rządząca Rosją oddaje hołd. Mają pecha – z punktu widzenia Kremla, tak
mocno inwestującego w drugowojenny etos Armii Czerwonej, ich
rehabilitacja jest, przynajmniej na ten moment, po prostu nieopłacalna.
Powie wielu: z punktu widzenia Rosji to przecież zdrajcy, absurdalne zatem jest oczekiwanie, że władze rosyjskie miałyby oddawać im honory.
Dobrze – odpowiem. Zdrajcy. Tylko kogo zdradzili? Związek Sowiecki?
Zgoda. Komunizm? Zgoda. Ale co to ma wspólnego ze zdradą Rosji? Nic, o
czym za chwilę. Zresztą i ze zdradą Związku Sowieckiego oraz komunizmu
sprawa nie jest zupełnie oczywista, bo takiego zarzutu nie da się
uzasadnić wobec tych Rosjan walczących u boku Niemców, którzy będąc
emigrantami z okresu wojny domowej w Rosji, nie byli nigdy obywatelami
sowieckimi. Byli natomiast od lat zaciekłymi wrogami komunizmu.
W tym miejscu, powodowany troską o właściwy odbiór niniejszego tekstu,
decyduję się poczynić deklarację, która jest, ze wstydem to przyznaję,
haraczem na rzecz poprawności politycznej. Otóż chcę zapewnić, że
wspominając co najmniej kilkusettysięczną rzeszę Rosjan, którzy w II
wojnie światowej byli sojusznikami Trzeciej Rzeszy, a przez to
oczywiście równocześnie byli wrogami polskiej sprawy (niektórzy z nich
dopuścili się zbrodni na Polakach, np. jednostki RONA użyte do
tłumienia Powstania Warszawskiego), nie miałem i nie mam zamiaru czynić
z nich pozytywnych bohaterów, czy choćby przekonywać do zrozumienia ich
decyzji. Sądzę, że żadna fraza niniejszego tekstu nie uzasadnia takiej
jego interpretacji. Stąd to uczucie wstydu przy powyższym wyznaniu,
które ma mnie ocalić przed świętym oburzeniem czynników patriotycznych.
Przywołałem tę rosyjską zbiorowość wyłącznie na potrzeby dalszych
rozważań nad problemem zapaści semantycznej i wynaturzania faktografii
na potrzeby polityki bieżącej.
Wydaje się rzeczą obiektywnie ciekawą, że w odrodzonej, powstałej po upadku komunizmu Rosji, ludzie ci nadal są objęci anatemą władz państwowych, pomimo że, ujmując rzecz ściśle, owa rzesza Rosjan, którzy zdecydowali się na walkę z komunizmem, chcąc nie chcąc po stronie Hitlera, to bez wątpienia żołnierze walczący o Rosję, o jej uwolnienie spod jarzma komunizmu i w tym znaczeniu, chyba najważniejszym dla każdego żołnierza, to żołnierze rosyjscy. W przeciwieństwie do żołnierzy radzieckich, czyli żołnierzy Armii Czerwonej, których walka nie miała nic wspólnego z Rosją, a wręcz przeciwnie – była prowadzona w interesie i pod rozkazami partii komunistycznej, której pierwszą i jednocześnie największą ofiarą padła właśnie Rosja – i których w żadnym porządku logicznym mianem żołnierzy rosyjskich określić się nie da.
Tak jak nie da się uznać, że na miano żołnierza polskiego, w tradycyjnym znaczeniu tego pojęcia, w którym mieszczą się całe idące przez wieki zastępy naszych zbrojnych przodków, broniących niepodległości i wolności lub bijących się o te święte wartości, zasługują osoby robiące po 1945 roku karierę w Ludowym Wojsku Polskim, z Wojciechem Jaruzelskim na czele. Zapewniam, że moim zamiarem nie jest obrażanie p. Jaruzelskiego, tak jak i wcześniej żołnierzy radzieckich, których, jak twierdzę, nie należy mylić z żołnierzami rosyjskimi. Po prostu jestem przekonany, że twierdzenie powyższe jest logicznie poprawne i obiektywnie ścisłe. Przypomnę, że p. Jaruzelski służył nie w Wojsku Polskim, lecz w Ludowym Wojsku Polskim. A to zasadnicza różnica, gdyż przymiotnik ludowe/ludowy, będący elementem rozwinięcia skrótu LWP, całkowicie niszczy znaczenie wszelkich słów, z jakimi się on łączy. To słowo-pasożyt, słowo-łasica. Tak jak rzekomo łasica jest w stanie opróżnić jajko bez pozostawienia widzialnego śladu, tak słowa takie jak ludowy, społeczny, potrafią pozbawić każdy termin znaczenia, z którym tworzą związek, pozornie pozostawiając je nienaruszone [za Friedrich August von Hayek, „Zgubna pycha rozumu. O błędach socjalizmu”]. Dla lepszego zobrazowania powyższej myśli warto wspomnieć takie pojęcia, znane w okresie PRL-u, jak „kraje demokracji ludowej”, czy „sprawiedliwość socjalistyczna”, która w myśl słusznej obserwacji z tamtych lat, miała tyle wspólnego ze sprawiedliwością, co krzesło elektryczne ma wspólnego ze zwykłym krzesłem z salonu. Tak też jest i z „Ludowym Wojskiem Polskim” – słowo „Ludowe” pozbawia jakiegokolwiek realnego znaczenia słowo „Polskie”, wysysa całą jego treść, znosi jego sens. Pozostaje zatem tylko słowo „Wojsko”. I teraz wszystko się zgadza. Bez wątpienia bowiem p. Jaruzelski żołnierzem był. Być może nawet dzielnym. Tyle że żołnierzem komunizmu z centralą w Moskwie.

Wojciech Jaruzelski i Leonid Breżniew na Krymie w sierpniu 1982 r.

Fidel Castro i Wojciech Jaruzelski.
Wszystkich, którzy w tym miejscu wzruszą ramionami lub obdarzą mnie nieprzyjaznym epitetem, uznając, że godzę w cześć żołnierzy LWP, proszę, by zwrócili uwagę na pewien znamienny fakt z historii szlaku bojowego tegoż wojska. Otóż, ilekroć po 9 maja 1945 roku LWP wyjeżdżało poza bramy koszar oraz tereny poligonów i używało broni z ostrą amunicją, zawsze, jeżeli nie liczyć akcji przeprowadzonych w latach 1945-1947 przeciwko obywatelom Rzeczpospolitej narodowości ukraińskiej [podstawowym celem działań LWP przeciwko mniejszości ukraińskiej, który zresztą osiągnięto, było wygnanie z domostw i przymusowe przesiedlenie kilkuset tysięcy ludzi, z których znakomitą większość przesiedlono na ziemie leżące na wschód od aktualnych granic Polski; warto też dodać, że największe okrucieństwa ze strony LWP zostały wówczas popełnione nie w roku 1947, podczas akcji „Wisła”, lecz jesienią roku 1945], strzelało do Polaków, walczących lub protestujących w sprawie wolności lub chleba. Za wyjątkiem oczywiście strzałów oddanych latem 1968 r. do naszych sąsiadów-Czechów, którzy bynajmniej nie chcieli wtedy pomścić aneksji Zaolzia z 1938 roku, tylko śnili swój sen o wolności.
Czy rzeczywiście pacyfikacje polskich wiosek z lata 1945 roku, walki u boku NKWD lub UB z polskim podziemiem niepodległościowym w tym samym czasie, strzały do rodaków w Poznaniu w 1956 r. i na Wybrzeżu w 1970 r., współudział w rozpędzeniu Praskiej Wiosny, ramię w ramię z bratnimi żołnierzami Armii Czerwonej i innych „krajów demokracji ludowej”, latem 1968 r., czy wreszcie blokowanie strajkujących w grudniu 1981 r. zakładów pracy, z KWK „Wujek” na czele – bo taki jest realny „szlak bojowy” LWP po zakończeniu II wojny światowej – mają być elementem historii polskiego oręża? Jeżeli przyjąć, że LWP było wojskiem polskim, to konsekwentnie musimy uznać, że właśnie tak. A wtedy czas najwyższy pomyśleć w jaki sposób nakłonić p. Jaruzelskiego, aby raczył przekazać do Muzeum Wojska Polskiego np. swój mundur, w którym 13 grudnia 1981 roku ogłosił narodowi wprowadzenie stanu wojennego. Pora, by ta zasłużona dla popularyzacji historii Wojska Polskiego placówka muzealna, wzbogaciła się o tak cenny eksponat. Intuicja podpowiada mi, że najskuteczniejszy dla osiągnięcia tego celu będzie sformułowany w tej sprawie, w formie listu otwartego, apel przedstawicieli elity intelektualnej i moralnej naszego społeczeństwa, niekwestionowanych autorytetów znaczy, do p. Jaruzelskiego. Liczę, że w tak ważnej dla ogółu kwestii nasze autorytety nie zawiodą. A poważnie, LWP powstało z inicjatywy komunistów i na potrzeby partii komunistycznej, pozostawało przez cały czas swojego istnienia pod jej pełną kontrolą i jako takie podejmowało działania zgodne z celami i interesami tejże partii, czyli przeciwko wolności narodu i jednostek. W tym nie różniło się ono niczym od Armii Czerwonej i innych wojsk „krajów demokracji ludowej”.
Na koniec tego wątku informacja osobista, która, mam nadzieję, wzmocni moje zapewnienie że nie chcę nikogo obrazić, a jedynie wskazać na kompletne pomieszanie pojęć w materii, którą niniejszy tekst podejmuje. Otóż ukochany brat mojej babci ze strony mamy zginął jako żołnierz LWP podczas walk o Wał Pomorski. Ale ten smutny dla mojej rodziny fakt nie zmienia przecież prawdy o LWP.

