Uroczystości w Szczyrzycu – pamięci sierż. "Błyska"

Uroczystości upamiętniające sierż. Włodzimierza Morajko "Błyska" – Szczyrzyc, 17 grudnia 2017 r.
Włodzimierz Morajko ps. "Błysk", s. Antoniego i Emilii, ur. 14 XI 1930 r. w Gruszowie, pow. Limanowa; był uczniem gimnazjum w Szczyrzycu gdy w wieku 16 lat wstąpił na ochotnika do oddziału kapitana Jana Dubaniowskiego "Salwy". Złożył przysięgę na wierność Bogu i Ojczyźnie. Po pewnym czasie został dowódcą jednego z pododdziałów tzw. "terenówki". Ważną rolę w jego życiu odegrał przeor miejscowego klasztoru Ojciec Dominik Jurkowski. Włodzimierz Morajko zwracał się do niego w każdej nawet najtrudniejszej sprawie otrzymując pomoc i poradę. Dla młodego Morajki był on przewodnikiem duchowym. Pod koniec 1946 roku wszystkich partyzantów aresztowano i poddano brutalnemu śledztwu. Aresztowano również Ojca Jurkowskiego. Włodzimierz Morajko już nigdy nie zobaczył Opactwa w Szczyrzycu i pięknego widoku otaczających go wzniesień Beskidu Wyspowego. Został bestialsko zakatowany przez komunistycznych oprawców w wiezieniu w Rawiczu; zmarł 15 marca 1950 r.


Grzegorz Gaweł
Kapitan Jan Dubaniowski "Salwa" 1912-1947

Wydawnictwo CB, Warszawa 2016, ss. 220, oprawa miękka, format  165×235.

Choć od śmierci kpt. Jana Dubaniowskiego "Salwy" mija już prawie 70 lat, to w dalszym ciągu pozostaje on postacią mało znaną. Wielu spośród dowódców niepodległościowego zrywu doczekało się należytego upamiętnienia w postaci rzetelnie udokumentowanych pozycji wydawniczych powstałych w Polsce po okresie transformacji ustrojowej. Szerokie zainteresowanie społeczne tą tematyką stanowi odpowiedni moment dla przywrócenie pamięci o J. Dubaniowskim, a niniejsza praca ma na celu wypełnić tę lukę. Dotychczasowe publikacje poświęcone tej postaci skupiają się na okresie powojennym, gdy ponownie stanął do walki, tym razem z komunistycznym zniewoleniem, organizując na ziemi bocheńskiej „Żandarmerię”, przekształconą następnie w stały oddział partyzancki pod nazwą „Salwa”, a następnie w grupę NSZ „Salwa”. O okresie działalności tego żołnierza w czasie okupacji niemieckiej oraz o latach wcześniejszych wiemy bardzo mało – tyle ile ujawnił sam kpt. J. Dubaniowski w swoim oświadczeniu. Na zawarte w tym dokumencie informacje powołują się wszyscy piszący na ten temat autorzy. Już z samych zawartych tam ogólnych danych wynika, że jest to żołnierz, którego losami warto zainteresować się szerzej. Fragmentaryczność wiedzy na ten temat skłania do podjęcia próby przedstawienia historii tego człowieka w całości, ze szczególnym uwzględnieniem jego bogatej służby. Książka ta zadedykowana jest nie tylko J. Dubaniowskiemu, ale też jego żołnierzom wywodzącym się z podkrakowskich wiosek, którzy jeszcze raz stanęli do walki o niepodległość Polski, wierni złożonej przysiędze.

(fragment wstępu)


Grzegorz Gaweł, Ziemowit Kalinowski
Do końca byli wierni Bogu i Ojczyźnie. Oddział kpt. Jana Dubaniowskiego i jego zaplecze. Relacje, zdjęcia i dokumenty
Wydawnictwo: Cinderella, Warszawa 2017, oprawa: miękka, ilość stron: 170, wymiar: 170×240 mm.
Niniejsza publikacja stanowi suplement do wydanej w 2015 roku pracy pt. Kapitan Jan Dubaniowski "Salwa" 1912-1947.
Po ukazaniu się książki zaczęły napływać nowe informacje, zdjęcia i
dokumenty, przede wszystkim od rodzin związanych z oddziałem "Salwy".

