St. sierż. Mieczysław Dziemieszkiewicz "Rój" (1925 – 1951) – część 5

27 kwietnia Władysław …

27 kwietnia Władysław Grudziński „Pilot” i N.N. „Ketling” zrobili wypad do Pokrzywnicy (pow. ciechanowski). Podczas starcia z patrolem MO zastrzelili funkcjonariusza, wskazanego przez siatkę terenową do likwidacji. Zdobyto przy tym kbk. Po śmierci „Pilota”, UB przejęło jego pamiętnik, w którym zachował się obszerny fragment, opisujący ze szczegółami wydarzenia z 27 kwietnia 1950 r.:

[…] Na kwaterę zaszliśmy o godzinie 1. Do dnia spaliśmy, natomiast rano, kiedy zjedliśmy śniadanie, oczyszczono pistolety i amunicję. Chociaż broń mamy zawsze czystą, ale dzisiaj musimy bardziej liczyć na nią, gdyż jesteśmy obaj tylko z pistoletami i nie możemy się zawieść w razie potrzeby. Od samego rana pochmurnie i przelotny deszcz. Po południu o godzinie 5 pożyczyliśmy od gospodarza 2 cywilne czapki, ponieważ byliśmy z gołymi głowami, a tu deszczowo, po czym posililiśmy się, a po posiłku pożegnano domowych i odmaszerowaliśmy, udając się na spotkanie z jednym naszym człowiekiem. Maszerowaliśmy dzisiaj nie tak jak zawsze, bo w dzień, i nie polami, a drogą. […] dopiero po zachodzie słońca niebo zaczęło się przecierać. Od czasu do czasu wyłonił się zza chmur księżyc blady, otaczała go moc również bladych gwiazd, ciemnym mrokiem nocna cisza, którą zagłuszało rechotanie żab i zerwanie się z łąk stada kaczek i czajek, wrzeszczących tuż-tuż nad naszymi głowami. Maszerowaliśmy do godziny 10. Domowników zastaliśmy już w łóżkach. Po wejściu do mieszkania ów mężczyzna, do którego przyszliśmy, ubrał się i zaczął z nami prowadzić rozmowę na temat kilku komunistów znajdujących się w pobliżu jego miejsca zamieszkania. Każde zdanie pilnie wysłuchano i rozważono, żeby nie popełnić coś niepożądanego, co by przyniosło hańbę dla nas. Mamy podanych 3 komunistów, dla których można kuli nie żałować. Mamy już opis ich zewnętrzny, jak i duchowy. Dwóch to cywile, a jeden to milicjant. Jutro ma być spęd inwentarza żywego w Pokrzywnicy, więc można ich będzie zrobić, gdyż na pewno będą tam obecni. Po rozmowie położyliśmy się spać.
Nazajutrz rano nie możemy się doczekać wymarszu do Pokrzywnicy po tych gadów, jeszcze jesteśmy bardziej zadowoleni, ponieważ robotę będziemy odstawiać w dzień. Przed południem tego dnia, tj. 27 kwietnia, wysłaliśmy tegoż mężczyznę do Pokrzywnicy w celu zbadania sytuacji przedstawiającej się z tymi komunistami. W krótkim czasie powrócił, nie dając dokładnych wiadomości. […] Przed odejściem tłumaczę swojemu koledze, jak ma się zachować podczas potyczki – śmiało i zdecydowanie. O godzinie 1 robimy wymarsz. Po to wcześniej, aby przepatrzeć Pokrzywnicę [i] oczyścić ją z chwastów, tych najgorszych, naszego społeczeństwa. Idziemy sobie powoli. Słońce z południa przechyla się ku zachodowi, niebo w południe czyste, zaczyna się od strony zachodniej chmurzyć. W drodze westchnąłem do Boga o szczęśliwe przeprowadzenie roboty i szczęśliwe pomyślne wycofanie się. Kto z Bogiem, Bóg z nim, o tym powinien wiedzieć każdy wierzący. Jesteśmy w Pokrzywnicy. Ruch tam jak w małym miasteczku, idziemy drogą do Domosławia w kierunku kościoła. Ja – „Pilot”, dla mniejszego podejrzenia trzymam mały pakunek pod pachą, a jest nim lornetka owinięta w gazetę. Natomiast kolega „Ketling” idzie obok mnie, trzymając prawą rękę w kieszeni, gdzie był pistolet. Miejscowości tej nie znaliśmy dokładnie, a tylko z mapy jej położenie. Na 300 m przed sobą zauważyliśmy auto, ale nie zbaczając ani w prawo, ani w lewo, zbliżamy się ku niemu. Byliśmy jeszcze spory kawałek, [gdy] auto ruszyło i pomknęło w kierunku Pułtuska. Nad nim unosił się tuman kurzu. Na pewno samochód ten zabiera zakupione świnie i bydło. Dochodzimy do krzyżówek i wykręcamy na prawo, w kierunku do kościoła. Chaty tam małe, ponieważ okolica cała i ta miejscowość dostała doszczętnie zniszczona przez działania wojenne, a szczególnie podczas marszu wojsk czerwonych za Niemcami. Na lewo jest kilka baraków, w których mieści się Spółdzielnia i Kasa Stefczyka. Idąc drogą, a doszedłszy naprzeciw owych baraków Spółdzielni, zauważyliśmy w oknie dwóch milicjantów i kilku cywili, gdzie kręciły się również i kobiety. Chcąc zbadać, czy nie ma większej siły komunistów, dalej wolnym krokiem pomijamy baraki. Policja, jak też kilku cywili zwróciło na nas oczy, ale na razie nas [się] nie czepiano. Idziemy prosto do szkoły, po obu stronach drogi łąki rozmokłe, przez które przebiega kręty strumyk, a po obu stronach tegoż strumyka rośnie gęstwina krzewiny i kilkanaście starych olch. Uszliśmy może 150 metrów od baraków – wtem słyszymy: „Halo, halo!", oglądamy się, a milicjant, maszerując do nas, mówi: „Pozwólcie no" – tak ja natychmiast mrugnąłem na kolegę, co mamy robić. Wolnym krokiem zbliżamy się do milicjanta a on do nas. Zatrzymaliśmy się, natomiast milicjant zbliżył się na trzy kroki, stanął i pyta się: „Co wyście za jedni?” Odpowiadam: „A tu, z trzeciej wioski, zaraz, zaraz pokażę dokumenty”. Wtem kolega „Ketling” wyrwał parabellum z kieszeni i chciał wystrzelić w pierś komunisty, a tu masz diable kaftan, w komorze nabojowej był niewypał, tak ja – „Pilot”, natychmiast uchwyciłem niezawodną TT-etkę i wypaliłem dwie sztuki w klatkę piersiową gliny, lecz on natychmiast zrobił w tył zwrot, jeszcze w plecy i głowę otrzymał kilka kul. Karabin rosyjski, który miał ze sobą, zabrano. Przed strzałami zwrócono się o podniesienie rąk do góry, lecz on usiłował chwytać za karabin.
W tym momencie, gdy strzelano do atakującego nas [milicjanta], puszczono dwa strzały do jego kolegi trzymającego w rękach automat, gdy kule gwizdnęły mu przy uszach, skrył się za grube drzewo. Atakować nie mieliśmy szansy, gdyż on miał automat PPSz-a, a my obaj tylko z krótką bronią, a w zabranym karabinie zaledwie 4 naboje. Teraz zaczęliśmy się wycofywać, aby jak najszybciej oderwać się od miejsca wypadku. Do wieczora kawał, dopiero druga godzina. Było tu obecnie zgromadzenie ludzi cywilnych, lecz podczas akcji nikt nie został nawet tknięty. […].
Wycelowaliśmy sobie prosto w las, zagajnik, ciepło się robi, włosy mokre, ale nadzieja jest, że się ochłodzi, gdyż od zachodu strony powiewa mały wiaterek i napływa coraz większe zachmurzenie, na pewno będzie padał deszcz, którego dałby Bóg jak najszybciej. Gdy oddaliliśmy się do trzech km od Pokrzywnicy, siedliśmy na rowie i wylano wodę z butów, po czym dalej w drogę, co było znacznie lepiej maszerować. Ludzie jadący na pole i będący w zagrodach zwracali baczną uwagę na nas, bo my tu popoceni zdobyty karabin dźwigamy. W ogóle cywile nie wiedzą, co się stało. Na razie nie widać pogoni za nami, więc niewiele zwolniliśmy kroku. Teraz nieco pewniej się czujemy, bo już kilka km bliżej lasu, a do tego mamy jedną sztukę broni długiej, tylko niewiele amunicji. Dotarliśmy przez pola do wsi Mieszki Leśniki i stąd wzięliśmy podwodę, i stąd dojechaliśmy do łąk Zabłockich. Już od 10 minut pada drobny deszcz. Na łąkach zwolniliśmy podwodę, ponieważ był tam głęboki rów, przez który nie można było wozem przejechać. Gospodarzowi podziękowano i oświadczono, jeśli będziemy pociągani do odpowiedzialności przez komunistów, to niech oświadczy, że odwiózł jakichś pod Serock. Do widzenia – z Bogiem. Przez wodą napełniony rów przeprawiliśmy się i prosto miedzą kierujemy się na las, po którego skraju biegnie szosa. Zza krzaka czerni lornetowałem, czy nie ma wojska, w lnie i na szosie uważaliśmy, że jeszcze ni
e zdążyli zaskoczyć nam drogi. Nie widać nic, jak tylko jadącą furmankę w jednego konia, a za nią jakiś cywil jechał na rowerze. Idziemy śmiało do lasu, karabin trzymaliśmy pomiędzy sobą, ażeby cywilni ludzie nie zauważyli go. Dochodząc do samej szosy, pilnie obserwujemy, czy nie widać jakiejś łazęgi. Przez szosę nieznacznie przerwaliśmy się do lasu. Teraz poczuliśmy się panami sytuacji. Słońca nie widać, ale uważamy, że już niskawo. Deszcz zaczął padać ulewniej. W lesie po raz drugi polaliśmy podeszwy naftą. Idziemy teraz lasem wolniutko, odpoczywając należycie. Jak w butach, tak na kolanach i plecach mokro. Przesiąkliśmy od deszczu, że suchej nitki nie znalazłby. Doszliśmy do brzegu lasu od strony zachodniej i zatrzymaliśmy się pod rozgałęzioną sosną i z godzinę czasu czekając, jakie będą rezultaty naszej roboty. Nic się nie dało zauważyć prócz szumu drzew i deszczu, grzmotów i błyskawic nic nie widać ani słychać. Cisza panuje, już się zimno zaczyna robić pod tą sosną, bo i z niej leci za kołnierz. Ruszamy stąd do Helenki, ponieważ musimy oddać marynarki wypożyczone, pomimo że deszcz leje w dzień aż piszczy, więc nikt nas nic zobaczy. Bardzo ostrożnie i nieznacznie dotarliśmy do zagrody dziewczyny, podchodząc, ona zauważyła nas oknem i wyskoczyła na podwórko, potem za stodołę, pytamy, co słychać, nic, na razie cisza. Weszliśmy do stodoły i zmieniliśmy bieliznę. Jeden z domowników obserwował naszą drogę, którą wędrowaliśmy do ich budynków. Dziewczę natychmiast przyniosło gorącej herbaty i trochę posiłku. Potem oglądała zdobyty karabin. Deszcz folgował i przestał [padać] zupełnie. Chmury zaczęły niknąć i za chwilę ukazało się na niebie słońce, ale tuż nad samą ziemią. Za godzinę ukryje się zupełnie i będzie ciemno. Domownikom opowiadano cały przebieg zajścia w Pokrzywnicy. Brat tegoż zabitego milicjanta na Matkę Boską wyrażał się bluźnierczymi słowami, a również i ten zabity był nie lepszy. Gdy zrobiła się szarówka na dworze, pożegnaliśmy domowników i przykazano im, jak i sąsiadom, zniszczyć lub dobrze ukryć marynarki, w których byliśmy na robocie. Odeszliśmy z myślą, że będzie noc ciemnawa. Nieprawda, niebo stało się bezchmurne, a księżyc […] świecił sobie jak pan król w nocy na niebiosach, a towarzyszyły mu na niebie małe gwiazdeczki. Wędrujemy teraz do kolegi „Twardowskiego” i „Zrywa”, bo oni naszego powrotu czekają i niecierpliwią się. Tam jest odpowiednia skrytka w słomie, to odpoczniemy na fest. W godzinę czasu spotkaliśmy się z kolegami, którzy ciekawie słuchali opowiadań o przebiegu roboty w Pokrzywnicy. Słomy jeszcze sporo, więc nic nam komuniści nie zrobią. A zresztą słoma niczym, Bóg z wami, będzie nas bronił”.

Apogeum w działalności „Roja” stanowiło planowanie efektownej akcji wzięcia do niewoli gen. Piotra Jaroszewicza, za którego chciał zażądać zwolnienia więźniów politycznych z powiatu ciechanowskiego. Celowi temu służyć miał wypad „Roja” za Wisłę do powiatu garwolińskiego wiosną 1950 r. Materiały archiwalne UBP potwierdzają, że gen. Jaroszewicz w towarzystwie dwóch pułkowników WP na przełomie kwietnia i maja 1950 r. przebywał u krewnych w powiecie garwolińskim. Zasadzka zorganizowana przez „Roja” zakończyła się niepowodzeniem, bowiem gen. Jaroszewicz odjechał wcześniej do Warszawy.

Następny miesiąc przyniósł kolejną tragedię. 23 czerwca 1950 roku PUBP w Pułtusku otrzymał informację, że we wsi Popowo Borowe (pow. pułtuski) przebywa patrol z oddziału „Roja”, pod dowództwem Wacława Grudzińskiego „Pilota”. Zorganizowano obławę, w której wzięło udział około 2 tysięcy żołnierzy KBW i funkcjonariuszy UB. W akcji użyto samochody pancerne i samoloty, które koordynowały ruch pododdziałów (m.in. 3. batalion 10. pułku KBW dowodzony przez kpt. K. Kanię). Okrążono wieś, przypuszczając, że oddział ukrywa się w zabudowaniach Kazimierza Chrzanowskiego „Wilka”. „Pilot” w pierwszej chwili pojawienia się wojska sądził, że jest to niewielki pododdział. Postanowił dobrać trzech miejscowych, zaufanych ludzi i uzbroić ich, aby przebić się do lasu. Gdy wszedł na drzewo z lornetką, zorientował się, że wojska jest znacznie więcej niż początkowo sądził. Uzbrojonym cywilom rozkazał wracać do domu, aby niepotrzebnie ich nie narażać. „Pilot” rozkazał swoim żołnierzom kierować się do lasu, a sam osłaniał ich z broni maszynowej. Przebiegając przez drogę został ranny w nogi, lecz czołgając się zdołał dotrzeć do swoich kolegów. Z samolotu podawano wojsku przez radiostację dokładne miejsca pobytu partyzantów, na których nacierano samochodem pancernym. Walka trwała prawdopodobnie do wyczerpania się amunicji partyzantów, którzy wcześniej spalili swoje dokumenty. Około południa, 23 czerwca 1950 roku KBW i UB zlikwidowało patrol plut. Władysława Grudzińskiego „Pilota”, w składzie: st. strz. Czesław Wilski „Brzoza”,"Zryw", st. strz. Hieronim Żbikowski „Gwiazda”, st. strz. Kazimierz Chrzanowski „Wilk”. Naoczni świadkowie przypuszczają, że partyzanci zastrzelili się sami, ponieważ wszyscy mieli rany postrzałowe w skroniach. „Rój” chciał pomścić straconych kolegów, lecz było to niemożliwe, ponieważ budynki zdrajcy były strzeżone kilka miesięcy przez KBW , prawdopodobnie aż do śmierci „Roja”.

Partyzanci z oddziału Mieczysława Dziemieszkiewicza "Roja" (patrol "Pilota") polegli 23 VI 1950 r.: Władysław Grudziński "Pilot", Kazimierz Chrzanowski "Wilk", Czesław Wilski "Brzoza","Zryw", Hieronim Żbikowski "Gwiazda".

Władysław Grudziński "Pilot" – zdjęcie pośmiertne wykonane przez UB.

Hieronim Żbikowski "Gwiazda", poległy partyzant z patrolu "Pilota".

Pozostali przy życiu partyzanci nadal prowadzili działania bojowe przeciwko resortowi MBP, urządzano zasadzki, wykonano dziewięć akcji rozbrojeniowych, w 10 przypadkach wykonano kary śmierci na komunistach, bandytach i rabusiach.
27 lipca w Niedarowie grupa „Roja” zlikwidowała członka Komitetu Powiatowego PZPR w Ciechanowie Alfonsa O. Wracał on motocyklem z zebrania, na którym próbował założyć spółdzielnię produkcyjną. Akcję upozorowano jako wypadek drogowy.
14 sierpnia w Kołakach Małych (gm. Grudusk) zlikwidowano poborcę podatków Kazimierza K., członka PZPR. Zdobyto pepeszę (zlikwidowany miał być funkcjonariuszem MO).

Tablica pamiątkowa w miejscu śmierci "Pilota" i żołnierzy z jego patrolu w Popowie Borowym, 23 VI 1950 r.

Niektóre akcje „Roja” były prawdziwym wstrząsem dla władz komunistycznych, np. wypad 28 sierpnia 1950 r. na stację kolejową w Pomiechówku (pow. nowodworski). Czterech partyzantów pod dowództwem st. sierż. Mieczysława Dziemieszkiewicza „Roja” rozbroiło posterunek Służby Ochrony Kolei i zastrzelili dwóch funkcjonariuszy tej formacji. Następnie zatrzymano pociąg i przeprowadzono kontrolę pasażerów. Zlikwidowano dwóch milicjantów z Modlina – Henryka Antosiaka i Wacława Dąbrowskiego, zabrano ich broń. Rozbrojono też dwóch oficerów WP. Dowódca wygłosił antykomunistyczne przemówienie do pasażerów pociągu, po czym oddział wycofał się bez strat.
Do końca
1950 r. wykonano jeszcze kilka akcji zaopatrzeniowych i likwidacyjnych, m.in. 13 listopada zastrzelono milicjanta z Gołymina (pow. ciechanowski) Jana Grynszpanowicza, członka PZPR, na którym zdobyto pepeszę i raportówkę, a 10 grudnia w Ciechanowie zlikwidowano poborcę podatkowego Franciszka B., członka Komitetu Powiatowego PZPR.

St. sierż. Mieczysław Dziemieszkiewicz "Rój" – część 6>
Strona główna>

St. sierż. Mieczysław Dziemieszkiewicz "Rój" (1925 – 1951) – część 6

W nowy, 1951 rok …

W nowy, 1951 rok żołnierze „Roja” weszli z niebywałą fantazją. Obiektem ich brawurowej akcji ekspropriacyjnej stał się Bank Spółdzielczy w Nasielsku. 15 stycznia 1951 r. dwuosobowy patrol z tego oddziału, w mundurach pod płaszczami, w biały dzień wszedł do banku i zabrał 46 512 zł. Odsłaniając mundury, partyzanci powiedzieli pracownikom: „Nie bójcie się, my jesteśmy z partyzantki […] macie dzwonki alarmowe, więc możecie dzwonić. My będziemy w mieście jeszcze godzinę.”
Następnego dnia jedna z grup operacyjnych ścigająca partyzantów po akcji na bank w Nasielsku, złożona z plutonu KBW i pracowników UBP, dopadła partyzantów w wiosce Toruń (pow. pułtuski). Doszło do potyczki, jednak partyzanci zdołali oderwać się od pościgu.

