Gdzie pochowano "Ognia"? – część 6 (1/2)

Świadkowie

Od prokuratorów IPN zależy, czy i kiedy będzie można przekopać grób, w którym przed prawie 60 laty zakopano tajemniczą skrzynię z ludzkimi szczątkami.

Pan Roman. Pan Franciszek. Pani Janina. Mieszkają w różnych miastach. Mają odmienne biografie rodzinne i zawodowe, ale w ich życiorysach jest pewien wspólny szczegół. Jeszcze do niedawna skrzętnie go ukrywali. Osoby te twierdzą, że w lutym 1947 r. w prosektorium krakowskiej Akademii Medycznej widziały zwłoki człowieka, o którym mówiono, że to Józef Kuraś.

Jeden ze świadków zauważył na ciele „Ognia” wytatuowaną pszczołę. Czy tatuaż może być znakiem rozpoznawczym najbardziej znanego partyzanta z Podhala? Zeznania pana Romana, pana Franciszka i pani Janiny są potwierdzeniem tezy wysuniętej przez dr. Andrzeja Ślęzaka, który dowodzi, że UB przekazało szczątki „Ognia” studentom medycyny do ćwiczeń, a później w tzw. pace złożono je na cmentarzu Rakowickim.
Dr Roman Kozłowski, obecnie emeryt zajmujący się leczeniem bezdomnych, mieszkał przed wojną wraz z rodzicami w budynku przy ul. Ruskiej 4 w Krakowie. Kamienica, w której mieściło się później ministerstwo gospodarki Generalnego Gubernatorstwa, a po wojnie siedziba UB, znajdowała się u zbiegu ulicy Ruskiej, Pomorskiej i placu Inwalidów. Wcześniej był to budynek należący do Uniwersytetu Jagiellońskiego. W sierpniu 1939 roku dr Kozłowski wraz z rodzicami oraz innymi mieszkańcami tej, a także innych okolicznych kamienic, odpowiadając na apel władz miasta, ruszył do kopania schronów przeciwlotniczych wzdłuż ulicy Królewskiej.

– Miałem wtedy 13 lat i ledwie mogłem udźwignąć łopatę, ale przynajmniej starałem się naśladować dorosłych – wspomina tamte dni. W jego opinii budowane wówczas schrony, o których dzisiaj opowiada się legendy, to były właściwie rowy głębokości 2-2,5 metra, oszalowane deskami, które dopiero w czasie wojny albo tuż po – nie jest tego pewien – wzmocniono betonowymi ścianami i stropami.
– Gdy teraz przypominam sobie, jak wyglądały owe fortyfikacje – podobne znajdują się pod powierzchnią alei Krasińskiego – ogarnia mnie pusty, śmiech, bo gdyby doszło do bombardowania, nie przeżyłby tam nawet kret, a co dopiero człowiek – uśmiecha się dr Kozłowski.

W tych miejscach na powierzchni ziemi widać dzisiaj lekkie wzniesienie terenu. Rosną tam drzewa. W latach tużpowojennych wśród mieszkańców placu Inwalidów rozeszła się pogłoska, że funkcjonariusze Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa do schronu wrzucają zwłoki skrytobójczo zamordowanych członków antykomunistycznego podziemia. Ta gminna wieść odżyła pod koniec lat 90., gdy prokuratorzy z Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu wszczęli śledztwa w sprawie zbrodniczej działalności funkcjonariuszy UB w różnych miastach Małopolski. W jednej ze spraw pojawił się wątek związany z tajemniczym zniknięciem ciała „Ognia”. Niektóre przesłuchiwane przez prokuratorów osoby sugerowały, iż po śmierci w nowotarskim szpitalu zwłoki Józefa Kurasia przywieziono do Krakowa i wrzucono do owego bunkra, wykopanego m.in. przez dr. Kozłowskiego, a znajdującego się w podziemiach ulicy Królewskiej.

Nie wierzę w tę hipotezę – kręci niedowierzająco głową dr Roman Kozłowski. – Funkcjonariusze UB nie byliby na tyle naiwni, żeby nie przewidzieć, iż ktoś prędzej czy później musi się natknąć na szczątki. Po wojnie wszystkie krakowskie schrony znalazły się w ewidencji służb miejskich, które je konserwowały. Znam człowieka, który przez całe lata tym się zajmował. Nie był to bynajmniej żaden ubek, który np. stałby na straży ponurej tajemnicy związanej ze schronem przy placu Inwalidów, ale zwykły urzędnik, specjalista od tego typu budowli, opłacany z miejskiej kasy.

Dr Roman Kozłowski z niedowierzaniem traktuje również inną hipotezę przyjętą w śledztwie prowadzonym obecnie przez IPN w Krakowie, zgodnie z którą ciało „Ognia” miało leżeć przez trzy dni na podwórku kamienicy, gdzie mieścił się Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa. W tej właśnie kamienicy mieszkał przed wojną wraz z rodzicami mój rozmówca. W jego opinii układ pomieszczeń był tam taki, że nie sposób – jak zeznał jeden ze świadków – przechodząc korytarzem, widzieć, co się dzieje na podwórzu.
– Zastanawiam się poza tym, w jakim celu ubecy mieliby przywieźć ciało „Ognia” na plac Inwalidów? Przecież tam odbywały się głównie przesłuchania. Tam nie dokonywano sekcji zwłok, ani nawet oględzin lekarskich. Podwórko, o którym mowa, było małe. Nie sposób wjechać na nie samochodem. Nie wierze, aby zdecydowano się nieść zwłoki na marach przez cały budynek i wąską klatką schodową znosić na podwórze. Prędzej uwierzyłbym, że ciało złożono w ogródku obok, ale dostęp do tego miejsca również nie jest łatwy – mówi dr Kozłowski.

Nie przekonują go zeznania świadka, który siedział w celi z bratem „Ognia” i który utrzymuje, iż tenże brat został zawieziony, oczywiście, z zawiązanymi oczami, w jakieś miejsce, gdzie miał dokonać identyfikacji ciała, a czas, w którym był nieobecny w celi, wskazuje, że brat „Ognia” mógł pokonać odległość z więzienia przy ul. Montelupich na plac Inwalidów i z powrotem.
Mniej więcej w takiej samej odległości od więzienia na „Monte” znajduje się prosektorium Akademii Medycznej.
– W mojej opinii „Ogień” mógł zostać przywieziony z Nowego Targu bezpośrednio do prosektorium. Tam po oględzinach lekarskich jego ciało zostało przekazane studentom jako materiał do ćwiczeń – sugeruje dr Kozłowski.

Ranny "Ogień" na noszach. Zdjęcie ukazało się w II wydaniu (z 1967 r.) książki Mariana Reniaka (prawdziwe nazwisko Stróżyński) pt. "Niebezpieczne ścieżki". Z innych wydań usunięto tę fotografię.

Te sugestie nie są bynajmniej tylko wymysłem mojego rozmówcy. W 1947 roku dr Roman Kozłowski był studentem Wydziału Lekarskiego UJ w Krakowie i twierdzi z całą mocą, że będąc pewnego lutowego dnia w prosektorium Zakładu Anatomii Opisowej, zobaczył tam zwłoki „Ognia”.
– Leżały na stole prosektoryjnym. Skąd wiedziałem, że to „Ogień"? Nie mam pewności, ale taka wieść rozeszła się wśród studentów i profesorów. Nieboszczyk wyróżniał się posturą. Tak samo jak „Ogień”, który za życia był podobno wysoki i barczysty.
Dr Kozłowski twierdzi, że nie on jeden widział w prosektorium tajemnicze zwłoki. Proponuje, aby popytać inne osoby z tego samego rocznika. Twierdzi, że żyje jeszcze około 50 osób, z którymi siedział w studenckiej ławie. – Lista jest weryfikowana w naturalny sposób niemal co roku, podczas urządzanych przez nas regularnie spotkań towarzyskich – mówi z wrodzonym sobie poczuciem humoru. Nadmienia również, że on i jego koledzy nigdy wcześniej nie mówili między sobą o sprawie „Ognia” w obawie o własne bezpieczeństwo.
Wiedzieliśmy, że na na
szym roku aż się roiło od wtyczek UB – podsumowuje dr Kozłowski.

