OPERACJA "LAWINA" – UBecka zbrodnia bez precedensu – część 2

Likwidacja

Przebieg transportów
oraz bezpośrednie okoliczności zabójstwa członków
zgrupowania "Bartka" nadal pozostają nieznane. Pewny jest
jedynie fakt, że na Śląsku Opolskim doszło do zamordowania,
według szacunkowych danych, co najmniej 90-100 osób.
Dotychczasowe ustalenia wskazują na dwa domniemane miejsca masowych
mordów żołnierzy "Bartka", znajdujące się na
Opolszczyźnie: okolice tzw. zameczku Hubertus, położonego między
miejscowościami Dąbrówka i Barut (obecnie na granicy
powiatów gliwickiego i strzeleckiego) oraz okolice Łambinowic
(obecnie powiat nyski). Nie można wykluczyć, że tych miejsc było
więcej.

W pobliżu zameczku
Hubertus, okoliczni mieszkańcy zauważyli nadjeżdżające w nocy 25
na 26 września auta, a rano ogromny wybuch. Słychać było strzały
i krzyki, ale teren był otoczony przez kilka dni. Gdy obstawa
wyjechała, odnajdywali w tym miejscu strzępy ciał. Gajowym był tu
znajomy „Bartka” z okolic Bielska i to on go zawiadomił o
zdarzeniu. Henryk Flame przyjechał do Hubertusa po amnestii w 1947
roku. Jak relacjonowała jego kochanka, która mu towarzyszyła,
„Bartek” poszedł z gajowym w głąb lasu i nie było go
kilkadziesiąt minut. Gdy wrócił, był wstrząśnięty i
słowa nie powiedział.

Za w pełni wiarygodne
informacje nie mogą uchodzić zeznania jednego z funkcjonariuszy UB
Jana Fryderyka Zielińskiego, w 1946 r. referenta PUBP w Cieszynie,
który miał być bezpośrednim, aczkolwiek – jak sam zeznał –
biernym obserwatorem eksterminacji żołnierzy, dokonanej rzekomo
przez grupę UB i kilkudziesięciu Rosjan. Nieznany jest żaden
dokument władz bezpieczeństwa, opisujący faktyczny przebieg akcji.
Z zeznań przez niego
złożonych wynika, że był świadkiem egzekucji około 69 członków
NSZ ze zgrupowania „Bartka”, których przywieziono z
terenów Podbeskidzia dwoma samochodami Ministerstwa Górnictwa
w okolice Łambinowic (woj. opolskie), w pobliże znajdującego się
tam wówczas poniemieckiego lotniska wojskowego. Przywiezionych
ludzi "Bartka" umieszczono w bliżej nieustalonym budynku (określanym
przez świadka jako budynek z nieotynkowanej cegły) na terenie
posiadłości ziemskiej. Przed przyjazdem samochodów lekarz z
Polikliniki na etacie UB wstrzykiwał do butelek z wódką
środek odurzający. Następnie tak przygotowany alkohol podano
przywiezionym członkom NSZ, po czym następnego dnia rano do
budynku, w którym oni spali wrzucono granaty ogłuszające.
Następnie ogłuszonych członków NSZ rozbierano, prowadzono
nad wykopany wcześniej dół i tam strzałem w tył głowy
pozbawiano życia.
W dalszej kolejności do
dołów ze zwłokami zastrzelonych wrzucono tabliczki
identyfikacyjne żołnierzy radzieckich i polskich w ilości
odpowiadającej ilości ciał. Egzekucji mieli dokonywać Rosjanie, a
będący na miejscu funkcjonariusze UB stanowili jedynie obstawę
terenu. Ponadto z treści zeznań J. Zielińskiego wynika, iż z
opowiadań kolegów dowiedział się, że następna grupa
żołnierzy NSZ ze zgrupowania "Bartka" została zamordowana w ten
sposób, iż umieszczono ich w uprzednio zaminowanym baraku,
który wysadzono w powietrze.

Z wszystkich transportów
prawdopodobnie ocalał zaledwie jeden członek zgrupowania. Według
jego relacji uczestnicy wyjazdu na punkcie przeładunkowym
umieszczeni zostali w jakimś budynku (myśliwskim zameczku lub
poniemieckiej szkole) w pobliżu lasu nad jeziorem. Atak nastąpił w
nocy, po kolacji suto zakrapianej alkoholem. Do pomieszczeń najpierw
wrzucono granaty, następnie wywiązała się strzelanina, podczas
której dobito rannych. W ten sposób mógł być
wymordowany jeden z trzech transportów.

Istnieją również
znaczne rozbieżności dotyczące miejsc i dat wyjazdów. Nie
było jednego, głównego punktu koncentracji zgrupowania, a
załadunek sprzętu i ludzi odbywał się w różnych
miejscach. Cała akcja, która trwała prawdopodobnie od 5 do
25 września 1946 r., przeprowadzona została więc z opóźnieniem
i odbiegała od założeń „Planu likwidacji »B «”.
Liczba osób wyjeżdżających w poszczególnych
transportach różniła się od planowanej. Problemy natury
organizacyjnej dotyczyły przede wszystkim załadunku ludzi. Podczas
całej akcji kilkanaście osób niejako „przy okazji”
zostało zatrzymanych i postawionych przed Wojskowym Sądem Rejonowym
w Katowicach, który wydał następnie w ich sprawach kilka
wyroków śmierci, wykonanych w grudniu 1946 r.


Zdjęcie wykonane po amnestii 1947 r. Henryk Flame „Bartek”
(pierwszy od prawej) wraz ze swoimi żołnierzami
(od lewej: Gustaw Matuszny, ps. „Orzeł Biały”, N.N., Stanisław Włoch, ps. „Lis”).

Doszło również
prawdopodobnie do kilku przypadków "pojedynczych"
morderstw na żołnierzach "Bartka", jak i na nim samym. W
marcu 1947 roku kpt. Flamme „Bartek” ujawnia się w ramach
kolejnej amnestii wraz z częścią swoich żołnierzy. W dniu 1
grudnia 1947 roku ginie od skrytobójczej kuli milicyjnej w
restauracji w Zabrzegu koło Czechowic-Dziedzic.


Zwłoki kpt. "Bartka"
skrytobójczo zastrzelonego przez milicjanta w barze w
Zabrzegu.

Odpowiedzialni

Wobec braku źródeł
nie można ciągle jednoznacznie ustalić faktycznych celów
przedstawionej prowokacji zorganizowanej przez władze
bezpieczeństwa. Bez odpowiedzi pozostaje pytanie, czy od samego
początku brano pod uwagę likwidację zgrupowania polegającą na
zbiorowym zabójstwie, czy też organizatorzy i wykonawcy jako
likwidację rozumieli ujęcie i osądzenie wszystkich członków
zgrupowania, licząc się z ewentualnymi ofiarami śmiertelnymi.
Bezpośrednio wiąże się z
tym zasadnicze pytanie, kto wydał rozkaz zamordowania żołnierzy.
Czy było to z góry zaplanowane działanie, czy też decyzję
podjęto już w trakcie akcji? Kto był bezpośrednim sprawcą
masowego zabójstwa? Wendrowski, kluczowa osoba w całej
operacji, na prawdopodobnych sprawców odpowiedzialnych za
rozkaz zabicia żołnierzy "Bartka" wskazywał swych
przełożonych – wiceministra Romana Romkowskiego oraz kierownika
Wydziału III Departamentu III MBP mjr. Władysława Śliwę, a
szefostwo WUBP w Katowicach (w tym szczególnie zastępcę
szefa WUBP kpt. Marka Finka) odpowiedzialnych za wykonanie akcji.
Przy rozpatrywaniu
odpowiedzialności kierownictwa WUBP warto wspomnieć o dokonanej
przy współudziale Wendrowskiego na początku sierpnia 1946 r.
likwidacji grupki ośmiu "spalonych" żołnierzy z
Rzeszowszczyzny. Podając się za "kpt. Lawinę z Centrali"
funkcjonariusz UB polecił im dokonanie przerzutu na ziemie
zachodnie. Za stronę organizacyjną tej akcji odpowiadał WUBP w
Katowicach, choć Wendrowski również zajmował się stroną
techniczną działań, m.in. przygotowaniem samochodów do
transportu. W tym przypadku nie dokonano fizycznej likwidacji całej
grupy (zastrzelono "tylko" stawiających opór), lecz
"jedynie" aresztowań w majątku WUBP koło Nysy, z
ofiarami śmiertelnymi niejako "przy okazji". W ten sam
sposób, bez fizycznej eksterminacji ludzi – jeśli wierzyć
późniejszym zeznaniom Wendrowskiego – miała przebiegać
likwidacja zgrupowania "Bartka".
Warto zwrócić uwagę,
że w czasie stosunkowo niewielkiej akcji przerzutu żołnierzy z
Rzeszowszczyzny Wendrowski zajmował się także bezpośrednio
organizowaniem i stroną techniczną transportu. Mało wiarygodne
wydają się więc jego zeznania, że w trakcie operacji ze
zgrupowaniem "Bartka" "nie został – jak zeznawał –
poinformowany o miejscu, terminie i sposobie likwidacji", tym
bardziej że jego wyjaśnienia składane w latach dziewięćdziesiątych
nie potwierdzają się w konfrontacji ze źródłami z roku
1946.

Nie ulega wątpliwości, że
w przebieg gry operacyjnej bezpośrednio zaangażowany był
wiceminister Romkowski, który wydawał dyspozycje w sprawach
pośrednio związanych z samą likwidacją zgrupowania.
Charakterystyczny jest fakt, że w kwestii odpowiedzialności za
przeprowadzoną akcję Wendrowski nie wskazał na płk. Józefa
Czaplickiego, ówczesnego dyrektora Departamentu III MBP, który
– jak wiadomo – polecił mu nawiązanie kontaktu ze zgrupowaniem
"Bartka". Wendrowski niejednokrotnie kontaktował się z
Czaplickim latem 1946 r. podczas pobytów w Warszawie,
studiując m.in. schematy organizacyjne struktur podziemnych. Z
drugiej jednak strony znane do tej pory źródła nie
upoważniają do postawienia tezy, że Wendrowski czy też Czaplicki
byli bezpośrednio odpowiedzialni za masowe zabójstwo
żołnierzy "Bartka".
Niewykluczona jest wersja,
że decyzja o ich zamordowaniu, mogła zostać podjęta w ostatniej
chwili i była sprzeczna z przygotowanym wcześniej „Planem
likwidacji »B «”. Kto ją podjął – nadal nie wiadomo.

Na Opolszczyźnie wytypowano
trzy miejsca, gdzie mogą znajdować się zbiorowe mogiły żołnierzy
ze zgrupowania „Bartka”. Prokurator IPN-u Przemysław Piątek
zamierza sięgnąć do teledetekcji oraz fotogrametrii, by odczytać
zdjęcia lotnicze tego terenu i zrekonstruować jego wcześniejszy
układ. Potem wykorzysta georadar do zbadania gruntu. Dwie mogiły
mogą się znajdować na terenie dawnego folwarku niemieckiego.

Prokurator Piątek prowadzi
trzy śledztwa w tej zagadkowej sprawie. Jedno dotyczy wymordowania
żołnierzy „Bartka”, drugie – przestępstw śledczych, którymi
objęto pozostałych na Podbeskidziu partyzantów, a trzecie –
podżegania i pomagania przy zabójstwie Henryka Flame, który
zastrzelony został przez milicjanta 1 grudnia 1947 roku w
restauracji w Zabrzegu. Sprawcę sąd uznał za niepoczytalnego i
umieści w szpitalu psychiatrycznym. Stamtąd wkrótce wyszedł
i pracował w milicji na Opolszczyźnie. Podobno wpadł pod pociąg w
Czechowicach-Dziedzicach i podobno nie był to przypadek.

Na liście pokrzywdzonych
jest na razie 30 żołnierzy ze zgrupowania „Bartka”. On sam
mówił, że stracił 90 ludzi, którzy gdzieś
przepadli. Czy ktoś odpowie za tę śmierć? Wendrowski nie żyje,
podobnie jak agent UB Czesław Krupowies, który też wszedł w
struktury podziemia. Prokurator Piątek próbuje dotrzeć do
pracowników represyjnego Wojskowego Sądu Rejonowego w
Katowicach, który wydawał wyroki w sprawach politycznych i
m.in. umorzył sprawę zabójcy „Bartka”. Jego zdaniem
zabójca bezprawnie uniknął odpowiedzialności karnej.
Historycy i prokuratorzy
katowickiego IPN-u są coraz bliżej prawdy.

Opracowano na podstawie:
Tomasz Kurpierz, Likwidacja zgrupowania Narodowych Sił Zbrojnych
Henryka Flamego „Bartka” w 1946 roku – próba
rekonstrukcji działań aparatu bezpieczeństwa,
[w:] "Pamięć i
Sprawiedliwość", nr 1(5), warszawa 2004.

OPERACJA "LAWINA" – część 1>

Anglojęzyczna wersja tekstu (na stronie www.doomedsoldiers.com):
Operation "Avalanche", The UB Murder Without A Precedence. Annihilation of the NZS Armed Underground Units under command of Captain Henryk Flame "Bartek".>

Strona główna>

Uprowadzenie rodziny Bolesława Bieruta przez oddziały „Jastrzębia” i „Boruty”

17 lipca 1946
roku w zasadzkę urządzoną pod Chełmem przez oddziały antykomunistycznej
konspiracji Leona Taraszkiewicza (Jastrzębia) oraz Stefana Brzuszka
(Boruty) wpadła siostra ówczesnego prezydenta Bolesława Bieruta. Ten
mało znany, a niewątpliwie ciekawy epizod przypadkowego pojmania
rodziny Bieruta mówi wiele o rzeczywistych zachowaniach
antykomunistycznego podziemia na Chełmszczyźnie i w kraju.

17 lipca 1946 r. z Chełma do Lublina przyjechała siostra ówczesnego
prezydenta Bolesława Bieruta – Julia Malewska wraz z mężem Bolesławem.
Po krótkim pobycie, w czasie którego odwiedzili znajomych i zrobili
zakupy na targu, udali się następnego dnia w drogę powrotną. W tym
czasie operujące na Chełmszczyźnie połączone oddziały
antykomunistycznej konspiracji Leona Taraszkiewicza (Jastrzębia) oraz
Stefana Brzuszka (Boruty) w sile kilkudziesięciu ludzi (według danych
UB – 54) urządziły zasadzkę 18 km od Chełma. Zatrzymywały samochody
udając wojskową grupę kontrolną i to na tyle skutecznie, że według
specjalnego raportu szefa Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa
Publicznego w Lublinie Franciszka Piątkowskiego „z idącej kolumny
samochodów sowieckich żaden oficer nie domyślił się, że to są bandyci”.
O całej akcji aparat bezpieczeństwa dowiedział się przypadkiem – jeden
z funkcjonariuszy UB był świadkiem rozmowy skontrolowanego kierowcy.
Poinformowany o wszystkim szef WUBP w Lublinie nakazał wysłanie grupy
operacyjnej w celu sprawdzenia, kto przeprowadza kontrolę (wojsko czy
„bandyci”). Posłano 25-osobową grupę funkcjonariuszy UB i MO, na czele
której stanął szef PUBP w Chełmie Bolesław Rycerz. Od okolicznych
gospodarzy dowiedzieli się oni, że zatrzymano rodzinę Malewskich oraz
zarekwirowano jeszcze trzy inne samochody. Po krótkim pościgu oddział
Rycerza w obawie przed zasadzką zawrócił do Chełma.