Pierwszy z lewej sierż. Ildefons Żbikowski "Tygrys", trzeci st. sierż. Mieczysław Dziemieszkiewicz "Rój".

30 stycznie we wsi Kalinówka (gm. Somianka, pow. pułtuski) patrol „Roja” zatrzymał poborcę podatkowego Stefana K. (członka PZPR), który w towarzystwie dwóch pracowników administracji terenowej ściągał od rolników zaległe podatki. Ponieważ Stefan K. wyparł się przynależności do partii, „Rój” puścił go wolno.
9 lutego 1951 r. w gospodarstwie Tadeusza Skoczylasa, we wsi Ostaszewo (pow. pułtuski), patrol „Roja” zlikwidował funkcjonariusza MO Jerzego Lachowskiego, członka PZPR. Po tej akcji Skoczylas zbiegł do partyzantki, przybierając pseudonim „Kot”. Jego oraz Stanisława Tadżaka „Wilka” UB objęło rozpracowaniem agenturalnym o kryptonimie „Rozbitki”, co w niedługim czasie zakończyło się dla „Wilka” tragicznie.

Resort bezpieczeństwa nie dawał ciągle za wygraną i działania operacyjne mające doprowadzić do likwidacji „Roja” i jego ludzi zataczały coraz szersze kręgi. Liczbę agentów i informatorów skierowanych przez UBP do rozpracowania pozostałości jego oddziału można obliczać na kilkaset osób. Większość z nich była zmuszana do współpracy groźbą i szantażem. Zwerbowano tą drogą m.in. agentkę „Magdę”, córkę państwa Burkackich ze wsi Szyszki, u których „Rój" często bywał. „Magda” utrzymywała stały kontakt z „Rojem”, darzącym ją szczególnym zaufaniem i uczuciem – kilkakrotnie prosił ją o rękę. Funkcjonariusze UBP pisali w raporcie, że agentka „Magda” „zdecydowała się oddać „Roja”, mając ku temu szerokie możliwości, ponieważ „Rój” darzy ją kompletnym zaufaniem, co świadczy o tym, że stawiał jej kilkakrotnie propozycję wyjścia za mąż i wstąpienia do bandy”.
Jej rodzice zostali aresztowani przez UB i skazani na karę 6 i 8 lat więzienia. 13 kwietnia 1951 roku wróciła ona z Warszawy, być może była na UB. Według powszechnej opinii pracownicy UBP za wydanie „Roja” obiecali jej zwolnienie rodziców z więzienia, skazanych za współpracę z partyzantami. Wracając ze stacji kolejowej do domu wstąpiła do sąsiadów. Tutaj przyszedł także jej brat, powiedział, że „Rój” z „Mazurem” są u nich w domu i wyszedł. Po krótkim czasie także i ona wyszła. Nie wiadomo tylko czy widziała się z „Rojem” czy nie. Pewne jest, że poszła do nauczycielki i wzięła od niej rower. Pojechała do miejscowości Gzy, około 8 km od Szyszek i tam zameldowała o miejscu kwaterowania „Roja”.

Gospodarstwo Burkackich w kolonii Szyszki, ostatnie miejsce schronienia Mieczysława Dziemieszkiewicza "Roja" i Bronisława Gniazdowskiego "Mazura".

Szopa, w której znajdowała się kryjówka "Roja" i "Mazura".

W wyniku tego donosu 13 kwietnia 1951 r. „Rój”, który przebywał wówczas wraz z Bronisławem Gniazdowskim „Mazurem” w gospodarstwie Burkackich we wsi Szyszki (gm. Kozłowo, pow. pułtuski) został otoczony. W akcji brało udział 270 żołnierzy z I Brygady KBW i nieustalona liczba funkcjonariuszy UBP i MO. Gospodarstwo zostało otoczone potrójnym pierścieniem tyraliery. Akcję grupy operacyjnej wspierał samolot zrzucający flary oświetlające teren. Po kilku godzinach od rozpoczęcia akcji obaj wyszli z ukrycia i podjęli próbę przedarcia się przez kordon przeciwnika. Padli w krzyżowym ogniu broni maszynowej.
Z raportu dowództwa I Brygady KBW z likwidacji st. sierż. Mieczysława Dziemieszkiewicza „Roja” i st. strz. Bronisława Gniazdowskiego „Mazura” w dn. 13 kwietnia 1951 r., wnioskować można, że jeden z partyzantów, ciężko ranny, w momencie zbliżania się do niego grupy operacyjnej popełnił samobójstwo.

Bronisław Gniazdowski "Mazur" i Mieczysław Dziemieszkiewicz "Rój", polegli 13 IV 1951 r. w kolonii Szyszki – zdjęcie wykonane przez UB.

A tak wyglądało to w świetle raportu KBW:

Ściśle tajne
Egz. nr 1


Opis
akcji operacyjnej przeprowadzonej w dniu 13 IV [19]51 r. przeciwko bandzie „Roja" w m. kol[onia] Szyszki (4389)


1. Wiadomości o bandzie
Według danych PUBP Pułtusk w m. kol[onia] Szyszki (4389), gm. Kozłowo, pow. Pułtusk przebywa bandyta „Rój” i „Mazur”, uzbrojeni w jeden LMG-42 i 2 pistolety, umundurowani po wojskowemu.
2. Sity pododdziału
3 komp[ania] Spec[jalnego] Baonu w sile 66 ludzi (kpt. Kiziński) oraz jeden plut[on] fizylierów Specpalnej] Kompfanii] Specjalnego] Baonu w sile 30 ludzi, który został przysłany z m[iejsca] p[ostoju] G[rupy] Operacyjnej] „R". 1 i 2 komp[ania] Spec[jalnego] Baonu w sile 170 ludzi (kpt. Goraj), które przybyły na miejsce działań o godz. 21.40.
[…]
5. Decyzja
Na podstawie uzyskanych danych Dowódca Spec[jalnej] Grupy kpt. Kiziński zdecydował siłą 58 ludzi okrążyć melinę, natomiast 12 ludzi pozostawić jako odwód. Jako grupę szturmową użyć plut[on] fizylierów Spec[jalnej] Komp[anii] Spec[jalnego] Baonu w sile 30 ludzi (który miał przybyć na miejsce działania).
6. Przebieg działań
Dnia 13 IV [19]51 o godz. 17.30 dowódca specjalnej grupy kpt. Kiziński otrzymał wiadomość od szefa PUBP Pułtusk, że banda „Roja" w sile 2 przebywa w m. kol[onia] Szyszki (4289-c), gm. Kozłowo, pow. Pułtusk. Po otrzymaniu wiadomości o przebywaniu bandy natychmiast o powyższym powiadomiono Sztab G[rupy] O[peracyjnej] „R", prosząc o udzielenie pomocy.
W międzyczasie dowódca komp[anii] ppor. Światłowski przygotował pododdział do działań, o godz. 17.40 – 3 komp[ania] w sile 66 ludzi + 1 r[adio]st[acja] i 2 psy służbowe (kpt. Kiziński)
z m. Pułtusk przez m. Przewodowo (4397) wyjechała 3 samochodami do m[iejsca] rozładowania Żebry-Folbogi (4392). Po przybyciu do m. Przewodowo (4397) d[owód]ca spec[jalnej] Grupy spotkał się z szefem PUBP, gdzie dokładnie uzgodniono sytuację. Po osiągnięciu m. rozładowania o godz. 18.10 kompania szybkim marszem, omijając zabudowania, osiągnęła m. Dziarno (4291-c), skąd udała się w kierunku zachodnim, kontynuując marsz lasem, gdzie o godz. 18.40 osiągnięto podstawę wyjściową na skraju lasu koord[ynaty] (4289-a-c). Na podstawie wyjściowej d[owód]ca kompanii ppor. Światłowski przystąpił do okrążania 3 zabudowań 2 grupami.
Pierwsza w sile 28 ludzi (kpr. Osioł) z zadaniem okrążenia zabudowy od strony północnej (jak na szkicu nr 1). Druga grupa w sile 28 ludzi (kpr. Szczepaniak) z zadaniem okrążenia meliny bandyckiej od strony południowej. Obie grupy o godz. 19.00 nawiązały styk w rejonie załamania rowu (4288-b). Odwód w sile drużyny znajdował się na skraju lasu (4289). W trakcie okrążania z zabudowania wyjechała furmanka i rowerzysta, udając się w kierunku m. Szyszki (4389-a).
Furmankę i rowerzystę zatrzymano, kierując ich na S[tanowisko] D[owodzenia] d[owód]cy. Po zakończeniu okrążania przeprowadzono dodatkowe rozpoznanie, w wyniku którego stwierdzono, że bandyci znajdują się w zabudowaniu, które jest położone na zachód od drogi (4289) polnej prowadzącej z m. Szczegocin (3489) do m. Szyszki (4489). Na podstawie uzyskanych danych d[owód]ca kompanii zacisnął obstawę jak na szkicu, wariant drugi, o godz. 19.20. Z powodu małej siły wojska i zapadającego zmroku kpt. Kiziński zdecydował nie likwidować bandytów do chwili przybycia Spec[jalnego] Baonu z m. Przasnysz, d[owód]ca którego (3 kpt. Goraj) został powiadomiony o godz. 19.00 przez r[adio]st[ację] o znajdowaniu się bandy „Roja" w okrążeniu. Pierwsza i druga kompania Spec[jalnego] Baonu w sile 170 ludzi (kpt. Goraj) o godz. 19.30 wyjechała z m[iejsca] p[ostoju] G[rupy] Operacyjnej] R-2, wymienione pododdziały na miejsce działań przybyły o godz. 21.40, gdzie d[owód]ca Baonu po zapoznaniu się z sytuacją zdecydował przybyłym wojskiem wzmocnić obstawę przez wstawianie żołnierzy w luki poprzedniej obstawy, cały rejon okrążenia podzielić na cztery odcinki dowodzenia, do likwidacji bandy przystąpić z nastaniem dnia. Siłą pierwszej kompanii uzupełnić obstawę od strony północnej, drugą kompanią natomiast od strony południowej, jeden pluton specjalnej kompanii pozostawić jako odwód.
O godzinie 23.00 w zabudowaniu, w którym przebywała banda, zaobserwowano podejrzane ruchy, po czym zauważono szybko zbliżających się dwóch bandytów w kierunku prawego skrzydła północno-zachodniej części obstawy. Na odległość 40-50 m strz. Mrożek Zdzisław i strz. Lorec Bronisław, zauważywszy zbliżających się bandytów, z pm-ów otworzyli seryjny ogień, po strzałach tych usłyszano jęki bandytów. Ta część obstawy, która w tym czasie zauważyła bandę, otworzyła po nich ogień. Na rozkaz d[owód]cy baonu ogień przerwany, który trwał od trzech do czterech minut. W dalszym ciągu teren oświetlono rakietami w celu zorientowania się w sytuacji, w tym czasie zauważono w odległości około 45 metrów ustawiony na nóżkach rkm i skierowany lufą w kierunku obstawy oraz leżących obok niego dwóch bandytów.
Słysząc jęki, dowódca batalionu kpt. Goraj zdecydował: wysłać grupę w sile trzech ludzi + pies służbowy (ppor. Światłowski) w celu ujęcia jeszcze żywego bandyty. W czasie zbliżania się grupy do rannego usłyszano z ich strony pistoletowy strzał, dowódca baonu, licząc się ze stratami, na linię obstawy wycofał grupę w celu powtórnego użycia grupy i psa służbowego na dłuższej lince. Po wyruszeniu grupy oraz oświetleniu terenu rakietami zbliżająca się grupa zauważyła, że obaj bandyci są zabici (godz. 23.20). Nie ściągając przez całą noc obstawy, około godz. 6.00 dokładnie przeszukano melinę, gdzie wykryto bunkier, w którym to ukrywała się banda. Działania zakończono o godz. 7.00.
7. Wyniki akcji operacyjnej
Zabito bandytów („Rój" i „Mazur") – dwóch.
Zdobyto broni:
LMG-42 (rkm niemiecki w dobrym stanie) – jeden,
Pistolety (Parabellum i P-38) – dwa,
Amunicji różnej – 500 szt.
[…]

Szef Sztabu                                                                           Dowódca I Brygady KBW

Krzemiński                                                                            Kubaszek
mjr                                                                                     mjr

                                                                                         […]


Źródło: CAW, 1580/75/1466, k. 39-42, oryginał, mps.


Zdjęcie pośmiertne Mieczysława Dziemieszkiewicza "Roja".

Zdjęcie pośmiertne Bronisława Gniazdowskiego "Mazura".

Jesienią 1951 roku dwaj żołnierze „Roja”, Stanisław Tadżak „Wilk” i Tadeusza Skoczylas „Kot” chcieli pomścić śmierć dowódcy. Jednak dom zdrajczyni był strzeżony i żołnierze „Roja” wpadli w zasadzkę UBP. Jak wspomina Pani Burkacka, w nocy z 19 na 20 września, zobaczyła przez okno idących w stronę domu dwóch mężczyzn [„Wilk” i „Kot”]. Nagle padł strzał i „Wilk” został zabity. Według relacji pani Burkackiej, dostał w skroń. Czy możliwe, aby trafił go któryś z żołnierzy zasadzki, nocą, z odległości kilkudziesięciu metrów? Raczej nie. Prawdopodobnie „Kot” był w zmowie z UB od czasu rozpracowania operacyjnego o kryptonimie „Rozbitki”. Podprowadził „Wilka” pod zabudowania Burkackich i tam bez trudu, z bliskiej odległości mógł go zabić. „Kot”, co prawda, został aresztowany, ale po kilku dniach zwolniono go i wrócił do pracy w gospodarstwie.

St. sierż. Mieczysław Dziemieszkiewicz "Rój" – część 7>
Strona główna>

St. sierż. Mieczysław Dziemieszkiewicz "Rój" (1925 – 1951) – część 7

Ostatnim oddziałem …

Ostatnim oddziałem działającym do 14 października 1951 roku, który podlegał „Rojowi”, dowodził Stanisław Kakowski „Kaźmierczuk”. W jego skład wchodzili Henryk Kakowski „Henryk” i Jerzy Miączyński „Bohun”, „Szary”. Od marca 1951 roku grupa „Kaźmierczuka" ukrywała się w gospodarstwie Anastazego Pszczółkowskiego w Kadzielni powiat Przasnysz, na strychu obory. 14 października 1951 roku, rano około godziny szóstej do Pszczółkowskiego przyszedł sąsiad, Edmund Chmielewski, z wiadomością, że wojsko okrążyło wieś. Wkrótce przyszedł patrol trzech żołnierzy KBW i zaczęli przeszukiwać zabudowania. Gdy weszli do obory zostali ostrzelani przez ukrywających się tam partyzantów. Zginął jeden żołnierz bezpieczeństwa. Wojsko zaczęło strzelać pociskami zapalającymi, od których zapalił się dach obory, ogień przeniósł się na stodołę, a następnie na zabudowania E. Chmielewskiego. Zmusiło to partyzantów do opuszczenia kryjówki. Pod osłoną dymu Henryk Kakowski i Jerzy Miączyński próbowali przebić się przez pierścień okrążenia, jednak w trakcie walki zginęli, zaś „Kaźmierczuk” bronił się w płonącej stodole, a nie chcąc dostać się żywym w ręce UBP, popełnił samobójstwo. Ciała zabitych zostały przewiezione do Przasnysza i do dziś nie wiadomo, gdzie spoczywają. Po likwidacji patrolu „Kaźmierczuka” zostali aresztowani przez UB: Anastazy Pszczółkowski, Zenon Chmielewski, Eugeniusz Pszczółkowski, Aleksander Sosnowski i Mieczysław Morawski. Wraz ze śmiercią st. sierż. Mieczysława Dziemieszkiewicza „Roja” i patrolu Stanisława Kakowskiego „Kaźmierczuka” przestał istnieć najaktywniejszy oddział Narodowego Zjednoczenia Wojskowego na północnym Mazowszu.

Szczątki Stanisława Kakowskiego "Kaźmierczuka", wydobyte ze spalonej stodoły w Kadzielni, w której bronił się podczas ostatniej walki 14 X 1951 r.

Od góry: Henryk Kakowski "Henryk" i Józef Miączyński "Bohun", "Szary", polegli 14 X 1951 r. w Kadzielni – zdjęcia pośmiertne wykonane przez UB.

Jeszcze za życia „Roja” zaczęła kształtować się o nim zarówno czarna jak i biała legenda. Ta pierwsza kreowana była przez lokalnych działaczy PPR, funkcjonariuszy UBP i MO oraz ich najbliższe otoczenie. Uciekano się do makabrycznych form tworzenia czarnej legendy, np. w 1950 r. rannego partyzanta z oddziału „Roja” przywieziono furmanką do szkoły podstawowej w Nasielsku, aby pokazać dzieciom jak wygląda „faszysta, gad, wróg ludu, zbir”. Zwłoki Dziemieszkiewicza funkcjonariusze UBP upozowali na faszystę przebierając ciało w elementy umundurowania, którego nigdy nie używał np. beret z trupią główką i trupią główką na kołnierzu bluzy – wykonane zdjęcie miało charakter propagandowy.

Upozowane przez funkcjonariuszy UBP zdjęcie Mieczysława Dziemieszkiewicza "Roja" z elementami umundurowania, którego nigdy nie używał (beret z milicyjnym orzełkiem i trupią główką, trupia główka na kołnierzu bluzy).

Biała zaś legenda wyrosła wśród żołnierzy NZW i ludności cywilnej z obszaru jego działania. Już za życia stał się legendą, którą spotęgowała heroiczna śmierć. „Rój” był uwielbiany przez żołnierzy i podziwiany za heroizm na polu bitwy. Zawdzięczał to wyjątkowej wyobraźni i opanowaniu taktyki, choć zawsze miał do czynienia z przeciwnikiem górującym liczebnością i uzbrojeniem. W stosunkach pomiędzy dowódcą a żołnierzami obowiązywały formy koleżeńskie – wszyscy zwracali się do siebie kolego. Te poprawne formy wzajemnego odnoszenia się przekładały się także na kontakty z ludnością cywilną, bez pomocy której nie miałby żadnych szans przetrwać w terenie tak długo. Znamienna jest też, wiążąca się ściśle z kondycją moralną oddziałów, strona religijna partyzanckiej obyczajowości, tak charakterystyczna dla życia wsi mazowieckiej, a więc modlitwa kończąca dzień, zamawianie mszy św. za poległych kolegów. Bardzo ciekawym świadectwem tej sfery życia partyzantów NZW są nacechowane głęboką religijnością notatki st. sierżanta Władysława Grudzińskiego „Pilota”, w których ustawicznie przewija się odwoływanie się do opieki Matki Boskiej. Podczas walki w nocy z 9 na 10 listopada 1948 roku w kolonii Wyrąb Karwacki „Pilot" oddawał się w ręce Boga i wołał w duchu: „Matko Najświętsza ocal mnie i osłaniaj swym płaszczem”.