Gdzie pochowano "Ognia" – część 6 (2/2)>

Strona główna>

Gdzie pochowano "Ognia"? – część 6 (2/2)

Pani Janina studiowała …

Pani Janina studiowała medycynę z doktorem Kozłowskim. Mieszka nieopodal Tarnowa. Jest emerytowanym pediatrą. Nie bierze udziału w koleżeńskich zjazdach swojego rocznika, bo z powodu choroby od lat nie wychodzi z domu. Prosi, aby nie wymieniać jej z nazwiska, bo nie chce rozgłosu. Mówi, że zaintrygowała ją sprawa tajemniczego zniknięcia ciała „Ognia”, o której przeczytała na łamach „Dziennika”.
– Nigdy przedtem nie interesowałam się tą postacią, chociaż moi dwaj kuzyni byli w AK i za to spędzili po kilka lat w komunistycznych więzieniach – oznajmia na wstępie naszej rozmowy. Zaraz potem dodaje, że chociaż nazwiska Józefa Kurasia „Ognia” nigdy nie wymieniano ani w jej domu, ani w domach jej kuzynów, to sama postać nie tylko nie jest jej obca, ale czasem nawet śni się jej po nocach!
– To był zimny, lutowy dzień 1947 roku – opowiada zdarzenia sprzed prawie 60 lat. – Mieliśmy mieć zajęcia z anatomii opisowej. To był mój trzeci pobyt w prosektorium. Za każdym razem przeżywałam katusze. Być może dlatego wybrałam jako specjalizację pediatrię. W dniu, który doskonale zapamiętałam, zjawiłam się na zajęciach grubo przed wyznaczonym terminem. Postanowiłam podjąć próbę przezwyciężenia strachu i opanowania mdłości na widok nieboszczyków, których już przed zajęciami układano na stole sekcyjnym. Gdy uchyliłam drzwi, zobaczyłam leżącego tam zwalistego mężczyznę. Miał krótką bródkę. Nie pamiętam, jakiego koloru. Ciało było całkiem dobrze zachowane. Bez jakichkolwiek oznak rozkładu. Ośmielona tym, podeszłam bliżej. Zlustrowałam całą postać: od głowy do stóp poprzez genitalia. Prócz bródki zauważyłam inny, rzucający się w oczy szczegół. Ten mężczyzna miał w intymnym miejscu tatuaż, przedstawiający pszczółkę. Trzeba przyznać, że rysunek owada był wykonany z artyzmem. Później, już po zajęciach, od jednego z kolegów dowiedziałam się, że na nasz wydział trafiły zwłoki jakiegoś partyzanta, który nosi pseudonim „Ogień”.
Nikomu nie mówiłam dotąd o tym, że odważyłam się wejść do prosektorium, gdzie leżało ciało mężczyzny, odpowiadające opisowi podanemu przez kolegę. Wspomnienie o tym wydarzeniu dość szybko zatarło się w mojej pamięci. Dopiero bodaj w latach 80. w tygodniku „Kultura” natknęłam się na materiał publicystyczny o „Ogniu”. Autor tej publikacji sugerował, że ciało partyzanta trafiło właśnie na Wydział Lekarski do Zakładu Anatomii. Skojarzyłam te wszystkie fakty i doszłam do wniosku, że mężczyzna, którego widziałam na stole sekcyjnym, mógł być „Ogniem”. Gdyby znalazł się ktoś – żona lub bliscy przyjaciele tego człowieka, którzy potwierdzą, iż Józef Kuraś miał tatuaż w postaci pszczółki, byłby, to niezbity dowód, że „Ogień” trafił do prosektorium – kończy swój wywód pani Janina.

Jest jeszcze jeden świadek, który w roku akademickim 1947/48 był studentem Wydziału Lekarskiego UJ. Na studium wychowania fizycznego tego wydziału spędził w sumie trzy semestry. Franciszek Hapek, emerytowany pracownik naukowy AWF w Krakowie, obecnie pełniący funkcję zastępcy przewodniczącego Zarządu Głównego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, twierdzi, że w lutym 1947 roku był przez dwie godziny w prosektorium w Zakładzie Anatomii razem ze swoimi kolegami. Tam widział dwa ciała: wysokiego mężczyzny, bardzo dobrze umięśnionego i kobiety z wyciętymi narządami rodnymi. Nie potrafi powiedzieć, czy ów mężczyzna miał tatuaż na ciele. O tym, że to jest „Ogień”, powiedział mu dr Stanisław Koman, który wówczas miał z nimi zajęcia. O kobiecie mówiono, że to jakaś łączniczka. Z relacji Franciszka Hapka wynika, że dr Koman został potem przeniesiony służbowo do pracy w Akademii Medycznej w Rokitnicy na Śląsku. Mój rozmówca nic wie, czy to było przeniesienie karne czy też prosił o to sam dr Koman. Słowa Franciszka Hapka potwierdza jego przyjaciel ze szkolnej ławy. Stanisław Gargasz nie pamięta szczegółów ich wspólnej wizyty w prosektorium, ale jest pewien, że dr Koman oraz dwaj jego asystenci mówili im w zaufaniu, iż na stole sekcyjnym leży „Ogień”.

Informacje i domysły w artykułach z cyklu „Gdzie pochowano »Ognia«”, przywołują wspomnienia dotyczące nie tylko tej postaci. Pani Anna Rauch, obecnie mieszkanka Wadowic, a w dzieciństwie Krakowa, ma wątpliwości co do ewentualnego miejsca pochówku „Ognia”, a także osób, które zginęły z rąk funkcjonariuszy UB i których ciał do dzisiaj nie znaleziono. Uważa ona, że jest bardziej prawdopodobne, że utrzymywanych w tajemnicy pochówków na cmentarzu Rakowickim UB dokonywało nie od strony ulicy Prandoty, lecz od strony ul. 29 Listopada.
– Pamiętam z dzieciństwa spędzonego w Krakowie, że zaraz po wojnie przy ulicy Prandoty, gdzie dopiero powstawał nowy cmentarz, była otwarta przestrzeń. Natomiast od strony ul. 29 Listopada Rakowice otoczone były wysokim, litym murem. Wydaje mi się, że ta strona cmentarza, zarośnięta dzikimi krzewami, ciemna i mało uczęszczana, w sam raz nadawała się na pochówki osób, które zginęły w tajemniczych okolicznościach z rąk nieznanych sprawców – twierdzi Anna Rauch.

Pani Anna dowodzi, że takich tajemniczych i intrygujących spraw, jak związana ze zniknięciem ciała „Ognia”, jest więcej. Z lat 1945-47 spędzonych w Makowie Podhalańskim, gdzie chodziła do gimnazjum, pamięta, że pewnego dnia jej koledzy przynieśli z miasta niesamowitą wiadomość, jakoby na makowskim cmentarzu w tzw. trupiarni, czyli jak byśmy dzisiaj powiedzieli Domu Przedpogrzebowym. miały leżeć tajemnicze, rozkładające się zwłoki jakiegoś partyzanta. Nikt nie wiedział, kto to był i z jakiej przyczyny leżał tam przez pewien czas. Czy mógł to być słynny „Ogień”? Pani Anna uważa, że to raczej, mało prawdopodobne, aby nikomu nieznany partyzant z Makowa miał coś wspólnego z „Ogniem”, chociaż również na tym terenie działali podkomendni Józefa Kurasia.
Niemniej ten człowiek też miał krewnych; bliższą i dalszą rodzinę. Być może do dzisiaj nie wiedzą, gdzie i kiedy zginął. Może warto byłoby sięgnąć do ksiąg kościelnych z tamtego okresu? Może byłaby szansa na ekshumację jego grobu? – zastanawia się pani Anna.

Zasady ekshumacji są zapisane w artykule 210 kodeksu postępowanie karnego. Zgodnie z tym artykułem prokurator lub sędzia może zarządzić wyjęcie zwłok z grobu w celu dokonania oględzin lub sekcji. Jednak ekshumacja jest możliwa wyłącznie jako element prowadzonego postępowania karnego w danej sprawie. Ekshumacje są przeprowadzane najczęściej przez prokuratorów z Instytutu Pamięci Narodowej. Koszt jednej wraz z koniecznymi badaniami i opiniami biegłych wynosi ok. 3,5 tys. złotych. Decyzję podejmuje prowadzący sprawę prokurator, ale po konsultacjach ze swoimi szefami. Gdy ekshumacja ma na celu zbadanie, kto leży w danym grobie, specjaliści muszą mieć tzw. materiał genetyczny, służący do porównania kodu genetycznego znalezionych szczątków z kodem osoby spokrewnionej. W przypadku. Józefa Kurasia materiału genetycznego (próbka śliny) może dostarczyć jego syn Zbigniew.

Pozostaje tylko rozstrzygnąć, która wersja dotycząca miejsca pochówku „Ognia” jest najbardziej prawdopodobna. Wydaje się, że przedstawiona przez dr. Andrzeja Ślęzaka, dyrektora Szpitala im. S. Żeromskiego w Nowej Hucie. Wyniki prowadzonego przez niego prywatnego śledztwa, wskazujące, iż szczątki „Ognia” mogą leżeć w jednej z kwater na cmentarzu Rakowicki
m, są bardzo przekonujące. Zarówno dr Ślęzak, jak również inni bohaterowie moich publikacji są gotowi stawić się na wezwanie prokuratorów z IPN. Od tych ostatnich zależy bowiem, czy i kiedy będzie można przekopać grób, w którym przed prawie 60 laty zakopano tajemniczą skrzynię ze szczątkami osób, wśród których mógł się znaleźć legendarny partyzant z Podhala.
C.D.N.

