Postacie drugiego planu… refleksja w kontekście Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych – część 1/2

Grzegorz Wąsowski
[wybór zdjęć i opisy – Grzegorz Makus]

KRÓTKA REFLEKSJA NA TEMAT LOSÓW POSTACI DRUGIEGO PLANU W DRAMACIE ZWANYM HISTORIĄ, W KONTEKŚCIE DNIA PAMIĘCI ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH I ZBLIŻAJĄCEGO SIĘ UPIORNEGO RECHOTU  DZIEJÓW
           

EPOPEI  ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH OBRAZ WSPÓŁCZESNY

Hieronim Dekutowski „Zapora”, Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”, Władysław Łukasiuk „Młot”, Zdzisław Broński „Uskok”, bracia Leon i Edward Taraszkiewiczowie, z których pierwszy to „Jastrząb” drugi to „Żelazny”, Stanisław Sojczyński „Warszyc”, Kazimierz Kamieński „Huzar” czy Józef Kuraś „Ogień” to dla każdego, kto choć trochę interesuje się historią walki stoczonej z komunistami o niepodległość naszego kraju i prawo człowieka do wolnego życia na ziemi, nazwiska i pseudonimy doskonale znane. To elita Żołnierzy Wyklętych, Żołnierzy Niezłomnych.

Przywołane przeze mnie postacie to oczywiście tylko przykłady z długiej listy nazwisk zasłużonych dowódców oddziałów antykomunistycznego podziemia. Jednak dziś, spośród wielu tysięcy heroicznych przegranych obrońców sprawy wolności z tamtych czasów, to chyba oni właśnie są najlepiej rozpoznawalni. Na tyle dobrze, że zaryzykuję twierdzenie, iż może nawet całe pięć procent dorosłej populacji Polaków wie w jakich czasach ludzie ci żyli, z kim walczyli i za co zginęli. A przecież  jeszcze kilka lat temu z naszą zbiorową pamięcią w tym obszarze było znacznie gorzej. Przyrost świadomości i wrażliwości społecznej na epopeję żołnierzy podziemia antykomunistycznego zawdzięczamy w dużej mierze wprowadzeniu, z inicjatywy Janusza Kurtyki popartej formalnie przez Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego i podtrzymanej przez jego następcę, Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych do kalendarza naszego życia publicznego. I oczywiście sumie wysiłków wielu środowisk i instytucji zaangażowanych w organizację obchodów tego dnia. Imponująca wręcz wielość inicjatyw społecznych, zwłaszcza działań będących owocem aktywności ludzi młodych, daje nadzieję, że przynajmniej odnośnie tego wycinka naszych dziejów najnowszych świadomość zbiorowa przekraczać będzie zwykły, nędzny, poziom, będący funkcją bylejakości systemu nauczania historii na poziomie gimnazjalnym i licealnym. Oby żywe zainteresowanie podziemiem antykomunistycznym było zjawiskiem o charakterze trwałym. Jeżeli tak się stanie, to może nawet doczekamy czasów, w których dla osób uznających, jak przykładowo aktualna wicemarszałek Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej Wanda Nowicka, że „kto za młodu nie był komunistą, ten nie będzie przyzwoitym człowiekiem”, nie znajdzie się miejsce pośród wybieranych przez nas  posłów i senatorów.

Emocje osób nieobojętnych wobec losów – jak nazwał ich Zbigniew Herbert – „Wilków”, zwłaszcza wśród ludzi młodych, poruszają spektakularne akcje i zacięte bitwy. Historia Żołnierzy Wyklętych (wszystkich, którzy chcą poznać lub przypomnieć sobie rodowód określenia „Żołnierze Wyklęci” zachęcam do lektury mojego tekstu: ŻOŁNIERZE WYKLĘCI… ALE PRZEZ KOGO? REFLEKSJE W PRZEDDZIEŃ ŚWIĘTA) obfituje w takie zdarzenia. Rozbicie więzienia w Kielcach, Radomiu, Radomsku, brawurowy atak na PUBP we Włodawie, w Puławach, walka z Sowietami w Lesie Stockim, Miodusach Pokrzywnych, Łempicach, pod Kuryłówką, Zwoleniem czy w Ostrowach Tuszowskich – to tylko kilka przykładów z  długiej listy pasjonujących epizodów epopei podziemia antykomunistycznego, pełnych dynamiki, napięcia, dramatyzmu oraz przykładów niezwykłej odwagi i ofiarności. To przez pryzmat tych i podobnych im wydarzeń postrzegamy obraz ówczesnych zmagań o wolność. Współczesne wyobrażenie o realiach tamtej walki uzupełniają, zatrzymane w kadrach fotografii, postacie „leśnych” – zwykle w pełnym umundurowaniu, często z ryngrafami na piersiach, z prezentowaną dumnie bronią. Na wielu zdjęciach Żołnierze Wyklęci uwiecznieni zostali na tle wiejskich chat, czasami w izbach.

Żołnierze oddziału partyzanckiego Obwodu WiN Włodawa ppor. Leona Taraszkiewicza „Jastrzębia” na jednej z najbardziej zaufanych kwater oddziału we wsi Lipniak (pow. Włodawa), styczeń 1946 r. Od lewej: Feliks Prucnal „Grunwald”, Józef Piasecki „Sokół” († 12 II 1946), Józef Taraszkiewicz (5-letni brat dowódcy oddziału), Henryka Kotlarska – współpracowniczka oddziału, Tadeusz Korzeniewski „Wilk”, Zdzisław Kogut „Ryś” († 24 XII 1946) (IPN).

Ale niezwykle rzadko, co z uwagi na wymogi konspiracji zupełnie zrozumiałe, można znaleźć na tych fotografiach twarze gospodarzy, twarze tych bezimiennych dla nas, a jakże odważnych ludzi, którzy z narażeniem siebie i najbliższych otwierali drzwi swoich domów przed partyzantami, karmili ich i udzielali im noclegu. Nie ma ich na tych zdjęciach i nie istnieją w rekonstruowanym dziś w pamięci zbiorowej obrazie epopei Żołnierzy Wyklętych. A przecież historia każdej wojny partyzanckiej to suma wspólnego wysiłku i ofiary, tak zbrojnych, jak i dającego im schronienie i wspierającego ich zaplecza.

MIARA RYZYKA

Żadna partyzantka nie utrzyma się nawet przez kilka tygodni w terenie, jeżeli nie ma realnego poparcia ludności zamieszkującej obszar objęty działalnością „leśnych” – to zależność dość oczywista. Podobnie jak ta, że im bardziej okrutna jest władza, przeciwko której trwa w lasach zbrojny opór, tym większe represje spadają na ludność wspierającą walczących. Dobre wyobrażenie o realiach panujących w okresie pierwszych lat rządów partii komunistycznej dają fragmenty raportu szefa WUBP w Warszawie ppłk. Tadeusza Paszty oraz dowódcy WBW województwa warszawskiego płk. Rubinsztejna z 28 grudnia 1946 r. na temat działań władzy ludowej wymierzonych w ludność powiatu sokołowskiego na Podlasiu, podjętych u schyłku roku 1946:

"W dniach od 24-27 XII 1946 r. grupa nr 1 przeprowadziła operacje we wsiach Dzierzby, Sewerynówka, Bujały, Korczew, Józefin, Księżopole-Budki, Paczuski-Duże, Tosie Krupy, Rytele Świeckie i Garnek. Grupa nr 2 we wsiach Obryte, Pełchy i Wojtkowice-Glinne. Przepuszczono przez „filtr” ponad 250 osób, konfiskując jednocześnie inwentarz żywy u rodzin bandyckich lub udzielających pomocy bandytów. We wsi Wojtkowice-Glinne na 19 istniejących gospodars
tw 14 gospodarstw okazało się bandyckich. U wszystkich 14-tu rodzin inwentaż żywy został skonfiskowany, u 5-ciu rodzin niezwiązanych z bandami – pozostawiono (…) W dniu 24 XII 1946 r.  we wsi Kamieńczyk został publicznie rozstrzelany Florczak Aleksander za systematyczne przetrzymywanie bandy „Młota” i udzielanie jej pomocy przez przeprowadzanie wywiadu na rzecz  bandy (…) ludność powiatu sokołowskiego jest bardzo przestraszona, na widok i odgłos samochodu wszyscy uciekają ze wsi (…) ludność powiatu sokołowskiego poczuła władzę państwową i zaczyna się z nią liczyć".

Tak, tak, Szanowni Czytelnicy, to nie jest obraz z okresu okupacji niemieckiej, to są realia z okresu Świąt Bożego Narodzenia  1946 r. w jednym z rejonów Podlasia.

Przypomnijmy, bo warto to uczynić dla lepszego zrozumienia jakiej odwagi wymagało niesienie pomocy Żołnierzom Wyklętym, że za niepoinformowanie władzy ludowej o napotkaniu partyzantów groziła kara do pięciu lat więzienia (z tzw. paragrafu „wiedział nie powiedział”),  za podzielenie się z „leśnymi” miską strawy czy za okazjonalne przyjęcie ich pod dach groziło do dziesięciu lat więzienia, zaś za stałą współpracę z oddziałami partyzanckimi, polegającą na systematycznym udzielaniu gościny żołnierzom podziemia lub informowaniu ich o ruchach komunistycznych grup operacyjnych czy w ogóle o sytuacji w danym terenie, groziła kara śmierci bądź dożywotniego więzienia. Kary wymierzane współpracownikom Żołnierzy Wyklętych przez sądy komunistyczne poprzedzało bardzo często zniszczenie całego dobytku aresztowanych, a zawsze piekło nieludzkich przesłuchań w ubeckich katowniach.

Kpt. Zdzisław Broński "Uskok" (IPN)

Tym, którzy wątpią, że tak właśnie było, polecam zapoznanie się z drobnym epizodem z tamtych czasów odnotowanym przez kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka”, od września 1947 r. dowódcę podziemia antykomunistycznego z terenów południowej Lubelszczyzny. „Uskok” zapisał go w swych notatkach pod datą  30 maja 1948 r., prawie równo rok przed swoją śmiercią:

"Przed dom „faszystowski” zajeżdża ciężarówka z ubejcami [ubekami]. Dzieje się to w biały dzień, w małym miasteczku, wśród gęsto kręcącej się ludności. Byłoby rzeczą śmieszną pozorować rewizję za bandytami i bronią, gdyż taka rewizja miała miejsce w tym domu już kilkanaście razy, więc „kominiarze” (od rozwalania kominów) przystępują do dzieła bez ceregieli. Większość z nich jest porządnie wstawiona, nie wyłączając sprawującego komendę porucznika Gola z lubelskiego UB, notabene znanego z dawnych czasów złodzieja (…) Hołota opadła dom i wtargnęła do środka. W domu znajdowała się tylko chora gospodyni w łóżku. Reszta domowników w porę się ulotniła (…)
– Chora, stara, k…a! Ale jeszcze dziś by tańcowała za zwycięstwo faszystów. Hej, chłopcy. W kozły broń i przygotować się do rewizji! – zawarczał Gol.
Ubejcy odłożyli broń, poczęli uzbrajać się w siekiery, drągi, haki, piły itp. przybory znajdujące się pod ręką. Najpierw napadnięto na kaflowy piec, jeden z rycerzy ze słowami: „Wyłaź sku…synu z pieca!” – grzmotnął siekierą w kafle. Inni mu dopomogli i po chwili piec zdruzgotano, a mieszkanie wypełniło się tumanami kurzu i sadzy. „Okna!” – ryknął któryś. Zabrzęczały szyby, zatrzeszczały ramy i  w miejscu okien pozostały obskurne otwory, przez które kurz wydobywał się na zewnątrz. Kobieta patrzyła na to z łóżka szeroko rozwartymi z przerażenia oczami. (…) Widziała tylko, że na podłodze, z której też kilka desek wyrąbano, rośnie jakiś okropnie smutny w swoim widoku stos. Na stos ten bestialskie ręce zrzucają w stanie już zniszczonym wszystko to, co pracą tylu długich lat uciułało się i nagromadziło przy domowym ognisku. Z brzękiem padają naczynia i skorupy. Skorupy mieszają się z porwanymi fotografiami rodzinnymi i strzępami portretów jej męża i syna nieboszczyka….".

