„[…] jak trudno ustalić imiona wszystkich tych którzy zginęli w walce z władzą nieludzką […] a przecież w tych sprawach konieczna jest akuratność nie wolno się pomylić nawet o jednego […] jesteśmy mimo wszystko stróżami naszych braci […] musimy zatem wiedzieć policzyć dokładnie zawołać po imieniu […]”.
Zbigniew Herbert, „Pan Cogito o potrzebie ścisłości„
6 grudnia 1946 r. oddział funkcjonariuszy UB z Przasnysza, silnie wzmocniony przez pluton żołnierzy z 3. Pułku Ułanów Warszawskich, dokonał obławy na rodzinną wieś żołnierza AK Wiktora Zacheusza Nowowiejskiego „Jeża” – Zembrzus. Przeciwko jednemu partyzantowi skierowano kilkadziesiąt uzbrojonych po zęby osób. Zacheusz nie poddał się. Próbował ucieczki w kierunku bagien. Zawsze mówił, że nie da się wziąć żywy. Kapitan Radaj, dowódca pułku, oparł karabin o płot i strzelał do uciekającego partyzanta. Ranny „Jeż”, będąc bez szans na przebicie się przez obławę, przyłożył pistolet do głowy i ostatni strzał przeznaczył dla siebie.
Por. Wiktor Zacheusz Nowowiejski ps. „Jeż” (1915-1946).
Rano przyszedł Zacheusz do domu. Był w dobrym nastroju. Matka szykowała mu koszule, ubranie, jedzenie na drogę. Miał za kilka dni jechać na zachód Polski. Tu był zupełnie spalony. W Szczecinie mieszkał jego dobry kolega, który mógłby go zalegalizować. „Mówi mi: »Wiesz Heniu, miałem przyjemny sen. Śnili mi się koledzy szkolni«, i wymienił ich imiona i nazwiska. »Oni byli jacyś szczęśliwi, cieszyli się, podrzucali mnie do góry«. Nic mu wtedy nie powiedziałem, dopiero później, po wszystkim, uświadomiłem sobie, że ci jego koledzy, poza jednym – »Pukiem« Józkiem Olkowskim, byli już na łonie Abrahama. Jedni zginęli w czasie walk z Niemcami, inni w walce z ubekami. Nie wiem do dzisiaj, co ten sen miał znaczyć. Może był jakimś ostrzeżeniem?”.
SZLACHCIC NA ZAGRODZIE
Nowowiejscy, herbu „Pobóg”, należą do drobnej mazowieckiej szlachty – tzw. zagrodowej. Ich gniazdem rodzinnym była Nowa Wieś w powiecie Przasnysz. Na północnym i wschodnim Mazowszu, graniczącym z Prusami, w Rzeczypospolitej przedrozbiorowej zamieszkiwało kilkunastokrotnie więcej rodzin szlacheckich niż w Wielkopolsce czy Małopolsce. Szlachta zagrodowa gospodarowała na niewielkich kawałkach ziemi. Mazowiecki szlachcic może nie był zbyt bogaty i wykształcony, ale z dumą chodził „przy szabli”.
Każdy członek tej społeczności – cieszący się pełnią praw szlacheckich – mógł wybierać króla, zgodnie zresztą ze starym powiedzeniem: „szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”. Ze szlachtą mazowiecką należało się liczyć w I RP – posiadała duże wpływy na elekcję królewską, i to nie tylko ze względu na liczebność, lecz także dlatego, że przecież elekcje odbywały się na Mazowszu.
W wydanej w 1908 r. książce „Szkice z dziejów szlachty mazowieckiej” autorstwa prof. Władysława Smoleńskiego jawi się niezwykle barwny obraz tej społeczności – ludzi krewkich, obdarzonych dużym temperamentem, może nie zawsze kierujących się zdrowym rozsądkiem. Profesor Smoleński zwraca uwagę na jedną z bardziej wyrazistych cech szlachty mazowieckiej – wierność wierze katolickiej, Kościołowi. Innowiercy nie mogli tutaj znaleźć posłuchu, napotykali niechęć, a nawet wrogość. „Szlachcic mazurski – pisał Smoleński – […]”.nie rozstawał się poza domem z kijem
sękatym, obuchem lub rusznicą. Z najbłahszej przyczyny wszczynał bójkę.
Wrażliwy na lada uchybienia, na obelgi lub potwarz bronił swej czci […]„.
O szlachcie mazowieckiej – ze względu na jej przywary i wysokie mniemanie o sobie – powstało sporo złośliwych powiedzonek: „Fortun sześć, ale nie ma co jeść” albo: „Gdy pies usiądzie na jednym dziedzictwie, ogon musi położyć na drugiem”. Chociaż była wdzięcznym obiektem różnych uszczypliwości, to zawsze ceniono ją w czasie wojen, zagrożenia Rzeczypospolitej – ze względu na bitność i odwagę. Nigdy nie szczędziła krwi.
CHŁOPAK Z NIESFORNĄ CZUPRYNĄ
Wiktor Zacheusz Nowowiejski był prawie rówieśnikiem niepodległej II Rzeczypospolitej – był ledwie o trzy lata od niej starszy. Urodził się 28 grudnia 1915 r. we wsi Zembrzus w gminie Janowo, w dawnym powiecie przasnyskim, jako syn Władysława i Marianny. Ojciec posiadał 56 hektarowe gospodarstwo rolne. Pełnił też funkcję wójta gminy Janowo. Rodzina była liczna, bowiem poza rodzicami składała się z sześciu synów i dwóch córek. W domu panowała tradycyjna atmosfera polskich rodzin szlacheckich, pełna wiary i patriotyzmu. Żywe były tradycje rodzinne związane z przeżyciami walk powstańczych z 1863 r. na Mazowszu, w których czynnie zaangażowany był dziad Zacheusza od strony matki – Faustyn Zembrzuski, tak więc już od młodych lat Zacheusz wychowywał się w duchu miłości do ojczyzny, szacunku dla tradycji narodowej, ofiarności dla Polski, która po tylu latach niewoli odzyskała niepodległość. Młodemu chłopcu głęboko w duszę zapadły opowiadania rodziców o czynach przodków. Być może już wtedy zapragnął iść w ich ślady.

Wiktor Zacheusz Nowowiejski, zdjęcie sprzed wojny.
Duży wpływ na wychowanie dzieci miała matka – Marianna z Zembrzuskich. Jak już wspomniano, jej ojciec Faustyn Zembrzuski, walczył w Powstaniu Styczniowym w powiecie przasnyskim, w oddziale Tomasza Kolbego. Aresztowany przez Rosjan, skazany na 25 lat więzienia, dzięki amnestii mógł powrócić do rodzinnego domu po 15 latach spędzonych na Syberii. W domu Nowowiejskich zawsze żywa była legenda nieugiętych Powstańców Styczniowych – gotowych pójść na śmierć w imię wolności Polski. Jakże często szafuje się zwrotem „wyssał patriotyzm z mlekiem matki” – w przypadku Zacheusza Nowowiejskiego, ale nie tylko, bo również jego rodzeństwa i jego matki, to nie był żaden slogan.
Henryk Nowowiejski, brat Zacheusza, wspomina:
„Matka była niezwykłą kobietą – my, jej synowie, wolelibyśmy zapaść się pod ziemię, aniżeli ją zawieść. Pamiętam jak w 1946 r. wpadli na podwórko milicjanci z Wielbarka, a na stole w kuchni leżał pistolet, inni straciliby głowę w takiej sytuacji. A ona zachowała przedziwny spokój – włożyła pistolet na dno garnka, nasypała do niego ziemniaków i postawiła na kuchni na ostatniej fajerce, do której nie dochodzi ogień.
Ubecy często ją upokarzali wyzwiskami – nie chcę ich przytaczać, bo nie przejdą mi przez gardło – prowokowali, próbowali zastraszyć. Wyróżniał się w tym zastępca szefa UB w Przasnyszu – porucznik Madziar. Wyjątkowy oprawca. Stawiał matkę pod ścianę domu i pozorował rozstrzeliwanie. A ona nawet nie drgnęła. Nie wiem, skąd czerpała tę niezwykłą moc, chyba tylko gdzieś z nieba, bo była osobą głęboko wierzącą, że nawet trudno to opowiedzieć”.
Naukę w zakresie szkoły podstawowej pobierał w szkole gminnej w Janowie. Uczył się bardzo dobrze i rodzice podjęli decyzję o dalszym kształceniu syna w Seminarium Nauczycielskim w Mławie. Do tej szkoły zazwyczaj trafiała młodzież z wiejskich rodzin szlacheckich, ale w jej ławach nie brakowało też młodzieży z rodzin chłopskich. Szkoła w II RP uczyła dyscypliny, posłuszeństwa, patriotyzmu – seminarium nie odstawało pod tym względem od innych polskich placówek. Wielu szkolnych kolegów Zacheusza zasiliło wkrótce szeregi Armii Krajowej, przeciwstawiło się sowieckiej okupacji – w ten sposób zdawali chłopcy egzamin z pobieranych lekcji patriotyzmu.
Imię Wiktor figurowało tylko w dokumentach, ale w życiu wszyscy używali imienia Zacheusz. Koledzy szkolni zapamiętali go jako tego, który organizował pomoc uczniom znajdującym się w trudnej sytuacji finansowej. Chodziło tu o zbieranie funduszy, z których później w szkole serwowano im drugie śniadanie.
W Seminarium Nauczycielskim panowała surowa dyscyplina. Wymagano by uczniowie nosili granatowe rogatywki, tzw. konfederatki, z białymi wypustkami, czarnym lakierowanym daszkiem i paskiem oraz metalowym białym orzełkiem. Głowy pod czapkami musiały być krótko, schludnie ostrzyżone – i to była zmora Zacheusza – jego gęste, sztywne włosy po ostrzyżeniu w żaden sposób nie dawały się układać. Sterczały na wszystkie strony jak długie szpilki. To z powodu tych niesfornych włosów otrzymał w szkole przezwisko „Jeż”, z którym nie rozstał się przez całe życie, a w czasie wojny i okupacji przyjął je za swój partyzancki pseudonim.
Jeden z jego najbliższych kolegów klasowych – Staszek Borzuchowski, zwany ze względu na posturę w szkole „Niedźwiedziem”, również zamienił przezwisko na pseudonim. Pozostał z „Jeżem” do końca.
Zacheusz był bardzo lubiany wśród kolegów. Nie ujawniał jeszcze wtedy jakichś specjalnych cech przywódczych – niemniej w trudnych sytuacjach było wiadomo, że można na niego liczyć. To nie przypadek, że potrafił w latach okupacji niemieckiej i początków sowieckiej skupić wokół siebie wielu szkolnych kolegów.
Seminarium Nauczycielskie ukończył w 1936 r. i wkrótce rozpoczął służbę wojskową w Szkole Podchorążych w Zambrowie. Pewnie nawet nie przypuszczał wówczas, jak bardzo i ta nauka przyda mu się wkrótce w życiu. Przed wybuchem wojny pracował jako nauczyciel w szkole niedaleko Ciechanowa.
JAK DZIADEK FAUSTYN ZEMBRZUSKI
Wybuch wojny we wrześniu 1939 r. nie był dla niego zaskoczeniem. Mieszkając i pracując w pasie pogranicznym z Prusami, był świadkiem wielu prowokacji i przygotowań piątej kolumny do działań zbrojnych.
Jako kapral podchorąży otrzymał kartę mobilizacyjną do jednostki w Białej Podlaskiej i brał udział w wojnie obronnej 1939 r. Po kapitulacji armii i udanej ucieczce z obozu jenieckiego, późną jesienią powrócił w rodzinne strony. Już wówczas w porozumieniu z kolegami zaangażował się do pracy na rzecz wspierania ruchu oporu na terenie gminy Janowo i powiatu przasnyskiego. Wraz z innymi nauczycielami zorganizował siatkę tajnego nauczania. Nowowiejski od początku był członkiem Związku Walki Zbrojnej, który w 1942 r. zmienił nazwę na Armia Krajowa. Z biegiem lat okupacji walka podziemna z nieprzyjacielem przekształcała się w wyższą formę jaką było tworzenie się oddziałów partyzanckich.
Wiosną 1942 r. chyba tylko cudem uniknął aresztowania przez gestapo. Wielu jego kolegów trafiło do obozów, zginęło w egzekucjach. Został zmuszony do ukrywania się na lewych papierach na terenie powiatu nidzickiego w zaprzyjaźnionej rodzinie mazurskiej (północne Mazowsze stanowiło wraz z przyległym terenem Prus Wschodnich obszar Rzeszy Niemieckiej).
W kwietniu 1943 r. został zaprzysiężony jako żołnierz AK ps. „Jeż”. Początkowo – po nawiązaniu współpracy z komórką wywiadu AK na Prusy Wschodnie i Władysławem Rabkiewiczem „Sławiczem”, pozyskiwał poprzez siatkę in
formatorów wiadomości dla sztabu podokręgu „Olsztyn – Tuchola” AK. Cennym źródłem informacji była m.in. Stanisława Domańska „Spych”, zatrudniona w mieszkaniu nidzickiego landrata Axela Crewella. W siatce współdziałali m.in. dwaj bracia Zacheusza – Henryk „Sosna” i Izydor „Kalina” – zatrudnieni u Mazura Ernsta Maxa w Jabłonce k. Nidzicy. Ernst Max był ważnym współpracownikiem polskiej konspiracji ze względu na swoje rozległe kontakty handlowe, prywatne – dostarczał m.in. ryby niemieckim urzędnikom, oficerom w Nidzicy, Ciechanowie, Mławie, Przasnyszu. To wówczas ujawniła swoje duże umiejętności konspiracyjne Halina Kołakowska „Jurand” – późniejsza żona Izydora Nowowiejskiego „Kaliny”, wkrótce wręcz niezastąpiona w wypisywaniu lewych dokumentów partyzantom.
Latem 1943 r. wśród mokradeł rzeki Orzyc został sformowany, głównie przez synów szlacheckich rodzin, partyzancki oddział AK. Komendantem został Stefan Rudziński „Wiktor”. Oddział tworzyli koledzy, m.in.: Zacheusz Nowowiejski „Jeż”, Izydor Bukowski „Burza”, Leon Uzdowski „Łabędź”, Stanisław Borzuchowski „Niedźwiedź”, Mieczysław Szczepkowski „Beton”, Michał Moszczyński „Wołodyjowski”. Funkcję kapelana oddziału pełnił ks. Stanisław Gutowski z Janowca Kościelnego.
ZABIĆ „JEŻA” – część 2
Tuż przed wybuchem powstania warszawskiego oddział „Wiktora” liczył już 80 ludzi. Do partyzantki garnęli się mężczyźni zagrożeni wywózką na roboty, kopania okopów. „Jeż” i „Burza” zostali mianowani dowódcami drużyn. Inny ich szkolny kolega – „Niedźwiedź” – objął funkcję zastępcy dowódcy oddziału. Plany dowództwa AK zakładały, że oddział „Wiktora” na czas akcji „Burza” miał się dozbroić i uzupełnić stan osobowy do pełnych czterech plutonów, aby stał się podstawą do utworzenia pułku AK z żołnierzy powiatu mławskiego.

