Mjr Marian Bernaciak „Orlik” (1917 – 1946)


Marian Bernaciak urodził się dnia 6 marca 1917 roku. W chwili śmierci
miał więc 29 lat. W stopniu majora był wtedy zwierzchnikiem wszystkich
oddziałów i grup zbrojnych WiN, trwających jeszcze na terenie
Inspektoratu Puławy.


Mjr Marian Bernaciak „Orlik”

Po ukończeniu szkoły powszechnej w Rykach i gimnazjum im. Adama
Czartoryskiego w Puławach odbył służbę wojskową w Szkole Podchorążych
Artylerii w Zambrowie. Ukończył ją w 1938 roku w stopniu podchorążego,
otrzymując przydział mobilizacyjny do 2 Pułku Artylerii Ciężkiej w
Chełmie. Do chwili wybuchu wojny był zatrudniony jako pracownik
kontraktowy w urzędzie pocztowym w Sobolewie.

1 września 1939 roku stawił się w 2 PAC, otrzymał nominację na
podporucznika i rozpoczął swą długą, trwającą bez mała siedem lat
wojnę. We wrześniu walczył z Niemcami i najeźdźcą sowieckim. Po
dramatycznej obronie Włodzimierza Wołyńskiego przed Armią Czerwoną
dostał się do sowieckiej niewoli. Wieziony do obozu, po minięciu
Szepietówki, już na terytorium ZSRR, uciekł z transportu i w mundurze
wrócił do rodzinnego Zalesia. Nie miał tylko dystynkcji i czapki.
Transport szedł do Kozielska. Było w nim wielu oficerów 2 PAC, których
później zamordowano w Katyniu. Wśród nich przełożony ppor. Bernaciaka,
płk Lucjan Jasiński, dowódca artylerii grupy „Włodzimierz”.

Natychmiast po powrocie, Marian Bernaciak rozpoczął działalność w
Związku Walki Zbrojnej, przyjmując pseudonim „Dymek”. Prowadził w
Rykach niewielki sklep z książkami i materiałami piśmiennymi, który był
przykrywką jego pracy konspiracyjnej. Mianowany szefem Kedywu podobwodu
„A” (Dęblin – Ryki), należącego do Obwodu AK, był organizatorem i
dowódcą wielu akcji dywersyjno – sabotażowych. Jesienią 1943 roku
zdekonspirowało go gestapo. Poszedł wówczas do lasu na czele zawiązku
oddziału partyzanckiego, który wkrótce rozrósł się do kompanii. Był to
sławny OP I/15 pp. „Wilków” AK.

Wtedy „Dymek” stał się „Orlikiem”. Wraz z oddziałem uczestniczył w
wielu akcjach zbrojnych. Dowodził nim w czasie „Burzy”, gdy oddział
liczył już około 300 ludzi. Po wkroczeniu Armii Czerwonej i nieudanej
próbie marszu z pomocą Warszawie, oddział został rozwiązany. Zaczęło
się wielkie polowanie UB i NKWD na jego żołnierzy, a przede wszystkim
na dowódcę. Zabijano ich na miejscu, zamykano w więzieniach, wywożono
do sowieckich łagrów.

W marcu 1945 roku „Orlik” odtworzył oddział, by dać w nim
schronienie swym partyzantom i bronić chłopów przed gwałtami i
rabunkami NKWD i UB. Dowództwo oddziału powierzył por. „Świtowi”
(Zygmunt Kęska), sam zajął się organizowaniem zbrojnej samoobrony na
terenie Inspektoratu Puławy. Początkowo był podporządkowany Delegaturze
Sił Zbrojnych, później wszedł w skład WiN. Wkrótce jego zgrupowanie
partyzanckie zyskało szeroki rozgłos wieloma brawurowo wykonanymi
akcjami zbrojnymi. Większością z nich „Orlik” dowodził osobiście.
Oddział przeprowadził wiele akcji przeciwko komunistycznemu aparatowi
terroru:
24.IV.1945 rozbił PUBP w Puławach uwalniając 107 więźniów;

1.V.1945 pod Annówką rozbił grupę operac. UB. Zginęło 12
funkcjonariuszy, 24 dostało się do niewoli, po czym zostali rozbrojeni,
rozmundurowali i puszczeni wolno.
24 maja 1945 w Lesie Stockim
zgrupowanie „Orlika” wspierane przez oddział Czesława Szlendaka
„Maksa”, stoczyło jedną z największych bitew Antysowieckiego Powstania.
Ok. 170 partyzantów zostało zaatakowanych przez liczącą ok. 700 ludzi
ekspedycję NKWD i UB wyposażonych w transportery opancerzone. Po
całodziennej walce żołnierze „Orlika” odnieśli zwycięstwo. Zginęło 17
żołnierzy NKWD i 10 funkcjonariuszy UB i MO – w tym Naczelnik Wydziału do
Walki z Bandytyzmem WUBP Lublin kpt. Henryk Dereszewicz [bliski kumpel Adama
Humera]. Po stronie WiN poległo 8-12 partyzantów.
Wiosną 1946 „Orlik”
podzielił zgrupowanie na dwa pododdziały: „Żuka” [Zygmunta
Wilczyńskiego] i „Spokojnego” [Wacława Kuchnio]. Oddziały te przetrwały
do amnestii w 1947 roku, część żołnierzy nie ujawniła się i walczyła
nadal z komunistycznym terrorem.

