Cenny depozyt
Józef Kuraś „Ogień”, legendarny dowódca poakowskiego oddziału z Podhala, nie żyje od 57 lat. Do dzisiaj nie wiadomo, gdzie go pogrzebano. Jedyną osobą, spośród żołnierzy „Ognia”, która widziała martwego dowódcę, był Andrzej Goc ps. „Szpon”. Goca prowadzono akurat na przesłuchanie, gdy przez okno, z widokiem na dziedziniec WUBP, zobaczył ciało „Ognia”, oparte o pojemnik na odpady.
Andrzej Goc zmarł cztery lala temu. W latach 80. ub. stulecia pochowano prof. Janusza Berghausena, warszawskiego historyka, który podobno wiedział, kto i gdzie wywiózł zwłoki Józefa Kurasia. Obawiając się o bezpieczeństwo rodziny, nikomu nie wyjawił tej tajemnicy.
Kazimierz Garbacz z Łącka, który gromadzi dokumenty i wspomnienia dotyczące oddziału „Ognia”, zanotował ostatnio w swoim kajecie sensacyjnie brzmiące informacje, jakoby szczątki Józefa Kurasia miały spoczywać pod grubą warstwą betonu w piwnicy jednej z kamienic w centrum Krakowa, Miał to rzekomo ujawnić były ubek. Kazimierz Garbacz spędził dzieciństwo i młodość na Podhalu, w Waksmundzie, we wsi, w której w 1915 roku urodził się Józef Kuraś, uważanej za kolebkę „ogniowców”. Kiwa przecząco głową, gdy pytam, czy był żołnierzem w oddziale Józefa Kurasia.
– Takim jak ja, nastoletnim wówczas chłopcom, nie dawano do ręki broni. Można powiedzieć, że byłem łącznikiem, zajmowałem się roznoszeniem prasy i korespondencji. Uważałem, że nie mogę siedzieć bezczynnie, gdy starsi walczą o wolną Polskę. Tak mnie wychowano. Ojciec, który przed wojną pracował w Korpusie Ochrony Pogranicza, blisko granicy z Rosją, i dostał nawet medal za ujecie rosyjskiego szpiega, dobrze wiedział, czym grozi ta nowa okupacja – snuje wspomnienia mój rozmówca.
Młody wiek Kazimierza Garbacza nie był jednak przeszkodą dla reprezentantów ówczesnej władzy, którzy sądzili szesnastolatka jak dorosłego. W więzieniach w Rawiczu, we Wronkach, na Montelupich w Krakowie i w Jaworznie spędził w sumie 54 miesiące, z tego 12 miesięcy w pojedynczych celach. Bynajmniej nie w nagrodę za dobre sprawowanie.
– Gdy kilka lat temu otwarto archiwa dla nas, byłych więźniów komunistycznego reżimu, szczerze się uśmiałem, czytając dokumenty, które znalazłem w swojej teczce. Były tam m.in. opinie strażników więziennych, którzy wyjątkowo zgodnie odmawiali mi prawa do starania się o wcześniejsze zwolnienie, pisząc w swoich raportach, że osobnik, czyli ja, na dość dobrympoziomie umysłowym nie okazuje skruchy, wyrażając się źle o naszym sojuszniku. W ich odczuciu nie rokowałem nadziei na poprawę w przyszłości. To ostatnie zdanie napisano tłustym drukiem – mówi Kazimierz Garbacz, pokazując jako dowód kserokopię notatki.
Rozmawiamy w małym pokoiku na parterze domku, który zamieszkuje wraz ze swoją rodziną nieopodal Rynku w Łącku.
– To moje królestwo – pokazuje ręką na regały, gdzie są stosy książek i skoroszytów, do których wpięto zapisane gęsto na maszynie kartki formatu A-4. Na tych kartach jest historia „Ognia” i jego oddziału. Relacje te nie były dotąd publikowane. Warto się z nimi zapoznać, choćby po to, aby dać odpór tym, którzy wciąż uważają „Ognia” za krwawego watażkę, mającego na sumieniu niewinnych ludzi.
– W rzeczywistości „Ogień” karał jedynie najbardziej aktywnych komunistów, na których skarżyła się ludność Podhala. Najpierw jednak wysyłał ostrzeżenia, a dopiero potem, gdy je zlekceważono, stosował represje – przypomina Filip Musiał z krakowskiego oddziału IPN. Dowody na prawdziwość jego słów znajdują się we wspomnieniach byłych żołnierzy „Ognia”, spisanych przez Kazimierza Garbacza. Są tam też relacje, pokazujące, w jaki sposób rozprawiano się z „ogniowcami”.
– Poddaliśmy się. Nic było wyjścia. Ciężko rannego kaprala „Marnego” oparli o pień drzewa, bo nie mógł stać o własnych silach. Mnie kazali zdjąć buty. Szykowałam się na śmierć, ale ich dowódca powiedział: – Zostawcie ją a tego rozwalcie – wskazał na „Marnego”. Strzelali do niego kulami „dum-dun”, których prawo międzynarodowe zabraniało używać. Już po jednym strzale głowa mu się dosłownie rozleciała na kawałki. To był przerażający widok – opowiada Janina Kolasa ps. „Stokrotka”.
Co roku, w lutym, w rocznicę śmierci Józefa Kurasia „Ognia” na cmentarzu w Waksmundzie spotykają się żyjący jeszcze żołnierze „Ognia„.
Z przeprowadzonego przez Kazimierza Garbacza prywatnego śledztwa wynika, że jedną z ostatnich osób, które widziały zwłoki „Ognia”, był Andrzej Goc ps. „Szpon”, który był łącznikiem oddziału z II Korpusem Polskich Sił Zbrojnych we Włoszech. Został zatrzymany przez UB, jeszcze zanim osaczono obóz „Ognia”. Przesłuchiwano go w budynku Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Krakowie akurat wtedy, gdy przywieziono tam ciało Józefa Kurasia. Nieżyjący już dzisiaj „Szpon” twierdził, że gdy prowadzono go do celi, widział przez okno na dziedzińcu swojego dowódcę nieżywego, opartego o pojemnik na odpady. Ciało było powykręcane od mrozu. „Szpon” opowiadał, że ubecy robili sobie przy nim zdjęcia. Ci, którzy prowadzili Goca, widząc, jak bardzo cierpi, wskazywali na podwórze i drwili z jego uczuć, mówiąc ironicznie: – Macie tu swojego dowódcę.
Co się stało z ciałem „Ognia”?
– To była najpilniej strzeżona w UB tajemnica. Z dokumentów, jakie ujawniono po otwarciu archiwów MSW wynika, że w jego przypadku obowiązywała dyrektywa: usunąć ciało, zabić pamięć – mówi Kazimierz Garbacz, pokazując plik listów z archiwów państwowych, archiwum MSWiA, Wojskowych Służb Informacyjnych. We wszystkich tych pismach powtarza się ta sama formułka:
odpowiadając na pismo (…) uprzejmie informuję, że w naszym zasobie archiwalnym nie odnaleziono żadnych informacji o miejscu pochowania Józefa Kurasia ps. „Ogień”.
– Pisałem nawet do polskich placówek archiwalnych w Londynie, ale tam też nic nie znaleziono – mówi kombatant z Łącka.
Kazimierz Garbacz tuż po wyjściu z więzienia, gdzie spędził w sumie 54 miesiące.
Takich osób jak Kazimierz Garbacz, których pasją stato się dokumentowanie działań „Ognia” oraz samej postaci Józefa Kurasia, było i jest więcej. W latach 60. i 70. na Podhalu często bywał wraz ze swoimi studeniami prof. Janusz Berghausen z Uniwersytelu Warszawskiego. Starsi mieszkańcy Waksmundu pamiętają go. Podobno zawsze, gdy warszawscy studenci wraz ze .swoim profesorem rozbijali obozowisko, we wsi pojawiali się tajniacy, którzy deptali im po piętach.
Wujek od dawna nie żyje – informuje Jolanta Berghausen, krewna znanego historyka. Mówi, że profesor poświęcił wiele lat swojego życia, aby zebrać materiały na temat „Ognia”. – To był jego konik. Cała rodzina o tym wiedziała. Wiem, że podziwiał Józefa Kurasia. Ta postać go fascynowała. Po rodzinie chodziły słuchy, że wujek wiedział, gdzie „Ogień” jest” pochowany, ale nikomu tego nie wyjawił. Nic dziwnego, bo w latach 60., a nawet i później, ujawnienie tej tajemnicy nie byłoby mile widziane. Książki i wszystkie swoje zapiski wujek oddał w ręce zaufanej osoby – kobiety, która, jak słyszałam, przekazała je do Muzeum Narodowego. Ta pani jest już dzisiaj w mocno zaawansowanym wieku. Wątpię, żeby chciała z kimkolwiek rozmawiać.
To bardzo ciekawa informacja – ocenia Krzysztof Gąsiorowski, który pod koniec lat 90. jako pełnomocnik posła Tomasza Karwowskiego z KPN, usiłował dotrzeć do dokumentów, które mogłyby pomóc w rozwikłaniu zagadki pochówku „Ognia”. Gdyby udało się odszukać ten cenny depozyt, być może trafilibyśmy na nowo wątki, nowe okoliczności i ludzi, którzy mogliby coś powiedzieć na temat ostatnich chwil jego życia, jego śmierci i tego, co się stało z ciałem.
Krzysztof Gąsiorowski ma w swoim archiwum sporo oficjalnych dokumentów na ten temat. M.in. kserokopie notatki służbowej, sporządzonej w dniu śmierci „Ognia” (22 lutego 1947 r.) przez śledczego Komendy Powiatowej MO w Nowym Targu, pismo komendanta powiatowego MO w Nowym Targu z 26 marca 1947 r. do Prokuratury i Sądu Okręgowego w Nowym Sączu oraz datowane dwa tygodnie później pismo prokuratora z Nowego Sącza do Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Krakowie.
Z notatek tych wynika, że ciało „Ognia” najpierw musiało trafić do PUBP w Nowym Targu, gdzie sporządzono milicyjne oględziny zwłok, przesłuchano świadków, a po ukończeniu dochodzenia, przedłożono akta Prokuraturze i Sądowi Okręgowemu w Nowym Sączu. Prawdopodobnie nie wykonano tego zadania najeżycie, gdyż w notatce z 26 marca 47 r. ówczesny komendant MO powiatu nowotarskiego gęsto się tłumaczy z tego, że nie zdołano przesłuchać jedynej, kto wie, czy nie najważniejszej dla UB osoby – niejakiego Mariana B. – który „ujął „Ognia”, a kilka dni po akcji został zdemobilizowany i wysłany w odległy kraniec województwa.
Marian B., który odwoził jeszcze żyjącego, ale będącego w agonalnym stanie Józefa Kurasia ze wsi Ostrowsko do szpitala w Nowym Targu, prawdopodobnie konwojował później jego zwłoki do Krakowa. W budynku Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego ciało „Ognia” mogło trafić w ręce dwóch oficerów śledczych: Jana Z. i Władysława C. Obaj w 1950 r. awansowali i przeszli do Warszawy. Jednak pod wskazanym w 1993 r. przez dawne Biuro Ewidencji i Archiwum UOP adresem wymienionych wyżej funkcjonariuszy, dzisiaj zameldowani są inni ludzie. Obaj byli ubecy prawdopodobnie już nie żyją. Być może były to ostatnie osoby, które mogły wiedzieć, co się stało ze zwłokami „Ognia”.
Krzysztof Gąsiorowski ma na ten temat własną opinię. Nie pamięta już, kto i gdzie wysunął hipotezę, że ciało Józefa Kurasia zakopano w rowie koło miejscowości Młoszowa w powiecie chrzanowskim.
– Ta wersja wydaje się dość prawdopodobna. Rozumuję tak: UB poleciło wywieźć zwłoki jak najdalej od Krakowa, aby zakopać je w szczerym polu, gdzie można było być pewnym, że nie będzie żadnych świadków, prócz jednej czy dwóch osób, które otrzymały to poufne zadanie. Dlaczego akurat Młoszowa i powiat chrzanowski? Ano, tak się składa, że z Chrzanowa pochodziło wielu ówczesnych funkcjonariuszy krakowskiego UB, a także pracowników wyższego szczebla. W tamtym rejonie bardzo aktywnie działały PPR i Armia Ludowa, a osoby będące członkami PPR i AL najczęściej były na indeksie u „Ognia”. Mogło się więc zdarzyć, że kierujący WUBP w Krakowie wydali zwłoki swoim ludziom z tamtego terenu, aby w odwecie mogli się nad nimi pastwić – dywaguje Krzysztof Gąsiorowski.
– Gdyby jego teza była prawdziwa, odszukanie „Ognia” bez wskazówek ze strony tych, którzy go grzebali, byłoby praktycznie niemożliwe. Chociaż, jak twierdzi nie tylko ten rozmówca, bywa, że poszukiwane przez lata zwłoki odnajdują się przypadkiem. Taka historia wydarzyła się w Limanowej. Podczas remontu budynku dawnego PUBP natrafiono na ludzkie szczątki zakopane tuz obok toalety – przypomina Krzysztof Gąsiorowski.
Kazimierz Garbacz (z prawej) w otoczeniu żołnierzy i łączników z oddziału „Ognia”.
Nową wersję pochówku „Ognia” zanotował ostatnio w swoim brulionie Kazimierz Garbacz. Usłyszał ją od swojego kolegi, kombatanta, któremu tę tajemnicę miał wyjawić niejaki Stanisław L., były ubek.
– W jego wersji ciało „Ognia” pogrzebano w jednej z krakowskich kamienic, położonej w centrum miasta – relacjonuje Kazimierz Garbacz, sugerując mi odszukanie L., który, jak mu powiedziano, żyje i mieszka na ziemi nowosądeckiej.
– Tak, żyje, ale jest bardzo schorowany. Przeszedł dwa zawały. Niech go pani zostawi w spokoju – żona Stanisława L., broni dostępu do męża. Nic jej nie wiadomo, aby mąż znał okoliczności pochówku „Ognia”.
– Nawet gdybym go sama o to zapytała, nic nie powie, bo ma zaniki pamięci – tym stwierdzeniem kończy rozmowę.
Hipotezy o zakopaniu zwłok „Ognia” na dziedzińcu czy w piwnicy wybranej świadomie czy przypadkowo kamienicy, nie można wykluczyć, W połowie lat 90. jeden z rzeszowskich dziennikarzy opublikował na łamach dziennika „Nowiny” zeznania osób, które twierdziły, że w piwnicy budynku znajdującego się naprzeciw rzeszowskiego zamku, gdzie w czasach stalinowskich mieściło się więzienie, jest zbiorowy grób, w którym leżą szczątki żołnierzy antykomunistycznego podziemia. Relacjami tych osób zainteresował się tamtejszy IPN, ale sprawę zarzucono, gdyż sprawdzenie, czy świadkowie mówią prawdę, wymagałoby ogromnego nakładu sił i środków. Gdy kilka tygodni temu byłam w Rzeszowie, obejrzałam tę kamienicę. Miejsce hipotetycznego pochówku robi wrażenie. Kamienica wygląda bowiem z zewnątrz tak, jakby miała piwnicę. W środku jednak brak wejścia do podziemi.
GRAŻYNA STARZAK, [email protected] , tel: 606-28-58-79
Dziennik Polski, Nr 67 (18163), 19.03.2004
Gdzie pochowano „Ognia”? – 1 < część > 3
Strona główna>
57 rocznica śmierci "Roja"
57 rocznica śmierci st. sierż. Mieczysława Dziemieszkiewicza ps. "Rój"
13 kwietnia 2008 r. minęło 57 lat od śmierci st. sierż. Mieczysława Dziemieszkiewicza ps. "Rój", dowódcy jednego z najdłużej walczących z komunistami na Mazowszu oddziałów Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. 

