Koncert w hołdzie Żołnierzom Wyklętym

Koncert zespołu DE PRESS i ANDRZEJA KOŁAKOWSKIEGO we Wrocławiu – 12 listopada 2011 r.

Stowarzyszenie ODRA-NIEMEN podjęło się zadania zorganizowania koncertu poświęconego Żołnierzom Wyklętym, chcąc w ten sposób zaznaczyć pamięć o bohaterach Antykomunistycznego Powstania. To także dzięki nim cieszymy się Dniem Niepodległości.
Wystąpią zespół DePress z repertuarem z płyty "Myśmy rebelianci" oraz Andrzej Kołakowski z piosenkami z albumu "Oskarżeni o wierność".

Koncert odbędzie się w dniu 12 listopada 2011 r., w sobotę, o godzinie 19.00. Wszystkich zainteresowanych tą tematyką zapraszamy do Klubu "Od zmierzchu do świtu", Wrocław, ul. Krupnicza 15 (zobacz plan dojazdu>).

Strona główna>

Wywiad z Grzegorzem Wąsowskim – część 1/2

O Jarząbku, Judaszu z Podlasia i przyniesionej pamięci – wywiad z Grzegorzem Wąsowskim z Fundacji "Pamiętamy"

Opublikowano: wpolityce.pl, 23 października 2011 r.

Rozmowa z Grzegorzem Wąsowskim – adwokatem,  który współkieruje pracami Fundacji  "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem  pamięci o żołnierzach polskiego  podziemia niepodległościowego z lat  1944- 1954.

Mec.
Grzegorz Wąsowski, Prezes Zarządu Fundacji "Pamiętamy". W tle widać
jeden z pomników Fundacji, poświęcony kpt. Kazimierzowi Kamieńskiemu ps.
"Huzar"
i jego żołnierzom, odsłonięty w Wysokiem Mazowieckiem w
listopadzie 2007 r.

– Na III Festiwalu III Festiwal Niepokorni Niezłomni Wyklęci w Gdyni wielkie wrażenie na publiczności zrobił – pokazany poza konkursem – film Arkadiusza Gołębiewskiego "Sny stracone, sny odzyskane". Opowiada historię rodziny Borychowskich z Borychowa – dzieci "bandytów", czyli żołnierzy niezłomnych zabitych przez UB. Dzieci Borychowskich zostały wysłane do domów dziecka, później zostały skazane na społeczna degradację i lata upokorzeń. Dopiero w latach 2000. – co pokazuje film – ci ludzie "odzyskali sny", czyli zdjęto z nich piętno, nadając należne miano bohaterów. Zrobili to konkretni ludzie – z kierowanej przez Pana Fundacji "Pamiętamy".

– Pozwoli Pan, że zacznę od krótkiej refleksji natury ogólnej. Otóż wspomniany przez Pana film Arka Gołębiewskiego jest wzorcowym wręcz przykładem, jak w sposób interesujący dla przeciętnego  widza  należy opowiadać o historii zmagań naszych, przywiązanych do sprawy wolności przodków z komunistami. Obraz ten pokazuje los bezbronnej polskiej rodziny, w tym dzieci, głęboko doświadczonej przez reżim komunistyczny. Jest w sumie suchym, pozbawionym zbędnych ozdobników, i przez to wstrząsającym, zapisem ludzkiego cierpienia. W wielu filmach dokumentalnych traktujących o tym wycinku naszych dziejów widz otrzymuje potężną porcję danych – nazwiska  i pseudonimy, stopnie wojskowe, straty osobowe, itd. Uważam, że taki sposób przekazu ani nie budzi, ani nie pogłębia wrażliwości historycznej widzów. Kwestię tę trafnie zobrazował Zbigniew Herbert w wierszu  Pan Cogito czyta gazetę. Wspomniał  w nim, prawidłowo rozpoznając „wrażliwość” masowego odbiorcy, o 120 poległych żołnierzach, którzy nie przemawiają do wyobraźni/ jest ich za dużo/ cyfra zero na końcu/ przemienia ich w abstrakcję. Film "Sny stracone, sny odzyskane" jest wolny od tego błędu. Dzięki temu oddziałuje na wrażliwość widzów i jako taki jest przydatny w żmudnym procesie odbudowy więzów wspólnotowych, zerwanych przez komunizm. Dlatego uznaję ten dokument za ważny. Moim zdaniem jednymi z najpotrzebniejszych działań  naszych czasów są starania o to, abyśmy przetrwali jako wspólnota ludzi szanujących wolność i wartości, które pozwalają wolność chronić i rozwijać, a także bronić jej, kiedy jest zagrożona. W tej wrażliwości mieści się oczywiście szacunek do ludzi, którzy w mroku nocy terroru komunistycznego, w czasie pełnego i niezwykle brutalnego triumfu systemu komunistycznego, który w całych dotychczasowych dziejach ludzkości był największym i najgroźniejszym wrogiem wolności, w każdym jej wymiarze, bronili prawa człowieka do wolnego życia na ziemi i  w obronie tego prawa ginęli czy cierpieli. Dotyczy to przede wszystkim uczestników walki czynnej, jak i  ludzi pełniących rolę  zaplecza terenowego partyzantki, bez którego ci zbrojni nie mogliby przecież działać. Ludzi takich jak Marian i Czesława Borychowscy.

Pomnik w Borychowie wybudowany dzięki staraniom Fundacji "Pamiętamy".

– Jednak film "Sny stracone, sny odzyskane" kariery telewizyjnej raczej nie zrobił…

– Gdyby TVP S.A. była  rzeczywiście poważnie zainteresowana realizacją misji, jaka  zgodnie z porządkiem prawnym jest jej udziałem, to film "Sny stracone, sny odzyskane" zostałby wyemitowany w bardzo dobrej porze oglądalności w programie pierwszym albo drugim. Ale w mojej opinii nie jest. I dlatego film ten mogli obejrzeć widzowie elitarnego, jeżeli oceniać po wskaźnikach oglądalności, kanału TVP Historia i tzw. nocne marki – o ile wiem film został wyemitowany  nie tylko w TVP Historia, ale także w programie drugim TVP, tyle że gdzieś w okolicach północy. W konsekwencji wyobrażenie całkiem dużego kontyngentu młodzieży, czyli ludzi pozbawionych istotnych doświadczeń własnych z czasów PRL-u, na temat okresu komunistycznego zniewolenia kształtują duże współczesne produkcje fabularne "Różyczka" czy "Rewers". Silnie zarysowany w obu tych filmach motyw bezlitosnego wykorzystywania przez funkcjonariuszy tajnych służb komunistycznych uwiedzionych przez nich kobiet  zapewne nasuwa  widzom smutny wniosek, że niektóre niegodziwe metody tajnych policji są ponadczasowe. A to z kolei skłania wielu młodych ludzi, często  przekonanych o tym, że była posłanka Platformy Obywatelskiej Beata Sawicka padła ofiarą żigolaków z CBA, żeby użyć wyrażenia pana posła Gowina, do konstatacji, że czasy pokazane w 'Różyczce" czy "Rewersie", oceniając rzecz z perspektywy relacji władza-jednostka, nie są jakościowo różne od  koszmaru, który skończył się wraz  z odejściem rządu premiera Jarosława  Kaczyńskiego. Przy tym nie ma istotnego znaczenia, że wspomniane filmy nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością, którą miały zobrazować. Uchodzą jednak, gdyby brać na poważnie poświęcone im recenzje, za wybitne dzieła traktujące o tamtych realiach. Pamiętajmy, w tym wątku naszej rozmowy, także o  nieśmiertelnym, a dotyczącym późniejszego okresu rządów partii komunistycznej filmie "Miś". Dla wielu miłośników tej świetnej komedii jedną  z najzabawniejszych scen w filmie jest obraz trenera drugiej kategorii, bodaj Jarząbka, który, nie wiedząc, że jest obserwowany, wygłasza wiernopoddańczy tekst pod adresem prezesa klubu Tęcza. Swoją przemowę kieruje do szafy, w której stoi uruchomiony przez niego, tuż przed rozpoczęciem wygłaszania laudacji, magnetofon. Dla mnie jest to jedna z najlepszych sekwencji filmowych traktujących o kondycji przeciętnego człowieka pod rządami partii komunistycznej. Tyle że w odróżnieniu od znakomitej większości rodaków uznaję ją za bardzo smutną. Bo to jest scena, w której obserwujemy człowieka, który już dawno przegrał walkę o własną godność, a my, oglądając co wyczynia przed ową szafą, widzimy tego stanu żałosny skutek. A czy porażka w walce o ocalenie własnej godności nie była w tamtych czasach udziałem milionów, podobnie jak trener Jarząbek dających w różny sposób dowody uznania prezesowi klubu, czyli partii komunistycznej? Mam na myśli choćby obecność na pierwszomajowych pochodach, gdzie niektórzy, uśmierzając mechanizmem samooszustwa poczucie wstydu, bronili się jeszcze przed sobą, chwytając za biało- czerwone, a nie za czerwone flagi. Nie mówię tego, aby komukolwiek sprawić przykrość, czy tym bardziej kogoś obrazić. Mówię o tym, aby podkreślić, że często wyrażane przekonanie, że Polska była najweselszym barakiem w obozie krajów demokracji ludowej jest następstwem ahistoryczności wielu z nas, podlewanej obficie inicjatywami typu kochamy polskie seriale oraz wcielanym w czyn rozumowaniem, że rok bez powtórzenia serialu "Czterej  pancerni i pies" oraz "Stawka większa niż życie" jest rokiem dla kultury straconym. Pamiętajmy, w imię elementarnej wierności wobec faktów, że  ten rzekomo  najweselszy barak w obozie został zbudowany na kościach dziesiątków tysięcy naszych rodaków, np. Mariana Borychowskiego, na cierpieniach kolej
nych  setek tysięcy, np. dzieci Mariana i Czesławy Borychowskich, i mógł trwać dzięki mechanizmom powodującym upokorzenie milionów ludzi. Niezrozumienie tego, powtarzam – dość powszechne, jest jednym z wielu przejawów infantylizmu trawiącego  nasze społeczeństwo. W sumie jest to wytłumaczalne – wykazywany w wieku dojrzałym infantylizm jest przecież jedną z form ucieczki przed  postawieniem sobie niewygodnych pytań i podjęciem próby znalezienia na nie odpowiedzi. Przy okazji, skoro dotknęliśmy tematu X Muza a okres komunizmu, polecam "Dom zły" czy produkcję naszych południowych sąsiadów "Czeski błąd". To poruszające filmy. Można się z nich całkiem sporo dowiedzieć o czasach, które stanowią tło fabuły. A klasą dla siebie jest ostanie dzieło Wojciecha Smarzowskiego "Róża". Film, fabularny czy dokumentalny, to znakomite narzędzie uwrażliwiania ludzi na historię. Tylko trzeba umieć to robić. W każdym razie Arkowi Gołębiewskiemu  w filmie "Sny stracone, sny odzyskane" sztuka ta się udała.