13 grudnia 1981 r. Wojciech Jaruzelski wypowiada wojnę własnemu narodowi…

…rzuca przeciwko społeczeństwu uzbrojone po zęby Ludowe Wojsko „Polskie”…

…za pomocą którego pacyfikuje niepokornych. 16 grudnia 19
81 roku czołgi LWP pod kopalnią „Wujek” w Katowicach. To był dzień, w którym zginęło 9 górników.
Wracając do naszych relacji z Rosją, uważam, że deformowanie prawdy na potrzeby doraźnych interesów czy wizji politycznych, czyli – ujmując rzecz w sposób przyjemny dla oczu czytającego ten tekst – narracja historyczna, która łączy, nie dzieli, ta sama narracja, która Putinowi pozwala czerpać z tradycji Denikina i Lenina jednocześnie, a Bronisława Komorowskiego zaprowadziła na obchody rocznicy Dnia Zwycięstwa i kazała mu stanąć na trybunie honorowej na Placu Czerwonym w Moskwie w fałszywej roli reprezentanta kraju z obozu zwycięzców II wojny światowej, a nie kraju będącego ofiarą partii komunistycznej z centralą w Moskwie i jej zbrojnego ramienia – Armii Czerwonej, co zresztą Bronisław Komorowski uczynił przy powszechnej akceptacji czołowych postaci polskiej sceny politycznej, ma przed sobą wspaniałą perspektywę. Jest bowiem łatwa i przyjemna dla oczu i uszu mas, a dla polityków ma walor bezproblemowości i skuteczności. Przyszłość stosunków postpeerelowsko – postsowieckich, przepraszam – powinno oczywiście być: polsko – rosyjskich jawi się zaiste różowo.
Narzekanie w rodzaju niniejszego tekstu zwykle atakowane jest z powodu braku propozycji rozwiązań konstruktywnych. Jakby zwrócenie uwagi na blagę nie było wartością samą w sobie. Nie chcąc jednak wywieszać białej flagi wobec oskarżenia o krytykanctwo, przy braku przekazu pozytywnego, chcę wydobyć z mroków zapomnienia pewien epizod, który mógłby posłużyć za tworzywo historyczne do zbliżenia polsko-rosyjskiego, bez konieczności dokonania brutalnego gwałtu na faktach. Nie wiadomo wprawdzie na ile pomysł, o którym za chwilę, przypadnie do gustu stronie rosyjskiej, ale skoro tamtejsza narracja historyczna mieści i Lenina i Denikina, to są szanse, że spotka się on z przychylnością władz rosyjskich. Zanim przejdę do rzeczy chcę podkreślić, co oczywiste dla tych niewielu, którzy mają pojęcie o historii naszego kraju, że zadanie znalezienia materiału dla pozytywnego, ale jednocześnie prawdziwego, przekazu historycznego na użytek procesu ocieplania stosunków polsko-rosyjskich nie jest łatwe do wykonania. Na przestrzeni dziejów żołnierz rosyjski, a następnie radziecki, pojawiający się na ziemiach polskich kojarzył się bowiem ze zniszczeniem, gwałtem, bezprawiem, agresją i zniewoleniem, zagrożeniem lub utratą niepodległości. Tak było od rzezi Pragi poczynając, a na przyniesieniu „wolności” w latach 1944-1945, żeby posłużyć się językiem Jego Ekscelencji arcybiskupa Życińskiego, kończąc.
Z pomocą w poszukiwaniach historycznej platformy nadającej się do poprawy relacji polsko-rosyjskich przyszła mi publikacja autorstwa Kazimierza Krajewskiego – wybitnego znawcy polskiego podziemia niepodległościowego z lat 1939–1954, podpory merytorycznej Fundacji „Pamiętamy”, której pracami mam zaszczyt współkierować. W artykule Pomnik, którego nie ma, opublikowanym ponad dziesięć lat temu w periodyku „Przeszłość i Pamięć” [wydawanym przez Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa; zeszyt nr 3 z 1998 roku], zwrócił on uwagę, że jest jednak w dziejach najnowszych moment, w którym żołnierz rosyjski walczył po stronie polskiej – w obronie wolności Polski, a zarazem za wolną Rosję.
O zapaści semantycznej… i Białych Rosjanach – część 3/4>
Strona główna>
O zapaści semantycznej… i Białych Rosjanach – część 3/4
tego wyjątkowego, jak na standard w dziejach polsko- rosyjskich,
braterstwa broni został odmalowany przez Izaaka Babla – komunistę,
komisarza I Armii Konnej Budionnego, uczestnika wojny 1920 r., a
jednocześnie znakomitego prozaika. W opowiadaniu Po bitwie (opowiadanie
opublikowane w zbiorze pt. „Armia Konna”) autor wspomina bój na
Zamojszczyźnie, w którym uczestniczył osobiście. Czytamy tam:
Trzydziestego pierwszego [sierpnia 1920 r. – przyp. G.W.] przeszliśmy
do natarcia pod Cześnikami. Szwadrony zgromadziły się w lesie obok wsi i
o szóstej rano ruszyły na nieprzyjaciela. Nieprzyjaciel oczekiwał nas
na wzgórzu, do którego było trzy wiorsty jazdy. Przegalopowaliśmy trzy
wiorsty na znużonych do cna koniach i kiedyśmy wpadli na szczyt wzgórza,
zobaczyliśmy zamarły las czarnych mundurów i pobladłych twarzy. To byli
kozacy, którzy zdradzili nas na początku polskiej wojny i zostali
uformowani w brygadę pod dowództwem esauła Jakowlewa. Ustawiwszy
jeźdźców w czworobok, esauł czekał na nas z gołą szablą
[…]. Karabiny maszynowe przeciwnika szyły z dwudziestu kroków, ranni
zwalili się w naszych szeregach. Stratowały ich kopyta naszych koni i
zderzyliśmy się z nieprzyjacielem,
ale czworobok ani drgnął, więc rzuciliśmy się do ucieczki. W ten sposób
sawinkowcy osiągnęli nietrwałe zwycięstwo nad naszą dywizją. Osiągnęli
je dlatego, że atakowani nie odwrócili twarzy od ławy szturmujących
szwadronów. Tym razem esauł dotrzymał pola, a myśmy uciekli nie znacząc
szabel nędzną krwią zdrajców.

W sierpniu 1920 r. liczebność rosyjskich oddziałów walczących po stronie
polskiej przeciwko Armii Czerwonej wynosiła ok. czterech tysięcy
żołnierzy, wśród których znaczną część stanowili Kozacy.

Brygadzie kozackiej esauła
Jakowlewa nie poszło już tak dobrze w boju z wiodącą ku Zamościowi I
Armią Konną Budionnego pod Tyszowcami. Według różnych źródeł straciła
ona wtedy ponad stu ludzi i poniosła poważne straty w koniach i
uzbrojeniu. Nie miejsce tu na głębszy rys historyczny poświęcony
oddziałom rosyjskim walczącym po polskiej stronie z
bolszewikami w wojnie 1920 roku. Warto jednak odnotować, że poczynając
od lipca 1920 roku rosyjskie antykomunistyczne czynniki polityczne i
wojskowe na terenie Polski uzyskały oficjalną reprezentację w postaci
Rosyjskiego Komitetu Politycznego, kierowanego przez Borysa Sawinkowa
[stąd w tekście Babla pojawia się termin Sawinkowcy, choć akurat brygada
Jakowlewa nie podporządkowała się komitetowi kierowanemu przez
Sawinkowa].