Skłoniło
to również autora do wyjazdów w teren, aby przeprowadzić rozmowy z tymi
osobami, zachować dla potomnych przechowywane przez nich pamiątki
rodzinne. Z ich opowieści wyłania się ponury obraz lat powojennych,
wszechwładzy komunistycznego aparatu represji. Mówili o tym zarówno
członkowie rodzin żołnierzy "Salwy", jak i ci, którzy partyzantom tylko
pomagali. Za okazanie najmniejszej "dobrowolnej czy wymuszonej" pomocy
spadały na ludzi najsurowsze represje. Aresztowano i bito w czasie
przesłuchania za to, że podali szklankę mleka, że przenocowali
partyzanta, ale i za to, że partyzant sam, nie pytając nikogo o
pozwolenie, nalał sobie wody ze studni do picia. Represjonowano za nie
dość szybkie powiadomienie organów bezpieczeństwa. Jeżeli ktoś się
wybronił, że udzielił pomocy pod przymusem przystawionego "do głowy
pistoletu", mógł czasami liczyć, że cała historia skończy się tylko na
pobiciu w czasie przesłuchania. Jeszcze okrutniej traktowana była
najbliższa rodzina. Komuniści stosowali zasadę odpowiedzialności
zbiorowej: często matka, ojciec, brat czy siostra trafiali do więzienia,
gdy ich syn lub brat, który był w partyzantce, pozostawał nieuchwytny.
Nawet przyprowadzenie księdza do spowiedzi ściganemu kończyło się
wyrokiem. Rozmówcy autora bardzo dobrze pamiętali nazwiska swoich
oprawców – Marian Koza czy Trybuś.
Autor dotarł do ostatnich żyjących
świadków wydarzeń, odnalazł w Centralnym Archiwum Wojskowym teczkę
personalną por. Jana Dubaniowskiego, od rodzin partyzantów uzyskał dotąd
nieznane zdjęcia i dokumenty.

Książka do nabycia m.in.:

WARTO PRZECZYTAĆ… (111)


Robert Radzik

Z otchłani niepamięci. Szkice i opowieści o Wyklętych z NZW
Wydawnictwo Miles, 2017, liczba stron: 288, oprawa: miękka ze skrzydełkami, format: 145 x 205 mm
Dr Wojciech Jerzy Muszyński: Autor przybliża postacie zapomnianych bohaterów powojennej konspiracji niepodległościowej oraz dramatyczne wydarzenia, dziś także nieobecne w pamięci zbiorowej. Polecam!

Leszek Żebrowski: Książka nie zawiera suchych zestawień naukowych, schematycznych opisów akcji i obław na Wyklętych. Każde opowiadanie to wyczucie czasów i ówczesnych realiów, przedstawione na dzisiejszy sposób.
Książka do nabycia m.in.:
[kliknij w obraz aby powiększyć]







73. rocznica śmierci ppor. "Ragnera"

73. rocznica śmierci ppor. Czesława Zajączkowskiego "Ragnera"

…Nie dajmy zginąć poległym.
Zbigniew Herbert


Ppor. Czesław Zajączkowski ps. "Ragner", dowódca IV batalionu 77 pp AK, a następnie Zgrupowania "Południe" na Nowogródczyźnie.

73
lata temu, 3 grudnia 1944 r., podczas próby przebicia się przez
okrążenie złożone z 1400 funkcjonariuszy sowieckiego NKWD, wspartych
artylerią i bronią pancerną, poległ wraz z kilkoma swoimi żołnierzami ppor. Czesław Zajączkowski "Ragner", dowódca IV batalionu 77. pp Armii Krajowej, a następnie Zgrupowania "Południe" na Nowogródczyźnie.

