62 rocznica śmierci mjr. "Zapory"

62 rocznica śmierci mjr. Hieronima Dekutowskiego "Zapory"

…Nie dajmy zginąć poległym.
Zbigniew Herbert


Mjr cc Hieronim Dekutowski "Zapora"

62
lata temu komunistyczni oprawcy zamordowali w więzieniu
MBP na warszawskim Mokotowie mjr. Hieronima Dekutowskiego ps. "Zapora" – cichociemnego, legendarnego dowódcę oddziałów partyzanckich Armii Krajowej, a
później Zrzeszenia WiN na Lubelszczyźnie.
Skazany na karę śmierci przez
WSG w Warszawie, został zamordowany wraz z grupą sześciu swoich oficerów
7 marca 1949 r. Z rąk UB-eckich morderców zginęli:

  • Mjr Hieronim Dekutowski "Zapora"
    (ur. 1918) – cichociemny, komendant oddziałów leśnych Inspektoratu
    DSZ-WiN Lublin, a następnie dowódca zgrupowania partyzanckiego
    liczącego w szczytowym okresie ponad 300 ludzi;
  • Kpt. Stanisław Łukasik "Ryś" (ur. 1918) – dowódca oddziału w zgrupowaniu "Zapory";
  • Ppor. Roman Groński "Żbik" (ur. 1926) – dowódca oddziału żandarmerii zgrupowania;
  • Por. Jerzy Miatkowski "Zawada" (ur. 1923) – żołnierz zgrupowania, a następnie adiutant "Zapory";
  • Por. Tadeusz Pelak "Junak" (ur. 1922) – żołnierz "Zapory", członek siatki terenowej WiN;
  • Por. Edmund Tudruj "Mundek" (ur. 1923) – żołnierz oddziału "Rysia" w 1944 r. wywieziony do ZSRR, od 1946 r. ponownie w jego oddziale;
  • Por. Arkadiusz Wasilewski "Biały" (ur. 1925) – żołnierz zgrupowania, adiutant "Zapory".


Zgrupowanie mjr. "Zapory", lato 1946 r.

Podczas
niejawnej rozprawy 3 listopada 1948 r. w Wojskowym Sądzie Rejonowym w
Warszawie, zasiadło ich siedmiu, oraz ich polityczny przełożony
Władysław Siła-Nowicki. Oskarżeni dla ich poniżenia przebrani byli w
mundury Wehrmachtu. W ostatnim słowie mjr "Zapora" nie prosił o
najniższy wymiar kary, ale z godnością oświadczył, że decyzję pozostawia
sądowi. 15 listopada 1948 r. skład orzekający pod przewodnictwem
sędziego Józefa Badeckiego, który wcześniej skazał na śmierć m.in. rtm.
Witolda Pileckiego
, skazał go na 7-krotną karę śmierci, pozostali
otrzymali podobne wyroki. Prośby o łaskę napisane do Prezydenta
Bolesława Bieruta przez matkę i najstarszą siostrę Zofię Śliwę (czyniła
też próby wydostania brata drogą dyplomatyczną poprzez Prezydenta
Republiki Francuskiej; od końca lat 20. mieszkała we Francji i była
odznaczona Legią Honorową za udział we francuskim ruchu oporu) zostały
jednak odrzucone. "Zapora" wraz z podwładnymi trafił do celi dla
"kaesowców", gdzie siedziało wówczas ponad 100 osób. Na przełomie
stycznia i lutego 1949 r. podjęli oni próbę ucieczki – postanowili
wywiercić dziurę w suficie i przez strych dostać się na dach
jednopiętrowych zabudowań gospodarczych, a stamtąd zjechać na
powiązanych prześcieradłach i zeskoczyć na chodnik przy ulicy
Rakowieckiej. Kiedy do zrealizowania planu zostało ledwie kilkanaście
dni, jeden z więźniów kryminalnych uznał, że akcja jest zbyt ryzykowna i
wsypał uciekinierów, licząc na złagodzenie wyroku. Hieronim Dekutowski i
Władysław Siła-Nowicki trafili na kilka dni do karceru, gdzie siedzieli
nago, skuci w kajdany.

Żołnierze
ze zgrupowania mjr "Zapory". Od lewej stoją: NN, Stanisław Łukasik
"Ryś", Aleksander Sochalski "Duch", Hieronim Dekutowski "Zapora",
Zbigniew Sochacki "Zbyszek", Jerzy Korcz "Bohun".

Wyroki śmierci na mjr. Hieronima Dekutowskiego "Zaporę" i sześciu żołnierzy z jego zgrupowania zapadły w listopadzie 1948 r. Wykonano je 7 marca 1949 r. w piwnicy mokotowskiego więzienia. Według protokołów wykonania wyroku, egzekucję zaczęto o godz. 19.00 od mjr. "Zapory".  Po nim kolejno w odstępach 5-minutowych od strzałów w tył głowy ginęli: Stanisław Łukasik "Ryś", Roman Groński "Żbik", Edmund Tudruj "Mundek", Tadeusz Pelak "Junak", Arkadiusz Wasilewski "Biały", Jerzy Miatkowski "Zawada".

"Zapora" był tak znienawidzony przez komunistów, że – jak głosi jedna z wersji jego śmierci – oprawcy powiesili go w worku pod sufitem, podziurawili kulami i z satysfakcją patrzyli na kapiącą krew. Czy tak było? Nie wiadomo. Natomiast faktem jest, że komendant lubelskiego zgrupowania WiN szedł na śmierć zmasakrowany, z powybijanymi zębami, połamanymi rękami, zerwanymi paznokciami i siwymi włosami – choć miał zaledwie 31 lat. Dziesięć z nich poświęcił walce o niepodległą Polskę. Do dziś nie są znane miejsca pochówku "Zapory" i jego ludzi… CZYTAJ WIĘCEJ>

23 maja 1994 roku Sąd Wojewódzki w Warszawie zrehabilitował mjr cc. Hieronima Dekutowskiego "Zaporę", uznając, że wraz ze swoimi podkomendnymi prowadził działalność na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego.

Odznaczenia mjr. "Zapory": w roku 1946 Medalem Wojska (czterokrotnie), w 1988 r. odznaką pułkową 8 pp. Legionów, Krzyżem Walecznych, Krzyżem Za Wolność i Niepodległość, Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari, w 1989 r. Krzyżem Zrzeszenia "Wolność i Niezawisłość", a w 1990 r. Krzyżem Armii Krajowej.

W roku 1996 Rada Miasta Tarnobrzega nadała Hieronimowi Dekutowskiemu "Order Sigillum Civis Virtuti", czyniąc go tym samym Pierwszym Kawalerem tego odznaczenia.

26 października 2003 r. odsłonięto w Lublinie na Placu Zamkowym, z inicjatywy Fundacji "Pamiętamy", pomnik PAMIĘCI ŻOŁNIERZY AK–WIN ZE ZGRUPOWANIA MJR HIERONIMA DEKUTOWSKIEGO "ZAPORY" POLEGŁYCH W WALCE Z HITLEROWSKIM I KOMUNISTYCZNYM ZNIEWOLENIEM W LATACH 1943–1955.

15 listopada 2007 roku Prezydent RP Lech Kaczyński, za zasługi dla niepodległości Rzeczypospolitej Polski, odznaczył Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski mjr Hieronima Dekutowskiego,
a jego sześciu podkomendnych :
kpt. Stanisława Łukasika – Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski,
poruczników: Romana Grońskiego i Edmunda Tudruja – Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski,
poruczników: Jerzego Miatkowskiego, Tadeusza Pelaka i Arkadiusza Wasilewskiego – Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Podczas tej uroczystości, za wybitne zasługi dla niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej, odznaczony został również pośmiertnie inny zasłużony żołnierz Zgrupowania mjr. "Zapory", ostatni dowódca oddziałów partyzanckich Okręgu Lubelskiego WiN:
Kapitan Zdzisław Broński "Uskok"Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.

Od lewej: mjr Hieronim Dekutowski "Zapora" i kpt. Zdzisław Broński "Uskok".

GLORIA VICTIS !!!


Odsłonięty 26 października 2003 r. w Lublinie na Placu Zamkowym, z inicjatywy Fundacji "Pamiętamy", pomnik pamięci żołnierzy AK-WiN ze Zgrupowania mjr. "Zapory".


Zobacz pełną listę nazwisk osób upamiętnionych na pomniku "Zaporczyków" w Lublinie>

Utwór "Marsz oddziału Zapory" z płyty zespołu
DE PRESS – "Myśmy Rebelianci " – piosenki Żołnierzy Wyklętych.

Więcej na temat majora "Zapory" czytaj tutaj:

Linki zewnętrzne:

Strona główna>

"Żolnierze Wyklęci"… ale przez kogo?


Grzegorz Wąsowski
[wybór zdjęć i opisy do nich – autor strony]

"ŻOŁNIERZE WYKLĘCI"… ALE PRZEZ KOGO? REFLEKSJE W PRZEDDZIEŃ ŚWIĘTA.

Wołam cię, obcy człowieku,
Co kości odkopiesz białe:
Kiedy ucichną już boje,
Szkielet mój będzie miał w ręku
Sztandar ojczyzny mojej.
Krzysztof Kamil Baczyński,
fragment wiersza "Wiatr" (18 IV 1943 r.)
W przeddzień wprowadzonego kilka tygodni temu do porządku prawnego Narodowego Dnia Pamięci "Żołnierzy Wyklętych", który obchodzić będziemy corocznie 1 marca – w rocznicę zamordowania przez komunistów, w 1951r., członków IV (ostatniego) Zarządu Głównego WiN, z ppłk. Łukaszem Cieplińskim "Pługiem" na czele, warto, jak sądzę, wyjaśnić  zainteresowanym pochodzenie pojęcia "ŻOŁNIERZE WYKLĘCI", a także racje, które stały za określeniem tym mianem – po raz pierwszy w 1993 r. – żołnierzy podziemia antykomunistycznego z drugiej połowy lat czterdziestych i początku lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia.

Termin "Żołnierze Wyklęci" powstał  w środowisku warszawskiej Ligi Republikańskiej (organizacji działającej w latach 90-tych ubiegłego stulecia). Byłem aktywnym członkiem tej grupy. Odpowiadałem w niej za działania służące przywróceniu pamięci społecznej o żołnierzach podziemia antykomunistycznego, więc sprawę znam doskonale. Z częścią tego środowiska przyszło mi współdziałać po dziś dzień, w ramach inicjatyw podejmowanych przez Fundację "Pamiętamy". Mam nadzieję, że tymi informacjami dostatecznie uwiarygodniłem przed czytelnikami swoją osobę jako posiadającą legitymację do odkodowania pierwotnego znaczenia pojęcia "Żołnierze Wyklęci". Piszę "pierwotnego", gdyż zjawisko, które było powodem ukucia  przez nas tego terminu, w ostatnich latach powoli odchodziło w przeszłość, a data 1 marca 2011 r. w sposób symboliczny zamknie je w przestrzeni czasu przeszłego dokonanego.

Określenie "Żołnierze Wyklęci" wymyśliliśmy szukając tytułu dla przygotowanej przez nas, jesienią 1993 r., wystawy poświęconej podziemiu antykomunistycznemu. Wystawa ta została po raz pierwszy zaprezentowana publiczności  na Uniwersytecie Warszawskim, w holu Auditorium Maximum, w listopadzie tegoż roku. Ostatecznie ekspozycja została przez nas zatytułowana: "Żołnierze Wyklęci – antykomunistyczne podziemie zbrojne po 1944 r." Wedle mojej wiedzy była to pierwsza wystawa po upadku rządów partii komunistycznej w Polsce poświęcona bohaterom podziemnej walki zbrojnej z komunizmem. W maju 1994 r. wystawę tę – pod niezmienionym tytułem – prezentowaliśmy, dzięki uprzejmości śp. prof. Andrzeja Stelmachowskiego, w "Domu Polonii", w Warszawie przy Krakowskim Przedmieściu. Cieszyła się ona wówczas dużym zainteresowaniem warszawian, została także zauważona przez ogólnopolskie media, w tym doczekała się całkiem dużego materiału informacyjnego z otwarcia wystawy (miało ono miejsce 9 maja, w Dzień Zwycięstwa)  w głównym wydaniu Wiadomości.

Przygotowana przez Ligę Republikańską i Oficynę Wydawniczą Volumen w 1993 r. wystawa "Żołnierze Wyklęci – antykomunistyczne podziemie zbrojne po 1944 r." Obecnie w dyspozycji BBN.

Przez kolejne lata odwiedziliśmy z "Żołnierzami Wyklętymi" kilkadziesiąt miejscowości w Polsce. Nazwa "Żołnierze Wyklęci" została  dodatkowo spopularyzowana przez śp. Jerzego Ślaskiego, który wydał w 1995 r. książkę – godną polecenia – pod takim właśnie tytułem. Z kolei w 1999 r., nakładem Oficyny Wydawniczej Volumen, wydany został pierwszy duży album poświęcony zbrojnemu podziemiu antykomunistycznemu (był on sygnowany również logiem Ligi Republikańskiej). Miałem przyjemność współredagować tę publikację.  Albumowi, w nawiązaniu do wystawy, o której wspominam, nadaliśmy tytuł "Żołnierze Wyklęci. Antykomunistyczne podziemie zbrojne po 1944 r." Jak widać konsekwentnie trzymaliśmy się wymyślonego w 1993 r. terminu "Żołnierze Wyklęci", uznając że zawiera  on w sobie ważną, współczesną treść.

_
Powyżej okładki dwóch wydań (z lewej wyd. I) albumu Żołnierze Wyklęci. Antykomunistyczne podziemie zbrojne po 1944 r. Wydanie drugie zostało poprawione i uzupełnione o ok. 200 dodatkowych stron. Poniżej fragment zawartości albumu. Oba wydania są już praktycznie nieosiągalne, jedynie na allegro.pl czasami pojawiają się jeszcze pojedyncze egzemplarze w dość wysokich cenach. 

To określenie, dedykowane żołnierzom podziemia antykomunistycznego idealnie oddawało, tak uznawaliśmy, proces  wykluczenia/wyklęcia  ich historii, etosu i ofiary z  obszaru wrażliwości naszej wspólnoty narodowej. Przy czym nie chodziło nam bynajmniej o okres PRL – dla naszego środowiska było bowiem bezdyskusyjne, że partia komunistyczna, mimo zinstytucjonalizowanej długoletniej propagandy, efektu tego nie była w stanie osiągnąć, a to dlatego, że nie miała do tego, używając terminologii procesowej, legitymacji czynnej. Partia komunistyczna nie była dla nas elementem wspólnoty narodowej (postawiła się poza jej nawiasem).

Warunkiem przynależności do danej wspólnoty narodowej nie jest przecież pochodzenie, lecz poszanowanie jej członków, uznanie i ochrona wytworzonej przez tę wspólnotę państwowości, wreszcie szacunek dla przeszłych pokoleń, ich wiary, tradycji oraz pozytywnego dorobku, który jest punktem wyjścia do dalszego rozwoju. Tymczasem partia komunistyczna wszystko to zanegowała. Była zinstytucjonalizowanym, zaciekłym wrogiem cywilizacji zachodnioeuropejskiej, do której przynależymy, jakby współczesną emanacją plemienia Hunów, którego hordy spustoszyły w V wieku Europę i przyczyniły się do upadku Rzymu. Czy  Hunowie mogli wykluczyć/wykląć kogokolwiek ze wspólnoty obywateli takiego czy innego  Miasta Imperium Romanum, które  w czasie swego marszu obrócili wniwecz? Nie. Oczywiście, mogli zabić, zniszczyć, zburzyć, rozpędzić i na długie lata wstrzymać rozwój. I zrobili to, bo  znali się na tym. Ale  czy byli władni wykluczyć/wykląć kogoś z  kręgu  takiej czy innej wspólnoty, która padła ich ofiarą? Nie. Takiej mocy  nigdy nie mieli.
Ukuwając termin "Żołnierze Wyklęci" dokładnie w taki sam sposób ocenialiśmy zdolności, skutki działania i moc sprawczą partii komunistycznej. Partia komunistyczna pokonała "Żołnierzy Wyklętych" dzięki potędze Armii Czerwonej,  poległym i pomordowanym odmówiła  prawa do ludzkiego pochówku (grzebiąc ich w nieznanych do dziś miejscach), przez długie lata PRL-u zohydzała ich pamięć, za pomocą słowa i obrazu [patrz np: Grzegorz Wąsowski, Od Pułkownika UB do Jacka Kuronia, czyli jak na przestrzeni lat hańbiono imię pewnego dzielnego górala. Rozważania o pamięci.], ale wykluczyć ich z kręgu naszej wspólnoty nie była w stanie.

Określenie "Żołnierze Wyklęci" zawierało zatem nasze oskarżenie pod adresem elit opiniotwórczych  III RP. Oskarżenie o pomijanie przez owe elity, w procesie odbudowy wrażliwości historycznej rodaków, najważniejszego, najbardziej dramatycznego i heroicznego  zarazem rozdziału z historii oporu  stawianego przez naszych przodków reżimowi komunistycznemu. Oskarżenie o świadome    wyeliminowanie epopei żołnierzy antykomunistycznego podziemia zbrojnego z odtwarzanej w warunkach wolnego już państwa świadomości społecznej, jakby amputowanie tego kawałka historii naszego narodu, historii przez  duże "H", historii napisanej krwią  i cierpieniem obrońców wolności.

