zapraszam do lektury fragmentu jednego z opublikowanych tam artykułów
autorstwa historyka krakowskiego oddziału IPN, Marcina Kasprzyckiego,
pt. Ustalanie miejsc pochówków ofiar terroru komunistycznego na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Stan badań.
Ustalanie miejsc pochówków ofiar terroru komunistycznego na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie. Stan badań
Dzięki podpisaniu 10 XI 2011 r. przez prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, ministra sprawiedliwości i sekretarza Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa listu intencyjnego w sprawie współpracy w zakresie poszukiwania nieznanych miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego z lat 1944–1956, możliwym stało się podjęcie na szeroką skalę badań w tym zakresie.
Do tej pory działania ukierunkowane na ustalenie miejsc pogrzebania zwłok, a następnie na doprowadzenie do skutku ekshumacji ofiar terroru komunistycznego, w sposób najbardziej zaawansowany podejmowane były we Wrocławiu. Przez wiele lat gromadzono rozproszoną wiedzę na temat pochówków ofiar terror z lat 1945–1956, dokonując w tym czasie pojedynczych ekshumacji1. Intensyfikacja prac nastąpiła jesienią ubiegłego roku – od października 2011 do maja 2012 r. pod kierunkiem dr. hab. Krzysztofa Szwagrzyka (naczelnika tamtejszego Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej IPN) zespół specjalistów z różnych dziedzin z dr. Pawłem Konczewskim z Instytutu Archeologii Uniwersytetu Wrocławskiego na czele prowadził prace archeologiczne i ekshumacyjne na Cmentarzu Osobowickim we Wrocławiu2.
Także w krakowskim Oddziale IPN wiosną 2012 r. podjęto podobne badania. Punktem wyjścia dla ich prowadzenia były ustalenia Filipa Musiała zawarte w publikacji Skazani na karę śmierci przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Krakowie (Kraków 2005). Dzięki tej pracy kwerenda na tym etapie mogła się w zasadzie ograniczyć do ustalenia miejsc pochówków ofiar, bowiem autor książki po pierwsze, opublikował pełną listę skazanych na karę śmierci, w tym straconych (w siedmiu przypadkach – z powodu braku dokumentacji – nie udało mu się ustalić, czy wyroki zostały wykonane), po drugie, rozpatrując przypadek każdego ze skazanych dokonał klasyfikacji zarzucanych czynów na:
- związane z działalnością niepodległościową,
- niezwiązane z działalnością niepodległościową (przestępstwa kryminalne, gospodarcze i wojskowe),
- działania irredentystyczne mniejszości narodowych (w przypadku WSR w Krakowie – mniejszości ukraińskiej).
I choć autor Skazanych… zdawał sobie sprawę z problemu jednoznacznego zakwalifikowania konkretnych przypadków do jednej z wyżej wymienionych kategorii, jego ustalenia zawierają informacje na temat działalności straconych, biorąc pod uwagę postawione im zarzuty3.
Warto nadmienić, że częściowego zlokalizowania pochówków ofiar wyroków WSR w Krakowie dokonali pracownicy Zarządu Cmentarzy Komunalnych w wyniku kwerendy przeprowadzonej na wniosek Wydziału Rewaloryzacji Zabytków Krakowa i Dziedzictwa Narodowego Małopolskiego Urzędu Wojewódzkiego. Nazwiska te w znajdującej się niżej tabeli sumującej wyniki badań zaznaczone zostały czcionką pogrubioną.
W przypadku poszukiwania miejsc pogrzebania ofiar wykonanych kar śmierci orzeczonych przez WSR, zespołem, od którego rozpoczęto kwerendę archiwalną, były znajdujące się w archiwum ZCK w Krakowie księgi zmarłych oraz indeksy zmarłych, obejmujące lata 1945–1956. Było to konieczne, bowiem władze więzienia Montelupich nie tylko nie informowały rodzin ofiar o ich śmierci i nie wydawały ciał straconych, ale także w aktach nadzoru nad wykonaniem kary (czyli teczkach osobowych więźniów) nie dokonywano zapisów informujących o miejscu pogrzebania ciał skazańców na cmentarzu4.
Jak ustalił Filip Musiał, WSR w Krakowie orzekł 397 wyroków śmierci (wobec 392 osób, bowiem 5 z nich ten wyrok usłyszało dwukrotnie), z tego wykonano 172 wyroki, 218 nie wykonano, 7 przypadków pozostało nieustalonych wobec niemożności dotarcia w latach 2001–2004 – kiedy prowadził badania – do dotyczących ich dokumentów5.
Pismo naczelnika więzienia Montelupich do Departamentu Więziennictwa MBP, Kraków, 14 XI 1947 (ze zbiorów IPN).
Przeprowadzona analiza dokumentacji w ZCK pozwoliła ustalić, że w latach 1946–1956 na Cmentarzu Rakowickim pochowano w sumie 155 ciał lub szczątków osób straconych w więzieniu Montelupich. Warto jednak pamiętać, że ponadto 8 osób stracono w więzieniu w Tarnowie, a jedną w Białej. Jednocześnie nie udało się odnaleźć zapisów potwierdzających fakt pochowania na Rakowicach 9 osób: braci Franciszka i Stefana Boduchów, Jana Kmiecia, Bazylego Kondry, Eugeniusza i Wincentego Strózików, Stanisława Sali, Antoniego Trzepli oraz Jana Rzeszótko, przy czym w przypadku tego ostatniego jest to efekt wykupienia jego ciała przez żonę zanim dokonano jego pogrzebania6. Tak więc liczba wykonanych wyroków podana przez F. Musiała dzięki przeprowadzonej analizie została zweryfikowana o jedną ofiarę, zatem można stwierdzić, że w wyniku egzekucji w więzieniach stracono łącznie 173 osoby.
Jak wynika z zapisów w księgach, instytucją, która przekazywała ciała lub szczątki było tylko więzienie Montelupich, w żadnym przypadku nie natrafiono na zapis świadczący o tym, by uśmierceni z mocy wyroków WSR trafiali na cmentarz z więzienia św. Michała przy ul. Senackiej.
Jak pokazuje analiza „geografii” miejsc grzebania ciał ofiar terroru (dotyczy to wyłącznie straconych na mocy wyroków WSR w Krakowie), do końca 1947 r. pochówków dokonywano w starej części Rakowic na kwaterach: XIb, XVb, XVII, XIXb, XX, XXIa, XXVa, XXVb, LX, LXXV i LXXVIII. Jednak jeszcze w 1947 r., a dokładniej 3 grudnia, dokonano pierwszego pochówku straconego z wyroku WSR na kwaterze LXXIX, mieszczącej się na części wojskowej cmentarza przy ul. Prandoty, a w latach 1948–1954 (wówczas dokonano ostatniego pochówku osoby straconej na mocy wyroku WSR) grzebanie ciał przeprowadzano wyłącznie na części wojskowej, na kwaterach: LXXIX, LXXXI, LXXXII, LXXXIII, LXXXIV i LXXXVI. Zmiana miejsca pochówków, jakiej dokonano na przełomie 1947/1948 r., prawdopodobnie nie jest przypadkowa. Podobnie we Wrocławiu na Cmentarzu Osobowickim, do 1948 r. straconych grzebano na tej części cmentarza, na której dokonywano pochówków mieszkańców miasta7. Tak więc w przypadku Cmentarza Rakowickiego utworzenie tzw. kwater więziennych na części wojskowej mogło się wiązać z decyzją władz bezpieczeństwa o ukryciu tego typu pochówków w wydzielonych częściach cmentarza.