Ryngraf (awers i rewers) Czesława Wilskiego "Zrywa" z patrolu Władysława Grudzińskiego "Pilota", podległego "Rojowi".

Partyzanci dostrzegali w „Roju” jego walory dowódcze. Wiedzieli, że nie oszczędzał siebie, gdy to wydawało się konieczne ze względów taktycznych czy moralnych. Wybierając alternatywę w chwilach wymagających szybkości decyzji, nawet w warunkach wyczerpania czy chwilowej depresji, był na ogół celny i to zapewniło mu tak długi okres zmagań z ustrojem totalitarnym.
O uwielbieniu „Roja” przez jego podkomendnych świadczą słowa piosenki napisanej przez Władysława Grudzińskiego „Pilota” znalezione przez funkcjonariuszy UBP w jego dokumentach:

„Kto raz go widział ten z pamięci już jego rysów nie wymaże,
Kto raz z nim walczył, ten pójdzie gdzie tylko mu rozkaże,
Kto raz miał możność być z nim razem i znosić trudy znoje,
Ten pójdzie pod jego rozkazem dla Polski dać życie swoje.

Dziecięciem prawie jeszcze był gdy las go wpędził w bój,
O Wolnej Polsce zawsze śnił młody rycerski „Rój”.
Nie zraził się, gdy padł mu brat rażony kulą wroga,
W duszę mu wplótł się zemsty bat i zdrajców do dziś smaga.

On porwał Przasnysz i Ciechanów do walki ze zdrajcami,
To on przestrachem jest tyranów i drżą przed nim nocami.
Konopki, Przasnysz i Gąsocin tam krwią swe drogi znaczył,
Na każdym bił i psocił gdzie tylko ich zobaczył.

Spać i jeść nie mógł, gdy dni kilka nie zaszedł im za skórę,
On musiał stale tropić „wilka” i ranić mu pazury.
Dlatego imię jego słynie daleko i szeroko,
Za uczci
wość i odwagę będzie miał stale oko,


Potomność powie o nim dobrze i sławy mu nie ujmie,
Nie zginie jego dobre imię w innych nieprawych tłumie.
Aby dał Bóg, by z trudów Twych i nieprzespanych nocy,
Wyrosła Polska Wielka, Wolna od zdrajców i przemocy.

Dobremu, lecz niestałemu koledze Mietkowi „Rojowi” na pamiątkę Poświęca.”

Ocena działań Mieczysława Dziemieszkiewicza „Roja” budzi dziś wiele kontrowersji. Jedno nie ulega wątpliwości, mimo młodego wieku był wspaniałym dowódcą i kolegą. Należał do najwybitniejszych, najbardziej energicznych i zdeterminowanych dowódców terenowych XVI Okręgu Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Cieszył się poparciem ludności, dzięki któremu mógł tak długo działać i utrudniać komunistom utrwalanie swej władzy. Poległ w walce o wolną i niepodległą Polskę.

St. sierż. Mieczysław Dziemieszkiewicz "Rój" (z lewej) z kadrą oddziału.

Apel komendanta Powiatu „Wisła" st. sierż. Mieczysława Dziemieszkiewicza „Roja" do żołnierzy NZW

Narodowe Zjednoczenie M[iejsce] p[ostoju], dnia 28 V 1950 r.
Wojskowe
Komenda Okręgowa „Wisła”
K[omendant] O[kręgu] „Rój”
Zastępca st. sierż. „Pilot”

Koledzy!


Pomimo że straszny wróg wszelkimi metodami stara się nas zniszczyć, my ufni w moc Boską idziemy zawsze naprzód i z każdym krokiem zbliżamy się do chwili zwycięstwa.
Koledzy, nie zrażajmy się tym, że giną co dnia najlepsi synowie Ojczyzny. Nic to. Giną za wiarę i Polskę, a z krwi ich wyrośnie Wielka Chrześcijańska Polska tylko dla prawdziwych Polaków.
Pamiętajmy o tym, żeby zniszczyć chwasty spośród naszego społeczeństwa, a wtedy przystąpimy do odbudowy wielkiego domu rodzinnego, którym jest Wielka Polska.
Koledzy, nie zrażajmy się nawet tym, gdy giną nasi koledzy. Bracia, to są ofiary, po których zbliżamy się do zwycięstwa. Do celu, do którego dążymy, nic nas nie może powstrzymać. My, Narodowcy, idziemy [z] testamentem gen. Sikorskiego i kontynuować go będziemy aż do końca wojny, aż do zwycięstwa.
Koledzy, każdy z Was musi być dobrym żołnierzem, dowódcą i kolegą, bo gdy przyjdzie chwila, że zginie Wasz dowódca, nie hamujcie pracy, a szerzcie Narodową Organizację jako Apostołowie, głosząc słowo Boże wśród pogan.
A więc do czynu, Bracia Koledzy.
Życzę Wam pomyślnej pracy z Bogiem.

K[omendant] O[kręgu] „Rój”

Bibliografia:
1. Kryptonim „Orzeł”. Warszawski Okręg Narodowego Zjednoczenia Wojskowego w dokumentach 1947-1954, wybór i oprac. Kazimierz Krajewski, Tomasz Łabuszewski, Jacek Pawłowicz, Leszek Żebrowski, Warszawa 2004.
2. Krzysztof Kacprzak, Mieczysław Dziemieszkiewicz ps. „Rój” i jego oddział jako przykład antykomunistycznego oporu na Ziemi Ciechanowskiej, [w:] Podziemie Niepodległościowe, red. Wiesław Leszek Ząbek, Warszawa-Nadarzyn 1997, s. 125-130.
3. Stanisław Tyc, Gloria victis. Ostatni partyzanci ziemi nasielskiej, [w:] Notatnik Nasielski, nr 53, 03/2006, część 1; nr 55, 05/2006, część 2.
4. Kazimierz Krajewski, Tomasz Łabuszewski, Mieczysław Dziemieszkiewicz (1925-1951), [w:] Konspiracja i opór społeczny w Polsce 1944-1956. Słownik biograficzny, t. 3, Kraków-Warszawa-Wrocław 2007, s. 138-141.

St. sierż. Mieczysław Dziemieszkiewicz "Rój" – część 1>
Strona główna>

Por. Aleksander Młyński "Drągal" (1925 – 1950) – część 1

Por. Aleksander Młyński „Drągal”

„W czasie amnestii [1947 r.] (…) przyszedł do naszego domu sam „Drągal” i powiedział, do mnie jak i do moich sióstr i rodziców, że już się ujawnił i będzie spokojnie żył. Aż w maju 1947 r., będąc w polu przy pracy (…), zobaczyłam na łące przy źródle trzech (…), poznałam wtedy „Drągala”, który (…) podszedł do mnie i powiedział, że z jego oddziału zostało aresztowanych pięciu i że on zmuszony jest z powrotem iść w teren…”.
Fragment protokołu przesłuchania Marii Dźbik z 12 I 1951 r.

Porucznik Aleksander Młyński „Drągal” to jeden z najsłynniejszych żołnierzy antykomunistycznej partyzantki. Żołnierz wileńskiej Armii Krajowej, Powstaniec Warszawski, stworzył po wojnie odział Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, który wyjątkowo bezwzględnie walczył z władzami komunistycznymi. Bił się aż do 25 sierpnia 1950 r., gdy został zastrzelony wraz z dwoma towarzyszami: Zbigniewem Ejnenbergiem ps. „Powstańczyk” i Zygmuntem Chmielewskim ps. „Lew” w Kolonii Wawrzyszów pod Wolanowem. Do likwidacji Aleksandra Młyńskiego i jego partyzantów doprowadził agent o pseudonimie „15”. Dziś już wiadomo, kim był i jak doszło do zdrady.

Por. Aleksander Młyński ps. "Drągal"

Aleksander Młyński urodził się w 1925 r., pochodził zza Buga. W 1945 r. osiedlił się w miejscowości Kadłubek w gminie Sienno (pow. iłżecki). W 1946 r. wstąpił do oddziału partyzanckiego chor. Antoniego Owczarka ps. „Zygadło”, współpracującego z Inspektoratem Związku Zbrojnej Konspiracji mjr. Franciszka Jaskulskiego „Zagończyka”. Pełnił tam funkcję drużynowego. Następnie dowodził patrolem w oddziale ppor. Tadeusza Zielińskiego „Igły”, także podległemu ZZK. 22 X 1946 r. patrol dowodzony przez „Drągala” zastrzelił, koło wsi Rajec (niedaleko Radomia), kpt. Wasyla Leśnikowa, sowieckiego doradcę PUBP w Kozienicach.

Chor. Antoni Owczarek ps. „Zygadło”, d-ca oddziału partyzanckiego ZZK, w którym służył Aleksander Młyński "Drągal".

W lutym 1947 r., jak większość żołnierzy podziemia, Aleksander Młyński „Drągal” ujawnił się podczas lutowej amnestii. Jednak prześladowany przez UB, po kilku miesiącach wrócił do podziemia. W 1947 r. współpracował z oddziałem Antoniego Szeligi ps. „Wicher” oraz ponownie z ppor. Tadeuszem Zielińskim „Igłą”. Po okresie współpracy z ppor. „Igłą”, którego oddział wywodzący się bezpośrednio z Inspektoratu ZZK, został rozbity w czerwcu 1948 r. („Igła”otoczony i ranny, rozerwał się granatem), na przełomie 1947 i 1948 r. Aleksander Młyński podjął samodzielną działalność. Między latem 1947 r. a sierpniem 1950 r. (w różnych okresach) do grupy należeli: Janusz Durski, Jan Gregorczyk „Jastrząb”, Roman Sobolewski „Daszko”, Zygmunt Wójcicki „Kawka”, ppor. Antoni Sobol „Dołęga”, Jerzy Sobol „Gil”, Marian Bukała „Zbych”, Józef Oko „Kat”, Czesław Gomuła „Bejok”, Zbigniew Ejnenberg „Powstańczyk” oraz Zygmunt Chmielewski „Lew”. W 1950 r. przy „Drągalu” byli już tylko dwaj ostatni z wymienionych. Pozostali zginęli albo zostali aresztowani przez UB.

Chor. Antoni Owczarek "Zygadło" (pierwszy z lewej) ze swoimi żołnierzami.

Chor. Antoni Owczarek ps. „Zygadło” (siedzi drugi od lewej).

Pod koniec lat 40. grupa dowodzona przez por. Aleksandra Młyńskiego ps. "Drągal” prowadziła najintensywniejsze działania przeciwko komunistom na Kielecczyźnie. Skupiała ona osoby, które podobnie jak „Drągal”, były zagrożone aresztowaniem. Prawie wszyscy członkowie oddziału mieli duże doświadczenie partyzanckie nabyte w wyniku dotychczasowej powojennej działalności w podziemiu antykomunistycznym. Przez kilka lat operowali na tych samych terenach (m.in. powiaty: radomski, kozienicki, opoczyński) i znani byli okolicznej ludności. Wielu mieszkańców północnej Kielecczyzny udzielało im pomocy, płacąc później za to pobytem w aresztach UBP i więzieniach. Oficerowie śledczy z UB, sporządzający akty oskarżenia przeciwko osobom wspierającym grupę „Drągala”, potwierdzili zjawisko „poparcia u części społeczeństwa polskiego” wyrażające się m.in. udzielaniem „w różny sposób (…) pomocy tymże bandytom”.

Według dokumentów i historyków resortowych od początku 1948 r. do sierpnia 1950 r. grupa „Drągala” dokonała 106 „napadów terrorystyczno – rabunkowych”, z czego 53 na „sklepy spółdzielcze”. Przypisano jej również „16 zabójstw”, w tym: „3 funkcjonariuszy MO, 3 żołnierzy KBW i kilku członków PPR i PZPR”.
Długotrwała aktywność partyzantów „Drągala” sprawiła, że lokalni działacze polityczni w północnej Kielecczyźnie „czuli lęk przed propagowaniem spółdzielczości”.


Prawdopodobnie 1948 r. Pierwszy z lewej Aleksander Młyński "Drągal", trzeci – Antoni Szeliga "Wicher".

Janusz Durski, przebywający w grupie „Drągala” przez kilka tygodni jesienią 1947 r., w trakcie przesłuchania zeznał: „Drągal” mówił nam, byśmy się jak najwięcej pokazywali ludziom z bronią w celu podtrzymania ducha (…), że jeszcze są partyzanci i niedługo wszystko się zmieni (…), dokonywaliśmy aktów dywersji, rabując spółdzielnie jako sklepy państwowe i rozdając zrabowane towary ludziom po wsiach, mieliśmy na celu zdobyć zaufanie ludzi do nas, byśmy mogli korzystać z ich poparcia i pomocy w razie potrzeby (…). Natomiast nie rabowaliśmy towarów w prywatnych, nawet sklepowym spółdzielni, w celu wykazania (…), iż nie jesteśmy bandą rabunkową, tylko leśną grupa partyzancką”.

Pomimo usilnych dążeń aparatowi bezpieczeństwa przez kilka lat nie udawało się całkowicie rozbić grupy, a wokół samego „Drągala” wytworzył się „mit człowieka niezwyciężonego”. Dopiero 25 sierpnia 1950 r. w pobliżu Kolonii Wawrzyszów w pow. radomskim, specjalna „grupa pozorowana”, złożona ze zdrajcy i trzech funkcjonarius
zy UB, przeprowadziła udaną akcję likwidacyjną. Zdradził „Drągala” jego były współtowarzysz Marian Bukała ps. „Zbych”, przedstawiając mu funkcjonariuszy UB jako działaczy podziemia niepodległościowego z Lubelszczyzny.

Cel: zabić „Drągala”

Jest lato 1950 r. Władza ludowa rozprawiła się z większością antykomunistycznego podziemia. Ale na ziemi radomskiej jest wciąż niespokojnie. Po lasach ukrywają się resztki oddziałów Czesława Łepeckiego ps. „Ostoja”-„Bóbr”, Romana Sobolewskiego ps. „Daszko” i por. Aleksandra Młyńskiego ps. „Drągal”. Kłopoty sprawia zwłaszcza ten ostatni. Dowodzony przez odważnego i doświadczonego żołnierza, liczy wprawdzie tylko trzy osoby, ale ma w terenie dziesiątki „uśpionych” współpracowników. W gminach Przytyk, Radzanów i Wolanów nikt z partyjnych działaczy nie może być pewny dnia ani godziny.

UB dwoi się i troi, by zlikwidować oddział. Próbuje go osaczyć siecią tajnych współpracowników. W 1948 r. było ich 34, dwa lata później już 255. Na obławy wysyła kilkusetosobowe oddziały Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Powstają wciąż nowe strategie operacyjne o wdzięcznych nazwach: „Pogoda”, „Deszcz”, „Grom”, „Błyskawica”. Wszystko na nic. Młyński potrafi uciec z każdej zasadzki, i potem jeszcze zaatakować. Sprzyja mu szczęście i miejscowa ludność. Jak raportuje rozżalony szef sztabu 7 Pułku KBW kpt. Szela-Kozik: „ludność ta udziela mu żywności i noclegów, szczególnie w gminie Przytyk i Radzanów, gdzie jest mniej uświadomiona i bardziej reakcyjnie nastawiona”.

Przełom następuje dopiero 23 lipca 1950 r. Tego dnia wpada w ręce UB Marian Bukała ps. „Zbych”, były towarzysz broni Młyńskiego. Po aresztowaniu składa bardzo obszerne wyjaśnienia, zdradza m.in. aż 163 „meliny”, gdzie ukrywali się leśni. Ale, co dla UB najważniejsze, zgadza się na współpracę. Otrzymuje pseudonim „15” i przyjmuje układ: ja likwiduję w ciągu miesiąca „Drągala” i jego ludzi, wy darujecie mi życie i wolność. Jak depeszuje kpt. Kozik-Szela: „nie było żadnego wyjścia na „Drągala”, więc zwrócono się do ministerstwa o zgodę na puszczenie „Zbycha”. Zgoda przyszła… cztery dni później Młyński już nie żył.

Por. Aleksander Młyński "Drągal" (siedzi pierwszy z prawej) z grupą swoich żołnierzy. Nad nim (z prawej strony) stoi Marian Bakuła "Zbych", zdrajca, który bezpośrednio przyczynił się do śmierci "Drągala" i jego ludzi.

Jak to się stało…

Adolf Dźbik miał wtedy 15 lat. Mieszkał z rodzicami i trzema siostrami w Kolonii Wawrzyszów koło Wolanowa. Jego siostra Marianna była narzeczoną „Drągala”, więc w zagrodzie często gościli leśni. Wśród nich „Zbych”. Dźbik – mimo upływu lat – pamięta go doskonale: młody, średniego wzrostu, ubrany w „olimpijkę”. Prawdziwy partyzant.
„Dał się we znaki komunistom. W jednej z bitew został ranny. Młyński wynosił go spod kul. Ryzykował życie” – opowiada Dźbik.

W 1948 r. „Zbych” zniknął z oddziału. Jak mówiono po wsiach, musiał uciekać, bo pod Dobieszynem, ścigany przez KBW, zgubił broń poplamioną krwią, a więc i z odciskami palców. Wrócił dwa lata później z trzema drabami, znów ubrany w „olimpijkę”. Chodził po wsiach i rozpowiadał, że szuka „Drągala”. Zapukał między innymi do Dźbików. Miał z sobą pół litra spirytusu i szukał noclegu. Siostra, narzeczona Drągala, odmówiła, bo obawiała się prowokacji. „Zbych” znalazł więc kwaterę kilkaset metrów dalej, u rodziny Kołaczów.
Adolf Dźbik: „Miałem 15 lat, gdy do naszego domu w Kolonii Wawrzyszów przyszedł zdrajca "Zbych" w towarzystwie trzech ludzi. Mówił, że to cichociemni, ale nam od razu wydali się podejrzani. Byli pewni siebie, niby mieli się ukrywać, a otwarcie chodzili po obejściu. I wypytywali o "Drągala": czy przychodzi, gdzie można go spotkać”.

Nazajutrz jeden z drabów kazał Dźbikowi iść do Mniszka po piwo. Był świetnie zorientowany w terenie, pewny siebie, wciąż rozpytywał o Młyńskiego. Stał na środku podwórka, razem z kolegami, i wcale nie zamierzał się ukrywać.
„Coś było nie tak” – opowiada Dźbik. – „W rozmowie z nim kluczyłem, zmyślałem. I on nagle się zdenerwował. Złapał mnie za ramiona, wcisnął kolano w brzuch i wybuchnął: „Zobaczysz, kto będzie celnie strzelał, jak spotkamy się z „«Drągalem»”. Wtedy już byłem pewien. „Zbych” zdradził. Rozmawiam z ubekiem”.