Partyzanci WiN mjr „Orlika” – pluton Bolesława Mikusa „Żbika”, Lato 1946

Major Marian Bernaciak „Orlik” zginął 24 czerwca 1946 roku. Wraz z żołnierzami ochrony osobistej wracał z odprawy dowództwa Inspektoratu WiN Puławy do swojego zgrupowania stacjonującego koło wsi Hordzieżka w powiecie łukowskim. 20 kilometrów przed celem grupa zatrzymała się na skraju wsi Piotrówek, aby podkuć konia u kowala Jana Pyrki. O podejrzanych gościach sołtys Jan Maraszek, za pośrednictwem syna kowala, powiadomił posterunek MO w pobliskim Trojanowie i oddział żołnierzy z 1. DP w Więckowie, którzy patrolowali teren przed zbliżającym się referendum. Zorganizowano zasadzkę. Jedna grupa wkroczyła do wsi, a druga zablokowała przewidywaną drogę ucieczki do pobliskiego lasu.
Partyzanci podjęli próbę przebicia się z okrążenia, ale tylko dwóm udało się wyrwać z kotła. Dwóch wpadło w ręce UB, natomiast „Orlik” wraz z n/n „Ogarkiem”, polegli.
Do końca nie jest wiadome czy mjr Marian Bernaciak „Orlik” poległ w walce, czy ranny, popełnił samobójstwo.
Bolesław Mikus “Żbik”, ostatni dowódca jednego z pododdziałów zgrupowania “Orlika”, tak opowiada o jego ostatnich chwilach: “Orlik” wycofywał się do lasu i został ranny w kolano i w ramię. Nie miał drogi odwrotu. Podobno zdążył spalić część dokumentów, które miał przy sobie. “Orlik” był wspaniałym człowiekiem – zrównoważonym, mądrym, odważnym i bez reszty oddanym Ojczyźnie” – dodaje “Żbik”.

Nieco inaczej przedstawia zdarzenia meldunek KP MO Garwolin z 28 czerwca 1946 r. (pisownia oryginalna):
„W dniu 24 bm. około godz. 13-tej sołtys gromady Więcków gm. Trojanów przez małego chłopca powiadomił placówkę MO przy obwodzie głosowania Nr 58 w Więckowie, że we wsi Piotrówek gm. Trojanów jest 4-ech nieznanych ludzi, z których jeden rozgląda się dookoła i coś obserwuje a dwóch kują konie w miejscowej kuźni. Patrol MO natychmiast wuruszyła na wywiad. W tym czasie jechało wojsko do Więckowa celem obsadzenia obwodu nr 58 gdyż milicja miała przejść na inny obwód. Wojsko to natknęło się na wyżej wspomnianą grupę nieznanych ludzi, którzy przywitali żołnierzy strzałami. Podczas wymiany strzałów nadbiegła patrol milicji. W tym czasie „Orlik” już ranny uciekał. Milicjanci Jakubiak Kazimierz kpr., Karczewski Jan szer., Gołębiowski Zbigniew szer. i st. szer. Łuczkowski Witold udali się w pogoń za „Orlikiem”. Milicjant Jakubiak Kazimierz wyprzedzając innych wezwał „Orlika” do odrzucenia broni i poddania się. Gdy ten nie usłuchał Jakubiak wycelował i oddał strzał którym położył na miejscu bandytę „Orlika”. Wszyscy milicjanci są z pow. Błonie przysłani na okres Referendum”.
Zabicie “Orlika” istotnie musiało mieć dla komunistów wielkie znaczenie i być ogromnym sukcesem, jeżeli sześciu funkcjonariuszy i żołnierzy biorących udział w akcji otrzymało Krzyże Grunwaldu III klasy, pięciu – Krzyże Virtuti Militari V klasy, siedmiu pozostałych – Krzyże Walecznych.

Ciało „Orlika” ubecy zabrali do Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa na Pradze w Warszawie. Tam przez kilka dni upewniali się, czy to on, sprowadzając do jego zwłok więzionych rodziców i podkomendnych. Jedną z nich była Halina Rybakowska „Iskierka”, która tak zapamiętała ostatnie spotkanie ze swoim dowódcą:
„W wielkiej świetlicy ułożono go na deskach podwyższonych w górnej części ciała. Twarz była czysta i spokojna, wyglądał jakby spał, ręce miał ułożone wzdłuż ciała, lewa była pokrwawiona i poszarpana pociskiem dum-dum, prawa zupełnie czysta. Miał na sobie zielonkawą kurtkę o kroju wojskowym i bryczesy. Zaszokowały mnie jego bose stopy, z palcami nadgryzionymi przez szczury. Sala była wypełniona przez wysokiej rangi umundurowanych, obwieszonych orderami – mundury polskie i ruskie. Żołnierzy „Orlika” zwożono z różnych więzień i aresztów, doprowadzono też jego rodziców w celu zidentyfikowania go. Modlitwą i łzami pożegnałam swojego dowódcę.” [Mirosław Sulej – „Marian Bernaciak „Orlik”, Warszawa-Zielonka-Ryki 2005 (str. 62)]

Niestety śmierć „Orlika” była jednocześnie silnym ciosem dla jego podkomendnych i współpracowników. Komendant Związku Zbrojnej Konspiracji mjr Franciszek Jaskulski „Zagończyk” wydał w związku z tym wydarzeniem rozkaz (26.06.1946 r.), w którym m.in. czytamy:
„W związku ze śmiercią śp. Komendanta Orlika zarządzam na terenie całego ZZK i we wszystkich oddziałach 4-tygodniową żałobę. Zakazuję wzięcia udziału poszczególnym członkom w jakichkolwiek zabawach”.

