Braterska zdrada – część 1

"Braterska zdrada" – rozbicie oddziału ppor. Tadeusza Orłowskiego "Or-Ota"

13 czerwca 1946 r. grupa operacyjna Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Grajewie osaczyła w leśniczówce Sojczyn Borowy kilkunastoosobowy oddział partyzancki dowodzony przez ppor. Tadeusza Orłowskiego „Or-Ota", byłego żołnierza II Korpusu. Najbardziej zatrważające było to, że do rozbicia oddziału przyczynił się brat dowódcy, który później podjął pracę w UB.

Kim byt Tadeusz Orłowski „Or-Ot"?

Tadeusz Orłowski urodził się 17 lipca 1917 r. w Woźnej Wsi nad Jeziorem Rajgrodzkim w powiecie Grajewo. Pochodził z rodziny chłopskiej. Przed wojną ukończył cztery klasy gimnazjum zawodowego i wyuczył się zawodu masarza. Po walkach w wojnie obronnej 1939 r. przedostał się na Zachód. Tam służył między innymi w II Korpusie gen. Władysława Andersa. Walczył pod Monte Cassino. Został odznaczony Krzyżem Walecznych i dosłużył się stopnia podporucznika. Po demobilizacji w 1945 r. powrócił do Polski, a w październiku tego roku podjął służbę w Komendzie Powiatowej Milicji Obywatelskiej w Ełku jako oficer śledczy. Szybko zorientował się jednak, że formacja ta nie spełniała zadań porządkowych, lecz była wykorzystywana do zwalczania podziemia niepodległościowego i wprowadzania porządków komunistycznych. Po kilku tygodniach zdezerterował i zaczął się ukrywać w doskonale sobie znanych stronach rodzinnych – w okolicach Rajgrodu – korzystając z pomocy znajomych gospodarzy. W grudnia 1945 r. rozpoczął organizowanie oddziału zbrojnego. Jako konspirator przyjął pseudonim „Or-Ot". W kwietniu 1946 r. oddział liczył już pięć osób.

Grupa miała „siatkę" współpracowników i informatorów, która – według danych dowódcy – obejmowała około stu osób. Grupie udzielały one kwater i zaopatrywały ją w żywność, ale także informowały i ostrzegały o ruchach resortu bezpieczeństwa. „Or-Ot" chciał ze swoim oddziałem pełnić funkcje porządkowe w okolicy. Wszelkie przewinienia członków oddziału oraz ludności cywilnej miały być karane najwyższym wymiarem kary. Tak samo miało być traktowane donoszenie na oddział do UB.
Na tydzień przed rozbiciem grupy, 7 czerwca 1946 r., „Or-Ot" zarządził mobilizację mężczyzn ze wsi Stoczek i Woźna Wieś. Tym samym oddział zwiększył swoją liczebność do trzynastu partyzantów.

Formy walki

Oddział przeprowadzał akcje zbrojne w okresie kwiecień – czerwiec 1946 r. W tym czasie partyzanci dokonali kilkunastu akcji, w tym: jednej akcji likwidacyjnej (14 kwietnia 1946 r. rozstrzelali leśniczego Józefa Klepackiego ze wsi Woźna Wieś; przy zabitym pozostawiono wyrok, z którego wynikało, że został zabity za „sumienne pełnienie obowiązków służbowych", co zagrażało bezpieczeństwu oddziału), rozbrojenia posterunku MO we wsi Dręstwo, uprowadzenia współpracownika UB; resztę stanowiły akcje ekspropriacyjne, mające na celu zdobycie zaopatrzenia. Partyzanci prowadzili również szeptaną propagandę antykomunistyczną, a po zdobyciu maszyny do pisania rozpoczęli również kolportaż ulotek.

Rozpracowanie i likwidacja

PUBP w Grajewie zdobył pierwszą wiarygodną informację na temat oddziału dopiero w maju 1946 r., kiedy podczas obławy aresztowano Stanisława Jankowskiego ze wsi Budy. Wcześniej wszystkie akcje tej grupy zapisywane były na konto miejscowych oddziałów Pogotowia Akcji Specjalnej Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. W trakcie brutalnego śledztwa, jakiemu go poddano, przyznał on, że w kwietniu 1946 r. był członkiem oddziału, podał również jego częściowy skład osobowy. Cztery dni później, 7 maja 1946 r., do siedziby PUBP w Grajewie zgłosiła się siostra aresztowanego Helena Jankowska, która chciała zobaczyć się z bratem i przekazać mu paczkę żywnościową. Funkcjonariusze UB wykorzystali tę okoliczność. Poddano ją przesłuchaniu, w trakcie którego potwierdziła przynależność brata do oddziału, a sama przyznała się, że jest kochanką „Or-Ota". Według szybko ustalonego planu przeprowadzono zakończony powodzeniem werbunek i nadano jej kryptonim „Lilia". Miała za zadanie skontaktować się z oddziałem, ustalić jego skład osobowy, uzbrojenie, plany dalszej działalności oraz wykaz współpracujących z nim osób. Próba zakończyła się niepowodzeniem. Tydzień później, 14 maja 1946 r., na posterunek MO w Bełdzie zgłosili się jej rodzice, którzy oświadczyli, że w nocy uprowadzili ją nieznani uzbrojeni osobnicy. Znaleźli też kartkę o treści: „Sąd doraźny konfidentów UB. Podaje się do wiadomości ogólnej, że w dniu 16 maja 1946 r. o godzinie 12.00 została rozstrzelana konfidentka UB pod ps. Lilia. [P]odpisano: Dowódca »Or-Ot«".
Później ubowcy ustalili, że świeżo zwerbowana natychmiast o wszystkim poinformowała „Or-Ota". Dowódca, nie chcąc zrywać z nią łączności, postanowił upozorować jej uprowadzenie. Po wstąpieniu do oddziału Jankowska obrała sobie ps. „Dziulia". Aby zmylić aparat bezpieczeństwa, „Or-Ot" nakazał jej rodzicom zgłoszenie „porwania" na posterunku MO. We wsi rozklejono też ulotki o wykonaniu na niej wyroku śmierci.
Po tym niepowodzeniu pracownicy UB w Grajewie, mimo usilnych starań, nie potrafili początkowo zdobyć żadnych szczegółowych informacji dotyczących oddziału. Nie pomogło im nawet aresztowanie w charakterze zakładników jego rodziców i siostry. Kolejne działania operacyjne skierowano wobec brata „Or-Ota". Postanowiono go zwerbować do współpracy, a następnie wprowadzić do oddziału.

Mieczysław Orłowski w czasie okupacji niemieckiej był aresztowany za uchylanie się od pracy „szarwarkowej". Po ucieczce od 1943 r. był członkiem AK. W ramach akcji „Burza" był żołnierzem odtwarzanego przez Obwód Grajewo AK 9. Pułku Strzelców Konnych (spieszonego). Po rozbiciu pułku przez Niemców 8 września 1944 r. w bitwie na Osowych Grzędach, mimo ran, przedarł się przez linię frontu i dotarł do oddziałów sowieckich. Wcielono go do organizowanego przez komunistów Wojska Polskiego. Po zakończeniu działań wojennych pełnił służbę w 54. Sudeckim Pułku Artylerii Lekkiej stacjonującym w Ełku. Tam dotarli do niego pracownicy UB. 1 czerwca 1946 r. przewieziono go z Ełku do siedziby PUBP w Grajewie. Na miejscu poddano go zapewne „zabiegom" mającym go przekonać do współpracy „[…] wyjaśniono mu, że skutkiem działalności »Or-Ota« było między innymi aresztowanie jego rodziców i najbliższej rodziny. Przekonywano go, że wcześniej czy później oddział zostanie rozbity, a im wcześniej to się stanie, to zaoszczędzi to dalszych strat i cierpień niewinnej ludności, jak też los ojca, matki i najbliższej rodziny. […] do działalności oddziału odniósł się negatywnie. Mocno ubolewał i przeżywał fakt aresztowania starszych wiekiem osób i pod warunkiem ich zwolnienia wyraził zgodę na współpracę z Organami BP, zobowiązując się do doprowadzenia do aresztowania oraz likwidacji całej grupy bandyckiej […]".

