Gdzie pochowano "Ognia"? – część 5 (1/2)


To może być grób „Ognia”!

Zastanawiające jest, że tylko w tym jednym przypadku – paki ze szczątkami „Wiarusów” i niejakiego Kazimierza Kryszczały, w dokumentacji cmentarnej jest adnotacja: ekshumacja zabroniona.

Dziesiątki dokumentów, rozmów, wyznań; śladów i tropów; domysłów i hipotez. To reporterski kapitał zebrany w ciągu niespełna dwóch miesięcy poszukiwań miejsca pochówku Józefa Kurasia „Ognia”. Nie przypuszczałam, że tak wielu ludzi w różnym wieku interesuje się tą postacią. W domowych archiwach mieszkańców Krakowa, Podhala i Rzeszowszczyzny natrafiłam na fotografie, legitymacje, dzienniki, które mogą być ozdobą muzealnych ekspozycji. Jedną z tych osób jest chirurg – dr Andrzej Ślęzak, dyrektor Szpitala im. Stefana Żeromskiego w Nowej Hucie. Informacje, które zebrał, dokumenty, które zgromadził, mogą stanowić przełom w moim dziennikarskim śledztwie. Opuszczałam dyrektorski gabinet z wypiekami na twarzy.

Andrzej Ślęzak przybył do Nowej Huty z Kamienia Pomorskiego. Ale urodził się w Krakowie. Jego dziadek w okresie międzywojennym był dyrektorem Ogrodu Botanicznego. 27 lutego 1950 roku, gdy miał zaledwie półtora roku, stracił ojca. Matka spakowała skromny dobytek i wyjechała do Katowic. Do Krakowa wróciła tylko raz. Na pogrzeb męża. Nigdy nie powiedziała mu, kim był, co robił i w jakich okolicznościach zginął. Tę tajemnicę zabrała do grobu. Jeszcze jako młody chłopak starał się nakłonić dziadków i znajomych matki do zwierzeń. Niewiele mogli mu powiedzieć. M.in. to, że wiadomość o śmierci ojca przekazali matce dwaj mężczyźni w długich płaszczach. Powiedzieli tylko tyle, że miał wypadek samochodowy i znaleziono go w rowie, koło kościółka św. Krzyża na Obidowej. Podobno jechał samochodem marki Skoda z Nowego Targu do Krakowa.
– Gdy dorosłem, próbowałem prowadzić śledztwo na własna rękę – opowiada dr Andrzej Ślęzak. – Zastanawiałem się, kto wysłał ojca w tę ostatnią dla niego podróż, dlaczego zginął? Był taki moment, że zastanawiałem się, czy aby nie pracował w UB? Cierpłem na samą myśl o tym. Odetchnąłem, gdy po sprawdzeniu wszystkich możliwych dokumentów okazało się, ze razem z mamą byli akowcami. Jeden z przyjaciół rodziców opowiedział mi, jak wyglądał pogrzeb. Była to bardzo skromna uroczystość, podczas której nieznany pozostałym żalobnikom mężczyzna w pelisie podszedł do mamy i wręczył jej kopertę z pieniędzmi. Gdy zdumiona pytała „Co to jest?; za co?”, odpowiedział krótko: „Za to, że pani nie otwierała trumny”.

Dr Ślęzak do dzisiaj nie wie, z jaką misją tego feralnego dnia marca 1950 roku jechał jego ojciec. Ktoś, kiedyś w jego obecności wysunął hipotezę, że Sobiesław Ślęzak został zastrzelony przez ludzi „Ognia”. Rzekomo przez pomyłkę. W tym miejscu i o tej porze spodziewano się podobno starosty nowotarskiego. W taki oto sposób pojawił się w jego życiu Józef Kuraś.
– Zacząłem szukać żyjących jeszcze ludzi „Ognia”. Z niektórymi nawet się zaprzyjaźniłem – kontynuuje osobiste zwierzenia. – Wtedy upadła hipoteza, że ojciec zginął z rąk ogniowców. Ale zainteresowanie postacią Józefa Kurasia pozostało. Później, poniekąd dzięki księdzu prof. Tischnerowi, przerodziło się w fascynację. Ksiądz profesor traktował „Ognia”, ogniowców jako zjawisko, świadectwo tamtej epoki. Tym samym wskazał drogę takim jak ja, którzy interesują się najnowszą historią Polski. Zbierając dokumentację związaną nie tylko z tym dowódcą i jego oddziałem, czuję się jak tropiciel w amazońskiej dżungli: mrocznej, pełnej tajemnic, czyhających wokół niebezpieczeństw. W tym gąszczu wątków, spraw i ludzi łatwo o potknięcie, czasem nawet o siniaka. Ale tym bardziej pasjonuje mnie ta droga. Jej koniec to dla mnie odszukanie szczątków „Ognia”. Jestem pewien, że się odnajdą i że pustą dzisiaj mogiłę pokryją wieńce – przekonuje mój rozmówca.

Będąc mieszkańcem Wybrzeża, urlopy, a nawet dłuższe weekendy spędzał na Podhalu. Tak jest zresztą do dziś. Wędrował po górach, ale przede wszystkim odwiedzał miejsca związane z „Ogniem”. Ma kilka albumów zdjęć, wśród których wiele to fotografie unikatowe. Przedstawiają np. chałupę, w której urodził się Józef Kuraś; tę, w której ukrył się podczas zasadzki, oraz drewniany domek, w którym go osaczono. Uwiecznił krzyże i pomniki związane z tą postacią, nie pomijając obelisku po słowackiej stronie Tatr, opatrzonego inskrypcjami niepochlebnymi dla „Ognia” i ogniowców.

Ostrowsko. Dom, w którym osaczono i schwytano "Ognia", 21 lutego 1947 r.

Zna wszystkie publikacje o Józefie Kurasiu. Zarówno oficjalne, jak i wydane w drugim obiegu. Zgromadził, wszystkie książki na jego temat. Ma takie pozycje, których próżno szukać w Bibliotece Jagiellońskiej. Np. pierwsze wydanie książki, napisanej przez agenta UB, w której jest zdjęcie „Ognia” na marach! W żadnej innej publikacji nie ma tej fotografii. Mało kto ją w ogóle widział! Mając w pamięci to zdjęcie, próbował odtworzyć ostatnie chwile z życia „Ognia”. Wyniki tego śledztwa pokrywają się z ustaleniami prokuratorów z IPN. Ale tylko do momentu, gdy ciało Józefa Kurasia przywieziono na dziedziniec budynku, w którym mieścił się Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa w Krakowie.
– Sprawdzałem jeden z tropów, którymi podążali prokuratorzy, zastanawiając się, czy ciała „Ognia” nie wrzucono po prostu do Wisły. Dotarłem do karty zgonu mężczyzny, którego zwłoki wyłowiono z rzeki tuż po śmierci Józefa Kurasia. Oto on – wskazuje ów dokument. – Proszę zwrócić uwagę, że jeszcze w 1947 roku posługiwano się niemieckimi drukami, bo nie było polskich. Dokonujący oględzin lekarz napisał po łacinie, że ów NN, czyli mężczyzna o nieustalonych personaliach, miał rany kłute klatki piersiowej i tułowia z przebiciem aorty, serca i płuc. Po lewej stronie krwawy wylew w płucach. A więc był to fałszywy tropi bo topielec nie miał rany postrzałowej. Obrażenia na ciele wskazywały, że pchnięto go nożem. Mniej więcej w tym czasie z Wisły wyłowiono drugiego topielca o nieustalonych personaliach. Sprawdziłem. To był wisielec. Ten etap swoich poszukiwań podsumowuje krótko: – Wróciłem do punktu wyjścia.

Na nowo zaczął wertować książki i artykuły, w których różne osoby próbowały sugerować, co UB zrobiło z ciałem „Ognia”. Jeszcze raz przeczytał wspomnienia Stanisława Wałacha, ówczesnego naczelnika wydziału do wałki z bandytyzmem w WUBP w Krakowie, który pisał, że ciało przekazano do Wydziału Lekarskiego UJ jako zwłoki nieznanego mężczyzny. A poniżej sentencję: „po Józefie Kurasia, nie licząc ludzkich krzywd, nie pozostał żaden materialny ślad”.
Dr Andrzej Ślęzak poszedł tym tropem. Na początek założył, że martwemu „Ogniowi” odcięto głowę i dłonie. To była metoda wcale nierzadko wówczas stosowana. Przypomina losy jednego z ostatnich partyzantów Wolnej Rzeczpospolitej Józefa Franczaka o pseudonimie „Laluś”, którego zabito w 1963 roku, po czym z
włoki pozbawiono głowy i dłoni. – Wiadomo, że na dłoniach są linie papilarne, a w głowie zęby. Chodziło o to, aby „Laluś” nie został rozpoznany, bo nie ma dwóch osobników o takim samym uzębieniu i dwóch o takich samych liniach papilarnych. Jeśli więc, tak jak zapewniał Wałach, ciało „Ognia” przekazano do Akademii Medycznej, to zapewne najpierw odcięło mu głowę i dłonie. Głowa gdzieś musiała trafić – dywaguje mój rozmówca. Jedna z osób, które interesowały się losami „Ognia”, sugerowała mu, że być może czaszka partyzanckiego dowódcy leży do dziś wśród innych eksponatów. Dr Ślęzak uważa, że to niemożliwe. Wyjaśnia fachowo, że pokrywa ludzkiej czaszki składa się z kilku półpłaskich kości, Są one powiązane ze sobą nie tylko skórą, ale też więzozrostami, zbudowanymi z tkanki łącznej, które znajdują się w tzw. szwach. Czaszki nie przechowuje się w całości dlatego, że po jakimś czasie te więzozrosty wysychają. Zostaje struktura kostna, która rozpada się na kawałki nawet bez mechanicznych urazów.
– Uznałem, że nie ma sensu szukać czaszki. Ale jest wielce prawdopodobne, że ciało „Ognia” zostało pokawałkowane i w formie preparatów trafiło do krakowskiej Akademii Medycznej. Jednakże nie – jak sugerują prokuratorzy z IPN – do Zakładu Medycyny Sądowej, ale na Anatomię Opisową – stwierdza dr Andrzej Ślęzak. Następnie opowiada, jak wygląda cykl wykorzystywania szczątków ludzkich w AM. Przytoczenie tego nieco drastycznego opisu jest konieczne, aby prześledzić tok rozumowania dr. Ślęzaka i stawiane przez niego hipotezy.
– Otóż, części ludzkiego ciała, jako odrębne organy – np. kończyna górna, dolna, tułów – są wykorzystywane do ćwiczeń – wyjaśnia mój rozmówca. – Studenci uczą się, co jest bezpośrednio pod skórą, pod tkanką podskórną, pod powięzią, pod mięśniami i np. na brzuchu, pod otrzewną, itd. Wieczorem wszystkie szczątki ludzkie są wkładane do formaliny, żeby się nie zepsuły. Gdy już dostatecznie się je wyeksploatuje, trzeba coś z nimi zrobić. Jeżeli ktokolwiek z profesorów albo innych pracowników akademii byłby wtajemniczony przez UB i wiedział, że wśród preparatów są szczątki Józefa Kurasia, mógłby je łatwo zniszczyć, wrzucając do kwasu solnego lub siarkowego. Rozpuszczone mógł wpuścić do kanału ściekowego. Ale jeżeli nikt o tym nie wiedział, co jest bardziej prawdopodobne, szczątki „Ognia” wraz z innymi włożono do tzw. paki i pogrzebano.

Gdzie pochowano "Ognia" – część 5 (2/2)>

Strona główna>

Gdzie pochowano "Ognia" – część 5 (2/2)

Dr Andrzej Ślęzak …

Dr Andrzej Ślęzak postanowił zbadać, czy w okresie kilku tygodni po śmierci „Ognia” na krakowskich cmentarzach pochowano jakieś zwłoki bez dokumentacji. Na podstawie analizy ksiąg pochowań, indeksów zmarłych, ksiąg kwater, dokumentacji pogrzebowych stwierdził, że wszystkie groby z okresu od 21 do 28 lutego 1947 są regularnie opłacane i przynajmniej w dokumentacji nie ma żadnej zaniedbanej mogiły. Następnie zainteresował się tym, czy od 1 stycznia 1947 do 1950 r. do Zakładu Usług Komunalnych, któremu podlegały wówczas krakowskie cmentarze, trafiły jakieś transporty ze szczątkami z Zakładu Anatomii Opisowej AM. A jeśli tak, to co się z nimi stało. Dzięki uprzejmości współpracowników i kolegów zdobył bardzo interesujące informacje. Okazało się, że w 1947 roku na cmentarz Rakowicki kilkakrotnie przywożono szczątki ludzkie oznaczone jako N.N. Trafiły tu z Zakładu Medycyny Sądowej (poprzez Szpital Narutowicza) i bezpośrednio ze Szpitala św. Łazarza. W księgach cmentarnych figurują jako tzw. paka. Jeden transport szczątków przywieziono sanitarką z Zakładu Medycyny Opisowej (Anatomia) w listopadzie 1947 roku. W archiwum cmentarnym zachowały się akty zgonu dwu z pięciu osób z tego transportu. Figurują tam pełne dane osobowe. Jedna z tych osób była rolnikiem. W 1976 r. roku, kwaterę gdzie je pogrzebano, przekopano.