Pośmiertna fotografia mjr. Mariana Bernaciaka „Orlika”, wykonana przez ubeków
dnia 24 czerwca 1946 r.

W pamięci swych
żołnierzy i wszystkich, którzy go znali, „Orlik” pozostał wzorem
oficera i dowódcy. Zrównoważony, rozsądny i opanowany, nie szafował
ludzkim życiem, cieszył się ogromnym autorytetem i szacunkiem. Wymagał
wiele, nie tylko od swych podkomendnych, ale i od siebie. Nigdy nie
wypił więcej niż kieliszek alkoholu. Ostro tępił pijaństwo, szerzące
się wśród niektórych partyzantów. Nigdy nie działał pochopnie. Każdą
decyzję, zwłaszcza taką która mogła pociągnąć utratę czyjegoś życia,
rozważał starannie i wszechstronnie. Gdy ją podjął, twardo dążył do jej
realizacji. Rodziny nie założył, bo uważał, że nie czas ku temu.

Dziś w Rykach, z którymi przez całe życie tak blisko był związany,
upamiętnia go napis na znajdującym się na tamtejszym cmentarzu grobowcu
rodziny Bernaciaków. Leżą w nim rodzice i najstarszy brat. „Orlika” tam
nie ma, choć widnieje tam jego nazwisko, pseudonim, funkcja i data
śmierci. „Gdy postawiłem ten pomnik – mówi Lucjan Bernaciak – i kazałem
napisać, że Marian był dowódcą oddziału AK, wezwano mnie do UB w
Garwolinie i powiedziano, żebym to skasował, bo on tam nie leży, a
ponadto nie wolno stawiać pomników bandycie. Odpowiedziałem, że dla was
to bandyta, ale dla mnie brat. Dali spokój i tak zostało. Dali spokój,
bo za bramą cmentarną kończyła się wszechwładza”.

A jeśliby nawet wtargnęli na cmentarz i zaczęli rozbijać nagrobki,
niewątpliwie wywołaliby bardzo kłopotliwą dla siebie reakcję
społeczeństwa, tego zaś pragnęli uniknąć. Machnęli więc ręką. Do końca
ich panowania „Orlik” pozostał dla nich bandytą. Za takiego uważają go
i dziś spośród nich, którzy jeszcze żyją. Takim też był- i nadal jest –
dla ich następców w SB i MO.

26 czerwca 2005 roku w Zalesiu koło Ryk, przed domem, w którym
urodził się „Orlik” miała miejsce uroczystość odsłonięcia i poświecenia
pomnika majora Bernaciaka. Rozpoczęła się ona mszą świętą w kościele
parafialnym w Rykach celebrowaną przez ks. biskupa Zbigniewa
Kiernikowskiego. Właściwa uroczystość odbyła się w Zalesiu. Wzięły w
niej udział parlamentarzystki – posłanka Elżbieta Kruk i senator Teresa
Liszcz. Obecni byli samorządowcy z terenu powiatu ryckiego; Dęblin
reprezentował burmistrz Dariusz Cenkiel. Towarzyszyły mu harcerki z 3
Dęblińskiej Drużyny Harcerskiej ZHR „Płomień” i harcerze z 1
Dęblińskiego Samodzielnego Zastępu Harcerzy „Parasol” ZHR. Nie mogło
zabraknąć przy tej wyjątkowej okazji działaczy kombatanccy, rodzeństwo
majora Mariana Bernaciaka. Przy udziale asysty wojskowej, pocztów
sztandarowych organizacji kombatanckich, harcerzy i szkół towarzysze
broni „Orlika” – jego brat Lucjan Bernaciak „Janusz”, Tadeusz Mikus
„Żbik” i Henryk Gośniak „Cezary”- również honorowy członek Społecznego
Komitetu Budowy Pomnika – dokonali odsłonięcia pamiątkowego kamienia z
inskrypcją i symbolami krzyża i Polski Walczącej. Pomnik poświęcił
ordynariusz siedlecki – biskup Kiernikowski.

Strona główna – wprowadzenie >

Mjr Hieronim Dekutowski "Zapora" (1918 – 1949) – część 1

W czasie
niemieckiej okupacji cichociemny, bronił ludność Zamojszczyzny przed
represjami, a jako szef Kedywu AK w Inspektoracie Lublin-Puławy
przeprowadził 83 akcje bojowe i dywersyjne. Po wojnie jeden z
najsłynniejszych bohaterów antysowieckiej partyzantki. Najbardziej
znany i poszukiwany przez szwadrony NKWD i UB żołnierz Lubelszczyzny.
Podczas próby przedostania się na Zachód, wskutek zdrady, aresztowany.
Po trwającym ponad rok, brutalnym śledztwie, skazany na karę śmierci i
7 marca 1949 r., wraz z sześcioma podkomendnymi stracony w katowni
bezpieki na ul. Rakowieckiej w Warszawie. W Lublinie, z inicjatywy
Fundacji "Pamiętamy", związanej z Ligą Republikańską, odsłonięto
niedawno pomnik "Zapory".

WYBITNY DOWÓDCA

Hieronim Dekutowski urodził się 24 września 1918 r. w Tarnobrzegu.
Harcerz drużyny im. Jana Henryka Dąbrowskiego, członek Sodalicji
Mariańskiej. Ochotnik wojny obronnej 1939 r., 17 września przekroczył
granicę z Węgrami i został internowany. Uciekł z obozu i przedostał się
do Francji, gdzie walczył z Niemcami w ramach PSZ, ewakuowany następnie
do Anglii. W marcu 1943 r. zaprzysiężony jako cichociemny przyjął
pseudonim "Zapora" i "Odra". W nocy z 16 na 17 września 1943 r., w
ramach operacji o kryptonimie "Neon 1", został zrzucony do Polski na
placówkę "Garnek" 103 (okolice Wyszkowa). Lot z Anglii Halifaxem BB-378
"D", należącym do Dywizjonu RAF trwał 12 godzin i 30 minut (poprzednia
próba z 9/10 września nie udała się z powodu niskich chmur i braku
paliwa w samolocie; część Halifaxów z polskimi skoczkami zestrzelili
Niemcy).

Początkowo Dekutowski dowodził oddziałem AK w Inspektoracie
Zamość, broniąc ludność Zamojszczyzny przed wysiedleniami. W styczniu
1944 r. mianowany szefem Kedywu AK w Inspektoracie Lublin-Puławy.

Władysław Siła-Nowicki, powojenny przełożony Dekutowskiego, w
swoich wspomnieniach zapisał: "Wkrótce zyskał opinię wybitnego dowódcy.
Cechowała go odwaga, szybkość decyzji a jednocześnie ostrożność i
ogromne poczucie odpowiedzialności za ludzi. Znakomicie wyszkolony w
posługiwaniu się bronią ręczną i maszynową, niepozorny, ale obdarzony
wielkim czarem osobistym umiał być wymagający i utrzymywał żelazną
dyscyplinę w podległych mu oddziałach, co w połączeniu z umiarem i
troską o każdego żołnierza zapewniało mu u podkomendnych ogromny mir.
Nazywali go »Starym«, choć nie miał jeszcze trzydziestu lat".

Ok. 200-osobowe oddziały podległe "Zaporze" przeprowadziły 83 akcje bojowe i
dywersyjne. Brał udział w akcji "Burza" na Lubelszczyźnie, po czym
bezskutecznie próbował iść na pomoc walczącej Warszawie.

WDZIĘCZNOŚĆ UBEKA

Po wejściu Sowietów Dekutowski nie ujawnił się. Poszukiwany przez
NKWD i UB, ukrywał się na dawnych AK-owskich kwaterach. Dlaczego nie
złożył broni?

Bohdan Urbankowski w książce "Czerwona msza" napisał: "Zaczęło się
od tego, że czterej żołnierze »Zapory«, mieszkający w okolicach Chodla,
zostali zaproszeni na tamtejszy posterunek. Dowódca posterunku MO/UB,
Abram Tauber, był uratowanym przez jednego z nich Żydem, kilkakrotnie
znajdował przytulisko w melinach »Zaporczyków«, po wejściu Rosjan
został szefem UB w Chodlu. AK-owcy mogli spodziewać się jakiejś
wdzięczności, tymczasem Tauber kazał ich wszystkich powiązać i
własnoręcznie, jednego po drugim, zastrzelił. W odwecie Dekutowski
rozbił posterunek w Chodlu. Data tego ataku – noc 5/6 lutego 1945 –
oznacza początek Powstania Antysowieckiego na tych terenach".

Wkroczenie Sowietów oznaczało masowe represje i mordy na Polakach,
szczególnie żołnierzach AK. Jeśli uniknęli wywózki na Sybir, trafiali
do katowni UB na Zamku Lubelskim (gdzie, prócz innych morderców,
działał m. in. ścigany dziś przez Instytut Pamięci Narodowej Salomon
Morel). "Zapora" nie mógł stać z boku. Walce o wolną Ojczyznę poświęcił
nawet prywatne życie. Ukochanej narzeczonej powiedział: "Idę do lasu,
nie wiem, czy przeżyję, nie możemy być razem". W odpowiedzi na
komunistyczny terror stworzył poakowski oddział samoobrony (liczący,
podobnie jak w czasie niemieckiej okupacji, ok. 200 osób), który
dokonał szeregu brawurowych akcji odwetowych przeciwko NKWD, UB, KBW i
MO.

"TRZĘŚLI" LUBELSZCZYZNĄ

Latem 1945 r., na rozkaz dowództwa, po ogłoszonej przez "ludową"
władzę amnestii rozwiązał oddział (część jego żołnierzy ujawniła się).
Sam, uważając amnestię za oszustwo i podstęp, wraz z kilkoma
podkomendnymi chciał przedostać się na Zachód, ale grupa została
rozbita przez UB pod Świętym Krzyżem w Górach Świętokrzyskich. Wkrótce
ponowili próbę – tym razem, po przejściu "zielonej granicy", dopadła
ich czeska bezpieka. "Zapora" dotarł do Pragi, ale nie znając dalszej
trasy (w ambasadzie USA nie chcieli mu pomóc, twierdząc, że zajęte
przez Sowietów Czechy to demokratyczny kraj) wrócił do kraju z grupą
repatriantów. Na Lubelszczyźnie, jako najwybitniejszemu dowódcy,
podporządkowała mu się większość oddziałów i wszedł w skład
powstającego właśnie Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość (WiN). Znów
prowadził akcje obronne i zaczepne przeciw komunistom, zadając im
znaczne straty.

Dlaczego "Zaporczycy" byli dla bezpieki szczególnie niebezpieczni?

Władysław Siła-Nowicki: "Około dwustu-dwustu pięćdziesięciu ludzi o
wysokim poziomie ideowym, dobrze uzbrojonych i wyszkolonych,
utrzymywanych w dyscyplinie »trzęsło« połową województwa. Stan ten
przypominał pewne okresy powstania styczniowego, gdy władza państwowa
ustabilizowana była jedynie w dużych ośrodkach, zaś w terenie istniała
tylko iluzorycznie. Oczywiście partyzantka opierała się na pomocy
miejscowej ludności ogromnej większości wsi, udzielającej ofiarnie
poparcia, kwater i informacji".

Rafał Wnuk w książce "Lubelski Okręg AK-DSZ-WiN 1944-1947" pisze,
że oddziały Dekutowskiego "rozbudowały swą siatkę od Lubartowskiego na
północy do Tarnobrzeskiego na południu i od Zamojszczyzny po wschodnią
Kielecczyznę". Pomoc "Zaporczykom" niósł klasztor w podlubelskiej
Radecznicy, gdzie odbywały się również narady dowódców.

DWA RAPORTY

Z raportu Iwana Sierowa, gen. NKWD, szefa Smierszu (16 IV 1945 r.):
"Grupa uzbrojonych bandytów, licząca 11 osób, dokonała napadu na
oddział banku w Lublinie, skąd zrabowała 200 000 złotych. Znajdujący
się tam podczas napadu naczelnik pierwszej sekcji Urzędu Bezpieczeństwa
Publicznego województwa lubelskiego porucznik Kulwaniewski stawił
rabusiom opór i został zabity". W rzeczywistości oddział "Zapory"
zabrał 1.170 tys. zł, pierwsza sekcja WUBP w Lublinie była tą najgorszą
– śledczą, a Antoni Kulwaniewski był członkiem WKP(b), oficerem Armii
Czerwonej i LWP, absolwentem szkoły funkcjonariuszy bezpieczeństwa w
Kujbyszewie.

W ramach odwetu za akcję Dekutowskiego sowieci aresztowali 43
osoby, z czego 13 skazali na karę śmierci i stracili w podziemiach
Zamku Lubelskiego.

W innym raporcie, sporządzonym przez lubelski okręg WiN (III 1946
r.), czytamy: "Urzędy bezpieczeństwa działają pod wyłącznym
kierownictwem NKWD. W działalności swojej posługują się podstępem. W
końcu marca grupa cywilna UB, występująca jako grupa dywersyjna AK,
powołując się na »Zaporę«, zażądała kontaktu na komendanta placówki w
Chodlu, lecz zapytani, zorientowawszy się w porę, podstęp udaremnili.
Grupa ta udała się następnie do Bełżyc, gdzie ułatwiono jej kontakt na
komendanta placówki. Żądano od niego ściągnięcia ludzi celem rzekomego
urządzenia napadu wspólnego na posterunek MO. W wyniku rozstrzelano
komendanta placówki oraz kilku jego ludzi".


Sierpień 1947. Od lewej: mjr "Zapora" i kpt. Zdzisław Broński "Uskok".

MONIAKI, CZYLI MOSKWA

Stefan Korboński, działacz PSL Mikołajczyka, w książce "W imieniu
Kremla" pod datą 3 października 1946 r zapisał: "komunikat PAP z
Lublina, według którego »bandy« »Zapory« z WiN i »Cisego« z NSZ,
uzbrojone w broń maszynową, razem 50 osób, napadły na wieś Maniaki i
spaliły ją, w tym 11 gospodarstw należących do b. akowców.

Przypis Korbońskiego: "Mowa o starciu oddziału Hieronima
Dekutowskiego »Zapory« 23 IX 1946 z ormowcami ze wsi Moniaki (a nie
Maniaki), nazywanej potocznie Moskwą, zakończonym śmiercią jednego z
nich i wymierzeniem kary chłosty pozostałym".

I komentarz: "Najlepszy jest ten pomysł, że członkowie WiN, który
składa się z nieujawnionych akowców, niszczą własność swych ujawnionych
towarzyszy broni. (…) Te kłamstwa są obliczone na obudzenie w
społeczeństwie oburzenia przeciwko podziemiu. Przypomina mi to
tolerowanie przez gestapo bandytów, by ich zbrodniami obarczyć ówczesną
konspirację i zohydzić ją w oczach kraju. Nauka nie poszła w las i
dzisiaj mają w bezpiece wiernych naśladowców. Nie darmo ją ludzie
nazywają »czerwone gestapo«". Wieś Moniaki (obok kilku innych na
Lubelszczyźnie) jeszcze przed wojną była wylęgarnią komunistycznej
zarazy – późniejszych AL-owców, milicjantów i ubeków. "Zapora" rozbił
wiele placówek MO i UB. Schwytanym komunistom na ogół wymierzał kary
chłosty, a następnie puszczał ich wolno. Jeśli zabijał, to nie za samą
przynależność do PPR, czy bezpieki, ale za wyjątkowo szkodliwą
działalność, choć wielu UB-eków też oszczędził. Odbijał też więzienia,
wypuszczając aresztowanych. Jego oddział był przygotowany do akcji na
Zamek Lubelski, a nawet na areszt na Rakowieckiej w Warszawie, ale w
obu przypadkach jakiś kapuś doniósł o tych planach UB.

Dzięki posiadaniu zdobycznych samochodów ciężarowych "Zaporczycy"
potrafili dokonać w ciągu doby kilku akcji na terenie dwóch, a nawet
trzech powiatów i błyskawicznie „odskoczyć”. Ciągle zmieniali kwatery,
nigdy nie stacjonowali dwa razy z rzędu w tej samej wiosce.

Część 2 >
Strona główna – wprowadzenie >

Mjr Hieronim Dekutowski "Zapora" (1918 – 1949) – część 2


Lato 1946, żołnierze z oddziału mjr. "Zapory", stoją od lewej:

– Zbigniew Sochacki "Zbyszek", pierwszy adiutant
"Zapory". 3 lipca 1946 ranny w walce z grupą operacyjną UB, zastrzelił się; plut. Kazimierz Stefańczyk "Sokół";mjr Hieronim Dekutowski "Zapora";
por. Kazimierz Pawłowski "Nerw", Aresztowany 1 lipca 1948, skazany na karę śmierci, zamordowany 10
lutego 1949;por. Szczepan Żelazny "Żaba", d-ca plutonu w zgrupowaniu mjr. "Zapory".

HELIKOPTEREM Z WARSZAWY

Po kolejnej amnestii z lutego 1947 r., razem z Władysławem
Siła-Nowickim „Stefanem” (inspektorem WiN na Lubelszczyźnie) Dekutowski
podjął rozmowy z przedstawicielami Ministerstwa Bezpieczeństwa
Publicznego (m. in. z płk Józefem Czaplickim, dyr. Departamentu III MBP
– ds. walki z bandytyzmem, czyli niepodległościowym podziemiem; ze
względu na swoją nienawiść do AK-owców nazywanym "Akowerem" i płk.
Janem Tatajem, szefem WUBP w Lublinie) o warunkach ujawnienia się
lubelskiej partyzantki niepodległościowej.

Władysław Minkiewicz w książce "Mokotów, Wronki, Rawicz.
Wspomnienia 1939-1954" pisze: "W rezultacie w lasach na Lubelszczyźnie
odbyła się konferencja, na którą przylecieli helikopterem z Warszawy
wiceminister bezpieki Romkowski [Roman Romkowski – Natan
Grunsapau-Kikiel – red.], oraz dyrektor Departamentu Politycznego MBP,
Luna Bristigerowa". Porozumienia nie zawarto, gdyż bezpieka nie
zgodziła się, aby aresztowani wcześniej WiN-owcy odzyskali wolność.

Siła-Nowicki: "Kiedyś w trakcie tych rozmów, po podpisaniu pewnych
punktów porozumienia, grupa ludzi od »Zapory« i obstawa dygnitarzy MBP
zdrowo wspólnie popiła, zawsze jednak na zasadach równości, tak aby
żadna ze stron nie pozostawała bezbronna [obie strony były uzbrojone i
w równej liczbie ludzi – red.]. Potem wszyscy wsiedli do trzytonowej
ciężarówki »Dodge« ze sprzętu amerykańskiego, dostarczonego armii
radzieckiej. Samochód prowadził »Zapora«. Wyszkolony w prowadzeniu
samochodów w warunkach terenowych, na znanej sobie gruntowej drodze
pojechał z szaloną szybkością, jakby szukając śmierci. Na jednym z
zakrętów wóz zarzucił, uderzył w drzewo i rozbił się na kupę szmelcu. O
dziwo – nikomu z jadących nic się nie stało!".

KAPUŚ "OPAL"

W wyniku nieudanych rozmów „Zapora”, razem z dowódcami pododdziałów
swojego zgrupowania, podjął kolejną próbę przedostania się na Zachód.
12 września 1947 r. wydał swój ostatni rozkaz, przekazując dowództwo
kpt. Zdzisławowi Brońskiemu "Uskokowi". W prywatnym liście do "Uskoka"
napisał: "Ja dziś wyjeżdżam na angielską stronę – jestem umówiony z
chłopakami co do kontaktów, jak będę po tamtej stronie. Stary –
najważniejsze nie daj się nikomu wykiwać i bujać, jak tam wyjadę,
załatwię nasze sprawy pierwszorzędnie – kontakt będziemy mieć i tak.
Czołem – Hieronim" (W 1949 r. "Uskok" zdetonował pod sobą granat, nie
chcąc wpaść w ręce UB podczas obławy.)

Ludzie "Zapory", docierając kolejno (w połowie września 1947 r.)
na punkt przerzutowy w Nysie na Opolszczyźnie trafiali bezpośrednio w
ręce katowickiego UB. Dekutowski wpadł 16 września. Dziś już wiadomo, że jednym z agentów, który doprowadził do aresztowania "Zapory" i jego ludzi był jego zastępca Stanisław Wnuk "Opal".
Podstępnie schwytanych przewieziono na Rakowiecką i poddano
brutalnemu śledztwu. Przesłuchiwali: Jerzy Kędziora i znany sadysta
Eugeniusz Chimczak (sporządził również akt oskarżenia). Tak było przez
ponad rok.

W NIEMIECKICH MUNDURACH

Stefan Korboński: O tym, że "bandyta Zapora" to Hieronim Dekutowski
"opinia publiczna" dowiedziała się dopiero po rozpoczęciu procesu.

3 listopada 1948 r. w Wojskowym Sądzie Rejonowym w Warszawie,
prócz Dekutowskiego, na ławie oskarżonych zasiedli jego podkomendni:
kpt. Stanisław Łukasik, ps. Ryś, por. Jerzy Miatkowski, ps. Zawada –
adiutant, por. Roman Groński, ps. Żbik, por. Edmund Tudruj, ps. Mundek,
por. Tadeusz Pelak, ps. Junak, por. Arkadiusz Wasilewski, ps. Biały i
ich polityczny przełożony Władysław Siła-Nowicki. Oskarżał: Tadeusz
Malik. Sądzili: Kazimierz Obiada i Wacław Matusiewicz (ławnicy) i Józef
Badecki (przewodniczący; sądził też rotmistrza Witolda Pileckiego i
wielu innych patriotów).

Władysław Siła-Nowicki: "Pani Stillerowa [obrońca Nowickiego –
red.] poinformowała mnie, że przewodniczący składu Józef Badecki znany
jest z bardzo uprzejmego prowadzenia rozpraw i bardzo surowych wyroków.
Istotnie, sędzia Badecki, zimny morderca był cały czas bardzo grzeczny.
Od początku zresztą wszyscy byliśmy dla niego morituri…".

Nowicki pisze, że na rozprawę ubrano ich w mundury Wehrmachtu:
"Ten mundur hańbił katów, nie ofiary. I nieskończenie ważniejszym od
naszego ubrania było to, co przed sądem krzywoprzysiężnym mówiliśmy
podczas procesu".

W sądzie wszyscy zachowali się godnie, nie kajali się, nie
przyznawali się do absurdalnych zarzutów. "Zapora" wziął na siebie całą
odpowiedzialność.

15 listopada 1948 r. "sąd" skazał "Zaporczyków" na kilkakrotne
kary śmierci. Po rozprawie przewieziono ich ponownie na Rakowiecką,
również w niemieckich mundurach i pod silnym konwojem. Dekutowski znów
został poddany brutalnemu śledztwu, ale podobnie jak wcześniej nikogo
nie wydał.

Władysław Minkiewicz: "Wożono ich potem z workami na głowach, żeby
ich nikt nie rozpoznał (z obawy przed ewentualnym odbiciem) jako
świadków na rozmaite procesy podległych im członków WiN-u".



Mjr cc Hieronim Dekutowski "Zapora", "Odra"


ZESKOCZYĆ NA CHODNIK

"Ognisko zamętu i pożogi"

Uzasadnienie wyroku WSR w Warszawie z 15 listopada 1948 r.:

"Ośrodki dyspozycyjne reakcji polskiej w postaci tzw. emigracyjnego
rządu londyńskiego, czy też korpusu Andersa, będące zresztą powiązane z
agenturami imperialistycznych kół kapitalistycznych, wykorzystały dla
swych celów specjalne warunki topograficzne woj. lubelskiego, oraz
pewną ilość zbałamuconych członków byłych »AK« z czasów okupacji
niemieckiej. (…) Ośrodki dyspozycyjne znalazły odpowiednich
zwolenników swej ideologii na przywódców. Do nich zaliczają się
oskarżeni. Oskarżony Nowicki reprezentuje raczej [sic! – red.] czynnik
inspiracyjny, jak sam nazywa polityczny. (…) Inni oskarżeni z
Hieronimem Dekutowskim ps. »Zapora« na czele, są czynnikiem właściwie
[sic! – TMP] wykonawczym, o dużym zakresie działania. Tworzą oni
ośrodek działalności band terrorystyczno-rabunkowych i dywersyjnych
pełniąc tam funkcje przeważnie dowódców band. Bezwzględność i
okrucieństwo oskarżonych zostało wyzyskane przez ich wyższe
kierownictwo do tworzenia na terenie woj. lubelskiego w okresie od
lipca 1944 r. aż do mniej więcej [sic! – TMP] połowy roku 1947 ognisko
zamętu i pożogi, które dużym wysiłkiem władz i społeczeństwa musiało
być unicestwione".
"Zapora", razem z podwładnymi trafił do celi dla "kaesowców", gdzie
siedziało wówczas ponad sto osób. Podjęli próbę ucieczki – postanowili
wywiercić dziurę w suficie i przez strych dostać się na dach
jednopiętrowych zabudowań gospodarczych, a stamtąd zjechać na
powiązanych prześcieradłach i zeskoczyć na chodnik ulicy Rakowieckiej.

Minkiewicz: "Na noc rozkładało się na betonowej podłodze sienniki
i ustawiało się wszystkie ławki pod ścianą, a ze stołków robiono w
klozecie piramidę, sięgającą aż do sufitu. Po tej piramidzie Józio
Górski [więzień kryminalny – red.] wchodził co noc z wyostrzoną o beton
łyżką i mozolnie wiercił nią dziurę w suficie, starannie zbierając gruz
do typowego więziennego worka, zwanego u nas »samarą«. Potem ten gruz
wrzucał do klozetu i spuszczał wodę, żeby nie pozostawiać żadnych
śladów. A jak ustrzec się przed kapusiami? W tym celu wszyscy
wtajemniczeni mieli kolejno nocne dyżury i w jakiś przemyślny sposób
dawali znać Górskiemu, jeśli ktokolwiek z niewtajemniczonych budził się
i szedł do klozetu. Górski przerywał wówczas na chwilę pracę i siedział
sobie cichutko na szczycie swojej piramidy. (…) Po kilku tygodniach
dziura była na tyle szeroka, że Górski wszedł przez nią na strych i
odbył trasę aż do okienka nad niskimi budynkami gospodarczymi. W
zasadzie można już było podjąć próbę ucieczki, postanowiono jednak
zaczekać na czas, kiedy nadejdą noce bezksiężycowe, co dawałoby większą
gwarancję uniknięcia pościgu przez często krążące po Rakowieckiej
patrole KBW".

Kiedy do zrealizowania planu zostało ledwie kilkanaście dni, jeden
z więźniów kryminalnych uznał, że akcja jest zbyt ryzykowna i wsypał
uciekinierów, licząc na złagodzenie wyroku. Dekutowski i Siła-Nowicki
trafili na kilka dni do karcu, gdzie siedzieli nago, skuci w kajdany.

Nowickiemu pomogły rodzinne koneksje – był siostrzeńcem
Dzierżyńskiego. Aldona Dzierżyńska-Kojałłowicz, rodzona siostra twórcy
Czeki napisała do Bieruta: "Kocham go jak własnego syna, a więc przez
pamięć niezapomnianego brata mego Feliksa Dzierżyńskiego, błagam
Obywatela Prezydenta o łaskę darowania życia Władysławowi Nowickiemu".

Inaczej było z Dekutowskim. Na nic zdały się prośby o łaskę jego
rodziny, w tym najstarszej siostry Zofii Śliwy, czynione drogą
dyplomatyczną przez Prezydenta Republiki Francuskiej (od końca lat 20.
mieszkała we Francji, odznaczona Legią Honorową za udział we francuskim
ruchu oporu).

CZERWONE TECZKI

Irena Siła-Nowicka, żona Władysława pisze o swojej wizycie w biurze
przepustek na ul. Suchej w Warszawie: "Był ranek. Pułkownika, który
podpisywał zgody na widzenie nie było. Siadam więc i czekam na niego, a
tymczasem sekretarki, młode dziewczyny krzątały się wśród akt. Czerwone
teczki – kara śmierci, zielone – wszystko inne. Biorą te czerwone
teczki i jedna z nich czyta nazwisko: Dekutowski Hieronim. Jakie
śmieszne imię – mówi. A mnie serce zamarło – wiem, co znaczy czerwona
teczka! A więc piszą na maszynie jakieś dane o tych skazanych, ale nic
poza tym nie wiem – ani kiedy, ani gdzie te wyroki mają być wykonane".
Nowicka poszła następnie do aresztu na Rakowieckiej: "Wchodzę ze
strażnikiem w bramę, potem korytarzem. Obok przechodzą ludzie, niosący
na noszach człowieka. Nie wiem, czy był żywy, czy umarły, ale zrobiło
to na mnie okropne wrażenie. (…) Po jakimś czasie słyszymy stukot
drewniaków – prowadzą więźniów. Widzę Władka. Pyta od razu: co z moimi?
Odpowiadam – nie wiem, zrobiłyśmy wszystko, co było można. Przecież mu
nie powiem o tych teczkach na Smolnej. (…) Jak się okazało tego
właśnie dnia, 7-go marca 1949 roku rozstrzelano na Mokotowie siedmiu
wspaniałych ludzi, towarzyszy broni Władka. A on słyszał te strzały,
żegnał się z przyjaciółmi…".

MY NIGDY NIE PODDAMY SIĘ!

Egzekucję zarządził prezes Najwyższego Sądu Wojskowego Władysław Garnowski.

Ewa Kurek w książce "Zaporczycy" pisze o ostatnich chwilach
Dekutowskiego: "Miał trzydzieści lat, pięć miesięcy i 11 dni. Wyglądał
jak starzec. Siwe włosy, wybite zęby, połamane ręce, nos i żebra.
Zerwane paznokcie. – My nigdy nie poddamy się! – krzyknął, przekazując
przez współwięźniów swe ostatnie posłanie. Według dokumentów, wyrok
wykonano przez rozstrzelanie [o godz. 19.00 – TMP]. Mokotowska legenda
głosi jednak, że ubowscy kaci zapakowali majora »Zaporę« do worka,
worek powiesili pod sufitem i strzelali, sycąc swą nienawiść widokiem
płynącej spod sufitu niepokornej krwi. Potem, w pięciominutowych
odstępach, mordowali jego żołnierzy: »Rysia«, »Żbika«, »Mundka«,
»Białego«, »Junaka« i »Zawadę«".

GLORIA VICTIS !!!

Tadeusz M. Płużański

Anglojęzyczna wersja tekstu znajduje się na stronie The Doomed Soldiers. Polish Underground Soldiers 1944-1963 – The Untold Story

Część 1 >
Strona główna – wprowadzenie >