Północne Mazowsze, 1946 r. Żołnierze oddziału por. Wiktora Zacheusza Nowowiejskiego „Jeża”. Od lewej stoją: Stanisław Borzuchowski „Niedźwiedź”, Tadeusz Piotrowski „Zbyszek”, Mieczysław Szczepkowski „Beton”, Zacheusz Nowowiejski „Jeż”, klęczy Mirosław Krajewski „Wiesiek”.
Mimo tego, że „Jeż” był świetnie wyszkolonym, doświadczonym żołnierzem, mającym za sobą podchorążówkę, udział w niezwykle trudnych, ryzykownych akcjach partyzanckich, to jednak gdzieś w nim siedziała też natura nauczyciela, pedagoga. Ta jego druga natura, a kto wie czy nie pierwsza, często dawała o sobie znać. Jeżeli była tylko ku temu sposobność, wolał przeprowadzać kurs pedagogiczny, niż zabijać.
Tak też stało się m.in. wówczas, gdy dowództwo AK poinformowało o sześcioosobowej grupie mężczyzn, nie należących do żadnej organizacji podziemnej, ukrywającej się w lasach i odbierającej miejscowej ludności żywność i odzież. „Jeż” postanowił przyjąć tę grupę do oddziału – polecił bacznie obserwować i wychowywać. Okazało się jednak, że mimo stosowanych metod wychowawczych nie zaniechali kradzieży, nawet pod groźbą kary śmierci. Po wejściu Sowietów na teren Mazowsza kilku z tych przygarniętych „partyzantów” zasiliło szeregi Urzędu Bezpieczeństwa. Ze szczególną zaciekłością tropili chłopców z oddziału „Wiktora”, w tym również „Jeża”.
W sierpniu 1944 r. wybuchło Powstanie Warszawskie. Zgodnie z planami na czas akcji „Burza”, oddział, w którym walczył „Jeż”, miał zlikwidować okoliczne posterunki żandarmerii i walczyć z Niemcami na pograniczu Prus Wschodnich. Latem 1944 r. „Jeż” dokonał kilku udanych akcji w powiecie nidzickim – m.in. dając nauczkę, ale już nie pedagogiczną, nadgorliwym żandarmom, partyjnym aktywistom z NSDAP. Kierował min. akcjami, których owocem był udany wypad do wsi Piotrowice w celu zdobycia radia i broni oraz likwidacja w Pęczkach aktywisty NSDAP, który znęcał się nad Polakami. Stojąc na czele sześcioosobowego oddziału ubranego w mundury Wehrmachtu, zlikwidował duży posterunek żandarmerii w Sarnowie. We wrześniu 1944 r. „Jeż” brał udział w akcji zlikwidowania w Siennie
członka SA., który odznaczał się szczególnym okrucieństwem w stosunku
do robotników polskich, a także wobec Polaków uciekających z obozów. Święto Odzyskania Niepodległości Polski uczcił w ten sposób, że 11 listopada 1944 r. zdobył w Muszakach dużą ilość broni i odzieży, która służyła im później w walce z sowieckimi najemnikami. O działalności żołnierzy z oddziału „Wiktora” wiedziały władze niemieckie, które w różny sposób chciały go zlikwidować. Sprzymierzeńcem partyzantów była przyroda, to znaczy: bagna, mokradła, las. W akcjach tych „Jeż” odznaczał się pomysłowością, która bazowała na nieprzeciętnej inteligencji.
O niepospolitej osobowości „Jeża” może świadczyć choćby następujący fakt – otóż, jak za dawnych, szkolnych lat, kiedy działał w „Bratniej Pomocy”, popularnym „Bratniaku” (organizował pomoc materialną, finansową ubogim kolegom szkolnym, dostarczał im od zaprzyjaźnionych kupców pieczywo, wędlinę, herbatę), tak i w czasie okupacji zorganizował pomoc dla rodzin, których mężowie, ojcowie przebywali w niemieckiej niewoli, w obozach, byli aresztowani. Akcją pomocy (45 marek miesięcznie) kierowali osobiście „Jeż” z „Burzą”. Pieniądze dostarczał rodzinom Franciszek Nachtygal „Kasa”. W tym też czasie Zacheusz Nowowiejski otrzymał awans na stopień porucznika.
Nastał rok 1945. „Jeż” był świadom bolszewickiego zagrożenia nadciągającego ze Wschodu. Docierały wiadomości o klęsce powstania w Wilnie, w Warszawie. O aresztowaniach żołnierzy AK przez Sowietów. W drugiej połowie 1944 r. na terenie działania Stefana Rudzińskiego „Wiktora” pojawił się polsko – sowiecki oddział wywiadowczy kpt. Siergiejewa. Władze AK wyznaczyły do kontaktów z Siergiejewem por. „Jeża” – wedle zaleceń dowództwa udzielono mu wszelkiej pomocy. Desant ten został zrzucony na zaplecze frontu w okolicach Jabłonki w powiecie nidzickim. Polacy, będący w grupie desantowej, przeszli na stronę polskich partyzantów. Siergiejew był później dowódcą pułku, którego żołnierze zamordowali „Jeża”.
W styczniu 1945 r. Sowieci zaczęli instalować swoje przyczółki władzy na północnym Mazowszu. Trzech oficerów NKWD zakwaterowało się w Zembrzusie w domu Nowowiejskich. Ich pytania, dociekania nie pozostawiały najmniejszych wątpliwości, iż Sowieci planują ujęcie „Jeża”. Byli świetnie zorientowani w sytuacji – wiedzieli, jaką rolę odgrywał Zacheusz Nowowiejski w czasie okupacji niemieckiej.
Już wkrótce NKWD zastąpiły utworzone w marcu struktury UB. Ubecy z nie mniejszą zapalczywością zabrali się za obławę na żołnierzy AK niż ich sowieccy instruktorzy. Aresztowanych z Mławy, Przasnysza, Krasnosielca, Chorzel zwożono na punkt zborny w Ciechanowie, a stamtąd pociągami towarowymi transportowano na nieludzką ziemię. Nie wszystkim dana była nawet ta podła podróż – ginęli w mrocznych podwórkach ubeckich murów. Jedynym zarzutem, oskarżeniem była przynależność do AK.
ROZBICIE MŁAWSKIEJ BEZPIEKI
Na początku lutego 1945 r. „Wiktor” otrzymał rozkaz rozwiązania oddziału partyzanckiego podpisany przez ostatniego komendanta obwodu mławskiego Henryka Tyszkę „Żurka”. Z bólem serca, ale rozkaz został wykonany.
„Jeża” bardzo niepokoiły informacje o aresztowaniach żołnierzy AK. Zamykano nawet ludzi powracających z obozów, z przymusowej pracy czy wysiedleń. Partyzanci postanowili przeciwdziałać narastającemu zagrożeniu, aby nie dopuścić do całkowitego wyniszczenia ludzi związanych z podziemnym państwem polskim.
W połowie marca 1945 r. na terenie powiatu przasnyskiego została powołana do życia Samoobrona Społeczna. Jej organizatorem był Stanisław Rożek „Przebój” (późniejszy ps. „Zych”), komendant „dwójki” Obwodu Przasnysz, żołnierz oddziału „Rąbana”. Funkcję komendanta Ośrodka nr 3 objął Zacheusz, który przyjął nowy pseudonim „Żuk”, na jego zastępcę mianowano Ryszarda Żbikowskiego „Skibę” (po zmianie „Kalina”). Do zadań „Samoobrony Społecznej” należało prowadzenie wywiadu o aresztowanych i miejscach ich przetrzymywania, udzielanie pomocy zagrożonym, organizowanie bezpiecznych kwater. Rozwój wydarzeń spowodował, iż ważnym zadaniem partyzantów stało się odbijanie aresztowanych, przygotowywanie fałszywych dokumentów.