Dwa dni później do Kolonii Wawrzyszów przybył „Drągal” ze swoimi partyzantami: „Powstańczykiem” – Zbigniewem Ejnenbergiem i Zygmuntem Chmielewskim „Lwem”. Nie wstąpił, jak miał w zwyczaju, do narzeczonej. Nie zajrzał do skrytki przy drodze, gdzie w pudełku od zapałek Dźbik ukrył kartkę z ostrzeżeniem. Poszedł od razu na spotkanie ze „Zbychem”. I to go zgubiło.
Adolf Dźbik: "Drągal" wraz z "Powstańcem" i Chmielewskim poszli z tamtymi gadać do stodoły. Przygotowaliśmy dla nich obiad. Moje dwie siostry zaniosły im jedzenie, ja w tym czasie pracowałem w polu w odległości jakichś 80 m od zabudowań. Siostry zauważyły, że pomiędzy nimi jest jakieś duże nieporozumienie. Ledwo wyszły ze stodoły, gdy usłyszeliśmy trzy serie z karabinu, granat i pojedyncze strzały. Jedna z sióstr chciała zawrócić, ale wtedy ze stodoły wybiegł ubek i zagroził jej, że jak się ruszy, to ją też zastrzeli. "Bo ci wywalę prosto w łeb, wyście obie już tam powinny legnąć" – krzyknął do niej. Nikomu z nas nie pozwolili się zbliżyć do stodoły. Drugi ubek wsiadł na rower i gdzieś odjechał. To było między 14.30 a 15.30. Jakiś czas potem wieś otoczyli ubecy i zainscenizowali atak. Szli polami i strzelali w ziemię, aż kurz leciał. Chodziło o to, aby ci ubecy, którzy u nas byli, mogli się wycofać, że niby "Drągala" kto inny zastrzelił. Ale ja widziałem ich ciała. Leżały koło naszej stodoły. Wiem, że ubecy zamierzali ich zabić wcześniej, w nocy podczas snu, ale "Drągal" się przebudził. On był bardzo czujny, mógł nawet trzy noce wytrzymać bez spania. Miejsce, w którym go zabito, oznaczyliśmy kamieniami”.


Por. Aleksander Młyński "Drągal" (pierwszy z lewej) ze swoimi żołnierzami. Drugi z lewej – Antoni Szeliga "Wicher". Prawdopodobnie 1948 r.

Por. Aleksander Młyński "Drągal" – część 2>
Strona główna>

Por. Aleksander Młyński "Drągal" (1925 – 1950) – część 2

Złamany „Zbych”

Zebrane przez Instytut Pamięci Narodowej materiały UB obszernie dokumentują historię zdrady „Zbycha”.
Jak się okazuje, tuż po wojnie, której końcówkę spędził w słynnym I batalionie 2.pp AK mjr. Eugeniusza Kaszyńskiego „Nurta” (mieszkał wówczas z rodzicami i ośmiorgiem rodzeństwa w małej wsi pod Siennem) wyjechał na Ziemie Zachodnie i wstąpił do Milicji Obywatelskiej. Po kilku miesiącach dostał przepustkę, wrócił w rodzinne strony, gdzie czekał już na niego UB z nakazem aresztowania. Odsiadka nie trwała długo, jednak dla młodego chłopaka stanowiła nauczkę, że ze spokojnym życiem może się pożegnać. Parę lat później napisze do prezydenta Bieruta: „Pod wpływem namowy kolegów wstępuję do bandy terrorystyczno – rabunkowej”.

Były to kolejno oddziały chor. Antoniego Owczarka „Zegadły”, Czesława Łepeckiego „Ostoi”, Aleksandra Młyńskiego „Drągala”. W ich szeregach walczy aż do 1948 r. Bezpieka skwituje potem tę działalność czternastoma zarzutami, głównie o napady na gminne spółdzielnie oraz funkcjonariuszy MO i UB.
W 1948 r. „Zbych” wyjeżdża na Dolny Śląsk. Zmienia tożsamość, przyjmuje posadę w PGR koło Kostrzynia nad Odrą. Ale UB nadal go tropi. W połowie roku przechwytuje korespondencję wysłaną z Sienna przez narzeczoną. W Kostrzyniu zjawiają się funkcjonariusze UB i dokonują aresztowania. Według relacji Dźbika „Zbych” łamie się już podczas transportu do więzienia. „Zapytał ubeka, co z nim będzie. Usłyszał: – Sam wiesz, zasłużyłeś na stryczek. No chyba, że nam pomożesz złapać «Drągala»”.

Z zachowanych dokumentów wynika, że do współpracy nakłonił go funkcjonariusz o nazwisku Siudeja, a oficerem prowadzącym był Józef Remsak. Z kolei plan likwidacji „Drągala” opracowali wyżsi oficerowie UB w Kielcach. Przewidywał on, że „Zbych” otrzyma do pomocy trzech doświadczonych funkcjonariuszy, z którymi stworzy pozorowany oddział partyzancki. Oddział dokona kilku napadów, by uwiarygodnić się w oczach „Drągala”.

Jak zabito „Drągala”

Nieco inaczej wyglądała likwidacja grupy por. Aleksandra Młyńskiego „Drągala” w wersji funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa. Grupa pozorowana rozpoczęła działalność 20 sierpnia. Tak jak zaplanowano rozbiła spółdzielnię w Cerekwi. Po napadzie „Zbych” odwiedził wszystkie znane sobie meliny i rozgłaszał, że chce się spotkać z Młyńskim. 24 sierpnia zatrzymał się w Laskowej Woli. O godzinie 1:00 w nocy przybył tam i „Drągal”. Co było dalej, przedstawił w raporcie kpt. Kozik (pisownia oryginalna):
„Wszyscy serdecznie pocałowali się, po krótkiej rozmowie położyli się spać. Rano przygotowano śniadanie, wypito litr wódki, «Drągal» ze «Zbychem» wspominali przeżycia wspólne i w miłej pogawędce udali się na skraj lasu, w lesie spożyli po raz drugi śniadanie, które zostało przyniesione przez kobiety i w dalszym ciągu przyjemnie gawędzili, że teraz im będzie dobrze, bo jest ich więcej itp., mocowali się na ręce, co «Drągala» już wyczerpało z sił. Wszyscy znużeni pokładli się spać. Wtedy na umówiony znak otworzono do bandytów ogień z pistoletów, zabijając ich na miejscu, m.in. bandyta «Zbych» również celnie strzelał do swoich kolegów”.

Plastyczniej opisał tę akcję jeden z jej uczestników (cytat za: „Tygodnik Radomski” z 1984 r.):
„Odczekałem i jeszcze raz spróbowałem dać znać Sieroniowi (kolejny funkcjonariusz UB), leciutko dotykając jego stopy. Wystarczyło. On strzelił do «Powstańczyka» – bandyta nie zdążył nawet jęknąć. Ja wziąłem na cel przepełnione miłością do bliźniego serce «Drągala». Beknął tylko niesamowicie”.
Tyle wersja ubecka…

Por. Aleksander Młyński "Drągal" (na pierwszym planie)

Ukarana rodzina

Adolf Dźbik nigdy nie wierzył w UB-ecką wersję zabójstwa „Drągala”. W te wszystkie opowieści o strzelaniu do śpiących i o „bekaniu”. „Strzelali z zaskoczenia, w czasie obiadu. Siostra zanosiła im posiłek i kiedy wracała, rozległy się strzały. Więc co: przez parę minut chłopcy pousypiali?” – irytuje się Dźbik.
Dźbik pamięta doskonale, co się działo już po akcji. Ubecy posadzili ciało Młyńskiego na furmance, wsadzili mu na głowę garnek i pojechali w stronę szosy radomskiej, strzelając po drodze z pepeszy. Tak okazywali radość z zabicia „czołowego bandyty”. W Wawrzyszowie wrzucili zwłoki na ciężarówkę i przewieźli do Radomia. Tam ubecy obmyli je z krwi i włożyli do zbitej z desek gabloty ze szklanymi szybami. Gablota stała przez 16 godzin przed budynkiem prezydium. Potem pojechała do Warszawy, do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Gdzie zostały pochowane szczątki „Drągala”, nie wiadomo do dziś. Każdy z ubeków biorących udział w zabójstwie otrzymał potem nagrody po 3000 zł i awanse służbowe.

Rodzina Dźbików zapłaciła straszną cenę za zdradę „Zbycha”. Kilka dni po potyczce w Kolonii Wawrzyszów zjawili się milicjanci. Aresztowali trzy siostry i matkę, zostawiając chorego na astmę ojca i młodego Adolfa. A potem przeprowadzili rewizję. – „Rozbili szafę, łóżko, zerwali podłogę i dach. Poszedł deszcz i cały dom szlag trafił” – macha ręką Dżbik.
Siostry otrzymały wyroki od ośmiu do 12 lat więzienia. Wyszły wcześniej, bo – jak mówi Dżbik – pomógł dobry adwokat. Nazywał się Hryckowian, był żołnierzem, który przebył szlak bojowy z Rosji do Berlina i nawet UB czuł do niego szacunek.
Najgorszą katownię przeszła siostra Marianna, narzeczona „Drągala”. Jak mówi Dźbik, UB-ecy chcieli ją zabić, i swoje by osiągnęli, gdyby nie interwencja sowieckiego oficera. Wszedł w czasie przesłuchania, zobaczył zmaltretowaną, ledwie żywą dziewczyną i ryknął na ubeków: – „Paszli, sobaki! – dorzucając kilka przekleństw po rosyjsku”.

Wdzięczność ludowej władzy

Po akcji w Kolonii Wawrzyszów „Zbych” czyli agent „15” szykował się do rozprawy z rozsianymi w kilku powiatach koło Radomia współpracownikami „Drągala”. Liczył, że odzyska przyrzeczoną mu wolność. Ale czekała go bardzo przykra niespodzianka. Władza ludowa wcale nie miała zamiaru wywiązywać się z danego słowa. Już w połowie września zostaje aresztowany i postawiony przed sądem wojskowym. Prokurator stawia mu czternaście zarzutów, w tym najcięższe: o udział w potyczce, podczas której zginęło dwóch milicjantów. 29 września 1951 r. sąd pod przewodnictwem por. Tadeusza Piaseckiego ogłasza wyrok: dożywotnie pozbawienie wolności.

Rozżalony „Zbych” wysyła list z prośbą o ułaskawienie do prezydenta Bieruta. Przypomina swoje zasługi w walce z „Drągalem”. Pisze:
„Mam pewne plusy, z których nie mogłem skorzystać w czasie rozprawy sądowej ze względu na poufne pertraktacje z UB”. Obiecuje też: „Nie będę słuchał obcej i wrogiej propagandy, która mnie i wielu innych pchnęła na drogę zbrodni”.
Wszystko nadaremnie. Prośba pozostaje bez odpowiedzi. „Zbych” zaczyna odsiadkę. W jednym z więzień spotyka Pelagię Dźbik, także skazaną w związku ze sprawą „Drągala”.
Powiedziałam do niego: „Tu jesteś łobuzie. Zameldował i 48 godzin musiałam spędzić w karcerze w wodzie i ze szczurami” – opowiadała wiele lat później.
Po 10 latach „Zbych” znów pisze o łaskę, do przewodniczącego Rady Państwa, Aleksandra Zawadzkiego. Nie owija już sprawy w bawełnę. Informuje o szczegółach swojego kontraktu z UB w 1950 r. „Był szef KBW w Kielcach, który powiedział mi, że jeżeli zlikwiduję Drągala, będę wolnym człowiekiem, dając mi słowo honoru oficera. Aby mnie upewnić, że słowa honoru nie daje nadaremnie, powiedział szef Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa, że sam minister Radkiewicz gwarantuje mi wolność. Czyż miałem nie uwierzyć? Uwierzyłem!”.
Tym razem prośbę pozytywnie opiniuje Sąd Wojewódzki w Kielcach. Rada Państwa korzysta z prawa laski i 14 kwietnia 1962 roku, po 12 latach więzienia, „Zbych” wychodzi na wolność.

Spotkanie ze „Zbychem”

Co się działo ze „Zbychem” po uwolnieniu, dokładnie nie wiadomo. Z akt MSW wynika, że osiadł pod Ostrowcem i pracował jako urzędnik. Służba Bezpieczeństwa (dokładnie: Wydział „C” KW MO w Kielcach) miało go na celowniku jeszcze w 1974 r. W latach 70. interesował się nim także peerelowski historyk, były oficer UB/SB Stefan Skwarek, który uzyskał dostęp do tajnych archiwów MSW i przedstawił oficjalną wersję rozprawy z Młyńskim w jednym z rozdziałów swojej książki „Na wysuniętych posterunkach”. Także on nie miał wątpliwości, że „Zbych” zdradził swoich współtowarzyszy i szczegółowo opisał, jak do tego doszło.

Natomiast jeszcze pod koniec lat 60. zaczął go poszukiwać Dźbik. Jak dziś mówi, złapał kontakt z krewnymi „Drągala” i wspólnie chcieli spojrzeć w twarz zdrajcy. Wiedzieli, że mieszka gdzieś w Ostrowcu. Chodzili, pytali – bez rezultatu. Aż pewnego dnia zobaczyli go idącego przez Plac Wolności.
„Nawet się specjalnie nie zmienił. Twarz ta sama, tylko włosy trochę przerzedzone. Ubrany był w zielony fartuch. Wszedł do sklepu z częściami samochodowymi i stanął za ladą. Wszedłem za nim. Oniemiał, zbladł, jakoś zapadł się w siebie. Krzyknął: „Ja nie jestem winien. Nie miałem broni” – i uciekł na zaplecze. Tyle go widzieliśmy” – relacjonuje Dźbik.
Kilka lat później spotkali się znowu, także w Ostrowcu. „Zbych” nie był już taki przerażony. Próbował zapraszać na piwo, tłumaczył, że został przez UB „wrobiony” i w czasie akcji w Kolonii Wawrzyszów nie posiadał prawdziwej broni, tylko atrapę, ze ślepymi nabojami. Dźbik uśmiechnął się tylko, bo pamiętał jeszcze scenę z Laskowej Woli w 1950 roku. Na podwórku, przy kieracie „Zbych” poprawiał sprężynę w karabinie i musiał go najpierw rozładować. Z lufy wysypały się ostra amunicja, nie żadne ślepaki. Rozstali się bez pożegnania.

„Kłamał wtedy” – mówi Dźbik i pokazuje fragment „doniesienia agenturalnego” z 31 sierpnia 1950 roku od agenta „15” przyjętego przez Józefa Remsaka: „W czasie tej rozmowy ja położyłem się spać, a „Drągal” z moimi kolegami jeszcze rozmawiali. Obudziły mnie strzały pierwsze, gdy się zerwałem, chwyciłem za pistolet i zacząłem strzelać do „Drągala” wspólnie z kolegami”.
Czy wtedy, w Ostrowcu, nikt nie myślał o wymierzeniu sprawiedliwości? O kulce w łeb dla zdrajcy? – „To już był dziad. Zostało mu parę lat życia. Nie opłacało się” – kręci głową Dźbik.

Epilog po latach

„Zbych” zmarł w 1985 roku. Z pozostałych trzech uczestników tamtej akcji (Stanisław B., Marian S. i Zygmunt Ł.) do dziś żyje tylko jeden: Zygmunt Ł. I to on został oskarżony o współudział w zbrodni. Ma za to odpowiedzieć przed sądem. Prokuratura IPN zarzuca mu przekroczenie uprawnień i spowodowanie śmierci trzech członków oddziału WiN. – „Nawet ówczesne, PRL-owskie prawo nie pozwalało strzelać do śpiących ludzi. Zbrodnię tę ścigamy, bo przedawnia się dopiero w 2020 r.” – tłumaczy Andrzej Martyniuk, prokurator z delegatury IPN w Radomiu. „Oskarżonemu grozi kara co najmniej 12 lat więzienia” – poinformował naczelnik Jacek Nowakowski z lubelskiego IPN. Zygmunt Ł. nie przyznaje się do winy. Twierdzi, że jego grupa miała namówić „Drągala” do ujawnienia się, a gdy doszło do strzelaniny, to przestraszył się i uciekł.

Niestety, zaplanowany na 28 grudnia 2005 r. w Sądzie Rejonowym w Radomiu proces, rozpoczął wprawdzie punktualnie o godz. 9.30 sędzia Jacek Michalski, ale od razu musiał go odroczyć, bo oskarżony nie stawił się na sprawę. Adwokatka przedstawiła zaświadczenie z Polikliniki MSWiA w Kielcach, że Zygmunt Ł. zachorował, i jego leczenie potrwa do 27 stycznia, a prawdopodobnie i dłużej. Sąd postanowił wystąpić do szpitala o szczegółową informację na temat zdrowia oskarżonego i sprecyzowanie, w jakim terminie będzie mógł się stawić na rozprawę.
„Czuliśmy, że tak będzie” – mówili zebrani wśród obecnych rozczarowani członkowie „Związku Piłsudczyków”. Rozczarowania nie kryli też kombatanci, dawni towarzysze broni „Drągala”, a wśród nich Henryk Dźbik. Na terenie gospodarstwa jego ojca został zastrzelony Aleksander Młyński, a na rodzinę spadły represje za pomoc udzielaną partyzantom. – „Bez konwoju i zakucia w kajdanki taki ubek sam nie przyjedzie. Szkoda czasu na uprzejmości” – kręcił głową pan Dźbik.

W miejscu śmierci por. Aleksandra Młyńskiego „Drągala” i jego żołnierzy w Kolonii Wawrzyszów stoi dziś mały, metalowy krzyż, ustawiony w dowód pamięci przez działaczy Ligi Republikańskiej, ale dopiero czas pokaże, czy po latach, prawdziwej sprawiedliwości w pełni stanie się zadość.

Krzyż w Kolonii Wawrzyszów, w miejscu śmierci Aleksandra Młyńskiego i jego partyzantów. Na zdjęciu Krzysztof Kępka, jeden z inicjatorów ustawienia krzyża.


W 2018 roku Pan Rafał Stępień oraz jego synowie Jacek i Tomasz, ufundowali przy drodze w miejscowości Gulin (gm.Zakrzew, pow.radomski) obelisk w hołdzie żołnierzom antykomunistycznego podziemia Ziemi Radomskiej. w tym również por. Aleksandrowi Młyńskiemu "Drągalowi".

Opracowano na podstawie:
Ryszard Śmietanka-Kruszelnicki, Podziemie poakowskie na Kielecczyźnie w latach 1945 – 1948, Kraków 2002;
Ryszard Śmietanka-Kruszelnicki, Komendant Zagończyk, Warszawa 2000;
Praca zbiorowa pod red. Tomasza Łabuszewskiego – „Ostatni leśni 1948 – 1953”, Warszawa 2003;
Arkadiusz Kutkowski, Historia pewnej zdrady, Radomska Gazeta Codzienna „Słowo”;
Praca zbiorowa, Żołnierze Wyklęci – Antykomunistyczne Podziemie Zbrojne po 1944 roku, Warszawa 2002

Por. Jan Leonowicz „Burta” (1912-1951) – część 1/2

Por. Jan Leonowicz "Burta"


Jan Leonowicz "Burta"

Jan Bogusław Ziemowit Leonowicz urodził się 15 stycznia 1912 r. w majątku Żabcze, gm. Poturzyn, pow. Tomaszów Lubelski, w rodzinie ziemiańskiej Mariana i Anastazji z d. Jurczak, jako jeden z dziesięciorga rodzeństwa. Ojciec był leśniczym, dziadek powstańcem styczniowym. Rodzina Leonowiczów – po konfiskacie dwóch majątków – Leonowicze i Konstantynówka, znajdujących się w 1863 roku między Nieświeżem a Kleckiem, bardzo zubożała i w poszukiwaniu pracy rozproszyła się po Polsce, by w końcu osiąść na stałe w gminie Poturzyn. Tradycje niepodległościowe i patriotyczne kultywowane były i przekazywane następnemu pokoleniu przez cały ten trudny okres. Między rokiem 1918 a 1920 przemieściło się przez Poturzyn moc legionistów, a dom Leonowiczów gościł, między wielu innymi, płk. Prażmowskiego-Belinę, mjr. Orlicz-Dreszera, kpt. Leopolda Lis-Kulę. W takiej to patriotycznej atmosferze wychowywany był przyszły „Burta”.
Po ukończeniu szkoły powszechnej rozpoczął naukę w gimnazjum, a po jego ukończeniu odbywał służbę wojskową w 2. Pułku Strzelców Konnych w Hrubieszowie.