Wszystkie pochówki zostały precyzyjnie odnotowane w księgach zmarłych (kwatera, rząd, miejsce), jednak 5 V 1948 r. ciała trzech straconych pochowano – jak zapisano w księdze zmarłych za 1948 r. – na skwerze pod parkanem od strony północnej (razem z Niemcami pochowanymi 6 marca 1948 r.)8 na części wojskowej cmentarza przy ul. Prandoty. Obecnie skwer ten nie istnieje i trzeba ustalić w dokumentacji cmentarza,
kiedy został zagospodarowany na nowe pochówki.
Pochówku 149 ciał lub ich szczątków dokonano imiennie, to znaczy w księgach cmentarnych widnieją imiona i nazwiska ofiar, daty urodzenia, śmierci oraz pochowania. Wobec sześciu ciał postąpiono inaczej. 30 VIII 1946 r. pochowano na kwaterze XVII ciała trzech nieznanych mężczyzn. Nie podano ani ich daty urodzenia, ani daty zgonu. Z ustaleń Musiała wynika, że dzień przed odnotowaną w księgach datą pochówku w więzieniu Montelupich dokonano egzekucji na trzech więźniach: Józefie Nowaku oraz braciach Henryku i Janie Sroga. W archiwum ZCK brak jest kart zgonu tych trzech osób, zachowało się natomiast pismo naczelnika Więzienia Montelupich do Zarządu Cmentarzy w Krakowie z 30 VIII 1946 r., w którym zwracał się z prośbą o pogrzebanie trzech ciał mężczyzn zmarłych w dniu 29 VIII 1946 r. Treść tego dokumentu pozwala stwierdzić, że trzej pochowani bezimiennie to wyżej wymienieni więźniowie.
Jeszcze inne podejście pracownicy więzienia, a być może funkcjonariusze WUBP zastosowali do trzech straconych 13 XI 1947 r. W bliżej nieokreślonym czasie po egzekucji ich ciała przekazano do Zakładu Anatomii Opisowej UJ, gdzie zostały wykorzystane do badań prowadzonych przez studentów medycyny. Stamtąd 23 IV 1948 r. szczątki ciał dwóch z nich – Waleriana Zachariasiewicza i Alojzego Słapaka pochowano na kwaterze LXXIX. Szczątki trzeciego z nich – Józefa Maczyszyna pochowano w ten sam sposób 5 V 1948 r. na wspomnianym wcześniej skwerze pod parkanem od strony północnej. Wszyscy trzej pod wymienionymi nazwiskami zostali odnotowani w księdze zmarłych za 1948 r., jednak nie zapisano dat ich urodzenia. Analiza publikacji Musiała wskazywała jednak, że osoby o takich nazwiskach nie zostały skazane na śmierć przez WSR w Krakowie. Oczywiście, można było założyć, że są to osoby zmarłe w szpitalu więziennym bądź skazani przez sąd powszechny. Jednak kwerenda w bazach Instytutu Pamięci Narodowej nie potwierdziła istnienia osób o podanych w księgach danych personalnych. Owszem, krakowski WSR skazał na karę śmierci, którą wykonano, dwóch mężczyzn o podobnie brzmiącym nazwisku Macyszyn – Michał i Mikołaj, jednak w obu przypadkach w księgach odnaleziono miejsca, gdzie ich pogrzebano. Tym, co naprowadziło na właściwy trop, były daty śmierci wymienionych. Otóż 13 XI 1947 r. w więzieniu Montelupich przeprowadzono egzekucję czterech skazanych, trzech w konsekwencji zapadłego 10 IX 1947 r. wyroku w sprawie II Zarządu Głównego WiN9, czyli Alojzego Kaczmarczyka, Józefa Ostafina i Waleriana Tumanowicza oraz skazanego 30 IX t.r. członka UPA Władysława Werbowego (jak wynika z dokumentacji Wydziału Więziennictwa WUBP w Krakowie, pomiędzy 1 a 15 XI 1947 r. stracono tylko te cztery osoby)10. Miejsce pochówku tego ostatniego potwierdzono w księdze zmarłych, pochówek nastąpił 5 VI 1948 r.
Alojzy Kaczmarczyk, zamordowany 13 XI 1947 r. w więzieniu Montelupich w Krakowie (ze zbiorów IPN).
Józef Ostafin, zamordowany 13 XI 1947 r. w więzieniu Montelupich w Krakowie (ze zbiorów IPN).
Płk Walerian Tumanowicz, zamordowany 13 XI 1947 r. w więzieniu Montelupich w Krakowie (ze zbiorów IPN).
Pozostały do ustalenia miejsca pochówku trzech straconych działaczy WiN. Przyjęto więc założenie, że mogli oni zostać pochowani pod fałszywymi nazwiskami, z zachowaniem prawdziwych imion. Następnym krokiem w weryfikacji tej tezy była analiza zapisu w kartach zgonu znajdujących się w archiwum ZCK. Według informacji w nich zamieszczonych, zgon Alojzego Słapaka11 stwierdzono o godz. 1915, Józefa Maczyszyna12 o godz. 1930, a Waleriana Zachariasiewicza13 o godz. 1945 – wszystkich w dniu 13 XI 1947 r. By wykluczyć pomyłkę, dane te porównano z protokołami wykonania kary śmierci. Według nich Alojzy Kaczmarczyk został stracony o godz. 19.00, Józef Ostafin o godz. 19.10, a Walerian Tumanowicz o godz. 19.2014. Zgadza się kolejność, a różnica w godzinach wynika z tego, że w protokołach wykonania wyroku podano czas, w którym nastąpiła egzekucja, a w kartach zgonu godzinę, w której lekarz stwierdził zgon ofiar. Jak więc widać, celem funkcjonariuszy UB było zatarcie śladów istnienia tych osób także po śmierci, jednak nawet przekazanie ich ciał do Zakładu Anatomii Opisowej pod fałszywymi nazwiskami nie dało oczekiwanego efektu.
Oczywiście, absolutną pewność zyskalibyśmy dopiero po ekshumacji i przeprowadzeniu badań DNA, jednak można przyjąć jako graniczącą z pewnością hipotezę, że udało się odnaleźć zapisy pozwalające na wskazanie miejsc pochówków trzech wybitnych działaczy niepodległościowych.[…].
- Zainteresowanych całością tekstu odsyłam do nr 36 "Zeszytów Historycznych WiN-u">
- Zobacz WYSTAWĘ ONLINE: "Skazani na karę śmierci przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Krakowie w latach 1946-1955">
PRZYPISY:
1. Prace K. Szwagrzyka doprowadziły m.in. do ekshumacji we wrześniu 2003 r. kpt. Włodzimierza Pawłowskiego oraz w kwietniu 2006 r. ppor. Mieczysława Bujaka. K. Szwagrzyk, Ekshumacje w działaniach Oddziału IPN we Wrocławiu, „BIPN”, 2008 nr 1–2(84–85), s. 171–176; Zob. także: O miejscach pochówków ofiar komunizmu w Polsce z Krzysztofem Szwagrzykiem rozmawia Barbara Polak, ibidem, 2003 nr 7(30), s. 4–18; O M. Bujaku Grzegorz Braun nakręcił film dokumentalny „Oskarżenie”, a K. Szwagrzyk opublikował książkę Kryptonim „Mordercy” (Sprawa ppor. Mieczysława Bujaka). Studium prowokacji i terroru, Wrocław 2009.