GRAŻYNA STARZAK, [email protected] , tel: 606-28-58-79
Dziennik Polski, Nr 96 (18192), 23.04.2004

Gdzie pochowano „Ognia”? – 5 (1/2) < część > 7
Gdzie pochowano "Ognia"? – część 1>

Strona główna>

Rotmistrz Witold Pilecki (1901&#8211;1948)

60 rocznica zamordowania przez komunistów rotmistrza Witolda Pileckiego

„Rotmistrz Pilecki jest jednym z naszych bohaterów narodowych, przy którego Imieniu należałoby salutować każdemu wojskowemu. […] Nie jesteśmy lepsi od Niemców i Rosjan, ponieważ potrafiliśmy własnymi rękami mordować swoich bohaterów”.
(mowa obrońcy podczas procesu rehabilitacyjnego,
wygłoszona w Izbie Wojskowej Sądu Najwyższego z 1990 r.)

60 lat temu, 25 maja 1948 r., zabity strzałem w tył głowy, zginął z rąk komunistów rotmistrz Witold Pilecki. Uznawany powszechnie za jednego z najodważniejszych i najwierniejszych żołnierzy Rzeczpospolitej.

Rotmistrz Witold Pilecki (1901–1948)

Służbę Polsce rozpoczął w czasie wojny z bolszewikami 1920 r. Walczył podczas kampanii wrześniowej 1939 r., a następnie w strukturach Polskiego Państwa Podziemnego.
W 1940 r., wykonując misję zleconą przez dowództwo ZWZ, dobrowolnie poddał się aresztowaniu i wywózce do KL Auschwitz, by tam zdobyć informacje o obozie oraz zorganizować konspirację niepodległościową. Na skutek zagrożenia dekonspiracją podjął decyzję o ucieczce, którą udało mu się szczęśliwie przeprowadzić.
W 1944 r. walczył w Powstaniu Warszawskim w Zgrupowaniu Chrobry II. Od 1945 r. – w II Korpusie Wojska Polskiego we Włoszech, skąd decyzją gen. Władysława Andersa powrócił do komunistycznej Polski, by odtworzyć rozbite po działaniach wojennych struktury wywiadowcze, działające dla Rządu Rzeczpospolitej na Obczyźnie.
Aresztowany w maju 1947 r., został osadzony w Areszcie Śledczym przy ul. Rakowieckiej w Warszawie i poddany okrutnemu śledztwu. Pomimo tortur do końca zachował bohaterską – żołnierską postawę. Pozostał wierny dewizie: Bóg, Honor, Ojczyzna.

Rotmistrz Witold Pilecki po wysłuchaniu wyroku orzekającego karę śmierci:
"Starałem się tak żyć, abym w godzinie śmierci mógł się raczej cieszyć niż lękać".
"Znalazłem w sobie radość wynikającą ze świadomości, że chcę walczyć".

Proces "grupy Pileckiego" trwał od 3 do 15 marca 1948 r. przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie, któremu przewodniczył ppłk Jan Hryckowian, a oskarżał prokurator mjr Czesław Łapiński. Rotmistrz Witold Pilecki oskarżony został m.in. o prowadzenie wywiadu na rzecz obcego mocarstwa oraz działania mające na celu organizowanie zbrojnego podziemia. Oskarżyciel żądał dla Pileckiego kary śmierci i taki też wyrok wydał skład sądzący, uzasadniając go popełnieniem przez oskarżonego "najcięższej zbrodni zdrady stanu i Narodu". Prośba o łaskę, skierowana przez żonę Marię do Bolesława Bieruta i Józefa Cyrankiewicza (współwięźnia "Witolda" z Oświęcimia) pozostała bez odpowiedzi. Wyrok wykonano 25 maja 1948 r. przez rozstrzelanie w więzieniu mokotowskim. Ciała nie wydano rodzinie i nie wiadomo, gdzie Pilecki został pochowany. Symboliczny grób znajduje się na cmentarzu w Ostrowi Mazowieckiej.

Przed II wojną światową Witold Pilecki nowatorsko gospodarzył w rodzinnym majątku w Sukurczach. Organizował pomoc społeczną, kółka rolnicze i kursy przysposobienia wojskowego. Założył rodzinę. Rozwijał zdolności artystyczne: rysował, malował, pisał wiersze.

"Przez lata nasza rodzina żyła w poczuciu wielkiej krzywdy i napiętnowania, gdyż nie tylko odebrano nam ojca, ale jednocześnie pamięć o nim zasnuto trującymi oparami zarzutów o zdradę. Ciążyło to nam wielce i długo. Bardzo trudno było tę atmosferę rozrzedzić, bo opór komunistycznych instytucji oraz stojących za nimi osób był ogromny. Jeszcze w III Rzeczypospolitej opór ancien regime nie pozwalał na prawne przekreślenie zbrodni sądowej popełnionej w latach bierutowskich na rotmistrzu Pileckim i jego towarzyszach. Tylko antykomunistycznie zaangażowani działacze opozycyjni podtrzymywali prawdę o Rotmistrzu i jego męstwie".

Do roku 1989 wszelkie informacje o dokonaniach i losie Witolda Pileckiego podlegały w PRL ścisłej cenzurze.
Rehabilitacja rtm. Witolda Pileckiego przez Izbę Wojskową Sądu Najwyższego nastąpiła dopiero 1 października 1990 roku. W styczniu 1993 roku morderstwo sądowe na Witoldzie Pileckim posłużyło jako jeden z trzech przykładów w liście otwartym kombatantów i historyków "O sprawiedliwość i prawdę," domagającym się wymierzenia sprawiedliwości żyjącym jeszcze zbrodniarzom stalinowskim w Polsce.

Rotmistrz Witold Pilecki nie "wyszedł" przez komin krematorium w Auschwitz, nie zginął w Powstaniu Warszawskim. Zginął za wolną Polskę z rąk polskich komunistów, a zwłoki jego pogrzebano gdzieś na wysypisku śmieci. Tam prochy bohatera pozostają NN – nieznane i nierozpoznane…

GLORIA VICTIS !!!


Instytut Pamięci Narodowej uruchomił stronę internetową www.pilecki.ipn.gov.pl. To kolejny portal edukacyjny Instytutu, tym razem poświęcony „ochotnikowi do Auschwitz” rotmistrzowi Witoldowi Pileckiemu. To nie tylko historia jednego z najodważniejszych ludzi ruchu oporu w II wojnie światowej, to także Pilecki nieznany – malarz, poeta. Historia pokazana w nowoczesnej, atrakcyjnej formie pojawiła się „w sieci” w 60 rocznicę mordu, dokonanego na rotmistrzu Pileckim przez komunistyczny sąd.
Uruchomieniu portalu towarzyszy akcja ulotkowa pod hasłem „Ochotnik do Auschwitz”.

Akcja: „Przypomnijmy o Rotmistrzu”>>>

Źródło: Instytut Pamięci Narodowej, Ciechanowiec Online, Zwoje 5 (9), 1998

Strona główna>

Apel w obronie swobody badań naukowych i wolności słowa !!!

IPN5

"Fatalna fikcja, rozpanoszona u nas, przeżera już nie tylko obyczaje, ale psychikę narodu. Wierzymy i widzimy to tylko, co widzieć chcemy, a nie to, co jest zgodne z rzeczywistością. Ponieważ niepopularnem było w tej chwili wskazywanie na sowiecką dwulicowość, tedy nikt nie chciał jej widzieć…"
Józef Mackiewicz

Społeczność bloggerska BLOG.MEDIA.PL udziela pełnego poparcia historykom IPN, którzy zostali poddani brutalnemu, niespotykanemu w rozwiniętych demokracjach atakowi. Ograniczanie wolności słowa i badań naukowych jest pierwszym krokiem ku zduszeniu demokracji…
CZYTAJ WIĘCEJ >>>

Strona główna>

Śmierć kapitana „Uskoka” – część 1

Poniższy artykuł został przygotowany specjalnie na 59 rocznicę śmierci kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka”. Autorem jest Artur Piekarz, historyk lubelskiego Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej, któremu bardzo dziękuję za udostępnienie tekstu i zgodę na publikację !

Śmierć kapitana „Uskoka”

Kapitan Zdzisław Broński ps. „Uskok” należał do najaktywniejszych i najbardziej bezkompromisowych dowódców antykomunistycznej partyzantki na Lubelszczyźnie. W latach 1944-47 jego oddział przeprowadził wiele głośnych akcji przeciwko siłom reżimowym, stając się bez wątpienia najgroźniejszym przeciwnikiem entuzjastów „nowej władzy” na pograniczu powiatów lubartowskiego i lubelskiego.

Rola Brońskiego jako dowódcy znacznie wzrosła po 1947 r. Ogłoszona przez komunistów amnestia dokonała znacznych wyłomów na konspiracyjnej mapie Lubelszczyzny i spowodowała masowy odpływ ludzi z partyzantki. „Uskok” należał jednak do tych dowódców, którzy zdecydowanie opowiedzieli się przeciwko ujawnieniu. Poglądy te podzielała większość jego podkomendnych, gdyż z dowodzonego przez niego 40-osobowego oddziału z amnestii skorzystało zaledwie pięciu żołnierzy.

Grupa żołnierzy z oddziału „Uskoka” podczas koncentracji w lasach kozłowieckich (Stary Tartak) w lipcu 1944 r. Na pierwszym planie stoją: czwarty od lewej – ppor. cz.w. Zdzisław Broński ps. „Uskok”, piąty – sierż. Kocyła ps. „Jastrząb”, szósty – Zygmunt Libera ps. „Babinicz”; siedzą: pierwszy z prawej – Jan Mendel ps. „Czarny”.