Jan Leonowicz z żoną Ludwiką z Lancmańskich, 1939 r.

We wrześniu 1939 r. walczył w szeregach macierzystej jednostki, ranny przez szrapnel w nogi i twarz, powrócił z frontu w październiku 1939 r.
20 listopada 1939 r. Jan Leonowicz ożenił się z Ludwiką z Lancmańskich. Ślub odbył się  w Oszczowie (w parafii pana młodego)*.
Od jesieni 1939 r. członek SZP. 25 XII 1939 r. wziął udział w rozbiciu posterunku granatowej policji w okolicach Łaszczowa. W 1940 r. aresztowany przez policję ukraińską w Poturzynie, został zwolniony dzięki staraniom ojca. Prawdopodobnie od 1942 r. dowódca sekcji szturmowej „Poturzyn” (jednej z dziewięciu grup bojowych) odcinka „Wschód” Obwodu AK Tomaszów Lubelski. 1 marca 1943 r. wziął udział w akcji na posterunek policji ukraińskiej w Poturzynie, w trakcie której placówkę tę rozbito, zabijając sześciu Ukraińców (w tym dwóch komendantów posterunków w Telatynie i Poturzynie) oraz komisarycznego wójta gminy Poturzyn. Na przełomie 1943/1944 przebywał w sztabie obwodu znajdującym się na skraju Puszczy Solskiej, w pobliżu leśniczówki Rebizanty nad Tanwią. W 1944 r. żołnierz „Kompanii Leśnej” ppor. rez. Witolda Kopcia, a także dowódca jednego z patroli plutonu lotnego żandarmerii polowej sierż. rez. Wacława Kaszuckiego. W ostatnich dniach lutego w Poturzynie oraz 5 i 9 IV 1944 r. na odcinku Podlodów – Żerniki – Rokitno, w rejonie Sieniatynia i Posadowa, brał udział w walkach przeciwko Ukraińskiej Narodowej Samoobronie i UPA. Od wiosny 1944 służył jako zwiadowca w dowodzonej przez sierż. Andrzeja Dżygałę „Kompanii Żelaznej”. Podczas operacji „Sturmwind II” razem z kilkoma partyzantami przebił się przez trzy pierścienie niemieckiej obławy. W ramach akcji „Burza” znalazł się w szeregach odtwarzanego przez Inspektorat Zamość 9. pp AK. Rozkazem Personalnym Nr 12, na podstawie upoważnienia Komendanta Sił Zbrojnych w Kraju, z dniem 1 VIII 1944 r. został awansowany do stopnia plutonowego.

Rozkaz Personalny, na podstawie upoważnienia Komendanta Sił
Zbrojnych w Kraju, awansujący z dniem 1 VIII 1944 r. Jana Leonowicza "Burtę" do stopnia
plutonowego.


Po wkroczeniu sowietów nie złożył broni. Na przełomie maja i czerwca 1945 został awansowany do stopnia chorążego. Działał jako oficer broni w strukturach Obwodu Tomaszów Lubelski, Inspektoratu Zamość AK-DSZ-WiN. Wiosną 1945 r. zorganizował grupę lotną w sile ok. 20-30 żołnierzy, która operowała w północnej części pow. Tomaszów. W tym czasie stoczył m.in. potyczkę ze 120-osobowym oddziałem NKWD, z którego wyszedł bez większych strat (jeden zabity), zmuszając sowietów do wycofania. Oddział przetrwał do końca czerwca 1945 r.
Latem po ogłoszeniu tzw. małej amnestii część żołnierzy ujawniła się, natomiast ci, którzy tego nie uczynili, ukryli się. Przy Janie Leonowiczu pozostało jedynie dwóch ludzi. Ich głównym zadaniem w tym czasie było rozbrajanie funkcjonariuszy MO i ORMO oraz rozpędzanie zebrań agitacyjnych organizowanych przez PPR. Od początku 1946 r. „Burta” zaczął ponownie rozbudowywać swoją grupę, która wsławiła sie m.in. wykonaniem 31 VI 1946 r. w Komiczynie wyroku śmierci na wiceprzewodniczącym Powiatowej Rady Narodowej Wincentym Umerze (Humerze), ojcu, ponurej sławy oprawcy z MBP, płk. Adama Humera. Powiększanie oddziału trwało do początku 1947 r. W okresie przedwyborczym oddział „Burty” zaniechał wszelkich akcji zbrojnych, ograniczając się jedynie do przeciwdziałania wyborczej propagandzie i agitacji. Po ogłoszeniu 22 II 1947 r. amnestii niemal wszyscy członkowie oddziału się ujawnili.
W kwietniu lub maju 1947 r. „Burta” nawiązał kontakt z komendantem oddziałów leśnych Inspektoratu Lublin mjr.cc Hieronimem Dekutowskim „Zaporą” i postanowił pozostać w konspiracji.

W latach 1947–1951 działał w strukturach samodzielnego obwodu WiN Tomaszów Lubelski. W tym czasie komendantem obwodu był por. Stefan Kobos „Wrzos”, który nie podporządkował się strukturom tzw. drugiego Inspektoratu Zamość, dowodzonego przez kpt. Mariana Pilarskiego „Jara”, przez co jego obwód wyszedł bez najmniejszego uszczerbku podczas wielkiej wpadki, która rozbiła Inspektorat „Jara”.
Jan Leonowicz w stopniu porucznika pełnił funkcję dowódcy patrolu leśnego, który w latach 1947 – 1949 liczył 3 -7 ludzi, a w końcu 1950 r. rozrósł się do rozmiarów kompanii szkieletowej (ok. 30 – 40 żołnierzy). Jednocześnie rozbudowywała się siatka terenowa, wg informacji UB liczyła ona ok. 200 współpracowników i obejmowała pięć powiatów: Biłgoraj, Hrubieszów, Lubaczów, Tomaszów i Zamość. Do lata 1948 r. „Burta” utrzymywał kontakty z grupą OUN dowodzoną przez Jana Niewiadomskiego ps. „Jurko”.
Oddział „Burty” rozbrajał milicjantów i ormowców, wykonywał egzekucje na agentach UB, działaczach PPR i PZPR, aktywnych zwolennikach „nowej władzy”, a także na pospolitych bandytach, m.in. 13 IX 1947 r. zlikwidowano działacza PPR w Maziłach, Józefa Petrynę, 25 IX 47 r., w Majdanie Sopockim, przeprowadzono rekwizycję w domu komendanta powiatowego MO, a 5 XII 47 r. zabrano 230 tys. złotych z kasy gminnej w Telatynie.
10 marca 1948 roku partyzanci zlikwidowali komendanta posterunku MO w Rachaniach, w kwietniu, w Witkowie, zastrzelili aktywistę komunistycznego, a przed 1 maja rozpędzili kilka zebrań organizujących obchody robotniczego święta. Podczas takich rozpędzeń aktywiści otrzymywali karę chłosty. 1 maja patrol kwaterował w Telatynie i zlikwidował wyjątkowo podłego wójta tejże wsi. Wójt znany był z tego, że nosił przy sobie pepeszę, a gdy był pijany wyprowadzał chłopów na szosę i kazał im skakać żabką. 6 maja 1948 r., w Rudzie Żelaznej, partyzanci zlikwidowali członka ORMO, Edwarda Marcińskiego. Latem 1948 r. „Burta” zastrzelił byłego żołnierza swojego oddziału – mordercę (człowieka, który zabił siekierą rolnika i zabrał mu pieniądze) i konfidenta, Adama Forunca. Dla nadania większego rozgłosu całej sprawie, partyzanci nie pochowali ciała, tylko pozostawili je w miejscu egzekucji – na leśnej drodze koło Suśca. Mniej więcej w tym samym czasie, 11 lipca, żołnierze „Burty” zabili komendanta posterunku MO Rachanie, Zygmunta Bielaka. 3 sierpnia trzej ludzie z oddziału „Burty” zabrali z domów leśniczego Juliana Szkałuby i Stefana Skowrona jedzenie i ubrania. Miesiąc później 31 sierpnia, partyzanci zlikwidowali kolejnego „asa” komunistycznego – wicestarostę z Cześnik, Franciszka Kawęckiego. Na początku września 1948 r. oddział przeprowadził rekwizycję w Urzędzie Gminy w Poturzynie. 23 października żołnierze „Burty” wykonali dużą, jak na tamte czasy, akcję na Susiec. Najpierw przecięli przewody telefoniczne, a potem weszli do spółdzielni, na pocztę i na stację kolejową. Na poczcie zniszczyli łącznicę międzymiastową, z kasy PKP zabrali pieniądze, a ze spółdzielni pieniądze i towary. Tak zaopatrzony oddział wycofał sie do lasu. Wraz z nadejściem zimy zamarła działalność oddziału leśnego, a rozlokowani po wsiach partyzanci czekali na nadejście wiosny.

Jednak już w styczniu 1949 r. w lesie koło Majdanu Sopockiego partyzanci zlikwidowali aktywistkę komunistyczną Eufrozynę Czarną, a także przeprowadzono rekwizycję w Spółdzielni Chłopskiej w Ruskich Piaskach. W kwietniu „Burta”, Jan Turzyniecki „Mogiłka” Stanisław Samiec „Pasek”, Czesław Skrobanowski „Mały”, Edward Pępiak i Bolesław Ożóg „Orzeł” rozbroili w Dyniskach posterunek ORMO, a potem poszli do dyrektorki PGR, Ukrainki, której „Pasek” i „Orzeł” obcięli włosy. Kilka dni później, 30 kwietnia 1949 r., zlikwidowany został aktywista PPR, wójt gminy Telatyn, Józef Ślęzak.
W 1949 roku podwładni „Burty” przeprowadzili jeszcze kilka likwidacji:
26 czerwca zastrzelony został funkcjonariusz MO z Kotlic, Tadeusz Skrzypczuk,
12 lipca zlikwidowano sprzyjającego „nowej władzy” wójta gminy Majdan Sopocki, Andrzeja Wrębiaka,
7 września, we wsi Nowiny, zabici zostali dwaj członkowie ORMO, Leon Rogowski i Wawrzyniec Suski.
Wraz z upływem czasu oddział rozrastał się, obok już wymienionych, byli w nim: Jan Gorączka „Lont”, Franciszek Lal „Słowik”, Edward Skalny „Skalski”. Zastępcą dowódcy został „Pasek”.
W tym czasie nad rozpracowaniem oddziału „Burty” pracowało już pięć Powiatowych Urzędów Bezpieczeństwa Publicznego. Były to urzędy z Tomaszowa Lubelskiego, Biłgoraja, Hrubieszowa, Zamościa i Lubaczowa.
UB, MO i KBW zorganizowały szereg dużych operacji przeciwko oddziałowi Jana Leonowicza „Burty”. Kilka razy udało im się nawet okrążyć oddział, lecz znajomość terenu, spryt i odwaga pomogły partyzantom wyjść cało z opresji. W 1949 r. oddział stracił tylko jednego żołnierza – Franciszka Lala „Słowika”, który został zabity w zasadzce 15 grudnia.

W 1950 r. oddział rozrósł się tak, że został podzielony na cztery plutony. Pierwszym dowodził „Pasek”, drugim „Mogiłka”, trzecim „Orzeł”, zaś czwartym, zapasowym, w którym szkolono kandydatów do oddziału, Antoni Marynczak „Motylewski”. Pluton zapasowy zorganizowany był z ludzi z placówki Wereszczyca i nosił kryptonim „Przedszkole”.
Rok 1950 był bogaty w wydarzenia. Już 25 lutego partyzanci przyszli do Posadowa (gmina Telatyn), i zabrali tamtejszemu ormowcowi pepeszę i naboje. Na początku maja oddział „Burty” przeprowadził rekwizycję w spółdzielni w Rudzie, skąd zabrano pieniądze, buty, płaszcze i ubrania. Partyzanci odjechali furman
ką ze śpiewem – „Szła dzieweczka do laseczka” – i rozdali po drodze niemal wszystkie skonfiskowane artykuły mieszkańcom okolicznych wiosek. Dzięki takim akcjom popularność „Burty” była bardzo duża. Po tej rekwizycji oddział podzielił się na małe grupki i ukrył w terenie. 14 V jeden z ukrywających się, „Orzeł”, zastrzelił w Pawłówce szpiclującego go Jana Głużka. 17 VI „Burta” podłożył minę pod budynek szkolny, w którym miała się odbyć konferencja nauczycieli. Zrobił to po to, by w ten sposób przestraszyć nauczycielki i nauczycieli, aby opamiętali się i nie uczyli dzieci po stalinowsku. O tym, że celem przedsięwzięcia nie było likwidowanie nauczycieli, lecz jedynie przestraszenie pedagogów, świadczy to, że gdy po podłożeniu ładunku i zapaleniu lontu zbliżył się jeden z nauczycieli, „Burta” chwycił pistolet i zaczął go odganiać. W tym czasie nastąpiła eksplozja, która wyrwała kawałek muru, ale nikogo nie zabiła. Jedynym poszkodowanym był „Burta”, który uratował życie nauczyciela, ale przy okazji został ogłuszony i poturbowany. Po tym wydarzeniu partyzant dłuższy czas wracał do zdrowia.
7 września 1950 r. partyzanci ostrzygli sekretarza POP PZPR w Gródku, Zofię Ćwik, 26 września przeprowadzili rekwizycję w spółdzielni w Majdanie Sopockim, a trzy dni później, 29 września, rozbroili posterunek ORMO w Tarnawatce.

Por. Jan Leonowicz "Burta" na kilka tygodni przed śmiercią. Zima 1950/1951.

Z upływem czasu nasiliły się działania, których celem była likwidacja oddziału „Burty”. Sierżant Ryszard Trąbka, kierownik Referatu III zajmującego się zwalczaniem zbrojnego podziemia, opracował we współpracy z sowieckim doradcą WUBP w Lublinie mjr. Wołkowem i szefem PUBP w Tomaszowie Lubelskim kpt. Mozgawą plan likwidacji Jana Leonowicza „Burty”. Pętla zaczęła się zaciskać…

W listopadzie 1950 roku, koło Bełżca , zginał, osaczony przez UB, Edward Pępiak. Pierwsza nić wiodąca do ustalenia miejsca pobytu „Burty” prowadziła do Oseredka, gdzie 15 grudnia 1950 r. miała miejsce zasadzka UB na trzech partyzantów „Burty” – Czesława Skrobana „Małego”, Stanisława Samca „Paska” i Edwarda Skalnego „Skalskiego”. O pobytach partyzantów u nauczycielek w Oseredku doniósł do UB szpicel Jan Koper „Jancio”, który także bywał u tych nauczycielek ze wspomnianymi partyzantami, jako ich zaufany współpracownik. Po wyjściu z mieszkania nauczycielek – Bartosiewiczówny i Pydówny, zostali ostrzelani z broni automatycznej. Na miejscu zginał Edward Skalny „Skalski”, a ranny „Pasek” zdołał zbiec ze Skrobanem. Po tym ubeckim sukcesie, obie nauczycielki zostały zabrane do tomaszowskiego PUBP i poddane tam bestialskiemu przesłuchaniu, zeznały, iż „Burta” spotyka się w szkole w Nowinach z ich koleżanką Płoszajówną. Aresztowano Płoszajówną, która również poddana brutalnemu śledztwu zeznała, że „Burta” ma ją odwiedzić 3 lutego 1951 roku. Funkcjonariusze UB, którzy mieli dość czasu na zorganizowanie obławy, przygotowali wraz z grupą operacyjną zasadzkę przy szkole w Nowinach. Czatowały na „Burtę” dwie grupy. Jedna w budynku szkoły, gdzie miano go obezwładnić i wziąć żywcem. Druga czuwała w pobliskiej szopie, oddalonej od szkoły zaledwie o kilka metrów. Ta grupa również miała podjąć próbę ujęcia „Burty” żywego, a strzelać dopiero w konieczności, przy próbie ucieczki. Grupę w szopie stanowili sierżant Ryszard Trąbka, dwaj członkowie grupy operacyjnej tomaszowskiego UB – Marian Wójcik i Józef Bednarz oraz były partyzant I plutonu„Burty”, zdrajca i konfident UB Antoni Dziuba, który miał rozpoznać zbliżającego się „Burtę”, znanego pozostałym ubekom tylko z fotografii na listach gończych.

* Informacje dzięki uprzejmości Pani Krystyny Marii Barbary Leonowicz – Babiak, córki Jana Leonowicza "Burty".

Por. Jan Leonowicz „Burta” (1912–1951) – część 2/2>
Strona główna>

Por. Jan Leonowicz „Burta” (1912-1951) – część 2/2

9 …

9 lutego 1951 r. Jan Leonowicz „Burta”, nieświadomy śmiertelnego zagrożenia, przyszedł na spotkanie do szkoły w Nowinach. Gdy zbliżył się do okien, ubowcy próbujący go aresztować, krzyknęli: Stój, ręce do góry. „Burta” nie miał szans, ale nie zamierzał się poddać. Próbował chwycić za automat, ale ubecy, znajdujący się z boku, w szopie, otworzyli ogień z broni maszynowej, zabijając go na miejscu. Tak zginął jeden z ostatnich dowódców oddziałów leśnych Okręgu Zamojskiego WiN i jeden z najdłużej walczących żołnierzy antykomunistycznego podziemia w powojennej Polsce – por. Jan Leonowicz „Burta”.

Zwłoki Jana Leonowicza "Burty" na dziedzińcu tomaszowskiego PUBP, luty 1951 r.

Ten niewątpliwy sukces zwyrodnialcy z UB świętowali w swoisty sposób. Wystawili oni zwłoki „Burty” i „Skalskiego” na widok publiczny. Dwa tygodnie (sic!) leżały one przed budynkiem PUBP w Tomaszowie, a ubowcy z tego urzędu zachęcali, a nawet zmuszali ludzi do oglądania poległych partyzantów. Potem zwłoki pogrzebano najprawdopodobniej na dziedzińcu PUBP lub na nowym cmentarzu przy drodze do Zamościa.
2 XI 1991 r. we Wrocławiu rodzina dokonała symbolicznego pochówku. Jan Leonowicz ożenił się z Ludwiką z d. Lancmańską. Miał córkę Barbarę, obecnie pracownika naukowego Uniwersytetu Wrocławskiego.
Dnia 7 kwietnia 2009 r.  Prezydent RP Lech Kaczyński przyznał por. Janowi Leonowiczowi "Burcie", pośmiertnie, Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski – Polonia Restituta, który uroczyście przekazał Jego córce Wojewoda Wrocławski Marek Skorupa.

Zespół trzech budynków tomaszowskiego PUBP (widok od podwórza). W głębi, po drugiej stronie ulicy – tzw. "Cybulówka" – przedwojenna willa lekarza Cybulskiego. Z prawej na pierwszym planie – areszt UB. Z lewej budynek sądu. Na podwórzu zrzucano zwłoki zabitych w akcjach UB, w tym także członków UPA. Tu leżało przez dwa tygodnie ciało "Burty".

Ubowcy mieli nadzieję, że zabicie dowódcy doprowadzi do rozpadu oddziału. Dlatego też zorganizowano wielką obławę, której celem było wyłapanie rozproszonych partyzantów. Nie przyniosła ona jednak oczekiwanych efektów.

Jan Turzyniecki „Mogiłka” przejął dowództwo, a jego zdecydowana postawa pozwoliła mu zaprowadzić dyscyplinę wśród załamanych śmiercią „Burty” żołnierzy. Partyzanci przetrwali wielką obławę pod podłogą domu Czupryma w Wierszczycy. Kiedy UB, MO i KBW zakończyło przeczesywanie okolicznych wsi i lasów, „Mogiłka” zarządził, że przez zimę partyzanci mają ukrywać się pojedynczo, a po Wielkanocy oddział wznowi działalność.

Jan Turzyniecki "Mogiłka"

Pierwszą akcją wykonaną po śmierci „Burty” było zlikwidowanie, 22 maja 1951 r. sekretarza gminnego PZPR w Jaraczowie. 7 czerwca dwuosobowy patrol MO zaskoczył ukrywających się w domu Wojciecha Kamińskiego, we wsi Typin partyzantów: Ryszarda Ciszewskiego „Makarona” i Bronisława Pitułę „Ojca”. Doszło do wymiany ognia, w wyniku której zginęli „Makaron” i komendant MO z posterunku w Majdanie Górnym. „Ojciec” uciekł ze wsi i dołączył do „Mogiłki”.

Jan Turzyniecki "Mogiłka", dowódca oddziału po śmierci "Burty"

19 V 1951 r. „Mogiłka” w towarzystwie trzech swoich żołnierzy „złożył wizytę” mieszkającym w Czartowszczyku: członkowi PZPR, sołtysowi Bronisławowi Pardzie i aktywiście partyjnemu Malickiemu. Partyzanci ostrzegli ich, że jeśli dalej będą krzywdzić ludzi, to spotka ich kara. 27 VII kilku żołnierzy oddziału pod dowództwem „Paska” przeprowadziło rekwizycję u Karola Pasierbskiego, Andrzeja Późniaka, Antoniego Czyża i Jana Kudełki we wsi Wieprzów. Miejscowość ta była typowana na spółdzielnię produkcyjną. 17 IX „Mogiłka” i jego ludzie próbowali zabrać towary z GS w Wiereszczycy. W tym celu podłożyli ładunki wybuchowe pod mur budynku i wysadzili kawałek ściany, jednak prawie natychmiast zjawili się milicjanci i partyzanci niczego nie wzięli. 8 X 1951 r. podwładni „Mogiłki” zlikwidowali sekretarza POP PZPR z Żulic, gmina Telatyn, Jana Loda. Oddział „Mogiłki” w 1951 r. stracił dwóch żołnierzy. W maju został aresztowany Czesław Skroban „Mały”, a w czerwcu poległ Tadeusz Swatowski.

Czesław Skroban "Mały" – żołnierz "Burty" (trzykrotna kara śmierci, zamieniona na dożywocie)

W grudniu 1951 r. „Mogiłka” podzielił swój oddział i nakazał partyzantom ukrywanie się parami. Miało to utrudnić poszukiwania, prowadzone przez funkcjonariuszy UB i MO. Nie uchroniło to oddziału przed stratami. 13 lutego 1952 r., w bunkrze leśnym koło Osuch, złapany został „Ojciec”, a 16 lutego Władysław Klim „Gliwa”. Od tego czasu działalność partyzantów ograniczała się do bezustannego ukrywania się, a kolejne operacje UB doprowadziły do całkowitego rozbicia oddziału. Jeszcze w lutym 1952 r. aresztowani zostali Adolf Momot, Jan Rulewicz, Hieronim Kowalski, Mieczysław Malec, Antoni Maryńczak „Motylewski” i Wacław Kaszycki. W tym samym miesiącu funkcjonariusze UB zabili Jana Gorączkę „Lonta”. W lipcu 1952 r. poległ Gustaw Dziuba, a 30 września zostali otoczeni we młynie w Przewodowie Bolesław Ożóg „Orzeł”, Stanisław Samiec „Pasek” i Stanisław Bednarczyk. Nie przyjęli walki i podjęli próbę ucieczki. Po przebiegnięciu kilkunastu metrów Ożóg padł martwy, ciężko ranny Samiec został ujęty i po kilkunastu dniach zmarł w więzieniu na Zamku w Lublinie. Bednarczyk otrzymał postrzał w kolano i także został ujęty. Skazany został na karę śmierci, z czasem zamienioną na dożywocie.
Stanisława Rogowskiego i dowódcę najdłużej działającego na Zamojszczyźnie oddziału, Jana Turzynieckiego „Mogiłkę”, aresztowano dopiero pod koniec 1953 roku.

Stanisław Rogowski – żołnierz "Mogiłki" (fot. z lewej), skazany na wieloletnie więzienie. Fot. z prawej – Stanisław Bednarczyk – żołnierz "Burty" (trzykrotna kara śmierci, zamieniona na dożywocie)

Dnia 11 października 1953 r. na kwaterze we wsi Siemnice zostali otoczeni przez wojsko. Podczas walki i próby przebicia się z obławy zostali ciężko ranni i dopiero wtedy ubekom udało się ich aresztować. „Mogiłka” skazany został na trzykrotną karę śmierci oraz na łączną karę 405 lat więzienia. Ułaskawio
ny na dożywocie, opuścił więzienie po Październiku 1956 r.

Po fizycznym unicestwieniu większości członków oddziału „Burty” i osadzeniu w więzieniach pozostałych, praktycznie ustała na Zamojszczyźnie czynna walka, umilkły strzały w tamtejszych lasach.
Na wolności wciąż jednak pozostawał nieuchwytny „Wrzos” – Stefan Kobos, ostatni komendant tomaszowskiego obwodu WiN. Urodził się w Maniowie w powiecie Dąbrowa Tarnowska. W chwili aresztowania liczył już 56 lat. W tym wieku nie sypia się już pod świerkiem, w słoty i chłody, nie przemierza się dziesiątków kilometrów bezdroży, nie mieszka się ziemiankach, których ściany ociekają wodą skroploną z oddechów…

Stefan Kobos – późniejszy dowódca tomaszowskiego obwodu WiN, lata 30-te.

Swoją walkę o Polskę, „Wrzos” rozpoczął jako legionista Józefa Piłsudskiego w szeregach II Litewsko-Białoruskiej Armii, dowodzonej przez generała Żeligowskiego. Walczył o Wilno. Dwadzieścia lat później dzielił losy wrześniowych rozbitków – klęskę nad Sanem. Wraz z żoną na krótko osiada w Brzezinach w powiecie Tomaszowskim. Ta wieś okaże się jego najwierniejszym matecznikiem – tam też zostanie namierzony przez szpicli w 1956 roku.

Przez cały okres niemieckiej okupacji czynnie walczył i konspirował. W 1946 r., jego ówczesny dowódca Kazimierz Kostecki „Kostek” mianował go dowódcą II kompanii, liczącej wówczas 27 ludzi. Dokładnie 10 lat później, w gronie aresztowanych za udzielanie pomocy, tak długo nieuchwytnemu „Wrzosowi”, znaleźli się m.in. ci sami żołnierze, z tejże II kompanii, którymi wówczas dowodził. Konspiracyjna długowieczność „Wrzosa” była wynikiem nie tylko dyskrecji mieszkańców Brzezin, ale też zasad konspiracji, z żelazną konsekwencją przestrzeganych przez cały okres działalności. Prawie całkowicie zerwał kontakty z rodziną, przez którą UB próbowało do niego dotrzeć. Była to jeszcze jedna, bolesna cena konspiracyjnego żywota, jednak zasady te na długo pozwoliły „Wrzosowi” pozostawać nieuchwytnym dla tropiących go bezustannie funkcjonariuszy UB. W jednym z meldunków, oficer UB pisał:

Ludność „Wrzosa” nie chce wydać. Werbowana w tych gminach sieć sama się dekonspiruje przed Kobosem, względnie po zwerbowaniu w ogóle nie przychodzi na spotkania i unika pracowników PUBP. Kobos cieszy sie autorytetem na terenie Brzezin i Chlewisk, bo uratował ludność tych wsi przed UPA.

Niestety wielomiesięczna inwigilacja i zakrojona na szeroką skalę gra operacyjna prowadzona przez bezpiekę, dała w końcu efekty. Oprócz całej rzeszy informatorów, funkcjonariusze UB w Lublinie dotarli i zwerbowali szwagra „Wrzosa” Alfonsa Szeske, który otrzymał kryptonim TW „Szczery”. To głównie dzięki jego działaniom, dnia 21 stycznia 1956 roku Stefan Kobos „Wrzos” został okrążony w swej kryjówce w Brzezinach przez grupę operacyjną UB-KBW i aresztowany wraz z Eugeniuszem Szczepańskim „Turskim” i jego ojcem Edmundem Szczepańskim, w którego zabudowaniach się ukrywali. Jego podwładny, pełniący funkcję łącznika, Karol Żołądek, zgłosił się do UB w Lublinie 8 lutego 1956 r. i został aresztowany.

Aresztowany Stefan Kobos "Wrzos" na tle broni wydobytej przez UB z jego kryjówki.

W aktach procesowych „Wrzosa” znalazły się petycje o jego uwolnienie od mieszkańców nie tylko Brzezin, lecz również okolicznych wsi. Petycje adresowane do Władysława Gomułki napłynęły z Brzezin, Bełżca, Chlewisk, Łukawicy, Lipca, Lipska, Huty Lubyckiej. Zbiorowa lista mieszkańców Brzezin zawierała 228 nazwisk.
28 września 1956 r. na sesji wyjazdowej w Zamościu Sąd Wojewódzki w Lublinie skazał Stefana Kobosa na 15 lat więzienia, Karola Żołądka na 4 lata więzienia, Eugeniusza Szczepańskiego na 5 lat więzienia. Po zastosowaniu amnestii Szczepański został zwolniony, natomiast Żołądek i Kobos odsiedzieli swoje wyroki. Stefan Kobos wyszedł na wolność w połowie lat sześćdziesiątych.

Więzienne fotografie Stefana Kobosa "Wrzosa", 1956 r.

W sentencji wyroku skazującego „Wrzosa” na wieloletnie więzienie, znalazły się sformułowania stanowiące wyraz najwyższego, choć nie zamierzonego uznania:

Oskarżony Kobos to typ bezwzględnego kontrrewolucjonisty, to duchowy i faktyczny przywódca kontrrewolucyjnych organizacji AK i WiN i żądło zła i nienawiści ustroju socjalistycznego. Brak mu jakichkolwiek skrupułów w zbrodniczej działalności. Dał temu wyraz w 12-letniej zbrodniczej działalności. I trwał w nienawiści do ustroju socjalistycznego do ostatka, a na rozprawie mienił się żołnierzem i bohaterem, nie okazawszy skruchy.

Funkcjonariusze UB, którzy brali aktywny udział w rozpracowaniu grupy Stefana Kobosa „Wrzosa” zostali przedstawieni do premii pieniężnej i niektórzy do odznaczenia. Sukces wspomnianych funkcjonariuszy był rzeczywiście duży zważywszy na to, że przed powołaniem grupy zwerbowano około 50 osób do rozpracowania „Wrzosa” i większość z nich, jak zauważano w raporcie z dn. 26 I 1953 r. do dyrektora Departamentu III, przyznała się „Wrzosowi” do współpracy z organami bezpieczeństwa lub też nie informowała o pobycie ukrywających się z obawy przed konsekwencjami.

Prawdopodobnie najdłużej ukrywającym się człowiekiem na Zamojszczyźnie był Jerzy Sikora, żołnierz III plutonu „Burty”. Ujawnił się on po ogłoszeniu amnestii w 1956 r. Mimo tego, w listopadzie 1956 r. aresztowano go i skazano na długoletnie więzienie. Ostatni zamojski partyzant miał jednak więcej szczęścia. Wydarzenia 1956 r. zmieniły sytuację w kraju i Jerzy Sikora po kilku miesiącach wyszedł na wolność.
Ujawnienie Jerzego Sikory zamknęło ostatni rozdział zamojskiej konspiracji, która zawiązała się w 1939 r., a jej ostatni uczestnicy zostali aresztowani w 1956 roku.

Opracowano na podstawie:

  • Rafał Wnuk, Konspiracja akowska i poakowska na Zamojszczyźnie od lipca 1945 do 1956 roku, Lublin 1992,
  • Henryk Pająk, „Burta” kontra UB, Lublin 1996,
  • Jerzy Kopiński, Rozpracowanie struktur konspiracyjnych AK-WiN na przykładzie działań operacyjnych WUBP w Lublinie w latach 1944-1956 [w:] Wobec komunizmu. Materiały z sesji naukowej pt. „Lubelskie i południowe Podlasie wobec komunizmu 1918-1989”. Radzyń Podlaski,2 IX 2005,
  • Konspiracja i opór społeczny w Polsce
    1944–19
    56. Słownik biograficzny, Tom I, Kraków-Warszawa-Wrocław 2002.

Por. Jan Leonowicz „Burta” (1912–1951) – część 1/2>
Strona główna>

OSTATNI LEŚNI – Mazowsze i Podlasie w ogniu 1948-1953 – część 3

Struktury sokołowskie: „Brzask”, „Sokolik” i inni.
Por. Józef Ludwik Małczuk „Brzask” był kluczową postacią dla konspiracji wileńskiej na lewobrzeżnym Podlasiu. Pochodził z rodziny o silnych patriotycznych tradycjach. Jeden z jego braci poległ w czasie wojny obronnej Polski w 1939 r., drugi Henryk – żołnierz AK WiN, został aresztowany przez UB, a następnie skazany w trybie doraźnym w procesie pokazowym 7 lutego 1946 r. w Sokołowie Podlaskim i nazajutrz stracony. On sam również padł ofiarą represji resortu bezpieczeństwa. Od prawdopodobnej śmierci uratowali go koledzy z partyzantki, organizując 13 kwietnia 1945 r. pod Mołomłotkami zasadzkę na konwój, w którym był przewożony. Doświadczenia te spowodowały, że jako komendant rejonu siatki terenowej WiN nie zdecydował się na ujawnienie w ramach amnestii lutowej 1947 r. Jeszcze w 1946 r. nawiązał kontakt z kpt. Władysławem Łukasiukiem „Młotem”, tworząc na jego rozkaz samodzielną strukturę terenową w powiecie sokołowskim. Formalnie podlegały mu także patrole bojowe plut. Kazimierza Wyrozębskiego „Sokolika”. W 1947 r. pododdziały te liczyły od 10 – do 12 partyzantów. Służyli w nich m.in.: Tadeusz Domżalski „Rekrut”, Józef Oleksiak „Wichura”, Arkadiusz Czapski „Arkadek”, „Tajfun”, „Murat”, Józef Rostek „Iskra”, Tadeusz Stefaniuk „Stal”, Jan Czarnocki „Huragan”, Józef Czarnocki „Mlon”, Kazimierz Pawluczak „Kruk”, Władysław Strzałkowski „Kometa”, „Włodek”, Antoni Dioniziak „Gołab”, Marian Szychta „Szpak”, NN „Sten”, a w 1948 r. także NN „Pokrzywa” (z okolic Węgrowa). Przez cały okres swojej działalności w ramach 6 Brygady patrole „Sokolika” wykazywały się niezwykłą jak na panujący wówczas terror aktywnością. Jesienią 1947 r. wykonały szereg spektakularnych akcji. Dnia 9.11.1947 r. 3 partyzantów pod dowództwem Józefa Oleksiaka „Wichury” rozbroiło posterunek MO w Chruszczewce, zdobywając 2 rkm, 4 PPSz i 2 pistolety, 20.11.1947 r. patrol „Sokolika” wykonał akcję w gminnym miasteczku Jabłonna Lacka, w trakcie której rozbroił posterunek MO oraz zabrał produkty z miejscowej spółdzielni. W dniu 26.11.1947 r. stoczył w Dzierzbach potyczkę z milicją, zaś 3.12.1947 r. wykonał kolejną akcję w Jabłonnej Lackiej, ostrzeliwując tamtejszy posterunek MO. W dniu 12.12.1947 r. „Sokolik” i „Kruk” zlikwidowali w Kosowie Lackim dwóch funkcjonariuszy PUBP z Sokołowa Podlaskiego – Edwarda Konopkę i Czesława Łopana. W związku z prowadzona działalnością niepodległościową Kazimierz Wyrozębski stał się jedną z najbardziej poszukiwanych osób na lewobrzeżnym Podlasiu. Nie mogąc doprowadzić do jego schwytania, UB poddało represjom jego rodzinę. Brat Mieczysław, nie mający jakichkolwiek związków z partyzantką skazany został już w styczniu 1947 r. przez sąd doraźny na karę śmierci i stracony. Dla celów propagandowych resort bezpieczeństwa starał się powiązać jego sprawę z zabójstwem 8 aktywistów PPR – współpracowników PUBP z Sokołowa Podlaskiego (tzw. robotników z Chodakowa). W rzeczywistości akcję na grupę agitacyjną PPR przeprowadził 12 grudnia 1946 r. 2 szwadron 6 Brygady Wileńskiej dowodzony przez ppor. Waleriana Nowackiego „Bartosza”. Dodatkowo, dnia 24 grudnia 1947 r. aresztowana została także na zasadzie odpowiedzialności zbiorowej matka „Sokolika”.

Rozpoczęcie operacji „Z” na terenie powiatu Sokołów Podlaski spowodowało, że plut. Kazimierz Wyrozębski „Sokolik” zdecydował się, podobnie jak i dowódcy szwadronów 6 Brygady Wileńskiej, na rozczłonkowanie swoich niewielkich sił. Podzieleni na dwu – trzyosobowe patrole partyzanci mieli teraz samodzielnie starać się przetrwać niebezpieczny okres. Dwóch z nich nie wytrzymało jednak psychicznie tak dużej presji i zgłosiło się dobrowolnie do lokalnych dowódców grup operacyjnych (byli to Antoni Dioniziak „Gołąb” oraz Marian Szychta „Szpak”).
Na samym początku działań resort bezpieczeństwa uzyskał też znaczny zasób informacji o konspiracji „Sokolika” dzięki zeznaniom zatrzymanego 14 maja 1948 r. Tadeusza Stefaniuka „Stala”. Spowodowały one znaczne poszerzenie kręgu aresztowanych. Dnia 25 maja UB i KBW zatrzymały w Telakach i Kupiętach 3 osoby, 26 – 27 maja – 12 osób w Rogowie, Stasinie i Tchórznicy, 30 maja – 13 osób w Gródku. Ponadto 14 maja 1948 r. w Wyrozębach aresztowano 6 osób, 16 maja w Błoniu Dużym – 3 osoby, 18 maja w Chmielniku – 3 osoby, 19 maja w Tchórznicy – 1 osobę, 24 maja sołtysa wsi Grodzisk, w dniach 26-27 maja natomiast 12 osób (w Rogowie, Żółkwach i Jasinie). W tej sytuacji natrafienie sił bezpieczeństwa na ukrywających się partyzantów było już tylko kwestią czasu. Dnia 14 maja 1948 r. w miejscowości Wymysły powiat Sokołów Podlaski zlokalizowany został w trzyosobowy patrol Józefa Oleksiaka „Wichury” (poległ wówczas jego dowódca). Niecałe dziesięć dni później (22/23 maja 1948 r.) w miejscowości Garnek powiat Sokołów Podlaski KBW udało się „namierzyć” kolejny pododdział „Sokolika”. W trakcie przebijania się z okrążenia zginął Józef Rostek „Iskra”, w ręce UB dostał się natomiast Józef Domżalski „Rekrut” (został on niebawem skazany na karę śmierci i stracony). Sam Kazimierz Wyrozębski utrzymał się w terenie do lata 1948 r. Poległ w wyniku strzelaniny z patrolem milicji 5 lipca 1948 r. w miejscowości Chądzyń. Jak wynika z dokumentów resortu bezpieczeństwa starcie, do którego wówczas doszło miało charakter przypadkowy, a uczestniczący w nim funkcjonariusze nie zdawali sobie początkowo sprawy kto był ich przeciwnikiem, a następnie ofiarą. Po identyfikacji zwłoki „Sokolika” zostały wyrzucone przez milicjantów na widok publiczny przed budynkiem szkolnym w Sterdyni. W jednym z okólników zastępca Komendanta Powiatowego MO w Sokołowie Podlaskim ds. polityczno – wychowawczych ppor. Czesław Kołodziejczyk napisał wówczas: Zabicie „Sokolika” jest obowiązkiem każdego milicjanta, niezależnie od nagrody.
Po rozbiciu w trakcie operacji „Z” większości sił 6 Brygady, por. „Brzask” podporządkował się bezpośrednio kpt. Kazimierzowi Kamieńskiemu „Huzarowi” odtwarzając już jesienią 1948 r. na lewobrzeżnym Podlasiu patrole bojowe dowodzone przez Józefa Oksiutę „Pomidora”, Arkadiusza Czapskiego „Arkadka” vel „Tajfuna”, „Murata”, Jana Czarnockiego „Huragana”. Na ślad ostatniego z nich UB i KBW natrafiło dopiero w końcu 1949 r. Dnia 30 grudnia został on zlokalizowany w miejscowości Buczyn – Dworski. Na szczęście dla partyzantów dowodzący operacją wykazał się wyjątkową niekompetencją, dopuszczając do przedarcia się: Adama Ratyńca „Lamparta”, Stanisława Łapińskiego „Orzełka” oraz Arkadiusza Czapskiego „Arkadka” (poległ tylko Jan Czarnocki „Huragan”). W sprawozdaniu z działań dowódca brygady KBW pisał: Ogień grupy szturmowej był nieskuteczny ponieważ obstawa MO Sokołów na odgłos strzałów grupy szturmowej, nie przestrzegając dyscypliny ognia, zaczęła prowadzić w kierunku domu, a zarazem przyciskając do ziemi swoim ogniem grupę szturmową, uniemożliwiając jej swobodę ruchów.

Do kolejnego starcia pododdziałów por. Józefa Ludwika Małczuka doszło pół roku później. Dnia 7-8 kwietnia 1950 r. dowodzony przez niego patrol otoczony został na skutek zdrady jednego z konspiratorów w rejonie wsi Toczyski k/ Jabłonny. Biorąc pod uwagę stosunek sił KBW, biorących udział w obławie do liczebności grupy „Brzaska” – 50:1, akcja ta stanowiła klasyczny przykład „polowania”, jakie na ostatnich partyzantów urządzały na przełomie lat 40/50-tych formacje resortu bezpieczeństwa. Według zeznań schwytanego później przez UB członka patrolu Witolda Białowąsa „Litwina” wydarzenia, które rozegrały się wieczorem w pobliskim lesie miały następujący przebieg: „Zostaliśmy w lesie kurowickim okrążeni przez wojsko. Zaczęło się ono (to znaczy okrążenie) przed zachodem. W czasie zorientowania się przez nas, że w lesie znajduje się wojsko, był wtedy z nami mój kolega z Jabłonny, Heniek Cichocki, któremu „Brzask” kazał, żeby poszedł do domu. My zaś, patrol „Brzaska”, chodziliśmy z miejsca na miejsce, czekając aż się ściemni, a gdy to nastąpiło wyszliśmy z lasu na pole i odszedłszy znaczny kawałek od lasu, zaczęliśmy być ostrzeliwani ze wszystkich stron i oświetlani rakietami. Zauważyliśmy wówczas, że na pewno jesteśmy okrążeni. Wówczas „Brzask” stwierdził, że trzeba przejść przez linię okrążenia. Moment przebiegania przez linię trudno mi określić, pamiętam, że tylko biegłem i że w tym czasie padł „Brzask”, a na polu spostrzegłem, że znajdujemy się już poza okrążeniem i zauważyłem, że jest nas tylko czterech, nie licząc „Brzaska” żony, którzy wyszli cało. […] A „Sępa” nieobecność zauważyliśmy będąc jeszcze w okrążeniu. Po wyjściu z okrążenia „Lampart”, ja, „Wiewiórka” i „Orzełek” nie wiedzieliśmy w ogóle, gdzie się znajdujemy, więc „Lampart” prowadził nas podług kompasu”. W trakcie przebijania się przez pierścień okrążenia polegli: por. „Brzask”, Kazimierz Ilczuk „Sęp” oraz nieznany partyzant mylnie zidentyfikowany przez resort jako Arkadiusz Czapski „Arkadek” (ten ostatni mimo wezwań żołnierzy do poddania się wolał popełnić samobójstwo). Z okrążenia przebili się natomiast: Adam Ratyniec „Lampart”, Stanisław Łapiński „Orzełek”, Witold Białowąs „Litwin”, „Arkadek” – „Murat”, „Wiewiórka” oraz żona „Brzaska” Irena. Dnia 30 września 1950 r. grupie operacyjnej resortu bezpieczeństwa udało się w miejscowości Borychów zaskoczyć patrole Arkadiusza Czapskiego „Arkadka”, „Tajfuna”, „Murata” oraz Józefa Oksiuty „Pomidora”. W trakcie nierównej walki czterej żołnierze KBW obsługujący 4 rkm wystrzelali wszystkich ogarniętych przez obławę partyzantów: „Arkadka”, „Pomidora”, „Władka” oraz nieznanego partyzanta mylnie zidentyfikowanego przez resort bezpieczeństwa jako Stanisław Łapiński „Orzełek”, uzyskując za swój „wyczyn” pochwałę dowódcy.

 

OSTATNI LEŚNI – Mazowsze i Podlasie w ogniu 1948-1953 – część 1

OSTATNI LEŚNI – MAZOWSZE I PODLASIE W OGNIU 1948-1953

Zamiast wstępu

Z instrukcji MBP: „Grupa operacyjna w terenie”:
„Grupa operacyjna w zagrożonym terenie, w rozumieniu niniejszej instrukcji prowadzi nie tylko akcje typu wojskowo – operacyjnego, zasięg działalności jej bowiem nie ogranicza się wyłącznie do rozwiązania pewnych problemów taktycznych – sięga głębiej i utożsamia się prawie z tak zwaną „pacyfikacją terenu” najszlachetniej pojętą.
Każda banda musi otrzymać swój sztab operacyjny, który niczym innym się nie zajmując będzie tak długo tropił bandę, dopóki jej ostatecznie nie zlikwiduje.
Każda grupa operacyjna winna prowadzić walkę z bandą systemem jak największej ofensywy, tzn. nie czekając na jakąś akcję ze strony bandy, szukać jej i śmiało atakować. Urządzać zasadzki i inne kombinacje, w ten sposób banda byłaby systematycznie niszczona.
Jeśli chodzi o pomoc do życia okazywaną przez krewnych poszczególnym członkom bandy, jak np. nakarmienie znajomego członka lub krewnego, udzielanie mu noclegu itp., to /…/ do zastosowania represji wymagane jest, aby ta pomoc nie miała charakteru doraźnego, lecz odbywała się więcej niż jeden raz. Z uwagi na rozmiary i stopień szkodliwości jaki dla RP stanowią wszelkie formy pomocy bandytom – należy w każdym wypadku reagować na tego typu przestępstwa przez aresztowanie osoby podejrzanej.
Stanowczo każda akcja musi być pościgiem, doprowadzona do ostatecznego zlikwidowania bandy. Przerwanie akcji po rozproszeniu się bandy należy traktować jako przestępstwo.
Dało się zauważyć, że nie wszędzie przejęto się zasadą poprawnej postawy wobec ludności cywilnej. Zanotowano wiele wypadków rekwizycji i bezprawia”.

Czas wielkich polowań – operacja „Z”
W listopadzie 1947 r. Państwowa Komisja Bezpieczeństwa kierująca walką z podziemiem niepodległościowym wydała nowe „wytyczne operacyjne” na okres zimowy 1947 – 48 r. Cały kraj podzielony został na trzy strefy oznaczone kryptonimami „A, „B” i „C”. Województwa warszawskie, białostockie i olsztyńskie znalazły się w strefie „C”. Władze bezpieczeństwa oceniały siły podziemia zbrojnego na tym obszarze tylko na około 260 partyzantów. Nie przeszkodziło to jednak w zorganizowaniu wiosną 1948 r. przez dowództwo KBW w porozumieniu z MBP dwóch wielkich operacji pacyfikacyjnych oznaczonych kryptonimami: „P” i „Z”, w których wzięło udział po około 1500 – 2000 żołnierzy, nie licząc towarzyszących im kilkusetosobowych pododdziałów operacyjnych MO i UB.
Głównym celem pierwszej z operacji, zorganizowanej na terenie pogranicza województw: warszawskiego, olsztyńskiego i białostockiego (łącznie 8 powiatów) było rozbicie dwóch okręgów NZW: nr 23 oraz nr 16. W trakcie trwających trzy miesiące działań udało się jej dowództwu osiągnąć znaczące sukcesy. Likwidacji uległ nie tylko sztab Okręgu Warszawskiego NZW z por. Józefem Kozłowskim „Lasem”. Polegli także komendanci: Okręgu Białostockiego NZW płk Władysław Żwański „Błękit” oraz Okręgu Mazowsze Zachodnie NZW (nr 23) por. Franciszek Majewski „Słony”. Druga z operacji, obejmująca obszar siedmiu pogranicznych powiatów województw: warszawskiego, lubelskiego i białostockiego, wymierzona była przede wszystkim przeciwko pododdziałom 6 Brygady Wileńskiej dowodzonej przez kpt. Władysława Łukasiuka „Młota”. W jej wyniku rozbiciu uległy dwa szwadrony tejże brygady oraz część z wchodzących w jej skład patroli dywersyjnych działających po prawej stronie Bugu.

Pomimo zastosowania w trakcie obydwu operacji masowych represji, morderstw, aresztowań, rabunków, palenia gospodarstw osób podejrzanych o wspieranie partyzantów, siłom bezpieczeństwa nie udało się jednak uzyskać w pełni zamierzonych efektów. W terenie w dalszym ciągu pozostawali m.in.: Wiktor Stryjewski „Cacko”, Witold Borucki „Babinicz”, Mieczysław Dziemiszkiewicz „Rój”, Władysław Łukasiuk „Młot”, dowódca rezerw 6 Brygady Wileńskiej na lewobrzeżnym Podlasiu Józef Ludwik Małczuk „Brzask” oraz, zyskujący od tego momentu pierwszoplanową rolę w konspiracji niepodległościowej na pograniczu białostocko – warszawskim, Kazimierz Kamieński „Huzar”. Co było jednak znacznie ważniejsze – w przypadku obydwu obszarów władzom bezpieczeństwa nie udało się także złamać poparcia jakiego od 1944 r. konsekwentnie udzielała partyzantom AK – ROAK – WiN, czy też NZW patriotycznie nastawiona ludność Mazowsza i Podlasia.
Postawa taka widoczna była w kolejnych meldunkach dowódców KBW biorących udział w obławach:
„Gminy pow. Wysokie Mazowieckie i Bielsk Podlaski – informował dowódca 2 Brygady KBW – są zamieszkałe w 60% przez tzw. szlachtę, która w większej części jest wrogo ustosunkowana do obecnej rzeczywistości. Uprzedzający stosunek ludności wypływa z nieuświadomienia, ponieważ dotychczas mało wysiłku położono w kierunku upolitycznienia wsi, tak ze strony wojska, jak i partii politycznych. Biedota wiejska jest natomiast pod wpływem kłamstw rzucanych przez bandy, duchowieństwo oraz inne osoby o poglądzie wybitnie reakcyjnym. Kłamstwa te przejawiają się w szerzeniu fałszywej propagandy o trzeciej wojnie, kołchozach, przesunięciu na korzyść ZSRR granicy itp.”

„Niezależnie od amnestii i poprzednich operacji – meldował z kolei szef sztabu 1 Brygady – teren tych powiatów [Węgrów i Sokołów Podlaski] był terenem działania band politycznych i rabunkowych. Ludność cywilna była przesiąknięta w większej części propagandą antyrządową, względnie przez miejscowe elementy reakcyjne. […] Powyższe fakty stworzyły w terenie dodatnie podłoże dla rozwoju bandytyzmu [sic] jak i też utrudniały w dużym stopniu likwidację podziemia przez aparat bezpieczeństwa, organy MO jak też i wojska KBW”.

Przez cały czas trwania operacji dowództwo KBW kładło bardzo duży nacisk na zindoktrynowanie biorących udział w obławach żołnierzy. W jednym z meldunków pisano wręcz, iż „żołnierze rozumieją ważność swoich zadań i są przepojeni nienawiścią do band”. Pochwalano przypadki bezwzględności takie jak np. wykonanie szczególnie brutalnych, „ponadplanowych” rewizji, czy też celne strzelanie do uciekających mieszkańców – podając je w sprawozdaniach jako prawidłowe zachowanie żołnierzy podczas operacji w terenie. Znamienne w tym kontekście są informacje o stale utrzymującym się, pomimo represji, wrogim stosunku miejscowej ludności do sił komunistycznych:
„Napotkano tu na bojaźliwy i nieufny stosunek ludności do wojska – napisano w sprawozdaniu z pierwszej fazy operacji – co z kolei należy tłumaczyć tym, że rejony te są ośrodkiem dyspozycyjnym i terytorialnym bandy „Młota”. Pomimo zastosowania pokaźnego arsenału środków operacyjnych nie zdołano jeszcze przełamać stosunku mieszkańców do obecnej rzeczywistości. Dlatego też w bieżącym planie działania jednym z zasadniczych celów jest jeszcze głębsze przeoranie tego terenu i zmobilizowanie wszystkich środków zdobytych w początkowej fazie operacji do czynnej walki z bandytyzmem. Analiza postępowania oparta na doświadczeniach wniosła cały szereg nowych momentów jak np.: bardziej dokładnej i bezwzględnej rewizji u osób wytypowanych przez organa UB jak i u tych osób, u których w trakcie prowadzenia operacji znaleziono broń i materiały wojskowe”.

Sposób traktowania przez żołnierzy i funkcjonariuszy resortu bezpieczeństwa „zwykłej” ludności cywilnej podczas takich akcji doskonale ilustrują wspomnienia jednej z tysięcy ofiar:
„W 1948 roku zostałem znów aresztowany za AK, że wiem, gdzie ukrywają się partyzanci. Zaczęło się śledztwo, rozebrali do naga, bardzo zbili kijami do nieprzytomności i skopali. Jeden z polskich oficerów, a raczej tylko w polskich mundurach, usiadł mi na głowie, a drugi na nogach. […] 10 kwietnia 1948 r. na rozkaz porucznika Alieksieja KBW rozebrało i zniszczyło wszystkie nasze budynki w Lubowiczu – mieszkanie, oborę, chlew, spichlerz i stodołę. Zostaliśmy pod gołym niebem, sąsiedzi nocami pomagali naprawiać budynki, ale w maju po raz drugi zniszczyli wszystko i przykazali ludności, że jak będą pomagali, to całą wieś zniszczą. Mój ojciec był wspaniałym, lubianym i szanowanym człowiekiem, miał już 85 lat, więc sąsiedzi z całej wsi znów się zebrali i w parę dni naprawili budynki w siedemdziesięciu procentach”.

Jednoznacznie wrogie wobec komunistów stanowisko większości społeczeństwa Podlasia sprowokowało władze do powtórzenia pacyfikacji – na jeszcze większą niż dotąd skalę. Przeciwko liczącym już tylko kilkunastu partyzantów patrolom kpt. „Huzara” rzucono w październiku 1951 r. w ramach operacji „Narew” 7 batalionów KBW w sile około 3000 żołnierzy. W czasie trwających rok działań grupy operacyjne KBW, UBP i MO przeprowadziły w sumie ponad 1800 akcji specjalnych, zatrzymały blisko 1000 osób podejrzanych o współpracę z podziemiem niepodległościowym, zabiły w trakcie przypominających „polowania z nagonką” obław blisko 30 ostatnich partyzantów Białostocczyzny i Podlasia.
Na Mazowszu Północnym opór także „tlił się” jeszcze bardzo długo. Po schwytaniu Wiktora Stryjewskiego „Cacki” oraz śmierci Mieczysława Dziemiszkiewicza „Roja”, aż do wiosny 1953 r. dotrwał ze swoją siedmioosobową grupą Wacław Grabowski „Puszczyk”. Podobnie jak i jego poprzednicy, nie miał jednak żadnych szans w starciu z wysłaną przeciw sobie 1300 osobową obławą I Brygady KBW.