Aktualnie pochowany jest tam Antoni Lachowicz – pilot z Lotniczego Pogotowia Sanitarnego. Kolejny transport zwłok z Zakładu Medycyny Opisowej trafił na cmentarz Rakowicki 30 stycznia 1948 roku. W tej pace były zwłoki ośmiu mężczyzn. Zgodnie z załączoną dokumentacją pięciu z nich zmarło jednego dnia – 4 listopada 1947 roku. Przy trzech nazwiskach wymieniono partyzanckie pseudonimy. Zaintrygowany tą informacją dr Andrzej Ślęzak poprosił Bolesława Derenia, specjalizującego się w najnowszej historii Polski, o sprawdzenie danych tych osób. Okazało się, że „Zemsta”, „Huragan” i „Wicher” istotnie zginęli 4 listopada 1947 r. na stacji kolejowej Lasek koło Nowego Targu. Nie wiadomo tylko, czy w potyczce z silami bezpieczeństwa czy też była to egzekucja. Czwarty z mężczyzn, partyzant posługujący się kilkoma pseudonimami, został zabity trzy dni wcześniej. Natomiast piąty – niejaki Kazimierz Kryszczała, nie figuruje w żadnym przekazie źródłowym, dotyczącym
„Ognia” czy „Wiarusów” (oddział partyzancki w rejonie wadowickim, do którego należeli również byli ogniowcy).
– To może być on – Józef Kuraś „Ogień” – wykrzyknęłam po wysłuchaniu tej historii. Takiego samego zdania jest dr Andrzej Ślęzak, któremu udało się odnaleźć kwaterę, gdzie zakopano pakę z „Wiarusami” i niejakim Kryszczałą. Wedle materiałów źródłowych w styczniu 1970 roku przekopano ten grób. Spoczywa tam małżeństwo Sobczaków. Jest jednak bardzo prawdopodobne, że wciąż znajdują się tam szczątki „Ognia”! Dr Ślęzak ustalił, że w 1948 roku na cmentarz Rakowicki trafiły z Zakładu Medycyny Opisowej jeszcze 4 inne transporty szczątków ludzkich. Jednak żadna z tych pak nie ma równie interesującej historii. Intrygujące jest również to, że tylko w tym jednym wypadku – przy transporcie paki ze szczątkami „Wiarusów” i Kazimierza Kryszczały – w dokumentacji cmentarnej jest adnotacja: ekshumacja zabroniona.
Podobne przesyłki z Zakładu Anatomii Opisowej trafiały jeszcze kilkakrotnie na cmentarz Rakowicki w latach 1948-51. Natomiast w archiwach innych cmentarzy nie natrafiono na informacje o pakach. Nigdzie też nie ma jakichkolwiek adnotacji, sporządzonych przez Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego. W archiwum Zarządu Cmentarzy Komunalnych jest tylko notka o ekshumacji nadzorowanej przez UB w 1948 roku. Dotyczyła ona szczątków żołnierzy niemieckich, które przenoszono z cmentarza Wojskowego przy ul. Prandoty do jednej wspólnej mogiły.

Dr Andrzej Ślęzak obok pustej mogiły Józefa Kurasia "Ognia".

Po wysłuchaniu relacji z przebiegu prywatnego śledztwa dr Andrzeja Ślęzaka można zadać pytanie: czy Kazimierz Kryszczała to postać wymyślona przez UB? A jeśli tak, to czy w ten sposób starano się zamaskować miejsce pochówku szczątków „Ognia”? Pochodną tej zasadniczej kwestii jest sprawa ewentualnej ekshumacji. Czy jest możliwa? Czy istnieje choć cień szansy, że po przekopaniu grobu znajdziemy w nim szczątki, ludzi, pogrzebanych tam przed 56 laty? Na to pytanie muszą odpowiedzieć specjaliści. Dr Andrzej Ślęzak wierzy, że poszedł właściwym tropem. Ma nadzieję, że dane mu będzie uczestniczyć w pogrzebie „Ognia”. Takie samo pragnienie niejednokrotnie wyrażał ks. prof. Józef Tischner. W pamiętnym artykule pt. „Sprawa Józefa Kurasia »Ognia«”, opublikowanym w połowie lat 90. na łamach „Tygodnika Powszechnego”, ten szanowany powszechnie kapłan, pochodzący i mocno związany z Podhalem, pisał:
"Jest coś takiego w Europie, jak „ethos żołnierski”, który nakazuje szacunek dla zwyciężonych. W przypadku „Ognia” i jego ludzi to było niemożliwe. […] Naprzeciw europejskiemu etosowi walki wyszła bowiem stalinowska koncepcja „im bliżej szczęścia, tym więcej wrogów”. Między innymi dlatego „Ognia” pozbawiono grobu. A jego ciało w dziwny sposób zniknęło. Dlaczego miał nie mieć grobu? Jeśli był bandytą, niech ludzie plują na grób bandyty. Widać jednak nie. W tym życiu i śmierci musiało tkwić coś autentycznego, co było groźne dla ówczesnej władzy. Bo trup mógł pewnego dnia ożyć. Dlatego Józef Kuraś nie ma grobu".
Grób „Ognia” już jest. Na cmentarzu w Waksmundzie, gdzie leżą jego podkomendni. Wciąż jednak stoi pusty…

GRAŻYNA STARZAK, [email protected] , tel: 606-28-58-79
Dziennik Polski, Nr 90 (18186), 16.04.2004

Gdzie pochowano „Ognia”? – 5 (1/2) < część > 6 (1/2)
Gdzie pochowano "Ognia"? – część 1>

Strona główna>

Pomnik „Żołnierzom Wyklętym” we Włodawie

WŁODAWA – „Żołnierzy Wyklętych” jednak upamiętnimy !!!

28 kwietnia 2008 r. we Włodawie odbyła się XIX Sesja Rady Miejskiej, na której podjęto uchwałę o budowie przez warszawską Fundację „Pamiętamy” pomnika poświęconego poległym i pomordowanym w latach 1945-1955 żołnierzom i współpracownikom oddziału partyzanckiego Obwodu AK-WiN Włodawa, dowodzonego przez braci: por. Leona Taraszkiewicza ps. „Jastrząb” i ppor. Edwarda Taraszkiewicza ps. „Żelazny”.

„Włodawa niecała czerwona” – tym emocjonalnym zwrotem wiceprzewodnicząca Rady Miejskiej Mirosława Dynkiewicz zachęcała swoich kolegów radnych do głosowania za uchwałą w sprawie zgody na budowę pomnika.
Apel poskutkował – za było 9 radnych, przeciw 5*. Eugeniusz Omelczuk wstrzymał się od głosu.

*Przeciwni budowie pomnika byli radni z tzw. lewicowego klubu radnych: Andrzej Ryszbyły oficer LWP, I sekretarz Komitetu Miejskiego PZPR podczas stanu wojennego i członek Komitetu Wojewódzkiego PZPR, obecnie SLD, Edward Morawski, Marek Flis oraz Anna Jarosiewicz.
Piątym oponentem była radna Joanna Szczepańska, która ostentacyjnie
zażądała wpisania do protokołu obrad sesji informacji, że głosowała na NIE.
Radni ci, chcąc zablokować jakąkolwiek dyskusję na temat inicjatywy i możliwość wypowiedzenia się w tym temacie przedstawiciela Instytutu Pamięci Narodowej, jeszcze na tydzień przed sesją zgłosili wniosek o zdjęcie z porządku obrad punktu dotyczącego budowy pomnika, mimo że miesiąc wcześniej, na komisjach Rady Miasta, w obecności prezesa Fundacji „Pamiętamy” nie zgłaszali większych zastrzeżeń. Wniosek o zdjęcie punktu z porządku obrad był tym bardziej perfidny, że zgłaszający doskonale wiedzieli o przyjeździe na obrady Rady Miasta przedstawicieli Fundacji i kierownika Referatu Badań Naukowych OBEP IPN w Warszawie Kazimierza Krajewskiego.

Uchwała wywołała w trakcie sesji kilka krytycznych uwag przeciwników budowy tego pomnika. Radna Joanna Szczepańska wykazała się „wzruszającą” wręcz empatią dla potomków ubeków, donosicieli i komunistycznych aparatczyków, stwierdzając, że jeszcze zdecydowanie za wcześnie na tego typu monument, gdyż żyją wciąż rodziny tych, którzy zginęli z rąk oddziału „Jastrzębia” i „Żelaznego”. Tym samym okazała zupełną pogardę uczuciom rodzin kilkudziesięciu poległych i pomordowanych partyzantów, które do dnia dzisiejszego nie mają gdzie zapalić świeczki i zmówić modlitwy, bo ubeccy oprawcy pogrzebali ich bliskich w nieznanych miejscach. Radny Andrzej Rysz twierdził, że być może Włodawa nie jest najlepszym miejscem na upamiętnienie tych partyzantów, bowiem walczyli oni i żyli głównie poza miastem, która to „twórcza myśl” była jaskrawym przykładem wręcz żenującej ignorancji.
Wszelkie wątpliwości rozwiali podczas sesji eksperci: Prezes Zarządu Fundacji „Pamiętamy” mecenas Grzegorz Wąsowski i dr Kazimierz Krajawski, Kierownik Referatu Badan Naukowych OBEP IPN w Warszawie, jeden z najwybitniejszych znawców problematyki powojennego podziemia. Przewodniczący Rady Miejskiej Romuald Dydiuk starał się przekonać radnych do wyrażenia zgody na budowę pomnika. Zdecydowanie ideę powstania pomnika, który przypomnijmy zostanie wzniesiony wyłącznie za pieniądze Fundacji, poparł również najmłodszy radny Mariusz Zańko. Wspomniał, że od zawsze kierował się w życiu ideałami marszałka Józefa Piłsudskiego i całym sercem jest za upamiętnieniem bohaterskich żołnierzy walczących z reżimem komunistycznym.
Ostatecznie uchwała w sprawie wzniesienia pomnika stała się faktem. Za wzniesieniem pomnika głosowali radni: Romuald Dydiuk – przewodniczący RM, Mirosława Dynkiewicz – wiceprzewodnicząca RM, Krzysztof Jarząbek, Sławomir Kaliszuk, Tomasz Korzeniewski, Marian Marcinkiewicz, Erazm Piotr Meniów, Edmund Świtka i Mariusz Zańko.


Szkic projektu pomnika Fundacji „Pamiętamy”, poświęconego poległym i pomordowanym żołnierzom i współpracownikom oddziału „Jastrzębia” i „Żelaznego”, który zostanie wzniesiony we Włodawie.

Ok. 4 metrowej wysokości pomnik stanie za kilka miesięcy przy ul. 11 Listopada [na skwerze pomiędzy pocztą a kościołem p.w. św. Ludwika]. Zgoda na jego powstanie oraz akceptacja treści napisu memoratywnego zostały wydane przez Radę Ochrony Pamięci Walki i Męczeństwa, reprezentowaną przez ministra Andrzeja Przewoźnika. Napis brzmi:

Pamięci
żołnierzy oraz współpracowników oddziału partyzanckiego
Armii Krajowej – Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość
Obwodu Włodawa
dowodzonego przez braci por. Leona Taraszkiewicza „Jastrzębia” † 3 I 1947
i ppor. Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego” † 6 X 1951
poległych w latach 1945-1955 w walce z komunistycznym zniewoleniem.
Oddali życie za niepodległość Poiski i wolność człowieka.

Pod nim znajdzie się ok. 60 nazwisk poległych i pomordowanych żołnierzy oraz współpracowników oddziału „Jastrzębia” i „Żelaznego”.

Skwer we Włodawie przy ul. 11 Listopada, na którym zostanie wzniesiony pomnik żołnierzom „Jastrzębia” i „Żelaznego”. Na czerwono oznaczono miejsce lokalizacji, po prawej widoczny kościół p.w. św. Ludwika.

W kolejnym wpisie prezentuję rozmowę z mecenasem Grzegorzem Wąsowskim, Prezesem Zarządu Fundacji „Pamiętamy”, który przedstawia argumenty przemawiające za celowością powstania tego pomnika we Włodawie.

Rozmowa z mec. Grzegorzem Wąsowskim>



Od lewej: Leon Taraszkiewicz ps. „Jastrząb” i Edward Taraszkiewicz ps. „Żelazny”

Leon Taraszkiewicz urodził się w 1925 r. Ukończył szkołę powszechną we Włodawie, gdzie mieszkał wraz z rodziną i tu zastał go wybuch II wojny światowej. W połowie 1941 r. on i kilku młodych ludzi z okolicznych wsi dostali wezwanie do Baudi
enstu (tzw. junaków) do Radomia. Baudienst, czyli Służba Budowlana, były to obozy pracy przymusowej. Leon Taraszkiewicz uciekł z robót i po wielu perypetiach, przypadkowo, w Żukowie został wcielony do przebywającego w lasach włodawskich sowieckiego oddziału partyzanckiego kpt. „Anatola” [N.N.]. Po wkroczeniu Armii Czerwonej, w grudniu 1944 r. został aresztowany za odmowę wstąpienia do formującego się właśnie Urzędu Bezpieczeństwa i wywieziony do obozu dla AK-owców w Błudku-Nowinach. W marcu 1945 r. zbiegł z transportu jadącego na wschód i przyjmując pseudonim „Zawieja” (później „Jastrząb”) wszedł w skład oddziału partyzanckiego Tadeusza Bychawskiego „Sępa”. Podczas jednej z akcji, 12 VI 1945 r. zginął z rąk UB dowódca grupy i „Jastrząb” przejął jego obowiązki.

W czerwcu 1945 r. z robót w Niemczech [Querfurt k/Halle] wrócił, przebywający tam od grudnia 1940 r., brat „Jastrzębia” Edward Taraszkiewicz (ur. 1921 r.) i przyjmując pseudonim „Grot”, a następnie „Żelazny”, podjął działania w strukturach Obwodu Włodawa Inspektoratu Chełm AK-DSZ-WIN. W 1945 został zastępcą dowódcy w oddziale swojego brata por. Leona Taraszkiewicza „Jastrzębia”. Oddział rozrastał się z tygodnia na tydzień, osiągając w 1946 r. stan 80-100 osób i oprócz walki z komunistyczną władzą, zajmował się zwalczaniem pospolitych bandytów nękających miejscową ludność. 5 lutego 1946 r. oddział „Jastrzębia” opanował na kilka godzin miasto Parczew, a w następnych dniach stoczył zwycięską walkę pod Marianką, zmuszając do wycofania 70-osobową pościgową grupę operacyjną UB-KBW. 18 lipca 1946 r doszło do wydarzenia bez precedensu, kiedy to wraz z oddziałem Stefana Brzuszka „Boruty” z NSZ, w zasadzce na trasie Chełm-Lublin zatrzymał samochód, którym podróżowała siostra Bolesława Bieruta, Zofia Malewska z mężem, synem i synową. „Jastrząb” nakazał uwięzić rodzinę Bieruta, jednak spowodowało to przysłanie w teren 72 wagonów wojska i z polecenia komendanta Obwodu Włodawa kpt. Zygmunta Szumowskiego „Komara”, zatrzymani zostali zwolnieni.