Grzecznie prosimy

Podczas legitymowania przez „wojskową grupę kontrolną” Julia Malewska
poinformowała, że jest siostrą Bieruta. Przyniosło to oczywiście efekt
zgoła inny od oczekiwanego – partyzanci postanowili zabrać ze sobą
prezydencką rodzinę. W pierwszych godzinach, według późniejszych
relacji porwanych, obchodzono się z nimi „dość ostro”. Za to już
następnego dnia zaczęto traktować „bardzo grzecznie”. W „gościnie” u
partyzantów nie zabawili długo. Mogli poruszać się swobodnie po całym
obejściu, a nawet udawać się na brzeg lasu. Nieustannie towarzyszyła im
jakaś dziewczyna uzbrojona w pistolet TT. Do posiłków zasiadali razem.
Partyzanci z obstawy zachowywali się wobec jeńców z grzecznym
dystansem, ale dla przekory wymusili na nich, że rano przed śniadaniem
musieli odśpiewać „Kiedy ranne wstają zorze”, natomiast przed kolacją –
„Wszystkie nasze dzienne sprawy”. Już 21 lipca o świcie oddano
prezydenckiej rodzinie samochód, odprowadzono do szosy Chełm–Lublin i
wypuszczono. Przed zwolnieniem Julii Malewskiej wręczono jej list do
brata (Bolesława Bieruta – przyp. red.), który zawierał prośbę/żądanie
uwolnienia „aresztowanych rodzin ściganych politycznie”. Podobno
zobowiązała się ona w imieniu zatrzymanych, że „dołożą wszelkich starań
ze swej strony”, aby do tego doprowadzić. Charakterystyczne było
zachowanie Julii Malewskiej po uwolnieniu. Kategorycznie odrzuciła
propozycję złożenia zeznań przed funkcjonariuszami UB twierdząc, że
„opowie wszystko Prezydentowi”. Nie znamy przebiegu tej rozmowy. Wiemy
jednak, że – o ile oczywiście doszła do skutku – nie przyniosła żadnych
efektów dla rodzin „bandytów”.

Wielka obława

Powiadomiony następnego dnia rano o porwaniu szef WUBP w Lublinie
po konsultacji z dowódcą okręgu i szefem sztabu Wojsk Bezpieczeństwa
Wewnętrznego opracował plan operacji przeciwko partyzantom. Dzięki
agenturze uzyskano informację, że nocowali oni w miejscowości
Świerszczów. Postanowiono rozdzielić siły obławy. Pierwszą grupę
(szkołę WUBP i 25 funkcjonariuszy MO) wysłano do Macoszyna, gdyż
leśniczówka tam położona służyła za miejsce postoju dla oddziału
Boruty; grupę 150 żołnierzy WP do Świerszczowa w celu przeszukania
lasu, w którym nocowali partyzanci; grupę żołnierzy WBW do Rogóźna, a
ostatnią, złożoną z funkcjonariuszy UB i 49 Pułku Piechoty WP, do
Sosnowicy. Grupy te miały się następnie połączyć i okrążyć okolice
Wereszczyna, gdzie na miejscowych błotach miał kryjówki oddział Boruty.
W wyniku rewizji gajówki w Macoszynie odnaleziono pistolet KBK typu
Mauser, dubeltówkę i lufę do RKM. Zatrzymano gajowego i czterech innych
„podejrzanych osobników”. We wsi Hańsk została zatrzymana łączniczka
Jastrzębia, która „dała dalsze kontakty na wieś Dubeczno, Stary Majdan
i Bartoszycha”, gdzie zatrzymano dalsze trzy osoby. W nocy z 21 na 22
lipca przeprowadzono akcję we wsi Krasne, w wyniku której „zatrzymano
placówkę Jastrzębia pod dowództwem niejakiego Wodnickiego Czesława”. W
czasie śledztwa zeznał on, że oddział wraz z zatrzymanymi siedmioma
osobami znajduje się w kolonii Krasne, a porwani są przetrzymywani w
piwnicy mieszkania komendanta placówki Władysława Borysika (Krwawego).
Ponadto „wskazał miejsce magazynu broni i wydał do 100 ludzi z placówek
i band”. Nie jest jednak do końca pewne, czy to jego zeznania
doprowadziły obławę do miejsca, gdzie była przetrzymywana prezydencka
rodzina. Według innego raportu UB informację, że porwani członkowie
prezydenckiej rodziny przetrzymywani są w miejscowości Krasne, uzyskano
dzięki doniesieniom agenturalnym. Jeszcze inną wersję podaje w swoich
zapiskach z 1950 r. brat Jastrzębia Edward Taraszkiewicz (Żelazny):
„Przyczyną zdrady miał być jeden z tych ludzi aresztowanych w
przeddzień wypadku na zabawie w pobliskiej wsi Uścimów Nowy”.

Nie wiadomo, która z tych wersji jest prawdziwa. W każdym razie 22
lipca w godzinach popołudniowych przeprowadzono operację w kolonii
Krasne. W czasie walki zginęło dwóch partyzantów – Mieczysław Sawicki
(Kruk) oraz Tadeusz Garłoch (Zimny). Według relacji zatrzymanego
wówczas innego żołnierza tego oddziału Władysława Kobylańskiego (Jeża)
(w materiałach UB przypisywany jest mu pseudonim Jerzyk) ciężko ranny
Sawicki przed śmiercią został poddany przesłuchaniu, a następnie dobity
strzałami w tył głowy. Łącznie z Kobylańskim zatrzymano piętnaście
osób, w tym Władysława Borysika wraz z rodziną. Kobylański zeznał, że
rodzina Bieruta rzeczywiście była przetrzymywana w domu Borysika, ale
że została zwolniona w nocy z 20 na 21 lipca. Ponadto uzyskano od niego
dane o liczebności oddziału Jastrzębia (18 osób) i Boruty (22 osoby), a
także informację, że oddział udał się w kierunku wsi Krzczeń. W wyniku
operacji w tej miejscowości zabito członka oddziału Uskoka –
Mazowieckiego (Murzyna). Ogółem, jak wynika z raportu specjalnego szefa
PUBP we Włodawie Mikołaja Oleksy, w czasie obławy (w dniach 21–23
lipca) „zostało zabitych bandytów z bronią w ręku 4-ry osoby,
zatrzymanych faktycznych bandytów 16-tu, wszystkich zatrzymanych 49
osób”.

Po uwolnieniu prezydenckiej rodziny szef WUBP w Lublinie Franciszek Piątkowski w

swym raporcie specjalnym wyraził obawę, iż „rodzina Prezydenta
znalazła się w otoczeniu wrogów”. Do takich wniosków skłonił go po
pierwsze fakt, że prezydencka rodzina nie korzystała z ochrony organów
Bezpieczeństwa. Po drugie – dziwne zachowanie zawiadowcy stacji, który
rano w dniu uwolnienia porwanych zgłosił się wraz z synem Malewskiej
Romanem do WUBP i zadawał „tajemnicze pytania” (wyraził przekonanie, że
prezydencka rodzina nie zostanie zamordowana i pytał, co ma zrobić w
przypadku, gdy „bandyci zwrócą się do niego z jakąś propozycją”).

Piątkowskiemu podejrzane wydało się również zachowanie szwagierki
Wacława Malewskiego Berty Sadz. Otóż miała ona w czasie przesłuchania
zachowywać się „tak, jakby ją nic nie obchodziło porwanie”. Ponadto
kilka miesięcy wcześniej została zatrzymana na podstawie skierowanego
do niej listu przechwyconego przez UB. W liście tym „przywódca bandy z
Pomorza” chwalił się zabijaniem funkcjonariuszy UB i członków Polskiej
Partii Robotniczej. Na jej niekorzyść przemawiał również fakt, iż
„miała ona [w czasie wojny] restaurację tylko dla Niemców”. Szefowi
WUBP przyszło nawet na myśl, że Wacław Malewski wyjeżdżając z Chełma
mógł zabrać ze sobą „większą ilość złota i kosztowności” i zadawał
sobie pytanie, czy „środowisko, w jakim się znajduje nie zapragnęło go
[złota] posiąść”.

W innym piśmie, skierowanym do ministra bezpieczeństwa
publicznego, szef PUBP w Lublinie pozwolił sobie nawet na „zwrócenie
uwagi na ludzi, którzy kręcą się wokół krewnych ob. Prezydenta, gdyż
łatwowierność ob. Prezydenta może przynieść szkodę”. Nic dziwnego, że
jego przełożeni nie wiedzieli, co z takim raportem zrobić!

Tymczasem wszystko wskazuje, że nikt nie urządził zasadzki na
prezydencką rodzinę, lecz na samochody UB, którymi byli przewożeni
aresztowani w Siedliszczu ludzie podziemia.

Prezydencie, uwolnij

17 sierpnia 1946 r. został zlikwidowany oddział Boruty. Na początku
następnego roku został ciężko ranny w niewyjaśnionych do dziś
okolicznościach Leon Taraszkiewicz (Jastrząb). Zmarł w trakcie
transportu do lekarza. Nie przeżył go drugi z dowódców oddziału, który
porwał prezydencką rodzinę – Stefan Brzuszek (Boruta). W czasie
likwidacji swego oddziału, otoczonego przez grupę operacyjną UB-KBW we
wsi Kulik, popełnił samobójstwo. Przy jego zwłokach odnaleziono
oświadczenie podpisane przez porwanych (niestety, nie zachowało się
najprawdopodobniej w aktach b. Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego)
oraz pismo skierowane przez „grupę partyzancką” do Bieruta
Oto ono:

„Zatrzymaną
rodzinę Pańską wypuszczamy na wolność całych i zdrowych. Gdybyśmy
chcieli zastosować wobec rodziny Pana metody jakie stosuje Urząd
Bezp[ieczeństwa] Publ[icznego] wobec rodzin aresztowanych politycznie
Polaków – winniśmy rodzinę Pańską zmasakrować, powybijać zęby, wyłamać
ręce. Nie zrobimy tego, nam obce są bestialstwo i rozpasanie, nie
zatraciliśmy etyki chrześcijańskiej, walczymy tylko z tymi, którzy mają
umazane ręce w niewinnej krwi bratniej. My nie chcemy przelewu krwi
bratniej, a do tego rozpaczliwego kroku pcha Urząd Bezp[ieczeństwa]
Publ[icznego]. Wypuszczamy Pańską rodzinę na wolność – nie żądając za
to nic – uważamy jednak, że podobnie postąpi Pan Panie Prezydencie i
każe Pan zwolnić aresztowane rodziny ściganych politycznie”.




Kontrastuje ono ze stwierdzeniem syna Bolesława Bieruta Jana
Chylińskiego, który w biografii swego ojca pisał o „działalności
terrorystycznej zbrojnego podziemia”, mordującego bezlitośnie swych
przeciwników politycznych „nawet za sam udział w zabawach świątecznych
– bo były to święta nie uznawane przez opozycję”. Chyliński pisze, że
„spora część dokonanych zabójstw posiadała znamiona okrucieństwa,
niekiedy wręcz szokującego. Musiały być dziełem ludzi przesiąkniętych
ślepą nienawiścią, a czasem nawet po prostu psychopatów”.

Ale nawet włos z głowy nie spadł jego ciotce i jej rodzinie.

Artykuł ukazał się w tygodniku Polityka, nr 33/2003 (2414)

Mjr Hieronim Dekutowski "Zapora" (1918 – 1949) – część 1

W czasie
niemieckiej okupacji cichociemny, bronił ludność Zamojszczyzny przed
represjami, a jako szef Kedywu AK w Inspektoracie Lublin-Puławy
przeprowadził 83 akcje bojowe i dywersyjne. Po wojnie jeden z
najsłynniejszych bohaterów antysowieckiej partyzantki. Najbardziej
znany i poszukiwany przez szwadrony NKWD i UB żołnierz Lubelszczyzny.
Podczas próby przedostania się na Zachód, wskutek zdrady, aresztowany.
Po trwającym ponad rok, brutalnym śledztwie, skazany na karę śmierci i
7 marca 1949 r., wraz z sześcioma podkomendnymi stracony w katowni
bezpieki na ul. Rakowieckiej w Warszawie. W Lublinie, z inicjatywy
Fundacji "Pamiętamy", związanej z Ligą Republikańską, odsłonięto
niedawno pomnik "Zapory".

WYBITNY DOWÓDCA

Hieronim Dekutowski urodził się 24 września 1918 r. w Tarnobrzegu.
Harcerz drużyny im. Jana Henryka Dąbrowskiego, członek Sodalicji
Mariańskiej. Ochotnik wojny obronnej 1939 r., 17 września przekroczył
granicę z Węgrami i został internowany. Uciekł z obozu i przedostał się
do Francji, gdzie walczył z Niemcami w ramach PSZ, ewakuowany następnie
do Anglii. W marcu 1943 r. zaprzysiężony jako cichociemny przyjął
pseudonim "Zapora" i "Odra". W nocy z 16 na 17 września 1943 r., w
ramach operacji o kryptonimie "Neon 1", został zrzucony do Polski na
placówkę "Garnek" 103 (okolice Wyszkowa). Lot z Anglii Halifaxem BB-378
"D", należącym do Dywizjonu RAF trwał 12 godzin i 30 minut (poprzednia
próba z 9/10 września nie udała się z powodu niskich chmur i braku
paliwa w samolocie; część Halifaxów z polskimi skoczkami zestrzelili
Niemcy).

Początkowo Dekutowski dowodził oddziałem AK w Inspektoracie
Zamość, broniąc ludność Zamojszczyzny przed wysiedleniami. W styczniu
1944 r. mianowany szefem Kedywu AK w Inspektoracie Lublin-Puławy.

Władysław Siła-Nowicki, powojenny przełożony Dekutowskiego, w
swoich wspomnieniach zapisał: "Wkrótce zyskał opinię wybitnego dowódcy.
Cechowała go odwaga, szybkość decyzji a jednocześnie ostrożność i
ogromne poczucie odpowiedzialności za ludzi. Znakomicie wyszkolony w
posługiwaniu się bronią ręczną i maszynową, niepozorny, ale obdarzony
wielkim czarem osobistym umiał być wymagający i utrzymywał żelazną
dyscyplinę w podległych mu oddziałach, co w połączeniu z umiarem i
troską o każdego żołnierza zapewniało mu u podkomendnych ogromny mir.
Nazywali go »Starym«, choć nie miał jeszcze trzydziestu lat".

Ok. 200-osobowe oddziały podległe "Zaporze" przeprowadziły 83 akcje bojowe i
dywersyjne. Brał udział w akcji "Burza" na Lubelszczyźnie, po czym
bezskutecznie próbował iść na pomoc walczącej Warszawie.

WDZIĘCZNOŚĆ UBEKA

Po wejściu Sowietów Dekutowski nie ujawnił się. Poszukiwany przez
NKWD i UB, ukrywał się na dawnych AK-owskich kwaterach. Dlaczego nie
złożył broni?

Bohdan Urbankowski w książce "Czerwona msza" napisał: "Zaczęło się
od tego, że czterej żołnierze »Zapory«, mieszkający w okolicach Chodla,
zostali zaproszeni na tamtejszy posterunek. Dowódca posterunku MO/UB,
Abram Tauber, był uratowanym przez jednego z nich Żydem, kilkakrotnie
znajdował przytulisko w melinach »Zaporczyków«, po wejściu Rosjan
został szefem UB w Chodlu. AK-owcy mogli spodziewać się jakiejś
wdzięczności, tymczasem Tauber kazał ich wszystkich powiązać i
własnoręcznie, jednego po drugim, zastrzelił. W odwecie Dekutowski
rozbił posterunek w Chodlu. Data tego ataku – noc 5/6 lutego 1945 –
oznacza początek Powstania Antysowieckiego na tych terenach".

