WARTO PRZECZYTAĆ… (4)


Tomasz Toborek

Stanisław Sojczyński i Konspiracyjne Wojsko Polskie

Łódź 2007, ss. 274 + 28, cena 30,00 zł.

Monografia traktuje nie tylko o całokształcie dziejów największej organizacji podziemia antykomunistycznego w centralnej Polsce po II wojnie światowej, ale także charakteryzuje profil ideowy oraz koleje losu jej założyciela i dowódcy – kpt. Stanisława Sojczyńskiego „Warszyca”. Nawet na tle wybitnych dowódców I i II konspiracji jawi się on jako postać nietuzinkowa, w pełni zasługująca na szerszą prezentację, zwłaszcza że w okresie PRL jego dokonania były prezentowe w fałszywym świetle. W pracy omówiono działalność trzech Komend KWP, dokonano charakterystyki ich aktywności zbrojnej, wywiadowczej i politycznej oraz kontakty z innymi strukturami podziemia niepodległościowego. Zrekonstruowano również przebieg akcji prowadzonych wobec KWP przez komunistyczny aparat bezpieczeństwa.

Źródło: Instytut Pamięci Narodowej



Tomasz Kurpierz, Przemysław Piątek

"Dobić wroga". Aparat represji wobec podziemia zbrojnego na Śląsku Cieszyńskim i Żywiecczyźnie (1945-1947)

Oprawa twarda, format B5, ss. 482, cena: 47,00 zł.

Książka prezentuje szeroki wachlarz działań podejmowanych przez komunistyczny aparat represji wobec niepodległościowego podziemia zbrojnego na Śląsku Cieszyńskim i Żywiecczyźnie w latach 1945-1947. Omówiono metody o charakterze operacyjnym, zbrojnym i prawnym, a także – biorąc pod uwagę nawet ówczesny stan prawny – przestępczym. Szczegółowo przedstawiono m.in. specjalną akcję prowokacyjną Urzędu Bezpieczeństwa, w wyniku której wymordowano większość żołnierzy z największego na tym terenie zgrupowania partyzanckiego dowodzonego przez Henryka Flamego „Bartka”.

Książka do nabycia: Towarzystwo Naukowe SOCIETAS VISTULANA
Strona główna>

Spór o pochówek

Czy stalinowski sędzia będzie miał uroczysty pogrzeb ?!

Spór o pochówek. Mieczysław Widaj skazał na śmierć w latach 1945 – 1953 ponad 100 żołnierzy podziemia niepodległościowego.

Płk. Mieczysław Widaj

Stalinowski sędzia zmarł w piątek w Warszawie. Miał 95 lat. Jego żona chciała go pochować na cmentarzu parafialnym kościoła Świętej Katarzyny w Warszawie. Jednak planowany na dzisiaj pogrzeb nie doszedł do skutku.
Dostałem telefon z kurii, żeby wstrzymać się z pogrzebem – wyjaśnia ksiądz Józef Maj, proboszcz parafii. – Widocznie pojawiły się poważne przeciwwskazania – dodaje. W tej sprawie u arcybiskupa warszawskiego Kazimierza Nycza interweniował wicemarszałek Senatu Zbigniew Romaszewski.

Są chyba jeszcze cmentarze komunalne w Warszawie, gdzie taki zbrodniarz może zostać pochowany – oburza się Romaszewski, tłumacząc, dlaczego podjął się interwencji. Co dalej z pogrzebem stalinowskiego sędziego?
Żadna ostateczna decyzja jeszcze nie zapadła. Wkrótce wszystko powinno się wyjaśnić – mówi ks. Jarosław Mrówczyński, rzecznik warszawskiej kurii.

Kontrowersje wzbudza nie tylko zamiar pochowania Widaja na katolickim cmentarzu. – Przygotowaniami do pogrzebu zajmuje się związek skupiający byłych żołnierzy – mówi ks. Maj. – Jeszcze tego brakowało, żeby człowiek, który ma tyle krwi na rękach, był chowany z honorami wojskowymi – mówi Romaszewski. Dlatego zamierza interweniować w tej sprawie u ministra obrony narodowej Bogdana Klicha.

W czasach stalinowskich Mieczysław Widaj wydał ponad 100 wyroków śmierci. Orzekał w najgłośniejszych sprawach tamtego okresu. Skazał legendarnego dowódcę podziemia Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę” i jego podkomendnych na wielokrotną karę śmierci. Podobny wyrok wydał w sprawie asa polskiego lotnictwa Stanisława Skalskiego, któremu później zmieniono ją na dożywocie. Przewodniczył składowi sędziowskiemu, który skazał biskupa kieleckiego Czesława Kaczmarka w sfingowanym procesie na 12 lat więzienia. Wielokrotnie orzekał w tak zwanych procesach kiblowych, które odbywały się na miejscu w więzieniu i polegały na błyskawicznym skazywaniu oskarżonych. W lutym 1951 r. Widaj zatrzymał w więzieniu gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”, o co wnioskowała prokurator Helena Wolińska.

Za wszystkie te wyroki nie spotkała go żadna kara. IPN kilkakrotnie usiłował postawić go przed sądem, ale za każdym razem śledztwo zostawało zawieszane ze względu na zły stan zdrowia Widaja.

Jako były pułkownik Ludowego Wojska Polskiego oraz sędzia pobierał bardzo wysoką emeryturę w wysokości ponad 9 tysięcy złotych miesięcznie. – Taka to jest u nas sprawiedliwość, że kat dostaje takie pieniądze, a wiele z jego ofiar żyje za 1000 złotych – podsumowuje Romaszewski.

Mieczysław Widaj – sędzia, płk (1955), ur. 12 września 1912 w Mościskach, woj. lwowskie. Syn Jana i Anieli z d. Żywczyn. Magister praw Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie 1934 roku. Absolwent Szkoły Podchorążych Rezerwy Artylerii we Włodzimierzu Wołyńskim z 1935 roku. W styczniu 1938 r. awansowany do stopnia ppor. rezerwy. Od 1936 r. do 1939 r. aplikant w Sądzie Grodzkim w Mościskach (1936-1937) i Sądzie Okręgowym w Przemyślu (1937-1939).

W kampanii wrześniowej 1939 r. dowódca plutonu artylerii 60. dywizjonu artylerii ciężkiej, walczącego do 13 września w rejonie Jarosławia i Łańcuta. Do października 1941 r. przebywał bez pracy i w ukryciu w Mościskach. W latach 1941-1944 pracował w kancelariach adwokackich Lwa Kulczyckiego i Stanisława Nowotyńskiego w Mościskach. Oficer łączności Obwodu AK Mościska pod ps. "Pawłowski". Z dniem 11 XI 1943 r. w AK awansowany do stopnia porucznika. We wrześniu 1944 r. zgłosił się do Oddziałów Leśnych "Warta". Do lutego 1945 r. był adiutantem d-cy baonu "A" Oddziałów Leśnych "Warta" dowodzonego przez por. "Mazurkiewicza" Ludwika Kurtycza. Przedstawiony do awansu do stopnia kapitana.