Ryszard Żbikowski ps. „Skiba”, „Kalina”, „Klon”, Komendant Ośrodka Samoobrony Społecznej nr 3, później ROAK [Ruch Oporu Armii Krajowej].
Zacheusz Nowowiejski nie był początkowo zwolennikiem otwartej walki z ubekami, komunistami. Czuł się, jak zwykle, odpowiedzialny za żołnierzy, a sytuacja polityczna nie była zachęcająca do podjęcia walki – Rząd Jedności Narodowej został uznany przez państwa zachodnie. Spokój nie trwał jednak długo…
Do spektakularnej i pierwszej akcji grup zbrojnych, wywodzących się z Samoobrony Społecznej, doszło w bardzo tragicznych okolicznościach. Grupa funkcjonariuszy UB w Mławie poszukując Adama Czaplickiego „Torpedy” byłego żołnierza AK z oddziału Stefana Rudzińskiego, w dniu 28 V 1945 roku dotarła do wsi Ślubowo w powiecie przasnyskim i otoczyła dom Zarębskich, w którym ukrywał się „Torpeda”. Poszukiwanemu udało się uciec, został natomiast zabity zięć Zarębskiego, Tadeusz Długokęcki oraz jego 3-letni syn Janusz. Irenę Długokęcką, będącą w zaawansowanej ciąży, funkcjonariusze UB zmusili do zakopania ciała męża i syna. Następnie aresztowali młodszą córkę Zarębskich, a dom podpalili. Morderstwa te wstrząsnęły miejscową opinią publiczną.
Ich bezpośrednim następstwem było spotkanie Stanisława Rożka, Ryszarda Żbikowskiego i Zacheusza Nowowiejskiego. Spotkanie miało miejsce tam, gdzie doszło do opisanej tragedii. Po krótkiej naradzie zapadła decyzja zaprzestania biernej obserwacji wydarzeń. „Jeż” postanowił odbić dziewczynę oraz kolegów z konspiracji antyniemieckiej, którzy również siedzieli w piwnicach więzienia PUBP w Mławie. Byli to Aleksander Hausman, zajmujący się w podziemiu organizacją wojska, Jan Barański, szef Oddziału Informacji, a potem łączności Obwodu Mławskiego AK, Jan Nowakowski, szef Kedywu, Stanisław Borzuchowski, żołnierz oddziału „Wiktora” i Izydor Bukowski „Burza”. Razem w więzieniu przebywało około 40 osób z tym, że nie wszyscy byli uprzednio związani z konspiracją. Więźniowie ci byli poddawani normalnej procedurze śledczej, w zestaw której wchodziło bicie i tortury. Aleksander Hausman był tak storturowany, że nie mógł chodzić.
Akcja mająca na celu rozbicie więzienia UB w Mławie oraz wypuszczenie więźniów była doskonale przygotowana. Mówi także o tym stosowny zapis w Kronice MO i SB w Mławie, w której czytamy m.in.:
„W nocy 2/3 czerwca. 1945 roku banda BOW [?] pod dowództwem „Jeża” w sile około 15 ludzi, uzbrojona w broń ręczną i maszynową, podszywając się pod funkc[jonariuszy] MO, z rzekomo aresztowanymi, wtargnęła do budynku UBP w Mławie. Po wejściu do budynku rozpoczęli strzelaninę z zaskoczenia i likwidację wartowników. W czasie służby zostali zamordowani funkc[jonariusze] Oraczewski Stanisław, Eugeniusz Lemański, Zbrzyzny Henryk oraz ciężko raniono Stanisława Chylińskiego. Do wtargnięcia bandy i przygotowania im danych o możliwości obrony Urzędu dopomógł magazynier – zbrojmistrz PUBP Nowakowski, a to w ten sposób, że w tym czasie zarządził czyszczenie broni, sam opuszczając przed tym Urząd.
Banda zdołała opanować parter budynku i areszty znajdujące się w piwnicach, z których zostało wypuszczonych około 20 zatrzymanych. Wśród oficerów znajdowało się 3-ch oficerów bandy NSZ „Burzy”, między nimi dowódca oddziału Stanisław Waśniewski, ps. „Orka”, były obszarnik, a w czasie okupacji rządca majątku w Uniszkach Zawadzkich i Gumowskich. Głównym celem operacji bandy było wypuszczenie na wolność aresztowanych, ich przywódców i innych członków bandy przebywających w aresztach.
Wycofując się banda ostrzeliwała budynek Urzędu i obrzuciła granatami, udając się w kierunku ulicy Olsztyńskiej do lasu mławskiego. W akcji pościgowej wzięli udział funkcjonariusze MO i UB oraz żołnierze Armii Czerwonej, w wyniku której został zabity członek bandy Jerzy Mandycz, zam. w Mławie. Po stronie ścigających został ciężko ranny żołnierz Armii Czerwonej, który zmarł w szpitalu w Warszawie”.
W przedstawionym zapisie roi się od nieścisłości, a nawet przekłamań. W meldunku Komendy Powiatowej MO w Mławie do Komendy MO Województwa Warszawskiego w Otwocku z 3 VI 1945 roku, znajdujemy lakoniczną informację:
„Dzisiejszej nocy o godz. 1.00-3.00 dokonano napadu na PUBP w Mławie. Napadu dokonała banda, która rozbiła areszt i wypuściła wszystkich więźniów. Milicja powiatowa i miejska wyruszyła na pomoc. Kilku członków bandy schwytano, 3 ludzi UBP zabito, 1 żołnierza sowieckiego i dwóch żołnierzy polskich. Jeden funkcjonariusz ranny. W całym powiecie zarządzono ostre pogotowie”.
W sprawozdaniu z działalności Powiatowej Rady Narodowej za czerwiec 1945 roku znajdujemy zaledwie mały akapit, dotyczący opisanego wyżej brawurowego wyczynu organizującego się podziemia, a mianowicie, iż „w nocy z dnia 2 na (3) czerwca r.b. dokonany był napad na Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa w Mławie. Napastnicy zwolnili około 40 osób z aresztu PUB. W wyniku zajścia zginęło 3-ch funkcjonariuszów PUB i żołnierz Armii Czerwonej. Śledztwo w sprawie toczy się”.
ZABIĆ „JEŻA” – część 3
„Moim dowódcą w WiN-ie był Izydor Bukowski z Dobródki. Nie należałbym do żadnej organizacji, i WiN-u też, gdyby pozwolono mi spokojnie pracować. Pięć dni po zakończeniu wojny przyszli po mnie enkawudyści, ale nie było mnie w domu i dlatego ocalałem. O stosunku nowych władz do mnie świadczy to, że nie otrzymałem ani metra ziemi z parcelacji, gdyż mówiono, że należałem do „pańskiej partii”, czyli AK. Izydor Bukowski był ideowym człowiekiem. Jemu też nie dali żyć. Został aresztowany w pierwszych dniach po wyzwoleniu przez funkcjonariuszy UB z Mławy. Razem z kolegami został przewieziony do Mławy, a wypuszczony przez kolegów z AK: „Arymana” Jana Nowakowskiego i Wacława Grabowskiego „Puszczyka”. Było to w maju 1945 r. [2/3 czerwca 1945 r.]. Oprócz nich brali udział w rozbiciu UB w Mławie „Beton” – Mieczysław Szczepkowski z Rębowa, „Jeż” – Zacheusz Nowowiejski z Zembrzusa i „Sowa” – Jan Radzikowski z Grzebska. Innych nazwisk nie pamiętam. Ja miałem za zadanie skontaktowanie ich oraz obserwowanie ruchu na trasie Mława – Zaborowo. Partyzanci po zakończeniu akcji wrócili wieczorem tego samego dnia. Wiem, że przed napadem byli na Smolarni w Mławie. Ich planom sprzyjało to, że w tym czasie odbywała się zabawa w „Lutni” [dziś gmach Muzeum Ziemi Zawkrzeńskiej oraz Biblioteki Miejskiej, przy ul. 3 Maja w Mławie]. Na zabawie tej było wielu funkcjonariuszy UB i MO. Przed napadem partyzanci zajęli stanowiska w parku miejskim. „Beton”, aby dostać się do Urzędu Bezpieczeństwa pozorował prowadzenie aresztowanych, którymi byli członkowie grupy uderzeniowej. Znali hasło, które brzmiało „Warszawa – Leśna”. Po podaniu hasła funkcjonariusz Urzędu wpuścił ich na teren gmachu. Przy wejściu zabili funkcjonariusza Urzędu. Podobno nikt się nie bronił. Tylko jedną salwę oddano do nich, ale strzelającego uciszono ostrzelaniem z parku. Nie wszyscy aresztowani po ich uwolnieniu chcieli uciekać. Oni wycofali się ul. Leśną do lasu mławskiego, dalej przez Krajewo do Zakrzewa i Zaborowa.
Chciałbym jeszcze wrócić do początku mojej relacji i powiedzieć, jakie wypadki poprzedziły uderzenie na UB w Mławie. Zanim do tego doszło w Dobródce byli aresztowani: Izydor Bukowski „Burza”, Adam Czaplicki „Torpeda”, Witold Pszczólkowski „Wilk”, Stanisław Waśniewski „Bończa”, właściciel majątku ziemskiego Zaborowo, żołnierz AK przed wyzwoleniem. Wtedy, kiedy ich aresztowano nie należeli do żadnej organizacji, gdyż Armia Krajowa została rozwiązana. Aresztowanie to było w tej samej nocy, co aresztowanie na Kolonii Maje u Henryka Majewskiego. Aresztowano tam Stanisława Borzuchowskiego „Niedźwiedzia” z Waśniewa oraz Mirosława Tańskiego z Kwiatkowa w powiecie przasnyskim. Obaj korzystając z nieuwagi funkcjonariuszy uciekli po przerżnięciu przez Majewską sznurów, którymi byli skrępowani. Wszyscy, którzy się tam zgromadzili, nie zamierzali konspirować. Chcieli spokojnie pracować. Niektórzy nie mieli się gdzie podziać np. Waśniewski, gdyż jego dom był zajęty. Tański miał zniszczone gospodarstwo.
Wśród funkcjonariuszy UB był Stanisław Żebrowski z Łączyna oraz Szypulski Antoni z Wieczfni. Oni znali miejsce pobytu byłych partyzantów w Dobródce, gdyż w okresie okupacji niemieckiej ukrywali się tam z akowcami. Kiedy groziło im rozstrzelanie za bandytyzm, wzięto ich do oddziału akowskiego „Wiktora” za poręczeniem Izydora Bukowskiego „Burzy” i Zacheusza Nowowiejskiego „Jeża”. Szypulski za swoją zdradę został potem zabity przez Tadeusza Piotrkowskiego „Mura” w Wieczfni”.

Dawna siedziba Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Mławie.
Oświadczenie Nachtygala uzupełnia relacja Izydora Nowowiejskiego (brata Zacheusza), w której m.in. podaje:
„Gdzieś pod koniec kwietnia 1945 roku w Dobródce, w domu rodzinnym Izydora Bukowskiego zebrało się kilku chłopców, b. akowców w tym celu, aby porozmawiać na temat co ze sobą zrobić w nowych warunkach, gdzie się urządzić. Nagle przyjechali funkcjonariusze UB z Mławy i wszystkich aresztowali, uciekł tylko Stanisław Borzuchowski „Niedźwiedź”. Zabrali Izydora Bukowskiego. Wydaje mi się, że te aresztowania były przyczyną odbicia więźniów w Mławie. Kto brał udział w odbiciu więźniów dokładnie nie wiem. Na pewno byli tam: Zacheusz Nowowiejski, Stanisław Borzuchowski i Mietek Szczepkowski, wszystkich było chyba dziesięciu. Ilu więźniów wypuszczono, nie wiem. Po rozbiciu więzienia widziałem się z Izydorem Bukowskim. Ten jak pamiętam mówił ze skargą: „Widzisz jakie człowiek ma życie, prześladują, żyć nie dają, jestem kaleką, co mam robić? [„Burza” był ranny w partyzantce w okresie okupacji niemieckiej w rękę i biodro]. Mietek Szczepkowski, Stanisław Borzuchowski i Adam Czaplicki często bywali u Zacheusza. Myśleli o wyjeździe za granicę. Miał to załatwić „Puszczyk” [Wacław Grabowski], który tam był, ale nie doszło do tego, gdyż sugerowano mu w zamian za przerzut kolegów działalność wywiadowczą. On nie chciał przyjąć tej sugestii i tak wszyscy zostali w kraju […]”.
Warto przytoczyć w tym momencie charakterystyczną relację jednego z uczestników rozbicia więzienia, którym był Jan Kocięcia „Orlik”. W swoim liście z 2 IX 1992 roku napisał:
„[…] spotkanie nas biorących udział w tej akcji odbyło się na uliczce za budynkiem gimnazjum, gdzie przypuszczam rozdzieliliśmy zadania. Z tego miejsca poszliśmy cicho w zarośla parku przed UB. Pamiętam, że dla zmylenia czujności wartowników i podejścia jak najbliżej nich, poszło ulicą dwóch „wartowników” z jednym „aresztowanym” w środku. Jednym z „wartowników” był, jak mi się wydaje „Beton”. Po zbliżeniu się tej trójki do prawdziwych wartowników, rozległy się strzały, wówczas my wybiegliśmy z parku do akcji. Nie pamiętam, czy i gdzie były ubezpieczenia na ulicy. Ja byłem w grupie, która wbiegła do piwnicy dla uwolnienia więźniów. Jeszcze dziś pamiętam rozbicie dwóch kłódek, prawdopodobnie strzałem. Nie pamiętam czy i jakie było ubezpieczenie przed piętrami (powyżej parteru). Z budynku UB wybiegliśmy wąską uliczką obok UB (dzisiaj jej nie ma). Po jej drugiej stronie był budynek NKWD, w stronę którego oddaliśmy kilka strzałów. Uliczką tą pobiegliśmy w stronę tzw. Syndykatu i dalej na Mławę. Ostatni raz widzieliśmy się z grupą pod jakimś dębem, skąd my z bratem [Stefan Witold Kocięcki „Miriam”] poszliśmy różnymi drogami do Windyk, gdzie nasza matka miała twierdzić na wypadek, gdyby o nas pytali ubowcy, że w nocy byliśmy u niej, skąd następnego dnia rano poszliśmy różnymi drogami do Mławy, gdzie mieszkaliśmy u żony naszego wuja Pawła Rachockiego „Jurand
a”.[…]”.
Jak podaje Sławomir Rachocki, syn Pawła Rachockiego długoletniego komendanta Obwodu mławskiego AK, broń do akcji na UB oraz materiały wybuchowe były przechowywane w mieszkaniu Rachockich. Należy podkreślić, że podczas rozbicia więzienia niektórzy z aresztowanych osadzeni tam za przestępstwa kryminalne, nie chcieli uciekać z politycznymi, zaś inni więźniowie, którzy tego chcieli, nie mogli opuścić cel o własnych siłach, tak byli pobici podczas śledztwa. M.in. należał do nich Aleksander Hausman, o którym Antonina Dworakowska napisała:
„Podczas rozbicia mławskiego UB Stanisław Borzuchowski wyniósł Aleksandra Hausmana na ramionach, gdyż Olek nie mógł uciekać na własnych nogach. Miał rozbite pięty”.
Po rozbiciu więzienia aresztowani (byli żołnierze AK) rozbiegli się po szerokim świecie. Najwięcej z nich „zamelinowało” się pod innymi nazwiskami w olsztyńskim. Jako ciekawostkę warto podać, że kilkunastu z nich po opuszczeniu gmachu UB, zorganizowaną dla nich furmanką z parą koni, zakupioną za alkohol od Rosjan, dojechało do Olsztyna. Tam ów środek transportu zabrali im inni żołnierze sowieccy. Uciekający przedostali się do Morąga, gdzie zatrzymali się w mieszkaniu Józefy Wiwart pod adresem Ogrodowa 2. Aby żyć zorganizowali bar „Zacisze” (ul. Wyzwolenia 14). Stopniowo potem odchodzili i urządzali sobie życie tak, jak to było możliwe. Wielu z nich doszło do wniosku, że nie uda im się spokojnie żyć i pracować przy działaniu opresyjnych służb sowieckich i polskich. W rezultacie wybrali ponownie konspirację, wiążąc się z siatką Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”.
W akcji na UB w Mławie brało udział kilkudziesięciu byłych Żołnierzy AK. Część z nich z północy powiatu zorganizował i przyprowadził Zacheusz Nowowiejski. Byli to: Bronisław Szymanowicz, Henryk Humięcki „Ordynans”, Jan Brzozowski, Wincenty Mroziński, Tadeusz Chodkowski „Kartacz”, Franciszek Adamkiewicz „Piorun”, Bogdan Kossak, Czesław Bojarski, Eugeniusz Nałęcz, Stefan Budziszewski, Jan Łowicki, Edmund Morawski „Lipa”, Janusz Piotrowski, Mieczysław Szczepkowski „Beton”, Leon Moszczyński, Jan Radzikowski, Stefan Rudziński „Wiktor” i Jan Skierski „Czujny”.
Do drugiej grupy, którą zorganizowali Wacław Grabowski „Puszczyk” i Jan Nowakowski „Aryman” należeli: Antoni Tomczak „Malutki”, Kazimierz Żmijewski „Jan”, Lucjan Krępski „Rekin”, Henryk Barwiński „August”, Władysław Barwiński „Sowa”, Feliks Gutkowski „Gutek”, Piotr Grzybowski „Jastrząb”, Jan Kocięcia „Orlik”. Z Mławy brali udział w akcji Jerzy Mandyć, Jan Chudy oraz Antoni Dzienis.