22 października 1946 r. wraz z oddziałem Józefa Struga „Ordona”, w ciągu jednego dnia zdobył posterunki MO w Milejowie, Łęcznej i Cycowie, rozbroił oddział WOP na trasie Włodawa-Chełm, a następnie opanował Włodawę, gdzie zajął Komendę Powiatową MO i rozbił siedzibę PUBP, uwalniając ok. 100 więźniów. W noc sylwestrową 1946/1947 oddział „Jastrzębia” brał udział w ataku połączonych oddziałów WiN obwodu radzyńskiego, pod dowództwem kpt. Leona Sołtysika ps. „James” (łącznie ok. 300-350 partyzantów) na Radzyń Podlaski. 3 stycznia 1947 w ataku na oddział propagandowo-ochronny LWP w Siemieniu por. Leon Taraszkiewicz został ciężko ranny i w trakcie transportu do lekarza zmarł. Został pochowany na cmentarzu w Siemieniu, gdzie spoczywa do dzisiaj.

W ciągu 1,5 roku działalności oddział wykonał kilkadziesiąt spektakularnych akcji przeciwko komunistom i postrzegany był przez nich jako „grupa o zabarwieniu wybitnie politycznym”. Funkcjonariusze UB zastosowali wobec miejscowej ludności represje na wielką skalę. Według źródeł wytworzonych przez resort bezpieczeństwa od IX 1944 r. do końca 1945 r PUBP we Włodawie aresztował, w większości za przynależność do AK 1072 osoby z powiatu włodawskiego, z czego dużą część przekazał Sowietom, a jeszcze w 1949 r. włodawski PUBP prowadził śledztwa i rozpracowania operacyjne przeciwko 2280 osobom podejrzanym o opór przeciwko komunistom. Z dokumentów tych wynika również niezbicie, że mimo skali tych represji oddział cieszył się ogromnym poparciem społeczeństwa, które uważało partyzantów za jedyną prawowitą władzę i ratunek przed bezprawiem komunistów, jak również przed ogromną falą pospolitego bandytyzmu, z którym przeznaczone do tego formacje nie chciały i nie mogły sobie poradzić. To pozwoliło wielu partyzantom przetrwać w walce przez wiele lat, niektórym aż do początku lat 50-tych.

Po śmierci brata Edward Taraszkiewicz „Żelazny” przejął funkcję komendanta oddziału WiN Obwodu Włodawa. Jak wielu innych dowódców w całej Polsce, nie skorzystał z amnestii w lutym 1947 r i wiosną ponownie poprowadził swój kilkunastoosobowy oddział do walki. W 1947 r. oddział „Żelaznego” przeprowadził wiele akcji bojowo-dywersyjnych i likwidacyjnych. 22 kwietnia 1947 roku „Żelazny” odnotował spektakularny sukces w spotkaniu pod wsią Białka z grupą operacyjną PUBP we Włodawie dowodzoną przez ppor. Konasiuka (w starciu zginęło 4 żołnierzy KBW i dowodzący grupą oficer PUBP, rany odniosło 4 żołnierzy KBW i 3 funkcjonariuszy MO). Partyzanci, którzy zostali panami placu boju, opatrzyli rannych przeciwników oraz zlikwidowali zdrajcę, który prowadził grupę operacyjną. W nocy z 2 na 3 lipca 1947 r. „Żelazny” przeprowadził wspólnie z połączonymi oddziałami Józefa Struga „Ordona” i Stanisława Kuchcewicza „Wiktora” akcję pacyfikacyjną w skomunizowanej wsi Puchaczów, gdzie rozstrzelano 21 mieszkańców, członków PPR i donosicieli, w odwecie za wydanie UB i w efekcie śmierć trzech partyzantów kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka”.

Wiosną 1948 r. „Żelazny” rozpoczął budowę rozległej siatki terenowej, której placówki zostały zorganizowane w powiatach Włodawa, Chełm, Lubartów, i dzięki którym partyzanci mogli bardzo skutecznie działać aż do października 1951 roku. W latach 1949-1951 jego oddział cały czas wykazywał dużą aktywność bojową, m.in. 25 października 1949 na stacji kolejowej w Stulnie zdobyto bez strat własnych 1,5 min złotych oraz tzw. spec-pocztę z tajnymi dokumentami chełmskiego i włodawskiego UB, które pomogły w skutecznej i bardzo trafnej likwidacji agentury. „Żelazny” przykładał dużą wagę do pracy propagandowej i uzasadnienie wykonywanych wyroków ogłaszał publicznie na rozlepianych we wsiach ulotkach.

Do jednej z najgłośniejszych, ale i zarazem ostatnich akcji oddziału, już tylko czteroosobowego, doszło 29 maja 1951 r. w pobliżu wsi Dominiczyn, kiedy to zastrzelono znanego działacza PPR i PZPR, byłego przewodniczącego Wojewódzkiej Rady Narodowej w Lublinie – Ludwika Czugałę i tego samego dnia, w rajdzie po powiecie włodawskim zlikwidowano czterech agentów UB i komunistycznych aparatczyków. W wyniku zakrojonej na szeroką skalę kilkumiesięcznej gry operacyjnej, ustalono miejsce pobytu „Żelaznego” i jego trzech ostatnich żołnierzy, którzy przebywali w Zbereżu nad Bugiem. 6 października 1951 r. przebijając się przez 800-osobowy pierścień okrążenia zginęli w walce: Edward Taraszkiewicz „Żelazny” i Stanisław Torbicz „Kazik”. Oprócz nich zginęli również gospodarze, u których ukrywali się partyzanci – Teodor i Natalia Kaszczuk, oraz nieustalony z nazwiska mieszkaniec Zbereża. Dwóch pozostałych partyzantów – Józefa Domańskiego ps. „Znicz” i Stanisława Marciniaka ps. „Niewinny” – ujęto, w pokazowym procesie skazano na śmierć i w styczniu 1953 r. stracono. Po obławie ciała „Żelaznego”, „Kazika” oraz małżeństwa Kaszczuków zostały przewiezione do PUBP we Włodawie i pochowane w nieznanym miejscu. W 1991 r. w Zbereżu odsłonięto kapliczkę i symboliczną tablicę pamiątkową ku czci ppor. cz.w. Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego”, jednego z najdłużej walczących dowódców Antykomunistycznego Powstania.

Więcej na temat działań oddziału „Jastrzębia” i „Żelaznego” czyt
aj w kategorii: „JASTRZĄB” i „ŻELAZNY” – OBWÓD WiN WŁODAWA>

Strona główna>

Rozmowa z mec. Grzegorzem Wąsowskim


Rozmowa z mec. Grzegorzem Wąsowskim, Prezesem Zarządu Fundacji „Pamiętamy”.


Mec. Grzegorz Wąsowski, Prezes Zarządu Fundacji "Pamiętamy". W tle widać jeden z pomników Fundacji, poświęcony kpt. Kazimierzowi Kamieńskiemu ps. "Huzar" i jego żołnierzom, odsłonięty w Wysokiem Mazowieckiem w listopadzie 2007 r.

Rada Miejska we Włodawie – choć nie bez oporów – przyjęła w ostatni poniedziałek uchwałę ws. wyrażenia zgody na wzniesienia pomnika poświęconego poległym żołnierzom i współpracownikom oddziału „Jastrzębia” i Żelaznego”. Jest Pan zadowolony tak z samej uchwały, jak i dyskusji podczas sesji?

– Mimo kilku głosów sprzeciwu, które oparte były na nieuzasadnionej moim zdaniem obawie, że upamiętnienie partyzantów i współpracowników oddziału „Jastrzębia” i „Żelaznego” zantagonizuje mieszkańców Włodawy oraz na pokutujących od dziesięcioleci kłamstwach i stereotypach deformujących prawdę o walce antykomunistycznego podziemia zbrojnego, wrosłych za przyczyną propagandy komunistycznej w świadomość społeczną, zwłaszcza wśród ludzi, którzy dojrzewali w okresie PRLu, większość radnych uznała inicjatywę Fundacji za słuszną i godną poparcia, co – oczywiście – bardzo nas ucieszyło.

Panie Mecenasie, podczas sesji niektórzy radni podnosili argument kontrowersyjności postaci braci Taraszkiewiczów w historii Włodawy i Ziemi Włodawkiej, wszak m.in. dokonywali oni – jakby tego nie nazywać – egzekucji rodaków. Jak by Pan jednak przekonał Włodawian o słuszności powstania tego pomnika?

– Termin „kontrowersyjny” robi w naszych czasach oszałamiającą karierę. W warunkach wolności słowa każde praktycznie wydarzenie historyczne może być oceniane w sposób krańcowo odmienny i niejako z automatu staje się kontrowersyjne. Nie trudno sobie wyobrazić, że Powstanie Warszawskie widziane oczyma rodzin poległych w nim żołnierzy niemieckich spotka się z radykalnie odmienną oceną, niż nasze widzenie tego zrywu niepodległościowego. Ale czy powiemy, że jest kontrowersyjne? Na pewno nie. Podobnie wyrok śmierci wykonany na Polaku współpracującym z gestapo zostanie inaczej oceniony przez rodzinę zlikwidowanego donosiciela, a inaczej przez większość społeczeństwa. I znowu zapytam: czy fakt, że zdarzenie, o którym mówię jest różnie oceniane czyni je kontrowersyjnym? Podobnie jest z walką zbrojną z komunistami i bohaterami tej walki, takimi jak „Jastrząb” i „Żelazny”. Proszę pamiętać, że dla znakomitej większości Państwa przodków, mieszkańców ziemi włodawskej, ani „Jastrząb” ani „Żelazny” ani ich podkomendni wcale nie byli kontrowersyjni – ich walka cieszyła się dużym poparciem społecznym, czego dowodem jest po pierwsze masowość represji komunistycznych skierowanych przeciwko ludności powiatu włodawskiego, po drugie fakt, że „Żelazny”, prowadząc przez cały czas aktywną działalność bojową, zdołał się utrzymać w terenie aż do października 1951 roku – w warunkach masowego terroru, gdy za udzielenie mu kwatery, podanie mleka i strawy czy nawet tylko niezłożenie donosu na temat miejsca pobytu partyzantów groziło piekło śledztwa na UB, wieloletnie więzienie i przylepienie, zapewniającej przez cały czas trwania PRLu życie obywatela drugiej kategorii, etykiety „rodziny bandyckiej”. Pomnik, który zamierzamy wznieść we Włodawie, ma być upamiętnieniem ponad sześćdziesięciu ludzi z Włodawy i okolic, którzy w najtrudniejszym okresie komunistycznego zniewolenia zdecydowali się podjąć pod rozkazami najpierw „Jastrzębia” a potem „Żelaznego” walkę z reżimem komunistycznym, walkę o wolność człowieka, i walkę tę prowadzili przez lata w sposób niezwykle dzielny i dynamiczny. Za ten wybór, za wystąpienie w obronie wartości wysokich, zapłacili cenę najwyższą. Znakomita większość z nich nie ma swego grobu – komuniści odmówili im nawet prawa do ludzkiego pochówku, a bliskim partyzantów prawa do miejsca, przy którym można wspomnieć zmarłego i pomodlić się za jego duszę. Dodatkowo jeszcze ludzie Ci i ich rodziny przez dziesiątki lat rządów partii komunistycznej byli plugawieni, odsądzani od czci i wiary przez propagandę komunistyczną – komuniści robili to po to, aby zadać swoim przeciwnikom śmierć cywilną, żeby zohydzić ich w oczach przyszłych pokoleń. Gdyby decyzja Rady Miejskiej była inna, gdyby reprezentanci miejscowej społeczności odmówili prawa upamiętnienia tych ludzi, należałoby uznać, że na tym kawałku polskiej ziemi, mocno zroszonej krwią poległych w obronie niepodległości i wolności, komuniści odnieśli trwały sukces w zohydzaniu ludzi, którzy w najtrudniejszych czasach mężnie stawali w obronie wolności przeciwko systemowi, który zanegował pozytywny dorobek cywilizacji zachodnioeuropejskiej. Chciałbym podkreślić, że pozytywną opinię dla idei budowy pomnika wydał minister Andrzej Przewoźnik. Kieruje on od kilkunastu lat Radą Ochrony Pamięci Walki i Męczeństwa, która jest wyspecjalizowanym państwowym organem, opiniującym wszelkie upamiętnienia w naszym kraju, niezależnie od tego, że organy samorządu terytorialnego podejmują ostateczną decyzję. Przywołuję ten fakt, aby rozwiać wątpliwości, że przedstawiciele Fundacji mają jednostronne, czy nie pogłębione spojrzenie na ten dramatyczny przecież okres w naszej historii. Aktualny stan wiedzy, będący owocem badań naukowych prowadzonych już w okresie wolnej Polski, badań rzetelnych, obiektywnych – nie, jak w PRLu, będących antytezą obiektywnej, wolnej nauki, pozwala na stwierdzenie, że na terenie powiatu włodawskiego Państwa przodkowie prowadzili bardzo zaciętą walkę z komunistami i jest to powód do wielkiej chwały tego regionu. Oddział „Jastrzębia” i „Żelaznego” był jednym z najlepszych oddziałów polowych partyzantki antykomunistycznej. Obu tych żołnierzy sprawy wolności należy zaliczyć do najwybitniejszych dowódców partyzanckich z tamtego okresu. To wszystko powoduje, że decyzję o upamiętnieniu tych ludzi i ich podkomendnych oraz współpracowników poległych w walce z komunistami uważam za ze wszech miar słuszną.