W okresie sierpień 1944 – luty 1945 r. zatrudniony był na stanowisku aplikanta sądowego w Przemyślu. W dniu 15 III 1945 r. zmobilizowany do LWP; sędzia Wojskowego Sądu Garnizonowego w Warszawie, sędzia Wojskowego Sądu Okręgowego Nr I w Warszawie (październik 1945 – kwiecień 1946), sędzia WSO w Łodzi (kwiecień-listopad 1946), sędzia WSG w Łodzi (grudzień 1946 – grudzień 1947), sędzia Wojskowego Sądu Rejonowego w Łodzi (grudzień 1947 – czerwiec 1949), zastępca szefa WSR w Warszawie (lipiec 1949 – kwiecień 1952), szef WSR w Warszawie (kwiecień 1952 – lipiec 1954) i zastępca prezesa Najwyższego Sądu Wojskowego (sierpień 1954 – grudzień 1956). Jako sędzia wojskowy wydał ponad 100 wyroków śmierci na żołnierzy i działaczy powojennego podziemia niepodległościowego, polskich patriotów, m.in.:
7 kwietnia 1950 skazał asa polskiego lotnictwa Stanisława Skalskiego na karę śmierci w więzieniu mokotowskim w tzw. procesie kiblowym,
3 lipca 1950 skazał na 5-krotną karę śmierci por. Stefana Bronarskiego "Romana",
2 listopada 1950 skazał legendarnego dowódcę podziemia Zygmunta Szendzielarza "Łupaszkę" i jego podkomendnych na wielokrotną karę śmierci.
W lutym 1951 na wniosek Heleny Wolińskiej zatrzymał w więzieniu Augusta Emila Fieldorfa "Nila".
W dniach 14-21 września 1953 przewodniczył składowi sędziowskiemu WSR w Warszawie, który skazał biskupa kieleckiego Czesława Kaczmarka w sfingowanym procesie pokazowym tzw. procesie biskupa Kaczmarka.
16 listopada 1953 skazał na karę dożywotniego więzienia podpułkownika Jana Mazurkiewicza "Radosława".

Członek PPR/PZPR od 1948 roku. 18 XII 1956 r. przeniesiony do rezerwy. Po zakończeniu służby radca prawny Centralnego Laboratorium Chemicznego w Warszawie (1958-1964), Centralnego Zarządu Konsumów (od 1958 r.), a następnie Komendy Garnizonu m. st. Warszawy (od 1964 r.).

Źródło: Rzeczpospolita
Strona główna>

Prawdziwa historia przemilczanych bohaterów !!!

„Atlas podziemia niepodległościowego 1944–1956”
wydawnictwo IPN – wydarzeniem edukacyjnym 2008 roku

Instytut Pamięci Narodowej oraz Narodowe Centrum Kultury zapraszają 17 stycznia 2008 roku o godz. 14.00 do klubu Hybrydy w Warszawie na promocję „Atlasu polskiego podziemia niepodległościowego 1944–1956”.


W programie:

* 14.00 – projekcja filmu „Ostatni”,
* 14.30 – otwarcie dyskusji „Pamięć, której miało nie być” z udziałem: Prezesa IPN dr. hab. Janusza Kurtyki, redaktora naczelnego Atlasu dr. Rafała Wnuka oraz dr. Krzysztofa Kałamuckiego, żołnierza Ruchu Oporu AK Mieczysława Chojnackiego ps. „Motor”, reżysera Ryszarda Bugajskiego, scenarzysty Wojciecha Tomczyka
* Wręczenie nagród w konkursie „Najlepszy Debiut Historyczny Roku”
* 15.30 – maraton filmowy:
„Partyzanckie dzieci”,
„Uskok”,
„Konspiracyjne Wojsko Polskie”,
„Żubryd”,
„Huzar”,
* Koncert zespołu „16 Pułk” z Tarnowa

Wszystko w scenerii wystawy „Zaplute karły reakcji” oraz przy udziale grupy rekonstrukcji historycznej. Imprezę poprowadzi Maciej Pawlicki.
Zapraszamy !!!

***
Atlas polskiego podziemia niepodległościowego ukazuje zjawisko zorganizowanego oporu na ziemiach powojennej Polski oraz wschodnich terenach II Rzeczpospolitej, anektowanych przez Związek Sowiecki w 1944 r. Czytelnik Atlasu otrzymuje informacje o działalności zarówno wielkich, ogólnopolskich organizacji (jak Armia Krajowa, Zrzeszenie „Wolność i Niezawisłość” czy Narodowe Zjednoczenie Wojskowe), jak i organizacji regionalnych (jak Konspiracyjne Wojsko Polskie lub Wielkopolska Samodzielna Grupa Ochotnicza „Warta”), czy kilkuosobowych grup lokalnych, wreszcie o fenomenie konspiracyjnych organizacji młodzieżowych. Autorzy Atlasu zawarli też, w wielu przypadkach nigdy wcześniej nie publikowane, informacje o ilości oddziałów partyzanckich, rejonach ich operowania oraz aktywności bojowej. Dzięki niezwykle bogatej ikonografii wydawnictwo to jest w równym stopniu atlasem, przewodnikiem po podziemiu i albumem zawierającym unikatowe, w dużej części pierwszy raz prezentowane fotografie i kopie dokumentów.

(Prezes IPN Janusz Kurtyka)

***
Nie ulega wątpliwości, że bez obecności Armii Czerwonej i NKWD objęcie władzy przez komunistów ani utrzymanie jej byłoby niemożliwe. Twierdzenie, iż w 1944 r. Sowieci pomogli polskim komunistom zdobyć rządy, jedynie pozornie odzwierciedla ówczesny stan rzeczy. Bliższe prawdy byłoby twierdzenie, iż polscy komuniści objęli władzę z woli Józefa Stalina.(…)
Polskie podziemie niepodległościowe i jego formacje zbrojne były pierwszym przeciwnikiem, z którym komunistyczny aparat bezpieczeństwa podjął walkę. Z analizy akt wytworzonych przez tenże aparat wynika, że do końca 1945 r. to właśnie podziemie uznawane było za najpoważniejsze zagrożenie dla nowej władzy, przeciwko niemu kierowała ona gros sił. Rozbicie centralnie koordynowanego podziemia zamknęło pierwszy, niewątpliwie najbardziej krwawy okres walki komunistów o władzę. Dopiero jego likwidacja umożliwiła podjęcie działań przeciwko kolejnym „wrogom klasowym”. (…)
W latach 1947–1949 władza ludowa doprowadziła do unicestwienia ogólnopolskiego podziemia i niezależnego ruchu ludowego. Harcerstwo zostało wtłoczone w ramy młodzieżowego ruchu komunistycznego. Przestała istnieć niepodlegająca kontroli aparatu państwowego przestrzeń społeczna. Hanna Świda-Zięba, przedstawicielka opisywanej generacji, tak charakteryzowała sytuację ówczesnej młodzieży: „Pokolenie zostało terrorem wpisane w »makietę scenariusza stalinizmu«, który bazował na podstawach zasadniczo sprzecznych z naszymi podstawowymi wartościami. Niszczył on bowiem każdą myśl samodzielną, zwalczał indywidualizm, nie stwarzał swobodnego wyboru, zasadniczo tępił sceptycyzm (jako szkodliwe »pięknoduchostwo«), racjonalizm (jako wrogi rewolucji pseudoobiektywizm burżuazyjny), zdrowy rozsądek (jako myślenie niezgodne z kategoriami klasowymi), dyskurs i kompromis (jako sprzeczny z regułami walki klasowej, czujności i nienawiści wobec wroga), szacunek dla ludzi »innych przekonań« (wobec czarno-białej wizji świata). Towarzyszyła temu strategia rządzących, która doprowadziła do rozproszenia i zantagonizowania ludzi naszego pokolenia”.