12 września 1947 r. rozkazem Komendy Okręgu Lublin WiN kpt. Zdzisław Broński „Uskok” został mianowany dowódcą oddziałów partyzanckich na terenie byłego Inspektoratu Lublin. Rozkaz – w zastępstwie inspektora – przesłał „Uskokowi” mjr cc Hieronim Dekutowski „Zapora”, dotychczasowy komendant oddziałów leśnych na terenie inspektoratu. Oprócz ustalenia podległości grup zbrojnych, wytyczne Komendy Okręgu regulowały również zasady dowodzenia oddziałami w terenie. Obszar byłego inspektoratu podzielona na dwie części: komendę nad grupami zbrojnymi operującymi na północ od Lublina objął bezpośrednio kpt. „Uskok”, na południe od Lublina – ppor./por. Mieczysław Pruszkiewicz „Kędziorek”, sprawujący do tej pory dowództwo nad niedobitkami oddziału „Renka” (Jana Szaliłowa). Rozkaz Komendy Okręgu precyzował również jasno jakie zadanie stoi przed nowym komendantem. „Uskok” miał zabronić przeprowadzania jakichkolwiek akcji zaczepnych na całym podległym mu terenie, a co za tym idzie ograniczyć się wyłącznie do samoobrony. Było to o tyle zrozumiałe, że po akcji amnestyjnej i wiosenno-letnich uderzeniach formacji resortowych w oddziały zbrojne operujące w Lubelskiem (szczególnie ucierpiały patrole „Strzały” i „Wiktora” podlegające bezpośrednio „Uskokowi”), stan grup mjr. „Zapory” stopniał do zaledwie kilkudziesięciu żołnierzy i o jakichkolwiek akcjach ofensywnych na wielką skalę nie mogło być już mowy.

W nowych warunkach jakie wytworzyły się po kwietniu 1947 r., pozostającym w dalszym ciągu w konspiracji nielicznym już żołnierzom podziemia pozostały w zasadzie dwa wyjścia: trwać w dalszym ciągu w terenie i czekać na ewentualny wybuch nowego konfliktu lub próbować przedostać się na Zachód. Z tej drugiej możliwości postanowił skorzystać m.in. „Zapora”, który zamierzał w kilku turach przerzucić na „drugą stronę” najbardziej spalonych żołnierzy dawnego zgrupowania. Jednakże zdecydowana większość „niezłomnych” – w tej grupie „Uskok” – zdecydowała się pozostać na miejscu.
W przypadku Brońskiego decyzja ta zapadła zapewne już kilka miesięcy wcześniej o czym świadczą podjęte przez niego kolejne kroki, polegające na zmianie stylu dowodzenia własnym oddziałem. Przede wszystkim zdecydował się na wybór stałej kwatery dla siebie i swego sztabu, a co za tym idzie zrezygnował z bezpośredniego dowodzenia grupą zbrojną w terenie. Sam oddział podzielił na trzy patrole, którymi dowodzili ppor. cz. w. Stanisław Kuchcewicz „Wiktor”, st. sierż. Walenty Waśkowicz „Strzała”, sierż. Józef Franczak „Lalek”/”Laluś”. Grupy te, zazwyczaj liczące po kilku partyzantów, działały w południowo-wschodniej części pow. Lubartów, północno-wschodniej części pow. Lublin, zachodniej części pow. Włodawa, Chełm i Krasnystaw. Broński co pewien czas zwoływał odprawy organizacyjne z podległymi mu dowódcami patroli (kontakt bywał często ograniczony ze względu na ciągłą obecność licznych formacji resortowych w terenie). Taki styl dowodzenia powodował, że podlegli mu dowódcy mieli bardzo dużą swobodę w prowadzeniu działalności partyzanckiej.

Od lewej: Zdzisław Broński „Uskok”, Stanisław Kuchcewicz „Wiktor”.

Jeszcze jesienią 1946 r. lub najpóźniej wczesną wiosną 1947 r. „Uskok”, wraz z „Wiktorem” oraz szefem swego oddziału ppor. cz. w. Zygmuntem Liberą „Babiniczem”, przystąpili do budowy podziemnego bunkra w stodole Wiktora i Mieczysława Lisowskich w Dąbrówce, koło Łęcznej. Miała to być od tej pory główna kwatera Brońskiego. Wybór miejsca nie był przypadkowy. Gospodarstwo znajdowało się na uboczu, usytuowane na pofałdowanym wzniesieniu, porośniętym drzewami i krzewami. Od najbliższych zabudowań dzieliło je ok. 100 metrów. U stóp wzniesienia rozciągała się rozległa dolina rzeki Wieprz, do której można było dostać się przez pobliski wąwóz. Taka lokalizacja utrudniała obserwację z zewnątrz, a jednocześnie dawała realną szansę ucieczki w przypadku niezbyt szczelnego pierścienia obławy. Jednakże głównym czynnikiem, przesądzającym o wyborze miejsca pod budowę bunkra był fakt, że gospodarze – Wiktor i Katarzyna Lisowscy oraz ich syn Mieczysław (ps. „Żagiel”) – byli wieloletnimi i zaufanymi współpracownikami oddziału, a ich zabudowania już wcześniej służyły jako miejsce kwaterowania żołnierzy „Uskoka”.

Po aresztowaniu mjr. „Zapory” (16 września 1947 r.), WUBP w Lublinie przystąpiło do rozpracowywania poszczególnych grup zbrojnych pozostających nadal w podziemiu. W pierwszej kolejności podjęto działania zmierzające do likwidacji jego następcy. Broński był uznawany za dowódcę znacznie bardziej niebezpiecznego od innych „niezłomnych”, gdyż mając olbrzymie doświadczenie konspiracyjne i bojowe sięgające jeszcze 1939 r., cieszył się powszechnym szacunkiem i poparciem znacznej części ludności wiejskiej powiatów lubelskiego i lubartowskiego. Jego autorytet uznawali też inni dowódcy oddziałów partyzanckich, w tym współpracujący z nim Edward Taraszkiewicz „Żelazny” i Józef Strug „Ordon”.

Działania podejmowane przez funkcjonariuszy WUBP w Lublinie i PUBP w Lubartowie przez niemal dwa lata nie przynosiły jednak spodziewanych rezultatów. Jakkolwiek zadano spore straty grupom podlegającym bezpośrednio „Uskokowi”, to sam Broński pozostawał aż do wiosny 1949 r. nieuchwytny.
Rozstrzygnięcie walki UB z „Uskokiem” nastąpiło dopiero w dniach 19-21 maja 1949 r. Było ono wynikiem pozyskania do współpracy z resortem byłego żołnierza jego oddziału – Franciszka Kasperka ps. „Hardy”, który ujawnił się w 1947 r. Metodyczna praca z informatorem „Janek” – bo taki nadano mu pseudonim – przyniosła ostateczny efekt w postaci wykrycia kryjówki „Uskoka”.

Franciszek Kasperek ps. „Hardy” – informator „Janek”.

28 grudnia 1948 r. referent PUBP w Lubartowie, Bolesław Gol, przyjął oficjalne doniesienie od Franciszka Kasperka w którym samorzutnie podał on przypuszczalne miejsca lokalizacji bunkrów oraz nazwiska osób, które udzielały pomocy ukrywającym się partyzantom. Informacje te okazały się na tyle interesujące, że zdecydowano się wykorzystać go jako informatora. Kasperek został pozyskany do współpracy 7 stycznia 1949 r. przez st. ref. PUBP w Lubartowie Mariana Radomskiego w obecności szefa PUBP – Lucjana Łykusa. Informator „Janek” stał się kluczową osobą w operacji przeciwko „Uskokowi”. Do 14 maja 1949 r. złożył 14 doniesień, które co prawda nie przyniosły spodziewanych informacji o miejscu pobytu „Uskoka”, ale już dwa dni później sytuacja legła zmianie.