Do dziś pamiętam jak  jeden z  rozpoznawalnych wówczas polityków,  w związku z pełnioną wówczas funkcją państwową zapytany przez dziennikarza (bodaj "Sztandaru Młodych"), czy przewiduje się przyznanie uprawnień kombatanckich za walkę w szeregach UPA, Werwolf-u, czy NSZ-u odpowiedział: Za służbę w obcej armii? Oczywiście, że nie. W ten sposób zadający pytanie dziennikarz zrównał około 70 tys. żołnierzy organizacji konspiracyjnej Polskiego Państwa Podziemnego, która konsekwentnie w okresie okupacji niemieckiej jako jedyna wskazywała, że Polska ma dwóch równorzędnych wrogów: hitlerowców i komunistów (mowa oczywiście o Narodowych Siłach Zbrojnych), z nacjonalistycznym podziemiem ukraińskim, mającym na sumieniu życie dziesiątek tysięcy bezbronnych naszych rodaków, i pogrobową organizacją nazistowską, a wysoki rangą urzędnik państwowy wolnej Polski nie dostrzegł niegodziwości tego porównania. To tylko jeden z przykładów.

Jak sądziłem wtedy i uważam tak do tej pory, stosunek kręgów opiniotwórczych III RP z  okresu prawie całej dekady lat 90. do żołnierzy podziemia antykomunistycznego nie był przypadkowy. Był funkcją konceptu, którego istotnym elementem było wmawianie nam, że historia wysiłków niepodległościowych  w Polsce po roku 1944, zakończona  przecież tak pięknie w 1989 r. porozumieniem w Magdalence i przy "Okrągłym Stole", to suma wysiłków członków partii komunistycznej pracujących na rzecz pozytywnej ewolucji systemu oraz aktywności byłych członków tejże partii, którzy po wystąpieniu z niej bądź wyrzuceniu, działali w opozycji demokratycznej. W  takim równaniu nie mogło być  oczywiście miejsca  na dodatkowy składnik, tj. tych, którzy w obronie niepodległości Polski i prawa człowieka do wolnego życia na ziemi podjęli walkę zbrojną z komunistami. Zaznaczam,  i czynię to bez nuty ironii, że  zarysowany w tekście, obowiązujący w latach 90. ubiegłego stulecia  pośród elit III RP mechanizm  utrzymywania etosu podziemia antykomunistycznego poza obszarem pamięci społecznej uważam za psychologicznie zrozumiały i łatwy do wytłumaczenia – jeżeli siadam z przedstawicielami jakiejś formacji do stołu negocjacyjnego, piję z nimi wódkę [patrz:  wpolityce.pl – fragment książki Ryszarda Bugaja, O sobie i innych, Warszawa 2010], osiągam porozumienie itd., to trudno, abym równolegle, czy chwilę potem, odbudowywał pamięć o tych, którzy padli w walce stoczonej z  ojcami założycielami tejże formacji. Zwłaszcza, że zanim "Żołnierze Wyklęci" w boju tym ulegli, to jednak jakieś straty przeciwnikowi zadali; a  jeżeli  dodatkowo założymy, że  niemały kawałek swego życia spędziłem wcześniej w szeregach tej formacji, to mamy pełny obraz powodów, dla których Narodowy Dzień Pamięci "Żołnierzy Wyklętych" będziemy po raz pierwszy obchodzić dopiero po ponad dwudziestu latach od odzyskania niepodległości.

Adam Michnik i gen. Czesław Kiszczak.

Bronisław Geremek i gen. Czesław Kiszczak.


Najbardziej jaskrawym momentem realizacji zarysowanej powyżej  koncepcji (nazwijmy ją polityczno – historyczną, choć określeniem krótszym i lepszym wydaje mi się po prostu "blaga") była chwila podczas ceremonii odznaczenia  Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego Orderem Orła Białego, w której Aleksander Kwaśniewski – wówczas Prezydent RP – stwierdził, uzasadniając owo odznaczenie i nawiązując do Listu Otwartego do Partii z 1964 r., który popełnili Kuroń i Modzelewski, że  byli oni pierwszymi, którzy otwarcie napiętnowali panujący w Polsce system dyktatury. Rzecz miała miejsce w 1998 r. Celebra, jak przystało na uroczystość wręczenia najwyższego polskiego odznaczenia państwowego, była szeroko relacjonowana i bogato komentowana przez wszystkie najważniejsze rodzime media. Oczywiście  gremialnie powtarzały one za Kwaśniewskim, że Kuroń i Modzelewski byli pierwszymi, którzy  otwarcie wystąpili przeciwko dyktaturze komunistycznej. I choć dziś trudno w to  uwierzyć, zabrakło (z jednym wyjątkiem: tekstem Adama Michnika w "Gazecie Wyborczej", w którym autor zwrócił uwagę na niestosowność przywołanego powyżej stwierdzenia Kwaśniewskiego) pośród tych relacji i komentarzy słowa protestu wobec potwornego przecież zafałszowania historii zawartego w przypomnianym fragmencie uzasadnienia dla tych odznaczeń. Również sami odznaczeni nie zabrali głosu w tej sprawie.

A przecież, przypomnijmy, przez konspirację antykomunistyczną z okresu lat 1944–1954 przewinęło się co najmniej 150 tys. ludzi, z czego  20 tys. wzięło udział  w walce czynnej z bronią w ręku. Skala ofiary złożonej na ołtarzu wolności w tamtym czasie przez naszych rodaków to kilkadziesiąt tysięcy poległych oraz pomordowanych i około 200 tys. aresztowanych oraz więzionych.

Praktycznie cała dekada lat 90. wpisuje się swoim klimatem intelektualnym w przywołaną przeze mnie uroczystość, podczas której były członek Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej dekorował dwóch byłych członków tej partii najwyższym polskim orderem, wskazując na nich jako pierwszych sprawiedliwych w kontekście oporu przeciwko systemowi komunistycznemu, zbywając całkowitym milczeniem epopeję "Żołnierzy Wyklętych" (dla jasności – nie jest moim zamiarem poddanie krytycznej analizie zasadności tych odznaczeń, wskazuję tylko na zdeformowanie prawdy, mające miejsce podczas ceremonii ich wręczenia).

Jakże te czasy były diabelnie dalekie od wyjścia naprzeciw dramatycznej prośbie chor. Witolda Boruckiego "Babinicza", "Dęba", komendanta Warszawskiego Okręgu Narodowego Zjednoczenia Wojskowego [zobacz również: Kryptonim "Orzeł"…], który swój wstrząsający w treści "raport do Administracji Przyszłej Nowej Polski" z dnia 13 kwietnia 1949 r., zdając sobie sprawę, że on i jego podkomendni wkrótce zginą, że nie doczekają upragnionej wolności (Borucki poległ w sierpniu 1949 r.), zakończył tymi słowy:

"Ze swej strony proszę o pamięć macierzystą dla tych, co w imieniu naszych sił za granicą (chodzi o rząd emigracyjny – przyp. G.W.) walczyli tu, nie szczędząc życia".

Wtedy była to, niestety, gra do jednej bramki. Inicjatywy  indywidualne czy społeczne, które wówczas powstawały, przyjmując za cel  przywrócenie pamięci o "Żołnierzach Wyklętych", miały w najlepszym wypadku krótkotrwały i lokalny oddźwięk. Jako przykład, jak w tych sprawach  źle się wówczas działo  podam następujący fakt. Kiedy w końcu 1994 r. (czyli ponad  dwa lata po nagonce politycznej i medialnej rozpętanej przeciwko zwolennikom lustracji) zbieraliśmy – jako Liga Republikańska – podpisy pod apelem o ujawnienie archiwów komunistycznego aparatu represji, to okres objęty sformułowaną przez nas petycją o otwarcie archiwów zamknęliśmy datą 1956 r., wiedząc, że w przeciwnym razie praktycznie nikt nie złoży pod nią podpisu. Dzięki temu zabiegowi uzyskaliśmy kilkanaście podpisów znanych i szanowanych przez niemałą część rodaków nazwisk. Wśród sygnatariuszy apelu był min. Zbigniew Herbert. Podkreślam, że środowisko  Ligi Republikańskiej uchodziło w tamtym czasie za nastawione radykalnie antykomunistycznie i nasz apel, jeżeli został dostrzeżony w ogóle, był odbierany powszechnie jako przejaw poglądów zupełnie skrajnych. Powtórzę, że nie przywołuję tych faktów z przyjemności wspominania inicjatyw własnych czy moich kolegów, lecz dla uzmysłowienia młodszym czytelnikom z jak wielkim trudem pewne oczywiste dziś rozwiązania – np. udostępnienie archiwów UB/SB m.in. dla badań historycznych –  torowały sobie drogę do  zaistnienia w porządku prawnym.

Jakościowa zmiana sytuacji nastąpiła dopiero wraz z powstaniem Instytutu Pamięci Narodowej, a dokładnie z chwilą, w której historycy uzyskali dostęp do zasobów archiwalnych tajnej policji komunistycznej, przejętych przez IPN. Analiza tych zasobów zaowocowała znakomitym postępem wiedzy na temat podziemia antykomunistycznego, dała  także prawdziwe wyobrażenie o skali  czynnego oporu społecznego przeciwko komunizmowi. Ostatnie lata przyniosły z sobą wiele wartościowych opracowań, głównie autorstwa historyków z IPN, poświęconych  zbrojnemu podziemiu antykomunistycznemu. Istotne osiągnięcia na niwie przywracania pamięci o "Żołnierzach Wyklętych" ma także Fundacja "Pamiętamy" (proszę mi wybaczyć brak skromności), która, uznając, że pamięć wymaga formy trwałej, wzniosła do tej pory dwadzieścia pomników, upamiętniając nimi z imienia i nazwiska  ponad 1300 poległych i pomordowanych "Żołnierzy Wyklętych" (zachęcam do obejrzenia wizualizacji tych pomników>)

Wielką satysfakcję przynosi mi świadomość, że sumą wysiłków ludzi dobrej woli  epopeja "Żołnierzy Wyklętych" nie jest już białą plamą, że temat ten mocno przebił się do zbiorowej świadomości historycznej Polaków. Warto w tym miejscu wspomnieć kilka osób, spośród tych które ciężko pracowały  nad ocaleniem i przywróceniem dobrej pamięci o Żołnierzach Wyklętych w nieprzyjaznych dla tematu latach dziewięćdziesiątych. Wymienię Piotra Niwińskiego, Kazimierza Krajewskiego, Tomasza Łabuszewskiego, Krzysztofa Szwagrzyka, Piotra Szubarczyka, czy Leszka Żebrowskiego. I polecam ich publikacje.

Spośród osób z życia publicznego, które przyczyniły się do odbudowania  i utrwalenia pamięci o "Żołnierzach Wyklętych" koniecznie należy wymienić śp. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, śp. Andrzeja Przewoźnika i śp. Janusza Kurtykę. Nie ulega przy tym wątpliwości, że dopiero czas prezydentury Lecha Kaczyńskiego to okres, w którym "Żołnierze Wyklęci" doczekali się należytych honorów ze strony najwyższego urzędu Rzeczpospolitej. Dzięki polityce odznaczeniowej realizowanej przez śp. Lecha Kaczyńsk
iego  także członkowie rodzin wielu "Żołnierzy Wyklętych" (a wśród nich wdowa po Witoldzie Boruckim "Babiniczu") uzyskali, odbierając z Jego rąk wysokie rangą ordery, którymi odznaczył poległych i pomordowanych ich bliskich, namiastkę zadośćuczynienia za wieloletnie cierpienia po stracie najbliższych i życie z piętnem "rodzin bandyckich".

Przedstawiciele
Kancelarii Prezydenta RP z Krzyżami Wielkimi Orderu Odrodzenia Polski
dla por. Leona Taraszkiewicza "Jastrzębia" i ppor. Edwarda
Taraszkiewicza "Żelaznego"
, nadanymi im pośmiertnie postanowieniem Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Lecha Kaczyńskiego z dnia 20 sierpnia 2009 r.

Wprowadzenie do porządku prawnego, z inicjatywy śp. Prezydenta RP  Lecha Kaczyńskiego, Narodowego Dnia Pamięci "Żołnierzy Wyklętych" symbolicznie zamyka okres wykluczenia/wyklęcia z obszaru pamięci zbiorowej przez elity opiniotwórcze III RP żołnierzy zbrojnego podziemia antykomunistycznego – tych heroicznych obrońców wolności, którym przyszło żyć i umierać w okrutnych czasach pełnego i brutalnego triumfu systemu komunistycznego. Systemu, który w całych dotychczasowych dziejach ludzkości, był największym i najgroźniejszym zinstytucjonalizowanym wrogiem wolności, w każdym jej wymiarze.

Jako jeden z autorów  pojęcia "Żołnierze Wyklęci" z ulgą odnotowuję, że wreszcie – po  ponad siedemnastu latach od wprowadzenia tego terminu w obieg publiczny – powody jego ukucia przestały być aktualne.

I niech termin ten żyje  jak najdłużej swoim nowym życiem, jako intrygujące określenie historii, którą symbolizuje. Niech zachęca do jej poznawania. Bo w niej zawiera się  istotna część naszej narodowej tożsamości.

Anglojęzyczna wersja tekstu (na stronie www.doomedsoldiers.com):

Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944- 1954.


Prezydent uczcił pamięć "Żołnierzy Wyklętych"

W tym roku po raz pierwszy obchodzono Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Z tej okazji we wtorek prezydent Bronisław Komorowski przyznał im pośmiertne odznaczenia, składano kwiaty w miejscach pamięci, odbyły się też prezentacje publikacji i wykłady.

Krzyżem Wielkim, Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą i Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski prezydent Bronisław Komorowski odznaczył pośmiertnie Żołnierzy Wyklętych, bohaterów antykomunistycznego podziemia – ZOBACZ NAZWISKA ODZNACZONYCH>

Jak podkreślił prezydent podczas uroczystości w Pałacu Prezydenckim, dopiero po latach ofiara życia "Żołnierzy Wyklętych" złożona ojczyźnie w najtrudniejszych warunkach nabrała szczególnego znaczenia. – I te niezwykłe życiorysy zakończone dramatem śmierci i więzienia (…) do dzisiejszego dnia stanowią cząstkę niezwykłej polskiej broni w warunkach trwania w beznadziejnych okolicznościach zewnętrznych. Dlatego pokolenie ludzi Solidarności chyli przed nimi czoła, chce, by nie byli Żołnierzami Wyklętymi, wypchniętymi z naszej pamięci. (…) Przekreślamy ten termin. Chcemy, aby trwała pamięć i wdzięczność narodu za tak niezwykłe postawy w warunkach najtrudniejszej próby – zaznaczył Bronisław Komorowski.


Uroczystościom towarzyszyła prezentacja wystawy IPN poświęconej "Żołnierzom Wyklętym". Przed południem prezydent Komorowski w towarzystwie prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz złożył wieńce przed tablicą na murze więzienia mokotowskiego, gdzie 1 marca 1951 roku stracono z rąk UB kierownictwo IV Komendy Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość: ppłka Łukasza Cieplińskiego, mjra Adama Lazarowicza, por. Józefa Rzepkę, kpt. Franciszka Błażeja, por. Józefa Batorego, Karola Chmiela i mjr Mieczysława Kawalca. To właśnie tę datę upamiętnia Narodowy Dzień Pamięci "Żołnierzy Wyklętych".

Prezydent podpisał ustawę o ustanowieniu Narodowego Dnia Pamięci "Żołnierzy Wyklętych" 9 lutego tego roku. Projekt ustawy o ustanowieniu Narodowego Dnia Pamięci "Żołnierzy Wyklętych" złożył w ubiegłym roku prezydent Lech Kaczyński w hołdzie – jak napisał w uzasadnieniu – "bohaterom Powstania Antykomunistycznego, którzy w obronie niepodległego bytu Państwa Polskiego, walcząc o prawo do samostanowienia i urzeczywistnienia dążeń demokratycznych społeczeństwa polskiego, z bronią w ręku przeciwstawili się sowieckiej agresji i narzuconemu siłą reżimowi komunistycznemu".

Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Bronisław Komorowski, podczas uroczystości w dniu święta państwowego Narodowego Dnia Pamięci "Żołnierzy Wyklętych" przekazał członkom najbliższych rodzin „Żołnierzy Wyklętych” nadane pośmiertnie Ordery Odrodzenia Polski.

Wystąpienie prezydenta podczas przekazania orderów nadanych "Żołnierzom Wyklętym":

Szanowni Państwo,


gdy oni siedzieli w więzieniu, gdy byli torturowani, gdy byli poniewierani, gdy ginęli za Polskę, wtedy rodziło się pokolenie Solidarności. Wtedy jeszcze nikt nie marzył o tym, że Polska będzie wolna, że będzie niepodległa i że wieloletnia walka o wolność w okresie okupacji nabierze szczególnego znaczenia, zakończy się wielkim narodowym triumfem po latach… CZYTAJ DALEJ>

Źródło: www.prezydent.pl>
< /div>

Z Zeszytów Historycznych WiN-u… (2) – część 1/2

64 lata temu, 22 lutego 1947 r. we wsi Ostrowsko na Podhalu, otoczony przez obławę UB-KBW, zginął śmiercią samobójczą mjr Józef Kuraś ps. "Ogień", dowódca kilkusetosobowego Zgrupowania Partyzanckiego "Błyskawica", walczącego po wojnie z komunistycznym zniewoleniem.
Z racji tej smutnej rocznicy i w ramach kolejnej odsłony publikacji z "Zeszytów Historycznych WiN-u", zapraszam do lektury artykułu historyka krakowskiego Oddziału IPN Dawida Golika,
Józef Kuraś "Ogień" nad Ochotnicą (sierpień – listopad 1946 r.). Artykuł pierwotnie ukazał się w 2006 r., jednak postęp badań naukowych spowodował, że tekst został przez autora zaktualizowany, w oparciu o nowe, nie znane dotychczas informacje.
Życzę zajmującej lektury !


Zeszyty Historyczne WiN-u, nr 25/2006 (aktualizacja – luty 2011)

Dawid Golik
Józef Kuraś "Ogień" nad Ochotnicą (sierpień – listopad 1946 r.)