Wkroczenie Sowietów oznaczało masowe represje i mordy na Polakach,
szczególnie żołnierzach AK. Jeśli uniknęli wywózki na Sybir, trafiali
do katowni UB na Zamku Lubelskim (gdzie, prócz innych morderców,
działał m. in. ścigany dziś przez Instytut Pamięci Narodowej Salomon
Morel). "Zapora" nie mógł stać z boku. Walce o wolną Ojczyznę poświęcił
nawet prywatne życie. Ukochanej narzeczonej powiedział: "Idę do lasu,
nie wiem, czy przeżyję, nie możemy być razem". W odpowiedzi na
komunistyczny terror stworzył poakowski oddział samoobrony (liczący,
podobnie jak w czasie niemieckiej okupacji, ok. 200 osób), który
dokonał szeregu brawurowych akcji odwetowych przeciwko NKWD, UB, KBW i
MO.

"TRZĘŚLI" LUBELSZCZYZNĄ

Latem 1945 r., na rozkaz dowództwa, po ogłoszonej przez "ludową"
władzę amnestii rozwiązał oddział (część jego żołnierzy ujawniła się).
Sam, uważając amnestię za oszustwo i podstęp, wraz z kilkoma
podkomendnymi chciał przedostać się na Zachód, ale grupa została
rozbita przez UB pod Świętym Krzyżem w Górach Świętokrzyskich. Wkrótce
ponowili próbę – tym razem, po przejściu "zielonej granicy", dopadła
ich czeska bezpieka. "Zapora" dotarł do Pragi, ale nie znając dalszej
trasy (w ambasadzie USA nie chcieli mu pomóc, twierdząc, że zajęte
przez Sowietów Czechy to demokratyczny kraj) wrócił do kraju z grupą
repatriantów. Na Lubelszczyźnie, jako najwybitniejszemu dowódcy,
podporządkowała mu się większość oddziałów i wszedł w skład
powstającego właśnie Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość (WiN). Znów
prowadził akcje obronne i zaczepne przeciw komunistom, zadając im
znaczne straty.

Dlaczego "Zaporczycy" byli dla bezpieki szczególnie niebezpieczni?

Władysław Siła-Nowicki: "Około dwustu-dwustu pięćdziesięciu ludzi o
wysokim poziomie ideowym, dobrze uzbrojonych i wyszkolonych,
utrzymywanych w dyscyplinie »trzęsło« połową województwa. Stan ten
przypominał pewne okresy powstania styczniowego, gdy władza państwowa
ustabilizowana była jedynie w dużych ośrodkach, zaś w terenie istniała
tylko iluzorycznie. Oczywiście partyzantka opierała się na pomocy
miejscowej ludności ogromnej większości wsi, udzielającej ofiarnie
poparcia, kwater i informacji".

Rafał Wnuk w książce "Lubelski Okręg AK-DSZ-WiN 1944-1947" pisze,
że oddziały Dekutowskiego "rozbudowały swą siatkę od Lubartowskiego na
północy do Tarnobrzeskiego na południu i od Zamojszczyzny po wschodnią
Kielecczyznę". Pomoc "Zaporczykom" niósł klasztor w podlubelskiej
Radecznicy, gdzie odbywały się również narady dowódców.

DWA RAPORTY

Z raportu Iwana Sierowa, gen. NKWD, szefa Smierszu (16 IV 1945 r.):
"Grupa uzbrojonych bandytów, licząca 11 osób, dokonała napadu na
oddział banku w Lublinie, skąd zrabowała 200 000 złotych. Znajdujący
się tam podczas napadu naczelnik pierwszej sekcji Urzędu Bezpieczeństwa
Publicznego województwa lubelskiego porucznik Kulwaniewski stawił
rabusiom opór i został zabity". W rzeczywistości oddział "Zapory"
zabrał 1.170 tys. zł, pierwsza sekcja WUBP w Lublinie była tą najgorszą
– śledczą, a Antoni Kulwaniewski był członkiem WKP(b), oficerem Armii
Czerwonej i LWP, absolwentem szkoły funkcjonariuszy bezpieczeństwa w
Kujbyszewie.

W ramach odwetu za akcję Dekutowskiego sowieci aresztowali 43
osoby, z czego 13 skazali na karę śmierci i stracili w podziemiach
Zamku Lubelskiego.

W innym raporcie, sporządzonym przez lubelski okręg WiN (III 1946
r.), czytamy: "Urzędy bezpieczeństwa działają pod wyłącznym
kierownictwem NKWD. W działalności swojej posługują się podstępem. W
końcu marca grupa cywilna UB, występująca jako grupa dywersyjna AK,
powołując się na »Zaporę«, zażądała kontaktu na komendanta placówki w
Chodlu, lecz zapytani, zorientowawszy się w porę, podstęp udaremnili.
Grupa ta udała się następnie do Bełżyc, gdzie ułatwiono jej kontakt na
komendanta placówki. Żądano od niego ściągnięcia ludzi celem rzekomego
urządzenia napadu wspólnego na posterunek MO. W wyniku rozstrzelano
komendanta placówki oraz kilku jego ludzi".


Sierpień 1947. Od lewej: mjr "Zapora" i kpt. Zdzisław Broński "Uskok".

MONIAKI, CZYLI MOSKWA

Stefan Korboński, działacz PSL Mikołajczyka, w książce "W imieniu
Kremla" pod datą 3 października 1946 r zapisał: "komunikat PAP z
Lublina, według którego »bandy« »Zapory« z WiN i »Cisego« z NSZ,
uzbrojone w broń maszynową, razem 50 osób, napadły na wieś Maniaki i
spaliły ją, w tym 11 gospodarstw należących do b. akowców.

Przypis Korbońskiego: "Mowa o starciu oddziału Hieronima
Dekutowskiego »Zapory« 23 IX 1946 z ormowcami ze wsi Moniaki (a nie
Maniaki), nazywanej potocznie Moskwą, zakończonym śmiercią jednego z
nich i wymierzeniem kary chłosty pozostałym".

I komentarz: "Najlepszy jest ten pomysł, że członkowie WiN, który
składa się z nieujawnionych akowców, niszczą własność swych ujawnionych
towarzyszy broni. (…) Te kłamstwa są obliczone na obudzenie w
społeczeństwie oburzenia przeciwko podziemiu. Przypomina mi to
tolerowanie przez gestapo bandytów, by ich zbrodniami obarczyć ówczesną
konspirację i zohydzić ją w oczach kraju. Nauka nie poszła w las i
dzisiaj mają w bezpiece wiernych naśladowców. Nie darmo ją ludzie
nazywają »czerwone gestapo«". Wieś Moniaki (obok kilku innych na
Lubelszczyźnie) jeszcze przed wojną była wylęgarnią komunistycznej
zarazy – późniejszych AL-owców, milicjantów i ubeków. "Zapora" rozbił
wiele placówek MO i UB. Schwytanym komunistom na ogół wymierzał kary
chłosty, a następnie puszczał ich wolno. Jeśli zabijał, to nie za samą
przynależność do PPR, czy bezpieki, ale za wyjątkowo szkodliwą
działalność, choć wielu UB-eków też oszczędził. Odbijał też więzienia,
wypuszczając aresztowanych. Jego oddział był przygotowany do akcji na
Zamek Lubelski, a nawet na areszt na Rakowieckiej w Warszawie, ale w
obu przypadkach jakiś kapuś doniósł o tych planach UB.

Dzięki posiadaniu zdobycznych samochodów ciężarowych "Zaporczycy"
potrafili dokonać w ciągu doby kilku akcji na terenie dwóch, a nawet
trzech powiatów i błyskawicznie „odskoczyć”. Ciągle zmieniali kwatery,
nigdy nie stacjonowali dwa razy z rzędu w tej samej wiosce.

Część 2 >
Strona główna – wprowadzenie >

Mjr Hieronim Dekutowski "Zapora" (1918 – 1949) – część 2


Lato 1946, żołnierze z oddziału mjr. "Zapory", stoją od lewej:

– Zbigniew Sochacki "Zbyszek", pierwszy adiutant
"Zapory". 3 lipca 1946 ranny w walce z grupą operacyjną UB, zastrzelił się; plut. Kazimierz Stefańczyk "Sokół";mjr Hieronim Dekutowski "Zapora";
por. Kazimierz Pawłowski "Nerw", Aresztowany 1 lipca 1948, skazany na karę śmierci, zamordowany 10
lutego 1949;por. Szczepan Żelazny "Żaba", d-ca plutonu w zgrupowaniu mjr. "Zapory".

HELIKOPTEREM Z WARSZAWY

Po kolejnej amnestii z lutego 1947 r., razem z Władysławem
Siła-Nowickim „Stefanem” (inspektorem WiN na Lubelszczyźnie) Dekutowski
podjął rozmowy z przedstawicielami Ministerstwa Bezpieczeństwa
Publicznego (m. in. z płk Józefem Czaplickim, dyr. Departamentu III MBP
– ds. walki z bandytyzmem, czyli niepodległościowym podziemiem; ze
względu na swoją nienawiść do AK-owców nazywanym "Akowerem" i płk.
Janem Tatajem, szefem WUBP w Lublinie) o warunkach ujawnienia się
lubelskiej partyzantki niepodległościowej.

Władysław Minkiewicz w książce "Mokotów, Wronki, Rawicz.
Wspomnienia 1939-1954" pisze: "W rezultacie w lasach na Lubelszczyźnie
odbyła się konferencja, na którą przylecieli helikopterem z Warszawy
wiceminister bezpieki Romkowski [Roman Romkowski – Natan
Grunsapau-Kikiel – red.], oraz dyrektor Departamentu Politycznego MBP,
Luna Bristigerowa". Porozumienia nie zawarto, gdyż bezpieka nie
zgodziła się, aby aresztowani wcześniej WiN-owcy odzyskali wolność.

Siła-Nowicki: "Kiedyś w trakcie tych rozmów, po podpisaniu pewnych
punktów porozumienia, grupa ludzi od »Zapory« i obstawa dygnitarzy MBP
zdrowo wspólnie popiła, zawsze jednak na zasadach równości, tak aby
żadna ze stron nie pozostawała bezbronna [obie strony były uzbrojone i
w równej liczbie ludzi – red.]. Potem wszyscy wsiedli do trzytonowej
ciężarówki »Dodge« ze sprzętu amerykańskiego, dostarczonego armii
radzieckiej. Samochód prowadził »Zapora«. Wyszkolony w prowadzeniu
samochodów w warunkach terenowych, na znanej sobie gruntowej drodze
pojechał z szaloną szybkością, jakby szukając śmierci. Na jednym z
zakrętów wóz zarzucił, uderzył w drzewo i rozbił się na kupę szmelcu. O
dziwo – nikomu z jadących nic się nie stało!".

KAPUŚ "OPAL"

W wyniku nieudanych rozmów „Zapora”, razem z dowódcami pododdziałów
swojego zgrupowania, podjął kolejną próbę przedostania się na Zachód.
12 września 1947 r. wydał swój ostatni rozkaz, przekazując dowództwo
kpt. Zdzisławowi Brońskiemu "Uskokowi". W prywatnym liście do "Uskoka"
napisał: "Ja dziś wyjeżdżam na angielską stronę – jestem umówiony z
chłopakami co do kontaktów, jak będę po tamtej stronie. Stary –
najważniejsze nie daj się nikomu wykiwać i bujać, jak tam wyjadę,
załatwię nasze sprawy pierwszorzędnie – kontakt będziemy mieć i tak.
Czołem – Hieronim" (W 1949 r. "Uskok" zdetonował pod sobą granat, nie
chcąc wpaść w ręce UB podczas obławy.)

Ludzie "Zapory", docierając kolejno (w połowie września 1947 r.)
na punkt przerzutowy w Nysie na Opolszczyźnie trafiali bezpośrednio w
ręce katowickiego UB. Dekutowski wpadł 16 września. Dziś już wiadomo, że jednym z agentów, który doprowadził do aresztowania "Zapory" i jego ludzi był jego zastępca Stanisław Wnuk "Opal".
Podstępnie schwytanych przewieziono na Rakowiecką i poddano
brutalnemu śledztwu. Przesłuchiwali: Jerzy Kędziora i znany sadysta
Eugeniusz Chimczak (sporządził również akt oskarżenia). Tak było przez
ponad rok.

W NIEMIECKICH MUNDURACH

Stefan Korboński: O tym, że "bandyta Zapora" to Hieronim Dekutowski
"opinia publiczna" dowiedziała się dopiero po rozpoczęciu procesu.

3 listopada 1948 r. w Wojskowym Sądzie Rejonowym w Warszawie,
prócz Dekutowskiego, na ławie oskarżonych zasiedli jego podkomendni:
kpt. Stanisław Łukasik, ps. Ryś, por. Jerzy Miatkowski, ps. Zawada –
adiutant, por. Roman Groński, ps. Żbik, por. Edmund Tudruj, ps. Mundek,
por. Tadeusz Pelak, ps. Junak, por. Arkadiusz Wasilewski, ps. Biały i
ich polityczny przełożony Władysław Siła-Nowicki. Oskarżał: Tadeusz
Malik. Sądzili: Kazimierz Obiada i Wacław Matusiewicz (ławnicy) i Józef
Badecki (przewodniczący; sądził też rotmistrza Witolda Pileckiego i
wielu innych patriotów).

Władysław Siła-Nowicki: "Pani Stillerowa [obrońca Nowickiego –
red.] poinformowała mnie, że przewodniczący składu Józef Badecki znany
jest z bardzo uprzejmego prowadzenia rozpraw i bardzo surowych wyroków.
Istotnie, sędzia Badecki, zimny morderca był cały czas bardzo grzeczny.
Od początku zresztą wszyscy byliśmy dla niego morituri…".

Nowicki pisze, że na rozprawę ubrano ich w mundury Wehrmachtu:
"Ten mundur hańbił katów, nie ofiary. I nieskończenie ważniejszym od
naszego ubrania było to, co przed sądem krzywoprzysiężnym mówiliśmy
podczas procesu".

W sądzie wszyscy zachowali się godnie, nie kajali się, nie
przyznawali się do absurdalnych zarzutów. "Zapora" wziął na siebie całą
odpowiedzialność.

15 listopada 1948 r. "sąd" skazał "Zaporczyków" na kilkakrotne
kary śmierci. Po rozprawie przewieziono ich ponownie na Rakowiecką,
również w niemieckich mundurach i pod silnym konwojem. Dekutowski znów
został poddany brutalnemu śledztwu, ale podobnie jak wcześniej nikogo
nie wydał.

Władysław Minkiewicz: "Wożono ich potem z workami na głowach, żeby
ich nikt nie rozpoznał (z obawy przed ewentualnym odbiciem) jako
świadków na rozmaite procesy podległych im członków WiN-u".



Mjr cc Hieronim Dekutowski "Zapora", "Odra"


ZESKOCZYĆ NA CHODNIK

"Ognisko zamętu i pożogi"

Uzasadnienie wyroku WSR w Warszawie z 15 listopada 1948 r.:

"Ośrodki dyspozycyjne reakcji polskiej w postaci tzw. emigracyjnego
rządu londyńskiego, czy też korpusu Andersa, będące zresztą powiązane z
agenturami imperialistycznych kół kapitalistycznych, wykorzystały dla
swych celów specjalne warunki topograficzne woj. lubelskiego, oraz
pewną ilość zbałamuconych członków byłych »AK« z czasów okupacji
niemieckiej. (…) Ośrodki dyspozycyjne znalazły odpowiednich
zwolenników swej ideologii na przywódców. Do nich zaliczają się
oskarżeni. Oskarżony Nowicki reprezentuje raczej [sic! – red.] czynnik
inspiracyjny, jak sam nazywa polityczny. (…) Inni oskarżeni z
Hieronimem Dekutowskim ps. »Zapora« na czele, są czynnikiem właściwie
[sic! – TMP] wykonawczym, o dużym zakresie działania. Tworzą oni
ośrodek działalności band terrorystyczno-rabunkowych i dywersyjnych
pełniąc tam funkcje przeważnie dowódców band. Bezwzględność i
okrucieństwo oskarżonych zostało wyzyskane przez ich wyższe
kierownictwo do tworzenia na terenie woj. lubelskiego w okresie od
lipca 1944 r. aż do mniej więcej [sic! – TMP] połowy roku 1947 ognisko
zamętu i pożogi, które dużym wysiłkiem władz i społeczeństwa musiało
być unicestwione".
"Zapora", razem z podwładnymi trafił do celi dla "kaesowców", gdzie
siedziało wówczas ponad sto osób. Podjęli próbę ucieczki – postanowili
wywiercić dziurę w suficie i przez strych dostać się na dach
jednopiętrowych zabudowań gospodarczych, a stamtąd zjechać na
powiązanych prześcieradłach i zeskoczyć na chodnik ulicy Rakowieckiej.