Tablica memoratywna na pomniku w Borychowie.

– Jak doszło do odnalezienia rodziny Borychowskich?

– Zaczynem odnalezienia przez nas rodziny Państwa Borychowskich były zapoczątkowane w 2000 r. działania Fundacji „Pamiętamy” obliczone na upamiętnienie żołnierzy walczących na Białostocczyźnie i Podlasiu w szeregach 5 a następnie 6 Brygady Wileńskiej AK. Starania te zostały uwieńczone we wrześniu 2001 r. wzniesieniem okazałego pomnika w Siedlcach.Wymienione jednostki partyzanckie uznaję za jedne z najlepszych, najbardziej walecznych oddziałów polskiej antykomunistycznej partyzantki. Stawiały one zbrojny opór komunistom nieprzerwanie od kwietnia 1945 r do jesieni 1952 r. Epopeja tych oddziałów, a z czasem już tylko kilkuosobowych  patroli, jest nierozerwalnie związana z Podlasiem – piękną krainą, która wielokrotnie dawała świadectwo przywiązania do wolności; wystarczy wspomnieć Powstanie Styczniowe i postać księdza  Stanisława Brzóski.  Gdzieś w początkach 2005 r. uznaliśmy, że warto podjąć dzieło nadania materialnego kształtu – w wymiarze symbolicznym – wspomnianemu wieloletniemu zakorzenieniu partyzantów Brygad Wileńskich w krajobrazie Podlasia. Tak zrodził się pomysł, aby w miejscach, w których zginęli  żołnierze ostatnich patroli 6 Brygady Wileńskiej AK postawić pomniki upamiętniające ofiarę złożoną przez nich w obronie  wolności. Wczesną wiosną 2005 r. idea weszła w stadium realizacji. I tak znaleźliśmy się w Borychowie, gdzie  w zmasowanym ogniu broni maszynowej komunistycznej obławy padł  30 września 1950  r. czteroosobowy patrol 6 Brygady Wileńskiej AK. Do Borychowa pojechaliśmy „w ciemno”, uzbrojeni w monumentalną monografię odtworzonych na Podlasiu Brygad Wileńskich, autorstwa Kazimierza Krajewskiego i Tomasza Łabuszewskiego (Łupaszka, Młot, Huzar. Działalność  5 i 6 Brygady Wileńskiej AK), i dobre chęci. Po przyjeździe na miejsce wytypowaliśmy zabudowania, w których postanowiliśmy zasięgnąć języka. Wjechaliśmy na podwórze, gdzie wkrótce pojawił się gospodarz, w słusznym już wieku, którego zapytaliśmy o wydarzenia z września 1950 r. Ponieważ człowiek był przychylnie nastawiony do rozmowy na ten temat, bardzo szybko poinformowaliśmy go, że mamy zamiar upamiętnić zabitych na polach Borychowa partyzantów oraz Mariana Borychowskiego –  miejscowego gospodarza, którego komuniści zamęczyli w więzieniu za to, że udzielał schronienia leśnym. Zapytaliśmy naszego rozmówcę, czy jego zdaniem mieszkańcy Borychowa mieliby coś przeciwko takiemu upamiętnieniu. Pamiętam jak dziś, że odpowiedział: a dlaczego mieliby  być temu przeciwni? Sądzę, że nie. To wydarzenie należy upamiętnić.
Nie wiem czy pomnik w Borychowie stanąłby, gdyby ten człowiek okazał sprzeciw wobec naszej inicjatywy. Nie dlatego, że łatwo się poddajemy. Przeciwnie, np. o prawo postawienia w Radomiu pomnika upamiętniającego żołnierzy z oddziałów Związku Zbrojnej Konspiracji poległych w zmaganiach z komunistami w latach 1946 – 1954 walczyliśmy z eseldowskimi  wówczas – rzecz działa się w latach 2000-2001 r. – władzami Radomia ponad rok i w końcu walkę tę wygraliśmy; pomnik, o którym wspominam, stanął w wybranym przez nas miejscu , w pobliżu dworca PKP w Radomiu, a w uroczystości jego odsłonięcia w czerwcu 2001 r. wzięło udział kilka tysięcy ludzi. Po prostu nie widzimy sensu stawiania tego rodzaju upamiętnień wbrew woli większości członków lokalnej wspólnoty. Zaś nasz rozmówca z Borychowa wydał się nam człowiekiem rzetelnym, który w sposób obiektywny oddał prawdopodobny stosunek mieszkańców tej wsi  do naszej inicjatywy. Szczęśliwie dla naszych planów, dodał nam przysłowiowego wiatru w żagle. Na dodatek dowiedzieliśmy się od niego, że jedna z córek Mariana Borychowskiego, Pani Teresa Zawadzka, zamieszkuje w sąsiadujących z Borychowem  Zawadach. Los nam sprzyjał. Tak miało być, po prostu. Podziękowaliśmy  naszemu rozmówcy za poświęcony nam czas  i  pojechaliśmy do Zawad, złożyć niezapowiedzianą wizytę Pani Teresie Zawadzkiej z domu Borychowskiej.

– Jak wyglądało Wasze pierwsze spotkanie?

– Było trudne, wzruszające i zapadające w pamięć. Takie spotkania  z zasady nie należą do łatwych. Wiemy coś na ten temat, bo odbyliśmy ich już wiele. Poruszamy przecież sprawy, które dla naszych rozmówców są  bardzo bolesne, są  po prostu ciągle niezagojoną raną. Kiedy zjawiliśmy się u Pani Teresy Zawadzkiej i przedstawiliśmy jej plany, które nas do niej przywiodły, to była tak zdziwiona, że nie przesadzę twierdząc, że gdybyśmy powiedzieli jej, że przylecieliśmy z Marsa, to pewnie przyjęłaby to z mniejszym zdziwieniem, co z nas za cudaki. Jak już doszła do siebie, to powiedziała przez łzy: pamiętajcie, panowie, że w domu mojego ojca ubecy nie znaleźli żadnej kradzionej rzeczy. Takie chwile zapadają w pamięć. Zresztą to jest może najbardziej tragiczny moment tej historii, w jej współczesnej odsłonie. Ten, będący wynikiem dziesiątków lat życia  z brzemieniem  rodziny bandyckiej, mechanizm obronny: panowie, mój ojciec nie był paserem, a ci partyzanci, którym udzielał schronienia, nie byli złodziejami. Po piętnastu latach od upadku komunizmu w Polsce. Ten obrazek  chyba powinien być powodem do smutnej zadumy nad kondycją naszego społeczeństwa. Jak bardzo komunizm nas, jako wspólnotę, spustoszył, skoro tak długo  nie potrafiliśmy dać takim ludziom jak Borychowscy nawet namiastki zadośćuczynienia, w wymiarze emocjonalnym i symbolicznym, za ich cierpienia? Podkreślam, że sytuacja jaką opisuję nie jest wyjątkiem, lecz raczej normą. Takie osoby jak Borychowscy żyją pośród nas  i często do dziś nie zostały objęte symbol
icznym, współczującym ramieniem zbiorowości,  nie doczekały się gestu będącego emanacją naszego szacunku i empatii dla ofiary ich bliskich a także dla będącego ich udziałem cierpienia za sprawę wolności. A przecież jesteśmy, my – szanujący wolność, im to winni.

– W historii Borychowskich przeraża między innymi fakt, że odwet ze strony komunistów nie ominął nawet małych dzieci.

– Tak. Władza ludowa była  całkowicie wolna od choćby odrobiny wspaniałomyślności. Nie zwykła darowywać swym przeciwnikom, a wobec rodzin bandyckich powszechnie stosowała szykany oparte o zasadę odpowiedzialności zbiorowej. Za czynny opór przeciwko  komunistom wysoką ceną płaciły całe rodziny walczących. Także dzieci. Przypadek  Borychowskich jest dramatyczny, ale w tamtych czasach – utrwalania władzy ludowej – to była, niestety, norma. Płynie z tego ważny wniosek: historia, o której rozmawiamy, nie została zamknięta, czasem przeszłym dokonanym, z chwilą zabicia ostatniego partyzanta. Ona miała dalszy, dramatyczny ciąg. Cichymi bohaterami kolejnych rozdziałów tej historii były rodziny Żołnierzy Wyklętych, niosące przez długie dekady rządów komunistycznych nie tylko krzyż cierpienia po stracie bliskiej osoby: męża, syna, ojca czy brata, lecz także wspomniane już przeze mnie  brzemię rodziny bandyckiej. W praktyce oznaczało ono status obywateli drugiej albo nawet trzeciej kategorii, co wiązało z szeregiem szykan utrudniających i tak dostatecznie ciężkie życie pod rządami partii komunistycznej. To samo było oczywiście udziałem tych nielicznych Żołnierzy Wyklętych, którzy dożyli  drugiej połowy lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku i dalej (choć trzeba pamiętać, że ostatni z nich opuścili więzienia dopiero na początku lat siedemdziesiątych!). Co ważne   i straszne jednocześnie,  wszystko to musieli  oni znosić w osamotnieniu i milczeniu, przez dziesiątki lat. Dużą  ulgą w cierpieniu  bywa często możliwość podzielenia się swym bólem z innymi, daje ją również objaw empatii ze strony  otoczenia, a gdy źródłem cierpienia jest sprawa ważna dla ogółu, także i szacunek tego otoczenia. Zaś cierpienie, o którym rozmawiamy, trwało w całkowitej samotności, w najlepszym wypadku, przy obojętności otoczenia. Komunizm doprowadził  bowiem do zerwania więzów społecznych. O ile podczas okupacji niemieckiej rodzina, która ucierpiała od nazistów mogła co do zasady liczyć na współczucie i sąsiedzką pomoc, to  osobom prześladowanym  przez władze w okresie terroru komunistycznego towarzyszyła w cierpieniu jedynie samotność. To bardzo gorzki towarzysz niedoli. Dzieci Borychowskich, po tym jak funkcjonariusze UB aresztowali ich  rodziców, zanim same nie zostały aresztowane przez władzę ludową, nie miały co z sobą począć. I tylko jedna osoba spośród mieszkańców Borychowa miała odwagę przyjąć je do  siebie na nocleg. Zapłaciła za ten gest – przyjęcia dzieci pod swój dach – kilkutygodniowym uwięzieniem. I nie dziwmy się takiej postawie większości. Takie zachowanie było wynikiem kilkuletniego, intensywnego terroru  komunistycznego oraz będącego jego prostą  konsekwencją całkowitego zastraszenia i sparaliżowania społeczeństwa. Po wielu latach, kiedy działaniami Fundacji „Pamiętamy” zaczynaliśmy pisać epilog tej historii, Pani Teresa Borychowska zapukała do każdych drzwi w Borychowie, pytając czy mieszkańcy zgadzają się na postawienie pomnika upamiętniającego jej zamęczonego przez komunistów ojca i partyzantów, którzy tuż przed śmiercią kwaterowali w jej rodzinnym domu. Wszyscy zapytani, poza jedną rodziną, wyrazili zgodę na wzniesienie takiego pomnika. Dzięki temu  oraz za sprawą dobrej woli  miejscowych władz samorządowych, które wyraziły zgodę na  to upamiętnienie, uroczystość odsłonięcia i poświęcenia pomnika odbyła się już  w kilka miesięcy od naszej pierwszej wizyty w Borychowie.