Niektórzy – pamiętając czasy komunistycznego reżimu, kiedy to stawiano pomniki nawet zbrodniarzom – obawiają się, że być może wyjdą niedługo na jaw fakty, które w znacznie mniej korzystnym świetle przedstawią dokonania „Jastrzębia” czy „Żelaznego”. I co wtedy, czy trzeba będzie burzyć ten pomnik?

– Wydaje mi się, że to trochę źle sformułowane pytanie. Przecież już od początku lat dziewięćdziesiątych niezależni historycy prowadzą badania nad działalnością powojennego podziemia, którego historia przez 50 lat była całkowicie zafałszowana lub przemilczana. Ale prawdziwy rozkwit badań nad tym problemem rozpoczął się w momencie powstania Instytutu Pamięci Narodowej. Od tego momentu, w oparciu o archiwa wytworzone przez Urząd Bezpieczeństwa i podległe mu formacje, nastąpił ogromny postęp w badaniach, wydano setki publikacji naukowych, m.in. dotyczących również antykomunistycznego podziemia w powiecie włodawskim. W ich świetle wychodzą na jaw fakty, które świadczą nie tylko o ogromie represji komunistów w stosunku do polskiego społeczeństwa, które masowo stawiało im opór, ale – paradoksalnie – mimo tej potwornej
przemocy, widać również ogromną skalę poparcia tegoż społeczeństwa dla działań tej jego części, która zdecydowała się stawiać ten opór z bronią w ręku, a była to liczba rzędu dwudziestu tysięcy ludzi w całej Polsce. Wsparcie udzielane partyzantom w terenie, mimo masowych aresztowań i wyroków śmierci wydawanych na ludzi dających partyzantom schronienie, w języku komunistów zwanych „meliniarzami”, pozwoliło im przetrwać w walce często aż do połowy lat 50-tych. Są to od lat powszechnie dostępne, opublikowane fakty, do których zainteresowani bez problemu mogą dotrzeć i dlatego uważam, że każdy kolejny rok poświęcony badaniom nad tym okresem naszej historii daje coraz większą legitymację do upamiętniania tych żołnierzy.

Szkic projektu pomnika, który jesienią br. stanie we Włodawie.

Teraz może pytanie o mentalność społeczeństwa, o jego podejście do historii. Ma Pan wieloletnie doświadczenie w tworzeniu tego typu form pamięci bohaterskich Polaków, których władza komunistyczna chciała wrzucić do jednego wora pod nazwą „bandyci”. Jak Pan ocenia włodawskie środowisko, które w części tak bardzo boi się upamiętnienia tych „Żołnierzy Wyklętych”. Skąd się bierze ta niechęć do nich po ponad 60 latach?

– O tym już wspominałem. To w dużej mierze konsekwencja wieloletniej komunistycznej propagandy, przy braku możliwości poszukiwania prawdy w niezależnych od władzy komunistycznej wydawnictwach, bez możliwości prowadzenia obiektywnych badań, i co najważniejsze przy zerwanym przekazie pokoleniowym, co dotyczy, niestety, również przekazu rodzinnego. Ponurą zasadą było, że ludzie starsi, pamiętający tamte tragiczne czasy, wiedzący jak naprawdę było, w trosce o swoich najbliższych – dzieci i wnuki, wiedząc, że prawda wypowiedziana w szkole, w miejscu pracy, podczas dyskusji pod sklepem, może kosztować drogo, woleli milczeć niż przekazać prawdę o sprawach, które są tematem naszej rozmowy. W praktyce życia ta skądinąd zrozumiała postawa oznaczała milczące pogodzenie się z wszechogarniającym, zinstytucjonalizowanym (szkoły, gazety, telewizja itp.) kłamstwem propagandy komunistycznej. Oznaczała zgodę na zdeformowanie rzeczywistości w umysłach młodszych pokoleń. Skutki tego zjawiska przyjdzie nam usuwać jeszcze długie lata. Ale trzeba to robić – z szacunku dla tych, którzy odeszli broniąc wolności i niepodległości – z troski o kolejne pokolenia, aby rozumiały jaka jest cena za wolność. Oponenci idei pomnika, o którym rozmawiamy, wysuwali również argument, że żyją jeszcze rodziny ofiar partyzantów, że to upamiętnienie zantagonizuje społeczeństwo. To argumentacja, której warto poświęcić kilka zdań. Nie ma wątpliwości, że strata bliskiego człowieka jest wielką traumą dla osób, które darzyły go uczuciem. Dla których był dobrym tatusiem, wspaniałym bratem itp. Osoby te nie dostrzegają jednak, że kochający tatuś był równocześnie na przykład oprawcą w Urzędzie Bezpieczeństwa czy konfidentem, który swoimi donosami sprowadził nieszczęście na swoich rodaków. To zrozumiałe, że punkt widzenia bliskich zastrzelonego przez partyzantów nie uwzględnia powodów, dla których wydano i wykonano wyrok śmierci. Trudno oczekiwać od nich zrozumienia dla tego faktu, wymaganie czegoś takiego byłoby kompletnie oderwane od psychiki ludzkiej i po prostu bezrozumne. To wszystko co powiedziałem nie zmienia jednak istoty sprawy. Trzeba pamiętać, że w walce toczonej z reżimem komunistycznym przez podziemie niepodległościowe racja i wartości były tylko po stronie podziemia. To żołnierze podziemia bronili wartości wysokich tj. wolności i niepodległości, a ich wrogowie – komuniści i ich współpracownicy, w tym konfidenci, wartości te niszczyli i deptali. Nie ma tu mowy o równoprawności racji. Nie wymagamy aby rodziny poległych z rąk partyzantów szanowały „Jastrzębia”, „Żelaznego”, „Młota”, „Łupaszkę”, „Huzara”, czy innych dowódców podziemia, jednak emocje tych osób nie mogą nas – członków wspólnoty narodowej szanującej niepodległość kraju i wolność jednostki ludzkiej – hamować i ograniczać w upamiętnianiu ludzi, którzy – powtarzam – w najtrudniejszym momencie stanęli po właściwej stronie i złożyli najwyższą ofiarę w walce o wolną i niepodległą Polskę. Kilkanaście lat od odzyskania niepodległości przez Polskę jest najwyższym momentem na tego typu decyzję, bo to jest również decyzja na przyszłość, decyzja która w wymiarze lokalnym pomoże przyszłym pokoleniom, tym które przyjdą po nas, szanować takie wartości jak wolność i niepodległość, decyzja która jest wyrazem dojrzałości historycznej lokalnej społeczności, gdyż jasno opowiada się po stronie prawdy. Bez takich upamiętnień, a jak wiadomo – pamięć wymaga formy trwałej – ciągłość pokoleniowa nie zostanie odbudowana, a pamięć o bohaterach walki o wolność z okresu drugiej połowy lat 40-tych i początku lat 50-tych ubiegłego stulecia będzie zamknięta w kręgu pasjonatów historii. To dopiero byłoby wielkie pogrobowe zwycięstwo komunistów.
Kończąc ten wątek mojej wypowiedzi chcę podkreślić, że gdyby było tak, że nie należy upamiętniać żołnierzy oddziałów partyzanckich w wyniku działań których zginęli Polacy, którzy stanęli po złej stronie, ci którzy dopuścili się kolaboracji z wrogiem, to Armia Krajowa nie miałaby szansy na żadne upamiętnienie w Polsce. Proszę pamiętać, że praktycznie nie ma oddziału partyzanckiego Armii Krajowej z okresu okupacji niemieckiej, który by nie wykonał akcji przeciwko rodakom. Istotą działań partyzanckich nie jest bowiem wygrywanie wojny w bojach z armią okupacyjną – partyzantka nie ma na to siły – rolą partyzantki jest ochrona terenu na którym działa, przede wszystkim przed agenturą okupanta, której działalność powoduje niewymierne krzywdy w terenie, i najczęściej przed zwykłym bandytyzmem, bo okres wojny i powojnia to czas, gdy normy społeczne są powszechnie deptane. I taka była właśnie partyzantka „Jastrzębia” i „Żelaznego”. Dlatego tak długo utrzymali się w terenie, ponieważ dla ludzi, dla swoich rodaków żyjących w tamtych czasach, którzy z komunizmem nie mieli nic wspólnego, a takich było dziewięćdziesiąt procent, to oni a nie władza komunistyczna byli synonimem porządku i praworządności na tym terenie.

Kiedy więc pomnik braci Taraszkiewiczów i ich oddziału zostanie odsłonięty?

– Termin uroczystości zostanie ustalony z władzami Miasta w najbliższych tygodniach. Planujemy zorganizowanie wspólnymi siłami Fundacji i władz samorządowych Włodawy pięknej uroczystości patriotycznej. Myślimy o październiku br. W miesiącu tym przypadają dwie ważne rocznice związane z historią walki braci Taraszkiewiczów i ich żołnierzy. 6 października 2008 r. przypadnie 57 rocznica śmierci Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego”, który poległ w swojej ostatniej walce w Zbereżu, a niedługo później, 22 października, 62 rocznica jednej z najbardziej spektakularnych akcji oddziału, czyli rozbicia Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego we Włodawie i uwolnienia ok. 100 więźniów. Nie wykluczam jednak, że pomnik zostanie odsłonięty nieco wcześniej, we wrześniu br., przy okazji rocznicy agresji sowieckiej na Polskę.

Źródło: Nowy Tydzień (powiat włodawski), Nr 19 (140), 12-18 maja 2008 r.

Pomnik "Żołnierzom Wyklętym" we Włodawie>
Strona główna>

Gdzie pochowano "Ognia"? – część 4 (1/2)


Tajemnice podziemi

Każdy z wojewódzkich urzędów bezpieczeństwa publicznego miał swoją specyfikę, jeśli chodzi o sposób postępowania z ciałami zabitych więźniów.

Chowano ich najczęściej nocą, w samej bieliźnie. Nie używano trumien. Ciała owijano w worki po cemencie, stare sienniki. W najlepszym przypadku kładziono do drewnianych skrzyń. Transportowano na wózku obitym blachą. Niektóre zwłoki posypywano przed zakopaniem wapnem lub polewano żrącym płynem. Następnie niwelowano teren, nie pozostawiając żadnego śladu.

Tak wyglądały pochówki ludzi niepodległościowego podziemia, straconych w czasach represji stalinowskich. Wiele z tych miejsc do dzisiaj nie oznaczono. W Krakowie ciała ofiar grzebano prawdopodobnie w specjalnej, wydzielonej przez UB kwaterze na cmentarzu Rakowickim. Jedna z osób, z którymi rozmawiała reporterka „Dziennika”, sugeruje, że wrzucano je również do bunkra, znajdującego się w podziemiach placu Inwalidów. W tym miejscu, na powierzchni ziemi jest wzgórek, widoczny gołym okiem. Czy w bunkrze mogą się znajdować szczotki Józefa Kurasia „Ognia”?

Zbezczeszczenie zwłok „Ognia”, partyzanta Podhala, jest przedmiotem dochodzenia, prowadzonego przez krakowski oddział Instytutu Pamięci Narodowej. To jeden z ponad 80 wątków śledztwa w sprawie zbrodniczej działalności funkcjonariuszy UB w Nowym Targu i Zakopanem w latach l946-56. Toczy się od 13 lat. Występuje w nim kilkuset pokrzywdzonych i jeszcze większa liczba świadków. Prokurator Ida Marcinkiewicz podejmowała wiele tropów, sprawdzała wiele hipotez. Z dokładnością równą niemal stu procentom odtworzyła ostatnie chwile życia „Ognia”. A nawet to, co się stało później, gdy zmarłego w nowotarskim szpitalu przewieziono na plac Inwalidów, do siedziby Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Krakowie. Tutaj jednak trop się urywa.
– Jest niemalże pewne, iż zwłoki Józefa Kurasia przez jakiś czas leżały na dziedzińcu WUBP. Zeznał to świadek, który w tym czasie – w lutym 1947 roku – siedział w więzieniu przy ul. Montelupich w jednej celi z bratem „Ognia”. Ten świadek powiedział, że towarzysza jego niedoli zabrano pewnego dnia z więzienia i wywieziono w miejsce, którego nie znał, aby zidentyfikował ciało brata. Trwało to około dwóch godzin. Akurat tyle, ile potrzeba na przebycie drogi na plac Inwalidów i z powrotem.

Na apel prokuratora, iż poszukuje ludzi, którzy w lutym 1947 roku mieszkali przy placu Inwalidów, w okolicy siedziby Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego i mogliby cokolwiek wiedzieć na temat losów Józefa Kurasia „Ognia”, zgłosił się mężczyzna, który był wówczas 10-letnim chłopcem. – Z jego zeznań wynika, że widział z okna swojego mieszkania zwłoki mężczyzny, leżące na gałęziach jedliny na wewnętrznym dziedzińcu WUBP. Skąd wiedział, że to „Ogień”? Podobno mieszkańcy kamienicy podawali sobie tę informację z ust do ust – relacjonuje prok. Marcinkiewicz. W jej opinii to mogły być zwłoki „Ognia”, choć niekoniecznie, bo w tym czasie stracono wiele osób.
To, co później się stało ze zwłokami Józefa Kurasia, to wciąż niewyjaśniona sprawa – przyznaje moja rozmówczyni. – Jest wiele hipotez na ten temat. Na pewno uczyniono wszystko, aby nikt postronny nie dowiedział się, gdzie go pogrzebano. Dla wielu ludzi, zwłaszcza z Podhala, szczątki „Ognia” to relikwie. Gdyby je odnaleziono, mogłoby dojść do rozruchów i manifestacji – dywaguje prok. Marcinkiewicz. Twierdzi, że przejrzała wszystkie dostępne w archiwach UOP dokumenty dotyczące „Ognia”. Jej spostrzeżenia są podobne do tych, którymi dzielili się z czytelnikami „Dziennika” Bolesław Dereń i Maciej Korkuć.
– Wygląda na to, że materiały te zostały przetrzebione. Są tam np. notatki urzędowe, w których stawia się konkretne pytania konkretnym funkcjonariuszom, ale brakuje dokumentów z odpowiedzią. Tak, jakby ktoś celowo je usunął. To samo spostrzeżenie można wysnuć na podstawie analizy dokumentacji szpitalnej z Nowego Targu. Teoretycznie powinny się tam znajdować zapisy dotyczące przyjęcia „Ognia” na oddział i adnotacja o śmierci. Nic takiego tam nie ma – mówi Ida Marcinkiewicz. – Nie ma również żadnych notatek, instrukcji, rozkazów, które mogłyby naprowadzić na trop osoby lub grupy osób, które otrzymały zadanie pogrzebania zwłok. To akurat nikogo z nas, pracowników IPN, nie dziwi. Polecenia w takich sprawach wydawało się ustnie.

