[wybór zdjęć – autor strony]
O NIEZNANYM POŚREDNIKU WOLNOŚCI I ZWYCIĘSKIEJ WALCE Z SOWIETAMI 15 CZERWCA 1946 ROKU POD ZWOLENIEM
mógłby być nawet koniem karety uciekiniera
Pan Cogito chciałby być pośrednikiem wolności
trzymać sznur ucieczki
przemycać gryps
dawać znak […]
Zbigniew Herbert, "Gra Pana Cogito"
Na biurku przede mną leży reprodukcja fotografii zrobionej w drugiej połowie 1946 r. Widać na niej ośmiu mężczyzn. Wydaje się, że najstarszy z nich dobiega czterdziestki, a najmłodszy zapewne ledwie przekroczył dwudziestkę. To część kadry dowódczej Związku Zbrojnej Konspiracji, organizacji podziemia antykomunistycznego z nurtu poakowskiego, która aktywnie działała na terenie ziemi radomskiej i kieleckiej w roku 1946. Pośród osób uwiecznionych na fotografii siedzi, jako pierwszy od lewej, umundurowany brunet o inteligentnej twarzy. Wygląda na dwadzieścia pięć lat. Przykuwa uwagę. Pewnie dlatego, że zajął pozycję nieco bokiem w stosunku do pozostałych mężczyzn ze zdjęcia – i w odróżnieniu od nich nie patrzy w stronę obiektywu. Jest pochylony ku przodowi, łokcie ma oparte na udach. Spogląda przed siebie, czyli z perspektywy osoby oglądającej fotografię patrzy gdzieś w bok, poza jej plan. Wydaje się być zamyślony. Sprawia tym wrażenie osoby zupełnie niezainteresowanej staraniami fotografa, aby zatrzymać chwilę w kadrze zdjęcia. Jeżeli zapatrzył się w przyszłość, to nie mógł zobaczyć w niej dla siebie zbyt wiele. Kilka miesięcy po zrobieniu opisywanego zdjęcia nie będzie już go wśród żywych. Zginie zamordowany przez komunistów na początku 1947 r.
1946 rok. Kadra Dowódcza Związku Zbrojnej Konspiracji, dowodzonego przez mjr. Franciszka Jerzego Jaskulskiego "Zagończyka". Siedzą od lewej: Włodzimierz Kozłowski "Orion" (zastępca "Zagończyka"), Feliks Mazurek "Furmański" (szef sztabu ZZK), kpt. Czesław Niedbała "Marek" (Komendant Obwodu Iłżeckiego ZZK, w czasie okupacji niemieckiej Komendant Powiatu Kozienice NSZ-AK, po aresztowaniu "Zagończyka" wspólnie z "Orionem" kierował działaniami organizacji), Jerzy Buzon "Jur" (adiutant "Zagończyka"), Zenon Ochal "Jastrząb", Tadeusz Bednarski (?) "Orzeł". Leżą od lewej: Józef Zagożdżon "Kruk" i NN "Orzeł".
To o nim chcę Państwu co nieco opowiedzieć. Jestem mu bowiem coś winien. Najpewniej przeprosiny, ale o tym na końcu. Problem w tym, że niewiele o nim wiem, stanowczo zbyt mało, aby podjąć próbę rekonstrukcji jego życiorysu, o portrecie charakterologicznym nie wspominając. Po prawdzie wiem o nim ledwie tyle, a może aż tyle, że musiał być człowiekiem niezwykłej odwagi i hartu ducha.
Nawiązując do przyjętej za motto dla niniejszego tekstu frazy wiersza Zbigniewa Herberta "Gra Pana Cogito", będącego rozważaniami Poety na kanwie ucieczki Piotra Kropotkina z twierdzy pietropawłowskiej, o mężczyźnie ze zdjęcia można śmiało powiedzieć, że dla setek naszych rodaków był właśnie pośrednikiem wolności; w najtrudniejszych dla niej czasach, w czasach, gdy sznur i kareta na niewiele by się zdały chcącemu uciec więźniowi. Był bowiem jednym z tych nielicznych, którzy otwierali drzwi do cel więziennych w okresie pełnego i brutalnego triumfu zbrodniczego socjalizmu wywłaszczeniowego, bardziej znanego jako komunizm, który – trzeba powtarzać to nieustannie – w całych dotychczasowych dziejach ludzkości był największym i najgroźniejszym zinstytucjonalizowanym wrogiem wolności, w każdym jej wymiarze.
W nocy z 4 na 5 sierpnia 1945 r. skoncentrowane oddziały partyzanckie Radomsko–Kieleckiego Okręgu AK w sile ok. 300 żołnierzy pod ogólną komendą kpt. Antoniego Hedy "Szarego" zaatakowały więzienie w Kielcach. Szturm zaczął się około godziny dwudziestej trzeciej trzydzieści. Istotną rolę w tej wspaniałej akcji, w wyniku której uwolniono ponad 500 więźniów, odegrał przybyły na nią z okolic Radomia oddział por. Stanisława Bębińskiego "Harnasia". To ze składu tegoż oddziału "Szary" wybrał do grupy szturmowej kilkunastu partyzantów. Miała ona wedrzeć się na teren kieleckiego więzienia, tam stoczyć walkę ze strażnikami i opanować więzienie, po czym otworzyć więźniom drogę do wolności.
Antoni Heda "Szary".
Jednym z żołnierzy "Harnasia" wyznaczonych przez "Szarego" do grupy szturmowej, liczącej łącznie około 30 partyzantów, był zamyślony brunet ze zdjęcia – Włodzimierz Kozłowski "Orion". Swoje zadanie szturmowcy wykonali bezbłędnie, zresztą jak wszyscy partyzanci biorący udział w tej wspaniałej akcji. W czasie krótkiej, ale zaciekłej walki, jaka rozegrała się na terenie więzienia, zginęły dwie osoby z załogi więziennej, a sześć kolejnych, w tym naczelnik więzienia, zostało rannych. Teren więzienia został opanowany przez partyzantów. Droga do więzionych rodaków stanęła otworem. I, paradoksalnie, to był początek najpoważniejszych trudności. Nie udało się bowiem szturmowcom przejąć kluczy więziennych. Dlatego też wszelkie znajdujące się wewnątrz więzienia bramy, kraty, a przede wszystkim drzwi do cel trzeba było kolejno wysadzać kostkami trotylu, co oczywiście koszmarnie wydłużyło czas akcji. Niemożliwością jest, z perspektywy wygodnego krzesła czy fotela, uprzytomnić sobie, co musieli przeżywać więźniowie oczekujący w celach na to, że posłańcy wolności dotrą wreszcie także do nich. A także co musieli odczuwać rozrzuceni w pobliżu więzienia partyzanci z grup osłaniających towarzyszy broni z oddziału szturmowego walczącego z upływającym czasem i kolejny
mi drzwiami do więziennych cel. Każda minuta akcji musiała wydawać się im wiecznością. Tak jak niespełna dwa i pół roku wcześniej, w marcowy dzień 1943 roku, czas równie niemiłosiernie musiał dłużyć się bojowcom Grup Szturmowych Szarych Szeregów, którym przypadło w udziale ubezpieczanie ich kolegów walczących pod warszawskim Arsenałem o uwolnienie z rąk gestapowców Jana Bytnara "Rudego" i innych więźniów przewożonych z siedziby Gestapo do więzienia na Pawiaku. Tyle tylko można o tym uczciwie powiedzieć.
Paradoksalnie, zapewne najmniejszy problem z przedłużającym się czasem akcji mieli członkowie grupy szturmowej, a pośród nich "Orion". W pocie czoła i huku wybuchów robili swoje, to znaczy wysadzali drzwi do kolejnych cel. Niestety, zabrakło im trotylu, aby uwolnić wszystkich osadzonych w kieleckim więzieniu. Trzy cele pozostały zamknięte. Z zamkiem drzwi jednej z nich członkowie grupy szturmowej, wyzbyci już trotylu, bezskutecznie zmagali się jeszcze ponad minutę po tym, jak padła komenda do odwrotu. Był wśród nich "Orion", zresztą lekko kontuzjowany, gdyż kilka minut wcześniej zwaliły się na niego wysadzone drzwi do jednej z cel. Z terenu kieleckiego więzienia wycofał się jako jeden z ostatnich uczestników akcji. Było kilka minut po trzeciej nad ranem. Akcja trwała ponad trzy i pół godziny, stanowczo zbyt długo. Większość spośród jej uczestników wraz z dużą grupą uwolnionych więźniów skierowała się w lasy klonowskie. Nie miejsce tu na opis fazy odwrotu po akcji na więzienie w Kielcach. Obfitował on w dramatyczne wydarzenia. Wystarczy wspomnieć, że w wiosce Leszczyny, w której "Szary" zaplanował postój, stanęła jednostka Armii Czerwonej. Na szczęście zdezorientowani, po trochu jeszcze pijani i zaspani sowieci (był wczesny ranek) przepuścili kolumnę wycofujących się po akcji w Kielcach partyzantów i uwolnionych więźniów.
Co oczywiste, udany atak oddziałów podziemia na więzienie kieleckie wprawił komunistów we wściekłość i osłupienie. Mogłoby się wydawać, że podobna akcja w tym regionie kraju nie będzie miała szans powodzenia. Tymczasem również więzienie w nieodległym od Kielc Radomiu, zresztą jak i wszystkie inne więzienia na terenie Polski, było wówczas zapełnione naszymi rodakami, których partia komunistyczna uznała za swych przeciwników. Z zachowanych wspomnień więźniów radomskiego więzienia wynika, że wieści o akcji w Kielcach lotem błyskawicy dotarły do Radomia i szybko przeniknęły za mury tamtejszego więzienia. Osadzeni w nim nasi rodacy, po tym jak dowiedzieli się amnestii w Kielcach, żyli nadzieją, że i oni nie zostaną przez partyzantów zapomniani. Problemem było, bagatela, ok. 3.000 żołnierzy różnych formacji reżimowych stacjonujących wówczas w Radomiu. Pomimo tego, marzenia więźniów radomskiego więzienia o wolności szybko stały się rzeczywistością. Amnestia w Radomiu miała miejsce 9 września 1945 r., za sprawą 150 żołnierzy dowodzonych przez "Harnasia".
Wrzesień 1945, Lasy Skaryszewskie. Por. Stefan Bembiński "Harnaś" przed akcją rozbicia więzienia w Radomiu.
Atak na więzienie w Radomiu nastąpił tuż po zmierzchu. Także w tej akcji, tak jak podczas uderzenia na więzienie kieleckie, powodzenie operacji w dużej mierze zależało od determinacji i sprawności działania grupy szturmowej. W jej skład weszło kilkunastu partyzantów, w tym większość mających na swoim koncie udział w akcji kieleckiej. Jednym z żołnierzy grupy szturmowej mającej za zadanie opanowanie terenu więzienia w Radomiu był "Orion". I jak sierpniowej nocy w Kielcach, szturmowcy nie zawiedli także w Radomiu. W wyniku trwającej kilkadziesiąt minut akcji uwolniono blisko 300 więźniów. I choć nie dotyczy to bezpośrednio bohatera niniejszego tekstu, "Oriona", należy wspomnieć, że podczas akcji w Radomiu bardzo ważne i trudne zadanie przypadło w udziale także jednej z grup osłonowych. Jej rolą było zaatakowanie i zneutralizowanie obsady posterunku MO znajdującego się w bezpośredniej bliskości więzienia. Posterunku tego strzegła załoga betonowego bunkra usytuowanego obok wejścia na posterunek, a dodatkowo posterunek znajdował się w polu rażenia z wieżyczki więzienia. To właśnie podczas ataku na ten punkt komunistycznego oporu padli, trafieni od strony bunkra, Feliks Kaczmarczyk "Słowik" i Aleksander Kędzierski "Józio". "Józio" dostał kilka kul w pierś, "Słowik" otrzymał serię w brzuch. Obaj żołnierze, śmiertelnie ranni, zostali, jak Aleksy Dawidowski "Alek" podczas Akcji pod Arsenałem, zabrani przez kolegów z pola walki. Skonali podczas odwrotu z Radomia. Sukces ataku na więzienie w Radomiu został okupiony dodatkowo śmiercią Jana Chrząstowskiego, członka konspiracji radomskiej, który zginął w końcowej fazie akcji w pobliżu więzienia. Kilku innych podkomendnych "Harnasia" odniosło rany. Taka była cena za wolność blisko 300 naszych rodaków, uwolnionych z więzienia w Radomiu 9 września 1945 r.
DYGRESJA Z OKAZJI DNIA ZADUSZNEGO
Nie bez przyczyny w opis partyzanckich działań amnestyjnych w Kielcach i Radomiu wplotłem odwołania do słynnej Akcji pod Arsenałem. Cel tych trzech uderzeń polskiego podziemia niepodległościowego był przecież rodzajowo tożsamy. Tak pod Arsenałem, jak w Kielcach i Radomiu stawką było uwolnienie rodaków więzionych i torturowanych przez ciemiężycieli naszej wolności. Zatem i krew przelana przez uczestników tych akcji powinna być tak samo droga nam wszystkim, którzy miłujemy wolność i szanujemy tych, którzy dali za nią życie. Dlatego obok znanych Wam, szanowni czytelnicy, bohaterów spod Arsenału: Aleksego Dawidowskiego "Alka", Tadeusza Krzyżewicza "Buzdygana" i Huberta Lenka "Huberta", którzy życiem zapłacili za wyrwanie "Rudego" z rąk nazistowskich oprawców, wspomnijmy także tych nieznanych albo bardzo mało znanych bohaterów, którzy padli w akcji uwolnienia więźniów komunistycznego reżimu z więzienia odpowiednio w Kielcach i Radomiu:
- Tadeusza Łęckiego "Krogulca", poległego od kul sowieckich żołnierzy podczas akcji rozbicia więzienia w Kielcach z 4/5 sierpnia 1945 r.;
- Niespełna dwudziestoletniego Aleksandra Kędzierskiego "Józia", śmiertelnie rannego podczas akcji rozbicia więzienia w Radomiu 9 września 1945 r.;
- Feliksa Kaczmarczyka "Słowika", ojca czwórki dzieci, śmiertelnie rannego podczas
akcji rozbicia więzienia w Radomiu 9 września 1945 r.; - Jana Chrząstowskiego, dwudziestolatka z konspiracji radomskiej, poległego podczas akcji rozbicia więzienia w Radomiu 9 września 1945 r.