"WIATR POPIÓŁ ROZWIEJE, DESZCZ ŚLADY WYMYJE"

Poruszający jest ten opis wizyty przedstawicieli władzy ludowej w domu zamieszkałym przez rodzinę sprzyjającą podziemiu, po której z nawiedzonego przez nich domostwa nie pozostał przysłowiowy kamień na kamieniu. Z ryzykiem takich odwiedzin musiał liczyć się każdy, kto decydował się na pomoc Żołnierzom Wyklętym. Pomimo tego, dziesiątki tysięcy naszych rodaków takiego wyboru dokonało i w sposób systematyczny wspierało partyzantkę antykomunistyczną. Co najmniej kilkanaście tysięcy z nich zapłaciło za to bardzo wysoką cenę, niektórzy najwyższą.

Wieś Wąwolnica podpalona przez funkcjonariuszy UB 2 maja 1946 r. (Źródło: Towarzystwo Przyjaciół Wąwolnicy)
Dnia 2 maja 1946 ok. godz. 13 [w odwecie za współpracę z oddziałem mjr. Mariana Bernaciaka "Orlika"] do osady Wąwolnica pow. puławskiego przybyli samochodem funkcjonariusze PUBP z Puław w liczbie 25 osób. Ludność, widząc uzbrojony tak liczny oddział, zaczęła uciekać w stronę tzw. Zarzecza. Na terenie Zarzecza funkcjonariusze UB wbiegli na podwórze Leszczyńskiego Wacława. Domownicy zostali spędzeni do mieszkania z zakazem opuszczania go. Zamknięci słyszeli strzelaninę, wybuchy granatów. Po chwili wyskoczyli przez okno z płonącego domu. Okoliczni mieszkańcy spieszący do pożaru nie zostali dopuszczeni do akcji ratowniczej. Wśród funkcjonariuszy UB rozpoznano por. Stefaniaka i ppor. Wargockiego z Puław. Po pewnym czasie cały oddział wycofał się z miasteczka bez żadnych przeszkód ze strony mieszkańców tej wsi. Ok. godz. 15 tego samego dnia do Wąwolnicy przybyli ponownie funkcjonariusze UB i rozbiegłszy się po miasteczku palili zabudowania bądź to przy pomocy pocisków zapalających, bądź też przy pomocy granatów, albo też używając do podpalenia zapałek. Pastwą płomieni padło: 101 domów mieszkalnych, 106 stodół, 121 obór, 120 chlewów i innych budynków, 255 świń, 2 krowy, 5 kóz, 145 kur i 60 królików. Straty te według szacunku mieszkańców wynoszą 70 364 800 zł. Ponadto spaleniu uległy 2 osoby, a szereg innych odniosło ciężkie lub lżejsze oparzenia. Jedna osoba zmarła wskutek udaru serca, a jedna wskutek wstrząsu nerwowego dostała pomieszania zmysłów.

Załącznik nr 6 do protokołu z posiedzenia
Komisji Administracji i Bezpieczeństwa KRN
z dnia 24.05.1946 r.


Pogorzelcy i ich niewielki dobytek, jaki udało się im uratować z płonącej Wąwolnicy. (Źródło: Towarzystwo Przyjaciół Wąwolnicy)

Rozpacz ocalałej z pożogi mieszkanki Wąwolnicy (Źródło: Towarzystwo Przyjaciół Wąwolnicy)

Niezależne jak potoczyły się ich indywidualne dzieje, dostrzegam wspólną, wyrazistą cechę ich doli czy raczej niedoli. Z tych cichych bohaterów ówcześnie stoczonej i przegranej walki o wolność żaden nie znalazł należnego miejsca w naszej pamięci społecznej, a dokładnie nie znalazł w niej go w ogóle. A przecież bez nich historii Żołnierzy Wyklętych po prostu by nie było. Pewnie to normalne, że ci ludzie tak całkowicie bezgłośnie zginęli w otchłani czasu przeszłego dokonanego, pewnie nie można mieć o to do nikogo pretensji. Pamięć zbiorowa jest przecież tylko malutką wysepką na ogromnym oceanie zbiorowego zapomnienia. Nie ma na niej miejsca dla aktorów drugiego planu zdarzeń przeszłych, mimo że przecież bez nich nie byłoby głównych scen dramatu. Wobec nich znacznie szybciej i intensywnej, niż w stosunku do postaci wiodących dla danego wycinka dziejów, zachodzi proces, którego istotę dobrze oddaje fraza „wiatr popiół rozwieje, deszcz ślady wymyje”. Tak było, jest i zapewne zawsze będzie, nie tylko pod naszym niebem.

Jako dobry przykład wspomnianego procesu, w którym zakodowany jest zresztą drobny wycinek smutnej paralelności pomiędzy Powstaniem Styczniowym a epopeją Żołnierzy Wyklętych (więcej na ten temat w tekście: KRÓTKA REFLEKSJA O PARALELNOŚCI NA MARGINESIE TEKSTU PROF. NOWAKA O POWSTANIU STYCZNIOWYM, CZYLI RZECZ O DWÓCH „UZIEMIONYCH” POLITRUKACH I TYLU TEŻ DZIELNYCH KOWALACH), można przywołać wątek dotyczący pierwszej z wymienionych wyżej batalii o wolność. Spośród tych naszych rodaków, którzy mają wiedzę, że elementem dziejów naszego skrawka ziemi jest insurekcja styczniowa, pewnie wszyscy kojarzą postać księdza Stanisława Brzóski – dowódcy oddziału powstańczego na Podlasiu, aż do kwietnia 1865 r. wymykającego się ścigającym go Moskalom. Niektórzy z tego grona są również świadomi tego, że ksiądz Brzóska został pojmany i stracony ze swym adiutantem Franciszkiem Wilczyńskim. Kto jednak, poza prawdziwymi znawcami tematu, wie pod czyim dachem ukrywali się ci dwaj powstańcy w ostatnim okresie przed aresztowaniem i jakie były losy człowieka, który był aż tak odważny, że dawał im schronienie? A dodajmy, że czynił tak mimo, że już dobrze od ponad roku wiadomo było, że powstanie zakończyło się klęską, że marzenia o niepodległości Ojczyzny nie ziszczą się szybko, wreszcie, że w razie wpadki przyjdzie mu drogo zapłacić za pomoc okazywaną dowódcy szajki (Rosjanie, polując na szajkę księdza Brzóski, ogłosili, że osoby ukrywające bandytów będą sądzone według prawa wojennego przez sądy polowe a ich domy zostaną zniszczone). Wiedza, jak brzmi nazwisko tego człowieka, jest udziałem wyłącznie garstki ludzi i nie ma znaczenia dla pamięci zbiorowej. Niemniej skoro już wywołałem ten wątek, to aby grono osób znających ów historyczny detal powiększyło się o kolejne jednostki dopowiem, że był nim Ksawery Bieliński. Za pomoc niesioną księdzu Brzósce skazany został na karę śmierci, którą carski namiestnik zamienił następnie na karę osiedlenia na Syberii. Nie zdołał wrócić do swoich, zmarł na zesłaniu. Osierocił córkę i syna. Tego ostatniego nie było mu dane nigdy zobaczyć; w chwili gdy został aresztowany jego żona, Julianna, była w drugim miesiącu ciąży. Poświęcił wszystko co było mu drogie, niosąc pomoc ściganym przez władze zaborcze uczestnikom przegranej batalii o świętą sprawę wolności. I stosunkowo szybko zniknął w mrokach wspólnotowej niepamięci. W tym miejscu jego dzieje są całkowicie zbieżne z losem kilkorga ludzi, o których chciałbym w dalszej części niniejszego szkicu cokolwiek powiedzieć. Zadanie to nie jest łatwe, bo nie wiem o nich wiele. W zasadzie jedynie to, że w czasach dla wolności najtrudniejszych dali z siebie wszystko i że zapłacili za to strasznie wysoką cenę. I jeszcze to, że jak wszyscy ci, których dotknęło nieszczęście byli w swej niedoli samotni. Oto krótkie streszczenie  ich  losów.

ZARZYCCY

Władysław i Stefania Zarzyccy gospodarowali na ponad jedenastu hektarach ziemi, na kolonii Łuszczów, położonej niecałe 30 km na zachód od Łęcznej. Mieli trójkę dzieci. W początkach wiosny 1949 r. oczekiwali narodzin czwartego potomka, rozwiązanie miało nastąpić za kilka tygodni. Jak zdecydowana większość naszych przodków, byli przeciwnikami komunizmu, a „leśnych” uważali za swoich. Wielokrotnie gościli w swoim domu partyzantów walczących pod komendą kpt. „Uskoka”.

Ludzie nad wyraz poczciwi, uczciwi – oto najogólniejsza charakterystyka rodziny pp. Zarzyckich – tak wspomniał ich w swoich zapiskach „Uskok”.

Pierwszym ogniwem łańcucha zdarzeń, które doprowadziły do tragedii tej rodziny był donos złożony przez członka PPR i współpracownika UB Franciszka Drygałę. Za jego przyczyną w dniu 31 marca 1949 r. funkcjonariusze UB pojmali dwóch członków podległego „Uskokowi” patrolu Walentego Waśkowicza „Strzały”. Katowanie zatrzymanych partyzantów zaczęło się natychmiast i od razu też dało efekty. W wyniku pozyskanych w ten sposób informacji komuniści dzień później zastrzelili „Strzałę”. Ustalili także miejsce i orientacyjny czas umówionego spotkania dowódców partyzantki z południowej Lubelszczyzny – „Uskoka”, „Strzały”, Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego”, Stanisława Kuchciewicza „Wiktora” i Józefa Franczaka „Lalka”. Tym miejscem był właśnie dom państwa Zarzyckich.

Kpt. Zdzisław Broński „Uskok”, ppor. Stanisław Kuchciewicz „Wiktor” (IPN)

Na podstawie zapisków pozostawionych przez „Uskoka” a także w oparciu o raporty wytworzone przez funkcjonariuszy sił komunistycznych możemy odtworzyć przebieg zdarzeń w zabudowaniach Zarzyckich. „Uskok” zanotował:

"Nocą z 2 na 3 kwietnia [1949 r.] zaszliśmy tam [do domu pp. Zarzyckich] z „Wiktorem” i „Żelaznym”. „Lalusia” jeszcze nie było (…) Po omacku, aby nie pokazywać światła o tak późnej porze, ulokowaliśmy się, jak komu przypadło i czekamy. Na zewnątrz nie ubezpieczaliśmy się , aby nie drażnić psów. W domu oprócz nas  znajdowała się pani Zarzycka i dwoje dzieci w szkolnym wieku. Mąż z kilkuletnią córeczką spał w obok położonym budynku inwentarskim, w którym urządzone było  mieszkanko. O naszym przybyciu Zarzycki został powiadomiony, aby na wszelki wypadek zawczasu wiedział, jakich gości ma u siebie. Oczekiwanie trwało ponad cztery godziny. Aby nie zasnąć, gawędziliśmy z panią Zarzycką, która też –
jak mówiła- wybiła się ze snu. Przez okna zaglądała noc pogodna i rozgwieżdżona, choć bezksiężycowa. Psy szczekały od czasu do czasu i za każdym razem nasłuchiwaliśmy, czy nie nadchodzą oczekiwani [„Lalek” i „Strzała”], ale cisza panowała dalej, nikt w umówiony sposób nie stukał w okna."

