawiak, ciężko doświadczony wolą większości głosujących w stolicy w ostatnich dwóch wyborach samorządowych, mogę tylko zazdrościć mieszkańcom Radomska gospodarza miasta), i prowadzić. Chwilę po tym, jak zapowiedziałem odczytanie apelu pamięci podeszła do mnie starsza wiekiem zakonnica. Była drobnej budowy i niewielkiego wzrostu. Miała delikatne rysy i dobrotliwą twarz. W rękach trzymała różaniec. Od razu widać było, że silnie przeżywa wydarzenia pod pomnikiem. Powiedziała do mnie: jestem siostrą rodzoną Ryszarda Nurkowskiego. Nic nie odpowiedziałem, bo i co też miałem tej kobiecie wówczas powiedzieć. Pochyliłem się jedynie w głębokim przed nią ukłonie. Staliśmy blisko siebie, gdy oficer Wojska Polskiego wzywał do apelu kolejnych poległych i pomordowanych żołnierzy KWP. Po kilku minutach ludzie zgromadzeni przy pomniku usłyszeli:

"Was wzywam!

Żołnierze piotrkowskiego batalionu KWP kryptonim „Żniwiarka”: Janie Rogulko „Grocie”, Ryszardzie Kapczyński „Szary”, Benedykcie Ratajski „Mikusiu”, Ryszardzie Chmielewski „Blondynie”, Ryszardzie Nurkowski „Mewo”, Czesławie Turlejski, Stanisławie Wersalu, Karolu Wielochu, Piotrze Proszewski „Wrono”, Józefie Koniarski, Tadeuszu Schabowski, Leopoldzie Słomczyński, którzyście z 19 na 20 kwietnia 1946 roku przynieśli wolność braciom naszym, więzionym przez komunistów w radomszczańskim więzieniu, a 12 maja 1946 roku, bestialsko pomordowani przez komunistów, swoje młode życie Bogu i Polsce w ofierze złożyli.

Stańcie do apelu!"

I na to odpowiedź pododdziału Wojska Polskiego:

"zginęli śmiercią męczeńską!"

Moja uwaga skupiona była wtedy na stojącej obok mnie zakonnicy. Gdy wyczytano nazwisko jej brata skuliła ramiona i na dłuższą chwilę przymknęła oczy. To wtedy przyszła mi na myśl przywołana na początku tego tekstu fraza wiersza Baczyńskiego. Skojarzenie chyba było adekwatne, bo przecież brata tej pani i jedenastu innych żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego komuniści zamordowali ze szczególnym okrucieństwem. Zrobili to w zemście za udział tej dwunastki w akcji opanowania Radomska, której efektem było rozbicie miejscowego więzienia i uwolnienie 70 skazańców.

Uderzenie oddziałów KWP na Radomsko miało miejsce w nocy  z 19 na 20 kwietnia 1946 r. Ryszard Nurkowski był jednym z 167 uczestników tej akcji. Został aresztowany przez UB już dwa dni później, 22 kwietnia 1946 r. 7 maja 1946 r. zasiadł wraz z szesnastoma innymi żołnierzami KWP jako oskarżony w pokazowym procesie w sali radomszczańskiego kina „Kinema”.

Ryszard Nurkowski, żołnierz KWP, uczestnik akcji na więzienie w Radomsku, skazany na śmierć i zamordowany przez komunistów w maju 1946 r.

Jeszcze nim zapadł zmierzch dwunastu żołnierzy KWP zostało skazanych na karę śmierci. Wszyscy oni zostali zamordowani w okrutny sposób przez komunistów w nocy z 12 na 13 maja 1946 r. (niektóre relacje podają, że do mordu doszło w nocy z 9 na 10 maja 1946 r.). Zwłoki ofiar  porzucono  w poniemieckim bunkrze  w lesie blisko Bąkowej Góry. Przypadkowym świadkiem tego był kilkunastoletni chłopiec z pobliskiej wsi, który powiadomił jej mieszkańców. Przybyli na miejsce ludzie wynieśli ciała z bunkra. Wezwano lekarza, zaprzysiężonego członka KWP, który dokonał  oględzin zwłok. To między innymi z jego relacji, przekazanej towarzyszom broni pomordowanych, wiadomo, że ciała nosiły ślady okrutnych okaleczeń, a kończyny i żebra ofiar były połamane. W chwili swej męczeńskiej śmierci Ryszard Nurkowski miał 20 lat. Ponad sześćdziesiąt lat później, gdy Radomsko oddawało honory swoim bohaterom, stałem obok jego rodzonej siostry. Byłem wówczas i nadal jestem przekonany, że brat śnił się jej wielokrotnie a i wtedy, przy pomniku, po raz kolejny miała go przed oczami.

Zbiorowa mogiła 12 zamordowanych przez komunistów żołnierzy KWP.