Prokurator uważa, że wszystkie hipotezy, dotyczące tego, co się stało z ciałem „Ognia”, są prawdopodobne. Sprawdzała je. Np. tę, wedle której przekazano je do Zakładu Medycyny Sądowej. Wspomina o tym w swojej książce Stanisław Wałach, jedna z niewielu osób, które musiały znać rozwiązanie zagadki, bo prawdopodobnie osobiście wydał rozkaz w tej sprawie.

Publikowane zdjęcie żołnierzy z oddziału "Ognia" nie było dotąd znane historykom. Zostało niedawno przekazane do archiwum Komitetu Patriotycznego "Porozumienie Orła Białego" w Nowym Targu przez krewną jednego z partyzantów. Autorka artykułu otrzymała je dzięki uprzejmości Wojciecha Orawca, przewodniczącego tej organizacji.

Z zachowanych w archiwum ZMS dokumentów wynika, że w tym okresie, czyli po 22 lutego 1947 roku, wykonywano tutaj trzy sekcjo zwłok osób oznaczonych NN, czyli o nieznanych personaliach, ale ich opis nie pasował do sylwetki „Ognia”. Jedna z tych osób była ofiarą bójki, drugą wyłowiono z Wisły. Okoliczności śmierci i opis trzeciej również nie wskazywały, iż mógł to być Józef Kuraś. Poza tym w żadnym z tych trzech przypadków wykonujący sekcję nie zapisał, że zauważył jakieś dziury po kuli w głowie.
– Niemniej nie można wykluczyć, że ciało „Ognia” trafiło do Zakładu Medycyny Sądowej. Tyle tylko, że nie ujęto tego w żadnym dokumencie – podsumowuje prok. Ida Marcinkiewicz.

Sprawa jest o tyle skomplikowana, że nawet jeśli pojawi się świadek, któremu się wydaje, iż wie coś więcej na ten temat, to po sprawdzeniu zeznań okazuje się, że to fałszywy trop. Prok. Marcinkiewicz opowiada, że przesłuchiwała osobę, która słyszała od nieżyjącego już ojca, więzionego przez UB, inną opowiastkę. Chcąc wymusić na więźniu zeznania, zaciągnięto go nad jedną ze studzienek ściekowych. Kazano mu patrzeć w dół, do kanału. Usłyszał przy tym groźbę: Jak nie będziesz mówił, skończysz tak samo jak „Ogień”. Taka hipoteza dotycząca losów zwłok Józefa Karasia mogła być prawdziwa, gdyby nie fakt, że ojciec świadka przebywał na UB dokładnie rok po śmierci „Ognia”.

Prok. Ida Marcinkiewicz wspomina również o innym tropie – prowadzącym na cmentarz Rakowicki. W jej opinii jest tam na pewno kilka miejsc, gdzie grzebano zwłoki ofiar stalinowskiego reżimu. Nie podejmowała jednak tego tropu, gdyż jest prawie pewna, że zaprowadziłby ją w ślepy zaułek.
– Miałam okazję przekonać się, że po przekopaniu grobu, który miał być miejscem pochówku konkretnej osoby, okazywało się, że albo są tam szczątki kogoś zupełnie innego, albo grób był pust
y!

Cmentarz Rakowicki w Krakowie, podobnie jak cmentarz w Zwięczycy koło Rzeszowa czy Bródnowski w Warszawie, znajduje się na sporządzonej przez IPN liście miejsc, gdzie w latach 40. i 50. grzebano zwłoki więźniów. Na cmentarzu Bródnowskim w Warszawie leży ojciec Krzysztofa Gąsiorowskiego, który za rządów Jerzego Buzka z ramienia KPN próbował rozwikłać zagadkę pochówku Józefa Kurasia.
Ojciec zmarł, zakatowany w czasie śledztwa w więzieniu mokotowskim – relacjonuje. – Gdyby nie ludzki odruch u jednego ze strażników, też byśmy nie wiedzieli, gdzie go pochowano. Od tego człowieka, którego w pewnym momencie, jak przypuszczam, ruszyło sumienie, dowiedzieliśmy się, że został pogrzebany właśnie na cmentarzu Bródnowskim. Cichcem oznaczyliśmy to miejsce. Mieliśmy wiele szczęścia, bo obok grobu ojca jest mnóstwo mogił, oznaczonych w dokumentach cmentarnych „X”, czyli mogił osób nieznanych. Z tego, co wiem, takie nieoznaczone groby są również na cmentarzu Rakowickim. Podobno istnieją nawet dokumenty na ten temat w cmentarnym archiwum. Gdyby udało się na tej podstawie odnaleźć miejsca pochówków i dokonać ekshumacji, kto wie, może natrafilibyśmy na szczątki „Ognia”? – zastanawia się Krzysztof Gąsiorowski.

Gdzie pochowano „Ognia”? – część 4 (2/2)>

Strona główna>

Gdzie pochowano "Ognia"? – część 4 (2/2)

Każdy z wojewódzkich …

Każdy z wojewódzkich urzędów bezpieczeństwa publicznego miał swoją specyfikę, jeśli chodzi o sposób postępowania z ciałami więźniów.
– Specyfiką krakowskiego WUBP było to, że ludzie straceni na mocy wyroku sądowego lub zmarli w trakcie śledztwa znikali bez śladu – mówi Teodor Gąsiorowski, historyk z krakowskiego oddziału IPN.
– Tylko we Wrocławiu straconych przez reżim komunistyczny chowano na jednym cmentarzu. Krewni więźniów chodzili tam prawie codziennie, aby sprawdzić, czy przybyła jakaś nowa mogiła. Jeśli zobaczyli świeżo przekopaną ziemię, próbowali wypytywać pracowników więzienia, tych bardziej ludzkich, kogo danego dnia zabrakło w celi. My w Krakowie tak naprawdę nie wiemy, gdzie dokonywano egzekucji i gdzie tych ludzi chowano – konstatuje Teodor Gąsiorowski. On również słyszał, że w archiwum Zarządu Cmentarzy Komunalnych odnaleziono dokumenty, że na cmentarzu Rakowickim, podobnie jak we Wrocławiu, istniała wydzielona kwatera, gdzie chowano straconych czy zmarłych w czasie śledztwa więźniów. Być może ich groby znajdują się obok mogił osób, które zmarły i w sposób naturalny. Takie przypadki też się w więzieniach zdarzały w tamtych, mrocznych czasach. Być może w tym samym miejscu, tylko trochę dalej chowano skrytobójczo zamordowanych.
Teodor Gąsiorowski uważa, że nawet jeśli potwierdzą się te hipotezy, ekshumacja może być rzeczą prawie niewykonalną.
– Nie jestem specjalistą, ale na pewno byłoby to trudne. Bo jeśli znajdziemy tajną kwaterę, stoi tam zapewne rząd grobowców. Przy ich budowie na pewno przekopano teren i ewentualne szczątki usunięto – mówi.

Wedle Jana Tajstera, byłego wieloletniego dyrektora Zarządu Cmentarzy Komunalnych w Krakowie, w archiwum ZCK, które wiele razy przeglądał w różnym celu, nie ma dokumentów, mogących naprowadzić na ślad kwatery, wykorzystywanej wyłącznie do tajnych pochówków ofiar UB.
Słyszałem różne opowieści na ten temat od najstarszych pracowników cmentarza i kamieniarzy. Z ich relacji wynika, że tajne pochówki odbywały się zwykle od strony ul. 29 Listopada. To mnie trochę dziwi, bo przecież robiono to w nocy i tak, aby nikt postronny nie dowiedział się o tym. Łatwiej było o zachowanie tajemnicy grzebiąc zwłoki od strony ul. Prandoty – sądzi Jan Tajster.
Czy ubecy mogli tam również zagrzebać zwłoki „Ognia”?
– Sam się nad tym zastanawiałem – odpowiada były dyrektor ZCK, który będąc chłopcem, przez kilka lat z rzędu przebywał na koloniach w Waksmundzie i mieszkał w chałupie, należącej do rodziny Kurasiów.
– Myślę, a nawet jestem pewien, że trudno będzie tę hipotezę zweryfikować, bo w latach 70. i 80. w miejscu, gdzie mogła być osławiona tajna kwatera, przekopano całą masę starych, zaniedbanych, nieopłacanych przez nikogo grobów, robiąc miejsce dla następnych pochówków. Dlatego bardzo trudno byłoby dziś przeprowadzać tam jakiekolwiek badania; nie mówiąc o ekshumacji.

Zgodnie z ustaleniami Krzysztofa Szwagrzyka z wrocławskiego oddziału IPN, ofiary stalinowskiego reżimu chowano zazwyczaj na skraju cmentarzy, w miejscach oddalonych od innych kwater. Często tuż obok cmentarnego muru. Nielicznych grzebano w kwaterach, przeznaczonych dla ogółu ludności. Ponieważ chodziło o zachowanie tajemnicy, musiały to być miejsca ustronne. Z odtajnionych dzisiaj dokumentów z tamtych lat wiadomo, że władze więzienne zastrzegały sobie określone pola na cmentarzach, które były pod stałym nadzorem funkcjonariuszy. Te informacje, zebrane przez historyka z Wrocławia, są zbieżne z opowieściami najstarszych pracowników cmentarza Rakowickiego.
Jedyną, jak dotąd, nekropolią w Polsce, na której zachowały się w prawie niezmienionym kształcie kwatery więźniów – ofiar komunistycznego terroru, jest cmentarz Osobowicki we Wrocławiu. Zanim jednak doszło do ujawnienia tych kwater, rosły tam chwasty i krzewy, tworzące prawdziwą dżunglę. O tym, że tutaj grzebano więźniów UB wiedzieli nieliczni, przede wszystkim krewni ofiar. Przez wiele lat narażając życie, zapalali tutaj znicze. W 1987 roku władze Wrocławia postanowiły zniwelować teren, na którym znajdowały się kwatery więzienne i przeznaczyć je na miejsce pochówku kombatantów, należących do ZBoWiD. Grupa mieszkańców Wrocławia zaoferowała władzom miejskim swoją pomoc przy porządkowaniu tego terenu. Był to wybieg. W krótkim czasie oczyszczono teren; postawiono tu symboliczne, kamienne krzyże i po raz pierwszy zorganizowano Apel Poległych.

Dopiero jednak na początku lat 90. odnaleziono w cmentarnym archiwum dokumentację, potwierdzającą, iż w kwaterach tych, znajdujących się na skraju cmentarza, tuż przy poligonie wojskowym, pogrzebano 354 osoby, w tym 89 osób skazanych na karę śmierci. W ub. roku, za pomocą georadaru, pracownicy wrocławskiego oddziału IPN natrafili na kolejne miejsca tajnych pochówków, gdzie mogą być groby dalszych 268 osób. Jednak nawet wyniki kilkuletniej pracy wielu ludzi nie pozwoliły na precyzyjne określenie miejsca, gdzie pochowano konkretne osoby. Ekshumacja była możliwa jedynie w 15 przypadkach, i to w miejscach oznaczonych wcześniej przez rodziny ofiar, które prowadziły swoje prywatne śledztwa.
Warto pamiętać, że w latach 40., a nawet na początku 50. ciała więźniów zakopywano nie tylko na cmentarzach. A sposoby ich ukrycia zaiste były barbarzyńskie. Ludzkie szczątki znaleziono np. podczas prac remontowych na terenie dawnej siedziby UB w Bochni i w Limanowej. Miejscem tajnych pochówków były też tereny dawnych poligonów wojskowych, lotnisk, a nawet przydrożne rowy.

Jedna z osób, z którymi rozmawiałam na temat tego, co UB mogło zrobić ze zwłokami „Ognia”, utrzymuje, że mógł on zostać wrzucony do tajnego bunkra, znajdującego się w podziemiach dawnego WUBP przy placu Inwalidów w Krakowie. W miejscu wskazanym przez świadka jest niewielki wzgórek, widoczny gołym okiem. Wedle tej osoby, prawnika z zawodu, który uczestniczy w ekshumacjach, w zamurowanym dziś bunkrze mogą się znajdować również szczątki innych osób, straconych w kazamatach UB.
Prok. Ida Marcinkiewicz słyszała tę opowieść, ale nie wierzy, aby miała być prawdziwa. – Takich wzgórków w tej okolicy jest więcej. A nawet gdyby pod jednym z nich był bunkier, nie wierzę, aby właśnie tam wrzucono zwłoki „Ognia” czy innych osób straconych i zmarłych w UB. W 1947 roku na świecie panowała przecież zimna wojna. Przedstawiciele ówczesnej władzy nie pozwoliliby na to, aby do bunkra wrzucać zwłoki w sytuacji, gdy w każdej chwili mógł on być potrzebny jako schronienie dla ubeckich notabli.

Prok. Ida Marcinkiewicz wątpi, aby dzisiaj, po tylu latach od śmierci, udało się odszukać szczątki „Ognia”. – Nawet, gdybyśmy odnaleźli jakiś masowy grób czy to na cmentarzu Rakowickim, czy na placu Inwalidów, czy w jakimkolwiek innym miejscu, trudno byłoby o identyfikację, bo aby odnaleźć właściwe, trzeba byłoby dokonać analizy DNA wszystkich szczątków. Cena jednego takiego badania wynosi ok. 500-600 złotych. Kto sfinansuje tak kosztowny program?