Grzegorz Wąsowski podczas odsłonięcia pomnika w Borychowie.

– Za Waszą sprawą udało się też wyjaśnić, kto doniósł na Borychowskich.

– I nie tylko na nich. Wyjaśnienie tej zagadki to zasługa Kazimierza Krajewskiego i Tomasza Łabuszewskiego, pracowników IPN, wybitnych znawców dziejów zbrojnego podziemia antykomunistycznego. To oni, niedługo przed opisaną przeze mnie wizytą przedstawicieli Fundacji „Pamiętamy” u Pani Teresy Zawadzkiej, odnaleźli w archiwach bezpieki przejętych przez IPN dokumenty wyjaśniające przyczyny tragedii w Borychowie. Dopiero wtedy, w początkach 2005 r., wyszło na jaw, że winnym zagłady partyzanckiego patrolu i cierpienia rodziny Borychowskich był niespełna osiemnastoletni wówczas Czesław Białowąs (TW Małachowski).


Czesław Białowąs, TW „Małachowski” – niezwykle niebezpieczny konfident UB. Sprawca śmierci por. Józefa Małczuka "Brzaska", sierż. Kazimierza Ilczuka "Sępa" i szer. Arkadiusza Pieniaka oraz zagłady patrolu Arkadiusza Czapskiego "Arkadka".

Został on  zwerbowany przez UB do współpracy w marcu 1950 r. Człowiek ten cieszył się  pełnym zaufaniem partyzantów, gdyż pochodził z rodziny bardzo zaangażowanej w działalność niepodległościową. Jego najstarszy brat (przyrodni) Stanisław Białowąs "Boruta" był zasłużonym konspiratorem AK-WiN. Zginął w walce z komunistami w lipcu 1946 r. – otoczony przez UB, ranny, bez szans na ucieczkę, popełnił samobójstwo. Drugi z braci Czesława Białowąsa, Witold, był partyzantem 6 Brygady Wileńskiej  AK  i  pod pseudonimem "Litwin" walczył w jej szeregach aż do sierpnia 1952 r., kiedy to, ciężko ranny w walce, wpadł w ręce ubeków. Matka Białowąsów, za pomoc udzielaną partyzantom, siedziała wówczas, w początkach 1950 r., w więzieniu. Znając  te fakty trudno się dziwić, że TW Małachowski, miał możliwość stosunkowo łatwego dotarcia do partyzantów spod znaku 6 Brygady Wileńskiej AK. Dzięki Kazimierzowi Krajewskiemu, który jest merytoryczną podporą Fundacji „Pamiętamy”, już podczas pierwszego pobytu u Pani Teresy Zawadzkiej mieliśmy możliwość podzielenia się z  nią informacją, kto jest odpowiedzialny za tragedię jej rodziny. Początkowo nie mogła w to uwierzyć. Czesław Białowąs był  szkolnym kolegą jej starszej siostry, Janiny. Poza tym bezpieka, chroniąc swego agenta, starała się wyrobić w mieszkańcach Borychowa i pobliskich wsi przekonanie, że doniósł ktoś inny. I to bezpiece się udało – przez ponad pół wieku mieszkańcy tamtych okolic byli przekonani, że miejsce postoju partyzantów zdradził jeden z mieszkańców Borychowa.

Wywiad z Grzegorzem Wąsowskim – część 2/2>
Strona główna>

Wywiad z Grzegorzem Wąsowskim – część 2/2

– Ta historia przypomina dzieje Pawki Morozowa. A jednocześnie uczy, że bezpieka była w stanie zrobić wiele dla osłony swej agentury.

Ma Pan rację. Ten sam mechanizm, służący ochronie TW "Małachowski" przed podejrzeniami o współpracę, komuniści zastosowali także wobec społeczności Jabłonny Lackiej, wsi leżącej kilkanaście kilometrów od Borychowa. Nieopodal Jabłonny Lackiej, w lesie pod wsią Toczyski-Podborne, 7 kwietnia 1950 r. siły reżimu, na skutek donosu  złożonego przez tegoż konfidenta, zlokalizowały i otoczyły dziewięcioosobowy pododdział 6 Brygady Wileńskiej AK dowodzony przez  legendarnego wtedy w tamtych stronach por. Józefa Ludwika Małczuka "Brzaska". W nierównej walce, w której siły obławy liczyły 400 żołnierzy KBW, zginęło trzech partyzantów, w tym "Brzask". Pozostali członkowie pododdziału "Brzaska" szczęśliwie zdołali przedrzeć się przez trzy pierścienie okrążenia i umknąć obławie. Donos na partyzantów "Brzaska" został złożony przez TW "Małachowski" już w dwa tygodnie po tym, jak został on  zwerbowany przez UB.

Por. Józef Małczuk "Brzask" z żoną Ireną.

O powodach tak łatwego dotarcia przez tego konfidenta do partyzantów już mówiłem. Grozę sytuacji potęgują dwa fakty, oba o wymiarze symbolicznym. Po pierwsze, zdrajca odwiedził obozowisko partyzantów z okazji Świąt Wielkanocnych. Po drugie, spotkał się wtedy ze swym bratem – Witoldem, członkiem grupy "Brzaska". W leśnym obozowisku przebywał TW "Małachowski" przez dwa dni, co pozwoliło mu poznać wielu współpracowników terenowych por. Małczuka, którzy  mieli pecha odwiedzić wtedy miejsce postoju oddziału. Na koniec bytności pośród partyzantów konfident  wyściskał  swego brata oraz jego towarzyszy walki – prawdziwy, współczesny pocałunek Judasza – a następnie ruszył prosto do Sokołowa Podlaskiego, gdzie na ręce szefa tamtejszego Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa złożył doniesienie o miejscu pobytu oddziału "Brzaska". Efektem tego donosu TW "Małachowski" było, poza śmiercią trzech partyzantów, aresztowanie ponad 60 współpracowników grupy. W przeprowadzonych wkrótce procesach zostali oni skazani na wysokie kary więzienia, zapadły też dwa wyroki śmierci, na szczęście nie wykonane. I tylko jedna osoba spośród aresztowanych i sądzonych wówczas współpracowników oddziału "Brzaska" odpowiadała z wolnej stopy a następnie została skazana na karę pozbawienia wolności, której wykonanie zostało zawieszone. Zaś po procesie została ona wywieziona pod ochroną  UB, w biały dzień, w nieznanym kierunku – jak wkrótce dowiedzieli się mieszkańcy Jabłonny Lackiej  na  ziemie zachodnie. Dla formalności tylko dodam, że każdy z pamiętających tę sprawę mieszkańców Jabłonny Lackiej był święcie przekonany – i taki też był przekaz pokoleniowy –  że to  właśnie owa osoba była zdrajcą  i doprowadziła do śmierci "Brzaska", jego dwóch żołnierzy, a także spowodowała liczne aresztowania wśród współpracowników oddziału. Nic bardziej błędnego. Ta osoba była tylko ofiarą gry bezpieki, która, chcąc chronić cennego agenta, czyli TW "Małachowski", zrobiła wszystko, aby podejrzenia  miejscowej ludności i trwających jeszcze w lesie partyzantów padły na kogoś innego.
A teraz puenta do tego wątku. W maju 2006 r. w Jabłonnie Lackiej, staraniem Fundacji „Pamiętamy”, stanął pomnik upamiętniający "Brzaska" i dwóch partyzantów  poległych wraz z nim w kwietniu 1950 r. w lesie pod Toczyskami. Gdy na kilka tygodni przed uroczystością wraz z kolegą przyjechałem do Jabłonny Lackiej, na spotkanie z przedstawicielami miejscowych władz, aby omówić szczegóły uroczystości, miała miejsce taka oto scena. W spotkaniu ze strony władz gminnych uczestniczyło około dziesięciu osób. Po uzgodnieniu scenariusza ceremonii, opowiadałem zebranym  kto jest winny zdrady "Brzaska" i w jaki sposób bezpieka, w celu zapewnienia osłony dla działań TW "Małachowski", zrzuciła podejrzenie na wytypowaną przez siebie osobę. W pewnym momencie dostrzegłem, że jedna z kobiet uczestniczących w spotkaniu zaczęła płakać. Powiedziałem wtedy mniej więcej: przepraszam jeżeli czymś Panią uraziłem, nie było to moim zamiarem, ale sądzę, że ważne jest, abyście wiedzieli Państwo jak naprawdę było. Na to wójt Jabłonny Lackiej powiedział do mnie cicho – ta Pani jest synową człowieka, który decyzją bezpieki miał w oczach miejscowej społeczności uchodzić za zdrajcę.
I uchodził. Przez  całe 55 lat. Łzy tej kobiety były łzami szczęścia, że pamięć jej teścia, a tym samym  dobre imię rodziny do której weszła zostało wreszcie oczyszczone. Nasza wizyta w Jabłonnie Lackiej nie skończyła się wtedy szybko – potrwała jeszcze dobrych kilka godzin. Po opuszczeniu Urzędu Gminy zostaliśmy ugoszczeni przez ową Panią i jej męża, czyli syna osoby oczernionej przez bezpiekę. To była iście królewska gościna. Trzeba było widzieć radość tych ludzi. I pamiętam jak nasza gospodyni  w pewnym momencie powiedziała do nas: mój teść jeszcze na łożu śmierci powtarzał, że nie jest winien krwi rozlanej pod Toczyskami. Wyjaśniam, że zmarł on w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia w Jabłonnie Lackiej. Na moje pytanie czy ludzie mu wierzyli, uśmiechnęła się smutno i powiedziała, że poza nią i jej mężem nikt nie dawał wiary w niewinność jej teścia. Dlatego gdy w kilka tygodni po wspomnianej rozmowie pomnik w Jabłonnie Lackiej został odsłonięty i podczas tej uroczystości  rozdaliśmy 600 egzemplarzy publikacji Kazimierza Krajewskiego i Tomasza Łabuszewskiego, w której autorzy szczegółowo opisali  kto i w jakich okolicznościach zdradził miejsce postoju pododdziału "Brzaska", mieliśmy – mam na myśli osoby skupione wokół dzieła Fundacji „Pamiętamy”  – poczucie, że ta tragiczna historia sprzed lat doczekała się dopełnienia.

Józef Małczuk "Brzask". Zdjęcie pośmiertne wykonane przez UB.

Tę opowieść dedykuje tym rodakom, którzy popierają postulat likwidacji IPN czy też ograniczenia budżetu tej instytucji. Gdyby nie ta placówka, to  sprawca śmierci siedmiu partyzantów, aresztowania blisko setki osób i pośredni sprawca śmierci Mariana Borychowskiego do dziś byłby nieznany, natomiast osoby, które decyzją bezpieki miały uchodzić za winne tych ludzkich nieszczęść nadal byłyby za takie uznawane. Zaś TW "Małachowski" pozostałby w  społecznej pamięci przede wszystkim jako zasłużony wychowawca kilku pokoleń wrocławskiej młodzieży.

– Chce Pan powiedzieć, że TW "Małachowski" został nauczycielem?

Tak. Dojrzałe lata swego życia przepracował bowiem jako nauczyciel, a od pewnego momentu także jako wicedyrektor jednego z wrocławskich liceów. To był na pewno świetny pedagog. Niedawno natrafiłem na wywiad z jedną z uczennic Czesława Białowąsa, czyli TW „Małachowski”. Pani ta jest  poetką,  aktualnie zamieszkuje w Australii. Wywiad pochodzi z 2007 r. Zapewne do dziś nie ma ona pojęcia o wydarzeniach, które przed chwilą przypomniałem Oto jak pięknie wspomina swego nauczyciela:

"Drugim nauczycielem, który nie tylko pozostał mi w pamięci, ale miał wielki wpływ na to kim jestem, był mój polonista – Czesław Białowąs. Niezwykły nauczyciel. Każda lekcja z nim była ciekawa. Był bardzo mądrym, sprawiedliwym nauczycielem i jednocześnie niezwykle skromnym człowiekiem. Kochał książki i zachęcał nas abyśmy czytali, nie tylko lektury szkolne. Był też zapalonym turystą: co miesiąc zabierał wszystkich chętnych w Sudety. Raz w roku organizował obozy wędrowne. Na wycieczkach i obozach panowała bardzo mila atmosfera, żadnej musztry, żadnego ustawiania się w szeregu… Niestety, zmarł na atak serca, zaraz po wprowadzeniu Stanu Wojennego, po upadku Solidarności. Miał tylko 51 lat. Podobno bardzo wielu z Jego dawnych uczniów przyszło na pogrzeb. Ja byłam już w tym czasie w Danii".

Prawda, że ładnie? I tak mogłoby zostać. Ale powiedzmy to wprost: spoceni lustratorzy spod znaku IPN w swym zacietrzewieniu, nieliczeniu się z człowiekiem, z tą budzącą odrazę satysfakcją z grzebania się w ludzkich brudach, ci rozkochani w ubeckich, kłamliwych raportach, pętaki, zniszczyli pamięć o Czesławie Białowąsie, a w każdym razie uczynili na niej głęboką  rysę. Nikczemnicy. Jest to tym bardziej podłe, że jak wiemy od niedawna, bo pouczyła nas o tym pani Wanda Nowicka, aspirująca do roli Wicemarszałka Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej, każdy porządny człowiek musi być za młodu komunistą. Zatem warunek bycia porządnym człowiekiem, postawiony przez  przyszłą Wicemarszałek Sejmu RP, Czesław Białowąs spełnił można powiedzieć w sposób wzorowy. Mówiąc nawiasem, równie wartościowa logicznie byłaby taka oto implikacja: kto za młodu nie był nazistą, ten nie będzie porządnym człowiekiem.

Fragment zobowiązania do współpracy agenturalnej z UB Czesława Białowąsa – TW "Małachowski".

Ta historia – wypełniona czynami Czesława  Białowąsa i krańcowo odmiennymi wyborami jego dwóch braci oraz Mariana Borychowskiego – to dramatyczna, ale jakże przemawiająca ilustracja boleśnie prawdziwej myśli Henryka Elzenberga, że towarzyszy mu poczucie absolutnej dwutorowości dziejów – dziejów zbrodni i dziejów ducha, idących obok siebie bez najmniejszego wzajemnego oddziaływania, tworzonych przez gatunki ontologicznie bardziej sobie obce niż w zoologii jaszczury i amonity.
Korzystając z okazji, zachęcam wszystkich zainteresowanych szczegółami wydarzeń w Borychowie z września 1950 r. lub historią "Brzaska" do lektury: Józef Małczuk „Brzask” Komendant Obwodu „Jezioro”. Ostatni dowódca sokołowskiej konspiracji oraz W rocznicę walki w Borychowie 30 IX 1950 r. Powiat Sokołów Podlaski w  walce przeciw komunistycznemu zniewoleniu 1944-1952 – do odczytu i swobodnego pobrania w formacie PDF.


Pomnik odsłonięty w Jabłonnie Lackiej dzięki Fundacji "Pamiętamy".

– To jednak dość smutne, że Żołnierzom Wyklętym  a także takim ludziom jak Borychowscy oddano cześć dopiero w latach 2000., i to  głównie za sprawą Państwa Fundacji, a nie urzędów państwowych.

Subiektywnie nie jest to dla mnie smutne, bo dzięki temu Fundacja „Pamiętamy” ma realny i, będę nieskromny, ważny dorobek w przywracaniu  społecznej pamięci o bohaterach walki o wolność z komunistami, a osoby zaangażowane w działalność Fundacji miały szanse spełnienia przy tej okazji kilka dobrych uczynków, ale oczywiście jest rzeczą obiektywnie karygodną, że przez pierwsze dziesięć lat po upadku komunizmu w Polsce, bohaterowie walki z władzą nieludzką spod znaku dyktatury proletariatu pozostawali w całkowitym społecznym zapomnieniu. Pisałem o tym w jednym z artykułów, ale powtórzę, bo rzecz wydaje się ważna dla zrozumienia przyczyn takiej sytuacji. Otóż stosunek kręgów opiniotwórczych III RP w okresie ostatniej dekady ubiegłego stulecia do żołnierzy podziemia antykomunistycznego nie był przypadkowy. Był funkcją konceptu, którego istotnym elementem było wmawianie nam, że historia wysiłków niepodległościowych w Polsce po roku 1944, zakończona  przecież tak pięknie w 1989 r. porozumieniem w Magdalence i przy „Okrągłym Stole”, to suma wysiłków członków partii komunistycznej pracujących na rzecz pozytywnej ewolucji systemu oraz aktywności byłych członków tejże partii, którzy po wystąpieniu z niej bądź wyrzuceniu, działali w opozycji demokratycznej. W  takim równaniu nie mogło być  oczywiście miejsca  na dodatkowy składnik, tj. tych, którzy w obronie niepodległości Polski i prawa człowieka do wolnego życia na ziemi podjęli walkę zbrojną z komunistami. Powtórzę również, przypominając sielski klimat Okrągłego Stołu, a jak wiemy z relacji Ryszarda Bugaja (patrz:  wPolityce – fragment książki Ryszarda Bugaja, "O sobie i innych", wydawnictwo "The facto”, Warszawa 2010) czasami wręcz biesiadną atmosferę poprzedzających Okrągły Stół negocjacji w Magdalence, że obowiązujący  przez całą dekadę lat 90-tych ubiegłego stulecia pośród elit III RP mechanizm  utrzymywania etosu podziemia antykomunistycznego poza obszarem pamięci społecznej uważam za psychologicznie zrozumiały i łatwy do wytłumaczenia. Jeżeli bowiem siadam z przedstawicielami jakiejś formacji do stołu negocjacyjnego, piję z nimi wódkę, pozuję do zdjęć, osiągam porozumienie itd., to trudno, abym równolegle, czy chwilę potem, odbudowywał pamięć o tych, którzy zginęli w walce stoczonej z ojcami założycielami tejże formacji; zwłaszcza, że zanim Żołnierze Wyklęci w  boju swym  padli, to zadali wrogowi  realne straty. A  jeżeli  dodatkowo założymy, że  niemały kawałek swego życia spędziłem wcześniej w szeregach tej formacji, to mamy pełny obraz powodów, dla których Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” obchodziliśmy po raz pierwszy dopiero po ponad dwudziestu latach od odzyskania niepodległości.
Mimo wszystko i z tego  należy się cieszyć, bo to duży sukces wszystkich zaangażowanych w przywracanie społecznej pamięci o Żołnierzach Wyklętych. Pamiętajmy, że obowiązującą miała być wersja historii, którą w krótkich słowach  wyłożył w 1998 r. Aleksander Kwaśniewski, wówczas Prezydent RP, honorując Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego Orderem Orła Białego, czyli najwyższym współczesnym polskim orderem. Powiedział wtedy, że Kuroń i Modzelewski byli pierwszymi, którzy otwarcie sprzeciwili się systemowi dyktatury. Zostali oni odznaczeni za wystosowany w 1964 r.  List otwarty do partii, w którym poddali krytyce partyjną biurokrację i postulowali przekazanie władzy w ręce rad robotniczych.  Pamiętajmy też o tym, że gdzieś w  drugiej połowie lat 90-tych  zrodził się pomysł, aby Włodzimierz Cimoszewicz z  Adamem Michnikiem wypracowali wspólną propozycję wykładni polskiej historii najnowszej. Ten bez wątpienia ważny dla polskiej kultury i myśli historycznej projekt nie doczekał się  jednak realizacji. Można powiedzieć, że komuś zabrakło cienkiej nici, która połączyłaby zamiar z jego wykonaniem. Niemniej jednak, oceniając rzecz z perspektywy mojej wrażliwości historycznej, było groźnie. Na szczęście koncept, o którym wspominam legł w gruzach, jako wyłącznie obowiązująca w przestrzeni publicznej narracja historyczna, gdzieś około 2000 r.

– Czy w swych działaniach Fundacja „Pamiętamy” mogła liczyć na jakiekolwiek wsparcie ze strony instytucji państwowych?