Boris Wiktorowicz Sawinkow
Sama historia życia Sawinkowa to materiał na kilka filmów sensacyjnych.
W czasach caratu kierował on pracą organizacji bojowej socjalistów –
rewolucjonistów (eserów), przygotowując szereg spektakularnych zamachów
na przedstawicieli władz carskich, w tym na ministra spraw wewnętrznych
Rosji Plehwego i wielkiego księcia Sergiusza. Aresztowany w 1906 r przez
władze carskie i skazany na śmierć, uniknął szubienicy uciekając z
więzienia. Przedostał się za granicę. Do Rosji powrócił po rewolucji
lutowej. Brał udział w pracach rządu Kiereńskiego. Po przewrocie
bolszewickim stanął na czele Związku Obrońców Ojczyzny i Wolności.
Organizacja ta wywołała kilka lokalnych powstań antybolszewickich,
krwawo stłumionych przez komunistów. Po upadku akcji powstańczej
Sawinkow przedostał się do Paryża, gdzie przez krótki czas był
przedstawicielem admirała Kołczaka. W 1920 r. przebył do Polski.
Uznawał niepodległość naszego kraju. Kierowany przez niego Rosyjski
Komitet Polityczny cieszył się polityczną akceptacją Naczelnika Państwa
Polskiego Józefa Piłsudskiego.
Ciekawą relację dotyczącą Sawinkowa zawarł w swoich, wydanych w 2007
roku przez Wydawnictwo ISKRY Pamiętnikach Karol Wędziagolski, który w
przełomowym dla wojny polsko – bolszewickiej z 1920 roku dniu 15
sierpnia towarzyszył Sawinkowowi podczas wizytacji frontu pod Wyszkowem.
Wędziagolski zanotował:
Źle się działo tego dnia bolszewikom pod
Wyszkowem, źle się działo i w innych miejscach, i już się nie
poprawiło aż do końca kampanii. W czasie tej krótkiej wizytacji frontu
[…], uważnie obserwowałem spod oka mojego rosyjskiego przyjaciela.
Musiałem stwierdzić, że nie grał ani inteligenckiej tragedii, ani
dyplomatycznej komedii. Był szczerze i gorąco przejęty powodzeniem
sprawy, za którą opowiedziało się jego sumienie i rozumienie. Może
niejeden Polak mógłby się zawstydzić swojej powściągliwości w
entuzjazmie, obserwując ogień zwycięskiego triumfu w oczach tego
Rosjanina na widok pogromu jego braci. Wracaliśmy do Warszawy w
doskonałych humorach […].
W sierpniu 1920 r. liczebność rosyjskich oddziałów walczących po stronie polskiej przeciwko Armii Czerwonej wynosiła ok. czterech tysięcy żołnierzy i m.in. wskutek politycznej akcji Sawinkowa i sytuacji na froncie rosła z każdym tygodniem. Prawdą jest, że część tych jednostek nie wyróżniła się niczym szczególnym podczas działań wojennych. Niemniej jednak niektóre z nich biły się momentami całkiem dzielnie. Dobrym na to przykładem jest powołany we wcześniejszej partii tekstu opis autorstwa Babla. Bez wątpienia do najbardziej bojowych, ale i najokrutniejszych zarazem należały oddziały gen. Stanisława Bułaka-Bałachowicza, wywodzące się z armii gen. Judenicza. Oto relacja por. Stanisława Lis-Błońskiego, polskiego oficera łącznikowego pośród „Bałachowców” [w: „Rok 1920. Wojna Polski z Rosją bolszewicką.” Ośrodek KARTA, Warszawa 2005]:
Było około północy [zdarzenie miało miejsce 4 sierpnia 1920 r. – przyp. G.W.]. Otrzymuję meldunek od oddziałów straż przedniej, że w Krymnie miejscowy komitet rewolucyjny przygotował się, aby nas przyjąć chlebem i solą […] I oto, gdy wjechaliśmy na rynek Krymna, tuż obok drewnianego krzyża ustawiła się delegacja złożona z prezesa rewkomu, jego zastępcy i kilkuset miejscowych obywateli. Oczywiście, wszyscy byli prawie bez wyjątku ”kruczowłosi”, z orlimi nosami. Prezes rewkomu trzymał jakąś tacę, a na niej chleb. Podając mi ten dar […], witał „nasze” wojska jako zwycięską armię Trockiego, która niesie wyzwolenie masie pracującej całego świata […] Mówił dalej, że zamordowali oni kilku „bandyckich” żołnierzy z „białej, polskiej armii” […]. Musieliśmy towarzyszowi prezesowi i towarzyszom natychmiast „podziękować”. A ze względu na konieczność zachowania za wszelką cenę ciszy, ponieważ w pobliżu nas znajdowała się regularna armia bolszewicka, postanowiliśmy uderzyć na tę bandę białą bronią. Prezes rewkomu przypłacił swoją wiernopoddańczość śmiercią przez powieszenie.
Generał Stanisław Bułak-Bałachowicz [obejrzyj film dok. pt. „Generał nieskończonej wojny”>].

