W niedzielę 11 listopada 2012 roku, w 59. rocznicę walki w Dudach Puszczańskich, odbędzie się uroczyste odsłonięcie pomnika poświęconego żołnierzom Narodowego Zjednoczenia Wojskowego – Aleksandrowi Góralczykowi „Toporowi”, Stanisławowi Grajkowi „Mazurowi” i Władysławowi Sadłowskiemu „Twardemu” – którzy polegli w starciu z obławą UB-KBW-MO 11 listopada 1953 roku. Uroczystość rozpocznie się o godz. 12.00 mszą świętą w kościele pod wezwaniem Świętego Stanisława Kostki w miejscowości Zalas. Następnie, o godz. 13.30 nastąpi odsłonięcie pomnika i złożenie kwiatów w Dudach Puszczańskich.
Inicjatorami budowy pomnika i jego fundatorami są parlamentarzyści PiS – poseł Arkadiusz Czartoryski, senator Robert Mamątow oraz działacz tej partii Stanisław Sylwester Kamiński.
Z historią powstania pomnika, a dokładnie z głazem granitowym, który jest jego podstawą, wiąże się niezwykłe wydarzenie, które warto wspomnieć. Głaz został odkryto przypadkowo, przez osobę nie znającą historii wydarzeń w Dudach Puszczańskich. Znaleziono go w wiosce Rawy, w miejscu położonym niedaleko gospodarstwa państwa Boruckich, gdzie nadal mieszka brat Witolda Boruckiego „Babinicza”. Podczas podnoszenia głazu, by go przetransportować, okazało się, że mieszka pod nim jaszczurka, która jest symbolem narodowych formacji wojskowych. Pomimo huku silnika jaszczurka nie dała się spłoszyć i pięknie pozowała do zdjęcia…
Jaszczurka znaleziona w m. Rawy (gmina Sypniewo) podczas podnoszenia głazu stanowiącego podbudowę pomnika w Dudach Puszczańskich.
Historia, która wiąże się z pomnikiem w Dudach Puszczańskich, zaczyna się w roku 1949. Przełom lat 40. i 50. był na Mazowszu okresem kończącym walkę na śmierć i życie z bolszewickim zdobywcami Polski. Na Kurpiach pozostały ostanie małe oddziały partyzanckie, które utrzymywały się w lesie od 1942 roku. Komunistyczne siły UB, MO i KBW nie zwalczały wcale zwykłego bandytyzmu i złodziejstwa, który nadal doskwierał ludności wiejskiej, ale ścigały ostatnich partyzantów wolnej ojczyzny.
Komendant Okręgu XVI Narodowego Zjednoczenia Wojskowego chor. Witold Borucki „Babinicz”, jeden z najwytrwalszych antykomunistycznych partyzantów powojennej Polski, mając świadomość nadchodzącej chwili, w której odda życie za ojczyznę, 13 kwietnia 1949 r. stworzył Raport do Administracji Przyszłej Nowej Polski, który zachował się w archiwach UB i jest niezwykłym testamentem tego wspaniałego patrioty i dowódcy. Fragmenty raportu – testamentu "Babinicza" są tym bardziej wstrząsające, gdy wiemy już, że zginął on cztery miesiące po jego napisaniu, w sierpniu 1949 r.:
Niewielu z nas powzięło dalsze kroki podtrzymujące honor Organizacji i honor Tych, którzy na śmierć i życie chcieli walczyć z wrogiem. W roku 1947 i 1948 podnieśliśmy ponownie echo walk naszych. Ze swej strony proszę o pamięć macierzystą dla Tych, co w imieniu sił naszych za granicą [chodzi o rząd emigracyjny], walczyli tu, nie szczędząc życia.
Po śmierci w dniu 18 kwietnia 1952 r. ostatniego dowódcy XVI okręgu NZW Hieronima Rogińskiego „Roga”, który został otoczony w swoim bunkrze w kolonii Czerwone pod Kolnem, dowództwo nad oddziałem Komendy Powiatu NZW „Łużyca” – „Łuków” objął Marian Borys „Czarny”.
Żołnierze PAS powiatu
Kolno NZW, Okręg Mazowsze – prawdopodobnie 1950 r. Od lewej: Marian Borys
"Czarny", od kwietnia 1952 dowódca oddziału PAS NZW, zginął w walce w
1954; Hieronim Rogiński "Róg", Komendant Powiatu Kolno NZW, jednocześnie
d-ca 15-osobowego oddziału PAS, zginął w walce 17 kwietnia
1952; Stanisław Śledzik "Huragan".
Żołnierze PAS powiatu Kolno NZW, Okręg Mazowsze – prawdopodobnie 1950 r.
Stoją
od lewej: Stanisław Waszkiewicz "Piskorz", szef PAS Powiatu, ciężko
ranny w głowę, wyleczony dzięki uporowi i wytrwałości Komendanta Powiatu
"Roga", który przez cały czas opiekował się nim. Nie odzyskał pełnej
sprawności fizycznej. W kwietniu 1952 r. opuścił kryjówkę i wydał UB
schronienie "Roga", Władysław Sadłowski "Twardy", "Franek", zginął 11
listopada 1953 r.; w drugim rzędzie od lewej: Marian Borys "Czarny"; Stanisław
Śledzik "Huragan"; w dolnym rzędzie od lewej siedzą: Hieronim Rogiński
"Róg", Komendant Powiatu, Stanisław Grajek "Mazur".
Urodził się 30 lipca 1927 r. w Zabiele, pow. Łomża, w rodzinie chłopskiej. Ukończył 5 klas szkoły powszechnej. Od 1943 r. walczył w AK. W 1948 r. wstąpił do NZW, gdzie pełnił funkcję sekretarza KP NZW „Łuków”. Do jego obowiązków należało dokumentowanie spraw organizacyjnych Komendy i pisanie rozkazów „Roga”. Opracowywał informacje o członkach partii, organizacjach politycznych i funkcjonariuszach UBP, MO i ORMO, jak również dane o osobach podejrzewanych o współpracę z organami bezpieczeństwa. Brał udział w 25 akcjach. Cieszył się całkowitym zaufaniem „Roga”.
W 1952 roku oddział „Czarnego” liczył 9 członków. Nie posiadał już struktury organizacyjnej i nie utrzymywał żadnych kontaktów z innymi grupami. W środki do życia zaopatrywano się dzięki rozbudowanej siatce współpracowników. Według danych na dzień 1 stycznia 1953 r. trzon grupy stanowili: Marian Borys „Czarny”, Aleksander Góralczyk „Topór”, Władysław Sadłowski „Twardy” i Stanisław Grajek „Mazur”. Czwórka ta ukrywała się wspólnie. Natomiast Romuald Korwek „Orzech”, Czesław Kuliś „Chrom”, Stefan Kownacki „Gołąb”, Sczepan Sawicki „Wicher” i Stefan Greloch „Jastrząb” ukrywali się indywidualnie i utrzymywali stały kontakt z „Czarnym”. Od lutego 1953 r. partyzanci działali w dwóch patrolach, z których pierwszy operował na terenie gmin Czerwone, Mały Płock, Lachowo i w południowych gminach woj. olsztyńskiego, drugi natomiast na terenie gmin Turośl i Wiartel.
Żołnierz NZW z oddziału Mariana Borysa "Czarnego" – Władysław Sadłowski "Twardy".
Żołnierz NZW z oddziału Mariana Borysa "Czarnego" – Stanisław Grajek "Mazur".
Po śmierci komendanta Powiatu chor. „Roga” oddział nie przejawiał przez pewien czas dużej aktywności zbrojnej, ale nie zaprzestał całkowicie działalności. Pierwszą akcje przeprowadził w dniu 24 czerwca 1952 r., kiedy to partyzanci rozstrzelali członka PZPR i ORMO Piotra Roszko ze wsi Ciemianka, gm. Grabowo, pow. Kolno. 26 czerwca 1952 r. Aleksander Góralczyk „Topór” usiłował zastrzelić Jana Piaseckiego z kolonii wsi Mały Płock, pow. Kolno. Przeszkodził mu patrol milicjantów i ormowców. W walce ranny został członek ORMO Bogdan Kutuła, zaś „Topór” wycofał się. Następna akcja miała miejsce 9 lipca 1952 r. Tego dnia „Topór” postrzelił ormowca Makowskiego we wsi Kołaki, gm. Rogienice, pow. Łomża. Z kolei 22 lipca 1952 r. „Czarny” i „Topór” zaatakowali milicjanta kpr. Józefa Burę i dwóch ormowców, Aleksandra Pisowładzkiego i Franciszka Supińskiego. W starciu, do którego doszło we wsi Kąty, gm. Mały Płock, ciężko ranny został milicjant. 