GRAŻYNA STARZAK, [email protected] , tel: 606-28-58-79
Dziennik Pol
ski, Nr 79 (18175), 2.04.2004

Gdzie pochowano „Ognia”? – 4 (1/2)< część >5 (1/2)
Gdzie pochowano "Ognia"? – część 1>

Strona główna>

Kpt. "Huzar" w TVP HISTORIA

KONFLIKTY, BITWY, WOJNY
"Żołnierze Wyklęci":
"Huzar" na Podlasiu

W najbliższą środę 7 maja 2008 r. w TVP HISTORIA, o godz. 20:00 zostanie wyemitowany kolejny (5) odcinek programu z cyklu KONFLIKTY, BITWY, WOJNY – "Żołnierze Wyklęci", pt. "Huzar" na Podlasiu.  Tym razem autorzy – Prezes Fundacji "Pamiętamy", Pan Grzegorz Wąsowski, dr Kazimierz Krajewski i dr Tomasz Łabuszewski – opowiedzą o działalności kpt. Kazimierza Kamieńskiego ps. Huzar", ostatniego dowódcy VI Brygady Wileńskiej AK, zamordowanego przez komunistów 11 października 1953 r., w więzieniu w Białymstoku.

Kpt. Kazimierz Kamieński ps. "Huzar"

POWTÓRKI PROGRAMU:
Czwartek, 8 maja 2008 r., godz. 21:30
Wtorek, 13 maja 2008 r., godz. 17:30

Więcej o postaci kpt. Kazimierza Kamieńskiego "Huzara" czytaj:
1. 54 rocznica śmierci kpt. "Huzara">
2. Fotorelacja z odsłonięcia pomnika kpt. "Huzara">

Strona główna>

PUBP Puławy – fotorelacja


Puławska lekcja historii – fotorelacja

27 kwietnia 2008 r. w Puławach odbyła się inscenizacja historyczna przypominająca akcję odbicia więźniów z Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Puławach, przeprowadzoną w dniu 24 kwietnia 1945 r. przez oddziały Armii Krajowej pod dowództwem por./mjr. Mariana Bernaciaka ps. „Orlik”.

Uroczystości rozpoczęła msza św. w kościele pw. Matki Bożej Różańcowej, podczas której Pani Barbara Mamińska, Dyrektor Biura Kadr i Odznaczeń w Kancelarii Prezydenta RP odczytała list skierowany do organizatorów i uczestników uroczystości przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego:

Czcigodni Weterani!
Mieszkańcy Puław!
Panie i Panowie!

Serdecznie pozdrawiam wszystkich Państwa, zgromadzonych w Puławach z okazji obchodów 63. rocznicy akcji rozbicia Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego przez oddział Mariana Bernaciaka „Orlika”. Słowa szczególnego powitania pragnę skierować do świadków owych wydarzeń. Poczytuję sobie za zaszczyt, iż w Dniu Kombatanta, 1 września ubiegłego roku, mogłem nadać Krzyże Oficerskie Orderu Odrodzenia Polski uczestnikom tej pamiętnej akcji, Panom: Lucjanowi Bernaciakowi ps. „Janusz” i Henrykowi Gośniakowi ps. „Cezary” oraz – pośmiertnie – Wacławowi Kuchnio ps. „Spokojny” i Zygmuntowi Kęsce ps. „Świt”.

Żołnierze wyklęci – tak zatytułował swoje wspomnienia jeden z podkomendnych „Orlika”, nieżyjący już historyk Jerzy Ślaski. W ciągu ostatnich kilkunastu lat tak właśnie przyjęło się określać uczestników ostatniego w długim szeregu naszych narodowych powstań – powstania antykomunistycznego lat 1944 – 1956. Nazywamy je powstaniem, chociaż bowiem działania powojennego podziemia zbrojnego miały charakter samoobrony, podejmowanej w obliczu nadużyć i rodzącego się totalitarnego terroru ze strony wojsk sowieckich i władz komunistycznych, to jednak skala tego zjawiska sprawia, iż w pełni zasługuje ono na to zaszczytne w naszej tradycji miano. Dość powiedzieć, iż liczbę oficerów i żołnierzy pełniących służbę z bronią w ręku w oddziałach leśnych badacze szacują ostrożnie na ponad 20 tysięcy, wszyscy zaś ogółem uczestnicy organizacji niepodległościowych byli jeszcze dziesięciokrotnie liczniejsi.

Miarę wielkości tej drugiej konspiracji stanowi również zaciekły antagonizm, jaki jej bohaterowie budzili wśród swoich wrogów. Antykomunistyczni powstańcy zasłużyli w oczach nowych władz Polski na karę najstraszniejszą. Tropieni i zwalczani za pomocą wszelkich sił i środków – od donosów i zastraszania rodzin aż po użycie artylerii, czołgów – poddawani okrutnym śledztwom, mordowani i grzebani potajemnie, nawet po śmierci pozostawali nadal pozbawieni wszelkich ludzkich praw. Bliskim nie wolno było ich pochować, a przyjaciołom wspominać. Wyklęci za życia, po śmierci mieli zostać skazani na wieczne zapomnienie.

Komunistyczny reżim wytoczył im wojnę totalną. W tym śmiertelnym starciu najlepsi synowie narodu polskiego wytrwali niezłomnie przy wartościach, którym ślubowali wierność: przy Bogu, honorze i ojczyźnie. Tocząc nierówny bój, pamiętali o najważniejszych żołnierskich obowiązkach: obronie ludności cywilnej i solidarności z towarzyszami broni. 24 kwietnia 1945 roku tutaj, w Puławach, ci, których nazywano bandytami, uwolnili z rąk funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa ponad stu aresztantów, których jedyną winę stanowiło to, iż byli polskimi patriotami. Dzięki odwadze niespełna 50 – osobowego oddziału „Orlika” udało się ocalić im życie i odzyskać swobodę.

Porucznik Marian Bernaciak zginął śmiercią żołnierza niewiele ponad rok później. Na polu walki spoczęła również ogromna część jego podkomendnych. Ci, którym dane było przeżyć, za swoje pragnienie wolności i marzenia o niepodległej ojczyźnie zapłacili ogromną cenę długoletnich wyroków więzienia, zniszczonego zdrowia i codziennych szykan, prowadzących do złamania życia osobistego i utraty wszelkich szans zawodowych. Takich chwil powstańczej chwały, jak rozbicie puławskiego Urzędu Bezpieczeństwa, władze komunistyczne nie wybaczały nigdy.

Jako Prezydent Rzeczypospolitej oddaję dzisiaj hołd wszystkim bohaterom antykomunistycznego powstania. Chylę czoła przed tymi, którzy w najciemniejszej godzinie XX – wiecznych dziejów naszej ojczyzny pozostali do końca wierni Polsce. Cześć ich pamięci!

Następnie zostały złożone wieńce przed tablicą upamiętniającą akcję AK i wygłoszone przemówienia okolicznościowe.



Około godz. 13:00 na Al. Królewskiej w Puławach pojawili się "CHŁOPCY Z LASU"…









































Grzegorz Filipek, Komendant Główny Związku Strzeleckiego, inicjator, pomysłodawca i człowiek, bez którego wielkiego zaangażowania ta wspaniała niedzielna inscenizacja historyczna w Puławach nie doszłaby do skutku. Grzegorz Filipek odtwarzał postać dowódcy zgrupowania partyzanckiego AK por./mjr. Mariana Bernaciaka „Orlika”, który podczas ataku na PUBP w kwietniu 1945 r., dla zmylenia przeciwnika i zminimalizowania strat własnych, przebrał się w mundur sowieckiego porucznika.

"[…] Poprzedzony uwolnionymi więźniami oddział szybko wycofał się w kierunku lasu, biorąc po drodze do niewoli 6 sowieckich oficerów, których jednak potem puszczono wolno. Pościg, który zaraz poszedł za oddziałem „Orlika” został na skraju lasu zatrzymany ogniem naszych rkm-ów. Grupa pościgowa do lasu już nie weszła. Zmasowany ogień z broni maszynowej i sowieckich działek plot. na las omijał wycofujący się oddział. Po dojściu do kwater w Sachalinie, spożyciu posiłku i krótkim odpoczynku zdobytymi samochodami oddział został przerzucony w kierunku Ryk."


Strona główna>

Gdzie pochowano "Ognia"? – część 3


Tajemnicza skrzynia

Wiadomo, jak i gdzie spędził ostatnie godziny swojego życia. Wiadomo, kto udzielał mu ostatniego namaszczenia. Wiadomo, gdzie przez trzy dni leżało jego ciało. Reporterka „Dziennika” dotarła do osoby, która widziała go martwego. Jednak na relacji tego świadka ślad się urywa. Co funkcjonariusze UB zrobili z ciałem Józefa Kurasia „Ognia”?

Jeden z tropów prowadzi na cmentarz Rakowicki w Krakowie. Jest tam dokument, w którym odnotowano, że w latach 1947-51 przywieziono tu z Akademii Medycznej skrzynie z ludzkimi szczątkami, którą zakopano w nieoznaczonym miejscu pod murem cmentarza.
"Do dziś widzę, jak mózg nieprzytomnego „Ognia” pulsował; jak zatroskane siostry zakonne krzątały się wokół rannego, pomagając dyrektorowi szpitala (zapomniałem jego nazwiska), który osobiście opatrywał Kurasia. Prawa ręka co pewien czas konwulsyjnie podnosiła się do oddania strzału. Od czasu do czasu powtarzał: „Dajcie mi go. Strzelaj. Szybciej. Bierz go”. Po opatrunku siostry przeniosły Kurasia na salę chorych, a myśmy go nie opuszczali na krok. Usiłowałem coś dowiedzieć się od rannego. Zadawałem pytania o ludzi; o dokumenty; o słynną zaginioną walizkę z dokumentami, dolarami, precjozami, ale daremnie. „Ogień” umarł o północy na moich oczach i trzech towarzyszy ze ścisłej ochrony."
Tak opisał ostatnie godziny życia Józefa Kurasia „Ognia” Kazimierz Jaworski, ówczesny kierownik III sekcji Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Nowym Targu, który był w obstawie w nowotarskim szpitalu. Jego relacje opublikował w latach 80. jeden z ogólnopolskich tygodników.

Czy jest prawdziwa?
– Myślę, że jeśli chodzi o fakty – tak – ocenia Bolesław Dereń, historyk, autor książki „Józef Kuraś „Ogień”. Partyzant Podhala”. Przez klika lat wertował on archiwa dawnego UB w poszukiwaniu informacji na temat tej postaci. Natrafił na wiele ciekawych, utajnionych przez lata dokumentów. Uważa, że to nie wszystko; że dokumentacja w sprawie „Ognia” została przetrzebiona.
– Być może któryś z byłych funkcjonariuszy chciał je mieć w domowym archiwum – sugeruje Bolesław Dereń.
Zadał sobie wiele trudu, prowadząc prywatne śledztwa, aby archiwalne informacje zweryfikować bądź uzupełnić. Okazuje się np., że „Ogień” nie miał żadnej walizki z dokumentami i precjozami, jak sądził Kazimierz Jaworski, funkcjonariusz UB z Nowego Targu. Uciekając w czasie obławy z jednej zagrody do drugiej, porzucił po drodze automat i raportówkę, w której znajdowały się mapy, różne legitymacje, blankiety dowodów osobistych, prawo jazdy na nazwisko Kozłowski, dowód osobisty, potwierdzenie zdania pistoletu, wydane przez Komisariat MO nr 8 w Krakowie. W raportówce, która w żadnym razie nie mogła być walizką, były też srebrne, przedwojenne monety: jedna o nominale 10 zł. i dwie po 5 zł.

„Ogień” miał też kasetkę z pieniędzmi i dokumentami, którą na początku lutego 1947 roku, na krótko przed śmiercią, przekazał na przechowanie Franciszkowi F. z Zakopanego. W kasetce były mapy, 16 tys. zł., 10 dolarów w złocie, zdjęcia i legitymacje kilku ludzi. W kwietniu tego samego roku obaj z niejakim Stefanem Sz. otworzyli kasetkę, aby poznać jej zawartość. Stefana Sz. zatrzymano w sierpniu 1949 roku. W jego zeznaniach jest mowa o tym, że obaj z Franciszkiem F. podzielili się pieniędzmi. W ubeckich aktach nie ma natomiast ani słowa na temat tego, czy odebrano im pieniądze i co się stało z dokumentami, znajdującymi się w kasetce i raportówce.

Bolesław Dereń ustalił również, że tuż przed śmiercią „Ognia” do nowotarskiego szpitala przybył ksiądz Szybowski, ówczesny proboszcz jednej z tamtejszych parafii, który udzielił mu ostatniego, namaszczenia. Z relacji księdza wynika, iż Kuraś poruszał wargami, ale nie potrafił wypowiedzieć żadnego słowa. Z daleka obserwowali to funkcjonariusze UB. Ks. Szybowski był później przesłuchiwany, aresztowany i skazany. Sądzono, że „Ogień” podał mu jakieś ważne informacje, np. o tym, gdzie znajduje się wspomniana przez Kazimierza Jaworskiego walizka z precjozami.
Relację księdza Szybowskiego przekazał wspomniany w poprzednim odcinku Andrzej Goc. ps. „Szpon”, jeden z żołnierzy „Ognia”, który siedział razem z księdzem w więzieniu we Wronkach.
Zmarły kilka lat temu Goc opowiadał, iż był jedną z ostatnich osób, które widziały zwłoki „Ognia”. – Leżał na dziedzińcu WUBP w Krakowie, oparty o pojemnik na odpady. Ubecy robili sobie przy nim zdjęcia – miał powiedzieć.
Bolesław Dereń nie wierzy w prawdziwość tych słów. – Jest raczej mało prawdopodobne, aby funkcjonariusze, bez uzgodnienia z przełożonymi, robili sobie jakieś zdjęcia przy zwłokach. Pewne jest jedno. Wspominał o tym Gocowi ksiądz Szybowski, że ciało „Ognia” leżało przez trzy dni na wewnętrznym dziedzińcu WUBP w Krakowie. Widziała je również inna osoba. Człowiek ten żyje. Mieszka w Krakowie – informuje Bolesław Dereń.