Gen. Stanisław Bułak-Bałachowicz (z lewej) z adiutantem. Sierpień 1919 r.
Niezależnie od wszystkich ujemnych cech tych jednostek, z których zdecydowana większość skupiła się pod politycznym szyldem komitetu kierowanego przez Sawinkowa, były to oddziały złożone z Rosjan, którzy za głównego wroga uznali bolszewizm i walczyli z nim ramię w ramię z Wojskim Polskim. Ci Rosjanie bili się i przelali krew na polskiej ziemi, walcząc za wspólną sprawę – za wolność naszą i ich, za wolność od komunizmu, za prawo narodów i pojedynczych ludzi do wolnego życia na ziemi.
Polskie zwycięstwo w sierpniu 1920 roku pod Warszawą i kompletne załamanie się frontu wojsk bolszewickich w Polsce, które nastąpiło wkrótce potem, nie odmieniło losu Sawinkowa i innych rosyjskich antykomunistów walczących po polskiej stronie w wojnie 1920 roku. Byli oni chyba najbardziej przegranymi żołnierzami tamtej wojny. Porozumienie pokojowe polsko-bolszewickie z jesieni 1920 roku, potwierdzone traktatem ryskim z marca 1921 roku, sprawiło, że cały wysiłek organizacyjny komitetu Sawinkowa i ofiara podległych mu żołnierzy poszły na marne. Inni nasi sojusznicy w tej wojnie – ukraińscy żołnierze atamana Semena Petlury, których polityczne marzenia także zostały pogrzebane postanowieniami traktatu ryskiego – usłyszeli przynajmniej słynne „ja was Panowie bardzo przepraszam”, wypowiedziane przez Marszałka Piłsudskiego w obozie dla internowanych w Szczypiornie. Wobec naszych rosyjskich sojuszników zabrakło nawet takiego, drobnego w sumie gestu. Bardzo szybko odeszli w zapomnienie. Nie pozostał żaden materialny ślad po ich walce u boku żołnierza polskiego w obronie polskiej ziemi przed bolszewikami. Milczały i nadal milczą na ten temat strofy wierszy i karty powieści skreślonych piórami polskich poetów i pisarzy. Do chlubnych wyjątków należy znakomita powieść Józefa Mackiewicza „Lewa wolna”. Jednym z bohaterów tej świetnej książki, zdaniem niżej podpisanego jednej z najlepszych powieści wojennych w ogóle, jest walczący po polskiej stronie Rosjanin-antykomunista Paweł Zdybienko, którego postać autor kreśli z głęboką empatią. To właśnie Zdybienko wypowiada niezwykle ważne zdanie, wyjaśniające istotę zagrożenia jakie niósł z sobą komunizm oraz pokazujące ogólnoludzki, ponadnarodowy sens walki z komunistami:
Oni chcą od ciebie ciebie samego zabrać. Żeby nie było ciebie, a na to miejsce taka maź, taki wspólny rozczyn pod ciasto. To co oni tam krzyczą: Grab nagrabione! To tylko takie zachęty z jednej, a straszaki z drugiej strony. A naprawdę, to oni chcą zagrabić nie to, co było przez kogoś zagrabione, a to, co nigdy nie było nagrabione, tylko to, z czym każdy człowiek rodzi się do życia. To oni chcą zabrać. O i dlatego trzeba ich zniszczyć. Nie: W Imię Ojca i Syna…., a w imię ratowania samego siebie.
Każda kolejna rocznica polskiego zwycięstwa nad wojskami bolszewickimi w kampanii 1920 to dobry moment, by przypomnieć naszych rosyjskich towarzyszy broni z tamtej wojny. Ponieważ pamięć wymaga formy trwałej, warto też pomyśleć o materialnym dowodzie tej pamięci. Jak postuluje we wzmiankowanym wyżej artykule Kazimierz Krajewski, mógłby nim być pomnik lub przynajmniej obelisk postawiony ku pamięci wszystkich tych Rosjan, z Borysem Sawinkowem na czele (dodam, że został on zwabiony przez agentów GRU do ZSRR i w 1924 r., po procesie pokazowym, skazany na 10 lat więzienia, a rok później najprawdopodobniej zamordowany w więzieniu na Łubiance; według oficjalnej wersji sowieckiej Sawinkow miał popełnić samobójstwo), którzy w 1920 roku za głównego wroga uznali komunizm i stanęli do walki z nim u boku żołnierza polskiego. Może powinien on stanąć w którejś z miejscowości Zamojszczyzny, tam gdzie Kozacy esauła Jakowlewa stanęli na drodze maszerującej ku Zamościowi I Armii Konnej Budionnego?
Niezależnie od waloru dochowania zwykłej przyzwoitości, która wymaga pamięci elementarnej o tych, którzy bili się za naszą wolność, takie upamiętnienie miałoby szanse stać się, tak sądzę, dobrym, symbolicznym miejscem na ocieplanie, a z biegiem czasu, miejmy nadzieję, na umacnianie dobrych stosunków polsko-rosyjskich. Dodatkowo miałoby ono tę przewagę nad wznoszoną z okazji obchodów Dnia Zwycięstwa trybuną na Placu Czerwonym w Moskwie – miejscem, w którym uprawiający zawód polityka nasi rodacy ze szczytów władzy kolejno wpisują się w nieprawdziwy, płynący z Kremla przekaz o historii – że dla osób znających jako tako bądź lepiej faktografię dziejów najnowszych, obecność naszych polit
yków przy takim pomniku nie rodziłaby oskarżeń, w ocenie niżej podpisanego słusznych, o co najmniej współudział w zakłamywaniu historii na potrzeby bieżących politycznych interesów. I nie deptałaby pamięci o tych setkach tysięcy naszych rodaków, którzy walkę z „wolnością” przyniesioną Polsce w latach 1944-1945 przez żołnierzy Armii Czerwonej przypłacili życiem bądź więzieniem.
O zapaści semantycznej… i Białych Rosjanach – część 4/4>
Strona główna>
O zapaści semantycznej… i Białych Rosjanach – część 4/4
upamiętnienia. Kwiaty pod pomnikiem składają polski prezydent i
rosyjski premier. Prowadzący uroczystość, w ukłonie dla rosyjskich
gości, czyta słowa wypowiedziane w lipcu 1920 r przez gen. Piotra
Wrangla, Głównodowodzącego Siłami Zbrojnymi Południa Rosji, następcę
gen. Antona Denikina:
Można różnie oceniać ustroje polityczne,
można być skrajnym republikaninem, socjalistą, a nawet marksistą, ale
nie sposób nie dostrzec, że tak zwana republika sowiecka jest przykładem
najbardziej tyrańskiego, złowieszczego despotyzmu, pod którego uciskiem
ginie Rosja, i nawet jej nowa, jakoby rządząca klasa robotnicza
wdeptana jest w ziemię, jak cała reszta społeczeństwa […]. Tylko
ludzie ślepi i nieuczciwi mogą uważać nas za
reakcjonistów. My walczymy o wyzwolenie narodu spod jarzma, jakiego nie
znano w najbardziej ponurych okresach naszej historii […] my doskonale
wiemy, że nasza wojna domowa ma światowe znaczenie. Jeśli nasza ofiara
pójdzie na marne, to społeczeństwo europejskie, europejska demokracja
będzie musiała sama bronić swoich kulturowych i politycznych zdobyczy
przed uskrzydlonym zwycięstwami wrogiem cywilizacji.

Generał Piotr Nikołajewicz Wrangel, głównodowodzący Siłami Zbrojnymi Południa Rosji.
Naszych
rodaków zgromadzonych pod pomnikiem rosyjskich antykomunistów,
towarzyszy broni żołnierza polskiego z wojny polsko-bolszewickiej,
ogarnia wówczas refleksja jak prorocze były to słowa. Bo przecież
niespełna dwadzieścia lat po zwycięstwie z 1920 roku,
dokładnie 17 września 1939 roku, efekty polskiej wiktorii, w ponoć
jednej z osiemnastu bitew decydujących o losach świata,
przestały mięć jakiekolwiek praktyczne znaczenie, odchodząc już na
wieki wyłącznie do świata wspomnień o dniach chwały polskiego oręża.
Prowadzący celebrę dalej czyta słowa gen.Wrangla:
Dopóki w Rosji
nie zostanie ustanowiona prawdziwa władza państwowa, oparta na
potwierdzonych wiekowymi dociekaniami rozumu ludzkiego zasadach
praworządności, zagwarantowania praw osobistych i majątkowych, z pełnym
poszanowaniem międzynarodowych zobowiązań, w Europie nigdy nie zapanuje
pokój. Nie można będzie podpisać żadnego gwarantującego cokolwiek
porozumienia i w niczym się ze sobą dogadać.
Uczestnicy uroczystości, słuchając tych słów, myślą wtedy: „Jaka to
ulga, że w Rosji zapanowała wreszcie wymarzona przez Wrangla władza, że
zamordowanie znacznej części narodu czeczeńskiego, napaść na gruzińskie
terytorium i bombardowanie gruzińskich osad w sierpniu 2008
roku, zabójstwo Anny Politkowskiej w dniu 7 października 2006 roku (na
marginesie: 7 października to dzień urodzin premiera Putina), zabójstwo
Aleksandra Litwinienki dokonane w centrum Londynu w listopadzie 2006
r., los Chodorkowskiego, wysadzenie w powietrze samochodu z byłym
prezydentem Czeczenii Zelimchanem Jandarbijewem w stolicy Kataru,
Dausze, w lutym 2004 roku, przepisy rosyjskiego systemu prawnego służące
legitymizacji wymienionych mordów w Londynie i Katarze, czy
zaprzeczanie temu, że mord katyński nosił znamiona ludobójstwa to
przeszłość, od której aktualne rosyjskie władze jednoznacznie się
odcinają i którą w sposób zdecydowany i bez żadnych niedomówień
potępiają”…. „Jak dobrze, że tego dożyliśmy” – myślą sobie…
Na razie to tylko marzenia. Mogą się spełnić albo nie spełnić. W
każdym razie na zarysowany powyżej pomysł upamiętnienia Rosjan
walczących za naszą wolność przeciwko Armii Czerwonej w lecie 1920 r.,
pomysł pozwalający w procesie ocieplania stosunków polsko-rosyjskich
odwołać się do prawdziwej historii, udzielam naszym politykom, będąc
upoważniony do tego przez Kazimierza Krajewskiego, bezpłatnej licencji.
A czy strona rosyjska, gdyby taki pomnik został wzniesiony, przyjmie
polską inicjatywę z uznaniem, czy nie odbierze jej jako prowokację
obliczoną na zniweczenie wiatru odnowy wiejącego – jak twierdzą
osobistości polskiego życia publicznego, a one na pewno widzą więcej i
wiedzą lepiej od szarych zjadaczy chleba, z których większość ma pewne
trudności z rozpoznaniem realnych symptomów ocieplenia wzajemnych
stosunków – od murów Kremla w kierunku Warszawy?
Mam nadzieję, że
odniesie się do niej pozytywnie. Wszak pomysł mieści się w kanonie
aktualnej narracji historycznej władz rosyjskich, trafnie
zdiagnozowanej przez red. Skwiecińskiego w przywołanym wcześniej tekście
Na Placu Czerwonym być trzeba, odwołuje się do braterstwa broni, tak
przecież cenionego na Kremlu, i dobitnie pokazuje, że komunizm był
śmiertelnym wrogiem zarówno narodu rosyjskiego jak i polskiego, z czym
nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien chyba polemizować.
Tak
czy inaczej, Borysa Sawinkowa i innych Rosjan-antykomunistów, którzy
walczyli u boku żołnierza polskiego w letnich tygodniach kampanii 1920
roku, czas uczcić!
PS. Tekst ten powstał na przełomie maja i czerwca 2010 r. Kiedy kończyłem pracę nad nim, nie sądziłem, że rzeczywistość tak szybko, bo w ciągu niecałych trzech miesięcy, dopisze smutny epilog do jego głównych wątków. Mam na myśli, rzecz jasna, podjętą przez naszą władzę wykonawczą, jak się wydaje na polecenie Kancelarii Prezydenta RP, inicjatywę upamiętnienia pomnikiem nagrobnym 22 żołnierzy Armii Czerwonej, poległych w czasie szturmu na Warszawę w 1920 roku, spoczywających na cmentarzu w Ossowie. Pomnik zatem już stoi, uroczystość będzie, choć jeszcze nie wiadomo kiedy, tyle że nie Sawinkowa i Jego towarzyszy upamiętniliśmy, ale bolszewików.