(Ze wstępu Sławomira Poleszaka i Rafała Wnuka)

Serial o "bandytach AK"

Serial o "bandytach AK" w białoruskiej telewizji

Żądni krwi akowcy bezlitośnie mordują cywilów i sieją postrach na Grodzieńszczyźnie. Powstrzymać ich może tylko sowiecki kontrwywiad wojskowy – to fabuła serialu "Smiersz", który od wtorku emituje pierwszy program białoruskiej telewizji państwowej. ["odtrutka" – czytaj]>


Akcja filmu rozgrywa się jesienią 1945 roku. Ludzie są szczęśliwi, że skończyła się wojna i pragną pokoju. Jednak w lasach grasuje oddział AK o kryptonimie "Wilki i lisy". Serial rozpoczyna się od brutalnej sceny rozstrzelania przez akowców wesela u prawosławnych. Ranni są dobijani. Jeden z członków oddziału strzałem w głowę zabija pannę młodą.

"Wilki i lisy", na czele których stoi oficer AK Józef, to mieszanina prymitywnych bandytów i byłych kolaborantów. Najbardziej ideową postacią jest rotmistrz AK Franciszek Kryta, który walczy o "wyzwolenie Kresów od bolszewików" i "Wielką Polskę".

Powstrzymać akowców mają trzej odważni oficerowie sowieckiego kontrwywiadu wojskowego Smiersz ("Śmierć szpiegom"), którzy właśnie wracają do domu po zakończeniu wojny. Udaje się im zlikwidować "bandę", a krwiożerczemu Józefowi nie pozostaje nic innego, jak się zastrzelić, by nie trafić w ręce sprawiedliwości.

Aktor Anton Makarski gra "dobrego", czyli radzieckiego funkcjonariusza "Smiersza" walczącego z AK.

Serial "Smiersz" był anonsowany przez rządowe media jako wspólny rosyjsko-białoruski projekt. Jednak faktycznie został wyprodukowany przez rosyjskie studio filmowe Faworit-film na zlecenie jednego z największych rosyjskich dystrybutorów Central Partnerszip. Białoruska państwowa kompania filmowa Biełarusfilm tylko pomagała w jego w realizacji. Autorzy serialu odżegnują się od polityki. Reżyser Zinowij Rojzman tłumaczył białoruskiej prasie, że "Smiersz" to film przygodowy, który opowiada o miłości.

Serial jest emitowany wieczorem przed głównym wydaniem wiadomości w porze największej oglądalności. – Decyzję o emisji podjęła komisja powołana przez kierownictwo. Filmy historyczne są bardzo chętnie oglądane przez widzów – tłumaczy "Gazecie" rzeczniczka prasowa państwowej telewizji BT Swietłana Mołonskaja-Krasowskaja.

Film wywołał oburzenie w środowisku mieszkających na Białorusi weteranów AK.
Oni nas wtedy zaliczyli do bandytów i tak pozostało do dziś – powiedział "Gazecie" po obejrzeniu pierwszego odcinka por. AK Władysław Uchnalewicz, pseudonim "Kret", skazany w 1951 r. na karę śmierci, później zamienioną na 25 lat więzienia.

Wśród białoruskich historyków nie ma jednomyślności w ocenie filmu.

Trzeba pamiętać, że to się działo zaraz po wojniei AK, i sowiecka bezpieka działały nadzwyczaj brutalnie – powiedziała "Gazecie" historyczka Iryna Kasztelan zajmująca się powojenną historią Białorusi.
Innego zdania jest dr historii Igor Kuźniecow, autor kilkunastu monografii o działalności stalinowskich służb specjalnych. – To jest absolutnie zmyślona historia. Zdarzenia z Zachodniej Ukrainy, gdzie podobne mordy faktycznie miały miejsce, sztucznie przeniesiono na teren powojennej Grodzieńszczyzny – powiedział "Gazecie" Kuźniecow. Jego zdaniem przyczyną emisji serialu jest ideologiczne zapotrzebowanie białoruskiego reżimu, która przedstawia powojenny ruch oporu – niezależnie czy polski, czy białoruski – wyłącznie jako bandytyzm słusznie zdławiony przez sowiecką bezpiekę.

Z kolei Kazimierz Krajewski, historyk warszawskiego IPN i znawca dziejów polskiej partyzantki na Kresach Północno-Wschodnich nie ma wątpliwości: – Na Białorusi nadal obowiązuje stalinowska wersja historii. Owszem walka była krwawa, likwidowano szczególnie szkodliwych aktywistów, funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa, ale to co pokazano w serialu to całkowita fikcja.

Andrzej Poczobut, Grodno
Źródło: Gazeta Wyborcza

Strona główna>

Borys Kiwenko – EPILOG !!!

"Trzeba wspomnieć wszystkich zamordowanych rękami także polskich instytucji i służb bezpieczeństwa pozostających na usługach systemu przeniesionego ze Wschodu. Trzeba ich przynajmniej przypomnieć przed Bogiem i historią".
Jan Paweł II

Z ogromną radością informuję, że rozpoczęta tutaj wczorajsza akcja poszukiwań rodziny Borysa Kiwenko ps. "Boria", "Znachor" błyskawicznie znalazła swój szczęśliwy epilog. Jeszcze wczoraj do Kazimierza Suszyńskiego napisał Pan Andreas z Niemiec i skontaktował go z rodziną Borysa Kiwenki – wnuczką i synem.
Tym samym, po 60 latach, syn żołnierza AKO-WiN z Białostocczyzny dowie się o losach swojego ojca, o którym wiedział tylko to, że zaginął w 1947 roku.

Czytaj więcej nowych faktów na temat Borysa Kiwenko>

Strona główna>

Borys Kiwenko z oddziału AKO-WiN na Białostocczyźnie

Poniższy tekst zamieszczam na prośbę Pana Kazimierza Suszyńskiego. Wszelkie ewentualne informacje proszę kierować na adres e-mail:                            [email protected]

Borys Kiwenko (Kivenko, Kiwienko) – "Boria", "Znachor".

Będzie tu sporo domysłów. Pewne jest tylko to, że człowiek istniał, zostawił po sobie same ciepłe wspomnienia, żonę i córkę lub syna oraz kilka fotografii. Wiadomo, że 30.03.1947 roku zginął w rejonie kol. Ożynnik na terenie Puszczy Knyszyńskiej (okolice Wasilkowa) zaszczuty przez grupę operacyjną UB-KBW – kilkanaście dni przed ujawnieniem oddziału.

Urodził się w Kijowie (1912) i jako taki był obywatelem ZSRS. Miał medyczne wykształcenie – w tej chwili trudno z całą pewnością określić ale prawdopodobnie był dentystą. Najpewniej Borys uciekł z niemieckiej niewoli i trafił do AK aby po wejściu sowietów trafić do armii berlingowskiej, podobnie jak wielu innych wcielonych partyzantów. W każdym bądź razie w 1945 roku był dentystą w stacjonującym wówczas w Białymstoku 4. Zapasowym Pułku Piechoty. Ożenił się z Polką z domu Poznańską. Żona Borysa i jej siostra były wywiezione do ZSRS i prawdopodobnie nie pochodziły z Kresów lecz były tzw. "bieżieńcami" – uciekinierkami przed Niemcami zagarniętymi przez sowiecką administrację. Obydwie z siostrą wróciły do Polski i pracowały razem w 4. Zapasowym Pułku Piechoty – żona zdaje się też była dentystką albo pomocnikiem dentysty. Siostry Poznańskie, podobnie jak i Borys, były wyznania rzymsko-katolickiego co w przypadku nazwiska Poznański znacznie zawęża zakres poszukiwań. Pomimo zawarcia małżeństwa i narodzin dziecka – chyba córeczki – Borysowi groziła rychła deportacja i łagier. Postanowił schronić się wśród Polaków. Poprzez kobiety z podbiałostockich wsi, które zaopatrywały żonę w żywność, nawiązał kontakt z partyzantami z oddziału WiN. To pozwoliło Borysowi na bezpieczne przedostanie się do oddziału Leona Suszyńskiego – "P-8" w Puszczy Knyszyńskiej. Dał się tam poznać jako wspaniały człowiek, świetny i kulturalny kolega. Używał pseudonimu "Znachor" i "Boria". 30.03.1947 r. na patrol, z którego miał nigdy nie wrócić, zgłosił się na ochotnika. Nikt nie wiedział, że w przeddzień zaszło coś co nigdy wcześniej nie miało miejsca. Jeden z członków oddziału zgłosił się na UB i wskazał wszystkie, znane sobie miejsca, gdzie mogli pojawiać się członkowie oddziału. Zginął razem z kolegą – Józefem Jabłońskim "Janem".

Dysponuję kilkoma fotografiami śp. Borysa. Chciałbym odnaleźć kogoś z jego rodziny – dziecko ma obecnie trochę ponad 60 lat, nie wiem czy kiedykolwiek dowiedziało się co stało się z ojcem.

Ufam, że może ta witryna dopomoże w dotarciu do rodziny śp. Borysa.

Kazimierz Suszyński
[email protected]

Czytaj więcej nowych faktów na temat Borysa Kiwenko>

Strona główna>

Apel o poparcie dla IPN !!!

Apel poparcia dla Instytutu Pamięci Narodowej !!!

Poniżej przedstawiam video-apel poparcia dla Instytutu Pamięci Narodowej.

Wysyłajcie listy z poparciem na adres:
 
[email protected]

Lub zwykłe: "POPIERAM" w komentarzu.

To bardzo wiele. Zwłaszcza dla tych, o których nikt się nie upomina.
Jest to apel poparcia dla Instytutu Pamięci Narodowej, ale zwłaszcza upomnienie się o wymazywanych z pamięci narodu bohaterów.
W materiale wykorzystano fragmenty filmu pt. "40 cm" opowiadającego nieznaną historię żołnierza NSZ-AK ppor. Stanisława Grabdy ps. "Bem", zamordowanego przez komunistów w więzieniu kieleckim. Film jest w trakcie realizacji. Obcięcie budżetu IPN oznacza wymazanie z pamięci narodu tysięcy ofiar. Ludzi, takich jak ppor. "Bem", którzy zginęli za niepodległą, wolną Polskę, którzy ją umiłowali ponad własne życie – wiernych do końca.

Strona główna>

61 rocznica śmierci por. "Jastrzębia"

61 rocznica śmierci por. Leona Taraszkiewicza ps. "Jastrząb"

Dzisiaj, 3 stycznia 2008 roku, mija 61 lat od śmierci legendarnego dowódcy oddziału partyzanckiego Obwodu WiN Włodawa, por. Leona Taraszkiewicza ps. "Zawieja", "Jastrząb" [ur. 13 V 1925 r.]. 3 I 1947 r. zmarł z powodu ran, odniesionych podczas ataku na grupę ochronno – propagandową LWP w Siemieniu. Do dzisiaj nie zostały wyjaśnione okoliczności ranienia "Jastrzębia". Według jednej z wersji, został on postrzelony przez domniemanego agenta UB o ps. "Bolek" [N.N.], ulokowanego w oddziale. Śledztwo przeprowadzone przez brata dowódcy ppor. Edwarda Taraszkiewicza "Żelaznego" potwierdziło te podejrzenia i niedługo później agent został zlikwidowany. Jednak dr Jarosław Kopiński w jednym ze swoich artykułów przytacza raport Naczelnika Wydziału I Departamentu III MBP w Warszawie mjr. Łanina z dnia 10 I 1947 r., w którym możemy przeczytać:

[…] kiedy banda podeszła pod budynek zajmowany przez grupę ochronna KBW z Bydgoszczy, „Jastrząb” rozkazał wszystkim bandytom rozsypać sie w tyralierę i lec na ziemi, a sam podszedł do wartownika na odległość paru metrów. Na krzyk wartownika „stój, kto idzie” „Jastrząb” odpowiedział „Wojsko Polskie”. Wartownik zapytał wtedy o hasło, na co „Jastrząb” nie odpowiedział nic i począł sie zbliżać do wartownika. Wtedy wartownik otworzył ogień z PPsz i trafił 4-ma kulami w brzuch „Jastrzębia”, z których dwie przeszły na wylot, a dwie pozostały w ciele. Bandyci widząc rannego „Jastrzębia” rzucili się do szturmu, zamordowali wartownika i pierwszym impetem zdobyli budynek mordując komendanta ochrony i dwóch jeszcze żołnierzy, resztę rozbroili i rozmundurowali do bielizny”.

Być może nie dowiemy się już nigdy jak było naprawdę i kto odpowiada za śmierć por. Leona Taraszkiewicza „Jastrzębia”, jednak niezaprzeczalnym faktem, na zawsze pozostanie to, że 61 lat temu, 3 stycznia 1947 r. zginął, obdarzony niebywałą fantazją najprawdziwszy zagończyk oraz jeden z najbitniejszych dowódców partyzanckich antykomunistycznego podziemia w Polsce po 1944 r.
GLORIA VICTIS !!!


Grób por. Leona Taraszkiewicza "Jastrzębia" na cmentarzu w Siemieniu. Dzięki temu, że jego koledzy pochowali go potajemnie, jako jeden z nielicznych dowódców antykomunistycznego podziemia spoczywa we własnej mogile w poświęconej ziemi, choć do 1990 r. na prostym brzozowym krzyżu mógł widnieć jedynie tajemniczy napis "Leon". Dopiero 30 czerwca 1991 r. odbył się powtórny uroczysty pogrzeb i poświęcenie grobu por. "Jastrzębia". Kilka miesięcy temu został awansowany pośmiertnie do stopnia kapitana.

Przy tej okazji chciałbym przypomnieć dwie z wielu [kalendarium działań bojowych, część: 1>, 2>, 3>], najbardziej spektakularne akcje, jakie wykonał oddział pod dowództwem por. „Jastrzębia” jesienią 1946 r., a mianowicie atak na PUBP we Włodawie i bitwę pod Świerszczowem. Wprawdzie była jeszcze bezprecedensowa akcja uprowadzenia rodziny B. Bieruta, ale o tym można przeczytać tutaj: "Uprowadzenie rodziny Bolesława Bieruta przez oddziały „Jastrzębia” i „Boruty”.