2. Rozmowa z dr. Pawłem Konczewskim pt. Prawda kryje się pod ziemią, opublikowana została w piśmie „Archeologia Żywa”, 2012 nr 4(64), s. 22–27.
3. F. Musiał, Skazani na karę śmierci przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Krakowie 1946–1955, Kraków 2005, s. 27–28.
4. W tej materii istniała zupełna dowolność władz więziennych. Np. w więzieniu w Jeleniej Górze naczelnicy dbali nie tylko o zawiadomienie rodzin o śmierci bliskich, ale także wydawali ciała, a jeśli nikt po nie się nie zgłaszał, pilnowali, by pochówek odbył się należycie na cmentarzu komunalnym. Z kolei w więzieniach wrocławskich w aktach nadzoru po egzekucji uzupełniano dane na temat miejsca pochówku. Por. Ibidem, s. 42–43; K. Szwagrzyk, Straceni na Dolnym Śląsku 1945–1956, Wrocław–Rzeszów 2002, s. 34
–35.
5. F. Musiał, Skazani na karę śmierci…, s. 25.
6. F. Musiał, Jan Rzeszótko, „ZHW”, nr 19–20: 2003, s. 499–500.
7. K. Szwagrzyk, Kwatery więzienne Cmentarza Osobowickiego we Wrocławiu, „BIPN”, 2003 nr 7(30), s. 19.
8. Z kolei przy wspomnianych Niemcach zapis dotyczący miejsca pochówku brzmi: Pochowano na nowej części cmentarza przy ogrodzeniu od strony północnej – na skwerze przy cmentarzu wojskowym.
9. Na temat działalności II ZG WiN i tzw. procesu krakowskiego zob. „ZHW”, nr 18: 2002 (numer w całości poświęcony tej tematyce).
10. IPN Kr 425/717, Imienne wykazy więźniów ułaskawionych i straconych 1946–1951, k. 51, Pismo naczelnika więzienia Montelupich do Departamentu Więziennictwa MBP, Kraków, 14 XI 1947.
11. Urząd Stanu Cywilnego wystawił akt zgonu – nr III Zg. 2198/47. Zob. Karta zgonu A. Słapaka, Archiwum ZCK w Krakowie.
12. Urząd Stanu Cywilnego wystawił akt zgonu – nr III Zg. 2199/47. Zob. Karta zgonu J. Maczyszyna, Archiwum ZCK w Krakowie.
13. Urząd Stanu Cywilnego wystawił akt zgonu – nr III Zg. 2200/47. Zob. Karta zgonu W. Zachariasiewicza, Archiwum ZCK w Krakowie.
14. Protokoły wykonania kar śmierci opublikowała D. Suchorowska, Bohaterowie procesu krakowskiego w moich wspomnieniach, „ZHW”, nr 18: 2002, s. 231–233.
WARTO PRZECZYTAĆ… (50)
"Zeszyty
Historyczne WiN-u" są czasopismem poświęconym dziejom walki Polaków o
niepodległość w latach 1939-1989. Szczególne miejsce zajmuje na ich
łamach zagadnienie oporu zbrojnego z lat 1944/45-1956. Tematyce zmagań z
totalitaryzmem towarzyszy opis metod zwalczania polskich dążeń
niepodległościowych przez nazistowski i komunistyczny aparat terroru.
"Zeszyty
Historyczne WiN-u" powstały w 1992 r., ich pierwszym redaktorem
naczelnym był wybitny badacz wojennej konspiracji i dokumentalista
Andrzej Zagórski. W 1994 r. funkcję redaktora naczelnego przejął Janusz
Kurtyka, sprawując ją do tragicznej śmierci w katastrofie smoleńskiej w
2010 r.
Najnowszy numer ZH WiN-u dostępny jest w
cenie 30,00 zł; zamówienia można składać za pośrednictwem redaktora
naczelnego Zeszytów – Wojciecha Frazika, e-mail: [email protected]
lub za pośrednictwem strony internetowej ZH WiN-u:

Powązki – pierwsze identyfikacje ofiar !
Prezes Instytutu Pamięci Narodowej dr Łukasz Kamiński poinformował na konferencji prasowej, iż podczas prac prowadzonych w ramach Polskiej Bazy Genetycznej Ofiar Totalitaryzmów udało się zidentyfikować trzy osoby, których szczątki odnaleziono w trakcie ekshumacji ofiar komunistycznego terroru, zamordowanych przez bezpiekę po
sfingowanych procesach w latach 1945-1956 i pogrzebanych na tzw. Łączce, która obecnie stanowi część cmentarza na warszawskich Powązkach.
Zidentyfikowane osoby to:
- Edmund Zbigniew Bukowski
- Stanisław Łukasik
- Eugeniusz Smoliński

Od lewej: Andrzej Ossowski, Krzysztof Szwagrzyk, Łukasz Kamiński, Andrzej Kunert, Agata Thannhaeuser, Łukasz Szleszkowski.
Prezes IPN powiedział, że dzięki prowadzonym pracom będzie można oddać należny tym osobom hołd i przywrócić pamięć o bezimiennych do tej pory ofiarach UB. W konferencji zorganizowanej w Centrum Edukacyjnym IPN im. Janusza Kurtyki uczestniczyli Andrzej Kunert – sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, Krzysztof Szwagrzyk – pełnomocnik Prezesa Instytutu Pamięci Narodowej ds. poszukiwań miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego, Andrzej Ossowski z Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego, Łukasz Szleszkowski oraz Agata Thannhaeuser z Zakładu Medycyny Sądowej we Wrocławiu.
Od lewej: Andrzej Ossowski, Krzysztof Szwagrzyk, Łukasz Kamiński, Andrzej Kunert, Agata Thannhaeuser, Łukasz Szleszkowski.
Podczas konferencji Łukasz Kamiński, Andrzej Kunert i Krzysztof Szwagrzyk wręczyli zaproszonym rodzinom: córkom Eugeniusza Smolińskiego Ewie Smolińskiej-Szwocer i Elżbiecie Smolińskiej-Bellen oraz synowi Edumunda Bukowskiego – Krzysztofowi Bukowskiemu i synowi Stanisława Łukasika – Stanisławowi Łukasikowi informacje o identyfikacji ich bliskich, pozyskane na podstawie przeprowadzonych latem tego roku prac ekshumacyjnych na warszawskich Powązkach.
Dr Krzysztof Szwagrzyk przedstawia wyniki prac identyfikacyjnych.
Myślę, że to jest niezmiernie ważne, że możemy przy tej smutnej okazji jednocześnie poznać wspaniałe życiorysy bohaterów naszej historii, ludzi, których życie zostało brutalnie przecięte. I możemy zastanowić się, co by się stało, gdyby tacy ludzie mogli po wojnie kontynuować swoją działalność, gdyby to oni odpowiadali za odbudowę Polski, a nie ci, którzy ich zamordowali – powiedział Łukasz Kamiński.