16 maja 1949 r. st. ref. PUBP w Lubartowie Marian Radomski przyjął kolejne doniesienie od „Janka”:
„Dnia 13 V 1949 r. „Babinicz” wysłał Gąsiora Józefa, zam[ieszkałego] Ziółków, do Lublina celem naładowania elektrycznością akumulatora do radiostacji i dopiero powrócił z Lublina dnia 14 V 1949 r., tj. w sobotę. Dnia 14 V 1949 r. wieczorem udałem się do Gąsiora Józefa, by stwierdzić, po co i gdzie jeździł. Po przybyciu do Gąsiora oświadczył mi, że był w Lublinie, skąd przywiózł kwasy i materiały fotograficzne oraz akumulator. Po upływie około jednej godziny czasu do Gąsiora przyszedł z jego starszym bratem „Babinicz”, Libera Zygmunt, ubrany po cywilnemu, w butach z cholewami, uzbrojony w dwa pistolety […] Następnie popiliśmy gdzie ja dałem cztery sztuki amunicji dla „Babinicza” do pepeszy, gdzie „Babinicz” oświadczył mi, że odczuwają brak amunicji i granatów. Na te słowa ja zaproponowałem mu, że gdy przyjdzie, mogę [dać] granat i trochę amunicji, bo przynieść nie chcę, gdyż obawiam się, na co „Babinicz” zgodził się i oświadczył, że przyjdzie , tylko pierw musi się porozumieć z „Uskokiem”. W trakcie rozmowy powiedział mi, że w nocy z niedzieli na poniedziałek pójdzie do „Uskoka”, to około czwartku czy piątku, tj. dnia 19-20 V 1949 r., przyjdzie sam lub z „Uskokiem”, przy tym pytali się mnie, którędy będzie najbezpieczniej udać się do mnie, na co ja powiedziałem i z małymi poprawkami powiedział mi, że będzie najlepiej od Gąsiora przejść pomiędzy lasem a Janoszówką przez pole do granicy Wólka Nowa-Radzic I i moją miedzą. Następnie nakazał mi, by w te dni pies był schowany, by nie szczekał […]”.1

Szef PUBP Lubartów, por. Lucjan Łykus, otrzymał owe dane (lub postanowił je wcielić w życie) prawdopodobnie dopiero 19 maja 1949 r. Powiadomił o tym dowódcę Grupy Operacyjnej „W”, który przekazał tę informację dalej – do sztabu 3. Brygady KBW. Do Lubartowa wyjechał natychmiast kierownik Sekcji Operacyjno-Rozpoznawczej, celem opracowania wspólnego planu działania.
W trakcie rozmów z szefem PUBP i dowódcą G.O. „W” postanowiono zorganizować dwie zasadzki w miejscowości Wólka-Nowa Kijańska, rozstawiając je:
– pierwszą, w sile 1+5 oraz jeden pracownik UB, pod dowództwem por. Superczyńskiego na łące przy strumyku,
– drugą, w sile 1+4 oraz dwóch pracowników UB, pod dowództwem st. sierż. Dryły w stodole, w zabudowaniach Franciszka Kasperka.
Odwód dowódcy w sile 6 ludzi wraz z radiostacją rozlokowano na skraju lasu od strony wioski Wólka-Nowa Kijańska.
Dnia 19 maja o godz. 22:00 wymienione podgrupy zajęły stanowiska i były gotowe do działań.


Przypisy do części 1:

1. IPN Lu 020/48, Sprawa obiektowa Stanisława Kuchcewicza, Doniesienie informatora ps. „Janek”, 16 V 1949, k. 56-57.


Śmierć kapitana „Uskoka” – część 2>
Strona główna>

 

59 rocznica śmierci kpt. "Uskoka"

59 rocznica śmierci kpt. Zdzisława Brońskiego ps. "Uskok"


Zdzisław Broński, 1930 r.

Dzisiaj, 21 maja 2008 r. mija 59 lat od śmierci ostatniego dowódcy oddziałów partyzanckich Okręgu Lubelskiego WiN kapitana Zdzisława Brońskiego ps. "Uskok".

Kpt. "Uskok", uczestnik kampanii wrześniowej 1939 r., oficer Armii Krajowej i Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, kawaler Krzyża Virtuti Militari, 21 maja 1949 r. został osaczony przez grupę operacyjną UB-KBW, w bunkrze ukrytym na terenie gospodarstwa Lisowskich w Dąbrówce (obecnie Nowogród, województwo lubelskie) i walcząc do końca, w beznadziejnej sytuacji, chcąc uniknąć aresztowania, rozerwał się granatem.

Nowogród (dawniej Dąbrówka). Pomnik ku czci kpt. "Uskoka", stojący dokładnie w miejscu, gdzie w stodole Lisowskich znajdował się bunkier, w którym zginął Zdzisław Broński. Obława UB-KBW posuwała się od strony Wieprza, łąkami widocznymi za pomnikiem.

Nowogród. Tablica na pomniku w miejscu śmierci kpt. "Uskoka".

Podlegający mu żołnierze jeszcze przez kilka lat kontynuowali walkę w grupach Stanisława Kuchcewicza „Wiktora” i Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego”, ale w ich działaniach dawał się wyraźnie odczuć brak centralnego ośrodka decyzyjnego i autorytetu dowódcy tej klasy co „Uskok”. Przez kolejne lata nieliczni już partyzanci „Uskoka” byli tropieni i likwidowani z całą bezwzględnością. 6 października 1951 r. zginął „Żelazny”, półtora roku później, 10 lutego 1953 r. „Wiktor”. Ostatni żołnierz „Uskoka” – Józef Franczak „Lalek” – poległ w walce dopiero 21 października 1963 r.
Śmierć kpt. Brońskiego nie oznaczała dla komunistów kresu walki. Jego fizyczna likwidacja była tylko jej częścią. Kolejnym etapem była walka z jego legendą i z pamięcią o zasługach dla lokalnej społeczności. Dlatego też przez następne czterdzieści lat stanowił cel ataku reżimowych historyków, określających go – jak i jemu podobnych – mianem „zaplutych karłów reakcji”, „reakcjonistów”, „degeneratów”, a przede wszystkim „bandytów”.

GLORIA VICTIS !!!

Z racji tej smutnej rocznicy zapraszam do lektury artykułu pt. "Śmierć kapitana "Uskoka", przygotowanego specjalnie na tę okazję przez Artura Piekarza, historyka lubelskiego Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej >>>

Więcej na temat kpt. "Uskoka" czytaj:
1. Kpt. Zdzisław Broński "Uskok" – część 1>
2. Kpt. Zdzisław Broński "Uskok" – część 2>

Strona główna>

Śmierć kapitana „Uskoka” – część 2

O godz. 23:40 do …

O godz. 23:40 do zabudowań Kasperka przybył tylko „Babinicz”, który – tak jak było wcześniej umówione – wszedł do stodoły. Na umówiony z góry sygnał (kasłanie) na Liberę rzuciło się dwóch żołnierzy KBW (strz. Władysław Orlicki, strz. Stanisław Bereziński) i funkcjonariusz PUBP w Lubartowie (Marian Wójtowicz), próbując za wszelką cenę schwytać go żywcem. „Babinicz”, uzbrojony w dwa pistolety, stawił zacięty opór, wystrzelił kilkakrotnie, raniąc przy tym lekko strz. Orlickiego w ramię i udo. Gdy został powalony na ziemię, próbował jeszcze rozerwać granat obronny, który miał w kieszeni, mówiąc przy tym do Wójtowicza: „Ja zginę i ciebie szlag trafi”. Ostatecznie uległ przewadze, wytrącono mu broń z ręki i obezwładniono. Przy schwytanym znaleziono dwa pistolety (Nagan i Colt), jeden granat obronny oraz 52 sztuki amunicji.

Por. cz.w. Zygmunt Libera „Babinicz”. Aresztowany 20 V 1949 r. Zamordowany 28 V 1950 na Zamku w Lublinie, na mocy wyroku WSR Lublin.

Akcję zakończono dnia 20 maja o godz. 3:00, po czym grupa powróciła do Lubartowa, gdzie przekazano „Babinicza” wraz ze zdobyta bronią do siedziby PUBP. Na miejscu funkcjonariusze tamtejszego urzędu (Bolesław Gol, Marian Radomski i wspomniany Wójtowicz) poddali go rewizji osobistej i – jak się wydaje – przewieziono go natychmiast do WUBP w Lublinie (taki wniosek nasuwa lektura wspomnień Artura Jastrzębskiego, ówczesnego szefa tego urzędu, o czym niżej). Libera został poddany bardzo intensywnemu, brutalnemu śledztwu. Bestialsko katowany, wydał ostatecznie miejsce pobytu swojego dowódcy, podając szczegółową topografię zarówno gospodarstwa Lisowskich i okolicy, jak również samego bunkra:
„W m. Dąbrówka gm. Wólka pow. Lublin zamieszkuje Lisowski Mieczysław u którego w stodole znajduje się wspomniany bunkier. Mieszkanie Lisowskiego znajduje się około 300 metrów od rzeki Wieprz od stodoły w odległości 50 mtr znajdują się krzaki (grabina, ciągnące się jakieś 100 mtr wzdłuż wąwozu). Po jednej stronie stodoły jest ogród i krzaki, po drugiej stronie żyto (prawie do pasa) za żytem znajduje się kępa krzaków. Mieszkanie od stodoły znajduje się w odległości 15 metrów, płotu niema a są jedynie krzaki bzu itp. Jest u Lisowskiego dwa psy które gdy ktoś obcy zbliża się, szczekają.
Wchodząc do stodoły bunkier znajduje się po lewej stronie zasłonięty wialnią, otwór wielkości 70×70 cm zatkany jest 3-ma deskami. od „zapalnicy” wejście jest po schodkach (3 schodki z desek) korytarz długości dwa metry, szerokości 70-80 cm, wysokości 1.40 cm. bunkier znajduje się po lewej stronie korytarza. wielkości (może się zmieścić 4 ludzi) Tam się znajduje cała kancelaria „Uskoka”, dwa radioaparaty i magazyn broni. ciężka broń znajduje się pod podłogą, natomiast na wierzchu „Uskok” ma dwa pistolety, jeden „Kolt” i TT, 1 automat PPSz i 6 magazynków zapasowych pełnych, 1 M.P. plus 3 magazynki, 1 C.K.M. (suka) plus 1 bemben amunicji i 2 granaty 1 obronny i zaczepny.
Najlepsze dojście jest od m. Nowogród gm. Wólka pow. Lublin idąc od Wieprza (nie ma żadnej drogi) następnie wzdłuż Wieprza jedem kilometr dochodząc do wąwozu. Wąwozem można dojść do mieszkania na odległość 30 metrów”.
1


Stodoła Lisowskich w Dąbrówce (Nowogrodzie), w której znajdował się bunkier kpt. „Uskoka”.