Gdy partyzanci tak sobie gawędzili z gospodynią, za oknami czaiło się śmiertelne niebezpieczeństwo, które materializowała przybyła z Lublina grupa operacyjna UB-KBW-MO. Pełną i bolesną świadomość sytuacji, w dosłownym znaczeniu tego określenia, miał już wtedy Władysław Zarzycki. Z budynku, w którym nocował został wywabiony przez jednego ze schwytanych kilka dni wcześniej  partyzantów z patrolu „Strzały”, któremu towarzyszyli dwaj udający „leśnych” funkcjonariusze UB. Zarzycki był nieco zdezorientowany sytuacją, bo o ile partyzanta znał i kilka razy gościł pod swym dachem, to dwóch pozostałych widział pierwszy raz w życiu. Zapewne dlatego na zadane mu pytanie: czy jest kapitan (?), czyli „Uskok”, odpowiedział ostrożnie, że tego nie wie, zaś jeżeli jest, to w budynku mieszkalnym. Zachował czujność – wszak, jak wynika z notatek „Uskoka”, dobrze wiedział, że partyzancki dowódca  przebywa w jego domu. W chwilę potem przekonał się, że ma do czynienia z siłami reżimu, zobaczył bowiem sylwetki kilku żołnierzy KBW, wysłanych w ślad za udającymi partyzantów funkcjonariuszami UB. Zaraz też odprowadzony został na skraj nieodległego od jego zabudowań lasu, gdzie znajdowało się stanowisko dowództwa obławy. Był okrutnie bity, pomimo tego nie potwierdził, że partyzanci są w jego domu. Swoją postawą dał im cień szansy na wyrwanie się z matni. Gdyby wtedy przyznał, że „Uskok” jest w jego mieszkaniu, dowództwo obławy zamknęłoby szczelny pierścień okrążenia wokół zabudowań, wstrzymałoby się  z działaniami zaczepnymi do rana,  ściągając w tym czasie na miejsce duże posiłki, i epopeja partyzancka „Uskoka”, „Żelaznego” oraz „Wiktora” skończyłaby się ich śmiercią albo aresztowaniem w obrębie zabudowań Zarzyckich. Ale Władysław Zarzycki tego nie zrobił, mimo że przecież musiał mieć świadomość, że takim zachowaniem pogarsza, już i tak dostatecznie dramatyczne, położenie swoje i osób mu najbliższych; przypomnijmy: żony będącej w ostatnich tygodniach ciąży i trójki małoletnich dzieci. Dzięki jego postawie, dowództwo obławy nadal nie miało pewności czy partyzanci są w zabudowaniach.

Ppor. Edward Taraszkiewicz "Żelazny", Zdzisław Kogut "Ryś". Zima 1946 r. (IPN)

Do świtu pozostawało wówczas około godziny. Wtedy postanowiono wysłać pięciu milicjantów, aby zajęli stanowiska w bezpośredniej bliskości domu mieszkalnego Zarzyckich, w miejscach niewidocznych z okien czy drzwi budynku. Podczas podchodzenia do zabudowań zostali zauważeni przez partyzantów. Nie wiedząc o tym dwóch milicjantów podjęło próbę wejścia do mieszkania, zaraz też zostali śmiertelnie ranni od kul wystrzelonych przez „Uskoka” i „Wiktora”. Chwilę potem partyzanci rzucili na podwórze kilka granatów, pod ich osłoną  wybiegli z zabudowań i przez ogród ruszyli w stronę lasu. Następnie, przy dość biernej postawie żołnierzy KBW, przedarli się przez linię obławy i zniknęli w zbawiennym lesie. Tam byli bezpieczni. Zanim wybiegli z domu  Zarzyckich „Uskok”, jak zapisał w swych notatkach, usłyszał jeszcze od Stefanii Zarzyckiej: „Nie dacie rady? Może na strych? O Boże! Ratujcie się!”.

Postacie drugiego planu… refleksja w kontekście Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych – część 2/2>
Strona główna>
Prawa autorskie>

Postacie drugiego planu… refleksja w kontekście Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych – część 2/2

Dalej los Zarzyckich potoczył się tak, jak potoczyć się musiał. Właściwie to był on przesądzony już w chwili, kiedy Franciszek Drygała składał swój donos. Kominiarze z UB doszczętnie zdemolowali wnętrza zabudowań państwa Zarzyckich, a znajdującą się w nich żywność, zapasy mąki i ziarna zalali naftą. Stefanię i Władysława Zarzyckich oczywiście aresztowano i osadzono na Zamku w Lublinie.

Dawne więzienie NKWD–MBP w Lublinie – Zamek Lubelski.

W zniszczonym mieszkaniu pozostawiono na pastwę losu trójkę ich dzieci: dwie dziewczynki, Marysię i Zosię, w wieku odpowiednio 9 i 12 lat, i 11-letniego Henia. Przez kilka miesięcy cała ta trójka koczowała w ruinach rodzinnych zabudowań. Najpierw w pomieszczeniu nad chlewem, bo tam było nieco cieplej niż w zdemolowanym mieszkaniu, a później w jamie wygrzebanej w stercie słomy. Żywność potajemnie dostarczało im kilka osób z sąsiedztwa. Dopiero w październiku 1949 r. najstarsza córka Zarzyckich została umieszczona w szkole ogrodniczej w nieodległych Kijanach, zaś dwójka młodszych dzieci trafiła do domu dziecka. Ich siostrzyczka, Magdalena, urodzona już na Zamku w Lublinie, podzieliła los siostry i brata – także znalazła się w domu dziecka. Matki nigdy nie poznała. Dla komunistów nie miało bowiem żadnego znaczenia, bo i dlaczego miałoby dla nich mieć jakiekolwiek, że Stefania Zarzycka ma troje małych dzieci i że jest w zaawansowanej ciąży. Jeżeli brali pod uwagę te okoliczności, to tylko w tym kontekście, że mieli lepsze możliwości nacisku, tak na samą panią Stefanię, jak i na jej męża. Państwo Zarzyccy zostali poddani ciężkiemu śledztwu, połączonemu z torturami. Jak wspominała osadzona wówczas na Zamku w Lublinie, a pracująca w więziennym szpitalu kobieta, pochodząca z jednej z miejscowości sąsiadujących z Łuszczowem, Stefania Zarzycka była cała sina od pobicia. Znalazła w sobie jeszcze tyle sił, że dała życie swojemu czwartemu dziecku. Zmarła w więziennym szpitalu tuż po porodzie w dniu 29 maja 1949 r. Jej mąż po wyjściu z więzienia tak wspomniał, co komuniści wyprawiali z jego żoną  i z nim; relacja ta jest znana z przekazu jednej z jego córek:

"Ojca i matkę umieszczono w dwóch sąsiednich celach przedzielonych cienką ścianką. Jeden z ubeków wszedł do celi ojca i zapytał: – Słyszałeś jak drze się z bólu twoja baba? Nie? To zaraz usłyszysz. Po chwili z sąsiedniej celi rozlegał się przeraźliwy krzyk torturowanej, ciężarnej matki. Trwało to jakiś czas. Potem drzwi się otwierały, wchodziło kilku i mówiło do ojca: – A teraz ona usłyszy, jak ty wyjesz! – I rozpoczynało się bezlitosne bicie i kopanie".

Inaczej niż jego żonie, Władysławowi Zarzyckiemu dane było przeżyć piekło śledztwa. Sąd komunistyczny skazał go na 15 lat więzienia i orzekł konfiskatę całego majątku. W 1955 r. Zarzycki opuścił więzienne mury, wtedy też odzyskał dzieci. Po wyjściu z więzienia zamieszkał w Starachowicach, gdzie pracował w kopalni jako pomocnik górnika. Zmarł w 1963 r.

Swoim heroicznym uporem, jaki wykazał przez te kilkanaście minut na około godzinę przed świtem 3 kwietnia 1949 r., gdy katowany przez komunistów nie potwierdził, że kpt. „Uskok” przebywa w jego zabudowaniach, nie odmienił losu tych, których zdołał wówczas ochronić. „Uskok” zginął w niecałe dwa miesiące później. Nie zdążył ustalić kto złożył donos, który spowodował  śmierć „Strzały” i tragedię rodziny Zarzyckich. Dodajmy, że uczynili to jego podkomendni, „Wiktor” i „Lalek”. "Podziękowanie" nastąpiło 25 sierpnia 1951 r. – konfident został zastrzelony, a jego zabudowania spalone. „Wiktor” zginął 9 lutego 1953 r. Trzeci z partyzantów ocalonych dzięki Władysławowi Zarzyckiemu w ów kwietniowy dzień 1949 r., Edward Taraszkiewicz „Żelazny”, poległ  w walce 6 października 1951 r.

WNIOSKI ODZNACZENIOWE  JAKO AKTY OSKARŻENIA

Z historią grupy „Żelaznego” związane są postacie Romana Dobrowolskiego i Reginy Ozgi. Ich losy są kolejnymi smutnymi symbolami dziejów tej zapomnianej przez nas zbiorowości, której na imię „współpracownicy Żołnierzy Wyklętych”.

Roman Dobrowolski „Ostrożny”, współpracownik oddziału „Żelaznego”, aresztowany 7 X 1951 r., skazany na śmierć i 3 XII 1951 r. zamordowany na Zamku w Lublinie (IPN).

Odnośnie Romana Dobrowolskiego, wszystko to co istotne dla tego tekstu zawarte jest w zaświadczeniu, jakie wystawił Józef Domański „Znicz”, żołnierz oddziału Józefa Struga „Ordona”, a od jesieni 1949 r. podkomendny „Żelaznego”. Wspomniany dokument powstał 2 kwietnia 1951 r., na pół roku przed tragedią całej trójki: ”Żelaznego”, „Znicza” i Romana Dobrowolskiego. Oto jego treść:

"Niniejszym zaświadczam, że Dobrowolski Roman, pseudonim „Ostrożny” urodzony 10 II 1906 roku, imię matki Jadwiga, imię ojca Stanisław, zamieszkały w Urszulinie, powiatu Włodawskiego, z chwilą okupacji sowieckiej z pełnym poświęceniem dla sprawy Polski Podziemnej, udzielał zawsze pomocy dla członków podziemia oraz oddziałów zbrojnych. Dom jego służył często za kwaterę oddziału ś.p. „Ordona”, oraz punkt opatrunkowy dla rannych członków oddziału. W chwilach najbardziej krytycznych, gdy U.B. przeprowadzało akcje na oddziały podziemne, Dobrowolski Roman z narażeniem swego życia oraz całej rodziny, robił u siebie kryjówki, by ratować żołnierzy podziemia. W roku 1947-48, gdy fala terroru reżimowego wzrosła do najwyższego stopnia, i gdy wielu członków oddziałów zbrojnych poległo (mogę powiedzieć, że zostały tylko jednostki), Dobrowolski Roman i tym razem nie zawahał się i nie odmówił pomocy dla członków oddziałów podziemnych. W roku 1948 w jesieni gdy naprawdę straciłem nadzieję, czy zdołam przetrwać zimę, która się zbliżała, (tym bardziej, ponieważ byłem rannym w lecie tegoż roku i ze zdrowiem szwankowałem jeszcze dość poważnie) Dobrowolski Roman nie odmówił mi pomocy, robiąc w swych budynkach kryjówkę, gdzie do listopada 1949 roku szczęśliwie u niego przeżyłem. W listopadzie tegoż roku spotkałem się z kolegą „Żelaznym”. Kol. „Żelazny” także doznał od Dobrowolskiego Romana wprost rodzinnego współczucia i pomocy. Większą część zimy 1950-1951 razem z kol. „Żelaznym” i kol. „Kazikiem” przeżyliśmy u Dobrowolskiego Romana, dodać jeszcze muszę, że pomoc jakiej nam udzielał była zawsze szczera i bezinteresowna. Dużo by można wyliczyć szczegółów i szlachetnego poświęcenia dla Polski Podziemnej przez tyle lat. Dobrowolski Roman, pseudonim „Ostrożny” zasługuje na odznaczenie Złotym Krzyżem Zasługi".