Tak, choć zacznę od tego, że nasze działania, skupiające się na symbolizacji przestrzeni i nadawaniu pamięci formy trwałej, bo tak rozumiemy znaczenie wznoszonych przez nas pomników, nie należą do sfery zadań państwa. Modelowym rozwiązaniem na tym polu jest aktywność organizacji pozarządowych dysponujących własnymi środkami, korzystających z pomocy powołanych do tego instytucji państwowych jedynie przy realizacji konkretnych projektów. I tak to działa w przypadku Fundacji „Pamiętamy”, która dzięki szczodrości darczyńców od lat systematycznie ją wspierających, przy praktycznie  zerowych kosztach własnych – działalność w ramach Fundacji „Pamiętamy” odbywa się bez wyjątku bez jakiejkolwiek gratyfikacji pieniężnej – mogła szereg inicjatyw zrealizować własnymi siłami. Natomiast instytucją wspierającą działania Fundacji była Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Zawsze  do tej pory mogliśmy liczyć na pozytywną opinię – istotną w procesie uzyskiwania wymaganych prawem  pozwoleń na
pobudowanie danego pomnika – tejże  instytucji na temat kolejnych naszych inicjatyw służących upamiętnieniu poległych i pomordowanych żołnierzy antykomunistycznego podziemia niepodległościowego. W kilku przypadkach, gdy chodziło o pomniki wymagające większych nakładów finansowych, skorzystaliśmy także ze wsparcia finansowego ze strony Rady. To zasługa śp. Andrzeja Przewoźnika, który wysoko oceniał jakość pracy Fundacji i,  chcę  to mocno zaakcentować, doskonale rozumiał potrzebę upamiętniania ofiary złożonej przez Żołnierzy Wyklętych. Ale to także zasługa Władysława Bartoszewskiego, pełniącego funkcję Przewodniczącego Rady. Pamiętajmy, że Pan Bartoszewski w komunistycznych kazamatach przesiedział kilka lat i na swej więziennej drodze miał okazję spotkać wielu bohaterów walki zbrojnej z komunistami. Miałem  raz okazję zamienić z nim kilka zdań na ten temat. W tej krótkiej rozmowie wyraził jednoznaczne przekonanie o zasadności upamiętniania ofiary złożonej na ołtarzu wolności w walce z komunistami. Ostatni pomnik wzniesiony siłami Fundacji, upamiętniający 230 żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego poległych i pomordowanych w walce z komunistami w latach 1945–1954, stanął w Radomsku we wrześniu 2010 r., już w czasach, gdy funkcję Sekretarza Rady pełnił Pan Andrzej Kunert. To jeden z projektów zrealizowanych przez Fundację przy wsparciu Rady. Także Prezydent RP Bronisław Komorowski podjął kilka działań świadczących o woli kontynuacji procesu przywracania pamięci o Żołnierzach Wyklętych. Kilka tygodni temu uhonorował  on orderem wysokiej rangi jednego z dzielniejszych dowódców polowych 5 Brygady Wileńskiej AK z okresu walki z komunistami, por. Zygmunta Błażejewicza "Zygmunta". A przecież "Zygmunt" osobiście zlikwidował wielu  sowietów oraz komunistycznych konfidentów, zaś 18 sierpnia 1945 r. w Miodusach Pokrzywnych dowodził  partyzantami 5 Brygady w jednym z najbardziej zaciekłych starć polskiego podziemia z NKWD. W walce tej zginęło kilkudziesięciu żołnierzy formacji reżimowych, w tym co najmniej kilkunastu  enkawudzistów. Mówię o tym, aby mocno podkreślić jedną rzecz.

Otóż niezależnie od bardzo silnej bieżącej  polaryzacji politycznej są sprawy święte dla każdego, kto szanuje krew przelaną przez naszych przodków w obronie wolności. Jedną z takich spraw jest walka i ofiara Żołnierzy Wyklętych. Sprawa ta  jest  ponadczasowa i ponadpartyjna. Szyldy  partyjne przemijają, a pamięć musi trwać, jeżeli chcemy zachować swą narodową tożsamość. Dlatego każdy, kto chciałby używać Żołnierzy Wyklętych do bieżącej walki partyjnej, przypisać ich do wrażliwości historycznej środowiska jednej strony politycznego konfliktu, a  drugiej  odmówić  prawa  do aktywności na polu upamiętniania tej historii i jej bohaterów, popełnia poważny występek przeciwko naszej wspólnotowej, i tak bardzo słabej tożsamości.

Osobiście, choć jestem niezwykle odległy od poglądów Władysława Bartoszewskiego na czasy współczesne, to mam dla niego wielkie uznanie za drogę życiową w okresie komunistycznego zniewolenia i wdzięczność za to, że dawał zielone światło dla akceptacji i  wspierania przez Radę działań Fundacji. Bo dzięki temu Fundacja mogła wznieść dotychczas 20 pomników, którymi upamiętniła  ponad 1300 osób poległych i pomordowanych w walce z komunistycznym zniewoleniem. Osób, które  w znakomitej większości nie mają swych grobów, bo komuniści odmówili tym osobom nawet prawa do godnego pochówku. Prawa, które jest usankcjonowane całą historią ludzkiej cywilizacji. Czy raczej było, zanim przyszli barbarzyńcy spod znaku sierpa i młota i prawo to podeptali. Nie głosowałem na Bronisława Komorowskiego, ale cieszę się, że w obszarze krzewienia pamięci  o Żołnierzach Wyklętych podejmuje on starania będące kontynuacją działań zainicjowanych przez jego poprzednika, śp. Lecha Kaczyńskiego. Z pełną świadomością używam słowa zainicjowanych, bo to polityka orderowa Lecha Kaczyńskiego dała początek pełnemu uhonorowaniu Żołnierzy Wyklętych. I za to mu chwała.

Wracając do losów rodziny Borychowskich, czyli do punktu wyjścia dla naszej rozmowy, to ostatnią, ale jakże piękną sekwencją epilogu tej dramatycznej historii był moment, uwieczniony zresztą przez Arka Gołębiewskiego w filmie "Sny stracone, sny odzyskane", gdy  bohaterowie filmu, dzieci Mariana Borychowskiego, odebrali z rąk Lecha Kaczyńskiego Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, przyznany pośmiertnie ich ojcu postanowieniem Prezydenta RP.  Miałem okazję być obok nich w tej ważnej chwili. I widziałem radość na ich twarzach. Dla takich chwil, choć oczywiście nie tylko dla nich, warto żyć.

– Pamięć pokoleniowa to świadectwo trwania wspólnoty…

I my tak to widzimy. Kiedyś, siedząc przy jakimś godziwym trunku z jedną z osób  zaangażowanych w działania Fundacji „Pamiętamy”, słuchaliśmy piosenek Marka Grechuty. W jednej z nich, dotykającej relacji międzyludzkich, ale oczywiście nie mającej żadnego  związku z tematem tej rozmowy, artysta wyśpiewał: ktoś do drzwi zapuka, pamięć przyniesie. I powiedzieliśmy sobie wtedy, uzurpatorsko, ale niech tłumaczeniem będzie wspomniany godziwy trunek, że kilkakrotnie udało się nam, czyli osobom skupionym wokół działań Fundacji „Pamiętamy”, zapukać do tych czy owych drzwi  i przynieść  ze sobą pamięć. Za to, korzystając z okazji, bardzo dziękuję  dobroczyńcom Fundacji, którzy swą bezinteresowną hojnością dają  piękne świadectwo zrozumienia, że krew przelana za wolność wymaga pamięci w formie trwałej, wszystkim współpracownikom Fundacji, bez których wysiłku dorobek Fundacji byłby znacznie uboższy. Słowa  podzięki należą się także tym władzom samorządowym, które udzieliły nam zgody na realizację zaplanowanych przez nas upamiętnień.

I, drodzy darczyńcy i współpracownicy Fundacji „Pamiętamy”, pamiętajcie –  jest jeszcze wiele drzwi do których powinniśmy zapukać, niosąc ze sobą pamięć…

– Dziękuję za rozmowę.


Wywiad z Grzegorzem Wąsowskim – część 1/2>
Strona główna>

Sesja edukacyjno-naukowa w Tęgoborzy

Konferencja naukowa: Podziemie zbrojne w rejonie Tęgoborzy w latach 1939-1953 – Gimnazjum w Tęgoborzu, 11 listopada 2011 r.

W Święto Niepodległości, 11 listopada 2011 r., Oddział Polskiego Towarzystwa Historycznego w Nowym Sączu wspólnie z Oddziałem Instytutu Pamięci Narodowej w Krakowie przygotowują jednodniową sesję edukacyjno-naukową, poświęconą wojnie i okupacji oraz podziemiu antykomunistycznemu w rejonie Tęgoborzy w latach 1939–1955. Podczas sesji zaprezentowane zostaną referaty dotyczące niemieckiego aparatu represji na Sądecczyźnie, struktur Armii Krajowej na tym terenie, jak również podziemia niepodległościowego po 1945 r. Planowana jest także prezentacja uzbrojenia partyzanckiego oraz projekcje filmów edukacyjnych poświęconych okresowi II wojny światowej i walce zbrojnej Polaków z niemieckim i sowieckim okupantem.

Kontakt:
Dawid Golik, tel. (0-12) 421 19 61
e-mail: [email protected]


48 rocznica śmierci Ostatniego Niezłomnego !

Ostatni Żołnierz Niepodległej. 48 rocznica śmierci sierż. Józefa Franczaka ps. "Lalek"

…Nie dajmy zginąć poległym.
Zbigniew Herbert

Józef Franczak ps. "Lalek" (1918-1963)

21 października 1963 roku w obławie funkcjonariuszy SB i ZOMO we wsi Majdan Kozic Górnych
na Lubelszczyźnie zginął Józef Franczak "Lalek", ostatni żołnierz
Niepodległej Rzeczypospolitej. Został wydany w ręce bezpieki przez
krewnego zwerbowanego do współpracy z SB. Jego siostry, dopiero 20 lat
później, mogły złożyć ciało [pozbawione przez komunistów głowy] w
rodzinnym grobowcu.


1963…
to był niesamowity rok. W Dallas ginie John F. Kennedy. Walentina
Tiereszkowa macha ludzkości z orbity okołoziemskiej. Na osłodę
imperialistom – The Beatles nagrywają singiel "She Loves You". A w
Polsce…? Na całego trwa nasza mała stabilizacja. Rewelacyjny Zbigniew
Pietrzykowski
po raz czwarty zostaje mistrzem Europy w boksie, a Roman
Zambrowski wylatuje z KC, co jest wyraźnym sygnałem, że okres błędów i
wypaczeń jest już za nami. Prawdziwe rewelacje jednak czekają rodaków na
odcinku kultury. Przy salwach spontanicznego śmiechu odbywa się w
Warszawie premiera "Jak być kochaną" Wojciecha Hasa, Bohdan Łazuka
bierze udział w zdjęciach do filmu "Beata", zaś rewelacyjny Zbigniew
Maklakiewicz występuje w aż czterech filmach.