Po uzyskaniu owych danych funkcjonariusze WUBP nie tracili więcej czasu. Informację o miejscu pobytu „Uskoka” przekazano natychmiast do sztabu 3. Brygady KBW. Bardzo szybko zorganizowano grupę operacyjną, której członkowie mieli – o ile to możliwe – ująć Brońskiego żywcem.
20 maja o godz. 18:40 z Garnizonu Lublin wyjechała G.O. w sile 140 ludzi, wyposażona w 4 radiostacje i 3 psy służbowe, pod dowództwem mjr. Wasilkowskiego – dowódcy 3. Brygady KBW. Grupa, wraz z aresztowanym „Babiniczem”, udała się samochodami do Nowogrodu, gdzie nastąpił rozładunek i podział całości na dwie podgrupy w sile 1+52 ludzi każda. Dodatkowo zorganizowano dwa odwody (w sile: 1+10 i 1+20), po czym podgrupy udały się marszem ubezpieczonym do Dąbrówki, z zadaniem okrążenia meliny i bunkra „Uskoka”.

O godz. 20:10 gospodarstwo Lisowskich zostało zamknięte dwoma pierścieniami obławy, natomiast odwód w sile 1+10 przeprowadził kontrolę zabudowań i zatrzymał wszystkich domowników. W owym czasie, oprócz przebywającego w bunkrze „Uskoka”, w obrębie zabudowań znajdowały się trzy osoby: Katarzyna Lisowska (matka Mieczysława) i jej wnuczki – Helena i Irena Dybkowskie. Nie jest przy tym do końca jasne, gdzie w owym czasie przebywał gospodarz – Mieczysław Lisowski. W relacji składanej po latach Henrykowi Pająkowi stwierdził, że wieczorem 20 maja przebywał w obrębie zabudowań i po zauważeniu żołnierzy KBW, zdołał powiadomić jeszcze „Uskoka” o grożącym niebezpieczeństwie (Broński znajdujący się wówczas na zewnątrz bunkra miał krzyknąć „Ty uciekaj, ja zostaję!”), po czym udało mu się wymknąć poza obręb obławy. Z kolei w swoich zeznaniach składanych po aresztowaniu, tłumaczył się, że był wówczas na majówce w kościele w Kijanach. Podczas powrotu z nabożeństwa, zauważył żołnierzy i postanowił ukryć się w życie nieopodal domu.

Zatrzymane kobiety zgromadzono w domu. Skonfrontowano je natychmiast z „Babiniczem”. Funkcjonariuszom UB zależało na ostatecznym potwierdzeniu informacji uzyskanych w toku śledztwa od Libery o pobycie „Uskoka” w bunkrze pod stodołą. Obraz skutego i potwornie skatowanego więźnia wywarł przygnębiające wrażenie na siostrach Dybkowskich. „Babinicz” poinformował je o wydaniu miejsca pobytu swego dowódcy. Jakiekolwiek zaprzeczanie nie miało już w tym momencie sensu – domowniczki potwierdziły fakt lokalizacji bunkra „Uskoka” w obrębie zabudowań.

Warto w tym miejscu przytoczyć relację członka Komisji Historycznej ZG ZBoWiD Artura Jastrzębskiego (vel Ritter) pochodzącą z 1978 r. Pełniąc w 1949 r. funkcję szefa WUBP w Lublinie, odpowiadał bezpośrednio za likwidację „Uskoka”, a także uczestniczył we wstępnym przesłuchaniu „Babinicza”. Po latach Jastrzębski tak wspominał „konfrontację” z Liberą:
„Zastępca „Uskoka” [sic] został zatrzymany przypadkowo, po czym przewieziono go do mnie. Wystarczyło kilka godzin rozmowy przy herbacie i papierosach, by ten młody chłopak [sic] podszedł do mapy i ujawnił swój bunkier. Znamienne jest to, że on dopiero w rozmowie ze mną, w gabinecie szefa WUBP dowiedział się o tym, że władza ludowa działa w interesie chłopa i robotnika, a nawet o tym, że jego ojciec od tejże władzy ludowej otrzymał na własność ziemię z reformy rolnej. Po prostu on siedział w lesie i o tym wszystkim nie wiedział.”2

Pomijając sam fakt, że relacja szefa WUBP w Lublinie jest pełna nieścisłości odnośnie osoby samego „Babinicza” (funkcja w oddziale, wiek zatrzymanego), to w części opisującej „traktowanie” po aresztowaniu szefa sztabu „Uskoka, brzmi już zupełnie niewiarygodnie. Po latach Irena Dybkowska wspominała:
„Gdy wprowadzili „Babinicza” do domu
dziadków Lisowskich, poznałam go z trudem. I nawet nie jego opuchnięta, posiniaczona twarz najbardziej mnie zszokowała. Przeraził mnie wygląd jego bosych stóp. Były to dwie kłody! Tak spuchnięte, że chyba nie istniały na świecie buty, w które by weszły te stopy! Domyśliłam się wszystkiego…”
.3

Nie wiadomo w którym momencie i jak członkom grupy operacyjnej udało się ostatecznie potwierdzić fakt obecności Brońskiego w jego kryjówce (w chwili pojawienia się grupy przeszukującej w obrębie zabudowań, członkowie sztabu akcji nie byli do końca pewni czy „Uskok” przebywa w bunkrze, czy też – podobnie jak „Żagiel” – zdołał opuścić gospodarstwo). Po stwierdzeniu, że kryjówka nie jest pusta, przystąpiono do działań.4
O godz. 22:30 grupa znajdująca się w obrębie zabudowań pozorowała odejście (liczono się z próbą opuszczenia bunkra przez Brońskiego po „uspokojeniu się” terenu), lecz grupy okrążające pozostały na miejscu. W międzyczasie przebywający w domu funkcjonariusze próbowali uzyskać od zatrzymanych informacje na temat codziennych zwyczajów „Uskoka” (tj. rozkład dnia, godziny spożywania posiłków), które pozwoliłyby „wywabić” lokatora z kryjówki, względnie – po uśpieniu jego czujności – dostać się do środka bunkra grupie szturmowej.


Przypisy do części 2:

1. Cyt. za: H. Pająk, „Uskok” kontra UB, Lublin 1992, s. 144 (pisownia jak w oryginale),
2. W walce o utrwalenie władzy ludowej. Stan badań. Materiały z sympozjum odbytego w Ryni k. Warszawy w dniach 25-26 października 1978 r., red. W. Góra, Warszawa 1979, s. 197,
3. H. Pająk, op.cit., s. 134,
4. Być może wprowadzono wówczas do akcji przewodników wraz z psami służbowymi.

Śmierć kapitana „Uskoka” – część 3>
Strona główna>

Śmierć kapitana „Uskoka” – część 3

Przesłuchane na tę …

Przesłuchane na tę okoliczność kobiety zeznały, że „Uskok” jeszcze nie spożywał kolacji. Jego wieczorny posiłek ograniczał się zazwyczaj tylko do mlecznej kawy, którą dostarczano mu do stodoły albo bezpośrednio do bunkra. Uzyskane informacje dawały funkcjonariuszom UB-KBW nadzieję na ujęcie „Uskoka” żywcem. Natychmiast przygotowano kawę do której wsypano środek usypiający. Do bunkra miała ją dostarczyć Irena Dybkowska. Przedtem została odpowiednio „poinstruowana” na temat zachowania przez funkcjonariuszy:
„Odchylasz te trzy deski, co maskują właz do bunkra. Po obydwu twoich stronach będziemy stać z bronią gotową do strzału. Pamiętaj: bez żadnych kawałów, ostrzeżeń dla „Uskoka”! Wywołasz „Uskoka”, podasz mu tę kawę. I ani słowa o tym, co dzieje się na wierzchu! Zrozumiałaś? Jedno słowo, a łeb podziurawimy ci kulami!”.1

Pomimo całej grozy sytuacji dziewczyna zachowała zimną krew. Po uchyleniu deski zapolnicy, które maskowały właz do bunkra, powiedziała: „Przyniosłam panu kawę”. Dybkowska ostrzegła tym samym „Uskoka” o grożącym niebezpieczeństwie, bowiem obie siostry zwracały się do niego zwyczajowo „wujku”. Broński szybko zrozumiał grę słów (miał zapytać: „Irenko! Jest źle?”) i zamknął wewnętrzną klapę bunkra.
Trudno jednoznacznie stwierdzić w którym momencie członkowie obławy doszli do wniosku, że „Uskok” wie o obecności żołnierzy w zabudowaniach Lisowskich. Niemal z całą pewnością nie zdawali sobie sprawy, że Dybkowska ostrzegła Brońskiego. W ciągu nocy bowiem trzykrotnie doprowadzano ją pod bronią pod właz bunkra, by sprawdziła czy środek nasenny był skuteczny, lecz za każdym razem „Uskok” odpowiadał na jej wezwania.