PODLASIE – 6 Brygada Wileńska
6 Brygada Wileńska utworzona została zimą 1946 r. na bazie samodzielnego oddziału ppor. Lucjana Minkiewicza „Wiktora”, pozostałego po rozwiązanym jeszcze jesienią 1945 r. 1 szwadronie 5 Brygady Wileńskiej. W rozkazie z 26 lutego 1946 r. nadającym wspomnianemu oddziałowi nazwę tej tak zasłużonej dla kresowej konspiracji niepodległościowej jednostki mjr Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka” pisał:
„Po długich miesiącach zimowych Waszej tułaczki i osamotnienia w terenie przyszedł znowu czas, że przychodzę do Was i dane mi jest dowodzić Wami w dalszym ciągu. /…/ Jesteście teraz 6-ta Brygadą Wileńską pod dowództwem Waszego dotychczasowego dowódcy „Wiktora” /Lucjana Minkiewicza/. /…/ Czekają nas jeszcze ciężkie chwile, ale przetrwamy – wszak przetrwaliśmy już tyle – zwyciężymy, bo jesteśmy żołnierzami 5-ej, a obecnie 6-ej Brygady Wileńskiej”.
Ponowne nawiązanie łączności z pozostającym wówczas na Pomorzu Gdańskim dowódcą 5 Brygady Wileńskiej oznaczało w praktyce przejście oddziału ppor. „Wiktora” pod dowództwo eksterytorialnego Okręgu Wileńskiego AK, w komendzie którego mjr „Łupaszka” pełnił funkcję dowódcy partyzantki. W ramach tej poakowskiej struktury 6 Brygada Wileńska funkcjonowała aż do lata 1948 r., stając się powoli dominującym oddziałem niepodległościowego podziemia na prawo i lewobrzeżnym Podlasiu.
W 1946 r. tworzyły ją początkowo trzy drużyny, przekształcone następnie w kadrowe szwadrony. Pierwszym z nich dowodził pochodzący z Wileńszczyzny kpr. Janusz Rybicki „Kukułka”, drugim b. członek AK z Obwodu Wysokie Mazowieckie st.sierż. Walerian Nowacki „Bartosz”, trzecim zaś pochodzący również z kresów północno – wschodnich st.sierż. Józef Babicz „Żwirko”. Oprócz tych pododdziałów stale w terenie operował także kilkuosobowy patrol żandarmerii dowodzony najpierw przez sierż./ppor. Władysława Wasilewskiego „Grota”, a następnie sierż/ppor. Antoniego Borowika „Lecha”, mający za zadanie zwalczanie pospolitego bandytyzmu oraz agentury resortu bezpieczeństwa.
W 1947 r. struktura i obsada 6 Brygady Wileńskiej uległy zasadniczym zmianom związanym przede wszystkim z realizowaną w terenie ustawą amnestyjną. W przeciwieństwie do Komendy Okręgu Białostockiego WiN, na obszarze którego brygada głównie działała, jej dowództwo nie zdecydowało się na ujawnienie. Decydujący wpływ na podjęcie takiej decyzji miała postawa samego mjr Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” oraz dowodzącego od października 1946 r. oddziałem kpt. Władysława Łukasiuka „Młota”. Obydwaj oficerowie nie wierzyli w możliwość zalegalizowania siebie oraz swoich podkomendnych w komunistycznej rzeczywistości, słusznie przewidując dalszą eskalację represji. Ostatecznie, na prośbę pierwszego dowódcy 6 Brygady – ppor. „Wiktora”, przyjęto rozwiązanie kompromisowe – zezwalające na ujawnienie się szeregowych członków oddziału.

OSTATNI LEŚNI – Mazowsze i Podlasie w ogniu 1948-1953 – część 2

Ppor. Lucjan Minkiewicz …

Ppor. Lucjan Minkiewicz otrzymał również pozwolenie wysłania do MBP pisma zawierającego warunki na jakich dowództwo partyzantki wileńskiej gotowe było zaprzestać dalszej działalności bojowej.
„Do Ministra Bezpieczeństwa Publicznego. Na propozycję Pana z dn. /fragment nieczytelny – od aut./ 1946 r. odpowiadam, że jestem skłonny ujawnić oddziały Brygad Wileńskich o ile Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego zagwarantuje:
* Zwolnienie wszystkich uwięzionych żołnierzy Brygad Wileńskich
* Zabezpieczy zaopatrzenie rodzin po poległych żołnierzach Brygad Wileńskich na równi z rodzinami po poległych żołnierzach WP
* Uznanie stopni i odznaczeń
* Bezwzględne bezpieczeństwo dowódcom i żołnierzom i współpracownikom Brygad Wileńskich
* Zabezpieczenie dostatecznych warunków pracy żołnierzy Brygad Wileńskich
* Uznanie ciężko rannych na prawach inwalidów wojennych

Na propozycje te nie otrzymano żadnej odpowiedzi.
Decydując się na dalsze prowadzenie działalności niepodległościowej dowódca 6 Brygady Wileńskiej kpt. „Młot” starał się maksymalnie poszerzyć rejon działania swojego oddziału, przejmując nieujawnione struktury WiN m.in. na prawy brzegu Bugu. W ten sposób w skład brygady weszli:
* por. Ludwik Małczuk „Brzask” – jako dowódca rezerw w Obwodzie Sokołów Podlaski (wraz z patrolami dywersyjnymi dowodzonymi przez Kazimierza Wyrozębskiego „Sokolika”)
* plut. Eugeniusz Korzeniewski „Ryg” – jako dowódca rezerw w Obwodzie Bielsk Podlaski
* ppor. Czesław Skup „Szpieg” – jako dowódca rezerw w powiecie Siedlce
* ppor. Janusz Kotowski „Mściciel” jako dowódca rezerw w pow. Węgrów i Mińsk Mazowiecki
* „resztki” oddziału partyzanckiego WiN por./kpt. Kazimierza Kamieńskiego „Huzara” z Obwodu Wysokie Mazowieckie.

Zmianie uległa również obsada stanowisk dowódczych w zasadniczych pododdziałach brygady. Po śmierci st. sierż. „Żwirki” – 17 lutego 1947 r. w Kiełpińcu, dowództwo 3 szwadronu przejął sierż./ppor. Antoni Borowik „Lech”, patrolu żandarmerii natomiast ppor. Antoni Wodyński „Odyniec”.
W 1948 r. w skład 2 szwadronu 6 Brygady Wileńskiej wchodzili: ppor. Walerian Nowacki „Bartosz”, dowódcy drużyn: 1 – st. sierż. Witold Goldzisz „Radio” (przeszedł do 3 szwadronu), 2 – sierż. Mieczysław Magadzia „Wilan”, sierż. Józef Adamowicz „Szpak”, plutonowi: NN „Mściciel”, Rejtan Mickiewicz „Wichura”, Józef Oksiuta „Pomidor”, NN Marian „Pogrom” vel „Maniuś”, kaprale: Adam Ratyniec „Lampart”, Kazimierz Ilczuk „Sęp”, Franciszek Biercewicz „Franek Wileńszczak”, Stanisław Boś „Skoczek” vel „Młody”, Stanisław Kobyliński „Migdał”, Marian Giereło „Puszkin” vel „Pszczółka”, Jan Czajka „Znicz”, Aleksander NN „Marynarz”, NN „Antoś”, NN „Akacja”, NN „Adam”, NN „Brzoza”, NN „Błyskawica”, NN „Michał”, NN „Wilja”, NN „Żubr”, st. strzelcy i strzelcy: Zygmunt Szmurło „Kogut”, NN „Jasio”, NN „Kazio”, NN „Jeleń”, NN „Badyl”.
W 3 szwadronie służyli: ppor. Antoni Borowik „Lech”, kpr. pchor. Stanisław Bogdaniuk „Ostoja”, kpr. pchor. Eugeniusz Daniluk „Dąbek”, sierż. Kazimierz Szuligowski „Tygrys”, plut. Stanisław NN „Wilk”, plut. Rajmund Drozd „Mikrus”, kpr. Jerzy Ostaszewski „Szarak”, kpr. Antoni Plewko vel Stanisław Karpiński „Węgorz” (zdrajca), strzelcy – Józef Klimiuk „Kuba”, NN „Orzełek”, NN „Śmiały”, od marca 1948 r. st. sierż. Witold Goldzisz „Radio” i Czesław Pilecki „Jaskółka”, a także NN „Fredek” z oddziału „Huzara”. W grupie „sztabowej” znajdowali się kpt. Władysław Łukasiuk „Młot”, ppor. Witold Buczak „Wujo”, „Ponury” (z oddziału „Huzara”), ppor. Henryk Wieliczko „Lufa”, ppor. Antoni Wodyński „Odyniec”. Do 2 szwadronu dołączali okresowo por. Józef Ludwik Małczuk „Brzask” oraz plut. Kazimierz Wyrozębski „Sokolik” z kilkoma żołnierzami patroli sokołowskich.
W składzie tym 6 Brygada Wileńska dotrwała do, zorganizowanej wiosną 1948 r. przez dowództwo KBW i kierownictwo MBP, Operacji „Z”. W terenie pojawiły się liczne grupy operacyjne KBW z 1, 2 i 3 Brygady poszukujące śladów obecności partyzantów. Atmosferę grozy tamtych dni doskonale ilustrują zapiski z dziennika prowadzonego przez dowódcę 3 szwadronu ppor. „Lecha”:
Poniedziałek, 1.03.1948 r. Kolonia Dworaki – Staśki – alarm, wycofanie się oddziału /…/, Wtorek, 2.03.1948 r., Ryzdzie?- Wojtyły – dzień przeszedł bardzo spokojnie. Piątek, 5.03.1948 r. Kolonia Radziszewo – Sieniawa – z samego rana wojsko wlazło na naszą kwaterę, wartownik z rkm-u ostrzelał. Kolonia Spieszyn – alarm po rozejściu. Sobota, 6.03.1948 r. Kolonia Puchały – o godzinie 2:00 alarm, 2-ch wojskowych przyszło na sąsiednią kwaterę, postanowiliśmy ich rozbroić i czekaliśmy na kwaterze. Niedziela, 7.03.1948 r. Kolonia Siekluki – alarm wojsko przejechało tuz koło nas – nie zauważyli”.

Wzrastający nacisk sił resortu bezpieczeństwa już zimą 1948 r. potwierdzał również w swoich listach kpt. „Młot”:
„Kochany Antosiu /pisał do ppor. Antoniego Borowika „Lecha” 15 marca 1948 r./ Tak dawnośmy się nie widzieli, myślałem, że teraz się spotkamy, lecz jest to niemożliwością obecnie i prawdopodobnie nieprędko się spotkamy. W tych dniach znowu wyjeżdżam i nie wiem kiedy tu wrócę, prawdopodobnie po świętach. […] Bug obecnie obsadzili, prawdopodobnie po twoich robotach koło Siemiatycz, że dla mnie po prostu jest niemożliwością go przekroczyć w tych miejscach gdzie mnie potrzeba, bardziej ze względu na różnych znajomych aniżeli na wojsko. Za Bugiem w rejonie Mężenina i Tokar jest bardzo źle, ludność sterroryzowana w okropny sposób, wszystkie nasze poruszenia przed rozstaniem się z Waldkiem [ppor. „Bartoszem”] są rozpoznane.
Tam, gdzie mieliśmy świętami się spotkać, spotkania nie będzie. Święta będziesz musiał sam urządzić i spędzić. Staraj się wybrać jakieś spokojne miejsce, kartek do Drohiczyna nie posyłaj, gdyż powsypujesz ludzi. Jak najwięcej z ludźmi załatwiaj sam i w największej tajemnicy. Posługiwanie się ludźmi prowadzi do wsyp, a ludzi do więzienia. Za Bugiem prawie wszyscy ludzie przez to posyłanie powsypywali się i obecnie nie ma prawie człowieka, którym by można było posłużyć się. Naszym zadaniem obecnie jest przechować się i pomóc innym przeczekać ten trudny okres, a nie dawanie powodów do maltretowania i aresztowania ludzi. Dlatego też, według rozkazu Komendy [Wileńskiej] nie można nam obecnie, ani też w razie rozpoczęcia się działań wojennych, prowadzenia jakichkolwiek akcji dywersyjnych. Nasza „robota” się rozpocznie, gdy działania wojenne będą na ukończeniu. W razie ogłoszenia mobilizacj
i nie możemy nawoływać do niestawienia się i wciąganie ich w swoje szeregi, lecz swoim ludziom można radzić, by jak tylko mogą przechowywali się własnymi możliwościami i do wojska nie stawiali się.

Obecnie jest największe natężenie obław i dlatego należy zachować się jak najspokojniej, by nie dawać im powodów do represji i nie dawać im śladu, gdyż to bardzo im na rękę”.
Po udanej akcji ekspropriacyjnej na wagon pocztowy k/ mostu we Fronołowie 24 kwietnia 1948 r. 3 szwadron ukrył się w lasach pomiędzy Siemiatyczami i Mielnikiem. Nacisk sił resortu bezpieczeństwa w terenie był jednak tak silny, że ppor. Antoni Borowik „Lech” 1 maja podjął decyzję o wycofaniu się na lewy brzeg Bugu – na teren powiatu Sokołów Podlaski. Decyzja ta okazała się niestety fatalna w skutkach. Obszar lewobrzeżnego Podlasia był bowiem jeszcze bardziej „nasycony” wojskiem niż część białostocka. Sytuacje tę tak wspominał jeden z partyzantów Rajmund Drozd „Mikrus”: „Teren powiatu Sokołów Podlaski zapchany wojskiem. W nocy zasadzki, w dzień penetracja wsi. Dochodząc do wsi Sabnie natknęliśmy się na zasadzkę. Krótka wymiana ognia szperaczy z KBW i odskok szwadronu w podmokły lasek przy torach kolejowych, gdzie przesiedzieliśmy do zmierzchu. Potem kierując się na Wrotnów, dotarliśmy na kolonię w lesie, gdzie posililiśmy się za jednym zamachem śniadaniem, obiadem i kolacją. Po opuszczeniu tej kolonii w odległości około kilometra natknęliśmy się po raz wtóry na okopującą się zasadzkę. Była wielka i chaotyczna strzelanina. Starcia z kolejnymi zasadzkami sprawiły, że ppor. „Lech” zdecydował się na podział 3 szwadronu na szereg kilkuosobowych patroli, które samodzielnie miały przebijać się w rejon miejscowości Stoczek, gdzie zarządzono najbliższą koncentrację. Sam Antoni Borowik podążył na nią w towarzystwie NN „Orzełka” oraz Kazimierza Szuligowskiego „Tygrysa”. W tym samym czasie właśnie ze Stoczka wyjechało jednak w teren kilka grup rajdowych KBW, które zorganizowały w okolicznych lasach sieć zasadzek. Na jedną z nich 7 maja 1948 r. natknął się patrol ppor. „Lecha”. On sam będąc okrążony zdecydował się na popełnienie samobójstwa – rozrywając się granatem. Rozbitków z 3 szwadronu starał się zorganizować na powrót zastępca ppor. Antoniego Borowika kpr. pchor. Stanisław Bogdaniuk „Ostoja”. Już 27 maja 1948 r. jego sześcioosobowa grupa została jednak wykryta przez oddziały KBW w rejonie miejscowości Hołowczyce i rozproszona (sam „Ostoja” według jednej z wersji – kilka dni potem popełnił samobójstwo na jednej z wysp na Bugu).
Szwadronowi ppor. Waleriana Nowackiego „Bartosza” udało się przetrwać pierwsze dwa pierwsze miesiące Operacji „Z” prawie bez strat. Ukrywał się on wówczas głównie na terenach nadbużańskich (w rejonie Mężenina). Do pierwszego z szeregu starć z grupami operacyjnymi KBW i UB doszło dopiero w drugiej połowie czerwca 1948 r. – przede wszystkim za sprawą zdrady jednego z partyzantów – Stanisława Kobylińskiego „Migdała”, który dobrowolnie zgłosił się do dowódcy KBW w Sarnakach – oferując pomoc w osaczeniu grupy wileńskiej. „Pokazałem majorowi miejsce postoju bandy na mapie – relacjonował on później w specjalnym raporcie – Major wysłał por[ucznika] ze mną i 35-ciu ludzi na miejsce kwaterunku bandy, a sam udał się z resztą wojska obstawić [las] od strony Rudy Instytutowej. Po dojściu na miejsce wskazałem porucznikowi gdzie to jest i porucznik poszedł ze mną na zwiady, a wojsko szło za nami. Dochodząc do miejsca kwaterunku bandy, zauważyliśmy jak jeden z bandy w koszuli i z pistoletem przy pasie brał wodę z rowu. Myśmy się cofnęli, czekając aż on odejdzie do bandy. Porucznik począł rozstawiać wojsko, 3/4 miejsca zostało obstawione, a [w] nie obstawione miejsce od strony północnej posłał porucznika i 6 żołnierzy w celu obstawy. /…/ Oficer z wojskiem wycofał się biegiem do porucznika d[owód]cy całości, a ten wraz ze mną i jednym żołnierzem udał się do Rudy Instytutowej – do majora. Odchodząc wydał rozkaz do oficera, ażeby uważać na bandę i starać się [jej] nie przepuścić. Major po przybyciu nas zarządził okrążenie i ruszyliśmy w stronę bandy. Po przybyciu na miejsce postoju bandy, bandy już nie było”
.

Pomimo wyrwania się z okrążenia 2 szwadronowi nie udało się już oderwać od ścigających go – coraz większych sił KBW. Do akcji przeciw niemu weszło w sumie 30 plutonów wojska (tj. 900 żołnierzy). Po kolejnej potyczce – 22 czerwca 1948 r. na terenie gminy Łosice kpt. „Młot” i ppor. „Bartosz” podjęli decyzję o tymczasowym podziale szwadronu na kilka patroli, które miały samodzielnie przedzierać się za Bug. Jednym z nich w składzie: „Mściciel”, „Pogrom” vel „”Marian” oraz NN dowodził osobiście ppor. Walerian Nowacki. Dnia 3 lipca 1948 r. został on zlokalizowany przez resort bezpieczeństwa dzięki donosowi Kazimierza K/…/ we wsi Krawce. „Dnia 3.7.1948 r. Sztab GO „A – A-1” otrzymał wiadomość od mieszkanki wsi Krawce, że w w/w miejscowości (kw. 70-80) kwateruje banda uzbrojona w pistolety w nieznanej ilości. Zorganizowano natychmiast akcję, polegającą na okrążeniu m. Krawce w czasie czego grupa została zauważona przez bandytów, którzy rzucili się do ucieczki, lecz dzięki należytemu okrążeniu żaden z nich nie wydostał się na zewnątrz. Po krótkotrwałej walce, którą przyjęli bandyci, wszyscy zostali zabici, którymi okazali się: „Bartosz”, „Mściciel”, „Marian” z bandy „Młota”. W czasie akcji zdobyto: 3 pistolety, 1 granat i torbę polową z dokumentami i fotografiami bandy, oraz ujęto 1-go bandytę o nieustalonym nazwisku i pseudonimie”.

Przydzielony w ostatnim czasie do 2 szwadronu ppor. Henryk Wieliczko „Lufa” również nie przetrwał operacji „Z”. Dnia 23 czerwca 1948 r. został aresztowany na dworcu w Siedlcach podczas powrotu z wizyty u śmiertelnie chorego ojca w Lublinie. UB nie miało problemu z jego identyfikacją. Dokładny opis jego wyglądu dostarczył resortowi zdrajca z oddziału ppor. „Bartosza”, Stanisław Kobyliński „Migdał”. Nie był to niestety jedyny przykład zdrady partyzantów 6 Brygady. Już na samym początku operacji do posterunku MO w Platerowie zgłosił się dobrowolnie kpr. Antoni Plewko vel Stanisław Karpiński „Węgorz”. W zamian za „cenę życia” dostarczył on resortowi bezpieczeństwa wielu cennych informacji o siatce terenowej 6 Brygady. W późniejszym okresie, już jako funkcjonariusz UB brał udział w działaniach operacyjnych przeciw żołnierzom 6 Brygady, m.in. 16 czerwca 1948 r. w zamordowaniu na kolonii Oleksin Marii Ryczkowskiej oraz plut. Eugeniusza Korzeniewskiego „Ryga”.