Artykuły znajdują się w kategorii: „JASTRZĄB" I "ŻELAZNY" – OBWÓD WiN WŁODAWA, pt.:
1. Atak na PUBP we Włodawie – 22 października 1946 r.
2. Bitwa pod Świerszczowem – 28 listopada 1946 r.

P.S. Zainteresowanym losami rodziny Taraszkiewiczów polecam, wydane właśnie przez IPN w półroczniku Pamięć i Sprawiedliwość Nr 1 (11)/2007, opracowane przez dr Sławomira Poleszaka z IPN O/Lublin, obszerne wspomnienia siostry "Jastrzębia" i "Żelaznego", Pani Rozalii Taraszkiewicz-Otta, pt. "Dwie prawdy. Na drodze życia. Wspomnienia".

Strona główna>

Atak na PUBP Włodawa – część 1

Atak na PUBP we Włodawie – 22 października 1946 r.

Tuż przed Włodawą por. „Jastrząb” daje sygnał do zatrzymania samochodów. Na skraju lasu gromadzi wszystkich partyzantów i wyjawia im główny cel akcji, który do tej pory był objęty ścisłą tajemnicą. Jest nim atak na Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego we Włodawie. Ich zadaniem jest uwolnienie aresztowanych ludzi, na dowód, że o nich nie zapomnieli, zaś ubekom trzeba pokazać, że nie mogą czuć się pewnie nawet za murami swojej katowni. We wtorkowy wieczór, 22 października 1946 r. samochody z partyzantami wjechały do miasta…

Siedziba znienawidzonego Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego we Włodawie od wielu miesięcy przykuwała uwagę por. Leona Taraszkiewicza „Jastrzębia”, dowódcy oddziału partyzanckiego Obwodu WiN Włodawa, jako ognisko ciągłego zagrożenia dla jego oddziału i setek mieszkańców tamtego rejonu, współpracujących z nim i jego placówkami. Tu mieścił się ośrodek dyspozycyjny wypraw pacyfikacyjnych, centrum informacyjne szpicli, tu zbiegały się nici poszlak i donosów na członków podziemia i ich współpracowników.
Tam również znajdował się areszt – przejściowe więzienie w którym odbywały się wstępne przesłuchania aresztowanych. Wieści o biciu, torturach, o nakłanianiu do współpracy i groźbach likwidacji w przypadkach odmowy takiej współpracy, okryły ponurą sławą ten niepozorny piętrowy budynek – ostoję władzy, symbol obcego i rodzimego terroru. Tak było też w innych powiatach w kraju, toteż w latach 1945-1946 stawały się one kolejno obiektami ataków licznych oddziałów podziemia.

Por. Leon Taraszkiewicz ps."Zawieja", "Jastrząb"

Por. „Jastrząb” i jego ludzie mieli już za sobą, zakończony połowicznym sukcesem atak na UBP w Parczewie w lutym 1946 r., wprawdzie nie siedzibę PUBP, bo wówczas Parczew nie był jeszcze siedzibą powiatu, ale zdobyte tam doświadczenie mogło zaowocować przy podobnej próbie we Włodawie. Podstawą powodzenia mogło być tylko zaskoczenie, czego dowodem był właśnie Parczew gdzie na skutek opóźnienia jednej z grup nie udało się opanować wnętrza budynku.

Jesienią 1946 r. pojawiło się kilka okoliczności, które przyspieszyły decyzję „Jastrzębia” o uderzeniu na Włodawę. Niespotykane dotąd natężenie fali obław w wykonaniu KBW, UB i MO, jakie mijały miejsce we wrześniu i październiku 1946 roku sprawiło, iż włodawskie więzienie zapełniło się dziesiątkami aresztowanych. Wśród nich znaleźli się ważni członkowie konspiracji tamtejszego obwodu WiN. Jednym z najważniejszych był komendant rejonu Dębowa Kłoda – Piotr Kwiatkowski „Dąbek”, jego adiutant Wojciech Kąfera „Wojtek”, komendant gminnej placówki z Białki – Władysław Kondracki „Kulon” i wielu współpracowników oddziału. Znaczną część aresztowanych stanowili Ukraińcy współpracujący z UPA lub uchylający się od wywózki na „Ziemie Odzyskane”.

Budynek, w którym w 1946 r. mieścił się Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego we Włodawie. Zdjęcie pochodzi z lat 80-tych, gdy miały tam siedzibę Służba Bezpieczeństwa i  Komenda Powiatowa Milicji Obywatelskiej. [kliknij w zdjęcie aby powiększyć].

Konto włodawskiego UB obciążało dodatkowo kilkudziesięciu zabitych w akcjach pacyfikacyjnych i obławach, ponad dwustu aresztowanych wcześniej i wysłanych do Lublina. Rachunek krzywd był więc wysoki, toteż „Jastrząb” wcześniej czy później musiał podjąć próbę ataku. Byłby to także sprawdzian jego siły i zdecydowania, który walnie mógł podreperować morale oddziału i tysięcy sterroryzowanych mieszkańców rejonu.
„Jastrząb” już wiosną 1946 roku podsuwał plan ataku na UB zarówno kpt. Zygmuntowi Szumowskiemu „Komarowi”, komendantowi Obwodu WiN Włodawa, jak i jego zastępcy por. Klemensowi Panasiukowi „Orlisowi”, ci jednak konsekwentnie wstrzymywali się od wydania zgody na tę akcję. Motywowali ryzykownością przedsięwzięcia, gdyż we Włodawie stacjonował pułk wojska (49 p.p. WP).
Brat „Jastrzębia”, a jednocześnie jego zastępca, ppor. Edward Taraszkiewicz „Żelazny” w swoich zapiskach wymienia jeszcze jedną przyczynę odmowy komendantów…

„W okresie naszej aktywnej działalności, tzn. w miesiącach czerwiec – listopad 1946 r., rozpoczął się szalony terror i aresztowania w całym naszym terenie. Kulminacyjnym punktem terroru był miesiąc październik, Włodawskie więzienie znajdujące się w podziemnych lochach UB, zapełniło się aresztowanymi tak mężczyznami, jak i kobietami. Było między niemi sporo naszych ludzi […].
Nieraz kwestionował „Jastrząb” tę sprawę podsuwając „Komarowi” plan zaatakowania i uwolnienia więźniów. Plan ten zawsze bywał odrzucany twierdzeniem, że on się nie uda z powodu wojska, które w sile jednego pułku stacjonowało we Włodawie. Ja osobiście z przekonania wiedziałem, że nie to było przyczyną odmowy do uderzenia na UB, lecz fakt, że na taką ważną akcję musieliby iść i prowadzić ją panowie „Komar” i „Orlis”, od tego byli przecież wojskowymi komendantami. Lecz ci panowie cenili wszystko ładnie, ale swoje życie nade wszystko i nie chcieli ryzykować… w myśl przysłowia, że człowiek żyje tylko raz…
Piszę to z takim krytycyzmem, bo przekonaliśmy się naocznie o tym podczas wypadku, gdy aresztowano niejakiego Adama Chudziaka ps. „Chil”. Wówczas, gdy zaszła potrzeba go odbić, „Orlis” wobec całego naszego oddziału i grupy „Batorego”, polecił „Jastrzębiowi” akcję odbicia „Chila”, wykręcając się twierdzeniem, że… musi jechać na ważną odprawę, której, jak stwierdziłem potem, wcale nie było! […].”

W tej sytuacji „Jastrząb” podjął bez ich wiedzy samodzielną decyzję o ataku na włodawski PUBP. Jego sprzymierzeńcem w tej akcji miał być sierż. Józef Strug „Ordon” i jego ludzie. Więzy przyjaźni i bojowej współpracy zawiązały się mocniej między obydwoma dowódcami po podstępnym rozbrojeniu „Ordona”, na rozkaz „Orlisa”, któremu J. Strug nie chciał się podporządkować. „Jastrząb” na wieść o tym wysłał do bezbronnego „Ordona” łącznika z zaproszeniem do siebie, gdzie wyposażył go w wystarczający zapas broni i amunicji.
Plan wyprawy był w jego wstępnej fazie typowy. Należało zarekwirować na szosach kilka samochodów, aby nimi dotrzeć do miasta całą grupą uderzeniową.

Sierż. Józef Strug ps. "Ordon"

Na dwa dni przed akcją, 20 października, odbyła się powszec
hna „mobilizacja” nie tylko kadrowych członków oddziału, lecz również ludzi z placówek obwodu. Zebrało się w ten sposób około 65 uzbrojonych partyzantów. Połowa tej grupy na czele z „Jastrzębiem” udała się na skrzyżowania szos Lubartów – Biała Podlaska i Lubartów – Radzyń Podlaski. Miejsca te dzieliło od Włodawy kilkadziesiąt kilometrów, które miały stanowić mylącą strefę ciszy i spokoju pomiędzy oddziałem a właściwym obiektem uderzenia.
W pobliżu wsi Glinny Stok bez trudu zatrzymano i zarekwirowano samochód osobowy z przyczepą. Zdobytym pojazdem grupa dotarła na umówione miejsce spotkania z oddziałem „Ordona” – do wsi Czarny Las w powiecie lubartowskim.

„Żelazny” pisał:
„Wobec takiego stanu rzeczy postanawia „Jastrząb” sam spróbować uwolnić naszych więźniów. Ze względu na ścisłą tajemnicę, o planie tym nie wiedział nikt oprócz mnie. Przez tę tajemnicę zaskoczyliśmy zupełnie nieoczekiwanie ubeków.
W początkach listopada przybyliśmy do [omówienia] wstępnej akcji wspólnie z „Ordonem”. Było nas razem, wspólnie z naszą „rezerwą” z placówek, 65 ludzi. Połowa naszej grupy z „Jastrzębiem” na czele udała się na krzyżówkę szosy Lubartów – Biała Podlaska i Lubartów – Radzyń koło wsi Glinny Stok, gdzie zatrzymała i zarekwirowała duży samochód osobowy firmy „Dżems” z przyczepką. Więcej aut jakoś nie jechało. Auta potrzebne nam były celem przeprowadzenia tej akcji.
Autem pojechaliśmy do „Ordona”, który czekał na nas wieczorem we wsi Czarny Las, pow. Lubartów. Na nocleg pojechaliśmy wspólnie do wsi Bogdanka. […]”.

Był wieczór. Niezawodny w takich sytuacjach „Ordon” już znajdował się ze swoimi ludźmi na kwaterach. Obie połączone grupy udały się na nocleg. O świcie wyruszono do Parczewa, gdzie udało się przechwycić pasażerski autobus kursujący regularnie na linii Parczew – Lublin.
Taki był wstępny etap przygotowań do uderzenia na włodawską siedzibę PUBP. Do tego momentu, prawdziwego celu koncentracji ani rekwizycji samochodów nie znał nikt oprócz „Jastrzębia” i „Żelaznego”, zaś „Ordon” dowiedział się o tym dopiero w drodze do Włodawy, w okolicach Hańska. Dzięki całkowitemu milczeniu „Jastrzębia” istniała pewność, że UB nie zostanie powiadomiony przez jakiegoś szpicla, czy pośrednio przez gadatliwego uczestnika wyprawy.
Zniknięcie samochodu poprzedniego dnia i autobusu dnia następnego, musiało zaalarmować gminne posterunki milicji oraz siedziby PUBP i KPMO w trzech sąsiadujących ze sobą powiatach. „Jastrząb” postanowił zastosować mylące akcje rekwizycyjne w miejscowościach położonych jak najdalej od Włodawy, wiedział bowiem, że tylko on jest podejrzewany o tak dużą akcję jak kradzież samochodów, których nigdy nie wykorzystywał do przejażdżek turystycznych.

Zima 1945/46. Od lewej stoją: Zdzisław Kogut (Kogutowski) "Ryś", Piotr Kwiatkowski "Dąbek", Leon Taraszkiewicz "Jastrząb"

Wszystko było więc wiadome władzy trzech powiatów, a wkrótce komendom wojewódzkim UB i MO w Lublinie – poza jednym: gdzie udadzą się przechwycone samochody i w jakim miejscu nastąpi uderzenie.
W tym czasie „Jastrząb” podzielił oddział na dwie grupy. Jedna pod jego dowództwem wyruszyła w kierunku Milejowa. Druga, z „Żelaznym” i „Ordonem” obrała kurs na Łęczną. Celem grupy „Jastrzębia” było rozbrojenie posterunku w Milejowie oraz, pozorująca zadanie główne, rekwizycja większej ilości marmolady z milejowskiej przetwórni. Z kolei „Żelazny” otrzymał polecenie rozbrojenia posterunku w Łęcznej, zarekwirowania w miejscowej spółdzielni amerykańskich paczek z UNRRA, a na zakończenie miał spalić drewniany most na Wieprzu i czekać tam na przybycie z Milejowa grupy „Jastrzębia”.
W pamiętnikach „Żelaznego” przejętych przez UB w październiku 1951 r., jej autor odtwarzając po raz drugi wydarzenie sprzed lat, wyraźnie określił cel tego zamieszania:
„Chodziło tu o to, ażeby wyciągnąć resorty, a między innymi i włodawski UB w teren – a potem nad wieczorem zupełnie inną drogą podjechać do Włodawy i rozbić włodawski UB.”

Była siedziba PUBP we Włodawie. Zdjęcie z lat 90-tych, kiedy mieściła się tam Komenda Powiatowa Policji. [kliknij w zdjęcie aby powiększyć].

Ten etap przygotowań i maskujących uderzeń został wykonany bez kłopotów. „Jastrząb” wrócił z Milejowa wywożąc stamtąd marmoladę, a w Łęcznej mundury rozbrojonych milicjantów przywdziali partyzanci „Ordona”. Przed wyruszeniem w dalszą drogę zarekwirowano nową półciężarówkę stojącą przed kinem, zaś stare, niepewne technicznie auto z Parczewa zostało na miejscu.
Wtedy całe zgrupowanie ruszyło w kierunku Cycowa. Tam gładko rozbrajają miejscowy posterunek MO, niszczą połączenia telefoniczne i jadą dalej, w kierunku Hańska. Partyzanci zaczynają się czegoś domyślać. Jeżeli miałby to być koniec akcji, to powinni jechać albo wprost na spotkanie z „ciotką Makoszką” (kompleks lasów parczewskich, matecznik oddziału), albo w kierunku rozległych lasów włodawskich nazywanych przez ludność „rządowymi”.
Po osiągnięciu szosy Chełm – Włodawa oddział zatrzymuje jadący od strony Włodawy samochód. Pasażerami okazują się oficerowie W.O.P. z Chełma. Nie rozbrajają ich, a jedynie przestrzeliwują koła. W następnych minutach zatrzymują kolejny samochód i trzema pojazdami udają się w kierunku Włodawy.