Kpt. Zdzisław Broński „Uskok”, lipiec 1947 r.

Nie jest też do końca jasne jakie dalsze działania (poza próbą podania środka usypiającego) podjęto przed świtem 21 maja. Według Henryka Pająka, który opierał się na relacjach sióstr Dybkowskich, funkcjonariusze UB-KBW starali się wykorzystać cały wachlarz metod by schwytać „Uskoka” żywcem. Początkowo próbowano wykorzystać „Babinicza” jako emisariusza, by przemówił swemu dowódcy „do rozsądku”, a gdy ta próba zawiodła, postanowiono zalać bunkier wodą (sprowadzeni na miejsce akcji strażacy mieli odmówić wykonania zadania). Niestety trudno zweryfikować te informacje, gdyż w raportach szefa WUBP w Lublinie, dotyczących likwidacji „Uskoka”, brak o nich wzmianki.

Ostatecznie około godziny 5:00 przystąpiono do akcji. Do stodoły weszła grupa szturmowa, by dostać się do zablokowanego otworu bunkra. „Uskok” odpowiedział strzałami, jednocześnie pytając: „Kto jest?”.2
Na żądanie by się poddał, Broński zaczął zwlekać z odpowiedzią, prowadząc ogień z pistoletu i rzucając granaty (być może wówczas wykorzystano „Babinicza” jako emisariusza, który miałby odwrócić uwagę „Uskoka” od działań żołnierzy KBW). Szturm zakończył się niepowodzeniem.

Około godziny 7:00 członkowie obławy usłyszeli silną detonację w bunkrze. Funkcjonariusze zaczęli natychmiast nawoływać Brońskiego, lecz z wnętrza kryjówki nikt nie odpowiadał. Wobec braku pewności czy „Uskok” żyje, postanowiono przez podkopanie z zewnątrz do stodoły wysadzić ścianę trotylem, by dostać się do wnętrza bunkra. O godzinie 9:00 wysadzono ścianę i odnaleziono zmasakrowane ciało. Broński leżał na ziemi bez głowy i prawej ręki, z czego wynikało, że popełnił samobójstwo, detonując granat.
W bunkrze znaleziono m.in. 31 sztuk broni (oględziny wykazały, że wszystkie były sprawne), kilkaset sztuk amunicji karabinowej i pistoletowej, radioodbiornik „Philips”, radiostację niemiecką oraz walizkę z różnymi dokumentami. W tej ostatniej znajdowały się zapiski „Uskoka” i „Żelaznego”.
Z domu sprowadzono aresztowane kobiety i „Babinicza”, celem identyfikacji zwłok. Wszyscy potwierdzili, że krwawe szczątki, to ciało „Uskoka” (ostateczne wątpliwości rozwiał „Babinicz” wskazując na postrzał w kolano, jaki dwa lata wcześniej otrzymał jego dowódca).3 Zwłoki załadowano na ciężarówkę i wywieziono w nieznanym kierunku. Miejsce pochówku „Uskoka” pozostaje nieznane.

Obławę zwinięto około południa. Zaraz po jej zakończeniu funkcjonariusze UB aresztowali Katarzynę Lisowską. Wyrokiem WSR w Lublinie z dn. 21 stycznia 1950 r. została skazana na 10 miesięcy więzienia i przepadek mienia, mimo opinii biegłego o zaburzeniach psychicznych. Ostatecznie zwolniono ją 21 lipca 1950 r. Jej wnuczki zostały aresztowane 28 maja 1949 r. Irena Dybkowska została skazana przez WSR w Lublinie w dn. 15 listopada 1949 r. na 5 lat więzienia. 2 stycznia 1953 r. ten sam sąd złagodził jej wyrok do 2 lat i 6 miesięcy pozbawienia wolności (cztery dni później została zwolniona).
Helena Dybkowska wyrokiem WSR w Lublinie z dn. 15 listopada 1949 r. została skazana na 8 lat więzienia. 3 lipca 1953 r. karę zmniejszono do 5 lat i 4 miesięcy. Wyrokiem WSR w Lublinie z 15 października 1953 r. została zwolniona warunkowo (więzienie w Fordonie opuściła pięć dni później).

Właściciel gospodarstwa – Mieczysław Lisowski „Żagiel” – w dn. 20 maja 1949 r. zdołał się wydostać poza pierścień obławy. Niedługo potem nawiązał kontakt ze Stanisławem Kuchciewiczem „Wiktorem”. Od września do grudnia 1949 r. ukrywali się razem, później melinował się samodzielnie. W czerwcu 1950 r. wstąpił do oddziału „Wiktora” i pozostawał jego członkiem do 27 października 1951 r., kiedy został aresztowany na kwaterze w Zezulinie. W dn. 20 listopada 1952 r. został skazany przez WSR w Lublinie na karę dożywotniego więzienia. Wyrokiem Sądu Wojewódzkiego w Lublinie z 18 czerwca 1956 r. (na podstawie amnestii z 15 kwietnia 1956 r.) złagodzono mu karę do 12 lat więzienia. Wyrokiem Sądu Wojewódzkiego w Bydgoszczy z 20 lutego 1958 r. został zwolniony warunkowo z odbycia pozostałej części kary. Pięć dni później opuścił więzienie w Potulicach.

Szef sztabu „Uskoka” i współlokator bunkra – Zygmunt Libera „Babinicz” – został skazany przez WSR w Lublinie w dn. 23 marca 1950 r. na 13-krotną karę śmierci. Prezydent Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Wyrok wykonano 28 maja 1950 r. w podziemiach budynku administracyjnego na Zamku w Lublinie.

Po zakończonej akcji w Dąbrówce funkcjonariusze PUBP w Lubartowie podjęli działania kamuflujące, mające ukryć rzeczywisty mechanizm operacji przed opinią publiczną. Pracownikom resortu zależało na zdezorientowaniu miejscowej społeczności, kto przyczynił się do śmierci „Uskoka” i ochronie Franciszka Kasperka. 24 maja 1949 r. informator „Hałas” otrzymał następujące zadanie:
„Rozgłaszać wiadomość że „Uskok” wcale nie jest zabity a to tylko pogłoska puszczona przez samego „Uskoka”.4

Zasługi informatora „Janka” zostały wysoko ocenione przez jego mocodawców z UB. Za pomoc w aresztowaniu „Bab
inicza” otrzymał 20 maja 1949 r. 20 tys. złotych tytułem „nagrody za pracę”. Później jeszcze kilkakrotnie odbierał drobne sumy za aktywną współpracę z resortem. 6 lipca 1949 r. oficer prowadzący przydzielił mu rewolwer, automat PPS i granat. Nie uchroniło to jednak Kasperka przed rozliczeniem ze strony partyzantów. Stanisław Kuchciewicz „Wiktor”, poprzez siatkę swoich współpracowników, zebrał materiał dowodowy obciążający „Hardego” i 1 września 1950 r. Kasperek został zabity dziewięcioma strzałami z broni maszynowej.

Napis sporządzony przez funkcjonariuszy UB na jednej z desek zapolnicy po zakończeniu operacji w Dąbrówce, 21 V 1949 r.

Po zakończonej akcji w Dąbrówce funkcjonariusze UB napisali na jednej z desek zapolnicy: „Bunkier i „Uskoka” szlak [sic] trafił”. Mieli rację – ich kilkuletnie „polowanie” zakończyło się wielki sukcesem. Likwidacja „Uskoka” oznaczała bowiem koniec zorganizowanego oporu zbrojnego na środkowej Lubelszczyźnie. Podlegający mu żołnierze jeszcze przez kilka lat kontynuowali walkę w grupach „Wiktora” i „Żelaznego”, ale w ich działaniach dawał się wyraźnie odczuć brak centralnego ośrodka decyzyjnego i autorytetu dowódcy tej klasy co „Uskok”. Z czasem więzy miedzy oddziałami uległy rozluźnieniu, co wynikało z zarówno ze względów ambicjonalnych ich dowódców, ale przede wszystkim z ogromnej przewagi komunistów w terenie i niemożliwości utrzymania się w polu z większą grupą, niż patrole 2-3 osobowe. Przez kolejne lata nieliczni już partyzanci „Uskoka” byli tropieni i likwidowani z całą bezwzględnością.
6 października 1951 r. zginął „Żelazny”, półtora roku później „Wiktor” (10 lutego 1953 r.). Ostatni żołnierz „Uskoka” – Józef Franczak „Lalek” – poległ w walce dopiero 21 października 1963 r.

Śmierć kpt. Brońskiego nie oznaczała dla komunistów kresu walki. Jego fizyczna likwidacja była tylko jej częścią. Kolejnym etapem była walka z jego legendą i z pamięcią o zasługach dla lokalnej społeczności. Dlatego też przez następne czterdzieści lat stanowił cel ataku reżimowych historyków, określających go – jak i jemu podobnych – mianem „zaplutych karłów reakcji”, „reakcjonistów”, „degeneratów”, a przede wszystkim „bandytów”.