Do współpracy w charakterze agenta o kryptonimie „Rak" zwerbował go zastępca szefa miejscowego UB chor. Wacław Szataniak. Miał on udać się w rejon operowania oddziału, nawiązać łączność, a następnie wejść w jego skład. Kolejnym e
tapem było ustalenie pełnego składu osobowego, uzbrojenia, najbliższych planów oraz danych pomocników. Pracownicy UB poinstruowali go, aby w trakcie rozmowy z bratem zasugerował konieczność nawiązania kontaktu z organizacją konspiracyjną, w której oddział znalazłby oparcie w dalszej działalności. Ponadto miał się starać, aby próbę nawiązania łączności powierzono właśnie jemu. W zamysłach ubowców miało mu to ułatwić możliwość spotykania się z pracownikiem UB i przekazywania zdobytych informacji. Przed rozpoczęciem operacji przygotowano agentowi tzw. legendę. Swoją „dezercję" z wojska miał tłumaczyć tym, że członek sztabu jego jednostki uprzedził go, iż za przynależność krewnego do oddziału, UB aresztował już całą jego rodzinę, a wkrótce ma aresztować również jego.
Jeszcze tego samego dnia w godzinach popołudniowych agent „Rak" przedostał się w rejon operowania oddziału, a kontakt z dowódcą nawiązał już 4 czerwca we wsi Woźna Wieś. Według informacji przekazanych później funkcjonariuszom UB, „Or-Ot" był bardzo zadowolony z przybycia brata, a agent, przedstawiając przygotowaną „legendę", zdobył sobie zaufanie jego i pozostałych partyzantów. Od dowódcy otrzymał pistolet maszynowy PPSz i obrał sobie pseudonim „Or-Miecz", a co więcej, już dzień później miał zostać zastępcą dowódcy oddziału.

Operacja rozwijała się bardziej obiecująco, niż planowali sami ubowcy. Agent dokładnie rozpoznał stan osobowy, uzbrojenie, historię dotychczasowej działalności oraz plany na przyszłość. Według pozyskanych przez niego informacji, „Or-Ot" zabiegał o zdobycie większej ilości broni, co wskazywało na to, że planował rozbudowę oddziału.
Zgodnie z założeniami operacji, po pewnym czasie agent przystąpił do realizacji jej drugiej części. W rozmowach z dowódcą zaczął sugerować konieczność nawiązania kontaktu z działającą na terenach gmin Grabowo i Lachowo organizacją podziemną, w której mógłby zdobyć oparcie. Zaproponował też, aby wykonanie tego zadania powierzono jemu. „Or-Ot" zgodził się na tę propozycję, Przygotował trzy dokumenty adresowane do komendanta organizacji podziemnej. W pierwszym, zatytułowanym „Życiorys »Or-Ota«", pisał:
„Od grudnia 1945 r. zaczął[em] działać na terenie Grajewa. Działanie zacząłem od jednej PPSzy. Po nie jakimś czasie zdobyłem 1 kb. Gdy miałem tą broń zdobyłem nią większą ilość i z każdym dniem pododdział wzrasta. W obecnej chwili liczy już szwadron bojowy. Do obecnej chwili nigdzie nie zgłaszałem się do wyższych władz AK bo nie wiedziałem czy będę w stanie poprowadzić pododdział. Więc gdy poznałem ludzi swoich zarówno ludność miejscową i oparłem się na faktach pewnych, że jestem w stanie utrzymać pododdział, który mógłby walczyć o wolną i niepodległą Polskę. Ja jak zarówno moi współpracownicy są zapatrywań PSL. Proszę by pododdział był przyjęty pod rozkazy wyższego dowództwa AK".
W drugim dokumencie deklarował dalszą działalność zbrojną oraz możliwość organizowania kolejnych pododdziałów bojowych. W ostatnim dokumencie przedstawił listę przeprowadzonych przez swój oddział akcji bojowych. Prosił również, by zaraz po nawiązaniu kontaktu komendant wydelegował do jego oddziału kilku podoficerów, aby przeprowadzili przeszkolenie nowych żołnierzy. Na wykonanie tego zadania agent „Rak" otrzymał od dowódcy pięć dni.

Oddział por. Tadeusza Orłowskiego "Or-Ota". Leżą zabici por. Tadeusz Orłowski "Or-Ot", Helena Jankowska "Dziulia" (w środku) i Czesław Kisielewski "Niewiadomski" zastępca d-cy oddziału. Z tyłu stoją ujęci partyzanci. Zdjęcie z 13 VI 1946 r., prawdopodobnie przed budynkiem PUBP w Grajewie.

"Braterska zdrada" – część 2>

Braterska zdrada – część 2

Wyruszył 5 czerwca. …

Wyruszył 5 czerwca. Natychmiast po opuszczeniu oddziału udał się do siedziby PUBP w Grajewie i przekazał tam dokumenty przygotowane przez „Or-Ota". Otrzymawszy powyższe materiały, grajewska bezpieka postanowiła rozpocząć grę operacyjną z dowódcą oddziału. O operacji mieli wiedzieć tylko sowiecki major NKWD (tzw. doradca), szef urzędu, jego zastępca oraz sekretarka przepisująca doniesienie. W założeniach operacji przyjęto, że „Rak" zostanie zaopatrzony w dokument potwierdzający nawiązanie kontaktu z „nielegalną organizacją" i ponownie skierowany do oddziału, aby go sprowadzić w miejsce rzekomego spotkania z „grupą nielegalnej organizacji". Miejsce to miało być dogodne do urządzenia zasadzki, w której wszyscy zostaliby ujęci, a przy niesprzyjających okolicznościach – zlikwidowani.

Zgodnie z umową agent powrócił do oddziału po pięciu dniach, 10 czerwca 1946 r. Zaopatrzony był w przygotowany przez funkcjonariuszy PUBP pisemny rozkaz od „Komendanta Obwodu NSZ Grajewo". Według ustaleń podjętych z ubowcami, po przekazaniu tegoż rozkazu w trakcie rozmowy z „Or-Otem" oświadczył mu, że komendant organizacji, z którym nawiązał łączność, żądał ścisłego przestrzegania zawartych w piśmie ustaleń. Po dotarciu w pobliże wyznaczonego w rozkazie miejsca spotkania agent miał zasugerować dowódcy krótki postój w celu rozpoznania trasy przemarszu, aby uniknąć ewentualnych spotkań z wojskiem lub UB, które w związku ze zbliżającym się tzw. referendum ludowym aktywnie penetrowały teren powiatu. Krótki postój „Rak" miał wykorzystać do przekazania informacji pracownikowi UB.

Dzień później – 11 czerwca – zastępca szefa grajewskiej bezpieki chor. Wacław Szataniak przygotował plan operacji. Zgodnie z nim spotkanie wyznaczono na 15 czerwca o godzinie 4.00 we wsi Wólka Brzozowa w gminie Ruda, w zabudowaniach Józefa Organka. Położone były one na uboczu i z trzech stron otoczone lasem. 14 czerwca w godzinach popołudniowych do gospodarstwa tego w grupach trzy-, czteroosobowych w przebraniu partyzantów mieli docierać funkcjonariusze UB. Z domu miano nikogo nie wypuszczać. Wewnątrz planowano pozostawić pięciu, sześciu ubowców, a dwudziestu żołnierzy na zewnątrz miało stanowić ubezpieczenie. Z tej dwudziestki chciano poza tym sformować pięcioosobową grupę rezerwową i umieścić ją w sąsiednim pokoju. Całością miał dowodzić sam Szataniak, który miał mieć dystynkcje majora i podawać się za Józefa Karwowskiego „Bystrego", komendanta Powiatu NSZ Grajewo. W rzeczywistości „Bystry" przestał pełnić tę funkcję w listopadzie 1945 r., ale „Or-Ot" nie mógł o tym wiedzieć.

Po dotarciu oddziału „Or-Ota" dalszy scenariusz miał być następujący: „Or-Ot" wraz z łącznikiem (miał nim być agent „Rak"), po pozostawieniu broni na zewnątrz, mieli wejść do mieszkania na rozmowy z „delegacją NSZ". Następnie planowano obezwładnić „Or-Ota", tak aby nie wezwał pomocy; natomiast jego łącznik miał wyjść i doprowadzić resztę oddziału, nakazać pozostawienie broni i zaprosić ich do mieszkania. Wtedy ubowcy obstawiliby wszystkie okna i aresztowaliby ich.
Niestety, dla UB powyższy plan stał się nieaktualny, kiedy nocą z 12 na 13 czerwca 1946 r. agent „Rak" ponownie dotarł do siedziby UB w Grajewie i przekazał informacje, że „Or-Ot" po otrzymaniu rozkazu od „komendanta NSZ" i wysłuchaniu ustnej relacji agenta zarządził koncentrację oddziału i nie mogąc się doczekać wyznaczonego terminu spotkania, wyruszył na wyznaczone miejsce. Nocą 12 czerwca oddział dotarł do wsi Sojczyn Borowy w gminie Bełda i zajął kwatery u gajowego Antoniego Leguny. Wtedy dowódca wysłał swojego brata-agenta aby sprawdził stan liczebny jednostki WP stacjonującej w pobliskiej Rudzie. Umówili się, że jeśli agent nie powróci do piątej rano, oddział zmieni miejsce postoju. Oddział liczył wtedy 13 ludzi, w tym jednego rannego. Miejsce jego postoju ochraniały dwa partyzanckie posterunki. Agent poinformował UB o hasłach używanych przez posterunki.

