Profanacja pomnika "Inki" w Krakowie

Haniebna profanacja pomnika Danuty Siedzikówny "Inki" w Krakowie

W krakowskim Patriotycznym Parku Jordana 16 lutego 2013 r. (prawdopodobnie w nocy) zniszczony został pomnik Danuty Siedzikowny "Inki", odsłonięty w ubiegłym roku podczas patriotycznej uroczystości w dniu 16 września 2012 r.

Farbą oblano także postument, na którym wypisane są słowa "Zachowałam się jak trzeba…" – słowa, którymi "Inka" wytłumaczyła, dlaczego nie chciała prosić o akt łaski prezydenta Bieruta.

Ta niepełnoletnia jeszcze dziewczyna zamordowana strzałem w tył głowy  w wyniku mordu sądowego,  podczas instalacji systemu komunistycznego zachowała się jak trzeba – co głosi napis na jej pomniku w Parku Jordana.

1 marca tego roku w Patriotycznym Parku Jordana, także pod pomnikiem "INKI"  mają się odbyć uroczystości z okazji Narodowego Dnia Pamięci "Żołnierzy Wyklętych". Program uroczystości jest już nagłaśniany i widocznie wywołuje reakcje miłośników  nie do końca  obalonego systemu komunistycznego.

Ci, którzy nie potrafili i nie potrafią  zachować się jak trzeba niszczą wszelkie ślady pamięci  o tych, którzy winni być wzorem dla Polaków w XXI wieku.

Sprofanowany został także, choć w mniejszym stopniu, pomnik innego wielkiego Polaka – Andrzeja Małkowskiego, jednego z twórców polskiego skautingu, instruktora i teoretyka harcerstwa, działacza polskich organizacji młodzieżowych i niepodległościowych, stanowiącego wzór dla młodzieży harcerskiej.

Serwis Stefczyk.info przeprowadził rozmowę z Tadeuszem Płużańskim. Wywiad z autorem książek o bohaterach polskiego podziemia niepodległościowego i ich oprawcach, dotyczył profanacji pomnika "Inki" w Parku Jordana.

To powinien być idealny wzór dla młodzieży – mówi o "Ince", której pomnik w Krakowie sprofanowano, Tadeusz Płużański, publicysta, autor książki "Bestie. O ludziach którzy w czasach PRL mordowali polskich patriotów"

Stefczyk.info: Jak do tego mogło dojść? Dlaczego ktoś zniszczył pomnik osoby, co do której bohaterstwa nie można mieć wątpliwości, którą należy zawsze stawiać za wzór?

Tadeusz Płużański: Były już w przeszłości ataki "nieznanych sprawców" na popiersie pułkownika Kuklińskiego w tym samym parku. Oczywiście tych "nieznanych sprawców" nie udało się ustalić. Tak samo pewnie będzie teraz. Ja podejrzewam, że to są po prostu podobne środowiska, którym idea niepodległości nie jest bliska. Nie utożsamiają się z drogą "Inki" tuż po wojnie czy też z droga Kuklińskiego w okresie późniejszym, a to przecież jest ta sama droga. Oni oboje walczyli o Polskę, tyle, że w różnym okresie, ale cel był ten sam. Moim zdaniem za tymi profanacjami stoją siły, które te ich wybory potępiają. Niestety, ale są to spadkobiercy ich oprawców. Im się upamiętnianie naszych bohaterów nie podoba i będą robili wszystko, żeby nawet po śmierci tych ludzi zdyskredytować. No, ale to jest robota na krótka metę.
Jeśli widzimy ten park Jordana w Krakowie, to jest coś pięknego. Są tam przecież popiersia naszych największych bohaterów. Obok "Inki" są tam przecież i rotmistrz Pilecki i generał Fieldorf i szereg innych pięknych postaci. Nie da się tych pomników zniszczyć na tyle, żeby tych bohaterów wymazać z pamięci.

Stefczyk.info: A dlaczego do takich profanacji dochodzi? Może to brak edukacji, nauki, opowiadania o tych bohaterach, przypominania biografii?

Tadeusz Płużański: Ja myślę, że to jest jednak celowe działanie, to nie wynika z niewiedzy. Tylko to są celowe próby zniszczenia tych osób. Do tego dochodzi, oczywiście jakiś element chuligaństwa, ale to przede wszystkim akcja polityczna. Przypomnę, że na Kuklińskiego z farbą rzucano się już co najmniej dwa razy. Akurat jego to dotykało, a nie np. Ignacego Paderewskiego, którego popiersie stoi obok. To jest znamienne, że to nie jest tylko barbarzyństwo, ale jest to zaplanowana akcja wymierzona w konkretną ideę i konkretne osoby, które tę ideę reprezentowały.

Stefczyk.info: A jak należy o "Ince" opowiadać, żeby zapewnić jej "nietykalność" po śmierci, żeby takim aktom wandalizmu zapobiegać na przyszłość?

Tadeusz Płużański: Życiorys "Inki" czy innych żołnierzy wyklętych dla mnie bronią się same. Ale oczywiście trzeba z tym ich przesłaniem docierać do ludzi. Akurat "Inka" jest idealnym przykładem dla młodych ludzi. Przecież w momencie śmierci ona miała niespełna osiemnaście lat. Już w tak młodym wieku walczyła o Polskę. To powinien być idealny wzór dla młodzieży.



Danuta Siedzikówna "Inka" (1928-1946)

28 sierpnia 1946 r., o godz. 6.15 w gdańskim więzieniu przy
ul. Kurkowej 12, komunistyczni oprawcy zamordowali siedemnastoletnią
sanitariuszkę 5 Brygady Wileńskiej AK Danutę Siedzikówną ps. „Inka”.
Wraz z nią śmierć poniósł oficer wileńskiej AK ppor. Feliks Selmanowicz ps. Zagończyk”.
Umierali z okrzykiem „Jeszcze Polska nie zginęła!” i „Niech żyje
„Łupaszko”!”. „Inka” i  „Zagończyk” zostali zabici strzałem w głowę
przez dowódcę plutonu egzekucyjnego, ppor. Franciszka Sawickiego,
ponieważ strzały  z 10 pepesz plutonu mającego wykonać wyrok jedynie
drasnęły dziewczynę i poraniły jej towarzysza niedoli, choć żołnierze
strzelali z odległości trzech kroków. Do dziś rodzinom nie udało się
odnaleźć miejsca ich pochówku. Wyrok śmierci był komunistyczną zbrodnią
sądową, a zarazem aktem zemsty  i bezradności UB wobec niemożności
rozbicia oddziałów mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”.

„Inka”
została  aresztowana w Gdańsku rankiem 20 lipca 1946 r. Po bestialskim
śledztwie  3 sierpnia 1946 r. Wojskowy Sąd Rejonowy w Gdańsku skazał ją
na śmierć. „Inka” nie uległa namowom obrońcy z urzędu i nie podpisała
prośby o ułaskawienie; pismo podpisał jej obrońca. Bierut nie skorzystał
z prawa łaski. W grypsie do sióstr Mikołajewskich z Gdańska, krótko
przed śmiercią, napisała:

"Jest mi smutno, że muszę umierać. Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba".


Danuta Siedzikówna "Inka" (1928-1946)

Danuta Siedzikówna urodziła się 3 września 1928 r. we wsi Guszczewina k. Narewki
w pow. Bielsk Podlaski. Była drugą córką leśnika Wacława Siedzika i
Eugenii z Tymińskich. W rodzinie żywe były polskie tradycje
patriotyczne. Ojciec w 1913 r., podczas studiów w Petersburgu, został
aresztowany przez władze carskie za udział w tajnej polskiej organizacji
młodzieżowej i zesłany w głąb Rosji, skąd do Polski wrócił dopiero w
1926 r. Babcia Helena  Tymińska spokrewniona była z rodziną Orzeszków,
znała dobrze Elizę Orzeszkową.
Świadomość rodzinnej przeszłości wywarła duży wpływ na ukształtowanie
osobowości i postawy przyszłej sanitariuszki. Do wojny rodzina Siedzików
mieszkała w leśniczówce w Olchówce pod Narewką, gdzie pracował ojciec
„Inki”. Danuta Siedzikówna była jedną z trojga rodzeństwa, miała młodszą
o trzy lata siostrę Irenę i o rok starszą Wiesławę. Do 1939 roku uczyła
się w szkole powszechnejw Olchówce, potem zaś w szkole sióstr
salezjanek w Różanym Stoku pod Grodnem. Dalszą naukę przerwała jej
wojna.

We wrześniu 1939 r. tereny rodzinne Danuty został zajęte
na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow przez Armię Czerwoną i znalazł się pod
okupacją sowiecką. Wacław Siedzik, podobnie jak wielu polskich leśników
uznanych przez władze komunistyczne za osoby szczególnie związane z
państwem polskim – a co za tym idzie – niebezpieczne, został w 1940 r.
aresztowany przez NKWD i wywieziony do kopalni złota na Syberii. Po
wybuchu w czerwcu 1941 r. wojny pomiędzy Związkiem Sowieckim i III
Rzeszą, został zwolniony z obozu i wraz z armią gen. Andersa znalazł się
na terenie Iranu. Tam, w Teheranie, sprawował funkcję komendanta obozu
dla polskich uchodźców cywilnych. Na skutek ciężkich przeżyć oraz z
powodu słabego zdrowia nadwątlonego dwukrotnym zesłaniem zmarł w Iranie,
wkrótce po opuszczeniu przez armię Andersa Rosji. Jego grób znajduje
się na cmentarzu polskim w Teheranie.

Po aresztowaniu Wacława
Siedzika przez NKWD, jego rodzina została usunięta przez władze
sowieckie z leśniczówki w Olchówce. Musiała zamieszkać w niedalekiej
Narewce, tutaj też zastał ją wybuch wojny niemiecko – sowieckiej.
Prawdopodobnie już wtedy matka „Inki”, Eugenia Siedzik, miała kontakty z
polską konspiracją niepodległościową. W lipcu 1941 r. Narewka znalazła
się pod okupacją niemiecką. Matka Danuty była aktywną uczestniczką Armii
Krajowej, należała do siatki terenowej AK na Podlasiu. Za udział w
konspiracji została aresztowana przez Niemców w listopadzie 1942 roku, a
25 listopada tegoż roku osadzona jako więzień polityczny w więzieniu  w
Białymstoku (figuruje pod poz. 843 na wykradzionej przez wywiadowczynię
AK liście  więźniów Gestapo z numerami akt sprawy 5321/42 i 48/42). Z
przekazywanych przez nią z więzienia grypsów wynikało, iż osoby, które
spowodowały jej aresztowanie należały do kolaborującego z Niemcami
komitetu białoruskiego z Narewki. Po ciężkim śledztwie i torturach
została zamordowana w połowie września 1943 r. w lesie pod
Białymstokiem. Danusia po raz ostatni widziała matkę w szpitalu
więziennym w Białymstoku strasznie zmasakrowaną. „Inka” miała wtedy
zaledwie piętnaście lat. Grobu zamordowanej matki nigdy nie odnalazła.

Danuta Siedzikówna "Inka" (1928-1946)

Trzema
osieroconymi córkami małżeństwa Siedzików zaopiekowała się babcia,
matka ich ojca. Dwie starsze, Wiesława i Danuta, pomimo bardzo młodego
wieku, zostały zaprzysiężone jako żołnierze Armii Krajowej. Danuta
wstąpiła w szeregi konspiracji w grudniu 1943 r. i stała się żołnierzem
Armii Krajowej ośrodka Hajnówka-Białowieża. Praca konspiracyjna w tym
ośrodku prowadzona była w bardzo trudnych warunkach. Śmiertelne
zagrożenie stanowili tu nie tylko Niemcy, ale też i współpracujący z
nimi „aktywiści” białoruscy (którzy zadenuncjowali Gestapo wielu
polskich niepodległościowców) oraz uczestnicy komunistycznych
„jaczejek”, związanych z wrogą wobec Polski i Polaków partyzantką
sowiecką. Danuta Siedzikówna początkowo pełniła funkcję łączniczki na
terenie swego macierzystego ośrodka. Przeszła ogólne przeszkolenie
wojskowe, a także ukończyła kursy sanitarne. Danuta Siedzikówna „Inka”
do połowy 1945 r. mieszkała w Narewce i pracowała jako urzędniczka w
miejscowym nadleśnictwie.

W lipcu 1944 r. tereny powiatu Bielsk
Podlaski zostały zajęte przez nadciągającą ze wschodu Armię Sowiecką.
Biorące udział w akcji „Burza” oddziały AK atakujące wycofujących się
Niemców, były po ujawnieniu się wobec władz sowieckich rozbrajane, a ich
żołnierze wywożeni do obozów w głębi ZSRR. Pod koniec wojny do
oddziałów partyzanckich przedostali się konfidenci NKWD, których
zadaniem było rozpracowanie armii podziemnej. Na podstawie zebranych
informacji już po rozformowaniu oddziałów nastąpiły aresztowania. 6
czerwca 1945 r. również „Inkę” zatrzymano razem ze wszystkimi
pracownikami nadleśnictwa za współpracę z niepodległościowym podziemiem.
W czasie transportu do siedziby UBP w Białymstoku została wraz z grupą
uwięzionych odbita przez patrol 5 Brygady Wileńskiej AK (podległej w tym
czasie Komendzie Okręgu Białostockiego AK), dowodzony przez Stanisława
Wołoncieja „Konusa”. Pod opieką Wacława Beynara „Orszaka” uwolnieni
dotarli do miejsca postoju Brygady, dowodzonej przez mjr. Zygmunta
Szendzielarza „Łupaszkę” w miejscowości Śpieszyn. W oddziale rozpoczęła
służbę sanitariuszki pod pseudonimem „Inka”. Walczyła w szwadronach por.
Jana Mazura „Piasta”, a następnie por. Mariana Plucińskiego
„Mścisława”. We wrześniu 1945 r., po rozwiązaniu Brygady na okres
zimowy, wyjechała do Olsztyna. Niedługo później UB aresztowało siostrę
„Inki” Wiesławę, która szybko zorientowała się, że chodziło im o Dankę.
Aresztowana miała to szczęście, że trafiła na funkcjonariusza UB,
któremu kiedyś wyświadczyła niecodzienną przysługę. Była świadkiem na
jego tajnym ślubie kościelnym. To uratowało ją przed biciem i
prawdopodobnie przyczyniło się do jej zwolnienia. Jednak po zwolnieniu
Wiesława zauważyła, że jest śledzona, dlatego przekazała Dance
informację, by ta trzymała się jak najdalej od rodziny. Z pomocą
przyszedł przyjaciel ojca i ojciec chrzestny Danki, Stefan Obuchowicz.
Wyrobił jej fałszywe papiery na swoje nazwisko i załatwił pracę
kancelistki w leśnictwie Miłomłyn koło Ostródy.

4
szwadron 5 Brygady Wileńskiej AK. Ostatni rząd od prawej: Danuta
Siedzikówna "Inka", Jerzy Lejkowski "Szpagat", por. Marian Pluciński
"Mścisław", ppor. Henryk Wieliczko „Lufa”, NN, Jerzy Fijałkowski
"Stylowy", w pierwszym rzędzie od lewej drugi Witold Goldzisz "Radio",
trzeci Zdzisław Badocha "Żelazny".

W styczniu 1946 r., po
wznowieniu działalności Brygady (podporządkowanej w tym okresie 
Eksterytorialnemu Okręgowi Wileńskiemu AK), „Inka” podjęła służbę w
szwadronie ppor. Zdzisława Badochy „Żelaznego”,
w którym również pełniła funkcję sanitariuszki. Wykonywała też zadania
łączniczki i kurierki, wyjeżdżając na odległe nieraz punkty kontaktowe.
Na co dzień, jak wszyscy partyzanci, chodziła w mundurze Wojska
Polskiego. Cieszyła się dużym zaufaniem dowódców, a także uznaniem i
przyjaźnią kolegów. Tak wspominał „Inkę” sierż. Olgierd Christa „Leszek”, jeden z jej ówczesnych przełożonych:

„Była
bardzo lubiana za swoją skromność, a jednocześnie hart i pogodę ducha.
Znosiła trudy z równą chłopcom, a niekiedy bardziej zadziwiającą
wytrzymałością, szczególnie psychiczną. Raz tylko prosiła w czasie
powrotu znad Wisły, by ktoś przejął jedną z jej ciężkich toreb.
Maszerowaliśmy prawie półbiegiem ze względu na odległe miejsce postoju, a
ją właśnie gnębił brak formy”.

Danusia
uczestniczyła jako sanitariuszka w walkach szwadronu z grupami
operacyjnymi UB, MO i KBW. Warto wspomnieć, że podczas akcji bojowych
udzielała pomocy sanitarnej nie tylko rannym partyzantom, ale również
rannym milicjantom, na co istnieją liczne zeznania i świadkowie.

Kadra
5 Brygady Wileńskiej AK, rok 1945. Stoją od lewej: ppor.cz.w. Henryk
Wieliczko "Lufa", zamordowany 14 marca 1949 r. na Zamku Llubelskim, por.
Marian Pluciński "Mścisław", zamordowany 28 czerwca 1946 r. w
białostockim więzieniu, mjr Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka", zamordowany
8 lutego 1951 r. na Mokotowie, wachm. Jerzy Lejkowski "Szpagat", ppor.
Zdzisław Badocha "Żelazny", poległ w walce z UB 26 czerwca 1946 r. w
Czerninie koło Sztumu
.

Podczas jednej z potyczek z
funkcjonariuszami UB w czerwcu 1946 roku został ranny ppor. „Żelazny”.
Pozostawiony na konspiracyjnej kwaterze w majątku w Czerninie, poległ 26
czerwca 1946 roku w walce z bronią w ręku, osaczony przez komunistyczną
grupę operacyjną. Sierż. „Leszek”, okresowo dowodzący szwadronem, który
„odskoczył” w Bory Tucholskie, nie wiedząc o śmierci „Żelaznego” wysłał
„Inkę” w dniu 13 lipca 1946 roku do Gdańska, z zadaniem nawiązania
kontaktu z porucznikiem, a także zakupu niezbędnych lekarstw i środków
medycznych. Tak  Olgierd Christa wspominał „Inkę” w dniu wyjazdu:

„To
była bardzo skromna dziewczyna. Była bardzo obowiązkowa. Nie pamiętam,
by się kiedykolwiek skarżyła, choć nie brakowało długich, forsownych
marszów.  W lipcu wysłałem ją  do Gdańska po medykamenty dla oddziału.
Kiedy stanęła przede mną, żeby zameldować gotowość wyjazdu, spojrzałem
zdziwiony, jakbym ujrzał kogoś nieznanego. Była zawsze ubrana w wojskowy
uniform i w wojskowe buty. Teraz stała przede mną smukła, uśmiechnięta,
ładna dziewczyna, w pożyczonej gdzieś na wsi letniej sukience”.

Niestety,
„Leszek” nie wiedział, że zadanie jakim obarcza dziewczynę jest już
nieaktualne, ale nie miał też świadomości, że jedna z łączniczek
cieszących się zaufaniem dowództwa – Regina Żylińska-Mordas pseud.
„Regina”, podjęła współpracę z UB i wydała szereg punktów kontaktowych 5
Brygady Wileńskiej. Gdy „Inka” nocą 19/20 lipca 1946 r. zjawiła się w
mieszkaniu sióstr Mikołajewskich przy ul. Wróblewskiego we Wrzeszczu,
stanowiącym jeden z takich punktów, prawdopodobnie była już śledzona
przez UB. Następnego dnia o świcie do mieszkania wpadli funkcjonariusze
UB i aresztowali osoby tam przebywające.

Żołnierze
4 Szwadronu 5 Brygady Wileńskiej AK, w górnym rzędzie od lewej: por.
Marian Pluciński "Mścisław", plut. Henryk Wieliczko "Lufa", NN, plut.
Zdzisław Badocha "Żelazny", środkowy rząd: plut. Jerzy Lejkowski
"Szpagat", kpr. Zbigniew Fijałkowski "Pędzel", NN, na dole: Danuta
Siedzikówna "Inka", NN "Beduin", Leonard Mikulski "Sęp", NN;
Białostocczyzna 1945 r.

Danuta Siedzikówna „Inka” przeszła
przez bardzo ciężkie i brutalne śledztwo prowadzone w Wojewódzkim
Urzędzie Bezpieczeństwa w Gdańsku. Krzysztof Wójcik w artykule
poświęconym „Ince” pisał:

„Dokładnie
nie wiadomo, jak dziewczyna była traktowana podczas śledztwa. Do dziś
zachowały się tylko relacje pośrednie. Strażniczka o imieniu Sabina
mówiła, że „Inka” była bita i poniżana podczas śledztwa […]. Potem
miał się odbyć pokazowy proces. Jeszcze przed wydaniem wyroku
wiedzieliśmy, że będzie rozstrzelana – mówi były pracownik więzienia
przy Kurkowej. – Władza ludowa nie miała pobłażania dla bandytów od
„Łupaszki”.”

31 lipca 1946 r., w dniu najdłuższego
przesłuchania „Inki”, prokurator podpisał skierowanie jej sprawy do
Wojskowego Sądu Rejonowego w Gdańsku, gdzie została rozpatrzona w trybie
doraźnym. Akt oskarżenia podpisał oficer śledczy UB z Gdańska Andrzej
Stawicki. Rozprawa odbyła się 3 sierpnia 1946 r. w gdańskim więzieniu
przy ul. Nowe Ogrody. Najważniejszymi zarzutami postawionymi „Ince”
były: udział w akcji w Starej Kiszewie
oraz walkach koło Podjazdów i w Tulicach. W tym ostatnim przypadku
zarzucano jej wydanie rozkazu rozstrzelania dwóch wziętych do niewoli
funkcjonariuszy UB. Były to kompletnie absurdalne zarzuty, gdyż
sanitariuszka po prostu nie mogła wydać takiego polecenia żołnierzom;
nawiasem mówiąc zajęta była udzielaniem w tym czasie pomocy rannym.
Niestety, obciążyli ją fałszywymi zeznaniami milicjanci i ubecy, ludzie,
którym partyzanci darowali życie. Niezgodne z prawdą zeznania złożyli:
pracownik UB ze Sztumu Eugeniusz Adamski i milicjant Franciszek Babicki.
Z kolei Longin Ratajczyk, milicjant uczestniczący w potyczce koło wsi
Podjazdy twierdził, że „Inka” strzelała do niego z pistoletu, co również
było nieprawdą. Można jedynie domyślać się, że milicjanci kłamali na
polecenie UB. Jedynie ranny pod Tulicami funkcjonariusz MO Mieczysław
Mazur zeznał, iż sanitariuszka „Inka” dała mu opatrunek i nie
potwierdził kłamstw swoich kolegów. Ni emiało to jednak żadnego
znaczenia. Sąd skazał dziewczynę na karę śmierci. Sędziowie wydający ów
wyrok, mieli pełną świadomość, że orzekają taką karę wobec osoby
niepełnoletniej, bowiem informacja, iż „Inka” nie miała jeszcze
skończonych 18 lat, odnotowana została w uzasadnieniu wyroku.

Danuta
Siedzikówna nie uległa namowom obrońcy z urzędu i nie podpisała się pod
pismem do Bieruta o ułaskawienie. Pismo zredagowane w pierwszej osobie
(„Ja, Danuta Siedzikówna…”) podpisał jej obrońca podkreślając, iż
„Inka” jest sierotą, matka zginęła z rąk Niemców, zaś ojciec zaginął
wywieziony na wschód. Skład sędziowski zaopiniował prośbę negatywnie.
Nie miała ona i tak żadnego znaczenia, nikt nie zmierzał traktować jej
poważnie – wyrok bowiem wykonano, nim do Gdańska dotarła odmowna
odpowiedź Bieruta. Okoliczność, że w dniu wydania wyroku śmierci, jak i w
dniu jego wykonania „Inka” nie miała skończonych 18 lat w ogóle nie
została wzięta pod uwagę. W przesłanym siostrom Halinie i Jadwidze
Mikołajewskim z Gdańska grypsie z więzienia Danka napisała:

„Jest mi smutno, że muszę umierać. Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba”.

Zdanie
to należy tłumaczyć nie tylko odmową podpisania prośby o ułaskawienie,
lecz także przebiegiem śledztwa, podczas którego poza pseudonimami
kolegów niczego nie ujawniła, a ubowcom nie udało się nawet wydobyć od
niej informacji, na jakiej stacji kolejowej zaplanowano spotkanie z
kurierem, który miał ją z powrotem doprowadzić do oddziału.

Protokół wykonania wyroku śmierci na Danucie Siedzikównej "Ince".

Danuta
Siedzikówna „Inka” została rozstrzelana rankiem 28 sierpnia 1946 r., o
godz. 6.15, wraz ze skazanym na śmierć oficerem 5 Brygady Wileńskiej  AK
ppor. Feliksem Selmanowiczem „Zagończykiem”,
dowódcą pięcioosobowego samodzielnego patrolu bojowo-dywersyjnego na
okręg gdańsko-olsztyński, który zdobywał środki na działalność
organizacyjną. Dwójka skazańców do końca zachowała postawę godną
żołnierzy Armii Krajowej. Przed śmiercią wykrzyknęli „Niech żyje
Polska!”. Dziesięciu żołnierzy ze specjalnej jednostki KBW w Gdańsku
oddało niecelne strzały. „Inka” i ppor. „Zagończyk” zostali zamordowani
strzałami w głowę przez dowódcę plutonu egzekucyjnego ppor. Franciszka
Sawickiego.

Ppor. Feliks Selmanowicz „Zagończyk”, zdjęcie wykonane przez UB w Gdańsku.

Przebieg
egzekucji znany jest ze szczegółowych relacji złożonych w gdańskim
oddziale IPN przez dwóch świadków: ks. Mariana Prusaka, który spowiadał
oboje skazańców i był przy nich do końca oraz ówczesnego zastępcy
naczelnika więzienia w Gdańsku Alojzego Nowickiego, który zeznał, że „do
„Inki” strzelało 10 żołnierzy, każdy miał 10 sztuk amunicji w bębnie
pepeszy. Wobec niepowodzenia egzekucji, choć wystrzelono 100 kul z
odległości kilku kroków, do słaniającej się dziewczyny podszedł oficer
UB i z bliska strzelił jej w głowę. Zanim to zrobił, „Inka” zdążyła
jeszcze krzyknąć: „Niech żyje „Łupaszko!”.”

Miejsce
pochówku „Inki” zostało przez UB utajnione. Jednak nawet po śmierci
niewinna sanitariuszka stanowiła duże zagrożenie dla komunistów. Jeszcze
w 1969 roku ukazała się książka Jana Babczenki, byłego szefa UB w
Kościerzynie i dziennikarza Rajmunda Bolduana „Front bez okopów”, w
której autorzy napisali, że sanitariuszka „Łupaszki”, mordowała
funkcjonariuszy UB. Dla większego efektu „Inkę” przedstawiono, jako
„kruczoczarną” i „krępą” kobietę ze „szramą na twarzy”, biegającą z
pistoletem błyszczącym złowrogo „oksydowaną stalą”, strzelającą z
„sadystycznym uśmiechem” do funkcjonariuszy UB.

Kłamliwa książka Jana Babczenki, byłego szefa UB w Kościerzynie i dziennikarza Rajmunda Bolduana „Front bez okopów”.

W
rzeczywistości siedemnastoletnia Danusia Siedzikówna była szczupłą
szatynką i do nikogo podczas partyzanckich akcji nigdy nie strzelała. 
Dzięki takim propagandowym paszkwilom do dziś w niektórych kręgach
polskiego społeczeństwa funkcjonują fałszywe wyobrażenia o polskich
partyzantach z okresu drugiej konspiracji.
 
Po latach Sąd
niepodległej Rzeczypospolitej uznał wyrok komunistów z 1946 roku za
zbrodnię sądową. 10 czerwca 1991 roku wyrokiem Sądu Okręgowego w Gdańsku
Danuta Siedzikówna została zrehabilitowana, Sąd uznał, że poniosła
śmierć za działalność na rzecz niepodległego państwa polskiego.

Symboliczne groby "Inki" i ppor. "Zagończyka" na cmentarzu garnizonowym przy ul. Giełguda w Gdańsku.

11
listopada 2006 r. „Inka” została pośmiertnie odznaczona przez
Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia
Polski Polonia Restituta. Danuta Siedzikówna „Inka” ma symboliczny grób
na cmentarzu garnizonowym przy ul. Giełguda w Gdańsku, a także pomnik w
Narewce, ufundowany w 2007 r. staraniem Fundacji „Pamiętamy”. Ma również
tablicę pamiątkową w bazylice NMP w Gdańsku oraz kamienny obelisk w
Sopocie, w parku jej imienia.

Pomnik w hołdzie Danucie Siedzikównej "Ince", przy ulicy Armii Krajowej w Sopocie, w parku jej imienia.

Gdyby nie została zamordowana przez komunistycznych oprawców, miałaby dziś 84 lata. Mogła być jeszcze wśród nas…
GLORIA VICTIS !

Więcej na temat "Inki" czytaj:

Strona główna>

Pierwsza szkoła im. Żołnierzy WiN

Pierwsza w Polsce szkoła im. Żołnierzy Zrzeszenia "Wolność i Niezawisłość"

2 marca 2013 r. w Brwinowie odbędzie się uroczyste nadanie miejscowemu Gimnazjum nr 1 imienia Żołnierzy Zrzeszenia "Wolność i Niezawisłość". Szkoła będzie pierwszą placówką w Polsce noszącą takie imię. Uroczystość została zaplanowana dzień po obchodzonym od niedawna 1 marca Narodowym Dniu Pamięci Żołnierzy Wyklętych.

W liście nadesłanym na adres redakcji wpolityce.pl władze gminy zaznaczają, że nadanie imienia gimnazjum "będzie wielką uroczystością dla ich gminy".

Gmina Brwinów ma tradycje związane z żołnierzami WiN, którzy osiedlali się tu po wojnie. W Brwinowie mieszkał (i został pochowany) płk Franciszek Niepokólczycki, żołnierz AK, a od listopada 1945 prezes Zarządu Głównego WiN. Długoletnim mieszkańcem Kań, miejscowości leżącej w gminie Brwinów, był także gen. Antoni Heda "Szary", legendarny przywódca partyzantów z Gór Świętokrzyskich, którego 5. rocznicę śmierci będziemy upamiętniać niedzielnymi uroczystościami w Otrębusach – czytamy w liście urzędu gminy.

Uroczystość odbędzie się 2 marca o godzinie 10:00 w Zespole Szkół nr 1 w Brwinowie przy ul. Marszałka Józefa Piłsudskiego 11. Na uroczystość zaprasza prezes Zrzeszenia "WiN" mjr Waldemar Kruszyński, p.o. dyrektor Zespołu Szkół Anna Kurman oraz burmistrz gminy Arkadiusz Kosiński. Patronat honorowy nad uroczystościami sprawuje Jan Stanisław Ciechanowski kierujący Urzędem ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych.

Z wnioskiem do rady miejskiej o nadanie imienia Gimnazjum nr 1 zwróciła się rada rodziców, pedagodzy oraz samorząd uczniowski. Podczas ostatniej, poniedziałkowej sesji dyrektor placówki Anna Kurman zwróciła uwagę, że prowadzona przez nią szkoła jest jedyną w gminie, która nie posiada patrona. Wybór imienia Zrzeszenia Żołnierzy "Wolność i Niezawisłość" nie był przypadkowy.

Dokonaliśmy analizy dotychczasowych działań wychowawczych szkoły, kładąc nacisk na takie wydarzenia z jej życia, które wyróżniają ją od pozostałych placówek – uzasadniała Anna Kurman.
Okazało się, że uczniowie, rodzice i nauczyciele najchętniej angażują się w organizowanie i udział w różnych inicjatywach patriotyczno-historycznych, takich jak festyny rodzinne, upamiętniające wydarzenia z historii Polski w powiązaniu z historią Brwinowa.

Dyrektor podkreśliła, że od wielu lat w szkole działa Towarzystwo Przyjaciół Armii Krajowej, a jego członkowie biorą udział w każdych obchodach świąt lokalnych i państwowych. W 2008 roku nauczyciele historii nawiązali kontakt ze środowiskiem kombatantów Zrzeszenia "Wolność i Niezawisłość" Obwód Warszawa.

Stała, systematyczna i bogata w wydarzenia z udziałem uczniów współpraca z prezesem Zrzeszenia, majorem Waldemarem Kruszyńskim i kombatantami, wyróżnia nasze gimnazjum z pośród innych – dodała Anna Kurman.

Uroczyste przekazanie sztandaru Zrzeszenia "WiN" nastąpi w powiązaniu z obchodami święta państwowego – Dnia Pamięci Narodowej "Żołnierzy Wyklętych", ustanowionego 1 marca.
Nadaniu imienia szkole towarzyszyć będzie przyznanie honorowego obywatelstwa Waldemarowi Kruszyńskiemu. Uchwałę w tej sprawie rada miejska podjęła w listopadzie. W głosowaniu nad uchwaleniem imienia dla Gimnazjum nr 1 radni byli jednomyślni.

Działalność pana Kruszyńskiego i społeczności szkolnej jest właściwym kierunkiem do kształtowania postaw patriotycznych i obywatelskich – powiedział radny Krzysztof Falkowski. – Budzi to mój podziw.

Źródło: wpolityce.pl, Kurier Południowy
Strona główna>

WARTO PRZECZYTAĆ… (55)


Dopaść "Drągala". Likwidacja grupy Aleksandra Młyńskiego w świetle dokumentów aparatu bezpieczeństwa
red. Krzysztof Busse, Lublin–Radom 2012, 383 s., opr. twarda, format 180×250 mm

Żołnierze powojennej, tzw. drugiej konspiracji, mieli być – jak chcieli przedstawiciele komunistycznych władz PRL – skazani na zapomnienie. Propaganda przed 1989 r. ukazywała ich w negatywnym świetle, określając mianem bandytów i odmawiając prawa do posiadania własnej, innej niż komunistyczna, wizji powojennej Polski.

Jednym z tych żołnierzy jest Aleksander Młyński "Drągal", postać budząca do dziś wśród mieszkańców regionu radomskiego skrajnie różne emocje: dla części opinii publicznej jest bohaterem, inni uważają go za bandytę. Prezentowany wybór różnorodnych dokumentów (choć w znacznej mierze wytworzonych przez aparat represji) ma – w zamierzeniu autora – pozwolić Czytelnikowi na bardziej obiektywne spojrzenie na tę postać i wyrobienie sobie własnego zdania. Pokazuje on w szerszym kontekście wydarzenia z ostatnich kilku miesięcy życia Aleksandra Młyńskiego, tropionego przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej, ormowców i żołnierzy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, a także rozpracowywanego przez agenturę.

Książkę można nabyć:

Więcej o Aleksandrze Młyńskim "Drągalu" i jego walce czytaj:

Strona główna>


Żołnierze Wyklęci na Ziemi Chełmskiej

Żołnierze Wyklęci na Ziemi Chełmskiej – konferencja naukowa w Chełmie – 23 lutego 2013 r.

W imieniu organizatorów zapraszam na konferencję naukową pt. Żołnierze Wyklęci – Oni ginąc myśleli o Tobie – Ty żyjąc pamiętaj o nich!, która odbędzie się w sobotę 23 lutego 2013 r. o godzinie 15.00 w Zespole Szkół Ogólnokształcących nr 3 w Chełmie przy ul. Rejowieckiej 76.

Wśród prelegentów będą m.in. Marek Franczak (syn sierż. Józefa Franczaka "Lalka" – ostatniego żołnierza podziemia antykomunistycznego), miejscowy historyk – Jerzy Masłowski oraz jeden z ostatnich żyjących w Chełmie żołnierzy oddziału por. Henryka Lewczuka "Młota"Wacław Prystupa "Piskorz".

W ramach spotkania odbędzie się pokaz slajdów z opisami zdjęć na których uwiecznieni zostali "Żołnierze Wyklęci".

Program:

Źródło: Narodowa Łęczna>
Strona główna>

62. rocznica śmierci por. "Burty"

62. rocznica śmierci por. Jana Leonowicza "Burty"

…Nie dajmy zginąć poległym.
Zbigniew Herbert


Por. Jan Leonowicz "Burta" (15 I 1912 – 9 II 1951)

62 lata temu, 9 lutego 1951 r., w zasadzce zorganizowanej we wsi Nowiny przez grupę operacyjną UB pod dowództwem sierż. Ryszarda Trąbki,   zginął por. Jan Leonowicz ps. "Burta",
żołnierz Armii Krajowej, dowódca jednego z najdłużej walczących z
komunistami oddziałów partyzanckich samodzielnego Obwodu WiN Tomaszów
Lubelski.

Jego zwłoki przewieziono do Tomaszowa Lub., gdzie przez dwa tygodnie
wystawione były na widok publiczny przed budynkiem PUBP. Do dzisiaj nie
wiadomo gdzie zostało pogrzebane ciało  por. "Burty". Zakopano je
najprawdopodobniej na dziedzińcu tomaszowskiego PUBP lub na nowym
cmentarzu przy drodze do Zamościa.

Zwłoki Jana Leonowicza "Burty" na dziedzińcu tomaszowskiego PUBP, luty 1951 r. Zdjęcie wykonane przez bandytów z UB.

GLORIA VICTIS !!!

Jan Leonowicz, ps. "Burta" (ur. 15 stycznia 1912 r. w Żabczu, gm. Poturzyn, pow. Tomaszów Lubelski, zm. 9 lutego 1951 r. we wsi Nowiny, pow. Tomaszów Lubelski) – członek SZP-ZWZ-AK, działacz WiN, dowódca oddziału partyzanckiego na Lubelszczyźnie.

Jan Leonowicz z żoną Marią Ludwiką z d. Lanckorońską, 1937 r.

Pochodził
z rodziny ziemiańskiej Mariana i Anastazji z d. Jurczak, był jednym z
dziesięciorga rodzeństwa. Ojciec był leśniczym, dziadek powstańcem
styczniowym. Po ukończeniu szkoły powszechnej rozpoczął naukę w
gimnazjum. Służbę wojskową odbywał w 2. psk w Hrubieszowie.

We
wrześniu 1939 walczył w szeregach macierzystej jednostki, ranny,
powrócił z frontu w październiku 1939. Wstąpił do Służby Zwycięstwu
Polski (SZP). 25 grudnia 1939 wziął udział w rozbiciu posterunku policji
granatowej w okolicach Łaszczowa. W 1940 został aresztowany przez
policję ukraińską w Poturzynie, zwolniony dzięki staraniom ojca.
Prawdopodobnie od 1942 dowódca sekcji szturmowej "Poturzyn" (jednej z
dziewięciu grup bojowych) odcinka "Wschód" Obwodu AK Tomaszów Lubelski. 1
marca 1943 wziął udział w akcji na posterunek policji ukraińskiej w
Poturzynie, w trakcie której placówkę tę rozbito, zabijając 6 Ukraińców
(w tym dwóch komendantów posterunków w Telatynie i Poturzynie) oraz
komisarycznego wójta gminy Poturzyn. Na przełomie 1943/1944 przebywał w
sztabie obwodu znajdującym się na skraju Puszczy Solskiej, w pobliżu
leśniczówki Rebizanty nad Tanwią. W 1944 żołnierz "Kompanii Leśnej"
ppor. rez. Witolda Kopcia, a także dowódca jednego z patroli plutonu
lotnego żandarmerii polowej sierż. rez. Wacława Kaszuckiego. W ostatnich
dniach lutego w Poturzynie oraz 5 i 9 kwietnia 1944 na odcinku
Podlodów-Żerniki-Rokitno, w rejonie Steniatyna i Posadowa, brał udział w
walkach przeciwko Ukraińskiej Narodowej Samoobronie i UPA. Od wiosny
1944 służył najprawdopodobniej jako zwiadowca w dowodzonej przez sierż.
Andrzeja Dżygałę "Kompanii Żelaznej". Podczas akcji "Sturmwind II" razem
z kilkoma partyzantami przebił się przez trzy pierścienie niemieckiej
obławy. W ramach akcji "Burza" znalazł się w szeregach odtwarzanego
przez Inspektorat Zamość 9. pp AK.


Por. Jan Leonowicz "Burta"

Po wkroczeniu Sowietów nie
złożył broni. Od grudnia 1944 służył jako podchorąży, następnie (na
przełomie maja i czerwca 1945) został awansowany do stopnia chorążego.
Działał jako oficer broni w strukturach Obwodu Tomaszów Lubelski,
Inspektorat Zamość AK-DSZ-WiN. Wiosną 1945 zorganizował grupę lotną w
sile ok. 20-30 żołnierzy, która operowała w północnej części powiatu
Tomaszów. Oddział przetrwał do końca czerwca 1945. Latem, po ogłoszeniu
tzw. małej amnestii część żołnierzy ujawniła się, natomiast ci, którzy
tego nie uczynili, ukryli się. Przy Leonowiczu pozostało jedynie dwóch
ludzi. Ich głównym celem było w tym czasie rozbrajanie funkcjonariuszy
MO i ORMO orz rozpędzanie zebrań agitacyjnych organizowanych przez PPR.
Od początku 1946 zaczął ponownie rozbudowywać swoją grupę, która
wsławiła się m.in. wykonaniem 31 maja 1946 wyroku śmierci na
wiceprzewodniczącym Powiatowej Rady Narodowej Wincentym Umerze
(Humerze), ojcu stalinowskiego zbrodniarza Adama Humera (czytaj również TUTAJ).
Powiększanie oddziału trwało do początku 1947. W okresie przedwyborczym
Leonowicz zaniechał wszelkich akcji zbrojnych, ograniczając się jedynie
do przeciwdziałania wyborczej propagandzie i agitacji. Po ogłoszeniu 22
lutego 1947 amnestii niemal wszyscy członkowie oddziału się ujawnili.

W kwietniu lub maju 1947 Leonowicz nawiązał kontakt z komendantem oddziałów leśnych Inspektoratu Lublin mjr. Hieronimem Dekutowskim  "Zaporą"
i postanowił pozostać w konspiracji. 1947-1951 działał w strukturach
samodzielnego Obwodu WiN Tomaszów Lubelski. W tym czasie komendantem
Obwodu był por. Stefan Kobos (ps. "Wrzos"), który nie podporządkował się
strukturom tzw. drugiego Inspektoratu AK Zamość,
dowodzonego przez kpt. Mariana Pilarskiego. Leonowicz w stopniu
porucznika pełnił funkcję dowódcy patrolu leśnego, który 1947-1949
liczył 3-7 ludzi, a w końcu 1949 rozrósł się do rozmiarów kompanii
szkieletowej (ok. 30-40 żołnierzy). Jednocześnie rozbudowywała się
siatka terenowa, wg informacji UB liczyła ona ok. 200 współpracowników i
obejmowała 5 powiatów: Biłgoraj, Hrubieszów, Lubaczów, Tomaszów i
Zamość. Do lata 1948 Leonowicz utrzymywał kontakty z grupą OUN dowodzoną
przez Jana Niewiadomskiego ps. "Jurko".


Por. Jan Leonowicz "Burta". Zima 1950/1951

Oddział
"Burty" rozbrajał milicjantów i ormowców, wykonywał egzekucje na
agentach UB, działaczach PPR i PZPR, aktywnych współpracownikach "nowej
władzy", a także na pospolitych bandytach, m.in. na działaczu PPR w
Maziłach, Józefie Pietrynie (13 września 1947), komendancie posterunku
MO w Rachaniach, Zygmuncie Bielaku (11 lipca 1948), mordercy i
konfidencie, byłym żołnierzu oddziału, Adamie Fornucu (lato 1948),
członku PZPR, wójcie gminy Telatyn, Władysławie Ślęzaku (30 kwietnia
1949), agencie UB Władysławie Adamie Adamcu (18 maja 1949 – egzekucję
wykonał osobiście Leonowicz), członku PZPR, wójcie gminy Majdan Sopocki,
Andrzeju Wrębiaku (12 lipca 1949). Ponadto grupa przeprowadziła wiele
akcji bojowo-dywersyjnych, m.in. na stację kolejową, pocztę i
spółdzielnię w Suścu (23 października 1948) oraz na posterunki ORMO w
Dyniskach (kwiecień 1949) i Tarnawatce (29 września 1950). Oddział
stoczył również wiele potyczek z grupami operacyjnymi UB, MO i KBW.

Jan Leonowicz
zginął 9 lutego 1951 w zasadzce zorganizowanej przez grupę operacyjną
UB pod dowództwem sierż. Ryszarda Trąbki, w zabudowaniach swojej
przyjaciółki, nauczycielki Władysławy Płoszajówny we wsi Nowiny. Jego
zwłoki przewieziono do Tomaszowa, gdzie przez dwa tygodnie wystawione
były przed budynkiem PUBP na widok publiczny. Ciało pogrzebano
najprawdopodobniej na dziedzińcu PUBP lub na nowym cmentarzu przy drodze
do Zamościa.

Po śmierci „Burty" dowództwo nad pozostałościami oddziału przejął Jan Turzyniecki „Mogiłka", którego jako jednego z ostatnich „burtowców" ujęto 10 października 1953 r.

Jan Leonowicz "Burta" był żonaty z Ludwiką z d. Lanckorońską, z którą miał córkę Barbarę.

Zobacz również film Z archiwum IPN: "Mogiłka", o Janie Turzynieckim ps. "Mogiłka",
zastępcy por. "Burty". W początkach 1948 r. nawiązał on kontakt z Janem
Leonowiczem "Burtą" i został przyjęty do jego oddziału. Został dowódcą
jednego z patroli i jednocześnie zastępcą dowódcy oddziału. Kres
działalności tego oddziału nastąpił dopiero we wrześniu 1959 r. Samego
"Mogiłkę" ujęto natomiast w maju 1953 r. Po trwającym 11 miesięcy
brutalnym śledztwie Turzynieckiego osądzono i skazano na wielokrotną
karę śmierci. Sąd Wojskowy zamienił ten wyrok w 1955 r. na 12 lat
pozbawienia wolności. "Mogiłka" wyszedł na wolność w czerwcu 1964 r.
jako wrak człowieka. Nie nacieszył się wolnością, gdyż już w osiem
miesięcy od wyjścia z więzienia zmarł. Pochowano go na cmentarzu w
Tomaszowie Lubelskim.


Jan Turzyniecki "Mogiłka", dowódca oddziału po śmierci "Burty".


O por. Janie Leonowiczu "Burcie" czytaj więcej:

Strona główna>

62. rocznica śmierci mjr. "Łupaszki"

62. rocznica zamordowania mjr. Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki"

…Nie dajmy zginąć poległym.
Zbigniew Herbert


Mjr Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka" (12 III 1910 r. – 8 II 1951 r.)

62 lata temu, 8 lutego 1951 roku  komunistyczni oprawcy zamordowali mjr. Zygmunta Szendzielarza  ps. "Łupaszka", jednego z najwybitniejszych oficerów Wojska Polskiego i Armii Krajowej, dowódcę 5. Brygady Wileńskiej AK, dwukrotnego kawalera  orderu Virtuti Militari.

Major
"Łupaszka"
został aresztowany przez UB 30 czerwca 1948 r. w Osielcu na Podhalu i po ciężkim
śledztwie, 2 listopada 1950 r. skazany przez Wojskowy Sąd
Rejonowy w Warszawie, pod przewodnictwem sędziego Mieczysława Widaja [czyt.: Stalinowski sędzia…, Zmarły, nieosądzony] na 18-krotną karę śmierci. Wyrok wykonano 8 lutego
1951 r. w więzieniu na Rakowieckiej – strzałem w tył głowy.

Wraz z nim zamordowano trzech innych oficerów wileńskiej Armii Krajowej: ppłk Antoniego Olechnowicza ps. "Pohorecki", ppor. Lucjana Minkiewicza ps. "Wiktor" i kpt. Henryka Borowego – Borowskiego ps. "Trzmiel".
Ich ciała posypano wapnem i wdeptano w ziemię w nieznanym miejscu na warszawskich Powązkach.


Ppłk Antoni Olechnowicz ps. "Pohorecki"


Ppor. Lucjan Minkiewicz ps. "Wiktor"

W
czwartek, 8 lutego 1951 r. kat wywołał z celi majora "Łupaszkę". Za
chwilę miał się znaleźć na schodach krwawej mokotowskiej piwnicy.
Wszystkie piwnice są do siebie podobne, więc mokotowska pewnie nie
różniła się zbytnio od tej w Twerze, w siedzibie NKWD przy ul.
Sowieckiej 5, gdzie w kwietniu i w maju 1940 r. na polskich majorów
czekał w gumowym fartuchu i z naganem w łapie major NKWD Błochin. Jak
się nazywał morderca z Mokotowa, który tego dnia "pełnił służbę" i
przyłożył majorowi "Łupaszce" nagana do karku? Nie wiemy, są tylko
przypuszczenia, ale to nie ważne, bo i on, i Błochin to dzieci tego
samego diabła. A propos dzieci: pewnie je dobrze wykształcił, bo miały
dużo dodatkowych punktów na egzaminach wstępnych. Może te dzieci i ich
dzieci są teraz sędziami albo prokuratorami? Pewnie ojciec miał w tej
branży znajomości. Major powiedziałby na to wszystko tak, jak zwykł
mawiać w podobnych okolicznościach: "Kat z nimi !". Zanim wyszedł ze
zbiorowej celi, stanął przez chwilę nieruchomo, popatrzył po raz ostatni
na swoich towarzyszy niedoli i – jak relacjonował potem najmłodszy
więzień z celi, o pseudonimie "Młodzik" – powiedział głośno: "Czołem,
Panowie !"

Czołem, Panie Majorze! Polacy pamiętają.*

Zygmunt Szendzielarz urodził się 12 marca 1910 r. w Stryju (woj. stanisławowskie), w wielodzietnej rodzinie urzędnika kolejowego Karola i Eufrozyny z domu Osieckiej. Miał dwie siostry i trzech braci. Zygmunt uczył się we Lwowie i Stryju, gdzie w 1929 r. ukończył gimnazjum, a następnie wstąpił do szkoły podchorążych zawodowych w Różanie, którą ukończył w 1931 r. Następnie trafił do Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu, po którego ukończeniu w stopniu podporucznika został przydzielony do 4 pułku ułanów zaniemeńskich w Wilnie. W połowie 1936 r. otrzymał stanowisko dowódcy 2 szwadronu.

W szeregach 4 pułku ułanów brał udział w wojnie obronnej 1939 r. w składzie Wileńskiej Brygady Kawalerii WP. W końcowym okresie walk dołączył ze swym szwadronem do Grupy Operacyjnej Kawalerii dowodzonej przez gen. Andersa. 27 września 1939 r. dostał się do niewoli sowieckiej, z której uciekł po kilku dniach i przedostał się do Lwowa. W listopadzie 1939 r. powrócił do Wilna, gdzie ukrywał się przed aresztowaniem pod fałszywym nazwiskiem Władysław Chawling i uczestniczył w działalności konspiracyjnej. W sierpniu 1943 r. na mocy rozkazu Komendanta Wileńskiego Okręgu AK ppłk. Krzyżanowskiego „Wilka” został skierowany na stanowisko dowódcy oddziału partyzanckiego AK ppor. Antoniego Burzyńskiego „Kmicica”. Dotarł w rejon jego bazy nad Jeziorem Narocz już po rozbiciu tej jednostki przez sowiecką brygadę Fiodora Markowa (zamordowano wówczas „Kmicica” i około 80 żołnierzy AK). Z niedobitków zorganizował nowy oddział partyzancki, od listopada 1943 r. noszący nazwę 5 Brygady Wileńskiej AK, na czele której wykonał kilkadziesiąt udanych akcji przeciwko Niemcom, kolaborującym Litwinom, a przede wszystkim partyzantce sowieckiej.

Dowodzona przez niego brygada, po uzgodnieniu tego z komendantem „Wilkiem”, nie wzięła udziału w operacji „Ostra Brama”, lecz atakując oddziały niemieckie wycofała się na zachód. 23 lipca 1944 r. część żołnierzy „Łupaszki” została rozbrojona przez Armię Czerwoną w Puszczy Grodzieńskiej, reszta w niewielkich grupach przedzierała się dalej na zachód, z zamiarem ponownego połączenia się w Puszczy Augustowskiej. W sierpniu 1944 r. część partyzantów wileńskich zebrała się  ponownie pod rozkazami „Łupaszki” na terenie powiatu bielskiego, gdzie podporządkowali się Komendzie Białostockiego Okręgu AK, która awansowała Zygmunta Szendzielarza na stopień majora i „dowódcę partyzantki okręgu”. Odtworzona przez mjr. „Łupaszkę” 5. Brygada Wileńska AK ponownie wyszła w pole 5 kwietnia 1945 r. Oddział, którego liczebność początkowo wahała się w granicach 20-30 partyzantów, w szczytowym okresie rozwoju, latem 1945 r. osiągnął stan ok. 250 żołnierzy i był jedną z najsilniejszych, a z pewnością najlepszą jednostką partyzancką w Okręgu AKO Białystok. Podobnie jak na Wileńszczyźnie „Łupaszka” zastosował w prowadzeniu działań dywersyjnych taktykę operowania jednocześnie kilkoma pododdziałami spotykającymi się co kilka tygodni na wyznaczanych z góry koncentracjach. Działania jego podkomendnych cechowały dyscyplina, karność i wojskowy dryl, konsekwentnie egzekwowany przez dowódcę, lecz także zdecydowanie i radykalizm w walce z sowieckim okupantem i jego komunistycznymi poplecznikami. Funkcjonariusze UB – uznawani za członków organizacji zbrodniczej, podobnie jak wcześniej gestapo – byli przez nich likwidowani, tak samo jak i funkcjonariusze NKWD. W sumie dowodzona przez „Łupaszkę” 5. Brygada Wileńska, działając od kwietnia do września 1945 r., przeprowadziła na Białostocczyźnie około 80 akcji przeciw NKWD oraz UBP i ich agenturze, a także przeciw MO i KBW. W początkach września 1945 r. na rozkaz Komendy Okręgu Białostockiego AKO wydany w związku z zarządzoną przez Delegaturą Sił Zbrojnych akcją „rozładowywania lasów” „Łupaszka” polecił rozformować Brygadę. W polu pozostał jedynie niewielki pododdział dowodzony przez ppor. Lucjana Minkiewicza „Wiktora”, na bazie którego powstała wkrótce 6. Brygada Wileńska AK, nad którą dowodzenie objął kpt. Władysław Łukasiuk „Młot”.

Zygmunt Szendzielarz wyjechał jesienią 1945 r. na Pomorze, gdzie podporządkował się komendantowi eksterytorialnego Okręgu Wileńskiego AK, ppłk. Antoniemu Olechnowiczowi „Pohoreckiemu” i w 1946 r. wznowił działalność bojową. Początkowo na jego rozkaz zorganizowano cztery patrole dywersyjne, a w kwietniu 1946 r. ponownie wyszedł w pole w Borach Tucholskich zawiązek odtworzonej 5. Brygady Wileńskiej, nad którą objął osobiste dowództwo. Jednostka ta liczyła początkowo dwa, a od czerwca 1946 r. trzy kadrowe pododdziały zwane szwadronami (ok. 70 ludzi).  W ciągu zaledwie 7 miesięcy działalności na Pomorzu wykonały one 170 akcji, w tym rozbiły 27 posterunków milicji i placówek NKWD.

Jesienią 1946 r. mjr Szendzielarz na czele  4. szwadronu dowodzonego przez ppor. Henryka Wieliczkę „Lufę” przeszedł na teren woj. białostockiego, gdzie dołączył do 6. Brygady Wileńskiej. Jeszcze zimą 1947 r. „Łupaszka” osobiście dowodził niektórymi akcjami, jednak po koncentracji 6. Brygady w końcu marca 1947 r. opuścił oddział. Początkowo przebywał w Warszawie, następnie w okolicach Głubczyc, wreszcie w Osielcu na Podhalu, gdzie został  aresztowany przez funkcjonariuszy MBP 30 czerwca 1948 r.

Po długotrwałym śledztwie 2 listopada 1950 r. został skazany przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie pod przewodnictwem sędziego Mieczysława Widaja na 18-krotną karę śmierci. Podczas śledztwa zachował godną postawę, biorąc na siebie pełną odpowiedzialność za działania podległych mu oddziałów. Został zamordowany strzałem w tył głowy w podziemiach więzienia MBP przy ul. Rakowieckiej w Warszawie w dniu 8 lutego 1951 r. Jego ciało pogrzebano w bezimiennej mogile na warszawskich Powązkach.

Wbrew kilkudziesięcioletnim zabiegom komunistów, którzy starali się wszelkimi sposobami zohydzić jego postać, mjr Zygmunt Szendzielarz przeszedł do historii jako jeden z najwybitniejszych polskich dowódców partyzanckich. Jak napisali znawcy historii Brygad Wileńskich, dr K. Krajewski i dr T. Łabuszewski, mjr „Łupaszka” był patriotą konsekwentnym, bez względu na zmieniające się teatry działań bojowych, na piętrzące się przeciwności losu, był nim wbrew kalkulacjom politycznym, wbrew znikomym, a później już żadnym szansom na zwycięstwo. Z potrzeby dawania świadectwa, wierności złożonej kiedyś przysiędze.

GLORIA VICTIS !!!

Obejrzyj film dokumentalny Z archiwum IPN – "Łupaszka":

Na temat mjr. "Łupaszki" i jego żołnierzy czytaj więcej:


* Fragment tekstu pochodzi z artykułu Piotra Szubarczyka Czołem, Panie Majorze!, który ukazał się w Nr 1/2010 (#47) Niezależnej Gazety Polskiej – Nowe Państwo.

Strona główna>

WARTO PRZECZYTAĆ… (54)


Komunistyczne amnestie lat 1945–1947. Drogi do "legalizacji" czy zagłady?
red. Wojciech J. Muszyński, Warszawa 2012

Niniejszy tom stanowi zbiór studiów omawiających różnorodne aspekty amnestii ogłaszanych przez komunistyczne władze w latach czterdziestych – poczynając od sowieckich wzorów organizowania tego rodzaju przedsięwzięć, zastosowanych rozwiązań prawnych, działalności operacyjnej UB oraz stosunku do tej akcji różnych struktur podziemia niepodległościowego. Autorzy omawiają okoliczności, przebieg i wyniki amnestii w poszczególnych regionach Polski, w tym także na terenie anektowanej przez Związek Sowiecki Wileńszczyzny. Tom posiada także aneks źródłowy zawierający kilkadziesiąt dokumentów – statystyk, przepisów prawnych, odezw i tekstów publicystycznych z tamtej epoki – z których wiele zostało opublikowanych po raz pierwszy.

Praca powstała w ramach centralnego projektu naukowo-badawczego IPN "Aparat bezpieczeństwa w walce z podziemiem politycznym i zbrojnym 1944–1956".

SPIS TREŚCI

Wstęp
Piotr NiwińskiAmnestia jako metoda walki sowieckiego NKWD z polskim podziemiem niepodległościowym na Wileńszczyźnie (1944–1945)
Arunas BubnysLitewska partyzantka niepodległościowa wobec amnestii sowieckich w latach 1945–1946. Problem ujawniania się i legalizacji
Przemysław Gasztold-SeńProblemy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w przygotowaniu i realizacji amnestii 1945 i 1947 r.
Tomasz ŁabuszewskiAmnestia 1945 r. i deklaracja Jana Mazurkiewicza „Radosława”
Wojciech J. MuszyńskiPodziemie narodowe i komunistyczne amnestie lat 1945 i 1947 – wybrane aspekty
Maciej Korkuć „Ujawnienie nie mniej ryzykowne, jak i nie ujawnienie”. Podziemie niepodległościowe w Krakowskiem wobec akcji amnestyjnej w 1945 r.
Justyna DudekAmnestia jako środek walki aparatu bezpieczeństwa z podziemiem niepodległościowym na przykładzie Lubelszczyzny
Mirosław SurdejAmnestie i akcja ujawnieniowa na Rzeszowszczyźnie w latach 1945–1956
Alicja Paczoska-Hauke Amnestie z 1945 i 1947 r. jako środek w walce z podziemiem niepodległościowym w województwie pomorskim
Kazimierz KrajewskiGdy nie można złamać podziemia, należy je „rozłożyć”. „Dzikie” amnestie na terenie województwa warszawskiego (1945–1946)
Ryszard Śmietanka-Kruszelnicki„Dzikie” amnestie na przykładzie Związku Zbrojnej Konspiracji na ziemi radomskiej (sierpień–wrzesień 1946 r.). Inspiracje i konsekwencje
Agnieszka ŁuczakUjawnienie oddziału „Dzielnego”/„Kościuszki” jako przykład amnestii lokalnej w Wielkopolsce (jesień 1946 r.)
Marcin ZwolskiAmnestie z lat 1945–1956 oraz ich realizacja w więziennictwie. Praktyka ogólnopolska a lokalna specyfika na przykładzie białostockim
Piotr Łapiński Amnestia w 1947 r. na Białostocczyźnie jako próba „rozbrojenia terenu”
Aneksy źródłowe (33 dokumenty)

Książkę można nabyć:

Źródło: Instytut Pamięci Narodowej
Strona główna>

Krótka refleksja o paralelności… – część 1/2

Grzegorz Wąsowski
[wybór zdjęć – autor strony]

KRÓTKA REFLEKSJA O PARALELNOŚCI NA MARGINESIE TEKSTU PROF. NOWAKA O POWSTANIU STYCZNIOWYM, CZYLI RZECZ O DWÓCH "UZIEMIONYCH" POLITRUKACH I TYLU TEŻ DZIELNYCH  KOWALACH

Tekst ten  ośmielam się zadedykować Panu Andrzejowi Łukasiukowi, synowi kpt. Władysława Łukasiuka „Młota”

Walka beznadziejna, walka o sprawę z góry przegraną,
bynajmniej  nie jest poczynaniem bez sensu.
[] Wartość walki tkwi nie w szansach zwycięstwa sprawy,
w imię której się ją podjęło, ale w wielkości tej sprawy.

Prof. Henryk Elzenberg

"DŁUGI ŁAŃCUCH LUDZKICH ISTNIEŃ POŁĄCZONYCH MYŚLĄ PROSTĄ"

Numer 2 (6) 2013 tygodnika „W sieci” przyniósł ze sobą znakomity esej prof. Andrzeja Nowaka na temat powstania styczniowego. Autor, z dobrze znaną czytelnikom jego tekstów wielką erudycją, kulturą słowa, jasnością myśli i wykwintną formą ich przekazu,  poddaje analizie styczniową insurekcję. Widzi w niej ważne ogniwo w będącej istotą polskości tradycji wolnościowej, tradycji zmaterializowanej w historii naszego zakątka ziemi  łańcuchem zrywów powstańczych ulokowanych w ramach czasowych XVIII – XX wieku. Autor, kończąc swój tekst, pisze:

"To jest istota polskości: 255 lat walki o wolność. Od konfederacji dzikowskiej 1734 r. do strajków „Solidarności” 1988 r. W  samym centrum  tej długiej, podtrzymującej polskość tradycji, jest powstanie styczniowe”. I w samym finale pyta: „A gdzie my wobec niej jesteśmy?"

Przygotowaniem do przywołanych, końcowych fraz eseju prof. Nowaka jest zwięzłe przypomnienie kolejnych przystanków na drodze do naszej niepodległości, tych po powstaniu styczniowym:

"I wybuchały kolejne powstania: mniej znane (…) Potem bardziej znane, wielkie: warszawskie. I kolejne, choć bez nazwy insurekcje, kontynuujące tego samego ducha poświęcenia dla wolności i Polski: manifestacja młodzieży w Krakowie 3 maja 1946 r., potem Czerwiec Poznański 1956 r., wystąpienia milenijne w 1966 r., Marzec 1968 r. (…) aż po ostanie strajki „Solidarności” – w Nowej Hucie i Stoczni Gdańskiej w kwietniu – maju 1988 r."


"Bój", grafika Artura Grottgera z cyklu Lithuania

ZGUBIONE WAŻNE OGNIWO

I tym właśnie, ową zwięzłością wspomnienia kolejnych po powstaniu styczniowym zrywów wolnościowych naszych przodków, a także naturalnymi dla prasy drukowanej ograniczeniami objętości tekstów, nawet tak doniosłych jak ten, o którym piszę, tłumaczę sobie, że Autor pominął w swym wyliczeniu akurat z ducha i charakterystyki toczonej walki chyba najbliższą powstaniu styczniowemu epopeję. Mam na myśli zbrojny opór przeciw komunistycznemu zniewoleniu stawiany w latach 1944-1954  przez partyzantkę antykomunistyczną – Żołnierzy Wyklętych.

A przecież jeżeli na polskiej drodze do niepodległości, pośród kolejnych na niej przystanków, wzniesionych z hartu woli i ofiary kolejnych pokoleń naszych rodaków, pokoleń którym przyszło walczyć o niepodległość Ojczyzny czy też w jej obronie, szukać najbliższej powstaniu styczniowemu analogii, to bez wątpienia epopeja żołnierzy oddziałów „Łupaszki”, „Młota”, „Zapory”, „Uskoka”, „Warszyca” i wielu innych jednostek partyzanckich z okresu walki z komunistycznym zniewoleniem wydaje się nie  mieć konkurencji. Dlatego, zachęcając do lektury tekstu prof. Nowaka tych, którzy jeszcze nie mieli okazji zapoznać się z tym, powtarzam, wspaniałym szkicem, pozwolę sobie w dostępny mi, czyli raczej zgrzebny, sposób uzupełnić istotną lukę, którą dostrzegłem w wywodzie Autora. Przy tej okazji apeluję do wszystkich wrażliwych na polską tradycję wolnościową ludzi światłych umysłów, aby w podobnie ważnych tekstach, jak ten, który wyszedł spod „pióra” prof. Nowaka i ucieszył oczy czytelników tygodnika „W sieci”, nie pomijali Żołnierzy Wyklętych. Są oni dopiero od bardzo niedawna nieco szerzej obecni w świadomości naszej wspólnoty narodowej, a przecież ich walka stanowi na polskiej drodze do niepodległości jeden z najważniejszych, z racji skali heroizmu i ofiary złożonej wówczas na ołtarzu wolności Ojczyzny, przystanków; poświęcenie Żołnierzy Wyklętych jest bardzo ważne dla naszej narodowej tożsamości i czas najwyższy, aby było tak powszechnie postrzegane.

Kpt. Zdzisław Broński "Uskok", dowódca oddziałów partyzanckich na Lubelszczyźnie, poległ 21 maja 1949 r.
rozrywając się granatem, otoczony przez grupę operacyjną UB-KBW.

PARALELNOŚCI WYMIAR  HISTORYCZNY

Prof. Nowak pisze w swoim tekście: „Przez szeregi powstańców przewinęło się nie mniej niż 100 tys. ochotników. Stoczyli przeszło 1200 bitew i potyczek z wojskiem rosyjskim (…) I przegrali. Symbolicznie kończy powstanie szubienica, na której 23 maja 1865 r. w Sokołowie Podlaskim zawisł ks. Stanisław Brzóska, kapelan i generał armii powstańczej, ostatni dowódca oddziału, który w okolicach Łukowa przetrwał do przedwiośnia 1965 r.”

Wykazując tytułową analogię, przypomnę, że przez szeregi polskiego podziemia antykomunistycznego walczącego w latach 1944-1954 na ziemiach będących w aktualnych granicach Polski (osobny i praktycznie zupełnie zapomniany rozdział stanowi epopeja polskiej partyzantki antykomunistycznej działającej na „straconych posterunkach” na wschód od linii Curzona po lipcu 1944 r.) przewinęło się ok. 200 tys. ludzi, z czego w samym tylko 1945 r. ok. 20 tys. wzięło udział w walce z bronią w ręku. Żołnierze Wyklęci stoczyli setki bitew i potyczek (największe i najbardziej zaciekłe z  nich to walki z wojskiem sowieckim wspieranym przez rodzime siły komunistyczne: pod Kuryłówką, w Lesie Stockim, w Miodusach Pokrzywnych, w Łempicach, pod Zwoleniem i w Ostrowach Tuszowskich). I także przegrali. Symbolicznie kończy powstanie antykomunistyczne śmierć Józefa Franczaka „Lalka” w dniu 21 października 1963 r., czyli dokładnie, jeśli mierzyć latami, sto lat od wybuchu powstania styczniowego.

Kadra
5 Brygady Wileńskiej AK, sierpień 1945 r. Od lewej: NN, NN, ppor. Lucjan
Minkiewicz "Wiktor", por. Marian Pluciński "Mścisław", por. Zygmunt
Błażejewicz "Zygmunt", mjr Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka", ppor.
Władysław Łukasiuk "Młot", ppor. Jan Zaleski "Zaja", ppor. Romuald Rajs
"Bury".

Prof. Nowak podaje w swym tekście bilans strat powstania styczniowego. Czytamy tam:

„Blisko 20 tys. poległych i zabitych (w tym niemal tysiąc straconych z wyroku carskich sądów polowych), 35 – 40 tys. zesłanych na Syberię i w inne oddalone rejony Imperium.”

Bilansując straty po stronie Żołnierzy Wyklętych, należy wymienić liczbę co najmniej 8 tys. poległych w walkach, nie mniej niż 30 tys. zamęczonych  w więzieniach i podczas śledztw w katowniach bezpieki (w tym blisko pięć tysięcy ludzi straconych z wyroków różnego rodzaju sądów komunistycznych), kilkadziesiąt tysięcy wywiezionych do obozów koncentracyjnych w Rosji Sowieckiej (z których ok. jedna czwarta pobytu na „nieludzkiej ziemi” nie przeżyła) i kolejne kilkadziesiąt tysięcy uwięzionych (osób  więzionych w komunistycznych więzieniach na ziemiach polskich było oczywiście znacznie więcej; terror komunistyczny dotykał bowiem nie tylko ludzi bezpośrednio czy pośrednio zaangażowanych w walkę o wolność, ale wszystkich, których komuniści uznawali za choćby  potencjalnych swoich wrogów czy przeciwników).

Powstanie styczniowe było zrywem niepodległościowym o silnym rysie partyzanckim, bez frontów i armii w klasycznym, sztabowym rozumieniu tych pojęć, za to z szeregiem walczących w oderwaniu od siebie oddziałów (nazywanych wówczas partiami). Nie doszło podczas jego trwania do jednej czy też kilku bitew decydujących o losach całej kampanii, za to miało miejsce wiele walk o znaczeniu lokalnym. Dysproporcja sił powstańców i ich wrogów była zatrważająco niekorzystna dla naszych przodków. Jedyną szansą na sukces powstania było uwrażliwienie na los Polski tzw. wolnego świata, ale wolny świat losem Polski przejął się nie za specjalnie… Dokładnie w ten sam sposób, przy drugoplanowych różnicach, przebiegała także epopeja Żołnierzy Wyklętych…

Odsłonięty w dniu 26 IX 2010 r. w Radomsku jeden z pomników Fundacji "Pamiętamy", upamiętniający 230 żołnierzy i współpracowników Konspiracyjnego Wojska Polskiego poległych i pomordowanych w walce z komunistycznym zniewoleniem.

Powstanie styczniowe, o czym trafnie napisał w swym tekście prof. Nowak, odegrało bardzo ważną rolę w procesie kształtowania świadomości historycznej i wolnościowej kolejnych pokoleń naszych przodków, które krwawiły w walce o wolność. Pokoleń,  którym, jak  to pięknie ujął bodaj Andrzej Przewoźnik, Polska nie była dana, ale zadana. I one wielkie to zadanie przyjęły i poniosły  dalej. Dotyczy to zarówno legionistów Józefa Piłsudskiego, jak i ich następców w sztafecie pokoleń ofiarnych: żołnierzy Polskiego Państwa Podziemnego z okresu okupacji niemieckiej i podziemia antykomunistycznego z lat 1944-1954.

Tradycja insurekcji styczniowej była bardzo silnie pielęgnowana w okresie II Rzeczypospolitej. Omówienie tylko ważniejszych uroczystości z tamtego okresu, podczas których upamiętniano powstańców styczniowych i oddawano im hołd, wystarczyłoby na opasłą publikację z gatunku „kronika wydarzeń”. W każdym razie owo przyjęcie pokoleniowego zobowiązania, testamentu spisanego krwią i cierpieniem powstańców styczniowych, przekazanego w czasie międzywojennym przez państwo polskie swoim obywatelom, było jednym z istotnych czynników kształtujących etos wolnościowy i propaństwowy pośród pokolenia wychowanego w II Rzeczypospolitej.

Nadanie Orderów Virtuti Militari weteranom powstania styczniowego przez Józefa Piłsudskiego w 1921 r.

PARALELNOŚCI WYMIAR PRAKTYCZNY

Dla wielu pamięć o sztafecie pokoleń ofiarnych w dziejach naszej Ojczyzny nie ma żadnego znaczenia. Nie chcę wchodzić w rozważania czy takie spojrzenie jest właściwe. Dla mnie pamięć ta jest fundamentem wspólnotowości, w jej narodowym wymiarze. Ale to tylko mój punkt widzenia. Rozumiem, że istnieją zapatrywania całkowicie odmienne. Szanuję prawo do ich wyznawania i głoszenia. Wedle zasady "żyj i daj żyć", najlepszej, zdaniem Józefa Mackiewicza, ewangelii życia społecznego. Tak czy inaczej, przywołam za chwilę zdarzenie, które pokazuje, że czasami owa pamięć pokoleniowa o krwi przelanej za wolność nabiera znaczenia bardzo dosłownie praktycznego. Znam tę historię z kart "Pamiętnika" kpt. Zdzisława Brońskiego "Uskoka", ostatniego dowódcy podziemia antykomunistycznego na Lubelszczyźnie.

Zdzisław Broński "Uskok", Pamiętnik.

Wydany staraniem IPN wiosną 2004 roku „Pamiętnik” uznaję za jedną z najważniejszych pozycji stojących na półkach mojej domowej biblioteki. Ponieważ historia ta, zanotowana przez „Uskoka” jako wspomnienie z marca 1945 roku, jest jednocześnie  znakomitym przyczynkiem do moich rozważań na temat paralelności pomiędzy powstańcami styczniowymi i Żołnierzami Wyklętymi, pozwalam sobie przywołać ją prawie w całości:

"Któryś z pozostałych ni stąd, ni zowąd zanucił:

Z pól do pól
Z jękiem kartaczy z świstem kul
Rozkaz do boju wciąż nas gna
Powstańców dola, ha, ha, ha (…)

Tak, słyszałem, że była to piosenka powstańców z 1864 r.! I my, w osiemdziesiąt lat później, całkiem podobnie śpiewamy. Oni mieli tyranów Moskali, a my mamy tyranów bolszewików (…). Pamiętam z jaką czcią i zaciekawieniem patrzyłem na spotykanych przed wojną weteranów powstania styczniowego. Widok siwowłosych, przygarbionych wiekiem postaci w granatowych uniformach przemawiał do mnie silniej niż wykłady w szkole. Albo to opowiadanie z tamtych czasów, które słyszałem od swego ojca, ojciec słyszał to znów od swego ojca, a mego dziadka. W tych terenach też powstańcy walczyli. Ukrywali się po lasach, nocą przychodzili po żywność. Po walkach widywano rannych i spotykano świeże mogiły….
Był jeden powstaniec, który nazywał się Bogdanowicz. Miał dwadzieścia parę lat i pochodził z tych stron, z Nadrybia. Pewnego razu oddział Bogdanowicza miał potyczkę z Moskalami, w której Bogdanowicz został ranny. Ranny powstaniec począł konno uciekać, a Moskale ruszyli za nim w pościg. Koń Bogdanowicza, wierne i szlachetne zwierzę, uniosło swego pana dość daleko od pogoni w stronę wsi Zezulin. Bogdanowicz, osłabiony, postanowił zatrzymać się i opatrzyć rany (…)"

„Uskok” następnie opisuje okoliczności, w jakich, wedle tradycyjnych przekazów, Moskale pochwycili Bogdanowicza, a potem powiesili go w nieodległym od wsi Zezulin lesie. Snując  swoją opowieść, Autor wraca do czasów mu współczesnych. Czytamy dalej w Jego „Pamiętniku”:

"Opowiedziałem tę historię słuchaczom, którzy znajdowali się na kwaterze, a gdy skończyłem, zjawili się chłopcy z podwodami i z meldunkiem, że we wsi znajdują się dwaj bolszewicy (…). Wysłałem natychmiast patrol, który przyłapał „sojuszn
ików”. Następnie zrobiliśmy dochodzenie na miejscu, w domu W… (nazwisko gospodarza zostało pominięte przez autora niniejszego szkicu – przyp. GW), a siebie podaliśmy jako patrol polskich władz bezpieczeństwa. Bolszewicy okazali się politrukami z sowieckiej formacji lotniczej, znajdującej się w tym terenie (…). Politruków po rozbrojeniu dokładnie zrewidowaliśmy. Dłuższy czas nie mogli uwierzyć, że znajdują się w rękach partyzantów i bynajmniej nie swoich „sojuszników”, gdy się jednak o tym przekonali, mocno ich to załamało. Wiedzieli, że partyzanci politrukom nie folgują, tak samo jak enkawudzistom (…) politruk w  wojsku komunistycznym nie po to idzie na front, by walczyć z wrogiem, ale po to, by stać na straży interesów partii, jego zadanie polega na dopilnowaniu, by krwią żołnierza frontowego zdobyte zwycięstwa stały się wyłącznie zwycięstwami idei komunistycznej. Żołnierza należy tak otumanić, by stał się bezwolnym narzędziem w osiąganiu tego celu – to jest też zadaniem politruka – propagatora. Politruk w wojsku, jeśli strzela, to przeważnie do własnych  żołnierzy, którzy wahają się iść naprzód na kule wroga. Politruk ma bardzo wiele zadań, nie tylko z wojskiem związanych. Na przykład, co oni robili dziś tam, gdzie ich przyłapaliśmy? Przyszli skierowani przez pepeerowca, a zatrzymali się u człowieka o mętnym charakterze, którego nietrudno zrobić i volksdeutschem, i komunistą, i zdrajcą, sprzedawczykiem, i czym kto chce – dla zysku. Wiadomo, towarzysze politrucy szukają u nas oparcia dla swoich idei. Niosą nam przecież „wolność”, a wiedzą, że Polacy w to nie wierzą. Trzeba więc znaleźć takich, którzy by „uwierzyli”, i przy ich pomocy załatwić się z niewierzącymi. W (…) nadawał się do takich celów. Owocami współpracy takich politruków z takimi W (…) są masowe aresztowania. Cóż więc zrobić z takimi? Najwłaściwszą rzecz: „uziemić”. Tak postanowiliśmy. W (…) pozostawiliśmy na razie w spokoju i tak właśnie było najlepiej, bo choć komuniści nie doszli, co się stało z owymi politrukami i nikogo nie szarpano, to jednak dochodzenia były. W (…) domyślił się prawdy i od tej pory zaniechał współpracy z „demokracją”.
Konie z powodu śliskiej drogi wlokły się powoli. Zimno i wilgoć dokuczały coraz bardziej. Już nie dżdżysty opad, ale deszczyk marcowy zacinał. Około północy zrobiło się trochę widniej – to światło księżyca przebijało przez chmury. Bolszewicy jechali pod eskortą na drugiej furmance. Siedzieli posępni, milczący. Że nie mieli powodów do radości w tym wypadku, to prawda, ale mnie się wydaje, że taki komunista chyba w ogóle nie może być wesołym, wylewnym, dowcipnym. On zawsze na kogoś czyha i kogoś się boi. Myśli jego z zasady są ponure. Mijamy zabudowanie przy drodze. Ktoś zapytuje jaka to miejscowość.
– Zezulin – odpowiadam.
– Ach! To tutaj, ten powstaniec…
-Tak! Tutaj.
– Panie poruczniku, powinniśmy tych drabów załatwić tam, gdzie Moskale powiesili Bogdanowicza (…)
– Ze względu na spokój Zezulina powiesić ich tutaj nie możemy, ale możemy ich „ulokować” w inny sposób. Pod ziemią, tak by ich nie odnaleziono – odpowiedziałem.
Po chwili zatrzymaliśmy się przy leśnych zaroślach. Chłopcy bez rozkazów krzątali się szybko i z ochotą. Znalazł się szpadel. Przygotowano dół. Ustawiono „sojuszników”. Ogłoszono im wyrok. „Znaju, szto nie winowat” odpowiedzieli po swojemu i chcieli mówić coś dalej, ale rozległa się komenda „Pal” i zlewające się ze sobą dwie długie serie zagłuszyły wszystko. Po dzień dzisiejszy nie wiem, czy mi się wtedy wydało, czy też rzeczywiście po seriach ktoś krzyknął, i to paru głosami naraz: „Za powstańca Bogdanowicza”."


Kazimierz Bogdanowicz z Nadrybia na Lubelszczyźnie. W okresie powstania styczniowego wystawił własny oddział powstańczy, liczący według władz powstańczych 200 żołnierzy. Walczył w potyczce pod Rudką. Po klęsce przegrupował oddział w rodzinne strony. Wkroczył do Puchaczowa i Łęcznej. Sam udał się do rodzinnego Nadrybia. Wracając do oddziału został schwytany przez Kozaków. Sąd wojenny skazał go na karę śmierci. 5 marca 1863 r. Kazimierz Bogdanowicz został rozstrzelany w Lublinie za koszarami świętokrzyskimi (obecnie hotel asystenta UMCS). W 1916 r. prochy jego i innych powstańców przeniesiono na cmentarz przy ul. Lipowej w Lublinie.

Dodam, z kronikarskiego, w tym wypadku bardzo smutnego obowiązku, że kpt. Zdzisław Broński „Uskok” zginął 21 maja 1949 r. Otoczony przez komunistów w swojej kryjówce w zabudowaniach rodziny Lisowskich położonych we wsi Dąbrówka, nie mając szans na ucieczkę, rozerwał się granatem. „Pamiętnik”, który po Nim pozostał, jest absolutnie unikalnym w skali  całej Polski źródłem pozwalającym poznać motywacje i realia walki prowadzonej przez Żołnierzy Wyklętych. Jest lekturą obowiązkową dla każdego, kto chce zrozumieć historię podziemia antykomunistycznego w Polsce. Powiem więcej, gdyby Polska była normalnym krajem, jeśli chodzi o tzw. politykę historyczną, to „Pamiętnik” „Uskoka” byłby lekturą obowiązkową w klasach maturalnych. Taki sam status miałaby powieść Józefa Mackiewicza „Droga donikąd”, będąca arcyciekawym i wręcz anatomicznym studium rozkładu wspólnoty ludzkiej przez zarazę komunizmu.

Tymczasem kolejne pokolenia wchodzące w wiek dojrzały dyskutują na lekcjach polskiego  na temat postaw ludzkich przedstawionych w „Dżumie” Camusa, dobrej, ale alegorycznej przypowieści o człowieku w obliczu zagrożenia. O alegoriach, z natury ulokowanych w abstrakcji, rozprawiać łatwo. Zaś, jak się zdaje, w kraju, w którym komuniści popełnili morze zbrodni i dokonali ogromnych spustoszeń w praktycznie każdej dziedzinie życia, czyli w naszym kraju, wiedza, zbudowana na tak znakomitych jak „Pamiętnik” „Uskoka” czy wspomniane dzieło Mackiewicza materiałach, o tym jak system komunistyczny działał na ludzi i dlaczego był tak bardzo niebezpieczny powinna być ważnym elementem edukacji powszechnej. Powinna, ale nie jest.

Odpowiedź na pytanie jakie są tego przyczyny, wychodzi poza ramy niniejszego tekstu. Sytuacja, niestety, szybko zmianie nie ulegnie, ale niech żywi słuchają wieszcza i nie tracą tego, czego jego zdaniem tracić nie powinni. A jaskółką w tym, zapewne długim jeszcze oczekiwaniu na „edukacyjną wiosnę” niech będzie informacja, że w lubelskim oddziale IPN-u trwają, realizowane przy użyciu najnowocześniejszej aparatury specjalistycznej, prace nad odczytaniem kolejnych kart zapisków „Uskoka” oraz że w końcu tego roku możemy się spodziewać nowej, pełniejszej edycji książkowej „Pamiętnika”, uzupełnionej dodatkowo o zbiór nowoodkrytych dokumentów dotyczących tego legendarnego partyzanta. Niech mi będzie wolno powtórzyć: to jest lektura obowiązkowa nie tylko dla każdego, komu droga jest tradycja wolnościowa, ale także dla wszystkich tych, którzy chcą  zrozumieć historię Polski po roku 1944.

Nowogród (dawniej Dąbrówka) k/Łęcznej. Pomnik ku czci kpt. Zdzisława Brońskiego "Uskoka".

Pomnik kpt. "Uskoka" w Nowogrodzie odnowiony przez narodowców i kibiców Górnika Łęczna w sierpniu 2012 r.

W tytule artykułu prof. Nowaka czytamy, że powstanie styczniowe nie było wynikiem „kompleksu antyrosyjskiego”, lecz kolejną reakcją ludzi, którzy zachowali honor i osobistą godność. Reakcją na zniewolenie. Piękna i ze wszech miar słuszna to myśl. Niech godnym jej uzupełnieniem będą słowa jakie skreślił w swych zapiskach kpt. „Uskok”:

"Życie poświęcić warto jest tylko dla jednej idei, idei wolności! Jeśli walczymy i ponosimy ofiary to dlatego, że chcemy właśnie  żyć, ale żyć jako ludzie wolni, w wolnej Ojczyźnie".

Krótka refleksja o paralelności… – część 2/2>
Strona główna>

Krótka refleksja o paralelności… – część 2/2

PARALELNOŚCI WYMIAR SYMBOLICZNY – CZĘŚĆ PIERWSZA
Nie jest przypadkiem, że mapa terenów, na których insurekcja styczniowa była szczególnie silna, a które leżą w aktualnych granicach Polski, pokrywa się z obszarem dużej aktywności podziemia antykomunistycznego z lat 1944–1954. To kolejna przesłanka przemawiająca za paralelnością obu tych, będących reakcją na zniewolenie, wolnościowych zrywów ludzi, którzy zachowali honor i osobistą godność.

2 szwadron 6 Brygady Wileńskiej AK, jesień 1947 r., Podlasie.

Znakomitym na to przykładem jest Podlasie. Piękna kraina, która w czasie insurekcji styczniowej była areną wielu wystąpień powstańczych, i  która  także w czasie zrywu antykomunistycznego z lat 1944-1954 była ogarnięta bardzo dużą aktywnością podziemia. To dzięki patriotycznie nastawionym mieszkańcom Podlasia wspomniany w tekście prof. Nowaka ks. Stanisław Brzóska, nominowany 22 lipca 1863 r. przez Rząd Narodowy generalnym kapelanem wojsk powstańczych województwa podlaskiego, mógł aż do jesieni 1864 r. dowodzić blisko czterdziestoosobowym (podzielonym na grupy) oddziałem, a następnie ze swym adiutantem Franciszkiem Wilczyńskim, z zawodu kowalem, ukrywać się przed usilnie poszukującymi ich władzami carskimi  do 29 kwietnia 1865 r. Aresztowani zostali w miejscowości Krasnodęby-Sypytki pod  Sokołowem Podlaskim. Obaj zostali powieszeni w urządzonej przez Moskali publicznej egzekucji na rynku w Sokołowie Podlaskim 23 maja 1865 r.

Ks. Stanisław Brzóska, od 22 lipca 1863 r. generalny kapelan wojsk powstańczych województwa podlaskiego.

Dowódca jednej z „partii” z okresu powstania styczniowego, Roman Rogiński, w następujących słowach utrwalił obraz jednego z podlaskich szlacheckich zaścianków, z których mężczyźni wyruszyli wraz z nim do powstania:

„Gdym wjechał do zaścianka, przedstawił mi się widok następujący: przy każdym domu, stosownie do tego, ilu ludzi zeń szło do powstania, stały kosy oparte o ściany domu. Była to ulica kos! (…) Dziś, gdy patrzę w przeszłość i przypominam sobie ów zastęp, który poszedł ze mną z tych trzech zaścianków, z kosami tylko w ręku, przeciw armatom i sztucerom, zostawiwszy żony, starców i dzieci w domu bez opieki, łza mimowolnie nabiega mi do oczu, jako wyraz czci dla owych ludzi, którzy z miłości dla kraju gotowi byli zdobyć się na najwyższe poświęcenie”.


Roman Rogiński (po prawej) i Wojciech Biechoński. Zdjęcie z okresu nauki w Polskiej Szkoły Wojskowej w Cuneo we Włoszech.

Nawiązując do tego właśnie wspomnienia Rogińskiego, Kazimierz Krajewski, mój serdeczny druh ze szlaków wędrówek za historią  Żołnierzy Wyklętych, jakże celnie napisał:

„Minęło 81 lat od styczniowej nocy 1863 roku – i znów z podlaskich wiosek wyruszali kolejni ochotnicy, zostawiając „żony, starców i dzieci bez opieki”… Władysław Łukasiuk „Młot” pozostawił żonę i troje kilkuletnich dzieci, Józef Małczuk „Brzask” – żonę i dwie malutkie córki, poległy wraz z nim w kwietniu 1950 r. kowal Kazimierz Tkaczuk „Sęp” – dwuletniego syna, a Józef Oksiuta „Pomidor”, poległy we wrześniu 1950 r., żonę i kilkuletnią córkę. Podobnie jak tamci z kosami przeciw moskiewskim armatom, szli z automatami i karabinami w ręku podjąć walkę z całą machiną totalitarnego państwa komunistycznego, wspieranego przez sowieckie siły okupacyjne.”

I także oni, jak ponad osiemdziesiąt lat przed nimi ks. Brzóska, mogli w swej walce wytrwać tak długo, mimo rażącej przewagi  sił po stronie wroga, dzięki patriotycznej ludności Podlasia, która udzielała im schronienia i pomocy. Pięknym i jednocześnie tragicznym przykładem takiej postawy mieszkańców Ziemi Podlaskiej są Marian i Czesława Borychowscy, rodzice czwórki dzieci, którzy przez lata, aż do aresztowania we wrześniu 1950 r., udzielali schronienia żołnierzom dowodzonej przez „Młota”, a po jego śmierci w czerwcu 1949 r. przez kpt. Kazimierza Kamieńskiego „Huzara”, odtworzonej na Podlasiu  6 Brygady Wileńskiej AK. Cena jaką ludzie ci zapłacili za swoją patriotyczną postawę była ogromna: Marian Borychowski został zamęczony przez komunistów w więzieniu na Rakowieckiej, zaś jego małżonka  przesiedziała kilka lat w kazamatach. Przez cały ten czas ich pociechy przebywały w domach dziecka (a bezpośrednio po aresztowaniu rodziców przyszło im spędzić prawie miesiąc w ubeckiej katowni – w Powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Sokołowie Podlaskim).

Por. Józef Małczuk "Brzask" z żoną Ireną.

Te postawy heroicznie patriotyczne z okresu czynnego oporu przeciwko terrorowi komunistycznemu, jakże bliskie tym ze styczniowej nocy 1863 roku, były, nawiązując do tekstu prof. Nowaka, „kolejną reakcją ludzi, którzy zachowali honor i osobistą godność. Reakcją na zniewolenie.”

Pamięć wymaga formy trwałej. Rozumieli to nasi przodkowie, kiedy w latach II Rzeczypospolitej upamiętniali pomnikami i tablicami ofiarę powstańców styczniowych. Również podlasiacy nie zapomnieli o swoich bohaterach z czasów styczniowej insurekcji, a o księdzu Brzósce w szczególności. Ukoronowaniem ich starań było wystawienie w dniu  23 maju 1925 roku na rynku w Sokołowie Podlaskim, w miejscu stracenia księdza Brzóski i jego adiutanta  Franciszka Wilczyńskiego, okazałego pomnika  upamiętniającego obu powstańców i złożoną przez nich ofiarę.

Pomnik upamiętniający ks. Stanisława Brzóskę i Franciszka Wilczyńskiego na rynku w Sokołowie Podlaskim.

Ponad 80 lat później, we wrześniu 2007 r., w sąsiedztwie tego pomnika stanęło inne upamiętnienie. Na skwerze położonym raptem sto metrów od sokołowskiego rynku, w bezpośredniej bliskości kościoła konkatedralnego, staraniem Fundacji „Pamiętamy” we współpracy z Radą Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa oraz władzami samorządowymi Sokołowa Podlaskiego, odsłonięty został pomnik upamiętniający żołnierzy Armii Krajowej i struktur poakowskich obwodu Sokołów Podlaski „Jezioro”, 6 Brygady Wileńskiej oraz cywilnych mieszkańców powiatu sokołowskiego poległych w walce z komunistycznym zniewoleniem w latach 1944-1953. Na kamieniach ulokowanych u podnóża pomnika, symbolizujących szaniec ofiarny ze strof wiersza Juliusza Słowackiego, wykute są nazwiska ponad 160 naszych rodaków, którzy oddali życie w walce o wolność z komunistami. Pośród nich znajdują się oczywiście personalia i pseudonimy wspomnianych w niniejszym tekście: Władysława Łukasiuka „Młota”, Józefa Małczuka „Brzaska”, Józefa Oksiuty „Pomidora”, Kazimierza Tkaczuka &#8
222;Sępa” i Mariana Borychowskiego. Upamiętniona jest  tam również ponad setka ofiar, których imion, nazwisk ani pseudonimów nie udało się ustalić.

Dzięki staraniom Fundacji "Pamiętamy" 30 września 2007 r. odsłonięto w Sokołowie Podlaskim pomnik, w hołdzie żołnierzom Armii Krajowej i struktur poakowskich Obwodu Sokołów Podlaski, 6 Brygady Wileńskiej AK , kpt. "Młota" oraz cywilnych mieszkańców powiatu sokołowskiego poległych w walce z komunistycznym zniewoleniem w latach 1944-1953.

Obrazy z uroczystości odsłonięcia i poświęcenia tego pomnika są w mojej pamięci nadal żywe. Wśród licznych uczestników tej ceremonii, ku wielkiej radości jej organizatorów, znaleźli się bliscy wszystkich wymienionych wcześniej w niniejszym tekście bohaterów podlaskiej partyzantki antykomunistycznej. Doskonale pamiętam, że gdy stałem przy pomniku i obserwowałem zbliżający się od strony konkatedry pochód uczestników uroczystości, na czele którego znajdował się niesiony przez ministrantów majestatyczny, kilkumetrowy drewniany krucyfiks, uprzytomniłem  sobie, że  nie ma lepszego miejsca dla tego upamiętnienia, że jego bezpośrednie sąsiedztwo z pomnikiem poświęconym ks. Stanisławowi Brzósce i Franciszkowi Wilczyńskiemu jest doskonałym symbolicznym wypełnieniem tej paraleli historycznej, której potrzeba opisania zagnała mnie przed klawiaturę komputera i zrodziła tekst, przez który, szanowni czytelnicy, właśnie usiłujecie przebrnąć. A gdy podczas Apelu Pamięci odczytujący go w przejmujący sposób aktor Dariusz Jakubowski wywołał Kazimierza Tkaczuka „Sępa”, z zawodu kowala, jednego z podstawowych żołnierzy oddziału „Młota”, poległego pod Sokołowem Podlaskim w walce z komunistami w kwietniu 1950 r., to będące moim udziałem skojarzenie osoby walecznego „Sępa” z postacią równie dzielnego kowala Franciszka Wilczyńskiego, powieszonego przez Moskali na sokołowskim rynku w maju 1865 r., spowodowało, że istota polskości, którą tak pięknie uchwycił w swoim tekście prof. Nowak, była wtedy dla mnie prawie materialnie obecna obok pomnika, zwłaszcza przy kolejnych, gromkich odpowiedziach żołnierzy jednostki Wojska Polskiego  asystującej przy Apelu Pamięci: „Polegli na polu chwały” i „Zginęli śmiercią męczeńską”.

Pomnik w Sokołowie Podlaskim

PARALELNOŚCI WYMIAR SYMBOLICZNY – CZĘŚĆ DRUGA

Uroczystość, którą wspominam, znalazła swój symboliczny i nader podniosły  dalszy ciąg  w dniu 11 listopada 2007 r., kiedy to w Pałacu Prezydenckim w Warszawie bliscy bohaterów podlaskiej partyzantki antykomunistycznej odebrali z rąk Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego ordery przyznane pośmiertnie ich przodkom w dowód uznania zasług dla niepodległości Polski. Miałem szczęście być świadkiem ceremonii przekazania tych orderów i widzieć dumę i radość na twarzach bliskich kpt. Władysława Łukasiuka „Młota”, odznaczonego przez Prezydenta RP Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski, czy te same odczucia malujące się  na twarzach czworga dzieci Mariana Borychowskiego, tych przetrzymywanych jesienią 1950 r. w ubeckiej katowni, a na moich oczach ściskających ze wzruszeniem odebrany przed chwilą z rąk Prezydenta RP, przyznany pośmiertnie ich ojcu, Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Takich chwil się nie zapomina. Zostają na zawsze w sercu i pamięci.

Niedługo potem, 23 maja 2008 r., Prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie ks. Stanisława Brzóskę najwyższym polskim odznaczeniem – Orderem Orła Białego. Sześć dni później order ten przekazany został, w symboliczny depozyt, władzom samorządowym Sokołowa Podlaskiego. Doszło do tego podczas dużej uroczystości patriotycznej z udziałem Prezydenta RP w Sokołowie Podlaskim. Uroczystość ta, tak samo jak wspominana przeze mnie wcześniej ceremonia z września 2007 r., rozpoczęła się Mszą Św. w kościele konkatedralnym.
Podczas przejścia z kościoła na sokołowski rynek, pochód uczestników uroczystości zatrzymał się na  wysokości wzniesionego staraniem Fundacji „Pamiętamy” pomnika upamiętniającego Żołnierzy Wyklętych. Prezydent RP Lech Kaczyński podszedł wówczas pod  ten pomnik, złożył pod nim wieniec, po czym przyklęknął. W ten sposób ówczesny piastun najwyższego urzędu w naszym państwie oddał hołd tym, którzy  ponad osiemdziesiąt lat po styczniowej nocy 1863 roku  po raz kolejny z podlaskich wiosek wyruszyli walczyć o wolną Polskę. Tym, których dowódca, kpt. Władysław Łukasiuk „Młot”, w odezwie kolportowanej na terenie Podlasia, sygnowanej: „6 Partyzancka Brygada Wileńska AK”, napisał:

"Nie obchodzą nas partie lub te, czy owe programy. My chcemy Polski suwerennej, Polski chrześcijańskiej, Polski – polskiej (…). Tak jak walczyliśmy w lasach Wileńszczyzny, czy na gruzach kochanej stolicy- Warszawy – z Niemcami, by świętej Ojczyźnie zerwać pęta niewoli, tak dziś do ostatniego legniemy, by wyrzucić precz z naszej Ojczyzny Sowietów. Święcie będziemy stać na straży wolności i suwerenności Polski i nie wyjdziemy dotąd z lasu, dopóki choć jeden Sowiet będzie deptał Polską Ziemię."

Kilkanaście minut po oddaniu hołdu Żołnierzom Wyklętym, nieco dalej, na sokołowskim rynku, pod pomnikiem upamiętniającym ks. Brzóskę i jego adiutanta Franciszka Wilczyńskiego, Prezydent RP Lech Kaczyński przekazał na ręce Burmistrza Sokołowa Podlaskiego Bogusława Karakuli przyznany pośmiertnie ks. Stanisławowi Brzósce Order Orła Białego.

Prezydent
RP Lech Kaczyński dokonuje uroczystego wręczenia na ręce burmistrza
Sokołowa Podlaskiego Bogusława Karakuli Orderu Orła Białego nadanego
pośmiertnie bohaterowi powstania styczniowego ks. Stanisławowi Brzósce.

I to już jest ostatnia paralelność, o której chciałem w niniejszym tekście opowiedzieć.

Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954.

WARTO PRZECZYTAĆ (i obejrzeć)… (53)


Piotr Szubarczyk
Inka. Zachowałam się jak trzeba…
Format 210 x 295 mm, 64 s., oprawa twarda, Dom Wydawniczy Rafael 2013

  • wraz z książką znakomity spektakl "INKA 1946" Wojciecha Tomczyka w reżyserii Natalii Korynckiej-Gruz

Rankiem 28 sierpnia 1946 roku do pawilonu śmierci w gdańskim więzieniu wprowadzono młodziutką dziewczynę. Stanęła przy słupku, do którego zaraz ją przywiązano. Próbowano zasłonić jej oczy opaską, lecz nie pozwoliła na to. Po zdrajcach narodu polskiego, ognia! – padła komenda dowódcy plutonu egzekucyjnego. Zdążyła krzyknąć: Niech żyje Polska! Rozległ się huk wystrzałów, ale dziesięciu żołnierzy z KBW… chybiło z trzech kroków. Nawet oni nie mieli sumienia, by strzelić do nastoletniej bohaterki…

Dziewczynę zabił strzałem w głowę funkcjonariusz UB. Siedemnastolatka odmówiła podpisania prośby o łaskę do Bieruta podsuniętej jej przez obrońcę z urzędu, w której były zniewagi pod adresem kolegów z oddziału. Kilka dni przed śmiercią przekazała z więzienia gryps: „Powiedzcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba”… Pisała do babci, bo mamę zamordowało białostockie gestapo, a ojca Sowieci wywieźli na Sybir…

Jedna z najbardziej wstrząsających, wzruszających, ale i budujących historii czasów wojny i powojennej rzeczywistości. Historia młodziutkiej sanitariuszki AK Danki Siedzikówny „Inki” to opowieść, wobec której żaden czytelnik nie przejdzie obojętnie…

  • Wraz z książką znakomity spektakl „INKA 1946” Wojciecha Tomczyka w reżyserii Natalii Korynckiej-Gruz

Czytaj więcej: wnas.pl>

Książkę można nabyć:

Więcej na temat "Inki" czytaj:

Strona główna>