Zaświa
dczenie (strona 1 i 2) wydane przez „Żelaznego” Romanowi Dobrowolskiemu (IPN).
[kliknij w obraz aby powiększyć]

Podobnie wysoką ocenę partyzantów uzyskała Regina Ozga, także – jak Roman Dobrowolski – od lat niosąca pomoc „leśnym”. Ona również została przedstawiona do odznaczenia Złotym Krzyżem Zasługi. Zaświadczenie dla Reginy Ozgi wystawił osobiście „Żelazny”. Nosi ono datę 19 czerwca 1951 r. Czytamy w nim :

"Niniejszym zaświadcza się, że koleżanka Ozga Regina, pseudonim „Lilka” zamieszkała we wsi Jagodno gminy Wola – Wereszczyńska powiatu Włodawskiego, jest aktywnym członkiem podziemnej organizacji „WiN”. Koleżanka „Lilka” w pracy podziemnej czynna jest od czasu okupacji niemieckiej bez przerwy- do czasu obecnego. W czasie swej konspiracyjnej pracy kol „Lilka” udzielała aktywnej pomocy dla oddziałów ś.p „Ordona” i  „Jastrzębia”, pracując jako łączniczka i członek wywiadu. Oprócz tego w domu kol. ”Lilki” był swego czasu szpital polowy oddziału „Ordona” gdzie kol. „Lilka” pracowała jako sanitariuszka. Dla mej grupy w czasie obecnym kol. „Lilka” oddała niezmiernie ważne usługi i to w czasie kulminacyjnego terroru ze strony U.B. i kompartji. Gdyby mi sądzonem było przetrwać do wyzwolenia Polski, przedstawię koleżankę „Lilkę”  do odznaczenia „Złotym Krzyżem Zasługi” za Jej poświęcenie osobiste i ofiarną pracę dla dobra Polski Podziemnej".


Regina Ozga „Lilka”, łączniczka grupy „Żelaznego”, aresztowana 6 X 1951 r., skazana na karę śmierci, zamienioną na dożywotnie więzienie. Zdjęcie sygnalityczne wykonane przez UB (IPN).

Tyle że „Żelaznemu” nie było dane doczekać wolnej Polski. A kiedy wnioski te sporządzono, nie było już w podziemiu nikogo, kto byłby władny je rozpoznać – były pisane z nadzieją na lepsze czasy. Przejęte przez komunistów, przeleżały dziesiątki lat w archiwach bezpieki. Miały nigdy nie ujrzeć światła dziennego. Dziś są pierwszorzędnym, choć raczej mało kogo obchodzącym, świadectwem bohaterstwa osób w nich opisanych. W każdym razie Regina Ozga ani Roman Dobrowolski nie otrzymali Złotych Krzyży Zasługi, choć po stokroć na nie zasłużyli. Ich oddanie dla idei wolności Ojczyzny zostało natomiast odpowiednio docenione przez komunistów.

Legitymacja (awers i rewers) członka Polskiej Organizacji Podziemnej „Wolność i Niepodległość” wydana przez „Żelaznego” Romanowi Dobrowolskiemu "Ostrożnemu" w dniu 2 IV 1951 r. (IPN)

Los obojga został wyznaczony przez koniec grupy „Żelaznego”, który nastąpił 6 października 1951 r. Ostatnia walka tej czteroosobowej wówczas grupy – pełna dynamiki, zwrotów akcji, brawury i zimnej krwi wykazanej przez „Żelaznego” ale i, niestety, również przez jednego z jego przeciwników – zakończyła się śmiercią dowódcy, jego podkomendnego oraz aresztowaniem dwóch pozostałych partyzantów (wszystkich zainteresowanych poznaniem lub przypomnieniem sobie szczegółów tego boju zachęcam do lektury znakomitego tekstu autorstwa Grzegorza Makusa – OSTATNIA WALKA PPOR. "ŻELAZNEGO"). Od kul funkcjonariuszy UB i KBW zginęli również gospodarze, u których „leśni” kwaterowali – Natalia i Teodor Kaszczukowie, przy czym Natalia Kaszczuk zmarła z upływu krwi, bo jako meliniarce bandy nie udzielono jej pomocy.
Jednym z dwóch pojmanych wówczas partyzantów „Żelaznego” był „Znicz”, ten sam, który pół roku wcześniej wystawił zaświadczenie opisujące oddanie Romana Dobrowolskiego dla sprawy wolności. Nie wytrzymał bicia i szybko wyjawił UB najważniejszych współpracowników oddziału. Na czele tej listy znajdowali się Roman Dobrowolski i Regina Ozga.

Zdjęcia wykonane przez bandytów z UB 6 października 1951 r. na  dziedzińcu PUBP we
Włodawie. Leżą zabici: Kazimierz Torbicz "Kazik" (z lewej) i Edward
Taraszkiewicz "Żelazny" (z prawej). W środku siedzi Stanisław Marciniak
"Niewinny", skazany na karę śmierci, zamordowany wraz z Józefem
Domańskim "Łukaszem" 12 stycznia 1953 r. w więzieniu na Zamku w
Lublinie (IPN).

Hołota, o której pisał „Uskok”, odmalowując w swych notatkach wizytę funkcjonariuszy UB w jednym z faszystowskich domów gdzieś pod Lublinem, zjawiła się w zabudowaniach Romana Dobrowolskiego i jego siostry Janiny ps. "Joanna" (wspólnie prowadzili gospodarstwo i razem nieśli pomoc partyzantom) o świcie 7 października 1951 r. Na miejscu znalazła kompletne archiwum oddziału „Żelaznego”, w tym przywołane w niniejszym tekście wnioski awansowe, które z chwilą przejęcia ich przez UB, zaczęły pełnić funkcję gotowych aktów oskarżenia. Dzień wcześniej, 6 października 1951 r., aresztowana została Regina Ozga. Dodajmy, dla ścisłości opisu, choć to dla tematu niniejszego tekstu rzecz drugorzędna, że jej aresztowanie nie było wynikiem informacji pozyskanych przez UB od „Znicza”. Nastąpiło wcześniej i zostało spowodowane przez agenta, za przyczyną którego komunistom udało się ustalić miejsce pobytu partyzantów.

Janina Dobrowolska "Joanna" i jej brat Roman Dobrowolski "Ostrożny" z matką (IPN).

CENA  I  ŚWIADECTWO

Roman Dobrowolski został skazany na karę śmierci i zamordowany 3 grudnia 1951 r. na Zamku w Lublinie  (jego siostra Janina, otrzymała karę 12 lat więzienia; więzienne mury opuściła 30 kwietnia 1956 r.). Majątek rodzeństwa Dobrowolskich skonfiskowano. Miejsce pogrzebania doczesnych szczątków Romana Dobrowolskiego pozostaje nieznane. Regina Ozga usłyszała ten sam wyrok co Roman Dobrowolski – karę śmierci.

Legitymacja Polskiej Organizacji Podziemnej „Wolność i Niepodległość” Reginy Ozgi „Lilki”, wydana w kwietniu 1951 r. przez Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego” (IPN).

Podczas rozprawy przed sądem komunistycznym oświadczyła: "byłam i jestem wrogiem Polski Ludowej". Trudno, zważywszy na okoliczności w jakich wypowiedziała te słowa, o piękniejsze i większe świadectwo hartu ducha i wiary w sprawę wolności. Powiedziała też: "wobec Boga i Ojczyzny i ludzi mam czyste sumienie, bo nikomu nic złego nie zrobiłam". Ta jej postawa została przywołana przez sąd komunistyczny w opinii na temat ewentualnego ułaskawienia skazanej; opinii oczywiście negatywnej. Orzeczona wobec niej kara śmierci została decyzją Bieruta zamieniona na dożywocie, a po pewnym czasie, w wyniku amnestii, zmniejszona do 15 lat więzienia. Jej rodzice, Zygmunt i Maria Ozgowie, byli sądzeni w oddzielnym procesie. Skazano ich na 15 lat więzienia. Majątek rodziny Ozgów skonfiskowano. Regina Ozga opuściła mury więzienia 26 lutego 1958 r. Zmarła 1 lipca 1994 r. w Pile.

Opinia składu sądzącego Reginę Ozgę „Lilkę” (strona 1 i 2), świadcząca o jej wyjątkowo godnej postawie w obliczu zasądzonej kary śmierci w dn. 14 VIII 1952 r. (IPN). [kliknij w obraz aby powiększyć]

REFLEKSJE FUNERALNE NA MARGINESIE PEWNEJ PRZEMOWY

Nie łudźmy się, dla poprawy nastroju, że w wolnej Polsce Regina Ozga doczekała się  jakichkolwiek wyrazów oficjalnego uznania za swoją ofiarę dla sprawy wolności. Jestem przekonany, że także na jej pogrzebie nie zaistniał jakikolwiek oficjalny akcent. Umarła zbyt wcześnie. O epopei Żołnierzy Wyklętych dopiero zaczynało się wtedy mówić. 

Niecałe dziesięć lat wcześniej, w październiku 1984 r., miała miejsce pewna uroczystość. Sądzę, że w kontekście tego tekstu należy ją przypomnieć. Przy pracy nad nim odtworzyłem sobie zapisane na taśmie filmowej fragmenty wspomnianej ceremonii. Oto jej oprawa i najważniejsze momenty: uroczystość odbywa się w niewielkiej auli. Na jednej ze ścian rozciągnięta jest czerwona kotara. Na kotarze, z prawej strony, zawieszony jest artystycznie wykonany napis "40 lat SB i MO". Prawa strona kotary służy jako tło dla tablicy, na której czytamy: "funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa i Milicji Obywatelskiej Zawsze wierni socjalistycznej ojczyźnie".

Aula wypełniona jest gośćmi, wielu z nich przybyło w strojach mundurowych, niektórzy mają piersi udekorowane szeregiem orderów. Do zebranych przemawia przyszły pierwszy prezydent III Rzeczypospolitej Polskiej, wtedy jeszcze pierwszy sekretarz partii tow. Wojciech Jaruzelski. Od objęcia funkcji prezydenta dzieli go niecałe pięć lat.

Słowa, które wówczas padły z ust pana prezydenta in spe wydają mi się stosunkowo ważne i warte przypomnienia:

"Szanowne towarzyszki, szanowni towarzysze, drodzy moi,
chciałem złożyć serdeczne gratulacje, wam, czołowemu, kierowniczemu aktywowi resortu a za waszym pośrednictwem wszystkim funkcjonariuszom i żołnierzom najgorętsze gratulacje i życzenia w związku z czterdziestoletnim jubileuszem. Czterdzieści lat to przecież w historii odcinek nie tak długi, ale w życiu naszego narodu to cała epoka (…) W tej walce byliście zawsze i jesteście na pierwszej linii. Brzmi to na pozór banalnie, ale przecież ta pierwsza linia oznacza, że od narodzin Polski ludowej funkcjonariusze służby bezpieczeństwa, milicjanci, wszyscy służący pod waszym znakiem musieli toczyć dzień po dniu ostrą walkę klasową. Ja szczycę się tym, że miałem możność i mam możność pracować i służyć razem z wami, na tej właśnie pierwszej linii (…) Na zakończenie złożę wam najserdeczniejsze również życzenia, aby wasza trudna służba przynosiła coraz większe owoce, by wróg został ostatecznie zepchnięty do defensywy i wyrzucony za burtę. Byśmy szli dalej z podniesioną głową w nowe, lepsze jutro socjalizmu".