Wobec zmienionej sytuacji w PUBP w Grajewie podjęto decyzję o rozpoczęciu akcji likwidacyjnej. Zorganizowano grupę operacyjną w sile siedmiu referentów PUBP, 12 funkcjonariuszy Komendy Powiatowej Milicji Obywatelskiej w Grajewie oraz 70 oficerów i żołnierzy z 54. Sudeckiego Pułku Artylerii Lekkiej z Ełku. Znając podane przez agenta hasła, planowano obezwładnić wartowników, a następnie, korzystając z zaskoczenia, rozbroić i ująć żywcem pozostałych partyzantów.
O godzinie 3.00 w nocy 13 czerwca 1946 r. grupa operacyjna kilkoma samochodami dojechała do wsi Ruda. W czasie krótkiego postoju dotarło tu dwóch członków oddziału „Or-Ota": Narcyz Krzyżewski „Łoś" i Wincenty Czajko „Skiba", którzy zbiegli z posterunków wartowniczych. Udzielili oni dodatkowych informacji o lokalizacji oddziału i ubezpieczeniu. O godzinie 4.30, okrążając gajówkę, partyzanci spostrzegli czających się żołnierzy. Doszło do walki, w trakcie której polegli: Tadeusz Orłowski „Or-Ot". Czesław Kisielewski „Niewiadomski" i Helena Jankowska „Dziulia". Ujęci zostali: Józef Jaworski „Faszyna", Józef Koniecko „Lis" (obaj ranni), Narcyz Jakuć „Cybulski", Marian Kisielewski „Smolak", Eugeniusz Mierzykowski „Nietupski", Stanisław Maśliński "Wróbel", Wincenty Żelachowski „Fryc" i Jan Rutkowski „Ryba". Między znalezionymi rzeczami było 238 sztuk deklaracji PSL in blanco, w tym 12 wypełnionych na członków oddziału. Zdobyto całe uzbrojenie oddziału.
Jeszcze tego samego dnia na podstawie informacji uzyskanych od zatrzymanych aresztowano trzech najbliższych współpracowników oddziału, a następnego dnia Tadeusza Muczyńskiego „Orłowskiego", rannego partyzanta, który leczył się na kwaterze. Z dwunastu aresztowanych dwóch skazano na karę śmierci, dwóch na 15 lat więzienia, dwóch uniewinniono, trzem uchylono areszt, a trzech nie objęto aktem oskarżenia.

Podsumowanie

Podporucznik Tadeusz Orłowski, wracając do Polski po sześciu latach walki, chciał rozpocząć normalne życie. Liczył na to, że szeregi organizowanej Milicji Obywatelskiej będą dobrym miejscem do kontynuowania służby. Szybko przekonał się, że metody pracy w MO mu nie odpowiadają. Porzucił służbę i postanowił walczyć z porządkami wprowadzanymi przez komunistów.
Liczył na to, że uda mu się podporządkować wraz z oddziałem Zrzeszeniu „Wolność i Niezawisłość" lub Narodowemu Zjednoczeniu Wojskowemu. Posiadane przez członków oddziału legitymacje Polskiego Stronnictwa Ludowego świadczyły, że raczej bliżej mu było do idei WiN. Rozpoczynając działalność, „Or-Ot" wcześniej czy później musiał się zderzyć z brutalnością komunistycznego aparatu represji. Ponieważ był nieuchwytny dla komunistów, ci zastosowali wobec niego najprostsze metody: aresztowano jego starych rodziców i siostrę, dając do zrozumienia, że jeśli zakończy swoją działalność, zwróci wolność swoim najbliższym. Kiedy ten zabieg nie przyniósł rezultatu, ubowcy postanowili wykorzystać przeciwko niemu jego brata. Bracia nie widzieli się przez cały okres wojny, być może spotkali się na krótko na którejś z przepustek Mieczysława. Ten ostatni postawiony przed alternatywą: wydanie brata w ręce UB w zamian za wolność dla swoich najbliższych, wybrał zdradę. Być może łudził się, że brat Tadeusz zostanie „tylko" aresztowany.

W rozgrywce z „Or-
Otem" ubowcy z Grajewa zastosowali sprawdzoną metodę z wprowadzeniem w szeregi grupy agenta, którego zadaniem było jej rozpracowanie i „wystawienie na strzał" UB. Rozszyfrowanie agenta było tym trudniejsze, że był to brat dowódcy oddziału, który miał do niego bezgraniczne zaufanie. Tę sytuację wykorzystali pracownicy PUBP w Grajewie, co więcej, zarówno w tym okresie, jak i w późniejszych latach, komunistyczny aparat represji stosował podobne metody, a za cenę uniknięcia kary lub zachowania życia zdrajcami stawali się towarzysze walki, najbliżsi członkowie rodzin i przyjaciele…

Epilog

Po doprowadzeniu do zagłady oddziału swojego brata Mieczysław Orłowski powrócił do służby w macierzystej jednostce wojskowej. W nagrodę awansowano go do stopnia starszego sierżanta. W 1947 r. został zdemobilizowany. Od 1948 r. rozpoczął służbę w Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Olsztynie. Do 1950 r. pracował między innymi w PUBP w Braniewie. W 1950 r. skierowano go do Szkoły Oficerskiej Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, z której zrezygnował z powodów zdrowotnych. Zwolniono go również z UB.

Dr Sławomir Poleszak, IPN O/Lublin

Powyższy tekst, autorstwa dr Sławomira Poleszaka – historyka, kierownika Referatu Badań Naukowych Biura Edukacji Publicznej IPN Oddział w Lublinie, ukazał się w Niezależnej Gazecie Polskiej Nr 2(12)/2007 i powstał na podstawie artykułu „Działalność i likwidacja
oddziału ppor. Tadeusza Orłowskiego »Or-Ota« (grudzień 1945 – czerwiec
1946)", opublikowanego w „Zeszytach Historycznych WiN-u", 2003, nr
19-20.

Bardzo dziękuję autorowi za wyrażenie zgody na publikację artykułu.

"Braterska zdrada" – część 1>
Strona główna>

Otwarcie wystawy IPN

Otwarcie wystawy „UB w walce z podziemiem niepodległościowym w województwie białostockim” – Giżycko, 31 maja 2007 r.

W dniu 31 maja 2007 r. w Twierdzy Boyen w Giżycku, ul. Turystyczna 1, o godz. 11:00 odbędzie się otwarcie wystawy „UB w walce z podziemiem niepodległościowym w województwie białostockim”.

Ekspozycja ukazuje działania Urzędu Bezpieczeństwa w świetle oryginalnych materiałów UB i SB. Pierwsza część wystawy przedstawia powstanie Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Białymstoku oraz Powiatowych Urzędów Bezpieczeństwa Publicznego. Obok prezentowane są sylwetki „ludzi bezpieki”, m.in. pierwszego kierownika WUBP w Białymstoku por. Faustyna Grzybowskiego, oficera Armii Czerwonej, absolwenta Kujbyszewskiej Szkoły Kontrwywiadu, skierowanego do Białegostoku w sierpniu 1944 r. Dalsza część ekspozycji dokumentuje „życie codzienne” funkcjonariuszy UB. Zdjęcia przedstawiają ich w galowych mundurach, na wycieczkach, przy zabawie i grach sportowych. Z tym sielankowym obrazem ostro kontrastuje druga część wystawy, pokazująca zbrodnie dokonywane „w imię utrwalania władzy ludowej” na żołnierzach podziemia niepodległościowego i wszystkich, którzy sprzeciwiali się wprowadzeniu sowieckiego porządku w Polsce. Bardzo drastyczny fotografie pokazują zmasakrowane ciała partyzantów, m.in. ostatniego żołnierza podziemia na Białostocczyźnie Stanisława Marchewki ps. „Ryba”, zastrzelonego przez grupę operacyjną KBW. Tę część wystawy uzupełniają dokumenty opisujące kulisy pracy tajnych agentów UB, rozpracowujących Kościół katolicki, poszczególne oddziały partyzanckie, a także materiały opisujące zabójstwa, przestępstwa i nadużycia popełniane przez „ludzi UB”. Na jednym z paneli pokazano postać tajnego agenta UB Wacława Snarskiego ps. „Księżyc”. W wyniku jego działalności zginęło co najmniej 14 partyzantów, a około 200 innych osób zostało skazanych na długoletnie więzienie.

