TRZEBA PRZECZYTAĆ !!! (42)


Maciej Korkuć
Józef Kuraś "Ogień". Podhalańska wojna 1939–1945.

Instytut Pamięci Narodowej, Kraków 2011, s. 407.

Józef Kuraś "Ogień" to jeden z najbardziej znanych polskich dowódców partyzanckich z czasów wojny i okresu powojennego. Mimo upływu kilkudziesięciu lat od samobójczej śmierci Kurasia jego działalność wciąż pozostaje przedmiotem niegasnących sporów i polemik.

Opracowanie Macieja Korkucia (tom I) – efekt kilkunastu lat badań – jest naukowym opisem przedwojennych i wojennych losów "Ognia". Autor przestawia m.in. wiele nieznanych dotychczas faktów z życiorysu Kurasia, konfrontuje obiegowe informacje i legendy z różnymi, często wcześniej niepublikowanymi materiałami archiwalnymi oraz relacjami świadków wydarzeń. Opisując burzliwe losy "Ognia", szczególną uwagę zwraca na polityczne i militarne realia, w których funkcjonowała niepodległościowa konspiracja na Podhalu. Dzięki temu udało się dokonać weryfikacji rozpowszechnionych mitów – także tych powstałych jeszcze za życia Kurasia.

Kontynuacją niniejszego tomu będzie publikacja poświęcona działalności "Ognia" jako dowódcy zgrupowania partyzanckiego "Błyskawica" w latach 1945–1947.

Maciej Korkuć jest historykiem dziejów najnowszych, autorem książek i artykułów poświęconych problematyce dziejów Polski i Polaków w XX wieku. Pracuje w Krakowskim Biurze Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej w Krakowie. Wykłada w Akademii Ignatianum w Krakowie.

Książka do nabycia:
Wydawnictwo Attyka
ul. W. Żeleńskiego 29
31-353 Kraków
tel. 012 623 10 18

oraz (m.in.):

SPIS TREŚCI:

Wprowadzenie

Rozdział 1

  • Wieś Kurasiów

Rozdział 2

  • Żołnierz Wojska Polskiego

Rozdział 3

  • W konspiracji państwowej i podhalańskiej

Rozdział 4

  • Szef oddziału partyzanckiego Armii Krajowej

Rozdział 5

  • Dowódca partyzanckich rozbitków

Rozdział 6

  • Komendant oddziału specjalnego Ludowej Straży Bezpieczeństwa

Rozdział 7

  • Współpracownik "berlingowców"

Rozdział 8

  • Funkcjonariusz MBP

Zakończenie
Aneks
Bibliografia
Indeks osób

Zobacz również:

Strona główna>

O pośredniku wolności i walce z sowietami…

Grzegorz Wąsowski
[wybór zdjęć – autor strony]

O NIEZNANYM POŚREDNIKU WOLNOŚCI I ZWYCIĘSKIEJ WALCE  Z SOWIETAMI 15 CZERWCA 1946 ROKU POD ZWOLENIEM

[…] jeśliby zaszła potrzeba
mógłby  być nawet koniem karety uciekiniera
Pan Cogito chciałby być pośrednikiem wolności
trzymać sznur ucieczki
przemycać gryps
dawać znak […]
Zbigniew Herbert, "Gra Pana Cogito"
ZATRZYMANE W KADRZE

Na biurku przede mną leży reprodukcja fotografii zrobionej w drugiej połowie 1946 r. Widać na niej ośmiu mężczyzn. Wydaje się, że najstarszy z nich dobiega czterdziestki, a najmłodszy zapewne ledwie przekroczył dwudziestkę. To część kadry dowódczej Związku Zbrojnej Konspiracji, organizacji podziemia antykomunistycznego z nurtu poakowskiego, która aktywnie działała na terenie ziemi radomskiej i kieleckiej w roku 1946. Pośród  osób uwiecznionych na fotografii siedzi, jako pierwszy od lewej, umundurowany brunet o inteligentnej twarzy. Wygląda na dwadzieścia pięć lat. Przykuwa  uwagę. Pewnie dlatego, że zajął pozycję nieco bokiem w stosunku do pozostałych mężczyzn ze zdjęcia – i  w odróżnieniu od nich  nie patrzy w stronę obiektywu. Jest pochylony ku przodowi, łokcie ma oparte na udach. Spogląda przed siebie, czyli z perspektywy  osoby oglądającej fotografię patrzy gdzieś w bok, poza jej plan. Wydaje się być zamyślony. Sprawia tym wrażenie osoby zupełnie niezainteresowanej staraniami fotografa, aby zatrzymać chwilę w kadrze zdjęcia. Jeżeli zapatrzył się w przyszłość, to nie mógł zobaczyć w niej dla siebie zbyt wiele. Kilka miesięcy po zrobieniu  opisywanego zdjęcia nie będzie już go wśród żywych. Zginie zamordowany przez komunistów na początku 1947 r.

1946 rok. Kadra Dowódcza Związku Zbrojnej Konspiracji, dowodzonego przez mjr. Franciszka Jerzego Jaskulskiego "Zagończyka". Siedzą od lewej: Włodzimierz Kozłowski "Orion" (zastępca "Zagończyka"), Feliks Mazurek "Furmański" (szef sztabu ZZK), kpt. Czesław Niedbała "Marek" (Komendant Obwodu Iłżeckiego ZZK, w czasie okupacji niemieckiej Komendant Powiatu Kozienice NSZ-AK, po aresztowaniu "Zagończyka" wspólnie z "Orionem" kierował działaniami organizacji), Jerzy Buzon "Jur" (adiutant "Zagończyka"), Zenon Ochal "Jastrząb", Tadeusz Bednarski (?) "Orzeł". Leżą od lewej: Józef Zagożdżon "Kruk" i NN "Orzeł".

To o nim chcę Państwu co nieco opowiedzieć. Jestem mu bowiem coś winien. Najpewniej przeprosiny, ale  o tym na końcu. Problem w tym, że niewiele o nim wiem, stanowczo zbyt mało, aby podjąć próbę rekonstrukcji jego życiorysu, o portrecie charakterologicznym nie wspominając. Po prawdzie wiem o nim ledwie tyle, a może aż tyle, że musiał być człowiekiem niezwykłej odwagi i hartu ducha.

POŚREDNIK WOLNOŚCI

Nawiązując do przyjętej za motto dla niniejszego tekstu frazy wiersza Zbigniewa Herberta "Gra Pana Cogito", będącego rozważaniami Poety na kanwie ucieczki Piotra Kropotkina z twierdzy pietropawłowskiej, o mężczyźnie ze zdjęcia można śmiało powiedzieć, że dla setek naszych rodaków był właśnie pośrednikiem wolności; w najtrudniejszych dla niej czasach, w czasach, gdy  sznur i kareta na niewiele by się zdały chcącemu uciec więźniowi. Był bowiem jednym z tych nielicznych, którzy otwierali drzwi do cel więziennych w okresie pełnego i brutalnego triumfu zbrodniczego socjalizmu wywłaszczeniowego, bardziej znanego jako komunizm, który – trzeba powtarzać to nieustannie – w całych dotychczasowych dziejach ludzkości był największym i najgroźniejszym  zinstytucjonalizowanym wrogiem wolności, w każdym jej wymiarze.

AMNESTIA W KIELCACH. 4/5 SIERPNIA 1945 ROKU

W nocy z 4 na 5 sierpnia 1945 r. skoncentrowane oddziały partyzanckie Radomsko–Kieleckiego Okręgu AK w sile ok. 300 żołnierzy pod ogólną komendą kpt. Antoniego Hedy "Szarego" zaatakowały więzienie w Kielcach. Szturm zaczął się około  godziny dwudziestej trzeciej trzydzieści. Istotną rolę w tej wspaniałej akcji,  w wyniku której  uwolniono  ponad 500 więźniów, odegrał przybyły na nią z okolic Radomia oddział por. Stanisława Bębińskiego "Harnasia". To ze składu tegoż oddziału "Szary" wybrał do grupy szturmowej kilkunastu partyzantów. Miała ona wedrzeć się na teren kieleckiego więzienia, tam stoczyć walkę ze strażnikami i opanować  więzienie, po czym otworzyć więźniom drogę do wolności.

Antoni Heda "Szary".

Jednym z żołnierzy "Harnasia" wyznaczonych przez "Szarego" do grupy szturmowej, liczącej łącznie około 30 partyzantów, był zamyślony brunet ze zdjęcia – Włodzimierz Kozłowski "Orion". Swoje zadanie szturmowcy wykonali bezbłędnie, zresztą jak wszyscy partyzanci biorący udział w tej wspaniałej akcji. W czasie  krótkiej, ale zaciekłej walki, jaka rozegrała się na terenie więzienia, zginęły dwie osoby z załogi więziennej, a sześć kolejnych, w tym naczelnik więzienia, zostało rannych. Teren więzienia został opanowany przez partyzantów. Droga do więzionych rodaków stanęła otworem. I, paradoksalnie, to był początek najpoważniejszych trudności. Nie udało się bowiem szturmowcom przejąć kluczy więziennych. Dlatego też  wszelkie znajdujące się wewnątrz więzienia bramy, kraty, a przede wszystkim drzwi do cel trzeba było kolejno wysadzać kostkami trotylu, co oczywiście koszmarnie wydłużyło czas akcji. Niemożliwością jest, z perspektywy wygodnego krzesła czy fotela, uprzytomnić sobie, co musieli przeżywać więźniowie oczekujący w  celach na to, że posłańcy wolności dotrą wreszcie także do nich. A także co musieli odczuwać rozrzuceni w pobliżu więzienia partyzanci z grup osłaniających towarzyszy broni z oddziału szturmowego walczącego z upływającym czasem i kolejny
mi drzwiami do więziennych cel. Każda minuta akcji musiała wydawać się im wiecznością. Tak jak niespełna dwa i pół roku wcześniej, w marcowy dzień 1943 roku, czas równie niemiłosiernie musiał dłużyć się bojowcom Grup Szturmowych Szarych Szeregów, którym przypadło w udziale ubezpieczanie ich kolegów walczących pod warszawskim Arsenałem o uwolnienie z rąk gestapowców Jana Bytnara "Rudego" i innych więźniów przewożonych z siedziby Gestapo do więzienia na Pawiaku. Tyle tylko można o tym uczciwie powiedzieć.

Paradoksalnie, zapewne najmniejszy problem z przedłużającym się czasem akcji mieli członkowie grupy szturmowej, a pośród nich "Orion".  W pocie czoła i huku wybuchów robili swoje, to znaczy wysadzali  drzwi do kolejnych cel. Niestety, zabrakło im trotylu, aby uwolnić wszystkich osadzonych w kieleckim więzieniu. Trzy cele pozostały zamknięte. Z zamkiem drzwi  jednej z nich członkowie grupy szturmowej, wyzbyci już trotylu, bezskutecznie zmagali się jeszcze ponad minutę po tym, jak padła komenda do odwrotu. Był wśród nich "Orion", zresztą lekko kontuzjowany, gdyż kilka minut wcześniej zwaliły się na niego wysadzone drzwi do jednej z cel. Z terenu kieleckiego więzienia wycofał się jako jeden z ostatnich uczestników akcji. Było kilka minut po trzeciej nad ranem. Akcja trwała ponad trzy i pół godziny, stanowczo zbyt długo. Większość spośród jej uczestników wraz z dużą grupą  uwolnionych więźniów skierowała się w lasy klonowskie. Nie miejsce tu na opis fazy odwrotu po akcji na więzienie w Kielcach. Obfitował on w dramatyczne wydarzenia. Wystarczy wspomnieć, że w wiosce Leszczyny, w której "Szary" zaplanował postój, stanęła jednostka Armii Czerwonej. Na szczęście zdezorientowani, po trochu jeszcze pijani i zaspani sowieci (był wczesny ranek) przepuścili kolumnę wycofujących się po akcji w Kielcach partyzantów i uwolnionych  więźniów.

AMNESTIA W RADOMIU. 9 WRZEŚNIA 1945 ROKU

Co oczywiste, udany atak oddziałów podziemia na więzienie kieleckie wprawił komunistów we wściekłość i osłupienie. Mogłoby się wydawać, że podobna akcja w tym regionie kraju nie będzie miała szans powodzenia. Tymczasem również więzienie w  nieodległym od Kielc Radomiu, zresztą jak i wszystkie inne więzienia na terenie Polski, było wówczas  zapełnione naszymi rodakami, których partia komunistyczna uznała za swych przeciwników. Z zachowanych wspomnień więźniów radomskiego więzienia wynika, że wieści o akcji w Kielcach lotem błyskawicy dotarły do Radomia i szybko przeniknęły za mury tamtejszego więzienia. Osadzeni w nim nasi rodacy, po tym jak dowiedzieli się amnestii w Kielcach, żyli nadzieją, że i oni  nie zostaną przez partyzantów zapomniani. Problemem było, bagatela, ok. 3.000 żołnierzy różnych formacji reżimowych stacjonujących wówczas w Radomiu. Pomimo tego, marzenia więźniów radomskiego więzienia o wolności szybko stały się rzeczywistością. Amnestia w Radomiu miała miejsce 9 września 1945 r., za sprawą 150 żołnierzy dowodzonych przez "Harnasia".

Wrzesień 1945, Lasy Skaryszewskie. Por. Stefan Bembiński "Harnaś" przed akcją rozbicia więzienia w Radomiu.

Atak na więzienie w Radomiu nastąpił tuż po zmierzchu. Także w tej akcji, tak jak podczas uderzenia na więzienie kieleckie, powodzenie operacji w dużej mierze zależało od determinacji i sprawności działania grupy szturmowej. W jej skład weszło kilkunastu partyzantów, w tym większość mających na swoim koncie udział w akcji kieleckiej. Jednym z żołnierzy grupy szturmowej mającej za zadanie opanowanie terenu więzienia w Radomiu był "Orion". I jak sierpniowej nocy w Kielcach, szturmowcy nie zawiedli także w Radomiu. W wyniku trwającej kilkadziesiąt minut akcji uwolniono blisko 300 więźniów. I choć nie dotyczy to bezpośrednio bohatera niniejszego tekstu, "Oriona", należy wspomnieć, że podczas akcji w Radomiu bardzo ważne i trudne zadanie przypadło w udziale także jednej z grup osłonowych. Jej rolą było zaatakowanie i  zneutralizowanie obsady posterunku MO znajdującego się w bezpośredniej bliskości więzienia. Posterunku tego strzegła załoga betonowego bunkra usytuowanego obok wejścia na posterunek, a dodatkowo posterunek znajdował się w polu rażenia z wieżyczki więzienia. To właśnie podczas ataku na ten punkt komunistycznego oporu padli, trafieni od strony bunkra, Feliks Kaczmarczyk "Słowik" i Aleksander Kędzierski "Józio". "Józio" dostał  kilka kul w pierś, "Słowik" otrzymał serię w brzuch. Obaj żołnierze, śmiertelnie ranni, zostali, jak Aleksy Dawidowski "Alek" podczas Akcji pod Arsenałem, zabrani przez kolegów z pola walki. Skonali podczas odwrotu z Radomia. Sukces ataku na więzienie w Radomiu został okupiony dodatkowo śmiercią Jana Chrząstowskiego, członka konspiracji radomskiej, który zginął w końcowej fazie akcji w pobliżu więzienia. Kilku innych podkomendnych "Harnasia" odniosło rany. Taka była cena za wolność blisko 300 naszych rodaków, uwolnionych z więzienia w Radomiu 9 września 1945 r.

W AKCJI POD ARSENAŁEM, W ATAKU NA WIĘZIENIE W KIELCACH I RADOMIU.
DYGRESJA Z OKAZJI DNIA ZADUSZNEGO

Nie bez przyczyny w opis partyzanckich działań amnestyjnych w Kielcach i Radomiu wplotłem odwołania do słynnej Akcji pod Arsenałem. Cel tych trzech uderzeń polskiego podziemia niepodległościowego był przecież rodzajowo tożsamy. Tak pod Arsenałem, jak w Kielcach i Radomiu stawką było uwolnienie rodaków więzionych i torturowanych przez ciemiężycieli  naszej wolności. Zatem i krew przelana przez uczestników tych akcji powinna  być tak samo droga nam wszystkim, którzy miłujemy wolność i szanujemy tych, którzy dali za nią życie. Dlatego obok znanych Wam, szanowni czytelnicy, bohaterów spod Arsenału: Aleksego Dawidowskiego "Alka", Tadeusza Krzyżewicza "Buzdygana" i Huberta Lenka "Huberta", którzy życiem zapłacili za wyrwanie "Rudego" z rąk nazistowskich oprawców,  wspomnijmy także tych nieznanych albo bardzo mało znanych bohaterów, którzy padli w akcji uwolnienia więźniów komunistycznego reżimu z więzienia  odpowiednio w Kielcach  i Radomiu:

  • Tadeusza Łęckiego "Krogulca", poległego od kul sowieckich żołnierzy podczas akcji rozbicia więzienia w Kielcach z 4/5 sierpnia 1945 r.;
  • Niespełna dwudziestoletniego Aleksandra Kędzierskiego "Józia", śmiertelnie rannego podczas akcji rozbicia więzienia w Radomiu 9 września 1945 r.;
  • Feliksa Kaczmarczyka "Słowika", ojca czwórki dzieci, śmiertelnie rannego podczas
    akcji rozbicia więzienia w Radomiu 9 września 1945 r.;
  • Jana Chrząstowskiego, dwudziestolatka z konspiracji radomskiej, poległego podczas akcji rozbicia więzienia w Radomiu 9 września 1945 r.
KTO ŻYCIE KŁADZIE ZA PRZYJACIÓŁ SWOICH

Czas pokazał, niestety, że jedynymi prawdziwymi amnestiami w okresie drugiej połowy lat czterdziestych ubiegłego stulecia były amnestie "zarządzone" ku wściekłości komunistów przez żołnierzy podziemia niepodległościowego, takie jak amnestia z sierpnia 1945 r. w Kielcach i  września 1945 r. w Radomiu. Wartość tych akcji, nie wojskową, ale czysto ludzką, nakazującą szacunek dla tych, którzy zdecydowali się wtedy pójść do ataku  na więzienie w Kielcach lub Radomiu, aby przywrócić wolność więzionym rodakom, chyba najlepiej oddaje umieszczony na zawieszonej na murze byłego więzienia w Kielcach tablicy upamiętniającej akcję kielecką  fragment ewangelii św. Jana: Większej miłości nie ma nad tę, gdy kto życie kładzie za przyjaciół swoich.

Tablica pamiątkowa na byłym więzieniu w Kielcach.

W AKCJI NA KOZIENICE, W ZWYCIĘSKIEJ WALCE Z SOWIETAMI. 15 CZERWCA 1946 r.

Wróćmy jednak do historii  bruneta ze zdjęcia. Śledząc jego losy, przenieśmy się do połowy 1946 r. Przypominam, że z tego właśnie okresu pochodzi fotografia, której opis otwiera niniejszy tekst. Wtedy też miała miejsce kolejna  akcja  z  jego udziałem, której stawką była wolność naszych rodaków. I to "Orion", już jako kierujący pionem zbrojnym wzmiankowanego na początku tekstu Związku Zbrojnej Konspiracji (ZZK), był jej dowódcą. Tym razem celem  ataku partyzantów był areszt Urzędu Bezpieczeństwa w Kozienicach. Termin wykonania uderzenia na to miejsce kaźni został ustalony na 15 czerwca 1946 r. Wybrane do akcji oddziały partyzanckie ZZK pod ogólną komendą "Oriona", liczące łącznie około 130 żołnierzy, rozpoczęły realizację tej śmiałej operacji bojowej od zorganizowania na drodze Radom – Puławy, w okolicach  leżącej około 8 km na zachód od Zwolenia wsi Podgóra, zasadzki w celu zdobycia samochodów wojskowych, na których partyzanci zamierzali wjechać do Kozienic. W szybkim czasie w rejonie  obstawionym przez partyzantów "Oriona" pojawiła się licząca co najmniej kilkanaście pojazdów kolumna sowieckich samochodów wojskowych. Doszło do gwałtownego starcia, w wyniku którego zginęło bądź odniosło rany prawdopodobnie kilkunastu czerwonoarmistów, zaś wszystkie samochody  sowieckiej kolumny znalazły się w rękach partyzantów.

Pierwsza połowa 1946 r. Od lewej: Władysław (Włodzimierz) Kozłowski "Orion", Jerzy Tyralski "Boruta" (w czerwcu 1946 r. poległ w bitwie z UB-KBW pod miejscowością Odechów gm. Skaryszew).

Pomimo stoczonej walki, w istotny sposób minimalizującej szanse na wykorzystanie elementu zaskoczenia w najważniejszej fazie operacji, czyli podczas bezpośredniego ataku na areszt Urzędu  Bezpieczeństwa w Kozienicach, "Orion" podjął decyzję o kontynuowaniu akcji. Spośród  zdobytych samochodów wybrano dziewięć nieuszkodzonych w walce, pozostałe maszyny zniszczono. Następnie żołnierze ZZK  załadowali się na  wyselekcjonowane  do dalszego użytku  samochody,  na których  zgodnie  z  początkowym planem operacji ruszyli  przez Zwoleń do Kozienic. W  Zwoleniu  partyzanci czasowo rozdzielili się na dwie grupy. Cztery pojazdy, dla opanowania miejscowego posterunku MO i Urzędu Pocztowego, zatrzymały się na krótki postój, zaś pozostała część partyzanckiego zgrupowania, ulokowana na pięciu ciężarówkach, wolnym tempem skierowała się do Kozienic. Działania przeprowadzone przez partyzantów w Zwoleniu były obliczone na zerwanie łączności telefonicznej, aby informacja o walce pod wsią Podgóra lub przejeździe kolumny samochodów wojskowych przez Zwoleń nie dotarła do Kozienic przed rozpoczęciem ataku na siedzibę tamtejszej bezpieki. Wykonano je sprawnie i bez strat, po czym  partyzanci operujący w Zwoleniu natychmiast załadowali się na samochody i ruszyli  w ślad  za pozostałą częścią zgrupowania.

Dawna siedziba Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Kozienicach przy ul. Kochanowskiego 6.

Ta zaś, w okolicach wsi Strykowice Górne, leżącej kilka kilometrów od Zwolenia, natknęła się na kilkudziesięcioosobową jednostkę żołnierzy Armii Czerwonej. Sowieci  jako pierwsi zaatakowali partyzancką kolumnę, uzyskując dzięki temu inicjatywę  w początkowej  fazie starcia. Pomimo silnego ognia prowadzonego przez wroga, partyzanci błyskawicznie zeskoczyli z samochodów, zapadli w przydrożnym rowie i natychmiast zorganizowali obronę. To uratowało ich od masakry. Wkrótce, nadal  pod silnym sowieckim ostrzałem, rozpoczęli odwrót w kierunku zachodnim, w stronę południowego skraju Puszczy Kozienickiej. W czasie, gdy uwikłana w walkę część zgrupowania partyzanckiego cofała  się pod naporem sowietów, pozostałe jego siły – te, którym przyszło zatrzymać się na kilka minut w Zwoleniu – dotarły w rejon boju. Wchodzący do akcji żołnierze ZZK szybko zajęli stanowiska bojowe na skraju Puszczy Kozienickiej, dokąd pod naporem sowietów wycofywali się ich koledzy. Pod zbawczą dla cofających się partyzantów osłoną puszczańskich drzew doszło do połączenia sił zgrupowania, co żołnierzom "Oriona" pozwoliło odeprzeć sunący od strony szosy sowiecki atak i przejść do natychmiastowego kontruderzenia. Sytuacja na polu walki zmieniła się diametralnie. Sowieci, którzy do tego momentu byli panami placu boju, w jednej chwili znaleźli się w rozpaczliwym położeniu. Pod silnym ogniem partyzantów zaczęli odwrót w kierunku szosy. W tej fazie starcia padło ich co najmniej kilkunastu. Tak oto szala zwycięstwa w opisywanym boju przechyliła się na stronę partyzantów, którzy po walce zapadli w lasach Puszczy Kozienickiej. Straty sowieckie poniesione w dniu 15 czerwca 1946 r. w starciach z żołnierzami ZZK należy szacować na ponad trzydziestu zabitych i kilkunastu rannych. Wypada podkreślić, że walki stoczone tego dnia przez partyzantów "Oriona" były jednymi z ostatnich starć polskiego podziemia antykomunistycznego z jednostkami sowieckimi. Zwycięstwo nad sowietami w walce 15 czerwca 1946 r. zostało okupione śmiercią siedmiu partyzantów ZZK. Zginęli: Sylwester Rokita "Czarny", Tadeusz Krawczyk "Witold", Władysław Skrzypek "Groźny", Tadeusz Nowakowski "Zając", Jan Prygiel "Gołąb", NN "Burza" i NN.

Sowieci, jak to sowieci, w zemście za porażkę na placu boju spalili  w okolicznych miejscowościach co najmniej 28 domów i zabudowań gospodarczych. Ich odwet spadł na Zwoleń, w którym spalono dziesięć domów, a także na  wsie Jedlanka, Karczówka i Kysocha.

"ORION" – POŚREDNIK WOLNOŚCI – JESZCZE RAZ W AKCJI

24 lipca 1946 r. Orion dowodził akcją odbicia ośmiu aresztowanych konspiratorów, przewożonych pod nadzorem strażników więziennych pociągiem z Radomia do Lublina. Poci
ąg zatrzymano na stacji Jedlnia –Letnisko. Po krótkiej walce z eskortą, w wyniku której zginął jeden strażnik i  prawdopodobnie jeden z aresztowanych, pociąg został opanowany przez partyzantów, a więźniowie odzyskali wolność.

POCZĄTEK KOŃCA

Dwa dni później na ZZK spadł ciężki cios. W następstwie zdrady jednego z partyzantów, funkcjonariusze UB aresztowali komendanta organizacji – mjr. Franciszka Jaskulskiego "Zagończyka". To zdarzenie było początkiem końca ZZK.

Mjr Franciszek Jaskulski "Zagończyk"

Aresztowany "Zagończyk" przyjął wysuniętą przez UB propozycję podjęcia negocjacji na temat ujawnienia żołnierzy ZZK, w zamian za uwolnienie jego osoby i innych członków ZZK przebywających w więzieniach oraz za amnestię dla  tych, którzy zdecydują się ujawnić. Jak można sądzić, rozgrywka operacyjna z kierownictwem ZZK była dla komunistów poligonem doświadczalnym przed podobną operacją, tyle że  w skali makro, tj. przed "amnestią" zaplanowaną na okres po "wyborach" do Sejmu z 1947 r. Jak powszechnie wiadomo, "wybory" te zostały przez komunistów sfałszowane, a ogłoszona zaraz po nich, 22 lutego 1947 r., "amnestia" okazała się bardzo dużym sukcesem w walce z podziemiem, dała bowiem efekt w postaci ujawnienia się kilkudziesięciu tysięcy konspiratorów i położyła kres zjawisku masowego oporu. W rozprawie z ZZK działaniami strony komunistycznej kierował mjr Jan Tataj, jeden z najbardziej błyskotliwych ubowców zajmujących się zwalczaniem podziemia antykomunistycznego.

Major Jan Tataj – szef WUBP w Kielcach od 15 lipca 1946 r. do stycznia 1947 r.

W toku "negocjacji" doszło do kilkakrotnych spotkań między nim, a pozostającymi na wolności członkami kierownictwa ZZK. W rozmowach tych brał udział również "Orion". Jedno z takich spotkań miało miejsce w Kielcach. Uczestniczącym w nim reprezentantom ZZK umożliwiono kontakt z przebywającym w miejscowym areszcie UB "Zagończykiem", który wobec swych podkomendnych potwierdził wolę prowadzenia rozmów o ujawnieniu organizacji. Nie ma wątpliwości, że to jego  postawa zadecydowała o dalszym rozwoju sytuacji. Na przełomie sierpnia i września 1946 r. osiągnięto porozumienie w sprawie warunków zakończenia działalności przez ZZK. W dniu 6 września 1946 r. rozpoczęło się ujawnianie dowodzonych przez "Oriona" oddziałów zbrojnych tej organizacji. W okresie kilku najbliższych tygodni ujawniło się co najmniej 500 jej członków i współpracowników. Wśród ujawnionych był również  "Orion". Ponieważ proces ujawniania struktur ZZK był rozciągnięty w czasie, UB – dla utrzymania pozorów wykonywania ustaleń poczynionych z kierownictwem ZZK – w pierwszych dniach obowiązywania porozumienia zdecydowało o wypuszczeniu kilkunastu podkomendnych "Zagończyka". Kilkunastu innych, sądzonych we wrześniu 1946 r., otrzymało stosunkowo niskie wyroki, a wykonanie niektórych z nich zawieszono.

Taki stan rzeczy nie trwał, rzecz jasna, długo. Jak dzisiaj dobrze wiadomo, komuniści podeptali cały dorobek cywilizacji zachodniej, a zasadę pacta sunt servanda zszargali ze szczególną gorliwością. Porozumienia jakie zawarli w całej historii  swych rządów, niezależnie od szerokości geograficznej, były jedynie elementem przejściowej taktyki obliczonej na osiągnięcie celu wyznaczonego przez partię. Zaś celem w tym przypadku była rozprawa z podziemiem, a dokładnie z ZZK. Nie  powinno  zatem nikogo  dziwić, że "Zagończyk" nie tylko nie odzyskał wolności, ale  został skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano 19 lutego 1947 r., na dwa dni przed ogłoszeniem "amnestii".

BEZ GROBU, RACZEJ BEZ NASZEJ PAMIĘCI  I Z POMYLONYM PRZEZE MNIE IMIENIEM NA POMNIKU

Nie powinno także nikogo dziwić, że  na przełomie 1946/1947 r. aresztowanych zostało wielu członków ZZK a kilku innych, w tym "Orion", zostało zamordowanych przez komunistów w początkach 1947 r., w nieznanych do dzisiaj okolicznościach. Nie znamy także miejsca pogrzebania zwłok "Oriona". Jakby nigdy nie istniał. Bo komuniści  osobom takim jak on odmówili nawet prawa do godnego pochówku. Prawa, które jest usankcjonowane całą historią ludzkiej cywilizacji. Czy raczej było, zanim  barbarzyńcy spod znaku sierpa i młota prawo to podeptali. Z dzisiejszej perspektywy patrząc, nie tylko miejsce pochówku "Oriona" pozostaje nieznane, ale – co gorsza – nieznana pozostaje także jego postać. A przecież bez wątpienia był jednym z najdzielniejszych żołnierzy polskiego podziemia niepodległościowego z okresu 1945-1946 roku.

WŁODZIMIERZ KOZŁOWSKI ps. "ORION"

Po prawdzie, w sprawie przywrócenia społecznej pamięci o postaci "Oriona" mam sobie wiele do zarzucenia. Dziesięć lat temu, prawie dokładnie w 55. rocznicę zwycięskiej walki partyzantów ZZK z sowietami pod Zwoleniem, staraniem Fundacji "Pamiętamy" stanął w Radomiu pomnik upamiętniający poległych i pomordowanych w walce z komunistami żołnierzy ZZK. W godziwej formie z brązu wymienione są na nim personalia i pseudonimy  najważniejszych żołnierzy tej zbrojnej struktury konspiracyjnej. Pośród  nich jest oczywiście "Orion". Tyle że, w skutek mojego błędu, został on na pomniku uwieczniony jako Władysław Kozłowski. A powinno być przecież Włodzimierz. Włodzimierz Kozłowski "Orion".

Pomnik w hołdzie żołnierzom ze
zgrupowania
Związku Zbrojnej Konspiracji
mjr. Franciszka Jaskulskiego "Zagończyka" odsłonięty 10 czerwca 2001 r.
w Radomiu, dzięki staraniom Fundacji "Pamiętamy".


To jego pamięci dedykuję ten tekst. Niech będzie formą zgrzebnych przeprosin za tę fatalną pomyłkę w imieniu na cokole pomnika. Pocieszam się jednak, bo nic innego w tej sprawie mi nie zostało, że za sprawą tego błędu pamięć o "Orionie" przechowam do końca moich dni. Jestem mu to winien. A może, po lekturze tego tekstu, również ktoś z Państwa, szanowni czytelnicy, zechce zabrać w swą dalszą drogę choćby refleks pamięci o tym dzielnym człowieku, o zamyślonym brunecie z opisanego przeze mnie zdjęcia zrobionego gdzieś w połowie 1946 roku…

Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954.

Panel dyskusyjny o Żołnierzach Wyklętych

"Żołnierze Wyklęci – wojna domowa czy powstanie narodowe?" – panel dyskusyjny, Warszawa, 17 grudnia 2011 r., godz. 11.00

W imieniu Stowarzyszenia Twórców dla Rzeczypospolitej zapraszam do udziału w panelu dyskusyjnym na temat "Żołnierze Wyklęci – wojna domowa czy powstanie narodowe?".
Spotkanie odbędzie się 17.12.2011 r. (sobota) o godz. 11.00 w klubie Hybrydy przy ul. Złotej 9 w Warszawie. Moderatorem dyskusji jest prof. Jan Żaryn.


(kliknij w plakat – otwórz w PDF)

Ostatni komendant NZW – część 1/2

Por. Kazimierz Żebrowski „Bąk” – ostatni komendant białostockiego NZW
[…] Co miało swój początek, będzie miało i swój koniec […]
naszym hasłem Bóg i Ojczyzna i pod tym hasłem wytrwać musimy
choćby nas to nie wiem ile kosztowało. […]
Ja z Polski nie wyjadę, bo za bardzo ją kocham,
tutaj się urodziłem, tutaj umrę albo legnę.
Z listu por. K. Żebrowskiego do żony przebywającej na Zachodzie,
w którym uzasadnia odmowę ewakuacji z komunistycznej Polski
(październik 1946 r.)

Rankiem 3 grudnia 1949 r., w wyniku doniesienia agenturalnego, zabudowania w Mężeninie (pow. Łomża), gdzie przebywał komendant białostockiego Okręgu Narodowego Zjednoczenia Wojskowego por. Kazimierz Żebrowski „Bąk” wraz ze swoim synem Jerzym ps. „Konar”, zostały otoczone przez grupę operacyjną II Brygady KBW i UB. Dowodzący operacją wezwał partyzantów do poddania się. W odpowiedzi „Konar” wystrzelił serię z automatu i wybiegli z ojcem przez tylne drzwi stodoły, ale i tam natknęli się na linię obławy, którą ostrzeliwując się próbowali sforsować. Teofil Lipka, gospodarz, u którego się ukrywali, tak wspominał ostatnie chwile Komendanta:

[…] „Bąk” z synem biegną w kierunku olszyny. Ci z podwórka grzeją do nich. „Konar” zachwiał się, krzyczy: Tato! Jestem ranny – i zwalił się na ziemię. „Bąk” zaraz się wrócił, ukląkł przy głowie syna, przeżegnał się, przystawił mu pistolet do głowy i dwa razy strzelił. Tamci krzyczą, żeby przestał się bić. „Bąk” strzelił sobie w głowę. Bój się skończył.

Ciało ostatniego komendanta białostockiego Okręgu NZW zastygło obok ciała jego syna. Walczyli i zginęli razem. Stało się tak, jak często w rozmowach z Teofilem Lipką zapowiadali. Mówili mu, że jeżeli znajdą się w sytuacji bez wyjścia, nie dadzą się wziąć żywcem. Wedle rachuby: zginąć, ale nikogo nie wydać. Uznawali, że są to winni ludziom, którzy przez lata udzielali im schronienia. Wedle przyrzeczenia „Bąka”, że z komunistami „będzie się bił do ostatniego naboju, a ten ostatni nabój zostawi dla siebie”. Słowa dotrzymali!

Por. Kazimierz Żebrowski „Bąk”, ostatni komendant III Okręgu NZW Białystok. Poległ 3 grudnia 1949 r.

Dotrzymali tego słowa w okolicznościach przecież ekstremalnie tragicznych, przy których podręcznikowe, antyczne tragedie wydają się płaskie. Bo oto ojciec, w ostatnim geście rodzicielskiej miłości, strzela swemu ukochanemu dziecku w głowę. Antyczni Grecy po prostu nie byli w stanie wymyślić komunistów, stąd pewne braki w ich kanonicznych dramatach. Co innego Zbigniew Herbert. Ten okrucieństwo komunistów znał i pojmował skalę tragedii czasów powojennych. To pozwoliło mu napisać w poświęconym żołnierzom antykomunistycznego podziemia wierszu „Wilki”:

[…] nie opłakała ich Elektra/ nie pogrzebała Antygona/ i będą tak przez całą wieczność/ w głębokim śniegu wiecznie konać/ przegrali dom swój w białym borze/ kędy zawiewa sypki śnieg/ nie nam żałować – gryzipiórkom – i gładzić ich zmierzwioną sierść.[…].

Poeta miał rację: nie nam to czynić. My możemy tylko na chwilę oniemieć z respektu dla heroizmu „Bąka”, dla heroizmu, który z dzisiejszej perspektywy wydaje się równie odległy naszym czasom, jak gniew przywołanej w wierszu „Wilki” greckiej księżniczki, uznającej bez względu na konsekwencje, że jej brat zasłużył na godny pochówek. Takiego pochówku nie mieli niestety „Bąk” i „Konar”. Ich ciała zostały zabrane przez funkcjonariuszy UB i pogrzebane w nieznanym do dzisiaj miejscu. To jeszcze jedna różnica pomiędzy antyczną tragedią a okresem pierwszych lat rządów komunistów na ziemiach polskich.

Jerzy
Żebrowski „Konar”, syn Kazimierza Żebrowskiego. Żołnierz NZW Okręgu
Białystok. W konspiracji od 1941 r. Poległ 3 grudnia 1949 r.

  • Chronicznie chory na punkcie patriotyzmu

Rodzina Żebrowskich była starą szlachecką rodziną z historycznego Mazowsza. Żebrowscy, pieczętujący się herbem Jasieńczyk, mieszkali w zaścianku Żebry-Wybranowo, w powiecie łomżyńskim. Trwali tam od wieków. Według zachowanej w pamięci rodzinnej legendy, za zasługi rycerskie w walkach z Zakonem Krzyżackim otrzymali nadania ziemskie od pierwszego z Jagiellonów. Podobno jeden z ich protoplastów stawał zbrojnie w bitwie pod Grunwaldem pod orłem Chorągwi Sandomierskiej. Żebrowscy słynęli z patriotyzmu. Walczyli w powstaniach i przelewali krew za niepodległą Polskę w latach 1918-20. W takiej rodzinie przyszedł na świat 4 marca 1901 r. Kazimierz Żebrowski. Ostatni komendant Narodowego Zjednoczenia Wojskowego Okręgu Białystok.

Był najmłodszym synem Marianny i Tomasza, który był z kolei synem powstańca styczniowego z 1863 r. Miał brata Stanisława i trzy siostry. Dwie z nich wyszły za mąż za kawalerów z sąsiedniego zaścianka Szabły, panów Szabłowskich. Trzecia z sióstr pozostała panną. Wywieziona przez bolszewików nad Bajkał nie wytrzymała trudów sowieckiej zsyłki. I choć szczęśliwie dotarła do armii tułaczy generała Władysława Andersa, to jednak zmarła w Presji, gdzie została pochowana. Brat Stanisław w 1918 r. wstąpił ochotniczo do odrodzonego Wojska Polskiego. Brał udział w wojnie z bolszewikami i odniósł rany, jednak w służbie czynnej pozostał. Służył w szeregach 33 pułku piechoty do 1926 roku, tj. do zamachu stanu, który przeprowadził Józef Piłsudski. Nie poparł puczu, za co został usunięty z wojska. Tymczasem młodszy Kazimierz po ukończeniu, najpierw szkoły wiejskiej, mieszczącej się w rodzinnym zaścianku Żebry, a następnie szkoły w Zambrowie i odbyciu służby wojskowej w 33 pp. i w biurze Państwowej Komendy Uzupełnień, powrócił na wieś. Przejął połowę ojcowizny i jak od wieków jego przodkowie, gospodarzył na swoich 23 hektarach. Ożenił się z panną Modzelewską z zaścianka Konopki.

We wspomnieniach bliskich i sąsiadów Kazimierz Żebrowski dał się zapamiętać jako człowiek inteligentny i dobrze ułożony. Ceniono go jako doskonałego gospodarza. Budził powszechny szacunek okolicznych mieszkańców, co było m.in. powodem, dla którego  wybrano go prezesem Akcji Katolickiej w gminie Szczepankowo. Był on także aktywny w życiu politycznym. Należał do Stronnictwa Narodowego – największej partii politycznej w międzywojennej Polsce. Ludzie zapamiętali go również jako doskonałego mówcę. Często zapraszany do wygłoszenia okolicznościowych przemówień z okazji świąt państwowych i religijnych, potrafił zrobić kolosalne wrażenie na słuchaczach swoimi płomiennymi i trafiającymi do serc ludzi  mowami. Miał charyzmę. Natomiast jego stryj Szczepan zwykł był mawiać o Kazimierzu, że „jest on chronicznie chory na patriotyzm”. Egzamin z patriotyzmu przyszło Kazimierzowi zdać niebawem. W 1939 r. kapral rezerwy Kazimierz Żebrowski został powołany do służby w WP i przydzielony do żandarmerii. Wybuchła wojna.

  • „Za pierwszego Sowieta”

Żebrowski trafił do niewoli sowieckiej. Nie miał złudzeń, jak zostanie potraktowany nosząc mundur żandarmerii. I przeczucie go nie zawiodło. Został wydzielony z grupy jeńców w „zwyczajnych” uniformach strzeleckich czy podoficerskich i zakwalifikowany do grupy policjantów państwowych i oficerów. Gdyby nie pomoc kolejarza, który oddał mu na którymś z „etapów” swój zniszczony mundur kolejarski, prawdopodobnie zginąłby od strzału w tył głowy w Charkowie lub Miednoje. A tak, jako „żelaznodorożnyj” podczas kolejnej selekcji zwolniono go do domu. Wrócił. Władza sowiecka zainstalowała się już na dobre w Łomżyńskiem, które anektowane do Sowietów jako część Białoruskiej Socjalistycznej Republik Rad. Propaganda sowiecka, a później peerelowska uzasadniała tę aneksję względami etnicznymi i sprawiedliwością dziejową. Najwyraźniej więc Ziemię Łomżyńską potraktowano  jako „nie etniczne ziemie polskie”.

W miejscowej administracji i milicji prym wiódł miejscowy lumpenproletariat i skomunizowana biedota – na ogół pochodzenia żydowskiego. Nawieziono też towarzyszy z Rosji. Rozpoczęły się denuncjacje i aresztowania. Dotknęły one w pierwszej kolejności ziemian, działaczy społecznych i politycznych oraz oczywiście konspiratorów.
Kazimierz Żebrowski niemal natychmiast po powrocie do domu przystąpił do organizacji siatki konspiracyjnej. Został zaprzysiężony do Służby Zwycięstwu Polsce i przyjął pseudonim „Bąk”. Osobą odbierająca przysięgę był komendant Obwodu Łomża ZWZ por. Franciszek Skowronek ps. „Jackowski”. Jakkolwiek „Bąk” służył w Służbie Zwycięstwu Polski, to jednak sieć konspiracyjną tworzył w oparciu o przedwojenne struktury Stronnictwa Narodowego. Należy nadmienić, że pierwsza konspiracja w Łomżyńskiem, była w znaczącej części oparta na przedwojennych działaczach narodowych. Kazimierz Żebrowski został komendantem placówki Szczepankowo ZWZ.

Praca podziemna na terenach okupowanych przez ZSRS była zdecydowanie trudniejsza niż pod okupacją niemiecką. Masowe deportacje dziesiątkowały konspiratorów. Przekleństwem konspiracji była sowiecka agentura, rozlokowana po wsiach i miasteczkach, rekrutująca się niestety w znacznej mierze z miejscowych. Co raz rwały się sieci konspiracyjne, rozbijane aresztowaniami w wyniku donosów. „Bąk”, znany jako przedwojenny działacz Stronnictwa Narodowego, również został zadenuncjowany. Uniknął aresztowania, musiał się jednak ukrywać, czyli jak to mawiano wówczas w sowieckiej zonie, „żył na nielegalnej stopie”. Ukrywał się prawie półtora roku, aż do przyjścia Niemców. Było to możliwe dzięki ofiarności sąsiadów i okolicznej, patriotycznej ludności z nadnarwiańskich zaścianków. Jak wspominają miejscowi „Bąk” był tak lubiany i szanowany, że nikt nie odmawiał mu pomocy, pomimo tego, że taka pomoc narażała całą rodzinę na represje i mogła zakończyć się wywózką na Sybir.

W połowie czerwca 1941 r., tuż przed wybuchem wojny pomiędzy złączonymi sojuszem Niemcami i Sowietami, bolszewicy rozpoczęli masową, czwartą wywózkę ludności z terenów przez siebie okupowanych. 20 czerwca przyszli również po rodzinę Żebrowskich. Wywieziono żonę Kazimierza, jego dwie córki i małego synka. Starszy dziewięcioletni syn o imieniu Jerzy, wyrwał się z tłumu stłoczonych i przerażonych ludzi, czekających na transport na nieludzką ziemię. Prześliznął się między konwojentami i uciekł z peronu dworca kolejowego w Łomży. Ukryli go miejscowi.
Na szczęście dla Żebrowskich Niemcy błyskawicznie zajęli Łomżyńskie. W dniu 22 czerwca „Bąk” pojawił się w domu, zaraz dołączył do ojca Jurek, którym przez kilka dni opiekowali się życzliwi sąsiedzi. Ocaleli. Rozpoczęła się nowa, niemiecka okupacja.

  • W Narodowych Siłach Zbrojnych

Wraz z nadejściem Niemców, rozpoczął się dla „Bąka” nowy okres w pracy konspiracyjnej. W 1942 r. Kazimierz Żebrowski przeszedł wraz ze znaczną częścią struktury Związku Walki Zbrojnej z Łomżyńskiego do Narodowej Organizacji Wojskowej. Tymczasem jesienią 1942 r. na mapie podziemnej Polski pojawiła się nowa organizacja Narodowe Siły Zbrojne.
Struktury NSZ były wyjątkowo silne na północnym Mazowszu i Białostocczyźnie. Żołnierzem Narodowych Sił Zbrojnych został również Kazimierz Żebrowski, który otrzymał nominację na Komendanta Rejonu Szczepankowo – Nowogród – Śniadowo – Miastkowo. W NSZ służył od grudnia 1943 r. Latem 1944 r., „Bąk” stanął na czele oddziału partyzanckiego NSZ – scalonego z AK – operującego w ramach większej jednostki partyzanckiej pod nazwą I batalionu 33 pułku piechoty Armii Krajowej. Oddział w sile około 120 ludzi, ulokowany był na bagiennym obszarze, w okolicy wsi Kleczkowo i Podosie. Stamtąd podejmowane były wypady na cofające się z frontu formacje niemieckie. „Bąk” uczestniczył w akcji „Burza” w ramach wspomnianego wyżej I batalionu 33 pp AK dowodzonego przez kpt. Józefa Siejaka „Saka”.
W lipcu 1944 r. w Moskwie Stalin utworzył PKWN, którego członkowie zostali przerzuceni do Lublina, a Armia Czerwona zatrzymała się na linii Wisły. Bolszewicy po raz drugi w tej wojnie zajęli Łomżyńskie. Na zapleczu frontu pod okiem NKWD/NKGB rozpoczęło się formowanie komunistycznej administracji, towarzyszyły temu  wywózki i aresztowania.

  • „Będę się bił do ostatniego naboju, a ten ostatni nabój zostawię dla siebie”

W nowej sytuacji politycznej, w obliczu kolejnej okupacji sowieckiej wśród członków podziemia pojawiło się szereg dylematów, jaką przyjąć postawę i drogę dalszej walki. Podczas odprawy dowództwa Rejonu AK – z udziałem oficerów NSZ – padały różne koncepcję działania. Od pomysłu ujawnienia się wobec wkraczających Sowietów, po rozwiązanie oddziałów partyzanckich, „zamelinowanie” broni i przejście do jeszcze głębszej, „szkieletowej” konspiracji. W trakcie spotkania głos zabrał również Kazimierz Żebrowski „Bąk”. Był zdania, że należy się bić z komunistycznym okupantem. Wypowiedział wówczas znamienne i jak  się miało okazać niestety prorocze zdanie: „Będę się bił do ostatniego naboju, a ten ostatni nabój zostawię dla siebie”.

Żołnierze I Brygady Podlaskiej NZW, od lewej: ppor. Tadeusz Narkiewicz „Ciemny”, NN „Śmiały”, ppor. Jan Skowroński „Cygan” (w wyniku jego zdrady osaczono i zabito por. T. Narkiewicza „Ciemnego”), sierż. Bolesław Olsiński „Pająk”, „Szczerba”, st. sierż./ppor./por. Henryk Jastrzębski „Zbych” (zdjęcie wykonane przez fotografa Kazimierza Zakrzewskiego), Zaręby-Święchy, gm. Czyżew, pow. Wysokie Mazowieckie, maj 1947 r.

Metody represji za drugiego Sowieta w istocie swej nie różniły się wiele od tych, które zastosowali oni w latach 1939–41. Wywózki, donosy, aresztowania i tortury w lokalnych katowniach. Odmienną cechą było jednak wprzęgnięcie w aparat represji, znacznie szerzej niż w latach pierwszej okupacji, grup ludności rdzennie polskiej. O ile wcześniej kadry milicji, bezpieki i lokalnej administracji, różnych rajkomów i sielsowietów, zasilali częstokroć Żydzi i tzw. wostoczniki – przywiezieni z Rosji – o tyle po sierpniu 1944 r. zastąpiono ich Polakami. Było to tym łatwiejsze, że okupacja Polski dokonywała się wśród atrybutów symboli narodowych. W końcu funkcjonariusze MO czy KBW nosili na czapkach orzełki (fakt, że bez korony), a nad drzwiami posterunków milicji powiewały biało-czerwone flagi. Komuna wychodziła do ludzi z oszukańczymi hasłami poprawy warunków socjalnych, integracji przy odbudowie zniszczonego kraju, etc. Wielu ludzi przyłączyło się do okupantów.

Wkrótce po zainstalowaniu się komunistycznej władzy w Łomżyńskiem rozpoczęto budowanie „Ludowej Polski aż po Bug”. Rozpoczęto… od aresztowań. Ofiarą donosu, a następnie aresztowania padł również „Bąk”. Jesienią 1944 r. pod fałszywym nazwiskiem został zatrzymany i wywieziony na Wschód. Jego trzynastoletni syn pozostał sam. Kazimierzowi Żebrowskiemu po raz drugi udało się wyrwać z rąk sowieckich. Zbiegł i powrócił w rodzinne strony. Był rok 1946. Niewiele wiadomo, co w czasie zsyłki ojca działo się z synem noszącym ps. „Konar”. Najprawdopodobniej „był na siatce”. To znaczy tkwił w konspiracji. Od momentu ucieczki i powrotu „Bąka” z zsyłki, „Konar” z ojcem się już nie rozstawał. Razem byli w lesie, wspólnie przebijali się przez obławy  KBW, obaj dzielili trudy partyzanckiego życia. Aż do końca. Do dnia, kiedy obaj poniosą śmierć.

Od lewej stoją: Antoni Struniawski „Huragan” i Jerzy Żebrowski „Konar”, syn komendanta „Bąka”, 1948 r.

„Bąk”, używający wówczas także pseudonimów „Dziadek” i „Zwierzyński”, zdecydowanie odrzucał jakąkolwiek myśl o ewakuacji na Zachód. W liście z 10 października 1946 r., pisanym do ukochanej żony, której udało się przeżyć zesłanie i wyjść z Andersem napisał:

[…] Co miało swój początek, będzie miało i swój koniec […] naszym hasłem Bóg i Ojczyzna i pod tym hasłem wytrwać musimy choćby nas to nie wiem ile kosztowało. […] Ja z Polski nie wyjadę, bo za bardzo ją kocham, tutaj się urodziłem, tutaj umrę albo legnę.

Zgodnie z danym wcześniej słowem – podczas letniej odprawy komendantów podziemia – postanowił bić się dalej, do końca. Tym razem już w szeregach Narodowego Zjednoczenia Wojskowego.
W NZW początkowo został dowódcą kompanii na terenie gminy Szczepankowo (do marca 1947 r.), następnie pełnił obowiązki dowódcy I batalionu „Burza”, szefa Wydziału I (organizacyjnego) KP NZW Łomża „Podhale” (od czerwca 1947 r.), komendanta Powiatu NZW Wysokie Mazowieckie „Mazur” (wrzesień 1947 – grudzień 1949), komendanta Powiatu NZW Łomża „Podhale” (kwiecień 1948 – grudzień 1949).

Ostatni komendant NZW – część 2/2>
Strona główna>

Ostatni komendant NZW – część 2/2


Żołnierze I Brygady Podlaskiej Narodowego Zjednoczenia Wojskowego dowodzonej przez por. Tadeusza Narkiewicza „Ciemnego” (stoi 6 od lewej), maj 1947 r.

  • Komendant niezłomnych

Komenda Okręgu III NZW Białystok powstała w kwietniu 1945 r. Okręg podzielony był na 9 komend powiatowych. Szacuje się, że siły NZW na Białostocczyźnie liczyły w 1945 r. około 10 tysięcy ludzi. Funkcje komendantów Okręgu sprawowali kolejno: kpt/mjr Mieczysław Grygorcewicz ps. „Miecz”, „Bohdan”, mjr Jan Szklarek ps. „Roja” i ppłk Władysław Żwański ps. „Błękit”. Po śmierci tego ostatniego, w dniu 1 lipca 1948 r., na czele struktur NZW w województwie białostockim stanął Kazimierz Żebrowski „Bąk”. Łączył funkcję komendanta powiatów: Łomża „Łaba” – „Podhale”, Wysokie Mazowieckie „Mazur”, Ostrów Mazowiecka „Noc” – „Tatry”. Dążąc do odbudowy i konsolidacji zniszczonych struktur narodowego podziemia, pełnił obowiązki komendanta Okręgu w stopniu porucznika. Pełnił je sumiennie, przywiązując ogromną wagę do dyscypliny wśród podległych sobie żołnierzy. Nawet „resortowi” bolszewicy przyznawali w swych meldunkach, że żelazną ręką tępił wszelkie nadużycia, zwłaszcza te – jak pisano – w formie przywłaszczania zdobytych w drodze rabunku pieniędzy i towarów, które były surowo karane, włącznie do kary śmierci.

Grupa żołnierzy z oddziału PAS NZW por. Tadeusza Narkiewicza „Ciemnego”, 1947 r.

W wyniku represji komunistycznych siły NZW i w ogóle podziemia na Białostocczyźnie topniały w zatrważającym tempie. O ile w 1945 r. w konspiracji i oddziałach leśnych było około 10 tysięcy żołnierzy NZW, o tyle wiosną 1947 r. w „lesie” trwała ich już tylko połowa. Największe uszczuplenie sił konspiracji spowodowała jednak tzw. amnestia. W 1947 r. skorzystało z niej przeszło 2 tysiące żołnierzy narodowego podziemia na Białostocczyźnie. Większości z nich komuniści nie pozostawili w spokoju i w następnych miesiącach i latach aresztowali. Amnestia była tylko zabiegiem taktycznym. Chodziło o rozładowanie lasów. Słusznie pisał Józef Mackiewicz na łamach londyńskich „Wiadomości”, komentując ówczesną komunistyczną amnestię:

Społeczeństwo, które strzela, nigdy nie da się zbolszewizować. Bolszewizacja zapanuje dopiero, gdy ostatni żołnierze wychodzą z ukrycia i posłusznie stają w ogonkach. Właśnie w Polsce gasną dziś po lasach ostatnie strzały prawdziwych Polaków, których nikt na świecie nie chce nazywać bohaterami […].

Doskonale rozumiał to również „Bąk” i nie zamierzał się ujawniać. Poamnestyjne represje solidnie osłabiły siły III (krypt. XV) Okręgu NZW Białystok. W pierwszej połowie 1948 r. w szeregach organizacji pozostawało od 300 do 600 żołnierzy. Ich dowódcą był „Bąk”. Nieprzerwanie towarzyszył mu jego syn Jerzy ps. „Konar”, który pełnił zarazem funkcję adiutanta ojca.
W ramach komend powiatowych NZW Łomża, Wysokie Mazowieckie i Ostrołęka działało kilka oddziałów partyzanckich, które od połowy 1945 r. przeprowadziły wiele spektakularnych akcji przeciwko komunistom. Były to m.in.:

  • Oddział por. Tadeusza Narkiewicza „Ciemnego”, „Rymicza”, który działał od jesieni 1945 r. do września 1947 r. składał się z ok. 30 żołnierzy. Por. „Ciemny” (ur. 1920 r.) rozpoczął konspirację w oddziale KP NZW Wysokie Mazowieckie „Mazur” Feliksa Łuniewskiego „Żbika”, następnie szef ochrony sztabu KO NZW Białystok „Chrobry”, w 3 Brygadzie Wileńskiej NZW kpt. Romualda Rajsa „Burego” (październik 1945 – luty 1946); później szef PAS KP NZW Łomża „Łaba Południowa” (październik 1946 – luty 1947), komendant Powiatu NZW Łomża „Podhale” (marzec – wrzesień 1947), komendant Powiatu NZW Wysokie Mazowieckie „Mazur” (maj – wrzesień 1947). Nie ujawnił się w trakcie amnestii w 1947 r. Zginął 6 września 1947 r. w pobliżu wsi Czochanie-Góra w walce z GO UBP-KBW, w wyniku zdrady kolegi – ppor. Jana Skowrońskiego „Cygana”. Dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych. Najważniejsze akcje jego oddziału to: starcie z oddziałem WP w Kossakach (29 marca 1946 r.), zasadzka na samochód Armii Czerwonej, a następnie na grupę operacyjną MO w Zambrzycach-Kapustach (10 maja 1947 r.), rozstrzelanie w Chlebiotkach starosty łomżyńskiego Tadeusza Żeglickiego i przewodniczącego PRN w Łomży Stanisława Tońskiego (7 sierpnia 1947 r.).
  • Oddział st. sierż./ppor./por. Henryka Jastrzębskiego „Zbycha”, „Bohuna” działał na terenie powiatów: Łomża, Ostrów Mazowiecka i Ostrołęka od czerwca 1945 r. do 3 kwietnia 1948 r., kiedy to por. „Zbych” wpadł w ręce funkcjonariuszy UB. Kilka dni później popełnił samobójstwo w celi aresztu UB. W jego oddziale służyło ok. 30-40 żołnierzy, a przewinęło się przezeń ok. 80 partyzantów. Najważniejsze akcje to: zasadzka na GO UBP-MO-NKWD w Wierzbowie (18 września 1945 r.), zasadzka na GO UBP-MO-KBW zorganizowana wspólnie z oddziałem PAS NZW ppor. Michała Bierzyńskiego „Sępa” pod Jedwabnem (23 października 1945 r.), rozbrojenie posterunku MO w Śniadowie (21 grudnia 1945 r.), rozbicie GO UBP-WP pod Usnikiem wspólnie z oddziałem plut. Henryka Gawkowskiego „Roli” (18 lutego 1946 r.), rozbrojenie oddziału WP wspólnie z „Sępem” w Jurcu Włościańskim (13 czerwca 1946 r.), starcie z oddziałem WP w Kamieniewie (czerwiec 1946 r.), zajęcie siedziby Zarządu Gminy w Szczepankowie (23 listopada 1946 r.), atak na urzędy gminy w Szczepankowie, Nowogrodzie, Rutkach, Puchałach, Miastkowie (10 lutego 1947 r.).
  • Wiosną 1947 r. z oddziałów por. „Ciemnego” i „Zbycha” powstało zgrupowanie partyzanckie, które przyjęło nazwę I Brygady Podlaskiej NZW i nad którą komendę objął por. T. Narkiewicz. W ramach tej struktury partyzanci działali do przełomu sierpnia i września 1947 r. (śmierć por. „Ciemnego”) na terenie powiatów Łomża i Wysokie Mazowieckie. Brygada składała się z ok. 50-70 żołnierzy, którymi w poszczególnych pododdziałach dowodzili st. sierż./ppor./por. Henryk Jastrzębski „Zbych” i plut. Henryk Gawkowski „Rola”.


Komendant
Kazimierz Żebrowski „Bąk” (oznaczony cyfrą 4) przed szeregiem żołnierzy III Okręgu NZW. Zdjęcie wykonane na przełomie kwietnia i maja 1947 na kolonii Tabędz (za domem Jana Głębockiego „Brzytwy” – dowódcy batalionu). Pod numerami:
1. 17-letni wówczas Jerzy Żebrowski „Konar” (syn Kazimierza Żebrowskiego „Bąka”) zginął wraz z ojcem 3.12.1949 r. w Mężeninie. (W związku z licznymi błędami w publikacjach, podaję prawidłową datę jego urodzenia: 21 I 1930 r.); 2. Stanisław Zienkiewicz „Kalina” zginął 28.01.1948 r. w Lipiance; 3. NN.; 4. Por. Kazimierz Żebrowski „Bąk” zginął 3.12.1949 r. w Mężeninie; 5. Antoni Przychodzeń „Grom” zginął 3.05.1947 r. w Tabędzu (obok zabudowań Jana Głębockiego „Brzytwy”) – pochowany na miejscowym cmentarzu; 6. Henryk Rogowski „Sokora” zabity 22.07.1947 w Kleczkowie, pochowany na miejscowym cmentarzu; 7. NN „Marian” od „Śmiałego” (z Brygady Wileńskiej); 8. Marian Łuba „Smal” zabity 14.05.1948 w Krajewie Borowym; 9. NN.; 10. NN; 11. Teofil Jemielity „Wicher” zabity 30/31.07.1947 w PUBP w Ostrołęce; 12. NN; 13. NN „Śmiały” – zabity. (Opis zdjęcia: Leszek Żebrowski).

Zdjęcie wykonane na kolonii Tabędz (za domem Jana Głębockiego „Brzytwy” – dowódcy batalionu) na przełomie kwietnia i maja 1947 r. Z przodu leżą: NN i NN. Od lewej w głębi stoi „Śmiały” NN, leżą: Marian Łuba „Smal”, Antoni Przychodzeń „Grom”, „Marian” NN, Henryk Rogowski „Sokora”, Teofil Jemielity „Wicher”, Stanisław Zienkiewicz „Kalina”, w głębi pośrodku stoi por. Kazimierz Żebrowski „Bąk” (z lornetką), leżą: NN, NN, stoi Jerzy Żebrowski „Konar”. (Opis zdjęcia: Leszek Żebrowski).
Było coraz ciężej, teren został w sposób wręcz niewiarygodny nasiąknięty konfidentami UB. Samego tylko „Bąka” rozpracowywali agenci i informatorzy o kryptonimach: „Szczery”, „Przybył”, „Kaczka”, „Kanarek”, „Zgroza”, „Staszek”, „Szpak”, „Gruchacz” czy „Złoczyńca”. To oczywiście nie wszyscy. Wyłącznie miejscowi. Bardzo wiele przekazał, złamany ubeckimi torturami, żołnierz okręgu ppor. Jan Skowroński ps. „Cygan” – wyjawiając niemal wszystkie „meliny” Komendanta. Na podstawie jego zeznań aresztowano później dziesiątki dzielnych ludzi  z rodzin udzielających wsparcia i opieki partyzantom. Oddziały partyzanckie stopniały do małych grup po kilka, góra kilkanaście osób, lecz nadal walczyły i „kąsały” komunistów. Jak wspominał, żołnierz łomżyńskiej konspiracji, Teofil Lipka: „Bąk” przyzwyczaił się do partyzantki i nic sobie z niej nie robił; szedł na śmiałego. Często do mnie zachodził – wiadomo, stary znajomy.

Żołnierze I Brygady Podlaskiej Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Od lewej N.N. „Śmiały”, por. Henryk Jastrzębski „Zbych”, por. Tadeusz Narkiewicz „Ciemny”, sierż. Bolesław Olsiński „Pająk”, „Szczerba” i ppor. Jan Skowroński „Cygan” (w wyniku jego zdrady osaczono i zabito por. T. Narkiewicza „Ciemnego”).

Nocą 3 grudnia 1949 r. „Bąk” i „Konar” także znaleźli się w gospodarstwie Teofila Lipki we wsi Mężenin, w gminie Śniadowo powiatu Łomżyńskiego. Jednak tym razem dom i zabudowania gospodarcze państwa Lipków otoczyło UB i KBW.

  • Pan Teofil

Rekonstrukcja wydarzeń z nocy i poranka 3 grudnia 1949 r., i zarazem ostatnich chwil życia „Bąka” i „Konara” jest możliwa po przeczytaniu raportu Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego pn. „Opis walki operacyjnej”, meldunków WUBP z Łomży do Warszawy  oraz dzięki kapitalnej wręcz relacji cytowanego już Teofila Lipki. Nim oddamy jednak głos Teofilowi Lipce, należy poświęcić mu nieco miejsca i przybliżyć dzielną postać tego człowieka.

Teofil Lipka przed wojną był rolnikiem. Po wybuchu wojny, dość wcześnie, bo już w lutym 1940 roku związał się z podziemiem. W trzy miesiące później, w ramach drugiej – kwietniowej deportacji ludności polskiej do ZSRS, został wraz z całą rodziną wywieziony na Syberię. Przeżył. Po ustaleniu granicy między Polską Ludową a Sowietami część z tych, którzy przeżyli łagry została zwolniona z obozów. Były to osoby pochodzące z terenów, które Stalin wraz z naszymi byłymi sojusznikami z Zachodu, łaskawie pozostawili w zarząd komunistycznej Polsce. Wśród nich był Teofil. W połowie maja 1946 r., pociąg którym podróżował  przejechał most na Bugu. Wrócił do rodzinnej wsi. Następnego dnia Teofilowi złożyli wizytę niespodziewani goście.

[…] Wieczór, ciepło. Nasi jeszcze z transportu [repatriacyjnego z Syberii – przyp. M.W.] nie przyjechali. Położyłem się spać w stodole. Po jakimś czasie ktoś mnie ciągnie za marynarkę. Odkręcam się i słyszę: – wstawaj Teofil. Patrzę: automat na plecach, hełm na głowie. To chyba Boguski z Wierzbowa.
– Przyszli my ciebie odwiedzić.
– A skąd wy wiecie…
– Widzieliśmy jak żeś szedł przez wieś – mówi zadowolony.
– Chodź na podwórko. Zobaczysz ilu nas jest. Rzeczywiście – całe podwórko ich stoi. W szeregu, brzękają karabinami. To był oddział „Zbycha” [
ppor. Henryk Jastrzębski] i „Bąka” [por. Kazimierz Żebrowski] z NZW. Ze trzydziestu, wszyscy umundurowani. Przywitali się ze mną kolejno.
– Będziemy do ciebie [Teofilu] przychodzić. Dobrze, żeś przyjechał.
Wstąpiłem, przepadło. Kto ma żyć, żyć będzie. Jeszcze raz złożyłem przysięgę. Odbierał ją ode mnie „Bąk”. To był jeden z najtwardszych Polaków. Powiedział, że broni nie złoży dopóki komuna w Polsce.[…]. 


Por. Henryk Jastrzębski „Zbych”, „Bohun”, dowódca oddziału partyzanckiego NZW operującego na terenie powiatów Łomża, Ostrów Mazowiecka i Ostrołęka.

Por. Henryk Jastrzębski
„Zbych”, „Bohun” (z prawej)  przyjmuje raport.

  • Tato! Jestem ranny…

Wieczorem 2 grudnia 1949 r. UB otrzymało informację od informatora o kryptonimie „Kanarek”, że dwóch bandytów: „Bąk” wraz z drugim uzbrojonym osobnikiem znajdują się u mieszkańca wsi Mężenin, obywatela Olszewskiego Grzegorza. Był to teść Teofila Lipki. Informację tę przekazano do KBW. Dowódca 2 Brygady KBW, towarzysz mjr Tomczakowski zmobilizował do akcji operacyjnej, mającej na celu schwytanie lub zlikwidowanie dwóch „groźnych bandytów” cztery plutony wojska z podległej sobie brygady. Ponadto w obławie uczestniczyli też funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. W sumie było to sto kilkadziesiąt osób wyposażonych w samochody osobowe, ciężarówki, uzbrojeni w szybkostrzelną broń maszynową. Gospodarstwo, w którym przebywali „Bąk” i jego syn zostało szczelnie otoczone. Białostockie UB dysponowało dokładnym rozpoznaniem. Wiedzieli, że partyzanci są w stodole, a mimo to próbowali zmusić gospodarza do wyjawienia ich kryjówki. Świadczy o tym wspomniany wyżej dokument, sporządzony przez dowodzącego akcją „bezpieczniaka”, w którym zapisano, że na zapytanie gospodarza, czy w jego zabudowaniach przebywają bandyci – ww. nie przyznawał się.
Potwierdza to również raport z dnia 10 grudnia 1949 r. sporządzony przez naczelnika Wydziału III WUBP do centrali w Warszawie, w którym czytamy, że indagowany Olszewski czy u niego w domu są bandyci, w kategoryczny sposób oświadczył, że u niego bandyci nie ukrywają się.
Wspominany już Teofil Lipka tak zapamiętał ostatnie chwile Komendanta:

[…] Cały czas trzymali mnie w domu, bo bali się, że w nocy tamci mają szansę ucieczki. Stałem z rękami do góry. Gdy rozwidniło się, powiedzieli (ubowcy): Chodź. Patrzę: między stodołą, a domem stoi karabin maszynowy, za chlewem – żołnierz z automatem.
– Niech tylko któryś z nas zginie, to ty nie wrócisz – powiedział do mnie szef UB. Wszedłem do stodoły, zajrzałem do zasieka – nie tam, gdzie oni leżą, ale na drugie klepisko.
– Nie widzę tutaj nikogo –  głośno mówię, żeby wszyscy słyszeli. A ten szef UB stał za węgłem i krzyknął: Są! Roztwieraj wierzeje! Wychodzić ze stodoły, bo podpalimy budynki.
I odzywa się „Bąk” donośnym głosem:
– Tak jest. Wychodzimy.
Wybryknęli z tej słomy na klepisko koło mnie. „Bąk” miał dwa pistolety, a jego syn „Konar” żelazny automat, naboje na piersi. I biegną za stodołę. Dopiero zaczęła się strzelanina! Wyskoczyłem na podwórze i układłem się w taki dół. Patrzę: stodoła już się pali i sąsiada też zaczyna. „Bąk” z synem biegną w kierunku olszyny. Ci z podwórka grzeją do nich. „Konar” zachwiał się, krzyczy: Tato! Jestem ranny – i zwalił się na ziemię. „Bąk” zaraz się wrócił, ukląkł przy głowie syna, przeżegnał się, przystawił mu pistolet do głowy i dwa razy strzelił. Tamci krzyczą, żeby przestał się bić. „Bąk” strzelił sobie w głowę. Bój się skończył.

Sporządzona – tuż po walce – przez dr. Czesława Jurka sekcja potwierdza samobójstwo „Bąka”, wskazuje ponadto, że Komendant był przed śmiercią postrzelony w lewą łopatkę. Ubowcy, co zresztą podobnie jak u gestapowców, było ich stałym zwyczajem, zrobili po śmierci zdjęcia poległym.

  • Post Mortem

W raporcie z likwidacji „Bąka” i „Konara” sporządzonym dwa dni po walce napisano, że przy poległych zdobyto: 1 automat „Bergmann”, dziesięciostrzałowy karabin niemiecki, 2 pistolety TT, 3 granaty, 8 magazynków do broni automatycznej i pistoletów, 800 szt. amunicji różnej oraz 3 torby polowe z rozkazami „Bąka”. Zatrzymano trzech „aktywnych współpracowników Bąka”. Jednym z aresztowanych był Teofil Lipka. Odsiedział w komunistycznych więzieniach do śmierci Stalina. Wyszedł w 1953 roku ze steranym zdrowiem. Do końca życia mieszkał w swojej rodzinnej wsi. Zwłoki Kazimierza Żebrowskiego i jego syna Jerzego zostały zabrane do Łomży. Nigdy, mimo próśb, nie wydano ich rodzinie. Do dziś nie znane jest też miejsce ich pochówku. Podobno szczątki tych dwóch niezłomnych żołnierzy zostały włożone do worków wypełnionych kamieniami i utopione w torfowisku koło wsi Kupiski. Funkcjonariusze KBW i UB biorący udział w obławie we wsi Mężenin oraz w profanacji zwłok Kazimierza i Jerzego nigdy nie zostali osądzeni i skazani.

Śmierć Kazimierza i Jerzego Żebrowskich nie była końcem zbrojnego oporu na Ziemi Białostockiej. W ramach NZW walkę kontynuował sierż./ppor. Stanisław Grabowski „Wiarus” oraz ostatni z „samozwańczych” komendantów NN o ps. „Kordian”.

Patrol NZW sierż./ppor. Stanisława Grabowskiego „Wiarusa” (pierwszy z lewej), ok. 1950 r. „Wiarus” do 1952 r. był szefem PAS w Komendzie Powiatu NZW „Mazur” Wysokie Mazowieckie. Drugi od lewej – NN „Jastrząb”, trzeci – Józef Grabowski „Vis” – brat „Wiarusa”.

Ppor. „Wiarus”, jeden z najdłużej walczących z komunistami żołnierzy NZW, będący szefem powiatu Wysokie Mazowieckie krypt. „Mazur” (od października 1948 r.) oraz szefem Pogotowia Akcji Specjalnej NZW woj. białostockiego – nawiasem mówiąc mianowanym uprzednio przez „Bąka” – zginął w zasadzce we wsi Babino (powiat Wysokie Mazowieckie) w dniu 22 marca 1952 r. Zadenuncjowała go agentka UB Franciszka Lenczewska nosząca kryptonim „Ewa”.
Wraz z dwoma swoimi żołnierzami poległ w walce z grupą operacyjną WUBP Białystok oraz 2. Brygady KBW. Partyzanci nie mieli żadnych szans, jednak gdy zorientowali się, że są otoczeni, podjęli próbę przebicia się przez kordon obławy. W wyniku półgodzinnej wymiany ognia wszyscy trzej zginęli. Oprócz Stanisława Grabowskiego „Wiarusa” polegli również: Lucjan Zalewski „Żbik” oraz Edward Wądołowski „Humor”.
Pozostałości oddziału „Wiarusa”, nad którymi objął dowództwo chor. Kazimierz Wieczorkiewicz „Ordon”, zostały rozbite przez komunistów do końca 1952 roku.

Michał Wołłejko*

 

* Michał Wołłejko jest historykiem, doktorantem na UKSW.
Dziękuję bardzo autorowi za udostępnienie tekstu do publikacji.


Ostatni komendant NZW – część 1/2>
Strona główna>

WARTO PRZECZYTAĆ… (41)


Wojciech Königsberg
Droga "Ponurego". Rys biograficzny majora Jana Piwnika.

Oficyna Wydawnicza RYTM 2011, s. 384, oprawa twarda.

Pierwsze w piśmiennictwie polskim całościowe ujęcie biografii mjr. Jana Piwnika "Ponurego" (1912–1944), jednego z najwybitniejszych oficerów Armii Krajowej, dowódcy legendarnego Zgrupowania Partyzanckiego AK "Ponury". Autor odtwarza bieg życia Jana Piwnika: chłopskie środowisko jego młodości, naukę, służbę w Policji Państwowej, udział w kampanii wrześniowej, pobyt w Anglii i szkolenie na cichociemnego, przerzut do Polski, udział w brawurowych akcjach "Wachlarza", organizację i walkę dowodzonego przez niego partyzanckiego zgrupowania w Górach Świętokrzyskich, dowództwo VII batalionu 77 pułku piechoty AK na Nowogródczyźnie. Biografię uzupełnia informacja o publikacjach poświęconych "Ponuremu", uroczystościach utrwalających jego pamięć i legendzie, która zaczęła się tworzyć jeszcze za jego życia.
Praca oparta o obszerną bazę źródłową, wzbogaconą o nowe źródła: dokumenty oraz ustne i pisemne relacje podkomendnych "Ponurego". Książkę poprzedza wstęp Zdzisława Rachtana, "Halnego", jednego z ostatnich żyjących żołnierzy "Ponurego".
Książka o olbrzymich wartościach poznawczych, niezwykle cenna dla edukacji historycznej i patriotycznej młodego pokolenia.

Książkę można nabyć m.in.:

O mjr. "Ponurym" czytaj więcej:

Strona główna>

"Kochanemu Bratu…", czyli rzecz o realności świata

Grzegorz Wąsowski
[wybór zdjęć – autor strony]

"KOCHANEMU BRATU…", CZYLI  RZECZ O REALNOŚCI ŚWIATA

[…] jak trudno ustalić imiona wszystkich tych
co zginęli w walce z władzą nieludzką […]
jesteśmy mimo wszystko stróżami naszych braci
niewiedza o zaginionych podważa realność świata […]
Zbigniew Herbert,  "Pan Cogito o  potrzebie ścisłości"

Nie dajcie zwieść się pozorom, szanowni czytelnicy. To nie jest tekst historyczny, to jest opowieść o  niektórych ogniwach długiego łańcucha zdarzeń, który spowodował, że pewna mieszkanka Grodna na Białorusi, jeżeli założyć, że wrażliwość tej kobiety bliska jest intuicji wyrażonej przez Herberta we fragmencie wiersza przyjętym jako motto tego tekstu, niedawno zyskała znacznie większe przekonanie, co do realności świata niż to, które było jej udziałem przez z górą sześćdziesiąt lat. Początkiem tej historii niech będzie przypomnienie epizodu z  walk partyzantki antykomunistycznej na Podlasiu.

ŁUNA NAD KIEŁPIŃCEM

17 lutego 1947 r. w leżących na kolonii nadbużańskiej wsi Kiełpiniec zabudowaniach należących do Franciszka Goworka dopełnił się los czterech partyzantów dowodzonej przez kpt. Władysława Łukasiuka  "Młota" 6 Brygady Wileńskiej AK. Zginęli wówczas: dowódca 3 szwadronu 6 Brygady st. sierż. Józef Babicz "Żwirko", kpr. Franciszek Januszkiewicz "Zbieg", szer. Jan Małyszko "Grom" oraz szer. N.N. "Serdeczny".

St. sierż. Józef Babicz ps. "Żwirko", poległ w walce z KBW pod Kiełpińcem nad Bugiem 17 lutego 1947 r.

Początkiem splotu okoliczności, który zakończył się śmiercią tych czterech partyzantów był donos sołtysa Seroczyna, który w nocy z 16/17 lutego 1947 r. powiadomił jednostkę KBW stacjonującą w Sterdyni, że przez jego wioskę przechodzili członkowie bandy leśnej. Obywatelskie doniesienie sołtysa spowodowało, że w pościg za patrolem "Żwirki" wyruszyła dwudziestopięcioosobowa grupa żołnierzy KBW. W tym samym czasie partyzanci, nieświadomi nadciągającego niebezpieczeństwa, dotarli do położonego ok. 8 km od Sterdyni  Kiełpińca  i postanowili  tam odpocząć. Była sroga  zima. Podczas ostatnich godzin marszu grupy "Żwirki" padał gęsty śnieg, który, jak wiadomo z wiersza Herberta "Odpowiedź", ma moc głuszenia kroków, a dodatkowo jeszcze zaciera ślady. Aura była zatem dla leśnych sprzyjająca. Przy tym nic nie wskazywało na bliskie zagrożenie ze strony sił reżimu. W takich warunkach Kiełpiniec – wioska schowana pośród nadbużańskich lasów i otoczona  wówczas bezbrzeżnym morzem śniegu – musiał jawić się utrudzonym wielokilometrowym marszem partyzantom jako bezpieczna przystań. Do dzisiaj nie wiadomo, i zapewne tak pozostanie, co spowodowało, że grupa pościgowa dotarła do gospodarstwa, które patrol "Żwirki" wybrał na miejsce postoju. Możliwe, że stało się tak  za sprawą kolejnego donosu, ale niewykluczone, że żołnierze KBW zwyczajnie zgubili  w śniegu drogę. Po prawdzie nie ma to już teraz większego znaczenia, jeżeli w ogóle ma jakiekolwiek.

Por. Władysław Łukasiuk "Młot" i st. sierż. Józef Babicz "Żwirko". Podlasie, 1946 r.

Drużyna st. sierż. Józefa Babicza "Żwirki" (siedzi pierwszy z prawej w górnym rzędzie). Podlasie, lato 1946 r.

Wiadomo natomiast, co wydarzyło się, kiedy grupa pościgowa  zlokalizowała miejsce pobytu partyzantów. Zabudowania rodziny Goworków  natychmiast zostały okrążone przez żołnierzy KBW. Widząc to, ich mieszkańcy wybiegli na podwórze, dzięki czemu uratowali życie. Natomiast partyzanci pozostali wewnątrz budynku i stamtąd podjęli desperacką obronę. Po krótkiej wymianie ognia  dowódca grupy KBW wezwał ich do poddania, krzycząc że są otoczeni i nie mają możliwości ucieczki. Bez wątpienia miał rację, co do szans partyzantów na wyrwanie się z okrążenia, a dokładnie co do ich braku. Nie doczekał się jednak ze strony leśnych pozytywnej odpowiedzi, członkowie patrolu "Żwirki" nie mieli  zamiaru się poddać. Wtedy, na rozkaz dowódcy grupy KBW, w strzechę domostwa, w którym bronili się partyzanci, została wystrzelona rakieta zapalająca. Wkrótce cały budynek stanął w płomieniach. Pomimo to patrol "Żwirki" nie przerwał walki, aż do samego końca. Dwóch jego członków spłonęło w podpalonych przez KBW zabudowaniach. Jak wynika z raportu sporządzonego przez zastępcę Grupy Operacyjnej Sokołów KBW kpt. Wilczka spłonęli niemal doszczętnie, tak że pozostało po nich trochę stopionego tłuszczu i kości.
Ich dwaj towarzysze broni i niedoli zdołali, pomimo ostrzału ze strony żołnierzy KBW, wydostać się z płonącego budynku na podwórze. Jeden z nich zginął po przebiegnięciu ok. 100 metrów. Nieco dalej dobiegł "Żwirko". Poległ jakieś 150 metrów od zabudowań. Nie wiemy, którzy partyzanci bronili się do końca w budynku, a który padł wraz ze "Żwirką" w pozbawionym szans powodzenia, ostatnim zrywie ku wolności. W każdym razie żaden z nich nie skorzystał z możliwości oddania się w ręce wroga. Wybrali śmierć w walce. Pozostali wolnymi aż do samego kresu, do absolutnej granicy ludzkiego poznania, za którą zaczyna się wielka niewiadoma.

6 Brygada Wileńska AK na zbiórce. Podlasie, okolice Mężenina. 20 kwietnia 1946 r.

Wiadomo natomiast, że wtedy w Kiełpińcu poległ jeden z najdzielniejszych partyzantów oddziałów  "Łupaszki" i "Młota", bo za takiego należy bez wątpienia uznać "Żwirkę". Ten młody wiekiem żołnierz (miał 21 lat, gdy zginął) swój szlak partyzancki rozpoczął w lutym 1944 r. na Wileńszczyźnie w szeregach  5 Brygady Wileńskiej AK. Brał udział w kilkudziesięciu akcjach zbrojnych, był uczestnikiem kilku
dużych bitew partyzanckich zarówno z Niemcami jak i Sowietami. Osoby zainteresowane poznaniem karty bojowej Żwirki lub  dalszymi szczegółami przypomnianych w niniejszym tekście wydarzeń z 17 lutego 1947 r. w Kiełpińcu serdecznie zapraszam do odwiedzenia strony internetowej Fundacji "Pamiętamy", na której, w zakładce "Nasze publikacje", można zapoznać się z poświęconym ostatniej walce patrolu "Żwirki" opracowaniem Kazimierza Krajewskiego i Tomasza Łabuszewskiego, Z walk oddziałów kpt. Młota 6 Brygady Wileńskiej AK na Podlasiu.


[kliknij w okładkę aby pobrać w PDF]

BRAT

W listopadzie 2005 roku, staraniem Fundacji "Pamiętamy", w Kiełpińcu stanął pomnik upamiętniający poległych tam 17 lutego 1947 r. żołnierzy 6 Brygady Wileńskiej AK.

2
szwadron 6 Brygady Wileńskiej AK. Podlasie, 1947 r. Dowódca szwadronu
Walerian Nowacki "Bartosz" zginął 3 VII 1948 r. w walce z KBW
.

Pośród uczestników uroczystości odsłonięcia i poświęcenia pomnika zabrakło, niestety, członków rodzin upamiętnionych nim partyzantów. "Żwirko" pochodził z Wileńszczyzny, z  wioski Izar. Nie wiedzieliśmy wtedy, i nadal nie wiemy, czy żyje ktoś z jego bliskich. Na odnalezienie rodziny "Serdecznego"  z oczywistych powodów nie mieliśmy żadnych szans. Pozostaje on żołnierzem nieznanym, mogliśmy tylko objąć go serdeczną pamięcią, na jaką zasługuje każdy członek naszej wspólnoty narodowej, który zginął za wolność. O "Gromie" wiedzieliśmy tyle, że pochodził z Sokołowa Podlaskiego. Podlascy przyjaciele Fundacji "Pamiętamy" dość szybko ustalili, że rodzina Małyszków wyprowadziła się z Sokołowa jeszcze w drugiej połowie lat czterdziestych ubiegłego stulecia oraz że "Grom" miał brata, który zamieszkał potem w Łodzi. Niestety, na tym trop się urywał. Pomimo tego niesamowitym wręcz zrządzeniem losu udało się nam odnaleźć brata "Groma", Pana Zbigniewa Małyszko. Wprawdzie za względu na stan zdrowia nie mógł on wziąć udziału w uroczystości w Kiełpińcu, ale  mogliśmy przekazać mu wiadomość, że pamięć o jego bracie, Janie, nie tylko nie zaginęła, ale uzyskała formę trwałą. Wkrótce po ceremonii odsłonięcia pomnika nasza satysfakcja z odnalezienia brata "Groma" przez chwilę zmieszała się ze wzruszeniem. Stało się  tak, gdy na łamach wychodzącej wówczas w Sokołowie Podlaskim "Gazety Powiatowej" [nr 3/2006 (409)] przeczytaliśmy list Pana Zbigniewa Małyszko, w którym napisał:

Czytając wielokrotnie relację z uroczystości w Kiełpińcu musiałem uważać by własnymi łzami nie zmoczyć tekstu. W moim bardzo już długim, 83 letnim życiu nie było tylu wzruszeń naraz. Groza tragedii, dramat, żal, smutek, złość, że coś takiego mogło się stać […]. Wreszcie duma i satysfakcja z postawy patriotycznej, z heroizmu i determinacji, że walczył do ostatniego tchnienia dla Ojczyzny ocalenia, że zginął śmiercią bohatera – Mój Brat !

A kiedy dowiedzieliśmy się, że wiosną roku 2006 brat "Groma" wyprawił się z Łodzi do Kiełpińca, gdzie modlił się przy pomniku – symbolicznej mogile  swego brata i jego trzech towarzyszy broni –  uznaliśmy, że w tej sprawie, jeśli chodzi o odnalezienie rodzin żołnierzy oddziału "Młota" poległych w lutowy dzień 1947 r. w Kiełpińcu, nic nowego już się nie przydarzy. Tym bardziej, że nasze próby dotarcia do bliskich Franciszka Januszkiewicza "Zbiega", podjęte jeszcze przed uroczystością odsłonięcia pomnika, zakończyły się niepowodzeniem.

Pomnik w Kiełpińcu odsłonięty staraniem Fundacji "Pamiętamy" w 2005 r.
PAMIĘCI ŻOŁNIERZY
3 SZWADRONU 6 WILEŃSKIEJ BRYGADY AK
KPT. WŁADYSŁAWA ŁUKASIUKA "MŁOTA"

ST. SIERŻ. JÓZEFA BABICZA "ŻWIRKI"
KPR. FRANCISZKA JANUSZKIEWICZA "ZBIEGA"
SZER. JANA MAŁYSZKO "GROMA"
SZER. NN "SERDECZNEGO"

POLEGŁYCH 17 II 1947 R. W KIEŁPIŃCU
W WALCE Z KOMUNISTAMI
ZA NIEPODLEGŁOŚĆ POLSKI, WIARĘ KATOLICKĄ
I WOLNOŚĆ CZŁOWIEKA

Odsłonięcie pomnika w Kiełpińcu w 2005 r.

SIOSTRA

"Zbieg" był dezerterem z LWP, przed wstąpieniem w szeregi 6 Brygady Wileńskiej AK czasowo mieszkał w Białymstoku. Udało się nam nawet ustalić adres, pod którym przebywał w tym mieście. Nie pamiętam kto  z  kręgu  Fundacji "Pamiętamy" wyprawił się wtedy do Białegostoku na poszukiwanie bliskich Zbiega. W każdym razie nic to nie dało. Na miejscu nikt nie kojarzył nazwiska Januszkiewicz. Więcej nie mogliśmy nic zrobić. Wydawało się, że jak w przypadku "Żwirki" i "Serdecznego", także bliscy Zbiega nie dowiedzą się o upamiętnieniu  w Kiełpińcu. Stało się jednak inaczej.

6. Brygada Wileńska AK w czasie świąt wielkanocnych, kolonia Figały pod Mężeninem, kwiecień 1946 r.

Ponad trzy lata po uroczystości odsłonięcia pomnika poległych partyzantów z patrolu "Żwirki" Kazimierz Krajewski, wybitny znawca dziejów podziemia niepodległościowego, historyk z IPN-u a także merytoryczna podpora Fundacji „Pamiętamy”, jeden z najważniejszych organizatorów uroczystości w Kiełpińcu, wyprawił się służbowo do Grodna. To położone nad Niemnem miasto było w okresie okupacji niemieckiej jednym z najważniejszym na wschód od linii Curzona ognisk polskiej konspiracji  niepodległościowej. Także później, już podczas okupacji sowieckiej, działała tam polska partyzantka. Ostatnie jej grupy, wierne Rzeczypospolitej i złożonej przysiędze, trwające do końca na straconych posterunkach za jałtańską granicą, zostały wybite przez Sowietów dopiero w 1950 roku. Nawiasem mówiąc, najwyższy czas upamiętnić tych naszych rodaków, którzy zdecydowali się pozostać za kordonem  i tam padli w walce z Sowietami. To przecież są setki ludzi. Tymczasem, oceniając rzecz z dzisiejszej perspektywy, nie można o nich powiedzieć nawet, że to Żołnierze Wyklęci; to żołnierze kompletnie zapomniani. Może kiedyś…

Kazimierz Krajewski, wybitny znawca dziejów podziemia
niepodległościowego, historyk IPN a także merytoryczna podpora
Fundacji „Pamiętamy”
.

Jak wiadomo, w Grodnie i jego okolicach nadal żyje wielu Polaków. To z myślą o nich IPN, jeszcze  pod kierownictwem śp. Janusza Kurtyki, podjął  szereg cennych inicjatyw. Pracownicy warszawskiego oddziału tej instytucji wielokrotnie jeździli na Białoruś, w tym także do Grodna, z prelekcjami i wystawami przypominającymi m.in. historię Armii Krajowej na tamtych terenach. Jedna z głównych ról w tych działaniach przypadła Kazimierzowi Krajewskiemu. Podczas wspomnianego  wyjazdu do Grodna wygłosił  on w tym mieście wykład na temat dziejów Armii Krajowej na Grodzieńszczyźnie. Po prelekcji podeszła do niego starsza  kobieta. Zgodnie z jego relacją rozmowa  miała, mniej więcej, następujący przebieg:

  • Mój brat, proszę Pana, to walczył w Armii Krajowej na tych terenach. Jak potem przyszły ruskie, to jego wzięli siłą do Berlinga. To było gdzieś w końcu lata 1944 roku. Po tym już brata więcej nie widziałam. Wiem tyle, że później to on od tego Berlinga uciekł i ponownie poszedł do partyzantki, gdzieś w okolicach Białegostoku. Nie wyszedł z tego żywy, tyle wiem i nic ponadto na temat jego losów. Może Pan mi pomoże coś więcej ustalić?
  • A jak, szanowna pani, nazywał się  pani brat i jaki miał pseudonim?
  • Pseudonimu to nie znam, a nazywał się Franek. Franek Januszkiewicz.
  • Taaak, myślę, że mogę pani pomóc. Otóż pani brat….

I tylko szkoda, że nie było przy tym Arka Gołębiewskiego z kamerą, bo przecież to temat nie na zgrzebny mój tekst, lecz na dobry film dokumentalny w stylu "Sny stracone, sny odzyskane". W każdym razie kobieta była w kompletnym szoku, gdy Kazimierz Krajewski z miejsca podał pseudonim, pod którym jej brat walczył w szeregach 6 Brygady Wileńskiej, pokrótce opowiedział jego partyzanckie dzieje, aż do tragicznego końca 17 lutego 1947 r. w Kiełpińcu, a także poinformował, że od 2005 roku stoi tam pomnik upamiętniający między innymi jej brata. W ten oto sposób, po ponad sześćdziesięciu latach od śmierci "Zbiega", jego siostra dowiedziała się gdzie i w jakich okolicznościach zginął, a także usłyszała, że jego ofiara nie została przez współczesnych w Ojczyźnie zapomniana. Nie dziwcie się więc, szanowni czytelnicy, że gdy Kazimierz Krajewski zrelacjonował mi swoje spotkanie z siostrą "Zbiega", coś ścisnęło mnie za gardło.

KOCHANEMU  BRATU  FRANKOWI…

Zrobiło się ckliwie, a to znak, że najwyższy czas kończyć ten tekst. Zamknę go wspomnieniem z tegorocznej wyprawy na Podlasie. Jest dobrą tradycją, że co najmniej raz w roku przedstawiciele środowiska skupionego wokół Fundacji "Pamiętamy" wyruszają, w różnym składzie osobowym, w tę piękną krainę, aby  sprawdzić aktualną kondycję wzniesionych tam, staraniem fundacji, pomników. Wyjazdy te są okazją do spotkań z naszymi podlaskimi przyjaciółmi, a także wyprawą w historię, którą dawno temu uznaliśmy za ważną, wartą ożywienia oraz przekazania następnym pokoleniom; zasługującą na przetrwanie w pamięci społecznej choćby z tego powodu, że bohaterowie tej historii nie pisali żadnych listów otwartych do partii komunistycznej, aby dla urzeczywistnienia dyktatury proletariatu to i owo zmienić, lecz do szczególnie szkodliwych członków tej partii strzelali. A czynili tak, walcząc o niepodległość Polski i broniąc prawa człowieka do wolnego życia na ziemi.

W tym roku pojechałem na Podlasie w towarzystwie moich dwóch dobrych kolegów: notariusza i adwokata. Pogoda  sprzyjała naszej wyprawie. Podlasie przywitało nas słońcem, które przecież tego lata, niezależnie od regionu kraju, nie wyglądało zza chmur zbyt często. Do Kiełpińca dotarliśmy w okolicach południa. U podnóża pomnika stało kilka wypalonych zniczy, leżały dwa wieńce. Dostawiliśmy i zapaliliśmy nasze lampki pamięci i pomodliliśmy się w ciszy za dusze poległych partyzantów z patrolu "Żwirki". Potem rozwinąłem szarfy wieńców; to moje przyzwyczajenie. Tłumaczę ten nawyk tym, że cieszy mnie każdy symbol pamięci pozostawiony przy pomnikach wzniesionych staraniem Fundacji "Pamiętamy". Bo przecież jednym z materialnych dowodów na istnienie wielkiej historycznej i kulturowej wspólnoty, do której przynależymy, a której na imię Polska, są znaki pamięci pokoleniowej pozostawione w miejscach upamiętniających krew naszych przodków przelaną za wolność. Dlatego sprawdzam rodowody takich znaków. Jeden z  dwóch wieńców  leżących wówczas u podnóża pomnika w Kiełpińcu został złożony przez  środowisko kombatanckie z Podlasia. Natomiast na szarfie drugiego wieńca, mocno już wyblakłej, z trudem odczytałem napis: KOCHANEMU BRATU FRANKOWI – SIOSTRA…. Dalsza  jego część  zawierała imię siostry "Zbiega". Jednak ten fragment był  nieczytelny, a może po prostu zatarł się w mojej pamięci.  Zresztą jakie to ma w tej chwili znaczenie?

Wtedy w Kiełpińcu z całą ostrością dotarło do mnie, jak niezwykły splot wielu zdarzeń – wielkich (np. upadek komunizmu w Polsce), drobnych (np. działania Fundacji "Pamiętamy" czy inicjatywy podjęte przez IPN z myślą o rodakach żyjących za wschodnią granicą) i nieprawdopodobnych (np. opisane wcześniej w tekście spotkanie w Grodnie) – spowodował, że siostrze "Zbiega" dane było odbyć pielgrzymkę z Białorusi do miejsca śmierci jej brata, że przy pomniku upamiętniającym ofiarę z życia, którą złożył na ołtarzu wolności mogła pozostawić wieniec, wyraz siostrzanej pamięci. I tylko nie pamiętam czy to przywołana przeze mnie refleksja, czy też po prostu chwila zapatrzenia w świecące nad Kiełpińcem słońce spowodowała, że do moich oczu na krótką chwilę napłynęły łzy.

Powiedzą jedni: wizyta siostry "Zbiega" w Kiełpińcu to proste następstwo rozmowy tej kobiety z Kazimierzem Krajewskim, zaś o ich spotkaniu w Grodnie zdecydował ślepy los, nic więcej. Inni, i do nich ja należę, uznają, że to wcale nie przypadek sprawił, że do wizyty tej doszło. Nie przesądzimy tu i teraz, która intuicja jest trafna. Rozstrzygnięcie leży poza granicą ludzkiego poznania; poza granicą, którą 17 lutego 1947 r. przekroczyli "Żwirko", "Grom", "Serdeczny" i "Zbieg".

Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego < /font>
z lat 1944-1954.

Pokaz filmów o Żołnierzach Wyklętych

Pokaz filmów o Żołnierzach Wyklętych


Więcej na temat st. sierż. "Roja" czytaj:

Strona główna>