[wybór zdjęć – autor strony]
O PRAWDZIE, WOJNIE DOMOWEJ, POTOPIE SZWEDZKIM I ZBIGNIEWIE HERBERCIE, CZYLI KRÓTKA REFLEKSJA NA TEMAT TEKSTU ADAMA MICHNIKA O ŻOŁNIERZACH WYKLĘTYCH
Ksiądz Józef Tischner
(ZAMIAST WSTĘPU)
Na początku jestem winien tej szacownej garstce, która z pewną dozą sympatii czyta moje teksty, przeprosiny. Za ten szkic. Bo on, „nie chcąc, ale musząc”, ożywia tekst, którego ożywiać być może nie warto. Mam na myśli artykuł Adama Michnika „Żołnierze wyklęci w potrzasku” (Gazeta Wyborcza 2-3 marca 2013 r., kolumna: PODZIELONA POLSKA pamięć).
Duży to objętościowo materiał. Na całą stroną dwudziestą czwartą i połowę dwudziestej piątej. W całej wieloletniej już historii publicystyki Michnika, od zawsze skoncentrowanej na tematach doniosłych, to bodaj dopiero drugi artykuł poświęcony Żołnierzom Wyklętym, przy czym zostały one napisane w nieodległym od siebie czasie.
Dla mnie ów tekst Michnika jest kolejnym powodem do wyrażenia słów uznania osobom, które zaangażowane były w organizację tegorocznych obchodów Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych, jak również tym, którzy tak licznie wzięli w nich udział. Wielkie brawa zatem dla wszystkich, dzięki którym skala i różnorodność form obchodów tego bardzo ważnego przecież dla naszej tożsamości wspólnotowej dnia była tak wzruszająco duża. Jak sądzę, również tekst Adama Michnika jest formą uznania dla bogactwa i rozmachu tegorocznych inicjatyw mających na celu upamiętnienie Żołnierzy Wyklętych; może trochę specyficzną formą, ale jednak.
Dla wszystkich jest chyba oczywiste, że tak znacząca postać naszego życia publicznego nie zawracałaby sobie głowy podjęciem tematu obchodzącego ledwie garstkę czy choćby nawet garść fascynatów historii, i z tego powodu zupełnie nieważnego w wymiarze społecznym. No chyba, że chodziłoby np. o dzieje komunistów z Polski rodem walczących w Hiszpanii przeciwko wojskom gen. Franco czy o wspomnienie kolejnej rocznicy napisania tego czy innego listu otwartego do partii komunistycznej. To co innego. Pewne tematy, niezależnie od tego jak mało one ludzi w danym momencie dziejów obchodzą, są obiektywnie ważne i wymagają przypominania. Tak właśnie uważam. I dlatego, gdy praktycznie przez całe pierwsze dziesięciolecie po upadku rządów partii komunistycznej na temat Żołnierzy Wyklętych w przestrzeni publicznej nie mówiono w Polsce nic, jakby nie istnieli, to ja i niektórzy moi koledzy, wtedy z Ligi Republikańskiej, byliśmy pośród tej garstki, która robiła wówczas wszystko co mogła, aby przywrócić dobrą pamięć o Żołnierzach Wyklętych (uprzejmie przy tym przypominam, że termin Żołnierze Wyklęci, wymyślony przez mojego kolegę jako tytuł dla pierwszej w Polsce wystawy poświęconej zbrojnemu podziemiu antykomunistycznemu w Polsce po 1944 roku, której inauguracja naszym staraniem miała miejsce w 1993 r., zawierał w sobie krytykę władz wolnej Polski za to, że sprawa pamięci o poległych za wolność w walce z komunistami była dla wówczas rządzących zupełnie obojętna; w tym znaczeniu termin ten, na szczęście, utracił aktualność).

Przygotowana
przez Ligę Republikańską i Oficynę Wydawniczą Volumen w 1993 r. wystawa
"Żołnierze Wyklęci – antykomunistyczne podziemie zbrojne po 1944 r."
Intuicja podpowiada mi, że właśnie z tego powodu – braku silniejszego rezonansu społecznego na ówczesne wysiłki podejmowane dla upamiętnienia epopei Żołnierzy Wyklętych – Adam Michnik przez cały tamten okres uznawał, że Żołnierze Wyklęci nie są warci „zmarszczki stylu” jego publicystyki, zaś kierowana przez niego gazeta podejmowała wówczas znacznie ważniejsze, z perspektywy jej redaktorów, tematy historyczne. Na przykład żywo zainteresowała się liczbą Żydów, niedobitków z warszawskiego getta, których mnóstwo, przy okazji walki o Miasto stoczonej latem 1944 r., mieli wytłuc Powstańcy Warszawscy. Materialnym dowodem tego zainteresowania był obszerny, aż na pełne dwie strony, tekst na ten temat, pióra Michała Cichego, opublikowany na łamach Gazety Wyborczej bodaj w przeddzień pięćdziesiątej rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego.
Jednak czasy się zmieniają, wszystko płynie – jak niektórzy mawiają. Jaskółką wieszczącą tekst Michnika na temat Żołnierzy Wyklętych były już ubiegłoroczne obchody Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych i będąca ich ważną treścią aktywność społeczna. Społeczeństwo obywatelskie zamanifestowało wówczas po raz pierwszy potrzebę dobrej pamięci o tych, którzy w naszej świadomości zbiorowej mieli nie istnieć (ewentualnie kojarzyć się negatywnie). Wtedy też red. Blumsztajn Seweryn, w tekście, którego przesłanie zawarł w tytule „Zostawcie tych żołnierzy”, raczył wyrazić swój niesmak z powodu tych przejawów społecznej aktywności. Niestety, ludzie w kraju nad Wisłą, mimo żmudnej nad nimi pracy, nadal często pozostają stumanieni. Nie zostawili „tych żołnierzy”. Pamięć o Nich podnieśli w tym roku jeszcze wyżej. Krajobraz tego wycinka naszej pamięci wspólnotowej wygląda jakże cudownie bogaciej, niż jeszcze kilka lat temu. Bohaterowie walki zbrojnej z komunizmem, z największym w dotychczasowych dziejach zinstytucjonalizowanym wrogiem wolności, w każdym jej wymiarze, nie zostali zapomniani.

Obchody Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych
Troska o odbudowę i upowszechnianie pamięci o złożonej przez nich ofierze jest dziś udziałem wielu, bardzo różnych środowisk, a co równie ważne, od kilku lat jest ona także udziałem niektórych ognisk władzy. Wspomnijmy w tym miejscu Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Jego zasługi na tym polu są ogromne. Wspomnijmy także prof. Janusza Kurtykę, pomysłodawcę Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Pamiętajmy o Andrzeju Przewoźniku, który przez lata kierował pracami Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa i zawsze wspierał starania o przywrócenie epopei Żołnierzy Wyklętych dla pamięci zbiorowej.
Dzieło tych osób, w obszarze dbania o pamięć o Żołnierzach Wyklętych, kontynuują: Prezydent RP Bronisław Komorowski, Łukasz Kamiński i Andrzej Krzysztof Kunert. To bardzo ważne. Kto nie rozumie jak doniosłe znaczenie w wymiarze społecznym ma kontynuacja procesu upowszechniania dobrej pamięci o Żołnierzach Wyklętych – Żołnierzach Niezłomnych przez wymienione osoby, ten, w mojej ocenie, w sprawie pamięci wspólnotowej rozumie nader niewiele. Mechanizm jest prosty: im więcej jest osób dbających o dobrą pamięć o Żołnierzach Wyklętych, im większa jest różnorodność tych osób, im więcej instytucji publicznych ma w tym procesie swój udział, tym pamięć ta będzie silniejsza, zaś głosy temu procesowi niechętne będą coraz bardziej pozbawione znaczenia. I w tej akurat sprawie nie ma nic do rzeczy, że ci, którzy ofiarę Żołnierzy Wyklętych uznają za ważną dla naszej pamięci zbiorowej, mają czasami bardzo odmienne poglądy na współczesność. Bo nie o politykę bieżącą tu chodzi, lecz o fundamenty tożsamości wspólnotowej, a także o to czy i jaką pamięć o braciach naszych poległych w obronie wolności w walce z komunistami – a tym samym także o komunizmie – przekażemy naszym następcom w sztafecie pokoleń. 
1 marca 2013 roku, w Narodowym Dniu Pamięci Żołnierzy Wyklętych, Prezydent RP Bronisław Komorowski złożył hołd poległym żołnierzom podziemia antykomunistycznego w Rykach.
Wobec siły i bogactwa tegorocznych inicjatyw upamiętniających Żołnierzy Wyklętych nie wystarczyło już słowo specjalisty od wulgarnego sposobu wyrażania, frapującej nieco, z racji jego uwarunkowań płciowych, niezgody na macierzyństwo. Głos zabrał sam Adam Michnik.
Tekst „Żołnierze wyklęci w potrzasku” zaczyna się następująco:
"Zazdroszczę tym, dla których wszystko jest jasne. Tym, dla których ówczesny świat dzieli się na bohaterów i zdrajców. Dla mnie nie jest to tak jasne."
Jak sądzę, przy odniesieniach do czasów brutalnego i masowego terroru państwowego, w których aparat przymusu nie służył ochronie wolności, lecz był narzędziem do niszczenia osób walczących o niepodległość kraju i prawo człowieka do wolnego życia na ziemi, jeśli odniesienia te dotyczą postaw ludzkich w tychże czasach, podział na bohaterów i zdrajców wspólnoty poddanej terrorowi jest jednym z najważniejszych i najbardziej naturalnych. Jest to bowiem podział na tych, którzy w koszmarnym dla wolności okresie zachowali się heroicznie, dając świadectwo wierności, i na tych, którzy z różnych powodów wówczas się ześwinili. Ci pierwsi zasługują na wieczną, dobrą pamięć kolejnych pokoleń, ci drudzy co najwyżej na łaskę zapomnienia.
Ale oczywiście taki podział nie jest wyczerpujący dla opisu ludzkich postaw pod władzą nieludzką. Bo większość stara się po prostu przeżyć. I nikt rozsądny nie powinien mieć o to do niej pretensji. Co więcej, postawa przetrwaniowa jest postawą dla człowieka zwykłą, standardową. To bohaterstwo jest zachowaniem niezwykłym, niestandardowym. Jak pisał Zbigniew Herbert, często przywoływany w tekście Michnika, o czym dalej, „giną ci, którzy kochają bardziej piękne słowa niż tłuste zapachy”. I, powtarzam, między innymi dlatego zasługują oni na dobrą pamięć kolejnych pokoleń.
Zatem nie jest tak, jak zdaje się sugerować swym czytelnikom Michnik, że hołd dla Żołnierzy Wyklętych oznacza potępienie dla tych, którzy wówczas nie podjęli oporu przeciwko komunizmowi. Podobnie jak hołd dla żołnierzy Polskiego Państwa Podziemnego z czasów okupacji niemieckiej nie jest równoznaczny z potępieniem tych naszych współplemieńców, którzy stali wtedy z boku. Przy zrozumieniu dla biernych z chęci przeżycia i przy braku zgody na akceptację dla postawy aktywnego uczestniczenia w strukturach władzy nieludzkiej czy choćby jej popierania, dobra pamięć o Żołnierzach Wyklętych jest po prostu przejawem szacunku dla tych, którzy w czasach gdy triumfowało zło dali heroiczne świadectwo przywiązania do wartości wysokich, jakimi są niepodległość Ojczyzny i wolność jednostki ludzkiej.
"Polska znalazła się wtedy w potrzasku. A w potrzasku naród, tak jak człowiek, zachowuje się często nieracjonalnie – i trudno go za to winić" – pisze dalej Michnik.
Warto tę myśl troszeczkę rozwinąć. Otóż ten potrzask miał konkretne oblicze – terroru komunistycznego. Dla zrozumienia dokonanego przez Żołnierzy Wyklętych wyboru dalszej walki warto do znudzenia przypominać, że w okresie II wojny światowej Polska miała dwóch śmiertelnych wrogów: hitlerowskie Niemcy oraz partię komunistyczną z centralą w Moskwie i głównym narzędziem podboju w postaci Armii Czerwonej. Trzeba także przypominać, że wojennej klęski Niemiec nie powinno się utożsamiać ze zwycięstwem sprawy polskiej. Wycofanie się wojsk niemieckich z ziem polskich w 1944 r. – 1945 r. nie oznaczało, niestety, triumfu celów, o które żołnierz polski bił się na frontach II wojny światowej. Niepodległość Polski i prawo jednostki do wolnego życia na ziemi były po opanowaniu terenów naszego kraju przez wypierającą Niemców na Zachód Armię Czerwoną równie dalekie od urzeczywistnienia, jak w okresie okupacji niemieckiej.
Ta smutna prawda od razu nabrała wymiernego, a zarazem jakże tragicznego wymiaru praktycznego. Tylko do końca 1944 r., a więc w czasie pierwszych pięciu miesięcy od wejścia Armii Czerwonej na Lubelszczyznę, straty osobowe Okręgu AK Lublin, poniesione w wyniku działań komunistycznego aparatu przymusu, przede wszystkim NKWD, sięgnęły blisko dwudziestu tysięcy ludzi (zamordowanych, aresztowanych, wywiezionych do Związku Sowieckiego), czyli były wielokrotnie większe niż straty tegoż Okręgu odniesione w ciągu całego okresu okupacji niemieckiej. Terror komunistyczny dotyczył wszystkich terenów objętych aktywnością polskiego podziemia niepodległościowego z okresu okupacji niemieckiej. Zatem to nie żadna nieracjonalność, lecz morze zbrodni komunistycznych spowodowało, że wielu konspiratorów z okresu brunatnego terroru kontynuowało walkę, tym razem z komunistycznym zniewoleniem. Walkę, którą należy kwalifikować jako zbiorową obronę konieczną. W wymiarze ideowym była to dla Żołnierzy Wyklętych nadal walka o wolność. Natomiast w wymiarze praktycznym była to, niezmiennie od wejścia wojsk sowieckich na teren ziem polskich, samoobrona przed terrorem komunistycznym.
"Przed laty usłyszałem od znakomitego poety głęboką myśl: prawda tkwi w sprzeczności. Czas „żołnierzy wyklętych” to epoka wielkiej sprzeczności. Dlatego „żołnierz wyklęty” do dziś dzieli polską pamięć. „Dla jednych jest symbolem walki z władzą komunistyczną i dominacją sowiecką, dla innych przywódcą bandy rabunkowej, odpowiedzialnym za mordy na sprzeciwiających mu się osobach”. Tak brzmi opinia współczesnego historyka o jednym z dowódców leśnych. Kto ma rację? Może jedni i drudzy?" – kontynuuje swój wywód Adam Michnik.
Nie mnie mierzyć się z głębokimi myślami poetów. Być może owym wybitnym poetą przywołanym przez Michnika był Zbigniew Herbert. Lubił on antynomie (inaczej: paradoksy), czyli sprzeczne wnioski wyprowadzone, przy zachowaniu prawidłowych reguł wnioskowania, z prawdziwych przesłanek; na przykład: kłamca mówi że kłamie (tzw. antynomia kłamcy). Jako człowiek z natury swej raczej nieskomplikowany uznaję, i mam przy tym nadzieję, że część z Was, Szanowni Czytelnicy, podziela moje zapatrywanie, że prawda w klasycznym ujęciu jest odwzorowaniem obiektywnej rzeczywistości, którą z kolei tworzą fakty.
Ciekawie mówił swego czasu na ten temat ksiądz Tischner. Przypomnę, że spopularyzował on starą, góralską teorię poznania wyróżniającą następujące kategorie prawdy: „świento prawda, tys prawda i gówno prawda”. Swój ważny wkład w dyskurs na temat prawdy ma także Adam Michnik. W tekście dotyczącym książki Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka na temat Lecha Wałęsy poruszył to zagadnienie w sposób, który, jak sądzę, wart jest zapamiętania. Zatem przypominam:
"Nie mówcie, demaskatorzy, że bronicie prawdy (…) To wy kłamiecie. W całej opowieści o Lechu Wałęsie, którą powtarzacie, choćby to wszystko naprawdę się wydarzyło, mimo to jest to nieprawda."
Przywołana myśl Michnika, moim zdaniem, znakomicie uświadamia celność przypomnianego przez księdza Tischnera podziału prawdy na dwie podstawowe kategorie (bo „też prawda” nie jest przeciwstawna „świętej prawdzie”, raczej ją uzupełnia). Można tylko, wspominając postać Księdza Profesora, dodać: święta prawda, Księże Profesorze, święta prawda.
Poniechajmy jednak tych akademickich rozważań na temat prawdy i wróćmy do tekstu Michnika o Żołnierzach Wyklętych. W jego ocenie „żołnierz wyklęty” do dziś dzieli polską pamięć. Michnik rozwija tę myśl przykładem niesprecyzowanego dowódcy oddziału leśnego, co to dla jednych jest bohaterem walki z komunistami, a dla drugich przywódcą bandy rabunkowej odpowiedzialnym za mordy na sprzeciwiających mu się osobach. Wartość poznawcza tego przykładu wydaje mi się zerowa. Na marginesie warto zauważyć, że tekst Michnika zawiera w przywołanym fragmencie sprzeczność logiczną (czyli sprzeczność nie mającą nic wspólnego z antynomią). Dla jednych ów dowódca ma być bohaterem, dla innych przywódcą bandy rabunkowej – tak zdaniem Michnika brzmi opinia jakiegoś historyka o jednym z dowódców oddziałów antykomunistycznego podziemia. Tymczasem, jak wynika z wcześniejszej partii tekstu Michnika (odpowiedni fragment przywołałem powyżej), wcale nie jest to opinia własna owego historyka, lecz przywołuje on przeciwstawne poglądy osób trzecich (historyk jest tych opinii jedynie relantem). Ale ta sprzeczność logiczna to oczywiście marginalny detal.
Owe zrelacjonowane przez historyka, nader krytyczne opinie o jakimś dowódcy partyzanckim mają charakter współczesny. Są one niczym innym jak funkcją stanu świadomości, czy raczej nieświadomości zbiorowej po kilkudziesięciu latach propagandy komunistycznej i mocnym echem pierwszych dziesięciu lat po upadku rządów partii komunistycznej, w której to dekadzie byliśmy świadkami praktycznie całkowitej rezygnacji państwa polskiego z działań obliczonych na przywrócenie pamięci zbiorowej o rodzimych bohaterach walki z komunizmem. Miałem okazję pisać o tych sprzecznych sądach, kontrowersjach, na przykładzie postaci Józefa Kurasia „Ognia” (czytaj: KRÓTKA REFLEKSJA NA TEMAT KONTROWERSJI WOKÓŁ POSTACI JÓZEFA KURASIA „OGNIA”, ODPOWIEDNIEJ PERSPEKTYWY I PATRIOTYZMU PEJZAŻU). Serdecznie w tym miejscu zachęcam do lektury tego tekstu, bo on, moim zdaniem, dobrze pokazuje główne przyczyny owych kontrowersji, a przy tym można ten szkic odnieść praktycznie do każdego znaczącego dowódcy polowego antykomunistycznej partyzantki na ziemiach polskich.
Tak czy inaczej, ponieważ Michnik w żaden sposób nie umożliwia identyfikacji dowódcy leśnego, o którym wspomina, pozostaje mi jedynie przypomnieć w tym miejscu kwestię dość oczywistą a mającą charakter ogólny. Żadna partyzantka nie utrzyma się w terenie choćby przez kilka tygodni bez poparcia ludności zamieszkującej obszar objęty działalno
ścią „leśnych”. A najbardziej znane, przez postacie dowódców, oddziały polskiego podziemia antykomunistycznego prowadziły działalność, w podstawowych swoich składach osobowych, przeważnie aż do „amnestii” 1947 r., zaś ci partyzanci, którzy wybrali wówczas dalsze trwanie w oporze walczyli często przez kolejne lata – czasami aż do początku lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Sztuka ta udała się Żołnierzom Wyklętym w warunkach zmasowanego terroru komunistycznego, pomimo zaangażowania wielkich sił reżimu w walkę z podziemiem i ciężkich represji wymierzonych w jego społeczne zaplecze, gdy za niepoinformowanie władzy ludowej o napotkaniu partyzantów groziła kara pięciu lat więzienia, za podzielenie się z „leśnymi” miską strawy czy okazjonalne przyjęcie ich pod dach groziło dziesięć lat więzienia, zaś za stałą współpracę z nimi, polegającą np. na częstym udzielaniu gościny czy informowaniu o ruchach komunistycznych grup operacyjnych, można było otrzymać dożywocie czy nawet karę śmierci (czytaj: "Tragedia rodziny Zarzyckich"). Podczas gdy za zadenuncjowanie partyzantów czekała nagroda, zwykle pieniężna, od władzy ludowej.
Wypada mieć to na uwadze, czytając w tekście Michnika o kontrowersjach wokół niesprecyzowanego dowódcy polowego z tamtego okresu oraz o tym, że Żołnierze Wyklęci dzielą naszą pamięć zbiorową. Pamiętajmy przy tym, że nasi dziadowie w zdecydowanej większości traktowali komunistów wrogo, zaś „leśnych” uznawali za walczących w słusznej sprawie. Weźmy na przykład wspomnianego wcześniej Józefa Kurasia „Ognia”, o którym Michnik w swym tekście pisze, że to „partyzant czczony przez jednych i znienawidzony przez innych” (czyli kontrowersyjny). Przypomnijmy co na temat stosunku miejscowej ludności do partyzantki „Ognia” można wyczytać w oryginalnych, w większości ściśle tajnych meldunkach wytworzonych przez oficjalne władze w okresie walki „Ognia”, a także we wspomnieniach komunistów znających realia Podhala z tamtego okresu:
"Chłopi znów po wsiach pomagają mu („Ogniowi” przyp. G.W.) przechowując go i jego ludzi. Są takie wsie, gdzie formalnie żadna władza wcale nie ma dostępu, dlatego organizacja PPR w terenie się wcale nie rozwija a cały Komitet Powiatowy PPR w Nowym Targu pracuje pod strachem".
"Sprzyjającymi warunkami działania bandy „Ognia” jest przychylne ustosunkowanie się ludności cywilnej do ww. oraz dogodny teren w jakim ona przebywa".