"KLINGA" I ROZSTRZELANIE SOWIETÓW

Niedawne jeszcze usytuowanie mojej kancelarii powodowało, że prawie codziennie przechodziłem przez ulicę Nowogrodzką, w miejscu jej zetknięcia z ulicą Chałubińskiego. To ścisłe centrum Warszawy. Dawno temu, w 1946 roku, na rogu Nowogrodzkiej i Chałubińskiego, na chodniku po drugiej stronie Nowogrodzkiej niż zbudowany w końcu lat 80–tych ubiegłego stulecia hotel Marriott stała budka z napojami.
31 sierpnia 1946 r. zatrzymało się przy niej dwóch mężczyzn. Chcieli ugasić pragnienie. Nie zdążyli. Jeden z nich został obezwładniony przez kilku osiłków z Informacji Wojskowej, którzy wyrośli jak spod ziemi, i zawleczony do zaparkowanego nieopodal auta. Miał przed sobą niespełna sześć miesięcy życia, choć bez wielkiej przesady można powiedzieć, że w chwili gdy wrzucono go wówczas do samochodu był już martwy. Pozostała mu tylko pełna męki „droga pod górę zwaną czaszka”; był jednym z tysięcy naszych rodaków, którym za sprawą komunistów przemierzyć przyszło tę najtrudniejszą z ludzkich dróg. Nazywał się Henryk Glapiński, nosił pseudonim „Klinga” i, w mojej ocenie, zasłużył na miano najlepszego dowódcy polowego  KWP. Towarzyszący mu wówczas mężczyzna odszedł z miejsca zdarzenia nie niepokojony. Wcale nie d
latego, że miał szczęście i umknął uwadze tych, którzy pojmali „Klingę”. Po prostu nie mieli oni żadnego powodu, aby go zatrzymać. Przeciwnie, zasłużył na ich pochwałę, gdyż w sposób perfekcyjny wykonał swoje zadanie. „Z-24”. To on zaprowadził „Klingę” na śmierć (przywiózł Glapińskiego oraz dwóch innych żołnierzy KWP do Warszawy pod pretekstem rozpoznania możliwości przerzutu za granicę). Zresztą, nie tylko „Klingę”…

Por. Henryk Glapiński "Klinga", dowódca Oddziału Partyzanckiego Służby Ochrony Społeczeństwa "Warszawa", walczącego w pow. radomszczańskim.

W ataku na Radomsko, który, wbrew dość powszechnym sądom, zakończył się tylko połowicznym sukcesem partyzantów KWP (rozbito więzienie, ale nie opanowano miejscowego Urzędu Bezpieczeństwa i nie uwolniono przetrzymywanych tam ludzi), „Klinga” dowodził jednym z oddziałów biorących udział w tej operacji. Podczas odwrotu z miasta oddział „Klingi” najpierw zatrzymał wojskową ciężarówkę wiozącą mundury i zaopatrzenie dla jednostki KBW z Katowic, a chwilę potem samochód wojskowy, w którym jechało ośmiu enkawudzistów. Ich dowódca, w stopniu lejtnanta, słusznie, co do zasady, uznając, że w kwietniu 1946 r. na ziemi polskiej podbitej przez komunistów to on decyduje, co komu wolno, a co nie, i że nikt mu tu jego samochodu nie będzie zatrzymywał, starał się krzykiem zaprowadzić porządek a dla dodania sobie autorytetu sięgnął po broń. Miał pecha. Nie mógł wiedzieć, bo i skąd, że zasada jego funkcjonowania w zniewolonej Polsce doznaje właśnie wyjątku. Zapewne sądził, że ludzie, którzy mieli czelność zatrzymać samochód, w którym jechał, są jakąś miejscową komunistyczną formacją mundurową. Po prostu popełnił błąd w ocenie. Chwilę potem już nie żył, zastrzelony przez ochraniającego „Klingę” żołnierza. Pozostali enkawudziści zostali zabrani przez partyzantów.
Oddział „Klingi”, wykorzystując dwa zarekwirowane samochody, przemieścił się w rejon gajówki Borowe, położonej nieco ponad kilometr od wsi Graby (ok. 20 km na południe od Radomska), i tam zatrzymał się na odpoczynek. Sowietom nakazano (służyli w kompanii łączności) założyć linię telefoniczną łączącą wysuniętą w kierunku wsi czujkę partyzanckiego oddziału z gajówką, w której stały główne siły „Klingi”. Wkrótce zwiad oddziału przyniósł informację, że wieś Graby została zajęta przez UB i KBW. Walka z obławą była już tylko kwestią czasu. W tej sytuacji „Klinga” podjął decyzję o likwidacji siedmiu enkawudzistów. Zostali rozstrzelani przez wydzieloną w tym celu sekcję z plutonu Mariana Knopa „Własowa”.

Plut. Marian Knop "Własow", "Wicher", fotografia wykonana po aresztowaniu przez GZI WP (zamordowany przez komunistów 19 II 1947 r.)

Uderzenie sił komunistycznych na 46-osobowy wówczas  oddział „Klingi” nastąpiło 20 kwietnia 1946 r. około godziny 18.00. Grupa operacyjna atakująca partyzantów KWP liczyła około 180 ludzi i była uzbrojona m.in. w działko oraz ciężkie karabiny maszynowe. Główne siły oddziału „Klingi”, uprzedzone meldunkiem przekazanym z wykorzystaniem polowej linii telefonicznej, wytrzymały napór atakujących a następnie przeszły do kontrataku, wyrzucając grupę pościgową z lasu na otwartą przestrzeń. To był klucz do sukcesu partyzantów. W zaciętej i zwycięskiej dla KWP walce pod Grabami zginął dowodzący ścigającą oddział „Klingi” grupą operacyjną kapitan o czysto polskim nazwisku Kuzarow a także kilku innych oficerów. Łączne straty po stronie atakujących wyniosły 11 zabitych i 16 rannych; kilkunastu innych poddało się partyzantom, reszta uciekła z pola walki. Partyzanci zdobyli czternaście ciężkich karabinów maszynowych i większą liczbę broni automatycznej a także jedno działko i kilka samochodów. Po stronie oddziału „Klingi” poległ jeden żołnierz (Jerzy Karnicki „Bursztyn”). Należy podkreślić, że wszyscy ranni  i wzięci do niewoli w  tym starciu członkowie grupy operacyjnej zostali przez partyzantów „Klingi” puszczeni wolno, a dodatkowo partyzanci zwolnili na potrzeby rannych dwa spośród przejętych samochodów.