Bardzo okazały pomnik w Ossowie wybudowany na mogile bolszewików poległych podczas wojny 1920 r., sfinansowany ze środków Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa.
Jak sądzę właściwą i pełną ocenę tego faktu przedstawił prof. Andrzej Nowak w opublikowanym na łamach „Rzeczpospolitej” artykule Ossów to rosyjski Katyń?, do którego lektury serdecznie zachęcam. Ze swojej strony chcę zwrócić uwagę na dwa aspekty ostatnich wydarzeń na cmentarzu w Ossowie, które jak sądzę, są znakomitą ilustracją dla głównej tezy mojego tekstu, iż grzęźniemy w głębokiej zapaści semantycznej i poruszamy się w chaosie pojęciowym. Przede wszystkim okazało się, że grób czerwonoarmistów można zbezcześcić, czy – jak kto woli – sprofanować, malując na nim czerwoną gwiazdę, czyli symbol pod jakim żołnierze ci walczyli i zginęli. Do takiego incydentu bowiem doszło, co było jednym z powodów odłożenia zaplanowanej na 15 sierpnia br. ceremonii odsłonięcia pomnika. To tak, jakby uznać, że grób żołnierza polskiego można sprofanować malując na nim orzełka z koroną.
Uznanie, że w opisanych sytuacjach doszło do profanacji jest możliwe wyłącznie w warunkach przyjęcia za obowiązujące symboli – pojęć przeciwstawnych prawdzie. A taką właśnie symbolikę – w postaci krzyża prawosławnego – przyjęto dla upamiętnienia w Ossowie. Może więc warto, znów z powodu elementarnego przywiązania do faktów, przypomnieć, że Cerkiew prawosławna w pierwszych latach po rewolucji bolszewickiej występowała jako otwarty wróg bolszewizmu, oraz że 19 stycznia 1918 roku jej patriarcha Tichon rzucił anatemę na bolszewików, ogłaszając co następuje:
Mocą użyczonej Nam przez Boga władzy, wzbraniamy wam Sakramentów Chrystusowych i rzucamy na was anatemę, o ile nosicie jeszcze imiona chrześcijańskie, i chociażby przez urodzenie swe tylko, do Cerkwi Prawosławnej należycie. [Józef Mackiewicz, „Zwycięstwo prowokacji”].

Przeciwnikiem wojsk polskich w wojnie 1920 r. była Armia Czerwona, a szerzej bolszewicy, czyli wszyscy popierający wprowadzenie leninowskiej wersji komunizmu w Rosji. Jak wyglądało takie wprowadzenie widzimy na zdjęciu, przedstawiającym „laicyzację” jednego z klasztorów prawosławnych [fot. www.ioh.pl].
Warto wspomnieć również i to, że gdy owych 22 bolszewików, którzy znaleźli śmierć z rąk żołnierza polskiego pod Ossowem i zostali pochowani na miejscowym cmentarzu, maszerowało w szeregach Armii Czerwonej żeby „wziąć” Warszawę, co miało umożliwić Leninowi i spółce zainstalowanie bolszewizmu w Europie zachodniej, czyli zniszczenie cywilizacji zachodnioeuropejskiej, zbudowanej przecież na fundamencie chrześcijaństwa, na Krymie walczyły jeszcze oddziały białych Rosjan pod ogólną komendą gen. Wrangla. Jego słowa o wrogach cywilizacji przypomniałem w swoim tekście.
Prawda jest taka, że o czerwonoarmistach pochowanych w Ossowie nie wiemy nic ponadto, że byli elementem potężnej siły, która szła na Warszawę, na zachód, żeby zniszczyć, podeptać wszystko co było drogie naszym przodkom, a wiarę chrześcijańską w pierwszej kolejności. Wiemy również, że ich rodacy przywiązani do starego porządku, czyli rzeczywistości szanującej chrześcijaństwo, byli wtedy po drugiej stronie barykady, walcząc u boku żołnierza polskiego bądź w szeregach Wrangla. Zdobienie mogiły żołnierzy bolszewickich pochowanych na cmentarzu w Ossowie pomnikiem, którego najważniejszym elementem jest krzyż prawosławny, stanowi zatem poważne zafałszowanie w przestrzeni symbolicznej i prowadzi niektórych do absurdalnego wniosku, że symbol czerwonej gwiazdy narysowany na mogile przez przeciwników tego upamiętnienia należy rozpoznawać jako akt profanacji, a nie przypomnienie z czym i po co żołnierze ci przyszli na ziemię, w której zostali pochowani.
Tak, oparte na deformującej prawdę narracji historycznej stosunki
postpeerelowsko – postsowieckie, przepraszam: oczywiście polsko –
rosyjskie mają się coraz lepiej. Grozą wieje…

Zwłoki żołnierzy polskich rozbrojonych przez bolszewików i rozsiekanych szablami w okolicach Warszawy latem 1920 r. Oprawcy na ogół rozrąbywali schwytanych szablami: puszczali ich w pole i urządzali „polowanie na ludzi”. Czasami nabijali oficerów na pal lub, gdy było nieco więcej czasu, stosowali wymyślne tortury. Raport z 8 czerwca 1920 roku spod wsi Zamosze i Zawidno, gdzie walczył 32. Pułk Piechoty: „Po odparciu wroga i przywróceniu starych pozycji znaleziono [jeńców] z rozprutymi brzuchami, powyrywanymi wnętrznościami, porąbanymi czaszkami, pokłutymi pachwinami, poprzestrzeliwanych kulami dum-dum. […] Mózg porąbany leżał obok trupa”... czytaj więcej>

Zwłoki żołnierzy polskich z 4 armii wziętych do niewoli przez bolszewików i żywcem zakopanych pod Słonimiem w 1920 r. czytaj więcej>