Polska Baza Genetyczna Ofiar Totalitaryzmów>
PBGOT (DLA RODZIN)>
PBGOT (KONTAKT)>
***

Edmund Zbigniew Bukowski (1918–1950), porucznik Armii Krajowej, ps. „Edmund”, od urodzenia związany z Wileńszczyzną, gdzie ukończył szkołę powszechną i gimnazjum oo. Jezuitów, a także rozpoczął studia prawnicze na Uniwersytecie Wileńskim. Żołnierz Polskiego Państwa Podziemnego w strukturach: Służby Zwycięstwu Polski / Związku Walki Zbrojnej / Armii Krajowej. Działał w grupie łączności Wileńskiego Okręgu AK. Kilkakrotnie odbywał kursy do Warszawy, transportując sprzęt radiowy i tabele szyfrów. Dwukrotnie aresztowany w 1942 r. przez policję litewską i w lipcu 1944 r. przez NKWD, za każdym razem odzyskiwał wolność. Po drugiej ucieczce przeniesiony do Warszawy, gdzie aktywnie uczestniczył w Powstaniu współtworząc bazę łączności dla miasta. Po upadku Powstania nie zaniechał konspiracyjnej działalności. Kurier dowódcy Ośrodka Mobilizacyjnego Wileńskiego Okręgu AK ppłk. Antoniego Olechnowicza „Pohoreckiego”. Przewoził przez całą Europę informacje, rozkazy i fundusze przeznaczone na dalszą działalność niepodległościową. W latach 1947-1948 jako członek sztabu OMWO AK zorganizował jego siatkę wywiadowczą. Aresztowany 28 VI 1948 podczas akcji mającej na celu rozbicie przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego siatki OW AK w całej Polsce. Podczas bardzo ciężkich przesłuchań zachował dzielną postawę. Skazany na karę śmierci wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie z 14 XI 1949 r. Stracony w więzieniu przy ul. Rakowieckiej 13 IV 1950 r. Wielokrotnie odznaczony, m.in. Krzyżem Walecznych, Krzyżem AK.
Szczątki Edmunda Zbigniewa Bukowskiego odnaleziono latem 2012 r. w kwaterze „Ł” Cmentarza Powązkowskiego Wojskowego w Warszawie.

Stanisław Łukasik (1918–1949), ps. „Ryś”, kapitan Armii Krajowej / Zrzeszenie „Wolność i Niezawisłość” – ur. w Lublinie, syn robotnika kolejowego. Ukończył Szkołę Podoficerską dla Małoletnich w Koninie, a następnie służył w 23. pułku piechoty we Włodzimierzu Wołyńskim, otrzymał stopień plutonowego służby stałej. Z rodzimą jednostką walczył w wojnie 1939 r., w składzie armii „Pomorze”. Uniknął niewoli i powrócił do rodzinnego domu w Motyczu k. Lublina. W konspiracji od listopada 1939 r., początkowo w Związku Czynu Zbrojnego, a po połączeniu organizacji w Polskiej Organizacji Zbrojnej. Po scaleniu w 1942 r., w AK. W latach 1940–1943 dowódca placówki i rejonu Konopnica. Od stycznia 1944 r. dowódca oddziału lotnego Kedywu w Obwodzie AK Lublin-Powiat. W czasie akcji „Burza” liczył on ok. 120 partyzantów. W dniu 21 lipca 1944 r. rozbrojony wraz z całym oddziałem przez wojska sowieckie. Aresztowany przez Sowietów w sierpniu 1944 r., zbiegł z aresztu NKWD przy ul. Chopina 18 w Lublinie, ukrywał się. Od marca 1945 r. ponownie dowódca oddziału partyzanckiego Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj i Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość Inspektoratu Lublin. Od czerwca 1945 r. w składzie zgrupowania mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zapory”. Ujawniony na mocy amnestii z sierpnia 1945 r. Wyjechał na Ziemie Zachodnie, skąd powrócił na Lubelszczyznę. Wiosną 1946 r. odtworzył oddział, który podporządkował mjr. „Zaporze”. Zatrzymany w wyniku prowokacji UB 16 września 1947 r. w Nysie, podczas próby przekroczenia granicy wraz z grupą żołnierzy mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zapory”. Aresztowany pod fałszywym nazwiskiem Stanisław Nowakowski. Przeszedł okrutne śledztwo. 15 listopada 1948 r. skazany przez WSR w Warszawie na karę śmierci. Stracony w więzieniu mokotowskim 7 marca 1949 r. wraz z mjr. „Zaporą” i pięcioma innymi współtowarzyszami. Odznaczony Orderem Virtuti Militari V klasy i Krzyżem Walecznych.
Szczątki Stanisława Łukasika odnaleziono latem 2012 r. w kwaterze „Ł” Cmentarza Powązkowskiego Wojskowego w Warszawie.

Eugeniusz Smoliński (1905–1949), ps. „Kazimierz Staniszewski”, chemik, przed wybuchem II wojny światowej pracował w Państwowej Wytw
órni Prochu w Pionkach koło Radomia. Jego zawodowe umiejętności wykorzystał Sztab Komendy Głównej Armii Krajowej, dla której służył od 1940 r., najpierw jako referent materiałów wybuchowych w oddziale produkcji konspiracyjnej, następnie kierownik wytwórni materiałów wybuchowych. Na początku 1945 r. zgłosił się do nowych władz, przedstawiając plan uruchomienia fabryki zbrojeniowej w Łęgnowie koło Bydgoszczy. Wkrótce został pełnomocnikiem rządu do jego realizacji. W lipcu 1947 r. rozpoczął produkcję trotylu, miesiąc później został zatrzymany pod fałszywym zarzutem sabotażu. Skazany przez Wojskowy Sad Rejonowy w Bydgoszczy w procesie pokazowym na karę śmierci. Stracony 9 IV 1949 r. w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.
Szczątki Eugeniusza Smolińskiego odnaleziono latem 2012 r. w kwaterze „Ł” Cmentarza Powązkowskiego Wojskowego w Warszawie.

Dr Krzysztof Szwagrzyk przedstawia wyniki prac identyfikacyjnych.
Źródło: Instytut Pamięci Narodowej
"Bali się spojrzeć mu w oczy". Ze Stanisławem Łukasikiem, synem kpt. Stanisława Łukasika ps. "Ryś", dowódcy oddziałów AK i WiN, zamordowanego na mocy wyroku wojskowego sądu w 1949 r., rozmawia Adam Kruczek ("Nasz Dziennik")

Stanisław Łukasik, syn kpt. Stanisława Łukasika "Rysia".
Widział Pan szczątki swojego ojca?
– To był chyba najgorszy moment mojego życia. Wiedziałem, że ojciec został rozstrzelany, ale w dokumentach, które dostałem z IPN, było napisane, że był tam pluton egzekucyjny. A tu zobaczyłem, że po prostu jakiś bandyta strzelił ojcu w potylicę. A potem zakopali go jak śmieć. Choć na co dzień jestem dosyć twardym człowiekiem, to łzy stanęły mi w oczach, gdy dotarło do mnie, w jak bestialski sposób został zamordowany. Jego czaszka była poważnie uszkodzona, bo pierwsza kula weszła przez potylicę i wyszła, rozbijając czoło, a druga uszkodziła szczękę. Pomyślałem, że strzelali od tyłu, bo bali się spojrzeć skazanemu w oczy. Nie wiem, czy był wleczony, czy prowadzony, czy spodziewał się tego strzału w tym momencie.
Komuniści bardzo starali się zatrzeć wszelkie ślady po mordowanych bohaterach walczących o wolną Polskę. Spodziewał się Pan, że ta prawda wyjdzie na jaw?