Por.
Henryk Glapiński "Klinga", dowódca oddziału partyzanckiego SOS
"Warszawa". W czasie odwrotu po ataku na Radomsko dowodzony przez niego
oddział stoczył 20 kwietnia 1946 r. zwycięską walkę z żołnierzami 6.
pp WP, po której część z nich przeszła na stronę KWP.

Niemniej wydarzenia pod Grabami posłużyły komunistom do celów propagandowych. Podczas procesu I Komendy Głównej KWP reżimowa prasa mocno eksponowała fakt rozstrzelania siedmiu Sowietów, oczywiście nie wspominając, że służyli w NKWD. Pośród sądzonych wówczas byli m.in. twórca i dowódca KWP Stanisław Sojczyński „Warszyc”, Henryk Glapiński „Klinga” i Marian Knop „Własow” (cała ta trójka wraz z trzema innymi skazanymi w tym procesie na karę śmierci została zamordowana przez komunistów 19 lutego 1947 r.; miejsce pogrzebania Ich ciał pozostaje nieznane).

Proces "Warszyca" i jego 11 podkomendnych przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Łodzi, w dniach 9-14 grudnia 1946 r. Na zdjęciu: Kpt. Stanisław Sojczyński "Warszyc" (na pierwszym planie), por. Ksawery Błasiak "Albert" (drugi z prawej), por. Czesław Kijak "Romaszewski" (pierwszy z prawej), sierż. Marian Knop "Własow" (pierwszy z lewej), Albin Ciesielski "Montwiłł" (drugi z lewej).

„Warszyc”, jak można sądzić powodowany troską o właściwy obraz KWP w opinii publicznej, mimo że ona (jeżeli pod pojęciem opinii publicznej rozumieć niezależne od władzy podmioty przekazujące wiadomości do masowego odbiorcy) w tamtych czasach nie istniała, potępił „Klingę” za wydanie rozkazu likwidacji Sowietów. „Klinga” twierdził zaś, że działał pod wpływem zamroczenia alkoholowego i niewiele pamięta, co zresztą pozwoliło mu zasłaniać się niepamięcią także odnośnie tego, kto jego rozkaz wykonał.

Czemu o tym wspominam? Dlatego, że niektórzy współcześni mędrcy, przywołując wyjaśnienia „Warszyca” i „Klingi” złożone przez przed sądem komunistycznym i snując na ich podstawie dywagacje na temat podziemia, sprawiają wrażenie, że nie potrafią uczynić użytku z wiedzy, że kazamaty UB, w których więźniów oprawiano długo, metodycznie i z całą bezwzględną fachowością, a przed procesem zapowiadano im, że jeżeli nie będą odpowiednio zachowywać się na rozprawie, to ponownie zasmakują przyjemności spotkania ze śledczymi, nie były miejscami sprzyjającymi przygotowaniu do naturalnej w kontekście wydarzeń pod Grabami obrony, to znaczy powiedzeniu prawdy wyrażonej  np. takimi słowy:

"wydałem rozkaz rozstrzelania tych enkawudzistów, gdyż ludzi służących w tej formacji traktowaliśmy jak wcześniej, w czasie okupacji niemieckiej, traktowaliśmy esesmanów. To znaczy nie puszczaliśmy ich żywych. Nie dysponowałem aresztem, a poza tym, w tej konkretnej sytuacji, czekała mnie walka z grupą pościgową. Nie mogłem ich wypuścić, bo zdradziliby pozycje obronne i liczebność mojego oddziału, nie mogłem też tych Sowietów dłużej przetrzymywać, bo co najmniej dwóch moich żołnierzy musiałoby ich pilnować w czasie walki, w której broniliśmy się przed kilkakrotnie liczniejszym i znacznie lepiej uzbrojonym przeciwnikiem; nie mogłem i nie chciałem dodatkowo osłabiać na naszą niekorzyść proporcji sił. Dlatego zostali rozstrzelani".

Warto mieć to na uwadze, ferując współcześnie sądy o podjętej wówczas przez „Klingę” decyzji, bez wątpienia trudnej, ale przy pewnym wysiłku myślowym i poszanowaniu dla prawdy życia, w pełni zrozumiałej.