Rok 1946, Północne Mazowsze. Żołnierze z oddziału Zacheusza Nowowiejskiego „Jeża”. Stoją od lewej: Mieczysław Szczepkowski „Beton”, Dominik Szempliński „Hipek”, Jan Sobierajski „Hrabia”, Zacheusz Nowowiejski „Jeż”, Mirosław Krajewski „Wiesiek”, Stanisław Borzuchowski „Niedźwiedź”, Stefan Kosiński „Kruk”, Zdzisław Sobierajski „Czesław”, Władysław Kopełowski „Chwast”; leżą: Tadeusz Moszczyński „Feliks”, NN „Wiesiek”, Tadeusz Piotrowski „Zbyszek”.
Podczas akcji zginął Jerzy Mandyć, który popełnił samobójstwo otoczony przez żołnierzy sowieckich w ogrodzie nauczyciela Stanisława Anyszki, przy ul. Olsztyńskiej. Zabity został także czternastoletni uczeń gimnazjum ze Szreńska, mieszkający na stancji u państwa Zofii i Stanisława Anyszków. Na okres 3-ch tygodni aresztowano i osadzono w więzieniu UB właścicieli domu, ich córkę Irenę, oraz mieszkających tam na stancji uczniów Liceum im. St. Wyspiańskiego w Mławie Zygmunta Młodkowskiego, Wacława Szulca i Jerzego Wierzbowskiego. Wkrótce potem aresztowano A. Szulcową zamieszkałą w domu Anyszków. Sprawę tę podniesiono na posiedzeniu Powiatowej Rady Narodowej. W protokole znajdujemy następujący zapis:
„Radny Żugaj [Józef] zabrał głos i wystąpił z wnioskiem, aby w celu zwolnienia rodzin Szulcowej i Anyszków aresztowanych w związku z zajściem, jakie miało miejsce w nocy z 2 na 3 VI r.b. udała się delegacja Rady do Urzędu Bezpieczeństwa z interwencją. Wniosek ten po dłuższej dyskusji przyjęto”.
Aresztowania, jakie miały miejsce po wyżej opisanej akcji dotknęły także Jana Nowakowskiego „Arymana”, w okresie okupacji niemieckiej szefa Kedywu Obwodu Mławskiego AK. Został on osadzony w więzieniu UB w Działdowie. Z uwagi na pełnioną funkcję oraz dużą wiedzę o konspiracji, wśród kolegów aresztowanego zapadła decyzja o jego odbiciu. Do realizacji tego planu nie doszło, gdyż „Arymana” wywieziono do innego więzienia.
Akcja rozbicia więzienia UB w Mławie odbiła się szerokim echem na Mazowszu, będąc dla podziemia pokrzepieniem, zaś dla funkcjonariuszy UB i MO przestrogą. Warto podkreślić, ze w akcji pościgowej poza funkcjonariuszami SB i MO
brali także udział żołnierze sowieccy miejscowego garnizonu.
Po tych wydarzeniach por. Zacheusz Nowowiejski „Jeż” rozlokował swoich ludzi w terenie, a sam wyjechał w okolice Nidzicy i pod zmienionym nazwiskiem, jako Marian Smoliński, podjął pracę w PGR, na stanowisku kierownika gorzelni.
Po wielu latach od opisywanych wydarzeń próbował je odtworzyć i opisać Władysław Śniadowski w artykule zatytułowanym publicystycznie „Noc tańca i śmierci”, zamieszczonym w czasopiśmie resortowym „W Służbie Narodu”. Autor dokonuje rekonstrukcji wydarzeń, jakie miały miejsce w nocy z 2/3 czerwca 1945 roku w gmachu UB w Mławie. Trzeba podkreślić, że jego tekst podrasowany literacką fantazją, w wielu miejscach przekłamany, dostarcza jednak wielu szczegółów, które pozwalają uzupełnić opis wydarzeń, jaki podawali uczestnicy akcji oraz świadkowie.
Do daleko idących uproszczeń, czy też fantazji piszącego, należy zaliczyć rozbieżności między „Puszczykiem” a „Jeżem”. Ten ostami był niewątpliwie dowódcą akcji jako wyszkolony oficer rezerwy jeszcze przed wybuchem wojny, a ponadto posiadający doświadczenie partyzanckie z lat wojny oraz wielki autorytet w miejscowym podziemiu. „Puszczyk” natomiast, to młody, ofiarny i pełen inicjatyw człowiek, który jednak nie mógł przeciwstawiać się „Jeżowi”, czy też być w stosunku do niego arogancki, jak to przedstawił w swoim artykule Śniadowski.
Nie odbiegają natomiast od rzeczywistości ustalenia autora co do tego, że „chłopcy z lasu” mieli świetnie rozpracowany przedmiot operacji, jak też zainspirowali zabawę strażacką (w gmachu „Lutni”), która odciągnęła z budynku część funkcjonariuszy UB, znali także hasło obowiązujące strażników w tym dniu, jak też świetnie przygotowali odwrót. Nie jest natomiast ścisłe twierdzenie, że wśród atakujących był Paweł Nowakowski „Łysy”. Na początku czerwca 1945 roku „Jeż” należał, jak to wyżej pisaliśmy do Samoobrony Społecznej, a „Łysy” jeszcze czekał, jeszcze obserwował co się dzieje, nie był związany z żadną z ówczesnych organizacji. Stał się jednym z głównych przywódców ROAK dopiero w 1946 roku.
ZABIĆ „JEŻA” – część 4
Wśród wielu tych, którzy związali się z „władzą ludową”, w szczególności zaś pośród członków PPR, pojawiły się elementy paniki, które natężały się w miarę, jak zaczęły przenikać wiadomości o napadach zidentyfikowanych lub niezidentyfikowanych grup podziemnych na funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa, aktywistów partyjnych (PPR), donosicieli lub zbyt gorliwych urzędników władz administracyjnych.
„Krajobraz po pierwszej bitwie” w ciekawy sposób ujął Stanisław Męzik, funkcjonariusz UB, który wrócił z kursu w Łodzi w sierpniu 1945 roku. Napisał on m.in.:
„Ludzie przyjęli napad bardzo dobrze, gdyż nie lubili Urzędu Bezpieczeństwa i dlatego cieszyli się, że Urząd dostał po nosie. Z więzienia UB zostało wypuszczonych około 30 ludzi. Wśród nich był por. Aleksander Hausman. Innych nazwisk nie znam. Po napadzie było wiele aresztowań. Aresztowany został m.in. Włodzimierz Rakowski, z zawodu fryzjer oraz prof. Stanisław Anyszko. Oni nie należeli do podziemia. Aresztowania były na ślepo. […]. Po napadzie wielu aktywistów partyjnych uciekło z Mławy, gdyż się bali. Przede wszystkim wyjechała kolonia żydowska (chyba 200 osób). Żydzi mieszkali wówczas przy ul. Długiej…. Wiem, że uciekli: Rawa (Rosenberg) i jego siostra Rosenbergowa. Uciekła również Rokicka, szefowa Związku Walki Młodych w powiecie”.
OTWARTA WALKA
Stopniowo z mławskiego regionu uciekli także ludzie podziemia. Należeli do nich na ogół ci, którzy w okresie okupacji niemieckiej pełnili znaczące funkcje w miejscowej organizacji AK. Stosunkowo szybko opuścili region mławski Paweł Rachocki „Rymsza”, „Jurand”, „Lech” – komendant Obwodu AK, Bolesław Kościanowski „Otto” – szef Oddziału Wojskowego, Władysław Rabkiewicz „Sławicz”, „Felek”, „Janusz”, „Chłopak” – szef wywiadu, inż. Ryszard Bagiński – szef kontrwywiadu, Stefan Rudziński „Wiktor” dowódca oddziału partyzanckiego, Jan Nowakowski „Aryman” – szef Kedywu, Edward Szypulski – szef Wydziału Wojskowego w placówce miejscowej AK, Tadeusz Rybicki „Jola” – pracownik „dwójki”, Jan Bojarski pracownik „dwójki”, Mieczysław Szczepkowski „Beton” – żołnierz oddziału partyzanckiego, Janusz Piotrkowski żołnierz oddziału partyzanckiego „Wiktora”, Franciszek Brzozowski – nauczyciel, żołnierz AK, Stanisław Borzuchowski „Niedźwiedź” – żołnierz oddziału partyzanckiego oraz komendant placówki Szczepkowo, Jan Barański „Robak”, „Skowron”, „Bazik” – szef łączności Obwodu Mławskiego, Aleksander Koronowski „Alek” – szef Oddziału Organizacyjnego placówki Mława, Jan Przybysz „Tomek” – komendant placówki „Dębsk” (Szydłowo), Halina Szczepańska – Galińska – łączniczka Obwodu, Witold Mutrynowski – pracownik wywiadu i wielu, wielu innych.
Z wybitniejszych żołnierzy podziemia pozostali na Ziemi Mławskiej lub na jej obrzeżach Paweł Nowakowski „Łysy”, Wacław Grabowski „Puszczyk”, Izydor Bukowski „Burza” oraz Zacheusz Nowowiejski „Jeż”. Na ich decyzje miały wpływ uwarunkowania rodzinne, jak też chyba nadzieja, że „jakoś się rzeczy ułożą, może ta władza zmądrzeje, wszak nie działaliśmy przeciwko Polsce, walczyliśmy przecież przez kilka lat jej suwerenność”. (relacja Pawła Nowakowskiego).

Rok 1946. Północne Mazowsze. Żołnierze z oddziału Zacheusza Nowowiejskiego „Jeża”. Siedzą od lewej: Tadeusz Moszczyński „Feliks”, Zdzisław Sobierajski „Czesław”, Dominik Szempliński „Hipek”, Władysław Kopełowski „Chwast”; u góry: NN „Wiesiek”, Stefan Kosiński „Kruk”.
Ostatni z wymienionych – „Jeż”, jak wyżej podaliśmy, po zamelinowaniu swoich chłopców, biorących udział w rozbiciu mławskiego UB, zatrzymał się na pograniczu powiatu mławskiego i nidzickiego. Chciał spokojnie pracować. Jak napisał ks. Michał Grzybowski, autor jego szkicu biograficznego:
„Zacheusz Nowowiejski był przeciwnikiem walki, która przybierała coraz bardziej charakter bratobójczy. Unikał starć, aby nie narażać życia młodych Polaków tak z jednej, jak z drugiej strony. Po powstaniu i ukształtowaniu się Rządu Jedności Narodowej, który został uznany przez państwa zachodnie, ukrywający się AK-owcy i żołnierze innych ugrupowań byli przekonani, że znaleźli się w beznadziejnej sytuacji. Powstała nawet myśl o podjęciu próby przejścia całego oddziału na Zachód. Plan był trudny do zrealizowania ze względu na znaczne nasycenie terenu pracownikami UB i konfidentami, wkrótce z niego zrezygnowano”.
Potwierdzeniem takiej postawy „Jeża” jest m.in. „Kronika MO i SB” powiatu mławskiego, w której brak informacji mówiącej o jakichś atakach przemocy w powiecie mławskim ze strony Nowowiejskiego i podległych mu żołnierzy podziemia. Według dostępnych źródeł, jak już wyżej podano, „Jeż” nie chciał walczyć ani zabijać, chciał spokojnie żyć, na co nowa władza mu nie zezwoliła. Wieści o akcji żołnierzy podziemia niepodległościowego szybko rozchodziły się wśród mieszkańców Mazowsza. UB zrozumiał po raz kolejny, że ma do czynienia z dowódcą o nieprzeciętnych zdolnościach i umiejętnościach.
Warto przytoczyć w tym miejscu relację Janiny Grędzińskiej, która dobrze znała Nowowiejskiego i miała z nim kontakty zarówno w okresie okupacji niemieckiej, jak też po jej zakończeniu:
„Sytuacja okupacyjna nie dawała wyboru w metodach walki. Trzeba było zabić, aby umożliwić życie innym ludziom. Ciężkim przeżyciem dla Zacheusza Nowowiejskiego była śmierć kolegów w szeregach partyzanckich i śmierć ludności cywilnej, ale najciężej przeżywał śmierć Polaków, którzy ginęli od polskiej kuli. Dręczyło go pytanie, czy naprawdę musiał umrzeć. Bardzo dbał o życie ludzi i nigdy nie narażał życia kolegów. […] Zacheusz Nowowiejski marzył o normalnym życiu, o pracy, o szkolnictwie, był przecież nauczycielem i nauczanie było mu bliskie.[…] Ściganie b. partyzantów przez NKWD i UB i przez miejscowe władze: najazdy, rewizje, aresztowanie, deportacje, atmosfera zagrożenia spowodowały, że Zacheusz ponownie poszedł „do lasu” i zaczął konspirować, chwycił za broń. Zacheusz Nowowiejski wierzył, że nowo organizujący się w Polsce ustrój, jest ustrojem tymczasowym, przejściowym, że musi się skończyć”.
Autorka relacji zapytana, czy Nowowiejskiemu bliższe były poglądy romantyków, czy pozytywistów, napisała:
„Moim zdaniem bliższe mu były poglądy pozytywistów. Jego celem jako żołnierza podziemia nie było „paść na szczycie”, lecz ocalić życie swoje i innych. Nie był marzycielem, który dąży do sławy, lecz realistą, któremu przyświeca ideał utylitarny pracy dla społeczeństwa. Kochał ludzi bardziej niż nienawidził wrogów. Był realistą. […] Przytoczę dwie wypowiedzi Zacheusza Nowowiejskie
go, które moim zdaniem ilustrują pewne rysy jego charakteru. W rozmowie spytałam go: „dlaczego Pan nie oddali się stąd, nie zmieni swojego zamieszkania? Odpowiedział: a koledzy, co z nimi? Innym razem mówiliśmy o błędach, które popełniały ówczesne władze. Spytałam: gdyby Panu powierzono tekę ministra oświaty, co by Pan zmienił? Ku mojemu zdziwieniu odpowiedział: nie przyjąłbym, rządzić jest bardzo trudno”.
Przytoczone poglądy określały jego działania. Jego marzenia o spokojnej pracy były przerywane przez funkcjonariuszy UB. Z tych względów przestał pracować w Sławce Małej w powiecie nidzickim, gdzie przez pewien czas był kierownikiem gorzelni, potem krótko pracował jako nauczyciel w pobliżu Grudziądza, ale tam również został „namierzony” przez UB. Wrócił wtedy w strony ojczyste i pędził życie „kryjaka”. Często bywał w domu aby pomagać rodzicom. Wtedy, kiedy zjawiał się w domu, pilnowała go cała wieś, aby znienacka nie porwali go funkcjonariusze UB. Zacheusz Nowowiejski był szanowany i lubiany w swoim środowisku. Uważano go za bohatera.
W powiecie mławskim tylko nieliczni skorzystali z amnestii. Wśród nich nie było Zacheusza Nowowiejskiego. „Jeż” na krótki czas musiał zniknąć, na lewych papierach zaszył się w okolicach Nidzicy. W związku z zaistniałą sytuacją 2 IX 1945 roku Samoobrona Społeczna została włączona do powstałej organizacji Wolność i Niezawisłość [WiN]. 1 listopada 1945 roku został aresztowany w Przasnyszu Ryszard Żbikowski „Kalina”, „Klon”, komendant Ośrodka Samoobrony nr 3. Otrzymawszy wiadomość o aresztowaniu przyjaciela, „Jeż” powrócił w teren i przejął po nim dowództwo Ośrodka. Wrócił, by znowu dawać się we znaki „resorciakom”, jak miejscowa ludność nazywała funkcjonariuszy resortu bezpieczeństwa.
Informacja o jego powrocie dotarła do Powiatowego Urzędu BP w Przasnyszu, gdzie zapadła decyzja schwytania „Jeża” w jego mateczniku, tj. we wsi Zembrzus. Zanim wyruszyła do wsi ekspedycja funkcjonariuszy UB, „Jeż” otrzymał wiadomość o jej wyjeździe. Następstwem tej informacji było zorganizowanie przez niego zasadzki w okolicy leśniczówki Jarzynny Kierz. Kiedy samochód z ekspedycją karną znalazł się w polu rażenia broni maszynowej, partyzanci „Jeża” otworzyli ogień do kół samochodu, którym jechali funkcjonariusze. Przedziurawione opony uniemożliwiły im kontynuowanie misji. Wyszli wtedy z samochodu zaskoczeni, z rękami w geście poddania. Następnie na wezwanie „Jeża” złożyli broń. „Jeż” w takich wypadkach wygłaszał krótkie przemówienia. Uczynił tak i tym razem. Oświadczył, że nie chce bratobójczych walk, skonfiskował broń i puścił wolno UB-owców, chociaż niektórzy jego żołnierze byli temu przeciwni.