No
i jeszcze jedno. W małej wsi koło Piask w województwie lubelskim ginie
podczas obławy 45-letni Józef Franczak, poszukiwany listem gończym były
AK-owiec. Ten ostatni polski partyzant z bronią w ręku przeciwstawiał
się komunistycznemu zniewoleniu dokładnie 24 lata.


Sierż. Józef Franczak "Laluś", "Lalek" był ostatnim partyzantem polskiego podziemia
niepodległościowego. Jego życiorys jest typowy dla wielu z pokolenia
Kolumbów. Urodził się w 1918 roku w małej podlubelskiej wiosce Majdan
Kozic Górnych
. Nie mając środków na dalsze kształcenie zgłosił się do
Szkoły Podoficerskiej Żandarmerii w Grudziądzu, a następnie służył w
Równem na Wołyniu. We wrześniu 1939 roku walczył z Sowietami, udało mu
się zbiec z niewoli i powrócić w rodzinne strony. W czasie okupacji
niemieckiej był żołnierzem ZWZ i AK, dowodził drużyną, a następnie
plutonem. Prowadził też zajęcia w konspiracyjnej szkole podoficerskiej.
Po wkroczeniu Armii Czerwonej znalazł się w szeregach organizowanego
przez komunistów "ludowego" WP. Stacjonował w Kąkolewnicy, gdzie Sąd
Polowy II Armii WP skazywał na kary śmierci byłych żołnierzy
AK. Prawdopodobnie w pierwszych miesiącach 1945 roku zdezerterował.
Początkowo ukrywał się w okolicach Łodzi, a następnie na Pomorzu.


"Laluś" jako żołnierz żandarmerii Wojska Polskiego. Zdjęcie z czerwca 1939 r.

Rozpoznany,
powrócił w rodzinne strony, ale tutaj już w czerwcu 1946 roku wpadł w
obławę grupy operacyjnej wojewódzkiego UB w Lublinie. Podczas transportu
uciekł wraz z dziewięcioma innymi aresztantami, zabijając m.in. trzech
funkcjonariuszy bezpieki. Na krótko dołączył do jednego z pododdziałów
zgrupowania mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zapory". Na początku 1947 roku zgłosił się do oddziału kpt. Zdzisława Brońskiego "Uskoka".
Po akcji ujawnieniowej z wiosny 1947 roku został dowódcą jednego z
pododdziałów. Wraz ze swoimi partyzantami (było ich zazwyczaj od
czterech do sześciu) patrolował podległy mu teren na pograniczu powiatów
lubelskiego i krasnostawskiego; zbierali informacje dotyczące
aresztowań i operacji przeprowadzanych przez aparat represji, a także na
temat osób współpracujących z UB oraz najbardziej gorliwych
funkcjonariuszy UB i MO. Z powodu małej liczebności patroli działalność
zbrojna w owym czasie była znacznie ograniczona. Sprowadzała się do
zasadzek na małe patrole milicyjne, akcji ekspropriacyjnych oraz
wykonywania kar chłosty lub śmierci na konfidentach i aktywistach
komunistycznych. Patrole musiały ciągle uchodzić przed ścigającymi je
grupami operacyjnymi UB–KBW. Po stratach w zasadzce z maja 1948 roku
jego pododdział przestał istnieć. Z pięciu partyzantów poległo dwóch, a
dwóch zostało rannych (z których jeden zmarł). Bez szwanku wyszedł
jedynie "Laluś". W kolejną zasadzkę wpadł sam w Wigilię 1948 roku. W
czasie walki ranił jednego z milicjantów, sam też został ranny w brzuch.
Od tego czasu nie posiadał już zorganizowanego pododdziału zbrojnego,
ale utrzymywał łączność z kontynuującymi walkę zbrojną. Jego towarzysze
ginęli w walce lub wpadali w ręce UB w wyniku kombinacji operacyjnych.
Jemu nadal udawało się umykać przed tropiącymi go funkcjonariuszami UB,
niejednokrotnie dopisywało mu niesamowite szczęście.


1947
rok. Od lewej: Stanisław Kuchciewicz "Wiktor",
kpt. Zdzisław Broński "Uskok", Józef Franczak "Lalek", Walenty
Waśkowicz "Strzała".

"Lalek"
nie budował świetnie zamaskowanych bunkrów, aby przebywać w nich przez
wiele miesięcy. Był w ciągłym ruchu, często zmieniając kwatery. Jak
szacowali funkcjonariusze UB/SB, jego siatka współpracowników liczyła
około dwustu osób, co jest liczbą imponującą, tym bardziej że za
udzielanie pomocy tak "niebezpiecznemu bandycie" groził kilkuletni wyrok
więzienia. Franczak poważnie zastanawiał się nad skorzystaniem z
uchwalonej 27 kwietnia 1956 roku amnestii i powrotem do normalnego
życia. W rozmowie z jednym ze swoich współpracowników miał powiedzieć,
że gdyby miał gwarancję, że otrzymałby wyrok mniejszy niż 15 lat
więzienia, to zdecydowałby się na ujawnienie. Jednak po konsultacjach z
jednym z lubelskich adwokatów zrezygnował, bo ten miał mu wyjaśnić, że
za popełnione przez niego przestępstwa groziła mu kara dożywotniego
więzienia.

W rozmowach ze swoimi współpracownikami mówił, że w
najbliższym czasie w Polsce musi dojść do zmiany ustroju, a on zrobi
wszystko, aby do tego dotrwać. Pragnienie powrotu do normalnego życia
powodował związek z Danutą Mazur z Wygnanowic, z którego 11 stycznia
1958 roku urodził się syn Marek. Oboje podejmowali próby sformalizowania
swojego związku. Kończyły się one niepowodzeniem, gdyż księża,
obawiając się prowokacji SB, odmawiali udzielenia ślubu. Funkcjonariusze
UB/SB używali przeróżnych sposobów, aby go wytropić. Pozyskiwano
konfidentów, którzy z jednej strony mieli penetrować jego rodzinę i
środowisko pomocników, z drugiej próbowali ustalić jego kryjówkę. W
domach członków najbliższej rodziny "Lalusia" oraz jego najbliższych
współpracowników instalowano aparaturę podsłuchową; w zabudowaniach
sąsiadujących organizowane były tzw. zakryte punkty obserwacyjne, w
których dwóch – trzech funkcjonariuszy spędzało po kilka tygodni w
oczekiwaniu na pojawienie się "Lalusia". Bezskutecznie.

Na
początku 1963 roku funkcjonariuszom Wydziału III SB KW MO w Lublinie
udało się wyselekcjonować człowieka, który mógł przyczynić się do ujęcia
lub likwidacji "Lalusia". Był to Stanisław Mazur – bratanek ojca Danuty
Mazur, mieszkający wtedy w Lublinie. Na podstawie "materiałów
kompromitujących" oficerom  SB udało się go zwerbować jako tajnego
współpracownika; nadano mu ps. "Michał". Przez kolejne miesiące
dojeżdżał do Wygnanowic, spotykał się ze swoimi krewnymi, a jednocześnie
współpracownikami "Lalusia". Jako bliski krewny darzony był przez nich
zaufaniem. W sierpniu 1963 roku udało mu się spotkać z "Lalusiem". Przez
następne trzy miesiące SB przy pomocy TW "Michała" coraz bardziej
osaczała "Lalusia". 20 października 1963 roku agent wyposażony w
aparaturę podsłuchową spotkał się z Józefem Franczakiem. W okolicy oczekiwała
grupa likwidacyjna złożona z dziesięciu oficerów operacyjnych SB i 60
funkcjonariuszy ZOMO.
Akcja zakończyła się fiaskiem z powodu awarii
środków łączności posiadanych przez agenta, trudnych warunków terenowych
oraz wyznaczenia spotkania na wieczór. Następnego dnia rano TW "Michał"
przekazał swojemu oficerowi prowadzącemu, że poprzedniego dnia udało mu
się ustalić markę i numer rejestracyjny motocykla, którym "Laluś"
został przywieziony na spotkanie.

21 października 1963 roku
zorganizowano grupę operacyjną składającą się z dwóch oficerów SB i 35
funkcjonariuszy ZOMO, którą dowieziono w okolice wsi Majdan Kozic Górnych.
O godz. 15.45 zabudowania Wacława Becia – właściciela motocykla –
zostały okrążone. "Laluś" zauważywszy zbliżającą się obławę, próbował –
udając gospodarza – przejść przez linię obstawy. Gdy został wezwany do
zatrzymania się, wydobył pistolet, oddał kilka strzałów i zaczął
uciekać. Przebiegł ok. 300 metrów, po czym został śmiertelnie ranny i po
kilku minutach zmarł. W prosektorium Zakładu Medycyny Sądowej w
Lublinie przeprowadzono sekcję zwłok i pozbawiono je głowy, a następnie
złożono w bezimiennym grobie na cmentarzu komunalnym przy ul. Unickiej w Lublinie.
Dzięki pomocy pracownika cmentarza rodzinie udało się ustalić miejsce
pochówku. Dopiero w 1983 roku siostry "Lalusia" przeniosły prochy do
rodzinnego grobowca, na cmentarzu parafialnym w Piaskach.

21
października 1963 rok. Pośmiertne zdjęcie Józefa Franczaka, wykonane
przez SB po zastrzeleniu "Lalka" w Majdanie Kozic Górnych.


Wykonane przez SB pośmiertne zdjęcie Józefa Franczaka ps. "Lalek". Jak widać, ciało jeszcze w całości…

11
maja 2007 r. z inicjatywy Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość Obszaru
Wschodniego w Lublinie oraz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa
odsłonięto w Piaskach pomnik Ostatniego Partyzanta RP – sierż. Józefa Franczaka ps. "Lalek".


Odsłonięty 11 maja 2007 r. w Piaskach pomnik w hołdzie ostatniemu żołnierzowi Rzeczypospolitej Polskiej, sierż. Józefowi Franczakowi ps. "Lalek".

17 marca 2008 r. Prezydent
Rzeczypospolitej Polskiej Lech Kaczyński nadał Krzyż Komandorski z
Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski, pośmiertnie, ostatniemu żołnierzowi
wyklętemu Józefowi Franczakowi ps. "Lalek"
. Józef Franczak
odznaczony został za wybitne zasługi dla niepodległości Rzeczypospolitej
Polskiej w 90. rocznicę swoich urodzin. Odznaczenie odebrał syn Marek
Franczak.


21 października 2008 roku. Marek Franczak, syn „Lalusia”, przy pomniku ojca na cmentarzu w Piaskach.

GLORIA VICTIS !!!