O ludziach bez grobów… refleksja wokół pomnika w Radomsku – część 2/2>
Strona główna>
Wsparcie>

O ludziach bez grobów… refleksja wokół pomnika w Radomsku – część 2/2

FILM

Odwrót partyzantów „Klingi” po uderzeniu KWP na więzienie w Radomsku przyniósł ze sobą kilka jeszcze, poza walką pod Grabami, emocjonujących zdarzeń, których suma zasługuje na film fabularny. Ale taki film póki co nie powstał, co nie oznacza, że żadna z wymienionych przeze mnie w tekście osób nie została uwieczniona obrazem filmowym. Doczekał się tego „Z-24”. Ten sam, który od budki z napojami, przy której pojmano „Klingę”, odszedł nie niepokojony. Był bardzo skutecznym agentem Zarządu Głównego Informacji Wojskowej. W szeregi KWP przeniknął tuż po aresztowaniu „Warszyca”, gdy pozbawiona dowódcy i osłabiona aresztowaniami organizacja przeżywała poważny kryzys. Podawał się za wysłannika gen. Andersa (po wojnie „Z-24” służył przez kilka miesięcy w PSZ na Zachodzie). Na kanwie jego osiągnięć w walce z KWP powstał film „Akcja Brutus”. Ta peerelowska produkcja została zrealizowana w 1970 roku. Należy ją zaliczyć do  klasycznych przykładów materializacji ducha moczarowskiego w sztuce filmowej. „Akcja Brutus” jest ekranizacją powieści Zbigniewa Nienackiego „Worek Judaszów, którą autor przygód Pana Samochodzika popełnił w 1961 roku.

Plakat reklamujący film "Akcja Brutus"

Temat potraktowano bardzo poważnie, wszak opowieść dotyczyła okresu utrwalania władzy ludowej. Scenariusz filmu napisał sam Nienacki, a reżyserował Jerzy Passendorfer. Konsultantem historycznym filmu był Tadeusz Maj „Łokietek” (w okresie okupacji niemieckiej dowodził oddziałem Armii Ludowej, miał na sumieniu morderstwa na Żydach i zasługi w zwalczaniu partyzantki niepodległościowej; w okresie walki z reakcją był najpierw oficerem KBW a następnie szefem prokuratury w Łodzi). W „Akcji Brutus” wystąpiła plejada znanych i lubianych aktorów. W rolę ekranowego odpowiednika „Z-24” (jest pokazany w filmie nie jako agent Informacji Wojskowej, lecz oficer UB, który, udając zrzutka z „Londynu”, zyskuje zaufanie bandytów) wcielił się Zygmunt Hübner, przez wielu uznawany za najlepszego aktora tamtych czasów. Kreację postaci dowódcy bandy zawdzięczamy niezawodnemu Witoldowi Pyrkoszowi (wcześniej aktor ten znakomicie wcielił się w rolę herszta bandy, „Malutkiego”, w filmie Jerzego Kawalerowicza „Cień” nakręconym na podstawie scenariusza Aleksandra Ścibora-Rylskiego; warto przy tym wspomnieć, że inny przywódca bandy reakcyjnego podziemia, nie pokazany, a jedynie przywoływany w tym dziele późniejszego reżysera „Quo vadis”, nosił  pseudonim będący prostą emanacją tęsknoty za wolnością i z tego też powodu bardzo popularny w szeregach leśnej braci: „Pompiarz”). Wtyczkę bandy w UB zagrał powszechnie lubiany Marian Kociniak, a cyngla (egzekutora) bandy nie mniej popularny Wojciech Pokora. Łączniczką dowódcy bandy była niezapomniana Ewa Krzyżewska. W rolę szefa lokalnego UB, szczerego, ale i stanowczego towarzysza, wcielił się Tadeusz Szmidt.

Obsada „Akcji Brutus” jest zatem gwiazdorska. Ale jak każde dzieło propagandowe, a ten film należy do tej kategorii, obraz wywołuje raczej smutne wrażenie. I to jest refleksja pozafilmowa, dotyczy kondycji ludzkiej. Henryk Elzenberg napisał, że „o człowieku nigdy nie można myśleć dość pesymistycznie”. Mnie się zdaje, że „Akcja Brutus” – owoc podjętego w roku 1970 wysiłku twórczego szeregu osób – może służyć za przykład, drobniuteńki, z nieskończonego zbioru ludzkich postaw, że przywołana myśl tego filozofa jest nader trafna. Jeśli chodzi natomiast o wymiar artystyczny filmu, to gdy kilka lat temu oglądałem go, pamiętając, że został nakręcony bardzo na poważnie i miał widza trzymać w napięciu, towarzyszyło mi nieodparte wrażenie, że człowiek nie znający kontekstu historycznego, w tym realiów, w jakich obraz ten powstał, taki dajmy na to Amerykanin, może w sposób uzasadniony odebrać „Akcję Brutus” jako mało udaną parodię obrazów sensacyjnych z  wątkiem szpiegowskim; coś w rodzaju produkcji z nieodżałowanym Leslie Nielsenem, typu „Naga broń”, tyle że ze znacznie wolniejszym tempem akcji oraz mniej wyrazistą manierą szyderstwa i kpiny. W każdym razie jeżeli dla twórców jest porażką, gdy poważne w ich założeniu dzieło przeradza się w sposób niezamierzony w jego własną parodię, to w mojej ocenie „Akcja Brutus” jest takiej porażki klasycznym wręcz przykładem.