Jan Krejcza, były porucznik Wojska Polskiego, wieloletni dyrektor krakowskiego oddziału Towarzystwa „Polonia”, a później Wspólnoty Polskiej, ma dzisiaj 81 lat. Niechętnie wraca myślami do tamtych czasów. Epizod z „Ogniem” pamięta doskonale.
W wojsku był zaopatrzeniowcem. – Na początku 1947 roku jechaliśmy z pieniędzmi po towar, gdy zatrzymał nas patrol Józefa Kurasia. Zaprowadzili nas do swojego dowódcy, który ironicznie zapytał mnie, skąd pochodzę? Pewnie z Rosji – sam sobie odpowiedział. Był zdziwiony, gdy odparłem, że z Krakowa, z Podgórza. Okazało się, że mamy wspólnych znajomych. Później, gdy „Ogień” dowiedział się, że przy okazji spraw służbowych jadę odwiedzić brata w Nowym Targu – księdza Leona Krejczę, jego nastawienie do nas zmieniło się całkowicie. Na stole pojawiła się wódka i kiełbasa. Rano pozwolono nam wsiąść do samochodu i odjechać. Nie sądziliśmy, że załatwimy służbowe sprawy, bo gdy nas zatrzymano, nie pozwolono nic wziąć z samochodu. A tam mieliśmy pieniądze. Okazało się, ku naszemu zdziwieniu, że sakiewka z pieniędzmi była na swoim miejscu. Nienaruszona.
25 lutego 1947 roku Jan Krejcza został wezwany do WUBP. – Miałem złożyć zeznania w jakiejś sprawie – relacjonuje. – Funkcjonariusz, który mnie prowadził po korytarzach bezpieki, w pewnej chwili kazał mi popatrzeć przez okno na dziedziniec. Powiedział, że nieboszczyk, który tam leży, to „Ogień”. Rozpoznałem go natychmiast, chociaż ciało było powykręcane od mrozu. Czy wtedy zastanawiałem się, co z nim będzie dalej? Nie pamiętam, ale chyba nie. Gdy człowiek znalazł się w tym budynku, myślał tylko o tym, aby jak najprędzej stamtąd wyjść. Wielu się to nie udało.
Jan Krejcza słyszał rożne hipotezy o losach zwłok Józefa Kurasia. Przypomina, że Stanisław Wałach pisze w swoich wspomnieniach, iż przekazano je do Wydziału Lekarskiego UJ jako zwłoki nieznanego mężczyzny.

Po Józefie Kurasiu, nie licząc ludzkich krzywd, nie pozostał żaden materialny ślad – takie były słowa Wałacha. W opinii Bolesława Derenia, ta informacja może być prawdziwa, choć nie jest ścisła, bo zarówno
Andrzej Goc, jak i Jan Krejcza twierdzą, iż ciało „Ognia” leżało na dziedzińcu WUBP trzy, a nie dwa dni, jak utrzymuje Wałach.
Bolesław Dereń uważa, że zasadniczy wpływ na to, co zrobić ze zwłokami, miał właśnie Stanisław Wałach, który był wówczas naczelnikiem Wydziału III WUBP w Krakowie do walki z bandytyzmem. – W archiwum, jak łatwo się domyślać, nie ma na ten temat ani słowa. Rozkazy w takich sprawach wydawane były ustnie, choć obowiązywały pewne procedury – przypomina Bolesław Dereń.
Określono je w „Instrukcji o postępowaniu organów bezpieczeństwa publicznego w wypadkach śmierci osób zatrzymanych” z 26 lipca 1946 roku. Punkt pierwszy mówił, że we wszystkich przypadkach śmierci osób zatrzymanych należy niezwłocznie zawiadomić właściwego prokuratora i lekarza w celu zarządzenia oględzin lub sekcji zwłok. Prokurator miał też wydać pisemne zezwolenie na pogrzeb. Żadnego punktu z instrukcji nie zastosowano w przypadku „Ognia”. Nie było prokuratorskiego dochodzenia. Nikt nie pytał prokuratorów o zezwolenie na pogrzebanie zwłok.

O tym, że prokuratorzy z Sądu Okręgowego w Nowym Sączu jednak interesowali się okolicznościami śmierci Józefa Kurasia, świadczy fakt, iż chcieli przesłuchać Mariana B., sierżanta Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, który pierwszy wbiegł na strych domu, gdzie postrzelił się „Ogień”. Dopiero 26 marca 1947 roku, czyli ponad miesiąc po jego śmierci, KP MO w Nowym Targu poinformowała prokuraturę, że kilka dni po akcji sierżanta B. zwolniono ze służby i zamieszkał w innym powiecie. Bolesław Dereń nie ma wątpliwości, że chciano się go w ten sposób pozbyć.
Niektórzy moi rozmówcy sugerowali, że sierżant B. mógł być jedną z osób, która miała za zadanie ukryć zwłoki „Ognia”. – Nic nie wiem na ten temat, ale postać tego sierżanta bardzo mnie intrygowała – przyznaje Bolesław Dereń.
Z dokumentów, które krakowski historyk odnalazł w archiwach wynika, że Marian B. powrócił do rodzinnej wsi koło Nowego Brzeska. W 1948 roku został aresztowany, bowiem sąsiedzi donieśli, że urządzał napady. Stanął przed sądem i wtedy okazało się, że ma pistolet, który zabrał Kurasiowi. Został skazany na 6 lat więzienia, ale przesiedział tylko dwa miesiące, bowiem został ułaskawiony.

Bolesław Dereń postanowił odszukać Mariana B. We wsi, gdzie rzekomo miał mieszkać, odnalazł jego brata – Józefa, który powiedział, że Marian po opuszczeniu wiezienia wyjechał na Wybrzeże i zaciągnął się na statek. W tym czasie poznał Stanisławę D. – córkę brata Władysława Gomułki, która porzuciła dla niego męża. Gdy zarobili trochę pieniędzy, przyjechali w rodzinne strony Mariana i tu wybudowali dom. Ponieważ zaczęli ich nachodzić różni ludzie z pogróżkami wobec B., sprzedali dom i znów wywędrowali do Gdyni.
– Pisałem do niego na adres wskazany przez brata z prośbą o relację na temat „Ognia”, którą chcę zamieścić w swojej książce, telefonowałem, ale nadaremnie. Nie było odpowiedzi; nikt nie podnosił słuchawki telefonu. Podejrzewam, że został uprzedzony, iż ktoś się nim interesuje – relacjonuje Bolesław Dereń.

Józef Kuraś "Ogień" z żoną Czesławą. 1946 r.

– Dla nas, dla rodziny „Ognia”, ważny jest każdy wątek, każda informacja. Byłabym wdzięczna, gdyby ten pan z Wybrzeża zechciał się ujawnić – wzdycha Czesława, z domu Polaczyk, druga żona Józefa Kurasia. Ma obecnie 82 lata [Czesława Bochyńska, z d. Polaczyk zmarła w lutym 2007 r.]. Była drugi raz zamężna, ale widać, że temat „Ognia” nadal bardzo ją porusza. Trudno się dziwić. Wiele przeszła po śmierci pierwszego męża. Gdy umierał, była w ciąży. Współlokatorzy, funkcjonariusze UB traktowali ją niezwykle brutalnie. Do dziś pamięta, jak pijany J., wracając ze służby, wygrażał jej pistoletem i wyzywał od bandytów. Żona drugiego funkcjonariusza o nazwisku Sz., widząc, że Czesława nie może znaleźć pracy, naigrywała się, mówiąc, że tacy jak ona powinni pracować wyłącznie w klozecie. Słuchała tych obelg od ludzi, którzy zajęli cały jej dom. Po wielu miesiącach starań pozwolono jej w nim zamieszkać. Przydzielono mały pokój na piętrze. Niedługo w nim pobyła. Sz. postarał się, aby trafiła do więzienia. Siedziała 4 lata we Wronkach i Potulicach. Po powrocie z więzienia też nie było jej łatwo. Dom Polaczyków obserwowano. Nasyłano na nich tajniaków, którzy, udając byłych żołnierzy „Ognia” interesowali się warunkami życia „pani majorowej”, jak ją z pogardą nazywali. Straszyli kolejnym aresztem, wywiezieniem na Syberię lub wyprowadzeniem do lasu, co miało oznaczać likwidację. Była wielokrotnie wzywana do UB, gdzie namawiano ją, by zmieniła nazwisko, a najlepiej, aby wyjechała.
– Miałam tego wszystkiego dość – opowiada. – Rodzina radziła mi, abym wyjechała do Ameryki. Byłam zdumiona, gdy udało mi się wyrobić paszport. Były lata 60. Dopiero niedawno dowiedziałam się, że komunistyczne władze chciały się mnie za wszelką cenę pozbyć. W Ameryce spędziłam 20 lat. Wyszłam drugi raz za mąż, ale wiele razy myślałam o swoim pierwszym mężu, modląc się, aby kiedykolwiek móc mu zapalić świeczkę. Syn pisał mi w listach, że był dwukrotnie u Stanisława Wałacha, aby prosić go o ujawnienie tajemnicy związanej z pochówkiem męża. Ale niczego się nie dowiedział. On go cały czas zwodził.
Żona „Ognia” nie wierzy w to, że ciało jej męża mogło zostać pocięte na kawałki i zalane formaliną. Twierdzi, że pojawiła się kolejna hipoteza – zwłoki jej męża rzekomo miały zostać zagrzebane na terenie dawnego kamieniołomu na Zakrzówku. Informacja ta pochodzi od osoby zaprzyjaźnionej z rodziną Wałachów.

Kolejny z moich rozmówców trafił na inny ślad. Zdobył dowód na to, że w latach 1947-51 na cmentarz Rakowickim w Krakowie dostarczono z Akademii Medycznej skrzynię z ludzkimi szczątkami, które zakopano w nieoznaczonym miejscu pod murem cmentarza. Jeśli udałoby się odnaleźć to miejsce i odkopać skrzynię, można byłoby sprawdzić, korzystając z dostępnych dzisiaj metod, czy nie ma tam przypadkiem szczątków Józefa Kurasia. Identyfikacja byłaby możliwa poprzez analizę kodu DNA i porównanie z kodem syna „Ognia”, który mieszka i pracuje w Nowym Targu.

GRAŻYNA STARZAK, [email protected] , tel: 606-28-58-79
Dziennik Polski, Nr 73 (18169), 26.03.2004

Gdzie pochowano „Ognia”? – 2 < część > 4 (1/2)
Gdzie pochowano "Ognia"? – część 1>

Strona główna>

63 rocznica rozbicia PUBP w Puławach

Inscenizacja historyczna – odbicie więźniów z PUBP w Puławach, 27 kwietnia 2008 r.

27 kwietnia 2008 r. [niedziela] w Puławach odbędą się obchody upamiętniające 63 rocznicę odbicia więźniów z Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego przez oddziały AK pod dowództwem majora Mariana Bernaciaka ps. „Orlik”.
Uroczystość zorganizowaną przez Związek Strzelecki Oddział Puławy im. 15 Pułku Piechoty „Wilków” rozpocznie o godz. 10 msza św. w kościele garnizonowym pw. Matki Bożej Różańcowej, następnie zostaną złożone wieńce przed tablicą upamiętniającą akcję AK i wygłoszone przemówienia okolicznościowe. O godz. 12:00 przy Al. Królewskiej 3 zostanie zaprezentowana inscenizacja historyczna, przedstawiająca odbicie więźniów z PUBP w Puławach przez oddział „Orlika”. Podstawą scenariusza stały się wspomnienia żyjących uczestników tej akcji. W przedstawieniu udział wezmą: Związek Strzelecki Oddział Puławy im. 15 Pułku Piechoty „Wilków”, Grupa Historyczna Zgrupowanie „Radosław” z Warszawy, Stowarzyszenie Trójmiejska Grupa Rekonstrukcji Historycznych z Gdyni, Przemyskie Stowarzyszenie Rekonstrukcji Historycznej X D.O.K oraz lokalne grupy teatralne.
Patronat Honorowy: Marszałek Województwa Lubelskiego Krzysztof Grabczuk. Patronatem prasowym objęła puławskie obchody „Gazeta Polska".

[Kliknij w zdjęcie aby powiększyć]


Major Marian Bernaciak ps. „Orlik” – ur. 17 marca 1917 r. w Zalesiu koło Ryk, zm. 24 czerwca 1946 r. we wsi Więcków-Trojanów, legendarny dowódca oddziału partyzanckiego AK, a następnie Zrzeszenia WiN na Lubelszczyźnie. Był synem Michała Bernaciaka i Marii z domu Bliźniak. W 1937 r. ukończył gimnazjum im. Czartoryskich w Puławach. Następnie odbył roczną obowiązkową służbę wojskową w Szkole Podchorążych Artylerii w Zambrowie, którą zakończył w stopniu plutonowego podchorążego. Dostał przydział mobilizacyjny do 2. Pułku Artylerii Ciężkiej. Pracował w urzędzie pocztowym w Sobolewie w powiecie Garwolin. Zmobilizowany w sierpniu 1939 r., podczas wojny obronnej 1939 r. walczył jako podporucznik rezerwy w 2 pac. Podczas obrony Włodzimierza Wołyńskiego dostał się do niewoli sowieckiej. Kilka tygodni później zbiegł z transportu jenieckiego na terenie ZSRR wiozącego polskich oficerów do obozów i powrócił w rodzinne strony. Prowadził księgarnię w Rykach i niewielką drukarnię w Dęblinie. W 1940 r. zaangażował się w działalność konspiracyjną w ramach ZWZ, a następnie AK. Był szefem Kedywu Podobwodu "A" (Dęblin-Ryki) w Obwodzie AK Puławy. Od jesieni 1943 r., zagrożony aresztowaniem przez Gestapo, był zmuszony ukrywać się. 20 listopada 1943 utworzył grupę lotną, przekształconą w oddział partyzancki, na czele którego stanął. W maju 1944 r. jego oddział otrzymał kryptonim OP I/15. Pułku Piechoty AK "Wilków". Przeprowadził on ponad 20 akcji bojowych przeciwko Niemcom. Dzięki jego postawie podczas akcji Burza w lipcu 1944 r. w Dęblinie uratowano przed zniszczeniem ważne obiekty wojskowe i gospodarcze, uchroniono ludność przed wywózką i znęcaniem się przez wycofujących się żołnierzy niemieckich. 26 lipca 1944 jego oddział zajął samodzielnie Ryki. W sierpniu 1944 r. M. Bernaciak na czele ok. 350 partyzantów podjął marsz w celu pomocy walczącej Warszawie, ale zakończył się on niepowodzeniem. Zagrożony internowaniem przez Sowietów, podjął decyzję o rozwiązaniu oddziału. Przez kilka miesięcy ukrywał się, poszukiwany przez NKWD.

Ryki, 26 lipca 1944 r., na koniu major Marian Bernaciak "Orlik".

W marcu 1945 r. odtworzył swój oddział z osób zagrożonych aresztowaniem. Jesienią 1945 r. został mianowany dowódcą zgrupowania oddziałów WiN w Inspektoracie Rejonowym "Puławy", a następnie zastępcą inspektora puławskiego ds. bezpieczeństwa jako referent bezpieczeństwa. Dowodzone przez niego zgrupowanie partyzanckie, jedno z największych na Lubelszczyźnie (działało na terenie powiatów garwolińskiego, puławskiego, łukowskiego, lubartowskiego, kraśnickiego i kozienickiego), liczące ok. 200 żołnierzy, a na wiosnę 1946 r. – ok. 160, przeprowadziło wiele akcji zbrojnych przeciwko władzom komunistycznym, m.in. 13 kwietnia 1945 w Woli Zadybskiej rozbiło 3 grupy operacyjne KBW, które straciły 4 zabitych i 6 rannych zołnierzy oraz 1 zabitego i 1 rannego funkcjonariusza UB; 30 żołnierzy KBW zostało rozbrojonych.

W kwietniu 1945 r. na terenie Inspektoratu Puławy nasiliły się aresztowania żołnierzy AK. Zwiększyła się też jednak działalność samoobrony przed aresztowaniami i wysyłką do sowieckich łagrów. Działania te koordynował „Orlik”. W połowie kwietnia podjął decyzję o zaatakowaniu siedziby Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Puławach w celu uwolnienia więzionych tam w strasznych warunkach i torturowanych dziesiątków żołnierzy podziemia i członków ich rodzin. Wykonanie tej akcji wyznaczył na 24 kwietnia. W dniu tym oddział stanął w Sachalinie przy Lesie Żyrzyńskim.

Brat mjr. "Orlika", Lucjan Bernaciak ps. "Janusz".

Przygotowanie do akcji i jej przebieg znane są z relacji brata mjr. „Orlika”, Lucjana Bernaciaka „Janusza”:
„Rankiem 24 kwietnia „Orlik” wydał rozkaz dowódcy 1 plutonu, by wysłał na krzyżówkę szos w Żyrzynie 2 patrole 3-osobowe w celu zatrzymania i przyprowadzenia do kwatery oddziału dwóch samochodów z zapasami paliwa, najlepiej firmy Studebacker. Rozkaz został wykonany i w niedługim czasie 2 samochody z rozbrojoną obsługą tj. 2 kierowców i 2 oficerów sowieckich w randze majora i porucznika zostały doprowadzone do oddziału. Cel sprowadzenia samochodów wyjaśnił się dopiero około godz. l4-tej. Na zbiórce oddziału „Orlik” poinformował, że będzie wykonana bardzo poważna akcja i wezmą w niej udział wyłącznie ochotnicy. Na rozkaz „ochotnicy wystąp” wystąpili prawie wszyscy będący na zbiórce. Wtedy „Świt” [por. Zygmunt Kęska] wybrał 36 ludzi i odbył z nimi odprawę. Poinformował, że celem akcji jest zaatakowanie i opanowanie PUBP w Puławach oraz uwolnienie z jego aresztu więźniów. Nie krył również tego, że akcja będzie trudna, gdyż na terenie Puław znajduje się bardzo dużo wojska sowieckiego (w granicach 6 tysięcy). Wybranych ochotników podzielił na 2 grupy: w 1 grupie 16-tu ludzi, w 2 grupie 20-tu. W 1 grupie 10 ubrało się w mundury wojskowe, a 6 w podniszczone ubrania cywilne. Tych 6 miało występować
w roli aresztantów ujętych i transportowanych przez żołnierzy do UB w Puławach. Byli to żołnierze z oddziału „Zagończyka” [mjr. Franciszek Jaskulski]. Grupa ta została ulokowana w pierwszym samochodzie. Pojechał z nią w szoferce przebrany w mundur sowieckiego porucznika „Orlik”. W drugim wozie pojechała cała druga grupa ze „Świtem” i najbieglej mówiącym po rosyjsku kpr. pchor. Stanisławem Szymańskim „Igołką” przebranym w mundur sowieckiego majora. Cała załoga w dwóch samochodach stanowiła umownie grupę operacyjną przeznaczoną do zwalczania partyzantów. Około godz. 15-tej samochody podjechały pod budynek UB. Otwarto klapę i popędzając udających aresztantów sprowadzono ich z samochodu. „Igołka” przebrany za majora zgłosił stojącemu wartownikowi przywiezienie bandytów i wprowadził całą szesnastkę do budynku rozbrajając w tym momencie wartownika. Wszedł również „Orlik”. Pozostali z drugiego samochodu otoczyli budynek, a kilku weszło również do środka. W tym samym czasie stojący na tyłach budynku jeden z kolegów zauważył ubeka, który wyprowadzał na zewnątrz do ubikacji 6 kobiet. Zaatakował go uderzając lufą stena w brzuch, a kobietom kazał uciekać w kierunku lasu. W tym samym czasie na parterze budynku, gdy „Igołka” rozmawiał z komendantem UB, stojący na uboczu oficer NKWD zorientował się, że to podstęp i sięgnął do kabury po pistolet. Szybszy był jednak „Orlik”, który strzałem z colta zabił go. Wtedy nastąpiła wymiana ognia. Szybko opanowano parter i część piętra. Znajdujący się tam ubowcy zabarykadowali się w jednym z pokojów i otworzyli ogień na podwórko. Żołnierze udający konwojowanych bandytów wtargnęli do piwnic budynku i po rozbiciu drzwi uwolnili więźniów. Podczas akcji zginął Marian Sośniak „Żaba”, a Feliks Tymoszuk „Longinus” został śmiertelnie ranny. Widząc to „Orlik” wydał rozkaz zabrania ich do samochodu i wycofania się. Ubezpieczający akcję „Świt” rzucił przez okno granat do pomieszczenia z którego strzelali ubecy i w ten sposób przerwał ostrzał podwórka. Wycofanie musiało być szybkie, ponieważ sowieccy oficerowie ustawili na dachu sąsiedniego budynku ckm i rozpoczęli ostrzeliwanie tylnej ściany siedziby UB. Poprzedzony uwolnionymi więźniami oddział szybko wycofał się w kierunku lasu, biorąc po drodze do niewoli 6 sowieckich oficerów, których jednak potem puszczono wolno. Pościg, który zaraz poszedł za oddziałem „Orlika” został na skraju lasu zatrzymany ogniem naszych rkm-ów. Grupa pościgowa do lasu już nie weszła. Zmasowany ogień z broni maszynowej i sowieckich działek plot. na las omijał wycofujący się oddział. Po dojściu do kwater w Sachalinie, spożyciu posiłku i krótkim odpoczynku zdobytymi samochodami oddział został przerzucony w kierunku Ryk."

Feliks Tymoszuk ps. "Longinus", jeden z dwóch partyzantów, którzy polegli podczas akcji rozbicia PUBP w Puławach.

Podczas tej akcji wykonanej w mieście pełnym sowieckiego wojska uwolniono 107 więźniów, zabito 5 ubeków, 2 milicjantów oraz 1 oficera sowieckiego, a 5 zostało rannych, w tym zastępca szefa puławskiej bezpieki Aleksander Ligęza, jeden z pierwszych członków GL-AL w pow. puławskim.

W tym gmachu (widok od tyłu) mieścił się w Puławach Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego.

1 maja 1945 r. zgrupowanie mjr. "Orlika" zajęło Kock, gdzie rozbroiło milicję i zatrzymało 3 ubeków, rozpędziło na rynku komunistyczny wiec zorganizowany z okazji święta 1 maja i zorganizowało w jego miejsce antykomunistyczny wiec, a w czasie odwrotu z Kocka pod Annówką rozbiło grupę operacyjną UB, w wyniku czego zginęło 12 funkcjonariuszy, a 24 dostało się do niewoli; zostali oni rozbrojeni, rozmundurowani i puszczeni wolno,
24 maja 1945 r. stoczyło wraz z 50-osobowym oddziałem dywersji terenowej Podobwodu B pod komendą ppor. Czesława Szlendaka ps. "Maks" zwycięską bitwę pod Lasem Stockim z 680-osobową grupą operacyjną sił KBW, UB i NKWD, wyposażonych w transportery opancerzone; po całodziennej walce zginęło od 22 do 62 żołnierzy NKWD i 10 funkcjonariuszy MO i UB, w tym kpt. Henryk Deresiewicz, naczelnik Wydziału do Walki z Bandytyzmem WUBP w Lublinie i por. Aleksander Ligęza, zastępca szefa PUBP w Puławach,
15 czerwca zajęło Żelechów, gdzie rozbroiło posterunek MO i zlikwidowało kilku funkcjonariuszy UB,
26 lipca 1945 r. uwolniło z transportu pod Bąkowcem ok. 120 więźniów, w tym wielu żołnierzy podziemia niepodległościowego. Wśród uwolnionych znajdowali się ppłk Antoni Żurowski "Andrzej Bober" – dowódca VI Obwodu Warszawa-Praga Armii Krajowej i ppłk Henryk Krajewski ("Trzaska") – dowódca 30 Poleskiej Dywizji Piechoty w Akcji "Burza".

W latach 1945-1947 plutony podporządkowane M. Bernaciakowi przeprowadziły najwięcej akcji dywersyjnych na Lubelszczyźnie, m.in.:
5 lutego 1946 we wsi Czernic w gminie Kłoczew rozbito grupę operacyjną KBW, która straciła 7 zabitych i kilku rannych, spalono dwa samochody KBW i zniszczono samochód z radiostacją KBW, a samą radiostację zabrano,
10 marca 1946 na szosie Warszawa-Lublin w rejonie Gończyc w pobliżu Garwolina stoczono potyczkę z oddziałem Armii Czerwonej, w której zginęło kilku żołnierzy sowieckich, a pluton stracił 1 zabitego i 1 rannego.
Zgrupowanie jako zwarta formacja działało do lipca 1945 r. Wskutek olbrzymiego nasycenia terenu regularnym wojskiem i siłami bezpieczeństwa, M. Bernaciak zmuszony był do zmiany taktyki. Podzielił swoje zgrupowanie na pojedyncze plutony i drużyny, które były zakonspirowane we wsiach i wspomagane przez terenowe struktury WiN. Umożliwiało to łatwą koncentrację zgrupowania i utrzymywanie stałej gotowości bojowej. Taktyka ta została zmieniona wiosną 1946 r., kiedy zgrupowanie zostało podzielone na dwa pododdziały. Pierwszy pododdział pod dowództwem Wacława Kuchnio ps. "Spokojny" działał na północy Inspektoratu, a drugi pod dowództwem Zygmunta Wilczyńskiego ps. "Żuk" – na południu. Źródłem dużych sukcesów M. Bernaciaka była jego umiejętność dowodzenia i częsta zmiana taktyki walki z wielokrotnie przeważającymi siłami wojskowymi i formacji bezpieczeństwa.
Do walki ze zgrupowaniem M. Bernaciaka władze zmobilizowały ogromne siły podzielone na grupy operacyjne, liczące łącznie kilkanaście tysięcy żołnierzy LWP, KBW oraz funkcjonariuszy MO i UB. Aresztowani zostali rodzice M. Bernaciaka oraz jego brat Lucjan, b. żołnierz AK.

Major Marian Bernaciak „Orlik” zginął 24 czerwca 1946 roku. Wraz z żołnierzami ochrony osobistej wracał z odprawy dowództwa Inspektoratu WiN Puławy do swojego zgrupowania stacjonującego koło wsi Hordzieżka w powiecie łukowskim. 20 kilometrów przed celem grupa zatrzymała się na skraju wsi Piotrówek, aby podkuć konia u kowala Jana Pyrki. O podejrzanych gościach sołtys Jan Maraszek, za pośrednictwem syna kowala, powiadomił posterunek MO w pobliskim Trojanowie i oddział żołnierzy z 1. DP w Więckowie, którzy patrolowali teren przed zbliżającym się referendum. Zorganizowano zasadzkę. Jedna grupa wkroczyła do wsi, a druga zablokowała przewidywaną drogę ucieczki do pobliskiego lasu.
Partyzanci podjęli próbę przebicia się z okrążenia, ale tylko dwóm udało się wyrwać z kotła. Dwóch wpadło w ręce UB, natomiast „Orlik” wraz z N.N. „Ogarkiem” polegli.

Pomnik stojący przed budynkiem byłego PUBP w Puławach, poświęcony zamordowanym w tej katowni żołnierzom AK-WiN.

Strona główna>