Więcej na temat życia i walki sierż. Józefa Franczaka "Lalka" czytaj:

Strona główna>

Obchody 60. rocznicy śmierci ppor. "Żelaznego"

Obchody 60. rocznicy śmierci ppor. Edwarda Taraszkiewicza "Żelaznego" – Włodawa, 23 października 2011 r.

STAROSTA POWIATU WŁODAWSKIEGO
WIESŁAW HOLACZUK
zaprasza
na uroczyste obchody 60. rocznicy śmierci
ppor. Edwarda Taraszkiewicza "Żelaznego"
które odbędą się we Włodawie
23 października 2011 roku

PROGRAM:

PRELEKCJE:
  • Grzegorz Makus (PTH O/Włodawa), Geneza i przebieg ataku oddziału por. Leona Taraszkiewicza „Jastrzębia” na PUBP we Włodawie 22 X 1946 roku;
  • Artur Piekarz (IPN O/Lublin), Ostatnia walka ppor. Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego”  6 X 1951 r. w świetle dokumentów UB i KBW;


Plan dojazdu do Muzeum we Włodawie [kliknij w mapę]

Strona główna>

58 rocznica śmierci kpt. "Huzara"

58 rocznica śmierci kpt. Kazimierza Kamieńskiego ps. "Huzar"

…Nie dajmy zginąć poległym.
Zbigniew Herbert

58
lat temu, 11 października 1953 r., w więzieniu w Białymstoku
komunistyczni bandyci zamordowali ostatniego dowódcę 6. Brygady
Wileńskiej AK, legendarnego kpt. Kazimierza Kamieńskiego ps. "Huzar".


Kpt. Kazimierz Kamieński ps. "Huzar".

W
końcu marca 1953 r. w dwóch pokazowych procesach w Łapach i Ciechanowcu
kpt. Kazimierz Kamieński „Huzar” i jego pięciu żołnierzy skazano na
karę śmierci. Rada Państwa odmówiła skorzystania z prawa łaski.
Starannie wyreżyserowany proces stał się narzędziem najbardziej
brutalnej komunistycznej propagandy – żołnierzy Armii Krajowej oskarżano
w nim o współpracę z Niemcami, działanie z niskich pobudek, itp. Te
propagandowe kłamstwa powtarzali później, niemal do czasów nam
współczesnych, sprzedajni historycy, literaci i publicyści.  Oprócz kpt.
"Huzara", w dniach 22 IX i 11 X 1953 r., zamordowano również pięciu
jego żołnierzy. Byli to:

  • Mieczysław Grodzki  "Żubryd",
  • Wacław Zalewski "Zbyszek",
  • Kazimierz Parzonko "Zygmunt",
  • Kazimierz Radziszewski "Marynarz",
  • Józef Mościcki "Pantera".
Miejsce ich pochówku do dzisiaj pozostaje nieznane…

GLORIA VICTIS !


Od lewej: ppor. Witold Buczak "Ponury", kpt. Kazimierz Kamieński "Huzar", N.N.

Patrol oddziału "Huzara". Od lewej: Mieczysław Grodzki "Żubryd", Eugeniusz Tymiński "Ryś", Tadeusz Kryński "Rokita", Stanisław Gontarczuk "Rekin". Zdjęcie z 1950 r.

Podlasie,
prawdopodobnie 1950, żołnierze z oddziału kpt. Kazimierza Kamieńskiego
"Huzara", stoją od lewej: sierż. Lucjan Niemyjski "Krakus", 22 sierpnia
1952 otoczony przez GO UB-KBW popełnił samobójstwo, Józef Brzozowski
"Zbir", "Hanka", zginął latem 1952 w walce z KBW; Wacław Zalewski "Zbyszek", zamordowany 11 X 1953 r. w więzieniu w Białymstoku,
ppor. Witold Buczak "Ponury", zginął w walce z KBW 28 maja 1952 r.,  NN
"Jurek", Eugeniusz Welfel "Orzełek", zginął w walce z KBW 30 IX 1950 r.


Podlasie 1951 r., kadra oddziału "Huzara". Stoją od lewej: Kazimierz Jakubiak "Tygrys" († 10 V 1952), Eugeniusz Tymiński "Ryś" († 30 V 1951), Wacław Zalewski "Zbyszek" († 11 X 1953), Józef Mościcki "Pantera" († 22 IX 1953), siedzą od lewej: Kazimierz Parzonko "Zygmunt" († 22 IX 1953), Adam Ratyniec "Lampart" († 11 V 1952).

Żołnierze kpt. "Huzara". Chwila odpoczynku przy muzyce, od lewej: Kazimierz Parzonko „Zygmunt” († 22 IX 1953), Kazimierz Radziszewski „Marynarz” († 22 IX 1953) i NN.


Pierwszy z lewej: agent MBP wprowadzony w początkowej fazie rozgrywki z "Huzarem" – Janusz Terlikowski, były akowiec z Obwodu AK Bielsk Podlaski, a w 1952 r. TW "Rytel", "Ryglewski".

Marian Strużyński vel Reniak.
Zdrajca i agent UB wprowadzony do oddziału kpt. "Huzara", sprawca
aresztowań i śmierci wielu wybitnych żołnierzy Niepodległościowego
Podziemia, m.in. w 1949 r. oddziału "Wiarusy", skupiającego byłych żołnierzy mjr. Józefa Kurasia "Ognia", działający na Podhalu.



Kpt. Kazimierz Kamieński „Gryf", „Huzar",
ur. 8 I 1919 r. we wsi Markowo Wólka gm. Piekuty pow. Wysokie
Mazowieckie, w rodzinie pochodzenia drobnoszlacheckiego (jego ojciec
posiadał duże gospodarstwo i jednocześnie pełnił funkcję wójta tej
wioski). Ukończył Gimnazjum Handlowe w Wysokiem Mazowieckiem. Następnie
jako prymus ukończył 10-miesięczną szkołę podchorążych rezerwy
kawalerii, po czym skierowany został do Centrum Wyszkolenia Kawalerii w
Grudziądzu. Szkolenie zakończył uzyskując stopień kaprala podchorążego
rez. kawalerii. Otrzymał przydział do 9 psk (Dywizjon Osowiec). W
szeregach tej jednostki wziął udział w wojnie obronnej 1939 r.,
przechodząc jej cały szlak bojowy. Brał udział m.in. w walkach na
pograniczu z Prusami Wschodnimi, oraz w dalszych działaniach odwrotowych
– aż po Lubelszczyznę. Po dołączeniu do Grupy Operacyjnej "Polesie"
uczestniczył w ostatnich bitwach Września w rejonie Kocka jako konny
łącznik pomiędzy dowódcą 9 psk i dowódcą GO "Polesie" (podczas tej
służby zabito pod nim cztery konie, on sam odniósł tylko lekkie
kontuzje). Dostał się do niewoli niemieckiej, z której od razu zbiegł,
jeszcze w październiku 1939 r., i powrócił w rodzinne strony, na teren
okupacji sowieckiej. W konspiracji pracował od pierwszych tygodni 1940
r., początkowo w lokalnej organizacji Podlaski Batalion Śmierci (tzw.
Legion Podlaski). Zaprzysiężony w ZWZ-AK od maja 1940 r. Ścigany przez
NKWD, w 1940 r. znajdując się w sytuacji przymusowej miał ponoć zabić
dwóch funkcjonariuszy usiłujących go aresztować. W okresie okupacji
niemieckiej pełnił pod pseudonimem "Gryf" różne funkcje dowódcze w
Komendzie Obwodu ZWZ-AK Wysokie Mazowieckie (m.in. dowódcy plutonu
terenowego, szefa uzbrojenia i adiutanta KO). Wiosną 1944 r. dołączył do
lotnego oddziału Kedywu Obwodu Wysokie Mazowieckie dowodzonego wówczas
przez ppor. Romana Ostrowskiego "Wichra". Uczestniczył w akcjach
zbrojnych, m.in. w czerwcu 1943 r. w walce pod Lizą, w akcji pod
Szepietowem w maju 1944 r., w czerwcu 1944 r. w akcji na bagnie Podosie
(likwidacja bandy komunistyczno – rabunkowej) i w akcji "Burza" w lipcu
1944 r. Po lipcu 1944 r. szef samoobrony Obwodu AK-AKO-WiN Obwodu
Wysokie Mazowieckie.

Działalność "po wyzwoleniu" rozpoczął późną
jesienią 1944 r. z przydzielonym przez Komendanta Obwodu czteroosobowym
patrolem. Po kilku miesiącach miał już spory oddział partyzancki w sile
plutonu (podlegały mu też 4 rejonowe grupy dyspozycyjne i partyzanckie).
Wykonał kilkadziesiąt akcji przeciw UBP, KBW, NKWD i ich agenturze.
Awansowany do stopnia podporucznika (2 XI 1943 r.), porucznika (1 VI
1945 r.), w WiN przedstawiony do awansu na kapitana (30 IV 1946 r.). Za
męstwo i zasługi został odznaczony Krzyżem Walecznych. W okresie
amnestii lutowej 1947 r. dowodzony przez niego oddział został
rozformowany, zaś większość żołnierzy ujawniła się. Sam nadal ukrywał
się, wkrótce wokół niego skupiła się grupa byłych żołnierzy AK – WiN
ściganych przez UBP i zagrożonych aresztowaniem, co pozwoliło na
odbudowę oddziału partyzanckiego. W maju 1947 r. podporządkował się
por./kpt. "Młotowi", zaś dowodzona przez niego grupa weszła na zasadach
autonomicznych w skład 6 Brygady Wileńskiej AK. Po śmierci "Młota" w
czerwcu 1949 r. objął komendę nad pozostającymi w polu patrolami 6.
Brygady Wileńskiej AK.

O poparciu jakim cieszył się wśród mieszkańców
Podlasia świadczy fakt, że utrzymał się w polu niemal do końca 1952 r. W
wyniku prowokacji przygotowanej przez MBP – związanej ze sprawą tzw. V Komendy WiN
– został zwabiony podstępnie do Warszawy i tam 27 X 1952 r.
aresztowany. 26 III 1953 r. skazany na karę śmierci przez WSR w
Warszawie w procesie pokazowym na sesji wyjazdowej w Łapach i 11 X 1953
stracony w więzieniu w Białymstoku (miejsce pochówku nieznane).

11
listopada 2007 r. Prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie kpt.
Kazimierza Kamieńskiego "Huzara" Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia
Polski "Polonia Restituta".

18 listopada 2007 roku, z inicjatywy Fundacji "Pamiętamy", w centrum miasta Wysokie Mazowieckie odbyła się uroczystość odsłonięcia pomnika
upamiętniającego kpt. Kazimierza Kamieńskiego "Huzara" i jego żołnierzy
z oddziałów partyzanckich Obwodu AK-AKO-WiN Wysokie Mazowieckie oraz 6.
Brygady Wileńskiej AK poległych w latach 1944 – 1953.