DYGRESYJNIE O PEERELOWSKIEJ SZKOLE FILMOWEJ

Jedna kwestia w ramach wywołanego wątku filmowego wydaje mi się warta zaakcentowania. Pisząc o „Akcji Brutus”, że jest to produkcja peerelowska, nie miałem na celu wyrządzenia komuś przykrości czy wyostrzenia oceny dla uzyskania lepszego efektu u odbiorcy tego tekstu. Chciałem po prostu być w miarę precyzyjny w opisie. Poruszałem już w jednym ze swych tekstów  ten temat  (patrz: O NIENAKRĘCONYM ODCINKU SERIALU „CZTEREJ PANCERNI I PIES” ORAZ DWÓCH FILMACH ANDRZEJA WAJDY, CZYLI ZDAŃ KILKA NA TEMAT PEERELOWSKIEJ SZKOŁY FILMOWEJ), ale ponieważ wydaję mi się on ważny, pozwolę sobie powtórzyć, że zagadnienie czy filmy powstałe w okresie rządów partii komunistycznej w Polsce należy zaliczyć do polskiej czy peerelowskiej szkoły filmowej (?) warte jest głębszej refleksji. Uznaję je za zbyt poważne, abym pozwolił sobie tylko na wynurzenia własne, bez właściwego w
sparcia.
Otóż  w 1967 r. podobną kwestię, w znakomitym artykule „Droga Pani”, podjął Józef Mackiewicz. Wprawdzie tekst Mackiewicza poświęcony jest rozważaniom na temat literatury z okresu Peerelu, ale gdyby zamienić w nim wyraz „literatura” na „film” a przemyślenia adresowane przez Pisarza do pojęcia „literatura” zastąpić, przy zachowaniu ich istoty, właściwymi dla terminu „film”, to wydaje się on idealnie pasować do wywołanego przeze mnie zagadnienia. Mackiewicz napisał:

"jestem osobiście jedynym bodaj wyjątkiem, który nie uważa literatury PRLu w  jej całości, za literaturę, i w tradycyjnym, i w ścisłym znaczeniu: polską. Podobnie jak nikomu nie przyszłoby nawet do głowy przed wojną literaturę sowiecką – nawet tę z okresu leninowskiego NEPu, która cieszyła się o wiele większą swobodą, niż dzisiejsza „peerelowska” w komunistycznej Polsce – nazywać „rosyjską”. Termin byłby wówczas zgoła niezrozumiały. Literatura rosyjska, to była ta sprzed rewolucji bolszewickiej, plus jej kontynuatorka na emigracji. Pod Sowietami zaś powstała: sowiecka, jako całość; choćby poszczególne książki traktowały o dziecinnych zabawach, czy zawiedzionej miłości. I tak to cały świat rozumiał. Po ostatniej wojnie, od czasu „ewolucyjnego” konkursu rozpisanego w świecie zachodnim: kto niżej w pas pokłoni się komunistom (…), to już się dawno zmieniło. Osobiście jednak zachowałem przedrewolucyjny pogląd, i tak też patrzę na całość literatury peerelowskiej. Sprawdzianem każdej literatury jest, moim zdaniem, jej szczerość. Komunista piszący w wolnym świecie, jeżeli nie jest wyjątkowo funkcjonariuszem, lecz, załóżmy, szczerze wypowiada swe komunistyczne poglądy, należy niewątpliwie do całości literatury narodowej swego kraju. Natomiast nie tylko komunista, ale i nie-komunista piszący w państwach komunistycznych, tzn. podlegający i fizycznej, i psychicznej reglamentacji, ustanowionej przez ustrój komunistyczny, nie należy już do literatury swego kraju, lecz do literackiego typu temu krajowi narzuconego. (Mówię tu ciągle o całości literatury jako takiej, a nie o poszczególnych dziełach). Sprawdzianem tego typu przestaje być indywidualna szczerość twórcy, lecz nadrzędny postulat obowiązujący (stale, i w jakimś stopniu) każdą indywidualność literacką. Słowem to, co, jak wspomniałem wyżej, Miłosz nazywa „zniewolony umysł”, Jedlicki „relatywizm prawdy”, a przedwojenny Stanisław Mackiewicz „myśl w obcęgach”.”

To jest dla mnie bardzo przekonywujący wywód. Uważam, że powinniśmy mówić o literaturze peerelowskiej i filmie peerelowskim. Bynajmniej nie z tendencji, wynikającej np. z wysoce negatywnego stosunku do tamtego czasu, lecz z potrzeby ścisłości.

PRAWDA CZASU I PRAWDA EKRANU

Z szeregu paskudnych scen w „Akcji Brutus” jedna zapadła mi w pamięć. Otóż w finałowych  sekwencjach filmu członkowie leśnego oddziału, czyli ekranowej bandy, mają być przerzuceni przez filmowego odpowiednika agenta „Z-24” na inny teren, na Lubelszczyznę, do „Żelaznego”. Zanim wyruszą w tę podróż, ostatnią w swoim życiu, stoją karnie na zbiórce. Kamera robi bliski najazd na stojące w szeregu postacie, kolejno przesuwając się po nich. I wtedy widzimy na ekranie twarze, z których znakomita większość to ponure gęby, przy których fotografie z albumu Lombroso mogą być śmiało zakwalifikowane jako katalog zdjęć pretendentów do tytułu Mister World. Dodajmy, że bandyci sportretowani we wspomnianej scenie „Akcji Brutus” nie dotarli na Lubelszczyznę. Zgodnie z planem prowokacyjnego przerzutu mieli zostać aresztowani, jednak w przypadkowym w sumie, kończącym film starciu z plutonem MO wszyscy zginęli. Stało się tak na skutek eksplozji amunicji i granatów złożonych na skrzyni samochodu ciężarowego, którym podróżowali i z którego otworzyli ogień do milicjantów.