Pośmiertne zdjęcia komendanta Hieronima Rogińskiego "Roga" wykonane przez UB 18 IV 1952 r.
Przez kolejny rok oddział nie przeprowadził żadnej akcji. Dopiero na początku lipca 1953 r. „Twardy” i „Mazur” uprowadzili pracownika GRN w Czerwonem, którego następnie rozstrzelano. 7 listopada 1953 r. oddział dowodzony przez „Czarnego”, w składzie: Władysław Sadłowski „Twardy”, Stanisław Grajek „Mazur”, Romuald Korwek „Orzech”, Aleksander Góralczyk „Topór” i Szczepan Sawicki „Wicher”, koło wsi Rogienice, pow. Kolno, usiłował opanować autobus PKS relacji Kolno-Łomża. Chciano zarekwirować przewożone pieniądze państwowe w sumie 80 tys. złotych. Wobec zaciekłej obrony jadących w charakterze pasażerów funkcjonariuszy PUBP i MO partyzanci ostrzelali autobus. W wyniku walki zabici zostali funkcjonariusz PUBP, milicjant z posterunku MO w Piątnicy i cztery osoby cywilne.
Żołnierz NZW z oddziału Mariana Borysa "Czarnego" – Szczepan Sawicki "Wicher".
Po akcji oddział podzielił się na dwa patrole i zapadł na „melinach”. Jej następstwem było uruchomienie natychmiastowych i zakrojonych na szeroką skalę działań sił bezpieczeństwa, które doprowadziły w efekcie do akcji likwidacyjnej we wsi Dudy Puszcańskie, gm. Łyse, pow. Kolno. W kolonii tej wsi schronił się trzyosobowy patrol, w składzie: Władysław Sadłowski „Twardy”, Stanisław Grajek „Mazur” i Aleksander Góralczyk „Topór”.
W dniu 11 listopada 1953 r. 3 pluton 2 kompanii 14 Samodzielnego Baonu KBW dowodzony przez ppor. Łosia przeprowadził przeszukiwanie „melin” w kolonii Dudy Puszczańskie. Według materiałów UBP partyzanci „Czarnego” mieli przebywać w zabudowaniach Franciszka i Franciszki Dąbrowskich, które były położone na otwartym terenie, ale od południa i północy, w odległości ok. 300 metrów, rozciągały się masywy leśne. Partyzanci mieli dogodne warunki do obserwowania przedpola. Mimo trudności, o godzinie 13.40 żołnierzom KBW udało się okrążyć „podejrzane” gospodarstwo. Dowódca plutonu wraz z grupą szturmową ruszył w stronę zabudowań, ale w pewnej odległości od nich zauważył biegnących trzech partyzantów. Rozwinął grupę szturmową w tyralierę i posuwał się w ich kierunku, otwierając jednocześnie ogień. Partyzanci próbowali wycofać się w kierunku południowo-wschodnim, kierując się na las, nie wiedząc jednak, że tam również znajdowała się już linia obławy. Gdy jeden z partyzantów został zabity, pozostała dwójka kontynuowała ucieczkę, co pozwoliło im przedrzeć się przez linię okrążenia. Niestety, żołnierze KBW rozpoczęli pościg, podczas którego zastrzelono kolejnego partyzanta. Ostatni z osaczonych został trafiony przez strzelca wyborowego z grupy szturmowej. Ponadto w wyniku akcji aresztowano czterech współpracowników oddziału. Przy zabitych partyzantach znaleziono automaty: bergman, PPSz, dwa pistolety parabellum, pistolet TT, pistolet nagan, 2 granaty, amunicję, notatki „Czarnego” i ulotki antypaństwowe. Miejsce pochówku ich ciał zostało starannie ukryte przez UB i nie jest znane do dzisiaj, natomiast gospodarstwo rodziny Dąbrowskich, gdzie ukrywali się żołnierze NZW, zostało całkowicie zniszczone, a ziemia w tym miejscu skrupulatnie zaorana.
Aleksander Góralczyk "Topór". Zdjęcie pośmiertne wykonane przez UB.
Władysław Sadłowski "Twardy". Zdjęcie pośmiertne wykonane przez UB.
Stanis
ław Grajek "Mazur". Zdjęcie pośmiertne wykonane przez UB.
Po śmierci Władysława Sadłowskiego „Twardego”, Stanisława Grajka „Mazura” i Aleksandra Góralczyka „Topora” w dniu 11 listopada 1953 r., oddział „Czarnego” przestał praktycznie istnieć. „Czarny” ukrywał się wspólnie ze Stefanem Grelochem „Jastrzębiem”, z którym przebywali przeważnie w kompleksach leśnych i na bagnach, nie podejmując żadnych akcji. Natomiast „Wicher” i „Orzech” ukrywali się indywidualnie. Na skutek donosu tajnego współpracownika, UBP ustalił miejsce pobytu „Wichra”. Ukrywał się on u swojego teścia Aleksandra Komorowskiego we wsi Gołdynek, pow. Pisz. W dniu 3 lipca 1954 r. grupa wojskowa w sile 1 kompanii przeprowadziła pozorowany „pościg” za jednym z pracowników UBP, który udawał partyzanta. Ubowcy okrążyli „podejrzane” obejście. W czasie rewizji odnaleziono bunkier pod zabudowaniami, w którym ujęto Szczepana Sawickiego „Wichra”.
W tym momencie organom bezpieczeństwa zależało już tylko na ujęciu bądź likwidacji Mariana Borysa „Czarnego”. Postanowiono wykorzystać do tego informacje zgromadzony w teczkach personalnych członków miejscowego podziemia. Ustalono, że agent „Krzakowski”, jako były podwładny Stefana Grelocha „Jastrzębia” ma możliwość nawiązania z nim kontaktu, a przez niego – z „Czarnym”. „Krzakowski” w dniu 30 czerwca 1954 r., udając ukrywającego się, nawiązał kontakt z „Jastrzębiem”, a za jego pośrednictwem z „Czarnym”. Dwaj ostatni żołnierze NZW ukrywali się w masywie leśnym koło wsi Dzierzba i Zaskrodzie, gm. Stawiski, pow. Kolno. Po dotarciu do partyzantów, agent przebywał z nimi przez 5 dni, a następnie z polecenia „Czarnego” wszyscy trzej rozeszli się na swoje „meliny” wyznaczając na dzień 10 sierpnia termin kolejnego spotkania. Na podstawie informacji uzyskanych od TW „Krzakowskiego” por. Zdzisław Banaś z WUBP w Białymstoku dokładnie sprawdził miejsce przyszłego spotkania „Czarnego” z „Jastrzębiem” i opracowano plan zasadzki.
W dniu 8 sierpnia 1954 r. o północy zasadzka została założona i trwała bez przerwy do 12 sierpnia, kiedy to ok. godziny 7.30 dowódca grupy operacyjnej zauważył zbliżającego się „Czarnego”, który wyszedł z lasu i kierował się do pobliskiego jeziorka po wodę. Kiedy „Czarny” był o 10 metrów od stosu drzewa, zgodnie z wcześniejszym planem próbowano wypuścić na niego psa, jednak okazało się to bezskuteczne. „Czarny” zorientował się w sytuacji, wymierzył pistolet w kierunku ubowców i ostrzeliwując się zaczął uciekać. W wyniku wymiany ognia „Czarny” został ranny w nogę i zgubił pistolet, jednak nadal uciekał, kierując się na wieś Zaskrodzie. Ubowcy strzelając wszczęli pościg, wzywając „Czarnego” do poddania się, jednak ten odwrócił się i chciał rzucić granat. Będąc rannym w rękę, nie mógł zerwać gumki z dźwigni spustowej, co wykorzystali ścigający, którzy otworzyli ogień z broni maszynowej, zabijając go na miejscu. Ostatni żołnierz XVI Okręgu Narodowego Zjednoczenia Wojskowego – Marian Borys „Czarny” poległ w walce 12 sierpnia 1954 r. Podczas przeszukania lasu natrafiono na kryjówkę w ziemi, gdzie znaleziono 10-strzałowy karabin SWT i 40 sztuk amunicji.
Marian Borys "Czarny". Zdjęcie pośmiertne wykonane przez UB 12 VIII 1954 r.
W dniu 25 grudnia 1954 r. schwytano Stefana Grelocha „Jastrzębia”, jednak nie wytoczono mu procesu i został zwolniony. Romuald Korwek „Orzech” ukrywał się do 1960 r., mimo że prokuratura umorzyła jego sprawę na mocy amnestii w kwietniu 1956 r.
Chorąży Hieronim Rogiński „Róg” 24 października 2008 r. został pośmiertnie odznaczony przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.
GLORIA VICTIS ! 
Więcej o XVI Okręgu NZW i jego żołnierzach czytaj:
- OSTATNI LEŚNI – Mazowsze i Podlasie w ogniu 1948-1953>
- Wierny Polsce do końca – Hieronim Rogiński "Róg">
- Hieronim Rogiński ps. "Róg" – opracowanie>
- Śladem "Roga" Rogińskiego>
- Śladem "Roga" Rogińskiego – ciąg dalszy. Losy Stanisława Ruchały i Stefana Jermacza>
- Krzysztof Kacprzak, Podziemie zbrojne na Mazowszu północnym w walce z systemem komunistycznym 1945–1952>
III Rajd Szlakami SBO NSZ mjr. Żubryda
Portal pomniksmolensk.pl, Fundacja Strzelecka oraz Komitet Założycielski Związku Strzeleckiego Rzeczypospolitej serdecznie zapraszają na:
Samodzielnego Batalionu Operacyjnego
Narodowych Sił Zbrojnych
mjr. Antoniego Żubryda "Zucha"
26-28 października 2012 r.
Bircza-Witryłów-Brzozów
PATRONAT HONOROWY RAJDU:
- Zuzanna Kurtyka (Prezes Stowarzyszenia Rodzin Katyń 2010),
- Janusz Niemiec (syn mjr. Antoniego Żubryda „Zucha”),
- Zbigniew Kuraś (syn mjr. Józefa Kurasia „Ognia”),
- Ppłk. Kazimierz Paulo „Skała” (dowódca komp. zgrupowania mjr. „Ognia”),
- Piotr Babinetz (Poseł na Sejm RP)
- Starostwo Powiatowe w Brzozowie
- Klub Gazety Polskiej w Brzozowie
PATRONAT MEDIALNY
- Portal www.pomniksmolensk.pl
ORGANIZATORZY
- Fundacja Strzelecka
- Związek Strzelecki Rzeczypospolitej – Komitet Założycielski
KOMENDANT RAJDU
- Andrzej Pocztański, tel.: 607 136 023 ; mail: [email protected]
CELE:
Celami rajdu, jako imprezy popularyzującej najnowszą historię regionu Podkarpacia jest:
- poznanie dziejów niepodległościowego podziemia zbrojnego z l. 1939-56 na terenie Bieszczadów, Beskidów i ich Pogórzy: Bukowskiego, Leskiego, Dynowskiego oraz Dołów Jasielsko-Sanockich,
- dotarcie do miejsc i obiektów – świadków historii,
- spotkanie z kombatantami formacji partyzanckich na szlaku rajdu,
- poznanie specyfiki dziejów i kultury Podkarpacia,
- przywrócenie społecznej pamięci o walce zbrojnej i ofierze żołnierzy Września 1939, ZWZ-AK-WIN oraz dowódcy, żołnierzy i współpracowników siatki terenowej Samodzielnego Batalionu Operacyjnego NSZ "ZUCH" walczących z sowieckim okupantem w l. 1944-47
Charakter rajdu jako imprezy turystyczno-edukacyjnej:
- rajd ma charakter rajdu pieszego przebiegającego oznakowanymi szlakami i ścieżkami zaznaczonymi na mapie,
- trasę rajdu uczestnicy pokonują w kilkunastoosobowych grupach,
- zadaniem grupy jest zgodne z oznaczeniem na mapie (otrzymanej na starcie) pokonanie dziennej trasy w wyznaczonym limicie czasu, odnajdując po drodze punkty kontrolne oraz wykonując w czasie marszu zadania wyznaczone przez przewodników prowadzących grupy.
Rajd ten jest kontynuacją inicjatywy związanej z odkłamywaniem dziejów polskiego podziemia niepodległościowego walczącego na terenie południowej Polski w latach 1939-56.
Ideą rajdu jest połączenie współdziałania grup młodzieży z różnych zakątków Polski z aktywnym poznawaniem najtrudniejszych momentów w historii naszego kraju. Zakładane rezultaty to dostarczenie młodym uczestnikom nieznanej i nieobecnej w podręcznikach wiedzy o dziejach antyhitlerowskiej i antykomunistycznej partyzantki na terenie Małopolski i Podkarpacia.
PLAN RAJDU:
Dzień 1, piątek 26-10-2012; Bircza – Witryłów
- Wszyscy uczestnicy rozpoczynają Rajd zgrupowaniem o godz. 8:00 na Rynku w Birczy. Tu następuje uroczyste powitanie oraz rejestracja uczestników i przydział przewodników do grup. Zakłada się podział uczestników na grupy „Strzelecką” oraz grupę „Cywilną”. Grupa „Strzelecka” zostanie podzielona na sekcje. Około 8:30 następuje wymarsz do Witryłowa.
- Grupa „Strzelecka” maszeruje trasą Bircza – Witryłów przez Borownicę, następnie przez las do Ulucza i dalej do Witryłowa przechodząc przez San kładką dla pieszych i stamtąd do Domu Ludowego w Witryłowie.
- Grupa "Cywilna" maszeruje tą samą trasą, raz jako eskortowana ludność cywilna wycofująca się z oddziałem, innym razem jako eskortowani jeńcy. Zasada ta obowiązuje także w 2 dzień Rajdu.
- W Witryłowie posiłek (obiado-kolacja) i odpoczynek. Po posiłku nauka piosenek strzeleckich, wojskowych i patriotycznych. Przygotowanie do noclegu i nocleg. Koniec I dnia.
Dzień 2, sobota 27-10-2012; Witryłów – Brzozów
- Obie Grupy maszerują przez Końskie, Dydnię, Jabłonki do Brzozowa.
- Przejście przez las – szkolenie, działania taktyczne.
- W Brzozowie obie grupy zostają zakwaterowane, posiłek (obiadokolacja), zapoznanie uczestników z historią mjr. Antoniego Żubryda i jego oddziału. Nocleg. Koniec II dnia.
Dzień 3, niedziela 28-10-2012; Brzozów – Malinówka – Brzozów
- 8.00 Brzozów – pobudka dla uczestników Rajdu, śniadanie we własnym zakresie.
- 9.30 Msza św. w Kolegiacie Brzozowskiej w intencji mjr. Żubryda i żołnierzy SBO NSZ „Zuch”.
- Ok. 10.45 – wyjazd Autokarami do wsi Malinówka, zbiórka przy cmentarzu w Malinówce, dojście pod krzyż Żubrydów, uroczyste złożenie kwiatów, następnie przejście do miejsca śmierci Antoniego i Janiny.
- 12.00 – poświęcenie tablicy pamiątkowej w miejscu śmierci Żubrydów, w lesie niedaleko Krzyża Żubrydów. Krótka uroczystość.
- 13.00 – wymarsz patroli strzeleckich oraz grupy uczestników cywilnych lasami do leśniczówki w Brzozowie. Pozostali uczestnicy wracają do autokaru i nim dojeżdżają do leśniczówki.
- Ok. 15.00 – 15.30 ognisko partyzanckie, poczęstunek, zakończenie i podsumowanie działań uczestników Rajdu.
- Ok. 16.30 – 17.30 wyjazd do domu.
Wszystkich Gości Specjalnych zapraszamy na godz. 9.30 do Kolegiaty Brzozowskiej, a gdyby stało się to z jakichś przyczyn niemożliwe, można do nas dołączyć ok. godz. 11.00 na parkingu przy cmentarzu w Malinówce lub w innym dogodnym dla Państwa momencie.
Kontakt: [email protected]
Więcej na temat mjr. Antoniego Żubryda ps. "Zuch" czytaj:
- Mjr Antoni Żubryd „Zuch” (1918 – 1946) – część 1>
- Mjr Antoni Żubryd „Zuch” (1918 – 1946) – część 2>
- Grzegorz Motyka – Antoni Żubryd – bieszczadzki "Ogień">
- Oddział partyzancki NSZ Antoniego Żubryda>
- Antoni Żubryd [wikipedia]>
- Mirek Kokoszkiewicz – "…lubię zabijać ludzi, ale to lubienie ulega przedawnieniu”>
- WARTO PRZECZYTAĆ…(1) – Andrzej Romaniak, Powstanie, działalność i likwidacja antykomunistycznego oddziału partyzanckiego NSZ pod dowództwem Antoniego Żubryda, [w:] Powiat sanocki w latach 1944-1956, Rzeszów – Sanok, s. 273-368>
- WARTO PRZECZYTAĆ…(12) – Waldemar Basak, Rzecz o majorze Antonim Żubrydzie. Samodzielny Batalion Operacyjny Narodowych Sił Zbrojnych kryptonim "Zuch" 1944 – 1947>
- WARTO PRZECZYTAĆ…(19) – Grzegorz Motyka, W kręgu "Łun w Bieszczadach". Szkice z najnowszej historii polskich Bieszczad>
49. rocznica śmierci sierż. "Lalka"
Zbigniew Herbert


Józef Franczak ps. "Lalek" (1918-1963)
na Lubelszczyźnie zginął Józef Franczak "Lalek", ostatni żołnierz
Niepodległej Rzeczypospolitej. Został wydany w ręce bezpieki przez
krewnego zwerbowanego do współpracy z SB. Jego siostry, dopiero 20 lat
później, mogły złożyć ciało [pozbawione przez komunistów głowy] w
rodzinnym grobowcu.
1963…
to był niesamowity rok. W Dallas ginie John F. Kennedy. Walentina
Tiereszkowa macha ludzkości z orbity okołoziemskiej. Na osłodę
imperialistom – The Beatles nagrywają singiel "She Loves You". A w
Polsce…? Na całego trwa nasza mała stabilizacja. Rewelacyjny Zbigniew
Pietrzykowski po raz czwarty zostaje mistrzem Europy w boksie, a Roman
Zambrowski wylatuje z KC, co jest wyraźnym sygnałem, że okres błędów i
wypaczeń jest już za nami. Prawdziwe rewelacje jednak czekają rodaków na
odcinku kultury. Przy salwach spontanicznego śmiechu odbywa się w
Warszawie premiera "Jak być kochaną" Wojciecha Hasa, Bohdan Łazuka
bierze udział w zdjęciach do filmu "Beata", zaś rewelacyjny Zbigniew
Maklakiewicz występuje w aż czterech filmach.
No
i jeszcze jedno. W małej wsi koło Piask w województwie lubelskim ginie
podczas obławy 45-letni Józef Franczak, poszukiwany listem gończym były
AK-owiec. Ten ostatni polski partyzant z bronią w ręku przeciwstawiał
się komunistycznemu zniewoleniu dokładnie 24 lata.
Sierż. Józef Franczak "Laluś", "Lalek" był ostatnim partyzantem polskiego podziemia
niepodległościowego. Jego życiorys jest typowy dla wielu z pokolenia
Kolumbów. Urodził się w 1918 roku w małej podlubelskiej wiosce Majdan
Kozic Górnych. Nie mając środków na dalsze kształcenie zgłosił się do
Szkoły Podoficerskiej Żandarmerii w Grudziądzu, a następnie służył w
Równem na Wołyniu. We wrześniu 1939 roku walczył z Sowietami, udało mu
się zbiec z niewoli i powrócić w rodzinne strony. W czasie okupacji
niemieckiej był żołnierzem ZWZ i AK, dowodził drużyną, a następnie
plutonem. Prowadził też zajęcia w konspiracyjnej szkole podoficerskiej.
Po wkroczeniu Armii Czerwonej znalazł się w szeregach organizowanego
przez komunistów "ludowego" WP. Stacjonował w Kąkolewnicy, gdzie Sąd
Polowy II Armii WP skazywał na kary śmierci byłych żołnierzy
AK. Prawdopodobnie w pierwszych miesiącach 1945 roku zdezerterował.
Początkowo ukrywał się w okolicach Łodzi, a następnie na Pomorzu.