Ręka oficera Wojska Polskiego żywcem zakopanego przez bolszewików na Wołyniu.
O zapaści semantycznej… i Białych Rosjanach – część 1/4>
Strona główna>
Apel w sprawie pomnika "Poległych Zaporczyków" w Lublinie
Kilka dni temu otrzymałem list.
Napisał do mnie Pan Marian Pawełczak "Morwa", w latach 1943-1947 żołnierz oddziału AK-WiN cc por/mjr. Hieronima Dekutowskiego "Zapory". Dwóch Jego braci również walczyło w szeregach oddziału "Zapory". Obaj polegli. Jeden z Nich został zamordowany z wyroku sądu komunistycznego jesienią 1945 roku, drugi zginął zastrzelony przez ormowca w kwietniu 1946 roku.
Napisał między innymi dlatego, że we wrześniu 2003 roku Fundacja "Pamiętamy", której pracami mam zaszczyt współkierować, wzniosła w Lublinie, na Podzamczu (Plac Wolności), pomnik upamiętniający ponad 250 żołnierzy „Zapory” poległych w walkach z nazistowskim i komunistycznym zniewoleniem. Pośród uwiecznionych na Pomniku nazwisk i leśnych imion żołnierzy "Zapory", którzy padli w walce o wolność, znajdują się oczywiście personalia i pseudonimy bliskich Pana Mariana Pawełczaka.
ZOBACZ listę poległych i pomordowanych upamiętnionych pomnikiem w Lublinie>
Napisał do mnie także, czy raczej przede wszystkim, z tego powodu, że Pomnik, będący przecież symboliczną mogiłą braci naszych, którzy ofiarą z życia własnego dali świadectwo przywiązania do wolności, jest w ostatnich tygodniach w ohydny sposób bezczeszczony.
Oto fragment listu Pana Mariana Pawełczaka:
[…] Wahałem się czy zasmucać Pana wieścią o nowych wyczynach wrogów pomnika "Poległych Zaporczyków" na Podzamczu lubelskim. Mianowicie, na przełomie czerwca i lipca br. w okresie wyborów prezydenckich, ktoś na bocznych skrzydłach (ściankach) przedpola pomnika, namalował czarną farbą zarysy postaci, w pozycjach zachęcających do korzystania z tych miejsc, jako z pisuarów. Specyficzny odór moczu, potwierdza korzystanie z tej zachęty. Poprosiłem obecnego Prezesa Środowiska "Zaporczyków" p. Adama Brońskiego (syn kpt. Zdzisława Brońskiego "Uskoka", również upamiętnionego pomnikiem "Zaporczyków" – przyp. G.W.), o spowodowanie usunięcia malowidła, lecz na razie rozmazano tylko zarysy rysunku, a czarne plamy pozostały. […]. Ja długi czas byłam chory po wyborach, a teraz mogłem tyle zrobić, że zamiotłem przedpole pomnika […].
Fundacja "Pamiętamy" oczywiście Pomnik oczyści. Czarne plamy, o których pisze w swoim liście Pan Marian Pawełczak, zostaną w najbliższych dniach usunięte. Z odorem moczu walka jest trudniejsza, ale miejmy nadzieję, że skoro nie ma już rysunków zachęcających do traktowania Pomnika jako pisuaru, to może zabraknie tych, którzy uważają za stosowne oddać mocz na to miejsce pamięci. Jeżeli tak w rzeczywistości będzie, to powietrze wokół Pomnika zostanie wkrótce uwolnione od zapachowego dowodu zbezczeszczenia Pomnika.
Tak czy inaczej nie zmienia to faktu, że w niezwykle ordynarny sposób sprofanowano miejsce, które powinno być, gdyż upamiętnia obrońców wolności, otoczone szacunkiem nas wszystkich, niezależnie od aktualnych sympatii czy też antypatii politycznych.
Wobec pogardy jaka została skierowana wobec Pomnika nie powinniśmy pozostać obojętni. Dlatego zwracam się z apelem do ludzi, dla których ofiara podkomendnych "Zapory" jest wartością, a którzy są mieszkańcami Lublina bądź będą bawić w tym mieście: postawcie, proszę, przy Pomniku zapalone lampki nagrobne lub płonące znicze. Niech zapach ognia unoszącego się z takich znaków pamięci zneutralizuje, dosłownie i warstwie symbolicznej, odór moczu, który pozostawili po sobie nieznani barbarzyńcy. Lampki i znicze pod Pomnikiem niech będą dla niego tarczą ochronną i świadectwem, że po osobach upamiętnionych Pomnikiem zostało coś więcej niż tylko złom żelazny i głuchy, drwiący śmiech pokoleń, podlany moczem.
Powtórzę za Zbigniewem Herbertem: nie dajmy zginąć poległym.
Nagroda dla Fundacji "Pamiętamy" – część 1/2

Z końcem ubiegłego roku Fundacja "Pamiętamy", której celem jest przywracanie pamięci społecznej o ludziach, którzy w drugiej połowie lat 40-tych i na początku 50-tych ubiegłego stulecia podjęli walkę zbrojną z komunistami, została laureatem nagrody im. Grzegorza I Wielkiego, przyznawanej corocznie przez miesięcznik Niezależna Gazeta Polska – Nowe Państwo. Nagroda ta przyznawana jest ludziom, którzy w sposób szczególny: bezkompromisowo, z pełnym zaangażowaniem, bez oglądania się na głosy, często wrzaski, krytyków służą prawdzie w życiu publicznym.
Zapraszam do lektury dwóch tekstów z ostatniego numeru Niezależnej Gazety Polskiej – Nowego Państwa, w których Katarzyna Hejke i Grzegorz Wierzchołowski piszą o tegorocznym laureacie przyznanej przez miesięcznik nagrody im. Grzegorza I Wielkiego.
NASZ LAUREAT – Fundacja „Pamiętamy”
Katarzyna Hejke
Nie mamy wątpliwości, że tegoroczna Nagroda im. Grzegorza I Wielkiego trafi do ludzi, którzy zasłużyli na dziesiątki nagród. Jesteśmy dumni, iż zgodzili się przyjąć tę przyznawaną przez nasz miesięcznik.
Nagrodę im. Grzegorza I Wielkiego przyznaliśmy w tym roku po raz czwarty. Jej pierwszym laureatem został ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, ubiegłorocznym Pan Prezydent Lech Kaczyński.
Cel określiliśmy jasno – marmurowa statuetka z ogromnym kryształem górskim trafia do tego, kto w sposób szczególny: bezkompromisowo, z pełnym zaangażowaniem, bez oglądania się na głosy, często wrzaski, krytyków służy prawdzie w życiu publicznym. Kierując się dokładnie tymi zasadami, redakcja „Niezależnej Gazety Polskiej – Nowego Państwa” wyłoniła tegorocznego laureata. Postanowiliśmy, iż „Grzegorz” trafi do Fundacji „Pamiętamy”.
Fundacja „Pamiętamy” to cichy bohater odrodzonej po 1989 roku Polski, który nie tylko stara się odkłamać najnowszą historię naszego kraju, ale jednocześnie ratuje honor wolnej Rzeczypospolitej. Fundacja powstała, by przywracać pamięć o żołnierzach antykomunistycznego podziemia – wspaniałych, odważnych Polakach, których polscy komuniści z pomocą sowieckich towarzyszy zaszczuli, upokorzyli, zniesławili a w wielu przypadkach zamordowali i zbezcześcili ich ciała. Mogłoby się wydawać, iż po odzyskaniu niepodległości takich organizacji jak „Pamiętamy” i takich działań będzie w Polsce mnóstwo. Wolni ludzie będą chcieli zmyć z siebie brud bolszewickiej propagandy. Nic z tego. Okazało się, iż „wolnych ludzi” znacznie bardziej pochłonęło tłumaczenie, dlaczego Jaruzelski musiał kazać strzelać do ludzi, a Kiszczak ma być człowiekiem honoru. Lata przeleciały, a ofiary obu wspomnianych osobników i ich poprzedników pozostały w bezimiennych grobach lub w zapomnieniu.
W tym czasie Fundacja „Pamiętamy” organizowała wystawy przywracające pamięć o żołnierzach, którzy jeszcze długo po zakończeniu II wojny światowej walczyli o demokratyczną, niekomunistyczną Polskę, wydawała książki, budowała pomniki. Ostatnim, zupełnie fantastycznym, projektem „Pamiętamy” jest płyta z piosenkami Żołnierzy Wyklętych. Nie mamy wątpliwości, że tegoroczny „Grzegorz” trafi do ludzi, którzy zasłużyli na dziesiątki nagród. Jesteśmy dumni, iż zgodzili się przyjąć tę przyznawaną przez nasz miesięcznik.
Gorąco zachęcam Czytelników do wspierania działań Fundacji „Pamiętamy” i do lektury artykułu o naszym tegorocznym Laureacie, który zamieszczamy w tym numerze.
Nagroda dla Fundacji "Pamiętamy" – część 2/2
Grzegorz Wierzchołowski
Kilkanaście
niezwykle wartościowych publikacji naukowych, 19 pomników żołnierzy AK,
NSZ, WiN i NZW w całej Polsce, działania na rzecz odkłamania powojennej
historii Polski, wreszcie pomysł wydania płyty z piosenkami
antykomunistycznego podziemia… Trudno uwierzyć, że te wszystkie
dokonania są dziełem niewielkiej, kilkuosobowej fundacji.