Minkiewicz: "Na noc rozkładało się na betonowej podłodze sienniki
i ustawiało się wszystkie ławki pod ścianą, a ze stołków robiono w
klozecie piramidę, sięgającą aż do sufitu. Po tej piramidzie Józio
Górski [więzień kryminalny – red.] wchodził co noc z wyostrzoną o beton
łyżką i mozolnie wiercił nią dziurę w suficie, starannie zbierając gruz
do typowego więziennego worka, zwanego u nas »samarą«. Potem ten gruz
wrzucał do klozetu i spuszczał wodę, żeby nie pozostawiać żadnych
śladów. A jak ustrzec się przed kapusiami? W tym celu wszyscy
wtajemniczeni mieli kolejno nocne dyżury i w jakiś przemyślny sposób
dawali znać Górskiemu, jeśli ktokolwiek z niewtajemniczonych budził się
i szedł do klozetu. Górski przerywał wówczas na chwilę pracę i siedział
sobie cichutko na szczycie swojej piramidy. (…) Po kilku tygodniach
dziura była na tyle szeroka, że Górski wszedł przez nią na strych i
odbył trasę aż do okienka nad niskimi budynkami gospodarczymi. W
zasadzie można już było podjąć próbę ucieczki, postanowiono jednak
zaczekać na czas, kiedy nadejdą noce bezksiężycowe, co dawałoby większą
gwarancję uniknięcia pościgu przez często krążące po Rakowieckiej
patrole KBW".

Kiedy do zrealizowania planu zostało ledwie kilkanaście dni, jeden
z więźniów kryminalnych uznał, że akcja jest zbyt ryzykowna i wsypał
uciekinierów, licząc na złagodzenie wyroku. Dekutowski i Siła-Nowicki
trafili na kilka dni do karcu, gdzie siedzieli nago, skuci w kajdany.

Nowickiemu pomogły rodzinne koneksje – był siostrzeńcem
Dzierżyńskiego. Aldona Dzierżyńska-Kojałłowicz, rodzona siostra twórcy
Czeki napisała do Bieruta: "Kocham go jak własnego syna, a więc przez
pamięć niezapomnianego brata mego Feliksa Dzierżyńskiego, błagam
Obywatela Prezydenta o łaskę darowania życia Władysławowi Nowickiemu".

Inaczej było z Dekutowskim. Na nic zdały się prośby o łaskę jego
rodziny, w tym najstarszej siostry Zofii Śliwy, czynione drogą
dyplomatyczną przez Prezydenta Republiki Francuskiej (od końca lat 20.
mieszkała we Francji, odznaczona Legią Honorową za udział we francuskim
ruchu oporu).

CZERWONE TECZKI

Irena Siła-Nowicka, żona Władysława pisze o swojej wizycie w biurze
przepustek na ul. Suchej w Warszawie: "Był ranek. Pułkownika, który
podpisywał zgody na widzenie nie było. Siadam więc i czekam na niego, a
tymczasem sekretarki, młode dziewczyny krzątały się wśród akt. Czerwone
teczki – kara śmierci, zielone – wszystko inne. Biorą te czerwone
teczki i jedna z nich czyta nazwisko: Dekutowski Hieronim. Jakie
śmieszne imię – mówi. A mnie serce zamarło – wiem, co znaczy czerwona
teczka! A więc piszą na maszynie jakieś dane o tych skazanych, ale nic
poza tym nie wiem – ani kiedy, ani gdzie te wyroki mają być wykonane".
Nowicka poszła następnie do aresztu na Rakowieckiej: "Wchodzę ze
strażnikiem w bramę, potem korytarzem. Obok przechodzą ludzie, niosący
na noszach człowieka. Nie wiem, czy był żywy, czy umarły, ale zrobiło
to na mnie okropne wrażenie. (…) Po jakimś czasie słyszymy stukot
drewniaków – prowadzą więźniów. Widzę Władka. Pyta od razu: co z moimi?
Odpowiadam – nie wiem, zrobiłyśmy wszystko, co było można. Przecież mu
nie powiem o tych teczkach na Smolnej. (…) Jak się okazało tego
właśnie dnia, 7-go marca 1949 roku rozstrzelano na Mokotowie siedmiu
wspaniałych ludzi, towarzyszy broni Władka. A on słyszał te strzały,
żegnał się z przyjaciółmi…".

MY NIGDY NIE PODDAMY SIĘ!

Egzekucję zarządził prezes Najwyższego Sądu Wojskowego Władysław Garnowski.

Ewa Kurek w książce "Zaporczycy" pisze o ostatnich chwilach
Dekutowskiego: "Miał trzydzieści lat, pięć miesięcy i 11 dni. Wyglądał
jak starzec. Siwe włosy, wybite zęby, połamane ręce, nos i żebra.
Zerwane paznokcie. – My nigdy nie poddamy się! – krzyknął, przekazując
przez współwięźniów swe ostatnie posłanie. Według dokumentów, wyrok
wykonano przez rozstrzelanie [o godz. 19.00 – TMP]. Mokotowska legenda
głosi jednak, że ubowscy kaci zapakowali majora »Zaporę« do worka,
worek powiesili pod sufitem i strzelali, sycąc swą nienawiść widokiem
płynącej spod sufitu niepokornej krwi. Potem, w pięciominutowych
odstępach, mordowali jego żołnierzy: »Rysia«, »Żbika«, »Mundka«,
»Białego«, »Junaka« i »Zawadę«".

GLORIA VICTIS !!!

Tadeusz M. Płużański

Anglojęzyczna wersja tekstu znajduje się na stronie The Doomed Soldiers. Polish Underground Soldiers 1944-1963 – The Untold Story

Część 1 >
Strona główna – wprowadzenie >

por. Leon Taraszkiewicz "Jastrząb" i ppor. cz.w. Edward Taraszkiewicz "Żelazny" (część 1)


"JASTRZĄB" i "ŻELAZNY" – PARTYZANCCY BRACIA

W powstaniu
antysowieckim nie było drugiej pary takich braci – tak bohaterskich i
tak znienawidzonych przez komunistów. Propaganda PRL przedstawiała ich
nie tylko jako "andersowców" na żołdzie imperializmu, to była wówczas
normalka, i nie tylko jako "antysemitów", lecz także jako
Niemców-folksdojczów, a nawet esesmanów i oprawców z Majdanka (!).


Starszy z braci Taraszkiewiczów, ten z rocznika 1921, miał na imię
Edward, młodszy, z 1925 – Leon. Dowódcą oddziału WiN walczącego na
ziemi chełmsko-włodawskiej był najpierw, jakby wbrew tradycji, młodszy
z braci, noszący pseudonim "Jastrząb". Po nim dopiero, w niezwykle
dramatycznych okolicznościach, oddział przejmie starszy – "Żelazny". W
powstaniu antysowieckim nie było drugiej pary takich braci – tak
bohaterskich i tak znienawidzonych przez komunistów.


Czerwiec 1947.
Od lewej: Henryk Wybranowski "Tarzan" (+ XI 1948), Edward Taraszkiewicz
"Żelazny" (+ X 1951), Mieczysław Małecki "Sokół" (+ XI 1947), Stanisław Pakuła "Krzewina"

Wykładnia kłamstw komunistycznych

Propaganda PRL przedstawiała Taraszkiewiczów nie tylko jako
"andersowców" na żołdzie imperializmu, to była wówczas "normalka", i
nie tylko jako "antysemitów", to też była "normalka", tyle że
przeznaczona dla zachodnich dziennikarzy, lecz także jako Niemców –
folksdojczów, a nawet esesmanów i oprawców z Majdanka (!). Od
komunistów dostało się też ich ojcu, Władysławowi, który zgodnie z tym,
co głosili spece od moskiewskiej propagandy, na początku lat
trzydziestych chodził razem z synami rozbijać strajki chłopskie, a w
latach wcześniejszych i późniejszych znęcał się nad biedotą wiejską,
miejską i starozakonną. Za wysługiwanie się "faszystowskim rządom
Piłsudskiego" starego Taraszkiewicza dosięgnął jednak słuszny gniew
ludu. Został powieszony w lesie na skórzanych lejcach i przez trzy dni
– jak wyliczyła komunistyczna propaganda – szczerzył zęby, wisząc na
sośnie. Były to oczywiście kłamstwa, do których, zgodnie z metodą
komunistów, dokładano ziarnko prawdy.
Ojciec „Jastrzębia” i „Żelaznego”, Władysław Taraszkiewicz urodził się 18 IV 1896 r. we Włodawie. Był synem Franciszka i Agaty z domu Haciuk ze wsi Przewłoka koło Parczewa. Z zawodu był stolarzem – kołodziejem.
Matka, Róża Klara urodziła się 31 VIII 1902 r., była córką Piotra Syblili i Jadwigi z domu Matuszewska. Piotr Sybilla, dziadek przyszłych partyzantów, pochodził z Kościan w woj. poznańskim, a babka Jadwiga, z oddalonej ok. 10 km. wsi Zadory, również w woj. poznańskim, jednak w tamtych czasach był to jeszcze ziemie polskie włączone do zaboru pruskiego.
W poszukiwaniu pracy Piotr i Jadwiga Sybilla wyjechali do Duisburga, miasta położonego w zachodniej części Niemiec w Zagłębiu Ruhry.
Władysław Taraszkiewicz, wraz z jeńcami rosyjskimi i francuskimi został wywieziony w 1914 r. do Niemiec, do kopalni węgla w Zagłębiu Ruhry. Tam też poznał swoją przyszłą żonę Różę Klarę Sybilla. W Niemczech działał w organizacji „Sokoły”, do której później przystąpili również szwagrowie jego żony: Jaskowiak i Czekała.
Również w Niemczech, w Duisburgu urodziło się trzech ich synów: Edward – 22 stycznia 1921 r., Władysław – 9 lipca 1922 r. i Leon – 13 maja 1925 r. W sierpniu 1925 r. całą rodziną wrócili do Polski i zamieszkali we Włodawie.

Na tym jednak wątek niemiecki rodziny
Taraszkiewiczów się nie kończy. W czasie okupacji hitlerowskiej Edward
i Leon zostali wywiezieni na roboty do Niemiec. Edwarda tylko
podejrzewano o jakąś nielegalną robotę i wysłano go "profilaktycznie";
u Leona, dosłownie pod łóżkiem, znaleziono materiały wybuchowe – wydał
go szkolny kolega, niejaki Muszyński. Najpierw Niemcy chcieli go
zamknąć w obozie, potem ze względu na młody wiek (16 lat!) zmieniono
decyzję i Leon Taraszkiewicz został wysłany na roboty pod Kwerfurt, na zach. od Halle.
Nawiasem mówiąc, do tego samego bauera, u którego pracował już starszy
z braci.

Ucieczka z Zamku w Lublinie

Latem 1942 r. Leonowi udaje się uciec z Niemiec, resztkami sił
dociera aż pod Radom. Tutaj drwale współpracujący z AK najpierw go
dokarmiają, potem organizują mu rekwizyty malarza pokojowego, z którymi
– niby do pracy – wędruje przez Polskę aż do Chełma. Na chełmskiej
stacji przeżywa kolejną przygodę: aresztowanie i pobicie przez
współpracującą z Niemcami ukraińską służbę ochrony kolei. Nie traci
jednak fantazji i dosyć pomysłowo podaje się za swojego znajomego z
Włodawy, nazwiskiem Blimke, który właśnie legalnie przyjeżdża z Niemiec
na urlop do rodziny i któremu, czasem tak bywa, zginęły po drodze
dokumenty. Jeszcze z Chełma Leon przesyła do matki autentycznego
Blimkego gryps, ta zgadza się potwierdzić jego tożsamość. Nie jest
pewne, czy zdążyło dojść do konfrontacji, gdyż tymczasem Leon zostaje
przewieziony do więzienia na Zamku w Lublinie. Na przesłuchania Niemcy
przeprowadzają go do siedziby gestapo. Podczas jednego z powrotów Leon
rzuca się do ucieczki, zostaje postrzelony w rękę przez żandarma –
udaje mu się jednak zaszyć w ruinach przy Bramie Krakowskiej. Potem
czas jakiś ukrywa się u Stefana Koropczuka – ojca chrzestnego swej
młodszej siostry. W pisanym po latach oświadczeniu Koropczuk wspomina:
Nie mogłem go poznać, tak był pobity, obszarpany i ranny w rękę. Ślady
pobicia dowodzą, iż podczas przesłuchań Taraszkiewicza poddawano
torturom. Zawiadomiona przez Koropczuka matka przywozi Leonowi ubranie,
co ułatwia mu dalsze ukrywanie się przed Niemcami. Nie chcąc narażać
krewnych, Leon Taraszkiewicz szuka schronienia w lesie i zbiegiem
okoliczności trafia do sowieckiego oddziału partyzanckiego "Anatola".
Po wejściu Armii Czerwonej może robić karierę jako "utrwalacz władzy
ludowej", może służyć w UB i MO – odmawia i zostaje znów aresztowany,
tym razem przez "wyzwolicieli".

Początki konspiracji powojennej

W połowie grudnia 1944 r. zostaje aresztowany przez UB i ponownie trafia do więzienia na Zamku w Lublinie, skąd zostaje przewieziony do filii tegoż więzienia – obozu NKWD i UB w Błudku koło Suśca. Od jesieni 1944 roku do końca marca 1945 roku w wyniku katorżniczej pracy w kamieniołomach w pobliskich Nowinach i Józefowie zmarło ponad dwustu więźniów -żołnierzy AK, wielu zostało rozstrzelanych. Obóz został rozbity 25 marca 1945 roku przez oddziały Inspektoratu Zamojskiego AK Konrada Bartoszewskiego ps. "Wir" i Mariana Wardy ps. "Polakowski". Wcześniej wywiad Armii Krajowej ustalił, że w Błudku są więzieni żołnierze i oficerowie AK. "Żyli w strasznych warunkach, byli głodni i chodzili ubrani w worki po cemencie" – wspomina były żołnierz AK Antoni Danielewicz ps. "Lew". Niestety gdy nadszedł dzień odbicia obozu, okazało się, że wszyscy więźniowie zostali wywiezieni, na dwie godziny przed planowanym odbiciem.
Pod koniec marca 1945 r., przyszły "Jastrząb", wieziony z obozu w Błudku, transportem na wschód, wyskakuje z
pociągu i wraca do rodzinnej Włodawy. Ukrywa się, szuka kontaktów,
udaje mu się dotrzeć do dowódcy rejonu AK "Orlisa" (Klemens Panasiuk) i
po zaprzysiężeniu wchodzi w skład leśnego oddziału "Sępa" (Tadeusza
Bychawskiego). Tak wyglądał pierwszy rozdział życiorysu rzekomego
esesmana i "kapo" z Majdanka – jak określała go propaganda PRL. Równie
"prawdziwe" były dziennikarskie rewelacje na temat ojca Władysława
Taraszkiewicza. Ani nie rozbijał wespół z synami strajków chłopskich
(synowie mieli wtedy 11 i 15 lat), ani nie został przed wojną
powieszony przez "gniewny lud", ani nie szczerzył zębów, wisząc na
drzewie. Władysław Taraszkiewicz, syn Franciszka, po prostu ciągle żył,
dożył lat 66 i zmarł w roku 1964 w Malborku. Jako ciekawostkę warto
dodać, że Taraszkiewicze wywodzili się ze szlachty Księstwa
Litewskiego, że optowali za wolną (od Rosjan) Białorusią, związaną
jakąś unią z Polską. Starszy brat Franciszka, a stryjeczny dziadek
obydwu partyzantów, Bronisław Taraszkiewicz, był jednym z twórców i
animatorów kultury białoruskiej. Napisał pierwszą gramatykę języka,
który uznał za ojczysty, przekładał też na białoruski Iliadę i Pana
Tadeusza. Jako przywódca "Hromady" wpadł w konflikt z prawem polskim,
został skazany na więzienie i w ramach wymiany więźniów politycznych
zgodził się lekkomyślnie na wyjazd do ZSRR. Zmarł w łagrze sowieckim w
1938 roku.