Żołnierze por. Zacheusza Nowowiejskiego „Jeża”. Od lewej stoją: Stanisław Borzuchowski „Niedźwiedź”, Tadeusz Piotrowski „Zbyszek”, Mieczysław Szczepkowski „Beton”, Zacheusz Nowowiejski „Jeż”, klęczy Mirosław Krajewski „Wiesiek”.
W grudniu 1945 roku na rozkaz „Jeża” pododdział dowodzony przez Edmunda Morawskiego ps. „Lipa” uwolnił z aresztu milicyjnego w Chorzelach 14 aresztowanych, bez strat własnych. Wiosną 1946 roku „Jeż” ponownie zorganizował zasadzkę na grupę operacyjną PUBP i MO z Przasnysza. Zasadzkę poprzedził telefon informujący, że posterunek MO w Chorzelach jest oblegany przez bandytów z podziemia. Podstęp się udał, gdyż grupa operacyjna wyjechała z odsieczą w kierunku Chorzel. Kiedy samochody funkcjonariuszy znalazły się w lesie rembielińskim na wysokości stanowisk partyzantów, otrzymały jak w czasie zasadzki w Jarzynnym Krzu, silny ogień po oponach, który unieruchomił samochody karnej ekspedycji. Funkcjonariusze na rozkaz „Jeża” oddali broń. Następnie wprowadzono ich do lasu i rozebrano do bielizny i tak „pohańbionych” uwolniono, z tym, że jeńcy musieli wysłuchać przemówienia dowódcy oddziału partyzanckiego, który mówił im, że służą Rosji Sowieckiej, a nie wolnej Polsce.
W kwietniu 1946 roku „Jeż” ponownie w pobliżu leśniczówki Jarzynny Kierz dokonał kolejnej zasadzki i uwolnił z rąk funkcjonariuszy UB kilku aresztowanych z okolic Janowa, którzy byli transportowani do Przasnysza.
W maju 1946 roku zlecił Henrykowi Humięckiemu ps. „Ordynans”, żołnierzowi swojego oddziału, mieszkającemu w Krzynowłodze Małej, odbicie z więzienia Edmunda Morawskiego ps. „Lipa”, „Jarzębina” (dowódcy akcji na areszt MO w Chorzelach), który przebywał w więzieniu UB w Przasnyszu i był torturowany. W związku z tym, że poparzono mu i pokaleczono nogi, przywieziono go do miejscowego szpitala. „Jeż” uznał, że jest to właściwy moment do odbicia „Jarzębiny”, pomimo, że był on pod strażą dwóch funkcjonariuszy UB. Organizując akcję, nawiązał kontakt z siostrą szarytką, która pracowała w miejscowym szpitalu. Do zadań jej należało pozostawienie otwartego okna w łazience i doprowadzenie tam Morawskiego.
W akcji tej, która zakończyła się sukcesem, oprócz dowódcy – por. „Jeża”, poza Henrykiem Humięckim brali udział: Józef Olkowski „Puk”, Henryk Krajewski „Szary” oraz Wacław Masalski „Śmiały”, byli żołnierze AK. Późniejsze losy Krajewskiego i Masalskiego są kolejnym przykładem, jak ówczesne władze szanowały swoje przyrzeczenia dotyczące amnestii. Zarówno Masalski, jak i Krajewski po ujawnieniu się zostali aresztowani, torturowani oraz otrzymali długoletnie kary więzienia.
ZABIĆ „JEŻA” – część 5
„Po odbiciu ze szpitala Edmund Morawski został przywieziony do mnie do Duczymina (w maju 1946 roku). Byłem w tym czasie sekretarzem Zarządu Gminnego w Duczyminie. Rany na jego stopach były nie zagojone, a kości wystawały z ran. Stan jego nóg (stóp) wymagał natychmiastowej pomocy. Przywiozłem wtedy do rzekomo chorej żony lekarza Wacława Bendowskiego z Chorzel. Gdy zobaczył kogo ma leczyć, zdenerwował się, ale o nic nie pytał. Receptę napisał na moje nazwisko. Leki te zmniejszyły ból i nastąpiło gojenie ran. Morawski ukrywał się w naszym mieszkaniu około dwóch tygodni, potem ze względu na nasze bezpieczeństwo, wywiozłem go do rodziców do wsi Brzuzy Płockie. Opowiadał mi, że przez cały czas aresztowania przetrzymywany był w małej komórce. Był tak wyczerpany przesłuchaniami i biciem, że znajdował się w stanie krytycznym pod względem fizycznym i psychicznym. Pewnego dnia usłyszał pod drzwiami komórki słowa szefa UB Tramsa, że od Morawskiego już się nic nie dowiemy i że czas skończyć z tą padliną. Po kilkunastu minutach przyszedł funkcjonariusz UB celem zabrania go z komórki. Powiedział mi, że zdawał sobie sprawę, że czeka go śmierć i zażądał widzenia z szefem UB. Uważał, że jedyną szansą uratowania życia jest deklaracja powiedzenia wszystkiego, co wie o członkach organizacji i miejscu przechowywania broni. Obecny stan zdrowia, żeby mógł to wszystko powiedzieć, wymagał leczenia. Miał nadzieję, że jeżeli jego propozycja zostanie spełniona i zostanie przewieziony do szpitala, to Zacheusz Nowowiejski zorganizuje jego odbicie, podobnie jak wielokrotnie organizował odbicie innych członków organizacji. Szef UB Trams przyjął jego propozycję i pod strażą funkcjonariuszy UB, został umieszczony w miejscowym szpitalu. Zacheusz Nowowiejski nie zawiódł go i został odbity.
Po zabójstwie Zacheusza Nowowiejskiego i po uchwaleniu amnestii, w dniu 18 kwietnia 1947 roku kilkunastu członków naszej organizacji w tym ja i Edmund Morawski zgłosiło się do UB w Przasnyszu celem ujawnienia się. Przesłuchania do protokołu trwały do rana 19 kwietnia 1947 roku (najdłużej E. Morawskiego). Po zakończeniu przesłuchań, szef UB Trams zorganizował posiłek w restauracji. W czasie posiłku Trams powiedział do E. Morawskiego, że udało mu się wykiwać UB. Dodał, że gdyby tego nie zrobił, to dziś na pewno nie byłoby go wśród nas.
Na koniec nadmieniam, że Zacheusz Nowowiejski w drugiej połowie listopada 1946 roku (daty dokładnie nie pamiętam) nocował w naszym mieszkaniu w Duczyminie. Było to moje ostatnie z nim spotkanie. (W niedługim czasie został zabity). W rozmowie ze mną powiedział, że wraca z narady zorganizowanej w powiecie ostrołęckim, na której zostały przekazane dyspozycje ujawnienia się po uchwaleniu amnestii. Uznano prowadzenie dalszej walki za bezcelowe.”

Por. Zacheusz Nowowiejski „Jeż”.
Oddział „Jeża” jeszcze wielokrotnie ratował z opałów ludzi aresztowanych, przewożonych w pobliżu Janowa. UB nie wyprawiał się w okolice Janowa i Zembrzusa mniejszym oddziałem niż pluton. Jak ognia bali się okolic Jarzynnego Krzaka, gdzie ni stąd, ni zowąd pojawiali się partyzanci „Jeża”.
„JUŻ ZACHEUSZ NIKOGO NIE UWOLNI…”
Na „Jeża” organizowano obławy, szczególnie w jego rodzinnej wsi i w domu rodziców. Funkcjonariusze UB byli bezwzględni. Matka „Jeża” musiała znieść wiele udręk fizycznych i psychicznych od pracowników bezpieki, ordynarnych, popisujących się swoją władzą i plugawym słownictwem. Niemal po każdej takiej wizycie, młodszy brat „Jeża” był aresztowany i bez wyroku przetrzymywany w areszcie UB w Przasnyszu. Bezustanne tropienie „Jeża” musiało w końcu przynieść pożądany dla ubeków rezultat. Dużą rolę odegrali zwerbowani przez UB konfidenci. Do aresztowań członków AK przyczyniali się tacy kapusie, jak np. Antoni Szypulski, Stanisław Zebrowski „Zając”.
6 grudnia 1946 r. oddział funkcjonariuszy UB z Przasnysza na czele z por. Madziarem, silnie wzmocniony przez doborową jednostkę – pluton żołnierzy z 3. Pułku Ułanów Warszawskich pod dowództwem kpt. (rtm.) Mieczysława Radaja – dokonał obławy na rodzinną wieś „Jeża” – Zembrzus. Przeciwko jednemu partyzantowi skierowano kilkadziesiąt uzbrojonych po zęby osób. Dowódcą pułku był gen. Siergiejew, sowiecki oficer, który w drugiej połowie 1944 r., jeszcze w stopniu kapitana, prowadził rozmowy z „Jeżem”. Zacheusz nie poddał się. Próbował ucieczki w kierunku bagien. Zawsze mówił, że nie da się wziąć żywy. Kapitan Radaj oparł karabin o płot i strzelał do uciekającego partyzanta. Ranny „Jeż”, będąc bez szans na przebicie się przez obławę, przyłożył pistolet do głowy i ostatni strzał przeznaczył dla siebie.

Wycinek mapy terenu [WIG 1931], gdzie 6 grudnia 1946 r. zginął por. Wiktor Zacheusz Nowowiejski „Jeż”. Na czerwono oznaczono rejon wsi Zembrzus – Mokry Grunt, gdzie rozegrała się ta tragedia. [kliknij w miniaturę mapy]
Brat Zacheusza Nowowiejskiego – Izydor, w następujący sposób opisał okoliczności jego śmierci:
„„Jeż” został napadnięty i zamordowany 6 grudnia 1946 roku w swoim rodzinnym domu. W dniu tym z ojcem w stodole czyścił żyto. Około godz. 12.00 na podwórku pojawiło się ośmiu ułanów w mundurach LWP. W dniu tym była obfita mgła. „Jeż” próbował opuścić stodołę, został jednak zauważony przez jednego z prześladowców, który za nim popędził, prawdopodobnie dogonił i zamordował. Widoczne były ślady na twarzy denata. W tym czasie wieś była otoczona przez 34 kawalerzystów, wyposażonych w broń maszynową i tabory. Ciało tragicznie zmarłego zostało w najgłębszej tajemnicy przed ludnością zembrzuską wywiezione. Pokazano je dopiero pracownikom gminy Dzierzgowo, wśród których był kolega szkolny „Jeża”.”
Ciało „Jeża” ubecy przewieźli do UBP w Przasnyszu. Następnego dnia aresztowano rodziców zmarłego i jego sąsiadów. Przetrzymywani byli w areszcie przez kilka dni, a następnie przedstawiono im zwłoki zmarłego, celem stwierdzenia tożsamości. Jego zwłok nie zwrócono. Nie ma on własnego grobu. Na złożoną prośbę do prezydenta Bieruta w sprawie oddania zwłok „Jeża”, odpowiedź brzmiała: „Ze względu na możliwości manifestacji pogrzebowych i konieczność zachowania spokoju, nie jest wskazane oddanie zwłok”.