"Laluś" jako żołnierz żandarmerii Wojska Polskiego. Zdjęcie z czerwca 1939 r.
powrócił w rodzinne strony, ale tutaj już w czerwcu 1946 roku wpadł w
obławę grupy operacyjnej wojewódzkiego UB w Lublinie. Podczas transportu
uciekł wraz z dziewięcioma innymi aresztantami, zabijając m.in. trzech
funkcjonariuszy bezpieki. Na krótko dołączył do jednego z pododdziałów
zgrupowania mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zapory". Na początku 1947 roku zgłosił się do oddziału kpt. Zdzisława Brońskiego "Uskoka".
Po akcji ujawnieniowej z wiosny 1947 roku został dowódcą jednego z
pododdziałów. Wraz ze swoimi partyzantami (było ich zazwyczaj od
czterech do sześciu) patrolował podległy mu teren na pograniczu powiatów
lubelskiego i krasnostawskiego; zbierali informacje dotyczące
aresztowań i operacji przeprowadzanych przez aparat represji, a także na
temat osób współpracujących z UB oraz najbardziej gorliwych
funkcjonariuszy UB i MO. Z powodu małej liczebności patroli działalność
zbrojna w owym czasie była znacznie ograniczona. Sprowadzała się do
zasadzek na małe patrole milicyjne, akcji ekspropriacyjnych oraz
wykonywania kar chłosty lub śmierci na konfidentach i aktywistach
komunistycznych. Patrole musiały ciągle uchodzić przed ścigającymi je
grupami operacyjnymi UB–KBW. Po stratach w zasadzce z maja 1948 roku
jego pododdział przestał istnieć. Z pięciu partyzantów poległo dwóch, a
dwóch zostało rannych (z których jeden zmarł). Bez szwanku wyszedł
jedynie "Laluś". W kolejną zasadzkę wpadł sam w Wigilię 1948 roku. W
czasie walki ranił jednego z milicjantów, sam też został ranny w brzuch.
Od tego czasu nie posiadał już zorganizowanego pododdziału zbrojnego,
ale utrzymywał łączność z kontynuującymi walkę zbrojną. Jego towarzysze
ginęli w walce lub wpadali w ręce UB w wyniku kombinacji operacyjnych.
Jemu nadal udawało się umykać przed tropiącymi go funkcjonariuszami UB,
niejednokrotnie dopisywało mu niesamowite szczęście.

1947
rok. Od lewej: Stanisław Kuchciewicz "Wiktor",
kpt. Zdzisław Broński "Uskok", Józef Franczak "Lalek", Walenty
Waśkowicz "Strzała".
nie budował świetnie zamaskowanych bunkrów, aby przebywać w nich przez
wiele miesięcy. Był w ciągłym ruchu, często zmieniając kwatery. Jak
szacowali funkcjonariusze UB/SB, jego siatka współpracowników liczyła
około dwustu osób, co jest liczbą imponującą, tym bardziej że za
udzielanie pomocy tak "niebezpiecznemu bandycie" groził kilkuletni wyrok
więzienia. Franczak poważnie zastanawiał się nad skorzystaniem z
uchwalonej 27 kwietnia 1956 roku amnestii i powrotem do normalnego
życia. W rozmowie z jednym ze swoich współpracowników miał powiedzieć,
że gdyby miał gwarancję, że otrzymałby wyrok mniejszy niż 15 lat
więzienia, to zdecydowałby się na ujawnienie. Jednak po konsultacjach z
jednym z lubelskich adwokatów zrezygnował, bo ten miał mu wyjaśnić, że
za popełnione przez niego przestępstwa groziła mu kara dożywotniego
więzienia.
W rozmowach ze swoimi współpracownikami mówił, że w
najbliższym czasie w Polsce musi dojść do zmiany ustroju, a on zrobi
wszystko, aby do tego dotrwać. Pragnienie powrotu do normalnego życia
powodował związek z Danutą Mazur z Wygnanowic, z którego 11 stycznia
1958 roku urodził się syn Marek. Oboje podejmowali próby sformalizowania
swojego związku. Kończyły się one niepowodzeniem, gdyż księża,
obawiając się prowokacji SB, odmawiali udzielenia ślubu. Funkcjonariusze
UB/SB używali przeróżnych sposobów, aby go wytropić. Pozyskiwano
konfidentów, którzy z jednej strony mieli penetrować jego rodzinę i
środowisko pomocników, z drugiej próbowali ustalić jego kryjówkę. W
domach członków najbliższej rodziny "Lalusia" oraz jego najbliższych
współpracowników instalowano aparaturę podsłuchową; w zabudowaniach
sąsiadujących organizowane były tzw. zakryte punkty obserwacyjne, w
których dwóch – trzech funkcjonariuszy spędzało po kilka tygodni w
oczekiwaniu na pojawienie się "Lalusia". Bezskutecznie.
Na
początku 1963 roku funkcjonariuszom Wydziału III SB KW MO w Lublinie
udało się wyselekcjonować człowieka, który mógł przyczynić się do ujęcia
lub likwidacji "Lalusia". Był to Stanisław Mazur – bratanek ojca Danuty
Mazur, mieszkający wtedy w Lublinie. Na podstawie "materiałów
kompromitujących" oficerom SB udało się go zwerbować jako tajnego
współpracownika; nadano mu ps. "Michał". Przez kolejne miesiące
dojeżdżał do Wygnanowic, spotykał się ze swoimi krewnymi, a jednocześnie
współpracownikami "Lalusia". Jako bliski krewny darzony był przez nich
zaufaniem. W sierpniu 1963 roku udało mu się spotkać z "Lalusiem". Przez
następne trzy miesiące SB przy pomocy TW "Michała" coraz bardziej
osaczała "Lalusia". 20 października 1963 roku agent wyposażony w
aparaturę podsłuchową spotkał się z Józefem Franczakiem. W okolicy oczekiwała
grupa likwidacyjna złożona z dziesięciu oficerów operacyjnych SB i 60
funkcjonariuszy ZOMO.
Akcja zakończyła się fiaskiem z powodu awarii
środków łączności posiadanych przez agenta, trudnych warunków terenowych
oraz wyznaczenia spotkania na wieczór. Następnego dnia rano TW "Michał"
przekazał swojemu oficerowi prowadzącemu, że poprzedniego dnia udało mu
się ustalić markę i numer rejestracyjny motocykla, którym "Laluś"
został przywieziony na spotkanie.
21 października 1963 roku
zorganizowano grupę operacyjną składającą się z dwóch oficerów SB i 35
funkcjonariuszy ZOMO, którą dowieziono w okolice wsi Majdan Kozic Górnych.
O godz. 15.45 zabudowania Wacława Becia – właściciela motocykla –
zostały okrążone. "Laluś" zauważywszy zbliżającą się obławę, próbował –
udając gospodarza – przejść przez linię obstawy. Gdy został wezwany do
zatrzymania się, wydobył pistolet, oddał kilka strzałów i zaczął
uciekać. Przebiegł ok. 300 metrów, po czym został śmiertelnie ranny i po
kilku minutach zmarł. W prosektorium Zakładu Medycyny Sądowej w
Lublinie przeprowadzono sekcję zwłok i pozbawiono je głowy, a następnie
złożono w bezimiennym grobie na cmentarzu komunalnym przy ul. Unickiej w Lublinie.
Dzięki pomocy pracownika cmentarza rodzinie udało się ustalić miejsce
pochówku. Dopiero w 1983 roku siostry "Lalusia" przeniosły prochy do
rodzinnego grobowca, na cmentarzu parafialnym w Piaskach.

października 1963 rok. Pośmiertne zdjęcie Józefa Franczaka, wykonane
przez SB po zastrzeleniu "Lalka" w Majdanie Kozic Górnych.

Wykonane przez SB pośmiertne zdjęcie Józefa Franczaka ps. "Lalek". Jak widać, ciało jeszcze w całości…
11
maja 2007 r. z inicjatywy Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość Obszaru
Wschodniego w Lublinie oraz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa
odsłonięto w Piaskach pomnik Ostatniego Partyzanta RP – sierż. Józefa Franczaka ps. "Lalek". 
Odsłonięty 11 maja 2007 r. w Piaskach pomnik w hołdzie ostatniemu żołnierzowi Rzeczypospolitej Polskiej, sierż. Józefowi Franczakowi ps. "Lalek".
17 marca 2008 r. Prezydent
Rzeczypospolitej Polskiej Lech Kaczyński nadał Krzyż Komandorski z
Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski, pośmiertnie, ostatniemu żołnierzowi
wyklętemu Józefowi Franczakowi ps. "Lalek". Józef Franczak
odznaczony został za wybitne zasługi dla niepodległości Rzeczypospolitej
Polskiej w 90. rocznicę swoich urodzin. Odznaczenie odebrał syn Marek
Franczak.
21 października 2008 roku. Marek Franczak, syn „Lalusia”, przy pomniku ojca na cmentarzu w Piaskach.
GLORIA VICTIS !!!
Więcej na temat życia i walki sierż. Józefa Franczaka "Lalka" czytaj:
- Ostatni niezłomny – Józef Franczak ps. "Lalek">
- Józef Franczak [Wikipedia]>
- Odsłonięcie i poświęcenie pomnika Ostatniego Partyzanta RP>
- Fotorelacja
z uroczystości odsłonięcia i poświęcenia pomnika Ostatniego Partyzanta
RP – sierż. Józefa Franczaka ps. „Lalek" w Piaskach Lubelskich, 11 maja
2007 r.> - Śmierć kapitana „Uskoka”>
- Sławomir Poleszak, Kryptonim
"Pożar". Rozpracowanie i likwidacja ostatniego żołnierza polskiego
podziemia niepodległościowego Józefa Franczaka "Lalka", "Lalusia"
(1956-1963), "Pamięć i Sprawiedliwość" nr 8 (2) 2005, s. 347-376 [PDF]> - Sławomir Poleszak, Ostatni niezłomni, Rzeczpospolita>
- Magdalena Bożko, "Laluś”, ostatni taki mężczyzna, Dziennik Wschodni>
- Adam Kruczek, "Laluś" wytrwał najdłużej, Nasz Dziennik>
- Tadeusz M. Płużański, Jak zginął Józef Franczak, "Lalek", ostatni żołnierz II Rzeczypospolitej, ASME>
Rondo im. Narodowych Sił Zbrojnych

Burmistrz Miasta Łuków oraz Związek Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych zapraszają na uroczystości związane z nadaniem nazwy rondu im. Narodowych Sił Zbrojnych w Łukowie.
Uroczystości odbędą się 20 października (sobota) w Łukowie.
Program:
- 9:00 – Msza Św. w Kolegiacie Przemienienia Pańskiego w Łukowie.
- 10:30 – Przejazd pod rondo mieszczące się przy skrzyżowaniu ul. Ławeckiej z Wojska Polskiego (poświęcenie ronda oraz okolicznościowe przemówienia).
- 11:00 – Otwarcie wystawy "Ostatni Leśni, Żołnierze Wyklęci w Walce o Niepodległą Polskę" (Muzeum Regionalne w Łukowie).
Krótka refleksja na temat "Ognia"… – część 1/3
[wybór zdjęć – autor strony]
KRÓTKA REFLEKSJA NA TEMAT KONTROWERSJI WOKÓŁ POSTACI JÓZEFA KURASIA "OGNIA", ODPOWIEDNIEJ PERSPEKTYWY I PATRIOTYZMU PEJZAŻU
za to że cała była z mitycznych czasów
kiedy autorzy greccy albo rzymscy
i czytelnicy przy lampce oliwnej lub świecy
pakt zawierali i mocno wierzyli
że obrona wolności jest rzeczą chwalebną.
Zbigniew Herbert, z wiersza "Mademoiselle Corday"