– Tyle lat to trwało, że straciłem nadzieję na odnalezienie miejsca, gdzie ukryto zwłoki ojca. Zresztą nikt ich wcześniej tak naprawdę nie szukał. Nadzieja wróciła po informacji w prasie o planowanej ekshumacji na tzw. Łączce na cmentarzu Wojskowym na Powązkach. Latem skontaktowałem się z dr. Krzysztofem Szwagrzykiem z IPN. Ucieszył się bardzo, bo poszukiwał właśnie bliskich krewnych ofiar komunistycznych zbrodni. Niedługo potem przysłano mi specjalne próbówki do pobrania materiału genetycznego. Wtedy już moja nadzieja przerodziła się nieomal w pewność, że znajdą tam ojca. A mimo wszystko przeżyłem szok, gdy otrzymałem telefon od pana dr. Szwagrzyka, który powiedział, że badania potwierdziły to "na 200 procent".
Kiedy się Pan o tym dowiedział?
– W czwartek w Warszawie dostałem oficjalny dokument potwierdzenia faktu identyfikacji zwłok mojego ojca, ale o wynikach ekshumacji wiedziałem już od około trzech tygodni, tylko proszono mnie o zachowanie dyskrecji, bo zbyt wczesne zainteresowanie mediów mogłoby przeszkodzić w pracy ekipie IPN. Myślę, że pozostałe szczątki, w tym mjr. Hieronima Dekutowskiego "Zapory", też już zostały zidentyfikowane, choć może jeszcze nie na "200 procent".
Patrząc na biografię Pana ojca, nie sposób nie zauważyć, że był urodzonym żołnierzem.
– Wychował się w patriotycznej atmosferze domu rodzinnego. I od najmłodszych lat miał ciągoty do wojska. Już w 1933 r. w wieku 15 lat wstąpił do Szkoły Podoficerskiej dla Małoletnich w Koninie, którą ukończył z wyróżnieniem. Został zawodowym żołnierzem. Do wybuchu wojny służył we Włodzimierzu Wołyńskim. W kampanii wrześniowej walczył pod Kutnem. Po zakończeniu działań wojennych został odznaczony Krzyżem Walecznych osobiście przez gen. Zygmunta Szyszko-Bohusza. Nie dał się wziąć do niemieckiej niewoli i w domu był już 7 października. Po miesiącu zaczął działać w konspiracji w Organizacji Czynu Zbrojnego, a później w Armii Krajowej. Całkowite zejście do podziemia nastąpiło po tym, jak zastrzelił niemieckiego oficera żandarmerii przy próbie wylegitymowania. Jako zawodowy żołnierz prowadził szkołę podoficerską w Motyczu, a wyszkoleni żołnierze później w większości zasilili jego oddział. Za Niemca przeprowadził szereg akcji bojowych. W lipcu 1944 r. dostał order Virtuti Militari. Jego oddział przed ujawnieniem się liczył 120 ludzi. NKWD aresztowało go w sierpniu 1944 r., ale uciekł ze znanego aresztu przy ul. Chopina w Lublinie. Zrekonstruował oddział złożony z osób, które nie mogły się ujawnić, a później wszedł w skład Zrzeszenia WiN mjr. Hieronima Dekutowskiego "Zapory" i zapisał kolejne akcje, już przeciwko nowemu okupantowi.
Pana najwcześniejsze wspomnienia z dzieciństwa związane z ojcem?
– Nie pamiętam go, zginął, jak miałem 4 lata. Wiem, że przyjeżdżał do mojej matki, ale ja tego nie pamiętam. Podobno cała okolica była wtedy obstawiona przez jego ludzi. Z tego, co mi wiadomo, był bardzo ludzkim, ciepłym człowiekiem. I bardzo kochał moją mamę. Zresztą mama była niezwykle piękną kobietą i podobno ojciec szczycił się, że ma taką urodziwą żonę. Sam też był, jak to się mówi, niczego sobie. Wysoki, przystojny mężczyzna, co zresztą widać na zdjęciach.
Kiedy dowiedział się Pan, kim naprawdę był ojciec?
– Bardzo długo tego nie wiedziałem. Ten temat był w domu skrzętnie pomijany, zapewne ze względu na bezpieczeństwo. Stale kręcili się koło nas tajniacy i sam pamiętam, jak jacyś nieznajomi brali mnie "na cukierki" i pytali, czy nie mam jakiegoś zdjęcia tatusia i czy przychodzą do nas goście. Jako mały chłopiec tłumaczyłem sobie nieobecność ojca tym, że może zabili go na wojnie Niemcy. Był taki epizod, który mi zapadł w pamięć, gdy pod koniec szkoły podstawowej na pracach ręcznych mieliśmy sobie coś wystrugać ze ścinków drewna. Ja zrobiłem pistolet, co wywołało wielką awanturę. "Drugi "Ryś"" – krzyczał nauczyciel. Wezwano matkę do szkoły. Mieliśmy z tego powodu dużo nieprzyjemności. Kim naprawdę był ojciec, dowiedziałem się dopiero, gdy byłem w szkole średniej. Ludzie już trochę mniej się bali i zaczęli o tych sprawach rozmawiać. Trochę mi opowiadała babcia, matka ojca.
Jak przedstawiano Panu ojca?
– Zawsze jako bohatera, który oddał życie za Polskę. Zresztą przyznam się, że nikt do mnie nigdy nie powiedział złego słowa o ojcu. Nawet tu, w okolicy. Gdy już dowiedziałem się, za co walczył i za co zginął, to byłem i do dziś jestem niezwykle dumny, że miałem takiego ojca.
Pana rodzina doświadczyła komunistycznych rep
resji?
– Życie matki w tamtym czasie było koszmarem. Wzywali ją na przesłuchania, jakiś czas siedziała w areszcie w Lublinie. W domu wszystko zostało rozszabrowane przez UB. Zostały tylko słomiane sienniki i jakaś płachta do przykrycia. Bezpieka wpadała co chwila, w dzień i w nocy. Robili rewizje i strasznie mamę katowali. Chcieli dowiedzieć się czegoś o ojcu i ludziach z podziemia. Jak mi opowiadała po latach, jednego z takich najść o mały włos nie przypłaciłem życiem. Strasznie mamie poodbijali piersi, a karmiła mnie jeszcze swoim mlekiem. Zatrułem się, a z bardzo ciężkiego stanu wyleczył mnie – o dziwo – sowiecki lekarz, bo nie było w okolicy innego, a Sowieci stali w pobliskiej Konopnicy. Żeby zejść z oczu bezpiece, mama musiała uciekać na Zachód. Przez kilka lat mieszkała we Wrocławiu, a ja wychowywałem się w Motyczu u dziadków ze strony matki. Później pojechałem do niej i przez pierwsze cztery lata chodziłem do szkoły podstawowej we Wrocławiu. Później wróciliśmy i już tu mieszkaliśmy. Zostawili nas w spokoju.
Sędzia Józef Badecki, który skazał na śmierć Pana ojca i około 30 innych patriotów, dożył spokojnie starości i umarł w latach 80. w Warszawie otoczony dobrobytem i szacunkiem. Sadysta Eugeniusz Chimczak, który przez rok znęcał się nad Pana ojcem, skazany w 1996 r. na 7,5 roku więzienia, nie odbył ani dnia kary, rzekomo ze względu na zły stan zdrowia. Przeżył jeszcze 16 lat i zmarł dosłownie kilka miesięcy temu. Jak Pan sądzi, dlaczego ludzie z krwią naszych bohaterów narodowych na rękach nie zostali sprawiedliwie osądzeni po 1989 roku?