Wędrówką życie jest człowieka. Prawda ta, wyrażona strofą piosenki, oznacza też, że dla każdego przychodzi wędrówki kres. Nikt z nas nie zna dnia ani godziny, nikt nie wie, ile minut powietrza jeszcze mu zostało. Możemy tylko z pewnym prawdopodobieństwem zakładać, że niektórzy, na przykład z racji wieku, mają bliżej do końca swej ziemskiej wędrówki niż inni. Powyższe pozwala przypuszczać, że w stosunkowo nieodległym czasie przyjdzie po pierwszego prezydenta III Rzeczypospolitej Polskiej „zegarmistrz światła purpurowy”. Taka jest kolej rzeczy, po prostu. I tylko wizja obrazów z jego pogrzebu z asystą Kompanii Honorowej Wojska Polskiego, z udziałem najwyższych władz państwowych – z Prezydentem Rzeczypospolitej na czele, z odegraniem hymnu państwowego, z orderami ułożonymi na lawecie z trumną, z biciem werbli i salwą honorową jawi mi się tak niesamowitym i upiornym rechotem historii, że aż…

Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego

z lat 1944-1954

PS (i) fragmenty notatek kpt. „Uskoka” przywołałem za publikacją: Zdzisław Broński „Uskok”, Pamiętnik, Instytut Pamięci Narodowej, Warszawa 2004; (ii) „wiatr popiół rozwieje, deszcz ślady wymyje” – fragment tekstu Jacka Kaczmarskiego, „Kataryniarz”; (iii) faktografię dotyczącą  Ksawerego Bielińskiego zaczerpnąłem z artykułu mec. Bogusława Niemirki, „Powstańcy styczniowi regionu sokołowskiego w świetle spisów represjonowanych”; publ: Sokołowski Rocznik Historyczny (nr 1/2013); (iv) fragment „jak wszyscy ci, których dotknęło nieszczęście byli w swej niedoli samotni” zawiera zapożyczenie z wiersza Zbigniewa Herberta „Raport z oblężonego miasta”; (v) losy rodziny Zarzyckich były tematem kilku artykułów, m.in.: Grzegorz Makus, Tragedia rodziny Zarzyckich, publ: „Gazeta Polska"; relacja córki Władysława Zarzyckiego oddająca jego wspomnienia z okresu śledztwa została przywołana za książką Henryka Pająka, „Uskok” kontra UB, Lublin 1992 r.; (vi) najpełniejszy opis działań grupy operacyjnej przeprowadzającej w kolonii Łuszczów operację przeciwko kpt. „Uskokowi” przedstawiony został w sporządzonym 13 kwietnia 1949 r. raporcie p.o. naczelnika Wydziału ds. Funkcjonariuszy MBP płk. Jerzego Siedleckiego do Ministra Bezpieczeństwa Publicznego Stanisława Radkiewicza; publ: Zdzisław Broński „Uskok”, Pamiętnik, Instytut Pamięci Narodowej, Warszawa 2004; (vii) treść wniosków odznaczeniowych dot. Romana Dobrowolskiego i Reginy Ozgi podałem za: Grzegorz Makus, "Bracia Wyklęci". Działalność oddziału partyzanckiego Obwodu WiN Włodawa Leona Taraszkiewicza "Jastrzębia" i Edwarda Taraszkiewicza "Żelaznego" w latach 1945–1951 (Zarys monograficzny), praca niepublikowana; (viii) fragmenty uroczystości z okazji 40-lecia MO i SB z udziałem Wojciecha Jaruzelskiego zostały przypomniane w filmie dokumentalnym „Bezpieka. Pretorianie komunizmu”, w reż. Bogdana Łoszewskiego; (ix) „wędrówką życie jest człowieka” – tytuł i fragment tekstu Edwarda Stachury, (x) fragment  „nikt nie wie, ile minut powietrza jeszcze mu zostało” zawiera zapożyczenie z wiersza Zbigniewa Herberta „Proces”; (xi) „zegarmistrz światła purpurowy” – tytuł piosenki Tadeusza Woźniaka.

Postacie drugiego planu… refleksja w kontekście Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych – część 1/2>
Strona główna>
Prawa autorskie>

67. rocznica śmierci mjr. "Ognia"

67. rocznica śmierci mjr. Józefa Kurasia  "Ognia"

…Nie dajmy zginąć poległym.
Zbigniew Herbert


Major Józef Kuraś "Ogień"

67 lat temu, 21 lutego 1947 r., w wyniku zdrady Stanisława Byrdaka, Antoniego Twaroga i Stefanii Kruk, w Ostrowsku na Podhalu został otoczony przez obławę UB-KBW mjr Józef Kuraś "Ogień", dowódca Zgrupowania Partyzanckiego "Błyskawica".
Nie widząc szansy wyrwania się z okrążenia, ostatnią kulę przeznaczył
dla siebie. W wyniku postrzału zmarł
dwadzieścia minut po północy, czyli już 22 lutego 1947 roku.
 
W
lecie 1946 r. jego rozkazom podlegało kilkanaście oddziałów,
skupiających w sumie ok. 600 partyzantów, zaś liczba współpracowników
przekraczała 2 tysiące ludzi. Oddziały podporządkowane „Ogniowi”
niepodzielnie panowały na terenie Podhala i powiatu tatrzańskiego, 
zbrojnie
przeciwstawiając się nowej okupacji.

Walczyliśmy o Orła, teraz – o koronę dla Niego, hasłem naszym Bóg, Ojczyzna, Honor
Tekst ulotki mjr. Józefa Kurasia "Ognia" z 1945 r.

 […] Sprawa złożenia broni: jako Polak i stary partyzant oświadczam: wytrwam do końca na swym stanowisku «Tak mi dopomóż Bóg». Zdrajcą nie byłem i nie będę. […] Daremne wasze trudy, mozoły i najrozmaitsze podstępy.
Fragment listu mjr. "Ognia" do UB


Apel w obozie oddziału ochrony sztabu mjr. Józefa Kurasia „Ognia” (przyjmuje meldunek). Lato 1946 r.

Komuniści
przez kilkadziesiąt lat kreowali opinie o „Ogniu”. Zafałszowana
propaganda miała zastąpić fakty skrywane w archiwach. W tysiącach
egzemplarzy wielokrotnie wznawiano preparowane przez komunistycznego
literata Władysława Machejka rzekome „dzienniki” „Ognia”. Do dziś wielu
uważa je za autentyczny „dokument”…

Najgroźniejsze było to, że banda «Ognia» miała oparcie w tamtejszym społeczeństwie.

I sekretarz Komitetu Powiatowego PPR w Nowym Targu Jan Półchłopek

Miejscowa ludność miała uzasadnioną wątpliwość czy władza ludowa w ogóle istnieje, wszak na tym terenie faktycznie nie liczyła się, nie była odczuwalna, na każdym kroku dawało o sobie znać […] reakcyjne podziemie. Górale nie wywiązywali się z obowiązków wobec Państwa […], np. do odbycia służby wojskowej zgłosiło się zaledwie 5 proc. poborowych.

Eugeniusz Wojnar – instruktor propagandy PPR w Nowym Targu


Grupa sztabowa zgrupowania „Ognia” nad Przełączą Borek w Gorcach latem 1946 r. „Ogień” z żoną stoi po lewej stronie.

Apel w obozie oddziału ochrony sztabu mjr. Józefa Kurasia „Ognia” (zaznaczony „×”). Gorce, lato 1946 r.

Józef Kuraś „Ogień” wśród podkomendnych (w środku grupy w białej koszuli), pierwszy z lewej Kazimierz Kuraś „Kruk” (bratanek "Ognia", osaczony wraz nim poległ 21 II 1947 r.), drugi z prawej Jan Kolasa „Powicher”.

Major został zdradzony przez  Stanisława Byrdaka, Antoniego Twaroga i Stefanię Kruk.
Wszyscy ci ludzie związani byli wcześniej z jego oddziałami. To dzięki
m.in. Stefanii Krukowej – łączniczce i matce złapanego i maltretowanego
przez bezpiekę jednego z „ogniowców” – Urzędowi Bezpieczeństwa udało się
zasadzić na mjr. Józefa Kurasia „Ognia” w 1947 r. w Ostrowsku.
Nowotarskie UB informacje otrzymało ok. godz. 9:30, 21 lutego 1947 r.
Ok. godz. 10:00, czterdziestoosobowa grupa z odwodu Wojsk Wewnętrznych,
wzmocniona przez dziesięciu funkcjonariuszy UB i MO, wyjechała do
Ostrowska.

Dom w Ostrowsku, w którym 21 lutego 1947 r. osaczono Józefa Kurasia „Ognia”.

Atak
na dom Józefa i Anny Zagatów, w którym przebywał „Ogień” rozpoczęto ok.
godz. 13:00. Wcześniej otoczono cały kompleks zabudowań w trójkącie
trzech dróg. W trakcie strzelaniny Jan Kolasa „Powicher” wraz z
rannym Stanisławem Ludzią „Harnaś”
zdołali się przebić i uciec. Zginęli Stanisław Sral „Zimny”,
Kazimierz Kuraś „Kruk” (bratanek „Ognia”). Franciszkowi Dróżdżowi 
„Szpakowi” udało się ukryć.

Stanisław Ludzia ps. "Harnaś", dowódca postogniowego oddziału "Wiarusy",
walczącego na Podhalu do końca lat 40-tych. W wyniku prowokacji ujęty
przez UB i zamordowany 12 stycznia 1950 roku. Zdjęcie z aresztu WUBP w
Krakowie, wykonane w drugiej połowie 1949 r.

Partyzanci
najpierw niepostrzeżenie przeniknęli do sąsiedniego budynku Michała
Ostwalda. Podpalono zabudowania, ale „Ogień” wraz z Ireną Olszewską ps.
„Hanka” zdołał przedostać się do kolejnego budynku Marii Kowalczyk –
Pachowej. Tam otoczony, został wezwany do poddania się. Odmówił,
polecając skorzystać z tej propozycji „Hance”. Po jej wyjściu z budynku
„Ogień” próbował popełnić samobójstwo. Strzał w skroń nie spowodował
jednak natychmiastowego zgonu – w stanie utraty przytomności został
pojmany. Żołnierze obławy, po wdarciu się na strych, zrzucili
nieprzytomnego „Ognia” po schodach, jednak UB-ecy, doceniając w pełni
wagę informacji, jakie planowali uzyskać podczas przesłuchań, za wszelka
cenę chcieli go ocalić. Przeniesiono go na ciężarówkę, sanitariusz KBW
udzielił mu pierwszej pomocy i zawieziono go do nowotarskiego szpitala,
który otoczył kordon KBW, a wewnątrz pilnowała „Ognia” obstawa UB i MO.

Ostrowsko, 21 lutego 1947 r. Ubecka
fotografia rannego mjr. Józefa Kurasia „Ognia”. Po śmierci jego ciało zostało pogrzebane przez komunistów w nieznanym miejscu. W
sprawie ukrycia zwłok „Ognia” ówczesny kierownik Sekcji ds. Walki z
Bandytyzmem PUBP w Nowym Targu, Kazimierz Jaworski, wyraził się jasno:
„Nie chcieliśmy pochować go na ziemi nowotarskiej, aby jego grób nie
stał się miejscem manifestacji, składania kwiatów itp.”.

Próby
uratowania życia okazały się nieskuteczne. Major Józef Kuraś „Ogień”
zmarł dwadzieścia minut po północy, czyli już 22 lutego 1947 roku. Ciało
zostało zabrane i złożone na podwórku WUBP w Krakowie i według
niepotwierdzonych informacji, następnego dnia przekazano je Wydziałowi
Lekarskiemu Akademii Medycznej, jako zwłoki nieznanego mężczyzny.

Ufundowany przez Fundację "Pamiętamy" i odsłonięty w Zakopanem, 13
sierpnia 2006 r. przez ŚP. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego pomnik w
hołdzie mjr. "Ogniowi" i jego żołnierzom jest niewielkim, symbolicznym
zadośćuczynieniem za ogrom kłamstw, krzywd i zbrodni, których
doświadczyli Ci ludzie z rąk komunistycznych oprawców.

Major
Józef Kuraś "Ogień" do dziś nie ma swojego grobu, UB nigdy nie ujawniło
miejsca jego pochówku, czy tajemnicy co się stało z ciałem, choć wiele
wskazuje na to, że po śmierci legendarnego partyzanta jego szczątki
spoczęły na Rakowicach w Krakowie, w kwaterach gdzie grzebano
partyzantów, którzy zginęli z rąk komunistycznego aparatu
bezpieczeństwa.
W walce z komunistami zginęło lub zostało
zamordowanych ponad
dziewięćdziesięciu podkomendnych "Ognia". Grobów zdecydowanej większości
z Nich także do dzisiaj nie udało się odnaleźć. Być może w przyszłości
dane będzie Majorowi i jego żołnierzom spocząć w poświęconej ziemi…

12 sierpnia 2012 r. przy szlaku na Turbacz, nieco poniżej najwyższego wierzchołka Gorców, odsłonięto kolejny (23) pomnik ufundowany przez Fundację "Pamiętamy", poświęcony partyzantom walczących w Gorcach z niemieckim i komunistycznym zniewoleniem.

Pomnik w kształcie brzozowego krzyża nakrytego partyzancką czapką upamiętnia żołnierzy Konfederacji Tatrzańskiej, Armii Krajowej, Ludowej Straży Bezpieczeństwa, Zgrupowania "Błyskawica" Józefa Kurasia "Ognia" oraz partyzantów postogniowego oddziału "Wiarusy".


GLORIA VICTIS !!!