St. sierż. Mieczysław Dziemieszkiewicz ps. "Rój" na czele oddziału.
W wyniku donosu, 13 kwietnia 1951 r. „Rój”, który przebywał wówczas wraz z Bronisławem Gniazdowskim „Mazurem” w gospodarstwie Burkackich we wsi Szyszki (gm. Kozłowo, pow. pułtuski) został otoczony przez 270 żołnierzy z I Brygady KBW i nieustaloną liczbę funkcjonariuszy UBP i MO. Gospodarstwo zostało otoczone potrójnym pierścieniem tyraliery. Akcję grupy operacyjnej wspierał samolot zrzucający flary oświetlające teren. Po kilku godzinach od rozpoczęcia akcji obaj wyszli z ukrycia i podjęli próbę przedarcia się przez kordon przeciwnika. Padli w krzyżowym ogniu broni maszynowej.
Bronisław Gniazdowski "Mazur" i Mieczysław Dziemieszkiewicz "Rój", polegli 13 IV 1951 r. w kolonii Szyszki – zdjęcie wykonane przez UB.
Z raportu dowództwa I Brygady KBW z likwidacji st. sierż. Mieczysława Dziemieszkiewicza „Roja” i st. strz. Bronisława Gniazdowskiego „Mazura” w dn. 13 kwietnia 1951 r., wnioskować można, że jeden z partyzantów, ciężko ranny, w momencie zbliżania się do niego grupy operacyjnej popełnił samobójstwo.
Upozowane przez funkcjonariuszy UBP zdjęcie Mieczysława Dziemieszkiewicza "Roja" z elementami umundurowania, którego nigdy nie używał (beret z milicyjnym orzełkiem i trupią główką, trupia główka na kołnierzu bluzy).
St. sierż. Mieczysław Dziemieszkiewicz "Rój" należał do najwybitniejszych, najbardziej energicznych i zdeterminowanych dowódców polowych XVI Okręgu Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Cieszył się poparciem ludności, dzięki któremu mógł tak długo działać i utrudniać komunistom utrwalanie swej władzy. Poległ w walce o wolną i niepodległą Polskę.
GLORIA VICTIS !!!
Więcej na temat st. sierż. "Roja" czytaj:
St. sierż. Mieczysław Dziemieszkiewicz ps. „Rój" i XVI Okręg Narodowego Zjednoczenia Wojskowego>
WYKŁAD NA UMCS W LUBLINIE
w Lublinie zaprasza: na referat TOMASZA GUZIAKA pt.:
Konspiracja AK-WiN na Lubelszczyźnie w latach 1946-51:
Najważniejsze akcje zbrojne oddziałów Leona Taraszkiewicza "Jastrzębia" i Edwarda Taraszkiewicza "Żelaznego" Dodatkowo w trakcie spotkania zostanie zaprezentowany
film pt.:
Z archiwum IPN – "Żelazny"
Spotkanie odbędzie się w czwartek 17 kwietnia 2008 r.
na UMCS w Lublinie, w sali nr 301
(budynek Nowej Humanistyki)
godzina 18:00