Czas pokazał, niestety, że jedynymi prawdziwymi amnestiami w okresie drugiej połowy lat czterdziestych ubiegłego stulecia były amnestie "zarządzone" ku wściekłości komunistów przez żołnierzy podziemia niepodległościowego, takie jak amnestia z sierpnia 1945 r. w Kielcach i września 1945 r. w Radomiu. Wartość tych akcji, nie wojskową, ale czysto ludzką, nakazującą szacunek dla tych, którzy zdecydowali się wtedy pójść do ataku na więzienie w Kielcach lub Radomiu, aby przywrócić wolność więzionym rodakom, chyba najlepiej oddaje umieszczony na zawieszonej na murze byłego więzienia w Kielcach tablicy upamiętniającej akcję kielecką fragment ewangelii św. Jana: Większej miłości nie ma nad tę, gdy kto życie kładzie za przyjaciół swoich.
Tablica pamiątkowa na byłym więzieniu w Kielcach.
Wróćmy jednak do historii bruneta ze zdjęcia. Śledząc jego losy, przenieśmy się do połowy 1946 r. Przypominam, że z tego właśnie okresu pochodzi fotografia, której opis otwiera niniejszy tekst. Wtedy też miała miejsce kolejna akcja z jego udziałem, której stawką była wolność naszych rodaków. I to "Orion", już jako kierujący pionem zbrojnym wzmiankowanego na początku tekstu Związku Zbrojnej Konspiracji (ZZK), był jej dowódcą. Tym razem celem ataku partyzantów był areszt Urzędu Bezpieczeństwa w Kozienicach. Termin wykonania uderzenia na to miejsce kaźni został ustalony na 15 czerwca 1946 r. Wybrane do akcji oddziały partyzanckie ZZK pod ogólną komendą "Oriona", liczące łącznie około 130 żołnierzy, rozpoczęły realizację tej śmiałej operacji bojowej od zorganizowania na drodze Radom – Puławy, w okolicach leżącej około 8 km na zachód od Zwolenia wsi Podgóra, zasadzki w celu zdobycia samochodów wojskowych, na których partyzanci zamierzali wjechać do Kozienic. W szybkim czasie w rejonie obstawionym przez partyzantów "Oriona" pojawiła się licząca co najmniej kilkanaście pojazdów kolumna sowieckich samochodów wojskowych. Doszło do gwałtownego starcia, w wyniku którego zginęło bądź odniosło rany prawdopodobnie kilkunastu czerwonoarmistów, zaś wszystkie samochody sowieckiej kolumny znalazły się w rękach partyzantów.
Pierwsza połowa 1946 r. Od lewej: Władysław (Włodzimierz) Kozłowski "Orion", Jerzy Tyralski "Boruta" (w czerwcu 1946 r. poległ w bitwie z UB-KBW pod miejscowością Odechów gm. Skaryszew).
Pomimo stoczonej walki, w istotny sposób minimalizującej szanse na wykorzystanie elementu zaskoczenia w najważniejszej fazie operacji, czyli podczas bezpośredniego ataku na areszt Urzędu Bezpieczeństwa w Kozienicach, "Orion" podjął decyzję o kontynuowaniu akcji. Spośród zdobytych samochodów wybrano dziewięć nieuszkodzonych w walce, pozostałe maszyny zniszczono. Następnie żołnierze ZZK załadowali się na wyselekcjonowane do dalszego użytku samochody, na których zgodnie z początkowym planem operacji ruszyli przez Zwoleń do Kozienic. W Zwoleniu partyzanci czasowo rozdzielili się na dwie grupy. Cztery pojazdy, dla opanowania miejscowego posterunku MO i Urzędu Pocztowego, zatrzymały się na krótki postój, zaś pozostała część partyzanckiego zgrupowania, ulokowana na pięciu ciężarówkach, wolnym tempem skierowała się do Kozienic. Działania przeprowadzone przez partyzantów w Zwoleniu były obliczone na zerwanie łączności telefonicznej, aby informacja o walce pod wsią Podgóra lub przejeździe kolumny samochodów wojskowych przez Zwoleń nie dotarła do Kozienic przed rozpoczęciem ataku na siedzibę tamtejszej bezpieki. Wykonano je sprawnie i bez strat, po czym partyzanci operujący w Zwoleniu natychmiast załadowali się na samochody i ruszyli w ślad za pozostałą częścią zgrupowania.
Dawna siedziba Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Kozienicach przy ul. Kochanowskiego 6.
Ta zaś, w okolicach wsi Strykowice Górne, leżącej kilka kilometrów od Zwolenia, natknęła się na kilkudziesięcioosobową jednostkę żołnierzy Armii Czerwonej. Sowieci jako pierwsi zaatakowali partyzancką kolumnę, uzyskując dzięki temu inicjatywę w początkowej fazie starcia. Pomimo silnego ognia prowadzonego przez wroga, partyzanci błyskawicznie zeskoczyli z samochodów, zapadli w przydrożnym rowie i natychmiast zorganizowali obronę. To uratowało ich od masakry. Wkrótce, nadal pod silnym sowieckim ostrzałem, rozpoczęli odwrót w kierunku zachodnim, w stronę południowego skraju Puszczy Kozienickiej. W czasie, gdy uwikłana w walkę część zgrupowania partyzanckiego cofała się pod naporem sowietów, pozostałe jego siły – te, którym przyszło zatrzymać się na kilka minut w Zwoleniu – dotarły w rejon boju. Wchodzący do akcji żołnierze ZZK szybko zajęli stanowiska bojowe na skraju Puszczy Kozienickiej, dokąd pod naporem sowietów wycofywali się ich koledzy. Pod zbawczą dla cofających się partyzantów osłoną puszczańskich drzew doszło do połączenia sił zgrupowania, co żołnierzom "Oriona" pozwoliło odeprzeć sunący od strony szosy sowiecki atak i przejść do natychmiastowego kontruderzenia. Sytuacja na polu walki zmieniła się diametralnie. Sowieci, którzy do tego momentu byli panami placu boju, w jednej chwili znaleźli się w rozpaczliwym położeniu. Pod silnym ogniem partyzantów zaczęli odwrót w kierunku szosy. W tej fazie starcia padło ich co najmniej kilkunastu. Tak oto szala zwycięstwa w opisywanym boju przechyliła się na stronę partyzantów, którzy po walce zapadli w lasach Puszczy Kozienickiej. Straty sowieckie poniesione w dniu 15 czerwca 1946 r. w starciach z żołnierzami ZZK należy szacować na ponad trzydziestu zabitych i kilkunastu rannych. Wypada podkreślić, że walki stoczone tego dnia przez partyzantów "Oriona" były jednymi z ostatnich starć polskiego podziemia antykomunistycznego z jednostkami sowieckimi. Zwycięstwo nad sowietami w walce 15 czerwca 1946 r. zostało okupione śmiercią siedmiu partyzantów ZZK. Zginęli: Sylwester Rokita "Czarny", Tadeusz Krawczyk "Witold", Władysław Skrzypek "Groźny", Tadeusz Nowakowski "Zając", Jan Prygiel "Gołąb", NN "Burza" i NN.
Sowieci, jak to sowieci, w zemście za porażkę na placu boju spalili w okolicznych miejscowościach co najmniej 28 domów i zabudowań gospodarczych. Ich odwet spadł na Zwoleń, w którym spalono dziesięć domów, a także na wsie Jedlanka, Karczówka i Kysocha.
24 lipca 1946 r. Orion dowodził akcją odbicia ośmiu aresztowanych konspiratorów, przewożonych pod nadzorem strażników więziennych pociągiem z Radomia do Lublina. Poci
ąg zatrzymano na stacji Jedlnia –Letnisko. Po krótkiej walce z eskortą, w wyniku której zginął jeden strażnik i prawdopodobnie jeden z aresztowanych, pociąg został opanowany przez partyzantów, a więźniowie odzyskali wolność.
Dwa dni później na ZZK spadł ciężki cios. W następstwie zdrady jednego z partyzantów, funkcjonariusze UB aresztowali komendanta organizacji – mjr. Franciszka Jaskulskiego "Zagończyka". To zdarzenie było początkiem końca ZZK.
Mjr Franciszek Jaskulski "Zagończyk"
Aresztowany "Zagończyk" przyjął wysuniętą przez UB propozycję podjęcia negocjacji na temat ujawnienia żołnierzy ZZK, w zamian za uwolnienie jego osoby i innych członków ZZK przebywających w więzieniach oraz za amnestię dla tych, którzy zdecydują się ujawnić. Jak można sądzić, rozgrywka operacyjna z kierownictwem ZZK była dla komunistów poligonem doświadczalnym przed podobną operacją, tyle że w skali makro, tj. przed "amnestią" zaplanowaną na okres po "wyborach" do Sejmu z 1947 r. Jak powszechnie wiadomo, "wybory" te zostały przez komunistów sfałszowane, a ogłoszona zaraz po nich, 22 lutego 1947 r., "amnestia" okazała się bardzo dużym sukcesem w walce z podziemiem, dała bowiem efekt w postaci ujawnienia się kilkudziesięciu tysięcy konspiratorów i położyła kres zjawisku masowego oporu. W rozprawie z ZZK działaniami strony komunistycznej kierował mjr Jan Tataj, jeden z najbardziej błyskotliwych ubowców zajmujących się zwalczaniem podziemia antykomunistycznego.
Major Jan Tataj – szef WUBP w Kielcach od 15 lipca 1946 r. do stycznia 1947 r.
W toku "negocjacji" doszło do kilkakrotnych spotkań między nim, a pozostającymi na wolności członkami kierownictwa ZZK. W rozmowach tych brał udział również "Orion". Jedno z takich spotkań miało miejsce w Kielcach. Uczestniczącym w nim reprezentantom ZZK umożliwiono kontakt z przebywającym w miejscowym areszcie UB "Zagończykiem", który wobec swych podkomendnych potwierdził wolę prowadzenia rozmów o ujawnieniu organizacji. Nie ma wątpliwości, że to jego postawa zadecydowała o dalszym rozwoju sytuacji. Na przełomie sierpnia i września 1946 r. osiągnięto porozumienie w sprawie warunków zakończenia działalności przez ZZK. W dniu 6 września 1946 r. rozpoczęło się ujawnianie dowodzonych przez "Oriona" oddziałów zbrojnych tej organizacji. W okresie kilku najbliższych tygodni ujawniło się co najmniej 500 jej członków i współpracowników. Wśród ujawnionych był również "Orion". Ponieważ proces ujawniania struktur ZZK był rozciągnięty w czasie, UB – dla utrzymania pozorów wykonywania ustaleń poczynionych z kierownictwem ZZK – w pierwszych dniach obowiązywania porozumienia zdecydowało o wypuszczeniu kilkunastu podkomendnych "Zagończyka". Kilkunastu innych, sądzonych we wrześniu 1946 r., otrzymało stosunkowo niskie wyroki, a wykonanie niektórych z nich zawieszono.
Taki stan rzeczy nie trwał, rzecz jasna, długo. Jak dzisiaj dobrze wiadomo, komuniści podeptali cały dorobek cywilizacji zachodniej, a zasadę pacta sunt servanda zszargali ze szczególną gorliwością. Porozumienia jakie zawarli w całej historii swych rządów, niezależnie od szerokości geograficznej, były jedynie elementem przejściowej taktyki obliczonej na osiągnięcie celu wyznaczonego przez partię. Zaś celem w tym przypadku była rozprawa z podziemiem, a dokładnie z ZZK. Nie powinno zatem nikogo dziwić, że "Zagończyk" nie tylko nie odzyskał wolności, ale został skazany na karę śmierci. Wyrok wykonano 19 lutego 1947 r., na dwa dni przed ogłoszeniem "amnestii".
Nie powinno także nikogo dziwić, że na przełomie 1946/1947 r. aresztowanych zostało wielu członków ZZK a kilku innych, w tym "Orion", zostało zamordowanych przez komunistów w początkach 1947 r., w nieznanych do dzisiaj okolicznościach. Nie znamy także miejsca pogrzebania zwłok "Oriona". Jakby nigdy nie istniał. Bo komuniści osobom takim jak on odmówili nawet prawa do godnego pochówku. Prawa, które jest usankcjonowane całą historią ludzkiej cywilizacji. Czy raczej było, zanim barbarzyńcy spod znaku sierpa i młota prawo to podeptali. Z dzisiejszej perspektywy patrząc, nie tylko miejsce pochówku "Oriona" pozostaje nieznane, ale – co gorsza – nieznana pozostaje także jego postać. A przecież bez wątpienia był jednym z najdzielniejszych żołnierzy polskiego podziemia niepodległościowego z okresu 1945-1946 roku.
WŁODZIMIERZ KOZŁOWSKI ps. "ORION"
Po prawdzie, w sprawie przywrócenia społecznej pamięci o postaci "Oriona" mam sobie wiele do zarzucenia. Dziesięć lat temu, prawie dokładnie w 55. rocznicę zwycięskiej walki partyzantów ZZK z sowietami pod Zwoleniem, staraniem Fundacji "Pamiętamy" stanął w Radomiu pomnik upamiętniający poległych i pomordowanych w walce z komunistami żołnierzy ZZK. W godziwej formie z brązu wymienione są na nim personalia i pseudonimy najważniejszych żołnierzy tej zbrojnej struktury konspiracyjnej. Pośród nich jest oczywiście "Orion". Tyle że, w skutek mojego błędu, został on na pomniku uwieczniony jako Władysław Kozłowski. A powinno być przecież Włodzimierz. Włodzimierz Kozłowski "Orion".
Pomnik w hołdzie żołnierzom ze
zgrupowania Związku Zbrojnej Konspiracji
mjr. Franciszka Jaskulskiego "Zagończyka" odsłonięty 10 czerwca 2001 r.
w Radomiu, dzięki staraniom Fundacji "Pamiętamy".
To jego pamięci dedykuję ten tekst. Niech będzie formą zgrzebnych przeprosin za tę fatalną pomyłkę w imieniu na cokole pomnika. Pocieszam się jednak, bo nic innego w tej sprawie mi nie zostało, że za sprawą tego błędu pamięć o "Orionie" przechowam do końca moich dni. Jestem mu to winien. A może, po lekturze tego tekstu, również ktoś z Państwa, szanowni czytelnicy, zechce zabrać w swą dalszą drogę choćby refleks pamięci o tym dzielnym człowieku, o zamyślonym brunecie z opisanego przeze mnie zdjęcia zrobionego gdzieś w połowie 1946 roku…

adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954.
"Kochanemu Bratu…", czyli rzecz o realności świata
[wybór zdjęć – autor strony]
"KOCHANEMU BRATU…", CZYLI RZECZ O REALNOŚCI ŚWIATA
co zginęli w walce z władzą nieludzką […]
jesteśmy mimo wszystko stróżami naszych braci
niewiedza o zaginionych podważa realność świata […]
Nie dajcie zwieść się pozorom, szanowni czytelnicy. To nie jest tekst historyczny, to jest opowieść o niektórych ogniwach długiego łańcucha zdarzeń, który spowodował, że pewna mieszkanka Grodna na Białorusi, jeżeli założyć, że wrażliwość tej kobiety bliska jest intuicji wyrażonej przez Herberta we fragmencie wiersza przyjętym jako motto tego tekstu, niedawno zyskała znacznie większe przekonanie, co do realności świata niż to, które było jej udziałem przez z górą sześćdziesiąt lat. Początkiem tej historii niech będzie przypomnienie epizodu z walk partyzantki antykomunistycznej na Podlasiu.
ŁUNA NAD KIEŁPIŃCEM
17 lutego 1947 r. w leżących na kolonii nadbużańskiej wsi Kiełpiniec zabudowaniach należących do Franciszka Goworka dopełnił się los czterech partyzantów dowodzonej przez kpt. Władysława Łukasiuka "Młota" 6 Brygady Wileńskiej AK. Zginęli wówczas: dowódca 3 szwadronu 6 Brygady st. sierż. Józef Babicz "Żwirko", kpr. Franciszek Januszkiewicz "Zbieg", szer. Jan Małyszko "Grom" oraz szer. N.N. "Serdeczny".
St. sierż. Józef Babicz ps. "Żwirko", poległ w walce z KBW pod Kiełpińcem nad Bugiem 17 lutego 1947 r.
Początkiem splotu okoliczności, który zakończył się śmiercią tych czterech partyzantów był donos sołtysa Seroczyna, który w nocy z 16/17 lutego 1947 r. powiadomił jednostkę KBW stacjonującą w Sterdyni, że przez jego wioskę przechodzili członkowie bandy leśnej. Obywatelskie doniesienie sołtysa spowodowało, że w pościg za patrolem "Żwirki" wyruszyła dwudziestopięcioosobowa grupa żołnierzy KBW. W tym samym czasie partyzanci, nieświadomi nadciągającego niebezpieczeństwa, dotarli do położonego ok. 8 km od Sterdyni Kiełpińca i postanowili tam odpocząć. Była sroga zima. Podczas ostatnich godzin marszu grupy "Żwirki" padał gęsty śnieg, który, jak wiadomo z wiersza Herberta "Odpowiedź", ma moc głuszenia kroków, a dodatkowo jeszcze zaciera ślady. Aura była zatem dla leśnych sprzyjająca. Przy tym nic nie wskazywało na bliskie zagrożenie ze strony sił reżimu. W takich warunkach Kiełpiniec – wioska schowana pośród nadbużańskich lasów i otoczona wówczas bezbrzeżnym morzem śniegu – musiał jawić się utrudzonym wielokilometrowym marszem partyzantom jako bezpieczna przystań. Do dzisiaj nie wiadomo, i zapewne tak pozostanie, co spowodowało, że grupa pościgowa dotarła do gospodarstwa, które patrol "Żwirki" wybrał na miejsce postoju. Możliwe, że stało się tak za sprawą kolejnego donosu, ale niewykluczone, że żołnierze KBW zwyczajnie zgubili w śniegu drogę. Po prawdzie nie ma to już teraz większego znaczenia, jeżeli w ogóle ma jakiekolwiek.
Por. Władysław Łukasiuk "Młot" i st. sierż. Józef Babicz "Żwirko". Podlasie, 1946 r.
Drużyna st. sierż. Józefa Babicza "Żwirki" (siedzi pierwszy z prawej w górnym rzędzie). Podlasie, lato 1946 r.
Wiadomo natomiast, co wydarzyło się, kiedy grupa pościgowa zlokalizowała miejsce pobytu partyzantów. Zabudowania rodziny Goworków natychmiast zostały okrążone przez żołnierzy KBW. Widząc to, ich mieszkańcy wybiegli na podwórze, dzięki czemu uratowali życie. Natomiast partyzanci pozostali wewnątrz budynku i stamtąd podjęli desperacką obronę. Po krótkiej wymianie ognia dowódca grupy KBW wezwał ich do poddania, krzycząc że są otoczeni i nie mają możliwości ucieczki. Bez wątpienia miał rację, co do szans partyzantów na wyrwanie się z okrążenia, a dokładnie co do ich braku. Nie doczekał się jednak ze strony leśnych pozytywnej odpowiedzi, członkowie patrolu "Żwirki" nie mieli zamiaru się poddać. Wtedy, na rozkaz dowódcy grupy KBW, w strzechę domostwa, w którym bronili się partyzanci, została wystrzelona rakieta zapalająca. Wkrótce cały budynek stanął w płomieniach. Pomimo to patrol "Żwirki" nie przerwał walki, aż do samego końca. Dwóch jego członków spłonęło w podpalonych przez KBW zabudowaniach. Jak wynika z raportu sporządzonego przez zastępcę Grupy Operacyjnej Sokołów KBW kpt. Wilczka spłonęli niemal doszczętnie, tak że pozostało po nich trochę stopionego tłuszczu i kości.
Ich dwaj towarzysze broni i niedoli zdołali, pomimo ostrzału ze strony żołnierzy KBW, wydostać się z płonącego budynku na podwórze. Jeden z nich zginął po przebiegnięciu ok. 100 metrów. Nieco dalej dobiegł "Żwirko". Poległ jakieś 150 metrów od zabudowań. Nie wiemy, którzy partyzanci bronili się do końca w budynku, a który padł wraz ze "Żwirką" w pozbawionym szans powodzenia, ostatnim zrywie ku wolności. W każdym razie żaden z nich nie skorzystał z możliwości oddania się w ręce wroga. Wybrali śmierć w walce. Pozostali wolnymi aż do samego kresu, do absolutnej granicy ludzkiego poznania, za którą zaczyna się wielka niewiadoma. 
6 Brygada Wileńska AK na zbiórce. Podlasie, okolice Mężenina. 20 kwietnia 1946 r.
Wiadomo natomiast, że wtedy w Kiełpińcu poległ jeden z najdzielniejszych partyzantów oddziałów "Łupaszki" i "Młota", bo za takiego należy bez wątpienia uznać "Żwirkę". Ten młody wiekiem żołnierz (miał 21 lat, gdy zginął) swój szlak partyzancki rozpoczął w lutym 1944 r. na Wileńszczyźnie w szeregach 5 Brygady Wileńskiej AK. Brał udział w kilkudziesięciu akcjach zbrojnych, był uczestnikiem kilku
dużych bitew partyzanckich zarówno z Niemcami jak i Sowietami. Osoby zainteresowane poznaniem karty bojowej Żwirki lub dalszymi szczegółami przypomnianych w niniejszym tekście wydarzeń z 17 lutego 1947 r. w Kiełpińcu serdecznie zapraszam do odwiedzenia strony internetowej Fundacji "Pamiętamy", na której, w zakładce "Nasze publikacje", można zapoznać się z poświęconym ostatniej walce patrolu "Żwirki" opracowaniem Kazimierza Krajewskiego i Tomasza Łabuszewskiego, Z walk oddziałów kpt. Młota 6 Brygady Wileńskiej AK na Podlasiu.
BRAT
W listopadzie 2005 roku, staraniem Fundacji "Pamiętamy", w Kiełpińcu stanął pomnik upamiętniający poległych tam 17 lutego 1947 r. żołnierzy 6 Brygady Wileńskiej AK.
szwadron 6 Brygady Wileńskiej AK. Podlasie, 1947 r. Dowódca szwadronu
Walerian Nowacki "Bartosz" zginął 3 VII 1948 r. w walce z KBW.
Pośród uczestników uroczystości odsłonięcia i poświęcenia pomnika zabrakło, niestety, członków rodzin upamiętnionych nim partyzantów. "Żwirko" pochodził z Wileńszczyzny, z wioski Izar. Nie wiedzieliśmy wtedy, i nadal nie wiemy, czy żyje ktoś z jego bliskich. Na odnalezienie rodziny "Serdecznego" z oczywistych powodów nie mieliśmy żadnych szans. Pozostaje on żołnierzem nieznanym, mogliśmy tylko objąć go serdeczną pamięcią, na jaką zasługuje każdy członek naszej wspólnoty narodowej, który zginął za wolność. O "Gromie" wiedzieliśmy tyle, że pochodził z Sokołowa Podlaskiego. Podlascy przyjaciele Fundacji "Pamiętamy" dość szybko ustalili, że rodzina Małyszków wyprowadziła się z Sokołowa jeszcze w drugiej połowie lat czterdziestych ubiegłego stulecia oraz że "Grom" miał brata, który zamieszkał potem w Łodzi. Niestety, na tym trop się urywał. Pomimo tego niesamowitym wręcz zrządzeniem losu udało się nam odnaleźć brata "Groma", Pana Zbigniewa Małyszko. Wprawdzie za względu na stan zdrowia nie mógł on wziąć udziału w uroczystości w Kiełpińcu, ale mogliśmy przekazać mu wiadomość, że pamięć o jego bracie, Janie, nie tylko nie zaginęła, ale uzyskała formę trwałą. Wkrótce po ceremonii odsłonięcia pomnika nasza satysfakcja z odnalezienia brata "Groma" przez chwilę zmieszała się ze wzruszeniem. Stało się tak, gdy na łamach wychodzącej wówczas w Sokołowie Podlaskim "Gazety Powiatowej" [nr 3/2006 (409)] przeczytaliśmy list Pana Zbigniewa Małyszko, w którym napisał:
A kiedy dowiedzieliśmy się, że wiosną roku 2006 brat "Groma" wyprawił się z Łodzi do Kiełpińca, gdzie modlił się przy pomniku – symbolicznej mogile swego brata i jego trzech towarzyszy broni – uznaliśmy, że w tej sprawie, jeśli chodzi o odnalezienie rodzin żołnierzy oddziału "Młota" poległych w lutowy dzień 1947 r. w Kiełpińcu, nic nowego już się nie przydarzy. Tym bardziej, że nasze próby dotarcia do bliskich Franciszka Januszkiewicza "Zbiega", podjęte jeszcze przed uroczystością odsłonięcia pomnika, zakończyły się niepowodzeniem.


3 SZWADRONU 6 WILEŃSKIEJ BRYGADY AK
KPT. WŁADYSŁAWA ŁUKASIUKA "MŁOTA"
ST. SIERŻ. JÓZEFA BABICZA "ŻWIRKI"
KPR. FRANCISZKA JANUSZKIEWICZA "ZBIEGA"
SZER. JANA MAŁYSZKO "GROMA"
SZER. NN "SERDECZNEGO"
POLEGŁYCH 17 II 1947 R. W KIEŁPIŃCU
W WALCE Z KOMUNISTAMI
ZA NIEPODLEGŁOŚĆ POLSKI, WIARĘ KATOLICKĄ
I WOLNOŚĆ CZŁOWIEKA
Odsłonięcie pomnika w Kiełpińcu w 2005 r.
SIOSTRA
"Zbieg" był dezerterem z LWP, przed wstąpieniem w szeregi 6 Brygady Wileńskiej AK czasowo mieszkał w Białymstoku. Udało się nam nawet ustalić adres, pod którym przebywał w tym mieście. Nie pamiętam kto z kręgu Fundacji "Pamiętamy" wyprawił się wtedy do Białegostoku na poszukiwanie bliskich Zbiega. W każdym razie nic to nie dało. Na miejscu nikt nie kojarzył nazwiska Januszkiewicz. Więcej nie mogliśmy nic zrobić. Wydawało się, że jak w przypadku "Żwirki" i "Serdecznego", także bliscy Zbiega nie dowiedzą się o upamiętnieniu w Kiełpińcu. Stało się jednak inaczej.