Artur Piekarz, IPN O/Lublin

Przypisy do części 3:

1. H. Pająk, op.cit., s. 136,
2. Tak wynika z raportu szefa WUBP w Lublinie. Można zatem przyjąć hipotezę, że „Uskok” do świtu 21 maja 1949 r. nie zdawał sobie sprawy ze swego położenia i próba szturmu bunkra była dla niego zaskoczeniem. Warto jednak zaznaczyć, że raporty te są sprzeczne z informacjami podawanymi przez siostry Dybkowskie,
3. „Uskok” został poważnie ranny 12.01.1947 r. w Kol. Łuszczów, podczas starcia jego grupy z kilkuosobowym patrolem MO i ORMO. Miał go postrzelić przez pomyłkę żołnierz z jego oddziału – Jerzy Marciniak „Sęk”,
4. IPN Lu 08/123, t. 1, Sprawa obiektowa krypt. „Eskadra” – banda „Uskoka” wywodząca się z AK-WiN, Doniesienie informatora ps. „Hałas”, 24 V 1949, k. 59.

Anglojęzyczna wersja tekstu znajduje się na stronie The Doomed Soldiers. Polish Underground Soldiers 1944-1963 – The Untold Story


Śmierć kapitana „Uskoka” – część 1>
Strona główna>

"Łupaszko" w TVP HISTORIA


DZISIAJ W TVP HISTORIA:

"ŁUPASZKO"
część 1, godz. 21:35

Dzisiaj, 19 maja 2008 r., o godz. 21:35 TVP Historia wyemituje pierwszą część filmu dokumentalnego poświęconego mjr. Zygmuntowi Szendzielarzowi ps. "Łupaszka", jednemu z najwybitniejszych partyzanckich dowódców liniowych.

Część pierwsza dokumentu obejmuje lata 1910 – 1948, czyli od narodzin bohatera do jego aresztowania. Urodził się w marcu 1910 roku w Wilnie. Był najmłodszym dzieckiem w bardzo licznej i zżytej rodzinie. Miał ogromny respekt dla ojca, bardzo kochał matkę, od dzieciństwa chciał naśladować jednego ze starszych braci – kawalerzystę, który za postawę bojową w szeregach Orląt Lwowskich został odznaczony krzyżem Virtuti Militari. Idąc jego śladem, ukończył szkołę podchorążych i po otrzymaniu stopnia porucznika został skierowany do 4 Pułku Ułanów Zaniemeńskich, gdzie dowodził szwadronem. W wojnie obronnej 1939 roku bił się w szeregach armii Prusy, a następnie w grupie operacyjnej gen. Władysława Andersa.


Mjr Zygmunt Szendzielarz ps. "Łupaszka"

Po klęsce nie złożył broni. W 1940 roku znalazł się w Związku Walki Zbrojnej na terenie Wilna. W 1943 roku, w rejonie jeziora Narocz, zorganizował oddział partyzancki AK, przekształcony jesienią w V Brygadę Śmierci. Wysokie walory dowódcze i organizacyjne, dbałość o żołnierzy i miejscową ludność postawiły go w rzędzie najpopularniejszych dowódców polskiej partyzantki na Wileńszczyźnie. Jego partyzancki pseudonim – Łupaszko – stał się głośny także poza tym rejonem. Dostrzegając jego waleczność i umiejętności, przełożeni awansowali go w 1944 roku do stopnia rotmistrza, a następnie – majora.
Odnosił sukcesy w walkach z jednostkami wojsk niemieckich i litewskich oraz partyzantką sowiecką.

W sierpniu 1944 roku, otoczony przez wojska sowieckie w rejonie Porzecza, rozwiązał brygadę. Przedostał się na Białostocczyznę, gdzie nawiązał kontakt z Komendą Okręgu AK Białystok. W kwietniu następnego roku odtworzył tam V Brygadę Wileńską. We wrześniu, na rozkaz Komendy Okręgu
WiN Białystok, przeprowadził częściową demobizację swojej brygady i wyjechał do Gdańska. Nawiązał tam kontakt z ppłk. Antonim Olechnowiczem "Pohoreckim", komendantem "eksterytorialnego" Okręgu AK Wilno, któremu się podporządkował. Od kwietnia 1946 roku dowodził oddziałami partyzanckimi występującymi jako V i VI Brygada Wileńska, które operowały na północnych terenach Polski – od Pomorza Zachodniego po Białystok. 30 czerwca 1948 roku aresztowali go agenci UB. W listopadzie 1950 roku Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie skazał go na karę śmierci.

W filmie majora Zygmunta Szendzielorza "Łupaszkę" i jego żołnierzy wspominają m. in.: Aldona Rymsza, Lidia Lwow – Eberle, Rajmund Drozd, Henryk Sobolewski, Edward Jarkowski, Józef Tondryk i dr Henryk Piskunowicz – historyk.

Więcej na temat mjr. "Łupaszki" i jego walki czytaj w kategorii:
BRYGADY "ŁUPASZKI" i "MŁOTA">

Strona główna>

Pseudonim "Anoda" w TVP1

DZISIAJ w tvp1 – 20:20!!!
PSEUDONIM "ANODA"


Scena Faktu Teatru TV przedstawi premierowy spektakl „Pseudonim Anoda” Pawła Mossakowskiego w reżyserii Mariusza Malca. To opowieść o aresztowaniu i śmierci ppor. Jana Rodowicza z batalionu „Zośka”, zamordowanego po II wojnie przez komunistyczną bezpiekę.
Emisja: dzisiaj, poniedziałek 19 maja, godz. 20:20.


Spektakl Sceny Faktu przywraca pamięć i po raz pierwszy przedstawia historię aresztowania i śmierci porucznika Jana Rodowicza, pseudonim „Anoda” – legendarnego żołnierza batalionu „Zośka”. Bohater „Kamieni na szaniec”, uczestnik Akcji pod Arsenałem, akcji odbicia pociągu z więźniami pod Celestynowem, wielokrotnie ranny w Powstaniu Warszawskim, po wojnie podjął studia na Politechnice Warszawskiej, będąc jednym z animatorów integracji środowiska byłych żołnierzy batalionów „harcerskich” AK.


Aresztowany w Wigilię 1948 roku przez komunistyczną „bezpiekę” na podstawie sfabrykowanych oskarżeń, poddany brutalnemu śledztwu, 7 stycznia 1949 roku zginął w niewyjaśnionych do dzisiaj okolicznościach w gmachu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego przy ulicy Koszykowej.

Dopiero w wolnej Polsce – w sierpniu 1991 roku zostało podjęte śledztwo w sprawie wyjaśnienia jego śmierci, umorzone po blisko 5 latach, wobec niemożności stwierdzenia faktu zabójstwa. Tragiczny los Jana Rodowicza „Anody” reprezentuje losy całego pokolenia młodych żołnierzy podziemia, którzy zamiast żyć w chwale należnej bohaterom – byli po wojnie za ową patriotyczną postawę dotkliwie represjonowani w ramach planowej akcji wyniszczania ideowo nastawionych środowisk niepodległościowych.

Obsada:
Jan Rodowicz „Anoda” – Łukasz Dziemidok, Ojciec – Kazimierz Rodowicz – Jan Englert, Matka – Zofia Rodowicz z d. Bortnowska – Grażyna Barszczewska, Anna Rodowiczowa – Joanna Sydor, Staszek – Maciej Mikołajczyk, Heniek – Piotr Bajtlik, Ala – Karolina Piechota, Wiktor – major Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego – Lech Mackiewicz, Rysiek – porucznik Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego – Łukasz Chrzuszcz, Kazik – podporucznik Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego – Adam Młynarczyk, Funkcjonariusze MBP – Sebastian Cybulski, Paweł Iwanicki, Oddziałowy aresztu MBP – Józef Onyszkiewicz, Doktor Konrad Sokólski – Olgierd Łukaszewicz, Profesor Wiktor Grzywo-Dąbrowski – Krzysztof Wakuliński, Asystent – Aleksander Mikołajczak, Woliński – kierownik zakładu pogrzebowego – Lech Dyblik, Grabarz – Tomasz Zaród, „Włodek” – więzień MBP – Bartosz Warzecha, Bogdan – więzień MBP – Kacper Kuszewski, Roman – więzień MBP – Jacek Braciak, Listonosz – Stanisław Brudny, Goście Heńka – Patrycja Kaczmarska, Karolina Kalina, Anna Rakowska, Iza Warykiewicz, Kamil Dąbrowski, Tomasz Solich.

Czas: 65’30”
Autor: Paweł Mossakowski
Reżyseria: Mariusz Malec
Zdjęcia: Mariusz Palej
Scenografia: Ewa i Andrzej Przybyłowie
Kostiumy: Elżbieta Radke
Muzyka: India Czajkowska
Montaż: Paweł Laskowski
Konsultacja historyczna: dr Tomasz Łabuszewki – IPN
Produkcja: Agencja Filmowa – Teatr Telewizji TVP S.A.

Strona główna>