Żołnierze Oddziału Partyzanckiego "Błyskawica" mjr. Józefa Kurasia "Ognia".
Czas na krótkie, ale jakże wymowne świadectwo wspomnieniowe. Pozostawił je po sobie człowiek, który bez wątpienia wiedział o czym pisze. Jan Półchłopek (od 1947 r. Janusz Korczyński), bo o nim mowa, w czasach walki prowadzonej przez „Ognia” był pierwszym sekretarzem komitetu powiatowego PPR w Nowym Targu. W swoich wspomnieniach z okresu wyrąbywania przez partię komunistyczną drogi do władzy w żywym ciele społeczeństwa polskiego Półchłopek zawarł taką oto refleksję:
"Najgroźniejsze było to, że banda „Ognia” miała oparcie w tamtejszym społeczeństwie."
Ano miała. Podobnie było na innych terenach aktywności podziemia antykomunistycznego. I jak Żołnierze Wyklęci cieszyli się szerokim poparciem ludności, tak komuniści byli go pozbawieni.
O prawdzie… refleksja na temat tekstu Adama Michnika o Żołnierzach Wyklętych – część 2/2>
Strona główna>
O prawdzie… refleksja na temat tekstu Adama Michnika o Żołnierzach Wyklętych – część 2/2
Towarzysze doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że ich tyrania jest w Polsce możliwa tylko dzięki sile Armii Czerwonej. To ona i tylko ona była nośnikiem i gwarantem dla rządów partii komunistycznej na ziemiach polskich. To za jej przyczyną zapanował w naszym kraju, i trwał z górą czterdzieści lat, system będący materializacją ideologii, która zanegowała cały pozytywny dorobek cywilizacji zachodniej wyrosłej na fundamencie chrześcijaństwa.
Adam Michnik widzi to jednak nieco inaczej. W najważniejszym dla mnie fragmencie swego tekstu napisał na temat tamtej walki w sposób następujący:
"Dla jednych była to obrona Polski przed sowiecką opresją; dla drugich – obrona reform przed reakcyjnymi obrońcami „okopów Świętej Trójcy”."
Przyznaję, że trudno mi było czytać ów fragment tekstu Michnika ze spokojem. Ale potem pomyślałem, że trzeba przyjąć, że przytoczone powyżej zdanie jego autorstwa jest prawdziwe. Daję wiarę, bo na szczęście nie mam takiej wiedzy, a jest prawdopodobne, że Michnik odwołuje się do swych wspomnień z okresu dorastania, że były w Polsce domy, w których krwawe żniwo potężnej machiny terroru komunistycznego tak właśnie postrzegano – jako obronę reform wprowadzanych przez partię komunistyczną (pamiętajmy, bo wypada, że komuniści w obronie swych reform pozbawili życia kilkadziesiąt tysięcy ludzi zaangażowanych w walkę o niepodległość Polski i prawo człowieka do wolnego życia na ziemi, a ponad dwieście tysięcy naszych rodaków zapędzili do więzień).
Rok 1989. Adam Michnik w towarzystwie "obrońców reform" – gen. Czesława Kiszczaka i gen. Wojciecha Jaruzelskiego.
Tyle że nie warto chyba aż tak nikczemnych osądów rzeczywistości przywoływać na potrzeby stworzenia wrażenia, że oto po 1944 roku starły się ze sobą dwie równoprawne, choć radykalnie odmienne wizje Polski. A wywołanie takiego właśnie wrażenia u czytelników wydaje się być jednym z głównych celów tekstu Michnika.
Żołnierze
patrolu NZW plut. Eugeniusza Lipińskiego "Mrówki", polegli w walce z KBW i UB. Leżą od lewej: Stanisław Radomski "Kula", Stanisław Garliński
"Cichy", Eugeniusz Lipiński "Mrówka", Alfred Gadomski "Kajdan" i
Eugeniusz Kuligowski "Ryś".
Pośmiertne
zdjęcie partyzantów z oddziału Mieczysława Dziemieszkiewicza "Roja"
(patrol "Tygrysa"), poległych 25 II 1950 r. w walce z UB i KBW; od lewej: Ildefons
Żbikowski "Tygrys", Józef Niski "Brzoza", Henryk Niedziałkowski
"Huragan" i Władysław Bukowski "Zapora".

Zdjęcia wykonane przez UB 6 października 1951 r. na dziedzińcu PUBP we
Włodawie. Leżą zabici podczas obławy UB-KBW: Kazimierz Torbicz "Kazik" (z lewej) i ppor. Edward
Taraszkiewicz "Żelazny" (z prawej). W środku siedzi Stanisław Marciniak
"Niewinny", skazany przez komunistów na karę śmierci, zamordowany wraz z Józefem
Domańskim "Łukaszem" 12 stycznia 1953 r. w więzieniu na Zamku w
Lublinie.
Grupa por. Wacława Grabowskiego "Puszczyka" – ostatni oddział niepodległościowego podziemia zlikwidowany przez "obrońców reform" na Mazowszu Północnym 5 lipca 1953 r. Na zdjęciu wykonanym przez funkcjonariuszy UB leżą od lewej: Henryk Barwiński "August", Kazimierz Żmijewski "Jan", Lucjan Krępski "Jastrząb", Feliks Gutowski "Gutek", Piotr Suwiński "Stanisław", por. Wacław Grabowski "Puszczyk", Antoni Tomczak "Malutki".
Ekshumacja szczątków "reakcyjnych obrońców »okopów Świętej Trójcy«” zamordowanych przez "obrońców reform", prowadzona od lipca 2012 roku na kwaterze „Ł” Cmentarza Wojskowego na warszawskich Powązkach.






