Konrad Strzelewicz we wspomnianym wyżej artykule, zamieszczonym w styczniu 1986 roku na lamach tygodnika „Kultura” pt. „Jak zginął »Ogień«”, przytacza wypowiedź Stanisława Wałacha, wieloletniego szefa WUBP w Krakowie, który miał powiedzieć, że zwłoki Józefa Kurasia zostały bezimiennie przekazane krakowskiej Klinice Akademii Medycznej jako zwłoki nieznanego człowieka. Stanisław Wałach był – jak się wydaje – jedną z niewielu osób, które wiedziały, co się stało z ciałem „Ognia”.
Kazimierz Paulo opowiada, że gdy siedział W więzieniu w Rzeszowie, kilka miesięcy po śmierci Józefa Kurasia przyjechali do niego Stanisław Wałach i Józef Światło, namawiając do zdrady, do przejścia na ich stronę.
Wałach obiecywał, że jeśli zostanę ich wtyczką, powie mi, gdzie spoczywa „Ogień”. Droczyłem się z nimi, nie chcąc ich od razu zrażać do siebie, bo sądziłem, iż przedłużając rozmowę, być może dowiem się czegoś na lemat śmierci i pochówku naszego dowódcy. Niektóre fragmenty tej rozmowy zapamiętam do końca życia. Np. ten, gdy na moje rzekome wątpliwości, że podwładni nie uwierzą mi, że nie zdradziłem, gdy zdrów i cały, jakby nigdy nic wyjdę z więzienia. Wałach odpowiedział: Damy ci jakichś dwóch naszych na rozwałkę, a potem zrobimy im pokazowy pogrzeb. Wtedy ci uwierzą. Ja na to bąknąłem, że jak to, niewinnych ludzi poświęcą? A on, że jak trzeba będzie, to tak. Byłem zszokowany tym wyznaniem i nie chciałem już kontynuować rozmowy.
Kazimierz Paulo potwierdza, że chodziły słuchy, iż UB wydało ciało „Ognia” do ćwiczeń studentom. – Jednak z tych samych źródeł słyszeliśmy zapewnienia, że profesorowie i studenci odmówili przyjęcia zwłok – mówi ostatni, żyjący dowódca kompanii z oddziału „Ognia”. Dziś nie potrafi sobie przypomnieć, kto i skąd przyniósł taką informację. Dopuszcza myśl, że mogła to być plotka, którą celowo rozpowszechniało UB.
Maciej Korkuć nie chce oceniać, czy wersja pozbycia się ciała „Ognia” poprzez oddanie go studentom do ćwiczeń jest prawdziwa. Natomiast drugą część tej historii uważa za mało prawdopodobną. W jego opinii UB robiłoby wszystko, aby zwłoki „Ognia” były trudne, a nawet niemożliwe do zidentyfikowania.
Marcin Zwolski z białostockiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej odnalazł wewnętrzną instrukcję UB z 1953 roku, w której są zalecenia dla naczelników więzienia, jak postępować ze zwłokami. Dzielono je na cztery kategorie: więzień zmarły, więzień samobójca, więzień stracony (na mocy wyroku KS) i „bandyta” (byli to zazwyczaj żołnierze podziemia zabici podczas akcji UB, MO i Ludowego Wojska Polskiego). Ciała więźniów samobójców i straconych naczelnik zakładu karnego mógł wydać rodzinie, ale jedynie za zgodą szefa Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego i w uzgodnieniu z prokuratorem. Zwłoki „bandytów” trafiały albo na miejscowy cmentarz, do wydzielonej, choć utajnionej kwatery albo… do zakładów anatomii, gdzie używano ich jako materiału do ćwiczeń dla studentów medycyny.
Tak postąpiono np. ze zwłokami ppor. Antoniego Wodyńskiego „Odyńca”, żołnierza VI Wileńskiej Brygady AK. Zmarł 8 lipca 1948 roku od ran postrzałowych w czasie zasadzki UB. Jeszcze tego samego dnia jego ciało przekazano do Zakładu Anatomii Uniwersytetu Wrocławskiego. W archiwach UB zachował się świstek papieru, na którym kłoś napisał:
Niniejszym kwituję odbiór zwłok nieznanego mężczyzny lat 26 ze szpitala WUBP.