– Dla mnie to wszystko jest niepojęte. Rozumiem jeszcze, że można kogoś zabić w czasie wojny w walce, na froncie. Ale tak z zimną krwią najpierw skazać na śmierć, a potem zastrzelić z tyłu – to dopiero trzeba być bandytą. To właśnie oni byli bandytami, choć tak nazywali ludzi takich jak mój ojciec. Przecież ci żołnierze z podziemia walczyli z okupantem niemieckim, a potem sowieckim. Przelewali swoją młodą krew za Polskę. Oni byli sądzeni i mordowani tak naprawdę za to, że byli dobrymi Polakami. Do dziś nie mogę tego pojąć i pogodzić się z tym, jak mógł tak mordować Polak Polaka.
Trudno może traktować stalinowskich zbrodniarzy jak Polaków. Oni mieli inną ojczyznę i jej służyli, nie Polsce.
– Tak, co to była za Polska po 1944 roku? Zresztą wcześniej tyle lat Polska była w niewoli, że może niektórym ludziom od pokoleń już w krew weszło bycie na obcych usługach.
Ci ludzie do dziś otrzymują bardzo wysokie emerytury, potworzyły się wręcz postkomunistyczne dynastie dysponujące ogromnymi pieniędzmi i wpływami.
– Patrząc z boku, można by pomyśleć, że państwo polskie jest niezwykle litościwe. I to szczególnie dla tych, którzy mają tak dużo na sumieniu. Ja nie jestem mściwy, ale mam nadzieję, że takie zbrodnie ciążące na sumieniu nie dają człowiekowi spokoju aż do śmierci. Może dlatego ten Chimczak tak długo żył, by chociaż w ten sposób ponieść karę za swoje zbrodnie?
Czy Pana ojciec został już zrehabilitowany i uhonorowany za bohaterską walkę o niepodległość Polski?
– Sąd Wojewódzki w Warszawie w 1994 r. unieważnił stalinowski wyrok, a śp. prezydent Lech Kaczyński w 2007 r. odznaczył go Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.
Gdzie powinny spocząć szczątki "Rysia"?
– Wszyscy razem ze swoim komendantem mjr. "Zaporą" powinni zostać pochowani z honorami na cmentarzu Wojskowym na Powązkach, tam gdzie dotąd razem spoczywali. Zasłużyli na to.
Dziękuję za rozmowę.
Źródło: "Nasz Dziennik"
Strona główna>
WARTO PRZECZYTAĆ… (49)

Lionginas Baliukevičius
Dziennik partyzanta "Dzukasa", 23 czerwca 1948 – 6 czerwca 1949
przekład Ona Vaičiulyte-Romančuk, wstęp i opracowanie Piotr Niwiński, Warszawa 2012, 224 s.
Dziennik Lionginasa Baliukevičiusa „Dzukasa”, jednego z dowódców ruchu partyzanckiego na Litwie, jest szczególnie cenny dla badaczy zbrojnego podziemia w Europie Środkowej i Środkowo-Wschodniej choćby z tego względu, że pisany jest nie przez typowego partyzanta-żołnierza, lecz osobę zaangażowaną przede wszystkim w walkę propagandową. Znajomość realiów przez „Dzukasa”, jego zmysł obserwacji wydarzeń oraz ludzkich zachowań i charakterów ukazują czytelnikowi nie tyle codzienność partyzanckiego życia, ile przerażający obraz sowieckiej okupacji Litwy lat 1946–1949.
SPIS TREŚCI
- Wstęp – Piotr Niwiński
- Wstęp do wydania litewskiego – Algis Kašeta
- Alfabet patriotyzmu
- Niezłomne pragnienie wolności
- Dziennik partyzanta „Dzukasa”
- Dokumenty
- Indeks nazwisk i pseudonimów
Książkę można nabyć:

Lionginas Baliukevičius "Dzukas"
Od lewej stoją: Pranas Ivanauskas "Bevardis", Adolfas Ramanauskas "Vanagas", Lionginas Baliukevičius "Dzukas" i Stasys Klimašauskas "Genys". 1948 rok.
Lionginas Baliukevičius "Dzukas" odczytuje nazwiska partyzantów wytypowanych do odznaczenia. 1948 rok. 
Pomnik w miejscu śmierci Lionginasa Baliukevičiusa "Dzukasa" i trzech jego współtowarzyszy w dniu 24 VI 1950 r., którzy polegli w walce osaczeni przez NKWD.
Więcej na temat litewskiego antykomunistycznego podziemia tutaj:
63. rocznica śmierci ostatniego komendanta NZW
Zbigniew Herbert
por. Kazimierz Żebrowski "Bąk" wraz ze swoim synem Jerzym ps. "Konar",
zostały otoczone przez grupę operacyjną II Brygady KBW i UB. Dowodzący
operacją wezwał partyzantów do poddania się. W odpowiedzi "Konar"
wystrzelił serię z automatu i wybiegli z ojcem przez tylne drzwi
stodoły, ale i tam natknęli się na linię obławy, którą ostrzeliwując się
próbowali sforsować. Teofil Lipka, gospodarz, u którego się ukrywali,
tak wspominał ostatnie chwile Komendanta:
"Bąk" z synem biegną w kierunku olszyny. Ci z podwórka grzeją do nich.
"Konar" zachwiał się, krzyczy: Tato! Jestem ranny – i zwalił się na
ziemię. "Bąk" zaraz się wrócił, ukląkł przy głowie syna, przeżegnał się,
przystawił mu pistolet do głowy i dwa razy strzelił. Tamci krzyczą,
żeby przestał się bić. "Bąk" strzelił sobie w głowę. Bój się skończył.
ostatniego komendanta białostockiego Okręgu NZW zastygło obok ciała
jego syna. Walczyli i zginęli razem. Stało się tak, jak często w
rozmowach z Teofilem Lipką zapowiadali. Mówili mu, że jeżeli znajdą się w
sytuacji bez wyjścia, nie dadzą się wziąć żywcem. Wedle rachuby:
zginąć, ale nikogo nie wydać. Uznawali, że są to winni ludziom, którzy
przez lata udzielali im schronienia. Wedle przyrzeczenia "Bąka", że z
komunistami "będzie się bił do ostatniego naboju, a ten ostatni nabój
zostawi dla siebie". Słowa dotrzymali!


Por. Kazimierz Żebrowski "Bąk", ostatni komendant III Okręgu NZW Białystok. Poległ 3 grudnia 1949 r.


Jerzy Żebrowski "Konar", syn Kazimierza Żebrowskiego. Żołnierz NZW Okręgu Białystok. W konspiracji od 1941 r. Poległ 3 grudnia 1949 r.
GLORIA VICTIS !
Więcej informacji o por. Żebrowskim znajdziesz w artykule:
65. rocznica śmierci kpt. "Bartka"
Zbigniew Herbert


Kpt. Henryk Flame "Bartek"
65. lat temu, 1 grudnia 1947 roku w Zabrzegu pod Czechowicami został zamordowany kpt. Henryk Flame "Bartek", legendarny dowódca zgrupowania partyzanckiego Narodowych Sił Zbrojnych na Śląsku Cieszyńskim.