Temu też celowi, jak sądzę, służy dokonane przez Michnika zestawienie dwóch cytatów. Pierwszym z nich jest fragment jakiegoś paszkwilu z prasy komunistycznej. Jednego z setek tysięcy, jakie przyniosły wówczas ze sobą łamy oficjalnych gazet. To komunistyczny standard z tamtego okresu: mordują i grabią Polaków, idą ręka w ręką z banderowcami a nawet z hitlerowcami z Wehrwolfu itd. Ten fragment artykułu z jakiejś gadzinówki komunistycznej z drugiej połowy lat czterdziestych ubiegłego stulecia Michnik zestawia z fragmentami ulotki z marca 1946 roku autorstwa dowódcy 5 Brygady Wileńskiej AK mjra Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki", adresowanej do rodaków, w tym żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego, w której znalazły się znane słowa: „nie jesteśmy żadną bandą, jak nas nazywają zdrajcy i wyrodni synowie naszej ojczyzny. My jesteśmy z miast i wiosek polskich.” Na marginesie wspomnę, że Michnik, z właściwą dla osoby niezbyt dobrze znającej temat słabą precyzją, błędnie kwalifikuje przywoływany przez siebie fragment ulotki „Łupaszki” jako artykuł z prasy podziemnej. Nie to jest jednak istotne, ważne jest, że zestawienie wspomnianych tekstów – propagandowego artykułu z gadzinówki komunistycznej i odezwy dowódcy 5 Brygady Wileńskiej AK – służy Michnikowi do takiej oto konkluzji:
"Taki był wtedy język wojny polsko – polskiej, która odczłowiecza i dehumanizuje."
Swą myśl o wojnie domowej, o wojnie polsko – polskiej, Michnik wzmacnia cytatem z eseju Pawła Jasienicy „Rozważania o wojnie domowej”. Tyle że esej ten jest poświęcony powstaniu w Wandei, gdzie rzeczywiście miała miejsce wojna domowa.
A jak teza o wojnie domowej w Polsce po 1944 r. ma się do faktów? Dokładnie tak, jak ostatnia kategoria prawdy, z upowszechnionej przez ks. Tischnera starej góralskiej teorii poznania, ma się do świętej prawdy. Nie ma wątpliwości, że rządy komunistyczne w Polsce były możliwe wyłącznie dzięki potędze Armii Czerwonej, a zatem czynnikowi zewnętrznemu. Gdyby nie Armia Czerwona, podziemie niepodległościowe obroniłoby Polskę przed komunistami bardzo szybko i skutecznie. Tę zależność – pomiędzy zdobyciem i utrzymaniem się przy władzy (a zapewne także przy życiu), a obecnością Armii Czerwonej na ziemiach polskich – komuniści rozpoznawali bardzo dobrze. Bolesław Bierut, występując 9 października 1944 r. na posiedzeniu KC PPR, powiedział:
„Tow. Stalin ostrzegał nas, że w tej chwili mamy bardzo dogodną sytuację w związku z obecnością Armii Czerwonej na naszych ziemiach. „Wy macie teraz taką siłę, że jeśli powiecie 2 razy 2 jest 16, to wasi przeciwnicy potwierdzą to” – powiedział tow. Stalin. Ale nie zawsze tak będzie. Wtedy was odsuną, wystrzelają jak kuropatwy (…).”
Kłopotów z rozpoznaniem rzeczywistości nie miał również Władysław Gomułka, sekretarz KC PPR, kiedy podczas posiedzenia kierownictwa partii, mającego miejsce w dniach 20-21 maja 1945r., stwierdził:
„Nie jesteśmy w stanie walki z reakcją (czyli z polskim podziemiem niepodległościowym i popierającym je w znakomitej większości społeczeństwem polskim – przyp. G.W.) przeprowadzać bez Armii Czerwonej (…) Niesłusznym byłoby żądanie wycofania wojsk. Nie mielibyśmy swoich sił, aby postawić na ich miejscu.”
Oddajmy głos historykowi Andrzejowi Chmielarzowi:
"Likwidację podziemia niepodległościowego w latach 1944 – 1947 próbuje się nazywać ostatnio wojną domową, zapominając, że nie można mówić o wojnie domowej, gdy wyzwolenie jest faktyczną nową okupacją. Nie można tym terminem określić braku zgody na wprowadzone przemocą rządy komunistów w państwie, które nie posiadało żadnej suwerenności. Państwie, którego charakter nie tak znowu bardzo różnił się od dominium. Jego granic strzegły wojska pograniczne NKWD, władze – tj. PKWN, a następnie Rząd Tymczasowy – ochraniał batalion NKWD, a osobistą ochronę Bieruta również stanowili funkcjonariusze NKWD. (…) Wojny domowej w Polsce nie było. Mieliśmy natomiast brutalną pacyfikację społeczeństwa polskiego, połączoną z krwawą rozprawą z podziemiem niepodległościowym, którą w latach 1944-1945 dokonano głównie siłami obcych wojsk".
I jeszcze jedna uwaga na temat wojny domowej. Otóż w początkowym okresie „potopu szwedzkiego” po stronie najeźdźców walczyło więcej Polaków niż liczyło wojsko wierne polskiemu królowi. W najbardziej znanym i symbolicznym epizodzie tej wojny, jakim była obrona Jasnej Góry, ta dysproporcja była szczególnie niekorzystna – oczywiście dla broniących tego świętego dla naszej tożsamości wspólnotowej miejsca. Ale czy w związku z tym przychodzi komuś do głowy, aby tamte zmagania uznawać za wojnę domową, za wojnę polsko–polską? Może warto przywoływać to sięgające do XVII wieku porównanie, ilekroć zetkniecie się, Szanowni Czytelnicy, z tezą, że powstanie antykomunistyczne po 1944 roku to odsłona wojny polsko-polskiej.
Jednym z wyróżników podziemia antykomunistycznego jest dla Michnika antysemityzm. Podaje on na to dwa przykłady. Pierwszym są notatki z dziennika Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego” dotyczące akcji na miejscowość Parczew (powiat włodawski), jaką oddział dowodzony przez jego brata, Leona Taraszkiewicza” Jastrzębia”, wykonał w lutym 19
46 r. Ponieważ owe notatki partyzanta jak i samo uderzenie oddziału „Jastrzębia” na Parczew często służą jako koronny dowód na antysemityzm podziemia antykomunistycznego, należy poświęcić temu zdarzeniu kilka zdań.
Warto w tym miejscu przywołać fragment treści dokumentu z 10 września 1945 r. zatytułowanego Stanowisko Starostwa (Powiatowego – przyp. GW) we Włodawie na rozporządzenie wojewody lubelskiego w kwestii powojennego antagonizmu polsko – żydowskiego, w którym Starosta Powiatowy, pisząc do Wydziału Społeczno – Politycznego Urzędu Wojewódzkiego w Lublinie, informował:
"W związku z powołanym wyżej zarządzeniem, które w odpisie otrzymałem przy piśmie z dnia 4 bm. SP.II/1266/45, donoszę, że aktów zorganizowanej akcji antysemickiej nie było dotąd na terenie powiatu (włodawskiego – przyp. G.W.). Spostrzega się jednak w społeczeństwie szeroką niechęć do żydów, a źródło takiego nastawienia wypływa stąd, że żydzi w pierwszych miesiącach niepodległości byli zbyt agresywni do pozostałej ludności, nie potrafią z nią współżyć, a już jeżeli chodzi o pozostających na stanowisku w Milicji, czy w Urzędzie Bezpieczeństwa, to stosunek ich do innej nacji był wręcz wrogi. Na terenie miasta (Włodawa – przyp. G.W.) przed kilku miesiącami zginęło 2-ch aryjczyków z rąk milicjanta żyda, a fakty takie nie wytwarzają harmonijnego współżycia w duchu demokratycznym (…)."
W ocenie Grzegorza Makusa, najlepszego w Polsce znawcy historii oddziału „Jastrzębia” – „Żelaznego”, dokumenty i relacje dotyczące przebiegu akcji na Parczew, w tym wytworzone przez agendy władzy komunistycznej, nie pozostawiają wątpliwości, że celem ataku partyzantów były struktury komunistycznego aparatu represji. Potwierdza to również odebrana przez tego historyka latem 2008 roku relacja żołnierza oddziału „Jastrzębia”, biorącego udział w tej akcji, Ryszarda Jakubowskiego „Kruka”, który tak opisał zasadnicze motywy podjęcia decyzji o uderzeniu na Parczew:
"Parczew był obsadzony przez milicję żydowską. Jarmarki odbywały się w każdy wtorek w Parczewie i kto chciał sobie coś kupić, jakieś produkty rolnicze, czy świnię, to do Parczewa jechał, bo nie było żadnego zaopatrzenia i chaos cały czas wszędzie panował. Ludzie zaczęli przychodzić i mówić, że AK-owców lub sympatyków AK-owców łapią tam Żydzi, biorą na przesłuchania i leją. Żydzi ci wywodzili się z tego terenu, więc znali poszczególnych gospodarzy. „Jastrząb” zatrzymał któregoś z PPR-owców z Pieszowoli i przez niego przekazał do resortu parczewskiego list: „nie czepiajcie się ludzi, nie maltretujcie gospodarzy, którzy przyjeżdżają zaopatrzyć się w Parczewie, bo jeżeli będziecie przetrzymywali, śledztwa prowadzili, bili, to rozliczymy się inaczej”. Oni na odwrocie tego listu odpisali „Jastrzębiowi”, że będą nadal aresztować ludzi, nawet teraz kilku mają, i jak jest taki mocny, to niech przyjdzie i sam sobie ich weźmie. W końcu doszło do tego, że parczewscy milicjanci i ubecy zamordowali jednego z członków placówki WiN z Wołoskowoli, i to spowodowało, że „Jastrząb” ruszył na Parczew.”
Ruszył skutecznie. Miasteczko zostało opanowane przez partyzantów. Wykonano wówczas wyroki na trzech funkcjonariuszach komunistycznego aparatu represji. To że byli oni Żydami nie miało żadnego znaczenia. Poza nimi nikomu z żydowskich mieszkańców Parczewa, a było ich wtedy kilkuset, włos z głowy nie spadł. Ponadto partyzanci dokonali rekwizycji w miejscowej spółdzielni i kilku sklepach, których właściciele, według wskazań miejscowych Polaków, sprzyjali władzy komunistycznej.
Styczeń 1946 r. Część oddziału por. Leona Taraszkiewicza "Jastrzębia". Dowódca siedzi przy RKM-ie; czwarty od lewej: Ryszard Jakubowski ps. "Kruk".
Ale o tych „niuansach” wydarzeń w Parczewie czytelnik z tekstu Michnika się nie dowie. Przeczyta jedynie niepełny fragment zapisków „Żelaznego” dotyczący akcji na Parczew (istotne elementy, które nie znalazły się w tekście Michnika zostały poniżej wytłuszczone):
"Proponowaliśmy „Orlisowi” uderzenie na miasto Parczew i rozgromienie zamieszkałych tam Żydów w ilości około 500 osób, którzy złapali w swoje ręce całkowity handel nie dając życia innym drobnym kupcom i handlarzom polskim. Milicja i UB składało się tam z około 25 ludzi, których w nocy można było łatwo zaszachować przy pomocy 2-3 erkaemów. Przy okazji tej można się było dobrze podreperować na żydowskich sklepach, a przeważnie na obuwiu, które nam było bardzo potrzebne, gdyż staliśmy pod tym względem źle. (…) Parczew był miastem dość dużym, a Żydkowie też posiadali broń, i to prawie że każdy."
Jako inny przykład antysemickiego oblicza Żołnierzy Wyklętych Michnik przywołuje postać Józefa Kurasia „Ognia”. Cytuje fragmenty ulotki „Ogniowców” z 1946 r., której autor (być może sam „Ogień” – przyp. G.W.) pisze źle o Żydach „sprowadzanych ze wschodu” (przy czym Michnik pomija zdanie ostatnie tekstu ulotki: „Niech nam zwrócą tych Polaków, których wywieźli w latach 1939-1941”). Dalej Michnik twierdzi, że „„Ogień”, prowadząc negocjacje z lokalnym Urzędem Bezpieczeństwa, domagał się „usunięcia Żydów z Nowego Targu w jak najkrótszym czasie, w przeciwnym razie będzie ich tępił bezlitośnie.” Otóż, jedynym źródłem informującym o rzekomym takim stanowisku „Ognia” jest oficer UB, z którym „Ogień” rozmawiał raz jeden na temat warunków ewentualnego złożenia broni. Źródło to, mówiąc delikatnie, ma dla mnie bardzo niską wiarygodność.
Zaś fakty są takie, że na terenie objętym działalnością oddziałów „Ognia” przebywały wówczas setki Żydów. Mieszkali oni również w Nowym Targu, miasteczku leżącym u podnóża masywu Turbacza, czyli matecznika „Ognia”. Nowy Targ oraz inne okoliczne miejscowości, w których przebywali Żydzi, nie jeden raz były miejscem zbrojnych wystąpień partyzantów „Ognia”. Nigdy jednak nie doszło tam z polecenia „Ognia” do akcji, której celem, z powodu pochodzenia, byłby Żyd. Natomiast bez względu na pochodzenie ginęli z rozkazu „Ognia” funkcjonariusze UB, konfidenci, szczególnie szkodliwi lokalni aktywiści komunistyczni i złodzieje.
Major Józef Kuraś "Ogień"
Co więcej, znana jest sprawa lokalnego dowódcy oddziału podziemia, który już po zakończeniu działalności partyzanckiej (ujawnił się w 1945 r. – przyp. GW) dopuścił się zabójstwa dwóch żydowskich kupców. Za ten czyn, popełniony na tle rabunkowym, otrzymał on od „Ognia” wyrok śmierci, i wyrok ten został przez podkomendnych „Ognia” wykonany. Jego wspólnicy w tej zbrodni, w obawie przed partyzantami „Ognia”, uciekli z terenu Podh
ala. Nawet po śmierci „Ognia” bali się tam wrócić. Ich lęk był uzasadniony – oni również zostali przez „Ognia” skazani na karę śmierci, a następca „Ognia”, „Mściciel”, uznawał te wyroki za obowiązujące. To raczej nietypowe zachowanie – mam na myśli działania podjęte przez „Ognia” dla ukarania zabójców dwóch kupców żydowskich – jak na człowieka chcącego bezlitośnie tępić okolicznych Żydów. „Nie było wypadku, żeby Żyd za samo pochodzenie został zlikwidowany” – powiedział wiele lat po wojnie Bogusław Szokalski „Herkules”, adiutant „Ognia”. Według mnie mówił świętą prawdę.
Wątek antysemityzmu podziemia antykomunistycznego jest w tekście Michnika kluczem do bram poezji. Wybór wierszy w tekście Michnika otwierają owoce pracy twórczej Mieczysława Jastruna, w ocenie Michnika „polskiego inteligenta orientacji liberalno-lewicowej, dla którego język antysemityzmu musiał wzbudzać pogardę i lęk”. A ponieważ, jak twierdzi Michnik, „żołnierz wyklęty” przemawiał językiem hitlerowskiej propagandy”, to Jastrun pisał wtedy, tak jak pisał. Na przykład:
"Skrytobójcy, gachy, szabrownicy,
pośród czołgów wyrośli i armat,
tuczą ich dolary zza granicy!
Dzisiaj życia, jutro śmierci kamrat:
Twarz bez rysów, czoło bez nazwiska,
spójrz mu w oczy i przeraź się z bliska."
Po przypomnieniu powyższego fragmentu z urobku twórczego Jastruna Mieczysława, Michnik stawia pytanie:
"Czy tacy właśnie byli „żołnierze wyklęci”?"
Cóż, proces poznawczy wymaga stawiania pytań i prób sformułowania na nie odpowiedzi. To prawidło dotyczy również historii Żołnierzy Wyklętych. Treść pytań, także retorycznych, bywa różna, w zależności od wiedzy czy poziomu wrażliwości pytającego. Bardzo często pytania dużo mówią o samym pytającym. Moim zdaniem, tak właśnie jest z pytaniem postawionym przez Michnika. Nie wiem czy godzi się pozostawić go z taką rozterką. Może, parafrazując tekst zespołu Dezerter: „spytaj milicjanta, on ci prawdę powie”, należy posunąć Michnikowi następujące rozwiązanie: spytaj swego brata, on ci prawdę powie (przepraszam za formę per „ty”).
Brat Adama Michnika – Stefan Michnik, jeden z najbardziej znanych żyjących zbrodniarzy komunistycznych. W latach 1951-1953 był sędzią Wojskowego Sądu Rejonowego. Wydawał wyroki w fingowanych procesach oficerów Wojska Polskiego i wysyłał na śmierć żołnierzy polskiego podziemia. W tym samym czasie, pod pseudonimem "Kazimierczak", był również agentem Informacji Wojskowej.
Tak czy inaczej, jedną z odpowiedzi na pytanie sformułowane przez Michnika może być fragment listu Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego” z 1951 roku do siostry. Tego samego „Żelaznego”, którego fragmenty zapisków na temat akcji na Parczew, wzmocnione wątkiem dotyczącym „Ognia”, posłużyły Michnikowi do sformułowania tezy, że "„żołnierz wyklęty” przemawiał językiem hitlerowskiej propagandy", a także do usprawiedliwiania niegodziwych słów kilku wierszy Jastruna. Wzmiankowany fragment listu zawiera niejako posumowanie sześcioletniego prawie okresu walki „Żelaznego” z reżimem komunistycznym. Gdy jego autor kreślił te słowa, zostało mu jeszcze tylko kilka miesięcy życia. Zginął w walce z komunistyczną obławą 6 października 1951 r. (czytaj: Ostatnia walka ppor. "Żelaznego"):
„Gdy przypomnę sobie tylu kolegów i naszych najlepszych ludzi, którzy nam pomagali i których kości popróchniały, mimowolnie mnie dławi, a dla przykładu przytoczę niektóre fakty i szczegóły. W roku 1946 grupa nasza liczyła 48 ludzi, dziś z nich zostałem tylko sam jeden, wszyscy niemal złożyli swe młode życie na szali Ojczyzny. Wszystkie grupy, które operowały w tym czasie na terenie Lubelszczyzny spotkał taki sam los i koniec. Ci, co zostali, to tylko jednostki, które tylko cudem Bożym żyją i dalej niosą sztandary swoich rozbitych oddziałów. (…). Jakiego trzeba hartu ducha i sił, aby ludzie tacy jak my mogli w tak okropnych warunkach pracować, a praca, którą wykonaliśmy to praca bezcenna, która obecnie nie ma znaczenia, lecz z chwilą wybuchu będzie na pewno miała znaczenie bardzo duże. Czy to jest praca dla swoich własnych korzyści? Na pewno nie! (…). O ile żyję do tej pory, przypisuję to łasce najwyższego Boga (…) zawsze gorąco Boga proszę w codziennym różańcu, by mi dał siłę wytrwać w tej ciężkiej pracy i trudach, który dźwigam na swych barkach. Widocznie Bóg dobry iskierkę łaski ma dla mnie, bo naprawdę przez tyle lat walki ręce moje nie splamiły się niczym brudnym czy czyjąś krzywdą.”

Czerwiec
1947. Od lewej: Henryk Wybranowski "Tarzan" († 6 XI 1948), Edward
Taraszkiewicz "Żelazny" († 6 X 1951), Mieczysław Małecki "Sokół" († 11
XI 1947), Stanisław Pakuła "Krzewina" (skazany na wieloletnie
więzienie).
"ANI NAM WITAĆ SIĘ ANI ŻEGNAĆ"
Jak już wspomniałem, w tekście Michnika aż gęsto od poezji. Z niegodziwymi słowami kilku wierszy Jastruna Mieczysława sąsiadują piękne frazy wiersza Zbigniewa Herberta „Wilki”. Przywołując postać Herberta, Michnik stawia tezę, że poeta ten w sprawie Żołnierzy Wyklętych spierał się z samym sobą, był targany wewnętrznymi sprzecznościami. Otóż, nie był. Dla Zbigniew Herberta opór stawiany przez Żołnierzy Wyklętych zasługiwał na najwyższy szacunek, jako esencjalny wręcz przykład heroicznego wyboru w obronie wartości. Wiem, że tak było, bo miałem zaszczyt z Nim o tym długo rozmawiać. Zresztą Zbigniew Herbert swoje jednoznaczne zdanie w tej sprawie wyraził publicznie. W jednym z wywiadów, zatytułowanym „Pojedynki Pana Cogito”, udzielonym w październiku 1994 r. „Tygodnikowi Solidarność”, powiedział:
„Jeśli ktoś rzeczywiście walczył o tę niepodległość – to była Armia Krajowa (…). A także polskie oddziały walczące w lasach już po „wyzwoleniu”.
A jeszcze ci, co ginęli w lochach i kazamatach bezpieki.”
Dlaczego zatem Michnik usiłuje przekonać swych czytelników, że Herbert w tej sprawie miotał się w sprzeczności? Jak się zdaje, Michnik, ilekroć pisze na temat Herberta, powinien być wyjątkowo precyzyjny, choćby z powodu kilku bardzo krytycznych wypowiedzi Poety na temat uczciwości intelektualnej Michnika. Co ciekawe, w wywiadzie, którego fragment przywołałem, Herbert odniósł się także do osoby Michnika. Poeta mówił wtedy następująco:
„Z Michnikiem bardzo się przyjaźniłem. Teraz jest to dla mnie zamknięta historia. Dlaczego nasza przyjaźń się skończyła? Otóż, przestałem rozumieć meandry jego myślenia, wierzyłem w jego intelekt, a także w zwykłą uczciwość – zawiodłem się. (…) Smutna historia wyjątkowo uzdolnionego, pełnego talentu chłopca, który doszedł do lat, kiedy to ludzie natarczywie pytają: „Co on właściwie zrobił z całą swoją heroiczną młodością?”. A on stacza się po równi pochyłej, w gorączkowy aktywizm. Cynizm godny admiratora Księcia i najpospolitszy nihilizm.”