6. Brygada Wileńska AK w czasie świąt wielkanocnych, kolonia Figały pod Mężeninem, kwiecień 1946 r.
Ponad trzy lata po uroczystości odsłonięcia pomnika poległych partyzantów z patrolu "Żwirki" Kazimierz Krajewski, wybitny znawca dziejów podziemia niepodległościowego, historyk z IPN-u a także merytoryczna podpora Fundacji „Pamiętamy”, jeden z najważniejszych organizatorów uroczystości w Kiełpińcu, wyprawił się służbowo do Grodna. To położone nad Niemnem miasto było w okresie okupacji niemieckiej jednym z najważniejszym na wschód od linii Curzona ognisk polskiej konspiracji niepodległościowej. Także później, już podczas okupacji sowieckiej, działała tam polska partyzantka. Ostatnie jej grupy, wierne Rzeczypospolitej i złożonej przysiędze, trwające do końca na straconych posterunkach za jałtańską granicą, zostały wybite przez Sowietów dopiero w 1950 roku. Nawiasem mówiąc, najwyższy czas upamiętnić tych naszych rodaków, którzy zdecydowali się pozostać za kordonem i tam padli w walce z Sowietami. To przecież są setki ludzi. Tymczasem, oceniając rzecz z dzisiejszej perspektywy, nie można o nich powiedzieć nawet, że to Żołnierze Wyklęci; to żołnierze kompletnie zapomniani. Może kiedyś…
Kazimierz Krajewski, wybitny znawca dziejów podziemia
niepodległościowego, historyk IPN a także merytoryczna podpora
Fundacji „Pamiętamy”.
Jak wiadomo, w Grodnie i jego okolicach nadal żyje wielu Polaków. To z myślą o nich IPN, jeszcze pod kierownictwem śp. Janusza Kurtyki, podjął szereg cennych inicjatyw. Pracownicy warszawskiego oddziału tej instytucji wielokrotnie jeździli na Białoruś, w tym także do Grodna, z prelekcjami i wystawami przypominającymi m.in. historię Armii Krajowej na tamtych terenach. Jedna z głównych ról w tych działaniach przypadła Kazimierzowi Krajewskiemu. Podczas wspomnianego wyjazdu do Grodna wygłosił on w tym mieście wykład na temat dziejów Armii Krajowej na Grodzieńszczyźnie. Po prelekcji podeszła do niego starsza kobieta. Zgodnie z jego relacją rozmowa miała, mniej więcej, następujący przebieg:
- Mój brat, proszę Pana, to walczył w Armii Krajowej na tych terenach. Jak potem przyszły ruskie, to jego wzięli siłą do Berlinga. To było gdzieś w końcu lata 1944 roku. Po tym już brata więcej nie widziałam. Wiem tyle, że później to on od tego Berlinga uciekł i ponownie poszedł do partyzantki, gdzieś w okolicach Białegostoku. Nie wyszedł z tego żywy, tyle wiem i nic ponadto na temat jego losów. Może Pan mi pomoże coś więcej ustalić?
- A jak, szanowna pani, nazywał się pani brat i jaki miał pseudonim?
- Pseudonimu to nie znam, a nazywał się Franek. Franek Januszkiewicz.
- Taaak, myślę, że mogę pani pomóc. Otóż pani brat….
I tylko szkoda, że nie było przy tym Arka Gołębiewskiego z kamerą, bo przecież to temat nie na zgrzebny mój tekst, lecz na dobry film dokumentalny w stylu "Sny stracone, sny odzyskane". W każdym razie kobieta była w kompletnym szoku, gdy Kazimierz Krajewski z miejsca podał pseudonim, pod którym jej brat walczył w szeregach 6 Brygady Wileńskiej, pokrótce opowiedział jego partyzanckie dzieje, aż do tragicznego końca 17 lutego 1947 r. w Kiełpińcu, a także poinformował, że od 2005 roku stoi tam pomnik upamiętniający między innymi jej brata. W ten oto sposób, po ponad sześćdziesięciu latach od śmierci "Zbiega", jego siostra dowiedziała się gdzie i w jakich okolicznościach zginął, a także usłyszała, że jego ofiara nie została przez współczesnych w Ojczyźnie zapomniana. Nie dziwcie się więc, szanowni czytelnicy, że gdy Kazimierz Krajewski zrelacjonował mi swoje spotkanie z siostrą "Zbiega", coś ścisnęło mnie za gardło.
KOCHANEMU BRATU FRANKOWI…
Zrobiło się ckliwie, a to znak, że najwyższy czas kończyć ten tekst. Zamknę go wspomnieniem z tegorocznej wyprawy na Podlasie. Jest dobrą tradycją, że co najmniej raz w roku przedstawiciele środowiska skupionego wokół Fundacji "Pamiętamy" wyruszają, w różnym składzie osobowym, w tę piękną krainę, aby sprawdzić aktualną kondycję wzniesionych tam, staraniem fundacji, pomników. Wyjazdy te są okazją do spotkań z naszymi podlaskimi przyjaciółmi, a także wyprawą w historię, którą dawno temu uznaliśmy za ważną, wartą ożywienia oraz przekazania następnym pokoleniom; zasługującą na przetrwanie w pamięci społecznej choćby z tego powodu, że bohaterowie tej historii nie pisali żadnych listów otwartych do partii komunistycznej, aby dla urzeczywistnienia dyktatury proletariatu to i owo zmienić, lecz do szczególnie szkodliwych członków tej partii strzelali. A czynili tak, walcząc o niepodległość Polski i broniąc prawa człowieka do wolnego życia na ziemi.
W tym roku pojechałem na Podlasie w towarzystwie moich dwóch dobrych kolegów: notariusza i adwokata. Pogoda sprzyjała naszej wyprawie. Podlasie przywitało nas słońcem, które przecież tego lata, niezależnie od regionu kraju, nie wyglądało zza chmur zbyt często. Do Kiełpińca dotarliśmy w okolicach południa. U podnóża pomnika stało kilka wypalonych zniczy, leżały dwa wieńce. Dostawiliśmy i zapaliliśmy nasze lampki pamięci i pomodliliśmy się w ciszy za dusze poległych partyzantów z patrolu "Żwirki". Potem rozwinąłem szarfy wieńców; to moje przyzwyczajenie. Tłumaczę ten nawyk tym, że cieszy mnie każdy symbol pamięci pozostawiony przy pomnikach wzniesionych staraniem Fundacji "Pamiętamy". Bo przecież jednym z materialnych dowodów na istnienie wielkiej historycznej i kulturowej wspólnoty, do której przynależymy, a której na imię Polska, są znaki pamięci pokoleniowej pozostawione w miejscach upamiętniających krew naszych przodków przelaną za wolność. Dlatego sprawdzam rodowody takich znaków. Jeden z dwóch wieńców leżących wówczas u podnóża pomnika w Kiełpińcu został złożony przez środowisko kombatanckie z Podlasia. Natomiast na szarfie drugiego wieńca, mocno już wyblakłej, z trudem odczytałem napis: KOCHANEMU BRATU FRANKOWI – SIOSTRA…. Dalsza jego część zawierała imię siostry "Zbiega". Jednak ten fragment był nieczytelny, a może po prostu zatarł się w mojej pamięci. Zresztą jakie to ma w tej chwili znaczenie?
Wtedy w Kiełpińcu z całą ostrością dotarło do mnie, jak niezwykły splot wielu zdarzeń – wielkich (np. upadek komunizmu w Polsce), drobnych (np. działania Fundacji "Pamiętamy" czy inicjatywy podjęte przez IPN z myślą o rodakach żyjących za wschodnią granicą) i nieprawdopodobnych (np. opisane wcześniej w tekście spotkanie w Grodnie) – spowodował, że siostrze "Zbiega" dane było odbyć pielgrzymkę z Białorusi do miejsca śmierci jej brata, że przy pomniku upamiętniającym ofiarę z życia, którą złożył na ołtarzu wolności mogła pozostawić wieniec, wyraz siostrzanej pamięci. I tylko nie pamiętam czy to przywołana przeze mnie refleksja, czy też po prostu chwila zapatrzenia w świecące nad Kiełpińcem słońce spowodowała, że do moich oczu na krótką chwilę napłynęły łzy.
Powiedzą jedni: wizyta siostry "Zbiega" w Kiełpińcu to proste następstwo rozmowy tej kobiety z Kazimierzem Krajewskim, zaś o ich spotkaniu w Grodnie zdecydował ślepy los, nic więcej. Inni, i do nich ja należę, uznają, że to wcale nie przypadek sprawił, że do wizyty tej doszło. Nie przesądzimy tu i teraz, która intuicja jest trafna. Rozstrzygnięcie leży poza granicą ludzkiego poznania; poza granicą, którą 17 lutego 1947 r. przekroczyli "Żwirko", "Grom", "Serdeczny" i "Zbieg".

adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego < /font>
z lat 1944-1954.
Wywiad z Grzegorzem Wąsowskim – część 1/2
Rozmowa z Grzegorzem Wąsowskim – adwokatem, który współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego z lat 1944- 1954.

Mec.
Grzegorz Wąsowski, Prezes Zarządu Fundacji "Pamiętamy". W tle widać
jeden z pomników Fundacji, poświęcony kpt. Kazimierzowi Kamieńskiemu ps.
"Huzar" i jego żołnierzom, odsłonięty w Wysokiem Mazowieckiem w
listopadzie 2007 r.
– Na III Festiwalu III Festiwal Niepokorni Niezłomni Wyklęci w Gdyni wielkie wrażenie na publiczności zrobił – pokazany poza konkursem – film Arkadiusza Gołębiewskiego "Sny stracone, sny odzyskane". Opowiada historię rodziny Borychowskich z Borychowa – dzieci "bandytów", czyli żołnierzy niezłomnych zabitych przez UB. Dzieci Borychowskich zostały wysłane do domów dziecka, później zostały skazane na społeczna degradację i lata upokorzeń. Dopiero w latach 2000. – co pokazuje film – ci ludzie "odzyskali sny", czyli zdjęto z nich piętno, nadając należne miano bohaterów. Zrobili to konkretni ludzie – z kierowanej przez Pana Fundacji "Pamiętamy".
– Pozwoli Pan, że zacznę od krótkiej refleksji natury ogólnej. Otóż wspomniany przez Pana film Arka Gołębiewskiego jest wzorcowym wręcz przykładem, jak w sposób interesujący dla przeciętnego widza należy opowiadać o historii zmagań naszych, przywiązanych do sprawy wolności przodków z komunistami. Obraz ten pokazuje los bezbronnej polskiej rodziny, w tym dzieci, głęboko doświadczonej przez reżim komunistyczny. Jest w sumie suchym, pozbawionym zbędnych ozdobników, i przez to wstrząsającym, zapisem ludzkiego cierpienia. W wielu filmach dokumentalnych traktujących o tym wycinku naszych dziejów widz otrzymuje potężną porcję danych – nazwiska i pseudonimy, stopnie wojskowe, straty osobowe, itd. Uważam, że taki sposób przekazu ani nie budzi, ani nie pogłębia wrażliwości historycznej widzów. Kwestię tę trafnie zobrazował Zbigniew Herbert w wierszu Pan Cogito czyta gazetę. Wspomniał w nim, prawidłowo rozpoznając „wrażliwość” masowego odbiorcy, o 120 poległych żołnierzach, którzy nie przemawiają do wyobraźni/ jest ich za dużo/ cyfra zero na końcu/ przemienia ich w abstrakcję. Film "Sny stracone, sny odzyskane" jest wolny od tego błędu. Dzięki temu oddziałuje na wrażliwość widzów i jako taki jest przydatny w żmudnym procesie odbudowy więzów wspólnotowych, zerwanych przez komunizm. Dlatego uznaję ten dokument za ważny. Moim zdaniem jednymi z najpotrzebniejszych działań naszych czasów są starania o to, abyśmy przetrwali jako wspólnota ludzi szanujących wolność i wartości, które pozwalają wolność chronić i rozwijać, a także bronić jej, kiedy jest zagrożona. W tej wrażliwości mieści się oczywiście szacunek do ludzi, którzy w mroku nocy terroru komunistycznego, w czasie pełnego i niezwykle brutalnego triumfu systemu komunistycznego, który w całych dotychczasowych dziejach ludzkości był największym i najgroźniejszym wrogiem wolności, w każdym jej wymiarze, bronili prawa człowieka do wolnego życia na ziemi i w obronie tego prawa ginęli czy cierpieli. Dotyczy to przede wszystkim uczestników walki czynnej, jak i ludzi pełniących rolę zaplecza terenowego partyzantki, bez którego ci zbrojni nie mogliby przecież działać. Ludzi takich jak Marian i Czesława Borychowscy.
Pomnik w Borychowie wybudowany dzięki staraniom Fundacji "Pamiętamy".
– Jednak film "Sny stracone, sny odzyskane" kariery telewizyjnej raczej nie zrobił…
– Gdyby TVP S.A. była rzeczywiście poważnie zainteresowana realizacją misji, jaka zgodnie z porządkiem prawnym jest jej udziałem, to film "Sny stracone, sny odzyskane" zostałby wyemitowany w bardzo dobrej porze oglądalności w programie pierwszym albo drugim. Ale w mojej opinii nie jest. I dlatego film ten mogli obejrzeć widzowie elitarnego, jeżeli oceniać po wskaźnikach oglądalności, kanału TVP Historia i tzw. nocne marki – o ile wiem film został wyemitowany nie tylko w TVP Historia, ale także w programie drugim TVP, tyle że gdzieś w okolicach północy. W konsekwencji wyobrażenie całkiem dużego kontyngentu młodzieży, czyli ludzi pozbawionych istotnych doświadczeń własnych z czasów PRL-u, na temat okresu komunistycznego zniewolenia kształtują duże współczesne produkcje fabularne "Różyczka" czy "Rewers". Silnie zarysowany w obu tych filmach motyw bezlitosnego wykorzystywania przez funkcjonariuszy tajnych służb komunistycznych uwiedzionych przez nich kobiet zapewne nasuwa widzom smutny wniosek, że niektóre niegodziwe metody tajnych policji są ponadczasowe. A to z kolei skłania wielu młodych ludzi, często przekonanych o tym, że była posłanka Platformy Obywatelskiej Beata Sawicka padła ofiarą żigolaków z CBA, żeby użyć wyrażenia pana posła Gowina, do konstatacji, że czasy pokazane w 'Różyczce" czy "Rewersie", oceniając rzecz z perspektywy relacji władza-jednostka, nie są jakościowo różne od koszmaru, który skończył się wraz z odejściem rządu premiera Jarosława Kaczyńskiego. Przy tym nie ma istotnego znaczenia, że wspomniane filmy nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością, którą miały zobrazować. Uchodzą jednak, gdyby brać na poważnie poświęcone im recenzje, za wybitne dzieła traktujące o tamtych realiach. Pamiętajmy, w tym wątku naszej rozmowy, także o nieśmiertelnym, a dotyczącym późniejszego okresu rządów partii komunistycznej filmie "Miś". Dla wielu miłośników tej świetnej komedii jedną z najzabawniejszych scen w filmie jest obraz trenera drugiej kategorii, bodaj Jarząbka, który, nie wiedząc, że jest obserwowany, wygłasza wiernopoddańczy tekst pod adresem prezesa klubu Tęcza. Swoją przemowę kieruje do szafy, w której stoi uruchomiony przez niego, tuż przed rozpoczęciem wygłaszania laudacji, magnetofon. Dla mnie jest to jedna z najlepszych sekwencji filmowych traktujących o kondycji przeciętnego człowieka pod rządami partii komunistycznej. Tyle że w odróżnieniu od znakomitej większości rodaków uznaję ją za bardzo smutną. Bo to jest scena, w której obserwujemy człowieka, który już dawno przegrał walkę o własną godność, a my, oglądając co wyczynia przed ową szafą, widzimy tego stanu żałosny skutek. A czy porażka w walce o ocalenie własnej godności nie była w tamtych czasach udziałem milionów, podobnie jak trener Jarząbek dających w różny sposób dowody uznania prezesowi klubu, czyli partii komunistycznej? Mam na myśli choćby obecność na pierwszomajowych pochodach, gdzie niektórzy, uśmierzając mechanizmem samooszustwa poczucie wstydu, bronili się jeszcze przed sobą, chwytając za biało- czerwone, a nie za czerwone flagi. Nie mówię tego, aby komukolwiek sprawić przykrość, czy tym bardziej kogoś obrazić. Mówię o tym, aby podkreślić, że często wyrażane przekonanie, że Polska była najweselszym barakiem w obozie krajów demokracji ludowej jest następstwem ahistoryczności wielu z nas, podlewanej obficie inicjatywami typu kochamy polskie seriale oraz wcielanym w czyn rozumowaniem, że rok bez powtórzenia serialu "Czterej pancerni i pies" oraz "Stawka większa niż życie" jest rokiem dla kultury straconym. Pamiętajmy, w imię elementarnej wierności wobec faktów, że ten rzekomo najweselszy barak w obozie został zbudowany na kościach dziesiątków tysięcy naszych rodaków, np. Mariana Borychowskiego, na cierpieniach kolej
nych setek tysięcy, np. dzieci Mariana i Czesławy Borychowskich, i mógł trwać dzięki mechanizmom powodującym upokorzenie milionów ludzi. Niezrozumienie tego, powtarzam – dość powszechne, jest jednym z wielu przejawów infantylizmu trawiącego nasze społeczeństwo. W sumie jest to wytłumaczalne – wykazywany w wieku dojrzałym infantylizm jest przecież jedną z form ucieczki przed postawieniem sobie niewygodnych pytań i podjęciem próby znalezienia na nie odpowiedzi. Przy okazji, skoro dotknęliśmy tematu X Muza a okres komunizmu, polecam "Dom zły" czy produkcję naszych południowych sąsiadów "Czeski błąd". To poruszające filmy. Można się z nich całkiem sporo dowiedzieć o czasach, które stanowią tło fabuły. A klasą dla siebie jest ostanie dzieło Wojciecha Smarzowskiego "Róża". Film, fabularny czy dokumentalny, to znakomite narzędzie uwrażliwiania ludzi na historię. Tylko trzeba umieć to robić. W każdym razie Arkowi Gołębiewskiemu w filmie "Sny stracone, sny odzyskane" sztuka ta się udała.
Tablica memoratywna na pomniku w Borychowie.
– Jak doszło do odnalezienia rodziny Borychowskich?
– Zaczynem odnalezienia przez nas rodziny Państwa Borychowskich były zapoczątkowane w 2000 r. działania Fundacji „Pamiętamy” obliczone na upamiętnienie żołnierzy walczących na Białostocczyźnie i Podlasiu w szeregach 5 a następnie 6 Brygady Wileńskiej AK. Starania te zostały uwieńczone we wrześniu 2001 r. wzniesieniem okazałego pomnika w Siedlcach.Wymienione jednostki partyzanckie uznaję za jedne z najlepszych, najbardziej walecznych oddziałów polskiej antykomunistycznej partyzantki. Stawiały one zbrojny opór komunistom nieprzerwanie od kwietnia 1945 r do jesieni 1952 r. Epopeja tych oddziałów, a z czasem już tylko kilkuosobowych patroli, jest nierozerwalnie związana z Podlasiem – piękną krainą, która wielokrotnie dawała świadectwo przywiązania do wolności; wystarczy wspomnieć Powstanie Styczniowe i postać księdza Stanisława Brzóski. Gdzieś w początkach 2005 r. uznaliśmy, że warto podjąć dzieło nadania materialnego kształtu – w wymiarze symbolicznym – wspomnianemu wieloletniemu zakorzenieniu partyzantów Brygad Wileńskich w krajobrazie Podlasia. Tak zrodził się pomysł, aby w miejscach, w których zginęli żołnierze ostatnich patroli 6 Brygady Wileńskiej AK postawić pomniki upamiętniające ofiarę złożoną przez nich w obronie wolności. Wczesną wiosną 2005 r. idea weszła w stadium realizacji. I tak znaleźliśmy się w Borychowie, gdzie w zmasowanym ogniu broni maszynowej komunistycznej obławy padł 30 września 1950 r. czteroosobowy patrol 6 Brygady Wileńskiej AK. Do Borychowa pojechaliśmy „w ciemno”, uzbrojeni w monumentalną monografię odtworzonych na Podlasiu Brygad Wileńskich, autorstwa Kazimierza Krajewskiego i Tomasza Łabuszewskiego (Łupaszka, Młot, Huzar. Działalność 5 i 6 Brygady Wileńskiej AK), i dobre chęci. Po przyjeździe na miejsce wytypowaliśmy zabudowania, w których postanowiliśmy zasięgnąć języka. Wjechaliśmy na podwórze, gdzie wkrótce pojawił się gospodarz, w słusznym już wieku, którego zapytaliśmy o wydarzenia z września 1950 r. Ponieważ człowiek był przychylnie nastawiony do rozmowy na ten temat, bardzo szybko poinformowaliśmy go, że mamy zamiar upamiętnić zabitych na polach Borychowa partyzantów oraz Mariana Borychowskiego – miejscowego gospodarza, którego komuniści zamęczyli w więzieniu za to, że udzielał schronienia leśnym. Zapytaliśmy naszego rozmówcę, czy jego zdaniem mieszkańcy Borychowa mieliby coś przeciwko takiemu upamiętnieniu. Pamiętam jak dziś, że odpowiedział: a dlaczego mieliby być temu przeciwni? Sądzę, że nie. To wydarzenie należy upamiętnić.
Nie wiem czy pomnik w Borychowie stanąłby, gdyby ten człowiek okazał sprzeciw wobec naszej inicjatywy. Nie dlatego, że łatwo się poddajemy. Przeciwnie, np. o prawo postawienia w Radomiu pomnika upamiętniającego żołnierzy z oddziałów Związku Zbrojnej Konspiracji poległych w zmaganiach z komunistami w latach 1946 – 1954 walczyliśmy z eseldowskimi wówczas – rzecz działa się w latach 2000-2001 r. – władzami Radomia ponad rok i w końcu walkę tę wygraliśmy; pomnik, o którym wspominam, stanął w wybranym przez nas miejscu , w pobliżu dworca PKP w Radomiu, a w uroczystości jego odsłonięcia w czerwcu 2001 r. wzięło udział kilka tysięcy ludzi. Po prostu nie widzimy sensu stawiania tego rodzaju upamiętnień wbrew woli większości członków lokalnej wspólnoty. Zaś nasz rozmówca z Borychowa wydał się nam człowiekiem rzetelnym, który w sposób obiektywny oddał prawdopodobny stosunek mieszkańców tej wsi do naszej inicjatywy. Szczęśliwie dla naszych planów, dodał nam przysłowiowego wiatru w żagle. Na dodatek dowiedzieliśmy się od niego, że jedna z córek Mariana Borychowskiego, Pani Teresa Zawadzka, zamieszkuje w sąsiadujących z Borychowem Zawadach. Los nam sprzyjał. Tak miało być, po prostu. Podziękowaliśmy naszemu rozmówcy za poświęcony nam czas i pojechaliśmy do Zawad, złożyć niezapowiedzianą wizytę Pani Teresie Zawadzkiej z domu Borychowskiej.
– Jak wyglądało Wasze pierwsze spotkanie?
– Było trudne, wzruszające i zapadające w pamięć. Takie spotkania z zasady nie należą do łatwych. Wiemy coś na ten temat, bo odbyliśmy ich już wiele. Poruszamy przecież sprawy, które dla naszych rozmówców są bardzo bolesne, są po prostu ciągle niezagojoną raną. Kiedy zjawiliśmy się u Pani Teresy Zawadzkiej i przedstawiliśmy jej plany, które nas do niej przywiodły, to była tak zdziwiona, że nie przesadzę twierdząc, że gdybyśmy powiedzieli jej, że przylecieliśmy z Marsa, to pewnie przyjęłaby to z mniejszym zdziwieniem, co z nas za cudaki. Jak już doszła do siebie, to powiedziała przez łzy: pamiętajcie, panowie, że w domu mojego ojca ubecy nie znaleźli żadnej kradzionej rzeczy. Takie chwile zapadają w pamięć. Zresztą to jest może najbardziej tragiczny moment tej historii, w jej współczesnej odsłonie. Ten, będący wynikiem dziesiątków lat życia z brzemieniem rodziny bandyckiej, mechanizm obronny: panowie, mój ojciec nie był paserem, a ci partyzanci, którym udzielał schronienia, nie byli złodziejami. Po piętnastu latach od upadku komunizmu w Polsce. Ten obrazek chyba powinien być powodem do smutnej zadumy nad kondycją naszego społeczeństwa. Jak bardzo komunizm nas, jako wspólnotę, spustoszył, skoro tak długo nie potrafiliśmy dać takim ludziom jak Borychowscy nawet namiastki zadośćuczynienia, w wymiarze emocjonalnym i symbolicznym, za ich cierpienia? Podkreślam, że sytuacja jaką opisuję nie jest wyjątkiem, lecz raczej normą. Takie osoby jak Borychowscy żyją pośród nas i często do dziś nie zostały objęte symbol
icznym, współczującym ramieniem zbiorowości, nie doczekały się gestu będącego emanacją naszego szacunku i empatii dla ofiary ich bliskich a także dla będącego ich udziałem cierpienia za sprawę wolności. A przecież jesteśmy, my – szanujący wolność, im to winni.
– W historii Borychowskich przeraża między innymi fakt, że odwet ze strony komunistów nie ominął nawet małych dzieci.
– Tak. Władza ludowa była całkowicie wolna od choćby odrobiny wspaniałomyślności. Nie zwykła darowywać swym przeciwnikom, a wobec rodzin bandyckich powszechnie stosowała szykany oparte o zasadę odpowiedzialności zbiorowej. Za czynny opór przeciwko komunistom wysoką ceną płaciły całe rodziny walczących. Także dzieci. Przypadek Borychowskich jest dramatyczny, ale w tamtych czasach – utrwalania władzy ludowej – to była, niestety, norma. Płynie z tego ważny wniosek: historia, o której rozmawiamy, nie została zamknięta, czasem przeszłym dokonanym, z chwilą zabicia ostatniego partyzanta. Ona miała dalszy, dramatyczny ciąg. Cichymi bohaterami kolejnych rozdziałów tej historii były rodziny Żołnierzy Wyklętych, niosące przez długie dekady rządów komunistycznych nie tylko krzyż cierpienia po stracie bliskiej osoby: męża, syna, ojca czy brata, lecz także wspomniane już przeze mnie brzemię rodziny bandyckiej. W praktyce oznaczało ono status obywateli drugiej albo nawet trzeciej kategorii, co wiązało z szeregiem szykan utrudniających i tak dostatecznie ciężkie życie pod rządami partii komunistycznej. To samo było oczywiście udziałem tych nielicznych Żołnierzy Wyklętych, którzy dożyli drugiej połowy lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku i dalej (choć trzeba pamiętać, że ostatni z nich opuścili więzienia dopiero na początku lat siedemdziesiątych!). Co ważne i straszne jednocześnie, wszystko to musieli oni znosić w osamotnieniu i milczeniu, przez dziesiątki lat. Dużą ulgą w cierpieniu bywa często możliwość podzielenia się swym bólem z innymi, daje ją również objaw empatii ze strony otoczenia, a gdy źródłem cierpienia jest sprawa ważna dla ogółu, także i szacunek tego otoczenia. Zaś cierpienie, o którym rozmawiamy, trwało w całkowitej samotności, w najlepszym wypadku, przy obojętności otoczenia. Komunizm doprowadził bowiem do zerwania więzów społecznych. O ile podczas okupacji niemieckiej rodzina, która ucierpiała od nazistów mogła co do zasady liczyć na współczucie i sąsiedzką pomoc, to osobom prześladowanym przez władze w okresie terroru komunistycznego towarzyszyła w cierpieniu jedynie samotność. To bardzo gorzki towarzysz niedoli. Dzieci Borychowskich, po tym jak funkcjonariusze UB aresztowali ich rodziców, zanim same nie zostały aresztowane przez władzę ludową, nie miały co z sobą począć. I tylko jedna osoba spośród mieszkańców Borychowa miała odwagę przyjąć je do siebie na nocleg. Zapłaciła za ten gest – przyjęcia dzieci pod swój dach – kilkutygodniowym uwięzieniem. I nie dziwmy się takiej postawie większości. Takie zachowanie było wynikiem kilkuletniego, intensywnego terroru komunistycznego oraz będącego jego prostą konsekwencją całkowitego zastraszenia i sparaliżowania społeczeństwa. Po wielu latach, kiedy działaniami Fundacji „Pamiętamy” zaczynaliśmy pisać epilog tej historii, Pani Teresa Borychowska zapukała do każdych drzwi w Borychowie, pytając czy mieszkańcy zgadzają się na postawienie pomnika upamiętniającego jej zamęczonego przez komunistów ojca i partyzantów, którzy tuż przed śmiercią kwaterowali w jej rodzinnym domu. Wszyscy zapytani, poza jedną rodziną, wyrazili zgodę na wzniesienie takiego pomnika. Dzięki temu oraz za sprawą dobrej woli miejscowych władz samorządowych, które wyraziły zgodę na to upamiętnienie, uroczystość odsłonięcia i poświęcenia pomnika odbyła się już w kilka miesięcy od naszej pierwszej wizyty w Borychowie.
Grzegorz Wąsowski podczas odsłonięcia pomnika w Borychowie.
– Za Waszą sprawą udało się też wyjaśnić, kto doniósł na Borychowskich.
– I nie tylko na nich. Wyjaśnienie tej zagadki to zasługa Kazimierza Krajewskiego i Tomasza Łabuszewskiego, pracowników IPN, wybitnych znawców dziejów zbrojnego podziemia antykomunistycznego. To oni, niedługo przed opisaną przeze mnie wizytą przedstawicieli Fundacji „Pamiętamy” u Pani Teresy Zawadzkiej, odnaleźli w archiwach bezpieki przejętych przez IPN dokumenty wyjaśniające przyczyny tragedii w Borychowie. Dopiero wtedy, w początkach 2005 r., wyszło na jaw, że winnym zagłady partyzanckiego patrolu i cierpienia rodziny Borychowskich był niespełna osiemnastoletni wówczas Czesław Białowąs (TW Małachowski).

Czesław Białowąs, TW „Małachowski” – niezwykle niebezpieczny konfident UB. Sprawca śmierci por. Józefa Małczuka "Brzaska", sierż. Kazimierza Ilczuka "Sępa" i szer. Arkadiusza Pieniaka oraz zagłady patrolu Arkadiusza Czapskiego "Arkadka".
Został on zwerbowany przez UB do współpracy w marcu 1950 r. Człowiek ten cieszył się pełnym zaufaniem partyzantów, gdyż pochodził z rodziny bardzo zaangażowanej w działalność niepodległościową. Jego najstarszy brat (przyrodni) Stanisław Białowąs "Boruta" był zasłużonym konspiratorem AK-WiN. Zginął w walce z komunistami w lipcu 1946 r. – otoczony przez UB, ranny, bez szans na ucieczkę, popełnił samobójstwo. Drugi z braci Czesława Białowąsa, Witold, był partyzantem 6 Brygady Wileńskiej AK i pod pseudonimem "Litwin" walczył w jej szeregach aż do sierpnia 1952 r., kiedy to, ciężko ranny w walce, wpadł w ręce ubeków. Matka Białowąsów, za pomoc udzielaną partyzantom, siedziała wówczas, w początkach 1950 r., w więzieniu. Znając te fakty trudno się dziwić, że TW Małachowski, miał możliwość stosunkowo łatwego dotarcia do partyzantów spod znaku 6 Brygady Wileńskiej AK. Dzięki Kazimierzowi Krajewskiemu, który jest merytoryczną podporą Fundacji „Pamiętamy”, już podczas pierwszego pobytu u Pani Teresy Zawadzkiej mieliśmy możliwość podzielenia się z nią informacją, kto jest odpowiedzialny za tragedię jej rodziny. Początkowo nie mogła w to uwierzyć. Czesław Białowąs był szkolnym kolegą jej starszej siostry, Janiny. Poza tym bezpieka, chroniąc swego agenta, starała się wyrobić w mieszkańcach Borychowa i pobliskich wsi przekonanie, że doniósł ktoś inny. I to bezpiece się udało – przez ponad pół wieku mieszkańcy tamtych okolic byli przekonani, że miejsce postoju partyzantów zdradził jeden z mieszkańców Borychowa.
Wywiad z Grzegorzem Wąsowskim – część 2/2
Ma Pan rację. Ten sam mechanizm, służący ochronie TW "Małachowski" przed podejrzeniami o współpracę, komuniści zastosowali także wobec społeczności Jabłonny Lackiej, wsi leżącej kilkanaście kilometrów od Borychowa. Nieopodal Jabłonny Lackiej, w lesie pod wsią Toczyski-Podborne, 7 kwietnia 1950 r. siły reżimu, na skutek donosu złożonego przez tegoż konfidenta, zlokalizowały i otoczyły dziewięcioosobowy pododdział 6 Brygady Wileńskiej AK dowodzony przez legendarnego wtedy w tamtych stronach por. Józefa Ludwika Małczuka "Brzaska". W nierównej walce, w której siły obławy liczyły 400 żołnierzy KBW, zginęło trzech partyzantów, w tym "Brzask". Pozostali członkowie pododdziału "Brzaska" szczęśliwie zdołali przedrzeć się przez trzy pierścienie okrążenia i umknąć obławie. Donos na partyzantów "Brzaska" został złożony przez TW "Małachowski" już w dwa tygodnie po tym, jak został on zwerbowany przez UB.
Por. Józef Małczuk "Brzask" z żoną Ireną.
O powodach tak łatwego dotarcia przez tego konfidenta do partyzantów już mówiłem. Grozę sytuacji potęgują dwa fakty, oba o wymiarze symbolicznym. Po pierwsze, zdrajca odwiedził obozowisko partyzantów z okazji Świąt Wielkanocnych. Po drugie, spotkał się wtedy ze swym bratem – Witoldem, członkiem grupy "Brzaska". W leśnym obozowisku przebywał TW "Małachowski" przez dwa dni, co pozwoliło mu poznać wielu współpracowników terenowych por. Małczuka, którzy mieli pecha odwiedzić wtedy miejsce postoju oddziału. Na koniec bytności pośród partyzantów konfident wyściskał swego brata oraz jego towarzyszy walki – prawdziwy, współczesny pocałunek Judasza – a następnie ruszył prosto do Sokołowa Podlaskiego, gdzie na ręce szefa tamtejszego Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa złożył doniesienie o miejscu pobytu oddziału "Brzaska". Efektem tego donosu TW "Małachowski" było, poza śmiercią trzech partyzantów, aresztowanie ponad 60 współpracowników grupy. W przeprowadzonych wkrótce procesach zostali oni skazani na wysokie kary więzienia, zapadły też dwa wyroki śmierci, na szczęście nie wykonane. I tylko jedna osoba spośród aresztowanych i sądzonych wówczas współpracowników oddziału "Brzaska" odpowiadała z wolnej stopy a następnie została skazana na karę pozbawienia wolności, której wykonanie zostało zawieszone. Zaś po procesie została ona wywieziona pod ochroną UB, w biały dzień, w nieznanym kierunku – jak wkrótce dowiedzieli się mieszkańcy Jabłonny Lackiej na ziemie zachodnie. Dla formalności tylko dodam, że każdy z pamiętających tę sprawę mieszkańców Jabłonny Lackiej był święcie przekonany – i taki też był przekaz pokoleniowy – że to właśnie owa osoba była zdrajcą i doprowadziła do śmierci "Brzaska", jego dwóch żołnierzy, a także spowodowała liczne aresztowania wśród współpracowników oddziału. Nic bardziej błędnego. Ta osoba była tylko ofiarą gry bezpieki, która, chcąc chronić cennego agenta, czyli TW "Małachowski", zrobiła wszystko, aby podejrzenia miejscowej ludności i trwających jeszcze w lesie partyzantów padły na kogoś innego.
A teraz puenta do tego wątku. W maju 2006 r. w Jabłonnie Lackiej, staraniem Fundacji „Pamiętamy”, stanął pomnik upamiętniający "Brzaska" i dwóch partyzantów poległych wraz z nim w kwietniu 1950 r. w lesie pod Toczyskami. Gdy na kilka tygodni przed uroczystością wraz z kolegą przyjechałem do Jabłonny Lackiej, na spotkanie z przedstawicielami miejscowych władz, aby omówić szczegóły uroczystości, miała miejsce taka oto scena. W spotkaniu ze strony władz gminnych uczestniczyło około dziesięciu osób. Po uzgodnieniu scenariusza ceremonii, opowiadałem zebranym kto jest winny zdrady "Brzaska" i w jaki sposób bezpieka, w celu zapewnienia osłony dla działań TW "Małachowski", zrzuciła podejrzenie na wytypowaną przez siebie osobę. W pewnym momencie dostrzegłem, że jedna z kobiet uczestniczących w spotkaniu zaczęła płakać. Powiedziałem wtedy mniej więcej: przepraszam jeżeli czymś Panią uraziłem, nie było to moim zamiarem, ale sądzę, że ważne jest, abyście wiedzieli Państwo jak naprawdę było. Na to wójt Jabłonny Lackiej powiedział do mnie cicho – ta Pani jest synową człowieka, który decyzją bezpieki miał w oczach miejscowej społeczności uchodzić za zdrajcę.
I uchodził. Przez całe 55 lat. Łzy tej kobiety były łzami szczęścia, że pamięć jej teścia, a tym samym dobre imię rodziny do której weszła zostało wreszcie oczyszczone. Nasza wizyta w Jabłonnie Lackiej nie skończyła się wtedy szybko – potrwała jeszcze dobrych kilka godzin. Po opuszczeniu Urzędu Gminy zostaliśmy ugoszczeni przez ową Panią i jej męża, czyli syna osoby oczernionej przez bezpiekę. To była iście królewska gościna. Trzeba było widzieć radość tych ludzi. I pamiętam jak nasza gospodyni w pewnym momencie powiedziała do nas: mój teść jeszcze na łożu śmierci powtarzał, że nie jest winien krwi rozlanej pod Toczyskami. Wyjaśniam, że zmarł on w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia w Jabłonnie Lackiej. Na moje pytanie czy ludzie mu wierzyli, uśmiechnęła się smutno i powiedziała, że poza nią i jej mężem nikt nie dawał wiary w niewinność jej teścia. Dlatego gdy w kilka tygodni po wspomnianej rozmowie pomnik w Jabłonnie Lackiej został odsłonięty i podczas tej uroczystości rozdaliśmy 600 egzemplarzy publikacji Kazimierza Krajewskiego i Tomasza Łabuszewskiego, w której autorzy szczegółowo opisali kto i w jakich okolicznościach zdradził miejsce postoju pododdziału "Brzaska", mieliśmy – mam na myśli osoby skupione wokół dzieła Fundacji „Pamiętamy” – poczucie, że ta tragiczna historia sprzed lat doczekała się dopełnienia.
Józef Małczuk "Brzask". Zdjęcie pośmiertne wykonane przez UB.
Tę opowieść dedykuje tym rodakom, którzy popierają postulat likwidacji IPN czy też ograniczenia budżetu tej instytucji. Gdyby nie ta placówka, to sprawca śmierci siedmiu partyzantów, aresztowania blisko setki osób i pośredni sprawca śmierci Mariana Borychowskiego do dziś byłby nieznany, natomiast osoby, które decyzją bezpieki miały uchodzić za winne tych ludzkich nieszczęść nadal byłyby za takie uznawane. Zaś TW "Małachowski" pozostałby w społecznej pamięci przede wszystkim jako zasłużony wychowawca kilku pokoleń wrocławskiej młodzieży.
– Chce Pan powiedzieć, że TW "Małachowski" został nauczycielem?
Tak. Dojrzałe lata swego życia przepracował bowiem jako nauczyciel, a od pewnego momentu także jako wicedyrektor jednego z wrocławskich liceów. To był na pewno świetny pedagog. Niedawno natrafiłem na wywiad z jedną z uczennic Czesława Białowąsa, czyli TW „Małachowski”. Pani ta jest poetką, aktualnie zamieszkuje w Australii. Wywiad pochodzi z 2007 r. Zapewne do dziś nie ma ona pojęcia o wydarzeniach, które przed chwilą przypomniałem Oto jak pięknie wspomina swego nauczyciela:
Prawda, że ładnie? I tak mogłoby zostać. Ale powiedzmy to wprost: spoceni lustratorzy spod znaku IPN w swym zacietrzewieniu, nieliczeniu się z człowiekiem, z tą budzącą odrazę satysfakcją z grzebania się w ludzkich brudach, ci rozkochani w ubeckich, kłamliwych raportach, pętaki, zniszczyli pamięć o Czesławie Białowąsie, a w każdym razie uczynili na niej głęboką rysę. Nikczemnicy. Jest to tym bardziej podłe, że jak wiemy od niedawna, bo pouczyła nas o tym pani Wanda Nowicka, aspirująca do roli Wicemarszałka Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej, każdy porządny człowiek musi być za młodu komunistą. Zatem warunek bycia porządnym człowiekiem, postawiony przez przyszłą Wicemarszałek Sejmu RP, Czesław Białowąs spełnił można powiedzieć w sposób wzorowy. Mówiąc nawiasem, równie wartościowa logicznie byłaby taka oto implikacja: kto za młodu nie był nazistą, ten nie będzie porządnym człowiekiem.
Fragment zobowiązania do współpracy agenturalnej z UB Czesława Białowąsa – TW "Małachowski".
Ta historia – wypełniona czynami Czesława Białowąsa i krańcowo odmiennymi wyborami jego dwóch braci oraz Mariana Borychowskiego – to dramatyczna, ale jakże przemawiająca ilustracja boleśnie prawdziwej myśli Henryka Elzenberga, że towarzyszy mu poczucie absolutnej dwutorowości dziejów – dziejów zbrodni i dziejów ducha, idących obok siebie bez najmniejszego wzajemnego oddziaływania, tworzonych przez gatunki ontologicznie bardziej sobie obce niż w zoologii jaszczury i amonity.
Korzystając z okazji, zachęcam wszystkich zainteresowanych szczegółami wydarzeń w Borychowie z września 1950 r. lub historią "Brzaska" do lektury: Józef Małczuk „Brzask” Komendant Obwodu „Jezioro”. Ostatni dowódca sokołowskiej konspiracji oraz W rocznicę walki w Borychowie 30 IX 1950 r. Powiat Sokołów Podlaski w walce przeciw komunistycznemu zniewoleniu 1944-1952 – do odczytu i swobodnego pobrania w formacie PDF.

Pomnik odsłonięty w Jabłonnie Lackiej dzięki Fundacji "Pamiętamy".
– To jednak dość smutne, że Żołnierzom Wyklętym a także takim ludziom jak Borychowscy oddano cześć dopiero w latach 2000., i to głównie za sprawą Państwa Fundacji, a nie urzędów państwowych.
Subiektywnie nie jest to dla mnie smutne, bo dzięki temu Fundacja „Pamiętamy” ma realny i, będę nieskromny, ważny dorobek w przywracaniu społecznej pamięci o bohaterach walki o wolność z komunistami, a osoby zaangażowane w działalność Fundacji miały szanse spełnienia przy tej okazji kilka dobrych uczynków, ale oczywiście jest rzeczą obiektywnie karygodną, że przez pierwsze dziesięć lat po upadku komunizmu w Polsce, bohaterowie walki z władzą nieludzką spod znaku dyktatury proletariatu pozostawali w całkowitym społecznym zapomnieniu. Pisałem o tym w jednym z artykułów, ale powtórzę, bo rzecz wydaje się ważna dla zrozumienia przyczyn takiej sytuacji. Otóż stosunek kręgów opiniotwórczych III RP w okresie ostatniej dekady ubiegłego stulecia do żołnierzy podziemia antykomunistycznego nie był przypadkowy. Był funkcją konceptu, którego istotnym elementem było wmawianie nam, że historia wysiłków niepodległościowych w Polsce po roku 1944, zakończona przecież tak pięknie w 1989 r. porozumieniem w Magdalence i przy „Okrągłym Stole”, to suma wysiłków członków partii komunistycznej pracujących na rzecz pozytywnej ewolucji systemu oraz aktywności byłych członków tejże partii, którzy po wystąpieniu z niej bądź wyrzuceniu, działali w opozycji demokratycznej. W takim równaniu nie mogło być oczywiście miejsca na dodatkowy składnik, tj. tych, którzy w obronie niepodległości Polski i prawa człowieka do wolnego życia na ziemi podjęli walkę zbrojną z komunistami. Powtórzę również, przypominając sielski klimat Okrągłego Stołu, a jak wiemy z relacji Ryszarda Bugaja (patrz: wPolityce – fragment książki Ryszarda Bugaja, "O sobie i innych", wydawnictwo "The facto”, Warszawa 2010) czasami wręcz biesiadną atmosferę poprzedzających Okrągły Stół negocjacji w Magdalence, że obowiązujący przez całą dekadę lat 90-tych ubiegłego stulecia pośród elit III RP mechanizm utrzymywania etosu podziemia antykomunistycznego poza obszarem pamięci społecznej uważam za psychologicznie zrozumiały i łatwy do wytłumaczenia. Jeżeli bowiem siadam z przedstawicielami jakiejś formacji do stołu negocjacyjnego, piję z nimi wódkę, pozuję do zdjęć, osiągam porozumienie itd., to trudno, abym równolegle, czy chwilę potem, odbudowywał pamięć o tych, którzy zginęli w walce stoczonej z ojcami założycielami tejże formacji; zwłaszcza, że zanim Żołnierze Wyklęci w boju swym padli, to zadali wrogowi realne straty. A jeżeli dodatkowo założymy, że niemały kawałek swego życia spędziłem wcześniej w szeregach tej formacji, to mamy pełny obraz powodów, dla których Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych” obchodziliśmy po raz pierwszy dopiero po ponad dwudziestu latach od odzyskania niepodległości.
Mimo wszystko i z tego należy się cieszyć, bo to duży sukces wszystkich zaangażowanych w przywracanie społecznej pamięci o Żołnierzach Wyklętych. Pamiętajmy, że obowiązującą miała być wersja historii, którą w krótkich słowach wyłożył w 1998 r. Aleksander Kwaśniewski, wówczas Prezydent RP, honorując Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego Orderem Orła Białego, czyli najwyższym współczesnym polskim orderem. Powiedział wtedy, że Kuroń i Modzelewski byli pierwszymi, którzy otwarcie sprzeciwili się systemowi dyktatury. Zostali oni odznaczeni za wystosowany w 1964 r. List otwarty do partii, w którym poddali krytyce partyjną biurokrację i postulowali przekazanie władzy w ręce rad robotniczych. Pamiętajmy też o tym, że gdzieś w drugiej połowie lat 90-tych zrodził się pomysł, aby Włodzimierz Cimoszewicz z Adamem Michnikiem wypracowali wspólną propozycję wykładni polskiej historii najnowszej. Ten bez wątpienia ważny dla polskiej kultury i myśli historycznej projekt nie doczekał się jednak realizacji. Można powiedzieć, że komuś zabrakło cienkiej nici, która połączyłaby zamiar z jego wykonaniem. Niemniej jednak, oceniając rzecz z perspektywy mojej wrażliwości historycznej, było groźnie. Na szczęście koncept, o którym wspominam legł w gruzach, jako wyłącznie obowiązująca w przestrzeni publicznej narracja historyczna, gdzieś około 2000 r.
– Czy w swych działaniach Fundacja „Pamiętamy” mogła liczyć na jakiekolwiek wsparcie ze strony instytucji państwowych?
Tak, choć zacznę od tego, że nasze działania, skupiające się na symbolizacji przestrzeni i nadawaniu pamięci formy trwałej, bo tak rozumiemy znaczenie wznoszonych przez nas pomników, nie należą do sfery zadań państwa. Modelowym rozwiązaniem na tym polu jest aktywność organizacji pozarządowych dysponujących własnymi środkami, korzystających z pomocy powołanych do tego instytucji państwowych jedynie przy realizacji konkretnych projektów. I tak to działa w przypadku Fundacji „Pamiętamy”, która dzięki szczodrości darczyńców od lat systematycznie ją wspierających, przy praktycznie zerowych kosztach własnych – działalność w ramach Fundacji „Pamiętamy” odbywa się bez wyjątku bez jakiejkolwiek gratyfikacji pieniężnej – mogła szereg inicjatyw zrealizować własnymi siłami. Natomiast instytucją wspierającą działania Fundacji była Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Zawsze do tej pory mogliśmy liczyć na pozytywną opinię – istotną w procesie uzyskiwania wymaganych prawem pozwoleń na
pobudowanie danego pomnika – tejże instytucji na temat kolejnych naszych inicjatyw służących upamiętnieniu poległych i pomordowanych żołnierzy antykomunistycznego podziemia niepodległościowego. W kilku przypadkach, gdy chodziło o pomniki wymagające większych nakładów finansowych, skorzystaliśmy także ze wsparcia finansowego ze strony Rady. To zasługa śp. Andrzeja Przewoźnika, który wysoko oceniał jakość pracy Fundacji i, chcę to mocno zaakcentować, doskonale rozumiał potrzebę upamiętniania ofiary złożonej przez Żołnierzy Wyklętych. Ale to także zasługa Władysława Bartoszewskiego, pełniącego funkcję Przewodniczącego Rady. Pamiętajmy, że Pan Bartoszewski w komunistycznych kazamatach przesiedział kilka lat i na swej więziennej drodze miał okazję spotkać wielu bohaterów walki zbrojnej z komunistami. Miałem raz okazję zamienić z nim kilka zdań na ten temat. W tej krótkiej rozmowie wyraził jednoznaczne przekonanie o zasadności upamiętniania ofiary złożonej na ołtarzu wolności w walce z komunistami. Ostatni pomnik wzniesiony siłami Fundacji, upamiętniający 230 żołnierzy Konspiracyjnego Wojska Polskiego poległych i pomordowanych w walce z komunistami w latach 1945–1954, stanął w Radomsku we wrześniu 2010 r., już w czasach, gdy funkcję Sekretarza Rady pełnił Pan Andrzej Kunert. To jeden z projektów zrealizowanych przez Fundację przy wsparciu Rady. Także Prezydent RP Bronisław Komorowski podjął kilka działań świadczących o woli kontynuacji procesu przywracania pamięci o Żołnierzach Wyklętych. Kilka tygodni temu uhonorował on orderem wysokiej rangi jednego z dzielniejszych dowódców polowych 5 Brygady Wileńskiej AK z okresu walki z komunistami, por. Zygmunta Błażejewicza "Zygmunta". A przecież "Zygmunt" osobiście zlikwidował wielu sowietów oraz komunistycznych konfidentów, zaś 18 sierpnia 1945 r. w Miodusach Pokrzywnych dowodził partyzantami 5 Brygady w jednym z najbardziej zaciekłych starć polskiego podziemia z NKWD. W walce tej zginęło kilkudziesięciu żołnierzy formacji reżimowych, w tym co najmniej kilkunastu enkawudzistów. Mówię o tym, aby mocno podkreślić jedną rzecz.
Osobiście, choć jestem niezwykle odległy od poglądów Władysława Bartoszewskiego na czasy współczesne, to mam dla niego wielkie uznanie za drogę życiową w okresie komunistycznego zniewolenia i wdzięczność za to, że dawał zielone światło dla akceptacji i wspierania przez Radę działań Fundacji. Bo dzięki temu Fundacja mogła wznieść dotychczas 20 pomników, którymi upamiętniła ponad 1300 osób poległych i pomordowanych w walce z komunistycznym zniewoleniem. Osób, które w znakomitej większości nie mają swych grobów, bo komuniści odmówili tym osobom nawet prawa do godnego pochówku. Prawa, które jest usankcjonowane całą historią ludzkiej cywilizacji. Czy raczej było, zanim przyszli barbarzyńcy spod znaku sierpa i młota i prawo to podeptali. Nie głosowałem na Bronisława Komorowskiego, ale cieszę się, że w obszarze krzewienia pamięci o Żołnierzach Wyklętych podejmuje on starania będące kontynuacją działań zainicjowanych przez jego poprzednika, śp. Lecha Kaczyńskiego. Z pełną świadomością używam słowa zainicjowanych, bo to polityka orderowa Lecha Kaczyńskiego dała początek pełnemu uhonorowaniu Żołnierzy Wyklętych. I za to mu chwała.
Wracając do losów rodziny Borychowskich, czyli do punktu wyjścia dla naszej rozmowy, to ostatnią, ale jakże piękną sekwencją epilogu tej dramatycznej historii był moment, uwieczniony zresztą przez Arka Gołębiewskiego w filmie "Sny stracone, sny odzyskane", gdy bohaterowie filmu, dzieci Mariana Borychowskiego, odebrali z rąk Lecha Kaczyńskiego Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, przyznany pośmiertnie ich ojcu postanowieniem Prezydenta RP. Miałem okazję być obok nich w tej ważnej chwili. I widziałem radość na ich twarzach. Dla takich chwil, choć oczywiście nie tylko dla nich, warto żyć.