Finałowe sceny przerzutu i śmierci grupy zbrojnych w filmie „Akcja Brutus” nawiązują do mającej miejsce w rzeczywistości zagłady części oddziału Adama Dulęby „Jura” z KWP. To właśnie partyzantów z tej grupy „Z-24”, w ramach prowokacji zaplanowanej przez Zarząd Główny Informacji Wojskowej, „przerzucał” na Lubelszczyznę. Do pomocy miał kierowcę, przydzielonego przez UB z Łodzi. 9 września 1946 r. w godzinach rannych na skrzynię ciężarówki wsiadło trzynastu partyzantów KWP. Wyruszyli z okolic Prusicka (ok. 15 km na zachód od Radomska). Za kierownicą siedział wspomniany funkcjonariusz UB, obok niego „Z-24”. Wszystko potoczyło się zgodnie z planem operacji. Nieopodal Garwolina samochód wiozący partyzantów stanął w miejscu, w którym miał stanąć. Kierowca i „Z-24” wyskoczyli z szoferki i ukryli się w przydrożnym rowie. Wtedy z boku szosy zagrały cztery cekaemy ustawione tam wcześniej przez Informację Wojskową i UB. Żaden z partyzantów nie zdołał nawet zeskoczyć ze skrzyni ciężarówki. Zadowolony z siebie „Z-24” mógł zaraportować do swoich mocodawców:

"Wykonałem wszystko w myśl planu, z auta nikt nie wyszedł, wszyscy zostali zlikwidowani".

Można tylko jeszcze dodać, że później pogrzebano Ich, niczym martwe zwierzęta, gdzieś nieopodal drogi, na której zostali rozstrzelani pociskami z cekaemów. Wspomnijmy chociaż pseudonimy kilku z nich: „Jur”, „Kmicic”, „Odważny”, ”Księżyc”, „Twardy”, „Morus”. I miejmy nadzieję, że kiedyś Krzysztof Szwagrzyk i jego współpracownicy zlokalizują miejsce, w którym spoczywają doczesne szczątki tych partyzantów, i że ci żołnierze KWP zostaną pochowani jak ludzie, z należnymi im honorami. Do tego czasu zaś symbolicznym grobem niech będzie dla nich pomnik wzniesiony w Radomsku, na którym utrwalone zostały ich leśne imiona i (o ile mieliśmy taką wiedzę) nazwiska.

O DWUTOROWOŚCI DZIEJÓW

Własnego grobu nie ma także „Z-24”, czyli Zygmunt Lercel, który działał jako agent Informacji Wojskowej do jesieni 1948 r. Wtedy to popadł w niełaskę komunistów, a ponieważ o stosowanych przez nich metodach wiedział za dużo, został aresztowany, oskarżony o okupacyjną kolaborację z Niemcami (w czasie wojny należał  do AK, ale miał też krótki epizod pracy w niemieckiej policji kryminalnej Kripo) i skazany na karę śmierci.

Zygmunt Lercel ps. "Siwiński" oraz "Z-24", agent specjalny Głównego Zarządu Informacji WP.

Czekając na wykonanie wyroku napisał list do swych, niedawnych jeszcze, mocodawców z Zarządu Głównego Informacji Wojskowej. Zawarł w nim  następujące słowa:


[…] pragnąłem dosłużyć się i dostać mundur, być Waszym kolegą i żyć wśród Was. […]”.

Munduru mu nie dano, 1 czerwca 1950 r. dostał  natomiast kulę w tył głowy. Wyrok śmierci na Lercelu wykonano w warszawskim więzieniu przy ul. Rakowieckiej a jego zwłoki pogrzebano na znanej dziś chyba wszystkim Łączce, na której udało się ekipie kierowanej przez Krzysztofa Szwagrzyka odnaleźć m.in. szczątki legendarnych dowódców polowych antykomunistycznego podziemia: Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” i Hieronima Dekutowskiego „Zapory”. Zapewne szczątki „Z-24” też już ekshumowano. Swoją drogą, fakt, że Lercel spoczywał obok takich ludzi, jak wspomniani dowódcy partyzanccy jawi się jako ponury raczej paradoks. A piszącemu te słowa nasuwa na myśl kolejną bardzo trafną i wartą powtarzania refleksję Henryka Elzenberga, zanotowaną przez niego w sztambuchu pod datą 5 grudnia 1941 roku:

"Ale przecież w głębi jakiś stosunek do zdarzeń kształtować się musi (…). Poczucie absolutnej dwutorowości dziejów – dziejów zbrodni i dziejów ducha, idących obok siebie bez najmniejszego wzajemnego oddziaływania, tworzonych przez gatunki ontologicznie bardziej sobie obce niż w zoologii jaszczury i amonity."

Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954

PS (i) „droga pod górę zwaną czaszka” – fraza wiersza Zbigniewa Herberta „Na marginesie procesu”; (ii) we fragmentach tekstu przywołujących fakty z dziejów Konspiracyjnego Wojska Polskiego oparłem się na pracy monograficznej autorstwa Ksawerego Jasiaka „Działalność  partyzancka Konspiracyjnego Wojska Polskiego. Z dziejów II Konspiracji w środkowej Polsce w latach 1945–1955”, Wieluń – Opole 2008; czytelnikom zainteresowanym historią KWP gorąco polecam tę pozycję; (iii) refleksja Henryka Elzenberga „o człowieku nigdy nie można myśleć dość pesymistycznie” została przez niego zanotowana pod datą 21 grudnia 1941 r. (Henryk Elzenberg „Kłopoty z istnieniem”, Wydawnictwo Znak, Kraków 1994 r.); (iv) tekst Józefa Mackiewicza „Droga Pani” ukazał się po raz pierwszy w londyńskich „Wiadomościach” 1967 nr 10, za: Józef Mackiewicz Barbara Toporska „Droga Pani…” Kontra. Londyn 1993 r.; (v) fakty z życiorysu Zygmunta Lercela, w tym fragment jego listu  z więzienia, przywołałem za tekstem Jerzego Bednarka „Zagadka kapitana „Z 24”, Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej (nr 1-2 z 2007 roku); (vi) końcowy fragment tekstu za: Henryk Elzenberg „Kłopoty z istnieniem”, Wydawnictwo Znak, Kraków 1994 r.

O ludziach bez grobów… refleksja wokół pomnika w Radomsku – część 1/2>
Strona główna>
Wsparcie>

WARTO PRZECZYTAĆ… (67)


Tadeusz Wolsza
Więzienia stalinowskie w Polsce. System, codzienność, represje

Wydawnictwo RM 2013, s. 312, format: 158×213, oprawa miękka


Książka profesora Tadeusza Wolszy to pierwsza w kraju udana próba pełnego spojrzenia na życie codzienne więźniów politycznych w różnego rodzaju miejscach odosobnienia – więzieniach, obozach, ośrodkach pracy więźniów – w Polsce, w latach stalinowskiego terroru (1945–1956).

Korzystając z niedostępnej jeszcze do niedawna dokumentacji Departamentu Więziennictwa i Obozów MBP oraz obficie czerpiąc z memuarystyki, autor przedstawił codzienność w więziennej celi i w obozowym baraku, metody represji, niewolniczą pracę w kopalniach, kamieniołomach czy gospodarstwach rolnych.

Odtworzył pobyt skazanych i ostatnie chwile życia w celi śmierci, między innymi mjr. Hieronima Dekutowskiego "Zapory" i mjr. Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki". W pasjonujący sposób opisał też ucieczki więźniów z konwojów i zakładów karnych, na przykład z Krakowa, Sieradza, Strzelec Opolskich i więzienia mokotowskiego w Warszawie. W końcu imiennie wskazał na najbardziej brutalnych funkcjonariuszy straży więziennej – odpowiadających za skrytobójcze mordy popełnione na żołnierzach wyklętych.

Ta znakomita praca historyczna to niezwykle interesująca i poruszająca lektura dla wszystkich zainteresowanych powojenną historią Polski XX wieku.

Prof. dr hab. Tadeusz Wolsza (ur. 1956 r.), pracuje w Instytucie Historii PAN w Warszawie (m.in. jest redaktorem naczelnym „Dziejów Najnowszych” i wiceprzewodniczącym Rady Naukowej) oraz w Instytucie Nauk Politycznych Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy, gdzie kieruje Zakładem Dziejów Polonii i Ruchów Migracyjnych. W 2007 r. odebrał nominację profesorską od śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego. W 2011 r. został powołany przez Sejm na członka Rady Instytutu Pamięci Narodowej. Prof. Tadeusz Wolsza prowadzi badania naukowe dotyczące dziejów polskiej powojennej emigracji w Wielkiej Brytanii, historii polskiego więziennictwa w latach 1944–1956 oraz zbrodni katyńskiej. W dorobku naukowym ma około 200 publikacji naukowych.

Strona główna>
Wsparcie>

67. rocznica śmierci por. "Jeża"

67. rocznica śmierci por. Zacheusza Nowowiejskiego "Jeża"

…Nie dajmy zginąć poległym.
Zbigniew Herbert


Por. Wiktor Zacheusz Nowowiejski "Jeż" (1915-1946)

67 lat temu, 6 grudnia 1946 r., oddział funkcjonariuszy UB z Przasnysza, silnie wzmocniony przez pluton żołnierzy z 3. Pułku Ułanów Warszawskich (LWP), przeprowadził obławę na Zembrzus, rodzinną wieś por. Wiktora Zacheusza Nowowiejskiego „Jeża”, w której wówczas przebywał na kwaterze.

Przeciwko jednemu partyzantowi rzucono kilkadziesiąt uzbrojonych po zęby osób. Por. Nowowiejski nie poddał się – zawsze mówił, że nie da się wziąć żywy – i podjął próbę przebicia w kierunku pobliskich bagien. Kapitan Radaj, dowódca pułku LWP, oparł karabin o płot i strzelał do uciekającego partyzanta. Ranny „Jeż”, będąc bez szans na przerwanie pierścienia okrążenia, przyłożył do głowy pistolet i ostatni strzał przeznaczył dla siebie.

Północne
Mazowsze, 1946 r. Żołnierze oddziału por. Wiktora Zacheusza
Nowowiejskiego "Jeża". Od lewej stoją: Stanisław Borzuchowski
"Niedźwiedź", Tadeusz Piotrowski "Zbyszek", Mieczysław Szczepkowski
"Beton", por. Zacheusz Nowowiejski "Jeż", klęczy Mirosław Krajewski
"Wiesiek".