Dnia 1 grudnia 1947 roku o godzinie 14 Henryk Flame przyszedł do warsztatu znajomego Wiktora Cimali z prośbą, żeby zrobił drzwi żelazne do kościoła Św. Katarzyny. Praca nad drzwiami, w której pomagał Flame, trwała do godziny 18. Po skończonej pracy, Cimola zaproponował „Bartkowi", że odprowadzi go do domu. Po drodze wstąpili do restauracji prowadzonej przez Kozika na piwo. Tam spotkali Wiktora Ryszkę do którego się dosiedli. Później doszło kilku innych znajomych między innymi Rudolf Stafi z żoną i Stefan Kapela. W tym mniej więcej towarzystwie na propozycję Stefana Kapeli cała grupa udała się samochodem do restauracji Czyloka w Zabrzegu.
Pod restaurację prowadzoną przez Józefa Czyloka w Zabrzegu samochód z gośćmi, wśród których był Flame, podjechał między godziną 19 a 20. Z samochodu oprócz wyżej wymienionych gości, wyszło również dwóch funkcjonariuszy MO oraz kilku członków orkiestry, którą wzięto z restauracji Kozika. Całe towarzystwo bez przeszkód weszło do restauracji i zajęło stoliki. W tym czasie około godz. 20 funkcjonariusz MO o nazwisku Drapacz poznawszy wchodzącego do restauracji Henryka Flame poszedł na miejscowy posterunek, gdzie poinformował komendanta placówki Kazimierza Dolacińskiego, że widział jak „Bartek" w towarzystwie znajomych wszedł do restauracji u Czyloka, mówiąc przy tym, że może dojść do „gradny" gdyż kilka dni wcześniej, 29 listopada 1946 roku, Flame strzelał w tej restauracji na wiwat i nieprzychylnie wypowiadał się o „władzy ludowej". Obaj milicjanci poszli zatem do restauracji, tam zastali już funkcjonariusza MO Całujka a chwilę później przyszli milicjanci, Rudolf Dadak i Multak. Byli tam również czechowiccy milicjanci Stanisław Kopeć i Jan Zygowski, którzy przyjechali w towarzystwie Flamego. W związku z tym, że miejscowy posterunek został bez obstawy, komendant Dolaciński odmeldował Dadaka i Drapacza na placówkę MO. Jednak Dadak został, a zamiast niego na posterunek poszedł Multak.
Około godziny 21.20 do baru, przy którym stali milicjanci, podszedł Flame i zaprosił komendanta Dolacińskiego do stolika, ale ten odmówił mówiąc przy tym, że jest na służbie a zresztą nie pije z nieznajomymi na co Flame przedstawił się podając jednocześnie swój NSZ-owski pseudonim, tak że wszyscy w pobliżu to usłyszeli. W tym czasie w restauracji znajdowało się pięciu milicjantów pilnujących porządku przed ewentualną awanturą, zwłaszcza, że towarzystwo Flamego było już mocno rozbawione. O godzinie 22 Czylok zabrał się do zamykania baru, widząc to Flame podszedł do Dolacińskiego i poprosił o dłuższe pozostanie obecnych na sali, ponieważ ma obawy, że na zewnątrz może dojść do awantury. Dzięki interwencji komendanta posterunku Czylok zrezygnował z zamknięcia restauracji.
Gdy kolejny raz Flame podszedł do baru zaczepił go Rudolf Dadak pytając czy pamięta go z roku 1944 na co zapytany odpowiedział, że jeżeli był w partyzantce to walczyli razem przeciwko okupantowi i na tym rozmowa się skończyła. Według późniejszej relacji samego Dadaka rozmowa przebiegła nieco inaczej, a mianowicie, że „podchmielony" Flame podszedł do niego i mu ubliżył używając przy tym wulgarnych słów. Bezpośrednio po tym incydencie Flame poszedł do osobnego pomieszczenie gdzie przysiadł się do Marii Stafi i do żony Ryszka. Był podłamany, skarżył się, że jego na świecie już nic nie cieszy, żyje tylko dla dzieci i dla matki.
Dochodziła godzina 23 dnia 1 grudnia 1947 roku gdy usłyszano serię strzałów i towarzyszący jej krzyk kobiet. Chwilę później Henryk Flame leżał bez ruchu w kałuży krwi obok krzesła na którym siedział. Strzał oddał funkcjonariusz MO Rudolf Dadak, który stał w drzwiach z karabinem w ręku z lufą skierowaną do pokoju, w którym siedział Flame. Od razu dopadł go funkcjonariusz Całujek, który odebrał Dadakowi broń. Na zapytanie dlaczego to zrobił odparł, że „nie może znosić by tacy wrogowie Demokracji, którzy przed niedawnym czasem strzelali do milicjantów chodzili teraz bezkarnie."
Tak zakończył życie Henryk Flame pseudonim „Bartek", legendarny „Król Podbeskidzia".

Zwłoki kpt. "Bartka"
skrytobójczo zastrzelonego przez milicjanta w barze w
Zabrzegu.
Henryk Antoni Flame, ps. "Grot", "Bartek", (ur. 19 stycznia 1918 we Frysztacie na Zaolziu, zm. 1 grudnia 1947) – pilot wojskowy, żołnierz NSZ.
Był
synem Emeryka i Marii z domu Raszyk. W 1919 roku rodzina Flame
przeniosła się do Czechowic (obecnie Czechowice-Dziedzice) znajdujących
się w granicach II Rzeczypospolitej. Wykształcenie zdobył w miejscowym
gimnazjum i w Szkole Przemysłowej w Bielsku. W 1936 roku wstąpił na
ochotnika do wojska rozpoczynając naukę w Szkole Podoficerów Lotnictwa
dla Małoletnich w Bydgoszczy, którą ukończył w roku 1939 w stopniu
kaprala pilota dostając przydział do 123 eskadry 2 pułku lotniczego
stacjonującego na lotnisku w podkrakowskich Rakowicach.
Wiosna 1946 r. Henryk Flame „Bartek”
(pierwszy od prawej) wraz ze swoimi żołnierzami
(od lewej: Gustaw Matuszny, ps. „Orzeł Biały”, Wiktor
Gruszczyk, ps. „Groźny”, Stanisław Włoch, ps. „Lis”).
W wojnie
obronnej Polski w 1939 r., jako pilot 123 eskadry myśliwskiej
przydzielonej do Brygady Pościgowej, Henryk Flame, bronił nieba nad
Warszawą przed samolotami wroga. 1 września w okolicach Zakroczyma
doszło do pierwszej bitwy powietrznej II wojny światowej, w wyniku
której maszyna kpr. Flame została zestrzelona, a on sam od tej pory
znajdował się w dyspozycji prezydenta Warszawy, Stefana Starzyńskiego. Z
6 na 7 września 123 eskadra została wycofana z Warszawy na podlubelskie
lotniska, a 17 września jej żołnierze przekroczyli granicę rumuńską. W
tym czasie Henryk Flame dostał prawdopodobnie przydział do nowo
sformowanej Eskadry Rozpoznawczej operującej na linii Lwów –
Zaleszczyki.