Wykonana przez funkcjonariuszy UB z Przasnysza fotografia por. Wiktora Zacheusza Nowowiejskiego „Jeża”, poległego w walce 6 XII 1946 r. w miejscowości Zembrzus – Mokry Grunt.
Ryszard Żbikowski „Skiba” tak zapamiętał ostatnie spotkanie z por. Zacheuszem Nowowiejskim:
„Było to w grudniu 1946 r. Siedziałem wtedy w areszcie śledczym w Urzędzie Bezpieczeństwa przy ul. Joselewicza [w Przasnyszu]. W porze obiadowej wywołali mnie z celi i doprowadzili do gar
ażu znajdującego się po drugiej stronie ulicy. Garaż ten, przyległy do kamienicy Maćkowskich i stanowiący ich własność, zajmowali ubecy. Kiedy otworzyli szerokie drzwi, ujrzałem w głębi na betonowej posadzce zwłoki człowieka z widocznym postrzałem twarzy. Zdrętwiałem na moment rozpoznawszy w nim Zacheusza. Zapytano mnie, czy go znam, a ściślej, czy znam tego bandytę? Odpowiedziałem, że nie znam. Tak się wtedy odpowiadało, ale po spodniach, pasku, kształcie całej postaci, a nawet twarzy – choć zniekształconej postrzałem – rozpoznałem Zacheusza Nowowiejskiego od pierwszego momentu, od pierwszego objęcia wzrokiem postaci leżącej martwo na podłodze. Po niedługiej chwili odprowadzili mnie do celi, gdzie po jakimś czasie doszedłem do siebie i uświadomiłem równocześnie, że to już koniec, że Zacheusz już nas nie uwolni, a tą nadzieją żyliśmy. On jeden mógł tego dokonać.”
Rodzicom odmówiono chrześcijańskiego pochówku syna, wydania zwłok. Nie pomogły pisma do prezydenta Bieruta. Zdjęcia pośmiertne Zacheusza rodzina Nowowiejskich uzyskała nielegalnie od fotografa z Przasnysza współpracującego z AK. W domu Nowowiejskich trwały bezustanne rewizje przeprowadzane przez aparat bezpieki. Brat Zacheusza Henryk, często trafiał na wiele tygodni do aresztu. W maju 1948 r. w poszukiwaniu broni rozebrano do fundamentów budynki gospodarcze. W PRL rodzina Nowowiejskich traktowana była przez komunistów jako rodzina bandycka. Do 1957 r. pozbawiona była np. prawa do głosowania i innych praw obywatelskich.
Śmierć „Jeża” stała się przyczyną powstania dwóch legend: białej i czarnej. Pierwszą z nich stworzył on sam swoim pięknym życiem nauczyciela, żołnierza Września oraz konspiracji antyniemieckiej i antykomunistycznej, człowieka szlachetnego, który nie zawodził swoich przyjaciół. Legenda ta przetrwała wśród miejscowego społeczeństwa lata oficjalnej niepamięci, bądź też jej zohydzania przez propagandę komunistyczną.
Czarną legendę o nim stworzyli piszący na zamówienie ówczesnych władz, jak też niektórzy nauczyciele wykładający historię. Ta zafałszowana historia była niestety wtłaczana do świadomości uczniów szkół średnich oraz studentów. Przygnębiającym przykładem takiej indoktrynacji są wypracowania na ten temat „zadawane” uczniom Liceum Ogólnokształcącego w Przasnyszu, stolicy Ziemi, gdzie nasz Bohater pozostawił niekwestionowany dorobek w zakresie patriotycznej służby narodowej.
Na zakończenie opisu losów „Jeża”, warto – pomni przesłania Z. Herberta o potrzebie ścisłości – przypomnieć nazwiska niektórych żołnierzy i współpracowników jego oddziału, z których wielu zapłaciło bardzo wysoką cenę za swój patriotyzm, poświęcenie i oddanie sprawie niepodległości Ojczyzny. Byli to m.in.: Henryk Humiecki „Ordynans”, Józef Olkowski „Puk”, Henryk Krajewski „Szary”, Wacław Masalski „Śmiały”, Edmund Morawski „Lord”, Mirosław Krajewski „Wiesiek”, Zygmunt Tański „Bursztyn”, Tadeusz Moszczyński „Feliks”, Jan Woźniak „Dąb”, Wincenty Łazicki „Brzózka”, Jan Sobierajski „Hrabia”.
Do żołnierzy ROAK, którymi dysponował w razie potrzeby Zacheusz Nowowiejski, należeli: Czesław Stefański, Dominik Szempliński „Hipek”, Stefan Kosiński „Kruk”, Kazimierz Bartnikowski, Wincenty i Henryk Popielarscy, Witold Ciesielski, wszyscy z Dzierzgowa, Mirosław Tański z Kwiatkowa, Alfred Morawski ze wsi Czarzaste Błotki oraz Stanisław Konstanty, Andrzej i Ignacy Sztrajbowie z Szumska.
Spośród wymienionych dowódcami patroli byli: Edmund Morawski oraz Zygmunt Tański. Latem 1946 roku zostali aresztowani i skazani na długoletnie więzienie: Jan Woźniak, Zygmunt Tański i Wincenty Łazicki.
Zaopatrzeniowcem, skarbnikiem i gospodarzem oddziału „Jeża” był Zdzisław Sobierajski „Czesław”.
Oddział por. Zacheusza Nowowiejskiego „Jeża” korzystał z kwater u Walentego Pszczółkowskiego w Krajewku, Haliny i Zofii Kołakowskich także w Krajewku, Stanisława Krajewskiego w Trzaskach, Stanisława Kownackiego w Połciach, Jana Moszczyńskiego i Zenona Borowych, Stanisława Czarneckiego w Skrodach, Jana Bukowskiego w Giewartach, Henryka Gostkowskiego w Zakrzewie, Henryka i Stanisława Olszewskich w Chmielewku i Majewskich w Waśniewie – Grabowo.
Cześć Ich Pamięci !!!
Powyższy tekst powstał w oparciu o artykuł Dariusza Jarosińskiego pt. Zabić „Jeża”, który ukazał się pierwotnie w „Niezależnej Gazecie Polskiej” Nr 10 (32)/2008 oraz na podstawie książki Ryszarda Juszkiewicza, Ziemia Mławska w latach 1945-1953. Walka o wolność i suwerenność, Mława 2002. Drobne uzupełnienia pochodzą z artykułu Aleksandry Piaseckiej, zamieszczonego na stronie Gminy Janowo. Artykuły D. Jarosińskiego i A. Piaseckiej powstały na podstawie publikacji ks. Michała Grzybowskiego, Ta Ziemia o Nim Pamięta. Zacheusz Nowowiejski »Jeż« 1915-1946, Płock 1993.
Przy powstaniu tekstu wykorzystano również:
Atlas polskiego podziemia niepodległościowego 1944–1956, red. Rafał Wnuk, Sławomir Poleszak, Agnieszka Jaczyńska, Magdalena Śladecka, Warszawa – Lublin 2007,
Świercz Stanisław, Ostatnim partyzantom Ziemi Mławskiej, Mława 2006,
Żołnierze Wyklęci. Antykomunistyczne podziemie zbrojne po 1944 roku, Warszawa 2002.
UPAMIĘTNIENIE MJR. "ZAGOŃCZYKA"

Mjr Franciszek Jaskulski ps. "Zagończyk" (1919-1947)
30 marca 2009 r. (poniedziałek) o godz. 12.00 rozpoczną się uroczystości poświęcone pamięci mjr. Franciszka Jerzego Jaskulskiego „Zagończyka”, oficera rezerwy kawalerii Wojska Polskiego, dowódcy partyzanckiego Armii Krajowej i Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, zamordowanego przez Urząd Bezpieczeństwa 19 lutego 1947 r.
O godz. 12.00 nastąpi odsłonięcie tablicy pamiątkowej, a następnie w sali kina „Przedwiośnie” w Krotoszynie odbędzie się uroczysta akademia. W trakcie akademii prelekcje wygłoszą pracownicy IPN:
- Dr Agnieszka Łuczak (Oddział IPN w Poznaniu) – Podziemie niepodległościowe w Wielkopolsce w latach 1945–1956,
- Dr Ryszard Śmietanka – Kruszelnicki (Delegatura IPN w Kielcach) – autor książki o „Zagończyku” opowie o okolicznościach śmierci mjr. Jaskulskiego.
Organizatorami uroczystości są Burmistrz Krotoszyna oraz dyrektor Zespołu Szkół nr 3 w Krotoszynie.

Mjr "Zagończyk". Zdjęcie z 1946 r.
Franciszek Jerzy Jaskulski, ps. "Zagon", "Zagończyk" (ur. 16 września 1913 w Rauxel – Castrop w Niemczech, zm. 19 lutego 1947 w Kielcach) – oficer AK, działacz Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość.
Był synem Ignacego i Marii z Kozaków, polskich emigrantów osiadłych w Westfalii. W 1926 roku powrócił do Polski i zamieszkał z rodzicami w Wielkopolsce. W latach 1928-1933 uczęszczał do Seminarium Nauczycielskiego w Krotoszynie. po jego ukończeniu podjął pracę zarobkową w Urzędzie Gminnym w Zdunach. W 1935 został przeniesiony do gminy Kobylin. Przez 3 semestry studiował prawo. W 1937 ukończył Szkołę Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu. Był działaczem harcerskim, w 1939 uzyskał stopień harcmistrza.
W 1939 zgłosił się ochotniczo do Wojska Polskiego i otrzymał przydział do 68 Pułku Piechoty. Brał udział w obronie Warszawy. W październiku zbiegł z niemieckiej niewoli i powrócił do domu w Zdunach, gdzie w latach 1940-1942 pracował na kolei w tzw. Bauzugach. Jednocześnie samorzutnie zorganizował młodzieżową grupę konspiracyjną i wydawał pismo konspiracyjne "Zagończyk". W 1941 podporządkował się Związkowi Walki Zbrojnej; był m.in. komendantem Podobwodu w obwodzie Krotoszyn.
W styczniu 1943, po dekonspiracji znacznej części struktur niepodległościowych na jego rodzinnym terenie, zbiegł na Lubelszczyznę. Od września 1943 był dowódcą Oddziału Dyspozycyjnego AK w Obwodzie Garwolin, następnie został dowódcą oddziału lotnego w Inspektoracie Rejonowym Puławy. W lutym 1944 objął dowództwo nad oddziałem partyzanckim działającym pod kryptonimem "Pilot", który wszedł w skład 15 Pułku Piechoty AK; został awansowany do stopnia porucznika.
Brał udział w akcji "Burza", m.in. uczestniczył w zdobyciu Puław. 21 lipca 1944 oddział przez niego dowodzony stoczył zwycięską walkę z niemiecką 150-osobową ekspedycją karną, która miała spalić Końskowolę. 30 lipca jego oddział został rozbrojony przez NKWD w Borysowie. Mimo to po wybuchu powstania w Warszawie grupa Jaskulskiego wraz z oddziałem mjr. Mariana Bernaciaka "Orlika" wyruszyła powstańcom na pomoc. Pod Garwolinem na skutek trudnej sytuacji oddziały zostały jednak rozwiązane.
Jaskulski, pozostając w konspiracji, równolegle podjął pracę jako sekretarz gminy w Górkach (powiat puławski). Aresztowany 3 listopada 1944 przez UB, wyrokiem z 8 stycznia 1945 został skazany "za udział w nielegalnej organizacji" na karę śmierci, utratę praw publicznych i przepadek mienia; wyrok ten został zmniejszony do 10 lat więzienia. Karę Jaskulski odbywał w więzieniu we Wronkach, skąd 4 września 1945 dokonał niezwykle brawurowej ucieczki w przebraniu strażnika. Powrócił na teren Puław, znany mu z poprzednio prowadzonej pracy konspiracyjnej.
Od grudnia 1945 do lutego 1946 był szefem referatu bezpieczeństwa Zrzeszenia WiN w Obwodach Kozienice i Puławy. Od lutego do maja 1946 – komendanta Inspektoratu WiN Kozienice, a od maja do lipca 1946 – komendanta Inspektoratu WiN, obejmującego Obwody: Radom, Kozienice, Starachowice, Kielce i Końskie, pod kryptonimem "Związek Zbrojnej Konspiracji" (ZZK); na tym terenie przyczynił się do zorganizowania licznych oddziałów partyzantki antykomunistycznej, które m.in. opanowały Szydłowiec i Skaryszew, likwidowały konfidentów UB i NKWD, ponadto stoczyły wiele walk z grupami operacyjnymi NKWD, UB i KBW (m.in. w czerwcu 1946 pod wsią Błotne Górne).
26 lipca 1946 został aresztowany przez UB na skutek zdrady bliskiego współpracownika. Wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Kielcach z 17 stycznia 1947 został skazany na karę śmierci. Najwyższy Sąd wojskowy oddalił skargę rekwizycyjną postanowieniem z 6 lutego 1947. Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Wyrok został wykonany w więzieniu w Kielcach tuż przed wejściem w życie amnestii, która pozwalała na zmianę kar śmierci na karę dożywotniego więzienia lub 15 lat więzienia.
Za działalność konspiracyjną Jaskulski był odznaczony Krzyżem Kawalerskim Virtuti Militari i Krzyżem Walecznych. Żonaty, pozostawił troje dzieci.
Czytaj więcej na temat mjr. "Zagończyka":
OFICJALNA STRONA FUNDACJI ”PAMIĘTAMY”
Podstawowym celem postawionym sobie przez Fundację „Pamiętamy” jest przywrócenie pamięci społecznej o ludziach, którzy w drugiej połowie lat 40-tych i na początku 50-tych ubiegłego stulecia podjęli walkę zbrojną z komunistami. Którzy poświęcili na ołtarzu wolności swoje plany życiowe, ciepło domowych ognisk, ambicje zawodowe, wreszcie życie, czyli wszystko to co w wymiarze doczesnym, w perspektywie – tu i teraz – jest człowiekowi najdroższe. Którzy odrzucili możliwość egzystencji pod jarzmem komunizmu – największego i najgroźniejszego zarazem w całych dotychczasowych dziejach ludzkości zinstytucjonalizowanego wroga wolności w każdym jej wymiarze. Którzy w czasach krwawego i pełnego triumfu tego systemu, kiedy za czynne wystąpienie w obronie wartości wysokich, jak wolność i niepodległość, płaciło się życiem, dali z siebie wszystko. Którzy byli awangardą w walce z niewolą komunistyczną na ziemiach polskich. Których ogromnej większości grobów do tej pory nie udało się odnaleźć. I zapewne nigdy się już nie uda. Których pamięć przez cały okres opresji komunistycznej w Polsce metodycznie plugawiła komunistyczna propaganda. Dla których nic nie możemy zrobić.
Możemy tylko o nich – ŻOŁNIERZACH WYKLĘTYCH – pamiętać, a w ramach tej pamięci przypominać o ich walce i ofierze oraz bronić ich wyboru, teraz głównie przed szalbiercami, którzy powojenną historię Polski, do momentu upadku komunizmu, widzą jako sumę działań wolnościowych tych, którzy byli członkami partii komunistycznej a następnie z niej odeszli bądź zostali usunięci i tych, którzy członkami partii komunistycznej pozostali do samego jej końca.
Po drugie, naszymi staraniami pragniemy dać namiastkę zadośćuczynienia moralnego rodzinom żołnierzy antykomunistycznego podziemia. Niech wiedzą one, że wspólnota, dla której poświęcili życie ich bliscy, a której na imię naród, nie zapomniała daniny cierpienia i krwi złożonej przez ich ojców, braci czy dziadków. Zasługują przecież na to, aby w godnych miejscach – przy pomnikach wzniesionych ze sprawiedliwości, stojących w centrach miast, miejscowości czy wsi, w których żyli, walczyli i ginęli ich bliscy, mogli pomodlić się czy wspomnieć drogą sercu osobę. Takich miejsc staraniem Fundacji "Pamiętamy" powstało już kilkanaście. Prezentujemy je na stronie Pomniki. Uznajemy, że pamięć wymaga formy trwałej – stąd pomysł na tego rodzaju działalność Fundacji.
Wzmacniają ją wydawane przez Fundację przy okazji uroczystości odsłonięcia kolejnych pomników i bezpłatnie rozdawane pośród uczestników tych uroczystości książeczki poświęcone wydarzeniom i postaciom, które dany pomnik upamiętnia. Napisali je dla nas historycy badający dzieje niepodległościowego podziemia antykomunistycznego, uczestniczący w pracach Fundacji. Treść tych książeczek znajdziecie Państwo na stronie Nasze publikacje.
Mamy też nadzieję, że prowadząc naszą działalność w ramach Fundacji „Pamiętamy”, realizujemy trzeci założony cel – edukacyjny. Chcemy bowiem, aby nasze pomniki przemawiały do wyobraźni ludzkiej, żeby zmuszały do postawienia pytań o stosunek do komunizmu, o stosunek do poległych w walce o wolność, o rozumienie istoty wspólnoty narodowej. Także o stosunek do tych, którzy służąc partii komunistycznej, wspólnotę tę zdradzili, bo wierzyli w walkę klas…, bo nie wiedzieli…, bo Jałta itd., itd. Niech uczą one jaka jest cena za wolność i niech będą przestrogą przed wszystkimi, którzy, niezależnie od głoszonej motywacji, wartości tej zagrażają. Wolność, rozumiana jako prawo każdego do suwerennego określania własnych celów i realizowania ich przy pomocy wszelkich nie zabronionych przez przepisy, szanujące podmiotowość jednostki i traktujące wszystkich równo, środków – innymi słowy sytuacja, w której przymus jednych wobec innych, realizowany wyłącznie przez państwo i tylko w ramach prawa, jest ograniczony tak dalece, jak jest to możliwe w społeczeństwie – to fundament rozwoju, tak jednostek jak i społeczeństw. I dlatego ci, którzy w obronie tej wartości, walcząc z ludźmi systemu komunistycznego, który zanegował cały pozytywny dorobek cywilizacji zachodnioeuropejskiej, który był antytezą wolności, złożyli ofiarę z życia powinni cieszyć się naszą dobrą pamięcią.
Michał Bichniewicz
Grzegorz Wąsowski
Ekspertem Fundacji i jednocześnie osobą odpowiedzialną za działania Fundacji w aspekcie historycznym i edukacyjnym jest:
Osoby uznające dzieło Fundacji za na tyle wartościowe, żeby wesprzeć je finansowo uprzejmie prosimy o wspomożenie działań Fundacji wpłatami na konto w ING Bank Śląski O/W-wa nr:
darowizna na cele statutowe Fundacji
Zapewniamy, że każdy grosz, który zasili konto Fundacji zostanie spożytkowany na projekty służące upamiętnianiu walki i ofiary ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH. Będziemy wdzięczni za każdą wpłatę, za okazane nam w ten sposób zaufanie. Prosimy przyjąć nasze zapewnienie, że żaden z datków nie zostanie prze
znaczony na pensje dla zarządu Fundacji czy wynagrodzenia dla osób wspomagających Fundację. Praca na rzecz Fundacji ma bowiem charakter społeczny, powodowana jest wewnętrzną potrzebą osób tworzących środowisko skupione przy Fundacji. Tak było od początku jej istnienia.
I tak zostanie. Zresztą niech świadczy za nas nasz dorobek, którego wizualizację prezentujemy na stronie.
Potencjalnym darczyńcom jesteśmy winni wyjaśnienie – Fundacja nie posiada statusu organizacji pożytku publicznego, co oznacza, że nie można przekazać na konto Fundacji kwoty 1% podatku dochodowego, ze skutkiem zwalniającym od obowiązku wpłaty jakiejkolwiek części tego podatku na rzecz fiskusa.
[email protected]
Baner o rozmiarach 156×49 pikseli
Jeśli chcesz umieścić ten baner na swojej stronie, zaznacz tekst znajdujący się poniżej, skopiuj i wklej go do kodu HTML swojej strony:
Baner o rozmiarach 520×79 pikseli