"JASTRZĄB" i "ŻELAZNY" – Partyzanccy Bracia – część  2>
Strona główna>

por. Leon Taraszkiewicz "Jastrząb" i ppor. cz.w. Edward Taraszkiewicz "Żelazny" (część 2)


"Jastrząb"

Druga i ostatnia część biografii Leona Taraszkiewicza – to historia
"Jastrzębia". Od wiosny 1945 r. Taraszkiewicz dowodzi samodzielnie
małym oddziałkiem partyzanckim, bierze udział w rozbiciu siedziby MO w
Wytycznie, a 2 czerwca rozpoczyna słynny rajd, podczas którego
powstańcy rozbijają posterunki w Dubecznie (gdzie przy okazji
rozpędzono gminne koło PPR), Sosnowicy i Pieszowoli. Dwa ostatnie
posterunki żołnierze "Jastrzębia" zdobyli, podając się za oddział
ścigający "bandy". Według oficjalnych raportów, w Pieszowoli partyzanci
rozbroili grupę "ormowców". Jest to interesujące o tyle, iż oficjalnie
Ochotnicza Rezerwa MO nie została jeszcze powołana. Było to więc ORMO
przed ORMO! Po prostu tego czteroliterowego skrótu używano już
wcześniej, dla określenia aktywistów PPR zbrojonych i szkolonych do
walki z partyzantką AK i ludnością cywilną. Warto o tym pamiętać,
słuchając SLD-owskich "uczonych" oskarżających niepodległościową
partyzantkę o mordowanie bezbronnych, "szarych" członków PPR. Nie tylko
pepeerowcy gorliwie wysługiwali się nowym okupantom, również sporo
młodzieży ukraińskiej widziało swoją przyszłość we współpracy z UB i
MO, choć bardzo często współpracę z "resortem" traktowali jako okazję
do prześladowania Polaków.


Oddział Leona Taraszkiewicza "Jastrzębia" nad zwłokami Stefana Kucharuka "Rysia" – 1946 r.

Komendantem Sosnowicy, znanym z bestialskiego znęcania się nad
schwytanymi partyzantami, był Ukrainiec Łuć; również jego zastępca (czy
może raczej protegowany ze względu na narodowość) Mikołaj Dmitruk
cieszył się sławą oprawcy. Latem 1945 "Jastrząb" urządził rajd, podczas
którego odwiedził trzy "czerwone" wsie ukraińskie: Hołowno, Górki i
Zienki. W tych wsiach większość mężczyzn należała do PPR, a uzbrojona
została jeszcze przez NKWD. Scenariusz pacyfikacji był we wszystkich
przypadkach taki sam: wieś otaczano, ryglując drogi erkaemami, potem do
środka wpadało kilku partyzantów na koniach, których galop wokół
zabudowań terroryzował ludność i zarazem stwarzał wrażenie większej
liczebności oddziału. Mieszkańców wyganiano z domów i trzymano pod
bronią na środku wsi – w tym czasie partyzanci przeprowadzali rewizje.
Znalezioną broń rekwirowano – pozostawiając jednak Ukraińcom kilka
karabinów dla obrony przed zwykłymi bandziorami. Na końcu "Jastrząb"
wygłaszał ostrzegawcze przemówienie, wspominał, że wszyscy razem
mieszkają na tej samej ziemi polskiej, ostrzegał, że komunizm wcześniej
czy później upadnie i wtedy wszyscy zdrajcy zostaną rozliczeni, po czym
oddział opuszczał wieś. Mieszkańcy, którzy liczyli się już z utratą
życia, żegnali partyzantów czasem z autentyczną serdecznością,
obiecując "poprawę", a nawet zaopatrując ich w prowiant. Akcje w tych i
kilku innych wsiach odniosły znakomity efekt propagandowy. Gorliwiej od
Ukraińców współpracowali z komunistami tylko Żydzi. "Kuźnią" ubeckich
kadr na Lubelszczyźnie były m.in. Parczew i Włodawa, miasteczka, w
których Żydzi już przed wojną stanowili ponad połowę mieszkańców. Wielu
z nich przeżyło okupację dzięki pomocy Polaków bądź w ZSRR. Przyjmowali
obywatelstwo "sowieckie", pracowali przeważnie w milicji, NKWD i
administracji partyjno-państwowej. Po "wyzwoleniu" w sposób niejako
naturalny zostawali pracownikami okupacyjnego aparatu i włączali do tej
pracy rodziny. W miastach takich jak Parczew Polacy byli ludźmi drugiej
kategorii, gołosłowne oskarżenia o antysemityzm i nacjonalizm
wystarczały do wyrugowania ich z własności, a często do wywózki i
fizycznej likwidacji. Atak na siedziby UB/MO w tych i kilku innych
miejscowościach stawał się z konieczności atakiem na budynki, w których
"pracowali" Żydzi – dlatego antypolska propaganda na Zachodzie mogła
przedstawiać je jako akty antysemityzmu.

Zajęcie Parczewa

Atak na posterunek i areszt MUBP w Parczewie skończył się
połowicznym sukcesem. Oddział "Jastrzębia" zajął całe miasto i… tylko
pół budynku UB, który znajdował się na piętrze, nad apteką, której
zniszczenia "Jastrząb" chciał uniknąć. Z góry ostrzeliwało się kilku
ubowców, którymi dowodził niejaki Konasiuk, ubowiec oddelegowany z
Włodawy. Ofiary jego przesłuchań wyławiano z pobliskiego stawu ze
śladami tortur na ciele i rękami skrępowanymi kolczastym drutem. Nie
mógł mieć złudzeń, jaki los go spotka, gdy wpadnie w ręce polskich
partyzantów. "Jastrząb" zostawił kilku ludzi, by ogniem ryglowali górę
posterunku, zaś sam z resztą oddziału udał się demonstracyjnie do
kościoła, potem pilnował rekwizycji. Towary zabierano ze spółdzielni
"Społem", ale także z prywatnych sklepików – wybierając co bardziej
"czerwonych" właścicieli. A ponieważ dziwnym trafem większość
prywatnych kupców komunistycznego Parczewa pochodziła z narodu
wybranego – rekwizycje też mogły zostać uznane za "pogrom". Po
załadowaniu niezbędnych towarów, głównie wiktuałów, partyzanci opuścili
miasto. W
efekcie akcji w Parczewie zginęło pięciu milicjantów i ubowców –
okazało się potem, że byli to sami Żydzi. Należy jednak podkreślić, że
nie ginęli oni jako przedstawiciele takiego czy innego narodu, lecz
jako funkcjonariusze okupacyjnego aparatu terroru.
Konasiuk,
któremu udało się ujść cało, nie uniknął jednak sprawiedliwości. Dwa
lata później będzie dowodził pacyfikacyjną ekspedycją UB-KBW i pod
Dębową Kłodą wpadnie w zasadzkę, urządzoną przez drugiego z braci
Taraszkiewiczów – Edwarda. Zginie od kuli wystrzelonej w walce,
śmiercią żołnierską, na którą nie zasłużył.


1946 r. – od lewej: Stefan Kucharuk "Ryś", Piotr Kwiatkowski "Dąbek", Leon Taraszkiewicz "Jastrząb"

Rok 1946 przyniósł partyzantom "Jastrzębia" walki z ekspedycjami
NKWD i KBW. Duży rozgłos przyniosło jego żołnierzom zwycięstwo nad
grupą NKWD i UB w Gródku – 8 czerwca 1946, jeszcze większy – wzięcie do
niewoli rodziny Bolesława Bieruta. Przypadek ten zdarzył się 17 lipca
1946 roku. Tego dnia oddział "Jastrzębia" przygotowywał zasadzkę pod
Chełmem na samochody miejscowego UB. By szybko opuścić miejsce akcji
trzeba było zarekwirować jakiś samochód. Nagle szosą nadjechał
elegancki, ogromny chevrolet. Po zatrzymaniu okazało się, że w
limuzynie jedzie czworo komunistów. Zdanie "pan nie wie kto ja jestem"
należało do najczęściej powtarzanych. Okazało się, że w chevrolecie
siedziała siostra Bieruta – Zofia Malewska z mężem oraz ich syn z żoną.

A więc rodzina Bieruta – superagenta sowieckiego, rodzina, która
korzystała z wszystkich dobrodziejstw okupacji sowieckiej, których
symbolem był ów luksusowy samochód! O mistyfikacji nie mogło być mowy –
następnego dnia do Włodawy przyjechało ponad 50 aut pełnych
funkcjonariuszy UB i KBW oraz dwa pociągi, to znaczy 72 wagony – wojsk
KBW. "Jastrząb" przewiózł rodzinę Bieruta do wsi Krasne,
nieoczekiwanych "gości" przetrzymywano dwie doby w domu komendanta
placówki AK, Władysława Borysika. Malewscy chodzili po obejściu, a pod
lufami pistoletów nawet do pobliskiego lasu. Widząc, że nic jej nie
grozi, a może chcąc zjednać partyzantów, siostra Bieruta powtarzała:
Mój brat był taki spokojny, porządny człowiek przed wojną. Do kościoła
chodził w każdą niedzielę. Teraz jest z komunistami, ale z przymusu (H.
Pająk: Oni się nigdy nie poddali, 1997, s. 108). Słysząc tego rodzaju
credo partyzanci "Jastrzębia" kazali tej "polskiej" i "katolickiej"
rodzince śpiewać przed śniadaniem "Kiedy ranne wstają zorze" a po
kolacji "Wszystkie nasze dzienne sprawy". To były jedyne "tortury"
jakim poddano rodzinę czerwonego namiestnika. Zasady odpowiedzialności
zbiorowej partyzanci nie stosowali. Po dwóch dniach pociotkowie Bieruta
zostali odwiezieni do pobliskiej gajówki, gdzie podstawiono chevroleta.

Zdobycie Włodawy

Jeszcze w 1946 roku – 22 października partyzanci "Jastrzębia"
odnieśli spektakularny sukces: zdobycie Włodawy, zajęcie posterunku MO,
rozbicie Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego (obecnie Komenda
Policji) i uwolnienie 65 więźniów. Potem było wiele mniejszych potyczek
i pechowe zakończenie roku. W wigilię 1946 roku UB i KBW urządziły
obławę i – dzięki donosowi – odnalazły dom, w którym zasiedli do
kolacji partyzanci "Jastrzębia". UB-owcy zaatakowali, nie spodziewając
się oporu, a tym bardziej ognia z broni maszynowej. Oddział
"Jastrzębia" stracił w walce dwóch ludzi, a to, że UB-owcy ponieśli
większe straty (5-7 funkcjonariuszy), było niewielką pociechą.
Partyzanci zaplanowali odwetowe uderzenie na Radzyń. Nad ranem 1
stycznia żołnierze "Jastrzębia" wraz z oddziałami obwodu WiN Radzyń
Podl. (razem ok. 300 ludzi) weszli do miasteczka. Niestety nie udało
się zdobyć siedziby UB/MO – zawiódł ładunek wybuchowy, który miał
utorować drogę do "ubojni". Rozpoczęła się wymiana ognia, która mogła
trwać nazbyt długo – komuniści zapewne od początku alarmowali o
odsiecz, teren pełen był wojsk NKWD i KBW. "Jastrząb" nakazał odwrót.
Jakby dla zadośćuczynienia do partyzantów uśmiechnęło się szczęście.
Radzyńskie szefostwo UB wysłało grupę pościgową, która wpadła na
partyzantów w Okalewie. UB-owcy stracili co najmniej 5 zabitych, w tym
powiatowego referenta UB Radzyń. Kilku dostało się do niewoli, Do
niewoli dostało się też 7 żołnierzy KBW, których "Jastrząb – po
rozbrojeniu – uwolnił. Rozstrzelano jedynie dowódcę plutonu, który
wedle relacji jednego z partyzantów – miał pełną pierś medali za walkę
z bandytami (tamże, 125 ). Tak więc odwet za krwawą Wigilię w końcu się
udał. Nie było to ostatnie zwycięstwo oddziału, choć ostatnie
zwycięstwo "Jastrzębia".

Padł w ataku na Siemień…

3 stycznia 1947 r. Leon Taraszkiewicz dowiedział się, że w
Siemieniu pod Parczewem stacjonuje oddział KBW przysłany do ochrony
"wyborów". Ponieważ żołnierze z tych jednostek nie wykazywali wielkiego
ducha bojowego, postanowił podejść pod budynek i wezwać do złożenia
broni. Na ogół to wystarczało, kabewiści wiedzieli, że szybkie
podniesienie rąk gwarantuje im przeżycie. Tym razem jednak miało być
inaczej. Do Siemienia wkroczono o zmierzchu. Gdy partyzanci byli
kilkanaście metrów od budynku – nagle rozległy się strzały. Nie padły
jednak od strony komunistów. Wystrzelił któryś z partyzantów, wkrótce i
pozostali – w biegu – zaczęli strzelać do okien. Zaskoczeni kabewiści
na odgłos pierwszych strzałów podnieśli ręce, nie wzięli nawet broni ze
stojaków. Partyzanci zajęli budynek i dopiero wtedy zorientowano się,
że nie ma wśród nich "Jastrzębia". Wniesiono go po chwili. Padł na
samym początku ataku.. Początkowo myślano, że od strzału z okna. Nikt
nie wiedział, że opatrującemu go koledze, "Wackowi" Mielniczukowi,
"Jastrząb" zdążył szepnąć To mi zrobił "Bolek", potem stracił
przytomność. Chwilę później do zdobytego budynku wszedł "Żelazny",
który nie wiedząc jaki był przebieg wydarzeń, na krótko przejął
dowództwo. Potem jednak przekazał je "Bolkowi" (nazwisko do dziś nie
jest pewne) uchodzącemu za zastępcę i przyjaciela "Jastrzębia".
Partyzanci zabrali trochę zdobycznej broni i amunicji, rannego
"Jastrzębia" położono na furmankę i oddalono się w stronę lasów
włodawskich. Mniej więcej po godzinie "Jastrząb" skonał. Miał 22 lata.
Został w tajemnicy pochowany na cmentarzu w Siemieniu i do 1992 r.
jedyną informacją na jego grobie był lakoniczny napis "Leon". Stopień
wojskowy nie jest pewny. Po prostu był komendantem zgrupowania
partyzanckiego WiN obwodu włodawskiego.

"JASTRZĄB" i "ŻELAZNY" – Partyzanccy Bracia – część  3>
Strona główna>

por. Leon Taraszkiewicz "Jastrząb" i ppor. cz.w. Edward Taraszkiewicz "Żelazny" (część 3)

Komendant "Żelazny"
Dopiero po pewnym czasie "Żelazny" z "Wackiem" uświadomili sobie,
że to "Bolek" był mordercą "Jastrzębia". Czy powodowała nim ambicja,
chęć dowodzenia legendarnym oddziałem, czy był nasłanym agentem? –
sprawa do dzisiaj nie została rozstrzygnięta. Obydwaj partyzanci
skłaniali się ku drugiej z tych myśli, podobnie uważa dziś znawca
problemów partyzanckich Henryk Pająk. Przyjęcie, że w oddziale był
agent bezpieki i że był nim właśnie ów "Bolek", pozwalało wyjaśnić
wiele tajemniczych wydarzeń. Już raz podczas potyczki podobnie jak
"Jastrząb" został ostrzelany jeden z partyzantów – wtedy skończyło się
na przestrzeleniu czapki, więc chociaż wydawało się, że strzały padły z
boku – sprawę zlekceważono. Teraz strzały też padły z boku, z okien
chyba w ogóle nikt nie zdążył strzelić. Przypomniano sobie po czasie
różne tajemnicze zniknięcia "Bolka" z oddziału, jak i to, że właściwie
nie bardzo było wiadomo, skąd przybył. Podobno miał pochodzić zza Buga
– ale nie miał na to żadnych świadków. (Potem zaczęło się wyjaśniać, że
pochodził z chełmskiego, jednak jego tożsamość do dzisiaj nie jest
pewna). "Żelazny" z "Wackiem" wtajemniczyli w sprawę dowódcę
sąsiedniego oddziału, zresztą przyjaciela "Jastrzębia" – Stanisława
Kuchcewicza – "Wiktora". Ponieważ "Bolek" jako dowódca cieszył się
dużym posłuchem – postanowiono, że likwidacji dokona właśnie oddział
"Wiktora". Jako komendant oddziału włodawskiego "Bolek" otrzymał
wezwanie do oddziału "Wiktora" – rzekomo po odbiór rozkazów od dowódcy
całego zgrupowania – majora "Zapory". Upewnił się jedynie (co dodatkowo
przypieczętowało podejrzenia!), że u "Wiktora" nie będzie "Żelaznego" i
zgodził się pojechać po zapowiedziane rozkazy. Po przybyciu do kwatery
"Wiktora" "Bolek" został zlikwidowany. Dowódcą został Edward
Taraszkiewicz -"Żelazny", który walczył na czele oddziału jeszcze ponad
cztery i pół roku. Sprawa "Bolka" do dzisiaj nie została wyjaśniona. Na
pewno był mordercą, czy jednak był agentem od początku? Czy może raczej
zdrajcą, który w pewnym momencie zaczął kontaktować się z UB? Czy
zamordowanie dowódcy nie miało być "wpisowym" przy przejściu byłego
patrioty na stronę czerwonych?

Akcja w "małej Moskwie"

Z licznych wyczynów "Żelaznego" na szczególną uwagę zasługuje akcja
przeprowadzona nocą 2-3 lipca 1947 r. w "Małej Moskwie", czyli w
Puchaczowie. Przeprowadzono ją wspólnymi siłami połączonych oddziałów
"Żelaznego", "Ordona"-J. Struga i "Wiktora"-S. Kuchcewicza ". Akcja ta
nagłaśniana była przez komunistyczną propagandę jako "masakra"
przeprowadzana przez "bandytów z WiN" bądź "bandytów z AK". Jest
faktem, że w Puchaczowie partyzanci urządzili obławę na działaczy PPR;
według oficjalnej wersji spośród złapanych stracono 21 osób. Komuniści
twierdzili oczywiście, iż byli to ludzie niewinni, a podpierając się
dokumentami, stwierdzali, że tylko 8 ze straconych było członkami PPR.
Sprawę tej dziwnej akcji wyjaśnił Henryk Pająk w znakomicie
udokumentowanej pracy Uskok kontra UB (1992, s. 114 – 115). W aktach UB
trafił on na dokument z 25 czerwca 1952 r. podpisany przez sekretarza
PZPR z Lublina, Goraja Hipolita. Jego osoba nie była i nie jest ważna,
istotny jest fragment, w którym podając nazwiska 13 spośród 21
straconych w Puchaczowie, sekretarz ów podawał, iż wszyscy wyżej
wymienieni byli członkami PPR, natomiast formalnie nie byli ujęci w
ewidencji członków PPR. Pokrętnie brzmiący cytat to klucz pozwalający
rozszyfrować i tę tajemnicę, i tajne, zbrodnicze działania komunistów.

Tajne formacje PPR

"Żelazny" i "Uskok" (po aresztowaniu mjr cc Hieronima Dekutowskiego
"Zapory", kpt. Zdzisław Broński "Uskok" dowodził zbrojnym podziemiem na
całej Lubelszczyźnie do 21 maja 1949, kiedy to otoczony przez UB i MO w
swojej kryjówce [kolonia Dąbrówka gm. Łuszczów, pow. Łęczna] popełnił
samobójstwo rozrywając się granatem.) wielokrotnie otrzymywali
informacje o dziwnych zachowaniach mieszkańców Puchaczowa – o ich
wyjazdach "W Polskę", o partyjnych przyjęciach w Lublinie, podczas
których mieszkańcy tej wioski dostawali nagrody i gratyfikacje. Idąc na
akcję partyzanci wiedzieli, że będą mieli do czynienia z czerwonymi
aktywistami – nie wiadomo, na ile się orientowali, że trafili na
gniazdo "tajnych członków" PPR. Tajne formacje PPR zostały powołane
rozkazem szefa resortu bezpieczeństwa, Stanisława Radkiewicza, wydanym
4 grudnia 1945 r. Rozkaz polecał kierownikom placówek UB, aby w jak
największej tajemnicy przygotowali akcję, mającą na celu likwidowanie
działaczy stronnictw, którzy sympatyzowali z konspiracyjną
działalnością antypaństwową. Na mocy tego rozkazu werbowano grupy
tajnych członków PPR, które używane były do morderstw i akcji
terrorystycznych w odległych miejscowościach – zwłaszcza w okresie tzw.
wyborów. Krwawe ślady działania tych czerwonych szwadronów śmierci
odnaleziono też w Rzeszowskiem i na Mazowszu. Na co dzień członkowie
tych formacji udawali normalnych ludzi, no, może trochę intensywniej
parali się donosicielstwem. Ci z Puchaczowa aroganckim zachowaniem
złożyli donos na samych siebie. Pewni swej bezkarności przestali
zachowywać ostrożność. Jeździli do Lublina całą grupą, przechwalali się
prezentami, opowiadali o bandyckich wyczynach. A w Puchaczowie sypali
jeden drugiego. Rzeczywiście tylko 8 spośród zabitych było jawnymi
członkami PPR. Ale 13 straconych należało do tajnej formacji morderców
i chyba wyłowieniu tej grupy służyły nocne przesłuchania w Puchaczowie.
Wyrok wydany przez "Żelaznego" był surowy, ale sprawiedliwy.



Likwidacja agentury komunistycznej


Innym wyczynem zasługującym na uwagę była likwidacja tajnej
agentury we Włodawskiem – w październiku 1949 r. Rolę inspiratora
odegrał tu przypadek. Podczas akcji ekspropriacyjnej na stacji w
Stulnie (chodziło o 1,5 mln złotych wiezionych przez grupę 2
milicjantów i 3 ormowców z Włodawy!) "Żelazny" przejął wraz z
pieniędzmi teczkę z dokumentami włodawskiego UB przeznaczonymi dla
szefostwa w Lublinie. O jej znaczeniu świadczy fakt, że władze
natychmiast spuściły ze smyczy około 10 tysięcy żołnierzy KBW i ubeków,
by jak najszybciej wytropić partyzantów i odzyskać te dokumenty.
Najważniejszą ich część stanowił bowiem spis tajnych szpiclów. Pogoń za
teczką nie przyniosła jednak efektów. A kiedy odwołano już ekspedycję,
partyzanci – według list UB – zaczęli likwidować komunistyczną agenturę
we Włodawskiem. "Żelazny" stał się legendą nie tylko włodawskiego, lecz
całej wschodniej Polski. I postrachem zdrajców.

Wpadł wskutek zdrady…

Walka Edwarda Taraszkiewicza z okupacją sowiecką trwała w sumie 7
lat. Od 1944 do 1951 roku. Jeszcze w połowie 1951 r. skutecznie
atakował aparatczyków i agenturę komunistyczną, a likwidacją
przewodniczącego komisji budowlanej przy WRN Ludwika Czugały i
późniejszym rajdem po powiecie włodawskim, podczas którego wykonał
wyroki na szczególnie groźnych szpiclach UB doprowadził władze do
białej gorączki. Przysłany do lubelskiego WUBP sowiecki major Wołkow,
wprawiony w likwidacji polskiego podziemia w innych regionach kraju,
przeprowadził czystkę we włodawskim UB, podejrzewając, że część
funkcjonariuszy sprzyja podziemiu i od tej pory pętla zaczęła się
zaciskać wkoło "Żelaznego" i jego trzech ostatnich żołnierzy. Wpadł
wskutek zdrady. Jedną z jego łączniczek była "Lilka" (Regina Ozga) –
narzeczona Józefa Domańskiego – "Łukasza", partyzanta, który u boku
"Żelaznego" wytrwał do końca. "Lilka" mieszkała w Lublinie u niejakiej
Marii Wagnerowej, która także podobno sprzyjała partyzantom. Z
przesłuchań wynika, że kiedyś napiekła "bandytom" racuchów, kiedy
indziej przesłała im kurczaka.

Ogólnie jednak nie była to osoba godna zaufania. Z wywiadu
środowiskowego (przeprowadzonego na jej temat przez milicję) wiadomo,
że "…po śmierci męża i syna trudniła się pijaństwem…" Nie był też
chyba godny zaufania lokator Wagnerowej, Władysław Wójcik, chociaż też
niby sprzyjał partyzantom, a nawet przesyłał im różne przedmioty
zakupione za własne pieniądze. Jak potem się okazało, częściej kupował
na rachunek firmy, w której pracował, a robił to nie tyle z
patriotyzmu, ile z chęci przypodobania się "Lilce". Łączniczka czasem
przewoziła do oddziału, a czasem przesyłała na wskazane adresy czasem
medykamenty, a czasem np. latarki – wszystko co było akurat potrzebne
partyzantom i co dało się przesłać paczką bez wzbudzania podejrzeń. A
ponieważ naprawdę kochała "Łukasza" – gdy oboje byli już w celach
śmierci, chciała wziąć z nim ślub – pozostaje poza podejrzeniami. A
jednak zdrada musiała wyjść stamtąd, z mieszkania Wagnerowej. Nie
wiadomo, czy donosicielką była sama gospodyni, czy może jej lokator,
czy raczej ktoś z kręgu ich znajomych, komu nieopatrznie zaufali.
Równie dobrze oboje mogli dojść do wniosku, że trzeba "wkupić się" w
łaski komunistów i zadziałali podobnie jak "Bolek", tylko innymi
metodami. Faktem jest, że "Lilkę" aresztowano, gdy poszła nadawać
paczkę. Na przesyłce był adres: Stanisław Kaszczuk, Zbereże – bezpieka
postanowiła sprawdzić ten trop. Do Zbereża nad Bugiem wysłano kilka
samochodów KBW.

Przed świtem 6 października 1951 roku UB i KBW zaczęło otaczać
zabudowania Kaszczuka – lecz ujadanie psów zbudziło gospodarza.
Kaszczuk, też zresztą członek konspiracji (ps. "Daleki") wszedł do
stodoły, gdzie spał "Żelazny" i trzej jego partyzanci. UB otacza
zabudowania – rzucił półgłosem. Partyzanci błyskawicznie się ubrali,
wypadli ze stodoły i pomimo ostrzału przedarli się przez pierścień
obławy. Niestety za tym pierwszym pierścieniem był drugi – żołnierze
KBW czekający przy samochodach. Jeden z partyzantów- "Niewinny"
(Marciniak) postanowił się ukryć w zaroślach, "Żelazny" z dwoma
pozostałymi, podbiegł do samochodów i krzycząc: Samochód dla rannego
żołnierza! wskoczył do najbliższego gazika. Pozostali partyzanci,
"Kazik" i "Łukasz" (ten narzeczony "Lilki") – za nim. Terroryzując
kierowcę automatem "Żelazny" kazał ruszać. Po chwili trafili jednak na
grupę dowodzenia obławą wraz z psami. W napisanym po akcji raporcie ów
kierowca, niejaki Ciemięrzewski, przypisuje sobie przemyślny plan
dowiezienia "Żelaznego" w rejon działania KBW, z którego dowiadujemy
się, że po wjechaniu na miejsce dowodzenia obławą, kierowca zawiadomił
krzykiem, że w samochodzie jest "banda", po czym wysprzęglił, skręcił
kierownicę w lewo i wyskoczył z samochodu, który wjechał w środek grupy
operacyjnej UB-KBW.

Wyskakiwali w biegu, strzelali w biegu i padali w biegu… Edward
Taraszkiewicz został podczas tej szarży zabity strzałem w serce. Zabity
został także drugi z partyzantów, "Kazik" (Stanisław Torbicz). Jednak
nie padli bez walki, zanim zginęli zabili jeszcze ubeka i kilku
żołnierzy KBW. "Łukasz" został ranny, uciekał w głąb lasu, ale został
złapany. Schwytany został też "Niewinny", który wcześniej się ukrył i
nie brał udziału w szarży samochodu. W pokazowym procesie w sierpniu
1952 roku obydwaj otrzymali wyroki śmierci. Wyroki wykonano.

Październik 1951. Dziedziniec PUBP we Włodawie [zdjęcie zrobione przez UB]. Leżą zabici: Kazimierz Torbicz
"Kazik" (od lewej) i Edward Taraszkiewicz "Żelazny". W
ubraniu poszarpanym przez milicyjne psy siedzi Stanisław Marciniak
"Niewinny". Skazany na karę śmierci, zamordowany 29 stycznia 1953 na Zamku Lubelskim.


Jeszcze kilka zdań o pozostałych osobach dramatu. Na karę śmierci
skazana została także "Lilka", która w ostatnim słowie nie wyraziła
skruchy, lecz oświadczyła: Byłam i jestem wrogiem Polski Ludowej (…).
Wobec Boga i Ojczyzny, i ludzi mam czyste sumienie, bo nikomu nic złego
nie zrobiłam. Kary nie wykonano, zmieniono na dożywocie. Dożywocie
otrzymał także Stanisław Kaszczuk, w którego stodole "Żelazny" się
ukrywał. Jego rodzinne gospodarstwo zrównano z ziemią. Oboje rodziców
zabito podczas obławy. Jego brat Józef, który wiedział, a nie doniósł,
dostał 12 lat. Pozostałe osoby, które kontaktowały się z oddziałem,
otrzymały od 9 do 12 lat więzienia. Wspominam o tym, bo wysokość
wyroków może być kluczem do rozwiązania zagadki tamtej zdrady. Otóż:
sąsiedzi "Lilki", którzy także jakoś wspomagali "Żelaznego", otrzymali
zaskakująco niskie wyroki. Wójcik, który kupował dla partyzantów różne
rzeczy (czasem za zdefraudowane pieniądze!), otrzymał po odwołaniach
ostatecznie 15 miesięcy – tyle, ile przesiedział w śledztwie. Co
dziwne, sąd polecił go natychmiast wypuścić z aresztu. Niski wyrok – 2
lata – otrzymała też Wagnerowa, więc wyszła niedługo po Wójciku. Czy
wyroki te były wynikiem wcześniejszej współpracy z UB, czy może
wylewnych zeznań w czasie śledztwa – trudno dziś odpowiedzieć, na pewno
warto o tych szczegółach pamiętać.