Wypowiedź Zbigniewa Herberta o Adamie Michniku [kliknij w zdjęcie, by posłuchać]
Nie wiem czy taka ocena jest sprawiedliwa. Natomiast wiem, że gdy czytałem tekst Michnika o Żołnierzach Wyklętych, kilkakrotnie przyszła mi na myśl wypowiedź poetycka Herberta, będąca przedostatnią frazą znakomitego wiersza „Tren Fortynbrasa”:
"ani nam witać się ani żegnać żyjemy na archipelagach"
Tak chyba właśnie jest. I to nie tylko z tego powodu, że Adam Michnik i ludzie myślący jak on piszą: "żołnierze wyklęci", zaś osoby myślący podobnie jak autor niniejszego szkicu używają w tym wyrażeniu wielkich liter.

adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954
PS. (1) „giną ci którzy kochają bardziej piękne słowa niż tłuste zapachy” – fraza wiersza Zbigniewa Herberta „Substancja”, (2) „zmarszczka stylu” – zapożyczenie z wiersza Zbigniewa Herberta „Przemiany Liwiusza”, (3) „Nie mówcie, demaskatorzy, że bronicie prawdy (…)” – fragment tekstu Adama Michnika, „Zła przeszłość i psy gończe, czyli odpieprzcie się od Wałęsy”, Gazeta Wyborcza, 5-6.07.2008 r., (4) wypowiedź Andrzeja Chmielarza na temat wojny domowej w Polsce po 1944 r. pochodzi z tekstu Działania 64 dywizji Wojsk Wewnętrznych NKWD przeciwko polskiemu podziemiu, [w:] Wojna domowa czy nowa okupacja? Polska po roku 1944, Wrocław 1998, s. 73., (5) myśl na temat „potopu szwedzkiego” zapożyczyłem od Kazimierza Krajewskiego, (6) przywołane w tekście wypowiedzi Zbigniewa Herberta pochodzą z wywiadu jakiego Poeta udzielił Annie Poppek i Andrzejowi Gelbergowi, [w:] Herbert nieznany. Rozmowy, Warszawa 2008, (7) wiersz Zbigniewa Herberta „Tren Fortynbrasa” pochodzi z tomu „Studium przedmiotu”, opublikowanego po raz pierwszy w 1961 r.
O prawdzie… refleksja na temat tekstu Adama Michnika o Żołnierzach Wyklętych – część 1/2>
Strona główna>
62. rocznica śmierci st. sierż. "Roja"






St. sierż. Mieczysław Dziemieszkiewicz ps. "Rój" na czele oddziału, 1948 r.
62 lata temu, 13 kwietnia 1951 r., zdradzony i okrążony, poległ w walce st.
sierż. Mieczysław Dziemieszkiewicz "Rój", dowódca jednego z
najdłużej walczących z komunistami na Mazowszu oddziałów Narodowego
Zjednoczenia Wojskowego. Przebywał wówczas wraz z Bronisławem
Gniazdowskim "Mazurem" w gospodarstwie Burkackich we wsi Szyszki (gm.
Kozłowo, pow. pułtuski), gdzie został otoczony przez 270 żołnierzy z I
Brygady KBW i nieustaloną liczbę funkcjonariuszy UBP i MO. Akcję grupy
operacyjnej wspierał samolot zrzucający flary oświetlające teren. Po
kilku godzinach od rozpoczęcia akcji obaj wyszli z ukrycia i podjęli
próbę przedarcia się przez kordon obławy. Padli w krzyżowym ogniu broni
maszynowej.
St. sierż. Mieczysław Dziemieszkiewicz "Rój" należał do
najwybitniejszych, najbardziej energicznych i zdeterminowanych dowódców
polowych XVI Okręgu Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Cieszył się
poparciem ludności, dzięki któremu mógł tak długo działać i utrudniać
komunistom utrwalanie swej władzy. Poległ w walce o wolną i niepodległą
Polskę.
GLORIA VICTIS !!!
Od lewej: Bronisław
Gniazdowski "Mazur" i Mieczysław Dziemieszkiewicz "Rój", polegli 13 IV
1951 r. w kolonii Szyszki – zdjęcie wykonane przez UB.
- St. sierż. Mieczysław Dziemieszkiewicz ps. „Rój" i XVI Okręg Narodowego Zjednoczenia Wojskowego>
- Wojciech J. Muszyński, Komendant "Rój", co komunie się nie kłaniał>
- Grzegorz Makus, "Rój" – dowódca niezłomny ["Nowe Państwo", Nr 3 (73)/2012]>
- Historia "Roja" czyli w ziemi lepiej słychać>
- Ratujmy "Roja">
- Dwugłos o filmie Jerzego Zalewskiego "Historia Roja" [wpolityce.pl]>
Rajd Komendanta "Zapory"
Grupa Historyczna "Zgrupowanie Radosław", Burmistrz Bełżyc oraz Stowarzyszenie Żołnierzy AK i WiN w Bełżycach zapraszają do udziału w uroczystościach upamiętniających postać majora Hieronima Dekutowskiego "Zapory" oraz żołnierzy jego zgrupowania. Szczegółowe informacje znajdują się poniżej na oficjalnym plakacie wydarzenia.
Sesja "Niezłomni wczoraj i dzisiaj" w Łęcznej
W nawiązaniu do przypadającego w dniu 1 marca święta państwowego – Narodowego Dnia Pamięci "Żołnierzy Wyklętych", w niedzielę 17 marca br. o godzinie 15.00 w Centrum Kultury w Łęcznej (ul. Obrońców Pokoju 1) odbędzie się zorganizowana przez Stowarzyszenie Kibiców Górnika Łęczna i Narodową Łęczną sesja popularnonaukowa poświęcona żołnierzom antykomunistycznego powstania walczącym w latach 1944-1963.
Podczas spotkania zostaną przybliżone m.in. postacie Stanisława Kuchciewicza ps. "Iskra", "Wiktor" – mieszkańca Łęcznej walczącego w lokalnych oddziałach WiN-u, oraz Józefa Franczaka ps. "Lalek" – sierżanta uważanego za ostatniego partyzanta na terenach II Rzeczypospolitej.
Sesja będzie z pewnością atrakcyjną lekcją historii wypełnioną nie tylko czysto historycznymi informacjami, ale również wzbogaconą o projekcje filmów, wywiadów, zdjęć czy też odsłuch radiowego słuchowiska z 1996 roku.
Postacie oraz miejsca w których ginęli niewygodni dla ludowej władzy ludzie przedstawią pracownicy lubelskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej, oraz kadra dydaktyczna Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.
Patronat nad sesją objął Zarząd Główny Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych, Zrzeszenie "Wolność i Niezawisłość", oraz okręg Lublin Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej.
W imieniu organizatorów wszystkich serdecznie zapraszam!
Strona główna>
64. rocznica śmierci mjr. "Zapory"
Zbigniew Herbert


Ppor. Hieronim Dekutowski "Zapora", lipiec 1944 r.
64
lata
temu, 7 marca 1949 r., komunistyczni oprawcy zamordowali w więzieniu
MBP na warszawskim Mokotowie mjr. Hieronima Dekutowskiego "Zaporę" –
cichociemnego, legendarnego dowódcę oddziałów partyzanckich Armii
Krajowej, a
później Zrzeszenia WiN na Lubelszczyźnie.
Skazany na karę śmierci przez
WSG w Warszawie, został zamordowany wraz z grupą sześciu swoich oficerów. Z rąk komunistycznych morderców zginęli:
- Mjr Hieronim Dekutowski "Zapora"
(ur. 1918) – cichociemny, komendant oddziałów leśnych Inspektoratu
DSZ-WiN Lublin, a następnie dowódca zgrupowania partyzanckiego
liczącego w szczytowym okresie ponad 300 ludzi; - Kpt. Stanisław Łukasik "Ryś" (ur. 1918) – dowódca oddziału w zgrupowaniu "Zapory";
- Ppor. Roman Groński "Żbik" (ur. 1926) – dowódca oddziału żandarmerii zgrupowania;
- Por. Jerzy Miatkowski "Zawada" (ur. 1923) – żołnierz zgrupowania, a następnie adiutant "Zapory";
- Por. Tadeusz Pelak "Junak" (ur. 1922) – żołnierz "Zapory", członek siatki terenowej WiN;
- Por. Edmund Tudruj "Mundek" (ur. 1923) – żołnierz oddziału "Rysia" w 1944 r. wywieziony do ZSRR, od 1946 r. ponownie w jego oddziale;
- Por. Arkadiusz Wasilewski "Biały" (ur. 1925) – żołnierz zgrupowania, adiutant "Zapory".
Jeszcze do niedawna miejsca pochówku majora "Zapory" i jego oficerów znajdowało się w sferze domysłów, a jedynymi, którzy je znali byli sami oprawcy. Dopiero od lipca 2012 roku, kiedy to na Cmentarzu Wojskowym na warszawskich Powązkach zespół kierowany przez dr. hab. Krzysztofa Szwagrzyka z IPN rozpoczął ekshumacje ofiar terroru komunistycznego wiadomo już, że to właśnie na powązkowskiej "Łączce", wśród wielu innych ofiar, komuniści pogrzebali również Hieronima Dekutowskiego i jego podkomendnych zamordowanych 7 marca 1949 r.
Podczas prac wykopaliskowych wydobyto łącznie szczątki 117 osób, z których do marca 2013 r. udało się na podstawie badań genetycznych zidentyfikować 7 osób, w tym także dwóch oficerów mjr. "Zapory", zamordowanych wraz z nim 64 lata temu. Są to:




Można z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że pozostałe szczątki wydobyte z tej samej jamy grobowej co "Rysia" i "Junaka", to szczątki mjr. "Zapory", ppor. "Żbika", por. "Zawady", por. "Mundka" i por. "Białego". Miejmy nadzieję, że już niebawem potwierdzą to kolejne identyfikacje.
Pluton ppor. Hieronima Dekutowskiego "Zapory"
(siedzi w dolnym rzędzie, w rogatywce) podczas akcji "Burza".
Lubelszczyzna, lipiec 1944 r.

Zgrupowanie mjr. "Zapory", lato 1946 r.
Podczas
niejawnej rozprawy 3 listopada 1948 r. w Wojskowym Sądzie Rejonowym w
Warszawie, zasiadło ich siedmiu, oraz ich polityczny przełożony
Władysław Siła-Nowicki. Oskarżeni dla ich poniżenia przebrani byli w
mundury Wehrmachtu. W ostatnim słowie mjr "Zapora" nie prosił o
najniższy wymiar kary, ale z godnością oświadczył, że decyzję pozostawia
sądowi. 15 listopada 1948 r. skład orzekający pod przewodnictwem
sędziego Józefa Badeckiego, który wcześniej skazał na śmierć m.in. rtm.
Witolda Pileckiego, skazał go na 7-krotną karę śmierci, pozostali
otrzymali podobne wyroki. Prośby o łaskę napisane do Prezydenta
Bolesława Bieruta przez matkę i najstarszą siostrę Zofię Śliwę (czyniła
też próby wydostania brata drogą dyplomatyczną poprzez Prezydenta
Republiki Francuskiej; od końca lat 20. mieszkała we Francji i była
odznaczona Legią Honorową za udział we francuskim ruchu oporu) zostały
jednak odrzucone. "Zapora" wraz z podwładnymi trafił do celi dla
"kaesowców", gdzie siedziało wówczas ponad 100 osób. Na przełomie
stycznia i lutego 1949 r. podjęli oni próbę ucieczki – postanowili
wywiercić dziurę w suficie i przez strych dostać się na dach
jednopiętrowych zabudowań gospodarczych, a stamtąd zjechać na
powiązanych prześcieradłach i zeskoczyć na chodnik przy ulicy
Rakowieckiej. Kiedy do zrealizowania planu zostało ledwie kilkanaście
dni, jeden z więźniów kryminalnych uznał, że akcja jest zbyt ryzykowna i
wsypał uciekinierów, licząc na złagodzenie wyroku. Hieronim Dekutowski i
Władysław Siła-Nowicki trafili na kilka dni do karceru, gdzie siedzieli
nago, skuci w kajdany.

Żołnierze
ze zgrupowania mjr "Zapory". Od lewej stoją: NN, Stanisław Łukasik
"Ryś", Aleksander Sochalski "Duch", Hieronim Dekutowski "Zapora",
Zbigniew Sochacki "Zbyszek", Jerzy Korcz "Bohun".
Wyroki
śmierci na mjr. Hieronima Dekutowskiego "Zaporę" i sześciu żołnierzy z
jego zgrupowania zapadły w listopadzie 1948 r. Wykonano je 7 marca 1949
r. w piwnicy mokotowskiego więzienia. Według protokołów wykonania
wyroku, egzekucję zaczęto o godz. 19.00 od mjr. "Zapory". Po nim
kolejno w odstępach 5-minutowych od strzałów w tył głowy ginęli:
Stanisław Łukasik "Ryś", Roman Groński "Żbik", Edmund Tudruj "Mundek",
Tadeusz Pelak "Junak", Arkadiusz Wasilewski "Biały", Jerzy Miatkowski
"Zawada".
"Zapora" był tak
znienawidzony przez komunistów, że – jak głosi jedna z wersji jego
śmierci – oprawcy powiesili go w worku pod sufitem, podziurawili kulami i
z satysfakcją patrzyli na kapiącą krew. Czy tak było? Nie wiadomo.
Natomiast faktem jest, że komendant lubelskiego zgrupowania WiN szedł na
śmierć zmasakrowany, z powybijanymi zębami, połamanymi rękami,
zerwanymi paznokciami i siwymi włosami – choć miał zaledwie 31 lat.
Dziesięć z nich poświęcił walce o niepodległą Polskę… CZYTAJ WIĘCEJ>
Mjr cc Hieronim Dekutowski "Zapora"
23
maja 1994 roku Sąd Wojewódzki w Warszawie zrehabilitował mjr cc.
Hieronima Dekutowskiego "Zaporę", uznając, że wraz ze swoimi
podkomendnymi prowadził działalność na rzecz niepodległego bytu Państwa
Polskiego.
Odznaczenia mjr. "Zapory": w roku 1946 Medalem Wojska
(czterokrotnie), w 1988 r. odznaką pułkową 8 pp. Legionów, Krzyżem
Walecznych, Krzyżem Za Wolność i Niepodległość, Krzyżem Srebrnym Orderu
Wojennego Virtuti Militari, w 1989 r. Krzyżem Zrzeszenia "Wolność i
Niezawisłość", a w 1990 r. Krzyżem Armii Krajowej.
W roku 1996
Rada Miasta Tarnobrzega nadała Hieronimowi Dekutowskiemu "Order Sigillum
Civis Virtuti", czyniąc go tym samym Pierwszym Kawalerem tego
odznaczenia.
15
listopada 2007 roku Prezydent RP Lech Kaczyński, za zasługi dla
niepodległości Rzeczypospolitej Polski, odznaczył Krzyżem Wielkim Orderu
Odrodzenia Polski mjr Hieronima Dekutowskiego,
a jego sześciu podkomendnych :
kpt. Stanisława Łukasika – Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski,
poruczników: Romana Grońskiego i Edmunda Tudruja – Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski,
poruczników: Jerzego Miatkowskiego, Tadeusza Pelaka i Arkadiusza Wasilewskiego – Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.
Podczas
tej uroczystości, za wybitne zasługi dla niepodległości
Rzeczypospolitej Polskiej, odznaczony został również pośmiertnie inny
zasłużony żołnierz Zgrupowania mjr. "Zapory", ostatni dowódca oddziałów
partyzanckich Okręgu Lubelskiego WiN:
Kapitan Zdzisław Broński "Uskok" – Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.

Od lewej: mjr Hieronim Dekutowski "Zapora" i kpt. Zdzisław Broński "Uskok".
GLORIA VICTIS !!!

Odsłonięty 26 października 2003 r. w Lublinie na Placu Zamkowym, z inicjatywy Fundacji "Pamiętamy", pomnik pamięci żołnierzy AK-WiN ze Zgrupowania mjr. "Zapory".