Kliknij w miniaturę zdjęcia
Gdzie pochowano „Ognia”? – część 1 (2/2)
Konrad Strzelewicz we wspomnianym wyżej artykule, zamieszczonym w styczniu 1986 roku na lamach tygodnika „Kultura” pt. „Jak zginął »Ogień«”, przytacza wypowiedź Stanisława Wałacha, wieloletniego szefa WUBP w Krakowie, który miał powiedzieć, że zwłoki Józefa Kurasia zostały bezimiennie przekazane krakowskiej Klinice Akademii Medycznej jako zwłoki nieznanego człowieka. Stanisław Wałach był – jak się wydaje – jedną z niewielu osób, które wiedziały, co się stało z ciałem „Ognia”.
Kazimierz Paulo opowiada, że gdy siedział W więzieniu w Rzeszowie, kilka miesięcy po śmierci Józefa Kurasia przyjechali do niego Stanisław Wałach i Józef Światło, namawiając do zdrady, do przejścia na ich stronę.
Wałach obiecywał, że jeśli zostanę ich wtyczką, powie mi, gdzie spoczywa „Ogień”. Droczyłem się z nimi, nie chcąc ich od razu zrażać do siebie, bo sądziłem, iż przedłużając rozmowę, być może dowiem się czegoś na lemat śmierci i pochówku naszego dowódcy. Niektóre fragmenty tej rozmowy zapamiętam do końca życia. Np. ten, gdy na moje rzekome wątpliwości, że podwładni nie uwierzą mi, że nie zdradziłem, gdy zdrów i cały, jakby nigdy nic wyjdę z więzienia. Wałach odpowiedział: Damy ci jakichś dwóch naszych na rozwałkę, a potem zrobimy im pokazowy pogrzeb. Wtedy ci uwierzą. Ja na to bąknąłem, że jak to, niewinnych ludzi poświęcą? A on, że jak trzeba będzie, to tak. Byłem zszokowany tym wyznaniem i nie chciałem już kontynuować rozmowy.
Kazimierz Paulo potwierdza, że chodziły słuchy, iż UB wydało ciało „Ognia” do ćwiczeń studentom. – Jednak z tych samych źródeł słyszeliśmy zapewnienia, że profesorowie i studenci odmówili przyjęcia zwłok – mówi ostatni, żyjący dowódca kompanii z oddziału „Ognia”. Dziś nie potrafi sobie przypomnieć, kto i skąd przyniósł taką informację. Dopuszcza myśl, że mogła to być plotka, którą celowo rozpowszechniało UB.
Maciej Korkuć nie chce oceniać, czy wersja pozbycia się ciała „Ognia” poprzez oddanie go studentom do ćwiczeń jest prawdziwa. Natomiast drugą część tej historii uważa za mało prawdopodobną. W jego opinii UB robiłoby wszystko, aby zwłoki „Ognia” były trudne, a nawet niemożliwe do zidentyfikowania.
Marcin Zwolski z białostockiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej odnalazł wewnętrzną instrukcję UB z 1953 roku, w której są zalecenia dla naczelników więzienia, jak postępować ze zwłokami. Dzielono je na cztery kategorie: więzień zmarły, więzień samobójca, więzień stracony (na mocy wyroku KS) i „bandyta” (byli to zazwyczaj żołnierze podziemia zabici podczas akcji UB, MO i Ludowego Wojska Polskiego). Ciała więźniów samobójców i straconych naczelnik zakładu karnego mógł wydać rodzinie, ale jedynie za zgodą szefa Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego i w uzgodnieniu z prokuratorem. Zwłoki „bandytów” trafiały albo na miejscowy cmentarz, do wydzielonej, choć utajnionej kwatery albo… do zakładów anatomii, gdzie używano ich jako materiału do ćwiczeń dla studentów medycyny.
Tak postąpiono np. ze zwłokami ppor. Antoniego Wodyńskiego „Odyńca”, żołnierza VI Wileńskiej Brygady AK. Zmarł 8 lipca 1948 roku od ran postrzałowych w czasie zasadzki UB. Jeszcze tego samego dnia jego ciało przekazano do Zakładu Anatomii Uniwersytetu Wrocławskiego. W archiwach UB zachował się świstek papieru, na którym kłoś napisał:
Niniejszym kwituję odbiór zwłok nieznanego mężczyzny lat 26 ze szpitala WUBP.
W ten sposób Antom Wodyński „Odyniec” stal się osobą NN. Przeprowadzone współcześnie dochodzenie wykazało, że zwłoki „Odyńca” po pół roku przechowywania w uczelnianej chłodni wydano do ćwiczeń studentom I roku medycyny. Niewykluczone, że jakieś należące do niego szczątki znajdują się wśród setek eksponatów, umieszczonych w formalinie w Zakładzie Anatomii Prawidłowej we Wrocławiu. Podobny los mógł spotkać szczątki „Ognia”.
Dr Maciej Korkuć jest pewien, że prędzej czy później miejsce pochówku Józefa Kurasia zostanie odnalezione. Być może całkiem przypadkowo. Dlatego w jego opinii należy sprawdzić wszystkie, czasem najbardziej absurdalne lub wykluczające się tezy i tropy. Na dowód opowiada o zdarzeniu z początku lat 90., gdy brał udział w ekshumacji ofiar NKWD na Rzeszowszczyźnie. Twierdzi, że zupełnie przypadkowo natrafiono tam na jedną z wielu, jak się później okazało mogił, w której znaleziono szkielet człowieka ze skrawkiem materiału owiniętym wokół szyi. Okazało się, że to kawałek rozprutej nogawki spodni. Na tej podstawie udało się odtworzyć okoliczności śmierci ofiar NKWD i odnaleźć pozostałe groby.
– Ta jedna mogiła pomogła rozwikłać zagadkę, jak zginęli ci ludzie. Zeznania świadków były ze sobą sprzeczne. Jedni twierdzili, że podrzynano im gardła; drudzy, że zostali uduszeni. Po odnalezieniu tego skrawka materiału, który jakimś cudem się uchował, było jasne, że ofiary wiązano szmatami, ale nie po to, aby je udusić, ale po to, aby im poderżnąć gardło i nie być przy tym zbryzganym krwią. Być może kiedyś z Bożą pomocą uda się odnaleźć szczątki „Ognia” – dywaguje Maciej Korkuć.
Józef Kuraś „Ogień” nie jest jedynym dowódcą antykomunistycznego podziemia, który zmarł na UB w latach 40., a którego szczątków do dzisiaj nie odnaleziono. Nieznane jest miejsce pochówku m.in. wspomnianego „Mściciela”, czyli Mieczysław Wądolnego, dowódcy oddziału „Burza”.
Niemal w identycznych co „Ogień” okolicznościach zginął Eugeniusz Kokolski „Groźny”, który na przełomie 1945 i 1946 roku wraz ze swoimi dwustoma żołnierzami nękał komunistów, organizujących swoją administrację na terenie powiatu tureckiego (dawne woj. łódzkie, obecnie wielkopolskie). Jak dowodzi Agnieszka Łuczak z poznańskiego oddziału IPN, żołnierze „Groźnego”, podobnie jak podwładni „Ognia”, wbrew temu, co głosiła ówczesna propaganda, tworzyli zdyscyplinowane wojsko, które rozbrajało posterunki MO, a pieniądze na wyżywienie, żołd, na dozbrojenie oddziału i wynagrodzenie dla informatorów zdobywali, napadając wyłącznie na kasy gminnych spółdzielni i innych instytucji tworzonych w ramach komunistycznej administracji. Podobnie jak „Ogień” na Podhalu, „Groźny” zyskał sprzymierzeńców wśród miejscowych, którzy wiedzieli, że jego żołnierze chłopa nie ruszą; rabują tylko państwowe spółdzielnie.
„Groźny”, tak samo jak „Ogień”, został osaczony przez funkcjonariuszy UB w jednym z gospodarstw w powiecie tureckim. Ranny w czasie ostrzału, ukrył się w piwnicy, gdzie popełnił samobójstwo. Reszta jego żołnierzy poddała się. Prawdopodobnie po postrzeleniu się jeszcze żył, ale nie odzyskał świadomości. Nieprzytomnego wniesiono do samochodu i przewieziono do PUBP w Turku. Naoczny świadek tak relacjonował to wydarzenie: Złapali go za nogi i tak wlekli po schodach i przez mieszkanie, a jeden z nich śmiał podejść i go kopać.
Eugeniusz Kokolski kilkanaście godzin umierał na UB. Do dziś nie udało się ustalić miejsca jego pochówku. Wśród mieszkańców Turka krążą dwie wersje na ten temat. Według jednej – następnego dnia zwłoki „Groźnego” wywieziono wcześnie rano na miejski śmietnik i tam porzucono. Zgodnie z inną wersją jego ciało wywieziono samochodem w kierunku Uniejowa. Następnie obciążono kamieniami i w parcianym worku wrzucono do Warty. W podobny sposób ubecy mogli postąpić z „Ogniem”.
GRAŻYNA STARZAK
Dziennik Polski, Nr 61 (18157), 12.03.2004
Gdzie pochowano „Ognia”? – 1(1/2)< część >2
Strona główna>
Gdzie pochowano "Ognia"? – część 1 (1/2)
Dziękuję serdecznie Pani Grażynie Starzak za wyrażenie zgody na publikację tego cyklu i zwracam się do wszystkich, którzy posiadają jakiekolwiek nowe informacje mogące przyczynić się do odkrycia miejsca pochówku mjr. "Ognia", aby kontaktowali się bezpośrednio z autorką:
Grażyna Starzak
[email protected]
tel: 606-28-58-79
Zdrajca osobiście poprowadził wyprawę stuosobowego oddziału żołnierzy KBW, poszerzonego o funkcjonariuszy UB, którzy mieli zlikwidować obóz „Ognia”.
Kochany przez żołnierzy, podziwiany przez ziomków, szanowany przez przeciwników ideowych, znienawidzony przez komunistyczne władze. Józef Kuraś „Ogień”, dowódca jednego z najbardziej znanych poakowskich oddziałów partyzanckich, i za życia, i po śmierci budził spore emocje. Tak jest do dziś, czego dowodem wciąż nowe publikacje na temat tej legendarnej postaci. W każdej z nich można znaleźć nowe szczegóły z biografii Józefa Kurasia. Oprócz jednego: gdzie go pochowano?
Kazimierz Paulo, dowódca kompanii w oddziale „Ognia”, uważa, że to ostatni moment, aby próbować odszukać miejsce spoczynku Józefa Kurasia, okrzykniętego „królem Podhala”, bo świadkowie tamtych wydarzeń jeden po drugim umierają.
Pytanie, kim był Józef Kuraś „Ogień” wydaje się niestosowne. Zwłaszcza na terenie Podhala, skąd pochodził. O legendarnej już postaci zapisano całe tomy. Był bohaterem książek, artykułów publicystycznych i reportaży wydawanych w oficjalnym i podziemnym obiegu. Cel, jaki przyświecał autorom tekstów o oddziale „Ognia”, różni się w zależności od tego, kim byli.
Większość opracowań oficjalnych cechowała stronniczość, widoczna zarówno w doborze materiałów i zdarzeń, jak i w interpretacjach i komentarzach. Charakterystyczne, że mimo pełzającej demokratyzacji systemu niemal do końca lat 80., terminy typu „banda zbrojna” czy „banda reakcyjna” na określenie oddziałów „Ognia” i innych w tej historiografii obowiązywały – zwraca uwagę Maciej Korkuć, autor wydanej niedawno nakładem IPN książki na temat niepodległościowych oddziałów partyzanckich w Krakowskiem w latach 1944-47.
Otwarcie na początku lat 90. archiwów UB i SB niewiele zmieniło sytuację historyków tamtego okresu, którzy poszukiwali prawdy o pierwszych, powojennych latach. Maciej Korkuć, który w połowie minionej dekady jako doktorant UJ zbierał materiały do swojej pracy mówi, że wcale nie miał pewności, że otrzymuje wszystkie dokumenty, jakie znajdują się na półkach, a związane są z interesującym go problemem. Dopiero teraz, będąc pracownikiem IPN, może bez przeszkód penetrować archiwa. Nie ma jednak żadnej gwarancji, iż znajdzie to, czego szuka, albo że dokumentacja jest pełna.
Dowody? Choćby teczka człowieka, który jak wszystkie poszlaki wskazują, zdradził kryjówkę „Ognia”. Konfident o pseudonimie operacyjnym „Śmiały” był człowiekiem zaufanym w oddziale Józefa Kurasia. Pełnił funkcję łącznika. – Jego teczka osobowa, znaleziona w archiwum UB. powinna być gruba, a jest cienka. Wyraźnie widać, że usunięto z niej materiały, które dotyczyły roli tej postaci w zlikwidowaniu oddziału – mówi Maciej Korkuć.
Zanim jednak „Śmiały”, któremu pomagał inny konfidentn pseudonimie „Orienacyjny”, doprowadził do rozbicia obozu „Ognia”, Józef Kuraś wraz ze swoimi żołnierzami mocno dali się we znaki ówczesnej władzy. W tajnych dokumentach, w których analizowano nastroje społeczeństwa przed referendum, powiaty położone na południu woj. krakowskiego zostały zaliczone do strefy „A” – najwyższego zagrożenia. Za wroga numer jeden uznano właśnie „Ognia” i jego żołnierzy.
Maciej Korkuć cytuje w swojej książce fragment monografii Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (KBW), gdzie napisano m.in., że kiedy na początku sierpnia 1946 roku podjęto intensywne, kilkumiesięczne działania przeciw oddziałom leśnym w wielu regionach Polski, główną uwagę w sztabie KBW koncentrowano na likwidacji zgrupowania „Ognia” w woj. krakowskim.
„Ogień” stwarzał poważne problemy ówczesnej władzy. Ludność, nie tylko na Podhalu, skąd się wywodził, ale w wielu innych regionach południowej Polski, pomagając mu, nie chciała współpracować z UB. Dotarłem do raportów, z których wynika, że ubecy tylko wtedy mogli się cokolwiek dowiedzieć, np. jakie są nastroje ludności przed referendum, gdy przebrali się w mundury partyzanckie i udawali żołnierzy „Ognia” – mówi i Maciej Korkuć.
– To byl niezwykły człowiek, bardzo inteligentny, prawy, z dziada pradziada patriota. Dla mnie, dla nas, jego zołnierzy, bohater na miarę „Trylogii” Sienkiewicza – wspomina Kazimierz Paulo, ostatni z żyjących dowódców kompanii w oddziale Józefa Kurasia „Ognia”. Mimo upływu lat
pamięta szczegółowo niektóre sytuacje świadczące o ogromnym autorytecie, jakim cieszył się „Ogień” na Podhalu. Opowiada, kto i w jakiej sprawie przychodził do niego po radę lub prosząc, aby był rozjemcą, nie tylko w drobnych sąsiedzkich sporach.
To był prawdziwy „król Podhala”, Janosik, który chciał wolności i sprawiedliwości dla swojego ludu. Miał charyzmę. Był odważny. Potrafił zadrwić sobie nawet z Bieruta, wysyłając mu zaproszenie na swój ślub – kontynuuje opowieść Kazimierz Paulo.
Jest wiele dowodów, przytaczanych nawet we wspomnieniach dawnych ubeków, że „Ogień” cieszył się ogromnym poważaniem wśród swoich ziomków. Jeden z dokumentów, opublikowanych przez byłego szefa WUBP Stanisława Wałacha, zawiera np. oświadczenie wójta podhalańskiej wsi, że taki, a taki mężczyzna, osądzony przez &#
8222;Ognia” za jakieś przewinienie, który odwołał się od tego wyroku, jest dobrym człowiekiem. To oświadczenie więcej mówi o jakości tej partyzantki, o wartościach, jakimi kierował się „Ogień”, niż stosy innych dokumentów – ocenia Maciej Korkuć. 
"Ogień" (w białej koszuli, w środku) w otoczeniu górali – żołnierzy i współpracowników jego oddziału.
W swojej książce przytacza również inny, nieznany dotąd dokument – raport z przebiegu nadzwyczajnego posiedzenia Powiatowej Rady Narodowej w Nowym Targu z 20 lutego 1945 roku, poświecony w całości działalności „band reakcyjnych”. W posiedzeniu uczestniczyła specjalna delegacja Wojewódzkiej Rady Narodowej z Krakowa, której członkowie sporządzili cytowany raport. Napisali oni, że w czasie sesji oficjalne wystąpienie miał prezes PSL, o nazwisku Polak, który ostrzegał PPR-owców z Krakowa: Uważajcie, nie twórzcie u nas bandy „Ognia”, bo my wszyscy jesteśmy Ogniem – a jeżeli będziecie wytwarzać ognie, to gorzej z wami – bo nas jest 75 proc”.
Prezes Potok mówił dalej na tym oficjalnym forum, że „Ogień” nie jest złym człowiekiem, że zna go osobiście i całą jego rodzinę, i wie, że cieszy się ona zaufaniem społeczeństwa; że „Ogień” jesi raczej podobny do Janosika niż do bandyty. Na końcu swojego wystąpienia podkreślił: Bandy „Ognia” nie ma; tylko my, mieszkańcy Nowotarszczyzny, jesteśmy ognikami. Z tego samego dokumentu wynika, że „Ognia” bronił nawet i ówczesny przewodniczący PRN w Nowym Targu Leon Leja, który powiedział, że mordy dokonywane przez bandę „Ognia” nie mają charakteru politycznego, ale mają na celu oczyszczenie społeczeństwa od szubrawców i złodziei. Dał przy tym konkretne przykłady.
Nic dziwnego, że słysząc pozytywne opinie na temat „Ognia”, wygłaszane również przez ludzi, uważanych za swoich, komunistyczne władze zintensyfikowały działania zmierzające do zlikwidowania Józefa Kurasia i jego oddziału.
Ośmieleni sukcesem w styczniu 1947 roku na terenie powiatów żywieckiego i wadowickiego, gdzie w zasadzce zginął samobójcza śmiercią Mieczysław Wądolny "Mściciel", dowódca oddziału "Burza", dowódcy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i terenowych jednostek UB zmobilizowali ponad 800 osób, których zadaniem było ustawiczne śledzenie, ściganie i nękanie bojówek „Ognia”.
11 lutego 1947 roku został rozbity i wymordowany patrol kaprala „Marnego”, szefa 2 kompanii. Był to poważny cios dla zgrupowania „Ognia”. Kilkunastu jego żołnierzy ujawniło się, obawiając się represji przeciwko swoim rodzinom.
– Nie można wykluczyć, że był wśród nich podkomendny „Ognia”, który jeśli wierzyć materiałom, sporządzonym w UB, zgodził się na współprace agenturalną (nadano mu pseudonim „Śmiały”) w zamian za darowanie życia przetrzymywanym w wiezieniu dwóm młodszym braciom – sugeruje Maciej Korkuć.
Z dokumentów, które zebrał on m.in. w archiwach UB wynika, że zdrajca osobiście poprowadził wyprawę stuosobowego oddziału żołnierzy KBW, poszerzonego o funkcjonariuszy UB, którzy mieli zlikwidować obóz „Ognia”. Poruszali się na nartach, bo zima była sroga tego roku. Najpierw rozbito obóz w górach za Turbaczem. Zginął wówczas jeden z najstarszych i najbardziej doświadczonych żołnierzy „Ognia” – legionista Józef Sral ps. „Smak”.
Józef Kuraś wraz z kilkoma innymi osobami był wówczas w domu Józefa i Anny Zagatów we wsi Ostrowsko. Jednak i tutaj dotarli prześladowcy. Zagrodę podpalono. „Ogień” wraz z Ireną Olszewską „Hanką” przedostali się do budynku obok. Gdy i ten budynek otoczono i wezwano „Ognia” do poddania się, odmówił, polecając „Hance”, aby skorzystała z tej propozycji. Po jej wyjściu strzelił sobie w głowę. Był nieprzytomny, gdy czterech żołnierzy KBW wbiegło po schodach na strych.
Uczestniczący w akcji Józef Dysko, zastępca szefa PUBP w Nowym Targu, relacjonował później swoim przełożonym, że żołnierze ujrzeli „Ognia” w agonii, z rozwalona skronią, z odkrytym mózgiem. Miał zamknięte oczy. Rozgrzani walką żołnierze zrzucili go po schodach, a my doceniając w pełni wagę życia przywódcy bandy jako źródła informacji, za wszelką cenę chcieliśmy go ocalić.
„Ogień” zmarł dwadzieścia mimu po północy 22 lutego 1947 roku w nowotarskim szpitalu, szczelnie otoczonym kordonem MO i UB. Następnego dnia jego ciało zostało wywiezione do Krakowa. Kazimierz Jaworski, ówczesny kierownik sekcji ds. walki z bandytyzmem w nowotarskim PUBP, miał powiedzieć w 1986 roku jednemu z publicystów ówczesnego pisma „Kultura”: Nie chcieliśmy pochować go na ziemi nowotarskiej, aby jego grób nie stał się miejscem manifestacji, składania kwiatów itp.
Podobno ciało „Ognia” przez jeden dzień złożono na zamkniętym dla osób z zewnątrz dziedzińcu WUBP w Krakowie. To ostatnia, przyjmowana przez historyków jako wiarygodna, informacja dotycząca losów Józefa Kurasia.
Gdzie pochowano „Ognia”? – część 1 (2/2)>
Rozkaz – uwolnić więźniów UB

"Żołnierze Wyklęci":
"Rozkaz – uwolnić więźniów UB"
W najbliższą środę 9 kwietnia 2008 r. w TVP HISTORIA, o godz. 20:00 zostanie wyemitowany kolejny (4) odcinek programu z cyklu KONFLIKTY, BITWY, WOJNY – "Żołnierze Wyklęci", pt. "Rozkaz – uwolnić więźniów UB", w którym autorzy – Prezes Fundacji "Pamiętamy", Pan Grzegorz Wąsowski, dr Kazimierz Krajewski i dr Tomasz Łabuszewski – opowiedzą o rozbiciu więzień w Kielcach i Radomiu w 1945 r., dalszych losach autorów tych akcji: kpt. Antoniego Hedy ps. "Szary" i por. Stefana Bembińskiego ps. "Harnaś", a także o dalszej walce przeciwko komunistom żołnierzy Związku Zbrojnej Konspiracji, m.in. Tadeusza Zielińskiego "Igły", Marcina Sadowskiego "Dzidy" i Włodzimierza Kozłowskiego "Oriona".
POWTÓRKI PROGRAMU:
Czwartek, 10 kwietnia 2008 r., godz. 21:30
Wtorek, 15 kwietnia 2008 r., godz. 17:30
Rozbicie więzienia w Kielcach
W nocy z 4 na 5 sierpnia 1945r. oddziały Armii Krajowej pod dowództwem jednego z najsłynniejszych dowódców Polskiego Podziemia kpt. Antonieg Hedy „Szarego" przeprowadziły akcję rozbicia więzienia w Kielcach. Mobilizacja do akcji objęła żołnierzy z dawnego 3. pp leg. AK i 72. pp AK (m.in. pododdziały por. Stefana Bębińskiego "Harnasia", ppor. Henryka Podkowińskiego "Ostrolota", por. Henryka Wojciechowskiego "Sęka", ppor. Zygmunta Barkowskiego "Zygmunta", ppor. Wacława Borowca "Niegolewskiego"). Dla zabezpieczenia kwatermistrzowskiego dokonano dwóch ekspropriacji w bankach w Warszawie i w Łodzi. Ostatecznie w nocy z 4 na 5 sierpnia 1945 r. kpt. Antoni Heda przeprowadził na czele zgrupowania w sile 180-200 żołnierzy operację opanowania i rozbicia więzienia. Aby dostać się do środka budynku, trotylem wysadzono bramę, a potem drzwi w celach. Uwolnionych zostało kilkuset więźniów, którym groziło wywiezienie w głąb Związku Radzieckiego. Wśród nich był płk Antoni Żółkiewski „Lin", dowódca 2 Dywizji Piechoty AK. Od strony propagandowej była to jedna z najbardziej okazałych akcji "żołnierzy wyklętych" w latach 1944-1956. Akcja była ukoronowaniem zdolności dowódczych i organizacyjnych "Szarego". 
Śp. Gen. Antoni Heda "Szary" pod tablicą upamiętniającą rozbicie kieleckiego więzienia UB; obecnie mieści się tu Muzeum, ul. Zamkowa; 7 sierpnia 2005 r.
Poniżej tablica pamiątkowa na byłym więzieniu w Kielcach.

Wrzesień 1945, Lasy Skaryszewskie. Por. Stefan Bembiński "Harnaś" przed akcją rozbicia więzienia w Radomiu.
Por. "Harnaś", od 1939 w ZWZ-AK. Od początku 1944 dowódca oddz. partyzanckiego, operującego na terenie ziemi radomskiej. Podczas akcji "Burza" dowodził 9. kompanią III/72. pp AK. W styczniu 1945 aresztowany przez UB w Myślenicach, nie rozpoznany, szybko wyszedł na wolność. Powrócił na ziemię radomską, gdzie stanął na czele 80-osobowego oddz. partyzanckiego samoobrony AK. W sierpniu 1945 jego oddział uczestniczył w akacji rozbicia więzienia w Kielcach – uwolniono kilkuset więźniów. 9 września 1945 dowodził akcją rozbicia więzienia w Radomiu – uwolniono ok. 200 więźniów. Pod koniec września 1945 aresztowany przez UB, skazany na karę śmierci, zamienioną na dożywocie, następnie na 10 lat więzienia. Wyszedł na wolność w 1952 r.
Rozbicie więzienia w Radomiu
Latem 1945 r. zbrojne poakowskie podziemie postanowiło rozbić dwie ubeckie katownie: w Kielcach i Radomiu. Kielecka akcja, którą dowodził Antoni Heda "Szary", była już wielokrotnie opisywana. Mniej znane jest brawurowe uderzenie na Radom. 9 września 1945 r. oddziały pod dowództwem Stefana Bembińskiego "Harnasia" na pół godziny opanowały miasto, zdobyły więzienie i uwolniły aresztowanych, w większości swoich organizacyjnych kolegów.
Stefan Bembiński "Harnaś" w wydanych w 1996 r. wspomnieniach "Te pokolenia z bohaterstwa znane" pisał, że latem 1945 r. w radomskim więzieniu "wczesnym rankiem wykonywano codziennie wyroki śmierci. (…) Kat, Wacław Ziółek, występujący przy wykonywaniu tej czynności w polskim mundurze porucznika, zjawiał się w więzieniu po południu. (…) Kazał oddziałowemu otwierać cele ze skazańcami i z korytarza przyglądał się im. Taksował każdego. Był dobrym rzemieślnikiem. Za każdy wyczyn otrzymywał 600 do 700 ówczesnych zł. Potem wychodził na zewnętrzne podwórko, sprawdzał, czy na drodze przemarszu ze skazanym nie ma zanieczyszczeń, kamieni, kawałków żelaza czy drewna. Z kolei kierował się do garażu. Sprawdzał, czy pętla dobrze się zaciska, czy urządzenie uruchamiające zapadnię działa cicho i sprawnie. Potem wychodził z więzienia i zjawiał się rano".
Przebywający na wolności żołnierze antykomunistycznego podziemia długo się nie zastanawiali – postanowili odbić swoich kolegów z rąk ubowskich oprawców… – więcej czytaj w artykule Tadeusza M. Płużańskiego "Udana akcja zbrojna oddziału Stefana Bembińskiego "Harnasia" 9 września 1945 r." na stronie Antysocjalistycznego Mazowsza>
Kpt. "Młot" w TVP HISTORIA

"Żołnierze Wyklęci":
"Kapitan "Młot", bohater Podlasia"
W najbliższą środę 26 marca 2008 r. w TVP HISTORIA, o godz. 20:00 zostanie wyemitowany kolejny (3) program z cyklu KONFLIKTY, BITWY, WOJNY – "Żołnierze Wyklęci", pt. "Kapitan "Młot", bohater Podlasia", poświęcony legendarnemu dowódcy 6 Brygady Wileńskiej, kpt. Władysławowi Łukasiukowi ps. "Młot". Tak jak poprzednio, program będzie prowadzony przez Prezesa Fundacji "Pamiętamy", Pana Grzegorza Wąsowskiego, a w roli ekspertów wystąpią historycy: dr Kazimierz Krajewski i dr Tomasz Łabuszewski.
POWTÓRKI PROGRAMU:
Czwartek, 27 marca 2008 r., godz. 22:30
Wtorek, 01 kwietnia 2008 r., godz. 17:30

Kpt. Władysław Łukasiuk ps. "Młot" – (ur. 16 lutego 1906 – zm. 27 czerwca 1949) Kapitan WP/AK. Legendarny partyzant antykomunistyczny ziemi Podlaskiej. Urodził się we wsi Tokary, w rodzinie chłopskiej. Ukończył szkołę powszechną i gimnazjum. Od 1929 roku w wojsku. Wykształcenie, dobra kondycja oraz predyspozycje sprawiły, że szybko awansował na plutonowego. Niestety jego karierę przerwał tragiczny wypadek. Łukasiuk podczas terningu ujeżdżania konia, spadł z niego i doznał poważnych obrażeń lewej nogi. Efektem tego wypadku było to, że młodemu plutonowemu lewa noga na zawsze pozostała sztywna. Po zawarciu małżeństwa z Jadwigą Oksiutówną osiadł w Mężeninie nad Bugiem. Miał z nią troje dzieci. Do wybuchu wojny pełnił funkcję zastępcy wójta gminy Sarnaki. Istnieje przypuszczenie, że w tym czasie rozpracowywał dla polskiego wywiadu środowiska komunistyczne i masońskie (Rozpracowywał między innymi Wandę Wasilewską).
W wojnie obronnej nie brał udziału. Aktywnie za to współpracował z ZWZ/AK. Dowodził drużyną konspiracyjną wchodzącą w skład 8 kompanii, IX Ośrodka Sarnaki-Górki Obwodu AK Siedlce. Brał aktywny udział w osławionej akcji "V". Po wkroczeniu Sowietów, podjął próbę stawiania oporu nowemu wrogowi. Zimą 1944 plut."Młot" nawiązał kontakt z Obwodem Bielsk Podlaski, należącym do Białostockiego Okręgu AK. Władysław Łukasiuk powiększył w styczniu 1945, swój oddział z kilku do kilkudziesięciu ludzi. Pierwszą potyczkę z sowietami zakończoną rozbiciem grupy operacyjnej NKWD, stoczył 18.03.1945 na drodze z Mężenina do Figał. Wkrótce jego oddział połączył się z dużo większym oddziałem AK/AKO ppor. Teodora Śmiałowskiego "Szumnego", gdzie Łukasiuk objął funkcję dowódcy 1 plutonu. Pluton ten wyróżnił się bojowością na tle innych oddziałów jednostki. W czasie służby w oddziałe "Młot" zdał kurs Szkoły Podchorążych Rezerwy. W sierpniu 1945 pchor. Łukasiuk został awansowany na podporucznika. Kolejne awanse to; Porucznik(X 1946) i Kapitan(11 XI 1947).
Po śmierci "Szumnego" 1.08.1945 roku oddział rozwiązano. Pluton ppor. Łukasiuka nie chcąc składać broni dołączył do 5 Wileńskiej Brygady AK. Stoczył w jej szeregach kilka potyczek (pod Sikorami, Zalesiem i w Miodusach Pokrzywnych). Po demobilizacji Brygady stworzył w polu, wraz z ppor. Lucjanem Minkiewiczem "Wiktorem" oddział kadrowy. Oddział ten od lutego 1946 roku, przeszedł pod rozkazy mjr Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki" i otrzymał nazwę 6 Brygady Wileńskiej. Wkrótce Brygada ta przeszła z rejonu lewobrzeżnego rzeki Bug w rejony północne powiatu Sokołów Podlaski. 18 X 1946 porucznik "Młot" został mianowany dowódcą 6 Brygady Wieleńskiej. Przez 3 lata dowodził nią, potrafiąc utrzymać się w terenie, nawet w najtrudniejszych sytuacjach.
Był człowiekiem solidnym, odpowiedzialnym, mającym świetny instynkt partyzancki. Wyróżniał go na tle innych dowódców, bardzo silny charakter. Osobiście był bardzo odważny. Pomimo kalectwa zawsze maszerował w pierwszym szeregu, razem ze swoim oddziałem. Starsi mieszkańcy Podlasia pamiętają, że poruszanie sprawiało mu duże kłopoty. Musiał podpierać się swoim osobistym karabinem SWT (samozariatką).
W ciągu kilku lat stał się ze zwykłego dowódcy plutonu, prawdziwą legendą Podlasia. Lubił go i liczył się z nim sam mjr "Łupaszka". Cechowała go dbałość o ludność cywilną (zwalczanie bandytyzmu i złodziejstwa). Kapitan Władysław łukasiuk "Młot" zginął na kolonii wsi Czaje Wólka, zastrzelony przez swojego podkomendnego Czesława Dybowskiego "Rejtana" w wyniku nieporozumienia.
11 listopada 2007 Prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie Władysława Łukasiuka Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski.
„Cziort w oczkach” – część 1
Ppor. Czesław Zajączkowski ps. „Ragner” i Zgrupowanie „Południe”.
– Więc jakiż jest, twoim zdaniem, sposób przełamania tego zbiorowego paraliżu, wywołanego hipnozą kłamstwa?
– W każdym razie nie można go szukać na drodze polemiki. Sam fakt bowiem polemiki wciąga w orbitę i przenosi nas w płaszczyznę bolszewickiego absurdu.
– Więc jaki? Powiedz.
– Należy go szukać na drodze równie prostych odruchów psychicznych: strzelać! […]
– Jak to, strzelać? Do kogo?
– Zwyczajnie. Po prostu. Do bolszewików.
Józef Mackiewicz, „Droga donikąd”

Ppor. Czesław Zajączkowski ps. „Ragner”, dowódca IV batalionu 77 pp AK, a następnie Zgrupowania „Południe” na Nowogródczyźnie.
Ppor. Czesław Zajączkowski ps. „Ragner” był jednym z najbardziej znienawidzonych przez sowietów dowódców nowogródzkiej Armii Krajowej. Jego działania przeciwko sowieckiej partyzantce permanentnie zwalczającej „białopolaków”, prowadzone na przełomie 1943/44 r. na Nowogródczyźnie, a także późniejsza niezłomna walka przeciw bandyckim działaniom, godzącym w ludność polską i podjęte w związku z tym poważne uderzenia odwetowe w sowiecką administrację i siły bezpieczeństwa, doprowadziły do tego, że nowi okupanci zaczęli bać się go jak ognia, nadając mu nawet wiele mówiący przydomek – „CZIORT W OCZKACH” (diabeł w okularach).
Ppor. „Ragner” jako rezerwista miał skromniejszy od innych dowódców zasób teoretycznej wiedzy wojskowej, ale w praktyce okazał się doskonałym organizatorem i przywódcą. Jedną z atrakcji najliczniejszego w okręgu IV batalionu 77 pp AK, którego dowódcą był właśnie ppor. Czesław Zajączkowski, było powszechnie znane jego wrogie nastawienie do sowietów, co gwarantowało mu popularność. „Ragner” nigdy nie przebaczył sowietom pierwszej okupacji i nie chciał żadnej współpracy z bolszewikami.
W jednym z raportów funkcjonariusze MWD Białoruskiej SRR pisali o zgrupowaniu ppor. „Ragnera”:
Organizacja „Ragnera”, utworzona w lipcu 1943 r. przez organa niemieckiego kontrwywiadu [sic!] i dobrze uzbrojona, prowadziła na terenach okupowanych najbardziej aktywną walkę przeciwko radzieckim partyzantom w obwodach baranowickim i grodzieńskim. Po wyzwoleniu zachodnich obwodów Białorusi organizacja „Ragnera”, w której skład wchodziło kilka uzbrojonych band o łącznym stanie osobowym około 800 osób, weszła w skład „Armii Krajowej” i jako pierwsza podjęła walkę przeciwko władzy radzieckiej, dokonując aktów dywersyjno – terrorystycznych. Organizacja ta była najbardziej agresywna spośród wszystkich istniejących białopolskich band. Bandy „Ragnera”, tak zwane „Bataliony nadniemeńskie” miały niejednokrotnie starcia z grupami operacyjno – czekistowskimi
Ppor. „Ragner” utrzymał się w terenie do początków grudnia 1944 r. Ze względu na popularność wśród ludności, połączoną z niebywałą skutecznością działania – stał się jednym z najzacieklej tropionych dowódców polskiej partyzantki. Swoją ostatnią walkę „Ragner” i jego 30-osobowy oddział stoczył przeciwko olbrzymiej obławie Wojsk Wewnętrznych NKWD, liczącej ponad 1400 żołnierzy. Podczas służby w partyzantce „Ragner” był dwukrotnie awansowany – do stopnia sierżanta podchorążego rezerwy (sierpień 1943 r.) i podporucznika rezerwy łączności (11.11.1943 r.). W 1944 r. został odznaczony Krzyżem Virtuti Militari.

Ppor. Czesław Zajączkowski „Ragner” (zdjęcie przedwojenne).
Ppor. Czesław Zajączkowski ps. „Ragner” urodził się w 1916 r. Przed wojną był urzędnikiem w Lidzie, ukończył Szkołę Podchorążych Łączności w Zegrzu, w wojnie 1939 r. walczył jako plut. pchor. w kompanii łączności 19. DP. Bez prezencji „oficerskiej”, w początkowym okresie okupacji niemieckiej nie wyróżniał się niczym specjalnym wśród kadry Obwodu Lida krypt. „Bór”, w komendzie którego pełnił funkcje szefa łączności. W początkach 1943 r. zwrócił się drogą służbową do Komendy Okręgu o zgodę na przejście do partyzantki.
Ppłk Janusz Szlaski „Prawdzic”, „Borsuk” zgodził się na tę propozycję i skierował go na nadniemeńskie, południowe tereny powiatu Lida, dając mu grupę ochotników w placówki nr 311. Wraz z nimi, jeszcze wtedy plut. pchor. „Ragner” w kwietniu 1943 r. dołączył do operującej w rejonie Bielicy i Niecieczy kilkunastoosobowej lotnej grupy samoobrony dowodzonej przez sierż. Miszczuka, chroniącej ludność przed napadami partyzantki sowieckiej i różnorodnych „czerwonych” band. W ten sposób powstał oddział partyzancki nr 312., latem przekształcony w 2 kompanię Batalionu Zaniemeńskiego (potocznie zwanego Nadniemeńskim).

Przedwojenny rynek w Lidzie.
Oddział „Ragnera” skutecznie wykonał postawione przed nim zadania likwidacji wrogich grup sowieckiej partyzantki i „czerwonych” band w południowej części powiatu lidzkiego. Działania te prowadził wykonując jednocześnie akcje bojowe przeciwko niemieckim siłom okupacyjnym. Troska o ludność i obywatelskie podejście do mieszkańców bez względu na narodowość i wyznanie sprawiły, że „Ragner” stał się dowódcą bardzo popularnym wśród mieszkańców Ziemi Lidzkiej. Jego podkomendni oceniają, że ponad 30% „Ragnerowców” to prawosławni ochotnicy.
Stał się też „Ragner” jednym z najbardziej znienawidzonych przez sowietów dowódców nowogródzkiej AK. Walki z „czerwoną partyzantką” i Niemcami prowadzone były w latach 1943–1944 ze zmiennym natężeniem. Początkowo walczono z obydwoma wrogami, okresowo zimą 1944 r. „Ragner” ograniczył akcję przeciwko Niemcom – chroniąc ludność przed represjami, by wiosną 1944 r. ponownie podjąć działania antyniemieckie. W tym okresie doszło do zawieszenia broni z partyzantką sowiecką.
Historiografia sowiecka i białoruska uporczywie głoszą tezę, że głównym winowajcą konfliktu między AK a partyzantką sowiecką była Komenda Okręgu Nowogródzkiego AK, która realizowała „teorię dwóch wrogów”, wymyśloną przez swoje dowództwo. „Teoria dwóch wrogów” na Nowogródczyźnie nie była imaginacją, ale tragiczną rzeczywistością. Podjęte przez sowietów w końcu 1943 r. i początkach 1944 r. działania przeciwko AK całkowicie uprawniały Komendę Okręgu Nowogródzkiego do twierdzenia, że sowieci na równi z Niemcami zagrażają wolności, całości i niepodległości Rzeczypospolitej. Niestety, Komenda Główna AK naiwnie i z uporem maniaka nakazywała podjęcie współpracy z sowietami, nie zdając sobie zupełnie sprawy z faktycznej sytuacji z jaką musieli zmagać się żołnierze Armii Krajowej na Nowogródczyźnie.

Bielica nad Niemnem. Wśród dziewcząt ppor. Czesław Zajączkowski „Ragner”.
W pierwszym okresie okupacji niemieckiej na Nowogródczyźnie nie było zorganizowanej partyzantki sowieckiej. Pierwsze grupy partyzanckie pojawiły się w lecie i na jesieni 1941 r. Większość grup składała się z żołnierzy rozbitej Armii Czerwonej. Zostały one na części Nowogródczyzny przyjęte wrogo przez ludność miejscową, głównie przez ich bandyckie postępowanie. Brak możliwości ukrycia się po wsiach, przyspieszył powstawianie grup leśnych w tych rejonach. Grupy te były zaopatrywane i uprzedzane w razie potrzeby o niebezpieczeństwie przez nieliczne grono miejscowych chłopów. Te nieliczne oddziały partyzanckie miały nietrwały skład i myślały bardziej o przetrwaniu niż o działalności bojowej. Działania niemieckich władz okupacyjnych sprawiły, iż wiosną 1942 r. powstały grupy i oddziały partyzantki sowieckiej. Rozpoczęły działalność zbrojną grupy partyzanckie: w powiatach wołożyńskim, lidzkim, nowogródzkim, baranowickim, i w Puszczy Lipiczańskiej. W czerwcu 1942 zostały zorganizowane oddziały działające w rejonach dzierżyńskim, iwienieckim i stołpeckim. Ze strony sowieckiej przerzucono oddział na teren Puszczy Nalibockiej. Skład osobowy grup partyzanckich nie przekraczał kilkuset ludzi. W drugiej połowie 1942 r. liczba oddziałów oraz ich stan osobowy na Nowogródczyźnie znacznie wzrosła, osiągając liczbę ponad 2600 ludzi.
W latach 1942 – 1943 partyzantka sowiecka została zasilona również przez najbardziej energicznych przedstawicieli społeczności żydowskiej, chroniących się przed zagładą.
11 kwietnia 1943 r. na teren Puszczy Nalibockiej przybył sekretarz baranowickiego podziemnego obwodowego komitetu partyjnego, pełnomocnik CSzRP i KC KP(b)B, dowódca Zgrupowania Baranowickiego partyzantki sowieckiej, generał major Wasilij Czernyszow „Płaton”. Miał pełnomocnictwo do rozwiązywania wszystkich problemów ruchu partyzanckiego w obwodzie baranowickim. Głównymi zadaniami gen. „Płatona” było przejęcie politycznego kierownictwa nad walką z okupantem niemieckim, nadanie ruchowi partyzanckiemu charakteru ogólnonarodowego, kierowanie działalnością bojową oddziałów i brygad partyzanckich, dywersyjnych i grup wywiadowczych, organizowanie podziemia partyjnego i kierowanie jego pracą w rejonach, miastach i oddziałach partyzanckich, kierowanie pracą partyjno – polityczną wśród ludności cywilnej, wydawanie czasopism, ulotek i innych materiałów oraz organizacja ich kolportażu, informowanie KC KP(b)B o sytuacji na tyłach nieprzyjaciela.

Generał major Wasilij J. Czernyszow „Płaton”, sekretarz baranowickiego obwodowego KP(b)B, dowódca Zgrupowania Baranowickiego.
Podziemie polskie nie miało pełnego rozeznania stanów osobowych i uzbrojenia partyzantki sowieckiej. W końcu września 1943 r. na Nowogródczyźnie działało około 8795 partyzantów sowieckich. 22 brygady zgrupowania gen. Czernyszowa dysponowały znaczną siła ognia.
Wartość bojowa oddziałów sowieckich w różnych okresach była różna. Zdarzało się, że bolszewicy uciekali nawet przed niewielkimi oddziałami policji. Akcji zbrojnej przeciwko okupantowi nie prowadzono wcale lub ograniczano ją do drobnych działań dywersyjnych. Większość operacji zbrojnych Zgrupowania Baranowickiego została przeprowadzona przeciwko formacjom pomocniczym, „samochowcom” i partyzantce AK. Działania te były często połączone z represjami w stosunku do ludności cywilnej, także wobec Białorusinów.
Oddziały partyzantki sowieckiej na Nowogródczyźnie prowadziły również działalność polityczno – propagandową tak we własnych oddziałach, jak i wśród ludności. Integralną część sowieckiego ruchu partyzanckiego stanowiły konspiracyjne organizacje partyjne, tzw. „jaczejki bolszewickie”.
Głównym celem propagandy komunistycznej na Nowogródczyźnie było utrwalenie myśli o przynależności tych obszarów do ZSRR i nieuchronnym powrotem władzy sowieckiej. Temu celowi miała także służyć obecność i działalność oddziałów i brygad Zgrupowania Baranowickiego.
Współpraca partyzantki sowieckiej z Polakami występowała sporadycznie, lokalnie, a przez stronę sowiecką traktowana była wyłącznie jako wybieg taktyczny, koniunkturalny. Sowieci dążyli do podporządkowania sobie, lub wręcz zlikwidowania, nielicznych jeszcze polskich oddziałów partyzanckich.
Początkowo działalność wywiadowcza i kontrwywiadowcza prowadzona była przez grupy i oddziały partyzantki sowieckiej w sposób słabo zorganizowany. System organów wywiadu i kontrwywiadu powstał wiosną – latem 1943 r. Zaczęto tworzyć w każdym oddziale i brygadzie komórki NKGB (wydziały specjalne) i struktury wywiadowcze. Wywiad agenturalny funkcjonował poprzez zwerbowanych w oddziałach i w terenie konfidentów. Na terenach opanowanych przez jednostki sowieckie Wydział Specjalny pełnił funkcje policji politycznej stosując represje wobec ludności cywilnej. Początkowo źródłem żywności były nie tylko gospodarstwa chłopskie, ale i majątki. Po ich bezmyślnym wyniszczeniu, wyżywieniem oddziałów sowieckich został obciążony wyłącznie miejscowy rolnik. Z biegiem czasu partyzantka sowiecka „wyczyściła” z żywności niektóre tereny Nowogródczyzny. Bardzo często w żywność i odzież zaopatrywano się w drodze rabunku. Liczba partyzantów sowieckich, ilość i sposób pobierania żywności zagroziły biologicznej egzystencji chłopów zamieszkującego tereny kontrolowane przez jednostki sowieckie. „Operacjom gospodarczym” bardzo często towarzyszyły gwałty i pijaństwo.

Pogrzeb kpr. Dionizego Kolesińskiego „Sęka” z 2 kompanii IV batalionu 77 pp AK, poległego w walce z sowietami 5 marca 1944 r. pod Filonowcami.
W kwietniu 1943 r. w Niecieczy (pow. Lida) sowieci spalili dwór i gospodarstwo Domańskich, mordując przy tym żołnierza AK Aleksandrę Wodziczko „Olę”. Kilka dni później w tej samej wsi sowieci spalili żywcem panią Tarasiewicz „Helenę” z dziećmi. W Dzitrykach (pow. Nowogródek) zabili Franciszka Czarnela „Gajowego” i Jana Krzywca z dziećmi. W nocy z 30 kwietnia na 1 maja w Worończy partyzanci sowieccy zamordowali w szczególnie bestialski sposób czteroosobową rodzinę ziemiańską Czarnowskich. Wśród zamordowanych była ciężarna Jadwiga Czarnowska. Zwłoki zabitych spalono we dworze. W maju z rąk bolszewików zginęli należący do AK Jan Danejko z folwarku Korosno i bracia Haraburdowie z chutoru Trosiejki. Na pytania miejscowych ludzi, dlaczego to robią, sowieci odpowiadali: „Mamy rozkaz niszczyć polskich „pamieszczyków”.
„Cziort w oczkach” – część 2
Do największej tragedii na Nowogródczyźnie doszło 9 maja 1943 r. w Nalibokach, gdy partyzanci z Brygady im. Stalina i żydowskiego oddziału Tewje Bielskiego, pod pozorem likwidacji miejscowej samoobrony zorganizowanej pod przymusem przez Niemców z miejscowej ludności, zamordowali 128 osób. Zaznaczyć należy, że dowództwo sowieckie doskonale się orientowało, iż znaczna część „samoochowców” była członkami konspiracji polskiej i zamierzała wkrótce wyjść z bronią do lasu.

Tewje Bielski, dowódca żydowskiego oddziału, który wspólnie z sowiecką partyzantką dokonał masakry mieszkańców Naliboków.
Z rozmowy, którą Wacław Nowicki przeprowadził już po wojnie z jednym z dowódców nalibockiej samoochowy Eugeniuszem Klimowiczem wynika, iż w kwietniu 1943 r. doszło do spotkania przedstawicieli tej samoobrony z partyzantką sowiecką. Sowieci proponowali pozorowane rozbicie samoochowy, a następnie, po złożeniu przysięgi, wcielenie jej członków do partyzanckich oddziałów radzieckich. Polacy przyjęli tylko warunek pierwszy, proponując przeprowadzenie akcji o świcie 3 maja. Natomiast zdecydowanie odmówili złożenia przysięgo i przystąpienia do jawnej walki z Niemcami pod dowództwem sowieckim. Stąd masakrę w Nalibokach można potraktować jako działanie dowództwa partyzantki sowieckiej wyraźnie skierowane na rozbicie miejscowej konspiracji AK. Eugeniusz Klimowicz, oficer AK i dowódca miejscowej samoobrony zasiadł po wojnie w komunistycznej Polsce na ławie oskarżonych. Ponieważ podczas masakry w Nalibokach broniący się rozpaczliwie Polacy zastrzelili kilku napastników, został on oskarżony przez komunistyczną prokuraturę o “zamordowanie radzieckich partyzantów”. Jako zbrodniarza faszystowsko-hitlerowskiego skazano go w 1951 roku na karę śmierci, zamienioną na dożywocie. Wyrok został uchylony w 1957 roku.
Wacław Nowicki, który 8 maja 1943 roku miał 18 lat tak opowiada o tamtej tragedii:
Była 4.30, może 5 w nocy. Obudził mnie potężny huk. Długa seria z karabinu maszynowego poszła po chałupie. Kule przebiły na wylot belki i przeleciały nad naszymi łóżkami. Pocisk utkwił w ścianie, kilka centymetrów nad moją głową. Usłyszałem wrzaski. Zabarykadowaliśmy się w domu, ale napastnicy pobiegli dalej, w stronę centrum Naliboków. To nas uratowało.
Wkrótce Nowiccy, którzy mieszkali na obrzeżach miasteczka, zobaczyli przez okno pierwsze płomienie. Z pobliża dobiegała gęsta kanonada. Do pogrążonych we śnie Naliboków wdarli się sowieccy partyzanci. Około 120-150 uzbrojonych ludzi.
Szli przed siebie, wpadali do chałup. Każdego, kogo napotkali na swojej drodze, zabijali z zimną krwią. Dla nikogo nie było litości – opowiada inny świadek wydarzeń, obecnie 83-letni Wacław Chilicki.
Bolesław Chmara miał wówczas 15 lat:
Wywołali mojego starszego o trzy lata brata na ganek. Wyszedł. Wśród nich była kobieta. Podniosła karabin i trafiła go prosto w pierś. To była rozrywająca kula dum-dum. Wyrwało mu całe ramię. Ona wzruszyła ramionami, odwróciła się na pięcie i poszli dalej. Zrabowali, co się dało, a chałupę puścili z dymem.
Zamordowano wówczas głównie mężczyzn i wyrostków. Ale również 10-letnie dziecko i kilka kobiet. Jedna z nich zginęła, broniąc trzech synów. W kilku przypadkach zabito po siedmiu, ośmiu członków jednej rodziny. Część ludzi zginęła w łóżkach, część wyprowadzono na podwórza i rozstrzelano po kilkunastu, w zbiorowych egzekucjach. Od pocisków zapalających zajęło się kilka chałup. Spalono kościelną wieżę, pocztę, remizę. Zrabowano dużą ilość jedzenia, koni, bydła.
„To, co zobaczyliśmy, gdy odeszli partyzanci, przechodziło ludzkie pojęcie. Wypalone budynki. Stosy trupów. Głównie rany postrzałowe, porozbijane głowy, wytrzeszczone w przerażeniu, martwe oczy. Wśród zabitych dojrzałem szkolnego kolegę… Dla młodego chłopaka, jakim wówczas byłem, to był prawdziwy szok. Nie zapomnę tego widoku do końca życia” – opowiada Wacław Nowicki.
Mieszkańcy Naliboków, którzy przeżyli, nie mają wątpliwości, że w sowieckim oddziale, który dokonał masakry, duża część partyzantów pochodziła z działającego w sąsiedniej Puszczy Nalibockiej żydowskiego oddziału Tewje Bielskiego.
„To Żydzi, którzy przed wojną mieszkali wśród nas, brylowali wśród napastników. Doskonale wiedzieli, kto, gdzie mieszka, kto jest kim” – wspomina Nowicki.
„To była banda zwyrodniałych bandytów, a nie żadni partyzanci. Ich głównym zajęciem były grabieże i mordy. Bardzo często dopuszczali się również gwałtów. Zgwałcili jedną z moich sąsiadek. Ojcu, któremu pod pistoletem kazali na to patrzeć, powiedzieli: “Nie martwcie się, po wojnie przyjdziemy i się ożenimy”. Brata mojego ojca chrzestnego Antoniego Korżenkę zastrzelili podczas napadu, jak nie chciał oddać im swoich koni” – opowiada dalej Wacław Nowicki.

Żydowscy „partyzanci” z grupy Tewje Bielskiego, sprawcy masakry w Nalibokach.
Mieszkańców Naliboków, którym udało się przeżyć sowiecką pacyfikację, wkrótce dotknęła kolejna tragedia. 6 sierpnia 1943 roku do miasteczka wkroczyły niemieckie oddziały prowadzące w Puszczy Nalibockiej operację antypartyzancką pod kryptonimem “Hermann”. Ludność została wymordowana lub wywieziona na roboty do Rzeszy, a wszystkie – ocalałe po pierwszej pacyfikacji – zabudowania spalone i zrównane z ziemią.
Sytuacja, która się wytworzyła w 1943 r. na Nowogródczyźnie zmusiła dowództwo AK do podjęcia odpowiednich środków mających na celu obronę miejscowej ludności i własnych szeregów przed wrogą akcją partyzantki sowieckiej. Właśnie wtedy przyśpieszono organizację samoobrony i własnych oddziałów partyzanckich. Jednym z pierwszych były oddziały samoobrony sierż. Władysława Miszczuka „Stryja” i plut. pchor. Czesława Zajączkowskiego „Ragnera”, z których w maju 1943 r. Komenda Okręgu utworzyła oddział nr 312. Początkowo działano dość ostrożnie. Oddział spędzał dzień w stodołach, a w nocy wychodził na akcje, zasadzki i patrole. Siłami członków konspiracji zorganizowano nocne warty we wsiach powiatu lidzkiego. Działania zbrojne przeciwko rabującym partyzantom sowieckim podjęły placówki terenowe w obwodzie Iwje-Juraciszki. Wywiad oddziału im. Czapajewa na przełomie kwietnia i maja 1943 r. donosił, że w oznaczonym terenie:
„[…] zjawiły się nieduże grupy partyzantów polskich, które polują na partyzantów [sowieckich]. We wsi Izabelin jeden partyzant [sowiecki] został zabity, a drugi ranny. W pobliżu wsi Traby, według opowiadań chłopów, zostało zamordowanych kilka osób aktywnie pomagającym partyzantom [sowieckim].”
Przeciwko bolszewickim grupom rabunkowym wystąpiły również oddziały nr 301 i 314. W okresie maj-czerwiec 1943 r. jednostki partyzanckie Okręgu Nowogródzkiego AK stoczyły dziesięć potyczek z oddziałami Zgrupowania Baranowickiego, występując przeważnie w obronie ludności miejscowej. Potwierdza to „Historia oddziału ″Iskra″ Brygady im. Kirowa”, w której czytamy, że „[…] począt
kowo z żywnością nie było kłopotów […]. Ale po zjawieniu się w rejonie działania band białopolskich […] z zaopatrzeniem w żywność powstały problemy, gdyż żywność zdobywaliśmy często w walce zbrojnej […].”

Ppor. Czesław Zajączkowski „Ragner” z żoną.
24 czerwca 1943 r., w rozmowie z członkami Brzeskiego Komitetu Antyfaszystowskiego Biuro KC KP(b)B zabroniło aktywowi organizacji nawiązywania łączności z polskimi grupami nacjonalistycznymi. Przybywających na rozmowy przedstawicieli nacjonalistów polskich polecono porywać i samolotem dostarczać do Moskwy, a organizacje polskie – wykrywać i wszelkimi sposobami wystawiać na uderzenie Niemców. Nakazywano nie przebierać w środkach walki, przestrzegając jednak ściśle zasad konspiracji, tak by prowadzone działania w żaden sposób nie wskazywały bezpośrednio na partyzantkę sowiecką. W stenogramie z posiedzenia Biura KC KP(b)B z 24 czerwca 1943 r. zanotowano: „[…] Na pewno trzeba będzie postawić problem rozbrojenia polskich patriotów nacjonalistycznych (sic!) i zdemaskowania ich jako agentów Sikorskiego i zdrajców narodu polskiego […].”
W końcu czerwca 1943 r. „Ragner” podjął działania przeciwko siatce informacyjno-wywiadowczej partyzantki sowieckiej. Jeszcze w tym samym miesiącu szef sztabu Brygady Leninowskiej tłumaczył brak wiadomości o przewozach kolejowych likwidacją trzech informatorów.
W okresie od lipca do listopada 1943 r., oddziały sowieckie nie podejmowały większych akcji zbrojnych przeciwko jednostkom polskim. Po fiasku pertraktacji Komendy Okręgu z sowietami, strona polska wykazywała większą aktywność. Oddział „Ragnera” rozpoczął działania zmierzające do obsadzenia prawego brzegu Niemna. Równolegle z tym przystąpiono do oczyszczania kontrolowanego terenu z agentury sowieckiej i niemieckiej. Pochodzący prawdopodobnie z sierpnia meldunek Komendy Okręgu Nowogródzkiego AK podaje, że „[…] oddział 312 [„Ragnera”] w lipcu wykonał dużo wypadów i zasadzek na bandy sowieckie z bardzo dobrym wynikiem. Ogólnie biorąc w miesiącu czerwcu i lipcu oddział zniszczył ponad 100 partyzantów sowieckich […].”
Działania zbrojne miały niekiedy charakter „czyszczenia” terenu. W Orli Batalion Zaniemeński AK przeprowadził akcję represyjną w stosunku do osób współpracujących i popierających partyzantów sowieckich. W odwecie za strzelanie przez mieszkańców do Polaków spalono 5 zabudowań gospodarskich Białorusinów w Orli i zastrzelono 13 osób. Kilka tygodni później zlikwidowano 16 osób współpracujących z partyzantami sowieckimi i Niemcami, którzy – jak pisano w meldunku – „ostatnio przejawiali wybitnie szkodliwą i w wysokim stopniu niebezpieczną akcję w stosunku do miejscowego społeczeństwa polskiego.”
18 sierpnia 1943 r. we wsi Dokudowo odział „Ragnera” stoczył potyczkę z sowieckim oddziałem partyzanckim. Straty nieprzyjaciela: 1 zabity.
W sierpniu 1943 r. Niemcy rozpoczęli duże akcje przeciwpartyzanckie. Ruchy niemieckich jednostek pacyfikacyjnych zagroziły swobodzie operacyjnej oddziałów polskich. Wobec niebezpieczeństwa osaczenia i przyciśnięcia Batalionu Zaniemeńskiego AK do Niemna, co groziło jego zagładą, podjęto decyzję o odskoku na północ i marszu w kierunku Puszczy Rudnickiej, podczas którego stoczono kilka potyczek z Niemcami, jak również z sowietami. Wskutek koncentracji znacznych sił niemieckich postanowiono wrócić na stare miejsce postoju. Trasa powrotu prowadziła przez część powiatu lidzkiego, stanowiącego teren operacyjny Brygady im. Kirowa. Meldunek dowództwa Brygady Kirowskiej podawał:
„Informujemy, że w rejonie mp. Brygady im. Kirowa obecnie skoncentrowało sie około trzech grup w liczbie około 700 ludzi pod nazwą ″Nadniemeńscy partyzanci″. […] Te białe bandy mają zadanie jednocześnie z Niemcami zniszczyć i nasze oddziały partyzantów sowieckich. […] 19 września banda białopolska pod dowództwem por. „Wagnera” [powinno być „Ragnera”] znajdowała sie w mp. Oddziału ″Iskra″ (Dokudowo rej. lidzki) przy czym zostało zabitych czterech partyzantów z oddziału ″Iskra″. Jednocześnie wystosowano ultimatum o podporządkowaniu się oddziału partyzantom białopolskim […].”
Więcej o treści tego ultimatum pisał gen. „Płaton” w depeszy do BSzRP z 4 listopada 1943 r.: „Nowogródzka organizacja podziemna przesłała list podpisany przez „Wagnera” [powinno być „Ragnera”], gdzie jest napisane, że ″sowieckie oddziały partyzanckie są traktowane jak oddziały okupacyjne, które powinny wycofać się z obwodów zachodnich. W przeciwnym wypadku czeka was smutny los […].”

Pogrzeb żołnierzy IV batalionu 77 pp AK, poległych 18 maja 1944 r. w Olchówce w walce z partyzantką sowiecką.
W listopadzie 1943 r. na Nowogródczyźnie zjawiła się nowa sowiecka jednostka partyzancka, składająca się z oddziałów ze Wschodniej Białorusi – Zgrupowanie Białostockie, które miało dotrzeć na teren Białostocczyzny i tam prowadzić walkę partyzancką. W czasie rajdu partyzanci ci „wsławili się” rabunkami o niespotykanej dotychczas na Nowogródczyźnie skali, co potwierdzają również źródła sowieckie. 19 listopada blisko 800 sowietów zaatakowało we wsi Buciły pluton ppor. Jana Wasiewicza „Lwa”, który po ok. 40-minutowej walce musiał się wycofać do Mociewicz, gdzie przeprawy na Niemnie broniły dwie kompanie UBK [Uderzeniowe Bataliony Kadrowe] i kompania szczuczyńska. Po ponad godzinnej walce, wskutek ogromnej przewagi nieprzyjaciela, jednostki polskie wycofały się. Zgrupowanie Białostockie rozpoczęło przeprawę , która trwała do godziny 21:00. Późnym wieczorem tylną straż sowietów zaskoczył i rozbił oddział ppor. „Ragnera”. Była to największa bitwa stoczona przez akowskie i sowieckie jednostki partyzanckie na Nowogródczyźnie pod koniec 1943 r. Zginęło ok. 200 partyzantów sowieckich, natomiast straty polskie wynosiły 2 zabitych i 4 rannych. Dane sowieckie znacznie zaniżają swoje straty. W sumie w okresie od lipca do listopada 1943 r. oddziały sowieckie stoczyły ponad 25 walk i potyczek z oddziałami partyzanckimi Okręgu Nowogródzkiego Armii Krajowej.
„Cziort w oczkach” – część 3
Jesienią 1943 r. …
Jesienią 1943 r. kompania „Zająca” (NN) z oddziału „Ragnera” zaatakowała nad rzeką Gawją oddział rabunkowy sowietów odrzucając nieprzyjaciela za rzekę.
Do kolejnego starcia z sowietami doszło 16 grudnia 1943 r. w rejonie wsi Mociewicze. Straty są nieznane.
Następne starcia oddziału „Ragnera” to 2, 4 i 5 stycznia 1944 r. we wsi Borki, gdzie oddział ″Iskra″ zaatakował pododdziały polskiej partyzantki. Zginęło kilku „Ragnerowców”.
10 lutego 1944 r. połączone siły Brygad im. Kirowa i Czapajewa zaatakowały oddział z batalionu „Ragnera” stacjonujący we wsiach Dokudowo-Filonowce. Według danych sowieckich Polacy stracili 15 zabitych, 13 rannych i 1 żołnierz AK trafił do niewoli. Źródła polskie podają, iż w trakcie obrony Filonowców straty oddziału polskiego wynosiły 2 zabitych, a sowietów 8 lub 9 poległych.
W nocy z 2 na 3 marca 1944 r. w czasie potyczki we wsi Dziemjanowice przez pododdział z batalionu „Ragnera” został zabity 1 partyzant sowiecki ze Zgrupowania Szczuczyńskiego.
10 i 12 maja 1944 r. żołnierze „Ragnera” stoczyli walkę z sowietami w
Żurawielnikach i na chutorze Tatary. Poległo kilku partyzantów polskich
i 1 sowiecki.

Sowieccy partyzanci z oddziału „Iskra” Brygady im. Kirowa.
Stosunki z partyzantką radziecką zaostrzały się coraz bardziej. W końcu listopada Rosjanie donieśli dowództwu Zgrupowania Stołpeckiego AK o zbrojnej utarczce w miejscowości Dubniki, a następnie uparcie (i bezskutecznie) żądali wydania w ich ręce dowodzącego wówczas polskim oddziałem chor. Zdzisława Nurkiewicza ps. „Noc”. Kolejną akcją strony radzieckiej było doniesienie Polakom o planowanej przez Niemców akcji na Puszczę Nalibocką. 1 grudnia 1943 r., podczas odprawy, na której miano ustalić zasady współdziałania wobec wspólnego zagrożenia, Rosjanie aresztowali oficerów polskiej delegacji: dowódcę zgrupowania Wacława Pełkę ps. „Wacław”, ppor. Walentego Parchimowicza ps. „Waldan”, por. Ezechiela Łosia ps. „Ikwa”, ppor. Juliusza Borowickiego ps. „Klin” – odpowiedzialnego za propagandę, por. Kaspra Miłaszewskiego ps. „Lewald”, ks. kapelana Mieczysława Suwałę ps. „Oro”. Następnie rozbroili część oddziału stacjonującą w Drywieźnie (ok. 400 ludzi). Stawiających opór zastrzelono, pięciu oficerów przewieziono samolotem do Moskwy.

Chor. Zdzisław Nurkiewicz ps. „Noc”, dowódca 27 p.uł. AK. Fot. z okresu pobytu w więzieniu PRL.
Akcja ta, jak wykazał dokument znaleziony kilka dni później przy zwłokach jednego z radzieckich komisarzy, nie była przypadkowa. 22 czerwca 1943 r. obradujący w Moskwie, Centralny Komitet KP(b) Białorusi podjął decyzję o przystąpieniu do zwalczania Armii Krajowej. Nakazano swoim oddziałom partyzanckim, dowodzonym z Moskwy, wyeliminowanie polskich konspiracyjnych organizacji wolnościowych wszelkimi możliwymi metodami.
O bezwzględności działań sowieckich mogą świadczyć fragmenty rozkazu likwidacji Polskiego Oddziału Partyzanckiego (Zgrupowanie Stołpeckie):
„[…] Jeżeli podczas rozbrajania legioniści będą stawiać opór, należy użyć siły aż do rozstrzelania. W przypadku użycia broni przez polskich legionistów „partyzantów” – rozstrzeliwać na miejscu […].”
Natomiast w liście gen. Czernyszowa „Płatona” do towarzysza Grigorija Sidoruka „Dubowa”, dowódcy brygady partyzanckiej im. Stalina w Puszczy Nalibockiej, która wykonywała 1.12.1943 rozkaz rozbrojenia oddziału, można przeczytać:
„Tow. „Dubow”. Operację przeprowadziliście doskonale. To bardzo dobrze. […] Wziąć Polaków i trzymać ich grupami (na razie bez broni) […] Część należy zwerbować i puścić do domu. Łajdaków, szczególnie policjantów, ziemian, osadników, [roz]strzelać, ale po cichu, żeby nikt nie wiedział […].”
Ocalały oddziały znajdujące się w terenie, m.in. ppor. Adolfa Pilcha ps. „Góra” i chor. Zdzisława Nurkiewicza ps. „Noc”. Do nich zwróciła się za pośrednictwem sołtysa żandarmeria z Rakowa, proponując pakt o nieagresji oraz dostawę broni i amunicji. Ppor. Adolf Pilch, nowy dowódca Zgrupowania Stołpeckiego AK, stojąc przed zadaniem odbudowania oddziału i zagrożony przez partyzantów radzieckich, wyraził zgodę. KG AK, która dowiedziała się o tej sprawie na przełomie grudnia i stycznia, nakazała natychmiastowe przerwanie współpracy. Prawdopodobnie pakt o nieagresji z Niemcami istniał nadal, bo do końca czerwca 1944 r. Zgrupowanie nie stoczyło ani jednej potyczki z Niemcami. Zgodnie z rozkazami nie podejmowało działań zaczepnych w stosunku do partyzantki radzieckiej, wielokrotnie jednak walczyło w obronie własnej lub w obronie ludności cywilnej.

Ppor. Adolf Pilch ps. „Góra”, dowódca Zgrupowania Stołpeckiego AK.
Jesienią 1943 roku w podobnie ciężkiej sytuacji znalazł się Batalion Zaniemeński AK ppor. „Ragnera”. Przed dowództwem oddziału stanął problem przetrwania zimy 1943/1944 roku w bezleśnym terenie, gdyż próba opanowania, przynajmniej części Puszczy Lipiczańskiej nie udała się.
Warto tutaj przytoczyć opinię Kazimierza Krajewskiego, który napisał, że gdyby Batalion Zaniemeński pozostał na prawym, bezleśnym brzegu Niemna, gdzie ludność popierała powszechnie AK, każda większa niemiecka operacja przeciwpartyzancka przyniosłaby tragedię. Kilka batalionów wojska i policji zepchnęłoby oddziały AK za Niemen, gdzie czekałaby ich nieunikniona walka z bolszewikami. Patriotyczny region nadniemeński zostałby spacyfikowany, zaś ludność polska podzieliłaby los mieszkańców wiosek z rejonu Puszczy Nalibockiej. Oczywiście oddziały AK stoczyłyby w jej obronie serię walk, lecz ich przebieg był z góry wiadomy. Początkowe przejściowe sukcesy musiałyby nieuchronnie zakończyć się klęską. Brak było amunicji, każda akcja powodowała jej zużycie, a żadna pomoc materiałowa ze strony organizacji nie nadchodziła.
Do rozmów z niemieckimi władzami okupacyjnymi doszło po kilkakrotnie podejmowanych próbach ułożenia się z dowództwem partyzantów sowieckich i po wydarzeniach 1 grudnia 1943 roku w Puszczy Nalibockiej, kiedy nie było już żadnej wątpliwości, iż sowieci dążą do likwidacji AK. Pisząc o zawartym 4 stycznia 1944 roku w Lidzie porozumieniu, Kazimierz Krajewski podkreśla, że sami Niemcy określali, iż chodziło o zawarcie „miejscowego” (lokalnego) zawieszenia broni. Nie ma tam mowy o wspólnych operacjach przeciw bolszewikom czy podporządkowaniu w jakikolwiek sposób oddziałów polskich stronie niemieckiej. A nawet to zawieszenie broni miało charakter warunkowy. „Ragner” zobowiązał się do powstrzymania się od atakowania Niemców, ale tylko wtedy, gdy i oni nie będą atakowali. „Ragner” traktował przyjęte ustalenia czysto taktycznie, na przetrwanie zimy, gdyż niejednokrotnie podległe mu oddziały, kamuflując się jako partyzantka sowiecka, przeprowadzały akcje na Niemców i oddziały kolaboranckie na obszarach nie objętych zawieszeniem broni. Zawarty rozejm umożliwił oddziałom znad Niemna przetrwanie zimy 1943/44 oraz znaczną rozbudowę, zaś ludność cywilną uchronił od niemieckich represji. Rozwój sytuacji nad Niemnem przyczynił się do tego, że Gebietskommisar nie zdecydował się na ogłoszenie w Gebietskommisariacie Lida mobilizacji do Białoruskiej Krajowej Obrony, co uchroniło tysiące ludzi przed służbą w kolaboranckiej formacji.
Niemcy zdawali sobie sprawę z nietrwałości i prowizoryczności zawartych umów z Polakami. W raporcie wywiadu niemieckiego z 26 kwietnia 1944 roku dotyczącym polskiego podziemia, czytamy:
„Nie bacząc na zawarte porozumienie pomiędzy dowództwem Policji Bezpieczeństwa i SD oraz obiema polskimi bandami «Ragner» i «Góra», ilość napadów i grabieży ze strony pozostałych band ciągle wzrasta, szczególnie w okolicach Wilna. Za okres od 5 marca do 21 kwietnia [1944 r.] ilość napadów na placówki wyniosła 32 (…). Obie polskie bandy narodowe «Ragner» i «Góra», które zawarły w chwili obecnej porozumienie z SD i są względem nas lojalne, lecz bezkompromisowo występują przeciwko bandom sowieckim, są albo zdrajcami sprawy polskiej, albo świadomym ogniwem pośrednim pomiędzy nami a polskimi bandami narodowymi potrzebującymi broni, amunicji i sprzętu z naszych rąk, a także możliwości spokojnego prowadzenia na własnym terenie szkolenia wojskowego i mobilizacji rekrutów. (…)
Te zdyscyplinowane i dobrze wyszkolone bandy o stosunkowo dużym duchu
moralnym stanowią poważne zagrożenie, ponieważ korzystają z pomocy miejscowej ludności, a także posiadają fanatyczną wolę i temperament połączone z fachowością. Rozpoczną walkę z nami z zupełnie innym rozmachem niż to mogły zrobić bandy sowieckie na tym terenie [sic!]. Porozumienia z poszczególnymi polskimi bandami w celu zapewnienia ochrony linii komunikacyjnych na tyłach stanowią szczególne zagrożenie (…).
Po dokładnej analizie tej sytuacji nasuwa się wniosek, że zawarcie porozumienia z polskimi bandami przyniesie Wehrmachtowi więcej szkody niż tymczasowego pożytku (…).”
Do tego należy dodać, iż oddziały „Góry” i „Ragnera” nie zaniechały antyniemieckiej akcji propagandowej, wywiadowczej i kontrwywiadowczej. Zawieszenie broni dotyczyło tylko Zgrupowania Stołpecko-Nalibockiego i Nadniemeńskiego. Pozostałe jednostki partyzanckie Armii Krajowej na swych terenach operacyjnych toczyły walkę zbrojną z okupantem niemieckim.
Rozejm z Niemcami zawarty przez AK na Nowogródczyźnie należy traktować tylko jako czasowe ograniczenie antyniemieckiej akcji zbrojnej na niektórych terenach okręgu. Zawieszenie broni objęło jednostki AK szczególnie narażone na ataki przeważających sił partyzantki sowieckiej.
Negatywnie ocenił porozumienie ppor. „Góry” i ppor. „Ragnera” z Niemcami Roman Korab-Żebryk. W swej książce o operacji wileńskiej AK pisze on, iż A. Pilch i Cz. Zajączkowski wyłamali się z dyscypliny organizacyjnej i wyrządzili szkodę społeczeństwu polskiemu, ponieważ „po wypędzeniu Niemców władze sowieckie uzasadniały rozbrajanie resztek AK zdradą [sic!] oddziałów «Góry» i «Ragnera».” Ta ocena została sformułowana, nim zostały otwarte archiwa posowieckie. Podjęcie czasowej współpracy z Niemcami dwóch zgrupowań AK na Nowogródczyźnie było dramatyczną próbą odwrócenia biegu wydarzeń zapoczątkowanych sowiecką zdradą 17 września 1939 roku. To sowieci podjęli decyzję o likwidacji AK, która przecież była siłą zbrojną państwa koalicji antyhitlerowskiej, i to nie „Ragner” i „Góra” ponoszą odpowiedzialność za rozbrojenie AK na Nowogródczyźnie po 15 lipca 1944 roku. Oddziały Armii Krajowej Okręgów Wileńskiego i Nowogródzkiego zostałyby rozbrojone przez Armię Czerwoną niezależnie od tego, czy podporucznicy Pilch i Zajączkowski utrzymywali kontakty z Niemcami czy nie. Sprawę „Ragnera” i „Góry”, należałoby raczej rozpatrywać w kategoriach fortelu wojennego. O podjętych decyzjach zameldowali Komendzie Okręgu, która zaaprobowała ich działania i nie wyciągnęła wobec obu oficerów żadnych konsekwencji. Można zatem przypuszczać, iż nie przekroczyli w kontaktach z Niemcami otrzymanych wytycznych.

Rtm. Józef Świda ps. „Lech”, Hubalczyk, dowódca Zgrupowania Nadniemeńskiego AK.
Inaczej stało się z rtm. Józefem Świdą „Lechem” który kontaktował się z Niemcami osobiście i zawarł z nimi 8 lutego 1944 roku pisemną umowę. Do zbadania i rozwiązania kwestii kontaktów oddziałów nowogródzkich z Niemcami, Komenda Główna AK wysłała z Warszawy w lutym 1944 roku mjr. dypl. Macieja Kalenkiewicza „Kotwicza”. Na początku pierwszej dekady marca „Lech” został postawiony przed sądem polowym i skazany na śmierć. Major „Kotwicz”, korzystając z posiadanych uprawnień, zawiesił wyrok sądu do zakończenia wojny, z prawem rehabilitacji na polu walki w terenie wyznaczonym przez Komendę Główną.
Przybycie na Nowogródczyznę mjr. Macieja Kalenkiewicza i objęcie przez niego stanowiska dowódcy Zgrupowania Nadniemeńskiego nie spowodowało radykalnej zmiany istniejącego układu w stosunkach z Niemcami i z sowietami.
„Cziort w oczkach” – część 4>
Strona główna>