Więcej na temat mjr. Józefa Kurasia "Ognia", Zgrupowania Partyzanckiego "Błyskawica" i oddziału "Wiarusy" czytaj:

Zainteresowanych
historią mjr. "Ognia" i jego Zgrupowania odsyłam do "Biuletynu IPN" nr 1-2/2010 [pobierz PDF>], poświęconemu w całości Podhalu. Oprócz
wielu ciekawych artykułów na ten temat, „Biuletyn IPN” zawiera również
bezpłatny dodatek – płytę DVD z programem „Siła bezsilnych – »Ogień«” i filmem dokumentalnym „My, Ogniowe dzieci”.

W
podwójnym numerze „Biuletynu IPN” przedstawiono najnowsze dzieje
Podhala – od dwudziestolecia międzywojennego aż po czasy „Solidarności” i
stanu wojennego. W numerze zarysowano plany niemieckiego okupanta wobec
regionu, kolaborację i mocną odpowiedź struktur Polskiego Państwa
Podziemnego. Na szczególną uwagę zasługują teksty o oporze wobec
wszelkich prób komunizowania Podhala. Stron 208, cena 8 zł.

67. rocznica śmierci mjr. "Zagończyka" i kpt. "Warszyca"

67. rocznica śmierci mjr. Franciszka Jaskulskiego "Zagończyka" i kpt. Stanisława Sojczyńskiego "Warszyca".
…Nie dajmy zginąć poległym.
Zbigniew Herbert

W
dniu dzisiejszym, 19 lutego 2014 roku, przypada
67. rocznica
zamordowania przez komunistycznych oprawców dwóch wybitnych oficerów
podziemia antykomunistycznego w Polsce: mjr. Franciszka Jaskulskiego
"Zagończyka" i kpt. Stanisława Sojczyńskiego "Warszyca”.

_
Mjr. Franciszek Jaskulski "Zagończyk" i kpt. Stanisław Sojczyński "Warszyc".

19
lutego 1947 r., na trzy dni przed wejściem w życie ustawy amnestyjnej, w
dwóch różnych więzieniach stracono dowódcę oddziałów Związku Zbrojnej Konspiracji, mjr. "Zagończyka" (w Kielcach) i twórcę Konspiracyjnego Wojska Polskiego, kpt. "Warszyca"
(w Łodzi). Ci dwaj oficerowie Wojska Polskiego, Armii Krajowej i
powojennej partyzantki niepodległościowej, to jedni z najbardziej
bohaterskich żołnierzy Polskiego Państwa Podziemnego i najwspanialsze
postacie antykomunistycznego oporu przeciwko sowietyzacji Polski.

Protokół wykonania wyroku śmierci na mjr. Franciszku Jaskulskim "Zagończyku"

Protokół wykonania wyroku śmierci na kpt. Stanisławie Sojczyńskim "Warszycu"

GLORIA VICTIS !

Więcej na temat mjr. "Zagończyka" i kpt. "Warszyca" czytaj:

Strona główna>
Prawa autorskie>

TRZEBA PRZECZYTAĆ !!! (70)


Marcin Zwolski
Śladami zbrodni okresu stalinowskiego w województwie białostockim

IPN, Białystok 2013, 456 s., opr. twarda, format 215×300

Wydawnictwo z pogranicza monografii i albumu. Używając bogatej ikonografii, przedstawia ogrom zbrodni komunistycznych pierwszych dwunastu powojennych lat w woj. białostockim. Pokazuje je przez pryzmat miejsc, gdzie ich dokonywano. W miejscach tych do dzisiaj zachowało się często wiele śladów po ofiarach i katach. Najbardziej dramatycznymi fragmentami książki są relacje opisujące okrutne zbrodnie z najmniejszymi detalami, a autorami tych relacji są nie tylko ofiary, ich bliscy i postronni świadkowie. Opowiadają o nich też ci, którzy bili i mordowali – opowiadają bez skruchy i zażenowania, bez cienia szacunku dla tysięcy swoich ofiar.

Pierwsze muzeum martyrologiczne w miejscu masowych zbrodni niemieckich powstało w Polsce jeszcze w trakcie wojny – jesienią 1944 r. na Majdanku. W 1947 r. ustawą sejmową powołano dwa centralne państwowe muzea w byłych niemieckich obozach – na Majdanku i w Auschwitz-Birkenau. W późniejszych latach zorganizowano kolejne. Miejsca niemieckich zbrodni są w większości udokumentowane, oznaczone i odpowiednio chronione.
A co z miejscami zbrodni komunistycznych? Ile mamy muzeów powołanych do dbania o pamięć o tych zbrodniach? W ilu byłych ubeckich czy sowieckich katowniach znajdują się chociaż miejsca pamięci udostępnione dla zwiedzających? Odpowiedź jest smutna, a zarazem szokująca – w przeciwieństwie do innych krajów postkomunistycznych nie mamy takich muzeów, a miejsc pamięci jest zaledwie kilka. Do rzadkości należą nawet skromne tablice informujące, że w danym budynku, już po wojnie, poniosło śmierć wielu niewinnych Polaków. (…) Na kartach tej książki przedstawiono tylko 57 miejsc, rezygnując w chwili obecnej przede wszystkim z pokazania tych, co do których nie udało się uzyskać wystarczających danych potwierdzających popełnienie tam zbrodni. Nie znaczy to, że przy ewentualnym odnalezieniu dodatkowych materiałów bądź świadków nie okaże się, że i te miejsca będzie można wskazać czytelnikom w przyszłości. W kilku przypadkach zrezygnowano z zaprezentowania miejsc zbrodni ze względu na brak możliwości uzyskania interesującego i wiarygodnego materiału – wymusiła to albumowa forma niniejszego wydawnictwa. Były wreszcie miejsca, których nie udało się pokazać, bo nie zostały ostatecznie zlokalizowane lub też okazało się, że w ciągu minionych lat zatarły się po nich wszelkie ślady – dotyczyło to np. dawno wyburzonych budynków, na których miejscu stoją obecnie zupełnie inne inwestycje.

Ze Wstępu Autora

Więcej na temat tej wstrząsającej książki przeczytaj:



Książka w cenie 60 zł jest już do nabycia w Oddziale IPN w Białymstoku (kontakt: [email protected], tel. 85 66 457 87). Podczas spotkań promocyjnych będzie można zakupić ją w cenie 49 zł. Przy zakupach powyżej 5 sztuk obowiązywać będzie cena 37,08 zł.

Ponadto książka do kupienia:

Podczas spotkań promujących wydawnictwo Śladami zbrodni okresu stalinowskiego w województwie białostockim, które odbywać się będą w lutym i marcu 2014 r. na terenie województwa podlaskiego, pracownicy Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej w Białymstoku będą zbierać materiał historyczny i biologiczny od krewnych ofiar zbrodni totalitaryzmów.
Zapowiedzi spotkań promocyjnych publikujemy na stronie oddziału białostockiego IPN

SPIS TREŚCI

  • Przedmowa
  • Wstęp
  • Wykaz skrótów
  • 1. Siedziby sowieckich organów bezpieczeństwa

1.1. Białystok, ul. św. A. Boboli 66
1.2. Białystok, ul. Kawaleryjska 70/3
1.3. Białystok, ul. Ogrodowa 2
1.4. Białystok, ul. Słonimska 26
1.5. Białystok, ul. J. Sobieskiego 2
1.6. Białystok, ul. Warszawska 37
1.7. Białystok, ul. Warszawska 65
1.8. Sokółka, ul. ks. P. Ściegiennego 31

  • 2. Siedziby UB

2.1. Augustów, ul. 3 Maja 16
2.2. Białystok, ul. J. K. Branickiego 1}
2.3. Białystok, ul. A. Mickiewicza 5
2.4. Białystok, ul. S. Staszica 2
2.5. Białystok, ul. Warszawska 7
2.6. Bielsk Podlaski, ul. F. Żwirki i S. Wigury 4
2.7. Ełk, ul. J. Słowackiego 2–6
2.8. Ełk, ul. Wojska Polskiego 1–5
2.9. Ełk, ul. Wojska Polskiego 9
2.10. Gołdap, ul. 11 Listopada 3
2.11. Grajewo, ul. M. Kopernika 17
2.12. Kolno, ul. S. Okrzei 5–9
2.13. Kolno, ul. Wojska Polskiego 29
2.14. Łomża, ul. Nowogrodzka 5
2.15. Olecko, ul. Kolejowa 3
2.16. Olecko, ul. Zamkowa 1–5
2.17. Siemiatycze, ul. Drohiczyńska 31
2.18. Sokółka, ul. J. H. Dąbrowskiego 12
2.19. Suwałki, ul. T. Kościuszki 5
2.20. Suwałki, ul. T. KościuszkI 78
2.21. Wysokie Mazowieckie, ul. Ludowa 11
2.22. Wysokie Mazowieckie, ul. Ludowa 13

  • 3. Więzienia

3.1. Białystok, ul. M. Kopernika 21
3.2. Białystok,
ul. Hetmańska 89

3.3. Białystok, ul. Świętojańska 13
3.4. Ełk, ul. Zamkowa 1–5
3.5. Wityny
3.6. Łomża, Al. Legionów 36
3.7. Suwałki, ul. J. Dwernickiego 17

  • 4. Miejsca wykonywania wyroków śmierci

4.1. Białystok, las Pietrasze
4.2. Białystok, las Solnicki
4.3. Białystok, ul. J. Bema 100
4.4. Białystok, ul. Częstochowska
4.5. Ciechanowiec, Pl. 3 Maja
4.6. Wojtkowice Glinna
4.7. Zabłudów, Rynek

  • 5. Miejsca pochówków ofiar zbrodni

5.1. Augustów, ul. Zarzecze
5.2. Białystok, ul. Antoniuk Fabryczny 45
5.3. Białystok, ul. Letniska
5.4. Białystok, ul. Świerkowa 1
5.5. Białystok, ul. W. Wysockiego 1
5.6. Bielsk Podlaski, ul. Dubiażyńska
5.7. Sajenek

  • 6. Obława augustowska

6.1. Jasionowo 13
6.2. Krasnybór 41
6.3. Sztabin, ul. Rybna 24
6.4. Augustów, ul. 3 Maja 36
6.5. Augustów, ul. 3 Maja 37
6.6. Augustów, ul. Partyzantów 9, 11

  • Bibliografia
  • Indeks osób
  • Indeks miejscowości

Strona główna>
Prawa autorskie>

61. rocznica śmierci ppor. "Wiktora

61. rocznica śmierci ppor. Stanisława Kuchciewicza "Wiktora"

…Nie dajmy zginąć poległym.
Zbigniew Herbert


Stanisław Adam Kuchciewicz „Iskra”, „Wiktor” (1922-1953).

61 lat temu, podczas akcji zaopatrzeniowej na Gminną Kasę Spółdzielczą w Piaskach
(woj. lubelskie), zginął jeden z ostatnich dowódców antykomunistycznego
podziemia, żołnierz NSZ-NZW i WiN, ppor. cz.w. Stanisław Kuchciewicz "Wiktor".

Wieczorem
10 lutego 1953 r., tuż przed zakończeniem pracy urzędu, „Wiktor” i
jeden z jego żołnierzy – Zbigniew Pielach ps. „Felek” wkroczyli do
budynku GKS w Piaskach. Ich działania ubezpieczał od strony cmentarza Józef Franczak ps. „Lalek”.
Po kilku minutach w budynku pojawiła się grupa funkcjonariuszy MO z
posterunku w Piaskach, zaalarmowana przez pracowników GKS. W poczekalni
doszło do strzelaniny, w wyniku której "Wiktor został śmiertelnie ranny.
Zdążył jeszcze wydać polecenie „Felkowi”, by ten się wycofał, po czym
stracił przytomność. Zmarł na korytarzu Gminnej Kasy Spółdzielczej,
kilka minut po otrzymaniu postrzału.

Fotografia pośmiertna „Wiktora” wykonana najprawdopodobniej na terenie więzienia na Zamku w Lublinie w lutym 1953 r.