W
dniu 3 grudnia 1944 r. trzy pierścienie funkcjonariuszy WW NKWD (ponad
1400 ludzi) okrążyły teren pomiędzy Niecieczą i Cackami (do
bezpośredniej akcji użyto 400 funkcjonariuszy). Walka z niespełna 30-osobowym oddziałem "Ragnera" rozegrała się koło chutoru Jeremicze.
Większość oddziału polskiego zdołała wymknąć się z pierścienia
okrążenia, a sowieci zdołali zniszczyć jedynie 8-sobową grupkę
partyzantów, w składzie której znajdował się komendant. Według polskich
relacji poległo 7 partyzantów, w tym ppor. Czesław Zajączkowski
"Ragner", jego brat Leon Zajączkowski "Drzewica" i plut. Stanisław
Tobota "Ojciec" (śmiertelnie ranny), zaś jeden – Wacław Brylewski
"Mucha" – dostał się do niewoli. Ciała poległych partyzantów i ppor.
"Ragnera" funkcjonariusze NKWD pogrzebali w nieznanym do dzisiaj
miejscu.

Ppor. "Ragner" (drugi z prawej) z grupą swoich żołnierzy. Pierwszy z prawej plut. Stanisław Tobota "Ojciec".

Ppor. Czesław Zajączkowski "Ragner"
był jednym z najbardziej znienawidzonych przez sowietów dowódców
nowogródzkiej Armii Krajowej. Jego działania przeciwko sowieckiej
partyzantce permanentnie zwalczającej „białopolaków”, prowadzone na
przełomie 1943/44 r. na Nowogródczyźnie, a także późniejsza niezłomna
walka przeciw bandyckim działaniom, godzącym w ludność polską i podjęte w
związku z tym poważne uderzenia odwetowe w sowiecką administrację i
siły bezpieczeństwa, doprowadziły do tego, że nowi okupanci zaczęli bać
się go jak ognia, nadając mu nawet wiele mówiący przydomek – "CZIORT W OCZKACH" (diabeł w okularach).

Ppor. Czesław Zajączkowski "Ragner" z żoną.

Ppor.
"Ragner" należał do tych dowódców AK, którzy nie złożyli broni przed
Sowietami w lipcu 1944 r. Był najwybitniejszym organizatorem oporu
przeciw sowieckim okupantom w centralnej części województwa
nowogródzkiego. Dowodzone przez niego oddziały wchodzące w skład
Zgrupowania AK „Południe” wykonały setki akcji przeciw NKWD i sowieckiej
administracji. W liście z września 1944 r. skierowanym do władz
sowieckich w Lidzie „Ragner” informował, że w odwet za zbrodnie
popełnione przez komunistów na ludności Nowogródczyzny będzie likwidował
przedstawicieli aparatu okupacyjnego.

Bielica nad Niemnem. Wśród dziewcząt ppor. Czesław Zajączkowski "Ragner".

Po
śmierci ppor. "Ragnera", pozostali przy życiu jego podkomendni
kontynuowali działalność pod nowym dowództwem, przeciwstawiając się
sowieckim okupantom jeszcze przez kilka lat. Z pozostałych w polu ludzi
na przełomie 1944 i 1945 r. nowy oddział partyzancki zorganizował
adiutant "Ragnera" sierż. Anatol Urbanowicz „Laluś”, a ostatni z tych Kresowych Straceńców walczyli i ginęli jeszcze w maju 1949 roku, pod rozkazami ppor. Anatola Radziwonika "Olecha".

Sierż.
Anatol Urbanowicz "Laluś". Adiutant ppor. "Ragnera", dowodził oddziałem
po jego śmierci. Okresowo pełnił funkcję Komendanta Obwodu
Szczuczyn-Lida. Wiele razy starł się z grupami operacyjnymi NKWD.
27 maja 1945 pod Lidą osaczony z oddziałem przez grupę zwiadu 34. zmotoryzowanego pułku strz. NKWD. Nie chcąc wpaść w ręce Sowietów zastrzelił się.


Ppor. Anatol Radziwonik „Olech”,
„Mruk”, „Ojciec”, „Stary”,
oficer VII batalionu 77 pp AK, komendant połączonych poakowskich
obwodów Szczuczyn i Lida, walczył z reżimem komunistycznym do 12 maja
1949 r., kiedy to poległ przebijając się przez trzy kordony obławy NKWD.

Śmierć ppor. Anatola Radziwonika "Olecha" oznaczała symboliczny kres
zorganizowanego polskiego oporu przeciwko Sowietom na Kresach Wschodnich II RP, jednak co najmniej do połowy lat 50-tych
walka zbrojna na tym terenie była kontynuowana przez drobne grupki
„ostatnich leśnych”, nawet przez pojedynczych partyzantów, których
propaganda bolszewicka nazywała „terroristy odinoczki”.

GLORIA VICTIS !

Więcej informacji o ppor. "Ragnerze" znajdziesz w artykule:

Zainteresowanych walką polskich partyzantów na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej (m.in. ppłk cc Macieja Kalenkiewicza "Kotwicza", por. Jana Borysewicza "Krysi"ppor. Anatola Radziwonika "Olecha") po wkroczeniu Sowietów, zapraszam do lektury kategorii Im poświęconej:

Czytaj również:

Zapoznaj się z opracowaniem, autorstwa Kazimierza Krajewskiego i Tomasza Łabuszewskiego, zatytułowanym "Polegli
na straconych posterunkach. Z dziejów polskiego podziemia
niepodległościowego na Kresach  II Rzeczypospolitej (1944-1956)"
, które – klikając na okładkę poniżej – można pobrać w całości (w formacie PDF).

Strona główna>
Prawa autorskie>

70. rocznica śmierci kpt. "Bartka"

70. rocznica zamordowania kpt. Henryka Flame "Bartka"

…Nie dajmy zginąć poległym.
Zbigniew Herbert


Kpt. Henryk Flame "Bartek"

70.
lat temu, 1 grudnia 1947 roku, w Zabrzegu pod Czechowicami został
zamordowany kpt. Henryk Flame "Bartek", legendarny dowódca zgrupowania
partyzanckiego Narodowych Sił Zbrojnych
na Śląsku Cieszyńskim.

Dnia
1 grudnia 1947 roku o godzinie 14 Henryk Flame przyszedł do warsztatu
znajomego Wiktora Cimali z prośbą, żeby zrobił drzwi żelazne do kościoła
Św. Katarzyny. Praca nad drzwiami, w której pomagał Flame, trwała do
godziny 18. Po skończonej pracy, Cimola zaproponował „Bartkowi", że
odprowadzi go do domu. Po drodze wstąpili do restauracji prowadzonej
przez Kozika na piwo. Tam spotkali Wiktora Ryszkę do którego się
dosiedli. Później doszło kilku innych znajomych między innymi Rudolf
Stafi z żoną i Stefan Kapela. W tym mniej więcej towarzystwie na
propozycję Stefana Kapeli cała grupa udała się samochodem do restauracji
Czyloka w Zabrzegu.

Pod restaurację prowadzoną przez Józefa
Czyloka w Zabrzegu samochód z gośćmi, wśród których był Flame, podjechał
między godziną 19 a 20.  Z samochodu oprócz wyżej wymienionych gości,
wyszło również dwóch funkcjonariuszy MO oraz kilku członków orkiestry,
którą wzięto z restauracji Kozika. Całe towarzystwo bez przeszkód weszło
do restauracji i zajęło stoliki. W tym czasie około godz. 20
funkcjonariusz MO o nazwisku Drapacz poznawszy wchodzącego do
restauracji Henryka Flame poszedł na miejscowy posterunek, gdzie
poinformował komendanta placówki Kazimierza Dolacińskiego, że widział
jak „Bartek" w towarzystwie znajomych wszedł do restauracji u Czyloka,
mówiąc przy tym, że może dojść do „gradny" gdyż kilka dni wcześniej, 29
listopada 1946 roku, Flame strzelał w tej restauracji na wiwat i
nieprzychylnie wypowiadał się o „władzy ludowej". Obaj milicjanci poszli
zatem do restauracji, tam zastali już funkcjonariusza MO Całujka a
chwilę później przyszli milicjanci, Rudolf Dadak i Multak.  Byli tam
również czechowiccy milicjanci Stanisław Kopeć i Jan Zygowski, którzy
przyjechali w towarzystwie Flamego. W związku z tym, że miejscowy
posterunek został bez obstawy, komendant Dolaciński odmeldował Dadaka i
Drapacza na placówkę MO. Jednak Dadak został, a zamiast niego na
posterunek poszedł Multak.

Około godziny 21.20 do baru, przy
którym stali milicjanci, podszedł Flame i zaprosił komendanta
Dolacińskiego do stolika, ale ten odmówił mówiąc przy tym, że jest na
służbie a zresztą nie pije z nieznajomymi na co Flame przedstawił się
podając jednocześnie swój NSZ-owski pseudonim, tak że wszyscy w pobliżu
to usłyszeli. W tym czasie w restauracji znajdowało się pięciu
milicjantów pilnujących porządku przed ewentualną awanturą, zwłaszcza,
że towarzystwo Flamego było już mocno rozbawione. O godzinie 22 Czylok
zabrał się do zamykania baru, widząc to Flame podszedł do Dolacińskiego i
poprosił o dłuższe pozostanie obecnych na sali, ponieważ ma obawy, że
na zewnątrz może dojść do awantury. Dzięki interwencji komendanta
posterunku Czylok zrezygnował z zamknięcia restauracji.

Gdy
kolejny raz Flame podszedł do baru zaczepił go Rudolf Dadak pytając czy
pamięta go z roku 1944 na co zapytany odpowiedział, że jeżeli był w
partyzantce to walczyli razem przeciwko okupantowi i na tym rozmowa się
skończyła. Według późniejszej relacji samego Dadaka rozmowa przebiegła
nieco inaczej, a mianowicie, że „podchmielony" Flame podszedł do niego i
mu ubliżył używając przy tym wulgarnych słów. Bezpośrednio po tym
incydencie Flame poszedł do osobnego pomieszczenie gdzie przysiadł się
do Marii Stafi i do żony Ryszka. Był podłamany, skarżył się, że jego na
świecie już nic nie cieszy, żyje tylko dla dzieci i dla matki.

Dochodziła
godzina 23 dnia 1 grudnia 1947 roku gdy usłyszano serię strzałów i
towarzyszący jej krzyk kobiet. Chwilę później Henryk Flame leżał bez
ruchu w kałuży krwi obok krzesła na którym siedział. Strzał oddał
funkcjonariusz MO Rudolf Dadak, który stał w drzwiach z karabinem w ręku
z lufą skierowaną do pokoju, w którym siedział Flame. Od razu dopadł go
funkcjonariusz Całujek, który odebrał Dadakowi broń. Na zapytanie
dlaczego to zrobił odparł, że „nie może znosić by tacy wrogowie
Demokracji, którzy przed niedawnym czasem strzelali do milicjantów
chodzili teraz bezkarnie."


Zwłoki kpt. "Bartka"
skrytobójczo zastrzelonego przez milicjanta w barze w
Zabrzegu.


Henryk
Antoni Flame, ps. "Grot", "Bartek", (ur. 15 stycznia 1918 we Frysztacie
na Zaolziu, zm. 1 grudnia 1947) – pilot wojskowy, żołnierz NSZ.