Po 17 września został zestrzelony przez Rosjan w
okolicach Stanisławowa po czym zorganizował z luźnych grup żołnierzy z
rozbitych jednostek konwój, który pod koniec września przekroczył
granicę z Węgrami. Na Węgrzech Flame wraz z innymi żołnierzami został
internowany i osadzony w tymczasowym obozie, z którego jednak szybko
uciekł. Ukrywając się u węgierskiego gospodarza został zadenuncjowany i
przekazany władzom niemieckim, które umieściły zbiega w obozie jenieckim
zlokalizowanym na ziemiach austriackich wcielonych do III Rzeszy. W
drugiej połowie 1940 roku, dzięki interwencji rodziny, Flame został
wypuszczony z obozu (historycy o orientacji lewicowej, uważają, że
kluczową rolę w wypuszczeniu Flamego z obozu, odegrał fakt podpisania
przez niego volkslisty). Po powrocie do Czechowic, Henryk Flame, podjął
pracę jako maszynista na miejscowej kolei i związał się jednocześnie z
niepodległościową konspiracją.
Założył organizację HAK podległą
AK, która zajmowała się wywiadem i sabotażem. Na przełomie roku 1943 i
1944, zagrożony dekonspiracją i aresztowaniem, wraz z podkomendnymi
uciekł do lasu, gdzie zorganizował samodzielny oddział partyzancki
operujący w podbeskidzkich lasach. Zauważony przez dowództwo NSZ
otrzymał propozycję wejścia w raz z oddziałem w szeregi tej organizacji,
z której to propozycji skorzystał i w październiku 1944 roku został
zaprzysiężony na żołnierza NSZ.
12 lutego 1945 roku do Czechowic
wkroczyła Armia Czerwona, a Flame, realizując zalecenia dowództwa NSZ,
ujawnił się, i wraz z oddziałem, zachowując konspiracyjne struktury,
oddał się do dyspozycji "władzy ludowej" i wbrew protestom miejscowych
komunistów, objął stanowisko komendanta miejscowego komisariatu MO. W
dalszym ciągu realizując wytyczne dowództwa NSZ, Flame obsadził swoimi
ludźmi komisariat i podległe mu jednostki, a także gromadził wokół
siebie ludzi opozycyjnie nastawionych do komunistów gromadzić
jednocześnie broń przygotowując się do nieuchronnej konfrontacji z
komunistami.
W kwietniu 1945 roku, kolejny raz, jak za okupacji
niemieckiej, zagrożony dekonspiracją i aresztowaniem, Flame uciekł ze
swoimi ludźmi w pobliskie lasy. Od tej pory Flame zaczął występować jako
"Bartek" odtwarzając odziały partyzanckie VII Okręgu
Śląsko-Cieszyńskiego NSZ rozpoczynając tym samym "drugą konspirację". Od
maja 1945 roku do lutego roku 1947 Henryk Flame stał na czele
największego zgrupowania niepodległościowego na Śląsku Cieszyńskim,
którego liczebność, w szczytowym okresie, wynosiła ponad 300 dobrze
uzbrojonych i umundurowanych żołnierzy. Składające się z kilku oddziałów
zgrupowanie przeprowadziło łącznie ok. 340 akcji zbrojnych. Do
największego wystąpienia zgrupowania pod dowództwem Flamego należało
zajęcie 3 maja 1946 roku małej, uzdrowiskowej miejscowości Wisły, w
której przeprowadził, na oczach sterroryzowanych komunistów, dwugodzinną
defiladę w pełni umundurowanych i uzbrojonych żołnierzy NSZ, co było
ewenementem w państwach "władzy ludowej". W okresie tym Flame otrzymał
stopień kapitana NSZ i przydomek "Króla Podbeskidzia", będąc największym
postrachem komunistów na Śląsku Cieszyńskim.
Od lewej: Alojzy Wizner „Lis”, Antoni Wizner „Brzoza”, członkowie zgrupowania „Bartka”, straceni 15 stycznia 1947 r. w Bielsku na mocy wyroku WSR w Katowicach.
We wrześniu 1946
roku, w wyniku ubeckiej prowokacji, co najmniej 167 żołnierzy
zgrupowania "Bartka" zostało wywiezionych na Opolszczyznę i
zamordowanych (według najnowszych przypuszczeń ten masowy mord miał
miejsce w lasach w okolicach wsi Barut lub okolicach Grodkowa. Kolejnym
postulowanym miejscem mordu są Łambinowice. Od tego czasu zgrupowanie
pod dowództwem Flamego zaczęło tracić inicjatywę kosztem komunistów,
którzy w licznych obławach dziesiątkowali oddziały podległe "Bartkowi".
Raport agenta MBP Henryka Wendrowskiego z prowokacyjnej operacji „Lawina”, zakończonej wymordowaniem żołnierzy „Bartka”.
W
obliczu beznadziejnej sytuacji Flame podjął decyzję o ujawnieniu się
przy najbliższej okazji, którą stała się uchwalona przez sejm na dzień
22 lutego 1947 roku amnestia. Sam "Bartek" z najbliższym otoczeniem
ujawnił się dopiero 11 marca 1947 roku w Cieszynie. Był to dla
komunistów ogromny sukces, który jednak przyćmiewał fakt, że Flame,
ujawniając się na mocy amnestii, był bezkarny, a według nich musiał
ponieść karę. Komuniści rozpoczęli więc kolejną prowokację mającą na
celu "ukaranie" Flamego. Ponoć nieoficjalny wyrok śmierci na "Bartka"
wydał sam Bierut, który nie mógł znieść myśli o przemarszu niemal 400
ludzi z NSZ przed posterunkiem MO w Wiśle.
Do skrytobójczego
zamachu na Flamego doszło 1 grudnia 1947 roku w Zabrzegu pod
Czechowicami. Zamachowcem był miejscowy milicjant Rudolf Dadak, który
nigdy nie został osądzony za swoją zbrodnię, tak samo jak inspiratorzy
zamachu (Henryk Wendrowski), mimo prowadzonego śledztwa, nie zostali
ujawnieni i postawieni przed sądem.
Więcej na temat zgrupowania kpt. Henryka Flame "Bartka" czytaj:
- OPERACJA "LAWINA" – UBecka zbrodnia bez precedensu – część 1>
- OPERACJA "LAWINA" – UBecka zbrodnia bez precedensu – część 2>
- 60 Rocznica śmierci kpt. "Bartka">
- WARTO PRZECZYTAĆ… (10) – Tomasz Greniuch, Król Podbeskidzia. Biografia kpt. Henryka Flame "Bartka">
- Wywiad z autorem książki "Król Podbeskidzia">
- Sebastian Reńca, Z cienia. Powieść o żołnierzach wyklętych>
- WARTO PRZECZYTAĆ… (47) – Maciej T. Nowak, Operacja "Lawina". Dzieje przemilczanej zbrodni UB>
Linki zewnętrzne:
- Zgrupowanie "Bartka" w Wiśle>
- Zgrupowanie NSZ Henryka Flamego "Bartka" (1945-1947)>
- Kim byli "Bartek" i "Sztubak"?>
- Zabójstwo żołnierzy ”Bartka”>
- Ubeckie ludobójstwo>
- Gdzie są szczątki stu żołnierzy NSZ>
- Nie znaleziono szczątków żołnierzy NSZ>
- Artykuł Tomasza Greniucha o śmierci kpt. "Bartka" (Endecja.pl)>
- Henryk Flame [Wikipedia]>
- Henryk Antoni Flame, ps. "Grot", "Bartek">
- Grzegorz Makus, Operacja "Lawina". Śląski Katyń (Gazeta Polska)>