Kończąc opowieść, dopowiedzmy, że po zwycięstwie ok. 800
funkcjonariuszy nad czterema partyzantami w Zbereżu nad Bugiem
przeprowadzono rewizje i aresztowania wśród współpracowników
"Żelaznego". Jeszcze w tym samym dniu, 6 października 1951 r. w domu
Romana Dobrowolskiego (skazany na śmierć i stracony) znaleziono
archiwum i pamiętniki "Żelaznego", a wśród notatek napisaną jego ręką
modlitwę:

Modlitwa żołnierzy Armii Podziemnej

Panie Boże Wszechmogący, daj nam siły i moc wytrwania w walce o
Polskę, której poświęciliśmy nasze życie. Niech z krwi przelanej
naszych braci, pomordowanych w lochach gestapo i czeki, niech z łez
naszych matek i sióstr, wyrzuconych z odwiecznych swych siedzib, niech
z mogił naszych żołnierzy poległych na polach całego świata powstanie
Wolna Polska. O Maryjo, królowo Korony Polskiej, błogosław naszej pracy
i naszemu orężowi. O spraw, miłościwa Pani, Patronko naszych rycerzy,
aby wkrótce u stóp Jasnej Góry i Ostrej Bramy zatrzepotały Polskie
Sztandary z Orłem Białym i Twoim Wizerunkiem . Amen.

Być może komuś tekst ten wyda się niezbyt sprawny literacko, może
nazbyt egzaltowany. Nim jednak zacznie krytykować, niech uświadomi
sobie jedno: ci, którzy tę modlitwę odmawiali, dali dowody największego
bohaterstwa, walczyli – kiedy inni utracili nadzieję, walczyli – kiedy
inni wybierali zdradę. Walczący do jesieni 1951 roku oddział autora tej
modlitwy, "Żelaznego" – Edwarda Taraszkiewicza, był jednym z najdłużej
walczących oddziałów Powstania Antysowieckiego.


Bohdan Urbankowski, NASZA POLSKA NR 22/2001

Antykomunistyczne Podziemie Zbrojne po 1944 roku

"Trzeba wspomnieć wszystkich zamordowanych rękami także polskich instytucji i służb bezpieczeństwa pozostających na usługach systemu przeniesionego ze Wschodu. Trzeba ich przynajmniej przypomnieć przed Bogiem i historią".
Jan Paweł II

„Bez ofiary życia kilku tysięcy takich jak Oni, powojenna historia Polski byłaby jakże bardziej zawstydzająca”.
H. Pająk

"Nie dajmy zginąć poległym"  Zbigniew Herbert


Koncentracja 5 Brygady Wileńskiej, 7 września 1945 r. – leśniczówka Poświętne. W środku mjr Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka", obok z prawej ppor. Władysław Łukasiuk "Młot", pierwszy z prawej stoi ppor. Romuald Rajs "Bury", klęczy z prawej por. Marian Pluciński "Mścisław".

"[…] Nie jesteśmy żadną bandą, tak jak nas nazywają zdrajcy i wyrodni synowie naszej ojczyzny. My jesteśmy z miast i wiosek polskich. […] My chcemy, by Polska była rządzona przez Polaków oddanych sprawie i wybranych przez cały Naród, a ludzi takich mamy, którzy i słowa głośno nie mogą powiedzieć, bo UB wraz z kliką oficerów sowieckich czuwa. Dlatego też wypowiedzieliśmy walkę na śmierć lub życie tym, którzy za pieniądze, ordery lub stanowiska z rąk sowieckich, mordują najlepszych Polaków domagających się wolności i sprawiedliwości.
mjr Łupaszka."
Fragment ulotki z marca 1946 roku,
 autorstwa mjr. Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki"

Armia Czerwona, wkraczająca na nasze ziemie w styczniu 1944 r., nie niosła Polsce wolności ani pokoju. Po początkowym współdziałaniu z oddziałami Armii Krajowej przeciwko Niemcom, NKWD przystępowało do aresztowań oficerów; zwykłych żołnierzy siłą wcielano do wojsk Berlinga. Eksterminowano przede wszystkim inteligencję, aby jak najbardziej osłabić żywioł polski. Mimo to konspiracja – choć znacznie osłabiona – trwała na straży niepodległości. Opór przeciwko sowieckiej dominacji od razu przybrał formę zorganizowanej walki zbrojnej – Powstania Antykomunistycznego, które trwało do końca lat 40-tych, a na niektórych terenach nawet znacznie dłużej.

Minęło z górą 50 lat, a wiedza o tamtych wydarzeniach jest wciąż niepełna. W potocznej świadomości nadal pokutują fałszywe stereotypy, będące produktem komunistycznej propagandy. Do ich ugruntowania przyczynili się peerelowscy pseudohistorycy, którzy przez 45 lat nazywali ten okres „epoką walki o utrwalenie władzy ludowej”. Stworzony przez nich skrajnie fałszywy obraz historii lat 40-tych i 50-tych trafiał do podręczników, encyklopedii i okolicznościowych artykułów prasowych.
Proceder ten trwał do końca istnienia „Polski Ludowej”.
Oto np. w „Gazecie Współczesnej” (nr 131/20822 z 6.06.1986 r.) niejaki Stanisław Fiedorowicz w artykule „Spotkanie z katem” tak opisał ppor. Stanisława Marchewkę „Rybę”, partyzanta Armii Krajowej i WiN:
"Któregoś dnia, a było to jesienią 1955 roku, do celi więziennej, w której odsiadywał karę Kazimierz, wprowadzono rosłego bruneta o złym spojrzeniu. Nie przywitał się z więźniami. Usiadłszy na taborecie, mruczał:

– „K… dostanę krawat, dostanę krawat… (krawatem nazywają więźniowie karę śmierci przez powieszenie, przyp. SF).
Za mało tych …synów zabiłem. Ale com pożył, to pożył. Pieniędzy i bab to mi nie brakowało”.

– Kto ma papierosa? […] Takie gówno muszę palić. Kiedyś to amerykańskie człowiek dostawał, „Kamele”, „Lukistryki”. Kapitanem jestem, a z hołotą muszę siedzieć. […]

– Mężatkę jedną miałem – mówił. – Piękna dziewucha. Włos puszysty, do samej dupy. Mąż jej w Szczecinie pracował. Początkowo nie chciała dać. To ja jej dwa pierścionki i 10 tysięcy. Dolarów! Też nie chciała. To ja wtedy spluwę do skroni. No i dała. […]


P.S. W 1956 r. wyrokiem Sądu Wojskowego „Ryba” został skazany na karę śmierci przez powieszenie. Wyrok wykonano."

W rzeczywistości Stanisław Marchewka „Ryba” zginął na Białostocczyźnie w walce z grupą operacyjną UB 3 marca 1957 ar. i nigdy nie był aresztowany.

Chodziło nie tylko o dezinformację – aparat propagandowy PRL dbał bowiem również o to, aby uczestników ruchów niepodległościowych zohydzić moralnie, przypisując im wszelkie zbrodnie. Była to świadoma i długofalowa polityka. Jeden z wyższych funkcjonariuszy UB, mjr Wiktor Herer powiedział w śledztwie w 1948 r. do jednego z więźniów: zadaniem naszym jest nie tylko zniszczyć was fizycznie, ale my musimy zniszczyć was moralnie w oczach społeczeństwa (Czesław Leopold, Krzysztof Lechicki Więźniowie polityczni w Polsce 1945-1956, Wydawnictwo „Młoda Polska”, Warszawa 1981, s. 8).

Fizyczna eksterminacja żołnierzy antykomunistycznego podziemia nie wystarczyła komunistom. Dobrze wiedzieli, że z ofiary ich życia może w przyszłości powstać mit, z którego nowe pokolenia Polaków będą czerpały siłę do walki z komuną. I właśnie dlatego zabitych czy też zamęczonych partyzantów potajemnie chowano w dołach kloacznych, na torfowiskach, wysypiskach śmieci… Tak, by nie został po nich nawet krzyż na mogile. Dlatego komuniści używali również wszelkich możliwych chwytów propagandowych, aby tych, którzy zdecydowali się na zbrojną walkę z nimi, unicestwić moralnie.
Szczególną rolę na tym polu odegrali pisarze. Przez cały okres PRL-u wydawano książki, w których żołnierzy podziemia antykomunistycznego przedstawiano jako rabusiów, wykolejeńców i degeneratów, mordujących kobiety i dzieci. Gdy zsumujemy egzemplarze takich książek, otrzymamy liczbę kilku milionów!

Tzw. ludzie kina nie pozostawali w tyle za literatami. Dla przykładu należy wymienić takich reżyserów jak Jerzy Kawalerowicz z jego osławionym filmem „Cień”; Czesława i Ewę Petelskich, którzy w filmie „Ogniomistrz Kaleń” przedstawili mjr. „Żubryda” jako pospolitego bandytę; czy Kazimierza Kutza z równie „wybitnym” filmem „Z nikąd do nikąd”. To ostatnie „dzieło” zostało zrealizowane już w latach 70-tych. Kulminacyjna scena filmu przedstawia alkoholową libację żołnierzy podziemnego oddziału, obserwowaną przez członków międzynarodowej komisji, którzy wcześniej zostali wzięci do niewoli. Obserwując spitych na umór, zachowujących się jak bydło partyzantów, „anglojęzyczny” członek komisji zwraca się do innego jej członka – w sowieckim mundurze – z następującym pytaniem:
Dlaczego nie zrobicie z nimi porządku? Ten zaś odpowiada ze zdziwieniem:
Jak to? Przecież to wolny kraj. To nie nasza sprawa.


Apel w obozie Grupy Ochrony Sztabu Zgrupowania Partyzanckiego "Błyskawica" mjr. Józefa Kurasia "Ognia" (przyjmuje meldunek). Lato 1946 r.

Do tego trzeba doliczyć ogromną liczbę artykułów, także w prasie codziennej, pisanych głównie przez byłych funkcjonariuszy UB, ale też i sztuki bardziej subtelne: poezję a nawet malarstwo. Ich celem było „utrwalenie władzy ludowej” w świadomości społeczeństwa i wytworzenie nowej moralności, w której dobro stawało się złem.
Ani nasi rodzice, ani my w szkole nie mogliśmy się przed tym bronić. Nie było przecież spotkań z żołnierzami Niepodległości, w ich miejsce sprowadzano natomiast pseudokombatantów ze ZboWiD-u. Reprezentowali oni UB, Informację Wojskową, KBW, Milicję i ORMO. Weterani organizacji niepodległościowych wegetowali zaś na marginesie społeczeństwa.
Peerelowską propagandę wspomagali – niestety – niektórzy działacze tzw. „opozycji demokratycznej” i związani z nimi historycy, nie potrafiąc bądź nie chcąc wyjść poza oficjalne schematy. Polskie podziemie antykomunistyczne w ich publikacjach zwane było w dalszym ciągu „bandami”. Niektórzy z nich stosowali kłamliwe pomówienia, wcale nie gorsze od tych, zamieszczanych w książkach autorów o ubeckiej proweniencji.

Np. prof. Krystyna Kersten w książce wydanej poza cenzurą, a zatem traktowanej wówczas bardziej wiarygodnie od oficjalnych publikacji (Narodziny systemu władzy. Polska 1943-1948. Wydawnictwo KRŃG, Warszawa 1985, s. 8) dokonała oceny moralnej polskiego podziemia antykomunistycznego, zrównując je z oprawcami z UB:

"Sądzę, że specyfika polskiej sytuacji przełomu wojny i pokoju polegała właśnie na tym, że wszelkie racje ulegały relatywizacji. Nie jest to równoznaczne z usprawiedliwianiem oprawców z UB czy NSZ-owców mordujących bezbronnych Żydów i „czerwonych” […]."

Wtórowała jej Maria Turlejska (Łukasz Socha) w głośnej książce: Te pokolenia żałobami czarne… Skazani na śmierć i ich sędziowie 1944-1956 (ANEKS, Londyn 1989, s. 66), twierdząc, że polskie podziemie antykomunistyczne w ogóle nie istniało!
W Polsce nie było w ogóle żadnej ogólnokrajowej zbrojnej organizacji bojowej i władza nawet nie usiłowała jej zmistyfikować. Twierdzono – i twierdzi się do dziś – że istniały dziesiątki, setki, ba! tysiące band. Wymienia się najczęściej kryptonimy AK, NSZ, ROAK, KWP, pseudonimy przywódców: Orlika, Burego, Ognia, Warszyca, Dzikiego, Błyska, Groźnego, Otta, Tarzana, Łupaszki, Zapory, Huzara, Wędrowca, Mewy, Szarego […].
Wtedy nie wiedzieliśmy, że jest to kontynuacja haniebnego procederu propagandowego PRL-u, a Maria Turlejska to agentka MBP o pseudonimie „Ksenia”.
I że będą ją wspierać politycy III Rzeczypospolitej.
Jacek Merkel, minister stanu w Kancelarii Prezydenta RP, w wywiadzie dla post(?)komunistycznego „Sztandaru Młodych” (z 15-17 lutego 1991 r.) na prowokacyjne pytanie, czy w wolnej Polsce uzyskają przywileje kombatanckie żołnierze Wehrmachtu, UPA i NSZ – odpowiedział bez zastanowienia: Nie. Skądże takie pytanie? Służba w obcej armii nie jest brana pod uwagę.
Tak zohydził Jacek Kuroń, człowiek uchodzący za osobę niezwykle wrażliwą na ludzką krzywdę, działacz KOR i polityk obecnej Unii Wolnoęci Józefa Kurasia „Ognia” w książce: Wiara i wina. Do i od komunizmu (Niezależna Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1990, s. 247):
"Ogień – Józef Kuraś – legendarny przywódca Podhala, najpierw należał do AK, potem założył własną bandę. Ponieważ był antyakowski, po wojnie został szefem bezpieczeństwa w Nowym Targu. Potem z całym Urzędem Bezpieczeństwa poszedł do lasu i niesłychanie długo terroryzował Podhale. Otóż Ogniowi co pewien czas podobała się jakaś dziewczyna, więc brał z nią ślub. Czy zawierał małżeństwa w kościele, pod bronią, zmuszając księży do udzielania mu kolejnych ślubów, czy obywał się bez kościoła, nieważne, fakt, że wesela robił najhuczniejsze na świecie. Przy tej okazji rozwalał czerwonych i żydów. Właśnie w Rabce odbywał się taki ślub. Ogień naprzód wydał wódę, potem kazał wypuścić ją w rynsztoki, podpalił gorzelnię i w świetle pożaru pędził w olbrzymim kuligu z tą swoją nowo poślubioną żoną."

„Ogień” nie porywał kobiet i nie wymuszał na nich małżeństw. Miał dwie żony: jedna spłonęła żywcem wraz z ich 2,5 letnim synkiem w domu podpalonym przez Niemców w czerwcu 1943 roku, druga zaś, Czesława (z domu Polaczyk) była łączniczką w jego oddziale partyzanckim. Aresztowana przez UB, została uwolniona przez żołnierzy „Ognia” z PUBP w Nowym Targu w kwietniu 1945 r. Wkrótce po tym wzięli ślub w kościele w Ostrowsku. Po śmierci męża była przez wiele lat szykanowana przez UB. Żyje w kraju wraz z synem. A książkę Kuronia przeczytały zapewne dziesiątki tysięcy ludzi. I choć lata mijają, metody zniesławiania żołnierzy antykomunistycznego podziemia pozostają te same. Kuroń także pozostaje taki sam. W książce napisanej wspólnie z Jackiem Żakowskim (Jacek Kuroń, Jacek Żakowski: PRL dla początkujących. Wydawnictwo Dolnośląskie Wrocław 1998, s. 13) pokusił się już o szerszą „analizę” całego podziemia antykomunistycznego:
w 1945 r. "oddziały partyzanckie były zbyt rozdrobnione i za słabe, żeby atakować np. wojskowe magazyny. Bały się, że zostaną wykryte i rozbite przez sowietów. Więc rabowano chłopów. Ruszył proces wyradzania się partyzantki w bandytyzm. Od chwili rozwiązania AK coraz trudniej było odróżnić bandę rabunkową od grupy niepodległościowej…"

Jest dla nas oczywiste, że sytuacja nieprędko ulegnie zmianie. W rzeczywistości politycznej opartej na fundamencie Okrągłego Stołu i „grubej kresce” nie ma miejsca na oddawanie hołdu ludziom, którzy w obronie naszej niepodległości, tradycji i wiary do komunistów po prostu strzelali.
Co więcej – dla środowisk postkomunistycznych oraz osób, dla których jednym z najważniejszych celów jest zalegalizowanie udziału postkomunistów w życiu publicznym III RP (także w sferze moralnej), żołnierze antykomunistycznego podziemia pozostają nadal przedmiotem ataku.


Rok 1945. Kadra V Brygady Wileńskiej AK. Stoją od lewej: ppor.cz.w. Henryk Wieliczko "Lufa", zamordowany 14 marca 1949 na zamku lubelskim, Por. Marian Pluciński "Mścisław", zamordowany 28 czerwca 1946 w białostockim więzieniu, mjr Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka", zamordowany 8 lutego 1951 na Mokotowie, wachm. Jerzy Lejkowski "Szpagat", ppor. Zdzisław Badocha "Żelazny", poległ w walce z UB 26 czerwca 1946 koło Sztumu.

Część 2>

Antykomunistyczne Podziemie Zbrojne po 1944 roku – część 2

"Co stanowi o metodzie działania sowieckiego na podbity naród?
Tę metode można porównać do operacji chirurgicznej, polegającej na wyjmowaniu pacjentowi jego mózgu i serca narodowego. Ale wiemy, że pierwszym warunkiem jest, aby pacjent leżał spokojnie. […] Pod tym względem bolszewicki zabieg chirurgiczny nie tylko nie różni się od normalnego, a raczej bardziej niż każdy inny uzalezniony jest od mądrze stosowanej etapowości, a warunkiem jego powodzenia jest właśnie ta straszna, milcząca, zastrachana, sterroryzowana psychicznie bierność społeczeństwa. Jego bezruch. Jego fizyczne poddanie.
Społeczeństwo, które strzela, nigdy nie da się zbolszewizować. Bolszewizacja zapanuje dopiero, gdy ostatni żołnierze wychodzą z ukrycia i posłusznie stają w ogonkach. Właśnie w Polsce gasną dziś po lasach ostatnie strzały prawdziwych Polaków, których nikt na świecie nie chce nazywać bohaterami […]."
Józef Mackiewicz,
fragment artykułu londyńskich "Wiadomości" z 1947 roku


Maj 1945. Żołnierze PAS
NSZ Okręgu Lubelskiego z oddziału mjr. Mieczysława Pazderskiego
"Szarego" [siedzi w środkowym rzędzie, nad żołnierzem z MP-40].


Dziś tamte wydarzenia określa się enigmatycznie jako „wojnę domową”, aby ukryć ich istotę – fakt, że rok 1944 oznaczał początek sowieckiej okupacji Polski. Tym, którzy tego nie rozumieją, przypominamy słowa Władysława Gomułki, sekretarza KC PPR, wygłoszone na tajnym plenum w dniach 20-21 maja 1945 r.:
"Nie jesteśmy w stanie walki z reakcją przeprowadzać bez Armii Czerwonej. […] Niesłusznym byłoby żądanie wycofania wojsk [sowieckich]. Nie mielibyśmy swoich sił, aby postawić [je] na ich miejscu."
Potwierdzał to jednoznacznie Franciszek Jóźwiak, komendant główny MO:
"Nie jesteśmy u siebie gospodarzami. Pracują u nas bataliony sowieckie… Władza komunistyczna w Polsce po 1944 r. nigdy nie była suwerenna."

Dla żołnierzy walczących o niepodległość RP, II wojna światowa nie zakończyła się z chwilą opuszczenia ziem polskich przez niemieckiego okupanta. W beznadziejnych warunkach, przy całkowitej obojętności świata, żołnierze niepodległościowego podziemia do połowy lat 50-tych prowadzili walkę z drugim okupantem i rodzimymi kolaborantami. Walczyli z komunistami w obronie naszej niepodległości, wiary i tradycji. Polacy przegrali II wojnę światową.

Jest coś symbolicznego w tym, że gdy wolna Europa świętowała dzień zwycięstwa nad Niemcami, w nocy z 8 na 9 maja 1945 r. z lasów nieopodal Grajewa wyruszali żołnierze AKO dowodzeni przez mjr. Jana Tabortowskiego „Bruzdę”. Szli na Grajewo w celu uwolnienia więźniów z PUBP i KP MO. Symboliczne są także losy głównych bohaterów tej akcji: mjr Jan Tabortowski „Bruzda” zginął 9 lat później, 23 sierpnia 1954 r. podczas akcji na posterunek MO w Przytułach. Ppor. Stanisław Marchewka „Ryba”, dowodzący grupą szturmującą budynek PUBP w Grajewie, zginął 12 lat później.
W maju 1945 r. – w „miesiącu zwycięstwa” – na ziemiach polskich trwało już antykomunistyczne powstanie.
W nocy z 30 kwietnia na 1 maja oddział NSZ por. Romana Dziemieszkiewicza „Pogody” rozbił areszt PUBP w Krasnosielcu, uwalniając 42 żołnierzy AK i NSZ.
1 maja pod miejscowością Annówka oddział mjr. Mariana Bernaciaka „Orlika” rozbił 60-osobową grupę operacyjną UB z Radzynia. Zginęło 12 ubeków, 24 dostało się do niewoli, reszta uciekła.

7 maja pod wsią Kuryłówka ok. 200-osobowe zgrupowanie oddziałów NZW stoczyło całodzienny bój z oddziałem NKWD w sile kilkuset osób. Partyzanci odnieśli całkowite zwycięstwo. NKWD wycofało się z pola walki pozostawiając co najmniej 56 zabitych. Dzień później, 8 maja, NKWD-dziści spalili w odwecie w Kuryłówce ponad 200 gospodarstw. Mieszkańcy wsi ratowali życie uciekając w pobliskie lasy. Sowieci zastrzelili 6 osób, 2 zginęły w płomieniach.

9 maja z więzienia w Białymstoku uciekło ok. 100 więźniów.

11 maja połączone oddziały ppor. Teodora Śmiałowskiego „Szumnego” z AKO i ppor. Zbigniewa Kryńskiego „Rekina” z NSZ zdobyły koszary 4 szwadronu 11 pułku KBW w Siemiatyczach. Partyzanci wzięli do niewoli 80 żołnierzy KBW, których rozmundurowali i rozbroili.

11 maja oddział AKO dowodzony przez ppor. Stanisława Marchewkę „Rybę” rozbił pod wsią Wyrzyki grupę operacyjną UB. 16 ubeków zginęło lub odniosło rany.

17 maja pod wsią Bodaki ok. 50-osobowy oddział NZW por. Zbigniewa Zalewskiego „Drzymały” został zaatakowany przez grupę operacyjną NKWD. W nierównej walce zginęło ponad 20 partyzantów (ranni byli dobijani przez NKWD-zistów).

W nocy z 18 na 19 maja ok. 80-osobowy oddział AKO dowodzony przez NN „Zbycha” opanował Ostrołękę.

W nocy z 20 na 21 maja oddział por. Eugeniusza Wasilewskiego „Wichury” rozbił obóz koncentracyjny NKWD w Rembertowie. W wyniku akcji uciekło kilkuset więźniów. Na uciekinierów zorganizowano gigantyczną obławę. Spośród schwytanych ok. 100 osób zostało zamordowanych przez NKWD.

21 maja oddział ppor. Stanisława Bogdanowicza „Toma” rozbił areszt w Białej Podlaskiej uwalniając kilkunastu więźniów.

24 maja ok. 200 partyzantów ze zgrupowania mjr. Mariana Bernaciaka „Orlika” stoczyło całodzienny bój z liczącą kilkaset osób grupą operacyjną NKWD i UB. Do walki z partyzantami użyto samochodów pancernych. Walka zakończyła się klęską strony komunistycznej. Zginęło co najmniej 64 NKWD-zistów i 10 ubeków. Zwycięstwo okupiono stratą 8 partyzantów.

28 maja I szwadron V Wileńskiej Brygady AK dowodzony przez por. Zygmunta Błażejewicza „Zygmunta” i oddział por. Władysława Łukasiuka „Młota” został otoczony przez grupę operacyjną NKWD i KBW w rejonie Majdan-Topiły na terenie Puszczy Białowieskiej. Po kilkugodzinnej walce partyzanci przebili się z okrążenia. W walce zginęło 15 NKWD-zistów, a 16 zostało rannych. Partyzanci stracili 1 żołnierza.

28 maja pod m. Kotki (powiat Busko-Zdrój) oddział NSZ por. Stanisława Sikorskiego „Jaremy” stoczył zwycięską walkę z grupą operacyjną NKWD i UB. Komuniści wycofali się z pola walki. Partyzanci okupili zwycięstwo stratą dowódcy i kilku żołnierzy.

Ostatnie polskie Powstanie Narodowe skończyło się klęską, bo nie miało żadnych szans powodzenia. Polska została opuszczona przez wolny świat, którego przedstawiciele niczym Piłat umyli ręce od sprawy polskiej. Zostaliśmy wydani na łup Związkowi Sowieckiemu, który przy pomocy swej komunistycznej agentury zorganizował farsę wyborczą, fasadowe państwo, quasi-polską armię, w której wszystkie ważniejsze stanowiska objęli „Polacy z importu” lub sowieccy agenci, jak np. mianowany przez Stalina marszałkiem agent NKWD Artur Łyżwiński vel Michał Żymierski. Ludzie podziemia nie zdawali sobie jednak sprawy, jak bardzo zostali zdradzeni. Liczyli, biorąc pod uwagę przede wszystkim względy moralne, ale także pragmatyczne, że Zachód przyjmie do wiadomości, iż komunizm jest wrogiem nie tylko Polaków i nie tylko innych narodów podbitych przez wyznawców zbrodniczej ideologii, ale że jest też wrogiem całego wolnego świata. Stało się inaczej. W ciągu następnych dziesięcioleci czerwony imperializm połknął następne ofiary i zaczął bezpośrednio zagrażać istnieniu wolnego świata. Zanim upadł, pozwalając nam – i nie tylko nam – odzyskać upragnioną wolność, kosztował świat dziesiątki milionów niepotrzebnych ofiar. Byliśmy awangardą walki z dwiema najstraszliwszymi odmianami totalitaryzmu: socjalizmu w wydaniu nazistowskim, ze zbrodniczą ideologią walki ras, i socjalizmu w wydaniu komunistycznym, ze zbrodniczą ideologią walki klas.
Celem komunistycznych represji było złamanie wszelkiego oporu społeczeństwa. Droga do tego wiodła przez eksterminację elit (także lokalnych) tak, aby dawna infrastruktura społeczna, kształtowana przez pokolenia Polaków, mogła być stworzona przez komunistów na nowo, od podstaw. Tradycyjne więzi polityczne, gospodarcze i społeczne były istotną przeszkodą w ustanawianiu „dyktatury proletariatu”. Dopiero od lat 60-tych rozpoczęło się ich powolne odbudowywanie. Powstanie i działalność konspiracyjnej organizacji „Ruch”, nawiązującej do ideałów konspiracji niepodległościowej z pierwszych lat powojennych, wydającej wzorem swych poprzedników konspiracyjną, wolną prasę, tworzyło podwaliny pod zorganizowanie środowiska, które w 1977 r. powołało Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela (ROPCiO). Doświadczenia pacyfikacji Wybrzeża w grudniu 1970 r., stłumienia spontanicznych wystąpień robotniczych w czerwcu 1976 r. oraz powstanie „Solidarności” w 1980 r. sprawiły, że rozpoczął się powolny proces odzyskiwania podmiotowości przez zniewolone społeczeństwo.
Do tego niezbędne było odtwarzanie niezależnych polskich elit, wolnych od wpływów komunistycznych, nastawionych na całkowite odzyskanie niepodległości. Jednakże miejsce tradycyjnych elit było już częściowo zajęte przez nową pseudo-inteligencję komunistyczną i dysydentów z PZPR.
Po 1989 r. stali się oni gorącymi rzecznikami „grubej kreski” wobec zbrodniarzy, postulując pozostawienie wszelkich rozliczeń wyłącznie historykom.
Dziś trudno jest przebić się z wiedzą o ostatnim polskim Powstaniu Narodowym przez postkomunistyczne media do nowych pokoleń. Niestety, także w III Rzeczpospolitej uczestnicy podziemia niepodległościowego dalej pozostają Żołnierzami Wyklętymi – nie uzyskali bowiem należnego im miejsca w naszej narodowej świadomości. Czynniki państwowe nigdy nie oddały im honorów. A jesteśmy przecież coś winni ludziom, którzy walczyli o to, aby Polska była Polską…
Nasze „elity”, idąc za hasłem wyborczym Aleksandra Kwaśniewskiego wybrały przyszłość, a do przeszłości sięgają wybiórczo i w sposób instrumentalny, wykorzystując ludzką niewiedzę i stereotypy PRL-owskiej propagandy. Zresztą wielu członków tej „elity” korzysta z owoców własnej pracy. I dlatego oglądamy wręczanie przez PZPR-owskiego aparatczyka Orderu Orła Białego Jackowi Kuroniowi i Karolowi Modzelewskiemu z następującym uzasadnieniem: byli pierwsi, gdy w 1964 r. otwarcie napiętnowali system dyktatury – bez słowa protestu ze strony samych udekorowanych, a także środowiska, które reprezentują.
I słyszymy, że to ludzie PZPR-u, jedni od wewnątrz a drudzy od zewnątrz, działali na rzecz niepodległości naszego kraju.

Zdajemy sobie sprawę, że mamy bardzo niewielkie szanse na zmianę istniejącego stanu świadomości historycznej rodaków. Do wyjątków należą pisarze, reżyserzy, aktorzy – ludzie tworzący kulturę, zainteresowani walką o prawdę, pokazywaniem postaw bohaterskich, odkłamywaniem przeszłości. Ale to w żadnym przypadku nie zwalnia nas z obowiązku wykorzystania wszystkich środków będących w naszym zasięgu, aby ten stan rzeczy zmienić.
Jesteśmy to winni tym, którzy 55 lat temu, decydując się na walkę zbrojną w obronie imponderabiliów, odrzucili możliwość egzystencji pod rządami kolaborantów.
Dla nas uczestnicy antykomunistycznego powstania są bohaterami.

Ze wstępu do albumu „Żołnierze Wyklęci – Antykomunistyczne Podziemie Zbrojne po 1944 roku”, Oficyna Wydawnicza Volumen, Warszawa 2002.

Zbigniew Herbert – "Wilki"
Ponieważ żyli prawem wilka
historia o nich głucho milczy
pozostał po nich w kopnym śniegu
żółtawy mocz i ten ślad wilczy

szybciej niż w plecy strzał zdradziecki
trafiła serce mściwa rozpacz
pili samogon jedli nędzę
tak się starali losom sprostać

już nie zostanie agronomem
,,Ciemny" a ,,Świt" – księgowym
"Marusia" – matką ,,Grom" – poetą
posiwia śnieg ich młode głowy

nie opłakała ich Elektra
nie pogrzebała Antygona
i będą tak przez całą wieczność
w głębokim śniegu wiecznie konać

przegrali dom swój w białym borze
kędy zawiewa sypki śnieg
nie nam żałować – gryzipiórkom –
i gładzić ich zmierzwioną sierść

ponieważ żyli prawem wilka
historia o nich głucho milczy
został na zawsze w dobrym śniegu
żółtawy mocz i ten trop wilczy.

5 lipca 1953, okolice wsi
Niedziałki pow. Mława. Żołnierze PAS z oddziału por. Wacława
Grabowskiego "Puszczyka" [drugi od prawej] polegli w walce z
1300-osobową grupą operacyjną KBW-UB. Zdjęcie wykonane przez UB.


Część 1>
Strona główna>