W ten sposób Antom Wodyński „Odyniec” stal się osobą NN. Przeprowadzone współcześnie dochodzenie wykazało, że zwłoki „Odyńca” po pół roku przechowywania w uczelnianej chłodni wydano do ćwiczeń studentom I roku medycyny. Niewykluczone, że jakieś należące do niego szczątki znajdują się wśród setek eksponatów, umieszczonych w formalinie w Zakładzie Anatomii Prawidłowej we Wrocławiu. Podobny los mógł spotkać szczątki „Ognia”.
Dr Maciej Korkuć jest pewien, że prędzej czy później miejsce pochówku Józefa Kurasia zostanie odnalezione. Być może całkiem przypadkowo. Dlatego w jego opinii należy sprawdzić wszystkie, czasem najbardziej absurdalne lub wykluczające się tezy i tropy. Na dowód opowiada o zdarzeniu z początku lat 90., gdy brał udział w ekshumacji ofiar NKWD na Rzeszowszczyźnie. Twierdzi, że zupełnie przypadkowo natrafiono tam na jedną z wielu, jak się później okazało mogił, w której znaleziono szkielet człowieka ze skrawkiem materiału owiniętym wokół szyi. Okazało się, że to kawałek rozprutej nogawki spodni. Na tej podstawie udało się odtworzyć okoliczności śmierci ofiar NKWD i odnaleźć pozostałe groby.
– Ta jedna mogiła pomogła rozwikłać zagadkę, jak zginęli ci ludzie. Zeznania świadków były ze sobą sprzeczne. Jedni twierdzili, że podrzynano im gardła; drudzy, że zostali uduszeni. Po odnalezieniu tego skrawka materiału, który jakimś cudem się uchował, było jasne, że ofiary wiązano szmatami, ale nie po to, aby je udusić, ale po to, aby im poderżnąć gardło i nie być przy tym zbryzganym krwią. Być może kiedyś z Bożą pomocą uda się odnaleźć szczątki „Ognia” – dywaguje Maciej Korkuć.
Józef Kuraś „Ogień” nie jest jedynym dowódcą antykomunistycznego podziemia, który zmarł na UB w latach 40., a którego szczątków do dzisiaj nie odnaleziono. Nieznane jest miejsce pochówku m.in. wspomnianego „Mściciela”, czyli Mieczysław Wądolnego, dowódcy oddziału „Burza”.
Niemal w identycznych co „Ogień” okolicznościach zginął Eugeniusz Kokolski „Groźny”, który na przełomie 1945 i 1946 roku wraz ze swoimi dwustoma żołnierzami nękał komunistów, organizujących swoją administrację na terenie powiatu tureckiego (dawne woj. łódzkie, obecnie wielkopolskie). Jak dowodzi Agnieszka Łuczak z poznańskiego oddziału IPN, żołnierze „Groźnego”, podobnie jak podwładni „Ognia”, wbrew temu, co głosiła ówczesna propaganda, tworzyli zdyscyplinowane wojsko, które rozbrajało posterunki MO, a pieniądze na wyżywienie, żołd, na dozbrojenie oddziału i wynagrodzenie dla informatorów zdobywali, napadając wyłącznie na kasy gminnych spółdzielni i innych instytucji tworzonych w ramach komunistycznej administracji. Podobnie jak „Ogień” na Podhalu, „Groźny” zyskał sprzymierzeńców wśród miejscowych, którzy wiedzieli, że jego żołnierze chłopa nie ruszą; rabują tylko państwowe spółdzielnie.
„Groźny”, tak samo jak „Ogień”, został osaczony przez funkcjonariuszy UB w jednym z gospodarstw w powiecie tureckim. Ranny w czasie ostrzału, ukrył się w piwnicy, gdzie popełnił samobójstwo. Reszta jego żołnierzy poddała się. Prawdopodobnie po postrzeleniu się jeszcze żył, ale nie odzyskał świadomości. Nieprzytomnego wniesiono do samochodu i przewieziono do PUBP w Turku. Naoczny świadek tak relacjonował to wydarzenie: Złapali go za nogi i tak wlekli po schodach i przez mieszkanie, a jeden z nich śmiał podejść i go kopać.
Eugeniusz Kokolski kilkanaście godzin umierał na UB. Do dziś nie udało się ustalić miejsca jego pochówku. Wśród mieszkańców Turka krążą dwie wersje na ten temat. Według jednej – następnego dnia zwłoki „Groźnego” wywieziono wcześnie rano na miejski śmietnik i tam porzucono. Zgodnie z inną wersją jego ciało wywieziono samochodem w kierunku Uniejowa. Następnie obciążono kamieniami i w parcianym worku wrzucono do Warty. W podobny sposób ubecy mogli postąpić z „Ogniem”.