Źródło: Instytut Pamięci Narodowej

Akcja "Pomnik Żołnierzy Wyklętych"


NOWA KATEGORIA NA STRONIE:

Pomnik "Żołnierzy Wyklętych"    



Kilka dni temu informowałem, że na spotkaniu w Sejmie RP została podpisana deklaracja powołująca Komitet Budowy Pomnika "Żołnierzy Wyklętych". Obecnie, w porozumieniu i za zgodą dr Piotra Niwińskiego z gdańskiego Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej, a jednocześnie członka Komitetu Roboczego, zajmującego się realizacją inicjatywy budowy Pomnika "Żołnierzy Wyklętych", powstała na stronie NOWA KATEGORIA, gdzie można znaleźć wszystkie informacje dotyczące tej wspaniałej idei, łącznie z deklaracją, listą poparcia i numerem konta dla ofiarodawców. Wszelkie informacje pochodzą ze strony Rajdu Pieszego szlakiem żołnierzy 5. Wileńskiej Brygady Armii Krajowej majora Zygmunta Szendzielarza "Łupaszko".

Prelekcja: „Ostatni polski partyzant"

Prelekcja: „Ostatni polski partyzant. Sierż. Józef Franczak »Laluś«” – Łęczna, 29 maja 2007 r.

29 maja (wtorek)* o godz. 12.00 w Miejsko-Gminnej Bibliotece Publicznej (ul. Bożniczna 17) w Łęcznej pracownik lubelskiego Biura Edukacji Publicznej IPN dr Sławomir Poleszak zaprezentuje sylwetkę ostatniego żołnierza polskiego podziemia – Józefa Franczaka „Lalusia”.
*
we wczorajszej Gazecie Polskiej pojawiła się błędna informacja, zapowiadająca datę prelekcji na 28.05.2007 r. (poniedziałek). Po konsultacji z dr Sławomirem Poleszakiem, potwierdzam faktyczną datę wykładu – 29.05.2007 r. (wtorek), godz. 12:00.

O sierż. Józefie Franczaku ps. "Lalek", "Laluś" czytaj więcej tu:
Ostatni niezłomny – Józef Franczak ps. "Lalek"

Zobacz fotorelację z uroczystości odsłonięcia pomnika "Lalka":
Fotorelacja z Uroczystości w Piaskach

Źródło: Instytut Pamięci Narodowej

58 rocznica śmierci kpt. Zdzisława Brońskiego ps. "Uskok"


Kpt. Zdzisław Broński ps. "Uskok"

58 lat temu, 21 maja 1949 r. otoczony przez grupę operacyjną UBP-KBW-MO, w bunkrze ukrytym na terenie gospodarstwa Wiktora, Katarzyny i Mieczysława Lisowskich w Dąbrówce (obecnie Nowogród, województwo lubelskie), w beznadziejnej sytuacji, chcąc uniknąć aresztowania, samobójczą śmiercią zginął kpt. Zdzisław Broński ps. "Uskok", uczestnik kampanii 1939 r., oficer Armii Krajowej i Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, kawaler Krzyża VM, od września 1947 r. dowódca wszystkich oddziałów partyzanckich Okręgu Lubelskiego WiN.
GLORIA VICTIS !!!

1946 r. Trzon oddziału kpt. Zdzisława Brońskiego "Uskoka" (d-ca siedzi, czwarty od prawej).

Zdzisław Broński (24 XII 1912 – 21 V 1949), „Zdzich”, „Uskok”. Podoficer rezerwy WP, podporucznik AK, kapitan WiN. Urodził się we wsi Radzic Stary na Lubelszczyźnie. W 1934 r. powołany do odbycia służby wojskowej, w trakcie której ukończył szkołę podoficerską i otrzymał stopień plutonowego. Był członkiem ZMW „Siew”. Podczas kampanii wrześniowej 1939 r. dostał się do niewoli niemieckiej, w której przebywał do chwili ucieczki z obozu w dniu 17 października 1940 r. Po powrocie w rodzinne strony rozpoczął działalność konspiracyjną. Początkowo był dowódcą placówki AK w Radzicu Starym. Na przełomie 1943 i 1944 r. po serii aresztowań przeprowadzonych przez Niemców zorganizował grupę partyzancką, która w czerwcu 1944 r. przydzielona została do 27 Wołyńskiej DP AK. Działał w lesie zawieprzyckim, a następnie lasach kozłowieckich i parczewskich. W momencie wkroczenia Armii Czerwonej "Uskok" zamierzający początkowo ujawnić się został wraz ze swoimi żołnierzami – w obliczu panujących represji – zmuszony do pozostania w konspiracji. Od sierpnia 1944 r. był zastępcą, a następnie komendantem I Rejonu obwodu AK Lubartów. Rozkazem z 25 V 1946 r. Zdzisław Broński „Uskok” został mianowany komendantem wszystkich oddziałów partyzanckich i drużyn dywersyjnych działających w Obwodzie Lubartów WiN. W październiku 1946 r. jego oddział opanował Łęczną i rozbił miejscowy posterunek MO. W grudniu razem z oddziałem Leona Taraszkiewicza „Jastrzębia” w akcji odwetowej spacyfikował wieś Rozkopaczew. Od jesieni 1947 r. ukrywał się w bunkrze wybudowanym pod stodołą Wiktora i Mieczysława Lisowskich w miejscowości Dąbrówka (obecnie Nowogród). Co pewien czas odbywał odprawy organizacyjne z podporządkowanymi mu dowódcami patroli. W dniu 20 maja 1949 r. PUBP w Lubartowie aresztował jego najbliższego współpracownika i współlokatora bunkra, Zygmunta Liberę „Babinicza”. 21 maja 1949 r. zabudowania, w których znajdował się bunkier zostały otoczone przez grupę operacyjną UBP–KBW–MO. W beznadziejnej sytuacji, nie chcąc się oddać żywcem, popełnił samobójstwo. Miejsce pochówku jest do dnia dzisiejszego nieznane. Odznaczony Krzyżem Virtuti Militari V klasy i Krzyżem Walecznych.

Nowogród (dawniej Dąbrówka). Pomnik ku czci kpt. "Uskoka", stojący dokładnie w miejscu, gdzie w stodole Lisowskich znajdował się bunkier, w którym zginął Zdzisław Broński. Obława UB-KBW posuwała się od strony Wieprza, łąkami widocznymi za pomnikiem.

Nowogród. Tablica na pomniku w miejscu śmierci kpt. "Uskoka".

Więcej na temat kpt. "Uskoka" czytaj:
1. Kpt. Zdzisław Broński "Uskok" – część 1>

2. Kpt. Zdzisław Broński "Uskok" – część 2>
Strona główna>

Rozmowa z por. „Młotem” – część 1

Rozmowa z por. Henrykiem Lewczukiem ps. „Młot”

Poniżej, jako suplement do biogramu por. Henryka Lewczuka „Młota”, w latach 1945-47 dowódcy oddziału partyzanckiego WiN w Inspektoracie Chełm, publikuję zapis rozmowy przeprowadzonej z Nim w kwietniu 2001 r. przez Panią Stellę Gronek, której serdecznie dziękuję za udostepnienie mi tego materiału i zgodę na publikację.

Por. Henryk Lewczuk ps. „Młot urodził się w 1923 roku w Chełmie, tam uczęszczał do gimnazjum im. Stefana Czarneckiego. Jego dalszą edukację przerwała wojna. Uczestniczył w niej czynnie jako żołnierz AK. W latach 1945 – 47 pod pseudonimem „Młot” był komendant I Rejonu obwodu chełmskiego WiN, słynny dowódca oddziału, który zaprowadził ład na podległym mu terenie. W 1948 roku był zmuszony opuścić kraj i osiąść we Francji. Tam zdał maturę, studiował prawo i ekonomię na Uniwersytecie w Lyonie. Zajmował wysokie i odpowiedzialne stanowiska: szefa planowania dystrybucji paliw dla armii amerykańskiej we Francji, Dyrektora Eksploatacji Centrum Komputerowego Wyższej Szkoły Górniczej w Paryżu, aż wreszcie Dyrektora Centrum Usług Informatycznych w Fontainebleau pod Paryżem. We Frencji był aktywnym działaczem polskich środowisk niepodległościowych. Związany również z RPR Jacquesa Chiraca, a po powrocie do kraju w 1992 roku ze środowiskiem politycznym Jana Olszewskiego. W 1995 roku współtworzył Ruch Odbudowy Polski. Był współprzewodniczącym Zarządu Głównego ROP oraz Radnym Sejmiku Województwa Lubelskiego, a także Posłem IV kadencji Sejmu RP z ramienia ROP.

Stella Gronek: Jak pan przeżył okres wojny?