to formacja, której „karty chwały składają się głównie z dobijania
ocalałych Żydów, mordowania chłopów i nauczycieli, wieszania
milicjantów” – grzmiał w 1991 r. w „Polityce” Wiesław Górnicki, znany
reportażysta i felietonista. Rok później w tym samym tygodniku temat
Żołnierzy Wyklętych podjął satyryk i dziennikarz Ryszard Marek Groński.
„Stosowali oni kryterium rasistowskie: zabijali nie dlatego, że w ich
ręce wpadli przedstawiciele nowej władzy. Zabijali wyłącznie za
pochodzenie” – pisał. Równie kłamliwe tezy publikowano w latach 90. na
łamach „Gazety Wyborczej”, „Warsaw Voice” i innych znaczących pism – a
każdy, kto się tej linii przeciwstawiał, mógł spodziewać się. że
wkrótce zostanie okrzyknięty antysemitą.
Gdyby zabrakło wówczas
ludzi, którzy współtworzyli Fundację „Pamiętamy” – kto wie, czy w
największych dziennikach do dziś nie pisano by o „zbrojnym i morderczym
ramieniu polskiego faszyzmu” (K. Gebert, „Gazeta Wyborcza”, 13-14 marca
1993 r.).
Od Ligi do Fundacji
Choć
formalnie Fundacja „Pamiętamy" rozpoczęła swoją działalność w 1999 r.
to środowisko, które ją dziś współtworzy, walczyło o pamięć Żołnierzy
Wyklętych już od pierwszej połowy lat 90. Sam termin „Żołnierze
Wyklęci” został ukuty właśnie przez przyszłych twórców Fundacji.
–
Działaliśmy wtedy w ramach Ligi Republikańskiej. W listopadzie 1993 r.
stworzyliśmy pierwszą w Polsce wystawę poświęconą podziemiu
antykomunistycznemu. Ponieważ ekspozycja, z czasem wzbogacana o nowe
materiały, cieszyła się dużym powodzeniem, do 1997 r. pokazaliśmy ją w
kilkudziesięciu miastach w całej Polsce – wspomina Grzegorz Wąsowski z
zarządu Fundacji „Pamiętamy”.
Jego wuj był uczestnikiem
antykomunistycznej konspiracji młodzieżowej w latach 50., siedział
kilka lat w więzieniu. Rodzice innego ważnego współpracownika Fundacji.
Kazimierza Krajewskiego, walczyli w Armii Krajowej – zarówno z
Niemcami, jak i komunistami.



Po sukcesie wystawy przyszedł czas na
następny krok. W 1998 r. Oficyna Wydawnicza Volumen wydała album "Żołnierze Wyklęci. Antykomunistyczne podziemie zbrojne po 1944 r." (aut. Leszek Żebrowski, Grzegorz Wąsowski), w którym znalazły
się teksty licznych historyków, m.in. obecnego prezesa IPN Janusza
Kurtyki. Premierze albumu (który doczekał się dwóch wydań) towarzyszyła
bogata ekspozycja archiwalnych fotografii w Sejmie.
– To było duże
wydarzenie. Posłowie zobaczyli twarze tysięcy młodych, inteligentnych
ludzi, patriotów w mundurach Wojska Polskiego. Postacie na zdjęciach w
niczym nie przypominały bandytów z komunistycznej propagandy – mówi
Wąsowski.
Warto dodać, że w przygotowaniu i promocji wystawy w
parlamencie kluczową rolę odegrał ówczesny poseł AWS i przewodniczący
Ligi Republikańskiej, Mariusz Kamiński – późniejszy szef Centralnego
Biura Antykorupcyjnego.
_
Powyżej okładki dwóch wydań (z lewej wyd. I) albumu Żołnierze Wyklęci. Antykomunistyczne podziemie zbrojne po 1944 r. Wydanie drugie zostało poprawione i uzupełnione o ok. 200 dodatkowych stron. Poniżej fragment zawartości albumu. Oba wydania są już praktycznie nieosiągalne, jedynie na allegro.pl czasami pojawiają się jeszcze pojedyncze egzemplarze w dość wysokich cenach.

Rozpoczął się rok 1999. Choć Liga
Republikańska, w ramach której działało większość ówczesnych
organizatorów wystawy „Żołnierze wyklęci”, znacznie ograniczyła swoją
aktywność, to idea upamiętniania żołnierzy antykomunistycznego
podziemia wciąż była w tym środowisku żywa. Wkrótce padł więc pomysł,
by powołać w tym celu fundację. Chyba nikt nie spodziewał się wówczas,
że nadchodząca dekada najbardziej nawet wytężonej pracy może przynieść
tak imponujące rezultaty.
19 pomników, 1000 nazwisk
Dorobek
Fundacji „Pamiętamy” robi dziś ogromne wrażenie – efektów pracy mogłoby
pozazdrościć jej wiele instytucji państwowych. Dla przykładu: od 2001
r. dzięki wysiłkom członków Fundacji stanęło w całej Polsce aż 19
pomników upamiętniających żołnierzy antykomunistycznego podziemia.
Od
2001 r. dzięki wysiłkom członków Fundacji stanęło w całej Polsce 19
pomników upamiętniających żołnierzy antykomunistycznego podziemia.
–
Pierwszy był monument w Radomiu, poświęcony bojownikom ze zgrupowania
WiN majora Franciszka Jaskulskiego „Zagończyka”. Idea zrodziła się w
grudniu 1999 r., sam pomnik stanął w czerwcu 2001 r. Wcześniej
musieliśmy stoczyć trwającą ponad rok walkę z postkomunistycznymi
wówczas władzami samorządowymi Radomia – mówi Grzegorz Wąsowski. W
uroczystym odsłonięciu pomnika bohaterskich żołnierzy wzięło udział
kilka tysięcy ludzi.
Wkrótce, dzięki staraniom Fundacji (i
finansowemu wsparciu Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa), zaczęły
powstawać kolejne miejsca pamięci. 16 września 2001 r. w Siedlcach
odsłonięto pomnik żołnierzy V i VI Brygady Wileńskiej Armii Krajowej,
poległych i zamordowanych w walce z komunistami w łatach 1944-1953; dwa
lata później w Lublinie mieszkańcy mogli obejrzeć pomnik upamiętniający
ponad 250 poległych i pomordowanych żołnierzy WiN-AK zgrupowania mjr.
Hieronima Dekutowskiego „Zapory”. Dziś monumenty upamiętniające
bohaterów z Armii Krajowej, Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość,
Narodowych Sił Zbrojnych i Narodowego Zjednoczenia Wojskowego stoją
m.in. w Drohiczynie, Mielniku, Ostrołęce, Sokołowie Podlaskim,
Włodawie, Wyszkowie, Wysokiem Mazowieckiem i Zakopanem.
– Dotychczas na naszych pomnikach
uwiecznionych zostało ponad tysiąc polskich patriotów, którzy padli w
walce z komunistami – opowiada Wąsowski.
Odsłonięciu niemal każdego
pomnika towarzyszą wydawane przez fundację książeczki, poświęcone
upamiętnianym postaciom i wydarzeniom: są one bezpłatnie rozdawane
wśród uczestników uroczystości. Autorzy tych opracowań to wybitni
znawcy dziejów niepodległościowego podziemia antykomunistycznego, m.in.
Kazimierz Krajewski, Maciej Korkuć i Tomasz Łabuszewski.
Od
kilku lat Fundacja „Pamiętamy” szczególny nacisk kładzie na
przybliżenie losów „Żołnierzy wyklętych” młodzieży. W sierpniu 2005 r.
w Perlejewie (woj. podlaskie) działacze Fundacji zorganizowali
rekonstrukcję jednego z najciekawszych epizodów antykomunistycznego
powstania: zwycięskiej potyczki 5. Brygady Wileńskiej AK z grupą NKWD w
Miodusach Pokrzywnych. W rekonstrukcji, przygotowanej przez Trójmiejską
Grupę Rekonstrukcji Historycznych, wykorzystano samochody, broń i
mundury z epoki. Dzięki atrakcyjnemu pomysłowi impreza przyciągnęła
kilkaset (głównie młodych) osób.
Strzałem w dziesiątkę okazał się
także pomysł płyty z piosenkami „Żołnierzy wyklętych”. Początkowo
utwory, które stworzyli i wykonywali bojownicy podziemia, miały zostać
nagrane na instrumentach bliższych epoce: skrzypcach, akordeonie,
ewentualnie gitarze klasycznej. Potem jednak w Fundacji przeważyło
zdanie, by z piosenkami bohaterów zbrojnego podziemia
antykomunistycznego spróbować dotrzeć właśnie do osób młodszych. W
Muzeum Powstania Warszawskiego, które zgodziło się wydać płytę,
narodziła się koncepcja współpracy ze znanym zespołem rockowym De
Press.
– Decyzję podjąłem, gdy tylko usłyszałem propozycję. Miałem ku
temu powód. Mój ojciec był w AK. Gdy byłem mały, bawiłem się w
partyzantkę, często nuciłem piosenki partyzanckie. To były dźwięki
mojego dzieciństwa – mówi Andrzej Dziubek, lider grupy.
Efekt
przeszedł najśmielsze oczekiwania. Pięknie wydana płyta z piosenkami
żołnierzy podziemia w wykonaniu De Press spodobała się zarówno
krytykom, jak i słuchaczom. Wystarczy powiedzieć, że promującą album
piosenkę „Myśmy rebelianci” odsłuchało w serwisie YouTube – w ciągu
zaledwie dwóch miesięcy – ponad 55 tys. osób, a transmisję koncertu De
Press z Muzeum Powstania Warszawskiego obejrzało 11 listopada 2009 r. w
TVP2 blisko milion widzów. To, jak dotąd, zdecydowanie najlepszy
przykład popularyzacji dziejów „Żołnierzy wyklętych” we współczesnej
kulturze masowej.
Pracami Fundacji „Pamiętamy”
kieruje zarząd w składzie: Michał Bichniewicz i Grzegorz Wąsowski.
Ekspertem Fundacji i jednocześnie osobą odpowiedzialną za jej działania
w aspekcie historycznym i edukacyjnym jest Kazimierz Krajewski.
Źródło: NIEZALEŻNA GAZETA POLSKA – NOWE PAŃSTWO, 12/2009, #46
ktoś chciałby pomóc w rozpropagowaniu dzieła FUNDACJI "PAMIĘTAMY",
klikając niżej znajdzie link do pobrania banerów tej witryny:

BANERY FUNDACJI "PAMIĘTAMY"
OFICJALNA STRONA FUNDACJI ”PAMIĘTAMY”
Podstawowym celem postawionym sobie przez Fundację „Pamiętamy” jest przywrócenie pamięci społecznej o ludziach, którzy w drugiej połowie lat 40-tych i na początku 50-tych ubiegłego stulecia podjęli walkę zbrojną z komunistami. Którzy poświęcili na ołtarzu wolności swoje plany życiowe, ciepło domowych ognisk, ambicje zawodowe, wreszcie życie, czyli wszystko to co w wymiarze doczesnym, w perspektywie – tu i teraz – jest człowiekowi najdroższe. Którzy odrzucili możliwość egzystencji pod jarzmem komunizmu – największego i najgroźniejszego zarazem w całych dotychczasowych dziejach ludzkości zinstytucjonalizowanego wroga wolności w każdym jej wymiarze. Którzy w czasach krwawego i pełnego triumfu tego systemu, kiedy za czynne wystąpienie w obronie wartości wysokich, jak wolność i niepodległość, płaciło się życiem, dali z siebie wszystko. Którzy byli awangardą w walce z niewolą komunistyczną na ziemiach polskich. Których ogromnej większości grobów do tej pory nie udało się odnaleźć. I zapewne nigdy się już nie uda. Których pamięć przez cały okres opresji komunistycznej w Polsce metodycznie plugawiła komunistyczna propaganda. Dla których nic nie możemy zrobić.
Możemy tylko o nich – ŻOŁNIERZACH WYKLĘTYCH – pamiętać, a w ramach tej pamięci przypominać o ich walce i ofierze oraz bronić ich wyboru, teraz głównie przed szalbiercami, którzy powojenną historię Polski, do momentu upadku komunizmu, widzą jako sumę działań wolnościowych tych, którzy byli członkami partii komunistycznej a następnie z niej odeszli bądź zostali usunięci i tych, którzy członkami partii komunistycznej pozostali do samego jej końca.
Po drugie, naszymi staraniami pragniemy dać namiastkę zadośćuczynienia moralnego rodzinom żołnierzy antykomunistycznego podziemia. Niech wiedzą one, że wspólnota, dla której poświęcili życie ich bliscy, a której na imię naród, nie zapomniała daniny cierpienia i krwi złożonej przez ich ojców, braci czy dziadków. Zasługują przecież na to, aby w godnych miejscach – przy pomnikach wzniesionych ze sprawiedliwości, stojących w centrach miast, miejscowości czy wsi, w których żyli, walczyli i ginęli ich bliscy, mogli pomodlić się czy wspomnieć drogą sercu osobę. Takich miejsc staraniem Fundacji "Pamiętamy" powstało już kilkanaście. Prezentujemy je na stronie Pomniki. Uznajemy, że pamięć wymaga formy trwałej – stąd pomysł na tego rodzaju działalność Fundacji.
Wzmacniają ją wydawane przez Fundację przy okazji uroczystości odsłonięcia kolejnych pomników i bezpłatnie rozdawane pośród uczestników tych uroczystości książeczki poświęcone wydarzeniom i postaciom, które dany pomnik upamiętnia. Napisali je dla nas historycy badający dzieje niepodległościowego podziemia antykomunistycznego, uczestniczący w pracach Fundacji. Treść tych książeczek znajdziecie Państwo na stronie Nasze publikacje.
Mamy też nadzieję, że prowadząc naszą działalność w ramach Fundacji „Pamiętamy”, realizujemy trzeci założony cel – edukacyjny. Chcemy bowiem, aby nasze pomniki przemawiały do wyobraźni ludzkiej, żeby zmuszały do postawienia pytań o stosunek do komunizmu, o stosunek do poległych w walce o wolność, o rozumienie istoty wspólnoty narodowej. Także o stosunek do tych, którzy służąc partii komunistycznej, wspólnotę tę zdradzili, bo wierzyli w walkę klas…, bo nie wiedzieli…, bo Jałta itd., itd. Niech uczą one jaka jest cena za wolność i niech będą przestrogą przed wszystkimi, którzy, niezależnie od głoszonej motywacji, wartości tej zagrażają. Wolność, rozumiana jako prawo każdego do suwerennego określania własnych celów i realizowania ich przy pomocy wszelkich nie zabronionych przez przepisy, szanujące podmiotowość jednostki i traktujące wszystkich równo, środków – innymi słowy sytuacja, w której przymus jednych wobec innych, realizowany wyłącznie przez państwo i tylko w ramach prawa, jest ograniczony tak dalece, jak jest to możliwe w społeczeństwie – to fundament rozwoju, tak jednostek jak i społeczeństw. I dlatego ci, którzy w obronie tej wartości, walcząc z ludźmi systemu komunistycznego, który zanegował cały pozytywny dorobek cywilizacji zachodnioeuropejskiej, który był antytezą wolności, złożyli ofiarę z życia powinni cieszyć się naszą dobrą pamięcią.
Michał Bichniewicz
Grzegorz Wąsowski
Ekspertem Fundacji i jednocześnie osobą odpowiedzialną za działania Fundacji w aspekcie historycznym i edukacyjnym jest:
Osoby uznające dzieło Fundacji za na tyle wartościowe, żeby wesprzeć je finansowo uprzejmie prosimy o wspomożenie działań Fundacji wpłatami na konto w ING Bank Śląski O/W-wa nr:
darowizna na cele statutowe Fundacji
Zapewniamy, że każdy grosz, który zasili konto Fundacji zostanie spożytkowany na projekty służące upamiętnianiu walki i ofiary ŻOŁNIERZY WYKLĘTYCH. Będziemy wdzięczni za każdą wpłatę, za okazane nam w ten sposób zaufanie. Prosimy przyjąć nasze zapewnienie, że żaden z datków nie zostanie prze
znaczony na pensje dla zarządu Fundacji czy wynagrodzenia dla osób wspomagających Fundację. Praca na rzecz Fundacji ma bowiem charakter społeczny, powodowana jest wewnętrzną potrzebą osób tworzących środowisko skupione przy Fundacji. Tak było od początku jej istnienia.
I tak zostanie. Zresztą niech świadczy za nas nasz dorobek, którego wizualizację prezentujemy na stronie.
Potencjalnym darczyńcom jesteśmy winni wyjaśnienie – Fundacja nie posiada statusu organizacji pożytku publicznego, co oznacza, że nie można przekazać na konto Fundacji kwoty 1% podatku dochodowego, ze skutkiem zwalniającym od obowiązku wpłaty jakiejkolwiek części tego podatku na rzecz fiskusa.
[email protected]
Baner o rozmiarach 156×49 pikseli
Jeśli chcesz umieścić ten baner na swojej stronie, zaznacz tekst znajdujący się poniżej, skopiuj i wklej go do kodu HTML swojej strony:
Baner o rozmiarach 520×79 pikseli

Jeśli chcesz umieścić ten baner na swojej stronie, zaznacz tekst znajdujący się poniżej, skopiuj i wklej go do kodu HTML swojej strony:




