Od Wandejczyków do Jaruzelskiego… – część 2/2

Złamać bezkarność chłopstwa, ukrywającego bandytów. Na bandycki terror reakcji odpowiedzieć naszym terrorem. Doprowadzić do tego, żeby rozbrojenie czy zabicie przedstawiciela władzy demokratycznej powodowało natychmiastowe sankcje w stosunku do gromady, na której przestępstwo zostało dokonane. Postawić zasadę odpowiedzialności zbiorowej wsi za zbrodnie dokonane na jej terenie. Na akty zbrodnicze reagować natychmiast:
A/ nakładaniem kar materialnych, konfiskatą dobytku.
B/ masowymi aresztowaniami.
C/ przesiedlaniem mieszkańców wsi na tereny zachodnie (nie całością wsi, ale w rozproszeniu).
D/ natychmiastowe na miejscu rozstrzeliwanie schwytanych z bronią w ręku i właścicieli domów, w których broń była znaleziona.
E/ w jaskrawych przypadkach, przy napotkaniu na zbrojny opór wsi, spaleniem wsi.
Z instrukcji szefa Oddziału Organizacyjnego Głównego Zarządu Polityczno – Wychowawczego Ludowego Wojska Polskiego dotyczącej zwalczania podziemia niepodległościowego i jego zaplecza. Lato 1945 r.


Życie poświęcić warto jest tylko dla jednej idei, idei wolności! Jeśli walczymy i ponosimy ofiary to dlatego, że chcemy właśnie  żyć, ale żyć jako ludzie wolni, w wolnej Ojczyźnie.

Kpt. Zdzisław Broński "Uskok" (dowódca oddziału partyzantki antykomunistycznej), zapisek z dziennika poczyniony latem 1947 r. We wrześniu 1947 r. "Uskok" obejmie komendę nad trwającymi jeszcze w oporze żołnierzami podziemia antykomunistycznego z terenu całej  Lubelszczyzny. Zginie  śmiercią samobójczą 21 maja 1949 r. – otoczony w swej kryjówce przez grupę operacyjną UB-KBW, zdetonuje podłożony pod głowę granat. Jego doczesne szczątki zostaną pogrzebane przez komunistów w nieznanym do dziś miejscu.


Ginę po to, żeby zwyciężyła prawda, żeby zwyciężyło człowieczeństwo i żeby zwyciężyła miłość. Ginę po to, żeby zginęło kłamstwo, zginęła nienawiść i zginął terror. Nie odczuwam żadnego bólu i nie odczuwałem żadnego bólu przez cały czas. Bolą mnie tylko dwie ręce, lewa od składania fałszywych przysiąg, prawa od ściskania ręki tych, którym złożyło się fałszywą przysięgę.

Ryszard Siwiec, ojciec pięciorga dzieci, z zawodu księgowy. Wypowiedź z września 1968 r., po akcie samospalenia, którego  dokonał  8 września 1968 r. na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie, podczas uroczystości dożynkowych z udziałem Władysława Gomułki i w obecności kilkudziesięciu tysięcy ludzi, na znak protestu przeciwko interwencji wojsk Układu Warszawskiego w Czechosłowacji. Umrze w jednym z warszawskich szpitali na skutek rozległych poparzeń ciała 12 września 1968 r.


Na Mszy św. za Ojczyznę odczytałem 7 punktów "Polak katolik wobec władzy i wyborów". Poszło w świat i chyba przynosi pozytywne efekty. Musiało to ich zaboleć, bo w tym tygodniu ukazał się artykuł we wszystkich dziennikach całego kraju i [podawano] jako wiadomość dziennika radiowego przez cały dzień, że "poglądy ks. Popiełuszki są jego prywatnymi poglądami".

Ksiądz Jerzy Popiełuszko, zapisek poczyniony pod datą 8 czerwca 1984 r. Zginie  cztery miesiące później, dokładnie 19 października 1984 r., porwany, a następnie zakatowany przez trzech funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa. Jego ciało zostanie wrzucone do zalewu na Wiśle, przy tamie we Włocławku. W dniu 6 czerwca 2010 r. zostanie ogłoszony błogosławionym Kościoła Katolickiego.

 

(Materiały pomocnicze, do głośnego powtarzania przed każdymi  wyborami powszechnymi w Polsce: wzmiankowany przez księdza Popiełuszkę w zapiskach dokument ("Polak…") to następujący  fragment Orędzia Episkopatu Polski z 10 września 1946 r. (czasy prymasostwa  A. Hlonda):
 
1. Kościół ma prawo i obowiązek pouczania wiernych o ich prawach i obowiązkach wobec państwa.
2. Katolicy jako członkowie społeczności państwowej mają prawo wypowiadania swych przekonań politycznych.
3. Katolicy nie mogą należeć do organizacji ani do partii, których zasady są sprzeczne z nauką chrześcijańską lub których czyny i działalność zmierzają do podważenia etyki chrześcijańskiej.
4. Po władzę mogą sięgnąć tylko ludzie moralni, tzn. tacy, którzy rozumieją istotę dobra wspólnego obywateli.
5. Kościół nie wdaje się w partyjno-polityczne dyskusje, tylko podaje zasady moralno-religijne według których katolicy powinni sami wyrobić swoje sumienie wyborcze.
6. Katolicy mogą głosować tylko na takie osoby, listy i programy wyborcze, które nie sprzeciwiają się katolickiej nauce i moralności.
7. Katolicy nie mogą oddawać swoich głosów na kandydatów takich list, których program albo metody rządzenia są wrogie zdrowemu rozsądkowi, dobru narodu i państwa, moralności chrześcijańskiej i światopoglądowi katolickiemu.)

 

Czterdzieści lat to przecież w historii odcinek nie tak długi, ale w życiu naszego narodu to cała epoka […]. W tej walce byliście zawsze i jesteście na pierwszej linii. Brzmi to na pozór banalnie, ale przecież ta pierwsza linia oznacza, że od narodzin Polski Ludowej funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa, Milicjanci, wszyscy służący pod tym znakiem musieli toczyć dzień po dniu ostrą walkę klasową. Ja szczycę się tym, że miałem możność pracować i służyć razem z wami, na tej właśnie pierwszej linii […]. No cóż, na zakończenie złożę wam najserd
eczniejsze również życzenia, aby wasza trudna służba przynosiła coraz większe owoce, by wróg został ostatecznie zepchnięty do defensywy i wyrzucony za burtę. Byśmy szli dalej z podniesioną głową, w nowe, lepsze jutro socjalizmu.


Wojciech Jaruzelski, I sekretarz PZPR, fragment wystąpienia na akademii z okazji 40 rocznicy powołania UB/SB i MO. Prawdopodobnie 7 października 1984 r. Będzie przewodniczył partii komunistycznej w PRL jeszcze przez pięć lat – do  lipca 1989 r. 19 lipca 1989 r. wybrany zostanie przez Zgromadzenie Narodowe Prezydentem PRL (od 31 grudnia 1989 r., w związku ze zmianą Konstytucji, będzie Prezydentem RP). Jego kadencja zostanie wygaszona 22 grudnia 1990 r. 8 maja 2010 r. będzie towarzyszył Bronisławowi Komorowskiemu, wówczas pełniącemu obowiązki Prezydenta RP, na obchodach Dnia Zwycięstwa w Moskwie. Pół roku później, 24 listopada 2010 r., na zaproszenie Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego weźmie udział w posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego poświęconym  przygotowaniu polskiego prezydenta do wizyty Prezydenta Federacji Rosyjskiej D. Miedwiediewa

Drrrrrrrr, dźwięk dzwonka. Koniec lekcji.

Rozpędzona wyobraźnia kazała mi jeszcze przez chwilę pozostać nauczycielem…

Sala opustoszała błyskawicznie. Uczniowie żwawo popędzili na lekcję wuefu. Wybudowany niedawno na terenie przyszkolnym Orlik zachęcał do wysiłku fizycznego. Po  chwili usłyszałem przez otwarte okno okrzyki radości zmieszane ze szpetnymi przekleństwami. Ktoś strzelił bramkę, ktoś ją stracił. Jak to w piłce.

Niestety, swego wykładu nie zmieściłem  w czasie zamkniętym ramami godziny lekcyjnej. Muszę jednak popracować jeszcze nad jego konspektem. Siatki faktograficznej, którą rozpiąłem, nie udało mi się, chyba, ułożyć w żaden ciąg logiczny, łańcuch przyczynowo-skutkowy. Miałem  silne poczucie, że uczniowie po mojej lekcji wybiegli z klasy z wrażeniem, że  bardzo pobieżnie zapoznałem ich z bodaj dwudziestoma postaciami historycznymi, które przemówiły do nich frazami dobranymi zupełnie przypadkowo, że zaserwowałem im tylko wysypisko cytatów, nic więcej.

Powodowany rozpaczliwą potrzebą wskazania jakiejś prawidłowości, w kontekście przywołanych przeze mnie  podczas lekcji wypowiedzi i fragmentów dokumentów, chwyciłem za kredę. Wiedziałem bowiem, że po dwóch godzinach zdrowego wysiłku na boisku piłkarskim moi słuchacze wrócą do tej samej klasy, tym razem na lekcję matematyki (lobby matematyczne w ostatnich czasach święci triumfy – pomyślałem, "jako pan od historii" z zazdrością, a jako rodzic szesnastolatki z jednoczesną ulgą. Niedawny powrót matematyki jako  przedmiotu obowiązkowego na egzaminie maturalnym gwarantuje, że do najbliższej reformy systemu, nie zniknie ona z planów lekcji licealistów – niezależnie od profilu klasy).

Na gwałt szukałem myśli mogącej uchodzić za klucz do wybranych przeze mnie cytatów. Ratunek przyszedł wraz ze wspomnieniem Zbigniewa Herberta. (miałem zaszczyt otrzymać w prezencie od Niego książkowe wydanie sztambucha Henryka Elzenberga "Kłopot z istnieniem. Aforyzmy w porządku czasu"). Szybko napisałem  na tablicy:

Ale przecież w głębi jakiś stosunek do zdarzeń kształtować się musi […]. Poczucie absolutnej dwutorowości dziejów – dziejów zbrodni i dziejów ducha, idących obok siebie bez najmniejszego wzajemnego oddziaływania, tworzonych przez gatunki ontologicznie bardziej sobie obce niż w zoologii jaszczury i amonity.
5 X 1941 r., Henryk Elzenberg

I dopisałem jeszcze, jakby w charakterze postscriptum:

Dwie proste równoległe nie przecinają się nawet w nieskończoności
Tyle można tylko o tym uczciwie powiedzieć
Zbigniew Herbert

Odłożyłem  kredę i opuściłem klasę.

Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944- 1954.

PS. Konspekt "lekcji" opracowałem, korzystając z następujących publikacji i filmów:

Książki:

  • Reynald Secher, Ludobójstwo francusko-francuskie. Wandea Departament Zemsty, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2003.
  • Andrzej Cisek, Kłamstwo Bastylii, Finna, Gdańsk 2006.
  • Piotr Wrangel, Wspomnienia, Dom Wydawniczy Bellona, Warszawa 1999.
  • Jerzy Popiełuszko, Zapiski 80-84, Edittions Spotkania. Wydanie krajowe 1985 r. Dokumenty, Zeszyt 3, pismo Praworządność.
  • Piotr Gontarczyk, Polska Partia Robotnicza. Droga do władzy 1941-1944, Fronda, Warszawa 2003.
  • Kazimierz Krajewski, Tomasz Łabuszewski, "Łupaszka" "Młot" "Huzar". Działalność 5 i 6 Brygady Wileńskiej AK (1944-1952), Oficyna Wydawnicza Volumen, Warszawa 2002.
  • Barbara Wachowicz, Rudy, Alek, Zośka. Gawęda o bohaterach "Kamieni na szaniec", Oficyna Wydawnicza RYTM, Warszawa 2007.
  • Zdzisław Broński "Uskok", Pamiętnik (1941-maj 1949), Instytut Pamięci Narodowej, Warszawa 2004.
  • Józef Mackiewicz, Barbara Toporska, Droga Pani, Kontra 1998.
  • Rupert Butler, Gestapo, Świat Książki, Warszawa 2006.
  • Sybylle Bassler, Biała Róża. Wspomnienia świadków historii, CKW, Gdańsk 2009.
  • Marek Robak,  W obronie Boga i króla. Wandea 1793, Wydawnictwo Piotra i Pawła, Poznań 1996.
  • Wiktoria Śliwowska, Ucieczki z Sybiru, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2005.
  • Henryk Elzenberg, Kłopot z istnieniem, Wydawnictwo Znak, Kraków 1994.

Wydawnictwo okazjonalne:

Filmy dokumentalne:

W końcowej partii tekstu  przywołałem  fragment wiersza Zbigniewa Herberta "Góra naprzeciw pałacu", z tomiku "Napis" (1969 r.).

Od Wandejczyków do Jaruzelskiego… – część 1/2>
Strona główna>

"Żolnierze Wyklęci"… ale przez kogo?


Grzegorz Wąsowski
[wybór zdjęć i opisy do nich – autor strony]

"ŻOŁNIERZE WYKLĘCI"… ALE PRZEZ KOGO? REFLEKSJE W PRZEDDZIEŃ ŚWIĘTA.

Wołam cię, obcy człowieku,
Co kości odkopiesz białe:
Kiedy ucichną już boje,
Szkielet mój będzie miał w ręku
Sztandar ojczyzny mojej.
Krzysztof Kamil Baczyński,
fragment wiersza "Wiatr" (18 IV 1943 r.)
W przeddzień wprowadzonego kilka tygodni temu do porządku prawnego Narodowego Dnia Pamięci "Żołnierzy Wyklętych", który obchodzić będziemy corocznie 1 marca – w rocznicę zamordowania przez komunistów, w 1951r., członków IV (ostatniego) Zarządu Głównego WiN, z ppłk. Łukaszem Cieplińskim "Pługiem" na czele, warto, jak sądzę, wyjaśnić  zainteresowanym pochodzenie pojęcia "ŻOŁNIERZE WYKLĘCI", a także racje, które stały za określeniem tym mianem – po raz pierwszy w 1993 r. – żołnierzy podziemia antykomunistycznego z drugiej połowy lat czterdziestych i początku lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia.

Termin "Żołnierze Wyklęci" powstał  w środowisku warszawskiej Ligi Republikańskiej (organizacji działającej w latach 90-tych ubiegłego stulecia). Byłem aktywnym członkiem tej grupy. Odpowiadałem w niej za działania służące przywróceniu pamięci społecznej o żołnierzach podziemia antykomunistycznego, więc sprawę znam doskonale. Z częścią tego środowiska przyszło mi współdziałać po dziś dzień, w ramach inicjatyw podejmowanych przez Fundację "Pamiętamy". Mam nadzieję, że tymi informacjami dostatecznie uwiarygodniłem przed czytelnikami swoją osobę jako posiadającą legitymację do odkodowania pierwotnego znaczenia pojęcia "Żołnierze Wyklęci". Piszę "pierwotnego", gdyż zjawisko, które było powodem ukucia  przez nas tego terminu, w ostatnich latach powoli odchodziło w przeszłość, a data 1 marca 2011 r. w sposób symboliczny zamknie je w przestrzeni czasu przeszłego dokonanego.

Określenie "Żołnierze Wyklęci" wymyśliliśmy szukając tytułu dla przygotowanej przez nas, jesienią 1993 r., wystawy poświęconej podziemiu antykomunistycznemu. Wystawa ta została po raz pierwszy zaprezentowana publiczności  na Uniwersytecie Warszawskim, w holu Auditorium Maximum, w listopadzie tegoż roku. Ostatecznie ekspozycja została przez nas zatytułowana: "Żołnierze Wyklęci – antykomunistyczne podziemie zbrojne po 1944 r." Wedle mojej wiedzy była to pierwsza wystawa po upadku rządów partii komunistycznej w Polsce poświęcona bohaterom podziemnej walki zbrojnej z komunizmem. W maju 1994 r. wystawę tę – pod niezmienionym tytułem – prezentowaliśmy, dzięki uprzejmości śp. prof. Andrzeja Stelmachowskiego, w "Domu Polonii", w Warszawie przy Krakowskim Przedmieściu. Cieszyła się ona wówczas dużym zainteresowaniem warszawian, została także zauważona przez ogólnopolskie media, w tym doczekała się całkiem dużego materiału informacyjnego z otwarcia wystawy (miało ono miejsce 9 maja, w Dzień Zwycięstwa)  w głównym wydaniu Wiadomości.

Przygotowana przez Ligę Republikańską i Oficynę Wydawniczą Volumen w 1993 r. wystawa "Żołnierze Wyklęci – antykomunistyczne podziemie zbrojne po 1944 r." Obecnie w dyspozycji BBN.

Przez kolejne lata odwiedziliśmy z "Żołnierzami Wyklętymi" kilkadziesiąt miejscowości w Polsce. Nazwa "Żołnierze Wyklęci" została  dodatkowo spopularyzowana przez śp. Jerzego Ślaskiego, który wydał w 1995 r. książkę – godną polecenia – pod takim właśnie tytułem. Z kolei w 1999 r., nakładem Oficyny Wydawniczej Volumen, wydany został pierwszy duży album poświęcony zbrojnemu podziemiu antykomunistycznemu (był on sygnowany również logiem Ligi Republikańskiej). Miałem przyjemność współredagować tę publikację.  Albumowi, w nawiązaniu do wystawy, o której wspominam, nadaliśmy tytuł "Żołnierze Wyklęci. Antykomunistyczne podziemie zbrojne po 1944 r." Jak widać konsekwentnie trzymaliśmy się wymyślonego w 1993 r. terminu "Żołnierze Wyklęci", uznając że zawiera  on w sobie ważną, współczesną treść.

_
Powyżej okładki dwóch wydań (z lewej wyd. I) albumu Żołnierze Wyklęci. Antykomunistyczne podziemie zbrojne po 1944 r. Wydanie drugie zostało poprawione i uzupełnione o ok. 200 dodatkowych stron. Poniżej fragment zawartości albumu. Oba wydania są już praktycznie nieosiągalne, jedynie na allegro.pl czasami pojawiają się jeszcze pojedyncze egzemplarze w dość wysokich cenach. 

To określenie, dedykowane żołnierzom podziemia antykomunistycznego idealnie oddawało, tak uznawaliśmy, proces  wykluczenia/wyklęcia  ich historii, etosu i ofiary z  obszaru wrażliwości naszej wspólnoty narodowej. Przy czym nie chodziło nam bynajmniej o okres PRL – dla naszego środowiska było bowiem bezdyskusyjne, że partia komunistyczna, mimo zinstytucjonalizowanej długoletniej propagandy, efektu tego nie była w stanie osiągnąć, a to dlatego, że nie miała do tego, używając terminologii procesowej, legitymacji czynnej. Partia komunistyczna nie była dla nas elementem wspólnoty narodowej (postawiła się poza jej nawiasem).

Warunkiem przynależności do danej wspólnoty narodowej nie jest przecież pochodzenie, lecz poszanowanie jej członków, uznanie i ochrona wytworzonej przez tę wspólnotę państwowości, wreszcie szacunek dla przeszłych pokoleń, ich wiary, tradycji oraz pozytywnego dorobku, który jest punktem wyjścia do dalszego rozwoju. Tymczasem partia komunistyczna wszystko to zanegowała. Była zinstytucjonalizowanym, zaciekłym wrogiem cywilizacji zachodnioeuropejskiej, do której przynależymy, jakby współczesną emanacją plemienia Hunów, którego hordy spustoszyły w V wieku Europę i przyczyniły się do upadku Rzymu. Czy  Hunowie mogli wykluczyć/wykląć kogokolwiek ze wspólnoty obywateli takiego czy innego  Miasta Imperium Romanum, które  w czasie swego marszu obrócili wniwecz? Nie. Oczywiście, mogli zabić, zniszczyć, zburzyć, rozpędzić i na długie lata wstrzymać rozwój. I zrobili to, bo  znali się na tym. Ale  czy byli władni wykluczyć/wykląć kogoś z  kręgu  takiej czy innej wspólnoty, która padła ich ofiarą? Nie. Takiej mocy  nigdy nie mieli.
Ukuwając termin "Żołnierze Wyklęci" dokładnie w taki sam sposób ocenialiśmy zdolności, skutki działania i moc sprawczą partii komunistycznej. Partia komunistyczna pokonała "Żołnierzy Wyklętych" dzięki potędze Armii Czerwonej,  poległym i pomordowanym odmówiła  prawa do ludzkiego pochówku (grzebiąc ich w nieznanych do dziś miejscach), przez długie lata PRL-u zohydzała ich pamięć, za pomocą słowa i obrazu [patrz np: Grzegorz Wąsowski, Od Pułkownika UB do Jacka Kuronia, czyli jak na przestrzeni lat hańbiono imię pewnego dzielnego górala. Rozważania o pamięci.], ale wykluczyć ich z kręgu naszej wspólnoty nie była w stanie.

Określenie "Żołnierze Wyklęci" zawierało zatem nasze oskarżenie pod adresem elit opiniotwórczych  III RP. Oskarżenie o pomijanie przez owe elity, w procesie odbudowy wrażliwości historycznej rodaków, najważniejszego, najbardziej dramatycznego i heroicznego  zarazem rozdziału z historii oporu  stawianego przez naszych przodków reżimowi komunistycznemu. Oskarżenie o świadome    wyeliminowanie epopei żołnierzy antykomunistycznego podziemia zbrojnego z odtwarzanej w warunkach wolnego już państwa świadomości społecznej, jakby amputowanie tego kawałka historii naszego narodu, historii przez  duże "H", historii napisanej krwią  i cierpieniem obrońców wolności.

Do dziś pamiętam jak  jeden z  rozpoznawalnych wówczas polityków,  w związku z pełnioną wówczas funkcją państwową zapytany przez dziennikarza (bodaj "Sztandaru Młodych"), czy przewiduje się przyznanie uprawnień kombatanckich za walkę w szeregach UPA, Werwolf-u, czy NSZ-u odpowiedział: Za służbę w obcej armii? Oczywiście, że nie. W ten sposób zadający pytanie dziennikarz zrównał około 70 tys. żołnierzy organizacji konspiracyjnej Polskiego Państwa Podziemnego, która konsekwentnie w okresie okupacji niemieckiej jako jedyna wskazywała, że Polska ma dwóch równorzędnych wrogów: hitlerowców i komunistów (mowa oczywiście o Narodowych Siłach Zbrojnych), z nacjonalistycznym podziemiem ukraińskim, mającym na sumieniu życie dziesiątek tysięcy bezbronnych naszych rodaków, i pogrobową organizacją nazistowską, a wysoki rangą urzędnik państwowy wolnej Polski nie dostrzegł niegodziwości tego porównania. To tylko jeden z przykładów.

Jak sądziłem wtedy i uważam tak do tej pory, stosunek kręgów opiniotwórczych III RP z  okresu prawie całej dekady lat 90. do żołnierzy podziemia antykomunistycznego nie był przypadkowy. Był funkcją konceptu, którego istotnym elementem było wmawianie nam, że historia wysiłków niepodległościowych  w Polsce po roku 1944, zakończona  przecież tak pięknie w 1989 r. porozumieniem w Magdalence i przy "Okrągłym Stole", to suma wysiłków członków partii komunistycznej pracujących na rzecz pozytywnej ewolucji systemu oraz aktywności byłych członków tejże partii, którzy po wystąpieniu z niej bądź wyrzuceniu, działali w opozycji demokratycznej. W  takim równaniu nie mogło być  oczywiście miejsca  na dodatkowy składnik, tj. tych, którzy w obronie niepodległości Polski i prawa człowieka do wolnego życia na ziemi podjęli walkę zbrojną z komunistami. Zaznaczam,  i czynię to bez nuty ironii, że  zarysowany w tekście, obowiązujący w latach 90. ubiegłego stulecia  pośród elit III RP mechanizm  utrzymywania etosu podziemia antykomunistycznego poza obszarem pamięci społecznej uważam za psychologicznie zrozumiały i łatwy do wytłumaczenia – jeżeli siadam z przedstawicielami jakiejś formacji do stołu negocjacyjnego, piję z nimi wódkę [patrz:  wpolityce.pl – fragment książki Ryszarda Bugaja, O sobie i innych, Warszawa 2010], osiągam porozumienie itd., to trudno, abym równolegle, czy chwilę potem, odbudowywał pamięć o tych, którzy padli w walce stoczonej z  ojcami założycielami tejże formacji. Zwłaszcza, że zanim "Żołnierze Wyklęci" w boju tym ulegli, to jednak jakieś straty przeciwnikowi zadali; a  jeżeli  dodatkowo założymy, że  niemały kawałek swego życia spędziłem wcześniej w szeregach tej formacji, to mamy pełny obraz powodów, dla których Narodowy Dzień Pamięci "Żołnierzy Wyklętych" będziemy po raz pierwszy obchodzić dopiero po ponad dwudziestu latach od odzyskania niepodległości.

Adam Michnik i gen. Czesław Kiszczak.

Bronisław Geremek i gen. Czesław Kiszczak.


Najbardziej jaskrawym momentem realizacji zarysowanej powyżej  koncepcji (nazwijmy ją polityczno – historyczną, choć określeniem krótszym i lepszym wydaje mi się po prostu "blaga") była chwila podczas ceremonii odznaczenia  Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego Orderem Orła Białego, w której Aleksander Kwaśniewski – wówczas Prezydent RP – stwierdził, uzasadniając owo odznaczenie i nawiązując do Listu Otwartego do Partii z 1964 r., który popełnili Kuroń i Modzelewski, że  byli oni pierwszymi, którzy otwarcie napiętnowali panujący w Polsce system dyktatury. Rzecz miała miejsce w 1998 r. Celebra, jak przystało na uroczystość wręczenia najwyższego polskiego odznaczenia państwowego, była szeroko relacjonowana i bogato komentowana przez wszystkie najważniejsze rodzime media. Oczywiście  gremialnie powtarzały one za Kwaśniewskim, że Kuroń i Modzelewski byli pierwszymi, którzy  otwarcie wystąpili przeciwko dyktaturze komunistycznej. I choć dziś trudno w to  uwierzyć, zabrakło (z jednym wyjątkiem: tekstem Adama Michnika w "Gazecie Wyborczej", w którym autor zwrócił uwagę na niestosowność przywołanego powyżej stwierdzenia Kwaśniewskiego) pośród tych relacji i komentarzy słowa protestu wobec potwornego przecież zafałszowania historii zawartego w przypomnianym fragmencie uzasadnienia dla tych odznaczeń. Również sami odznaczeni nie zabrali głosu w tej sprawie.

A przecież, przypomnijmy, przez konspirację antykomunistyczną z okresu lat 1944–1954 przewinęło się co najmniej 150 tys. ludzi, z czego  20 tys. wzięło udział  w walce czynnej z bronią w ręku. Skala ofiary złożonej na ołtarzu wolności w tamtym czasie przez naszych rodaków to kilkadziesiąt tysięcy poległych oraz pomordowanych i około 200 tys. aresztowanych oraz więzionych.

Praktycznie cała dekada lat 90. wpisuje się swoim klimatem intelektualnym w przywołaną przeze mnie uroczystość, podczas której były członek Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej dekorował dwóch byłych członków tej partii najwyższym polskim orderem, wskazując na nich jako pierwszych sprawiedliwych w kontekście oporu przeciwko systemowi komunistycznemu, zbywając całkowitym milczeniem epopeję "Żołnierzy Wyklętych" (dla jasności – nie jest moim zamiarem poddanie krytycznej analizie zasadności tych odznaczeń, wskazuję tylko na zdeformowanie prawdy, mające miejsce podczas ceremonii ich wręczenia).

Jakże te czasy były diabelnie dalekie od wyjścia naprzeciw dramatycznej prośbie chor. Witolda Boruckiego "Babinicza", "Dęba", komendanta Warszawskiego Okręgu Narodowego Zjednoczenia Wojskowego [zobacz również: Kryptonim "Orzeł"…], który swój wstrząsający w treści "raport do Administracji Przyszłej Nowej Polski" z dnia 13 kwietnia 1949 r., zdając sobie sprawę, że on i jego podkomendni wkrótce zginą, że nie doczekają upragnionej wolności (Borucki poległ w sierpniu 1949 r.), zakończył tymi słowy:

"Ze swej strony proszę o pamięć macierzystą dla tych, co w imieniu naszych sił za granicą (chodzi o rząd emigracyjny – przyp. G.W.) walczyli tu, nie szczędząc życia".

Wtedy była to, niestety, gra do jednej bramki. Inicjatywy  indywidualne czy społeczne, które wówczas powstawały, przyjmując za cel  przywrócenie pamięci o "Żołnierzach Wyklętych", miały w najlepszym wypadku krótkotrwały i lokalny oddźwięk. Jako przykład, jak w tych sprawach  źle się wówczas działo  podam następujący fakt. Kiedy w końcu 1994 r. (czyli ponad  dwa lata po nagonce politycznej i medialnej rozpętanej przeciwko zwolennikom lustracji) zbieraliśmy – jako Liga Republikańska – podpisy pod apelem o ujawnienie archiwów komunistycznego aparatu represji, to okres objęty sformułowaną przez nas petycją o otwarcie archiwów zamknęliśmy datą 1956 r., wiedząc, że w przeciwnym razie praktycznie nikt nie złoży pod nią podpisu. Dzięki temu zabiegowi uzyskaliśmy kilkanaście podpisów znanych i szanowanych przez niemałą część rodaków nazwisk. Wśród sygnatariuszy apelu był min. Zbigniew Herbert. Podkreślam, że środowisko  Ligi Republikańskiej uchodziło w tamtym czasie za nastawione radykalnie antykomunistycznie i nasz apel, jeżeli został dostrzeżony w ogóle, był odbierany powszechnie jako przejaw poglądów zupełnie skrajnych. Powtórzę, że nie przywołuję tych faktów z przyjemności wspominania inicjatyw własnych czy moich kolegów, lecz dla uzmysłowienia młodszym czytelnikom z jak wielkim trudem pewne oczywiste dziś rozwiązania – np. udostępnienie archiwów UB/SB m.in. dla badań historycznych –  torowały sobie drogę do  zaistnienia w porządku prawnym.

Jakościowa zmiana sytuacji nastąpiła dopiero wraz z powstaniem Instytutu Pamięci Narodowej, a dokładnie z chwilą, w której historycy uzyskali dostęp do zasobów archiwalnych tajnej policji komunistycznej, przejętych przez IPN. Analiza tych zasobów zaowocowała znakomitym postępem wiedzy na temat podziemia antykomunistycznego, dała  także prawdziwe wyobrażenie o skali  czynnego oporu społecznego przeciwko komunizmowi. Ostatnie lata przyniosły z sobą wiele wartościowych opracowań, głównie autorstwa historyków z IPN, poświęconych  zbrojnemu podziemiu antykomunistycznemu. Istotne osiągnięcia na niwie przywracania pamięci o "Żołnierzach Wyklętych" ma także Fundacja "Pamiętamy" (proszę mi wybaczyć brak skromności), która, uznając, że pamięć wymaga formy trwałej, wzniosła do tej pory dwadzieścia pomników, upamiętniając nimi z imienia i nazwiska  ponad 1300 poległych i pomordowanych "Żołnierzy Wyklętych" (zachęcam do obejrzenia wizualizacji tych pomników>)

Wielką satysfakcję przynosi mi świadomość, że sumą wysiłków ludzi dobrej woli  epopeja "Żołnierzy Wyklętych" nie jest już białą plamą, że temat ten mocno przebił się do zbiorowej świadomości historycznej Polaków. Warto w tym miejscu wspomnieć kilka osób, spośród tych które ciężko pracowały  nad ocaleniem i przywróceniem dobrej pamięci o Żołnierzach Wyklętych w nieprzyjaznych dla tematu latach dziewięćdziesiątych. Wymienię Piotra Niwińskiego, Kazimierza Krajewskiego, Tomasza Łabuszewskiego, Krzysztofa Szwagrzyka, Piotra Szubarczyka, czy Leszka Żebrowskiego. I polecam ich publikacje.

Spośród osób z życia publicznego, które przyczyniły się do odbudowania  i utrwalenia pamięci o "Żołnierzach Wyklętych" koniecznie należy wymienić śp. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, śp. Andrzeja Przewoźnika i śp. Janusza Kurtykę. Nie ulega przy tym wątpliwości, że dopiero czas prezydentury Lecha Kaczyńskiego to okres, w którym "Żołnierze Wyklęci" doczekali się należytych honorów ze strony najwyższego urzędu Rzeczpospolitej. Dzięki polityce odznaczeniowej realizowanej przez śp. Lecha Kaczyńsk
iego  także członkowie rodzin wielu "Żołnierzy Wyklętych" (a wśród nich wdowa po Witoldzie Boruckim "Babiniczu") uzyskali, odbierając z Jego rąk wysokie rangą ordery, którymi odznaczył poległych i pomordowanych ich bliskich, namiastkę zadośćuczynienia za wieloletnie cierpienia po stracie najbliższych i życie z piętnem "rodzin bandyckich".

Przedstawiciele
Kancelarii Prezydenta RP z Krzyżami Wielkimi Orderu Odrodzenia Polski
dla por. Leona Taraszkiewicza "Jastrzębia" i ppor. Edwarda
Taraszkiewicza "Żelaznego"
, nadanymi im pośmiertnie postanowieniem Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Lecha Kaczyńskiego z dnia 20 sierpnia 2009 r.

Wprowadzenie do porządku prawnego, z inicjatywy śp. Prezydenta RP  Lecha Kaczyńskiego, Narodowego Dnia Pamięci "Żołnierzy Wyklętych" symbolicznie zamyka okres wykluczenia/wyklęcia z obszaru pamięci zbiorowej przez elity opiniotwórcze III RP żołnierzy zbrojnego podziemia antykomunistycznego – tych heroicznych obrońców wolności, którym przyszło żyć i umierać w okrutnych czasach pełnego i brutalnego triumfu systemu komunistycznego. Systemu, który w całych dotychczasowych dziejach ludzkości, był największym i najgroźniejszym zinstytucjonalizowanym wrogiem wolności, w każdym jej wymiarze.

Jako jeden z autorów  pojęcia "Żołnierze Wyklęci" z ulgą odnotowuję, że wreszcie – po  ponad siedemnastu latach od wprowadzenia tego terminu w obieg publiczny – powody jego ukucia przestały być aktualne.

I niech termin ten żyje  jak najdłużej swoim nowym życiem, jako intrygujące określenie historii, którą symbolizuje. Niech zachęca do jej poznawania. Bo w niej zawiera się  istotna część naszej narodowej tożsamości.

Anglojęzyczna wersja tekstu (na stronie www.doomedsoldiers.com):

Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944- 1954.


Prezydent uczcił pamięć "Żołnierzy Wyklętych"

W tym roku po raz pierwszy obchodzono Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Z tej okazji we wtorek prezydent Bronisław Komorowski przyznał im pośmiertne odznaczenia, składano kwiaty w miejscach pamięci, odbyły się też prezentacje publikacji i wykłady.

Krzyżem Wielkim, Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą i Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski prezydent Bronisław Komorowski odznaczył pośmiertnie Żołnierzy Wyklętych, bohaterów antykomunistycznego podziemia – ZOBACZ NAZWISKA ODZNACZONYCH>

Jak podkreślił prezydent podczas uroczystości w Pałacu Prezydenckim, dopiero po latach ofiara życia "Żołnierzy Wyklętych" złożona ojczyźnie w najtrudniejszych warunkach nabrała szczególnego znaczenia. – I te niezwykłe życiorysy zakończone dramatem śmierci i więzienia (…) do dzisiejszego dnia stanowią cząstkę niezwykłej polskiej broni w warunkach trwania w beznadziejnych okolicznościach zewnętrznych. Dlatego pokolenie ludzi Solidarności chyli przed nimi czoła, chce, by nie byli Żołnierzami Wyklętymi, wypchniętymi z naszej pamięci. (…) Przekreślamy ten termin. Chcemy, aby trwała pamięć i wdzięczność narodu za tak niezwykłe postawy w warunkach najtrudniejszej próby – zaznaczył Bronisław Komorowski.


Uroczystościom towarzyszyła prezentacja wystawy IPN poświęconej "Żołnierzom Wyklętym". Przed południem prezydent Komorowski w towarzystwie prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz złożył wieńce przed tablicą na murze więzienia mokotowskiego, gdzie 1 marca 1951 roku stracono z rąk UB kierownictwo IV Komendy Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość: ppłka Łukasza Cieplińskiego, mjra Adama Lazarowicza, por. Józefa Rzepkę, kpt. Franciszka Błażeja, por. Józefa Batorego, Karola Chmiela i mjr Mieczysława Kawalca. To właśnie tę datę upamiętnia Narodowy Dzień Pamięci "Żołnierzy Wyklętych".

Prezydent podpisał ustawę o ustanowieniu Narodowego Dnia Pamięci "Żołnierzy Wyklętych" 9 lutego tego roku. Projekt ustawy o ustanowieniu Narodowego Dnia Pamięci "Żołnierzy Wyklętych" złożył w ubiegłym roku prezydent Lech Kaczyński w hołdzie – jak napisał w uzasadnieniu – "bohaterom Powstania Antykomunistycznego, którzy w obronie niepodległego bytu Państwa Polskiego, walcząc o prawo do samostanowienia i urzeczywistnienia dążeń demokratycznych społeczeństwa polskiego, z bronią w ręku przeciwstawili się sowieckiej agresji i narzuconemu siłą reżimowi komunistycznemu".

Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Bronisław Komorowski, podczas uroczystości w dniu święta państwowego Narodowego Dnia Pamięci "Żołnierzy Wyklętych" przekazał członkom najbliższych rodzin „Żołnierzy Wyklętych” nadane pośmiertnie Ordery Odrodzenia Polski.

Wystąpienie prezydenta podczas przekazania orderów nadanych "Żołnierzom Wyklętym":

Szanowni Państwo,


gdy oni siedzieli w więzieniu, gdy byli torturowani, gdy byli poniewierani, gdy ginęli za Polskę, wtedy rodziło się pokolenie Solidarności. Wtedy jeszcze nikt nie marzył o tym, że Polska będzie wolna, że będzie niepodległa i że wieloletnia walka o wolność w okresie okupacji nabierze szczególnego znaczenia, zakończy się wielkim narodowym triumfem po latach… CZYTAJ DALEJ>

Źródło: www.prezydent.pl>
< /div>

Od pułkownika UB do Jacka Kuronia… rozważania o pamięci – część 1/2

Grzegorz Wąsowski
[wybór zdjęć i opisy do nich – autor strony]

OD PUŁKOWNIKA UB  DO JACKA KURONIA, CZYLI  JAK NA PRZESTRZENI LAT HAŃBIONO IMIĘ PEWNEGO DZIELNEGO GÓRALA. ROZWAŻANIA O PAMIĘCI.

Zacznijmy sztampowo, od krótkiej noty o oplutym. Tytułowy dzielny Góral to urodzony w podhalańskiej wsi Waksmund, leżącej kilka kilometrów od Nowego Targu, Józef Kuraś "Orzeł", "Ogień" – partyzant antyniemieckiego, a od kwietnia 1945 r. antykomunistycznego podziemia. Jeden z najsławniejszych dowódców polowych z okresu walki zbrojnej naszych przodków z komunizmem. W lecie 1946 r. podlegało jego rozkazom kilkanaście oddziałów partyzanckich, w sumie ok. 600 partyzantów. Liczba czynnych współpracowników zgrupowania partyzanckiego "Błyskawica", którym dowodził, przekraczała 2 tysiące. Tak pisał "Ogień" w liście do Bieruta z 14 listopada 1946 r.:

Oddział Partyzancki "Błyskawica" walczy o Wolną, Niepodległą i prawdziwie demokratyczną Polskę […] Nie uznajemy ingerencji ZSRR w sprawy wewnętrzne państwa polskiego. Komunizm, który pragnie opanować Polskę, musi zostać zniszczony.


Mjr. Józef Kuraś ps. "Ogień"

Oddziały podporządkowane "Ogniowi" niepodzielnie panowały na terenie Podhala i Powiatu Tatrzańskiego, skutecznie paraliżując rozwój struktur partii komunistycznej, zwalczając ubeków oraz gorliwych milicjantów, a także tępiąc bandytyzm. Kto wie czy nie najpełniej, a na pewno najkrócej, zasługi "Ognia" w walce z procesem skomunizowania Polski oddał mimowolnie pewien działacz komunistyczny z Zakopanego, który na odbytej dnia 12 października 1946 r. naradzie aktywu wojewódzkiego PPR, sytuację struktur partyjnych na swym terenie scharakteryzował krótko: Partia [komunistyczna] w konspiracji.

"Ogień" zginął 22 lutego 1947 r. Otoczony przez grupę operacyjną UB-KBW we wsi Ostrowsko, sąsiadującej z jego rodzinnym Waksmundem, nie chcąc żywym dostać się w ręce komunistów, wybrał śmierć z własnej ręki. Ciało "Ognia" zostało zabrane przez komunistów do Krakowa. Tam ślad się urywa. Do dziś nie wiadomo, gdzie je pogrzebano. Motywy takiego działania komunistów jasno przedstawił Kazimierz Jaworski, kierownik sekcji ds. Walki z Bandytyzmem w nowotarskim PUBP:

Nie chcieliśmy pochować go na ziemi nowotarskiej, aby jego grób nie stał się miejscem manifestacji, składania kwiatów itp.


Apel w obozie oddziału ochrony sztabu mjr. "Ognia" (zaznaczony "×") Gorce, lato 1946 r.

Żołnierze ze zgrupowania Józefa Kurasia "Ognia".

Na początek ta garść informacji o "Ogniu" niech wystarczy. Inne istotne elementy jego życiorysu przedstawię w dalszych partiach tekstu, w których poddam konfrontacji dwa nieprzystające do siebie światy: świat faktów oraz świat oszczerstw, kierowanych na przestrzeni dziesiątków lat przeciwko postaci "Ognia", których skromny wybór jest osią tego artykułu.

Ponieważ dla wrogów komunizmu "Ogień" już za życia był, i pozostaje nadal, postacią wręcz legendarną, warto prześledzić, jakimi metodami zohydzano jego postać. Powinno się przy tym pamiętać, że dla procesu odczłowieczania "Ognia" nie było przez cały ponad czterdziestoletni okres PRL-u żadnej przeciwwagi. Nawet międzypokoleniowy przekaz rodzinny uległ co do zasady zerwaniu, z uwagi na uzasadnioną obawę starszych, że jeżeli dzieci w szkole powiedzą na temat "bandyty" "Ognia" coś kontra komunistycznej propagandzie, to zarówno one jak i ich rodzice będą z tego powodu w kłopotach. Taki mechanizm działał, niestety, w odniesieniu do całego zjawiska zbrojnej walki z komunistami z drugiej połowy lat 40-tych i początku 50- tych ubiegłego stulecia.

Ale do rzeczy. Zerknijmy na początek do prasy komunistycznej z 1946 r. "Dziennik Polski", w numerze z 26 lutego 1946 r. ("Ogień" ma się wtedy jeszcze dobrze, przed nim blisko rok intensywnej walki z komunistami), w tekście pod wielce wymownym tytułem Członkowie SS w bandach NSZ, poświęconym przede wszystkim właśnie "Ogniowi", donosił:

Jest to pseudonim znanego przed wojną koniokrada, psychopaty Józefa Kurasia, który w czasie wojny prowadził partyzantkę na własny rachunek, odznaczając się szczególnym sadyzmem wobec eksploatowanej ludności góralskiej […] Władze bezpieczeństwa posiadają w tej chwili niezbite dowody współdziałania band "Ognia" i NSZ z członkami SS.

Cóż, to ohydna, ale i toporna propaganda z pierwszego okresu socjalizmu wywłaszczeniowego (czytaj też: rządów partii komunistycznej). Podobnych tekstów na temat "Ognia" napisano wówczas wiele. Tak, w nieco tylko zmienionej tonacji, miało być jeszcze przez długi czas.

Rozkaz Józefa Kurasia "Ognia" z 8 VIII 1946 r., który nie pozostawia żadnych wątpliwości co do żelaznej dyscypliny jaka panowała w jego oddziałach oraz jakie konsekwencje groziły za niesubordynację lub pospolity bandytyzm.

Przenieśmy się teraz w koniec lat 70-tych, dokładnie do roku 1978. Oto szacowne, krakowskie Wydawnictwo Literackie wypuszcza na rynek wspomnienia Stanisława Wałacha "Był w Polsce czas…". Autor to wysokiej rangi funkcjonariusz UB – w latach "utrwalania władzy ludowej" szef Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa kolejno w Chrzanowie, Limanowej i Nowym Sączu, następnie kierownik Wydziału III (przeznaczonego do walki z "bandytyzmem", czyli podziemiem niepodległościowym) w Wojewódzkim Urzędzie Bezpieczeństwa w Krakowie. Swą służbę dla partii komunistycznej zakończył w stopniu pułkownika Służby Bezpieczeństwa. Uczestniczył w akcjach przeciwko partyzantce "Ognia". To już trzecie wydanie wspomnień "Pana Pułkownika", tym razem w nakładzie 20 tys. egzemplarzy. Czytamy w górnym rogu drugiej strony tej publikacji, że  jest to Książka zatwierdzona przez Ministerstwo Oświaty i Szkolnictwa Wyższego […] do bibliotek szkół średnich. Warto zwrócić uwagę na krótki passus ze wstępu od autora:

Obok licznych uzupełnień, w drugim wydaniu książki znalazły się dwa nowe większe fragme
nty: rozdział poświęcony postaci Józefa Kurasia "Ognia", przywódcy znanej na Podhalu reakcyjnej bandy […] (podkr.  G.W.). Na przedstawienie w pełnym świetle działalności "Ognia" po wyzwoleniu zdecydowałem się z dwóch względów: tworzącej się legendy Kurasia – ofiary, zmuszonego do chwycenia za broń […].


Płk. UB/SB Stanisław Wałach.

W ten oto sposób pułkownik SB przyznał, że mimo trzydziestu z okładem lat szkalowania postaci "Ognia" z użyciem pełnej palety środków komunistycznej propagandy, przy której wczorajszo – dzisiejszy medialny "przemysł pogardy" wydaje się mieścić w ramach  wymaganego od dziennikarzy przez prawo standardu kwalifikowanej staranności i rzetelności, nadal jeszcze pewna część społeczeństwa, zachowuje o nim, wbrew woli partii komunistycznej i podejmowanym przez nią wysiłkom "edukacyjnym", dobre zdanie (już widzę współczesny opis "socjologiczny" tej grupy ludzi sporządzony przez jakiegoś wybitnego przedstawiciela "wspólnoty ludzi przyzwoitych" – mógłby brzmieć on np. tak: na tę nieznośnie banalną, bogoojczyźnianą, zbudowaną na nacjonalizmie i ksenofobii legendę "Ognia" podatni byli wówczas przede wszystkim osobnicy przynależący do niewykształconej i sfrustrowanej niepowodzeniami życiowymi społeczności wiejskiej lub małomiasteczkowej z Małopolski, Podhala lub "ściany wschodniej", pozostający pod wpływem obskuranckiego kleru).

Książka "Był w Polsce czas…", w której autor – Stanisław Wałach – szkalował niepodległościowe podziemie, w tym również Józefa Kurasia "Ognia".

"Pan Pułkownik", zatroskany o świadomość tych, nadal pogrążonych w ciemnocie historycznej rodaków, włożył dużo swojego bezpieczniackiego serca w kolejny paszkwil poświęcony zohydzeniu postaci "Ognia". W zamyśle autora jego opowieść miała chyba sprawiać wrażenie zbudowanej na faktach. Miała dawać czytelnikowi w realiach PRL-u 1978 poczucie, że obcuje on z przekazem w miarę wiarygodnym. Na chwilę, wybaczcie Państwo, przekażę narrację "Panu Pułkownikowi":

Podniosła głowę, spojrzała wyżej. Dwadzieścia pięć metrów przed nią, obok drogi, na słupie telegraficznym wisiała kobieta. Pod "Wandą" ugięły się nogi […]. Utkwiła oczy w kołyszące się bezwładnie ciało kobiety, w jej opuszczone wzdłuż ciała ręce i przekrzywioną głowę, z której zdarto kolorową chustkę i rzucono na śnieg. Góralka. Nie znała jej, chociaż wiedziała, że jest tutejsza. Widywała ją przedtem. Podeszła jeszcze bliżej. POWIESZONA BYŁA W CIĄŻY (podkr. – G.W.). Do kaftana miała przypiętą kartkę. Wyrok. Za współpracę z władzami. "Ogień" zawsze tak robił, żeby mu nikt nie zarzucił, że zabija bez powodu. Przyjrzała się i zdrętwiała – kartka była przypięta jej agrafką. Widziała "Ognia" strzelającego do ludzi, zabijającego, ale to, co zrobił teraz, było straszne i okrutne.

Wystarczy tych kalumnii. Dla oddania mechaniki kłamstwa naprawdę wystarczy.

Zanim przedstawię faktografię, chcę zwrócić uwagę na zabieg zastosowany przez "Pana Pułkownika". Podaje on, że ta nieszczęsna, ciężarna kobieta została powieszona za współpracę z władzami. To uprawdopodabnia całe zdarzenie. Jej śmierć nie jest bowiem tylko następstwem tego, że miała pecha i spotkała na swej drodze psychopatycznego mordercę – Józefa Kurasia – ale stanowi karę wymierzoną za współpracę z władzami komunistycznymi. Sądzę, że ten rodzaj opisu był przez "Pana Pułkownika" obliczony na wywołanie efektu odrzucenia wśród jeszcze nie do końca urobionych przez instytucje propagandy komunistycznej czytelników – tych podatnych na legendę "Ognia". Wszak niezależnie od przewin powieszonej kobiety fakt, że była w ciąży powinien ją uchronić od śmierci z rąk "Ognia". Kto morduje kobietę w ciąży nie broni bowiem żadnego porządku, żadnej reguły. Zasługuje na potępienie.

Spieszę wyjaśnić, że zbrodnia taka miała miejsce. W sąsiadującym z Waksmundem Ostrowsku rzeczywiście powieszono kobietę. W 1945 r. Na słupie telegraficznym. Powieszona była w zaawansowanej ciąży. Na czym polega zatem perfidia "Pana Pułkownika"?

Na tym, że mord ten miał tło obyczajowe i nie miał prawie nic wspólnego z działalnością "Ognia". Piszę "prawie", a nie "nic" z tego powodu, że to "Ogień", a nie Milicja Obywatelska, wykrył sprawców tego odrażającego czynu (było ich dwóch), wydał na nich m.in. za to (obciążały ich również inne czyny o charakterze kryminalnym) wyrok śmierci, a następnie z jego rozkazu zostali oni zlikwidowani. I tak oto ten, który ustalił sprawców zbrodni i wymierzył im sprawiedliwość, został przedstawiony jako sprawca zbrodni. I proszę mi wierzyć, praca "Pana Pułkownika" nie poszła na marne. Słowo drukowane ma moc. A kiedyś miało większą niż ma teraz. Do dziś dla niektórych mieszkańców Podhala sprawcą tej zbrodni pozostaje "Ogień". A inni mówią o tym: Panie, a wiadomo jak tam było?

Uważny czytelnik zapewne dostrzegł, że pośród przywołanych we wcześniejszych partiach tekstu fragmentów szkalujących "Ognia", wyróżniłem przez podkreślenie te ich części, w których pod adresem "Ognia" i jego oddziału używany jest obraźliwy epitet "banda". Uczyniłem tak nie dlatego, że jest on szczególnie wyszukany, wszak w zestawieniu z "koniokradem i psychopatą, współdziałającym z SS-manami" nie robi raczej większego wrażenia, ale po to, aby uprzytomnić szanownym czytelnikom ciągłość stosowania, przez cały czas PRL-u, tej inwektywy wobec człowieka, który niepodległość Polski i wolność jednostki ludzkiej cenił nad życie. Zrobiłem tak również z tego powodu, że bardzo bym chciał napisać, że to wszystko skończyło się wraz z upadkiem rządów partii komunistycznej w Polsce. Że rok 1989 jest cezurą czasową dla tego typu obelg kierowanych pod adresem "Ognia", że ten straszny dla prawdy, wolności i pamięci o obrońcach tych wartości czas został odkreślony "grubą kreską", że tylko pogrobowcy partii komunistycznej mogą jeszcze poważyć się na coś takiego. Chciałbym tak napisać, ale nie mogę, bo rozminąłbym się  z prawdą.

Komuniści przez kilkadziesiąt lat kreowali opinie o "Ogniu". Zafałszowana propaganda miała zastąpić fakty skrywane w archiwach. Tak było również w przypadku spektaklu telewizyjnego "Rano przeszedł huragan" (premiera: 17 V 1965 r.), wyreżyserowanym przez Jana Bratkowskiego, na podstawie obrzydliwie szkalującej "Ognia" powieści byłego sekretarza powiatowego PPR w Nowym Targu, Władysława Ma
chejka
[zobacz: tzw. machejkizm], pod tym samym tytułem, w której autor zawarł fragmenty rzekomego notatnika Józefa Kurasia "Ognia", i który przez lata wielokrotnie cytowany był jako autentyk. Przygotowując swoje "dzieło" Bratkowski zwrócił się do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (spadkobierców Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego) o udostępnienie zdjęć zgrupowania "Ognia", które miały być wykorzystane w spektaklu.
Ówczesny Zastępca Komendanta Wojewódzkiego MO ds. Bezpieczeństwa w Krakowie, znany już czytelnikom, płk UB/SB Stanisław Wałach zadbał o dostarczenie reżyserowi wytypowanych przez niego zdjęć, co pokazuje powyższy dokument. Proszę jednak szczególnie uważnie przyjrzeć się ostatniemu zdaniu, które ukazuje całą perfidię metod szkalowania niepodległościowego podziemia, w którym to "Pan Pułkownik" sugeruje, by nie przekazywać  TVP zdjęcia zgrupowania "Ognia" w umundurowaniu WP, ponieważ mogłoby ono ukazać widzom skrzętnie ukrywaną prawdę, że jednak był to oddział  niepodległościowej partyzantki, a nie – w myśl założeń komunistycznej propagandy – banda terrorystyczna, czy rabunkowa.


Rzekomy "notatnik Ognia" z książki Władysława Machejka "Rano przeszedł huragan" do dziś cytowany jest jako autentyczny dokument, a niechlubnym przykładem niech będzie choćby "słynny" Jan Tomasz Gross i jego książka "Strach. Antysemityzm w Polsce tuż po wojnie. Historia moralnej zapaści".

Za chwilę zapoznam szanownych czytelników z wyjątkami z pisarskiej twórczości Jacka Kuronia. Zanim jednak to nastąpi, jestem winien młodszym z nich kilka zdań wprowadzenia do tego wątku.

Na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego stulecia, w pierwszych miesiącach i latach wolności Jacek Kuroń był u szczytu swej popularności. Jako jedna z ikon przedsierpniowej opozycji demokratycznej i czołowy działacz podziemia solidarnościowego lat 80., więzień polityczny PRL-u, cieszył się wówczas bardzo dużym zaufaniem społecznym. Jego obraz medialny można nakreślić następująco: serdeczny wobec zwykłych ludzi, bezpośredni, zatroskany o los pojedynczego człowieka, człowiek mądrego kompromisu – polityk, czy raczej działacz społeczny otwarty na racje innych (choć czasami na obrazie tym pojawiały się rysy, np. w 1992 r. – w sprawie lustracji, której był zdecydowanym wrogiem; w wywiadzie telewizyjnym poświęconym tej kwestii z wściekłością na twarzy mówił o zwolennikach lustracji jako o ludziach chorych z nienawiści.
Jego książka "Wiara i wina. Do i od komunizmu", wydana po raz pierwszy w 1989 r., biła rekordy popularności. Zapotrzebowanie na nią było tak duże, że już rok później wyszło trzecie wydanie tej książki. Czytamy tam:

Właściwie wszystko, co tu opowiadam, jest zarazem historią PRL-u […].

(Jacek Kuroń, Wiara i wina. Do i od komunizmu, Niezależna Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1990, Wydanie III, poprawione, s. 247)

Czytelnik książki Kuronia nie powinien mieć zatem żadnych wątpliwości, że autor, człowiek wysokiego zaufania publicznego, przedstawia obraz prawdziwy. Zwłaszcza, gdy pisze o konkretnych ludziach. Po kilku kolejnych zdaniach książki, pełniących rolę wprowadzenia do interesującego nas wątku, czytelnik ma możliwość poznać dość specyficzną charakterystykę "Ognia", przedstawioną przez Kuronia w formie opisu relacji współwięźnia, z którym autor "Wiary i winy. Do i od komunizmu" siedział przez pewien czas w jednej celi. Oto ona:

Ogień – Józef Kuraś – legendarny przywódca Podhala, najpierw należał do AK, potem założył własną bandę. Ponieważ był antyakowski, po wojnie został szefem bezpieczeństwa w Nowym Targu. Potem z całym Urzędem Bezpieczeństwa poszedł do lasu i niesłychanie długo terroryzował Podhale.

(J. Kuroń, op. cit., s. 247)

Stop. Kilka słów koniecznego, jak sądzę, wyjaśnienia. W okresie walki przeciwko okupantowi niemieckiemu, która w przypadku "Ognia" datuje się od 1940 r. (od 1942 r. na stałe z bronią w ręku), należał on kolejno do Związku Walki Zbrojnej, Konfederacji Tatrzańskiej, Armii Krajowej i Ludowej Straży Bezpieczeństwa (od wiosny 1944 r.), która była zbrojną formacją konspiracyjnego Stronnictwa Ludowego "Roch" (rodzina "Ognia" była związana z ruchem ludowym, jego ojciec był aktywnym działaczem struktur powiatowych przedwojennego ruchu ludowego). Jesienią 1944 r. oddział dowodzony przez "Ognia" był oddziałem wykonawczym Powiatowej Delegatury Rządu na Kraj w Nowym Targu.
Siłą powyższych faktów owa "banda", o której pisze Kuroń, to oddział polskiej partyzantki niepodległościowej, mocno osadzony w strukturach Polskiego Państwa Podziemnego. Podkreślam, że w zdaniu pierwszym cytatu mowa jest o okresie okupacji niemieckiej.

Przejęta przez UB kartka z tekstem  przysięgi obowiązującej we wszystkich oddziałach "Ognia": "Przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu, że będę wiernie służył Ojczyźnie swojej. Dla Polski Ludowej poświęcę swoje życie. Rozkazy swoich dowódców będę sumiennie wykonywał, o prawa należne chłopu i wsi polskiej będę walczył. Tajemnicy dochowam choćby padło przypłacić własną krwią. Tak mi dopomóż Bóg."

Nie jest prawdą, że "Ogień" został szefem UB w Nowym Targu dlatego, że był "antyakowski". W rzeczywistości został nim, na całe trzy tygodnie, realizując ówczesną polityczną koncepcję Stronnictwa Ludowego "Roch", polegającą na obsadzaniu własnymi ludźmi tworzących się terenowych struktur władzy. W uzyskaniu przez "Ognia" nominacji na to stanowisko pomocna była bez wątpienia współpraca z partyzantką
radziecką, jaka była udziałem jego oddziału w końcowej fazie okupacji niemieckiej. Jak już wspomniałem, szefem UB w Nowym Targu "Ogień" był przez trzy tygodnie (do 11 kwietnia 1945 r.), po czym na czele większości obsady tegoż urzędu, wcześniejszych partyzantów z oddziału "Ognia", "poszedł  w góry" walczyć o Polskę bez komunistów. Zdezerterowały wówczas także załogi kilku okolicznych posterunków MO, w większości składające się, podobnie jak UB w Nowym Targu, z podkomendnych "Ognia" z okresu partyzantki antyniemieckiej.

Dla czytelników książki Kuronia okres powojenny to kompletna degrengolada "Ognia", jego całkowity upadek także w sferze obyczajowej. W kolejnych wersach czytamy:

Otóż Ogniowi co pewien czas podobała się jakaś dziewczyna, więc brał z nią ślub. Czy zawierał małżeństwa w kościele, pod bronią, zmuszając księży do udzielania kolejnych ślubów, czy obywał się bez kościoła, nieważne, fakt, że wesela robił najhuczniejsze na świecie. Przy okazji rozwalał czerwonych i Żydów. Właśnie w Rabce odbył się taki ślub. Ogień naprzód wylał wódę, potem kazał wypuścić ją w rynsztoki, podpalił gorzelnię i w świetle pożaru pędził w świetle kuligu z tą nowo poślubioną żoną.

(J. Kuroń, op. cit., s. 247)

Uprzedzałem, że czytelnik książki Kuronia dowie się, że po wojnie "Ogień" spadł na samo dno. Przy tym nie dziwi to, że "Ogień" stojąc na czele bandy terroryzował Podhale. Wszak bandy zwykle tak właśnie zachowują się na terenie, na którym grasują. Co bardziej wnikliwi powinni jednak zastanowić się dlaczego "Ogniowi" udawało się to tak długo, skoro wiadomo, że żadna partyzantka, a zwłaszcza ścigana przez władze z taką zaciekłością, jak partyzantka antykomunistyczna w Polsce, nie jest w stanie utrzymać się w terenie bez poparcia miejscowej ludności (gdyby choć promil sił użytych przez partię komunistyczną do zwalczania podziemia antykomunistycznego wykorzystany został do ochrony terenu Treblinki, książka Jana Tomasza Grossa "Złote żniwa" zostałaby odarta z jednego z najważniejszych wątków).

Natomiast, śluby z dziewoją, która akurat co wpadła w oko watażce i krwawy kulig w scenerii przesyconej wódą, żądzą i rynsztokiem, pełniącym rolę detalu uwiarygodniającego opis, a jednocześnie symbolizującym całkowitą degrengoladę nakreślonej w ten sposób postaci, robią jednak pewne wrażenie. To iście filmowy obraz, przy którym "Dzika banda" z okresu rewolucji meksykańskiej, odmalowana w filmie Sama Peckinpaha pod tym samym tytułem, wydaje się być przy "Ogniu" i jego "bandzie" oddziałem Armii Zbawienia. A z drugiego planu przebija się dyskretnie zarysowane przez narratora tchórzostwo kleru katolickiego z Podhala. Bali się watażki "Ognia" na tyle, że wprawdzie pod przymusem, ale jednak uczestniczyli w ohydnych spektaklach profanacji sakramentu małżeństwa – według Kościoła jednego z siedmiu sakramentów świętych.

"Najgroźniejsze było to, że banda «Ognia» miała oparcie w tamtejszym społeczeństwie".

(I sekretarz Komitetu Powiatowego PPR w Nowym Targu Jan Półchłopek)

Jak naprawdę było? Otóż "Ogień" wziął ślub dwukrotnie. Po raz pierwszy w lutym 1940 r. Za żonę pojął wówczas Elżbietę z domu Chorąży. Ich małżeństwo nie trwało długo. Zostało przerwane 29 czerwca 1943 r., kiedy to oddział żandarmerii niemieckiej, w odwecie za niepodległościową partyzantkę "Ognia", zamordował jego żonę – Elżbietę, ich dwuletniego synka Zbyszka (ur. 17 grudnia 1940 r.), a także 73-letniego ojca "Ognia" – Józefa. Dom rodzinny "Ognia" został przez Niemców oblany benzyną i podpalony. Ciała pomordowanych najbliższych "Ognia" Niemcy pozostawili w płonących zabudowaniach. Mieszkańcom wsi Waksmund zabronili gaszenia pożaru. To właśnie po tych wydarzeniach Józef Kuraś, używający dotychczas pseudonimu "Orzeł", przyjął pseudonim "Ogień", pod którym walczył do swej śmierci i pod którym przeszedł do historii.

Po raz drugi "Ogień" wstąpił w związek małżeński w Święta Wielkanocne – 21 kwietnia 1946 r. (niedziela). Poślubił Czesławę z domu Polaczyk (zmarła w roku 2007). Uroczystość udzielenia sakramentu małżeństwa młodej parze miała miejsce w biały dzień (zaczęła się o godz. 14.00), w kościele katolickim w Ostrowsku. Sakramentu małżeństwa udzielił ks. Józef Dewera. Na czas ceremonii zaślubin Ostrowsko zostało obstawione przez "Ogniowców". Uroczystość przebiegła godnie i spokojnie. Następnego dnia na Górze Waksmundzkiej, w masywie Turbacza, bawiono się i tańczono na weselu wyprawionym przez "Ognia". Weselnikom przygrywała do tańca orkiestra cygańska. Była to normalna, choć w anormalnych warunkach wyprawiona, impreza weselna (oczywiście nikogo "przy tej okazji" nie "rozwalono", ani czerwonego, ani Żyda). Do jesieni 1946 r. małżonka "Ognia" przebywała przy oddziale. W listopadzie 1946 r., będąc w stanie błogosławionym, została skierowana przez męża na kwaterę konspiracyjną w Bochni. 2 lutego 1947 r. w szpitalu w Krakowie urodziła syna, któremu zgodnie z życzeniem "Ognia" dała na imię Zbyszek. "Ogniowi" nie było dane ujrzeć swego potomka. Zginął śmiercią samobójczą w niespełna trzy tygodnie po przyjściu Zbyszka na świat. Mam zaszczyt znać Zbigniewa Kurasia, aktualnie mieszkańca Nowego Targu, a także większość rodziny Kurasiów mieszkającej w ich rodzinnym Waksmundzie. Dumni ludzie. Wiele  wycierpieli za samo nazwisko. Jak widać nie tylko w PRL-u.

Lato 1946, Kiczora. Józef Kuraś "Ogień" z żoną Czesławą z d. Polaczyk.

Od pułkownika UB do Jacka Kuronia… rozważania o pamięci – część 2/2>
Strona główna>

Od pułkownika UB do Jacka Kuronia… rozważania o pamięci – część 2/2

Nie chciałem przerywać wstrząsającego w wymowie, jak sądzę, zestawienia  prawdziwego  obrazu wątku rodzinnego "Ognia", niezwykle przecież tragicznego, z  uprzednio przywołanym opisem z książki Kuronia, dlatego tylko nawiasowo zasygnalizowałem, że "Ogniowcy" "przy okazji wesela herszta bandy nikogo nie rozwalili" (żeby utrzymać się jeszcze przez chwilę w "estetyce" opisu z książki Kuronia). W istocie partyzanci "Ognia" nie "rozwalali" ludzi przy takiej, czy innej okazji; likwidacje były wykonywane jako kara za konkretne i ciężkie winy.

[…] cieszy się on [Kuraś] zaufaniem społeczeństwa […]  «Bandy Ognia» nie ma tylko my [Podhalanie] jesteśmy wszyscy «ognikami» – mówił Prezes PSL Edward Polak na sesji Powiatowej Rady Narodowej w lutym 1946 r.

Nie było wypadku, żeby Żyd za samo pochodzenie został zlikwidowany – mówił wiele lat po wojnie Bogusław Szokalski "Herkules", adiutant "Ognia". Znana jest sprawa wydania przez "Ognia" i wykonania przez jego podkomendnych wyroku śmierci na człowieku związanym z partyzantką niepodległościową, który po zakończeniu latem 1945 r. działalności partyzanckiej dopuścił się zabójstwa dwóch kupców – Żydów. I za to właśnie otrzymał wyrok śmierci od "Ognia". To raczej dziwne zachowanie – mam na myśli wydanie za taki czyn  wyroku śmierci i doprowadzenie do jego wykonania –  jak na człowieka  "rozwalającego Żydów".

Pamiętajmy i o tym, że na terenie działalności oddziałów "Ognia", w okresie ich aktywności bojowej, przebywały setki Żydów. Mieszkali oni również w Nowym Targu, miasteczku leżącym u stóp matecznika "Ognia", czyli Gorców. Nowy Targ i inne okoliczne  miejscowości, w których przebywali Żydzi, wielokrotnie były miejscem zbrojnych wystąpień "Ogniowców". Nigdy jednak, jak słusznie podkreślał "Herkules", nie doszło tam do żadnej akcji podkomendnych "Ognia", której celem byłby Żyd, za pochodzenie. Ginęli natomiast z rozkazu "Ognia", zdecydowanie bez względu na pochodzenie, funkcjonariusze UB, konfidenci i lokalni aktywiści komunistyczni. Bez wątpienia z rąk "Ogniowców", wskutek akcji wymierzonych przeciwko ww. kategoriom osób, zginęło znacznie więcej Polaków niż Żydów. Nikt przy zdrowych zmysłach nie uzna jednak z tego powodu, że "Ognia" cechował antypolonizm, czy też, że dążył on do wygubienia narodu polskiego.



Wyroki śmierci (m.in. dla zastrzelonego za znęcanie się nad więźniami Jana Racławskiego – naczelnika więzienia UB w Nowym Targu) wydawane przez Józefa Kurasia "Ognia".

Wątek podziemia antykomunistycznego został przez Kuronia ponownie podjęty, choć już w oderwaniu od postaci "Ognia", w kilka lat później, w napisanej wspólnie z Jackiem Żakowskim książce "PRL dla początkujących" (Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1996, Pozycja wsparta dotacją Ministerstwa Kultury i Sztuki.). Tym razem Kuroń pokusił się o ocenę ogólną na temat kondycji oddziałów partyzantki antykomunistycznej:

W 1945 r. oddziały partyzanckie były zbyt rozdrobnione i za słabe, żeby atakować na przykład wojskowe magazyny. Bały się, że zostaną wykryte i rozbite przez Sowietów. Więc rabowano chłopów. Ruszył proces wyradzania się partyzantki w bandytyzm. Od chwili rozwiązania AK (styczeń 1945 r. – przyp. G.W.) coraz trudniej było odróżnić bandę rabunkową od grupy niepodległościowej.

(Jacek Kuroń, Jacek Żakowski, PRL dla początkujących, Wrocław 1996, s. 13)

Specyficzny to obraz podziemia, w którym jego potencjał, zresztą zdaniem Kuronia – jak widać – słabiutki, mierzy się wskazaniem obiektów, które miały być, z uwagi na możliwości atakujących, przedmiotem akcji aprowizacyjnych. Na płótnie takiego obrazu nie ma miejsca na idee odmalowanego w taki sposób podziemnego zrywu, o jakimkolwiek jego etosie nie wspominając. Przypomnijmy zatem, że chodzi bądź co bądź o polskie podziemie niepodległościowe, walczące w skrajnie trudnych warunkach z reżimem komunistycznym o niepodległość Polski i wolność jednostki ludzkiej. O podziemie, przez które przewinęło się ponad 150 tys. naszych rodaków, z czego w różnych okresach ponad 20 tys. walczyło  w oddziałach partyzanckich z bronią w ręku. O podziemie, którego żołnierze w okresie od stycznia 1945 r. do czerwca 1948 r. przeprowadzili w sumie co najmniej 63 akcje odbicia więźniów z więzień, obozów, placówek oraz konwojów UBP i NKWD, w wyniku których uwolniono nie mniej niż 3750 więźniów !!! (zobacz: Kazimierz Krajewski, Akcje uwalniania więźniów z więzień, obozów oraz placówek UBP i NKWD 1944 – 1948. Wstępna próba bilansu).
O podziemie, którego resztki, pomimo okrutnego terroru komunistycznego wymierzonego w zaplecze partyzantki – czyli ludność wspierającą "leśnych" – przetrwały do początków lat 50. ubiegłego stulecia, co jest znakomitym dowodem, że cieszyło się ono trwałym poparciem niemałej części naszych przodków. O podziemie, które spłynęło krwią dziesiątków tysięcy jego żołnierzy poległych i pomordowanych w walce o prawo człowieka do wolnego życia na ziemi. O podziemie, którego polegli i pomordowani żołnierze spoczywają w znakomitej większości w nieznanych do dziś miejscach, pogrzebani tam przez komunistów, którzy w ten sposób odmówili im nawet prawa do ludzkiego, czyli godnego pochówku. Wreszcie o podziemie, o którym pamięć narodowa miała zostać, tak jak one, zabita.

Zwłoki dowódcy 3. kompanii zgrupowania "Ognia", por. Henryka Głowińskiego "Groźnego" (z prawej) i Jana Osieckiego "Bratka", poległych w walce z KBW w Bielance 9 listopada 1946 r. UB nigdy nie zdołało ustalić prawdziwej tożsamości "Groźnego" mimo poszukiwań prowadzonych jeszcze w latach 70.

Nie miał jakoś Kuroń serca do walczących z komunistami na śmierć, a nie na życie. Dlaczego? Od niektórych znajomych słyszałem taką oto opinię, że ponieważ Kuroń sam przez pewien czas budował komunizm, a potem przez kolejne lata, już w kontrze do partii komunistycznej, starał się system ten poprawić, ulepszyć – żeby ludziom lepiej się w nim żyło (to nie sarkazm) – to nie miał wielkiego zrozumienia ani sympatii dla tych, którzy ten system z całych sił i z bronią w ręku zwalczali. Czy jest w tej opinii jakaś racja? Trudno orzec.

W książce "Wiara i wina. Do i od komunizmu" jest fragment, w którym Kuroń wspomina, że gdy wraz z Karolem Modzelewskim w 1965 r
., po wyroku skazującym za słynny, choć szerokiej opinii publicznej raczej nieznany w treści, niestety, List otwarty do Partii, byli wyprowadzani w kajdanach z budynku warszawskiego sądu, zgromadzeni tam ich koledzy (Kuroń pisze o tłumie) śpiewali im "Międzynarodówkę". Mocna scena. Przemawia do wyobraźni. Dajmy zatem wyobraźni jeszcze trochę popracować. Załóżmy, że podczas procesów żołnierzy podziemia antykomunistycznego, czyli raptem jakieś 20–12 lat wcześniej niż proces Kuronia i Modzelewskiego, na salach sądowych mogli być obecni koledzy skazywanych, wszystko jedno czy z oddziałów, czy z dzieciństwa. Czy wyobrażacie sobie Państwo, że choć jedna taka publiczność, z dziesiątek tysięcy publiczności sądowych na procesach, w których władza komunistyczna wymierzała karę "Żołnierzom Wyklętym", zaśpiewałaby swym kolegom nie np. "Jeszcze Polska nie zginęła" lub "Boże coś Polskę" – z błagalną prośbą Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie, lecz Bój to jest nasz ostatni / Krwawy skończy się trud  / Gdy związek nasz bratni / Ogarnie ludzki ród…?

Toż to kompletny surrealizm. Taką wizję może przyjąć tylko wyobraźnia chora. Józef Mackiewicz, zwracając uwagę, że wybór akurat "Międzynarodówki" na pieśń wyśpiewaną Kuroniowi i Modzelewskiemu podczas wyprowadzania ich w kajdanach z sali sądowej mówi co nieco o horyzontach ideowych  śpiewającego wówczas chóru  towarzyszy skazanych, podsumował tę sytuację krótko:

To coś jakby bojówka Piłsudskiego zaintonowała przed X Pawilonem "Boże, Caria chrani".

(Józef Mackiewicz, Okupacja – czy coś gorszego? O Ninie Karsov kontrrewolucyjnym piórem, Wiadomości 1970, nr 12/13)

Czy wyzwanie, które rzuciłem wyobraźni szanownych czytelników coś tłumaczy? Może wskazuje na obcość porządków wartości tych dwóch tradycji postaw wobec systemu komunistycznego, skutkującą wzajemnym niezrozumieniem i potrafiącą zrodzić tak niesprawiedliwe oceny "Żołnierzy Wyklętych", jakie były udziałem Kuronia?

Jacek Kuroń i Karol Modzelewski.

Chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedną, jak sądzę istotną okoliczność. Otóż konsultantem historycznym wspomnianej wyżej książki PRL dla początkujących był profesor Andrzej Friszke. Jeżeli dobrze rozumiem, na czym przy tego rodzaju publikacjach polega rola konsultanta historycznego, to mam podstawy twierdzić, że zaaprobował on, jako zgodny ze stanem rzeczy, przypomniany przeze mnie fragment książki dotyczący oddziałów podziemia antykomunistycznego. Na usprawiedliwienie Pana Profesora można zastrzec, że stan wiedzy na temat tegoż podziemia był w połowie lat 90. znacznie uboższy niż jest teraz. Przyrost tej wiedzy to oczywiście zasługa przede wszystkim Instytutu Pamięci Narodowej z okresu prezesury profesora Janusza Kurtyki. Ze smutkiem stwierdzam zatem, że odnotowałem co najmniej jedną publiczną wypowiedź profesora Friszke, dotyczącą pracy IPN pod kierownictwem profesora Kurtyki, w której dał on wyraz swej ocenie, że priorytety badawcze IPN są wytyczone źle, gdyż wątek zbrojnego oporu przeciwko systemowi komunistycznemu jest nadreprezentatywny, w stosunku do rzeczywistego jego znaczenia dla polskiej rzeczywistości po zakończeniu drugiej wojny światowej. Zgodnie ze znowelizowaną siłami PO, PSL i SLD ustawą o IPN, Sejm RP wybierze wkrótce część członków Rady Instytutu Pamięci. Jedną z jej prerogatyw ustawowych jest formułowanie dla Prezesa Instytutu Pamięci, znacznie bardziej zależnego od Rady Instytutu oraz układu sił politycznych w Sejmie RP, niż miało to w okresie przed ww. nowelizacją, rekomendacji dotyczących podstawowych kierunków działalności Instytutu Pamięci w zakresie badań naukowych i edukacji. Jednym z kandydatów do Rady Instytutu wydaje się, że murowanym, jest profesor Andrzej Friszke. Czas pokaże, jakie będą priorytety badawcze i edukacyjne Instytutu Pamięci pod rządami nowych jego władz. Warto uważnie przyglądać się tej sprawie.

Prof. Andrzej Friszke.

Wracając na zakończenie do postaci "Ognia", wspomnę, że 13 sierpnia 2006 r. ś.p. Prezydent RP Lech Kaczyński wraz ze Zbigniewem Kurasiem, synem "Ognia" uroczyście odsłonili w Zakopanem, w obecności kilku tysięcy ludzi, wzniesiony staraniem Fundacji "Pamiętamy", przy wsparciu Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, pomnik upamiętniający "Ognia" i jego blisko stu podkomendnych, którzy padli w walce o wolność. Miejsce to, poza tym, że jest symboliczną mogiłą większości upamiętnionych tym pomnikiem braci naszych, którzy padli w walce z władzą nieludzką, pełni też rolę edukacyjną. Przypomina bowiem, jak inne tego rodzaju upamiętnienia, że komunizm był śmiertelnym wrogiem wolności, w każdym jej wymiarze, oraz jaka jest cena za wolność. Byłoby dobrze, gdyby takie miejsca cieszyły się naszą troską i pamięcią. [zobacz galerię zdjęć z uroczystości: 1>, 2>].

Pomnik "Ognia" i jego żołnierzy, poległych i pomordowanych przez komunistów, odsłonięty w Zakopanem 13 VIII 2006 r.

Ś.p. Prezydent RP Lech Kaczyński odsłania, wraz z synem mjr. "Ognia" – Zbigniewem Kurasiem, pomnik w Zakopanem.

"Sprawa złożenia broni: jako Polak i stary partyzant oświadczam: wytrwam do końca na swym stanowisku «Tak mi dopomóż Bóg». Zdrajcą nie byłem i nie będę. […] Daremne wasze trudy, mozoły i najrozmaitsze podstępy." – z listu "Ognia" do UB.

Wzmiankowałem już w tym tekście, że w okresie PRL-u nacisk komunistyczny był tak powszechny i mocny, że zerwał nawet przekaz pokoleniowy na temat czynnej samoobrony naszych przodków przed komunistami. Przymusowe milczenie ludzi znających prawdę i trwająca dziesiątki lat, prowadzona z wykorzystaniem instytucji państwowych i oświatowych propaganda komunistyczna musiały doprowadzić do stanu, z którym zmagamy
się po dziś dzień i przyjdzie nam się zmagać jeszcze długo. Do stanu powszechnej wręcz niewiedzy na temat historii zbrojnej walki o Polskę bez komunistów lub fałszywego historii tej postrzegania.

Broszura wydana przez Fundację "Pamiętamy" z okazji odsłonięcia pomnika w Zakopanem [pobierz klikając w okładkę].

Co gorsza, okres PRL-u wytworzył w myśleniu wielu ludzi skamielinę, która skutkuje brakiem zrozumienia, a w konsekwencji także brakiem szacunku dla ofiary i cierpienia w imię dobra wspólnego. Ta skamielina na naszych oczach niesiona jest, niestety, w młodsze pokolenia. W mojej ocenie jest ona wysoce niebezpieczna. Zagraża bowiem jednemu z fundamentów wspólnoty narodowej, za który uznaję właśnie szacunek dla ofiary złożonej przez naszych przodków na ołtarzu wolności. Pamiętajmy, że tradycja nieprzekazana następnym pokoleniom umiera. Dotyczy to także tradycji wolnościowej, bez której w przestrzeni publicznej nie ma miejsca na wartości będące treścią tej tradycji – takie jak odwaga, niezależność, honor, itd. To właśnie dlatego walka o pamięć jest tak ważna – jej istotą nie jest bowiem przeszłość, lecz przyszłość.

Grzegorz Wąsowski
Fundacja "Pamiętamy"

PS. Pomnik poległych i pomordowanych "Ogniowców" stoi w Zakopanem przy Równi Krupowej, nieopodal Dworca PKP, w bezpośredniej bliskości miejsca, z którego busy wycieczkowe ruszają w kierunku Morskiego Oka. Zachęcam do odwiedzania tego miejsca. Kto przed tym pomnikiem stanie, będzie mógł, pośród wyrytych na pomniku nazwisk, pseudonimów i dat śmierci "Ogniowców", przeczytać następujący fragment z listu "Ognia" do "Groźnego" († 9 XI 1946 r.) z października 1946 r.: …i niech szlag trafi, ale w górę serca.
A może niektórzy czytelnicy tego tekstu uznają, że przy okazji bytności w Zakopanem, należy pod pomnikiem "Ogniowców" zapalić lampkę pamięci?

Grzegorz Wąsowski
adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944- 1954
.

6 Brygada Wileńska AK a "Złote żniwa"

Grzegorz Wąsowski
[wybór zdjęć i opisy do nich – autor strony]

6 BRYGADA WILEŃSKA ARMII KRAJOWEJ  PRZECIWKO POSZUKIWACZOM ZŁOTA W TREBLINCE, CZYLI O CZYM POWINNIŚMY PAMIĘTAĆ W  KONTEKŚCIE NOWEJ KSIĄŻKI JANA TOMASZA GROSSA.

6 Brygada Wileńska AK na zbiórce. Podlasie, okolice Mężenina. 20 kwietnia 1946 r.

W lutym na polskim rynku księgarskim ma ukazać się nowa książka Jana Tomasza Grossa zatytułowana Złote żniwa. W zamiarze autora, publikacja ta ma przybliżyć historię bogacenia się, w pierwszych latach po zakończeniu okupacji niemieckiej, przez część naszych krajan na mieniu pożydowskim. Jeden z istotnych wątków nowej książki Grossa dotyczy procederu przekopywania terenu obozu zagłady w Treblince przez mieszkańców  okolicznych wsi w poszukiwaniu kosztowności.

Jan Tomasz Gross

Do premiery Złotych żniw zostało jeszcze kilka tygodni. Już dziś wiadomo jednak, że książka ta wywoła żywą dyskusję, czy raczej wymianę ciosów między tymi, którzy chcieliby obraz naszych przodków  z tamtych lat sprowadzić do "hien cmentarnych" z kieszeniami napchanymi  precjozami zdartymi z ledwo ostygłych trupów Żydów lub, w najlepszym wypadku, do zbiorowości akceptującej rabowanie mienia ofiar Holocaustu, a tymi, którzy w obronie źle pojętego honoru narodowego będą kwestionować lub pomniejszać fakt, że ten haniebny proceder był rzeczywiście udziałem niektórych naszych rodaków. Jest wysoce prawdopodobne, że w większości mediów wygra "wrażliwość" bliższa  pierwszej z zarysowanych powyżej wizji "historii Polski", co dla osób wyznających  drugą  optykę będzie tylko kolejnym dowodem na słuszność trwania przy swoim. Przegra, jak zwykle w konfrontacji dwóch zwalczających się obozów, prawda. Bo  nie satysfakcjonuje ona żadnej ze stron konfliktu. Bo propaganda,  niezależnie od swej ideowej charakterystyki, nie znosi niewygodnych dla niej faktów. Bo albo się robi w propagandzie albo się robi w historii. Te zajęcia są nie do pogodzenia, to alternatywa wykluczająca.

Pierwsze opinie na temat książki Grossa, formułowane przez tych, którzy, jak twierdzą, zapoznali się z jej maszynopisem, zwracają uwagę na trudną do zaakceptowania tendencję autora do rozszerzania odpowiedzialności jednostkowej, tych naszych rodaków, którzy dopuścili się hańbiących ich dobre imię czynów, których treścią było niezgodne z prawem boskim i ludzkim wzbogacenie się na mieniu pozostawionym przez ofiary Holocaustu, na cały naród, czy też większą jego część. Czy tego rodzaju opinie są uzasadnione treścią książki, będziemy mogli przekonać się wkrótce.

Na pewno jednak książka Grossa, mając na uwadze jej spodziewany wielki rezonans medialny, wprowadzi do świadomości ogólnospołecznej informacje, których szersza opinia polska nie posiada, bądź posiadać nie pragnie. Dlatego warto do wątku "hien cmentarnych" plądrujących  kiedyś teren obozu w Treblince  dorzucić garść informacji, które, w moim przekonaniu, są obiektywnie ważne dla odmalowania pełnego obrazu tego epizodu historii.

Treblinka, miejsce po niemieckim obozie zagłady.

Chcę mianowicie przypomnieć, że jedna z najważniejszych jednostek partyzanckich podziemia antykomunistycznego na Podlasiu, jaką była odtworzona na rozkaz majora Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki" 6 Brygada Wileńska AK, dowodzona kolejno przez ppor./por. Lucjana Minkiewicza "Wiktora", por./kpt. Władysława Łukasiuka "Młota" i kpt. Kazimierza Kamieńskiego "Huzara", podjęła w początkach 1946 r. działania porządkowe wymierzone przeciwko osobom uprawiającym na terenie  Treblinki proceder grabienia szczątków ludzkich  z kosztowności.

2 szwadron 6 Brygady Wileńskiej AK. Podlasie, 1947 r. Dowódca szwadronu Walerian Nowacki "Bartosz" zginął 3 VII 1948 r. w walce z KBW.

Oddział ten, operujący zwykle w innych rejonach Podlasia, zawitał w okolice  Treblinki w pierwszych dniach lutego 1946 r. Oto co w tamtych dniach zanotował kronikarz  6 Brygady Wileńskiej AK (kronika Brygady wpadła w ręce komunistów po bitwie, którą partyzanci stoczyli z obławą komunistyczną  30 kwietnia 1946 r. pod Śliwowem; następnie przeleżała się w archiwach MSW, dziś pozostaje w zasobach IPN-u):

    2.II.1946r. Zbliżamy się do sławnej Treblinki. Według opowiadań ludności, ciągłe rozkopywanie i ograbianie trupów doszło do ostatnich granic zezwierzęcenia. Wyrywa się zęby, całe szczęki, obcina ręce, nogi, głowy, aby zdobyć kawałek złota. Profanacja, a władze nie przedsiębiorą [żadnych działań – przyp. G.W.] celem zabezpieczenia tego jedynego w swoim rodzaju cmentarzyska, na którym spoczywa przeszło 3 miliony [liczba ofiar zawyżona – przyp. G.W.] Żydów, Polaków, Cyganów, Rosjan i in. narodowości.

    3-4.II.1946r. Chmielnik. Jesteśmy o trzy km od "obozu śmierci". Wywiad przeprowadzony w "obozie" potwierdził dane o profanacji. Wieczorem 4.II.1946 r. jedziemy do wsi Wólka – Okrąglik na ekspedycję karną przeciw poszukiwaczom złota w Treblince.

Przez kolejne dwie noce (z 4/5 i 5/6 lutego 1946 r.) licząca wówczas kilkudziesięciu partyzantów 6 Brygada Wileńska AK wypuszczała w teren patrole, w celu ujęcia  zdemoralizowanych rodaków uprawiających haniebny proceder profanowania szczątków ofiar hitlerowskiego obozu zagłady w Treblince w poszukiwaniu złota i innych kosztowności. Winnych, którzy zostali przez partyzantów schwytani, ukarano solidnymi batami.
Z przywołanego powyżej frag
mentu kroniki oddziału partyzanckiego wynika kilka interesujących kwestii.

Po pierwsze, zjawisko grabienia ludzkich szczątków na terenie Treblinki miało miejsce jeszcze w 1946 roku, a jego skala  w tym czasie musiała być niemała, skoro praktyki te były szeroko komentowane przez okolicznych mieszkańców.

Po drugie, według  przywołanej w kronice 6 Brygady oceny okolicznej ludności, władze komunistyczne przez cały czas od odejścia Niemców z Podlasia w sierpniu 1944 r. aż do  przynajmniej początków 1946 r. (czyli przez blisko półtora roku !), pomimo, że dysponowały rozbudowanym aparatem przymusu, nie podjęły żadnych środków zaradczych mających ukrócić plądrowanie  cmentarzyska w Treblince.

Po trzecie, część  ludności zamieszkującej wsie położone nieopodal Treblinki jednoznacznie potępiała "hieny cmentarne" grasujące na terenie byłego obozu. Obecność oddziału partyzanckiego wykorzystała dla opisania tego procederu partyzantom, licząc zapewne na podjęcie przez nich działań wymierzonych w osoby dopuszczające się  okradania ludzkich szczątków. I nie zawiodła się.

Plan obozu zagłady w Treblince naszkicowany przez Samuela Willenberga, jednego z nielicznych ocalałych więźniów.

Dla każdego badacza okresu pierwszych lat rządów komunistów w Polsce jest mniej więcej jasne, że instytucje przymusu państwowego, które w normalnym, tj. szanującym wolność i własność indywidualną, państwie prawa  są wykorzystywane dla ochrony obywateli oraz porządku, były wówczas narzędziem w rękach partii komunistycznej do zaprowadzenia i utrzymania  zniewolenia komunistycznego na ziemiach polskich. Z tego powodu Milicja Obywatelska praktycznie nie zajmowała się tropieniem i zwalczaniem złodziejstwa, ale była pochłonięta wspieraniem Urzędu Bezpieczeństwa oraz Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego w działaniach wymierzonych przeciwko wrogom "władzy ludowej", czy pomocą w  werbunku agentury na potrzeby UB. Rolę stróżów prawa i porządku spełniało natomiast, w miarę swych możliwości, ścigane przez władze państwowe podziemie antykomunistyczne.

Bardzo duża liczba zachowanych do naszych czasów raportów przeróżnych struktur podziemnych z informacjami o wykonanych przez nie w latach 1945-1947 akcjach przeciwko przestępcom pospolitym, w szczególności złodziejom, jest dowodem zarówno na to, że mające miejsce podczas okupacji niemieckiej zjawisko  silnego osłabienia poszanowania norm społecznych, przejawiające się min. istotnym wzrostem liczby przestępczości, utrzymywało się  także w okresie tuż powojennym, jak i na to, że  zagrożona pospolitym bandytyzmem ludność szukała i znajdowała swoich obrońców nie na posterunkach MO, lecz pośród  partyzantów walczących z komunistami o wolność. I  to właśnie min. z tego powodu  znaczna część ludności partyzantkę antykomunistyczną  popierała  i  udzielała jej pomocy, dzięki czemu oddziały "żołnierzy wyklętych" mogły tak długo, bo aż do przełomu  lat czterdziestych i  pięćdziesiątych ubiegłego stulecia, utrzymać się w terenie.
Dlatego też nie należy dziwić się, że z poszukiwaczami złota w Treblince, z którymi powinny i mogły szybko oraz skutecznie uporać się państwowe agendy przymusu, starali się rozprawić  partyzanci.

Uważam, że ważne jest, aby przywołany w niniejszym tekście epizod z dziejów 6 Brygady Wileńskiej AK nie umknął naszej świadomości. Zwłaszcza, że obraz "leśnych" w polskich mundurach z orłem w koronie na czapkach i ryngrafem z Matką Boską Ostrobramską na piersiach, bo tak właśnie prezentowały się   oddziały walczące  w 1946 roku pod rozkazami "Łupaszki", "Wiktora" i "Młota", ścigających i karzących chłostą amatorów mienia zamordowanych w Treblince ofiar Holocaustu może nie pasować do wizji, którą lada moment prezentować będą co poniektóre media. Warto ten obraz wszem i wobec przywoływać, w imię pełnej prawdy o naszych przodkach, w tym  kontekście historycznym.

Żołnierze 6 Brygady Wileńskiej AK dowodzonej  przez kpt. Kazimierza Kamieńskiego
"Huzara",
Podlasie,
prawdopodobnie 1950 r.
Stoją od lewej: sierż. Lucjan Niemyjski "Krakus", 22 sierpnia
1952 otoczony przez GO UB-KBW popełnił samobójstwo, Józef Brzozowski
"Zbir", "Hanka", zginął latem 1952 w walce z KBW; Wacław Zalewski "Zbyszek", zamordowany 11 X 1953 r. w więzieniu w Białymstoku,
ppor. Witold Buczak "Ponury", zginął w walce z KBW 28 maja 1952 r.,  NN
"Jurek", Eugeniusz Welfel "Orzełek", zginął w walce z KBW 30 IX 1950 r.

Niech mi będzie wolno wspomnieć na koniec, że  epopeja odtworzonej na Podlasiu 6 Brygady Wileńskiej AK zakończyła się dopiero jesienią 1952 r., kiedy to komunistom udało się rozbić ostatnie grupy partyzantów z tego oddziału. Z grona kolejnych dowódców tej jednostki partyzanckiej, jak również dowódców jej pododdziałów, zwanych szwadronami, nie ocalał nikt. Padła w kolejnych walkach bądź została zamordowana w komunistycznych kazamatach także większość szeregowych żołnierzy 6 Brygady. Wszyscy oni dotrzymali zapewnienia, jakie zawarli w odezwie pochodzącej z 1946 r., kolportowanej na terenie Podlasia, sygnowanej: 6 Partyzancka Brygada Wileńska AK:

Nie obchodzą nas partie lub te, czy owe programy. My chcemy Polski suwerennej, Polski chrześcijańskiej, Polski – polskiej. […]. Tak jak walczyliśmy w lasach Wileńszczyzny, czy na gruzach kochanej stolicy – Warszawy – z Niemcami, by świętej Ojczyźnie zerwać pęta niewoli, tak dziś do ostatniego legniemy, by wyrzucić precz z naszej Ojczyzny Sowietów. Święcie będziemy stać na straży wolności i suwerenności Polski i nie wyjdziemy dotąd z lasu, dopóki choć jeden Sowiet będzie deptał Polską Ziemię.

Ryngraf z wizerunkiem Matki Boskiej Ostrobramskiej por. Lucjana Minkiewicza "Wiktora", jednego z dowódców 6 Brygady Wileńskiej Armii Krajowej.

Grzegorz Wąsowski
Fundacja "Pamiętamy"

Strona główna>

Na marginesie listu J. M. Rymkiewicza zdań kilka… – część 1/2

Grzegorz Wąsowski
[wybór zdjęć i opisy do nich – autor strony]

NA MARGINESIE LISTU OTWARTEGO JAROSŁAWA MARKA RYMKIEWICZA DO ADAMA MICHNIKA ZDAŃ KILKA O ZBIGNIEWIE HERBERCIE I JÓZEFIE MACKIEWICZU

Wielu obserwatorów dyskursu (?) publicznego w Polsce miało niedawno okazję zapoznać się z treścią listu otwartego skierowanego przez Pana  Jarosława Marka Rymkiewicza do Pana Adama Michnika. Autor listu stawia w nim adresatowi korespondencji szereg zarzutów. Jednocześnie z listu przebija żal, duży zawód wyrażony konstatacją Autora, że Adam Michnik odstąpił od ideałów wolnościowych, że to nie ten sam co kiedyś człowiek.

Jarosław Marek Rymkiewicz

Nie mnie oceniać słuszność opinii Autora listu na temat postawy Adama Michnika, czy też  przemiany jaka, zdaniem Autora listu, w Adamie Michniku zaszła. To że zabieram głos na temat korespondencji, jaką  istotna  postać polskiej literatury skierowała do legendy opozycji przedsierpniowej i jednej z najbardziej wpływowych osobistości niepodległej Rzeczypospolitej, jednocześnie jest powodowane po pierwsze, chęcią podzielenia się z rodakami tym, co  swego czasu usłyszałem od Pana Zbigniewa Herberta (którego postać została w liście przywołana) po drugie zaś, nieodpartą potrzebą opatrzenia komentarzem bardzo emocjonalnej aury listu (proszę wybaczyć mi brak należytej w tym względzie pokory).

W roku 1996 kilkakrotnie miałem zaszczyt gościć w domu  u Państwa Katarzyny i Zbigniewa Herbertów. Podczas jednej z tych wizyt Zbigniew Herbert opowiedział mnie i mojemu koledze, Rafałowi Dzięciołowskiemu, następujące zdarzenie. Otóż  pewnego razu do naszego gospodarza zadzwonił Adam Michnik i raczył stwierdzić – tu powtarzam za Poetą bardzo dokładnie – Zbyszku, jesteś dla mnie bogiem. Na to Zbigniew Herbert miał odpowiedzieć: poszukaj sobie innego boga. Po czym odłożył słuchawkę.  Michnik dzwonił wtedy bodajże z Tokio. Był to czas, w którym Adam Michnik zabiegał o kontakty ze Zbigniewem Herbertem, ten natomiast nie chciał mieć z Adamem Michnikiem nic wspólnego, co w sposób jednoznaczny wówczas nam artykułował, nazywając Pana Michnika oszustem intelektualnym (podobna opinia Zbigniewa Herberta została utrwalona przez Jerzego Zalewskiego w filmie dokumentalnym "Obywatel Poeta", wyemitowanym przez  TVP w 2001 r.).

Oczywiście tylko osoby będące niezwykle daleko od nadającej ton naszemu życiu publicznemu "wspólnoty ludzi przyzwoitych", którą  stosunkowo niedawno wskazał chyba właśnie Adam Michnik, nie wykluczają, że opinia jaką w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia Zbigniew Herbert miał i wyrażał na temat Adama Michnika, pomimo zabiegów tego ostatniego o utrzymanie dobrych wzajemnych relacji, mogła mieć pewien wpływ na ukazanie się na łamach Gazety Wyborczej, po śmierci Poety w 1998 r., tekstów i wypowiedzi, z których czytelnik miał prawo wywieść smutny wniosek, że w ostatnich latach swego życia Zbigniew Herbert  miał niejakie problemy ze zdrowiem psychicznym.

Zbigniew Herbert

Jak wspomniałem, zdecydowałem się na napisanie tego tekstu powodowany również potrzebą odniesienia się do bardzo emocjonalnej aury wystąpienia  listownego Jarosława Marka Rymkiewicza, którą to aurę uznać należy za następstwo jakże częstego i w sumie banalnego zjawiska, określanego mianem zawiedzionych uczuć. Potrzebę zabrania głosu w tej sprawie  wywołała u mnie obawa, że czytelnicy listu sprzyjający jego Autorowi mogą popaść w błędne przeświadczenie, że oto wszyscy ludzie pióra, intelektualiści, których nie nazywa się dziś autorytetami, a którzy zachowali zdolność  krytycznego myślenia – idącego jakże często pod  prąd obowiązującym w danym czasie ocenom, tendencjom, modom itd., wyznaczanym aktualnie przez ową "wspólnotę ludzi przyzwoitych" – mieli ten sam co Jarosław Marek Rymkiewicz emocjonalny problem, objawiający się wewnętrznym przymusem radykalnej rewizji oceny osoby Adama Michnika, skutkujący żalem charakterystycznym dla  osób  silnie kimś rozczarowanych.

Otóż tak nie jest.  Znakomitym tego przykładem jest Józef Mackiewicz, wybitny polski pisarz emigracyjny, autor jedenastu książek, w tym kilku świetnych powieści, z których Sprawa pułkownika Miasojedowa (z 1962 r.) należy, w ocenie niżej podpisanego, do najwybitniejszych dzieł w historii literatury. Był też Józef Mackiewicz autorem wielu znakomitych opowiadań. O dwóch z nich ("Dymy nad Katyniem" – z 1947 r. i "Ponary – "Baza"" – z 1945 r.) tak pisał Czesław Miłosz:
 

Józef Mackiewicz widział groby katyńskie i napisał, co zobaczył. Przypadkiem był też świadkiem, jak odbywało się mordowanie Żydów w Ponarach i też zostawił rzeczowy raport. I dopóki będzie istnieć polskie piśmiennictwo, te dwa zapisy grozy dwudziestego wieku powinny być stale przypominane, po to, żeby dostarczały miary wtedy, gdy literatura zbytnio oddala się od rzeczywistości.

[Cz. Miłosz, Koniec Wielkiego Księstwa (O Józefie Mackiewiczu), "Kultura", nr 5/1989 r.]

Dorobek twórczy Mackiewicza obejmuje także wiele tekstów publicystycznych, zachwycających logiką wywodu i stylistyką. Na łamach tych ostatnich kilkakrotnie przewija się postać Adama Michnika, wspomniani są tam także, czasami z nazwiska, czasami z imienia, ludzie z Jego  środowiska. Wyjątki z artykułów autorstwa Józefa Mackiewicza, które przywołuję w dalszych partiach tego tekstu, pochodzą z lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, i jako takie są bardzo ciekawym świadectwem, w jaki sposób znakomity polski pisarz, zapewne najwybitniejszy spośród pisarzy polskich dwudziestowiecznych, intelektualista, wielki orędownik prawdy i wolności, patrzył na krąg osób, o którym traktują niemałe fragmenty listu otwartego Jarosława Marka Rymkiewicza. Nie wiem, czy Mackiewicz miał w tej sprawie rację, czy nie. Być może mylił się, tak jak być może myli się dziś Rymkiewicz. Oceńcie Państwo sami… Na pewno jednak, gdyby Józef Mackiewicz żył, nie czułby krzty rozczarowania poglądami i działaniami Adama Michnika, głoszonymi i podejmowanymi przez tego ostatniego po zakończeniu okresu komunistycznego zniewolenia, czyli po roku 1990. Oto zapowiadana garść cytatów:

[…] Wnet Kołakowski i Michnik wojażują dalej. Przyjmowani są serdecznie przez komunistów włoskich […]. W tym czasie w komunistycznej włoskiej Paese Sera czytamy "…Profesor Kołakowski i Adam Michnik podkreślili, że obrońcy praw człowieka ze wszystkich krajów Europy Wschodniej występują – po raz pierwszy – solidarnie, a partie komunistyczne Zachodu, dzięki eurokomunizmowi, popierają walkę o poszanowanie praw ludzkich w krajach demokracji ludowej".

Następnie Kołakowski i Michnik pojechali do Paryża, gdzie tamtejsi komuniści i socjaliści zorganizowali dla nich wielką konferencję prasową z udziałem stu dziennikarzy francuskich. W trakcie spotkania połączono się telefonicznie z Jackiem Kuroniem w Warszawie […]. Cały ten komunistyczno – socjalistyczny klimat wspierający polskich, jak uprzednio innych "desydentów" – nie antykomunistycznych – przyjęła polska prasa emigracyjna ze szczerym entuzjazmem.[…].

Powiem nie owijając w bawełnę: Adam Michnik i… towarzysze – że pozwolę sobie na ten skrót, aby nie wymieniać wszystkich świętych dzisiejszej prasy emigracyjnej – są mi ludźmi z drugiej strony barykady. Ja jestem przeciwko każdemu komunizmowi. Oni go popierają w takich postawach jak "antyrosyjski", "europejski", w plastiku "praw człowieka i obywatela". Nie można zwalczać komunizmu i jednocześnie go popierać.

Powyższe cytaty pochodzą z tekstu "Na drodze wielkiego ześlizgu (II)", opublikowanego w londyńskich "Wiadomościach" (nr 45 z 1977 r.).

Na marginesie listu J. M. Rymkiewicza zdań kilka… – część 2/2>
Strona główna>

Na marginesie listu J. M. Rymkiewicza zdań kilka… – część 2/2

W innym tekście, wcześniejszym jeszcze od cytowanego uprzednio, bo pochodzącym z 1970 r., opublikowanym po raz pierwszy także w "Wiadomościach" (nr 12/13 z 1970 r.), Józef Mackiewicz, odnosząc się do jakże słusznej myśli Szymona Szechtera:
 

Rozbicie zbiorowości ludzkiej na jednostki… niezdolne do żadnej prowadzonej wespół z innymi walki, do przyjęcia żadnej idei oprócz idei zbiorowego kłamstwa… oto jest sedno tego, co nazwałem Metodą.

[Nina Karsow, Szymon Szechter, Nie kocha się pomników, Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1970 r.]

pisze tak:

Przecież Lenin uczył, że najważniejsza jest skuteczność, i dla osiągnięcia jej dopuszczalne są wszystkie środki i chwyty. Gdybym był komunistą, byłbym więc przyjacielem wszystkich Leszków, Jacków, Karolów […], chłopców z "Po prostu", październikowych Gomułków i styczniowych Dubczeków. Słowem tych wszystkich, którzy pragną komunizm wzmocnić od wewnątrz, wlać weń ożywcze soki, uskrzydlić na zewnątrz. Ale nie jestem komunistą, lecz antykomunistą […]. Jest to więc ta sama przyczyna, dla której wszelkich sanatorów komunizmu i jego ulepszaczy nie mogę uważać za przyjaciół, lecz za wrogów.[…] Rachunek wydaje się prosty: albo zbuntujemy się i pójdziemy kontra, albo sami staniemy się narzędziem (wolnym lub bezwolnym) potwornej Metody. Przez adoptowanie tego lub innego jej wariantu "ulepszającego" oszukiwanie wolności ludzkiej.

Gdy w liście Rymkiewicza czytam, że wolności nie da się podzielić na kawałki – nie można mieć trochę wolności, być wolnym po trosze. Albo będziemy mieli całą wolność i wtedy będziemy wolni tak, jak byli wolni Polacy w Pierwszej Rzeczypospolitej, albo będziemy czyimiś niewolnikami nieodparcie przychodzą mi do głowy słowa  Józefa Mackiewicza  na temat konieczności walki z Metodą. I myślę sobie, że może jest tak, że czasy się zmieniają, a walka ta nadal trwa. I że stawka tej walki pozostaje niezmieniona. Cały czas bowiem jest nią prawda, nieodłączny towarzysz wolności.

Powie ktoś, gdzie toczy się ta walka, a nawet jeśli, to co ma do tego Adam Michnik. Dużo w tym tekście cytatów, wiem, ale oddajmy głos także i Jemu. Przywołam dwa fragmenty artykułu, który Adam Michnik opublikował w ramach dyskursu (znów, jak na początku tekstu, stawiam przy słowie "dyskurs" znak zapytania) na temat książki historyków z IPN Piotra Gontarczyka i Sławomira Cenckiewcza SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii. Pierwszy z nich dobrze oddaje specyficzną formę "dialogu", jaki Adam Michnik podjął  w tej sprawie.

[…] Dlatego będę nieodmiennie uważał za pętaków tych małych ludzi, którzy nieomylnie wyczuwają dobrą koniunkturę dla łajdactwa. W swej mniemanej cnocie, w której widzą przywilej dla polowania na cudze grzechy, polubili kondycję psów gończych, które kąsają, a potem wytykają ukąszonemu otwarte rany. Kiedy mówią, że dążą do prawdy – psy gończe zawsze tak mówią – to nie umieją skryć, że ich prawda pochodzi z najgłębszego kłamstwa.

[A. Michnik, "Zła przeszłość i psy gończe, czyli odpieprzcie się od Wałęsy", "Gazeta Wyborcza", 5-6.07.2008 r.]

Adam Michnik i Jerzy Urban

Proszę mi wybaczyć, że zanim przywołam drugi z obiecanych fragmentów tekstu Adama Michnika, powyższy  Jego głos, wywołany dość istotną wszak  książką, dotyczącą ważnego wycinka naszej historii najnowszej, zestawię z poglądem Józefa Mackiewicza na temat wartości polemiki jako narzędzia w żmudnym procesie dochodzenia prawdy:

Nie stawiam sobie za cel narzucenia komuś moich poglądów. Z góry zakładam, że istnieją niewątpliwie poważne argumenty, mogące podważyć niejeden z moich własnych […]. Całkowitej prawdy nie zna żaden człowiek na świecie. To co my, ludzie, nazywamy "prawdą" jest zaledwie jej szukaniem. Szukanie prawdy jest tylko możliwe w wolnej dyskusji […]. Znalazłszy się tedy w świecie uznającym wolność jednostki i wolność myśli, winniśmy czynić wszystko, aby nie zacieśniać horyzontów myślowych, a je rozszerzać: nie zacieśniać dyskusji, a ją poszerzać.

[J. Mackiewicz, Zwycięstwo prowokacji, Wydawnictwo Kontra 1997 r. Pierwsze wydanie nakładem autora w 1962 r.]
_
[kliknij w okładki]

Drugi z obiecanych fragmentów tekstu Adama Michnika stanowi  niezwykle wręcz ciekawe świadectwo Jego spojrzenia na zagadnienie czym jest prawda. W klasycznym ujęciu, mam nadzieję, że przyznacie to Państwo, prawda jest odwzorowaniem obiektywnej rzeczywistości, którą  z kolei tworzą fakty. Adam Michnik widzi to jednak nieco inaczej:

Nie mówcie, demaskatorzy, że bronicie prawdy […] To wy kłamiecie. W całej opowieści o Lechu Wałęsie, którą powtarzacie, choćby to wszystko naprawdę się wydarzyło, mimo to jest to nieprawda.

Jakże to wartościowo przeciwstawny pogląd w stosunku do dewizy głoszonej przez Józefa  Mackiewicza, że jedynie prawda jest ciekawa. Tak, Józef Mackiewicz nie przesadzał, uznając, że Adam Michnik i Jego towarzysze są mu ludźmi z drugiej strony barykady…

Od lewej: Adam Michnik, gen. Czesław Kiszczak, gen. Wojciech Jaruzelski.

Na zakończenie dodam jeszcze, że Józef Mackiewicz  wyjechał z Polski, uciekając przed sowietami, w początkach 1945 r. Od tego czasu pr
zebywał na emigracji. Zmarł w Monachium w 1985 r. Czasami, choć raczej z rzadka, bywał obiektem zainteresowania publicystów "Gazety Wyborczej". Zwykle obok jego nazwiska pojawiał się wówczas komentarz, że był Józef Mackiewicz zoologicznym (jaskiniowym) antykomunistą.
31 stycznia tego roku minęła dwudziesta piąta rocznica śmierci tego wielkiego pisarza. Przeszła zupełnie niezauważona.

Grzegorz Wąsowski

PS. 1) Osoby zainteresowane publicystyką Józefa Mackiewicza zachęcam do lektury książki Grzegorza Eberhardta, Pisarz dla dorosłych. Opowieść o Józefie Mackiewiczu (Biblioteka Solidarności Walczącej, Wydawnictwo "Lena", Wrocław 2009, wydanie II, rozszerzone – Wrocław 2010). Czytelnik znajdzie w niej m.in. wiele fragmentów nieznanych szerzej publikacji autorstwa Mackiewicza.

[kliknij w okładkę]

PS. 2) Wytłuszczenia w tekście pochodzą od autora.

Na marginesie listu J. M. Rymkiewicza zdań kilka… – część 1/2>
Strona główna>

Pomnik KWP w Radomsku odsłonięty !

Fotorelacja z odsłonięcia pomnika KWP w Radomsku

W niedzielę 26 IX 2010 r. w Radomsku odbyła się jedna z ważniejszych miejskich uroczystości Roku Konspiracyjnego Wojska Polskiego. W parku Solidarności, staraniem Fundacji "Pamiętamy",  odsłonięty został pomnik poświęcony pamięci żołnierzy i współpracowników Konspiracyjnego Wojska Polskiego poległych i pomordowanych w walce z komunistycznym zniewoleniem.

Bryła pomnika ma kształt leżącej litery V – symbolu zwycięstwa,
zwieńczonej kurhanem. Środkowa część pomnika przypomina zniszczoną
mogiłę, symbolizującą miejsce pochówku bestialsko zamordowanych przez komunistów żołnierzy KWP
pochowanych w Bąkowej Górze. Integralną częścią pomnika jest tablica z
230 nazwiskami żołnierzy i współpracowników kpt. Stanisława
Sojczyńskiego "Warszyca".

[kliknij w zdjęcie aby powiększyć]

[kliknij w zdjęcie aby powiększyć]

Odsłonięcia dokonała Anna Milczanowska, prezydent Radomska, a także jeden z żołnierzy KWP Zdzisław Balcerzak oraz Andrzej Piasecki, syn poległego podporucznika Henryka Piaseckiego "Zapory". Pomnik poświęcił arcybiskup Stanisław Nowak.

Niech pomnik ten będzie dowodem naszej pamięci i znakiem szacunku dla ich ofiary – powiedział prowadzący ceremonię mec. Grzegorz Wąsowski, prezes Fundacji "Pamiętamy", która sfinansowała i przygotowała projekt pomnika. Jest to już dziewiętnaste upamiętnienie Żołnierzy Wyklętych przez Fundację "Pamiętamy".

List Szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego gen. Stanisława Kozieja do organizatorów i uczestników uroczystości w Radomsku:










OBEJRZYJ FILM Z UROCZYSTOŚCI W RADOMSKU

Zapraszam również do lektury nowego wydawnictwa Fundacji "Pamiętamy", w którym Ksawery Jasiak, historyk z IPN, przedstawia zarys dziejów Konspiracyjnego Wojska Polskiego – największej organizacji podziemia antykomunistycznego w środkowej Polsce. Wydawnictwo to, w liczbie ok. 1000 egzemplarzy, rozdawane było bezpłatnie przez przedstawicieli  Fundacji "Pamiętamy" wśród uczestników uroczystości w Radomsku 26 IX 2010 r. [kliknij w okładkę].

Odłonięcie pomnika KWP w Radomsku

Fundacja "Pamiętamy" odsłania w Radomsku pomnik upamiętniający Konspiracyjne Wojsko Polskie – 26 IX 2010

"…Nie dajmy zginąć poległym."

Zbigniew Herbert 

Projekt pomnika w hołdzie żołnierzom KWP, który zostanie odsłonięty w Radomsku 26 września 2010 r.

Prezydent Miasta Radomsko
Komitet Honorowy obchodów
Roku Konspiracyjnego Wojska Polskiego
w Radomsku

Fundacja "Pamiętamy"
zapraszają

na uroczyste odsłonięcie w Radomsku pomnika upamiętniającego Konspiracyjne Wojsko Polskie
26 września 2010 roku

  • godz. 12:00 – uroczysta Msza Święta odprawiona z udziałem Metropolity Częstochowskiego Ks. Arcybiskupa Stanisława
    Nowaka w Kościele p.w. NMP Królowej Polski, ul. Piastowska 45
  • godz. 14:00 – odsłonięcie i poświęcenie pomnika upamiętniającego Konspiracyjne Wojsko Polskie, Park Solidarności, ul. Armii Krajowej

W Radomsku, w Parku Solidarności, powstaje pomnik w hołdzie żołnierzom Konspiracyjnego Wojska Polskiego. Pomnik jest jednym z elementów obchodzonego uroczyście w tym mieście Roku KWP. Projekt realizowany i finansowany jest  przez Fundację "Pamiętamy", a partnerami przedsięwzięcia są Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa oraz Miasto Radomsko.

Bryła pomnika będzie mieć kształt leżącej litery V symbolizującej zwycięstwo, zwieńczonej kurhanem. Środkowa część pomnika ma przypominać zniszczoną mogiłę symbolizującą miejsce pochówku bestialsko zamordowanych przez komunistów żołnierzy KWP pochowanych w Bąkowej Górze.
Na pomniku znajdzie się główny napis memoratywny o treści:

PAMIĘCI
ŻOŁNIERZY KONSPIRACYJNEGO WOJSKA POLSKIEGO
UTWORZONEGO PRZEZ
KPT. STANISŁAWA SOJCZYŃSKIEGO "WARSZYCA" † 19 II 1947
POLEGŁYCH I POMORDOWANYCH
W WALCE
Z KOMUNISTYCZNYM ZNIEWOLENIEM
W LATACH 1945–1955
ODDALI ŻYCIE ZA NIEPODLEGŁOŚĆ POLSKI
I WOLNOŚĆ CZŁOWIEKA

Integralną częścią pomnika będzie tablica z 230 nazwiskami żołnierzy i współpracowników Stanisława Sojczyńskiego "Warszyca" i KWP. Nazwiska, pseudonimy i daty śmierci,  które będą wyryte na pomniku są efektem pracy Ksawerego Jasiaka – pracownika katowickiego oddziału IPN.

Powyżej głównego napisu memoratywnego znajdzie się mniejszy napis: Nie dajmy zginąć poległym, który jest cytatem z wiersza Zbigniewa Herberta, jak również swoistym "znakiem rozpoznawczym" wszystkich pomników wzniesionych dzięki sile i determinacji ludzi z Fundacji "Pamiętamy".

Projekt pomnika KWP w Radomsku.

Autorem i pomysłodawcą, tego wykonanego z granitu i brązu pomnika, jest pan Marek Szczepanik – rzeźbiarz, twórca wszystkich wzniesionych przez Fundację "Pamiętamy" pomników i tablic pamiątkowych. Powstało ich dotychczas dziewiętnaście, m.in. w Lublinie, Ostrołęce, Siedlcach, Sokołowie Podlaskim, Włodawie, Zakopanem, Radomiu, Wysokiem Mazowieckim, Wyszkowie. Miejmy nadzieję, że to nie koniec…

Strona główna>

O zapaści semantycznej… i Białych Rosjanach – część 1/4

Grzegorz Wąsowski
[wybór zdjęć i opisy do nich – autor strony]

ZDAŃ KILKA O ZAPAŚCI SEMANTYCZNEJ, WSPÓŁCZESNEJ NARRACJI HISTORYCZNEJ, STOSUNKACH POLSKO-ROSYJSKICH I POMNIKU, KTÓREGO NIE MA
Motto: […] Na ziemi pozostaje łgarstwo, fałsz, przeinaczane fakty, tendencyjna kronika wypadków, wrzaskliwe uogólnienia. Na nic  to wszystko. Wielkie doświadczenie, dokonane za cenę krwi i rozpaczy, przepada dla potomności. I po wielkim wybuchu, jak popiół z wulkanu opada i ściele się bezwartościowy osad pustych sloganów.
Józef Mackiewicz, „Sprawa pułkownika Miasojedowa”

Wydarzenia  w relacjach polsko–rosyjskich, będące bezpośrednim bądź pośrednim następstwem tragicznej śmierci Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego i towarzyszących mu w wyprawie na obchody zbrodni katyńskiej osób, wyzwoliły po polskiej stronie szereg zachowań, których punktem odniesienia była historia a źródłem chęć poprawy aktualnej kondycji stosunków na linii Warszawa – Moskwa. Dodatkowym dla nich impulsem była kolejna, 65. już rocznica upadku nazistowskich Niemiec, którą hucznie – czyli jak zwykle – obchodzono w Moskwie. Pośród tych zachowań  trzeba wspomnieć apel kilkudziesięciu osobistości życia publicznego o zapalenie lampek 9 maja na grobach żołnierzy radzieckich. Jeden z sygnatariuszy owego posłania do narodu polskiego, Jego Ekscelencja arcybiskup Józef Życiński, uzasadnił  swój podpis pod tekstem apelu w następujący, zdaniem niżej podpisanego, oryginalny sposób… […] to nie są groby wrogów, ale ludzi, którzy  PRZYNIEŚLI NAM WOLNOŚĆ…. (podkr. G.W.; cytat za „Gazetą Wyborczą”). Chyba trudno o bardziej rozbieżną z  obiektywną wiedzą historyczną i doświadczeniem osobistym setek tysięcy ofiar tej „wolności” pośród naszych rodaków, wypowiedź dostojnika Kościoła na temat tego, co w latach 1944-1945 przynieśli do Polski żołnierze Armii Czerwonej, a co było bez wątpienia śmiertelnym wrogiem rzeczywistej wolności w każdym jej wymiarze. Pewnej, smutnej symboliki, w kontekście przywołanej wypowiedzi Jego Ekscelencji, można upatrywać w tym, że jednymi z ostatnich „beneficjentów” owej „wolności”, przyniesionej nam w latach 1944-1945 przez żołnierzy Armii Czerwonej, byli bracia Jego Ekscelencji ze stanu duchownego – księża: Popiełuszko, Niedzielak, Suchowolec i Zych. Na szczęście dla nas wszystkich „wolność”, o której mówił arcybiskup Życiński, skończyła się dwadzieścia lat temu i od tego czasu możemy cieszyć się  prawdziwą wolnością. Po tamtej „wolności” pozostało jednak wielkie spustoszenie w świadomości ludzi, a jednym z najistotniejszych przejawów tegoż spustoszenia jest, trwająca do dziś zapaść semantyczna, która nie oszczędziła nawet Jego Ekscelencji.

Uważam, i to jest smutna konstatacja, że tylko przy zrozumieniu, iż żyjemy w czasach ciężkiego pomieszania pojęć, w czasach, które w sferze semantycznej są prostą kontynuacją okresu panowania komunistów,  to znaczy okresu, w którym wielu ważnym słowom odebrano ich pierwotny sens i wypełniono je treścią znaczeniową  przeciwstawną pierwotnej [śpiewał  o tym  Jan Krzysztof  Kelus: bo ktoś splugawił słowa: czyn, walka i towarzysz], można starać się usprawiedliwić wspomniane słowa arcybiskupa Życińskiego. Wtedy również można podjąć wysiłek wytłumaczenia obecności Bronisława Komorowskiego, na dodatek w towarzystwie Wojciecha Jaruzelskiego – człowieka, który prawie całe swoje dorosłe życie poświęcił walce o zaprowadzenie, a następnie utrzymanie w Polsce władzy partii komunistycznej, będącej  śmiertelnym wrogiem  wolności i prawdy (w tym prawdy o zbrodni katyńskiej) – 9 maja 2010 r. w Moskwie na obchodach rocznicy Dnia Zwycięstwa. Można wreszcie podjąć trud zrozumienia niekłamanego zadowolenia niemałej części naszych rodaków, a być może nawet ich większości, że żołnierze Wojska Polskiego maszerowali na Placu Czerwonym zaraz po żołnierzach Armii Czerwonej, a przed żołnierzami innych państw koalicji antyniemieckiej, czyli że przyznano im wysoką pozycję w szyku maszerujących triumfatorów, oraz że Bronisław Komorowski otrzymał od gospodarzy znacznie lepszą miejscówkę na trybunie honorowej niż pięć lat wcześniej Prezydent RP Aleksander Kwaśniewski. Znaczy Rosjanie nas docenili. Dodajmy, dla dopełnienia obrazu, że gdyby nie tragiczna śmierć Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, to zapewne właśnie on, zamiast Bronisława Komorowskiego, wybrałby się 9 maja w podróż do Moskwy, gdzie zająłby miejsce na trybunie honorowej ustawionej  na Placu Czerwonym. Przypomnijmy także i to, że urzędnicy kancelarii Prezydenta RP poważnie rozważali wówczas, czy należy skierować do Wojciecha Jaruzelskiego zaproszenie na pokład prezydenckiego samolotu. Bronisław Komorowski wątpliwości w tej sprawie nie miał i takie zaproszenie pod adresem Jaruzelskiego sformułował. Na marginesie, obecność  Jaruzelskiego w Moskwie akurat nie dziwi, bo on miał tam co  świętować. W maju 1945 r. to  Jaruzelski,  żołnierz komunizmu, miał realne powody, by  czuć się zwycięzcą. Wprawdzie do pełni szczęścia brakowało jeszcze pokonania rodzimych band reakcyjnego podziemia i ich szerokiego zaplecza społecznego, ale z tym Jaruzelski i jego towarzysze, wykorzystując potęgę militarną Armii Czerwonej, poradzili sobie stosunkowo szybko.

Hrubieszów 1946 r. Oficerowie
sztabu 5 pp, biorący udział w pościgu za oddziałami podziemia
niepodległościowego po ich nocnym ataku na to miasto 27/28.V.1946 r. Pierwszy z lewej
stoi por. Wojciech Jaruzelski, już wtedy nabierający wprawy w strzelaniu do rodaków; od prawej stoją: por. Pietrykowski i kpt. Kotwicki.

Warto jednak pamiętać, ze zwykłej przyzwoitości ludzkiej, że komuniści
swoje zwycięstwo w tej odsłonie zmagań (w propagandzie komunistycznej
zwanej „okresem  utrwalania władzy ludowej”) z tą częścią społeczeństwa
polskiego, która nie pogodziła się z komunistyczną niewolą, zbudowali na
trupach  kilkudziesięciu tysięcy naszych rodaków  poległych w walce,
pomordowanych i zmarłych w komunistycznych kazamatach oraz przy
pozbawieniu wolności dalszych ok. dwustu tysięcy naszych
współplemieńców, uznanych przez partię komunistyczną za realnych bądź
potencjalnych przeciwników.

Tu i poniżej kilku z tysięcy „beneficjentów” przyniesionej Polakom przez Armię Czerwoną „wolności”. Partyzanci z oddziału st. sierż. Mieczysława Dziemieszkiewicza „Roja”
(patrol „Pilota”) zabici przez UB 23 VI 1950 r.: Władysław Grudziński „Pilot”,
Kazimierz Chrzanowski „Wilk”, Czesław Wilski „Brzoza”,”Zryw”, Hieronim
Żbikowski „Gwiazda”.


Żołnierze patrolu NZW plut.
Eugeniusza Lipińskiego „Mrówki”, polegli w walce z KBW i UB. Leżą od
lewej: Stanisław Radomski „Kula”, Stanisław Garliński „Cichy”, Eugeniusz
Lipiński „Mrówka”, Alfred Gadomski „Kajdan” i Eugeniusz Kuligowski
„Ryś”.


6 październik 1951 r.
Dziedziniec PUBP we Włodawie.Leżą zabici: Kazimierz Torbicz „Kazik”(z
lewej) i Edward Taraszkiewicz „Żelazny” (z prawej). W środku siedzi
Stanisław Marciniak „Niewinny”, skazany na karę śmierci, zamordowany 12
stycznia 1953 r. w więzieniu na Zamku w Lublinie.

Nie ma wątpliwości – jeżeli przyjąć staromodnie, że rzeczywistość tworzą fakty, a nie bieżące zapotrzebowanie polityczne, czyli  przede wszystkim walka o poszerzenie elektoratu – że Polska przegrała II wojnę światową sromotnie, zapewne jak żaden z jej uczestników. W  wyniku tej klęski na ponad cztery dziesiątki lat została zniewolona przez komunizm z centralą w Moskwie, który jako narzędzia podboju używał właśnie Armii Czerwonej. Tymczasem to właśnie Armii Czerwonej  rzekomy wielki wkład w  przywrócenie wolności narodom Europy czczono 9 maja 2010 r. w Moskwie,  i  to jej żołnierzom, poległym na ziemiach polskich w marszu na Berlin, mieliśmy gromadnie palić lampki na grobach. Warto może w tym miejscu przypomnieć, choćby z przywiązania do elementarnego porządku logicznego, że  w okresie II wojny światowej Polska miała  dwóch śmiertelnych wrogów: Rosję Sowiecką i hitlerowskie Niemcy, oraz że klęski Niemców nie należy mylić z polskim zwycięstwem. W  konsekwencji wypada, tak sądzę, zgodzić się z twierdzeniem, że polityk polski, który bierze udział w reżyserowanej na potrzeby propagandowych interesów Kremla  defiladzie wojskowej z okazji rocznicy Dnia Zwycięstwa godzi się na fałszowanie rzeczywistości, stając się  tego  zafałszowania wspólnikiem. Taki polityk deformuje rzeczywistość po pierwsze dlatego, bo zalicza Polskę do obozu zwycięzców II wojny światowej, po drugie – bo akceptuje płynący z Kremla w świat przekaz o Armii Czerwonej jako sile, która przyniosła wolność Europie środkowowschodniej, w tym także Polsce.

Dawne więzienie NKWD–MBP w Lublinie – Zamek Lubelski. Jedno z tysięcy takich miejsc w Polsce, gdzie – po kilkuletniej walce z okupantem niemieckim  – „odpoczywali” żołnierze polskiego podziemia niepodległościowego, „beneficjenci” przyniesionej nam ze wschodu „wolności”… w rozumieniu abp Życińskiego.
Poniżej dawny obóz NKWD na Majdanku (pole nr III), w którym po „wyzwoleniu”  niemieckich
strażników z SS zastąpili sowieccy oprawcy z NKWD… jednak więźniowie pozostali ci sami – Polacy.

To skłania mnie do postawienia kilku, moim zdaniem,  poważnych pytań: czy w obliczu takich zachowań osobistości polskiego życia publicznego, można odbudować prawdę o historii Polski po II wojnie światowej, prawdę o bohaterskiej walce polskiego antykomunistycznego podziemia z drugiej polowy lat czterdziestych i początku pięćdziesiątych ubiegłego stulecia, o tym czym był komunizm, o roli Jaruzelskiego w zwalczaniu niepodległościowych aspiracji Polaków, itd., itd.?
Jak przywrócić słowom ich pierwotne znaczenie? Wydaje się, że jest to niezwykle trudne, jeżeli w ogóle możliwe. Nie da się przecież, w obrębie jednego spójnego systemu myślowego, pogodzić afirmacji dla żołnierzy Armii Czerwonej, jako siły wyzwolicielskiej dla części Europy, ani twierdzenia, że w latach 1944-1945 przynieśli oni Polsce wolność z szacunkiem  dla  epopei żołnierzy np. 5 Wileńskiej Brygady AK mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” czy innych oddziałów antykomunistycznego podziemia i ze zwykłym  poszanowaniem dla faktów. Są to przeciwstawne,  całkowicie wykluczające się symboliki i wartości.

A może nie mam racji? Może jednak istnieje, używając modnego dziś sformułowania, narracja historyczna, która temu zaradzi? Odpowiedzi wydaje się dostarczać red. Skwieciński w swoim artykule pt. Na placu Czerwonym być trzeba („Rzeczpospolita” z 29 marca 2010 r.), pisząc,że rosyjska narracja historyczna jest jednoczącą, łączącą carów, Lenina, Denikina i Armię Czerwoną.
Istotnie, ekipa polityczna Władimira Putina, byłego oficera  sowieckiego KGB, aktualnego premiera Rosji, czerpie garściami z  wykluczających się, całkowicie przeciwstawnych tradycji, wykorzystując je instrumentalnie dla realizacji swych bieżących interesów politycznych.  Jak się wydaje, oceniając rzecz po  dominującej od długich już lat pozycji Putina na rosyjskiej scenie politycznej, taka narracja historyczna jest skuteczna, czyli politycznie opłacalna. To nic, że polega ona na zadeptywaniu prawdy; wszak z jej rozpoznaniem wśród mas raczej słabo i nie o nią tu przecież chodzi. Ważne, że elektorat może czuć się w swej znakomitej większości usatysfakcjonowany (dla każdego coś miłego), pomimo, że ostatnie sto lat na rosyjskiej ziemi to historia znacznie bardziej dramatycznych i krwawych podziałów od tych, które były udziałem naszych przodków. Ekipie z Kremla drobny kłopot sprawa właściwie tylko, bagatela, ok. sześćset tysięcy Rosjan (niektóre źródła podają, że było ich drugie tyle), którzy w II wojnie światowej, po dezercji z szeregów Armii Czerwonej bądź  przejściu przez niemieckie obozy jenieckie albo będąc emigrantami jeszcze z okresu wojny domowej w Rosji z lat 1918-1920, podjęli, u boku Niemców, walkę przeciwko Związkowi Radzieckiemu, przeciwko komunizmowi, czyli w praktyce przeciwko Armii Czerwonej. Dodam, że trwali oni w tej walce  do końca działań wojennych, a po ich zakończeniu, na mocy porozumień jałtańskich, zostali wydani przez  Amerykanów i Anglików, wówczas wiernych sojuszników Józefa Stalina, w ręce sowieckie (na marginesie: pewien drobny epizod tej haniebnej operacji, w ramach której alianci  wydali  na śmierć bądź wieloletni pobyt w łagrach, także tysiące kobiet i dzieci, nosił kryptonim Keelhaul, co  oznacza przeciąganie pod kilem. Trzeba przyznać, że autor tego kryptonimu przynajmniej nie udawał, że rzecz idzie o obronę cywilizacji).

O zapaści semantycznej… i Białych Rosjanach – część 2/4>
Strona główna>