Sześcioletnia okupacja niemiecka odcisnęła się na Ziemi Nowotarskiej szczególnym piętnem, związanym zarówno ze zjawiskiem Goralenvolku, pacyfikacjami, jak i ze wzmożoną działalnością podziemnych organizacji oraz ich oddziałów partyzanckich. Rozpoczęta na początku 1945 r. ofensywa Armii Czerwonej stosunkowo łatwo odrzuciła broniące się na linii Dunajca i Popradu oddziały niemieckie i już 29 stycznia wojska sowieckie IV Frontu Ukraińskiego zajęły Nowy Targ. Linia frontu przesunęła się na zachód, zatrzymując się jednak aż do kwietnia 1945 r. w okolicach Lipnicy Wielkiej i Babiej Góry1. Podhale i przylegające do niego Gorce były wolne pomimo tego, że wojna w Europie trwać miała jeszcze następne 4 miesiące.

To, co dla jednych oznaczało wyzwolenie, dla drugich okazać się miało kolejną okupacją. Kiedy 9 V 1945 r., w sowiecki „dzień zwycięstwa”, uroczyście ogłaszano kapitulację III Rzeszy i pokój w Europie, Gorce i Podhale stanowiły już obszar objęty „małą wojną”. Wiązało się to przede wszystkim z działalnością Józefa Kurasia „Ognia”, który stworzył pod swoim dowództwem najsilniejszy oddział partyzancki w południowej Polsce, skutecznie walczący z „władzą ludową” aż do lutego 1947 r2.

Mjr Józef Kuraś ps. "Ogień" († 22 II 1947)

"Ogień" był postacią bardzo barwną, wokół której na przestrzeni ostatnich 60 lat namnożyło się wiele, niekiedy sprzecznych ze sobą, opinii. Warto wspomnieć, że już 11 IV 1945 r. przeprowadził zbiórkę swoich ludzi na jednej z gorczańskich polan i rozpoczął walkę z komunistami. Do jego oddziału szybko dołączali następni. W niedługim czasie z niewielkiej grupy „Ognia” powstało Zgrupowanie Partyzanckie „Błyskawica”, liczące w drugiej połowie 1946 r. ponad 700 żołnierzy podzielonych na osiem kompanii3.

Szczególne miejsce w zgrupowaniu zajmowała grupa sztabowa, dowodzona przez samego „Ognia”. Jej liczebność szacuje się w zależności od omawianego okresu na 25–60 ludzi, podzielonych na drużyny, którymi dowodzili zaufani oficerowie o dużym stażu partyzanckim4. Sama grupa sztabowa pełniła dwojaką funkcję – z jednej strony ochraniała dowódcę zgrupowania, czyli Józefa Kurasia oraz jego kancelarię, z drugiej natomiast stanowiła zaplecze kadrowe dla poszczególnych kompanii. To tutaj właśnie decydowano o ruchach zgrupowania, redagowano ulotki i odezwy, kolportowane następnie na Ziemi Nowotarskiej i Podhalu. Z oczywistych względów sztab był również punktem kontaktowym dla rozbitych grup z terenu całego województwa. Operował przede wszystkim w Gorcach, kwaterując w leśnych obozach pod Turbaczem i Kiczorą lub w góralskich osiedlach5.

Grupa sztabowa zgrupowania "Ognia" nad Przełączą Borek w Gorcach latem 1946 r. (IPN)

Także Ochotnica zapisała się na kartach historii Małopolski jako wieś wyjątkowa. Już od 1943 r. ogniskowała się wokół niej działalność partyzancka. W bezpośrednim jej sąsiedztwie kwaterowały silne oddziały AK – OP „Wilk” (1943/1944) por. Krystyna Więckowskiego „Zawiszy” oraz oddział kpt. Juliana Zapały „Lamparta”, czyli IV batalion 1. pułku strzelców podhalańskich AK. Żołnierze z tego ostatniego zamieszkiwali w różnych osiedlach Ochotnicy nieprzerwanie od lipca 1943 r. do stycznia 1945 r. We wsi przebywali też od jesieni 1944 r. partyzanci sowieccy ze zgrupowania ppłk. Iwana Zołotara oraz z oddziałów wywiadowczych kpt. Ludmiły Gordijenko „Tani” i płk. Afanasija Gładilina „Griszy”. Zaglądały tam też patrole z oddziału „Ognia”, obozującego wówczas pod Turbaczem6.

Niemcy rzadko zjawiali się w zaszytej pośród lasów Ochotnicy, którą określali mianem „wsi bandyckiej” (Banditendorf). Mieszkańcy nowatorszczyzny nazywali ją natomiast „Wolną Republiką Ochotnicką”. Sytuacja taka spowodowała, że okupacyjne władze postanowiły ukarać niepokorną wieś. W październiku 1944 r. została wysłana tam karna ekspedycja wojska i policji, której połączone siły partyzantów polskich i sowieckich stawiły czoła w trzydniowej bitwie (18–20 X 1944 r). Niemcom nie udało się rozbić partyzanckich baz, zaś sama wioska nie poniosła wówczas znacznych strat7.
Niestety ostatecznie okupanci zemścili się na mieszkańcach Ochotnicy, dokonując 23 XII 1944 r. brutalnej pacyfikacji, która przeszła do historii pod
nazwą „krwawej wigilii”. W wyniku sprowokowanej przez partyzantów sowieckich akcji, śmierć poniosło 50 mieszkańców Ochotnicy Dolnej, a spaleniu uległo wiele zabudowań w centrum wsi8.

Ochotnica Górna, wieś położona w województwie małopolskim, w powiecie nowotarskim, w gminie Ochotnica Dolna.

Do Ochotnicy grupa sztabowa „Ognia” trafiła 1 VIII 1946 r., wybierając na stały obóz dom Jana Wójciaka Pod Magurką w potoku Jaszcze9. Nie znaczy to jednak, że wcześniej do tej wsi nie zaglądała. Specyfika wojny partyzanckiej w Gorcach powodowała, że patrole zgrupowania raz po raz wysyłane były w inne rejony, posiadały też w każdej góralskiej wiosce swoich współpracowników. Już na początku swojej działalności, w kwietniu 1945 r., Kuraś zdołał skłonić złożony przede wszystkim z mieszkańców Ochotnicy posterunek MO do dezercji i stawienia się w pełnym uzbrojeniu w obozie oddziału, który mieścił się wówczas na polanie Zielenica nad Ostrowskiem. Po obławie NKWD na ten obóz, która miała miejsce 28 kwietnia, milicjanci powrócili do Ochotnicy i byli poszukiwani przez UB. Część z nich aresztowano, żaden jednak nie trafił do więzienia. W większości utrzymywali oni nadal kontakty z „ogniowcami”, nie wchodząc jednak w skład zgrupowania10.

Zabudowania rodziny Wójciaków Pod Magurką w Ochotnicy Górnej. (foto D.G.)

Jakiś czas później (najprawdopodobniej na początku 1946 r.), tym razem na terenie Ochotnicy Górnej, w osiedlu Forendówki, „Ogień” i jego ludzie przejęli ukryty w styczniu 1945 r. przez oddział AK kpt. Juliana Zapały „Lamparta” magazyn broni i amunicji. Znajdowały się w nim m. in. 3 działka wymontowane z wraku amerykańskiego bombowca B-24 Liberator, który rozbił się w grudniu 1944 r. nad Ochotnicą, oraz spora ilość innej broni i amunicji. Z wizytą tą łączy się również relacja o zabójstwie brata „Lamparta” – Franciszka Zapały, który po wskazaniu miejsca zakopania broni, w nieznanych bliżej okolicznościach, został zastrzelony przez „ogniowców”11.

„Ogień” nie był też pierwszym partyzantem kwaterującym na Magurkach. Miejsce to na przełomie października i listopada 1944 r. wykorzystywał już IV batalion 1. psp AK, czyli oddział partyzancki wspomnianego Juliana Zapały. Jednak wtedy dom i stajnię Wójciaka Pod Magurką zajmowali szeregowcy, natomiast sztab mieszkał w pobliskim osiedlu Za Groniówką u Jana Hubiaka12.
Grupa, którą w lecie 1946 r. dowodził osobiście Józef Kuraś, liczyła kilkudziesięciu doskonale uzbrojonych żołnierzy. Sam „Ogień” z najbliższymi współpracownikami mieszkał w domu Wójciaka, gdzie otrzymał osobny pokój służący za kancelarię oddziału. Inni partyzanci spali w pobliskich stajniach i kolibach, a większa ich grupa, stanowiąca bojowe zaplecze sztabu, miała, wedle relacji mieszkańców Ochotnicy, kwaterować na oddalonej nieco od Magurek polanie Szlagowa. Jednocześnie na terenie Forendówek ukrywali się teściowie „Ognia” oraz jego żona – Czesława z domu Polaczyk13.

Zaznaczyć należy, że obecność partyzantów i „Ognia” Pod Magurką nie była tajemnicą. Wiedzieli o tym mieszkańcy Ochotnicy Górnej i niemal wszyscy przyjmowali „ogniowców” życzliwie. O tym, że w roku 1946 Ochotnica stanowiła, podobnie jak podczas okupacji niemieckiej, obszar opanowany przez „leśnych”, wspominał również po latach działacz PPR z Nowego Targu, Eugeniusz Wojnar14. Partyzanci budzili wśród ludności dość duże zaufanie, natomiast fakty takie jak wykonywanie wyroków śmierci i nakładanie kontrybucji, nie wydawały się nikomu czymś dziwnym lub karygodnym, a jedynie bezpośrednią kontynuacją metod stosowanych przez podziemie już podczas okupacji niemieckiej. Często zdarzało się, że żołnierze „Ognia” rzeczywiście wcześniej działali na tym terenie, należąc do BCh lub AK i byli dobrze znani przez miejscową ludność. Duża część z nich pochodziła z sąsiednich wiosek (Waksmund, Ostrowsko), a w Ochotnicy miała swoje rodziny i znajomych. Nie znaczy to jednak, że „ogniowcy” czuli się Pod Magurką w pełni bezpieczni. Ciągle zagrażały im donosy i sprowokowane nimi obławy przeprowadzane przez UB, MO i KBW. Dlatego też podejść do sztabu w domu Wójciaka broniły aż trzy pierścienie wart, które do środka przepuszczały tylko bliskich znajomych i współpracowników. Zdarzało się tak, że patrol nie wpuszczał kogoś do obozu i dopiero potrzebna była interwencja Wójciaka u samego „Ognia”, by ten ktoś mógł Pod Magurkę przyjść15.

Współpracownicy Józefa Kurasia "Ognia" z terenu Ochotnicy. Zdjęcie odnalezione w dokumentach KBW. (IPN)

Część ludności utrzymywała z partyzantami także bliższe kontakty. Z oddziałem współpracowało wielu mieszkańców Ochotnicy. Oprócz wspominanej już kilkakrotnie rodziny Jana Wójciaka, dużą rolę w życiu obozu odgrywali też bracia Dolińscy – Franciszek, Wojciech i Jakub, z osiedla Za Holiną, położonego w pobliżu Magurek. Często kwaterowali u nich partyzanci, a Dolińscy wywozili zakupione lub zarekwirowane w spółdzielniach towary do ich obozu. Innym, wieloletnim współpracownikiem oddziału, był gajowy Franciszek Szlaga zwany „Mientką” z Forendówek, a także gospodarz Polaczyk, spokrewniony z teściami Józefa Kurasia. Funkcje łączników pełnili m.in. Jan Jaróg, Leon Chlebek oraz Franciszek Cebula. Doraźnie korzystano też z pomocy innych górali – przy przenoszeniu meldunków i zapewnianiu kwaterunku.

To, że Magórki wybrane zostały na obóz, nie zmieniało faktu, że cały oddział pozostawał mobilny. Józef Kuraś często przebywał poza Ochotnicą, wielokrotnie zmieniały się też osoby kwaterujące w siedzibie sztabu. Jedni przychodzili, drudzy odchodzili – wspominała Maria Królczyk. Przy samym dowódcy było ich niewielu. Wszyscy codziennie rano stawali w szeregu przed domem i modlili się. „Ogień” był religijny16. Partyzantów spowiadał proboszcz Ochotnicy Górnej ks. Józef Śledź17. Poza tym życie oddziału toczyło się włas
nym rytmem. Żołnierzy wysyłano na patrole do okolicznych wsi, przybywali też gońcy z meldunkami od innych podległych „Ogniowi” kompanii zgrupowania. Jednocześnie nakładano kontrybucje na współpracowników bezpieki i na tych, którzy zapisali się do PPR. W ostateczności groził im nakaz opuszczenia miejsca zamieszkania lub wyrok śmierci. Lato 1946 r. było kulminacyjnym okresem działalności bojowej zgrupowania i całe Podhale liczyło się z wyrokami wydawanymi przez Józefa Kurasia. Wielu okolicznych górali przychodziło też do niego, by rozstrzygał lokalne spory18.

Dom Dolińskich Za Holiną, położony w pobliżu Magurek, gdzie często kwaterowali partyzanci Józefa Kurasia "Ognia". (foto D.G.)

Z Zeszytów Historycznych WiN-u… (2) – część 2/2>
Strona główna>


1. G. Mazur, W. Rojek, M. Zgórniak, Wojna i okupacja na Podkarpaciu i Podhalu na obszarze inspektoratu ZWZ-AK Nowy Sącz 1939–1945, Kraków 1998, s. 321–326.
2. Józef Kuraś „Ogień” zmarł 22 II 1947 r. w szpitalu w Nowym Targu, po tym jak dzień wcześniej podczas obławy UB i MO we wsi Ostrowsko śmiertelnie postrzelił się w głowę.
3. Więcej na temat działalności Zgrupowania Partyzanckiego „Błyskawica” zob.: M. Korkuć, Zostańcie wierni tylko Polsce… Niepodległościowe oddziały partyzanckie w Krakowskiem (1944–1947), Kraków 2002.
4. Ibidem, s. 526–528.
5. Ibidem.
6. Wojenne losy Ochotnicy doczekały się wielu opracowań. Szerzej o tym m. in.: S. Czajka, Ochotnica. Dzieje gorczańskiej wsi 1416–1986, Jelenia Góra 1987; R. Dzieszyński, Krwawa wigilia. Walka i martyrologia wsi Ochotnica, Warszawa 1980.
7. Z. Faix-Dąbrowski, Spod Gorca do Gross-Rosen, „Zeszyty Historyczne. Kraków i Ziemia Krakowska 1939–1945”, z. 1: 1988, s. 59–64.
8. Z. Faix-Dąbrowski, J. M. Kacwin, Przyczynek do wydarzenia zwanego krwawą wigilią w Ochotnicy, „Na drodze do zwycięstwa. Materiały Komisji Historycznej Zarządu Dzielnicowego ZBoWiD Kraków- Śródmieście”, s. 42–50, Kraków 1987.
9. S. Wałach, Był w Polsce czas…, Kraków 1971, s. 461; Relacja Marii Królczyk z lipca 2002 r. (jeśli nie zaznaczono inaczej, przytaczane w tekście relacje znajdują się w zbiorach autora).
10. IPN Kr 010/5267, Akta operacyjne dotyczące Władysława Chrobaka, k. 2–3, Protokół przesłuchania Władysława Chrobaka z 24 X 1945 r.; IPN Kr 07/889, Akta kontrolno-śledcze sprawy przeciwko Stanisławowi Giblakoi, k. 10, Protokół przesłuchania Władysława Chrobaka z 3 IX 1945 r.; Relacja Władysława Chrobaka „Wróbla” z lipca 2002 r.; S. Wałach, op. cit., s. 453.
11. Na temat dokładnej daty oraz okoliczności śmierci Zapały brak jest wiarygodnych źródeł. Miał on wskazać miejsce ukrycia broni, po czym zastrzelono go przed domem Jurkowskich we Forendówkach. U „Ognia” i w materiałach UB pojawia się pod pseudonimami „Niedźwiadek” i „Przybytek”. IPN Kr 074/12, Materiały pomocnicze do historii bandy „Ognia”, t. 1, k. 688; t. 2, k. 584; Relacja Bogusława Szokalskiego „Herkulesa” z 31 VIII 1991 r. (w zbiorach M. Korkucia); Relacja Karola Wanata z 15 X 2005 r.; W. Budarkiewicz, AK na Podhalu, [b.m.] 1990, s. 128.
12. Relacja Marii Królczyk z lipca 2002 r.
13. Ibidem; Relacja Leona Chlebka z 9 VIII 2005 r.
14. E. Wojnar, Z lat walki z reakcją na Podhalu (1945–1948), „Pokolenia” 1971, nr 2, s. 88.
15. Relacja Marii Królczyk z lipca 2002 r.
16. Ibidem.
17. IPN Kr, 06/1, Sprawa obiektowa przeciwko bandzie „Ognia”, t. 17, Doniesienie informacyjne dot. działalności b. czł. bandy „Ognia“ z 8 VIII 1952 r. W doniesieniu tym współpracownik UB o pseudonimie „Wacław” pisze, że: Ksiądz Śledź Józef jak stwierdziłem nieposiadał normalnych kontaktów z bandą „Ognia“, lecz dorywczo pomagał poszczególnym bandytom. Wiadomym mi jest fakt jak we wrześniu 1946 r. przyszli do niego na noc „Śmigły“, oraz 3 bandyci z grupy sondeckiej „Żar“ i „Ursus“ oraz „Wicher“. Ksiądz Śledź przenocował ich w szopie na sianie skąd udali się następnego dnia do obozu „Ognia“. Jesienią 1946 r. osobiście nawiązał kontakty z samym „Ogniem“, lecz „Ogień“ w tym czasie przeniósł swój obóz z Ochotnicy gdzie indziej. Ksiądz Śledź cieszy się dużym szacunkiem u miejscowej ludności i ma na nią poważny wpływ. Podobnych informacji na temat ks. Śledzia dostarczył w trakcie przesłuchania w 1948 r. teść „Ognia”, Bronisław Polaczyk. IPN Kr 075/68, Wykaz członków bandy „Ognia”, t. 3, Materiały różne.
18. M. Korkuć, op. cit., s. 524–525.

Z Zeszytów Historycznych WiN-u… (2) – część 2/2

W tym też czasie „ogniowcy” dokonali brawurowego rozbicia więzienia Św. Michała w Krakowie, uwalniając z niego 64 osoby. Akcję przeprowadziła 18 VIII 1946 r. grupa krakowska zgrupowania (6. kompania) pod dowództwem Jana Janusza „Siekiery”.

Jan Janusz ps. "Siekiera", dowódca działającej w Krakowie i na ziemi miechowskiej 6 kompanii zgrupowania "Ognia" (fotografia więzienna).(IPN)

Doszło do niej w biały dzień, we współdziałaniu z dwoma strażnikami, którzy dostarczyli więźniom broń. Z zewnątrz akcją dowodził „Siekiera”, natomiast wewnątrz organizował wszystko akowiec z okolic Tarnowa – Bolesław Pronobis „Ikar”. Przy pomocy dostarczonej broni więźniowie rozbroili pilnujących ich strażników i bez jednego wystrzału zajęli niemal całe, znajdujące się w centrum miasta więzienie. Po otwarciu bramy większość uwolnionych rozbiegła się po mieście natomiast około 30 osób pod dowództwem „Ikara” podstawioną przez „ogniowców” ciężarówką odjechało w kierunku Miechowa, mijając po drodze gmach WUBP przy Placu Inwalidów19.

11 IX 1946 r. trafili oni w Gorce. Kiedyś przyszła do „Ognia” grupa uciekinierów z więzienia. Około trzydziestu. Strasznie nie mogli się dogadać. Kilku przystąpiło do oddziału, inni nie mogli się zdecydować – opowiadała Maria Królczyk20. Było ich dokładnie 24 – na czele z Pronobisem, który chciał utrzymać dowództwo nad swoją grupą, tylko formalnie podporządkowując się „Ogniowi”. Kuraś miał w stosunku do nich inne plany – nie chciał się zgodzić na powstanie nowego oddziału, złożonego jedynie z uwolnionych więźniów i zamierzał ich rozesłać do poszczególnych kompanii. „Ikar” w takich okolicznościach poprosił o możliwość opuszczenia zgrupowania. „Ogień” uszanował jego decyzję i w celu zapewnieniu mu bezpiecznego powrotu wyposażył go w sumę 10 000 zł21.

Na Magurkach Józef Kuraś spotkał się również z wysłanym specjalnie w tym celu łącznikiem II Korpusu Polskiego – Andrzejem Gocem „Szponem”. Był on postacią szczególną, ponieważ podczas okupacji służył w szeregach oddziału partyzanckiego AK kpt. „Lamparta”, później zaś po przedostaniu się na Zachód i przeszkoleniu w ośrodku II Korpusu we włoskiej miejscowości Barletta ponownie trafił na Ziemię Nowotarską, którą znał bardzo dobrze. W sierpniu i wrześniu 1946 r. trzykrotnie rozmawiał z „Ogniem”, przekazując mu przesyłki kurierskie22.

Ważnym aspektem działalności oddziału były wyroki śmierci wydawane przez „Ognia” na współpracownikach i funkcjonariuszach UB. Podczas pobytu Pod Magurką wykonano ich kilka. W swoim podręcznym notatniku Kuraś zapisał pod datą 12 VIII 1946 r. wyrok na Alojzym Piotrowskim z UB Katowice, wykonany w Ochotnicy. Pod datą 28 sierpnia jest też zapis o zastrzeleniu Jana Waśniowskiego, konfidenta UB z Katowic, oraz Aleksandry Borkenhage. Oboje przed śmiercią odmówili zeznań23. Również dla zdrajców, którzy zdezerterowali z oddziału i podjęli współpracę z UB, litości nie było. Los jednego z  nich, NN ps. „Murzyn”, dopełnił się na oczach Marii Królczyk, mieszkanki Ochotnicy. Jak wspominała, podkreślając przy tym, że jej zdaniem "Ogień" był stanowczy, ale nie okrutny, ujęty przez partyzantów zdrajca poddany został twardemu  przesłuchaniu, po którym zaprowadzono go do lasu i tam zlikwidowano24.

Wyrok śmierci pozostawiony przy zwłokach NN "Murzyna", zwerbowanego i skierowanego do oddziału "Ognia" przez krakowskie UB.  Na dole dopisek nowotarskich UB-owców "To na pewno był agent, ale kto to?". Krakowska bezpieka uznała to za kolejną porażkę w walce z Józefem Kurasiem.

25 IX 1946 r. jedna z kompanii zgrupowania „Ognia” pod dowództwem Kazimierza Paulo „Skały” zaatakowała placówkę MO w Tymbarku. Atak nie powiódł się, a wezwani na pomoc przez broniących się milicjantów żołnierze KBW, jeszcze tego samego dnia wytropili grupę „ogniowców” i podczas walki wzięli do niewoli dwóch partyzantów – Antoniego Szczerka „Stefana” oraz Franciszka Śmieszka „Głaza”. Ten ostatni najprawdopodobniej zgodził się wskazać miejsce stacjonowania „Ognia” nad Ochotnicą25. 29 IX 1946 r. na kilku ciężarówkach przyjechało do wsi wojsko i od strony Forendówek wysłało patrole w kierunku Magurek. Warto przytoczyć tu fragment meldunku specjalnego Szefa WUBP Kraków, kpt. Jana Olkowskiego do MBP w Warszawie z 12 X 1946 r. relacjonujący całą akcję:

Dnia 29. IX. 1946 r. WBW stacjonujące w Nowym Targu przeprowadziło akcję w okolicy miejscowości Ochotnica Górna pow. Nowy Targ przeciwko bandzie „Ognia“. Pierwsza grupa żołnierzy składająca się z 15-tu ludzi natknęła się na grupę bandytów pod szczytem góry Ochotnickiej [Magurek] gdzie po krótkiej walce zostało zabitych przez bandę 2 żołnierzy z Batalionu Operacyjnego WBW Kraków, a to 1. Rozalski Marian ur. 18. IV. 1925 r. 2. Kubiaczyk Tadeusz ur. 23. X. 1922 r. Bandyci ofiar nie ponieśli żadnych ani też nie zdołano schwytać żadnego ponieważ teren był górzysty i zarośnięty gęstym lasem. Pościg za bandą nie udał pozytywnego rezultatu26.

Fragment meldunku o ujęciu dwóch żołnierzy "Ognia" – Antoniego Szczerka "Stefana" oraz Franciszka Śmieszka "Głaza".(IPN)

W rzeczywistości walka wyglądała nieco inaczej. Żołnierze KBW nie wiedzieli najprawdopodobniej gdzie dokładnie szukać obozu „Ognia” i początkowo trafili do osiedla Za Holiną, gdzie rozlokowali całą grupę wraz z radiostacją. Nie zdawali sobie sprawy z bliskości sztabu zgrupowania. Oczywiście o przybyciu wojska do wsi bardzo szybko partyzantów poinformowano – zrobił to jeden z braci Dolińskich. Meldowały też o tym patrole rozlokowane od Magurek po polanę Szlagową. Na jeden z tych patroli natknęli się żołnierze KBW i w trakcie wymiany ognia dwóch z nich zostało zabitych. Do strzelaniny doszło w bezpośrednim sąsiedztwie osiedla Za Holiną, co spowodowało panikę w szeregach wojska, które szybko wycofało się do centrum Ochotnicy. Na wieść o akcji Kuraś zarządził ewakuację obozu – partyzanci zabrali ze sobą broń oraz najpotrzebniejsze rzeczy i udali się w góry. Wójciakom kazano ukryć to, czego „ogniowcy” nie zdąży
li zabrać. Została między innymi maszyna drukarska [maszyna do pisania] i czapka „Ognia”. Ojciec zakopał je na skraju lasu – pod wykrotem. Gdy już wszystko było uprzątnięte zauważyliśmy leżącą w kącie pokoju „Ognia” taśmę amunicyjną – wspominała Maria Królczyk. Mało prawdopodobne są też podawane przez Szefa WUBP w Krakowie informacje o rzekomym pościgu za partyzantami. Dementują je mieszkańcy Ochotnicy, a ważnym świadectwem jest fakt, że tego dnia wojsko nie trafiło Pod Magurkę, nikt też nie został aresztowany27.

Grupa sztabowa z „Ogniem” na czele udała się do wsi Lubomierz – Rzeki, ale po kilku dniach powróciła w rejon Ochotnicy, najprawdopodobniej korzystając ze swojego leśnego obozu pod Kiczorą28. Patrole partyzanckie nadal pojawiały się we wsi. Maria Szlaga tak wspomina wydarzenie z pierwszych dni października:

Pasłam razem z siostrą Staszką krowy w Certezie [polana w pobliżu osiedla Za Holiną] i przyszli do nas Wojtek i Franek Dolińscy, przyprowadzając ze sobą dwóch partyzantów. Przynieśli litr wódki, zaczęli śpiewać. Później przyłączyła się do nas jeszcze Kaśka Lupula. […] W sobotę była u nas w Jamnym zabawa, na której byli też chłopcy z Za Holiny. Wtedy ostatni raz widziałam Wojtka i Franka, bo w poniedziałek już przyszło do nich wojsko29.

7 X 1946 r. w osiedlu Za Holiną znowu zjawiło się KBW. Obstawiło cały przysiółek – ze wsi przyprowadziło dwóch braci Dolińskich, a trzeciego aresztowało na miejscu. Zatrzymano też sąsiada Dolińskich, Franciszka Cebulę. Rozpoczęło się brutalne śledztwo – każdego z aresztowanych przesłuchiwano oddzielnie. Najmłodszy – Jakub Doliński był przesłuchiwany w mieszkaniu, a jego bracia – jeden w stajni Dolińskich, a drugi w stajni Cebulów. Franciszka Cebulę przesłuchiwano najprawdopodobniej w jego własnym domu. Jednocześnie na teren przysiółka nikogo nie wpuszczano, zaś mieszkańcy zamknięci byli w jednej izbie.


Kuba opowiadał, że ich strasznie bili. Jego braciom wkładali ziemniaki do ust, żeby nie krzyczeli. Ciągle pytali, gdzie jest banda. Wojtek i Franek nie chcieli mówić, więc zamęczyli ich na śmierć, a zwłoki wyrzucili przed chałupę. Obaj mieli połamane ręce i nogi. Mówili Kubie, że skończy jak oni30.

Franciszek Cebula i Jakub Doliński zgodzili się złożyć zeznania, a ten ostatni miał zaprowadzić ekspedycję KBW do obozu „Ognia” w górach. Wyprawa wyruszyła następnego dnia. Około 100-osobowa grupa żołnierzy prowadziła skutego Dolińskiego w kierunku Kiczory. Tuż przed celem wyprawy, na Jaworzynie Kamienickiej, ten krzyknął: „Tu jest banda!” i uciekł do lasu. Miał poluzowane kajdanki, dzięki czemu mógł uwolnić jedną rękę i próbować ucieczki przez gęstwinę. Zdezorientowani ubecy nie zdołali go zatrzymać. W swoim notatniku „Ogień” zapisał pod datą 7 X 1946 r.: Aresztowanie Dolińskich, Kuba, Franek, Wojtek, UB zamordowało Wojtka i Franka, Kuba uciekł na Jaworzynie31. Po swojej ucieczce Doliński trafił na osiedle Skałka, do zabudowań Józefa Szlagi, gdzie go rozkuto. Później ukrywał się w szopach i kolibach, aż do amnestii w lutym 1947 r32.
Znamienne jest to, że w raportach KBW pokazano morderstwo w zupełnie innym świetle, sugerując w meldunku zwiadowczym, że Franciszek i Wojciech Dolińscy byli żołnierzami „Ognia” i zginęli w walce z ekspedycją. Nadano im także, podobnie jak aresztowanym Jakubowi Dolińskiemu i Franciszkowi Cebuli, pseudonimy, których najprawdopodobniej w rzeczywistości nigdy nie posiadali, będąc tylko współpracownikami zgrupowania33.

Fragment sprawozdania UB z informacją o operacji, podczas której zabito jakoby dwóch żołnierzy "Ognia" a dwóch zatrzymano. (IPN)

19 XI 1946 r. do Ochotnicy Górnej został wysłany patrol egzekucyjny z 1. kompanii Jana Batkiewicza „Śmigłego”, w celu znalezienia współpracowników UB odpowiedzialnych za śmierć braci Dolińskich. Według partyzanckich ustaleń mieli być nimi sąsiad zabitych z osiedla Za Holiną Franciszek Szlembarski (o przezwisku „Gwint”) oraz Franciszek Rungier, u którego pracowali Dolińscy. Obu tego samego dnia zastrzelono34. Nie odnaleziono dotychczas w materiałach UB żadnych notatek świadczących o ich współpracy z bezpieką. Wyrok śmierci, podobnie jak i inne wyroki wydawane w tym okresie przez podziemie, zapadł na podstawie doraźnie zebranych przez „ogniowców” informacji i wywiadu wśród mieszkańców Ochotnicy. Franciszek Szlembarski wskazany został z uwagi na to, że miał reputację złodzieja i praktycznie jako jeden z niewielu mógł wiedzieć, gdzie Dolińscy trzymają schowaną broń i amunicję, którą znalazło w trakcie rewizji UB. Franciszek Rungier był zaś postacią o bardziej złożonej biografii. W czasie wojny był pracownikiem gminnym w Ochotnicy Górnej, czym niezbyt dobrze zapisał się w pamięci wielu mieszkańców. Nie żył skromnie, brał podobno łapówki za skreślenie z listy wywozowej na roboty przymusowe35. Z drugiej jednak strony w 1943 r. jego dom stał się skrzynką kontaktową dla tworzącego się wówczas w Gorcach oddziału partyzanckiego „Lamparta”. Rungier otrzymał wtedy od AK pseudonim „Łosoś”36. Mariaż z podziemiem zakończył się wraz z końcem okupacji hitlerowskiej. Jak to określił jeden z byłych partyzantów z tego terenu: Rungier zawsze pływał – jak Niemcy się kończyli to przystał do AK, jak przyszli komuniści to zaczął trzymać z nimi37. W podobnym tonie sformułowana jest wypowiedź samego „Lamparta”, który w meldunku z czerwca 1945 r. do dowódcy rozformowanego już wówczas 1. psp AK pisze, że Rungier odpowiada, że jak się ktoś z naszych ludzi pokaże w Ochotnicy to każe aresztować, dowiaduje się o meliny z bronią, a mnie jak by mnie dostał to ma pasy drzeć38. Jedna z teorii głosi, że pracujący u Rungiera w lesie Wojciech i Franciszek Dolińscy, od momentu pojawienia się Pod Magórką partyzantów „Ognia” przestali przychodzić „do roboty”, a on z tego powodu doniósł na nich do UB. Sam jednak Jakub Doliński do końca życia nie był w pełni przekonany, że to właśnie ci dwaj poinformowali władzę o ich kontaktach z partyzantami39. Wiadomo na przykład, że w lutym 1945 r. w notatkach PUBP w Nowym Targu na temat Ochotnicy pojawia się wzmianka, że Franciszek Doliński przechowuje u siebie broń. Świadczy to o tym, że już wtedy na terenie wsi działali niezidentyfikowani dotychczas informatorzy UB40.

Obóz "ogniowców" nad Przełęczą Borek. Lato 1946 r. (IPN)

Jakub Doliński ujawnił się po amnestii w 1947 r., następnie zaś wyjechał na Ziemie Zachodnie. Po aresztowaniu w 1947 r. Leona Chlebka okazało się, że broń, którą u niego znaleziono pochodziła właśnie od Dolińskiego. UB nie zdołał jednak zlokalizować wówczas jego miejsca zamieszkania, dzięki czemu uniknął aresztowania. Później powrócił z zachodu i aż do śmierci w 2000 r. mieszkał Za Holiną w Ochotnicy Górnej.
Leon Chlebek, któremu w październiku 1947 r. odebrano dwa pistolety został skazany wyrokiem WSR w Krakowie na 7 lat więzienia. Na wolność wyszedł w roku 195341. Działający razem z nim informator zgrupowania Jan Jaróg był poszukiwany przez UB i ukrywał się na Dolnym Śląsku.
Franciszek Cebula został po aresztowaniu skazany na dożywotnie więzienie. Jego brat Józef Cebula, z jednej strony utrzymujący kontakty z oddziałem partyzanckim „Wiarusy”, z drugiej mający nie najlepszą opinię pośród mieszkańców Ochotnicy, został w listopadzie 1947 r. pochwycony przez żołnierzy placówki KBW w Ochotnicy Górnej. Po kilku dniach znaleziono go powieszonego na drzwiach aresztu42.
Gajowy Franciszek Szlaga „Mientka” ujawnił się wraz ze swoją żoną w marcu 1947 r. W późniejszych latach udzielał pomocy oddziałowi partyzanckiemu „Wiarusy”, za co trafił do więzienia43.

Pod koniec listopada 1948 r. do domu Jana Wójciaka przyszło kilku funkcjonariuszy UB. Kazali pokazać gdzie jest zakopana maszyna do pisania i rogatywka „Ognia”. Po odkopaniu tych rzeczy zabrali go ze sobą do Nowego Targu. Po kilku dniach został jednak wypuszczony, gdyż UB zamierzało wykorzystać go jako agenta44. W znanych autorowi dokumentach nie figuruje on jednak jako współpracownik UB, nie wiadomo więc czy próba werbunku zakończyła się sukcesem. Ostatni bezpośredni świadek pobytu „Ognia” Pod Magurką, córka Jana Wójciaka – Maria Królczyk zmarła w 2003 r.

Z Zeszytów Historycznych WiN-u… (2) – część 1/2>
Strona główna>


19. Ibidem, s. 419–421.
20. Relacja Marii Królczyk z lipca 2002 r.
21. M. Korkuć, op. cit., s. 419–421, 586; S. Wałach, op. cit., s. 464.
22. IPN Kr 07/304, Akta kontrolno-śledcze sprawy przeciwko Andrzejowi Gocowi, k. 15; B. Dereń, Józef Kuraś „Ogień” – partyzant Podhala, Warszawa 2000, s. 209–210; M. Korkuć, op. cit., s. 523. W swojej książce Bolesław Dereń błędnie podaje Skałkę nad Ochotnicą jako miejsce spotkania „Szpona” z „Ogniem”.
23. S. Wałach, op. cit., s. 461, 463. W materiałach UB pojawia się informacja o tym, że wraz z Alojzym Piotrowskim zabity został również Marian Bielski, będący tak jak ten pierwszy funkcjonariuszem UBP w Katowicach (IPN Kr 074/12, Materiały pomocnicze do historii bandy „Ognia”, t. 2, k. 301). Natomiast Jan Waśniowski (Wiśniewski?) miał być zastrzelony już 24 sierpnia, razem z osobnikiem o nazwisku Purak (Ibidem, k. 308). Wraz z Aleksandrą Borkenhage (Chage-Borken?) zabity miał być 28 sierpnia także Czesław Przyboś (Ibidem, k. 334).
24. Relacja Marii Królczyk z lipca 2002 r.
25. M. Korkuć, op. cit., s. 547–548.
26. IPN Kr 06/1, Sprawa obiektowa przeciwko bandzie „Ognia”, t. 1, Meldunek specjalny z dnia 12 X 1946 r. W przytaczanym przez M. Korkucia „Meldunku zwiadowczym pięciodniowym Dowództwa WBW woj. krakowskiego za okres od 25 IX do 30 IX 1946 r.” pojawia się nazwisko Różalski, a nie Rozalski (M. Korkuć, op. cit., s. 527).
27. Relacja Leona Chlebka z 9 VIII 2005 r.; Relacja Marii Królczyk z lipca 2002 r.
28. S. Wałach, op. cit., s. 464.
29. Relacja Marii Szlaga z września 2003 r.
30. Ibidem.
31. S. Wałach, op. cit., s. 464.
32. Relacja Leona Chlebka z 9 VIII 2005 r.; Relacja Anieli Kłak z sierpnia 2003 r.; Relacja Marii Królczyk z lipca 2002 r. Według przekazanych autorowi relacji nieżyjącego już żołnierza KBW (Relacja I – zbiory własne autora), grupą, która trafiła Za Holinę, miał dowodzić oficer o nazwisku Olejniczak. To właśnie on wykazywał się w trakcie śledztwa szczególnym okrucieństwem (bicie drewnianym drągiem i zamoczonym w wodzie workiem z mąką), a następnie po zabiciu braci Dolińskich oddał do ich zwłok kilka strzałów z pistoletu, aby można było napisać w raporcie, że zostali zastrzeleni w czasie ucieczki. Z tego samego źródła pochodzi przekaz o ucieczce Jakuba Dolińskiego, któremu to kajdanki poluzować miała idąca z wojskiem kobieta, najprawdopodobniej sanitariuszka.
33. M. Korkuć, op. cit., s. 527–528. W swoim opracowaniu M. Korkuć podaje za „Meldunkiem zwiadowczym nr 00392” Sztabu Dowództwa WBW woj. krakowskiego, że Franciszek Doliński miał pseudonim „Śmiały”, jego brat Wojciech „Smrek”, Jakub Doliński „Kat”, a Franciszek Cebula „Kacper”. Pseudonimy te nie znalazły dotychczas potwierdzenia w dostępnych autorowi relacjach, ani w przytaczanym przez S. Wałacha notatniku „Ognia”.
34. Relacja Leona Chlebka z 9 VIII 2005 r.; Relacja Marii Królczyk z lipca 2002 r.; S. Wałach, op. cit., s. 473-474.
35. Relacja Marii Szlaga z września 2003 r.
36. W. Budarkiewicz, op. cit., s. 50, 168.
37. Relacja Władysława Chrobaka „Wróbla” z lipca 2002 r.
38. Muzeum Historyczne Miasta Krakowa, Zespół IV batalionu 1. psp AK, k. 428–429, Meldunek „Lamparta” do „Borowego”.
39. Relacja Stanisława Dolińskiego z 9 VIII 2005 r.
40. IPN Kr 06/2, Sprawa obiektowa przeciwko bandzie „Wiarusy”, t. 8, k. 80.
41. IPN Kr 07/823, Akta kontrolno-śledcze sprawy przeciwko Leonowi Chlebkowi.
42. Relacja Anieli Kłak z sierpnia 2003 r.; Relacja Marii Szlaga z września 2003 r.
43. IPN Kr 111/2237, Akta sprawy przeciwko Jakubowi Tomaśko i Franciszkowi Szladze.
44. IPN Kr 06/2, Sprawa obiektowa przeciwko bandzie „Wiarusy”, Raport z przeprowadzonej akcji p-ko współpracownikom bandy „Wiarusy”, t. 3, k. 118, Raport z przeprowadzonej akcji przeciwko współpracownikom bandy „Wiarusy”; Relacja Marii Królczyk z lipca 2002 r.

64 rocznica śmierci mjr. "Zagończyka" i kpt. "Warszyca"

64 rocznica śmierci mjr. Franciszka Jaskulskiego "Zagończyka" i kpt. Stanisława Sojczyńskiego "Warszyca".

…Nie dajmy zginąć poległym.
Zbigniew Herbert


W
dniu dzisiejszym, 19 lutego 2011 roku, przypada 64 rocznica
zamordowania przez komunistycznych oprawców dwóch wybitnych oficerów
podziemia antykomunistycznego w Polsce: majora Franciszka Jaskulskiego
ps. "Zagończyk" i kapitana Stanisława Sojczyńskiego ps. "Warszyc”.

_

Mjr. Franciszek Jaskulski "Zagończyk" i kpt. Stanisław Sojczyński "Warszyc".

19
lutego 1947 r., na trzy dni przed wejściem w życie ustawy amnestyjnej, w
dwóch różnych więzieniach stracono dowódcę oddziałów Związku Zbrojnej Konspiracji, mjr. "Zagończyka" (w Kielcach) i twórcę Konspiracyjnego Wojska Polskiego, kpt. "Warszyca"
(w Łodzi). Ci dwaj oficerowie Wojska Polskiego, Armii Krajowej i
powojennej partyzantki niepodległościowej, to jedni z najbardziej
bohaterskich żołnierzy Polskiego Państwa Podziemnego i najwspanialsze
postacie antykomunistycznego oporu przeciwko sowietyzacji Polski.


Protokół wykonania wyroku śmierci na mjr. Franciszku Jaskulskim ps. "Zagończyk"

Protokół wykonania wyroku śmierci na kpt. Stanisławie Sojczyńskim ps. "Warszyc"
GLORIA VICTIS !

Więcej na temat mjr. "Zagończyka" i kpt. "Warszyca" czytaj:


Stowarzyszenie Miejski Teatr Źródło z Radomska i  Prezes Zarządu Danuta Zawadzka oraz Ochotnicza Straż Pożarna z Radomska serdecznie zapraszają na dramat w VII aktach "DO WINY SIĘ NIE POCZUWAM…" o Konspiracyjnym Wojsku Polskim – od momentu zawiązania po proces dowództwa KWP w Łodzi. Reżyseria wg autorskiego scenariusza Danuta Zawadzka. W opracowaniu scenariusza oparto się między innymi na materiałach z Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej z Łodzi.

Spektakl pięknie wpisuje się w ustanowione przez Prezydenta i Sejm Rzeczypospolitej święto państwowe, przypadający na 1 marca, Narodowy Dzień Pamięci "Żołnierzy Wyklętych".

Treść przedstawienia, która jest bogatą teatralizacją faktów, zawiera rozprawy sądowe, sceny batalistyczne, zdarzenia z życia osobistego bohaterów i ich dylematy moralne (decyzja o pozostaniu w podziemiu, złożenie przysięgi, ostatnie widzenie z bliskimi, aresztowania, wyroki).

Spektakl działa na świadomość historyczną odbiorcy i umożliwia mu właściwe spojrzenie na problemy najnowszej historii Polski, a jednocześnie budzi w nim odpowiedzialność za prawdę historyczną i jej przekaz w społeczeństwie (a to przecież jest Państwa i naszym celem).

W przedsięwzięcie artystyczne zaangażowanych jest (oprócz kierownictwa artystyczno – technicznego) 60 młodych aktorów – uczniów radomszczańskich szkół gimnazjalnych i średnich, studentów, osób pracujących – odtwarzających role historycznych bohaterów. Są prawdziwi w tym co robią, ponieważ utożsamiają się z odtwarzanymi postaciami, będąc w ich wieku.

Rozmachu całości widowiska dodaje scena batalistyczna, będąca rekonstrukcją zdarzeń największej (zdaniem historyków) strategicznej bitwy KWP, czyli odbicie więźniów z aresztu w Radomsku w 1946 roku.

Spektakl zaprezentowany zostanie przez Miejski Teatr Źródło w Radomsku dnia 26 lutego 2011 roku o godz. 17.00 w radomszczańskiej "KINEMIE", w autentycznym miejscu, gdzie odbył się historyczny pokazowy proces, tzw. "proces 17".
Spektakle dla szkół odbędą się w dniach 25 i 28 lutego o godzinie 8.30 i 11.15.

Serdecznie zapraszamy
Prezes Zarządu
Danuta Zawadzka

Z poważaniem

Stowarzyszenie Miejski Teatr Źródło
97-500 Radomsko
ul. Brzeźnicka 5
tel. 501 501 042
http://www.teatrzrodlo.pl

Strona główna>

Od pułkownika UB do Jacka Kuronia… rozważania o pamięci – część 1/2

Grzegorz Wąsowski
[wybór zdjęć i opisy do nich – autor strony]

OD PUŁKOWNIKA UB  DO JACKA KURONIA, CZYLI  JAK NA PRZESTRZENI LAT HAŃBIONO IMIĘ PEWNEGO DZIELNEGO GÓRALA. ROZWAŻANIA O PAMIĘCI.

Zacznijmy sztampowo, od krótkiej noty o oplutym. Tytułowy dzielny Góral to urodzony w podhalańskiej wsi Waksmund, leżącej kilka kilometrów od Nowego Targu, Józef Kuraś "Orzeł", "Ogień" – partyzant antyniemieckiego, a od kwietnia 1945 r. antykomunistycznego podziemia. Jeden z najsławniejszych dowódców polowych z okresu walki zbrojnej naszych przodków z komunizmem. W lecie 1946 r. podlegało jego rozkazom kilkanaście oddziałów partyzanckich, w sumie ok. 600 partyzantów. Liczba czynnych współpracowników zgrupowania partyzanckiego "Błyskawica", którym dowodził, przekraczała 2 tysiące. Tak pisał "Ogień" w liście do Bieruta z 14 listopada 1946 r.:

Oddział Partyzancki "Błyskawica" walczy o Wolną, Niepodległą i prawdziwie demokratyczną Polskę […] Nie uznajemy ingerencji ZSRR w sprawy wewnętrzne państwa polskiego. Komunizm, który pragnie opanować Polskę, musi zostać zniszczony.


Mjr. Józef Kuraś ps. "Ogień"

Oddziały podporządkowane "Ogniowi" niepodzielnie panowały na terenie Podhala i Powiatu Tatrzańskiego, skutecznie paraliżując rozwój struktur partii komunistycznej, zwalczając ubeków oraz gorliwych milicjantów, a także tępiąc bandytyzm. Kto wie czy nie najpełniej, a na pewno najkrócej, zasługi "Ognia" w walce z procesem skomunizowania Polski oddał mimowolnie pewien działacz komunistyczny z Zakopanego, który na odbytej dnia 12 października 1946 r. naradzie aktywu wojewódzkiego PPR, sytuację struktur partyjnych na swym terenie scharakteryzował krótko: Partia [komunistyczna] w konspiracji.

"Ogień" zginął 22 lutego 1947 r. Otoczony przez grupę operacyjną UB-KBW we wsi Ostrowsko, sąsiadującej z jego rodzinnym Waksmundem, nie chcąc żywym dostać się w ręce komunistów, wybrał śmierć z własnej ręki. Ciało "Ognia" zostało zabrane przez komunistów do Krakowa. Tam ślad się urywa. Do dziś nie wiadomo, gdzie je pogrzebano. Motywy takiego działania komunistów jasno przedstawił Kazimierz Jaworski, kierownik sekcji ds. Walki z Bandytyzmem w nowotarskim PUBP:

Nie chcieliśmy pochować go na ziemi nowotarskiej, aby jego grób nie stał się miejscem manifestacji, składania kwiatów itp.


Apel w obozie oddziału ochrony sztabu mjr. "Ognia" (zaznaczony "×") Gorce, lato 1946 r.

Żołnierze ze zgrupowania Józefa Kurasia "Ognia".

Na początek ta garść informacji o "Ogniu" niech wystarczy. Inne istotne elementy jego życiorysu przedstawię w dalszych partiach tekstu, w których poddam konfrontacji dwa nieprzystające do siebie światy: świat faktów oraz świat oszczerstw, kierowanych na przestrzeni dziesiątków lat przeciwko postaci "Ognia", których skromny wybór jest osią tego artykułu.

Ponieważ dla wrogów komunizmu "Ogień" już za życia był, i pozostaje nadal, postacią wręcz legendarną, warto prześledzić, jakimi metodami zohydzano jego postać. Powinno się przy tym pamiętać, że dla procesu odczłowieczania "Ognia" nie było przez cały ponad czterdziestoletni okres PRL-u żadnej przeciwwagi. Nawet międzypokoleniowy przekaz rodzinny uległ co do zasady zerwaniu, z uwagi na uzasadnioną obawę starszych, że jeżeli dzieci w szkole powiedzą na temat "bandyty" "Ognia" coś kontra komunistycznej propagandzie, to zarówno one jak i ich rodzice będą z tego powodu w kłopotach. Taki mechanizm działał, niestety, w odniesieniu do całego zjawiska zbrojnej walki z komunistami z drugiej połowy lat 40-tych i początku 50- tych ubiegłego stulecia.

Ale do rzeczy. Zerknijmy na początek do prasy komunistycznej z 1946 r. "Dziennik Polski", w numerze z 26 lutego 1946 r. ("Ogień" ma się wtedy jeszcze dobrze, przed nim blisko rok intensywnej walki z komunistami), w tekście pod wielce wymownym tytułem Członkowie SS w bandach NSZ, poświęconym przede wszystkim właśnie "Ogniowi", donosił:

Jest to pseudonim znanego przed wojną koniokrada, psychopaty Józefa Kurasia, który w czasie wojny prowadził partyzantkę na własny rachunek, odznaczając się szczególnym sadyzmem wobec eksploatowanej ludności góralskiej […] Władze bezpieczeństwa posiadają w tej chwili niezbite dowody współdziałania band "Ognia" i NSZ z członkami SS.

Cóż, to ohydna, ale i toporna propaganda z pierwszego okresu socjalizmu wywłaszczeniowego (czytaj też: rządów partii komunistycznej). Podobnych tekstów na temat "Ognia" napisano wówczas wiele. Tak, w nieco tylko zmienionej tonacji, miało być jeszcze przez długi czas.

Rozkaz Józefa Kurasia "Ognia" z 8 VIII 1946 r., który nie pozostawia żadnych wątpliwości co do żelaznej dyscypliny jaka panowała w jego oddziałach oraz jakie konsekwencje groziły za niesubordynację lub pospolity bandytyzm.

Przenieśmy się teraz w koniec lat 70-tych, dokładnie do roku 1978. Oto szacowne, krakowskie Wydawnictwo Literackie wypuszcza na rynek wspomnienia Stanisława Wałacha "Był w Polsce czas…". Autor to wysokiej rangi funkcjonariusz UB – w latach "utrwalania władzy ludowej" szef Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa kolejno w Chrzanowie, Limanowej i Nowym Sączu, następnie kierownik Wydziału III (przeznaczonego do walki z "bandytyzmem", czyli podziemiem niepodległościowym) w Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa w Krakowie. Swą służbę dla partii komunistycznej zakończył w stopniu pułkownika Służby Bezpieczeństwa. Uczestniczył w akcjach przeciwko partyzantce "Ognia". To już trzecie wydanie wspomnień "Pana Pułkownika", tym razem w nakładzie 20 tys. egzemplarzy. Czytamy w górnym rogu drugiej strony tej publikacji, że  jest to Książka zatwierdzona przez Ministerstwo Oświaty i Szkolnictwa Wyższego […] do bibliotek szkół średnich. Warto zwrócić uwagę na krótki passus ze wstępu od autora:

Obok licznych uzupełnień, w drugim wydaniu książki znalazły się dwa nowe większe fragme
nty: rozdział poświęcony postaci Józefa Kurasia "Ognia", przywódcy znanej na Podhalu reakcyjnej bandy […] (podkr.  G.W.). Na przedstawienie w pełnym świetle działalności "Ognia" po wyzwoleniu zdecydowałem się z dwóch względów: tworzącej się legendy Kurasia – ofiary, zmuszonego do chwycenia za broń […].


Płk. UB/SB Stanisław Wałach.

W ten oto sposób pułkownik SB przyznał, że mimo trzydziestu z okładem lat szkalowania postaci "Ognia" z użyciem pełnej palety środków komunistycznej propagandy, przy której wczorajszo – dzisiejszy medialny "przemysł pogardy" wydaje się mieścić w ramach  wymaganego od dziennikarzy przez prawo standardu kwalifikowanej staranności i rzetelności, nadal jeszcze pewna część społeczeństwa, zachowuje o nim, wbrew woli partii komunistycznej i podejmowanym przez nią wysiłkom "edukacyjnym", dobre zdanie (już widzę współczesny opis "socjologiczny" tej grupy ludzi sporządzony przez jakiegoś wybitnego przedstawiciela "wspólnoty ludzi przyzwoitych" – mógłby brzmieć on np. tak: na tę nieznośnie banalną, bogoojczyźnianą, zbudowaną na nacjonalizmie i ksenofobii legendę "Ognia" podatni byli wówczas przede wszystkim osobnicy przynależący do niewykształconej i sfrustrowanej niepowodzeniami życiowymi społeczności wiejskiej lub małomiasteczkowej z Małopolski, Podhala lub "ściany wschodniej", pozostający pod wpływem obskuranckiego kleru).

Książka "Był w Polsce czas…", w której autor – Stanisław Wałach – szkalował niepodległościowe podziemie, w tym również Józefa Kurasia "Ognia".

"Pan Pułkownik", zatroskany o świadomość tych, nadal pogrążonych w ciemnocie historycznej rodaków, włożył dużo swojego bezpieczniackiego serca w kolejny paszkwil poświęcony zohydzeniu postaci "Ognia". W zamyśle autora jego opowieść miała chyba sprawiać wrażenie zbudowanej na faktach. Miała dawać czytelnikowi w realiach PRL-u 1978 poczucie, że obcuje on z przekazem w miarę wiarygodnym. Na chwilę, wybaczcie Państwo, przekażę narrację "Panu Pułkownikowi":

Podniosła głowę, spojrzała wyżej. Dwadzieścia pięć metrów przed nią, obok drogi, na słupie telegraficznym wisiała kobieta. Pod "Wandą" ugięły się nogi […]. Utkwiła oczy w kołyszące się bezwładnie ciało kobiety, w jej opuszczone wzdłuż ciała ręce i przekrzywioną głowę, z której zdarto kolorową chustkę i rzucono na śnieg. Góralka. Nie znała jej, chociaż wiedziała, że jest tutejsza. Widywała ją przedtem. Podeszła jeszcze bliżej. POWIESZONA BYŁA W CIĄŻY (podkr. – G.W.). Do kaftana miała przypiętą kartkę. Wyrok. Za współpracę z władzami. "Ogień" zawsze tak robił, żeby mu nikt nie zarzucił, że zabija bez powodu. Przyjrzała się i zdrętwiała – kartka była przypięta jej agrafką. Widziała "Ognia" strzelającego do ludzi, zabijającego, ale to, co zrobił teraz, było straszne i okrutne.

Wystarczy tych kalumnii. Dla oddania mechaniki kłamstwa naprawdę wystarczy.

Zanim przedstawię faktografię, chcę zwrócić uwagę na zabieg zastosowany przez "Pana Pułkownika". Podaje on, że ta nieszczęsna, ciężarna kobieta została powieszona za współpracę z władzami. To uprawdopodabnia całe zdarzenie. Jej śmierć nie jest bowiem tylko następstwem tego, że miała pecha i spotkała na swej drodze psychopatycznego mordercę – Józefa Kurasia – ale stanowi karę wymierzoną za współpracę z władzami komunistycznymi. Sądzę, że ten rodzaj opisu był przez "Pana Pułkownika" obliczony na wywołanie efektu odrzucenia wśród jeszcze nie do końca urobionych przez instytucje propagandy komunistycznej czytelników – tych podatnych na legendę "Ognia". Wszak niezależnie od przewin powieszonej kobiety fakt, że była w ciąży powinien ją uchronić od śmierci z rąk "Ognia". Kto morduje kobietę w ciąży nie broni bowiem żadnego porządku, żadnej reguły. Zasługuje na potępienie.

Spieszę wyjaśnić, że zbrodnia taka miała miejsce. W sąsiadującym z Waksmundem Ostrowsku rzeczywiście powieszono kobietę. W 1945 r. Na słupie telegraficznym. Powieszona była w zaawansowanej ciąży. Na czym polega zatem perfidia "Pana Pułkownika"?

Na tym, że mord ten miał tło obyczajowe i nie miał prawie nic wspólnego z działalnością "Ognia". Piszę "prawie", a nie "nic" z tego powodu, że to "Ogień", a nie Milicja Obywatelska, wykrył sprawców tego odrażającego czynu (było ich dwóch), wydał na nich m.in. za to (obciążały ich również inne czyny o charakterze kryminalnym) wyrok śmierci, a następnie z jego rozkazu zostali oni zlikwidowani. I tak oto ten, który ustalił sprawców zbrodni i wymierzył im sprawiedliwość, został przedstawiony jako sprawca zbrodni. I proszę mi wierzyć, praca "Pana Pułkownika" nie poszła na marne. Słowo drukowane ma moc. A kiedyś miało większą niż ma teraz. Do dziś dla niektórych mieszkańców Podhala sprawcą tej zbrodni pozostaje "Ogień". A inni mówią o tym: Panie, a wiadomo jak tam było?

Uważny czytelnik zapewne dostrzegł, że pośród przywołanych we wcześniejszych partiach tekstu fragmentów szkalujących "Ognia", wyróżniłem przez podkreślenie te ich części, w których pod adresem "Ognia" i jego oddziału używany jest obraźliwy epitet "banda". Uczyniłem tak nie dlatego, że jest on szczególnie wyszukany, wszak w zestawieniu z "koniokradem i psychopatą, współdziałającym z SS-manami" nie robi raczej większego wrażenia, ale po to, aby uprzytomnić szanownym czytelnikom ciągłość stosowania, przez cały czas PRL-u, tej inwektywy wobec człowieka, który niepodległość Polski i wolność jednostki ludzkiej cenił nad życie. Zrobiłem tak również z tego powodu, że bardzo bym chciał napisać, że to wszystko skończyło się wraz z upadkiem rządów partii komunistycznej w Polsce. Że rok 1989 jest cezurą czasową dla tego typu obelg kierowanych pod adresem "Ognia", że ten straszny dla prawdy, wolności i pamięci o obrońcach tych wartości czas został odkreślony "grubą kreską", że tylko pogrobowcy partii komunistycznej mogą jeszcze poważyć się na coś takiego. Chciałbym tak napisać, ale nie mogę, bo rozminąłbym się  z prawdą.

Komuniści przez kilkadziesiąt lat kreowali opinie o "Ogniu". Zafałszowana propaganda miała zastąpić fakty skrywane w archiwach. Tak było również w przypadku spektaklu telewizyjnego "Rano przeszedł huragan" (premiera: 17 V 1965 r.), wyreżyserowanym przez Jana Bratkowskiego, na podstawie obrzydliwie szkalującej "Ognia" powieści byłego sekretarza powiatowego PPR w Nowym Targu, Władysława Ma
chejka
[zobacz: tzw. machejkizm], pod tym samym tytułem, w której autor zawarł fragmenty rzekomego notatnika Józefa Kurasia "Ognia", i który przez lata wielokrotnie cytowany był jako autentyk. Przygotowując swoje "dzieło" Bratkowski zwrócił się do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (spadkobierców Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego) o udostępnienie zdjęć zgrupowania "Ognia", które miały być wykorzystane w spektaklu.
Ówczesny Zastępca Komendanta Wojewódzkiego MO ds. Bezpieczeństwa w Krakowie, znany już czytelnikom, płk UB/SB Stanisław Wałach zadbał o dostarczenie reżyserowi wytypowanych przez niego zdjęć, co pokazuje powyższy dokument. Proszę jednak szczególnie uważnie przyjrzeć się ostatniemu zdaniu, które ukazuje całą perfidię metod szkalowania niepodległościowego podziemia, w którym to "Pan Pułkownik" sugeruje, by nie przekazywać  TVP zdjęcia zgrupowania "Ognia" w umundurowaniu WP, ponieważ mogłoby ono ukazać widzom skrzętnie ukrywaną prawdę, że jednak był to oddział  niepodległościowej partyzantki, a nie – w myśl założeń komunistycznej propagandy – banda terrorystyczna, czy rabunkowa.


Rzekomy "notatnik Ognia" z książki Władysława Machejka "Rano przeszedł huragan" do dziś cytowany jest jako autentyczny dokument, a niechlubnym przykładem niech będzie choćby "słynny" Jan Tomasz Gross i jego książka "Strach. Antysemityzm w Polsce tuż po wojnie. Historia moralnej zapaści".

Za chwilę zapoznam szanownych czytelników z wyjątkami z pisarskiej twórczości Jacka Kuronia. Zanim jednak to nastąpi, jestem winien młodszym z nich kilka zdań wprowadzenia do tego wątku.

Na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego stulecia, w pierwszych miesiącach i latach wolności Jacek Kuroń był u szczytu swej popularności. Jako jedna z ikon przedsierpniowej opozycji demokratycznej i czołowy działacz podziemia solidarnościowego lat 80., więzień polityczny PRL-u, cieszył się wówczas bardzo dużym zaufaniem społecznym. Jego obraz medialny można nakreślić następująco: serdeczny wobec zwykłych ludzi, bezpośredni, zatroskany o los pojedynczego człowieka, człowiek mądrego kompromisu – polityk, czy raczej działacz społeczny otwarty na racje innych (choć czasami na obrazie tym pojawiały się rysy, np. w 1992 r. – w sprawie lustracji, której był zdecydowanym wrogiem; w wywiadzie telewizyjnym poświęconym tej kwestii z wściekłością na twarzy mówił o zwolennikach lustracji jako o ludziach chorych z nienawiści.
Jego książka "Wiara i wina. Do i od komunizmu", wydana po raz pierwszy w 1989 r., biła rekordy popularności. Zapotrzebowanie na nią było tak duże, że już rok później wyszło trzecie wydanie tej książki. Czytamy tam:

Właściwie wszystko, co tu opowiadam, jest zarazem historią PRL-u […].

(Jacek Kuroń, Wiara i wina. Do i od komunizmu, Niezależna Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1990, Wydanie III, poprawione, s. 247)

Czytelnik książki Kuronia nie powinien mieć zatem żadnych wątpliwości, że autor, człowiek wysokiego zaufania publicznego, przedstawia obraz prawdziwy. Zwłaszcza, gdy pisze o konkretnych ludziach. Po kilku kolejnych zdaniach książki, pełniących rolę wprowadzenia do interesującego nas wątku, czytelnik ma możliwość poznać dość specyficzną charakterystykę "Ognia", przedstawioną przez Kuronia w formie opisu relacji współwięźnia, z którym autor "Wiary i winy. Do i od komunizmu" siedział przez pewien czas w jednej celi. Oto ona:

Ogień – Józef Kuraś – legendarny przywódca Podhala, najpierw należał do AK, potem założył własną bandę. Ponieważ był antyakowski, po wojnie został szefem bezpieczeństwa w Nowym Targu. Potem z całym Urzędem Bezpieczeństwa poszedł do lasu i niesłychanie długo terroryzował Podhale.

(J. Kuroń, op. cit., s. 247)

Stop. Kilka słów koniecznego, jak sądzę, wyjaśnienia. W okresie walki przeciwko okupantowi niemieckiemu, która w przypadku "Ognia" datuje się od 1940 r. (od 1942 r. na stałe z bronią w ręku), należał on kolejno do Związku Walki Zbrojnej, Konfederacji Tatrzańskiej, Armii Krajowej i Ludowej Straży Bezpieczeństwa (od wiosny 1944 r.), która była zbrojną formacją konspiracyjnego Stronnictwa Ludowego "Roch" (rodzina "Ognia" była związana z ruchem ludowym, jego ojciec był aktywnym działaczem struktur powiatowych przedwojennego ruchu ludowego). Jesienią 1944 r. oddział dowodzony przez "Ognia" był oddziałem wykonawczym Powiatowej Delegatury Rządu na Kraj w Nowym Targu.
Siłą powyższych faktów owa "banda", o której pisze Kuroń, to oddział polskiej partyzantki niepodległościowej, mocno osadzony w strukturach Polskiego Państwa Podziemnego. Podkreślam, że w zdaniu pierwszym cytatu mowa jest o okresie okupacji niemieckiej.

Przejęta przez UB kartka z tekstem  przysięgi obowiązującej we wszystkich oddziałach "Ognia": "Przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu, że będę wiernie służył Ojczyźnie swojej. Dla Polski Ludowej poświęcę swoje życie. Rozkazy swoich dowódców będę sumiennie wykonywał, o prawa należne chłopu i wsi polskiej będę walczył. Tajemnicy dochowam choćby padło przypłacić własną krwią. Tak mi dopomóż Bóg."

Nie jest prawdą, że "Ogień" został szefem UB w Nowym Targu dlatego, że był "antyakowski". W rzeczywistości został nim, na całe trzy tygodnie, realizując ówczesną polityczną koncepcję Stronnictwa Ludowego "Roch", polegającą na obsadzaniu własnymi ludźmi tworzących się terenowych struktur władzy. W uzyskaniu przez "Ognia" nominacji na to stanowisko pomocna była bez wątpienia współpraca z partyzantką
radziecką, jaka była udziałem jego oddziału w końcowej fazie okupacji niemieckiej. Jak już wspomniałem, szefem UB w Nowym Targu "Ogień" był przez trzy tygodnie (do 11 kwietnia 1945 r.), po czym na czele większości obsady tegoż urzędu, wcześniejszych partyzantów z oddziału "Ognia", "poszedł  w góry" walczyć o Polskę bez komunistów. Zdezerterowały wówczas także załogi kilku okolicznych posterunków MO, w większości składające się, podobnie jak UB w Nowym Targu, z podkomendnych "Ognia" z okresu partyzantki antyniemieckiej.

Dla czytelników książki Kuronia okres powojenny to kompletna degrengolada "Ognia", jego całkowity upadek także w sferze obyczajowej. W kolejnych wersach czytamy:

Otóż Ogniowi co pewien czas podobała się jakaś dziewczyna, więc brał z nią ślub. Czy zawierał małżeństwa w kościele, pod bronią, zmuszając księży do udzielania kolejnych ślubów, czy obywał się bez kościoła, nieważne, fakt, że wesela robił najhuczniejsze na świecie. Przy okazji rozwalał czerwonych i Żydów. Właśnie w Rabce odbył się taki ślub. Ogień naprzód wylał wódę, potem kazał wypuścić ją w rynsztoki, podpalił gorzelnię i w świetle pożaru pędził w świetle kuligu z tą nowo poślubioną żoną.

(J. Kuroń, op. cit., s. 247)

Uprzedzałem, że czytelnik książki Kuronia dowie się, że po wojnie "Ogień" spadł na samo dno. Przy tym nie dziwi to, że "Ogień" stojąc na czele bandy terroryzował Podhale. Wszak bandy zwykle tak właśnie zachowują się na terenie, na którym grasują. Co bardziej wnikliwi powinni jednak zastanowić się dlaczego "Ogniowi" udawało się to tak długo, skoro wiadomo, że żadna partyzantka, a zwłaszcza ścigana przez władze z taką zaciekłością, jak partyzantka antykomunistyczna w Polsce, nie jest w stanie utrzymać się w terenie bez poparcia miejscowej ludności (gdyby choć promil sił użytych przez partię komunistyczną do zwalczania podziemia antykomunistycznego wykorzystany został do ochrony terenu Treblinki, książka Jana Tomasza Grossa "Złote żniwa" zostałaby odarta z jednego z najważniejszych wątków).

Natomiast, śluby z dziewoją, która akurat co wpadła w oko watażce i krwawy kulig w scenerii przesyconej wódą, żądzą i rynsztokiem, pełniącym rolę detalu uwiarygodniającego opis, a jednocześnie symbolizującym całkowitą degrengoladę nakreślonej w ten sposób postaci, robią jednak pewne wrażenie. To iście filmowy obraz, przy którym "Dzika banda" z okresu rewolucji meksykańskiej, odmalowana w filmie Sama Peckinpaha pod tym samym tytułem, wydaje się być przy "Ogniu" i jego "bandzie" oddziałem Armii Zbawienia. A z drugiego planu przebija się dyskretnie zarysowane przez narratora tchórzostwo kleru katolickiego z Podhala. Bali się watażki "Ognia" na tyle, że wprawdzie pod przymusem, ale jednak uczestniczyli w ohydnych spektaklach profanacji sakramentu małżeństwa – według Kościoła jednego z siedmiu sakramentów świętych.

"Najgroźniejsze było to, że banda «Ognia» miała oparcie w tamtejszym społeczeństwie".

(I sekretarz Komitetu Powiatowego PPR w Nowym Targu Jan Półchłopek)

Jak naprawdę było? Otóż "Ogień" wziął ślub dwukrotnie. Po raz pierwszy w lutym 1940 r. Za żonę pojął wówczas Elżbietę z domu Chorąży. Ich małżeństwo nie trwało długo. Zostało przerwane 29 czerwca 1943 r., kiedy to oddział żandarmerii niemieckiej, w odwecie za niepodległościową partyzantkę "Ognia", zamordował jego żonę – Elżbietę, ich dwuletniego synka Zbyszka (ur. 17 grudnia 1940 r.), a także 73-letniego ojca "Ognia" – Józefa. Dom rodzinny "Ognia" został przez Niemców oblany benzyną i podpalony. Ciała pomordowanych najbliższych "Ognia" Niemcy pozostawili w płonących zabudowaniach. Mieszkańcom wsi Waksmund zabronili gaszenia pożaru. To właśnie po tych wydarzeniach Józef Kuraś, używający dotychczas pseudonimu "Orzeł", przyjął pseudonim "Ogień", pod którym walczył do swej śmierci i pod którym przeszedł do historii.

Po raz drugi "Ogień" wstąpił w związek małżeński w Święta Wielkanocne – 21 kwietnia 1946 r. (niedziela). Poślubił Czesławę z domu Polaczyk (zmarła w roku 2007). Uroczystość udzielenia sakramentu małżeństwa młodej parze miała miejsce w biały dzień (zaczęła się o godz. 14.00), w kościele katolickim w Ostrowsku. Sakramentu małżeństwa udzielił ks. Józef Dewera. Na czas ceremonii zaślubin Ostrowsko zostało obstawione przez "Ogniowców". Uroczystość przebiegła godnie i spokojnie. Następnego dnia na Górze Waksmundzkiej, w masywie Turbacza, bawiono się i tańczono na weselu wyprawionym przez "Ognia". Weselnikom przygrywała do tańca orkiestra cygańska. Była to normalna, choć w anormalnych warunkach wyprawiona, impreza weselna (oczywiście nikogo "przy tej okazji" nie "rozwalono", ani czerwonego, ani Żyda). Do jesieni 1946 r. małżonka "Ognia" przebywała przy oddziale. W listopadzie 1946 r., będąc w stanie błogosławionym, została skierowana przez męża na kwaterę konspiracyjną w Bochni. 2 lutego 1947 r. w szpitalu w Krakowie urodziła syna, któremu zgodnie z życzeniem "Ognia" dała na imię Zbyszek. "Ogniowi" nie było dane ujrzeć swego potomka. Zginął śmiercią samobójczą w niespełna trzy tygodnie po przyjściu Zbyszka na świat. Mam zaszczyt znać Zbigniewa Kurasia, aktualnie mieszkańca Nowego Targu, a także większość rodziny Kurasiów mieszkającej w ich rodzinnym Waksmundzie. Dumni ludzie. Wiele  wycierpieli za samo nazwisko. Jak widać nie tylko w PRL-u.

Lato 1946, Kiczora. Józef Kuraś "Ogień" z żoną Czesławą z d. Polaczyk.

Od pułkownika UB do Jacka Kuronia… rozważania o pamięci – część 2/2>
Strona główna>

Od pułkownika UB do Jacka Kuronia… rozważania o pamięci – część 2/2

Nie chciałem przerywać wstrząsającego w wymowie, jak sądzę, zestawienia  prawdziwego  obrazu wątku rodzinnego "Ognia", niezwykle przecież tragicznego, z  uprzednio przywołanym opisem z książki Kuronia, dlatego tylko nawiasowo zasygnalizowałem, że "Ogniowcy" "przy okazji wesela herszta bandy nikogo nie rozwalili" (żeby utrzymać się jeszcze przez chwilę w "estetyce" opisu z książki Kuronia). W istocie partyzanci "Ognia" nie "rozwalali" ludzi przy takiej, czy innej okazji; likwidacje były wykonywane jako kara za konkretne i ciężkie winy.

[…] cieszy się on [Kuraś] zaufaniem społeczeństwa […]  «Bandy Ognia» nie ma tylko my [Podhalanie] jesteśmy wszyscy «ognikami» – mówił Prezes PSL Edward Polak na sesji Powiatowej Rady Narodowej w lutym 1946 r.

Nie było wypadku, żeby Żyd za samo pochodzenie został zlikwidowany – mówił wiele lat po wojnie Bogusław Szokalski "Herkules", adiutant "Ognia". Znana jest sprawa wydania przez "Ognia" i wykonania przez jego podkomendnych wyroku śmierci na człowieku związanym z partyzantką niepodległościową, który po zakończeniu latem 1945 r. działalności partyzanckiej dopuścił się zabójstwa dwóch kupców – Żydów. I za to właśnie otrzymał wyrok śmierci od "Ognia". To raczej dziwne zachowanie – mam na myśli wydanie za taki czyn  wyroku śmierci i doprowadzenie do jego wykonania –  jak na człowieka  "rozwalającego Żydów".

Pamiętajmy i o tym, że na terenie działalności oddziałów "Ognia", w okresie ich aktywności bojowej, przebywały setki Żydów. Mieszkali oni również w Nowym Targu, miasteczku leżącym u stóp matecznika "Ognia", czyli Gorców. Nowy Targ i inne okoliczne  miejscowości, w których przebywali Żydzi, wielokrotnie były miejscem zbrojnych wystąpień "Ogniowców". Nigdy jednak, jak słusznie podkreślał "Herkules", nie doszło tam do żadnej akcji podkomendnych "Ognia", której celem byłby Żyd, za pochodzenie. Ginęli natomiast z rozkazu "Ognia", zdecydowanie bez względu na pochodzenie, funkcjonariusze UB, konfidenci i lokalni aktywiści komunistyczni. Bez wątpienia z rąk "Ogniowców", wskutek akcji wymierzonych przeciwko ww. kategoriom osób, zginęło znacznie więcej Polaków niż Żydów. Nikt przy zdrowych zmysłach nie uzna jednak z tego powodu, że "Ognia" cechował antypolonizm, czy też, że dążył on do wygubienia narodu polskiego.



Wyroki śmierci (m.in. dla zastrzelonego za znęcanie się nad więźniami Jana Racławskiego – naczelnika więzienia UB w Nowym Targu) wydawane przez Józefa Kurasia "Ognia".

Wątek podziemia antykomunistycznego został przez Kuronia ponownie podjęty, choć już w oderwaniu od postaci "Ognia", w kilka lat później, w napisanej wspólnie z Jackiem Żakowskim książce "PRL dla początkujących" (Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1996, Pozycja wsparta dotacją Ministerstwa Kultury i Sztuki.). Tym razem Kuroń pokusił się o ocenę ogólną na temat kondycji oddziałów partyzantki antykomunistycznej:

W 1945 r. oddziały partyzanckie były zbyt rozdrobnione i za słabe, żeby atakować na przykład wojskowe magazyny. Bały się, że zostaną wykryte i rozbite przez Sowietów. Więc rabowano chłopów. Ruszył proces wyradzania się partyzantki w bandytyzm. Od chwili rozwiązania AK (styczeń 1945 r. – przyp. G.W.) coraz trudniej było odróżnić bandę rabunkową od grupy niepodległościowej.

(Jacek Kuroń, Jacek Żakowski, PRL dla początkujących, Wrocław 1996, s. 13)

Specyficzny to obraz podziemia, w którym jego potencjał, zresztą zdaniem Kuronia – jak widać – słabiutki, mierzy się wskazaniem obiektów, które miały być, z uwagi na możliwości atakujących, przedmiotem akcji aprowizacyjnych. Na płótnie takiego obrazu nie ma miejsca na idee odmalowanego w taki sposób podziemnego zrywu, o jakimkolwiek jego etosie nie wspominając. Przypomnijmy zatem, że chodzi bądź co bądź o polskie podziemie niepodległościowe, walczące w skrajnie trudnych warunkach z reżimem komunistycznym o niepodległość Polski i wolność jednostki ludzkiej. O podziemie, przez które przewinęło się ponad 150 tys. naszych rodaków, z czego w różnych okresach ponad 20 tys. walczyło  w oddziałach partyzanckich z bronią w ręku. O podziemie, którego żołnierze w okresie od stycznia 1945 r. do czerwca 1948 r. przeprowadzili w sumie co najmniej 63 akcje odbicia więźniów z więzień, obozów, placówek oraz konwojów UBP i NKWD, w wyniku których uwolniono nie mniej niż 3750 więźniów !!! (zobacz: Kazimierz Krajewski, Akcje uwalniania więźniów z więzień, obozów oraz placówek UBP i NKWD 1944 – 1948. Wstępna próba bilansu).
O podziemie, którego resztki, pomimo okrutnego terroru komunistycznego wymierzonego w zaplecze partyzantki – czyli ludność wspierającą "leśnych" – przetrwały do początków lat 50. ubiegłego stulecia, co jest znakomitym dowodem, że cieszyło się ono trwałym poparciem niemałej części naszych przodków. O podziemie, które spłynęło krwią dziesiątków tysięcy jego żołnierzy poległych i pomordowanych w walce o prawo człowieka do wolnego życia na ziemi. O podziemie, którego polegli i pomordowani żołnierze spoczywają w znakomitej większości w nieznanych do dziś miejscach, pogrzebani tam przez komunistów, którzy w ten sposób odmówili im nawet prawa do ludzkiego, czyli godnego pochówku. Wreszcie o podziemie, o którym pamięć narodowa miała zostać, tak jak one, zabita.

Zwłoki dowódcy 3. kompanii zgrupowania "Ognia", por. Henryka Głowińskiego "Groźnego" (z prawej) i Jana Osieckiego "Bratka", poległych w walce z KBW w Bielance 9 listopada 1946 r. UB nigdy nie zdołało ustalić prawdziwej tożsamości "Groźnego" mimo poszukiwań prowadzonych jeszcze w latach 70.

Nie miał jakoś Kuroń serca do walczących z komunistami na śmierć, a nie na życie. Dlaczego? Od niektórych znajomych słyszałem taką oto opinię, że ponieważ Kuroń sam przez pewien czas budował komunizm, a potem przez kolejne lata, już w kontrze do partii komunistycznej, starał się system ten poprawić, ulepszyć – żeby ludziom lepiej się w nim żyło (to nie sarkazm) – to nie miał wielkiego zrozumienia ani sympatii dla tych, którzy ten system z całych sił i z bronią w ręku zwalczali. Czy jest w tej opinii jakaś racja? Trudno orzec.

W książce "Wiara i wina. Do i od komunizmu" jest fragment, w którym Kuroń wspomina, że gdy wraz z Karolem Modzelewskim w 1965 r
., po wyroku skazującym za słynny, choć szerokiej opinii publicznej raczej nieznany w treści, niestety, List otwarty do Partii, byli wyprowadzani w kajdanach z budynku warszawskiego sądu, zgromadzeni tam ich koledzy (Kuroń pisze o tłumie) śpiewali im "Międzynarodówkę". Mocna scena. Przemawia do wyobraźni. Dajmy zatem wyobraźni jeszcze trochę popracować. Załóżmy, że podczas procesów żołnierzy podziemia antykomunistycznego, czyli raptem jakieś 20–12 lat wcześniej niż proces Kuronia i Modzelewskiego, na salach sądowych mogli być obecni koledzy skazywanych, wszystko jedno czy z oddziałów, czy z dzieciństwa. Czy wyobrażacie sobie Państwo, że choć jedna taka publiczność, z dziesiątek tysięcy publiczności sądowych na procesach, w których władza komunistyczna wymierzała karę "Żołnierzom Wyklętym", zaśpiewałaby swym kolegom nie np. "Jeszcze Polska nie zginęła" lub "Boże coś Polskę" – z błagalną prośbą Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie, lecz Bój to jest nasz ostatni / Krwawy skończy się trud  / Gdy związek nasz bratni / Ogarnie ludzki ród…?

Toż to kompletny surrealizm. Taką wizję może przyjąć tylko wyobraźnia chora. Józef Mackiewicz, zwracając uwagę, że wybór akurat "Międzynarodówki" na pieśń wyśpiewaną Kuroniowi i Modzelewskiemu podczas wyprowadzania ich w kajdanach z sali sądowej mówi co nieco o horyzontach ideowych  śpiewającego wówczas chóru  towarzyszy skazanych, podsumował tę sytuację krótko:

To coś jakby bojówka Piłsudskiego zaintonowała przed X Pawilonem "Boże, Caria chrani".

(Józef Mackiewicz, Okupacja – czy coś gorszego? O Ninie Karsov kontrrewolucyjnym piórem, Wiadomości 1970, nr 12/13)

Czy wyzwanie, które rzuciłem wyobraźni szanownych czytelników coś tłumaczy? Może wskazuje na obcość porządków wartości tych dwóch tradycji postaw wobec systemu komunistycznego, skutkującą wzajemnym niezrozumieniem i potrafiącą zrodzić tak niesprawiedliwe oceny "Żołnierzy Wyklętych", jakie były udziałem Kuronia?

Jacek Kuroń i Karol Modzelewski.

Chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedną, jak sądzę istotną okoliczność. Otóż konsultantem historycznym wspomnianej wyżej książki PRL dla początkujących był profesor Andrzej Friszke. Jeżeli dobrze rozumiem, na czym przy tego rodzaju publikacjach polega rola konsultanta historycznego, to mam podstawy twierdzić, że zaaprobował on, jako zgodny ze stanem rzeczy, przypomniany przeze mnie fragment książki dotyczący oddziałów podziemia antykomunistycznego. Na usprawiedliwienie Pana Profesora można zastrzec, że stan wiedzy na temat tegoż podziemia był w połowie lat 90. znacznie uboższy niż jest teraz. Przyrost tej wiedzy to oczywiście zasługa przede wszystkim Instytutu Pamięci Narodowej z okresu prezesury profesora Janusza Kurtyki. Ze smutkiem stwierdzam zatem, że odnotowałem co najmniej jedną publiczną wypowiedź profesora Friszke, dotyczącą pracy IPN pod kierownictwem profesora Kurtyki, w której dał on wyraz swej ocenie, że priorytety badawcze IPN są wytyczone źle, gdyż wątek zbrojnego oporu przeciwko systemowi komunistycznemu jest nadreprezentatywny, w stosunku do rzeczywistego jego znaczenia dla polskiej rzeczywistości po zakończeniu drugiej wojny światowej. Zgodnie ze znowelizowaną siłami PO, PSL i SLD ustawą o IPN, Sejm RP wybierze wkrótce część członków Rady Instytutu Pamięci. Jedną z jej prerogatyw ustawowych jest formułowanie dla Prezesa Instytutu Pamięci, znacznie bardziej zależnego od Rady Instytutu oraz układu sił politycznych w Sejmie RP, niż miało to w okresie przed ww. nowelizacją, rekomendacji dotyczących podstawowych kierunków działalności Instytutu Pamięci w zakresie badań naukowych i edukacji. Jednym z kandydatów do Rady Instytutu wydaje się, że murowanym, jest profesor Andrzej Friszke. Czas pokaże, jakie będą priorytety badawcze i edukacyjne Instytutu Pamięci pod rządami nowych jego władz. Warto uważnie przyglądać się tej sprawie.

Prof. Andrzej Friszke.

Wracając na zakończenie do postaci "Ognia", wspomnę, że 13 sierpnia 2006 r. ś.p. Prezydent RP Lech Kaczyński wraz ze Zbigniewem Kurasiem, synem "Ognia" uroczyście odsłonili w Zakopanem, w obecności kilku tysięcy ludzi, wzniesiony staraniem Fundacji "Pamiętamy", przy wsparciu Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, pomnik upamiętniający "Ognia" i jego blisko stu podkomendnych, którzy padli w walce o wolność. Miejsce to, poza tym, że jest symboliczną mogiłą większości upamiętnionych tym pomnikiem braci naszych, którzy padli w walce z władzą nieludzką, pełni też rolę edukacyjną. Przypomina bowiem, jak inne tego rodzaju upamiętnienia, że komunizm był śmiertelnym wrogiem wolności, w każdym jej wymiarze, oraz jaka jest cena za wolność. Byłoby dobrze, gdyby takie miejsca cieszyły się naszą troską i pamięcią. [zobacz galerię zdjęć z uroczystości: 1>, 2>].

Pomnik "Ognia" i jego żołnierzy, poległych i pomordowanych przez komunistów, odsłonięty w Zakopanem 13 VIII 2006 r.

Ś.p. Prezydent RP Lech Kaczyński odsłania, wraz z synem mjr. "Ognia" – Zbigniewem Kurasiem, pomnik w Zakopanem.

"Sprawa złożenia broni: jako Polak i stary partyzant oświadczam: wytrwam do końca na swym stanowisku «Tak mi dopomóż Bóg». Zdrajcą nie byłem i nie będę. […] Daremne wasze trudy, mozoły i najrozmaitsze podstępy." – z listu "Ognia" do UB.

Wzmiankowałem już w tym tekście, że w okresie PRL-u nacisk komunistyczny był tak powszechny i mocny, że zerwał nawet przekaz pokoleniowy na temat czynnej samoobrony naszych przodków przed komunistami. Przymusowe milczenie ludzi znających prawdę i trwająca dziesiątki lat, prowadzona z wykorzystaniem instytucji państwowych i oświatowych propaganda komunistyczna musiały doprowadzić do stanu, z którym zmagamy
się po dziś dzień i przyjdzie nam się zmagać jeszcze długo. Do stanu powszechnej wręcz niewiedzy na temat historii zbrojnej walki o Polskę bez komunistów lub fałszywego historii tej postrzegania.

Broszura wydana przez Fundację "Pamiętamy" z okazji odsłonięcia pomnika w Zakopanem [pobierz klikając w okładkę].

Co gorsza, okres PRL-u wytworzył w myśleniu wielu ludzi skamielinę, która skutkuje brakiem zrozumienia, a w konsekwencji także brakiem szacunku dla ofiary i cierpienia w imię dobra wspólnego. Ta skamielina na naszych oczach niesiona jest, niestety, w młodsze pokolenia. W mojej ocenie jest ona wysoce niebezpieczna. Zagraża bowiem jednemu z fundamentów wspólnoty narodowej, za który uznaję właśnie szacunek dla ofiary złożonej przez naszych przodków na ołtarzu wolności. Pamiętajmy, że tradycja nieprzekazana następnym pokoleniom umiera. Dotyczy to także tradycji wolnościowej, bez której w przestrzeni publicznej nie ma miejsca na wartości będące treścią tej tradycji – takie jak odwaga, niezależność, honor, itd. To właśnie dlatego walka o pamięć jest tak ważna – jej istotą nie jest bowiem przeszłość, lecz przyszłość.

Grzegorz Wąsowski
Fundacja "Pamiętamy"

PS. Pomnik poległych i pomordowanych "Ogniowców" stoi w Zakopanem przy Równi Krupowej, nieopodal Dworca PKP, w bezpośredniej bliskości miejsca, z którego busy wycieczkowe ruszają w kierunku Morskiego Oka. Zachęcam do odwiedzania tego miejsca. Kto przed tym pomnikiem stanie, będzie mógł, pośród wyrytych na pomniku nazwisk, pseudonimów i dat śmierci "Ogniowców", przeczytać następujący fragment z listu "Ognia" do "Groźnego" († 9 XI 1946 r.) z października 1946 r.: …i niech szlag trafi, ale w górę serca.
A może niektórzy czytelnicy tego tekstu uznają, że przy okazji bytności w Zakopanem, należy pod pomnikiem "Ogniowców" zapalić lampkę pamięci?

Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944- 1954
.

WARTO PRZECZYTAĆ… (35)


Kazimierz Krajewski, Tomasz Łabuszewski, Piotr Niwiński
Brygady "Łupaszki". 5 i 6 Wileńska Brygada AK w fotografii 1943–1952
.
Instytut Pamięci Narodowej, Oficyna Wydawnicza RYTM,
Warszawa 2010, 464 s. (seria "Dopalanie Kresów")

Album Brygady "Łupaszki" to historia dziewięcioletnich zmagań oddziałów dowodzonych przez mjr. Zygmunta Szendzielarza "Łupaszkę", walczących z Niemcami, Litwinami, Sowietami i ich komunistycznymi zausznikami na polach Wileńszczyzny, Białostocczyzny, Podlasia, Kaszub, Warmii i Mazur. To prawdziwa epopeja dwóch najbardziej zasłużonych oddziałów polskiego powojennego podziemia niepodległościowego – 5 i 6 Brygady Wileńskiej AK. Oddziałów, które, wbrew przeciwnościom losu i kalkulacjom politycznym, przez wiele lat konsekwentnie prowadziły pod komendą mjr. "Łupaszki" otwartą walkę z wrogami Państwa Polskiego, dając świadectwo głębokiego patriotyzmu i przywiązania do tradycji niepodległościowej. To wreszcie historia wyjątkowej zbiorowości ludzi, w większości bardzo młodych, pochodzących z Wileńszczyzny i Podlasia, związanych wspólnotą ideową i prawdziwym braterstwem broni. Ludzi, którzy za wierność Ojczyźnie gotowi byli zapłacić cenę najwyższą. Album ten jest wyrazem hołdu za ich ofiarę.


Anna Chmielewska, Jolanta Drozdowska, Justyna Gogolewska
W godzinie próby. Żołnierze podziemia niepodległościowego w Białostockiem po 1944 roku i ich losy.

Instytut Pamięci Narodowej, Białystok 2010, 304 s.

Album jest poświęcony żołnierzom podziemia niepodległościowego w Białostockiem po 1944 r. Ta bogato ilustrowana publikacja, zawierająca ponad 500 zdjęć i dokumentów, została przygotowana przede wszystkim w oparciu o materiały archiwalne z zasobu Oddziałowego Biura Udostępniania i Archiwizacji Dokumentów w Białymstoku.

W pierwszej części zamieszczono materiały archiwalne dotyczące żołnierzy walczących w strukturach dwóch głównych konspiracyjnych nurtów, tj. Okręgu AK-WiN Białystok oraz Okręgu NZW Białystok. Czytelnik znajdzie tu fotografie kadry dowódczej Okręgów, oddziałów, szeregowych żołnierzy oddziałów partyzanckich, a także dokumenty wytworzone przez podziemie, np. rozkazy organizacyjne, dzienniki korespondencyjne, wnioski awansowe, wzory pieczęci, przykładową prasę konspiracyjną. Dokumenty te ukazują zakres działalności i stopień zorganizowania białostockich struktur podziemnych oraz uświadamiają legalność konspiracji zbrojnej jako struktury Polskiego Państwa Podziemnego.

W części drugiej zaprezentowane zostały biografie piętnastu wybranych żołnierzy podziemia niepodległościowego. Ukazują one różnorodność losów i postaw ludzi, którzy w 1944 r. podjęli decyzję o trwaniu w oporze wobec systemu komunistycznego oraz skutki tej deklaracji. Na podstawie raportów funkcjonariuszy UBP/SB oraz dokumentów podziemia można zaobserwować dramatyzm wyborów politycznych, ideowych i moralnych żołnierzy konspiracji zbrojnej. Lektura dokumentów dostarcza wiedzy o tym, jaką cenę płaciło się za wierność ideałom, za sprzeciw wobec nowych, narzuconych władz, za walkę o suwerenność. W tej części można znaleźć biogramy żołnierzy, którzy za działalność niepodległościową zostali skazani na karę śmierci czy wieloletnie więzienie, a po wyjściu na wolność byli nieustannie inwigilowani, nieraz pozbawiani pracy, szantażowani. Przedstawiono tu również osoby, które dokonały swoistej przemiany wartości i otwarcie przeszły na stronę dotychczasowego wroga.

Prezentowany materiał historyczny odzwierciedla okrucieństwo komunistycznego systemu, stosowane przez organy bezpieczeństwa metody, kombinacje operacyjne, inwigilację, rozpracowywanie oddziałów od środka i ich likwidację, zmuszanie do współpracy.

Dystrybucja: Oddział IPN w Białymstoku


Konspiracja i opór społeczny w Polsce 1944–1956. Słownik biograficzny, t. IV.
Instytut Pamięci Narodowej, Kraków–Warszawa–Wrocław 2010, 936 s.

W serii "Słowniki" publikowane są opracowania o charakterze encyklopedycznym i biograficznym, poświęcone najnowszej historii Polski. Mają na celu przedstawienie żołnierzy i działaczy Polskiego Państwa Podziemnego, uczestników konspiracji, opozycji i oporu społecznego z lat 1939–1989.

Konspiracja i opór społeczny w Polsce 1944–1956. Słownik biograficzny jest zapisem życiorysów ludzi, którzy nie pogodzili się z powojenną rzeczywistością i w najtrudniejszych czasach prowadzili walkę o niepodległą Polskę. Pozwala zrozumieć ich motywacje i drogi życiowe, a także formy i skalę oporu przeciw komunistycznej władzy w latach czterdziestych i pięćdziesiątych. Autorami biogramów zamieszczonych w prezentowanej publikacji są znawcy powojennej historii Polski, którym udało się dotrzeć do skrywanych w okresie PRL dokumentów i świadectw.
W przygotowaniu kolejny tom.

Publikacje wydane przez Instytut Pamięci Narodowej można kupić:

  • w Centrali IPN

ul. Towarowa 28, 00-839 Warszawa
pon.–pt. 8.15–16.15
tel. (0-22) 581-88-72

  • w Centrum Edukacyjnym IPN

ul. Marszałkowska 21/25, Warszawa
pon.–pt. 11.00–18.00
sob. 9.00–14.00
tel. (0-22) 576-30-06

Od dnia 15 lutego 2011 publikacje będzie można także kupić:



Bolesław Dereń
Józef Kuraś "Ogień". Partyzant Podhala.

Muzeum Historii Polskiego Ruchu Ludowego, Warszawa 2007, 340 s.

Józef Kuraś "Ogień" – autentyczna postać, barwna i nietuzinkowa. Góral z krwi i kości. W czasie wojny bohater okupowanej Polski.
Józef Kuraś "Ogień" (1915-1947) ukazywany był powszechnie jako przywódca organizacji przestępczej lub po prostu zwykłej bandy. Przypisywano mu przy tym najniegodziwsze, wręcz okrutne czyny. Kim był Józef Kuraś, o co i z kim walczył? Odpowiedzi na te i inne pytania znajdą czytelnicy w tej książce. Jest ona owocem żmudnych poszukiwań, a potem wczytania się w niedostępne dotychczas materiały źródłowe urzędów bezpieczeństwa publicznego.

Książka do nabycia:


Danuta Suchorowska
Rozbić więzienie UB! Akcje zbrojne AK i WiN 1945-1946.

Wydawnictwo LTW, 2010, 244 s.

Wznowiona po latach książka Danuty Suchorowskiej Rozbić więzienie UB! przedstawia akcje zbrojne AK i WiN mające na celu uwolnienie więźniów politycznych przebywających w zakładach karnych w Kielcach, Radomiu i Krakowie w latach 1945-1946. Ryszard Terlecki pisał, że jest to "rodzaj filmu dokumentalnego, którego bohaterowie zmuszani są do odtwarzania szczegółów o których znaczeniu oni sami nie byli przekonani. Opisy zyskują przez swoją wielostronność, gdy o odbiciu więzienia opowiadają zarówno członkowie atakującego oddziału jak i czekający na uwolnienie więźniowie".

Książka do nabycia:

Strona główna>

60 rocznica śmierci por. "Burty"

60 rocznica śmierci por. Jana Leonowicza ps. "Burta"

…Nie dajmy zginąć poległym.
Zbigniew Herbert


Por. Jan Leonowicz "Burta" (15 I 1912 – 9 II 1951)

60 lat temu, 9 lutego 1951 r., w zasadzce zorganizowanej we wsi Nowiny przez grupę operacyjną UB pod dowództwem sierż. Ryszarda Trąbki,   zginął por. Jan Leonowicz ps. "Burta", żołnierz Armii Krajowej, dowódca jednego z najdłużej walczących z komunistami oddziałów partyzanckich samodzielnego Obwodu WiN Tomaszów Lubelski.

Jego zwłoki przewieziono do Tomaszowa Lub., gdzie przez dwa tygodnie
wystawione były na widok publiczny przed budynkiem PUBP. Do dzisiaj nie
wiadomo gdzie zostało pogrzebane ciało  por. "Burty". Zakopano je
najprawdopodobniej na dziedzińcu tomaszowskiego PUBP lub na nowym
cmentarzu przy drodze do Zamościa.

Zwłoki Jana Leonowicza "Burty" na dziedzińcu tomaszowskiego PUBP, luty 1951 r. Zdjęcie wykonane przez bandytów z UB.

GLORIA VICTIS !!!

Jan Leonowicz, ps. "Burta" (ur. 15 stycznia 1912 w Żabczu, gm. Poturzyn, pow. Tomaszów Lubelski, zm. 9 lutego 1951 we wsi Nowiny, pow. Tomaszów Lubelski) – członek SZP-ZWZ-AK, działacz WiN, dowódca oddziału partyzanckiego na Lubelszczyźnie.

Jan Leonowicz z żoną Marią Ludwiką z d. Lanckorońską, 1937 r.

Pochodził z rodziny ziemiańskiej Mariana i Anastazji z d. Jurczak, był jednym z dziesięciorga rodzeństwa. Ojciec był leśniczym, dziadek powstańcem styczniowym. Po ukończeniu szkoły powszechnej rozpoczął naukę w gimnazjum. Służbę wojskową odbywał w 2. psk w Hrubieszowie.

We wrześniu 1939 walczył w szeregach macierzystej jednostki, ranny, powrócił z frontu w październiku 1939. Wstąpił do Służby Zwycięstwu Polski (SZP). 25 grudnia 1939 wziął udział w rozbiciu posterunku policji granatowej w okolicach Łaszczowa. W 1940 został aresztowany przez policję ukraińską w Poturzynie, zwolniony dzięki staraniom ojca. Prawdopodobnie od 1942 dowódca sekcji szturmowej "Poturzyn" (jednej z dziewięciu grup bojowych) odcinka "Wschód" Obwodu AK Tomaszów Lubelski. 1 marca 1943 wziął udział w akcji na posterunek policji ukraińskiej w Poturzynie, w trakcie której placówkę tę rozbito, zabijając 6 Ukraińców (w tym dwóch komendantów posterunków w Telatynie i Poturzynie) oraz komisarycznego wójta gminy Poturzyn. Na przełomie 1943/1944 przebywał w sztabie obwodu znajdującym się na skraju Puszczy Solskiej, w pobliżu leśniczówki Rebizanty nad Tanwią. W 1944 żołnierz "Kompanii Leśnej" ppor. rez. Witolda Kopcia, a także dowódca jednego z patroli plutonu lotnego żandarmerii polowej sierż. rez. Wacława Kaszuckiego. W ostatnich dniach lutego w Poturzynie oraz 5 i 9 kwietnia 1944 na odcinku Podlodów-Żerniki-Rokitno, w rejonie Steniatyna i Posadowa, brał udział w walkach przeciwko Ukraińskiej Narodowej Samoobronie i UPA. Od wiosny 1944 służył najprawdopodobniej jako zwiadowca w dowodzonej przez sierż. Andrzeja Dżygałę "Kompanii Żelaznej". Podczas akcji "Sturmwind II" razem z kilkoma partyzantami przebił się przez trzy pierścienie niemieckiej obławy. W ramach akcji "Burza" znalazł się w szeregach odtwarzanego przez Inspektorat Zamość 9. pp AK.

Po wkroczeniu Sowietów nie złożył broni. Od grudnia 1944 służył jako podchorąży, następnie (na przełomie maja i czerwca 1945) został awansowany do stopnia chorążego. Działał jako oficer broni w strukturach Obwodu Tomaszów Lubelski, Inspektorat Zamość AK-DSZ-WiN. Wiosną 1945 zorganizował grupę lotną w sile ok. 20-30 żołnierzy, która operowała w północnej części powiatu Tomaszów. Oddział przetrwał do końca czerwca 1945. Latem, po ogłoszeniu tzw. małej amnestii część żołnierzy ujawniła się, natomiast ci, którzy tego nie uczynili, ukryli się. Przy Leonowiczu pozostało jedynie dwóch ludzi. Ich głównym celem było w tym czasie rozbrajanie funkcjonariuszy MO i ORMO orz rozpędzanie zebrań agitacyjnych organizowanych przez PPR. Od początku 1946 zaczął ponownie rozbudowywać swoją grupę, która wsławiła się m.in. wykonaniem 31 maja 1946 wyroku śmierci na wiceprzewodniczącym Powiatowej Rady Narodowej Wincentym Umerze (Humerze), ojcu stalinowskiego zbrodniarza Adama Humera (czytaj również TUTAJ). Powiększanie oddziału trwało do początku 1947. W okresie przedwyborczym Leonowicz zaniechał wszelkich akcji zbrojnych, ograniczając się jedynie do przeciwdziałania wyborczej propagandzie i agitacji. Po ogłoszeniu 22 lutego 1947 amnestii niemal wszyscy członkowie oddziału się ujawnili.

W kwietniu lub maju 1947 Leonowicz nawiązał kontakt z komendantem oddziałów leśnych Inspektoratu Lublin mjr. Hieronimem Dekutowskim  "Zaporą" i postanowił pozostać w konspiracji. 1947-1951 działał w strukturach samodzielnego Obwodu WiN Tomaszów Lubelski. W tym czasie komendantem Obwodu był por. Stefan Kobos (ps. "Wrzos"), który nie podporządkował się strukturom tzw. drugiego Inspektoratu AK Zamość, dowodzonego przez kpt. Mariana Pilarskiego. Leonowicz w stopniu porucznika pełnił funkcję dowódcy patrolu leśnego, który 1947-1949 liczył 3-7 ludzi, a w końcu 1949 rozrósł się do rozmiarów kompanii szkieletowej (ok. 30-40 żołnierzy). Jednocześnie rozbudowywała się siatka terenowa, wg informacji UB liczyła ona ok. 200 współpracowników i obejmowała 5 powiatów: Biłgoraj, Hrubieszów, Lubaczów, Tomaszów i Zamość. Do lata 1948 Leonowicz utrzymywał kontakty z grupą OUN dowodzoną przez Jana Niewiadomskiego ps. "Jurko".

Jan Leonowicz ps. "Burta".

Oddział "Burty" rozbrajał milicjantów i ormowców, wykonywał egzekucje na agentach UB, działaczach PPR i PZPR, aktywnych współpracownikach "nowej władzy", a także na pospolitych bandytach, m.in. na działaczu PPR w Maziłach, Józefie Pietrynie (13 września 1947), komendancie posterunku MO w Rachaniach, Zygmuncie Bielaku (11 lipca 1948), mordercy i konfidencie, byłym żołnierzu oddziału, Adamie Fornucu (lato 1948), członku PZPR, wójcie gminy Telatyn, Władysławie Ślęzaku (30 kwietnia 1949), agencie UB Władysławie Adamie Adamcu (18 maja 1949 – egzekucję wykonał osobiście Leonowicz), członku PZPR, wójcie gminy Majdan Sopocki, Andrzeju Wrębiaku (12 lipca 1949). Ponadto grupa przeprowadziła wiele akcji bojowo-dywersyjnych, m.in. na stację kolejową, pocztę i spółdzielnię w Suścu (23 października 1948) oraz na posterunki ORMO w Dyniskach (kwiecień 1949) i Tarnawatce (29 września 1950). Oddział stoczył również wiele potyczek z grupami operacyjnymi UB, MO i KBW.

Leonowicz zginął 9 lutego 1951 w zasadzce zorganizowanej przez grupę operacyjną UB pod dowództwem sierż. Ryszarda Trąbki, w zabudowaniach swojej przyjaciółki, nauczycielki Władysławy Płoszajówny we wsi Nowiny. Jego zwłoki przewieziono do Tomaszowa, gdzie przez dwa tygodnie wystawione były przed budynkiem PUBP na widok publiczny. Ciało pogrzebano najprawdopodobniej na dziedzińcu PUBP lub na nowym cmentarzu przy drodze do Zamościa.

Leonowicz był żonaty z Ludwiką z d. Lanckorońską, z którą miał córkę Barbarę.

Zobacz również film Z archiwum IPN: "Mogiłka", o Janie Turzynieckim ps. "Mogiłka", zastępcy por. "Burty". W początkach 1948 r. nawiązał on kontakt z Janem Leonowiczem "
Burtą" i został przyjęty do jego oddziału. Został dowódcą jednego z patroli i jednocześnie zastępcą dowódcy oddziału. Kres działalności tego oddziału nastąpił dopiero we wrześniu 1959 r. Samego "Mogiłkę" ujęto natomiast w maju 1953 r. Po trwającym 11 miesięcy brutalnym śledztwie Turzynieckiego osądzono i skazano na wielokrotną karę śmierci. Sąd Wojskowy zamienił ten wyrok w 1955 r. na 12 lat pozbawienia wolności. "Mogiłka" wyszedł na wolność w czerwcu 1964 r. jako wrak człowieka. Nie nacieszył się wolnością, gdyż już w osiem miesięcy od wyjścia z więzienia zmarł. Pochowano go na cmentarzu w Tomaszowie Lubelskim.


O "Burcie" czytaj więcej:

Strona główna>