Wiktor Zacheusz Nowowiejski urodził się 28 grudnia 1915 r. we wsi Zembrzus w gminie Janowo, w dawnym powiecie przasnyskim, w patriotycznej rodzinie szlacheckiej. Rodzice, Władysław i Marianna z Zembrzuskich, posiadali 50-hektarowe gospodarstwo rolne. Po ukończeniu szkoły gminnej w Janowie, uczył się w Seminarium Nauczycielskim w Mławie. Seminarium ukończył w 1936 r. i wkrótce rozpoczął służbę wojskową w Szkole Podchorążych w Zambrowie. Po zakończeniu służby podjął pracę nauczyciela w szkole podstawowej. Brał udział w wojnie obronnej 1939 r. Po udanej ucieczce z obozu jenieckiego, powrócił w rodzinne strony. Wraz z innymi nauczycielami zorganizował siatkę tajnego nauczania. Był członkiem Związku Walki Zbrojnej, następnie Armii Krajowej. Posługiwał się pseudonimem „Jeż”. Latem 1943 r. włączył się do oddziału partyzanckiego AK kierowanego przez Stefana Rudzińskiego „Wiktora”. Oddział ten wsławił się wieloma brawurowymi akcjami przeciwko Niemcom na terenie Prus.
Po wkroczeniu sowietów na tereny powiatu przasnyskiego, nie złożył broni. Wraz z innymi partyzantami prowadził akcje, w których bronił ludzi represjonowanych przez komunistów. Na „Jeża” organizowano obławy, szczególnie w jego rodzinnej wsi, prześladowano rodzinę. 6 grudnia 1946 r. grupa funkcjonariuszy UB z Przasnysza wspierana przez pluton żołnierzy z 3. Pułku Ułanów Warszawskich doprowadziła do śmierci Nowowiejskiego w Zembrzusie, niedaleko jego własnego domu. Trafiony kulą, próbował ucieczki, a gdy ta okazała się niemożliwa, strzałem w głowę pozbawił się życia. Ciało „Jeża” zabrano do Przasnysza. Miejsce jego pochówku do dziś pozostaje nieznane.

Wykonana
przez funkcjonariuszy UB z Przasnysza fotografia por. Wiktora Zacheusza
Nowowiejskiego "Jeża", poległego w walce 6 XII 1946 r. w miejscowości
Zembrzus – Mokry Grunt.

GLORIA VICTIS !

Wsparcie>

64. rocznica śmierci ostatniego komendanta NZW

64. rocznica śmierci por. Kazimierza Żebrowskiego "Bąka"
…Nie dajmy zginąć poległym.
Zbigniew Herbert

Por. Kazimierz Żebrowski "Bąk", ostatni komendant III Okręgu NZW Białystok. Poległ 3 grudnia 1949 r.

64 lata temu, rankiem 3 grudnia 1949 r., w wyniku doniesienia agenturalnego, zabudowania w Mężeninie (pow. Łomża), gdzie przebywał komendant białostockiego Okręgu Narodowego Zjednoczenia Wojskowego
por. Kazimierz Żebrowski "Bąk" wraz ze swoim synem Jerzym ps. "Konar",
zostały otoczone przez grupę operacyjną II Brygady KBW i UB. Dowodzący
operacją wezwał partyzantów do poddania się. W odpowiedzi "Konar"
wystrzelił serię z automatu i wybiegli z ojcem przez tylne drzwi
stodoły, ale i tam natknęli się na linię obławy, którą ostrzeliwując się
próbowali sforsować. Teofil Lipka, gospodarz, u którego się ukrywali,
tak wspominał ostatnie chwile Komendanta:


[…]
"Bąk" z synem biegną w kierunku olszyny. Ci z podwórka grzeją do nich.
"Konar" zachwiał się, krzyczy: "Tato! Jestem ranny" – i zwalił się na
ziemię. "Bąk" zaraz się wrócił, ukląkł przy głowie syna, przeżegnał się,
przystawił mu pistolet do głowy i dwa razy strzelił. Tamci krzyczą,
żeby przestał się bić. "Bąk" strzelił sobie w głowę. Bój się skończył.

Ciało
ostatniego komendanta białostockiego Okręgu NZW zastygło obok ciała
jego syna. Walczyli i zginęli razem. Stało się tak, jak często w
rozmowach z Teofilem Lipką zapowiadali. Mówili mu, że jeżeli znajdą się w
sytuacji bez wyjścia, nie dadzą się wziąć żywcem. Wedle rachuby:
zginąć, ale nikogo nie wydać. Uznawali, że są to winni ludziom, którzy
przez lata udzielali im schronienia; wedle przyrzeczenia "Bąka", że z
komunistami "będzie się bił do ostatniego naboju, a ten ostatni nabój
zostawi dla siebie". Słowa dotrzymali!


Jerzy
Żebrowski "Konar", syn Kazimierza Żebrowskiego. Żołnierz NZW Okręgu
Białystok. W konspiracji od 1941 r. Poległ 3 grudnia 1949 r.

GLORIA VICTIS !

Więcej informacji o por. Żebrowskim znajdziesz w artykule:

Strona główna>
Wsparcie>