GRAŻYNA STARZAK
Dziennik Polski, Nr 61 (18157), 12.03.2004
Gdzie pochowano „Ognia”? – 1(1/2)< część >2
Strona główna>
Dzień: 2008-04-11
Gdzie pochowano "Ognia"? – część 1 (1/2)
Dziękuję serdecznie Pani Grażynie Starzak za wyrażenie zgody na publikację tego cyklu i zwracam się do wszystkich, którzy posiadają jakiekolwiek nowe informacje mogące przyczynić się do odkrycia miejsca pochówku mjr. "Ognia", aby kontaktowali się bezpośrednio z autorką:
Grażyna Starzak
[email protected]
tel: 606-28-58-79
Zdrajca osobiście poprowadził wyprawę stuosobowego oddziału żołnierzy KBW, poszerzonego o funkcjonariuszy UB, którzy mieli zlikwidować obóz „Ognia”.
Kochany przez żołnierzy, podziwiany przez ziomków, szanowany przez przeciwników ideowych, znienawidzony przez komunistyczne władze. Józef Kuraś „Ogień”, dowódca jednego z najbardziej znanych poakowskich oddziałów partyzanckich, i za życia, i po śmierci budził spore emocje. Tak jest do dziś, czego dowodem wciąż nowe publikacje na temat tej legendarnej postaci. W każdej z nich można znaleźć nowe szczegóły z biografii Józefa Kurasia. Oprócz jednego: gdzie go pochowano?
Kazimierz Paulo, dowódca kompanii w oddziale „Ognia”, uważa, że to ostatni moment, aby próbować odszukać miejsce spoczynku Józefa Kurasia, okrzykniętego „królem Podhala”, bo świadkowie tamtych wydarzeń jeden po drugim umierają.
Pytanie, kim był Józef Kuraś „Ogień” wydaje się niestosowne. Zwłaszcza na terenie Podhala, skąd pochodził. O legendarnej już postaci zapisano całe tomy. Był bohaterem książek, artykułów publicystycznych i reportaży wydawanych w oficjalnym i podziemnym obiegu. Cel, jaki przyświecał autorom tekstów o oddziale „Ognia”, różni się w zależności od tego, kim byli.
Większość opracowań oficjalnych cechowała stronniczość, widoczna zarówno w doborze materiałów i zdarzeń, jak i w interpretacjach i komentarzach. Charakterystyczne, że mimo pełzającej demokratyzacji systemu niemal do końca lat 80., terminy typu „banda zbrojna” czy „banda reakcyjna” na określenie oddziałów „Ognia” i innych w tej historiografii obowiązywały – zwraca uwagę Maciej Korkuć, autor wydanej niedawno nakładem IPN książki na temat niepodległościowych oddziałów partyzanckich w Krakowskiem w latach 1944-47.
Otwarcie na początku lat 90. archiwów UB i SB niewiele zmieniło sytuację historyków tamtego okresu, którzy poszukiwali prawdy o pierwszych, powojennych latach. Maciej Korkuć, który w połowie minionej dekady jako doktorant UJ zbierał materiały do swojej pracy mówi, że wcale nie miał pewności, że otrzymuje wszystkie dokumenty, jakie znajdują się na półkach, a związane są z interesującym go problemem. Dopiero teraz, będąc pracownikiem IPN, może bez przeszkód penetrować archiwa. Nie ma jednak żadnej gwarancji, iż znajdzie to, czego szuka, albo że dokumentacja jest pełna.
Dowody? Choćby teczka człowieka, który jak wszystkie poszlaki wskazują, zdradził kryjówkę „Ognia”. Konfident o pseudonimie operacyjnym „Śmiały” był człowiekiem zaufanym w oddziale Józefa Kurasia. Pełnił funkcję łącznika. – Jego teczka osobowa, znaleziona w archiwum UB. powinna być gruba, a jest cienka. Wyraźnie widać, że usunięto z niej materiały, które dotyczyły roli tej postaci w zlikwidowaniu oddziału – mówi Maciej Korkuć.