Mjr Józef Kuraś "Ogień"
Kontrowersyjny, czyli problematyczny, budzący spory. Ten przymiotnik świetnie pasuje do Józefa Kurasia „Ognia”. Oczywistość takiej diagnozy jest bezdyskusyjna. Wystarczy zerknąć na opublikowane w internecie artykuły dotyczące niedawnej, sierpniowej uroczystości odsłonięcia w masywie Turbacza, czyli w mateczniku Dzielnego Górala z Waksmundu, pomnika poświęconego żołnierzom polskiego podziemia niepodległościowego, w tym partyzantom Zgrupowania Partyzanckiego „Błyskawica” Józefa Kurasia „Ognia”, którzy w latach 1942-1949 w Gorcach walczyli o niepodległość Polski i wolność człowieka z niemieckim i komunistycznym zniewoleniem.
Pomnik odsłonięty w Gorcach pod Turbaczem 12 sierpnia 2012 r., dzięki staraniom Fundacji "Pamiętamy".
Znakomita większość autorów tych tekstów czuła się w obowiązku silnie w nich zaakcentować, że „Ogień” to postać bardzo kontrowersyjna, zaś komentarze internautów dobitnie ten fakt potwierdziły. Osobiście uważam, że określenie „kontrowersyjny”, niezależnie od tematu, do którego jest dedykowane, nie wnosi niczego do poznania przedmiotu opisu. Oddaje jedynie odmienność stanów wiedzy lub emocji osób, które zdecydowały się na zabranie głosu w takiej czy innej dyskusji. Niemniej jednak źródła kontrowersji mogą być interesujące i dawać pewne wyobrażenie o uczestnikach sporu. W przypadku postaci „Ognia” można mówić o prawdziwym bogactwie tych źródeł. Na niektóre z nich chciałbym zwrócić uwagę.
Zacznijmy od tego, że kontrowersje wokół „Ognia” nie są zjawiskiem nowym. Już w okresie okupacji niemieckiej partyzancka działalność „Ognia” budziła radykalnie rozbieżne oceny. Zauważmy bowiem, że skrajnie niekorzystny, ale przecież zrozumiały, jeśli przyjąć odpowiednią perspektywę, pogląd na temat „Ognia” jaki był udziałem żandarmów niemieckich stacjonujących w Nowym Targu np. w 1944 r. różnił się istotnie od osądu jaki miał w tej kwestii przeciętny góral, żyjący wówczas w rejonie Gorców. Ten bowiem na okupację niemiecką swojego kraju patrzył krzywo, a partyzantów „Ognia” miał raczej za patriotów walczących o wolność. Ale już mieszkaniec Podhala zaangażowany w kolaborancki ruch Goralenvolk lub w charakterze tajnego współpracownika (czytaj: konfidenta – przyp. GW) gestapo uprzejmie donoszący Niemcom na rodaków, czy wreszcie pospolity złodziejaszek z tamtych stron, mieli zdecydowanie odmienny pogląd na temat działalności „Ognia”. Powodowani obawą przed karcącą ręką ziemskiej sprawiedliwości, którą na tamtym terenie materializował wówczas przede wszystkim „Ogień” i jego oddział, byli oni w swojej ocenie „ogniowców” zdecydowanie bliżej żandarmów niemieckich z Nowego Targu, niż wspomnianego ich ziomka z rejonu Gorców.
Taki punkt widzenia zresztą też można zrozumieć – wystarczy tylko przyjąć odpowiednią perspektywę. Wspomnijmy, że i pośród tamtejszych niewiast występowała silna polaryzacja ocen dotyczących „Ognia”. Wiadomo, „za mundurem panny sznurem”, ale czasami mundur był niemiecki. I z tego właśnie powodu niektóre damy zamieszkałe w miejscowościach leżących u podnóża Gorców musiały wbrew swojej woli okresowo zmienić fryzury, przyjmując jednolitą stylizację, którą można uznać za pierwowzór dla irlandzkiej piosenkarki Sinead O’Connor, z czasów gdy ta publicznie darła zdjęcie Jana Pawła II. I panie te również były bardzo przeciwko „Ogniowi”, co także nie może dziwić – jeśli przyjmie się odpowiednią perspektywę. Do chóru radykalnych krytyków Dzielnego Górala za jego działalność w okresie okupacji niemieckiej zaliczają się także członkowie rodzin i przyjaciele osób zlikwidowanych przez „ogniowców” za kolaborację, zdradę lub złodziejstwo. Dodajmy, że ich postawa w tej sprawie też mogłaby być zrozumiana – gdyby przyjąć odpowiednią perspektywę.
Dla uzmysłowienia jak bardzo poważne są źródła zarysowanych powyżej kontrowersji wokół postaci „Ognia” przywołam fragmenty dokumentu z tamtych czasów. Jest to sprawozdanie referenta bezpieczeństwa Powiatowej Delegatury Rządu w Nowym Targu (a zatem przedstawiciela lokalnych władz Polskiego Państwa Podziemnego – przyp. GW), Ludwika Kohutka „Śmiałowskiego”, za okres od 1 do 30 listopada 1944 r. Zwracam uwagę, że obejmuje ono tylko jeden miesiąc, czyli drobny zaledwie wycinek czasowy z okresu partyzanckiej działalności „Ognia” pod okupacją niemiecką. Dodam, że grupa „Ognia” pełniła wówczas przy Powiatowej Delegaturze Rządu w Nowym Targu rolę oddziału egzekucyjnego, wykonującego przekazane jej przez zwierzchnie władze cywilne wyroki sądów podziemnych. Oto co „Śmiałowski” napisał na ten temat w swoim raporcie (podane w raporcie nazwiska osób ukaranych przez oddział „Ognia” zostały przeze mnie pominięte – przyp. GW):
[…] Polecenia moje wykonywał Ogień wraz ze swymi ludźmi sprawnie i sumiennie, tropiąc bandy złodziei i meldując o ich ruchach. […]. W okresie sprawozdawczym zostały wykonane wyroki śmierci przez grupę Ognia na następujących osobach:
1. […], bandytka przedwojenna i szpicel niemiecki, z wyroku dawnego;
2. […], żona szpicla ukaranego gardłem, niebezpieczna z powodu kontaktu z gestapo, z wyroku dawnego;
3. […], za udział w rabunkach, pochwycony na gorącym uczynku;
4. […]
5. […], obaj ostatni zostali straceni dnia 20 bm. Za rabunki okolicznej ludności i na Spiszu, gdzie rabowali z bronią w ręku, podając się za członków AK, z wyroku PDR;
6. […], szpicel gestapo, za którego uwięziony został ostatnio
Batkiewicz Michał, ukrywający się od początku wojny przed gestapem. Wyrok dawny wykonano 19 bm;
7. […], niebezpieczny szpicel i prowodyr góralski, stracony z dawnego wyroku dnia 23 bm.
Ponadto na moje zlecenie Ogień zlikwidował dwie bandy rabusiów: jedną w Łopusznej (…, … i towarzysze) i inną w Nowym Targu – Kowańcu (…, … i towarzysze) przez rozbrojenie i oddanie tych ostatnich w ręce AK, gdyż do przynależności do AK się przyznawali. Następnie Ogień ostrzygł: 1. […], 2. […] i 3. […], wszystkie za stosunki z Niemcami względnie donosicielstwo. […].

Przewodniczący Komitetu
Góralskiego Wacław Krzeptowski (z lewej) wita gubernatora Hansa Franka
po przybyciu do Zakopanego, listopad 1939 r. (fot. ze zbiorów Narodowego
Archiwum Cyfrowego).
Możliwe, że przywołana przeze mnie treść meldunku „Śmiałowskiego” boleśnie uświadomi niektórym, że działalność partyzancka nie skupia się na śpiewaniu skądinąd ładnych pieśni typu „Po partyzancie dziewczyna płacze”. Warto pamiętać także o tym, że nie jest zadaniem partyzantki wygranie zmagań wojennych, gdyż nie ma ona na to wystarczających sił i środków. Natomiast w sytuacji, gdy legalne czynniki państwowe schodzą do konspiracji lub pozostają poza granicami kraju, gdy władza zostaje przejęta przez siły okupacyjne, co skutkuje m.in. tym, że aparat przymusu (konieczny w każdym normalnym państwie) przestaje służyć ochronie praw jednostki i dobru wspólnemu, natomiast jest w rękach okupanta narzędziem terroru, partyzantka pełni doniosłą funkcję strażnika reguł koniecznych dla ocalenia więzów wspólnotowych. Rola ta sprowadza się do obrony i egzekwowania fundamentalnych norm postępowania w relacjach międzyludzkich i podstawowej lojalności członków okupowanej wspólnoty wobec prawowitych władz. Realizacja tego niewdzięcznego, ale jakże ważnego w czasach zaniku normalnej państwowości zadania, wygląda w praktyce tak, jak oddaje to przywołany meldunek „Śmiałowskiego”. Zdaniem jego autora po każdym takim wyroku ludność podhalańska odzyskiwała pewność siebie, nabierała ufności, że władza podziemna czuwa i karze i że jednak ktoś liczy zbrodnie kolaborantów, a więc warto żyć, warto czekać na koniec tej długiej strasznej wojny.
Trudno do tej oceny cokolwiek sensownego dodać.
Kolejną grupę osób krytykujących „Ognia” za jego działalność partyzancką w okresie okupacji niemieckiej należy, z uwagi na przyczynę takiej postawy, zdecydowanie oddzielić od zbiorowości, które starałem się zdefiniować nieco wcześniej. Mowa o osobach, których bliscy zginęli z rąk Niemców podczas kolejnych pacyfikacji Waksmundu, rodzinnej wsi „Ognia”. Tragiczny ten bilans zamyka się liczbą kilkudziesięciu ofiar (pośród pomordowanych przez Niemców znaleźli się także ojciec, pierwsza żona i 2,5-letni synek „Ognia” – przyp. GW). Jakaś część z tych osób za śmierć swoich krewnych wini „Ognia”. Bo przecież, mówią oni, gdyby „Ogień” nie prowadził akcji antyniemieckiej, a prowadził ją bardzo konsekwentnie, to pacyfikacji Waksmundu zapewne by nie było. I ten punkt widzenia także można zrozumieć, jeśli przyjąć odpowiednią perspektywę, i akurat nad nim chyba warto się przez chwilę poważnie zastanowić.
W tym kontekście pozwolę sobie przypomnieć, że w bezpośrednim odwecie za likwidację kata Warszawy, Franza Kutschery, przeprowadzoną przez żołnierzy batalionu „Parasol” w dniu 1 lutego 1944 r., Niemcy rozstrzelali 300 naszych rodaków. Gdyby zapytać członków rodzin osób wówczas rozstrzelanych, czy głowa tego nazistowskiego oprawcy (Kutschera był Austriakiem – przyp. GW) warta była śmierci ich bliskich, ciekawe, co by odpowiedzieli. Część z nich zapewne odrzekłaby, że likwidacja Kutschery nie była warta aż takiej ofiary, a niektórzy pewnie mieliby niejakie pretensje do rozkazodawców lub wykonawców zamachu. I taki osąd trzeba po prostu przyjąć do wiadomości, jako po ludzku zrozumiały, a przy tym, przynajmniej w mojej ocenie, nie zasługujący na krytykę. Co nie zmienia w niczym faktu, że dla wielu rodaków, w tym także dla mnie, uczestnicy zamachu na Kutscherę są bohaterami narodowymi, zaś ofiary odwetowej akcji niemieckiej powinni być pamiętani jako ci, którzy zginęli śmiercią męczeńską za sprawę wolności.
Obwieszczenie o egzekucji 100 zakładników wydane przez Franza Kutscherę, 13 listopada 1943 r.
Domniemany punkt widzenia rodziny Kutschery i jego niemieckich kamratów na temat zdarzeń do jakich doszło w Warszawie w Alejach Ujazdowskich kilkanaście minut po dziewiątej dnia 1 lutego 1944 r. pominę milczeniem, choć pamiętajmy, że on również może zasługiwać na zrozumienie – gdyby przyjąć odpowiednią perspektywę. Tak czy inaczej zarysowane powyżej możliwe punkty widzenia na likwidację Kutschery pokazują, że i ten epizod z historii naszego kraju, przy odpowiednim doborze dyskutantów, będzie budził spory, czyli zasługuje chyba na miano kontrowersyjnego; choć oczywiście nie jest nawet w drobnym ułamku tak problematyczny, jak działalność „Ognia”.
Pisząc o kontrowersjach wokół postaci „Ognia” dotyczących okresu okupacji niemieckiej, nie sposób pominąć milczeniem jego skomplikowanych relacji z Armią Krajową. Zostały one w sposób rzetelny, z wykorzystaniem bogatej bazy dokumentowej, przedstawione i przeanalizowane przez Macieja Korkucia w niedawno wydanej książce „Józef Kuraś „Ogień”. Podhalańska wojna 1939-1945”. Wiele osób zabiera głos na temat „Ognia”, z lubością podkreślając, że postać to bardzo kontrowersyjna, bo przecież skonfliktowana z Armią Krajową; mało kto z tego kręgu chce wiedzieć jak naprawdę było. Zainteresowanych rzeczywistym przebiegiem wypadków odsyłam do pracy Macieja Korkucia. Na potrzeby niniejszego szkicu wspomnę tylko, że w bezpośrednio adresowanym do „Ognia” piśmie z dnia 13 października 1944 r. komendant Inspektoratu AK Nowy Sącz Adam Stabrawa „Borowy” napisał: Zawiadamiam Pana, że dochodzenia przeciwko Panu zostały umorzone.
Apel w obozie oddziału ochrony sztabu mjr. "Ognia" (zaznaczony "×") Gorce, lato 1946 r.
Dodajmy, że w okresie walki „Ognia” z komunistami przez szeregi podległych mu oddziałów przewinęło się wielu żołnierzy Armii Krajowej. Jednak równie wielu akowców z rejonu Podhala zasiliło w PRL-u szeregi ZBoWiD-u. Dzielny Góral i ci, którzy zdecydowali się pójść pod jego rozkazy po kwietniu 1945 r. wybrali inną drogę. Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie czynił wspomnianym żołnierzom AK zarzutu z faktu, że po koszmarze okupacji niemieckiej nie zdecydowali się na kontynuację walki o wolność, tym razem w realiach komunistycznego zniewolenia. Może tylko trochę szkoda, że pamięć o czasach swojej działalności partyzanckiej postanowili pielęgnować w ramach organizacji utworzonej przez reżim komunistyczny, kierowanej min. przez Mieczysława Moczara, znanego z bezwzględnej postawy wobec "bandytów reakcyjnego podziemia". Niemniej wypada pamiętać, że niektórzy z nich, powodowani zapewne pobudką tak rozpowszechnioną w relacjach międzyludzkich jak azot w powietrzu, czyli zawiścią, opowiadali czy pisali o „Ogniu” rzeczy niegodne żołnierzy Armii Krajowej. Jak sądzę trudno im było znieść, że symbolem Podhala walczącego o wolność zostali nie oni, lecz właśnie „Ogień” i ci, którzy u jego boku przebyli aż do samego końca najtrudniejszą z ludzkich dróg – czarny szlak wiodący „na górę zwaną czaszka”. Takie zachowanie przecież też można zrozumieć, wystarczy t
ylko przyjąć odpowiednią perspektywę. Tak czy inaczej, akowcy – zbowidowcy mają swój realny wkład w to, że dzisiaj o „Ogniu” wypada i trzeba mówić jako o postaci bardzo kontrowersyjnej. Chcąc nie chcąc, muszę się do tego dostosować.
Wzmianką o zawiści doprowadziłem ten tekst do kolejnej, całkiem licznej grupy zdecydowanych przeciwników „Ognia”, krytykujących go zarówno za działalność prowadzoną w okresie okupacji niemieckiej, jak i za walkę jaką prowadził w realiach zniewolenia komunistycznego. Ta zbiorowość posłuży mi za łącznik pomiędzy dotychczasową a dalszą częścią moich refleksji. Określiłbym ją mianem "poszukiwaczy złota". Powszechnie wiadomo, że ten kruszec rozpala od wieków ludzkie namiętności. Dodajmy do tego jeszcze banalną prawdę życia, że ludzie zwykle mierzą świat własną miarą, co w praktyce przejawia się m.in. tym, że czyny bliźnich starają się wytłumaczyć za pomocą zrozumiałych dla nich samych motywacji i celów. Ot, naturalna skłonność do racjonalizacji ludzkich zachowań. I dlatego niektórym rodakom wychodziło, i nadal wychodzi, że po „Ogniu” to dużo złota zostało. – W skrzyniach, Panie, to złoto, w skrzyniach […]. „Ogień” nie jest tu żadnym wyjątkiem.
Proszę mi wierzyć, że w swych wędrówkach za historią „Żołnierzy Wyklętych”, motyw skrzyń ze złotem przerobiłem wielokrotnie, w różnych zakątkach naszego kraju. Wielu ludzi po prostu nie jest w stanie pojąć, bo to się nie mieści w ich horyzontach poznawczych, że dla czegoś tak abstrakcyjnego, jak Ojczyzna i wolność, można coś ważnego z własnej i nieprzymuszonej woli poświęcić, a życie dla takich abstraktów narażać, to już jest po prostu całkowicie niewiarygodne. Takie frazesy to nie dla nich. Oni wiedzą, to zresztą jest często wiedza pokoleniowa, że o pieniądze cała rzecz musiała się rozchodzić, o duży szmal; znaczy – partyzanci rabowali pieniądze, a później zamieniali je na złoto, które w skrzyniach chowali.
Ta wiedza była i jest odwzorowaniem wielkiej małości, zbudowanej na
mocnym fundamencie prostactwa i zawiści, a także, niestety, całkiem
dużym i charakterystycznym kryształem lustra naszej zbiorowości.
Przejęta przez UB kartka z tekstem przysięgi obowiązującej we wszystkich oddziałach "Ognia":
"Przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu, że będę wiernie służył Ojczyźnie
swojej. Dla Polski Ludowej poświęcę swoje życie. Rozkazy swoich dowódców
będę sumiennie wykonywał, o prawa należne chłopu i wsi polskiej będę
walczył. Tajemnicy dochowam choćby padło przypłacić własną krwią. Tak mi
dopomóż Bóg."
Krytyka „Ognia” za jego działalność z okresu okupacji niemieckiej to oczywiście nic w porównaniu z ocenami jakich doczekał się za walkę z komunistami. Przypomnijmy, że ten tak bardzo kontrowersyjny dowódca partyzancki toczył ją z dużym rozmachem od drugiej połowy kwietnia 1945 r. aż do swojej śmierci w lutym 1947 r. Początek tej walki „ogniowcy” obwieścili mieszkańcom Podhala w ulotkach rozwieszonych w kilku miejscowościach leżących u stóp Gorców: „Walczyliśmy o Orła, teraz o koronę dla Niego. Hasłem naszym Bóg, Ojczyzna, Honor”. Cóż, dowódca był kontrowersyjny, to i cele jego walki też nie mogły być inne.
Odciski pieczęci używanych przez oddziały Józefa Kurasia „Ognia” i jego podpis.
Krótka refleksja na temat "Ognia"… – część 2/3>
Strona główna>
Krótka refleksja na temat "Ognia"… – część 2/3
Krąg osób żyjących w czasach „Ognia” i za działalność jaką prowadził po kwietniu 1945 r. odsądzających go od czci i wiary prawie pokrywa się ze zbiorowością przeciwników walki partyzanckiej będącej udziałem „Ognia” w okresie okupacji niemieckiej. Jak jednak powszechnie dziś wiadomo, „prawie” robi dużą różnicę. I rzecz nie w tym, że niemieckich żandarmów stacjonujących w Nowym Targu należy zastąpić funkcjonariuszami UB czy nieumundurowanymi aktywistami partii komunistycznej. Chodzi m.in. o ludzi, niekoniecznie czynnie wspierających reżim komunistyczny, którzy swoją ocenę na temat „Ognia” uformowali pod wpływem treści wygłaszanych podczas masowych uroczystości organizowanych przez władzę ludową pod pomnikiem – ubeliskiem, który straszył na przełęczy Snozka nieopodal trasy Nowy Targ – Nowy Sącz, czyli pod tzw. organami Hasiora (na marginesie warto wspomnieć, że stan tego dzieła był niedawno obiektem słusznej troski "Gazety Wyborczej". W efekcie zostało ono odrestaurowane, już bez elementów ideowych, i można podziwiać jego wymiar artystyczny albo – jak autor tego tekstu – dziwić się poziomem szpetoty tego pomnika i brakiem jakiejkolwiek harmonii z naturalnym otoczeniem – to już wyłącznie kwestia gustu – przyp. GW). 
Tzw. Organy Hasiora – szpetny pomnik w hołdzie "poległym w walce o utrwalenie władzy ludowej na Podhalu", na przełęczy Snozka koło Czorsztyna.
Przede wszystkim jednak chodzi o tych, jakże licznych, którzy swą wiedzę na temat „Ognia” zdobyli lub ugruntowali dzięki uważnej lekturze prasy komunistycznej, wielonakładowych i często wznawianych książek pułkownika UB Stanisława Wałacha, dzieła Władysława Machejka „Rano przeszedł huragan” lub książeczki z serii „Tygrysa” – "Po „Ogniu” był „Mściciel”". Gdyby zsumować egzemplarze wszystkich tych książkowych źródeł wiedzy na temat „Ognia”, wyjdzie ponad milion. W końcu lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku publikacje te można było spotkać w wielu domach na Podhalu. Z kolei czytelnicy nieco później urodzeni, i siłą tego faktu podchodzący z lekkim dystansem do książek historycznych wydanych w okresie PRL-u, mogli utwierdzić się w słuszności obrazu „Ognia” nakreślonego w ww. dziełach, czytając pierwsze wydanie bardzo popularnej na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku książki Jacka Kuronia „Wiara i wina”. I oczywiście także słuchając osób starszych, wyedukowanych na dorobku literackim Machejka, Wałacha itd.
Książka "Był w Polsce czas…", w której autor – Stanisław Wałach – szkalował niepodległościowe podziemie, w tym również Józefa Kurasia "Ognia".
Nie dziwmy się zatem, że walka jaką podjął „Ogień” z reżimem komunistycznym jest przedmiotem kontrowersji, których skala zasługuje na miano potężnej. Na to nie ma rady i nie sądzę by się jeszcze kiedyś znalazła. Tak już pozostanie. Kilka razy w swoich tekstach przywoływałem pewien fragment powieści Józefa Mackiewicza „Sprawa pułkownika Miasojedowa”. Uczynię to ponownie, gdyż zawartą w nim myśl uznaję za oddającą istotę zjawiska, którego drobny wycinek uczyniłem przedmiotem niniejszego tekstu:
"Na ziemi pozostaje łgarstwo, fałsz, przeinaczane fakty, tendencyjna kronika wypadków, wrzaskliwe uogólnienia. Na nic to wszystko. Wielkie doświadczenie, dokonane za cenę krwi i rozpaczy, przepada dla potomności. I po wielkim wybuchu, jak popiół z wulkanu opada i ściele się bezwartościowy osad pustych sloganów".
Smutne jak bardzo dobrze cytat ten pasuje do ofiary złożonej przez „Ognia” i jego poległych oraz pomordowanych podkomendnych. A jednocześnie nie powinno to nikogo dziwić. Przecież „ogniowcy” walczyli w szeregach partyzantki, która przegrała, a historię ich walki napisali, w wersji obowiązującej przez blisko pół wieku, zwycięzcy. Ot, rutyna dziejowa. Za ciekawe w tej sprawie można od biedy uznać to, że jeżeli szukać okresu, w którym poziom kontrowersji wokół „Ognia”, w kontekście jego działalności antykomunistycznej, był najmniejszy, to bez wątpienia należy wskazać na czas, w którym „Ogień” jeszcze żył i z komuną dziarsko wojował.
Grupa sztabowa zgrupowania "Ognia" nad Przełączą Borek w Gorcach latem 1946 r. (IPN)
W świadomości przywołanego już w tym tekście, przeciętnego mieszkańca Podhala, który, powtórzmy – na okupację, tym razem komunistyczną, swojego kraju patrzył krzywo i złodziejką się nie parał, ówczesny odbiór działań „Ognia” był z reguły pozytywny. Jest przecież rzeczą oczywistą, że żadna partyzantka nie utrzyma się w terenie bez poparcia ludności zamieszkującej obszar objęty działalnością „leśnych”. A „Ogień”, któremu w szczytowej fazie jego walki z reżimem komunistycznym podlegało ponad pięciuset partyzantów, skupionych w kilkunastu oddziałach, wspieranych przez liczącą nie mniej niż dwa tysiące współpracowników siatkę terenową, utrzymał się „w polu” blisko dwa lata. Dokonał tego w warunkach zmasowanego terroru komunistycznego, gdy za niepoinformowanie sił reżimu o napotkaniu partyzantów groziła kara pięciu lat więzienia, za podzielenie się z „leśnymi” miską strawy czy okazjonalne przyjęcie ich pod dach groziło dziesięć lat więzienia, zaś za stałą współpracę z nimi, polegającą np. na częstym udzielaniu gościny czy informowaniu o ruchach komunistycznych grup operacyjnych, można było otrzymać dożywocie czy nawet karę śmierci. Natomiast za zadenuncjowanie partyzantów czekała nagroda, zwykle pieniężna, od władzy ludowej. Wypada mieć to na uwadze, czytając czy słuchając o kontrowersjach wokół postaci „Ognia”.
Współpracownicy Józefa Kurasia "Ognia" z terenu Ochotnicy. Zdjęcie odnalezione w dokumentach KBW. (IPN)
Warto też w tym kontekście przyjrzeć się niektórym dokumentom dotyczącym „Ognia”, wytworzonym w okresie jego działalności. Szczególnie ciekawe są te z nich, które powstały w kręgu oficjalnych władz, a które nie służyły celom propagandowym. Notabene większość z nich była tajna – nie miały nigdy ujrzeć światła dziennego. Zawierały one informacje i oceny przeznaczone wyłącznie na użytek struktur władzy komunistycznej. Oto kilka przykładów:
Chłopi znów po wsiach pomagają mu [„Ogniowi”] przechowując go i jego ludzi. Są takie wsie, gdzie formalnie żadna władza wcale nie ma dostępu, dlatego organizacja PPR w terenie się wcale nie rozwija a cały Komitet Powiatowy PPR w Nowym Targu pracuje p
od strachem.Przewodniczący wojewódzkiej kontroli komisji partyjnej PPR Bronisław Pawlik – ze sprawozdania za okres od listopada 1945 r. do lutego 1946 r. dotyczącego powiatu Nowy Targ.
To teren najtrudniejszy w województwie. Terror reakcyjnego podziemia jakiego nie było dotychczas (…) wzmogła się propaganda band – grożące afisze i ulotki. Najgorsze jest to, że ludność nie reaguje na te wypadki za wyjątkiem jednostek, które potępiają bandytyzm. (…) Członkowie PPR nie mogą oficjalnie występować jako peperowcy (partia nie wzrasta).
Ze sprawozdania komitetu powiatowego PPR – powiat nowotarski za maj 1946 r.Sprzyjającymi warunkami działania bandy „Ognia” jest przychylne ustosunkowanie się ludności cywilnej do ww. oraz dogodny teren w jakim ona przebywa.
Z dokumentów KBW – październik 1946 r.„Ogień” celowo naśladuje Janosika i innych legendarnych „szlachetnych zbójców” zwalczających tyranię i pomagających ubogim.
Ze sprawozdania wojewody krakowskiego – 1946 r.I w tym wypadku społeczeństwo nie ustosunkowało się negatywnie do mordu, bo pomordowani to byli przeważnie złodzieje. Chłopi tamtejsi musieli sypiać w stajni, bo im ginęły owce, konie i krowy. W ten sposób utworzyła się legenda, że „Ogień” robi porządek.
Z wystąpienia przewodniczącego nowotarskiej Powiatowej Rady Narodowej, Leona Lei, na plenum WRN w Krakowie w dniach 05-26 marca 1946 r. – Komentarz do likwidacji 4 osób w Gronkowie (osoby te za
uprawianie działalności rabunkowej zostały z wyroku „Ognia”
zastrzelone w końcu grudnia 1945 r. – przyp. GW)
Dodajmy do tego garść cennych retrospekcji, dotyczących tamtych czasów.
Najgroźniejsze było to, że banda „Ognia” miała oparcie w tamtejszym społeczeństwie.
Ze wspomnień I sekretarza Komitetu Powiatowego PPR w Nowym Targu Jana Półchłopka (od 1947 r. jako Janusz Korczyński)Miejscowa ludność miała uzasadnioną wątpliwość czy władza ludowa w ogóle istnieje, wszak na tym terenie faktycznie nie liczyła się, nie była odczuwalna, na każdym roku dawało o sobie znać reakcyjne podziemie. Górale nie wywiązywali się z obowiązków wobec państwa, np. do odbycia służby wojskowej zgłosiło się zaledwie 5% poborowych. (…) nie było mowy o tym, by rozszerzyć szeregi partii, utworzyć w terenie nowe jej komórki.
Ze wspomnień Eugeniusza Wojnara – instruktora propagandy w Komitecie Powiatowym PPR w Nowym Targu.

Najgroźniejsze było to, że banda "Ognia" miała oparcie w tamtejszym społeczeństwie.
Jak pięknie, niczym wspaniała pośmiertna laudacja na cześć „Ognia”, brzmią przywołane słowa etatowego komunistycznego propagandzisty: "miejscowa ludność miała uzasadnioną wątpliwość czy władza ludowa istnieje". Ich dopełnieniem niech będzie wypowiedź innego działacza komunistycznego, z Zakopanego, który na naradzie aktywu wojewódzkiego PPR przeprowadzonej 12 października 1946 r. sytuację struktur partyjnych na swym terenie scharakteryzował krótko: "Partia w konspiracji". Trudno o lepszy dowód na istotny wkład „Ognia” i jego żołnierzy w obronę wolności.
Pamiętając o silnie rozpowszechnionym w naszych czasach infantylizmie, zastrzegam, choć niechętnie, świadom, że czynię tym ukłon w stronę ignorancji, że nie jest moim zamiarem budowanie idyllicznego obrazu partyzantki prowadzonej przez „Ognia”. Wspominam o tym, gdyż głosy w obronie faktografii, a za jeden z nich uznaję niniejszy tekst, traktowane są bardzo często jako obliczone na wzmacnianie pozytywnej legendy „Ognia”, i pod tym pretekstem deprecjonowane. Nie o legendę chodzi, podkreślam, lecz o to jak naprawdę było.
Oczywiste jest, że w kilkusetosobowym uzbrojonym zespole ludzkim, funkcjonującym w realiach stałego zagrożenia i napięcia, a z biegiem czasu z coraz mniejszymi nadziejami na zwycięstwo, znajdą się jednostki niegodne miana partyzanta. Trudno zresztą wskazać, i reguła ta dotyczy także okresu okupacji niemieckiej, duże zgrupowanie oddziałów leśnych, działające przez kilkanaście miesięcy, operujące na rozległym terenie, którego historia była wolna od takich osób. Kto twierdzi inaczej, odrywa się od prawdy życia. Istotne dla oceny danego oddziału leśnego jest nie to czy jednostki takie znalazły się w jego szeregach, lecz w jaki sposób do ich przestępczych działań odnosiło się dowództwo – czy je tolerowało, czy zwalczało.
Jeśli chodzi o „Ognia” to z zachowanych dokumentów jednoznacznie wynika, że poczynań takich nie tolerował, a jego podkomendny, który dopuścił się czynu sprzecznego z dyscypliną wojskową, w szczególności czynu o charakterze kryminalnym, musiał się liczyć z jak najdalszymi konsekwencjami – niezależnie od pozycji jaką zajmował w strukturach zgrupowania. Wystarczy przypomnieć, że z takich właśnie powodów z rozkazu „Ognia” został rozstrzelany jeden z dowódców 1 kompanii zgrupowania, dezerter z LWP, „Roman”. Oczywiście „Ogień” nie zawsze dysponował wystarczającą wiedzą o okolicznościach danego zdarzenia, stąd też nie wszystkich winowajców ze swoich szeregów mógł ukarać, ale nie ma wątpliwości, że o dyscyplinę w oddziałach zgrupowania bardzo dbał i tego samego wymagał od dowódców podległych mu grup. Wspominałem już o warunku koniecznym dla prowadzenia działań partyzanckich, jakim jest poparcie ludności. Oddział pozbawiony wewnętrznej dyscypliny na taką przychylność nie miałby szans. „Ogień” to doskonale rozumiał. Oddajmy na chwilę głos temu kontrowersyjnemu dowódcy. W liście z dnia 8 sierpnia 1946 r. skierowanym do Henryka Głowińskiego „Groźnego”, dowódcy jednego z podległych mu pododdziałów, napisał:
Dowódca jest odpowiedzialny za każdy czyn popełniony przez strzelców. Rozkazy dowódcy muszą być wykonywane sumiennie i sprawiedliwie […] Bandy rabunkowe likwidować bez pardonu. […] Pamiętać o opinii oddziału.
Z kolei w rozkazie „Ognia” adresowanym do innego dowódcy pododdziału zgrupowania czytamy:
Partyzantka nie jest po to, aby wyładować własną kieszeń, tylko [jest to –przyp. GW] praca z poświęcenia dla idei.

Rozkaz
Józefa Kurasia "Ognia" z 8 VIII 1946 r., który nie pozostawia żadnych
wątpliwości co do żelaznej dyscypliny jaka panowała w jego oddziałach
oraz jakie konsekwencje groziły za niesubordynację lub pospolity
bandytyzm.
Skoro doszliśmy do idei, to przez chwilę przy niej zostańmy. „Ogień”, ten tak bardzo kontrowersyjny dowódca partyzantki antykomunistycznej na Podhalu, w liście do Bolesława Bieruta, datowanym na 14 listopada 1946 r., napisał:
Oddział Partyzancki Błyskawica walczy o wolną, niepodległą i prawdziwie demokratyczną Polskę. Nie uznajemy ingerencji ZSRR w sprawy wewnętrzne polityki państwa polskiego. Komunizm, który pragnie opanować Polskę, musi zostać zniszczony.
Bardzo to wszystko kontrowersyjne, oj bardzo…
Krótka refleksja na temat "Ognia"… – część 3/3>
Strona główna>
Krótka refleksja na temat "Ognia"… – część 3/3
Spory wokół „Ognia” są związane także z oskarżeniami jego osoby o mordowanie Żydów. Miałem już okazję o tym pisać (patrz: OD PUŁKOWNIKA UB DO JACKA KURONIA, CZYLI JAK NA PRZESTRZENI LAT HAŃBIONO PAMIĘĆ PEWNEGO DZIELNEGO GÓRALA. ROZWAŻANIA O PAMIĘCI). Przypomnę zatem tylko, że historykom znana jest sprawa dowódcy oddziału podziemia akowskiego i poakowskiego (pozostającego poza strukturą dowodzoną przez „Ognia” – przyp. GW), który po zakończeniu działalności partyzanckiej dopuścił się zabójstwa dwóch żydowskich kupców. Za ten czyn, popełniony na tle rabunkowym, otrzymał on od „Ognia” wyrok śmierci, i wyrok ten został przez podkomendnych „Ognia” wykonany. Jego wspólnicy w tej zbrodni w strachu przed partyzantami „Ognia” uciekli z terenu Podhala. Nawet po śmierci „Ognia” bali się tam wrócić. Ich lęk był uzasadniony – oni również zostali przez „Ognia” skazani na karę śmierci, a następca „Ognia”, Józef Świder "Mściciel", uznawał te wyroki za obowiązujące.
To raczej dziwne zachowanie – mam na myśli działania podjęte w tej sprawie przez „Ognia” – jak na człowieka mordującego Żydów. Nie było wypadku, żeby Żyd za samo pochodzenie został zlikwidowany – powiedział wiele lat po wojnie Bogusław Szokalski „Herkules”, adiutant „Ognia”. Według mnie miał rację. Na terenie objętym działalnością oddziałów „Ognia” przebywały wówczas setki Żydów. Mieszkali oni również w Nowym Targu, miasteczku leżącym u podnóża masywu Turbacza, czyli matecznika „Ognia”. Nowy Targ i inne okoliczne miejscowości, w których przebywali Żydzi, nie jeden raz były miejscem zbrojnych wystąpień partyzantów „Ognia”. Nigdy jednak nie doszło tam z polecenia „Ognia” do żadnej akcji, której celem, z powodu pochodzenia, byłby Żyd. Natomiast bez względu na ich pochodzenie ginęli z rozkazu „Ognia” funkcjonariusze UB, konfidenci, szczególnie szkodliwi lokalni aktywiści komunistyczni i złodzieje.


Wyroki
śmierci (m.in. dla zastrzelonego za znęcanie się nad więźniami Jana
Racławskiego – naczelnika więzienia UB w Nowym Targu) wydawane przez
Józefa Kurasia "Ognia".
Należy w tym miejscu wspomnieć dwa zdarzenia, które w kontekście oskarżeń „Ognia” o mordowanie Żydów przywoływane są najczęściej. 20 kwietnia 1946 r. kilkudziesięcioosobowy oddział zgrupowania „Ognia” miał zaatakować siedzibę PUBP w Nowym Targu. Na przedmieściach miasta partyzanci zatrzymywali przejeżdżające samochody. Kierowca jednego z nich nie zareagował na wezwanie do zatrzymania się, a z auta w kierunku partyzantów posypały się strzały. Ci odpowiedzieli ogniem. Doszło do nieplanowanej przez „ogniowców”, krótkiej walki. Wszyscy pasażerowie auta – sześć osób – zostali zabici. Byli pochodzenia żydowskiego, ale przecież nie z tego powodu zginęli.
Niespełna dwa tygodnie później, w nocy z 2 na 3 maja 1946 r., kilku podkomendnych „Ognia” przebywających wówczas w Krościenku otrzymało informację o ciężarówce wojskowej, która zatrzymała się pod miasteczkiem. Postanowili wyjaśnić skąd się tam wzięła. Na miejscu okazało się, że podróżuje nią dwudziestu pięciu Żydów i że czekają oni na przerzut przez zieloną granicę. Miał ich przez nią przeprowadzić wspominany już przeze mnie człowiek, który za obrabowanie i zabójstwo dwóch żydowskich kupców został później z wyroku „Ognia” zastrzelony. Wiadomo, że na wezwanie partyzantów osoby podróżujące ciężarówką zeszły z auta i wyszły na drogę, gdzie miały zostać wylegitymowane i skontrolowane czy nie mają broni. Podczas przeprowadzanego w ciemnościach przeszukania padły strzały. Ogień z broni długiej otworzyli dwaj partyzanci. Nie wiemy co nimi powodowało. Przeszukiwani nie byli uzbrojeni, w każdym razie nic na ten temat nie wiadomo. Zginęło wówczas jedenaście osób, siedem zostało rannych, siedmiu innym udało się uciec. Motyw rabunkowy należy wykluczyć – ani zabici, ani ranni nie zostali obrabowani. Czy zginęli dlatego, że byli Żydami? Wątpię. Jeżeli przyjąć, że zabito wtedy z tego powodu jedenaście osób, to dlaczego z tej samej przyczyny nie dobito rannych, lecz pozostawiono ich przy życiu? Przyjęcie antysemityzmu za motyw opisywanych zdarzeń nie daje przekonywującej odpowiedzi na to pytanie. Tak czy inaczej całkowitą odpowiedzialność za tę tragedię ponoszą ci dwaj partyzanci, którzy wówczas otworzyli ogień do nieuzbrojonych ludzi.
Wiadomo, że o wydarzeniach pod Krościenkiem „Ogień” dowiedział się post factum. Natomiast nie wiemy w jaki sposób zostało mu ono zrelacjonowane, a zwłaszcza jak przedstawiono mu moment, który zadecydował o użyciu broni. Możemy tylko domniemywać, że wersja, którą „Ogień” uznał za prawdopodobną czy odpowiadającą rzeczywistości nie uzasadniała rozstrzelania sprawców tej tragedii; warto pamiętać, że „Ogień” nie dysponował więzieniami, zatem tylko taka kara wchodziła w grę.
Pamiętajmy również o tym, że często przywoływany, rzekomy zapisek z dziennika „Ognia” mający dotyczyć tych wydarzeń – "Witaj majowa jutrzenko! W nocy samochód z Żydami. Mieli być przeprowadzeni przez granicę. Przed Krościenkiem do rowów. Salci krzyczy: Panie Ogień, taką nieładną demokrację Pan robi. Ucięto język" – jest wymysłem Władysława Machejka, komunisty parającego się pisarstwem, autora książki „Rano przeszedł huragan”, będącej ubranym w formę powieści paszkwilem na temat „Ognia”.

Rzekomy
"notatnik Ognia" z książki Władysława Machejka "Rano przeszedł huragan"
do dziś cytowany jest jako autentyczny dokument.
Powtórzmy na zakończenie tego wątku: nie ma podstaw, aby twierdzić, że kiedykolwiek z rozkazu „Ognia” doszło do akcji, której celem, z powodu pochodzenia, byłby Żyd. Z rąk podkomendnych „Ognia”, wskutek akcji wymierzonych przeciwko funkcjonariuszom UB, konfidentom i szczególnie szkodliwym lokalnym aktywistom komunistycznym, zginęło znacznie więcej Polaków niż Żydów. Nikt przy zdrowych zmysłach nie uzna jednak, że „Ognia” cechował antypolonizm czy, że dążył on do wygubienia narodu polskiego. Podobnie rzecz ma się z zaangażowanymi w system komunistyczny towarzyszami pochodzenia żydowskiego, którzy zginęli z rozkazu „Ognia”.
Kolejny katalog oskarżeń pod adresem „Ognia” zawiera się w słowie „Słowacy”. Z rąk podkomendnych „Ognia” zginęło kilka osób tej narodowości, a pododdziały zgrupowania niejednokrotnie dokonały rekwizycji żywności na słowackich wsiach. To wszystko prawda. Tyle że warto te informacje umieścić w szerszym kontekście historycznym. Podczas II Wojny Światowej Słowacja była w sojuszu z państwem Adolfa Hitlera.
Berlin, październik 1941 r. Powitanie Jozefa Tiso, w latach 1939-1945 prezydenta całkowicie zależnej od Niemiec Republiki Słowackiej. Od lewej Adolf Hitler i szef protokołu dyplomatycznego Alexander von Dörnberg.
Żołnierze słowaccy u boku swoich niemieckich towarzyszy broni o świcie 1 września 1939 r. zaatakowali Polskę. Chwilę później urządzili paradę zwycięstwa w Zakopanem. Część terenów polskiego Spisza i Orawy znalazła się pod okupacją słowacką.
Żołnierze słowaccy z Polowej Armii "Bernolak" dekorowani przez Ferdynanda Čatloša po kampanii wrześniowej 1939 r. w Polsce, w której uczestniczyli u boku armii niemieckiej.
Podjęto tam szereg działań wymierzonych w ludność polską. W 1945 r. konflikt graniczny ze Słowakami ponownie nabrał dynamiki. Paradoksalnie, nawet w piśmiennictwie komunistycznym dostrzegano, że bandy „Ognia” miały zasługi w przywróceniu przedwojennego przebiegu tego kawałka granicy. Nieuprawnione przy tym jest twierdzenie, że „Ogień” zabijał Słowaków za narodowość. Gdyby tak było, to mając na uwadze intensywność działań jego zgrupowania, skala ofiar po stronie słowackiej nie byłaby mierzona liczbą pojedynczą, lecz sięgnęłaby kilkuset osób. Oczywiście dla Słowaków „Ogień” nie jest i nie będzie postacią zasługującą na dobrą pamięć. I perspektywę tę także można zrozumieć, ale też niekoniecznie należy przyjmować ją za własną.
To jeszcze nie wszystko. Nie zapominajmy, że „Ogień” był ubekiem. W końcu przez trzy tygodnie – od 19 marca 1945 r. do 11 kwietnia 1945 r. – pełnił funkcję szefa PUBP w Nowym Targu. Ten epizod z jego życia jest często eksponowany, w celu wykazania jaka to z „Ognia” kontrowersyjna postać. – Karierę chciał za komuny zrobić, Panie, ubekiem został, ale poznali się na nim, to im uciekł w góry. Rzeczywiście ubekiem został, ale nie dla kariery tylko w ramach realizacji wytycznych Stronnictwa Ludowego, któremu jego oddział był podporządkowany. Koncepcja tej partii polegała wówczas na wprowadzaniu swoich ludzi w struktury organów władzy tworzonej przez komunistów na terenach opanowanych przez Sowietów. Z tego samego powodu wielu podkomendnych „Ognia” z okresu okupacji niemieckiej tworzyło na Podhalu struktury Milicji Obywatelskiej. Duża ich część zdezerterowała w kwietniu 1945 r., idąc wraz z „Ogniem” w góry i podejmując walkę z komunistami.
Osoby zainteresowane szczegółami tego epizodu w życiu „Ognia” ponownie odsyłam do pracy Macieja Korkucia „Józef Kuraś „Ogień” Podhalańska wojna 1939 – 1945”. Zgromadzone przez jej autora, opublikowane i przeanalizowane tam dokumenty w sposób nie budzący wątpliwości pokazują, że „Ogień” działał zgodnie z wytycznymi swoich konspiracyjnych przełożonych. Od siebie dodam, że próby wchodzenia w tworzone wówczas struktury władzy komunistycznej były podejmowane przez czynniki niepodległościowe w różnych regionach kraju. Zawsze z takim samym skutkiem – po krótkim czasie okazywało się jasne, że to jest droga donikąd. Dochodziło wówczas do dezercji całych obsad posterunków MO, których załogi odnajdywały się później w szeregach partyzantki antykomunistycznej. Przypadek „Ognia” i jego podkomendnych nie jest zatem odosobniony.
„Ogień”, jak wiadomo, zginął śmiercią samobójczą w Ostrowsku, we wsi bezpośrednio sąsiadującej z jego rodzinnym Waksmundem. Warto wspomnieć, że zdrada nie wyszła od osoby, która działalność „Ognia” uznawała za kontrowersyjną. Dwóch braci osoby, która miejsce postoju „Ognia” wskazała bezpiece siedziało wówczas w areszcie UB, a sam zdrajca był zagrożony aresztowaniem. Wydając „Ognia”, uratował i siebie przed więzieniem, i swoich braci – obaj zaraz po śmierci „Ognia” wyszli na wolność. W sumie i to postępowanie też można zrozumieć, jeśli tylko przyłożyć odpowiednią perspektywę. Tak czy inaczej partyzancka epopeja „Ognia” znalazła swój finał w lutym 1947 r.
Mjr Józef Kuraś "Ogień"
Istnieje źródło dzięki któremu wiemy jak ten nader kontrowersyjny partyzant zachował się w ostatnich chwilach swojego życia . Niektórzy mówią, że człowiek w obliczu śmierci przeważnie zachowuje się tak, jak wcześniej żył. Ten pogląd jest odzwierciedleniem raczej prostej prawdy, że trudno jest siebie przeskoczyć, a na moment przed „codą” jest to szczególnie ciężkie. Wspomnianym źródłem wiedzy na temat postawy „Ognia” w jego ostatnich chwilach jest relacja jednego z uczestników tamtej walki w Ostrowsku, wówczas adiutanta „Ognia”, Stanisława Ludzi „Harnasia”. Dane mu było, mimo odniesionej rany, wyrwać się wtedy z matni. Co istotne, swoją relację „Harnaś” złożył w warunkach, które raczej nie sprzyjały budowaniu pozytywnego wizerunku „Ognia”, bo w toku śledztwa na UB. Aresztowany został w lipcu 1949 r., był wówczas dowódcą ostatniego oddziału antykomunistycznego podziemia zbrojnego walczącego w rejonie Gorców, działającego pod nazwą „Wiarusy” (komuniści skazali go na karę śmierci i zamordowali w więzieniu na Montelupich 12 stycznia 1950 r. – przyp. GW).
Stanisław Ludzia ps. "Harnaś", dowódca postogniowego oddziału "Wiarusy",
walczącego na Podhalu do końca lat 40-tych. W wyniku prowokacji ujęty
przez UB i zamordowany 12 stycznia 1950 roku. Zdjęcie z aresztu WUBP w
Krakowie, wykonane w drugiej połowie 1949 r.
Podczas przesłuchania w sierpniu 1949 r. „Harnaś” zeznawał na temat ostatnich chwil tak bardzo kontrowersyjnego dzisiaj dowódcy partyzanckiego w sposób następujący:
[…] my w tym czasie zauważyli, że jesteśmy okrążeni przez wojsko. "Ogień" wtenczas powiedział do nas: chłopcy mamy zdradę ze swoich i ażeby mi się ani jeden nie poddał. Jak giniemy, to giniemy razem i jako bohaterzy w obronie Ojczyzny.
Józef Kuraś „Ogień”, nie widząc szans na przebicie się z okrążenia, strzelił sobie w głowę. Skonał, nie odzyskawszy przytomności, wkrótce po północy 22 lutego 1947 r. Swój wybór pójścia z systemami nieludzkimi „na udry, nie na pertraktacje”, opłacił życiem własnym, swojego ojca, żony, 2,5-rocznego synka a także jednego z braci. Zapłacił za niego również zmasowaną propagandą, przez dziesiątki lat szkalującą jego imię (patrz: OD PUŁKOWNIKA UB DO JACKA KURONIA, CZYLI JAK NA PRZESTRZENI LAT HAŃBIONO PAMIĘĆ PEWNEGO DZIELNEGO GÓRALA. ROZWAŻANIA O PAMIĘCI). 
UB-owska
fotografia zwłok mjr „Ognia”. W raportach UB wprost stwierdzało, że aby
zapobiec manifestacyjnemu oddawaniu czci przy mogile Kurasia przez
ludność Podhala jego ciało od razu wywieziono do Krakowa.
Nie ma swojego grobu – miejsce, w którym komuniści pogrzebali jego ciało do dzisiaj pozostaje nieznane. I zapewne tak już pozostanie. W sprawie pogrzebania zwłok „Ognia” ówczesny kierownik Sekcji ds. Walki z Bandytyzmem w Powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Nowym Targu, Kazimierz Jaworski, wyraził się jasno: „Nie chcieliśmy pochować go na ziemi nowotarskiej, aby jego grób nie stał się miejscem manifestacji, składania kwiatów itp.”.
Zbigniew Herbert został kiedyś poproszony o ocenę walki jaką „Ogień” prowadził z komunistami. Powiedział wówczas, że jego zdaniem „Kuraś był patriotą i nie mógł pogodzić się z tym gniotem, który nadszedł”. Poeta miał rację – Kuraś był patriotą. Warto tę myśl rozwinąć.
"Są trzy rodzaje patriotyzmu. Patriotyzm narodowy, patriotyzm doktryny i patriotyzm pejzażu. Narodowy interesuje się tylko ludźmi zamieszkującymi dany pejzaż, ale nie pejzażem. Doktrynalny ani ludźmi, ani pejzażem, tylko zaszczepieniem doktryny. Dopiero patriotyzm pejzażu […] obejmuje całość, bo i powietrze, i lasy, i pola, i błota, i człowieka jako część składową pejzażu. [….]. A jak ty wszystkim wronom każesz krakać pod batutą, czy liście na drzewach przykroisz w jeden wzór, to co zostanie z pejzażu?"

Widok z okolic bacówki Kurasiów. Gorce, Polana Wachowa, okolice Bukowiny Waksmundzkiej (fot. Michał Kuraś).
To, moim zdaniem, wielka mądrość. Jedna z wielu jakie zapisane zostały na kartach twórczości Józefa Mackiewicza, w mojej ocenie najwybitniejszego pisarza polskiego XX wieku. Jak jednak myśl ta ma się do historii „Ognia”? Dla tych, którzy poznali piękno Gorców i posiadają elementarną wrażliwość historyczną, relacja wzajemna jest pewnie dość oczywista. Ci, którzy nie mieli dotąd okazji podziwiać rozpościerającego się z Bukowiny Waksmundzkiej, zapierającego dech w piersiach widoku na Podhale, zamkniętego u horyzontu majestatyczną koroną Tatr, zasługującego na miano symbolu swobody, przestrzeni i wolności, widoku, który na pewno był w „czasach nadaremnych” naturalnym wsparciem dla postaw oporowych wobec nieznośnie przecież dusznych i klaustrofobicznych systemów totalitarnych XX wieku, mających za cel sprowadzenie człowieka do roli śrubki w trybach ideologicznej machiny, mielącej ludzką godność i kręgosłupy, mogą zależności tej nie pojąć. Im to dopowiem, że Józef Kuraś „Ogień” i jego podkomendni byli po prostu patriotami pejzażu. Nie chcieli dać się „przykroić w jeden wzór”, tak znakomicie sprawdzający się zwłaszcza podczas wszelakich uroczystości z okazji 1 maja, 22 lipca i innych ważnych świąt władzy ludowej, hucznie i masowo obchodzonych, pod sympatyczną, choć czujną, batutą funkcyjnych towarzyszy, przez miliony naszych rodaków w okresie Polski Ludowej.
Patrioci pejzażu. Takimi Ich widzę.
Mam nadzieję, że ten skromny tekst pozwoli niektórym z Was, szanowni czytelnicy, lepiej zrozumieć źródła kontrowersji wokół postaci „Ognia” i tę głęboką niechęć jaką wywołała u niektórych wiadomość o postawieniu w masywie Turbacza pomnika mającego formę symbolicznej partyzanckiej mogiły, u której podnóża, w kamieniu, wykuto między innymi imię, nazwisko i pseudonim tego dzielnego człowieka. Człowieka, który dla sprawy wolności poświęcił dosłownie, nie w przenośni, wszystko co było mu drogie, a o którym przeciętny nasz rodak jeśli cokolwiek wie, to jedynie, że to jakaś bardzo kontrowersyjna postać.

adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954.
PS. 12 sierpnia 2012 r., podczas uroczystości odsłonięcia pomnika w masywie Turbacza, Kazimierz Krajewski, wybitny znawca dziejów partyzantki antykomunistycznej, powiedział: „dziś „Ogień” powrócił w Gorce”. Długo przyszło na to czekać. Ponad sześćdziesiąt pięć lat.
Krótka refleksja na temat "Ognia"… – część 1/3>
Strona główna>
59. rocznica śmierci kpt. "Huzara"
Zbigniew Herbert
lat temu, 11 października 1953 r., w więzieniu w Białymstoku
komunistyczni bandyci zamordowali ostatniego dowódcę 6. Brygady
Wileńskiej AK, legendarnego kpt. Kazimierza Kamieńskiego ps. "Huzar".


Kpt. Kazimierz Kamieński ps. "Huzar".
Kpt. Kazimierz Kamieński "Huzar" w wyniku prowokacji przygotowanej przez MBP – związanej ze sprawą tzw. V Komendy WiN – został zwabiony podstępnie do Warszawy i tam 27 X 1952 r. aresztowany.
W
końcu marca 1953 r. w dwóch pokazowych procesach w Łapach i Ciechanowcu
kpt. Kazimierz Kamieński „Huzar” i jego pięciu żołnierzy skazano na
karę śmierci. Rada Państwa odmówiła skorzystania z prawa łaski.
Starannie wyreżyserowany proces stał się narzędziem najbardziej
brutalnej komunistycznej propagandy – żołnierzy Armii Krajowej oskarżano
w nim o współpracę z Niemcami, działanie z niskich pobudek, itp. Te
propagandowe kłamstwa powtarzali później, niemal do czasów nam
współczesnych, sprzedajni historycy, literaci i publicyści. Oprócz kpt.
"Huzara", w dniach 22 IX i 11 X 1953 r., zamordowano również pięciu
jego żołnierzy. Byli to:
- Mieczysław Grodzki "Żubryd",
- Wacław Zalewski "Zbyszek",
- Kazimierz Parzonko "Zygmunt",
- Kazimierz Radziszewski "Marynarz",
- Józef Mościcki "Pantera".
Miejsce ich pochówku do dzisiaj pozostaje nieznane…
GLORIA VICTIS !

Od lewej: ppor. Witold Buczak "Ponury", kpt. Kazimierz Kamieński "Huzar", N.N.
Patrol oddziału "Huzara". Od lewej: Mieczysław Grodzki "Żubryd", Eugeniusz Tymiński "Ryś", Tadeusz Kryński "Rokita", Stanisław Gontarczuk "Rekin". Zdjęcie z 1950 r.
Podlasie,
prawdopodobnie 1950, żołnierze z oddziału kpt. Kazimierza Kamieńskiego
"Huzara", stoją od lewej: sierż. Lucjan Niemyjski "Krakus", 22 sierpnia
1952 otoczony przez GO UB-KBW popełnił samobójstwo, Józef Brzozowski
"Zbir", "Hanka", zginął latem 1952 w walce z KBW; Wacław Zalewski "Zbyszek", zamordowany 11 X 1953 r. w więzieniu w Białymstoku,
ppor. Witold Buczak "Ponury", zginął w walce z KBW 28 maja 1952 r., NN
"Jurek", Eugeniusz Welfel "Orzełek", zginął w walce z KBW 30 IX 1950 r.
Podlasie 1951 r., kadra oddziału "Huzara". Stoją od lewej: Kazimierz Jakubiak "Tygrys" († 10 V 1952), Eugeniusz Tymiński "Ryś" († 30 V 1951), Wacław Zalewski "Zbyszek" († 11 X 1953), Józef Mościcki "Pantera" († 22 IX 1953), siedzą od lewej: Kazimierz Parzonko "Zygmunt" († 22 IX 1953), Adam Ratyniec "Lampart" († 11 V 1952).
Żołnierze kpt. "Huzara". Chwila odpoczynku przy muzyce, od lewej: Kazimierz Parzonko „Zygmunt” († 22 IX 1953), Kazimierz Radziszewski „Marynarz” († 22 IX 1953) i NN.
Pierwszy z lewej: agent MBP wprowadzony w początkowej fazie rozgrywki z "Huzarem" – Janusz Terlikowski, były akowiec z Obwodu AK Bielsk Podlaski, a w 1952 r. TW "Rytel", "Ryglewski".
Marian Strużyński vel Reniak.
Zdrajca i agent UB wprowadzony do oddziału kpt. "Huzara", sprawca
aresztowań i śmierci wielu wybitnych żołnierzy Niepodległościowego
Podziemia, m.in. w 1949 r. oddziału "Wiarusy", skupiającego byłych żołnierzy mjr. Józefa Kurasia "Ognia", działający na Podhalu. 
Kpt. Kazimierz Kamieński „Gryf", „Huzar",
ur. 8 I 1919 r. we wsi Markowo Wólka gm. Piekuty pow. Wysokie
Mazowieckie, w rodzinie pochodzenia drobnoszlacheckiego (jego ojciec
posiadał duże gospodarstwo i jednocześnie pełnił funkcję wójta tej
wioski). Ukończył Gimnazjum Handlowe w Wysokiem Mazowieckiem. Następnie
jako prymus ukończył 10-miesięczną szkołę podchorążych rezerwy
kawalerii, po czym skierowany został do Centrum Wyszkolenia Kawalerii w
Grudziądzu. Szkolenie zakończył uzyskując stopień kaprala podchorążego
rez. kawalerii. Otrzymał przydział do 9 psk (Dywizjon Osowiec). W
szeregach tej jednostki wziął udział w wojnie obronnej 1939 r.,
przechodząc jej cały szlak bojowy. Brał udział m.in. w walkach na
pograniczu z Prusami Wschodnimi, oraz w dalszych działaniach odwrotowych
– aż po Lubelszczyznę. Po dołączeniu do Grupy Operacyjnej "Polesie"
uczestniczył w ostatnich bitwach Września w rejonie Kocka jako konny
łącznik pomiędzy dowódcą 9 psk i dowódcą GO "Polesie" (podczas tej
służby zabito pod nim cztery konie, on sam odniósł tylko lekkie
kontuzje). Dostał się do niewoli niemieckiej, z której od razu zbiegł,
jeszcze w październiku 1939 r., i powrócił w rodzinne strony, na teren
okupacji sowieckiej. W konspiracji pracował od pierwszych tygodni 1940
r., początkowo w lokalnej organizacji Podlaski Batalion Śmierci (tzw.
Legion Podlaski). Zaprzysiężony w ZWZ-AK od maja 1940 r. Ścigany przez
NKWD, w 1940 r. znajdując się w sytuacji przymusowej miał ponoć zabić
dwóch funkcjonariuszy usiłujących go aresztować. W okresie okupacji
niemieckiej pełnił pod pseudonimem "Gryf" różne funkcje dowódcze w
Komendzie Obwodu ZWZ-AK Wysokie Mazowieckie (m.in. dowódcy plutonu
terenowego, szefa uzbrojenia i adiutanta KO). Wiosną 1944 r. dołączył do
lotnego oddziału Kedywu Obwodu Wysokie Mazowieckie dowodzonego wówczas
przez ppor. Romana Ostrowskiego "Wichra". Uczestniczył w akcjach
zbrojnych, m.in. w czerwcu 1943 r. w walce pod Lizą, w akcji pod
Szepietowem w maju 1944 r., w czerwcu 1944 r. w akcji na bagnie Podosie
(likwidacja bandy komunistyczno – rabunkowej) i w akcji "Burza" w lipcu
1944 r. Po lipcu 1944 r. szef samoobrony Obwodu AK-AKO-WiN Obwodu
Wysokie Mazowieckie.
Działalność "po wyzwoleniu" rozpoczął późną
jesienią 1944 r. z przydzielonym przez Komendanta Obwodu czteroosobowym
patrolem. Po kilku miesiącach miał już spory oddział partyzancki w sile
plutonu (podlegały mu też 4 rejonowe grupy dyspozycyjne i partyzanckie).
Wykonał kilkadziesiąt akcji przeciw UBP, KBW, NKWD i ich agenturze.
Awansowany do stopnia podporucznika (2 XI 1943 r.), porucznika (1 VI
1945 r.), w WiN przedstawiony do awansu na kapitana (30 IV 1946 r.). Za
męstwo i zasługi został odznaczony Krzyżem Walecznych. W okresie
amnestii lutowej 1947 r. dowodzony przez niego oddział został
rozformowany, zaś większość żołnierzy ujawniła się. Sam nadal ukrywał
się, wkrótce wokół niego skupiła się grupa byłych żołnierzy AK – WiN
ściganych przez UBP i zagrożonych aresztowaniem, co pozwoliło na
odbudowę oddziału partyzanckiego. W maju 1947 r. podporządkował się
por./kpt. "Młotowi", zaś dowodzona przez niego grupa weszła na zasadach
autonomicznych w skład 6 Brygady Wileńskiej AK. Po śmierci "Młota" w
czerwcu 1949 r. objął komendę nad pozostającymi w polu patrolami 6.
Brygady Wileńskiej AK.
O poparciu jakim cieszył się wśród mieszkańców
Podlasia świadczy fakt, że utrzymał się w polu niemal do końca 1952 r. W
wyniku prowokacji przygotowanej przez MBP – związanej ze sprawą tzw. V Komendy WiN
– został zwabiony podstępnie do Warszawy i tam 27 X 1952 r.
aresztowany. 26 III 1953 r. skazany na karę śmierci przez WSR w
Warszawie w procesie pokazowym na sesji wyjazdowej w Łapach i 11 X 1953
stracony w więzieniu w Białymstoku (miejsce pochówku nieznane).
11
listopada 2007 r. Prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie kpt.
Kazimierza Kamieńskiego "Huzara" Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia
Polski "Polonia Restituta".
18 listopada 2007 roku, z inicjatywy Fundacji "Pamiętamy", w centrum miasta Wysokie Mazowieckie odbyła się uroczystość odsłonięcia pomnika
upamiętniającego kpt. Kazimierza Kamieńskiego "Huzara" i jego żołnierzy
z oddziałów partyzanckich Obwodu AK-AKO-WiN Wysokie Mazowieckie oraz 6.
Brygady Wileńskiej AK poległych w latach 1944 – 1953.

Zainteresowanych
historią walki kpt. "Huzara" i jego żołnierzy zapraszam również do
pobrania i lektury publikacji wydanej przez Fundację "Pamiętamy" – Kazimierz Krajewski, Tomasz Łabuszewski, KAZIMIERZ KAMIEŃSKI „HUZAR” – ostatni podlaski komendant 6 Brygady Wileńskiej AK i jego żołnierze 1939-1952 [kliknij w okładkę]>
Czytaj również:
- Kpt. Kazimierz Kamieński „Huzar” (1919 – 1953) – część 1>
- Kpt. Kazimierz Kamieński „Huzar” (1919 – 1953) – część 2>
- St. sierż. Adam Ratyniec „Lampart” (1926 – 1952) – część 1>
- St. sierż. Adam Ratyniec „Lampart” (1926 – 1952) – część 2>
- Kazimierz Krajewski, Działalność operacyjna WUBP w Warszawie przeciwko oddziałom kpt. Kazimierza Kamieńskiego "Huzara" (1949–1952)>
- Tomasz Łabuszewski, Kryptonim "Obszar" – "Narew" – rozgrywka MBP przeciwko konspiracji kpt. Kazimierza Kamieńskiego "Huzara">
- TRZEBA
PRZECZYTAĆ !!! (26) – Kazimierz Krajewski, Tomasz Łabuszewski,
"Łupaszka", "Młot", "Huzar". Działalność 5 i 6 Brygady Wileńskiej AK
(1944-1952)> - 11 Listopad 2007 r. Prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył "Żołnierzy Wyklętych">
- Fotorelacja z odsłonięcia pomnika kpt. Kazimierza Kamieńskiego ps. "Huzar" i jego żołnierzy>
65 rocznica śmierci kpt. "Salwy"
Zbigniew Herbert


Kpt. Jan Dubaniowski "Salwa" (1912-1947)
65 lata temu, 27 września 1947 roku, poległ w walce z obławą UB kpt. Jan Dubaniowski ps. „Salwa”,
dowódca oddziału partyzanckiego „Żandarmeria”, który w latach
1945–1947 należał do najbardziej aktywnych jednostek partyzanckich
antykomunistycznego podziemia w Krakowskiem. Faktycznie będąc oddziałem
poakowskim, od 1945 r. konsekwentnie uznawał swą przynależność do Narodowych Sił Zbrojnych. Po śmierci dowódcy część jego żołnierzy walczyła z komunistami do 1951 roku.
GLORIA VICTIS !!!

Żołnierze oddziału kpt. Jana Dubaniowskiego "Salwy". Dowódca stoi w środku.
Kapitan Jan Dubaniowski "Salwa" jako jeden z nielicznych dowódców
antykomunistycznego podziemia posiada swój grób. Został pochowany na
cmentarzu parafialnym w Zakliczynie (w powiecie tarnowskim, woj. małopolskie).
Jest to miejsce jak najbardziej godne tego dowódcy… spoczywają na nim
m.in. żołnierze z okresu I wojny (235 mogił pojedynczych i 2 zbiorowe),
żołnierze 38 pułku piechoty WP z kampanii wrześniowej 1939 r. oraz
kapitan Kazimierz Bojarski "Kuba" z I pułku piechoty Legionów Polskich z
1914 r. (grób kpt. Dubaniowskiego "Salwy" można odnaleźć idąc wzdłuż
cmentarza wojennego od strony bocznego wejścia po prawej stronie na
skrzyżowaniu alejek. W lewo alejka prowadzi do kaplicy w prawo do grobów
sióstr zakonnych). Mogiłą kpt. "Salwy" opiekuje się Pan Grzegorz Gaweł,
działający w ramach Małopolskiego Stowarzyszenia Miłośników Historii "Rawelin".
Mural Żołnierzom Wyklętym w Parczewie
W imieniu twórców i organizatorów zapraszam na odsłonięcie w dniu 28 września 2012 r. (piątek) o godz. 17.00 w Parczewie, muralu poświęconego Żołnierzom Wyklętym z oddziału ppor. Edwarda Taraszkiewicza "Żelaznego". Uroczystość uświetni wykład dr. Mariusza Bechty – historyka z Instytutu Pamięci Narodowej pt. "Pogrom czy odwet? Akcja zbrojna WiN na Parczew 5 lutego 1946 r.", który zostanie wygłoszony w Urzędzie Miasta w Parczewie.