Był
synem Emeryka i Marii z domu Raszyk. W 1919 roku rodzina Flame
przeniosła się do Czechowic (obecnie Czechowice-Dziedzice) znajdujących
się w granicach II Rzeczypospolitej. Wykształcenie zdobył w miejscowym
gimnazjum i w Szkole Przemysłowej w Bielsku. W 1936 roku wstąpił na
ochotnika do wojska rozpoczynając naukę w Szkole Podoficerów Lotnictwa
dla Małoletnich w Bydgoszczy, którą ukończył w roku 1939 w stopniu
kaprala pilota dostając przydział do 123 eskadry 2 pułku lotniczego
stacjonującego na lotnisku w podkrakowskich Rakowicach.


Zdjęcie wykonane po amnestii 1947 r. Henryk Flame „Bartek”
(pierwszy od prawej) wraz ze swoimi żołnierzami
(od lewej: Gustaw Matuszny, ps. „Orzeł Biały”, N.N., Stanisław Włoch, ps. „Lis”).

W wojnie
obronnej Polski w 1939 r., jako pilot 123 eskadry myśliwskiej
przydzielonej do Brygady Pościgowej, Henryk Flame, bronił nieba nad
Warszawą przed samolotami wroga. 1 września w okolicach Zakroczyma
doszło do pierwszej bitwy powietrznej II wojny światowej, w wyniku
której maszyna kpr. Flame została zestrzelona, a on sam od tej pory
znajdował się w dyspozycji prezydenta Warszawy, Stefana Starzyńskiego. Z
6 na 7 września 123 eskadra została wycofana z Warszawy na podlubelskie
lotniska, a 17 września jej żołnierze przekroczyli granicę rumuńską. W
tym czasie Henryk Flame dostał prawdopodobnie przydział do nowo
sformowanej Eskadry Rozpoznawczej operującej na linii Lwów –
Zaleszczyki.

Po 17 września został zestrzelony przez Rosjan w
okolicach Stanisławowa po czym zorganizował z luźnych grup żołnierzy z
rozbitych jednostek konwój, który pod koniec września przekroczył
granicę z Węgrami. Na Węgrzech Flame wraz z innymi żołnierzami został
internowany i osadzony w tymczasowym obozie, z którego jednak szybko
uciekł. Ukrywając się u węgierskiego gospodarza został zadenuncjowany i
przekazany władzom niemieckim, które umieściły zbiega w obozie jenieckim
zlokalizowanym na ziemiach austriackich wcielonych do III Rzeszy. W
drugiej połowie 1940 roku, dzięki interwencji rodziny, Flame został
wypuszczony z obozu (historycy o orientacji lewicowej, uważają, że
kluczową rolę w wypuszczeniu Flamego z obozu, odegrał fakt podpisania
przez niego volkslisty). Po powrocie do Czechowic, Henryk Flame, podjął
pracę jako maszynista na miejscowej kolei i związał się jednocześnie z
niepodległościową konspiracją.

Założył organizację HAK podległą
AK, która zajmowała się wywiadem i sabotażem. Na przełomie roku 1943 i
1944, zagrożony dekonspiracją i aresztowaniem, wraz z podkomendnymi
uciekł do lasu, gdzie zorganizował samodzielny oddział partyzancki
operujący w podbeskidzkich lasach. Zauważony przez dowództwo NSZ
otrzymał propozycję wejścia w raz z oddziałem w szeregi tej organizacji,
z której to propozycji skorzystał i w październiku 1944 roku został
zaprzysiężony na żołnierza NSZ.

12 lutego 1945 roku do Czechowic
wkroczyła Armia Czerwona, a Flame, realizując zalecenia dowództwa NSZ,
ujawnił się, i wraz z oddziałem, zachowując konspiracyjne struktury,
oddał się do dyspozycji "władzy ludowej" i wbrew protestom miejscowych
komunistów, objął stanowisko komendanta miejscowego komisariatu MO. W
dalszym ciągu realizując wytyczne dowództwa NSZ, Flame obsadził swoimi
ludźmi komisariat i podległe mu jednostki, a także gromadził wokół
siebie ludzi opozycyjnie nastawionych do komunistów gromadzić
jednocześnie broń przygotowując się do nieuchronnej konfrontacji z
komunistami.