Zanim jednak „Śmiały”, któremu pomagał inny konfidentn pseudonimie „Orienacyjny”, doprowadził do rozbicia obozu „Ognia”, Józef Kuraś wraz ze swoimi żołnierzami mocno dali się we znaki ówczesnej władzy. W tajnych dokumentach, w których analizowano nastroje społeczeństwa przed referendum, powiaty położone na południu woj. krakowskiego zostały zaliczone do strefy „A” – najwyższego zagrożenia. Za wroga numer jeden uznano właśnie „Ognia” i jego żołnierzy.
Maciej Korkuć cytuje w swojej książce fragment monografii Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (KBW), gdzie napisano m.in., że kiedy na początku sierpnia 1946 roku podjęto intensywne, kilkumiesięczne działania przeciw oddziałom leśnym w wielu regionach Polski, główną uwagę w sztabie KBW koncentrowano na likwidacji zgrupowania „Ognia” w woj. krakowskim.
„Ogień” stwarzał poważne problemy ówczesnej władzy. Ludność, nie tylko na Podhalu, skąd się wywodził, ale w wielu innych regionach południowej Polski, pomagając mu, nie chciała współpracować z UB. Dotarłem do raportów, z których wynika, że ubecy tylko wtedy mogli się cokolwiek dowiedzieć, np. jakie są nastroje ludności przed referendum, gdy przebrali się w mundury partyzanckie i udawali żołnierzy „Ognia” – mówi i Maciej Korkuć.
– To byl niezwykły człowiek, bardzo inteligentny, prawy, z dziada pradziada patriota. Dla mnie, dla nas, jego zołnierzy, bohater na miarę „Trylogii” Sienkiewicza – wspomina Kazimierz Paulo, ostatni z żyjących dowódców kompanii w oddziale Józefa Kurasia „Ognia”. Mimo upływu lat
pamięta szczegółowo niektóre sytuacje świadczące o ogromnym autorytecie, jakim cieszył się „Ogień” na Podhalu. Opowiada, kto i w jakiej sprawie przychodził do niego po radę lub prosząc, aby był rozjemcą, nie tylko w drobnych sąsiedzkich sporach.
To był prawdziwy „król Podhala”, Janosik, który chciał wolności i sprawiedliwości dla swojego ludu. Miał charyzmę. Był odważny. Potrafił zadrwić sobie nawet z Bieruta, wysyłając mu zaproszenie na swój ślub – kontynuuje opowieść Kazimierz Paulo.
Jest wiele dowodów, przytaczanych nawet we wspomnieniach dawnych ubeków, że „Ogień” cieszył się ogromnym poważaniem wśród swoich ziomków. Jeden z dokumentów, opublikowanych przez byłego szefa WUBP Stanisława Wałacha, zawiera np. oświadczenie wójta podhalańskiej wsi, że taki, a taki mężczyzna, osądzony przez &#
8222;Ognia” za jakieś przewinienie, który odwołał się od tego wyroku, jest dobrym człowiekiem. To oświadczenie więcej mówi o jakości tej partyzantki, o wartościach, jakimi kierował się „Ogień”, niż stosy innych dokumentów – ocenia Maciej Korkuć. 
"Ogień" (w białej koszuli, w środku) w otoczeniu górali – żołnierzy i współpracowników jego oddziału.
W swojej książce przytacza również inny, nieznany dotąd dokument – raport z przebiegu nadzwyczajnego posiedzenia Powiatowej Rady Narodowej w Nowym Targu z 20 lutego 1945 roku, poświecony w całości działalności „band reakcyjnych”. W posiedzeniu uczestniczyła specjalna delegacja Wojewódzkiej Rady Narodowej z Krakowa, której członkowie sporządzili cytowany raport. Napisali oni, że w czasie sesji oficjalne wystąpienie miał prezes PSL, o nazwisku Polak, który ostrzegał PPR-owców z Krakowa: Uważajcie, nie twórzcie u nas bandy „Ognia”, bo my wszyscy jesteśmy Ogniem – a jeżeli będziecie wytwarzać ognie, to gorzej z wami – bo nas jest 75 proc”.
Prezes Potok mówił dalej na tym oficjalnym forum, że „Ogień” nie jest złym człowiekiem, że zna go osobiście i całą jego rodzinę, i wie, że cieszy się ona zaufaniem społeczeństwa; że „Ogień” jesi raczej podobny do Janosika niż do bandyty. Na końcu swojego wystąpienia podkreślił: Bandy „Ognia” nie ma; tylko my, mieszkańcy Nowotarszczyzny, jesteśmy ognikami. Z tego samego dokumentu wynika, że „Ognia” bronił nawet i ówczesny przewodniczący PRN w Nowym Targu Leon Leja, który powiedział, że mordy dokonywane przez bandę „Ognia” nie mają charakteru politycznego, ale mają na celu oczyszczenie społeczeństwa od szubrawców i złodziei. Dał przy tym konkretne przykłady.
Nic dziwnego, że słysząc pozytywne opinie na temat „Ognia”, wygłaszane również przez ludzi, uważanych za swoich, komunistyczne władze zintensyfikowały działania zmierzające do zlikwidowania Józefa Kurasia i jego oddziału.
Ośmieleni sukcesem w styczniu 1947 roku na terenie powiatów żywieckiego i wadowickiego, gdzie w zasadzce zginął samobójcza śmiercią Mieczysław Wądolny "Mściciel", dowódca oddziału "Burza", dowódcy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i terenowych jednostek UB zmobilizowali ponad 800 osób, których zadaniem było ustawiczne śledzenie, ściganie i nękanie bojówek „Ognia”.
11 lutego 1947 roku został rozbity i wymordowany patrol kaprala „Marnego”, szefa 2 kompanii. Był to poważny cios dla zgrupowania „Ognia”. Kilkunastu jego żołnierzy ujawniło się, obawiając się represji przeciwko swoim rodzinom.
– Nie można wykluczyć, że był wśród nich podkomendny „Ognia”, który jeśli wierzyć materiałom, sporządzonym w UB, zgodził się na współprace agenturalną (nadano mu pseudonim „Śmiały”) w zamian za darowanie życia przetrzymywanym w wiezieniu dwóm młodszym braciom – sugeruje Maciej Korkuć.
Z dokumentów, które zebrał on m.in. w archiwach UB wynika, że zdrajca osobiście poprowadził wyprawę stuosobowego oddziału żołnierzy KBW, poszerzonego o funkcjonariuszy UB, którzy mieli zlikwidować obóz „Ognia”. Poruszali się na nartach, bo zima była sroga tego roku. Najpierw rozbito obóz w górach za Turbaczem. Zginął wówczas jeden z najstarszych i najbardziej doświadczonych żołnierzy „Ognia” – legionista Józef Sral ps. „Smak”.
Józef Kuraś wraz z kilkoma innymi osobami był wówczas w domu Józefa i Anny Zagatów we wsi Ostrowsko. Jednak i tutaj dotarli prześladowcy. Zagrodę podpalono. „Ogień” wraz z Ireną Olszewską „Hanką” przedostali się do budynku obok. Gdy i ten budynek otoczono i wezwano „Ognia” do poddania się, odmówił, polecając „Hance”, aby skorzystała z tej propozycji. Po jej wyjściu strzelił sobie w głowę. Był nieprzytomny, gdy czterech żołnierzy KBW wbiegło po schodach na strych.
Uczestniczący w akcji Józef Dysko, zastępca szefa PUBP w Nowym Targu, relacjonował później swoim przełożonym, że żołnierze ujrzeli „Ognia” w agonii, z rozwalona skronią, z odkrytym mózgiem. Miał zamknięte oczy. Rozgrzani walką żołnierze zrzucili go po schodach, a my doceniając w pełni wagę życia przywódcy bandy jako źródła informacji, za wszelką cenę chcieliśmy go ocalić.
„Ogień” zmarł dwadzieścia mimu po północy 22 lutego 1947 roku w nowotarskim szpitalu, szczelnie otoczonym kordonem MO i UB. Następnego dnia jego ciało zostało wywiezione do Krakowa. Kazimierz Jaworski, ówczesny kierownik sekcji ds. walki z bandytyzmem w nowotarskim PUBP, miał powiedzieć w 1986 roku jednemu z publicystów ówczesnego pisma „Kultura”: Nie chcieliśmy pochować go na ziemi nowotarskiej, aby jego grób nie stał się miejscem manifestacji, składania kwiatów itp.
Podobno ciało „Ognia” przez jeden dzień złożono na zamkniętym dla osób z zewnątrz dziedzińcu WUBP w Krakowie. To ostatnia, przyjmowana przez historyków jako wiarygodna, informacja dotycząca losów Józefa Kurasia.
Gdzie pochowano „Ognia”? – część 1 (2/2)>