Pomnik Fundacji "Pamiętamy" w Wysokiem Mazowieckiem upamiętniający kpt. Kazimierza Kamieńskiego "Huzara" i jego żołnierzy.

Zainteresowanych
historią walki kpt. "Huzara" i jego żołnierzy  zapraszam również do
pobrania i lektury publikacji  wydanej przez Fundację "Pamiętamy" – Kazimierz Krajewski, Tomasz Łabuszewski, KAZIMIERZ KAMIEŃSKI „HUZAR” – ostatni podlaski komendant 6 Brygady Wileńskiej AK i jego żołnierze 1939-1952 [kliknij w okładkę]>

Czytaj również:

II Rajd Szlakami Żołnierzy mjr. Żubryda

II Rajd Pieszy Szlakami Żołnierzy Wyklętych mjr. Antoniego Żubryda "Zucha"

Związek Strzelecki "Strzelec" oraz Gmina Korczyna zapraszają w dniach 14-16 października 2011 r. do udziału w II Rajdzie Szlakiem Żołnierzy Wyklętych mjr. Antoniego Żubryda "Zucha".

W piątek 14 października ok. godz. 9.00 ze stacji PKP w Zagórzu uczestnicy wyruszą trasą Zagórz – Sanok do Brzozowa. W sobotę trasą Brzozów – Malinówka (krzyż w pobliżu miejsca śmierci majora Żubryda i jego żony) do Korczyny k/Krosna. Wieczorem w Korczynie odbędzie się koncert patriotycznego barda Andrzeja Kołakowskiego, poświęcony Żołnierzom Niezłomnym i II Konspiracji.

W niedzielę w Korczynie:

Msza Święta w intencji poległych i pomordowanych  dowódców i żołnierzy SBO NSZ "ZUCH" (Sanktuarium św. J.S. Pelczara), Widowisko plenerowe na Rynku w Korczynie  – "Żubryd schodzi z gór", inspirowane  zajęciem Korczyny przez Batalion "Żubrydowców" w 1945 r.,

Zainteresowanych zapraszam do kontaktu:

Więcej na temat mjr. Antoniego Żubryda ps. "Zuch" czytaj:

64 rocznica śmierci kpt. "Salwy"

64 rocznica śmierci kpt. Jana Dubaniowskiego ps. "Salwa"


Kpt. Jan Dubaniowski "Salwa" (1912-1947)

64 lata temu, 27 września 1947 roku, poległ w walce z obławą UB kpt. Jan Dubaniowski ps. „Salwa”, dowódca oddziału partyzanckiego „Żandarmeria”, który  w latach 1945–1947 należał do najbardziej  aktywnych jednostek partyzanckich antykomunistycznego podziemia w Krakowskiem. Faktycznie będąc oddziałem poakowskim, od 1945 r. konsekwentnie uznawał swą przynależność do Narodowych Sił Zbrojnych. Po śmierci dowódcy część jego żołnierzy walczyła z komunistami jeszcze do 1951 roku.

GLORIA VICTIS !!!


Żołnierze oddziału kpt. Jana Dubaniowskiego "Salwy". Dowódca stoi w środku.

Kapitan Jan Dubaniowski "Salwa" jako jeden z nielicznych dowódców
antykomunistycznego podziemia posiada swój grób. Został pochowany na
cmentarzu parafialnym w Zakliczynie (w powiecie tarnowskim, woj. małopolskie).
Jest to miejsce jak najbardziej godne tego dowódcy… spoczywają na nim
m.in. żołnierze z okresu I wojny (235 mogił pojedynczych i 2 zbiorowe),
żołnierze 38 pułku piechoty WP z kampanii wrześniowej 1939 r. oraz
kapitan Kazimierz Bojarski "Kuba" z I pułku piechoty Legionów Polskich z
1914 r. (grób kpt. Dubaniowskiego "Salwy" można odnaleźć idąc wzdłuż
cmentarza wojennego od strony bocznego wejścia po prawej stronie na
skrzyżowaniu alejek. W lewo alejka prowadzi do kaplicy w prawo do grobów
sióstr zakonnych). Mogiłą kpt. "Salwy" opiekuje się Pan Grzegorz Gaweł,
działający w ramach Małopolskiego Stowarzyszenia Miłośników Historii "Rawelin".

Grób kpt. Jana Dubaniowskiego "Salwy" na cmentarzu w Zakliczynie.

Więcej o kpt. Janie Dubaniowskim "Salwie" i jego żołnierzach czytaj:

Strona główna>

TRZEBA OBEJRZEĆ !!!

"SNY STRACONE, SNY ODZYSKANE" – film, który trzeba zobaczyć…

Zapraszam do obejrzenia zamieszczonego poniżej filmu – "Sny stracone, sny odzyskane", w reżyserii Arkadiusza Gołębiewskiego, który został pokazany poza konkursem w ramach panelu dyskusyjnego, podczas III edycji Ogólnopolskiego Festiwalu Filmowego „Niepokorni, Niezłomni, Wyklęci”.

"Sny stracone, sny odzyskane" to opowieść o losach dzieci "bandytów", czyli żołnierzy niezłomnych – zesłanych do domu dziecka, skazanych na społeczną degradację i niekończące się upokorzenia. Ale to także opowieść o wyjątkowym dziele Fundacji "Pamiętamy", która – wyprzedzając historyków i urzędy państwowe – odnajduje tych bezimiennych bohaterów, ofiary komuny, i przywraca pamięć oraz – oddaje cześć.

Ale to także opowieść o polityce przywracania pamięci śp. Lecha Kaczyńskiego. To właśnie ten prezydent sprawił, że wielu ludzi "odzyskało sny", a nawet – odzyskało sny.

Wstrząsający film dokumentalny "Sny stracone, sny odzyskane" odsłania dramat polskich rodzin poddawanych surowym represjom, jakie stosowały władze wobec ludności cywilnej w odwecie za pomoc niesioną partyzantce niepodległościowej po 1944 r. Zakończenie walk z niemieckim okupantem dla ogromnej rzeszy Polaków wcale nie oznaczało końca wojny. Po niemieckiej okupacji nastała równie brutalna okupacja sowiecka. Narastający terror spowodował, że w kraju zaczęły się odradzać struktury polskiego podziemia, a las stał się jedynym schronieniem dla "żołnierzy wyklętych". Po wojnie trwał zbrojny opór Polski podziemnej. Oddziały 6 Brygady Wileńskiej AK, choć stale ubywało jej partyzantów, najdłużej działały na Podlasiu, do jesieni 1952 r. Nie byłoby to jednak możliwe bez poparcia miejscowej ludności. Wielu mieszkańców Podlasia zapłaciło za to najwyższą cenę, a ich rodziny były szykanowane i cierpiały w milczeniu wiele lat. Zrealizowany przez Arkadiusza Gołębiewskiego dokument przedstawia tragiczne losy represjonowanej rodziny Borychowskich ze wsi Borychów w gminie Repki. Marian Borychowski, partyzant ZWZ – AK, udzielał schronienia swoim towarzyszom walczącym z komunistami. Aresztowany, poddawany okrutnym torturom, ostatecznie został zamęczony przez UB w lutym 1951r. w osławionym warszawskim więzieniu przy Rakowieckiej. Jego ciała do tej pory nie odnaleziono. W 2007 r. został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Komandorskim Odrodzenia Polski. Żona, Czesława Borychowska, dostała wtedy karę 10 lat więzienia. Na mocy amnestii zwolniono ją po 4 latach. Do ostatnich swoich dni była prześladowana przez władze. Zmarła w 1984 r. , nie doczekawszy oczyszczenia z zarzutów. Przed kamerą występują sędziwe już dzisiaj dzieci Borychowskich, którym nie dane było zaznać szczęśliwego dzieciństwa i młodości w wolnej ojczyźnie. W 1950 r. cała rodzina została aresztowana przez funkcjonariuszy UB. Najpierw zabrali do Sokołowa rodziców, w nocy przyjechali po dzieci. Najstarsza z rodzeństwa, Janina Tobiszewska z d. Borychowska, po kilkumiesięcznym areszcie i brutalnym śledztwie została skazana na półtora roku. Była prześladowana do lat 80. Jej siostra, Stanisława Gierczyk, w chwili zatrzymania przez UB miała 12 lat. Po trzech tygodniach aresztu trafiła do domu dziecka. Trzy tygodnie przesiedział w areszcie również 10 – letni wówczas Stanisław Borychowski. On także dorastał w domu dziecka, podobnie jak najmłodsza z rodzeństwa, Teresa Zawadzka, którą ubecy zatrzymali w wieku zaledwie 7 lat. Cała czwórka ze łzami w oczach wspomina tamten okrutny czas, aresztowania i kolejne lata pełne cierpień i upokorzeń. Żyli w milczeniu i zapomnieniu, z pokorą znosili swój los, o tamtych tragicznych i bolesnych sprawach bali się mówić nawet własnym dzieciom. Dokument był prezentowany na festiwalu w Niepokalanowie w 2009 r. , a także podczas obchodów 60. rocznicy śmierci kpt. Władysława Łukasiuka ps. Młot, 17 września 2009 r. w Siedlcach. Uroczystości zaszczyciły swą obecnością bohaterki "Snów straconych, snów odzyskanych", córki Mariana Borychowskiego, Janina i Teresa. Ku czci poległych 30 września 1950 r. partyzantów VI Brygady Wileńskiej AK w 2001 r. został odsłonięty w Borychowie pomnik, na którym wymienione jest również nazwisko zmarłego męczeńską śmiercią Mariana Borychowskiego.

Film dokumentalny
Produkcja: Polska
Rok produkcji: 2008
Dane techniczne: Barwny. 26 min.  
Reżyseria: Arkadiusz Gołębiewski
Scenariusz: Arkadiusz Gołębiewski
Zdjęcia: Kamil Król, Arkadiusz Gołębiewski
Dźwięk: Krzysztof Grabowski
Montaż: Adam Janczewski, Maciej Kozłowski
Kierownictwo produkcji: Dorota Przyborowska
Produkcja: Studio Gołąb (dla TVP)



Zainteresowanych pogłębieniem wiedzy na temat walki w Borychowie i działań oddziałów antykomunistycznego podziemia na Podlasiu zapraszam do lektury publikacji Fundacji "Pamiętamy" [kliknij w okładkę]

Inne publikacje Fundacji "Pamiętamy" do pobrania
TUTAJ>

Źródło: wPolityce.pl, filmpolski.pl
Strona główna>