Henryk Lewczuk: Byłem młody. Moje pokolenie dojrzewało w innych warunkach, myśmy nie mieli wieku, gdzie przechodzi się z lat młodzieńczych do dorosłości. Za czasów niemieckich byłem jako plutonowy podchorąży w oddziale leśnym AK P. Sędzimira, który był kadrową kompanią I Batalionu 7 Pułku Piechoty Legionów. Stacjonował on przed wojną w Chełmie. W ramach tego oddziału braliśmy udział w bitwie pod Parczewem (Makoszka), walczyła 27 Dywizja Wołyńska, myśmy dołączyli jako kompania zwiadowcza, bo znaliśmy te tereny, a oni przyszli zza Buga. Po okrążeniu przez dywizję pancerną SS, udało nam się przejść przez Markuszów i skierować w lasy janowskie. Był to już początek lipca 1945 roku. Niedaleko stąd, między Nałęczowem, a Lublinem w miejscowości Czółno stoczyliśmy wielką bitwę z Niemcami i przeszliśmy w lasy janowskie. Pod koniec lipca zbliżaliśmy się do Chełma. Wtedy już na tzw. zebraniu w Surchowie całej AK, która była przygotowana, żeby pójść z pomocą do Warszawy wiedzieliśmy, że wszyscy o których wiadomo, że byli w AK zaczęli być wyłapywani i wysyłani przede wszystkim na Sybir. By uniknąć wywózki rozbroiliśmy się w Turobinie i wróciliśmy do domu po cywilnemu. W tym czasie był obowiązkowy pobór do wojska, więc my nie przyznając się, że byliśmy w AK zgłosiliśmy się. Przydzielono nas do powstałej wtedy Pierwszej Szkoły Oficerskiej Artylerii w Chełmie. Uchroniło to mnie i moich kolegów na jakiś czas od bezpośrednich represji.

S.G.: Dlaczego powstał WiN?

H.L.: System który nam narzucono był przeciwny naszej tożsamości narodowej. Był dla nas nie do przyjęcia. Uderzały nas metody jego wprowadzania – terror, mordy, ucisk, by nasz naród jak gdyby ubezwłasnowolnić. Opisuję tę atmosferę, która sprawiła, że my młodzi nie chcieliśmy się temu poddać, gdyż byłoby to zaprzeczeniem i niespełnieniem, tej naszej przysięgi, którą składaliśmy w AK:
„W obliczu Boga Wszechmogącego i Najświętszej Maryi Panny, Królowej Korony Polskiej, kładę rękę na ten Święty Krzyż, znak męki i zbawienia, i przysięgam: być wiernym Ojczyźnie mojej Rzeczypospolitej Polskiej, stać na straży Jej honoru i o wyzwolenie Jej z niewoli walczyć ze wszystkich sił, aż do ofiary mojego życia…”
W tym czasie były trzy czynniki, które wychowywały młodzież – matka, szkoła i Kościół. I to wszystko chciano złudnymi hasłami zniweczyć i wprowadzić „raj na ziemi”.

S.G.: Reakcja pańskiego pokolenia na rozwiązanie AK.

H.L.: 19 stycznia 1945 roku AK zostało rozwiązane. Myślano, że zapobiegnie to represjom, stało się jeszcze gorzej, gdyż wszystkie struktury straciły oparcie. Nas młodych rozwiązanie AK nie zwalniało z obowiązku przestrzegania naszej przysięgi. Niemcy hitlerowskie zostały pokonane, ale przyszedł nowy okupant i znowu więzienia zapełniły się Polakami patriotami.

S.G.: Jak wyglądała Pana działalność po ostatnim rozkazie gen. Okulickiego?

H.L.: Na początku marca była pierwsza promocja w Szkole Oficerskiej Artylerii i ja również w niej byłem. Po tym wydarzeniu wyprowadziłem dużą grupę – kilkudziesięciu młodych podporuczników i podchorążych, po to, by ofiarować Ojczyźnie co tylko byliśmy w stanie dać – zapał, chęć walki, a nawet życie. Ja wiem, że tak jak w XIX wieku były różne opinie odnośnie powstań, ale myśmy poszli drogą Traugutta, a nie Wielopolskiego. Jakież to było wspaniałe uczucie, że człowiek jest w stanie coś z siebie dać Ojczyźnie. W tym czasie głęboko przemawiała do nas „Oda do młodości” Adama Mickiewicza. Gdyby jednak nie było wtedy tego zrywu, dzisiaj nawet można powiedzieć romantycznego, to stalibyśmy się z pewnością 17 republiką ZSRR.

S.G.: Powstanie WiN i Pana wpływ na jego kształt na podległym mu obszarze.

H.L.: Po rozwiązaniu AK były trzy okresy: ROAK (Ruch Oporu AK), to trwało do maja, w maju powstała Delegatura Sił Zbrojnych (DSZ). Jeżeli chodzi o mnie, to byłem zarówno w ROAK, jak i w DSZ, a we wrześniu 1945 roku powstał WiN. W tamtym czasie istniały trzy koncepcje polityczne. Pierwsza reprezentowana przez ugrupowania prawicowe, chciała nadal walczyć. Drugą reprezentowało PSL, chciało ono uratować ile się da poprzez ugodę. Na trzeciej koncepcji oparł swoje powstanie WiN. W swym założeniu miała to być walka nie orężem, a na płaszczyźnie politycznej i ideowej. Założenia były wspaniałe, ale między koncepcją, a wprowadzeniem w życie nie można było zapomnieć o sytuacji w terenie. Po rozwiązaniu AK pełno było oddziałów złożonych przeważnie z młodych, którzy nie chcieli się poddać z dwojakich powodów. Z jednej strony ze względu na złożoną przysięgę, z drugiej, bo ujawnienie równało się aresztowaniu. W ramach Organizacji WiN zachowaliśmy tzw. Siły Zbrojne do walki z UB, by odbijać aresztowanych i utrzymać teren w bezpiecznych warunkach, gdyż wiadomo, że na rękę było NKWD, UB i milicji jeśli szerzyło się bandyctwo. Bo z powodze
niem mogli to zrzucić na ruch oporu. Co więcej sami robili pozorowane napady, aby zdestabilizować podziemie. Gdy wyszedłem z Chełma z grupą przez około 3 tygodnie szukałem kontaktu z przełożonymi. Po tym czasie spotkałem się z komendantem Obwodu Inspektoratu Chełmskiego. Zaproponował mi objęcie funkcji komendanta I Rejonu obwodu chełmskiego, ponieważ ten, który był przede mną został aresztowany. Zgodziłem się, a moim pierwszym zadaniem było uporządkowanie struktur. Na moim terenie istniały grupy „Fali”, „Tarzana”, „Sokoła”, rozpocząłem od wizytacji i rozwiązania tych oddziałów i pododdziałów. Niektórych przygarnąłem i stworzyłem te tzw. Siły Zbrojne. W ramach mojego oddziału byli także cywile, pracujący zawodowo. Z chwilą gdy byli potrzebni powoływałem ich, wykopywali wtedy swoje uzbrojenie i zgłaszali się gdzie trzeba. Było to określane jednostką garnizonową. Cały oddział składał się z około ośmiuset ludzi, z czego kilkudziesięciu tworzyło te tzw. Siły Zbrojne. Byli oni kompletnie umundurowani w stylu wojskowym. Utrzymywaliśmy porządek, walczyliśmy z UB i NKWD, a także z fałszywymi, pozorowanymi przez komunistów oddziałami WiN i NSZ

S.G.: Skąd pseudonim?

H.L.: Trzeba zrozumieć jakie to było pokolenie, jaki okres. Myśleliśmy wtedy – a jaki to ja pseudonim wezmę? Widziałem kolegów – ten jest ”Orłem”, ten „Żbikiem”, inny „Lwem”. Myślałem, przecież to są królewskie zwierzęta, więc na takie miano trzeba zasłużyć, a ja jeszcze nie zasłużyłem. Ale czym się rozbija te okowy, ten łańcuch niewoli. Chciałem być po prostu narzędziem. Młotem, który bez pretensji oddaje się sprawie i taki pozostałem do końca. Tak to ja odczuwam i tak to pozostało.

S.G.: Pana działalność na terenie chełmskim, ważniejsze starcia.

H.L.: 22 maja 1945 roku była pierwsza bitwa, ośmiu z grupy, którą wyprowadziłem zginęło. Byli to młodzi podporucznicy. Rozbijaliśmy posterunki MO np. w Żmudzi czy Sielcu. Zresztą, po jakimś czasie wszystkie posterunki gminne w moim rejonie były w swoisty sposób mi podporządkowane – nie przejawiały żadnej aktywności i ja ich pozostawiałem w spokoju. 28 maja w Hrubieszowie rozbiliśmy posterunek UB i odbiliśmy kilkudziesięciu więźniów. W 1946 roku „Wyrwa” oficer z mojego oddziału został ranny w okolicach Wojsławic (miejscowości nazywanej moją stolicą) i wzięty do niewoli. Był ciężko ranny i przebywał w chełmskim szpitalu. Dzięki dobrze zorganizowanej siatce i dzisiaj to mogę już powiedzieć doktorowi Benowskiemu – chirurgowi, który był również członkiem WiN, miałem codziennie raporty dotyczące stanu zdrowia „Wyrwy”. Prosiłem doktora, by doprowadził chorego do takiego stanu, żeby przeżył odbicie. Leczył go, a jednocześnie dawał takie lekarstwa, które uniemożliwiały UB przesłuchania. Było to w październiku 1946 roku, z centrum Chełma w biały dzień, pamiętam była to niedziela odbiliśmy „Wyrwę”. Wraz z łóżkiem załadowaliśmy go na wcześniej zarekwirowany samochód. Prowadziliśmy też walkę z bandytyzmem. Kilka miesięcy trwało wyłapywanie złodziei, kradnących krowy i konie. A wiadomo, że jak gospodarzowi zabrano konia to tak jakby go zabito. Ponieważ nie miałem więzienia, a nie zasługiwali na większą karę, więc jeśli złapaliśmy takiego, to dawaliśmy mu po prostu 15-20 kijów w czułe miejsce. Do dziś pamiętają.

S.G.: Jaki był stosunek mieszkańców Chełmszczyzny do Pana działalności?

H.L.: Ja nie spodziewałem się, że do dziś pozostanie wśród społeczeństwa taka pamięć. Skoro ja mogłem z tym oddziałem, uważanym za Wojsko Polskie przez tak długi czas przetrwać i to skutecznie to musiałem mieć poparcie i przyzwolenie lokalnej społeczności. Tak, miałem szerokie poparcie szczególnie na wsi.

S.G.: Jaką broń posiadaliście i skąd pochodziła?

H.L: Broń była jeszcze z czasów wojny. Gdy się rozbrajaliśmy to część broni zakamuflowaliśmy. Poza bronią lekką posiadaliśmy także działko przeciwpancerne oraz karabiny maszynowe (RKM-y i LKM-y), mieliśmy również łączność telefoniczną. Broni i amunicji nie brakowało, ale każdy musiał się z niej przede mną rozliczyć.

S.G.: Czy miał Pan jakiś kontakt z Zarządem Głównym?

H.L.: Bezpośrednio nie miałem. Miałem do czynienia z moimi przełożonym komendantem Inspektoratu chełmskiego. To ja decydowałem o poczynaniach mojego oddziału.

S.G.: W jakich okolicznościach dowiedział się Pan, że ciąży na nim wyrok śmierci?

H.L.: Chyba nigdy nie miałem żadnego pozwu, ale za taką działalność jest to automatyczne. Mam to do siebie, że nigdy nie byłem sądzony i nie siedziałem. Mówili o nas „banda Młota” i jeszcze w 1984 roku nie mogli zapomnieć i nadal pisali nieprzychylne mi artykuły.

Rozmowa z por. „Młotem” – część 2>
Strona główna>

Rozmowa z por. „Młotem” – część 2


S.G.:
Jakie wydarzenie w tamtym okresie zapisało się najbardziej w Pana pamięci?

H.L.: Jest to bardzo osobiste. 18 grudnia 1945 roku zatrzymaliśmy się w Zażdzarach, bo napadał śnieg i zatarł wszystkie ślady. Była tam leśniczówka, leśniczy wysłany został na Sybir, pozostała jego żona z trójką dzieci. Zbliżały się święta, więc ja wraz z dwoma oficerami postanowiliśmy, że spędzimy tam dwie noce i pójdziemy zapolować, by coś zostawić tej kobiecie. Dowództwo w wiosce przekazałem oficerowi dyżurnemu, a sam wraz z dwoma oficerami poszedłem zanocować w gajówce. Około 23.30 budzą mnie i mówią: „Panie komendancie są gońcy…”. Myślę, stało się, znaleźli mnie. Wiadomo było, że miejsce postoju jest w Zażdzarach, a nie w leśniczówce. Następnie powiedzieli, że są do kapitana „Młota”, a przecież wszyscy wiedzieli, iż jestem porucznikiem. Zrozumiałem, że nie jest dobrze. Bardzo szybko się ubraliśmy, a oni coraz natarczywiej dobijali się do drzwi. Nie mieliśmy zbyt wiele broni, obowiązkowo dwa granaty tzw. siekacze obronne, jedną zaradkę dziesięciostrzałową i każdy z nas miał pistolet. Trzeba było działać. Wiedziałem, że nie mogę dać się złapać. No jeszcze tamci mieli szansę przeżycia, ale ja jako komendant rejonu nie. Już wcześniej myślałem o tym, że nie mogę wpaść w ich ręce, gdyż mogłem tyle szkody narobić, bo przecież nie wiadomo jaka jest ludzka wytrzymałość na tortury. Dlatego podjęliśmy walkę. Widziałem tylko jak jeden z moich przyjaciół zawisł na framudze okna. Wybiłem kolbą okno i schroniłem się między sągami drewna przykrytymi daszkiem. Chwilę słychać było jęki. Nagle słyszę – wyszła śp. Kalińska z dwójką dzieci, mówiła, prosiła, ze już nie ma nikogo i żeby ją zostawili w spokoju. Z przekleństwami puścili serię z karabinu. Zamordowali ją i dzieci, a następnie wszystko podpalili. Po chwili zobaczyłem kłęby dymu i usłyszałem serię naszych, a myśmy jak ten, który gra na instrumencie rozpoznawaliśmy swoją broń. Zrobiło się zamieszanie, zaczęli się zwijać, gdy objął mnie dym udało mi się uciec na otwarte pole. Dopiero wtedy straciłem przytomność, nawet nie czułem, że jestem ranny. Na drugi dzień chłopi z tej wioski furmanką zawieźli mnie na punkt, który sobie zawsze wcześniej wyznaczaliśmy. Tam się wyleczyłem. Jest to upamiętniona walka, ważna dla mnie, bo ukazuje zbrodnie komunizmu na ludności cywilnej, a trzeba powiedzieć takich zbrodni było wiele.

S.G.: Co Pana zmusiło do podjęcia decyzji o wyjeździe?

H.L.: Bardzo piękne były pierwsze chwile po ujawnieniu w marcu 1947 roku. Tym bardziej, że otrzymałem takie warunki jak nikt inny. Sam fakt, że to ja stawiałem warunki wyjścia z podziemia… Pierwszym było to, że nie będzie przesłuchań, moi żołnierze podadzą tylko imię, nazwisko, pseudonim i stopień. Drugi to, że będą mogli swobodnie, w mundurach poruszać się po mieście przez dwa tygodnie. I ostatnie, na to początkowo nie chcieli się zgodzić, że złożę broń, ale nie w Chełmie tylko w Wojsławicach. Jak to się odbyło? Przyjechali o 7.00, delegacja 15 ubowców z Pawlukiem (uczestnikiem zajść w Zażdzarach) na czele. Powiedziałem jaki jest program dnia. Od 7.00 do 8.00 przygotowanie, później o 8.00 ostatni raport, a o 9.00 Msza. Zaproponowałem im nawet, że jeśli mają ochotę to mogą w niej uczestniczyć. Dopiero potem w Urzędzie Gminy ujawniłem się. Dlaczego tam? Bo Gmina była symbolem władzy, to ja byłem gospodarzem. Można to sobie wyobrazić, ja siedziałem, a oni stali. To tylko mając te dwadzieścia lat można tak postępować. Gdy wjechałem do Chełma witało mnie chyba pół miasta, ludzie stali od Górki po Borek. A w domu, tyle kwiatów zastałem. To były czasy. Trwało to jednak krótko. Najpierw namawiano mnie, abym coś napisał, ale nie zgodziłem się. Potem zaczęto mówić, że dochodzą słuchy o rzekomym zamachu na moją osobę. Wtedy pomyślałem, że już się psuje i trzeba bardzo uważać. I wreszcie, gdy w czerwcu 1948 roku wróciłem do domu, bo byłem na zachodzie Polski, gdzie przez cały czas się wałęsałem, musieli mnie śledzić, bo od razu przysłali kogoś, że komendant UB chce się ze mną widzieć. Poszedłem i udawałem, iż wszystko jest w porządku. On „zwierzył” mi się, że jego wywiad doniósł o takich, którzy chcą mnie zabić za ujawnienie. A on z „troski” o mnie proponuje obstawę. Pokazał mi dwóch, od razu widać prawdziwych ubeków, a ja uśmiechając się zastanawiałem się, który z nich będzie strzelał w mój tył głowy. Powiedziałem – lepiej żebyście mi nie dawali jeszcze dzisiaj tej obstawy, bo jestem umówiony z sekretarzem, w sprawie artykułu (faktycznie tak było). Zgodzili się i tyle mnie widzieli.

S.G.: Jak Panu udało się przedrzeć za „żelazną kurtynę” ?

H.L: Po wspomnianej wyżej rozmowie z komendantem UB, w ciągu godziny spakowałem się i wraz z obstawą ruszyłem do Lublina. Tam na dworcu poczekali, aż wsiądę do pociągu i odeszli. Stamtąd pierwsza nieudana próba przekroczenia granicy przez Szklarską Porębę. Pozorowaliśmy handlarzy przygranicznych, miałem trochę rąbanki i spirytusu. Na przejściu w Wieńcu Zdroju (dzisiaj Sieradowie Zdroju) złapali mnie, ale udało mi się ich przekupić i dzięki fałszywym dokumentom umknąłem i tym razem. Wtedy wybrałem inną drogę, ale już nie winowską, bo u nas organizowane były przerzuty, ale ja nie dowierzałem. Z chwilą, gdy aresztuje się tak łatwo naszych przywódców, oznacza to przeciek. Moja droga wiodła przez Szczecin, była straszna, dzisiaj gdybym miał to powtórzyć chyba bym się nie zdecydował, ale wtedy trzeba było ryzykować. Przez pewien czas byłem na barce, nade mną dobre parę ton węgla, a do oddychania tylko rurka. Tak przekroczyłem granicę. Gdy minąłem pewną strefę, zjechałem barką w dół do Frankfurtu. Po wielu perypetiach udało mi się przedostać do strefy angielskiej, a później amerykańskiej. Tam powołałem się na znajomość z korespondentem amerykańskim Derek’iem Selby, sprawdzili. Potem przeszedłem przez obóz przejściowy dla emigrantów. Wreszcie samolotem dostałem się przez „korytarz powietrzny” do Mannheim. Na lotnisku miałem wspaniałe przyjęcie. Po niedługim czasie zdecydowałem się na wyjazd do Francji, proponowali mi też inne państwa. W Austrii potrzebowali farmerów (zrobiłem nawet na wszelki wypadek „certyfikat farmera”). Amerykanie przyznali mi stypendium i proponowali wyjazd do Stanów. Odmówiłem. Nie wiedziałem co przyniesie życie, wolałem Francję, bo z niej nawet na piechotę do domu powrócę. To był ten rzeczywisty powód.

S.G.: Pana życie we Francji i działalność w środowiskach niepodległościowych.

H.L.: Dokładnie 22 lipca 1948 roku przybyłem z transportem, jak wielu innych do fabryki w środkowej Francji niedaleko Lyonu. Na początku wykonywałem najcięższe prace fizyczne. Z czasem gdy poznałem język, zdałem maturę i ukończyłem studia zacząłem piąć się po drabinie społecznej. Aż w końcu zostałem dyrektorem Centrum Usług Informatycznych, funkcję tą pełniłem do emerytury. Tym awansem społecznym chciałem zapracować na wizerunek jaki pozostawiłem po sobie w Polsce. W trudnych chwilach tylko we wspomnieniach znajdowałem oparcie. Przez cały ten czas nie przestałem działać w środowiskach niepodległościowych. Osobiście znałem gen. Maczka, którego po
dczas wizytacji gościłem u siebie. Z gen. Andersem miałem trzykrotnie tzw. odprawy. Byłem prezesem młodzieży na środkową Francję. Byliśmy bardzo związani z tym co się dzieje w Polsce i na świecie. Był okres, szczególnie po wybuchu wojny koreańskiej, gdy sądziliśmy, że wybuchnie konflikt, co w naszym egoistycznym przekonaniu wydawało się jedyną drogą do odzyskania niepodległości. Wtedy nasza aktywność wzrosła, przechodziliśmy przeszkolenia wojskowe. W razie ewentualnej wojny byłem przewidziany na dowódcę na terenie Lubelszczyzny.

S.G.: Pana związek z partią prezydenta Jacquesa Chiraca.

H.L.: Partia Chiraca była tym co mi najbardziej odpowiadało programowo i ideowo. Wiadomo było, że tacy jak ja nie mogą pozostać na uboczu przemian, które już się dokonywały. Myślałem i okazało się to słuszne, że gdy powrócę, to te kontakty pomogą w nawiązaniu przyjaznych stosunków z Francją. Uważałem, iż dobrze mieć znajomych wśród ludzi, którzy tam coś znaczą. Dzięki tym kontaktom miałem okazję przyjechać do Polski w 1970 roku jako doradca premiera. Władze polskie postawiły jednak warunek – żebym zrzekł się obywatelstwa polskiego. To była cena, której nie mogłem zapłacić i na przyjazd do kraju czekałem jeszcze 20 lat.

S.G.: Mając ustabilizowane życie we Francji zdecydował się Pan wrócić. Dlaczego?

H.L.: Ja cały czas wiedziałem, że wrócę. Nie wyobrażałem sobie, by mogło być inaczej. Bo co wtedy, mówiliby, że „Młot” ma dobrze i Ojczyznę ma w nosie. Nie mogłem na to pozwolić. Granicę w Zgorzelcu przekroczyłem 4 lipca 1992 roku. Dla niektórych popełniłem wielką zbrodnię – odważyłem się powrócić. Jestem jedynym dowódcą tego typu oddziałów w Polsce, który nie otrzymał awansu od 1944 roku. Ale cieszę się, że choć w pewnym stopniu zostało dokonane zadośćuczynienie w stosunku do wielu moich kolegów.

S.G.: Co Pan sądzi o zakłamaniu historii powojennej Polski, za szczególnym uwzględnieniem działalności WiN?

H.L.: Obecnie chce się nagiąć historię swoich politycznych i ideologicznych poglądów. Teza „wojny domowej” jest wyssana z palca. Jakże można porównywać sytuację powojennej Polski z wojna domową w Hiszpanii, gdzie to naród był podzielony ideologicznie. A z kim walczyliśmy u nas? Z obcym najeźdźcą i przybudówkami NKWD, bo czym było UB i MO? Oni poszli na współpracę, widząc w tym osobiste korzyści, teraz o tym zapominają. A myśmy walczyli o wolną i niezawisłą Polskę. Dzisiaj po tylu latach można powiedzieć, że moje pokolenie wskazało drogę i później poprzez zrywy lat 1956, 1970, 1980 i po 45 latach późno, ale jednakże kraj nasz odzyskał wolność. I tutaj taka moja osobista refleksja – chyba nie o taką Polskę walczyliśmy. Ale to co mamy jest wystarczające. Ci co złożyli ofiarę życia, po to byśmy mogli być ludźmi wolnymi zasłużyli na dobrą pamięć. To cośmy widzieli w Sejmie – wystąpienie pana Pastusiaka i innych to skandal. Ci starcy, którzy tam przyszli chcieli tylko bardzo skromnej zapłaty, uznania, że dobrze służyli Ojczyźnie. Teza o „wojnie domowej” była dla nich policzkiem i proszę się im nie dziwić, że wszyscy wstali i odeszli. Należy działać tak, by już żadne pokolenie nie musiało dawać takich wyrazów przywiązania do Ziemi Ojczystej jak moje. By szansę tę wykorzystać trzeba przede wszystkim wzbogacać się intelektualnie i być wiernym pewnym wartościom np. poszanowanie drugiego. I z chwilą, gdy ten szacunek będzie miał miejsce to będzie przyjęty, a wiemy jak to dzisiaj wygląda. Ja osobiście jestem przekonany, że prawda wreszcie zwycięży.

Kwiecień 2001 r.

Czytaj więcej nt. por. „Młota”:
1.Por. Henryk Lewczuk „Młot” i uderzenie na Hrubieszów – 27/28 V 1946 r. – część 1>
2.Por. Henryk Lewczuk „Młot” i uderzenie na Hrubieszów – 27/28 V 1946 r. – część 2>
3.Por. Henryk Lewczuk „Młot” i uderzenie na Hrubieszów – 27/28 V 1946 r. – część 3>

Rozmowa z por. „Młotem” – część 1>
Strona główna>

Pomnik Żołnierzy Wyklętych

Deklaracja budowy Pomnika Żołnierzy Wyklętych

Deklaracja powołująca Komitet Budowy Pomnika Żołnierzy Wyklętych została podpisana w środę podczas konferencji prasowej w Warszawie, w siedzibie Sejmu RP. Pomnik upamiętniający żołnierzy antykomunistycznego podziemia ma stanąć w Sopocie.

W skład Komitetu wchodzą prezes IPN, Janusz Kurtyka, prezes Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, Czesław Cywiński, szef Urzędu ds. Kombatantów, Janusz Krupski, prezes Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych, Bogdan Szucki, prezydent Sopotu, Jacek Karnowski, historyk z IPN, Piotr Niwiński oraz posłowie PiS: Leszek Dobrzyński i Stanisław Pięta. – Żołnierze wyklęci byli przez lata wymazywani z kart historii przez reżim komunistyczny. Dopiero pod koniec lat 90. historycy zainteresowali się bliżej ich losami, przywracając ich społecznej pamięci. Na naszych oczach termin "wyklęci" staje się terminem pełnym gorzkiej dumy, synonimem ruchu oporu i walki do samego końca – powiedział prezes IPN, Janusz Kurtyka.

Pomnik Żołnierzy Wyklętych ma stanąć w Sopocie, ponieważ właśnie z tym miastem związali się po ewakuacji z Wileńszczyzny członkowie tamtejszego podziemia niepodległościowego. Najbardziej znanym z przywódców tego podziemia jest mjr Zygmunt Szendzielarz ps. Łupaszka. To właśnie on oraz czterech jego podkomendnych znaleźli się na wykonanym w 1945 roku zdjęciu, które ma stać się podstawą koncepcji plastycznej pomnika. Na rewersie obelisku zostaną umieszczone nazwiska pozostałych znanych historykom przywódców podziemia niepodległościowego.

Budowa pomnika sfinansowana zostanie głównie ze składek społecznych, ze zbiórki publicznej w szkołach, samorządach i organizacjach
patriotycznych. To pozwoli przy okazji upowszechnić ideę – tłumaczy
jeden z inicjatorów sopockiego pomnika, poseł PiS Stanisław Pięta. I
dodaje: – Nieważne, jak mocno część mediów będzie nas opluwać. Spłynie
to po nas jak po kaczkach. Jest w narodzie chęć i siła, by doprowadzić
do budowy tego pomnika.

Podpisaniu deklaracji powołującej Komitet Budowy Pomnika towarzyszyła prezentacja "Atlasu polskiego podziemia niepodległościowego 1944-1956". Wydawnictwo powstałe w IPN zawiera bogaty zestaw map, diagramów, zdjęć oraz artykułów przedstawiających historię walk organizacji niepodległościowych przeciwko komunistycznemu zniewoleniu w latach 1944-1956.

Poniżej pełny tekst deklaracji podpisanej w Sejmie 9 maja 2007 r.

Deklaracja budowy Pomnika Żołnierzy Wyklętych

Kapitulacja Niemiec w maju 1945 roku nie przyniosła Polsce ani wolności ani pokoju. Nasz kraj znalazł się pod sowiecką okupacją. Komunistyczny terror realizowany przez służby sowieckie oraz ich polskich kolaborantów zbierał krwawe żniwo. Tysiące Polaków wolnością i życiem płaciło za wierność Wolnej Polsce.
Przeciwko sowieckiej okupacji, przeciwko narzuconemu przemocą ustrojowi komunistycznemu wystąpili zbrojnie żołnierze polskiego podziemia niepodległościowego, którzy podjęli nierówną walkę w imię wolności i honoru.
Ich wysiłek i ofiara były przez lata szkalowane i skazane na zapomnienie.
Dziś podejmujemy inicjatywę budowy pomnika Żołnierzy Wyklętych, pragnąc wyrazić im swój szacunek i uznanie.
Niechaj Żołnierze Wyklęci będą wzorem patriotyzmu i poświęcenia dla następnych pokoleń Polaków.
Cześć Ich pamięci!

Podstawa koncepcji plastycznej pomnika „Żołnierzom Wyklętym” – zdjęcie wykonane na Białostocczyźnie w 1945 r. Kadra V Brygady Wileńskiej AK. Stoją od lewej: ppor.cz.w. Henryk Wieliczko "Lufa", por. Marian Pluciński "Mścisław", mjr Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka", wachm. Jerzy Lejkowski "Szpagat", ppor. Zdzisław Badocha "Żelazny".

Strona główna>

Śmierć rotmistrza Pileckiego w TVP 1

przedstawi dzisiaj – 14 maja o godz. 21:30, spektakl „Śmierć rotmistrza Pileckiego” w reżyserii Ryszarda Bugajskiego.

Spektakl jest rekonstrukcją trzech najtragiczniejszych lat życia rotmistrza Witolda Pileckiego. Uczestniczył on w wojnie polsko-bolszewickiej, z własnej woli znalazł się w obozie koncentracyjnym Auschwitz. Po ucieczce walczył w powstaniu warszawskim i we Włoszech w oddziałach gen. Andersa. Po powrocie do Polski został aresztowany, fałszywie oskarżony i stracony. W opowieść o jego losach wpleciony jest również dramat innych oskarżonych Tadeusza Płużańskiego, Marii Szelągowskiej, Ryszarda Jamontta-Krzywickiego, a także żony, córki i kuzynki Pileckiego.

"Honor? Jaki honor? Tutaj nie ma honoru! Tu nie jest przedwojenna podchorążówka, to jest więzienie Urzędu Bezpieczeństwa w Polsce Ludowej!" – pułkownik UB Józef Różański nie kryje wściekłości. Mimo długich miesięcy bicia i torturowania podczas brutalnych przesłuchań nie udało mu się złamać więźnia. Wprawdzie skatowany rotmistrz Witold Pilecki jest teraz ledwie cieniem dumnego oficera, lecz nadal nie poddaje się woli Różańskiego. I nie chce przyznać w toczącym się pokazowym procesie, że szpiegował na rzecz obcego mocarstwa i planował zamachy na wysokich urzędników państwowych. Rotmistrz domyśla się już, że nie uniesie cało głowy. Do końca jednak stara się osłaniać innych oskarżonych i pozostać wiernym temu, co uważał za najważniejsze: Bogu, Honorowi, Ojczyźnie.


Pilecki uchodzi za jednego z najodważniejszych i najwierniejszych żołnierzy, jakich wydała II Rzeczpospolita, o imponującym szlaku bojowym. W czasie wojny 1920 roku odznaczył się w walkach z bolszewikami o Wilno. Po klęsce wrześniowej kontynuował walkę w szeregach Polskiego Państwa Podziemnego. We wrześniu 1940 roku dobrowolnie pozwolił Niemcom aresztować się podczas łapanki i wywieźć do Oświęcimia. Celem było zdobycie informacji o obozie oraz zorganizowanie w nim konspiracji. W Auschwitz Pilecki przebywał ponad dwa lata, planując także zbrojne uwolnienie więźniów. Po ucieczce z obozu wziął udział w powstaniu warszawskim. Los rzucił go następnie do Włoch, gdzie rotmistrz dołączył do II Korpusu Polskiego generała Andersa. Stąd wyruszył w swoją ostatnią podróż – do komunistycznej Polski.


Dramat Ryszarda Bugajskiego stanowi rekonstrukcję trzech najbardziej tragicznych lat życia Witolda Pileckiego. Akcja sztuki rozgrywa się w Warszawie, na sali sądowej, w zawilgoconych podziemiach więzienia przy ulicy Rakowieckiej, w strasznych pokojach przesłuchań, gabinetach sędziego i prokuratora, wreszcie w celi oskarżonego. Sam rotmistrz swoje śledztwo określał jako bardziej okrutne niż pobyt w Oświęcimiu. W 1948 roku został skazany na karę śmierci i stracony.


Bolesław Bierut nie zgodził się na ułaskawienie, Józef Cyrankiewicz zaaprobował karę, odmówił poparcia prośby o ułaskawienie. Pilecki za swą niezłomność zapłacił życiem oraz piętnem "bandyty" i "szpiega". Nieznane jest nawet miejsce jego pochówku. Do roku 1989 wszelkie informacje o dokonaniach i losie Pileckiego podlegały w PRL ścisłej cenzurze. Dopiero w 1990 r. został on zrehabilitowany. W opowieść o losach bohaterskiego rotmistrza twórcy spektaklu wplatają również dramat innych oskarżonych: Tadeusza Płużańskiego, Marii Szelągowskiej, Ryszarda Jamontta-Krzywickiego. Wśród osób dramatu są także członkowie rodziny Pileckiego: żona, córka, kuzynka.

Reżyseria – Ryszard Bugajski, scenografia i kostiumy – Anikó Kiss, muzyka – Paweł Szymański, zdjęcia – Piotr Śliskowski P.S.C., montaż – Ewa Różewicz

Obsada: Marek Probosz – Oskarżony rotmistrz Witold Pilecki, Marek Kalita – Sędzia podpułkownik Jan Hryckowian, Andrzej Niemirski – Prokurator major Czesław Łapiński i in.

Strona główna>