Ciało
„Wiktora” przewieziono natychmiast do więzienia na Zamku w Lublinie,
gdzie zwłoki identyfikowali, sprowadzeni przez UB, rodzice, brat i
znajomi. Przeprowadzono również oględziny lekarskie, które jako
przyczynę śmierci denata wykazały wykrwawienie się z rany postrzałowej
płuc.
Miejsce pochówku Stanisława Kuchciewicza do dzisiaj pozostaje nieznane.

GLORIA VICTIS !

Z
racji tej smutnej rocznicy zapraszam do lektury biogramu
Stanisława Kuchciewicza "Wiktora", autorstwa Artura Piekarza,
historyka, pracownika lubelskiego Oddziału IPN:

Strona główna>
Prawa autorskie>

63. rocznica śmierci por. "Burty"

63. rocznica śmierci por. Jana Leonowicza "Burty"

…Nie dajmy zginąć poległym.
Zbigniew Herbert


Por. Jan Leonowicz "Burta" (15 I 1912 – 9 II 1951)

63 lata temu, 9 lutego 1951 r., w zasadzce zorganizowanej we wsi Nowiny przez grupę operacyjną UB pod dowództwem sierż. Ryszarda Trąbki,   zginął por. Jan Leonowicz ps. "Burta",
żołnierz Armii Krajowej, dowódca jednego z najdłużej walczących z
komunistami oddziałów partyzanckich samodzielnego Obwodu WiN Tomaszów
Lubelski.

Jego zwłoki przewieziono do Tomaszowa Lub., gdzie przez dwa tygodnie
wystawione były na widok publiczny przed budynkiem PUBP. Do dzisiaj nie
wiadomo gdzie zostało pogrzebane ciało  por. "Burty". Zakopano je
najprawdopodobniej na dziedzińcu tomaszowskiego PUBP lub na nowym
cmentarzu przy drodze do Zamościa.

Zwłoki Jana Leonowicza "Burty" na dziedzińcu tomaszowskiego PUBP, luty 1951 r. Zdjęcie wykonane przez bandytów z UB.

GLORIA VICTIS !!!

Jan Leonowicz, ps. "Burta" (ur. 15 stycznia 1912 r. w Żabczu, gm. Poturzyn, pow. Tomaszów Lubelski, zm. 9 lutego 1951 r. we wsi Nowiny, pow. Tomaszów Lubelski) – członek SZP-ZWZ-AK, działacz WiN, dowódca oddziału partyzanckiego na Lubelszczyźnie.

Jan Leonowicz z żoną Marią Ludwiką z d. Lanckorońską, 1937 r.

Pochodził
z rodziny ziemiańskiej Mariana i Anastazji z d. Jurczak, był jednym z
dziesięciorga rodzeństwa. Ojciec był leśniczym, dziadek powstańcem
styczniowym. Po ukończeniu szkoły powszechnej rozpoczął naukę w
gimnazjum. Służbę wojskową odbywał w 2. psk w Hrubieszowie.

We
wrześniu 1939 walczył w szeregach macierzystej jednostki, ranny,
powrócił z frontu w październiku 1939. Wstąpił do Służby Zwycięstwu
Polski (SZP). 25 grudnia 1939 wziął udział w rozbiciu posterunku policji
granatowej w okolicach Łaszczowa. W 1940 został aresztowany przez
policję ukraińską w Poturzynie, zwolniony dzięki staraniom ojca.
Prawdopodobnie od 1942 dowódca sekcji szturmowej "Poturzyn" (jednej z
dziewięciu grup bojowych) odcinka "Wschód" Obwodu AK Tomaszów Lubelski. 1
marca 1943 wziął udział w akcji na posterunek policji ukraińskiej w
Poturzynie, w trakcie której placówkę tę rozbito, zabijając 6 Ukraińców
(w tym dwóch komendantów posterunków w Telatynie i Poturzynie) oraz
komisarycznego wójta gminy Poturzyn. Na przełomie 1943/1944 przebywał w
sztabie obwodu znajdującym się na skraju Puszczy Solskiej, w pobliżu
leśniczówki Rebizanty nad Tanwią. W 1944 żołnierz "Kompanii Leśnej"
ppor. rez. Witolda Kopcia, a także dowódca jednego z patroli plutonu
lotnego żandarmerii polowej sierż. rez. Wacława Kaszuckiego. W ostatnich
dniach lutego w Poturzynie oraz 5 i 9 kwietnia 1944 na odcinku
Podlodów-Żerniki-Rokitno, w rejonie Steniatyna i Posadowa, brał udział w
walkach przeciwko Ukraińskiej Narodowej Samoobronie i UPA. Od wiosny
1944 służył najprawdopodobniej jako zwiadowca w dowodzonej przez sierż.
Andrzeja Dżygałę "Kompanii Żelaznej". Podczas akcji "Sturmwind II" razem
z kilkoma partyzantami przebił się przez trzy pierścienie niemieckiej
obławy. W ramach akcji "Burza" znalazł się w szeregach odtwarzanego
przez Inspektorat Zamość 9. pp AK.


Por. Jan Leonowicz "Burta"

Po wkroczeniu Sowietów nie
złożył broni. Od grudnia 1944 służył jako podchorąży, następnie (na
przełomie maja i czerwca 1945) został awansowany do stopnia chorążego.
Działał jako oficer broni w strukturach Obwodu Tomaszów Lubelski,
Inspektorat Zamość AK-DSZ-WiN. Wiosną 1945 zorganizował grupę lotną w
sile ok. 20-30 żołnierzy, która operowała w północnej części powiatu
Tomaszów. Oddział przetrwał do końca czerwca 1945. Latem, po ogłoszeniu
tzw. małej amnestii część żołnierzy ujawniła się, natomiast ci, którzy
tego nie uczynili, ukryli się. Przy Leonowiczu pozostało jedynie dwóch
ludzi. Ich głównym celem było w tym czasie rozbrajanie funkcjonariuszy
MO i ORMO orz rozpędzanie zebrań agitacyjnych organizowanych przez PPR.
Od początku 1946 zaczął ponownie rozbudowywać swoją grupę, która
wsławiła się m.in. wykonaniem 31 maja 1946 wyroku śmierci na
wiceprzewodniczącym Powiatowej Rady Narodowej Wincentym Umerze
(Humerze), ojcu stalinowskiego zbrodniarza Adama Humera (czytaj również TUTAJ).
Powiększanie oddziału trwało do początku 1947. W okresie przedwyborczym
Leonowicz zaniechał wszelkich akcji zbrojnych, ograniczając się jedynie
do przeciwdziałania wyborczej propagandzie i agitacji. Po ogłoszeniu 22
lutego 1947 amnestii niemal wszyscy członkowie oddziału się ujawnili.

W kwietniu lub maju 1947 Leonowicz nawiązał kontakt z komendantem oddziałów leśnych Inspektoratu Lublin mjr. Hieronimem Dekutowskim  "Zaporą"
i postanowił pozostać w konspiracji. 1947-1951 działał w strukturach
samodzielnego Obwodu WiN Tomaszów Lubelski. W tym czasie komendantem
Obwodu był por. Stefan Kobos (ps. "Wrzos"), który nie podporządkował się
strukturom tzw. drugiego Inspektoratu AK Zamość,
dowodzonego przez kpt. Mariana Pilarskiego. Leonowicz w stopniu
porucznika pełnił funkcję dowódcy patrolu leśnego, który 1947-1949
liczył 3-7 ludzi, a w końcu 1949 rozrósł się do rozmiarów kompanii
szkieletowej (ok. 30-40 żołnierzy). Jednocześnie rozbudowywała się
siatka terenowa, wg informacji UB liczyła ona ok. 200 współpracowników i
obejmowała 5 powiatów: Biłgoraj, Hrubieszów, Lubaczów, Tomaszów i
Zamość. Do lata 1948 Leonowicz utrzymywał kontakty z grupą OUN dowodzoną
przez Jana Niewiadomskiego ps. "Jurko".


Por. Jan Leonowicz "Burta". Zima 1950/1951

Oddział
"Burty" rozbrajał milicjantów i ormowców, wykonywał egzekucje na
agentach UB, działaczach PPR i PZPR, aktywnych współpracownikach "nowej
władzy", a także na pospolitych bandytach, m.in. na działaczu PPR w
Maziłach, Józefie Petrynie (13 września 1947), komendancie posterunku
MO w Rachaniach, Zygmuncie Bielaku (11 lipca 1948), mordercy i
konfidencie, byłym żołnierzu oddziału, Adamie Fornucu (lato 1948),
członku PZPR, wójcie gminy Telatyn, Władysławie Ślęzaku (30 kwietnia
1949), agencie UB Władysławie Adamie Adamcu (18 maja 1949 – egzekucję
wykonał osobiście Leonowicz), członku PZPR, wójcie gminy Majdan Sopocki,
Andrzeju Wrębiaku (12 lipca 1949). Ponadto grupa przeprowadziła wiele
akcji bojowo-dywersyjnych, m.in. na stację kolejową, pocztę i
spółdzielnię w Suścu (23 października 1948) oraz na posterunki ORMO w
Dyniskach (kwiecień 1949) i Tarnawatce (29 września 1950). Oddział
stoczył również wiele potyczek z grupami operacyjnymi UB, MO i KBW.

Jan Leonowicz
zginął 9 lutego 1951 w zasadzce zorganizowanej przez grupę operacyjną
UB pod dowództwem sierż. Ryszarda Trąbki, w zabudowaniach swojej
przyjaciółki, nauczycielki Władysławy Płoszajówny we wsi Nowiny. Jego
zwłoki przewieziono do Tomaszowa, gdzie przez dwa tygodnie wystawione
były przed budynkiem PUBP na widok publiczny. Ciało pogrzebano
najprawdopodobniej na dziedzińcu PUBP lub na nowym cmentarzu przy drodze
do Zamościa.

Dom w Nowinach, przy którym 9 lutego 1951 roku, w zasadzce zorganizowanej przez UB, poległ Jan Leonowicz "Burta" (fot. narodowytomaszow.blogspot.com)

Pomnik w miejscu śmierci Jana Leonowicza „Burty” w Nowinach (fot. narodowytomaszow.blogspot.com)

Po śmierci „Burty" dowództwo nad pozostałościami oddziału przejął Jan Turzyniecki „Mogiłka", którego jako jednego z ostatnich „burtowców" ujęto 10 października 1953 r.

Jan Leonowicz "Burta" był żonaty z Ludwiką z d. Lanckorońską, z którą miał córkę Barbarę.

Zobacz również film Z archiwum IPN: "Mogiłka", o Janie Turzynieckim ps. "Mogiłka",
zastępcy por. "Burty". W początkach 1948 r. nawiązał on kontakt z Janem
Leonowiczem "Burtą" i został przyjęty do jego oddziału. Został dowódcą
jednego z patroli i jednocześnie zastępcą dowódcy oddziału. Kres
działalności tego oddziału nastąpił dopiero we wrześniu 1959 r. Samego
"Mogiłkę" ujęto natomiast w maju 1953 r. Po trwającym 11 miesięcy
brutalnym śledztwie Turzynieckiego osądzono i skazano na wielokrotną
karę śmierci. Sąd Wojskowy zamienił ten wyrok w 1955 r. na 12 lat
pozbawienia wolności. "Mogiłka" wyszedł na wolność w czerwcu 1964 r.
jako wrak człowieka. Nie nacieszył się wolnością, gdyż już w osiem
miesięcy od wyjścia z więzienia zmarł. Pochowano go na cmentarzu w
Tomaszowie Lubelskim.


Jan Turzyniecki "Mogiłka", dowódca oddziału po śmierci "Burty".

O por. Janie Leonowiczu "Burcie" czytaj więcej:

Strona główna>
Prawa autorskie>

63. rocznica śmierci mjr. "Łupaszki"

63. rocznica zamordowania mjr. Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki"

…Nie dajmy zginąć poległym.
Zbigniew Herbert


Mjr Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka" (12 III 1910 r. – 8 II 1951 r.)

63 lata temu, 8 lutego 1951 roku,  komunistyczni oprawcy zamordowali mjr. Zygmunta Szendzielarza  ps. "Łupaszka", jednego z najwybitniejszych oficerów Wojska Polskiego i Armii Krajowej, dowódcę 5. Brygady Wileńskiej AK, dwukrotnego kawalera  orderu Virtuti Militari.