Jeśli chcesz umieścić ten baner na swojej stronie, zaznacz tekst znajdujący się poniżej, skopiuj i wklej go do kodu HTML swojej strony:
Handel na szczątkach pomordowanych? – część 1
Poniższy wpis publikuję na prośbę autora tego tekstu – Bartłomieja Rychlewskiego.
PUBP Augustów – "Dom Turka"
W Augustowie, przy ul. 3-go maja 16 stoi kamienica – ani specjalnie ładna, ani brzydka, ale niezwykła. Zbudowana została w stylu nazwanym powszechnie rusko – imperialnym, prawdopodobnie około 1900 roku według projektu ówczesnego architekta powiatowego Włodzimierza Ślósarskiego. Należała do bogatej żydowskiej rodziny Rechtmanów. Lokatorem tej kamienicy był Judel Rotsztejn1, który prowadził w niej swój zakład fotograficzny. Innym lokatorem od 1928 był Bośniak Kiamil Takosz, który prowadził tu cukiernię. Od niego właśnie (Bośniacy, jako mahometanie nazywani byli przez ludność Turkami) wzięła się popularna nazwa kamienicy.
"Dom Turka" – siedziba Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Augustowie w latach 1945-1956.
Na mocy paktu Ribbentrop – Mołotow Augustów przypadł Sowietom. W domu Turka, po wyrzuceniu lokatorów i dokonaniu remontu adaptacyjnego w styczniu 1940 zainstalowała się placówka Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych (NKWD). Piwnice przeznaczono na areszt zaś na górze urządzono biura Ludowego Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego (NKGB). Już wtedy budynek zaczął cieszyć się złą sławą – tu umieszczano i przesłuchiwano (katowano) wszystkich podejrzanych o zły stosunek do władzy sowieckiej (miedzy innymi 40 kilkunastoletnich uczniów augustowskiego gimnazjum), stąd kierowano deportacjami, które do czerwca 1941 objęły ponad 2000 Polaków z terenu powiatu augustowskiego (w tym ok. 400 mieszkańców miasta, między nimi właścicieli kamienicy Rechtmanów), a powiedzenie "Iść na lody do Turka" stało się ponurym żartem. 22 czerwca 1941 tylko dzięki pośpiechowi z jakim opuszczali miasto Sowieci oraz dzięki postawie sprzątaczki Anny Jurczyk, która ukryła klucze do budynku ocalało 40 więźniów aresztu – tego szczęścia nie miało 29 osób przetrzymywanych przez Sowietów w barakach Zarządu Wodnego, zostali zastrzeleni przez strażników.
Po okupacji niemieckiej, podczas której w kamienicy funkcjonowała piekarnia, w październiku 1944 do budynku powróciło NKWD, a w styczniu 1945 znalazł tu siedzibę Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, funkcjonujący od września 1944 kolejno w Krasnyborze, Sztabinie i Lipsku i pozostał tu aż do 1956. Potem lokatorami budynku były Milicja Obywatelska (do 1981) i Wojska Ochrony Pogranicza (do 1992). Po likwidacji koszar obiekt pozostał niezamieszkały.
Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa w Augustowie "cieszył się" wyjątkowo złą sławą, na którą zapracowali zarówno sowieccy funkcjonariusze (w tym, w początkowym okresie funkcjonowania Urzędu, dwaj doradcy kpt. Wiekszyn i mjr. Wasilenko), jak i Polacy, a wśród nich takie "gwiazdy" jak Kazimierz Felczak2, Mirosław Milewski3 czy Jan Szostak4. Piwnice i biura domu Turka stały się ponowie miejscem kaźni Polaków, a dla wielu z nich miejscem śmierci, podwórko posesji zaś, jak można przypuszczać ich grobem. 

W miejscu tym mogą spoczywać niżej wymienione osoby:
Chilmon Jan ps. "Szczygieł" – s. Piotra i Marii, ur. 30.10.1910 we wsi Strękowizna gm. Szczebro-Olszanka pow. Augustów i tam zamieszkały. Członek patrolu AKO pod dowództwem Mieczysława Babkowskiego ps. "Zygfryd". Zatrzymany przez funkcjonariuszy PUBP w Augustowie w sierpniu 1945 popełnił samobójstwo wieszając się w celi aresztu w Augustowie (jest wysoce prawdopodobne, iż został zakatowany podczas śledztwa, a jego samobójstwo upozorowali ubecy).
Orłowski Apolinary ps. n/n – s. Antoniego i Bronisławy Zacharewicz, brat Stanisława Orłowskiego ps. "Cygan", "Piorun". We wrześniu 1945 został zatrzymany w Augustowie przez funkcjonariuszy PUBP i po kilkunastu dniach jak twierdzą świadkowie zakatowany na śmierć – ciała nigdy nie odnaleziono (być może spoczywa na podwórku w dawnej siedzibie PUBP w Augustowie).
Wysocki Antoni ps. "Obłok" – s. Franciszka i Stanisławy, ur. 25.06.1910 we wsi (folwarku) Planta gm. Raczki (Dowspuda) pow. Augustów i tam zamieszkały. Zatrzymany przez PUBP w Augustowie 05.09.1945 r. Zmarł, prawdopodobnie zakatowany przez śledczych, w nocy z 6 na 7.09.1945 w celi aresztu w Augustowie (jako oficjalną przyczynę śmierci podano atak serca).
To tylko cztery osoby, ale na pewno osób takich było dużo więcej, a o skali brutalności funkcjonariuszy PUBP Augustów świadczy fakt, iż do 2006 roku oddział IPN w Białymstoku prowadził ponad 30 śledztw dotyczących przestępstw przez nich popełnionych.5
1. Syn Szepszela i Rochli ur. p. ok. 1892. W Augustowie zamieszkał po 1920 i otworzył zakład fotograficzny. W 1925 fotografował obchody dziesięciolecia powstania 1 Pułku Ułanów Krechowieckich stacjonującego w Augustowie. Od tego momentu stał się "nadwornym" fotografem Starostwa Powiatowego w Augustowie, a także zajął się utrwalaniem piękna przyrody i krajobrazu pojezierza augustowskiego. We wrześniu 1930 jego fotografie były ozdobą stoiska województwa białostockiego na ogólnokrajowej wystawie tur
ystycznej w Warszawie. Do 1939 należał do najlepszych polskich fotografików krajobrazowych. Po wkroczeniu Niemców do Augustowa został przez nich zmuszony do zamiatania ulic. Zginął p. w augustowskim getcie "na Barakach". Dane na podstawie: "Propagator piękna Augustowszczyzny" – Wojciech Batura w Biografie Suwalskie t. V – Wydawnictwo Jaćwież – Suwałki 2002 r.
2. Ppor. Kazimierz Felczak, s. Jana, ur. 6 lutego 1922 roku w Kościeszu, gm. Gołymin, pow. Pułtusk. Od 1944 roku partyzant AL, ps. "Kamienny". W styczniu 1945 roku wstąpił do MO w Ciechanowie. Funkcjonariusz UB od lutego 1945 roku, początkowo w PUBP Ciechanów, a następnie PUBP Bielsk Podlaski. W 1946 roku przeniesiony do PUBP Augustów, gdzie dał się poznać jako jeden z brutalniejszych śledczych. 23 stycznia 1949 roku na stacji kolejowej w Ełku, będąc w stanie upojenia alkoholowego, zatrzymał ujawnionego w kwietniu 1947 roku ppor. Piotra Limanowskiego, ps. "Ćma", "Łuk", "Rukść", dowódcę kompanii AK, AKO i WiN z powiatu augustowskiego. Po wyprowadzeniu go za miasto i zabraniu portfela oraz zegarka strzelił do niego pięciokrotnie, a następnie uciekł. Milanowski zdołał dotrzeć do szpitala, gdzie na skutek odniesionych ran zmarł następnego dnia. Przedtem został jednak przesłuchany. Po zatrzymaniu Felczak twierdził, że został zaatakowany przez trzech uzbrojonych mężczyzn, prawdopodobnie wspólników "bandyty" Milanowskiego, którego zastrzelił podczas próby ucieczki. Wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Białymstoku z 13 maja 1949 roku (Sr 240/49) Kazimierz Felczak został skazany na 5 lat więzienia. Na skutek zażalenia, wniesionego przez prokuratora na wniosek brata Józefa Milanowskiego, Najwyższy Sąd Wojskowy wyrok uchylił i przekazał sprawę do ponownego rozpatrzenia. Wyrokiem WSR w Białymstoku z 20 grudnia 1949 roku (Sr 481/49) Felczak skazany został na 10 lat więzienia i degradację do stopnia szeregowca. 31 lipca 1953 roku został warunkowo zwolniony. Dalszych danych brak.
IPN Bi 212/2767, Akta sprawy Kazimierza Felczaka; relacja Czesława Dzimitrowicza, w zbiorach autora.
3. Gen. dyw. Mirosław Milewski, s. Bolesława, ur. 1 maja 1928 roku w Lipsku, pow. Augustów, zm. 23 lutego 2008 roku w Warszawie. Od stycznia 1945 roku funkcjonariusz PUBP w Augustowie, WUBP w Białymstoku, WUBP w Warszawie, WUdsBP w Warszawie, Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (minister Spraw Wewnętrznych w latach 1980–1981), członek Biura Politycznego i KC PZPR. Powszechnie kojarzony z aferą "Żelazo" oraz z morderstwem księdza Jerzego Popiełuszki.
4. Por. Jan Szostak, s. Józefa, ur. 11 maja 1917 roku, zm. 8 listopada 1986 roku. W okresie "pierwszej okupacji" sowieckiej (1939–1941) współpracownik NKWD ps. "Wrona". Żołnierz AK ps. "Kruk". Po wkroczeniu Sowietów, jesienią 1944 roku, podjął ponownie współpracę z NKWD/NKGB, a następnie UB pod ps. "Subocki". W kwietniu 1945 roku przyjęty do służby w PUBP Augustów, pełnił funkcję wywiadowcy, a od czerwca 1945 roku kierownika sekcji II (kontrwywiad i rozpracowanie podziemia antykomunistycznego). Podczas "obławy lipcowej" był jednym z niewielu Polaków, wtajemniczonych w kulisy operacji dowodzonej i koordynowanej przez Sowietów. Pod koniec września 1945 roku przeniesiony do PUBP Ełk, a od listopada 1946 roku do Białegostoku, gdzie pełnił funkcję p.o. zastępcy szefa PUBP Białystok. Od września 1947 roku na etacie zastępcy szefa PUBP Augustów pełnił jego obowiązki. Zwolniony ze służby w listopadzie 1948 roku. W 1956 roku, po usunięciu z PZPR i pozbawieniu możliwości zasiadania w Miejskiej Radzie Narodowej w Augustowie, wyraził się: „Jak trzeba było wieszać ludzi, strzelać ich oraz topić w ustępach to nikogo nie było…”. Zajął się zawodowo rzeźbiarstwem. Zmarł w 1986 roku. Pochowany na cmentarzu w Augustowie. Jego grób był kilkakrotnie bezczeszczony (doszło ponoć nawet do wykopania trumny i wyniesienia jej za mur cmentarza).
Archiwum Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej w Białymstoku (dalej: AIPN Bi) 045/1116 Akta osobowe Jana Szostaka; IPN Bi 98/1254; J. Snopko, Początki działalności PUBP w Augustowie i jego udział w obławie lipcowej 1945 roku, wybór dokumentów, "Studia Podlaskie" 2005, t. XV; I. Sewastianowicz, S. Kulikowski, Nie tylko Katyń, Białystok 1990; Różne akta w zbiorach Archiwum IPN w Białymstoku.
5. Znaczna część śledztw "augustowskich" została umorzona zaś np. sprawę o sygnaturze S29/02/Zk dotyczącą aresztowań i ewentualnych zabójstw w latach 1941 – 1946 na terenie PUBP w Augustowie w tzw. "Domu Turka" zakończono odmową wszczęcia śledztwa – dane na podstawie: Informator – Sprawozdanie z działalności IPN – Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu za okres 17.X.2000 – 31.XII.2006 – Białystok 2007.
Handel na szczątkach pomordowanych? – część 2
Bodajże w 2004 roku Starosta Powiatowy przekazał Urzędowi Miasta w Augustowie Dom Turka z przeznaczeniem na stworzenie muzeum. Zrobione zostały plany adaptacji budynku i wstępny projekt przyszłego muzeum. W międzyczasie znalazł się właściciel, który wyrokiem sądu budynek odzyskał. Trwały prace nad odkupieniem tego budynku przez ówczesnego Burmistrza, a obecnego posła Leszka Cieślika. Budynek nie został ostatecznie odkupiony, gdyż właściciel zmarł i rozpoczęły się ustalania spadkobiercy. Odchodząc ze stanowiska Cieślik miał poprosić swojego następcę Kazimierza Kożuchowskiego o pilnowanie sprawy i pozyskanie budynku na rzecz miasta. Kożuchowski zapomniał, albo nie chciał pamiętać o Domu Turka. 


Sprawę o odzyskanie nieruchomości przez cały czas we wszystkich sądach prowadził augustowski mecenas Netter. On także w 2008 r. działając w imieniu Agencji Obrotu Nieruchomościami PPU-H "Nord" – Włodzimierz Kudraszew, odkupił od właścicieli nieruchomość za 800 tysięcy złotych. Proszony przez władze miasta o odsprzedanie Domu Turka zażądać miał 6 milionów zł. Burmistrz tej propozycji nie przyjął, uzasadniając, że kwota stanowi połowę rocznych nakładów miasta na inwestycje. Starosta, w związku z tym że jego działka, graniczy z działką Domu Turka próbował zaoferować w zamian inną działkę, lecz p. Kudraszew uznał, iż jest ona nieatrakcyjna. Burmistrz także proponował zamianę działek. Też bez rezultatu.
Stan na dzień dzisiejszy jest taki, że właściciel działki wystąpił do Starosty o odstępstwo od przepisów budowlanych, gdyż chce na całej powierzchni działki wybudować pawilon handlowy. Dyrektor Delegatury w Suwałkach Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków Pan Tumidajewicz dokonał wizji lokalnej i pozwolił na rozpoczęcie prac.
Starosta odwołał się od tego postanowienia do Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, uzasadniając swój sprzeciw między innymi faktem, iż nieruchomość znajduje się na obszarze wpisanym do rejestru zabytków dawnego województwa suwalskiego.
W planie zagospodarowania przestrzennego Augustowa wpisano, że teren przeznaczony jest na usługi. Uchwalający plan radni tłumaczą, że chodziło o usługi… turystyczne – przypadkiem tego nie dopisali jednak !!!
Starosta wspierany przez środowisko byłych żołnierzy AK, AKO i WiN oraz zwolenników powstania muzeum wystąpił z pismami do Dyrektora Oddziału IPN w Białymstoku Cezarego Kukli i Prezesa IPN Kurtyki z prośbą o jak najszybsze rozpoczęcie prac badawczych i śledczych na terenie byłej katowni UB. W odpowiedzi przyszły pisma, w których ideę uratowania budynku i przeznaczenia go na cele licujące z powagą miejsca obaj panowie uważają za wszech miar słuszną i godną poparcia. Dodatkowo Dyrektor Kuklo obiecać miał rozpoczęcie prac ekshumacyjnych w 2009 roku.


Po co to wszystko napisałem? Zapewniam, że nie po to by chwalić Starostę lub atakować przedsiębiorcę. Być może nie pasuję do nowoczesnych czasów, gdzie biznes i pieniądz stały się nowymi sacrami, ale nie mogę być obojętny i nie mogę się zgodzić na to, co stać się może w Augustowie. Zastanawiam się czy Polacy są mniej wrażliwi niż Indianie północnoamerykańscy, którzy nie chcieli sprzedawać białym osadnikom swojej ziemi, bo "nie sprzedaje się prochów przodków" czy Żydzi, dla których miejsce pochówku lub śmierci jest święte.
Zbigniew Herbert napisał: "Naród, który traci pamięć, traci sumienie" – czy my już je straciliśmy?
- Pytam więc p. Kudraszew: Czy znając historię miejsca nie wstyd Panu? Nie wstyd pomysłu na wybudowanie targowiska na takim miejscu? Nie wstyd, wykorzystując zainteresowanie innych tym miejscem, próbować zbić na tym jak największy kapitał?
- Pytam radnych Augustowa: Czy wam także nie wstyd? Czy naprawdę pomyliliście się, czy może chcieliście się pomylić? Czy pamiętacie aferę "lub czasopisma"?
- Pytam Pana Tumidajewicza: Czy jako urzędnik państwowy odpowiedzialny za zachowanie dla przyszłych pokoleń elementów dziedzictwa narodowego musiał Pan wydać taką opinię?
- Pytam śledczych i władze IPN: Jak długo jeszcze przyjdzie czekać na zainteresowanie się Domem Turka? Czy zdążycie przed… buldożerami? Czy nie powinniście jednak wszcząć śledztwa w sprawie, w której w 2002 roku odmówiono wszczęcia śledztwa?
- Pytam wreszcie czytelników niniejszego teksu: Czy pomożecie ocalić Dom Turka? Jeżeli tak, proszę o przesyłanie apeli do osób i instytucji wymienionych w niniejszym tekście. Sądzę także że należałoby wszcząć procedurę wpisania Domu Turka do Rejestru Zabytków Nieruchomych. Może dokonać tego – poza właścicielem – Wojewódzki Konserwator Zabytków w Białymstoku.
Augustów, ulica 3 Maja 16
Historia obiektu
Piętrowa kamienica w centrum miasta, datowana na 1900 r. Przed wojną należała do rodziny żydowskiej i mieściła popularną cukiernię pod nazwą „U Turka” – do dziś mieszkańcy Augustowa określają kamienicę mianem „Dom Turka” lub „Cukiernia Turka”. W latach 1939-1941 mieściło się tu NKWD, które powróciło do tej lokalizacji jesienią 1944 r. Podczas okupacji niemieckiej piekarnia.
Siedziba PUBP
Na przełomie sierpnia/września 1944 r. funkcjonariusze mający za zadanie zorganizowanie PUBP na powiat augustowski, ze względu na aktualny przebieg linii frontu ulokowali się w Sztabinie. W pierwszych dniach października przenieśli się do Krasnegoboru, gdzie zajęli pomieszczenia w miejscowej plebanii. Zaraz po rozpoczęciu przez Armię Czerwoną ofensywy styczniowej w 1945 r. pojawili się w Augustowie i 25 stycznia zajęli kamienicę opuszczoną wówczas przez NKWD. W piwnicach zlokalizowano kilkucelowy areszt na około 30 więźniów. Do 1946 r. posesja zajęta przez PUBP była ogrodzona drewnianym płotem, najprawdopodobniej w tym roku wybudowano mur ochronny. W sąsiadujących z posesją budynkach mieszkali m.in. funkcjonariusze UB, co miało stanowić dodatkową ochronę urzędu.
Według ustaleń śledztwa prowadzonego w białostockim Oddziale IPN tylko w ciągu dwóch pierwszych lat funkcjonowania PUBP w Augustowie jego funkcjonariusze zamordowali co najmniej czternaście osób. Śmierć większości z nich nastąpiła na skutek katowania podczas przesłuchań. Podobnie jak w przypadku wielu innych byłych siedzib UB,
tak i tutaj wspomina się o grzebaniu zwłok pomordowanych i zamęczonych więźniów na podwórzu siedziby oraz o topieniu ich w ustępie. Do pochówków miały też być wykorzystywane obrzeża miejscowego cmentarza oraz okopy frontowe w okolicach Stawu Sajenek.
Dalsze losy obiektu
UB funkcjonowało tu do 1956 r., kiedy to posesję przejęło MO, a następnie 1981 WOP (wtedy remont i dobudowano skrzydło). Od 1992 r. posesja pozostaje pusta, budynek jest zrujnowany. Obecnie w rękach prywatnych. Remonty przeprowadzone w okresie urzędowania w obiekcie MO I WOP, usunęły całkowicie wszelką materię zabytkową obiektu.
WARTO PRZECZYTAĆ… (17)

"…między Bolszewią a Niemcami". Konspiracja polityczna i wojskowa Polskiego Obozu Narodowego na Podlasiu w latach 1939 – 1952
Oficyna Wydawnicza Rytm, 2009, s. 648, oprawa twarda.
Kolejny tom serii "Mazowsze i Podlasie w ogniu 1944-1956", realizowanej przez historyków z Oddziału Warszawskiego IPN, poświęcony jest przejściu członków Stronnictwa Narodowego, Obozu Narodowo-Radykalnego "ABC" lub Ruchu Narodowo-Radykalnego "Falanga" w nowe formy organizacyjne (Organizacja Wojskowa Związek Jaszczurczy, Narodowa Organizacja Wojskowa, Narodowe Siły Zbrojne i Narodowe Zjednoczenie Wojskowe), ukształtowane podczas II wojny światowej w warunkach zagrożenia bytu narodowego i utraty niepodległości przez Polskę. Przedstawia ofiarne angażowanie się narodowców w tworzenie lokalnych struktur Polskiego Państwa Podziemnego i ich udział – mimo odmiennych racji politycznych – w akowskiej akcji "Burza" w 1944 roku. Ukazuje walkę tych struktur z okupantem niemieckim i sowieckim oraz z rodzimymi zdrajcami z PPR i GL-AL i ich udział w antykomunistycznym zrywie powstańczym przeciwników sowieckiej dominacji w kraju. Dokumentuje tragiczny epilog podziemia narodowego na Podlasiu, które po wejściu Armii Czerwonej, podzieliło los struktur poakowskich, ponosząc – tak jak i one – na przełomie lat 40. i 50. XX wieku polityczną porażkę.
Książkę można zamówić bezpośrednio w O.W. Rytm, w cenie 53,55 zł. – ZAMÓW KSIĄŻKĘ>