Zobacz pełną listę nazwisk osób upamiętnionych na pomniku "Zaporczyków" w Lublinie>
Więcej na temat majora "Zapory" czytaj tutaj:
- Grzegorz Wąsowski, URYNĄ NA PAMIĘĆ. ZDAŃ KILKA O ODDZIAŁACH MJR. HIERONIMA DEKUTOWSKIEGO "ZAPORY" – część 1/2>
- Grzegorz Wąsowski, URYNĄ NA PAMIĘĆ. ZDAŃ KILKA O ODDZIAŁACH MJR. HIERONIMA DEKUTOWSKIEGO "ZAPORY" – część 2/2>
- "Zapora" w sieci agentów – część 1>
- "Zapora" w sieci agentów – część 2>
- Mjr Hieronim Dekutowski "Zapora" (1918 – 1949) – część 1>
- Mjr Hieronim Dekutowski "Zapora" (1918 – 1949) – część 2>
- Prezydent RP odznaczył "Zaporę" i jego podkomendnych>
- 59 rocznica śmierci mjr. "Zapory">
- 60 rocznica śmierci mjr. cc Hieronima Dekutowskiego ps. "Zapora">
Linki zewnętrzne:
60. rocznica procesu kpt. "Huzara"
Obchodzony 1 marca Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych uchwalony został 3 lutego 2011 roku. Społeczny Komitet do spraw Obchodów 60-lecia Procesu kpt. Kazimierza Kamieńskiego „Huzara” w Łapach jest organizatorem działań związanych z tym świętem na terenie naszego miasta.
W naszym wykonaniu będzie to MIESIĄC PAMIĘCI ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH. 60. rocznica łapskiego procesu przypada na dni 24-26 marca 2013 r., dlatego właśnie wtedy odbędzie się uroczystość odsłonięcia tablicy pamiątkowej. Dziś zapraszamy na inne wydarzenia, które mają na celu przywrócenie pamięci i oddanie czci tym, którzy nie złożyli broni i dalej walczyli o wolną Polskę. W programie obchodów Miesiąca Pamięci znajduje się:
- prezentacja wystawa UB w walce z podziemiem niepodległościowym i opozycją w województwie białostockim,
- Seminarium historyczne Kazimierz Kamieński „Huzar” – bohater walk o wolną Polskę w latach 1939 – 1953
- prezentacja filmów dokumentalnych.
Serdecznie zapraszamy na otwarcie wystawy przygotowanej przez Oddział IPN w Białymstoku. Ekspozycja pt. UB w walce z podziemiem niepodległościowym i opozycją w województwie białostockim” prezentowana będzie w Sali św. Józefa w Łapach (ul. Cmentarna 12). Uroczyste otwarcie zaplanowano na 10 marca, o godzinie 12.00.
Wprowadzeniem zebranych do tematyki wystawy zajmie się specjalista Referatu Edukacji Publicznej w Oddziale IPN w Białymstoku, pan Andrzej Muczyński. Zapraszamy!
ds. Obchodów 60-lecia Procesu „Huzara” w Łapach
Alicja Zgajewska

Kpt. Kazimierz Kamieński "Huzar".
11 października 1953 r., w białostockim więzieniu komunistyczni bandyci zamordowali ostatniego dowódcę 6. Brygady
Wileńskiej AK, legendarnego kpt. Kazimierza Kamieńskiego "Huzara".
Kpt. "Huzar" w wyniku prowokacji przygotowanej przez MBP – związanej ze sprawą tzw. V Komendy WiN – został zwabiony podstępnie do Warszawy i tam 27 X 1952 r. aresztowany.
W
końcu marca 1953 r. w dwóch pokazowych procesach w Łapach i Ciechanowcu
kpt. Kazimierz Kamieński „Huzar” i jego pięciu żołnierzy skazano na
karę śmierci. Rada Państwa odmówiła skorzystania z prawa łaski.
Starannie wyreżyserowany proces stał się narzędziem najbardziej
brutalnej komunistycznej propagandy – żołnierzy Armii Krajowej oskarżano
w nim o współpracę z Niemcami, działanie z niskich pobudek, itp. Te
propagandowe kłamstwa powtarzali później, niemal do czasów nam
współczesnych, sprzedajni historycy, literaci i publicyści. Oprócz kpt.
"Huzara", w dniach 22 IX i 11 X 1953 r., zamordowano również pięciu
jego żołnierzy. Byli to:
- Mieczysław Grodzki "Żubryd",
- Wacław Zalewski "Zbyszek",
- Kazimierz Parzonko "Zygmunt",
- Kazimierz Radziszewski "Marynarz",
- Józef Mościcki "Pantera".
Miejsce Ich pochówku do dzisiaj pozostaje nieznane…

Od lewej: ppor. Witold Buczak "Ponury", kpt. Kazimierz Kamieński "Huzar", N.N.

Patrol oddziału "Huzara". Od lewej: Mieczysław Grodzki "Żubryd", Eugeniusz Tymiński "Ryś", Tadeusz Kryński "Rokita", Stanisław Gontarczuk "Rekin". Zdjęcie z 1950 r.
Podlasie,
prawdopodobnie 1950, żołnierze z oddziału kpt. Kazimierza Kamieńskiego
"Huzara", stoją od lewej: sierż. Lucjan Niemyjski "Krakus", 22 sierpnia
1952 otoczony przez GO UB-KBW popełnił samobójstwo, Józef Brzozowski
"Zbir", "Hanka", zginął latem 1952 w walce z KBW; Wacław Zalewski "Zbyszek", zamordowany 11 X 1953 r. w więzieniu w Białymstoku,
ppor. Witold Buczak "Ponury", zginął w walce z KBW 28 maja 1952 r., NN
"Jurek", Eugeniusz Welfel "Orzełek", zginął w walce z KBW 30 IX 1950 r.

Podlasie 1951 r., kadra oddziału "Huzara". Stoją od lewej: Kazimierz Jakubiak "Tygrys" († 10 V 1952), Eugeniusz Tymiński "Ryś" († 30 V 1951), Wacław Zalewski "Zbyszek" († 11 X 1953), Józef Mościcki "Pantera" († 22 IX 1953), siedzą od lewej: Kazimierz Parzonko "Zygmunt" († 22 IX 1953), Adam Ratyniec "Lampart" († 11 V 1952).

Żołnierze kpt. "Huzara". Chwila odpoczynku przy muzyce, od lewej: Kazimierz Parzonko „Zygmunt” († 22 IX 1953), Kazimierz Radziszewski „Marynarz” († 22 IX 1953) i NN.

Pierwszy z lewej: agent MBP wprowadzony w początkowej fazie rozgrywki z "Huzarem" – Janusz Terlikowski, były akowiec z Obwodu AK Bielsk Podlaski, a w 1952 r. TW "Rytel", "Ryglewski".

Marian Strużyński vel Reniak.
Zdrajca i agent UB wprowadzony do oddziału kpt. "Huzara", sprawca
aresztowań i śmierci wielu wybitnych żołnierzy Niepodległościowego
Podziemia, m.in. w 1949 r. oddziału "Wiarusy", skupiającego byłych żołnierzy mjr. Józefa Kurasia "Ognia", działający na Podhalu. 
Kpt. Kazimierz Kamieński „Gryf", „Huzar",
ur. 8 I 1919 r. we wsi Markowo Wólka gm. Piekuty pow. Wysokie
Mazowieckie, w rodzinie pochodzenia drobnoszlacheckiego (jego ojciec
posiadał duże gospodarstwo i jednocześnie pełnił funkcję wójta tej
wioski). Ukończył Gimnazjum Handlowe w Wysokiem Mazowieckiem. Następnie
jako prymus ukończył 10-miesięczną szkołę podchorążych rezerwy
kawalerii, po czym skierowany został do Centrum Wyszkolenia Kawalerii w
Grudziądzu. Szkolenie zakończył uzyskując stopień kaprala podchorążego
rez. kawalerii. Otrzymał przydział do 9 psk (Dywizjon Osowiec). W
szeregach tej jednostki wziął udział w wojnie obronnej 1939 r.,
przechodząc jej cały szlak bojowy. Brał udział m.in. w walkach na
pograniczu z Prusami Wschodnimi, oraz w dalszych działaniach odwrotowych
– aż po Lubelszczyznę. Po dołączeniu do Grupy Operacyjnej "Polesie"
uczestniczył w ostatnich bitwach Września w rejonie Kocka jako konny
łącznik pomiędzy dowódcą 9 psk i dowódcą GO "Polesie" (podczas tej
służby zabito pod nim cztery konie, on sam odniósł tylko lekkie
kontuzje). Dostał się do niewoli niemieckiej, z której od razu zbiegł,
jeszcze w październiku 1939 r., i powrócił w rodzinne strony, na teren
okupacji sowieckiej. W konspiracji pracował od pierwszych tygodni 1940
r., początkowo w lokalnej organizacji Podlaski Batalion Śmierci (tzw.
Legion Podlaski). Zaprzysiężony w ZWZ-AK od maja 1940 r. Ścigany przez
NKWD, w 1940 r. znajdując się w sytuacji przymusowej miał ponoć zabić
dwóch funkcjonariuszy usiłujących go aresztować. W okresie okupacji
niemieckiej pełnił pod pseudonimem "Gryf" różne funkcje dowódcze w
Komendzie Obwodu ZWZ-AK Wysokie Mazowieckie (m.in. dowódcy plutonu
terenowego, szefa uzbrojenia i adiutanta KO). Wiosną 1944 r. dołączył do
lotnego oddziału Kedywu Obwodu Wysokie Mazowieckie dowodzonego wówczas
przez ppor. Romana Ostrowskiego "Wichra". Uczestniczył w akcjach
zbrojnych, m.in. w czerwcu 1943 r. w walce pod Lizą, w akcji pod
Szepietowem w maju 1944 r., w czerwcu 1944 r. w akcji na bagnie Podosie
(likwidacja bandy komunistyczno – rabunkowej) i w akcji "Burza" w lipcu
1944 r. Po lipcu 1944 r. szef samoobrony Obwodu AK-AKO-WiN Obwodu
Wysokie Mazowieckie.
Działalność "po wyzwoleniu" rozpoczął późną
jesienią 1944 r. z przydzielonym przez Komendanta Obwodu czteroosobowym
patrolem. Po kilku miesiącach miał już spory oddział partyzancki w sile
plutonu (podlegały mu też 4 rejonowe grupy dyspozycyjne i partyzanckie).
Wykonał kilkadziesiąt akcji przeciw UBP, KBW, NKWD i ich agenturze.
Awansowany do stopnia podporucznika (2 XI 1943 r.), porucznika (1 VI
1945 r.), w WiN przedstawiony do awansu na kapitana (30 IV 1946 r.). Za
męstwo i zasługi został odznaczony Krzyżem Walecznych. W okresie
amnestii lutowej 1947 r. dowodzony przez niego oddział został
rozformowany, zaś większość żołnierzy ujawniła się. Sam nadal ukrywał
się, wkrótce wokół niego skupiła się grupa byłych żołnierzy AK – WiN
ściganych przez UBP i zagrożonych aresztowaniem, co pozwoliło na
odbudowę oddziału partyzanckiego. W maju 1947 r. podporządkował się
por./kpt. "Młotowi", zaś dowodzona przez niego grupa weszła na zasadach
autonomicznych w skład 6 Brygady Wileńskiej AK. Po śmierci "Młota" w
czerwcu 1949 r. objął komendę nad pozostającymi w polu patrolami 6.
Brygady Wileńskiej AK.
O poparciu jakim cieszył się wśród mieszkańców
Podlasia świadczy fakt, że utrzymał się w polu niemal do końca 1952 r. W
wyniku prowokacji przygotowanej przez MBP – związanej ze sprawą tzw. V Komendy WiN
– został zwabiony podstępnie do Warszawy i tam 27 X 1952 r.
aresztowany. 26 III 1953 r. skazany na karę śmierci przez WSR w
Warszawie w procesie pokazowym na sesji wyjazdowej w Łapach i 11 X 1953
stracony w więzieniu w Białymstoku (miejsce pochówku nieznane).
11
listopada 2007 r. Prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie kpt.
Kazimierza Kamieńskiego "Huzara" Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia
Polski "Polonia Restituta".
18 listopada 2007 roku, z inicjatywy Fundacji "Pamiętamy", w centrum miasta Wysokie Mazowieckie odbyła się uroczystość odsłonięcia pomnika
upamiętniającego kpt. Kazimierza Kamieńskiego "Huzara" i jego żołnierzy
z oddziałów partyzanckich Obwodu AK-AKO-WiN Wysokie Mazowieckie oraz 6.
Brygady Wileńskiej AK poległych w latach 1944 – 1953.

Zainteresowanych
historią walki kpt. "Huzara" i jego żołnierzy zapraszam również do
pobrania i lektury publikacji wydanej przez Fundację "Pamiętamy" – Kazimierz Krajewski, Tomasz Łabuszewski, KAZIMIERZ KAMIEŃSKI „HUZAR” – ostatni podlaski komendant 6 Brygady Wileńskiej AK i jego żołnierze 1939-1952 [kliknij w okładkę]>
Czytaj również:
- Kpt. Kazimierz Kamieński „Huzar” (1919 – 1953) – część 1>
- Kpt. Kazimierz Kamieński „Huzar” (1919 – 1953) – część 2>
- St. sierż. Adam Ratyniec „Lampart” (1926 – 1952) – część 1>
- St. sierż. Adam Ratyniec „Lampart” (1926 – 1952) – część 2>
- Kazimierz Krajewski, Działalność operacyjna WUBP w Warszawie przeciwko oddziałom kpt. Kazimierza Kamieńskiego "Huzara" (1949–1952)>
- Tomasz Łabuszewski, Kryptonim "Obszar" – "Narew" – rozgrywka MBP przeciwko konspiracji kpt. Kazimierza Kamieńskiego "Huzara">
- TRZEBA
PRZECZYTAĆ !!! (26) – Kazimierz Krajewski, Tomasz Łabuszewski,
"Łupaszka", "Młot", "Huzar". Działalność 5 i 6 Brygady Wileńskiej AK
(1944-1952)> - 11 Listopad 2007 r. Prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył "Żołnierzy Wyklętych">
- Fotorelacja z odsłonięcia pomnika kpt. Kazimierza Kamieńskiego ps. "Huzar" i jego żołnierzy>
WARTO PRZECZYTAĆ… (58)
Pamiętnik (w formacie EPUB i MOBI)
pod red. Sławomira Poleszaka, IPN O/Lublin 2004, s. 342 (seria "Relacje i wspomnienia", t. 8)
W przededniu Narodowego Dnia Pamięci "Żołnierzy Wyklętych" staraniem Instytutu Pamięci Narodowej ukazała się cyfrowa reedycja jednego z najważniejszych źródeł historycznych dotyczących oporu zbrojnego podziemia niepodległościowego po 1945 r. Instytut bezpłatnie udostępnił elektroniczną wersję (w formatach EPUB i MOBI) Pamiętnika kpt. Zdzisława Brońskiego "Uskoka". Wydawnictwo zostało przygotowane pod redakcją naukową dr Sławomira Poleszaka.
POBIERZ Pamiętnik kpt. "Uskoka":

Zdzisław Broński „Uskok” (1912–1949) od jesieni 1943 r. dowodził oddziałem partyzanckim w Obwodzie AK Lubartów, brał udział w akcji „Burza”. Po „wyzwoleniu” walczył z komunistami na Lubelszczyźnie. Zginął 21 maja 1949 r. otoczony w bunkrze w miejscowości Dąbrówka (obecnie Nowogród), gdzie przez dwa lata ukrywał się przed UB.
Kpt. Zdzisław Broński "Uskok"
„Uskok” ukrywając się, od 1947 r. spisywał swe wspomnienia. Jest to źródło unikatowe, gdyż pozwala poznać motywy, jakie skłoniły „żołnierzy wyklętych” do pozostania w konspiracji. Ze wspomnień przebija zdumiewająca wyobraźnia społeczna i polityczna autora, który trafnie analizował zmieniającą się sytuację międzynarodową i wewnętrzną w Polsce. Sławomir Poleszak we wstępie do Pamiętnika napisał:
Po zakończonej akcji w Dąbrówce (Nowogrodzie) funkcjonariusze UBP napisali na jednej z desek obok rozbitego bunkra: „Bunkier i »Uskoka« szlak [sic!] trafił”. Mieli rację, ich kilkuletnie „polowanie” zakończyło się wielkim sukcesem. Przetrwały jednak pamiętniki […]. Ukazują one sylwetkę Zdzisława Brońskiego z zupełnie innej perspektywy. Pokazują jego wielki hart ducha, odwagę i poświęcenie w walce o wolność ojczyzny. Poznajemy wyśmienitego, zdyscyplinowanego żołnierza i dowódcę, który dbał o swoich podkomendnych i osoby udzielające mu pomocy. Ukazują również jego ludzkie słabości i wady. Lektura pamiętników będzie fascynująca nie tylko dla historyków, ale również dla wszystkich pragnących poszerzyć swoją wiedzę o tragicznych latach okupacji niemieckiej i pierwszych powojennych latach tzw. utrwalania władzy ludowej.

Napis sporządzony przez funkcjonariuszy UB na jednej z desek zapolnicy po zakończeniu operacji w Dąbrówce, 21 V 1949 r.

Więcej na temat kpt. "Uskoka" czytaj:
Muzeum Żołnierzy Wyklętych

Z ogromną radością informuję, że w przeddzień Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych, 28 lutego 2013 roku, miejscy radni Ostrołęki podjęli decyzję o utworzeniu w tym mieście muzeum poświęconemu bohaterom walk z komunistycznym zniewoleniem – żołnierzom antykomunistycznego podziemia, Żołnierzom Wyklętym. Pod obrady sesji Rady Miasta trafił projekt uchwały przygotowany przez prezydenta Ostrołęki Janusza Kotowskiego, o stworzeniu pierwszego w Polsce Muzeum Żołnierzy Wyklętych.
28 lutego 2013 r. podczas XL Sesji Rady Miasta radni przyjęli uchwałę o powstaniu w Ostrołęce Muzeum Żołnierzy Wyklętych. Muzeum będzie miało swoją siedzibę w zabytkowych budynkach po byłym areszcie śledczym przy ulicy Traugutta.
– Jest tysiące bezimiennych żołnierzy, którzy czekają żeby o nich pamiętać. Nadal przez niektórych jest próba zatarcia historii. Do tej pory na stronach internetowych opisywane są informacje o tym jak to leśni zabijali. Takiego muzeum nie ma jeszcze w Polsce, zachęcam byśmy zrobili coś wyjątkowego. […] Na początku w muzeum ma być kilka sal wystawowych. Stopniowo muzeum będzie powiększane. Chcemy aby młody człowiek mógł wielu rzeczy dotknąć, zobaczyć, tak by go to interesowało – mówił prezydent Janusz Kotowski.
Radni przyjęli uchwałę 16 głosami za. Przeciw byli radni: Maciej Kleczkowski (PO), Mariusz Popielarz (PO), Mirosław Dąbkowski (PO) i Anna Szczubełek (SLD). Dwaj radni – obecni na sesji – nie wzięli udziału w głosowaniu: Tadeusz Kaczyński (Nasza Ostrołęka) i Sławomir Kot (PO).
Plany utworzenia w Ostrołęce muzeum Żołnierzy Wyklętych pojawiły się w połowie 2012 roku. Przygotowany przez prezydenta Ostrołęki Janusza Kotowskiego projekt uchwały w tej sprawie trafił w piątek, 15 lutego 2013 r., do kancelarii Rady Miasta.
– Projekt uchwały, który przedkładam radzie to pierwszy akt powołania w moim przekonaniu wyjątkowego muzeum nie tylko w skali miasta czy regionu ale też całego kraju. […] Przywracanie pamięci Żołnierzom Wyklętym, należnego im szacunku to obowiązek narodu i państwa, ale także samorządu. Nie możemy w tej kwestii czekać na decyzje państwowe, ponieważ w wielu wypadkach one po prostu nie zapadają – powiedział Janusz Kotowski.



Prace nad uruchomieniem muzeum ruszą jeszcze w marcu tego roku. Początkowo będą to 3 lub 4 sale ekspozycyjne, jednak w miarę pozyskiwania środków muzeum będzie się rozrastało. Pomoc przy realizacji projektu zaoferował dotychczasowy zarządca budynku – dyrekcja Zakładu Karnego w Przytułach Starych. Do momentu utworzenia muzeum zarządzanie budynkiem oraz prowadzenie prac konserwatorskich i remontowych nadzorował będzie Miejski Zarząd Obiektów Sportowo-Turystycznych i Infrastruktury Technicznej. Ostatecznie jednak projekt uchwały zakłada, że muzeum będzie oddzielną jednostką, co umożliwi choćby pozyskiwanie środków zewnętrznych na rozbudowę obiektu. Zdaniem prezydenta Janusza Kotowskiego wszystko jest na dobrej drodze:
– Już teraz zgłaszają się do nas ludzie nie tylko z naszego regionu ale i z całej Polski, chcący przekazać nam wyjątkowe pamiątki rodzinne. Mamy pełną akceptację i współpracę naukowców z Instytutu Pamięci Narodowej. Swoją pomoc oferują także wolontariusze z różnych stowarzyszeń. Mam szczerą nadzieję, że na 11 listopada [2013 r.] uruchomimy już pierwszą ekspozycję.



Więzienie gdzie powstanie Muzeum Żołnierzy Wyklętych zostało zbudowane w 1903 roku przez władze carskie na ówczesnych obrzeżach miasta. Podczas I i II wojny światowej, podczas gdy zniszczenia miasta sięgały 70%, budynki więzienia praktycznie nie zostały uszkodzone. Po wojnie placówka miała charakter karno-śledczy i była nadzorowana przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. W jednostce umieszczano przeciwników politycznych oraz pospolitych przestępców. Wśród aresztowanych byli również żołnierze antykomunistycznego podziemia.



Rady Miasta Ostrołęki
z dnia 28 lutego 2013 roku w sprawie utworzenia miejskiej instytucji kultury pod nazwą Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce (w organizacji)
Na podstawie art. 7 ust. 1 pkt 9, art. 9 ust. 1 i art. 18 ust. 2 pkt 9 lit. h ustawy z dnia 8 marca 1990 r. o samorządzie gminnym (tekst jednolity: Dz. U. z 2001 r. Nr 142, poz. 1591, z późn. zm.) oraz art. 9 ust. 1 i art.11 ust. 1 ustawy z dnia 25 października 1991 r. o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej (tekst jednolity: Dz. U z 2012 r., poz. 406), art. 5 ust. 1 i art. 6 ust. 1 i 3 ustawy z dnia 21 listopada 1996 r. o muzeach (tekst jednolity: Dz. U. z 2012 r., poz. 987, z późn. zm.), Rada Miasta Ostrołęki uchwala, co następuje:
Z dniem 1 marca 2013 r. Miasto Ostrołęka postanawia utworzyć miejską instytucję kultury pod nazwą Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce (w organizacji), zwaną dalej Muzeum.
Siedzibą Muzeum będzie Ostrołęka a terenem działania obszar Rzeczypospolitej Polskiej i zagranica.
Celem Muzeum będzie działalność określona w art. 1 ustawy o muzeach, a w szczególności działalności o charakterze naukowo-badawczym i edukacyjnym z zakresu historii zbrojnego podziemia antykomunistycznego oraz dziejów i dorobku "Żołnierzy Wyklętych", a także prowadzenie działalności zmierzającej do wychowania młodego pokolenia Polaków w duchu patriotyzmu i szacunku dla tradycji narodowych.
Statut Muzeum, którego projekt stanowi załącznik do niniejszej uchwały zostanie nadany po uzgodnieniu z Ministrem Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Wykonanie uchwały powierza się Prezydentowi Miasta Ostrołęka.
Uchwała wchodzi w życie z dniem podjęcia.
Pamięć o narodowych bohaterach jest ważną powinnością każdego obywatela. Ostrołęka posiada niezwykłą historię, która powoduje, że nasze miasto znane jest w Polsce i za granicą ze względu na wielkie wydarzenia historyczne. Mieszkamy w bohaterskim mieście królewskim, którego mieszkańcy (podobnie jak mieszkańcy ziemi ostrołęckiej) zawsze byli wierni Ojczyźnie i aktywnie uczestniczyli w walce o jej wolność. I to właśnie nasi Bohaterowie są największym skarbem miasta i regionu.
Czasy współczesne są okazją do spokojnego rozwoju gospodarczego, ale również kulturalnego. Wprawdzie trudno jest Ostrołęce konkurować z wielkimi ośrodkami gospodarczymi Polski, ale z powodzeniem może ona stanowić istotny ośrodek życia kulturalnego.
Przekazany miastu zabytkowy budynek byłego aresztu śledczego, który znajduje się przy ulicy Traugutta, powstał w 1903 roku i jest pod ochroną Konserwatora Zabytków. Powierzchnia zabytkowego budynku otoczonego murem wynosi 783 m2 i posiada kubaturę 2840 m3. W obiekcie znajduje się 21 dawnych cel dla osadzonych oraz pomieszczenia administracyjne. Obiekt byłego aresztu stwarza możliwość utworzenia Samorządowej Jednostki Kultury. Mając na względzie fakt, że po roku 1989 nie powstało w Polsce żadne muzeum, które upamiętnia niezwykle dramatyczne wydarzenia związane z walką Polskiego Państwa Podziemnego o pełną niepodległość Ojczyzny z komunistyczną, stalinowską dyktaturą, która usiłowała zniewolić Polskę po drugiej wojnie światowej, Samorząd Miasta Ostrołęki postanawia utworzyć Muzeum Żołnierzy Wyklętych.
W 1944 roku na ziemie II Rzeczypospolitej po raz drugi od wybuchu wojny wkroczyła Armia Czerwona. Jej wrogi stosunek do Armii Krajowej, terror wobec społeczeństwa sprowokował spontaniczny opór tych, którzy do tej pory walczyli z okupantem niemieckim. Podziemie antyniemieckie przekształcało się w podziemie antykomunistyczne. Walczyło ono o te same ideały, co na początku wojny w 1939 r., o wolność i prawdziwą suwerenność Polski. Do końca 1945 roku w nowej niepodległościowej konspiracji pozostawało blisko 200.000 ludzi, czyli blisko połowa dotychczasowej siły podziemia, zaś w oddziałach partyzanckich w „lesie” kontynuowało walkę ok. 20.000 żołnierzy. Sprzeciw wobec narzuconej dyktatury komunistycznej, chęć walki o prawdziwie niepodległą Polskę, a także konieczność przeciwstawienia się terrorowi spowodowały tak zdecydowany opór, iż na wielu terenach pierwsze przedstawicielstwa władzy komunistycznej i podległe im siły zostały po prostu „zmiecione z powierzchni ziemi”. W Powiecie Ostrołęckim w połowie roku 1945 zbrojny opór komunistycznej władzy postawiło 2.000 zaprzysiężonych żołnierzy Armii Krajowej, w tym 16 oficerów, 11 podchorążych, 269 podoficerów pod dowództwem kapitana Aleksandra Bednarczyka „Adama” (zginął w walce z UB 20 grudnia 1946 r w Gnatach). Drugą co do wielkości organizacją zbrojną na terenie Powiatu Ostrołęckiego były siły Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, które w XVI Okręgu (ostrołęckim) skupiły w końcu roku 1945 ok. 1000 żołnierzy w oddziałach partyzanckich. Narodowe Zjednoczenie Wojskowe prowadziło na terenach ziemi ostrołęckiej najdłuższą walkę. Ostatnia bitwa miała miejsce 11 listopada 1953 roku w Dudach Puszczańskich (gmina Łyse), a ostatni żołnierz NZW Okręg XVI Marian Borys „Czarny” poległ w walce z UB 12 sierpnia 1954 roku.
W całej Polsce powstawały nowe oddziały zbrojne, jednak brakowało centralnego ośrodka kierowniczego, co było spowodowane m.in. zdradzieckim aresztowaniem i wywiezieniem do Moskwy w marcu 1945 roku 16 przywódców Polskiego Państwa Podziemnego. Największym zagrożeniem dla wolności i spełnienia marzeń polskich patriotów była ogromna przewaga sił Armii Czerwonej, NKWD, UB i KBW stacjonujących na terytorium Polski.
Ostatecznie spora część żołnierzy zaprzestała walki, m.in. ulegając złudzeniom ogłoszonej przez komunistów tzw. amnestii, która rzekomo miała im gwarantować bezpieczeństwo. Amnestia okazała się akcją identyfikacji żołnierzy podziemia, zakończoną ich aresztowaniami i wywózkami na Syberię oraz masowymi wyrokami śmierci. Te podstępne i jednocześnie brutalne działania władzy komunistycznej doprowadziły do znacznego osłabienia podziemia, ale też i pozostania w lesie najodważniejszej części walczących partyzantów. Po 1945 roku próbowano odtworzyć „centralę” ruchu podziemnego, którą miało być Zrzeszenie „Wolność i Niezawisłość”. Po sfałszowaniu przez komunistów wyborów z roku 1947 okazało się, że także ten kierunek działalności nie mógł być militarnie skuteczny. Na początku lat pięćdziesiątych oddziały zbrojne antykomunistycznego podziemia „zastępowane” były przez rodzącą się konspirację młodzieżową. Konspiracja ta zajmowała się przede wszystkim działalnością propagandową, nie prowadząc praktycznie działalności zbrojnej. Pozostali jednak w „lesie” ostatni żołnierze podziemia. Ich jedynym celem było przeżycie, poddanie się nie wchodziło w grę, bo kończyło się więzieniem, okrutnymi torturami i śmiercią bez miejsca pochówku. Ostatni z tych nielicznych ukrywających się żołnierzy Polski Walczącej – Józef Franczak „Lalek”, poległ w walce ze Służbą Bezpieczeństwa w miejscowości Majdan (woj. lubelskie) dopiero 21 X 1963 r. Dla komunistycznej władzy żołnierze podziemia niepodległościowego byli nie tylko militarnymi wrogami. Ich ideały, patriotyzm, pragnienie Polski prawdziwie niepodległej zagrażały interesom komunistów, a także planom Związku Radzieckiego zawłaszczenia i podporządkowania sobie Polski. Zdecydowana większość z nich została aresztowana i skazana na długoletnie kary więzienia, część zginęła w walce lub została wymordowana po haniebnych procesach sądowych. Ogromna większość została już po śmierci zakopana w dołach, na śmietnikach i w pobliżu ustępów. Komunistycznym oprawcom chodziło o to, by na zawsze nie było nawet znane miejsce pochówku, by nawet najbliższa rodzina czy przyjaciele nigdy nie odnaleźli grobu bohaterów, by nie było zniczy, kwiatów, chwil modlitwy, by „zamordowana” była także pamięć o naszych żołni
erzach. Komuniści postanowili wymazać pamięć po nich, by zdusić rodzącą się legendę antykomunistycznej partyzantki. Przez wiele lat tych Bohaterów, gotowych do największych poświęceń dla Ojczyzny pokazywano jako bandytów, zwykłych kryminalistów i zdrajców ojczyzny. Przez blisko pół wieku byli „mordowani po raz drugi”, mieli zostać po prostu wyklęci z pamięci społeczeństwa.
Pamięć o nich, wbrew zabiegom komunistów, przetrwała w sercach Polaków. Obecnie nazywa się ich Żołnierzami Wyklętymi, ale nie jest to już nazwa hańby, lecz symbol honoru i odwagi. Od dzisiaj, dzięki uchwale Rady Miasta Ostrołęki, Żołnierze Polski Walczącej, których tysiące rekrutowało się z Ziemi Ostrołęckiej, Bohaterowie, którzy za swoją wierność Ojczyźnie i marzenia o Polsce w pełni szczęśliwej i niepodległej, byli mordowani, więzieni, torturowani, wywożeni, zakopywani w „nieświęconej ziemi”, będą mieli swoje Muzeum. Samorząd Miasta przez akt powołania Muzeum włączy się w piękny sposób w dzieło przywracania pamięci o polskich Bohaterach.
Skutki finansowe podjęcia uchwały wiążą się obecnie z przygotowaniem i wyposażeniem kilku sal wystawowych. Mamy deklarację współpracy w odnowieniu pomieszczeń ze strony Zakładu w Przytułach oraz wielu wolontariuszy. Instytut Pamięci Narodowej oraz osoby prywatne deklarują bezpłatne przekazanie cennych pamiątek i archiwaliów. W przyszłości nastąpi konieczność zatrudnienia kilku osób prowadzących prace Muzeum. O wszystkich przyszłych kosztach funkcjonowania Muzeum, Wysoka Rada będzie na bieżąco informowana.
Rady Miasta Ostrołęki
z dnia 28 lutego 2013 roku
w sprawie utworzenia miejskiej instytucji kultury
Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce (w organizacji)
"Projekt Statutu"
W uzgodnieniu
Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego
MUZEUM ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH
W OSTROŁĘCE
(w organizacji)
I. Postanowienia ogólne
Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce zwane dalej "Muzeum" działa na podstawie:
1) ustawy z dnia 21 listopada 1996 r. o muzeach (Dz. U. z 2012 r., poz. 987 z późn. zm.), zwanej dalej "ustawą o muzeach",
2) ustawy z dnia 25 października 1991 r. o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej (Dz. U. Z 2012 r., poz. 406 z późn. zm), zwanej dalej "ustawą",
3) niniejszego statutu.
1. Organizatorem Muzeum jest Miasto Ostrołęka.
2. Muzeum jest samorządową instytucją kultury wpisaną do rejestru samorządowych instytucji kultury prowadzonego przez Organizatora i posiada osobowość prawną.
3. Siedzibą Muzeum jest Miasto Ostrołęka, a terenem działania obszar Rzeczypospolitej Polskiej i zagranica.
4. Muzeum używa pieczęci okrągłej z wizerunkiem orła ustalonym dla godła Rzeczypospolitej pośrodku i napisem "Muzeum Żołnierzy Wyklętych w Ostrołęce" w otoku.
5. Ogólny nadzór nad Muzeum sprawuje minister wlaściwy do spraw kultury i ochrony dziedzictwa narodowego, a bezpośredni – Rada Miasta Ostrołęki oraz Prezydent Ostrołęki
w zakresie swoich kompetencji.
6. Organizator zapewnia środki potrzebne do utrzymania i rozwoju Muzeum.
7. Zgodnie z art. 6 ust. 3 ustawy o muzeach, do dnia otwarcia wystawy stałej Muzeum jest "muzeum w organizacji".
II. Cele i zadania Muzeum
Zasadniczym celem działalności Muzeum jest prowadzenie działalności o charakterze naukowo-badawczym i edukacyjnym z zakresu historii zbrojnego podziemia antykomunistycznego oraz dziejów i dorobku tzw. "Żołnierzy Wyklętych", w szczególności poprzez gromadzenie, opracowywanie i konserwację zbiorów dotyczących tej problematyki oraz ich upowszechnianie i popularyzację, a także prowadzenie działalności zmierzającej do wychowania młodego pokolenia Polaków w duchu patriotyzmu i szacunku dla tradycji narodowych.
1. Muzeum dla realizacji celów określonych w § 3 w szczególności:
1) gromadzi i udostępnia muzealia, materiały dokumentacyjne i archiwalne oraz książki, rękopisy, druki, zdjęcia i inne obiekty związane z historią powojennego zbrojnego podziemia antykomunistycznego oraz dziedzictwem tzw. "Żołnierzy Wyklętych",
2) przechowuje, zabezpiecza i konserwuje zgromadzone muzealia, materiały dokumentacyjne i archiwalne oraz książki, rękopisy, druki, zdjęcia i inne obiekty w warunkach zapewniających im właściwy stan zachowania i bezpieczeństwo oraz dostęp do celów naukowych,
3) inwentaryzuje i kataloguje zgromadzone muzealia, materiały dokumentacyjne i archiwalne oraz książki, rękopisy, druki, zdjęcia i inne obiekty,
4) inspiruje i prowadzi działalność naukowo-badawczą i popularyzatorską w zakresie objętym swoją działalnością,
5) użycza i przyjmuje w depozyt dobra kultury zgodnie z obowiązującymi przepisami,
6) udostępnia zbiory i materiały dokumentacyjne oraz udziela informacji do celów naukowo -badawczych i popularyzatorskich,
7) opracowuje i organizuje ekspozycje stałe oraz wystawy czasowe w kraju i zagranicą,
8) organizuje i prowadzi działalność edukacyjną,
9) organizuje koncerty, przedstawienia teatralne, pokazy filmowe i multimedialne,
10) inicjuje, wspiera i prowadzi projekty związane z zakresem swojej działalności,
11) opracowuje, publikuje i rozpowszechnia wydawnictwa naukowe i popularnonaukowe z zakresu swojej działalności,
12) prowadzi fachową bibliotekę i archiwum,
13) popiera i prowadzi działalność artystyczną i upowszechniającą kulturę,
14) organizuje lub współorganizuje uroczystości o charakterze państwowym i narodowym, a także dyplomatycznym, społecznym, naukowym, artystycznym i kulturalnym, przyczyniając się do kształtowania wizerunku Polski oraz organizuje lub współorganizuje akcje o charakterze charytatywnym,
15) organizuje lub współorganizuje spotkania, zjazdy i konferencje związane z zakresem swojej działalności.
2. Realizując swoje cele i zadania Muzeum współpracuje z polskimi i zagranicznymi muzeami, administracją państwową i samorządową, organizacjami pozarządowymi, instytucjami oświaty, mediami, a także innymi osobami prawnymi, jednostkami organizacyjnymi nie posiadającymi osobowości prawnej oraz osobami fizycznymi.
3. Przy realizacji celów Muzeum szcz
ególną wagę przykłada do współpracy ze stowarzyszeniami np: Stowarzyszeniem Historii Ziemi Ostrołęckiej im. kpt. Aleksandra Bednarczyka "Adama", Ostrołęckim Stowarzyszeniem Historycznym "Czwartacy" i innymi posiadającymi siedzibę w Mieście Ostrołęka, których cele statutowe są zbieżne z działalnością statutową Muzeum.
III. Organizacja Muzeum
Na czele Muzeum stoi Dyrektor powoływany i odwoływany przez Prezydenta Miasta Ostrołęki na zasadach i w trybie przewidzianym w obowiązujących przepisach.
1. Dyrektor zarządza całokształtem działalności Muzeum, czuwa nad jego mieniem i jest za nie odpowiedzialny.
2. Do zakresu działania Dyrektora należy w szczególności:
1) ogólne kierownictwo w sprawach naukowo-badawczych, oświatowych, organizacyjnych i administracyjnych, finansowych oraz technicznych,
2) ogólny nadzór nad zbiorami i ich ewidencjonowaniem oraz majątkiem Muzeum,
3) reprezentowanie Muzeum na zewnątrz,
4) przedstawianie właściwym instytucjom i Organizatorowi planów rzeczowych i finansowych, sprawozdań oraz wniosków finansowo-inwestycyjnych,
5) sprawowanie bezpośredniego kierownictwa nad pracownikami naukowymi,
6) tworzenie warunków do podnoszenia kwalifikacji zawodowych pracowników,
7) naczelna redakcja wydawnictw muzealnych,
8) wydawanie w obowiązującym trybie regulaminów, instrukcji i zarządzeń wewnętrznych,
9) dokonywanie w imieniu Muzeum czynności z zakresu prawa pracy w stosunku do zatrudnionych pracowników i sprawowanie w stosunku do nich zwierzchnictwa służbowego.
Dyrektor zarządza Muzeum przy pomocy jednego zastępcy. Zastępcę Dyrektora powołuje i odwołuje Dyrektor w uzgodnieniu z Prezydentem Miasta Ostrołęki.
Organizację wewnętrzną Muzeum oraz zakres zadań komórek organizacyjnych określa Regulamin Organizacyjny nadawany przez Dyrektora, z uwzględnieniem obowiązujących przepisów.
IV. Rada Muzeum
1. W Muzeum działa Rada Muzeum, której członków w liczbie 12 powołuje i odwołuje Rada Miasta Ostrołęki spośród kandydatów wskazanych przez:
1) Radę Miasta Ostrołęki,
2) Prezydenta Miasta Ostrołęki,
3) Stowarzyszenie Historii Ziemi Ostrołęckiej,
4) fundacje i inne instytucje wspierające Muzeum,
5) Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa,
6) Dyrektora Muzeum,
7) Radę Muzeum.
2. Rada Muzeum działa w zakresie i na zasadach określonych w art. 11 ustawy o muzeach.
3. Rada Muzeum wybiera ze swego grona Przewodniczącego, który kieruje jej pracami.
4. Szczegółowy tryb pracy Rady Muzeum określa uchwalony przez nią regulamin.
V. Kolegia doradcze
1. Dyrektor może tworzyć – z własnej inicjatywy lub na wniosek przynajmniej połowy zatrudnionych muzealników – kolegia doradcze o charakterze stałym lub dla realizacji konkretnego zadania. Powołując kolegium Dyrektor określa przedmiot jego działania.
2. W skład kolegium wchodzą osoby powołane przez Dyrektora spośród pracowników Muzeum lub spoza ich grona.
3. Kolegium formułuje opinie w kwestiach stanowiących przedmiot jego działania.
4. Uchwały kolegium przyjmowane są zwykłą większością głosów w obecności co najmniej połowy członków.
5. Członkowie kolegium wybierają ze swego grona przewodniczącego.
6. Obsługę kancelaryjno-biurową zapewnia Muzeum.
VI. Gospodarka finansowa
1. Muzeum prowadzi gospodarkę finansową na zasadach określonych w ustawie o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej.
2. Podstawą gospodarki finansowej Muzeum jest plan finansowy ustalony przez Dyrektora, z zachowaniem wysokości dotacji Organizatora.
3. Majątek Muzeum może być wykorzystywany jedynie dla celów wynikających z zakresu działania Muzeum.
1. Przychodami Muzeum są przychody z prowadzonej działalności, w tym ze sprzedaży składników majątku ruchomego, przychody z najmu i dzierżawy składników majątkowych, dotacje podmiotowe i celowe z budżetu państwa lub jednostki samorządu terytorialnego, środki otrzymane od osób fizycznych i prawnych oraz z innych źródeł.
2. Muzeum może prowadzić, jako dodatkową, działalność gospodarczą według zasad określonych w obowiązujących przepisach.
3. Działalność określona w ust. 2 może być prowadzona w szczególności w zakresie:
1) wykonywania ekspertyz,
2) usług konserwatorskich,
3) usług fotograficznych,
4) usług wydawniczych,
5) sprzedaż wydawnictw i pamiątek,
6) wynajmu pomieszczeń,
7) wykonywania zleconych usług w celu zorganizowania spotkań, konferencji narad, konkursów, wystaw,
8) odpłatnego udostępniania zbiorów dla celów innych niż naukowe i edukacyjne.
4. Środki uzyskane z działalności gospodarczej mogą być wykorzystywane wyłącznie w celu finansowania działalności statutowej Muzeum.
VII. Przepisy końcowe
1. Połączenia, podziału lub likwidacji Muzeum może dokonać Organizator w warunkach i w trybie przewidzianym w obowiązujących przepisach.
2. Wszelkie zmiany w statucie wymagają zachowania trybu właściwego dla jego nadania.
VIII. Przepisy przejściowe
W okresie organizowania Muzeum, to jest od dnia utworzenia Muzeum do dnia otwarcia wystawy stałej, przepisy niniejszego statutu mają zastosowanie, z zastrzeżeniem przepisów niniejszego rozdziału.
Do czasu powołania Dyrektora Muzeum, może nim kierować osoba, której Prezydent Miasta Ostrołęki powierzy pełnienie obowiązków Dyrektora lub Pełnomocnik Prezydenta Miasta Ostrołęki do spraw organizacji Muzeum.
Do czasu powołania Rady Muzeum funkcje opiniodawczo-doradcze w przedmiocie organizacji Muzeum pełnić będzie trzech radnych Rady Miasta Ostrołęki wskazanych przez tę Radę oraz trzech przedstawicieli Stowarzyszenia Historii Ziemi Ostrołęckiej wskazanych przez Zarząd Stowarzyszenia.

Refleksja w związku Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych – część 1/2
[wybór zdjęć – autor strony]
KRÓTKA REFLEKSJA W ZWIĄZKU Z DNIEM PAMIĘCI ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH, CZYLI KILKA ZDAŃ O KINIE POLSKIM I NIESFILMOWANEJ HISTORII WŁADKA, LUCJANA I ANTOSIA
Niedługo, bo już 4 marca br., poznamy tegorocznych laureatów nagród filmowych „Orły”, rodzimych odpowiedników amerykańskich „Oscarów”. Zanosi się na triumf kina z historią w tle. Największym zwycięzcą tej edycji „Orłów” mógłby być film opowiadający losy Władka, Lucjana i Antosia, które pokrótce przedstawię w dalszej części niniejszego szkicu (patrz śródtytuł: HISTORIA NIESFILMOWANA). Ale nie będzie… bo taki film nie powstał.
Może dlatego najwięcej nominacji do „Orłów”, aż dwanaście, w tym w kategorii najlepszy film, otrzymała „Obława” w reżyserii Marcina Krzyształowicza. Trzecie miejsce na liście produkcji filmowych nominowanych do „Orłów” zajęło „Pokłosie”, najnowsze dzieło Władysława Pasikowskiego, które uzyskało nominacje w dziesięciu kategoriach. Zapewne na oba te obrazy spadnie deszcz nagród, a „Obława” zostanie uznana najlepszym polskim filmem ubiegłego roku.
Ponieważ na temat „Obławy” i tła historycznego „Pokłosia” popełniłem opublikowane na portalu wPolityce krótkie refleksje (patrz wPolityce.pl: O demitologizacji nieistniejącego mitu, czyli krótka refleksja na marginesie filmu "Obława"; Krótka refleksja zainspirowana filmem „Pokłosie”, oparta na cytatach z materiałów pomocniczych do nauki o Polsce i świecie współczesnym), to wręcz z obowiązku starałem się śledzić inne głosy prasowo-portalowe poświęcone tym obrazom. Lektura tekstów, w których ich autorzy pochylili się nad „Obławą” wywołała u mnie sympatyczne poczucie wyalienowania. Pomijając będące udziałem publicystów „Gazety Wyborczej”, „Polityki” itd., i w tym kontekście zupełnie dla mnie zrozumiałe zachwyty nad tą produkcją filmową, dzieło Marcina Krzyształowicza zostało wysoko ocenione także przez red. Łukasza Adamskiego i red. Piotra Zarembę.
Zatem mogę chyba powiedzieć, że w swojej bardzo krytycznej ocenie „Obławy” pozostaję niczym biały żagiel z tytułu pewnej powieści bolszewickiej. Dodam jeszcze tylko, że obaj ww. redaktorzy poddali krytyce film „Pokłosie”, pośrednio przeciwstawiając te dwa obrazy filmowe. Tymczasem ja uważam filmy te za w pełni kompatybilne, za wzajemnie się uzupełniające. Jestem przy tym przekonany, że jeszcze tylko kilka lat, jeszcze kilkanaście filmów w podobny sposób przedstawiających trudną przeszłość z „czasów nadaremnych” i wyobraźnia zbiorowa młodych odbiorców rodzimej X Muzy zostanie ukształtowana w takim oderwaniu od rzeczywistości historycznej, a zatem i od prawdy życia, że rozbieżność pomiędzy tym, jak naprawdę było, a tym co wie na dany temat młoda widownia polskich filmów będzie bliska rozpiętości, jaka – przywołując myśl Józefa Mackiewicza – w czasach zniewolenia komunistycznego istniała zwykle między myślą a słowem.
Tak czy inaczej, jeden istotny argument amatorów „Obławy” uznaję za całkowite nieporozumienie. Otóż siłą tego filmu ma być to, że jest on bliski rzeczywistości wojennej, że pokazuje jej znacznie bardziej prawdziwe oblicze, niż czyni to np. cukierkowaty serial telewizyjny „Czas honoru”. W tle tego twierdzenia pojawia się teza, że osoby mocno krytyczne wobec „Obławy” chcą, aby kino polskie pokazywało sielankowy, jednowymiarowy a zatem nieprawdziwy obraz realiów wojennych, który ma obsługiwać zbiorową wyobraźnię w procesie budowy czy utrwalania mitu heroicznego. A to nie jest zadaniem sztuki. Całkiem słuszna to opinia. Dygresyjnie można do tego dodać, że sztuka powinna być nieskrępowana, nie musi niczemu służyć, niczego budować, co więcej – może atakować, prowokować, ośmieszać itd. Wolna wola artystów. Zwłaszcza jeżeli owoce ich wysiłku twórczego powstają niezależnie od grosza publicznego. Ponieważ kwestia finansowania obu ww. filmów nie jest tematem mojego tekstu, tylko nawiasowo zasygnalizuję, że produkcje te skorzystały z hojnego dofinansowania przez Państwowy Instytut Sztuki Filmowej, który na podstawie obowiązujących przepisów ściąga pieniądze od nadawców telewizyjnych oraz operatorów kablowych i, jako podmiot będący beneficjentem przymusowych danin od przedsiębiorców, dysponuje właśnie groszem publicznym.
Otwarte pozostaje zatem pytanie, czy PISF koniecznie musiał dofinansować film, z którego nasz młody las może się dowiedzieć, że miejscem składania donosów do Gestapo był konfesjonał w kościele, zaś nasi partyzanci z czasów Drugiej Apokalipsy generalnie i przede wszystkim byli zainteresowani pozyskaniem studzącego popęd seksualny bromu, a będąca ich udziałem kondycja ideowa jeżeli predysponowała ich w ogóle do jakiejś akcji zaczepnej, to chyba jedynie na najbliższą aptekę w celu zdobycia owego specyfiku. Zwłaszcza, że polskie oddziały partyzanckie z tamtych dni mają jednak pewien, nieznany szerszemu gremium dorobek bojowy i może warto byłoby, angażując grosz publiczny w filmowy portret leśnych, kompletnie od tego dorobku nie abstrahować w imię opacznie realizowanego hasła demitologizacji, czy żeby to powiedzieć mądrzej i ładniej: dla pokazania nagiej prawdy o człowieku w czasie tak bardzo ponurym, jak wojna.
Podobnie zasadnie zapytać można o powód dofinansowania przez PISF ekranizacji spaczonej kreacji rzekomych realiów współczesnej wsi podlaskiej i wplecionej w tę kreację, równie specyficznej wizji reżyserskiej stanowiącej luźne nawiązanie do tragicznych zdarzeń w Jedwabnem z lata 1941 roku. Próba odpowiedzi na te pytania nieuchronnie wpędziłaby mnie w obszar polityki, historycznej, ale jednak, a w tym szkicu chcę być od niej jak najdalej. Zatem pozostawmy je bez odpowiedzi i wróćmy do wątku głównego.
Otóż np. moja krytyczna krótka refleksja na temat filmu „Obława”, do lektury której bezczelnie zachęcam, bynajmniej nie oznacza specjalnego uznania dla takich obrazów, jak „Czas honoru”. Sądzę, a nawet więcej: jestem tego pewny, że pomiędzy dwoma przeciwstawnymi biegunami – z których, przyjmijmy, jeden wyznaczony jest przez „Obławę”, zaś drugi przez „Czas honoru” – pozostaje całkiem spora przestrzeń, która może i powinna zostać wypełniona interesującą i w miarę bliską prawdzie życia treścią. Józef Mackiewicz, autor dwóch moich zdaniem najwybitniejszych powieści wojennych w literaturze polskiej („Lewa wolna” i „Nie trzeba głośno mówić”), którego nie sposób zasadnie posądzić o jakąkolwiek cukierkowatość czy łatwe uproszczenia w opisach czynów ludzkich i splotów ludzkich losów w czasach historycznie trudnych, swoje credo pisarskie sformułował w następujący sposób:
"Dlaczego powieść oparta być musi koniecznie na fikcji? Sądzę, że może być bardziej ciekawa, gdy oparta jest na prawdzie."
A uzupełnił je w następujący sposób:
"Jestem za ścisłością, gdyż jedynie prawda jest ciekawa. Ale jednocześnie prawda jest z reguły bardziej wielostronna i bogata, i bardziej barwna niż wykoncypowane jej przeróbki. (…) Prawda bywa też z reguły bardziej wstrząsająca, bardziej poruszająca czy bardziej podniecająca, bardziej sensacyjna i bardziej kryminalna od wymyślonych sensacyjnych i kryminalnych powieści. Zupełnie nie widzę powodu odbiegania w twórczości od prawdy historycznej, ażeby wywołać zamierzony efekt prawdy historycznej. (…) Dlaczego w takim razie – słyszałem – nie ograniczyć się do samego dokumentu? Po co stosować formę powieściową na przydatek? Mnie się zdaje, że po to, aby oddać właśnie tej prawdy całość. Bo jakże w innej formie przedstawić nie tylko rzeczy, ale wyrazić sferę duchową (Geist), emocjonalną minionych zdarzeń, która bywa nie tylko drugą połową prawdy dokumentalnej, ale czasem ważniejszą. Tego nie zastąpi najbardziej precyzyjny, ale suchy zestaw faktów (…) forma powieściowa jest, moim zdaniem, po to by uzupełniać, ale nigdy by zniekształcać prawdę."
Jak sądzę, tę znakomitą myśl wybitnego pisarza polskiego można z pełnym powodzeniem przenieść na grunt X Muzy, i odnieść ją zwłaszcza do filmów, których twórcy za tło fabuły wybierają historię.
Tak czy inaczej, uważam, że jeśli uznajemy „Obławę” za wyznacznik dobrych standardów opisu językiem filmu kondycji naszych zbrojnych przodków z „czasów nadaremnych”, to po pierwsze, zacznijmy od razu wszyscy prenumerować „Gazetę Wyborczą” i „Politykę”, ogłośmy wszem wobec, że łamy tych tytułów to krynica dogmatów o naszej historii najnowszej, zresztą o innych sprawach również, i dajmy sobie spokój z hasłami typu pamięć pokoleniowa, bo o czym tu pamiętać i jaki etos pielęgnować; raczej uznajmy, że „niepamięć to dar”.
Z tą darowaną niepamięcią to oczywiście przesadzam, wszak zawsze pozostanie nam, całe szczęście, historia i etos „dąbrowszczaków”, „czerwonego harcerstwa”, „komandosów” i autorów listów otwartych do partii komunistycznej. Po drugie, co równie istotne, zrezygnujmy z poważniejszych wymogów wobec rodzimej sztuki filmowej. Polskie kino z historią w tle niech obsługują, ku satysfakcji nas wszystkich, dzieła takie jak „Różyczka”, „Obława”, „Pokłosie”, za chwilę pewnie „Wałęsa” (kapitalną analizę scenariusza tego filmu popełnił Sławomir Cenckiewicz, patrz – wPolityce.pl: Naprawdę tak nie było. Sławomir Cenckiewicz o scenariuszu Janusza Głowackiego do filmu Wajdy o Lechu Wałęsie). Oklaskiwany wspólnie przez krytyków i widzów wysoki standard polskiej komedii niech dalej wyznaczają filmy typu „Ryś”, zaś o współczesnym człowieku niech opowiadają, przy powszechnym aplauzie, takie obrazy jak „Sponsoring”.
I tak już niewielu tylko wie, czego smutnym przejawem jest dla mnie praktycznie jednogłośny zachwyt nad „Obławą”, że filmy o sprawach jednocześnie interesujących i trudnych, np. o postawach ludzkich w warunkach wojny, można i należy robić zasadniczo inaczej i istotnie lepiej; znacznie bliżej prawdy życia, a tym samym również o wiele ciekawiej.
W każdym razie, ubiegłoroczną galę wręczenia nagród „Orłów” prowadził Maciej Stuhr. Ponieważ w tym roku zanosi się na spektakularny sukces filmów dotykających naszej historii, mam gorący apel do organizatorów, żeby w żadnym wypadku nie oddali prowadzenia tegorocznej uroczystości wręczenia statuetek „Orłów” w inne ręce. Nikt nie jest bowiem bardziej godny, czego świetnym dowodem są ogłoszone niedawno przez tego aktora rewelacje faktograficzne, znakomicie i dogłębnie demitologizujące forsowaną dotychczas przez historyków wersję wydarzeń z pola bitwy pod Cedynią, dostąpienia zaszczytu prowadzenia tego uroczystego wieczoru. Gali, która potwierdzi wysoką pozycję rodzimego kina z historią w tle, z historią opowiedzianą na miarę aktualnych możliwości naszych twórców filmowych i w sposób zgodny z dominującymi obecnie trendami kulturowymi.
Niewielką część niedługiego już czasu oczekiwania na uroczyste wręczenie tegorocznych nagród „Orłów” mam zamiar, o czym już wspominałem, zająć Wam, szanowni czytelnicy, opowieścią tyczącą czasów wojennych, choć formalnie powojennych. Treścią tej opowieści będzie historia kilku ludzi postawionych wobec granicznie trudnych wyborów. Przedstawię ją z taką ścisłością, na jaką mnie stać, bez brązowienia czy „demitologizacji”. Mam nadzieję, że kiedyś historia ta stanie się podstawą ciekawie opowiedzianej fabuły filmu kinowego. A wtedy moje śmieszne zmagania z obrazami typu „Obława” może staną się bardziej zrozumiałe. I podkreślam, zwłaszcza wobec amatorów „Obławy” (bo we wzajemne zrozumienie z amatorami „Pokłosia” jakoś nie wierzę, i po prawdzie wcale go nie poszukuję), że w opowieści, którą chcę przedstawić, nie chodzi wcale o detal historyczny. Jak sądzę, ona po prostu dość dobrze pokazuje, a takich historii w naszym kraju życie napisało setki, że nie brom był w tym wszystkim najważniejszy, nie brom.
NA
Punktem wyjścia do tej opowieści niech będzie list z lutego 1948 roku:
M.P. 3 lutego 1948 r.
Kochany Witeczku,
Niezmiernie jestem Ci wdzięczny za troskę nad moją rodziną, która na pewno powiększyła i tak niechude twoje kłopoty. Lecz gdyby Ci niesprawiło to zbyt wielkich trudności to byłbym bardzo rad, a tobie bardzo wdzięczny, gdyby żona z Martą mogła nadal zamieszkać u Ciebie. (…) Witeczku, Ty sobie tego niewyobrażasz jak ja pragnąłbym, ażeby z tobą mieszkali moi chłopcy, choć to stanowczo za dużo byłoby na twoją skłopotaną głowę. Nie wiem czy z tym wszystkim dałbyś sobie radę, bo chłopcy to na pewno strasznie żulują, a przeważnie Jędrek. Ale miałbyś dodatkowe zajęcie bo musiałbyś wszystkich porozstawiać po kątach i przynajmniej 2 godziny dziennie wywijać pasem, bo i twój Wićka pewno niezły nicpoń.
Witeczku widzę z twojego listu, że zaczynasz się trochę denerwować, radzę Ci nie przejmuj się bo szkoda nerwów, a wszystkich polityków posłać pod cholerę, bo mówię Ci oni guzik wiedzą, a tylko przewidują, a każdy polityk przewiduje inaczej, bo każdy z innego punktu widzenia(…) Co u nas to jest trudne do opisania, bo potrzeba by było pewnie ze dwa dni, ażeby Ci dokładnie opisać. Zatrzymaj dłużej Antosia to Ci opowie dokładniej. Święta mieliśmy w podskokach. Nie przypuszczasz nawet ile rzucili na nas wojska (K.B.W), ale wierzę teraz mocno, że walczymy za dobrą sprawę, bo Pan Bóg Witeczku z nami i wyprowadza nas stale z najgorszych i krytycznych sytuacji. Ile wojska i sprzętu rzucili przeciwko nam to naprawdę nie do uwierzenia i co z tego? Uderzają stale w próżnię i mszczą się ze złości na bezbronnej ludności cywilnej w straszliwy sposób terroryzując ją. Jakie są aresztowania to opowie Ci Antoś. Ja wyciągnąłem z tego wszystkiego wniosek, że oddział zbrojny cieszący się zaufaniem u szerokich mas społeczeństwa jest nie do pokonania, gdyż będzie zdolny uniknąć większych ciosów. Ostatnio zabraliśmy im radiostację, szyfry i rozkazy i wiemy teraz z kim mamy do czynienia, ale oni za to wściekli się zupełnie w swej bezradności i niewiedzą co mają robić i ostatnio szukają kontaktów i proszą, ażeby im oddać to tylko co zabraliśmy i oni do nas nic nie mają. (…) Z ostatniego zajścia był jeden zabity oficer w stopniu ppor. i dwóch żołnierzy rannych. Rannych kazałem porządnie opatrzyć zakładając opatrunki i oświadczyłem im, że nie na nich zrobiłem zasadzkę a na szpicla UB. Ranny który pozostał przy życiu (bo jeden zmarł) rozgadał to, że zaszła pomyłka, bo „Młot” do wojska nie strzela. (…)
Chciałbym bardzo ażebyś mógł przyjechać do nas choć na tydzień, a na pewno humor by Ci się poprawił. U nas zimy nie ma wcale, styczeń i do dziś to wiosna (…).
Jak Kukuś dobrze się czuje to niech przyjedzie z Antosiem, albo jak będziesz jechał to weź swojego Wićkę i Kukusia.(…). Pisz więcej co robi się w świecie i za dużo nie wiesz naszym politykom. Kończę i zasyłam serdeczne pozdrowienia Dance, Kukusiowi i małemu, a Tobie serdeczny żołnierski uścisk dłoni. Jednocześnie prześlij od nas wszystkich pozdrowienia żołnierskie panu Majorowi.Czołem, Władek

Jak łatwo się domyśleć, autor tego listu nie wrzucił go do skrzynki w urzędzie pocztowym, i też nie listonosz dostarczył list adresatowi. Podpisany pod listem Władek, to kpt. Władysław Łukasiuk „Młot”, od lutego 1946 r. zastępca, a od października 1946 r. dowódca odtworzonej na Podlasiu 6. Brygady Wileńskiej AK. Adresatem tego listu kpt. „Młota” był Lucjan Minkiewicz „Wiktor”, pierwszy dowódca ww. jednostki partyzanckiej (od chwili jej formalnego powstania w lutym 1946 r.).
Oddział Lucjana i Władka. Podlasie, kwiecień 1946 r. [kliknij w zdjęcie aby powiększyć]
Dalsza część tej opowieści przyjmie tonację mniej oficjalną, niech będzie, że ubiorę ją w formę bardzo wstępnego szkicu założeń scenariusza filmowego.
W początkach 1948 r. Władek na czele oddziału zmaga się z obławami komunistycznymi na Podlasiu, natomiast Lucjan mieszka we Wrocławiu. Ukrywa się tam, pod fałszywym nazwiskiem, wraz z ciężarną żoną Wandą (wcześniej sanitariuszką 5. a następnie 6. Brygady Wileńskiej AK, używającą pseudonimu "Danuta") i niespełna dwuletnim synkiem. Z oddziału w sposób formalny odszedł w październiku 1946 r., kiedy to z uwagi na zły stan zdrowia i skomplikowaną sytuację rodzinną otrzymał od wspomnianego w liście Władka do Lucjana „pana Majora” (chodzi oczywiście o mjra Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę” – przyp. GW.) bezterminowy urlop. Jednak nadal czuje się odpowiedzialny za zespół ludzki, którym dowodził, a który w powoli topniejącym składzie trwa nadal, pod komendą Władka, w oporze przeciwko terrorowi komunistycznemu, umykając kolejnym obławom przetaczającym się przez teren Podlasia. Ta odpowiedzialność, nie ukrywajmy, mocno mu ciąży. Wszak żyje prawie normalnie w podnoszącym się ze zniszczeń wojennym dużym mieście, którego ulicami jeżdżą samochody, a mieszkający w nim ludzie chodzą do kina, zaludniają kawiarnie itp. Widzi jak rośnie jego syn, z radością oczekuje na przyjście drugiego dziecka.
Ppor. Lucjan Minkiewicz "Wiktor" (1) z synem (2) i żoną Wandą (3).
A tu raz na jakiś czas w progu jego mieszkania, burząc spokój domowego ogniska, pojawia się, niczym przybysz z innej czasoprzestrzeni, wzmiankowany w liście Władka a zastępujący listonosza Antoś. Ppor. Antoni Wodyński „Odyniec”. Od 1945 r. w partyzantce antykomunistycznej, od czerwca 1946 r. w żandarmerii 6. Brygady Wileńskiej AK, od 1947 r. łącznik pomiędzy Władkiem a Lucjanem; jeden z najbardziej zaufanych podkomendnych Władka. Dostarcza Lucjanowi okresowe raporty i meldunki od Władka. Wraz z listem z lutego 1948 r. Antoś przywozi Lucjanowi, obok dokumentów sporządzonych przez Władka – mężnego żołnierza, także nieśmiałą prośbę Władka – troskliwego ojca o wsparcie dla jego żony w opiece nad dziećmi, zwłaszcza niesfornymi chłopcami (obu chłopców Władka mam zaszczyt znać, a z Jędrkiem łączą mnie relacje, które nieco uzurpatorsko określam mianem przyjacielskich – przyp. GW). Musicie wiedzieć, szanowni czytelnicy, że żona Władka, Jadwiga, w obawie przed zemstą komunistów za działalność męża, w trosce o bezpieczeństwo dzieci i własne wyjechała z rodzinnego Podlasia i przebywa we Wrocławiu. Utrzymuje kontakt z Lucjanem i Wandą, przez pewien czas nawet mieszka z nimi wraz z córką Martą. Chłopcy Władka przebywają pod opieką dalszej rodziny. Stąd kierowana do Lucjana prośba Władka o wsparcie Jadwigi w opiece nad dziećmi. 
Lucjan z żoną Wandą "Danutą"
Może jestem w błędzie, ale mnie się zdaje, że już z tej, lekko tylko zarysowanej i krótkiej, sekwencji zdarzeń dotyczących Władka i Lucjana – ludzi znajdujących się w ekstremalnie trudnej sytuacji, ludzi, którzy jeszcze żyją, choć z wyroku historii są już martwi, da się wydobyć takie bogactwo napięcia i prawdziwych (niewydumanych) emocji i rozterek, że wystarczy ręka w miarę zdolnego scenarzysty a bardzo ciekawa i dramatyczna siatka faktograficzna tej historii zostanie uzupełniona równie interesującą, co w świetle prawdy życia prawdopodobną sferą duchową, sferą emocjonalną, o której pisał Józef Mackiewicz. I mamy świetny scenariusz filmowy. Jego podstawowe założenia odnośnie głównych postaci męskich, o których więcej za chwilę, widzę następująco: obaj – Władek i Lucjan – to troskliwi ojcowie i kochający mężowie. Bardzo pragną zapewnić swoim pociechom i kobietom, to czego nie ze swej winy zapewnić im nie mogą: bezpieczeństwo. Wydaje się na pozór, że ich aktualna sytuacja życiowa jest diametralnie różna, a w rzeczywistości jest ona przecież tożsama. Obaj są w matni. I trzeci z nich: Antoś – również, jak Władek i Lucjan, poszukiwany przez UB; dzielny partyzant i łącznik pomiędzy dwoma światami: światem trwającej jeszcze walki i światem pozornego spokoju, który zapowiada wyłącznie śmiertelną ciszę… Jeszcze tylko sprawna ręka reżysera, zainteresowanie producentów i… wróćmy na ziemię, do polskiej rzeczywistości.
Refleksja w związku Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych – część 2/2>
Strona główna>