Panorama przedwojennej Włodawy. Czerwone strzałki pokazują zarys trasy, którą 22 października 1946 r. wjechał do miasta (od strony Chełma) oddział por. "Jastrzębia" i przemieszczał się pod siedzibę KPMO i PUBP. [kliknij w zdjęcie aby powiększyć].

Atak na PUBP Włodawa – część 2>

Atak na PUBP Włodawa – część 2

„Żelazny” …

„Żelazny” tak wspominał ten dzień:
„Nad ranem pojechaliśmy do Puchaczowa, gdzie zarekwirowaliśmy duży samochód osobowy kursujący na linii Puchaczów – Lublin. Zgodnie z planem, „Jastrząb” z połową ludzi pojechał do Milejowa, gdzie miał rozbroić posterunek MO i z fabryki marmelady wziąć prowiantu jaki tam akurat będzie. Ja zaś z drugą połową ludzi, razem z kolegą „Ordonem” otrzymaliśmy polecenie pojechać do Łęcznej, rozbroić posterunek MO i w spółdzielni zarekwirować prowiantu suchego z UNRRA. Po tej akcji miałem spalić most na Wieprzu od strony Lublina i czekać na przybycie „Jastrzębia” z Milejowa.
Posterunek udało mi się bez strat rozbroić i dalszy plan akcji wykonałem również. Wkrótce przyjechał i „Jastrząb” z Milejowa, zadowolony, że nam się też robota udała. Miał na aucie około 100 wiaderek dobrej marmelady. Milicjantów rozebraliśmy z mundurów, które ubrali ludzie od „Ordona”, ponieważ oni z mundurami stali bardzo słabo. Ładujemy się na auta i jedziemy dalej. W Łęcznej pozostawiliśmy stare auto z Puchaczowa, wzięliśmy natomiast fajną, nową półciężarówkę, która stała na rynku przed kinem.
Dojeżdżamy do Cycowa w pow. chełmskim, gdzie rozbrajamy również posterunek. Jest jakieś dwie godziny do zachodu słońca. Na rozkaz siadamy szybko na auta, które jadą ostrożnie po gliniastej mokrej drodze. Mijamy Hańsk – Dubeczno, a nasze samochody wciąż jadą bez przerwy dalej. Chłopcy nie wiedzą i nie przypuszczają gdzie jedziemy, do Włodawy jest około 20 km, ale „Ordon” uśmiecha się coś tajemniczo do mnie… Zdaje mi się, że on przypuszcza, dokąd prą nasze samochody.
Na szosie Chełm – Włodawa zatrzymujemy jadące z przeciwnej strony auto. Jest to sztab straży pogranicza z Chełma. Nie rozbrajamy ich, lecz przestrzeliwujemy im tylko opony, ażeby nie pojechali dalej, ładujemy się na trzeci, w międzyczasie zatrzymany samochód i jedziemy szybko w kierunku na Włodawę.[…]”.

Tuż przed Włodawą „Jastrząb” daje sygnał do zatrzymania. Na skraju lasu gromadzi wszystkich partyzantów i wyjawia główny cel dwudniowego zamieszania. Jest nim atak na PUBP we Włodawie. Ich zadaniem jest uwolnienie aresztowanych ludzi, na dowód, że o nich nie zapomnieli, zaś ubekom trzeba pokazać, że nie mogą być pewni nawet za murami swojej katowni.

Zima 1945/46. Część oddziału "Jastrzębia". Stoją od lewej: 1. Ignacy Zalewski "Lin", 2. Zdzisław Kogut (Kogutowski) "Ryś", 3. Witold Zieliński, 4. Ryszard Jakubowski "Kruk", 5. Zygmunt Majewski "Lenin", 6. N.N., 7. Józef Piwnicki "Jaskółka", 8. Tadeusz Wawszczuk "Groźny", 9. N.N., 10. Antoni Kosiński "Czarny", 11. Piotr Kwiatkowski "Dąbek", 12. Tadeusz Sokołowski, 13. Henryk Zajączkowski "Borsuk", 14. Adam Mielniczuk "Fryc", 15. Jan Czech "Kiepura". Przy RKM-ie siedzi d-ca oddziału por. Leon Taraszkiewicz "Jastrząb".

We wtorkowy wieczór, 22 października 1946 r. samochody wjechały do miasta. Tuż przed rynkiem przystanęły na krótko, Albin Bojczuk „Lew”, Zdzisław Pogonowski „Szakal” i dwóch innych partyzantów znikło w mroku. Ich zadaniem było zajęcie i rozbicie centrali telefonicznej. Samochody ruszyły dalej. Już w obrębie rynku, jadący w pierwszym samochodzie „Jastrząb” dostrzegł idącego z naprzeciwka znajomego ubeka. Okazał się nim Leon Zubiak, jeden z tych, którzy brali udział w obławie i jego aresztowaniu w Lipniaku. Ubek został rozbrojony, wciągnięty do samochodu i w głuszącym szumie silników zastrzelony. Jak wspomina Stanisław Pakuła ps. „Krzewina”, o wykonaniu wyroku przesądził znaleziony przy funkcjonariuszu UB niewysłany jeszcze list, w którym nazywał on „Jastrzębia” i „Żelaznego” bandytami oraz obiecywał, że ich dopadnie i pozabija.
Po tym zdarzeniu cała kolumna skierowała się do powiatowej komendy MO, którą opanowano bez walki. Zaskoczenie było pełne. Trzy samochody podjeżdżające tak oficjalnie przed budynek, w przeświadczeniu milicjantów mogły być tylko kolumną wojska. Załoga komendy została rozbrojona, powierzona opiece siedmiu partyzantów, a samochody ruszyły w kierunku budynku PUBP.

Przedwojenna willa doktora Rosiniaka. W tym budynku w 1946 r. znajdowała się Komenda Powiatowa Milicji Obywatelskiej we Włodawie. Zdjęcie z lat 80-tych, gdy mieściło się tam kasyno MO i SB.

„Żelazny”:
„Tuż przed samą Włodawą „Jastrząb” zatrzymuje auta i przemawia krótko do chłopaków, mówiąc że idziemy z Bogiem w sercu odbić i uwolnić naszych aresztowanych ludzi. Elektryczne lampy migają w wieczornym zmroku. Wjeżdżamy do miasta. Ludzie niewiele zwracają na nas uwagi, zjawisko takie jest tu częste.
Przed rynkiem na chwilę stają auta, gdzie „Lew”, „Szakal” oraz dwóch innych otrzymuje polecenie zejść i rozbić centralę telefoniczną na poczcie. „Lew” jest z Włodawy, więc grupa ta szybko znika w ciemnościach nocy. Jedziemy dalej z szalonym napięciem nerwów. Na rynku „Jastrząb” jadący na pierwszym aucie zauważa i poznaje idącego ulicą oficera – ubeka w towarzystwie panienki, tego który go kilka miesięcy temu złapał we wsi Lipniak. Zatrzymuje auto i spokojnie przywołuje go do siebie, gdzie zostaje po cichu rozbrojony. Pakujemy go na auto i gdy auta ruszają naprzód wyjąc motorami, rozlega się cichy strzał.
Podjeżdżamy i opanowujemy po cichu powiatową komendę MO. „Jastrząb” wyznacza siedmiu ludzi, ażeby pozostali i trzymali w rękach rozbrojoną komendę, a z resztą jedziemy do celu – do UB, odległego zaledwie o pół kilometra.
Przed UB samochody zatrzymują się i „Jastrząb” na czele wybranej przedtem grupy szturmowej wchodzi w teren budynków UB.
[…]”.

Pod PUBP we Włodawie samochody zajechały równie śmiało jak przed siedzibę KPMO, celowo czyniąc dużo hałasu. Wszyscy są ubrani w mundury wojskowe, a „Jastrząb” postępuje na czele grupy szturmowej… Dalszy bieg wydarzeń „Żelazny” relacjonuje następująco:

„Wartownik zatrzymuje ich pytaniem: Stój, kto idzie? Nie zwracając uwagi na pytanie, „Jastrząb” idzie dalej mówiąc do wartownika:
– Stań na baczność, durniu! Nie widzisz, że my z Chełma?
Przy słowach tych mija go spokojnie i idzie w kierunku drzwi wartowni. Po cichu chłopcy idący za nim rozbrajają osłupiałego wartownika. Na wartowni, gdzie była jednocześnie jadalnia UB, była kolacja; przy stołach siedzą ubeki w ilości około 20-tu, gdy wchodzi „Jastrząb”, witając ich słowem: czołe
m!

Kilka głosów odpowiada mu czołem, pochylając się dalej w spokoju nad kolacją. „Jastrząb” chce poczekać kilka sekund, ażeby idący za nim chłopcy weszli do środka, bo sam wie, że nie opanuje tylu ludzi. W tym momencie jeden z ubeków, a mianowicie złapany kiedyś przez nas Stefan Pietrykowski odwraca głowę, poznaje „Jastrzębia”… Blednie okropnie, łyżka wypada mu z ręki na stół, z ust wypływa tylko jakiś dziwny bełkot. Ubeki zrozumieli przestrach swego kolegi, lecz w tym momencie „Jastrząb” rozkazuje: Wszystko ręce do góry!
Ubeki wahają się podnieść ręce, ale widok kilku skierowanych luf zmusza ich do tego, jednak jeden z nich stojący blisko tylnych drzwi szybko wyskakuje z myślą, ażeby powiadomić resztę.
Nie ma rady, plan opanowania po cichu UB spala na panewce, wobec tego „Jastrząb”, a wraz z nim znajdujący się wewnątrz chłopcy otwierają w tę grupę ogień, a wyskoczywszy z powrotem na korytarz rzucają do tego pokoju granaty. Gaśnie światło i rozlegają się stamtąd jęki. „Jastrząb” pozostawia ich tak i sam posuwa się pod główny gmach, gdzie siedzą więźniowie. Drzwi do gmachu zostały zaryglowane przez tego ubeka, który zdążył uciec z wartowni. Z góry, z pierwszego i drugiego piętra zaczynają przed drzwi padać i wybuchać granaty. Na rozkaz zaczynamy huraganowo z oddali ostrzeliwać okna, pod osłoną ognia „Tygrys” [Piotr Popielewicz] wyłamuje drzwi główne. W tym czasie zostaje on ranny ciężko w nogę odłamkiem granatu.
Po ciężkiej walce udaje się chłopcom założyć minę na korytarzu, budynek cały zaczął się chwiać, zgasło światło w całym budynku. Strach ogarnia ubeków i przestają strzelać. Błyskawicznie wyłamują chłopcy drzwi do cel i wypuszczają szybko ludzi. Otrzymali oni polecenie uciekać gdzie kto może. Radość ich nie ma granic, nie sposób tego po prostu odmalować. Ładujemy z dyżurki broń z UB na nasze samochody, amunicję, umundurowanie itp. Planem „Jastrzębia” jest zabrać tajne dokumenty, a potem spalić cały gmach.
Nagle otrzymujemy od strony koszar silny ogień różnej broni z odległości 100 metrów. To wojsko z koszar przybyło ubekom na pomoc i otoczyło nas. Powoli wycofaliśmy się jednym tylko autem „Dżemsem” [G.M.C. – General Motors Company], dwa inne pozostały, bo szoferzy na skutek ognia wojska uciekli.
W drodze powrotnej rozbroiliśmy samochód wojskowy jadący do Włodawy. Zabraliśmy im nowy, pięciostrzałowy karabin przeciwpancerny, tzw. P.T.R. Było to auto jedno z trzech, które wyruszyły przeciw nam po zabraniu wczoraj przez nas tego „Dżemsa” [G.M.C.] z parczewskiej szosy.
Ze strony naszej mieliśmy dwóch zabitych ludzi, byli niemi: „Sybirak" [Kondracki Wacław], pochodził ze wsi Marianka gm. Wołoskowola oraz „Śmigły”, pochodził z Karczewa k. Warszawy. Mieliśmy także pięciu rannych chłopaków, którzy się potem szczęśliwie wyleczyli.
Ze strony UB było zabitych kilkunastu ludzi, a drugie tyle rannych, lecz zatuszowali oni swoje straty do liczby sześciu zabitych, których w trzy dni potem chowano z paradą na cmentarzu."

Włodawa, Al. J. Piłsudskiego (zdjęcie przedwojenne). Po prawej stronie widać KPMO, ok. 500 m. dalej – po lewej stronie – naprzeciwko budynku Liceum, znajdowała się siedziba PUBP we Włodawie.

"W akcji tej z naszej grupy brali udział:
1. „Tygrys” [Popielewicz Piotr, wieś Korolówka], 2. „Kanarek” [Marian Szubtarski, wieś Połód], 3. „Krzewina” [Stanisław Pakuła, kol. Kantor-Wytyczno], 4. „Wąż” [Jan Jarmuł, Sosnowica], 5. „Lew” [Albin Bojczuk z Włodawy], 6. „Szakal” [Zdzisław Pogonowski z Włodawy], 7. „Dzięcioł” [Jan Szymczuk-Grzywaczewski z Wołoskowoli], 8. „Mostek” [Bab Tadeusz, Nowiny k/Wołoskowoli], 9. „Kozioł” [Bogdan Zieliński, wieś Lipniak], 10. Śp. „Śmigły” [N.N.], 11. Śp. „Sybirak” [Wacław Kondracki], 12. „Borsuk” [Henryk Zajączkowski, Zawelicze k. Sosnowicy], 13. „Szary” [Tadeusz Zajączkowski, Zawelicze k. Sosnowicy], 14. „Orzeł” [Józef Wrzaszcz, Białka pow. Włodawa], 15. „Bąk” [Stanisław Dębiński], 16. „Lampart” [N.N.], 17. „Ryś II” [Stefan Kucharuk, Nowiny k. Wołoskowoli], 18. „Groźny" [Tadeusz Wawszczuk, Nietiahy], 19. „Żandarm" [Stanisław Łuć], 20. „Gruby" (od „Groźnego”) [N.N.], 21. „Kościelny” [Kazimierz Majewski], 22. „Zając” [N.N.], 23. „Skała” [Stanisław Skibiński], 24. „Ciekawy” [N.N.], 25. „Żuk” [Antoni Borkowski z okolicy Terespola], 26. „Huragan” [Antoni Kowalczuk, wieś Zawelicze], 27. „Wir” [N.N.].

Atak na PUBP Włodawa – część 3>