W kwietniu 1945 roku, kolejny raz, jak za okupacji
niemieckiej, zagrożony dekonspiracją i aresztowaniem, Flame uciekł ze
swoimi ludźmi w pobliskie lasy. Od tej pory Flame zaczął występować jako
"Bartek" odtwarzając odziały partyzanckie VII Okręgu
Śląsko-Cieszyńskiego NSZ rozpoczynając tym samym "drugą konspirację". Od
maja 1945 roku do lutego roku 1947 Henryk Flame stał na czele
największego zgrupowania niepodległościowego na Śląsku Cieszyńskim,
którego liczebność, w szczytowym okresie, wynosiła ponad 300 dobrze
uzbrojonych i umundurowanych żołnierzy. Składające się z kilku oddziałów
zgrupowanie przeprowadziło łącznie ok. 340 akcji zbrojnych. Do
największego wystąpienia zgrupowania pod dowództwem Flamego należało
zajęcie 3 maja 1946 roku małej, uzdrowiskowej miejscowości Wisły, w
której przeprowadził, na oczach sterroryzowanych komunistów, dwugodzinną
defiladę w pełni umundurowanych i uzbrojonych żołnierzy NSZ, co było
ewenementem w państwach "władzy ludowej". W okresie tym Flame otrzymał
stopień kapitana NSZ i stał się największym
postrachem komunistów na Śląsku Cieszyńskim.


Od
lewej: Alojzy Wizner „Lis”, Antoni Wizner „Brzoza”, członkowie
zgrupowania „Bartka”, straceni 15 stycznia 1947 r. w Bielsku na mocy
wyroku WSR w Katowicach.

We wrześniu 1946
roku, w wyniku ubeckiej prowokacji, co najmniej 100 żołnierzy
zgrupowania "Bartka" zostało wywiezionych na Opolszczyznę i
zamordowanych (według najnowszych przypuszczeń ten masowy mord miał
miejsce w lasach w okolicach wsi Barut lub okolicach Grodkowa. Kolejnym
postulowanym miejscem mordu są Łambinowice). Od tego czasu zgrupowanie
pod dowództwem Flamego zaczęło tracić inicjatywę kosztem komunistów,
którzy w licznych obławach dziesiątkowali oddziały podległe "Bartkowi".


Raport agenta MBP Henryka Wendrowskiego z prowokacyjnej operacji „Lawina”, zakończonej wymordowaniem żołnierzy „Bartka”.

W
obliczu beznadziejnej sytuacji Flame podjął decyzję o ujawnieniu się
przy najbliższej okazji, którą stała się uchwalona przez sejm na dzień
22 lutego 1947 roku amnestia. Sam "Bartek" z najbliższym otoczeniem
ujawnił się dopiero 11 marca 1947 roku w Cieszynie. Był to dla
komunistów ogromny sukces, który jednak przyćmiewał fakt, że Flame,
ujawniając się na mocy amnestii, był bezkarny, a według nich musiał
ponieść karę. Komuniści rozpoczęli więc kolejną prowokację mającą na
celu "ukaranie" Flamego. Ponoć nieoficjalny wyrok śmierci na "Bartka"
wydał sam Bierut, który nie mógł znieść myśli o przemarszu niemal 400
ludzi z NSZ przed posterunkiem MO w Wiśle.

Do skrytobójczego
zamachu na Flamego doszło 1 grudnia 1947 roku w Zabrzegu pod
Czechowicami. Zamachowcem był miejscowy milicjant Rudolf Dadak, który
nigdy nie został osądzony za swoją zbrodnię, tak samo jak inspiratorzy
zamachu (Henryk Wendrowski), mimo prowadzonego śledztwa, nie zostali
ujawnieni i postawieni przed sądem.

Więcej na temat zgrupowania kpt. Henryka Flame "Bartka" czytaj:

Strona główna>
Prawa autorskie>