Major
"Łupaszka"
został aresztowany przez UB 30 czerwca 1948 r. w Osielcu na Podhalu i po ciężkim
śledztwie, 2 listopada 1950 r. skazany przez Wojskowy Sąd
Rejonowy w Warszawie, pod przewodnictwem sędziego Mieczysława Widaja [czyt.: Stalinowski sędzia…, Zmarły, nieosądzony] na 18-krotną karę śmierci. Wyrok wykonano 8 lutego
1951 r. w więzieniu na Rakowieckiej – strzałem w tył głowy.

Wraz z nim zamordowano trzech innych oficerów wileńskiej Armii Krajowej: ppłk Antoniego Olechnowicza ps. "Pohorecki", ppor. Lucjana Minkiewicza ps. "Wiktor" i kpt. Henryka Borowego – Borowskiego ps. "Trzmiel".

Ich ciała posypano wapnem i wdeptano w ziemię w nieznanym do niedawna miejscu na warszawskich Powązkach.


Ppłk Antoni Olechnowicz ps. "Pohorecki"


Ppor. Lucjan Minkiewicz ps. "Wiktor"


Kpt. Henryk Borowy-Borowski "Trzmiel"

W
czwartek, 8 lutego 1951 r. kat wywołał z celi majora "Łupaszkę". Za
chwilę miał się znaleźć na schodach krwawej mokotowskiej piwnicy.
Wszystkie piwnice są do siebie podobne, więc mokotowska pewnie nie
różniła się zbytnio od tej w Twerze, w siedzibie NKWD przy ul.
Sowieckiej 5, gdzie w kwietniu i w maju 1940 r. na polskich majorów
czekał w gumowym fartuchu i z naganem w łapie major NKWD Błochin. Jak
się nazywał morderca z Mokotowa, który tego dnia "pełnił służbę" i
przyłożył majorowi "Łupaszce" nagana do karku? Nie wiemy, są tylko
przypuszczenia, ale to nie ważne, bo i on, i Błochin to dzieci tego
samego diabła. A propos dzieci: pewnie je dobrze wykształcił, bo miały
dużo dodatkowych punktów na egzaminach wstępnych. Może te dzieci i ich
dzieci są teraz sędziami albo prokuratorami? Pewnie ojciec miał w tej
branży znajomości. Major powiedziałby na to wszystko tak, jak zwykł
mawiać w podobnych okolicznościach: "Kat z nimi !". Zanim wyszedł ze
zbiorowej celi, stanął przez chwilę nieruchomo, popatrzył po raz ostatni
na swoich towarzyszy niedoli i – jak relacjonował potem najmłodszy
więzień z celi, o pseudonimie "Młodzik" – powiedział głośno: "Czołem,
Panowie !"

Czołem, Panie Majorze! Polacy pamiętają!*

Zygmunt Szendzielarz
urodził się 12 marca 1910 r. w Stryju (woj. stanisławowskie), w
wielodzietnej rodzinie urzędnika kolejowego Karola i Eufrozyny z domu
Osieckiej. Miał dwie siostry i trzech braci. Zygmunt uczył się we Lwowie
i Stryju, gdzie w 1929 r. ukończył gimnazjum, a następnie wstąpił do
szkoły podchorążych zawodowych w Różanie, którą ukończył w 1931 r.
Następnie trafił do Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu, po
którego ukończeniu w stopniu podporucznika został przydzielony do 4
pułku ułanów zaniemeńskich w Wilnie. W połowie 1936 r. otrzymał
stanowisko dowódcy 2 szwadronu.

W szeregach 4 pułku ułanów brał
udział w wojnie obronnej 1939 r. w składzie Wileńskiej Brygady Kawalerii
WP. W końcowym okresie walk dołączył ze swym szwadronem do Grupy
Operacyjnej Kawalerii dowodzonej przez gen. Andersa. 27 września 1939 r.
dostał się do niewoli sowieckiej, z której uciekł po kilku dniach i
przedostał się do Lwowa. W listopadzie 1939 r. powrócił do Wilna, gdzie
ukrywał się przed aresztowaniem pod fałszywym nazwiskiem Władysław
Chawling i uczestniczył w działalności konspiracyjnej. W sierpniu 1943
r. na mocy rozkazu Komendanta Wileńskiego Okręgu AK ppłk.
Krzyżanowskiego „Wilka” został skierowany na stanowisko dowódcy oddziału
partyzanckiego AK ppor. Antoniego Burzyńskiego „Kmicica”. Dotarł w
rejon jego bazy nad Jeziorem Narocz już po rozbiciu tej jednostki przez
sowiecką brygadę Fiodora Markowa (zamordowano wówczas „Kmicica” i około
80 żołnierzy AK). Z niedobitków zorganizował nowy oddział partyzancki,
od listopada 1943 r. noszący nazwę 5 Brygady Wileńskiej AK, na czele
której wykonał kilkadziesiąt udanych akcji przeciwko Niemcom,
kolaborującym Litwinom, a przede wszystkim partyzantce sowieckiej.

Dowodzona przez niego brygada, po uzgodnieniu tego z komendantem „Wilkiem”, nie wzięła udziału w operacji „Ostra Brama”,
lecz atakując oddziały niemieckie wycofała się na zachód. 23 lipca 1944
r. część żołnierzy „Łupaszki” została rozbrojona przez Armię Czerwoną w
Puszczy Grodzieńskiej, reszta w niewielkich grupach przedzierała się
dalej na zachód, z zamiarem ponownego połączenia się w Puszczy
Augustowskiej. W sierpniu 1944 r. część partyzantów wileńskich zebrała
się  ponownie pod rozkazami „Łupaszki” na terenie powiatu bielskiego,
gdzie podporządkowali się Komendzie Białostockiego Okręgu AK, która
awansowała Zygmunta Szendzielarza na stopień majora i „dowódcę
partyzantki okręgu”. Odtworzona przez mjr. „Łupaszkę” 5. Brygada
Wileńska AK ponownie wyszła w pole 5 kwietnia 1945 r. Oddział, którego
liczebność początkowo wahała się w granicach 20-30 partyzantów, w
szczytowym okresie rozwoju, latem 1945 r. osiągnął stan ok. 250
żołnierzy i był jedną z najsilniejszych, a z pewnością najlepszą
jednostką partyzancką w Okręgu AKO Białystok. Podobnie jak na
Wileńszczyźnie „Łupaszka” zastosował w prowadzeniu działań dywersyjnych
taktykę operowania jednocześnie kilkoma pododdziałami spotykającymi się
co kilka tygodni na wyznaczanych z góry koncentracjach. Działania jego
podkomendnych cechowały dyscyplina, karność i wojskowy dryl,
konsekwentnie egzekwowany przez dowódcę, lecz także zdecydowanie i
radykalizm w walce z sowieckim okupantem i jego komunistycznymi
poplecznikami. Funkcjonariusze UB – uznawani za członków organizacji
zbrodniczej, podobnie jak wcześniej gestapo – byli przez nich
likwidowani, tak samo jak i funkcjonariusze NKWD. W sumie dowodzona
przez „Łupaszkę” 5. Brygada Wileńska, działając od kwietnia do września
1945 r., przeprowadziła na Białostocczyźnie około 80 akcji przeciw NKWD
oraz UBP i ich agenturze, a także przeciw MO i KBW. W początkach
września 1945 r. na rozkaz Komendy Okręgu Białostockiego AKO wydany w
związku z zarządzoną przez Delegaturą Sił Zbrojnych akcją
„rozładowywania lasów” „Łupaszka” polecił rozformować Brygadę. W polu
pozostał jedynie niewielki pododdział dowodzony przez ppor. Lucjana Minkiewicza „Wiktora”, na bazie którego powstała wkrótce 6. Brygada Wileńska AK, nad którą dowodzenie objął kpt. Władysław Łukasiuk „Młot”.

Zygmunt
Szendzielarz wyjechał jesienią 1945 r. na Pomorze, gdzie podporządkował
się komendantowi eksterytorialnego Okręgu Wileńskiego AK, ppłk.
Antoniemu Olechnowiczowi „Pohoreckiemu” i w 1946 r. wznowił działalność
bojową. Początkowo na jego rozkaz zorganizowano cztery patrole
dywersyjne, a w kwietniu 1946 r. ponownie wyszedł w pole w Borach
Tucholskich zawiązek odtworzonej 5. Brygady Wileńskiej, nad którą objął
osobiste dowództwo. Jednostka ta liczyła początkowo dwa, a od czerwca
1946 r. trzy kadrowe pododdziały zwane szwadronami (ok. 70 ludzi).  W
ciągu zaledwie 7 miesięcy działalności na Pomorzu wykonały one 170
akcji, w tym rozbiły 27 posterunków milicji i placówek NKWD.

Jesienią
1946 r. mjr Szendzielarz na czele  4. szwadronu dowodzonego przez ppor.
Henryka Wieliczkę „Lufę” przeszedł na teren woj. białostockiego, gdzie
dołączył do 6. Brygady Wileńskiej. Jeszcze zimą 1947 r. „Łupaszka”
osobiście dowodził niektórymi akcjami, jednak po koncentracji 6. Brygady
w końcu marca 1947 r. opuścił oddział. Początkowo przebywał w
Warszawie, następnie w okolicach Głubczyc, wreszcie w Osielcu na Podhalu, gdzie został  aresztowany przez funkcjonariuszy MBP 30 czerwca 1948 r.

Mjr Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka", zdjęcie sygnalityczne wykonane przez UB w 1948 r.

Kpt. Henryk Borowy-Borowski "Trzmiel", zdjęcie sygnalityczne wykonane przez UB w 1948 r.

Po
długotrwałym śledztwie 2 listopada 1950 r. został skazany przez
Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie pod przewodnictwem sędziego
Mieczysława Widaja na 18-krotną karę śmierci. Podczas śledztwa zachował
godną postawę, biorąc na siebie pełną odpowiedzialność za działania
podległych mu oddziałów. Został zamordowany strzałem w tył głowy w
podziemiach więzienia MBP przy ul. Rakowieckiej w Warszawie w dniu 8
lutego 1951 r. Jego ciało pogrzebano w bezimiennej mogile na
warszawskich Powązkach.

W wyniku prac ekshumacyjnych, prowadzonych od lata 2012 roku w kwaterze „Ł” Cmentarza Wojskowego na Powązkach w Warszawie, w ramach projektu naukowo-badawczego "Poszukiwania nieznanych miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego z lat 1944-1956" realizowanego przez Instytut Pamięci Narodowej, Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa oraz Ministerstwo Sprawiedliwości we współpracy z Miastem Stołecznym Warszawa, w 2013 r. odnaleziono i zidentyfikowano szczątki mjr. Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki" i kpt. Henryka Borowego-Borowskiego "Trzmiela".

Konferencja IPN w sprawie identyfikacji szczątków mjr. "Łupaszki" i innych zamordowanych przez komunistów (kliknij w zdjęcie i obejrzyj zapis konferencji na youtube).

Więcej na temat ekshumacji ofiar terroru komunistycznego czytaj:

Wbrew
kilkudziesięcioletnim zabiegom komunistów, którzy starali się wszelkimi
sposobami zohydzić jego postać, mjr Zygmunt Szendzielarz przeszedł do
historii jako jeden z najwybitniejszych polskich dowódców partyzanckich.
Jak napisali znawcy historii Brygad Wileńskich, dr K. Krajewski i dr T.
Łabuszewski:

mjr „Łupaszka” był patriotą konsekwentnym, bez względu
na zmieniające się teatry działań bojowych, na piętrzące się
przeciwności losu, był nim wbrew kalkulacjom politycznym, wbrew
znikomym, a później już żadnym szansom na zwycięstwo. Z potrzeby dawania
świadectwa, wierności złożonej kiedyś przysiędze
.

GLORIA VICTIS !!!

Na temat mjr. "Łupaszki" i jego żołnierzy czytaj:


* Fragment tekstu pochodzi z artykułu Piotra Szubarczyka Czołem, Panie Majorze!, który ukazał się w Nr 1/2010 (#47) Niezależnej Gazety Polskiej – Nowe Państwo.

Strona główna>
Prawa autorskie>