– Pamięć pokoleniowa to świadectwo trwania wspólnoty…
I my tak to widzimy. Kiedyś, siedząc przy jakimś godziwym trunku z jedną z osób zaangażowanych w działania Fundacji „Pamiętamy”, słuchaliśmy piosenek Marka Grechuty. W jednej z nich, dotykającej relacji międzyludzkich, ale oczywiście nie mającej żadnego związku z tematem tej rozmowy, artysta wyśpiewał: ktoś do drzwi zapuka, pamięć przyniesie. I powiedzieliśmy sobie wtedy, uzurpatorsko, ale niech tłumaczeniem będzie wspomniany godziwy trunek, że kilkakrotnie udało się nam, czyli osobom skupionym wokół działań Fundacji „Pamiętamy”, zapukać do tych czy owych drzwi i przynieść ze sobą pamięć. Za to, korzystając z okazji, bardzo dziękuję dobroczyńcom Fundacji, którzy swą bezinteresowną hojnością dają piękne świadectwo zrozumienia, że krew przelana za wolność wymaga pamięci w formie trwałej, wszystkim współpracownikom Fundacji, bez których wysiłku dorobek Fundacji byłby znacznie uboższy. Słowa podzięki należą się także tym władzom samorządowym, które udzieliły nam zgody na realizację zaplanowanych przez nas upamiętnień.
I, drodzy darczyńcy i współpracownicy Fundacji „Pamiętamy”, pamiętajcie – jest jeszcze wiele drzwi do których powinniśmy zapukać, niosąc ze sobą pamięć…
– Dziękuję za rozmowę.
Dziwy na cmentarzu… postscriptum do Apelu 9 maja
Grzegorz Wąsowski
PRZEŻYLI SWOJĄ ŚMIERĆ, CZYLI DZIWY NA CMENTARZU
Zabieram Państwa na cmentarz. Nie na ten, na którym były przewodniczący klubu poselskiego Platformy Obywatelskiej i komisji finansów Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej pan Zbigniew Chlebowski dał jeden z przykładów nieudanej próby asertywności wobec pana Ryszarda Sobiesiaka (uprzejmie przypominam, że nieudana próba asertywności to prawie urzędowe określenie istoty kontaktów pomiędzy panami Chlebowskim i Sobiesiakiem, bo przecież sformułowane w publicznej, w ocenie niżej podpisanego jednej z najważniejszych i naprawdę godnych zapamiętania, wypowiedzi premiera Rzeczypospolitej Polskiej pana Donalda Tuska; pasuje ono zatem, jak sądzę, także do spotkania obu dżentelmenów, do którego doszło w dyskretnym otoczeniu cmentarnych mogił).
Zabieram Państwa na cmentarz wojenny żołnierzy radzieckich w Bielsku Podlaskim. Zapewniam, że jest na nim miejsce prawdziwie frapujące…

Zanim wkroczymy na teren wzmiankowanego cmentarza, powinniśmy zapoznać się z treścią dużej granitowej tablicy informacyjnej, która znajduje się na prawo od głównego wejścia. Dość dawno temu wykuto na niej informację, że obiekt, którego tablica jest zwiastunem, to "CMENTARZ ŻOŁNIERZY ARMII RADZIECKIEJ I MOGIŁA ŻOŁ. WOJSKA POLSKIEGO POLEGŁYCH W WALKACH O WYZWOLENIE ZIEMI BIELSKIEJ W OKRESIE DRUGIEJ WOJNY ŚWIATOWEJ". Z tablicy można również wyczytać, że na cmentarzu jest pochowanych ogółem 2147 żołnierzy radzieckich.
Pozostawmy za cmentarną bramą konstatację, że napis jest nieprecyzyjny, ponieważ walki toczone przez Armię Czerwoną o wyparcie Niemców z ziemi bielskiej, co dotyczy zresztą każdego innego kawałka polskiej ziemi, i nie tylko polskiej, nie były walkami o jej wyzwolenie, gdyż Armia Czerwona niosła ze sobą nie wolność, lecz inną niewolę – torowała bowiem drogę do zastąpienia totalitarnego i zbrodniczego nazizmu (czyli socjalizmu narodowego) totalitarnym i zbrodniczym komunizmem (czyli socjalizmem międzynarodowym). Pamiętajmy przy tym, że wielu naszych współplemieńców ma w tej sprawie odmienne zdanie. Dla nich cmentarz w Bielsku Podlaskim jest jednym z miejsc, w których koniecznie należy pojawić się 9 maja, aby zapalić lampki na grobach żołnierzy radzieckich.
Osobiście uważam, że tego dnia należy postawić zapalone znicze w miejscach upamiętniających naszych przodków poległych i pomordowanych w walce z reżimem komunistycznym, dla którego Armia Czerwona była głównym narzędziem podboju. A to dlatego, że, jak słusznie w komentarzu pod zamieszczonym na portalu wpolityce.pl Apelem w tej sprawie napisał jeden z internautów, 9 maja 1945 r. należy uznać za symboliczną datę zatwierdzenia przez aliantów komunistycznego zniewolenia Polski. Zostawmy jednak tę kwestię z boku. Ani ja tym tekstem nie nakłonię kogokolwiek, aby lampki, które miał zapalić na grobach żołnierzy radzieckich spożytkował w miejscach upamiętniających krew przelaną przez naszych rodaków, którzy padli w walce z reżimem komunistycznym, ani nikt mnie w żaden sposób nie przekona bym dobrowolnie zapalił znicz czy inny symbol pamięci na grobie czerwonoarmistów. W tej sprawie, mówiąc frazą wiersza Zbigniewa Herberta, ani nam witać się ani żegnać żyjemy na archipelagach…
Skupmy się lepiej na faktach. Spróbujmy nanieść wydarzenia, w których śmierć poniosło tych 2147 radzieckich nieszczęśników pochowanych na cmentarzu w Bielsku Podlaskim, na oś czasu. Zapytuję: w którym roku oni zginęli? Moja wyobraźnia szybko sufluje do ucha komentarze zdziwionych czytelników: o co mu chodzi?, zgłupiał? Przecież to oczywiste – Niemcy zostali wyparci z ziemi bielskiej latem 1944 r. (wojska niemieckie opuściły Bielsk Podlaski 30 lipca 1944 r.). Na proste pytanie pada zatem szybka, jasna odpowiedź: zginęli w roku tysiąc dziewięćset czterdziestym czwartym. Ornamentyka ogrodzenia cmentarza, układająca się na każdym jego przęśle od strony głównego wejścia na teren cmentarza w treść 1944, wskazuje że to prawidłowa odpowiedź. Także cmentarne mogiły potwierdzają, że tak właśnie jest. Nagrobki na nich wyglądają jednakowo: patrząc na nie od frontu widzimy płaszczyznę czworoboku złamaną w jej lewym górnym rogu czerwoną gwiazdą, a w środku pola czarną tablicę z nazwiskami pochowanych albo informacją, że to mogiła zbiorowa (w takim wypadku podana jest liczba pochowanych w danej mogile). W lewym dolnym rogu czworoboku frontowej płaszczyzny nagrobka wyryty jest napis 1944, a na górze z prawej strony POLEGLI W WALCE. Napisy te jeszcze kilka lat temu dobrze widoczne są teraz, wskutek odpadnięcia czarnej farby, mało czytelne, ale nadal świadczą o roku, w którym zginęli ci, co pod nimi spoczywają.
Rok tysiąc dziewięćset czterdziesty czwarty to jest prawie dobra odpowiedź na moje pytanie; prawie, ale nie w pełni. Można rzec, powtarzając za Poetą, że proste z pozoru pytania wymagają zawiłej odpowiedzi. Zapowiadałem przecież, że jest na cmentarzu w Bielsku Podlaskim miejsce frapujące. Czas je wskazać.
Pochylmy się nad jedną z mogił usytuowanych w drugim bodaj rzędzie na lewo od głównego wejścia na teren cmentarza. Pośród uwiecznionych na tablicy nagrobnej nazwisk pochowanych w tej mogile osób, poległych w walce o wyzwolenie ziemi bielskiej w 1944 r., figuruje, jako piąte od góry, nazwisko DOKSZYN.
Dla poszukiwaczy przykładów dowodzących słuszności twierdzenia, że czas to pojęcie względne, mogiła ta powinna być naprawdę interesującym miejscem. Z jakiego powodu? Już wyjaśniam. Otóż Aleksander Dokszyn, bo o niego tu chodzi, zginął nie w 1944 r., lecz 5 stycznia 1945 r.
Powie ktoś: zaraz, zaraz, przecież Niemców, to już ustaliliśmy, nie było wtedy na ziemi bielskiej od dobrych kilku miesięcy…
Zgoda, ale byli za to "reakcjoniści" spod znaku AK i to oni zastrzelili Aleksandra Dokszyna… czekistę Aleksandra Dokszyna.
Zginął on w stopniu starszego lejtnanta, pełniąc odpowiedzialną z punktu widzenia sowieckiego aparatu terroru, instalującego w Polsce reżim komunistyczny, funkcję szefa kontrwywiadu "Smiersz" na powiat Bielsk Podlaski. Został zlikwidowany, podczas wykonywania zadania operacyjnego na terenie gminy Boćki, przez sekcję egzekucyjną
Obwodu AK Bielsk Podlaski dowodzoną przez por. Zygmunta Błażejewicza "Zygmunta". 
Por. Zygmunt Błażejewicz ps. "Zygmunt"
Należy dodać, że śmierć st. lej. Dokszyna nie pozostała bez konsekwencji dla ówczesnych mieszkańców okolic Bociek. W końcowej części poświęconego zamachowi na Dokszyna fragmentu meldunku sztabu 32 Zmotoryzowanego Pułku Strzeleckiego WW NKWD za okres od 25 grudnia 1944 r. do 10 stycznia 1945 r. znajdujemy brzmiący złowróżbnie passus:
W ciągu kolejnych kilkunastu dni stycznia 1945 r. sowiecka grupa operacyjna kierowana przez mjr. Gribko aresztowała na terenie gminy Boćki blisko 100 osób…
Wróćmy jednak z tych ponurych i niebezpiecznych czasów na chwilę do teraźniejszości – na cmentarz w Bielsku Podlaskim. Na tablicy nagrobnej na mogile, w której spoczywa czekista Dokszyn, odnajdziemy również nazwisko GRIBKO. Sąsiaduje ono z nazwiskiem Dokszyn. Jest na niej umieszczone jako szóste od góry. To wspomniany w ww. meldunku NKWD major Walsilij Gribko. Jego walka o "wyzwolenie" ziemi bielskiej trwała nieco dłużej niż starania A. Dokszyna. Ten zasłużony enkawudzista, bohater Związku Radzieckiego, pełnił funkcję sowieckiego doradcy przy szefie Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Bielsku Podlaskim. Zginął 18 sierpnia 1945 r., jako dowódca sowieckiej ekspedycji karnej złożonej z żołnierzy 4 kompanii 2 batalionu 267 Pułku Strzeleckiego WW NKWD, wspartej funkcjonariuszami UB z Bielska Podlaskiego i plutonem żołnierzy 1 praskiego pułku 1 Dywizji Piechoty LWP im. Tadeusza Kościuszki, podczas działań represyjnych przeciwko członkom konspiracji niepodległościowej z terenu powiatu Bielsk Podlaski. Na swej drodze, we wsi Miodusy Pokrzywne, nieopodal Perlejewa, grupa operacyjna prowadzona przez mjra Gribko napotkała 1 szwadron 5 Brygady Wileńskiej AK dowodzony przez wspomnianego już wcześniej "Zygmunta" oraz oddział ppor./kpt. Władysława Łukasiuka "Młota", w sumie ok. 100 partyzantów.
Kpt. Władysław Łukasiuk "Młot"
W chwili starcia siły po obydwu stronach były zrównoważone, z lekką przewagą po stronie żołnierzy podziemia. W zaciekłym, trwającym około 3 godzin boju zginęło co najmniej 18 oficerów i żołnierzy NKWD, 11 żołnierzy LWP i kilku funkcjonariuszy UB; niektóre źródła podają, że po stronie komunistycznej zginęło ponad 50 osób (zainteresowanych szczegółami tej walki zachęcam do lektury publikacji pt. 5 Brygada Wileńska AK 18 sierpnia 1945 r. Bitwa w Miodusach Pokrzywnych). Pośród zabitych był major Wasilij Gribko. W walce z partyzantami "Zygmunta" i "Młota" padł również dowódca 4 kompanii strzeleckiej 2 batalionu 267 Pułku Strzeleckiego WW NKWD starszy lejtnant Aleksiej AMELIN, zginęli także sierż. Michaił DANIŁOW, lej. Grigorij GAWRUSZYN i sierż. Wasilij KAŁABOW. Wszyscy oni spoczywają w jednej mogile, razem ze swym dowódcą, mjr. Gribko. Ich nazwiska znajdziemy na tablicy nagrobnej odpowiednio jako pierwsze, trzecie, czwarte i siódme. Dodajmy, że walkę o "wyzwolenie" ziemi bielskiej zakończył 18 sierpnia 1945 r. w Miodusach także kpt. Nikołaj KRASNOW. On również spoczywa na cmentarzu w Bielsku Podlaskim, tyle że w sąsiedniej mogile, urządzonej w taki sam sposób jak mogiła jego kolegów – czekistów.

Warto wiedzieć, ze wszyscy wyżej wymienieni jak również inni enkawudziści polegli w walce z partyzantami "Zygmunta" i "Młota" w Miodusach byli specjalistami w zwalczaniu kontrrewolucyjnego podziemia i naprawdę wysokiej klasy fachowcami w tej dziedzinie. Dali tego dowód choćby w Bodakach, gdzie w maju 1945 r. rozbili 50 osobowy oddział NZW por. Zbigniewa Zalewskiego "Drzymały" (zginęło wówczas ponad 20 partyzantów), oraz w lipcu 1945 r. w Lubiejkach, likwidując poakowski oddział pchor. Franciszka Pietrzykowskiego „Cincinatusa".
Nie dziwi więc, że w meldunku Komendy Powiatu NZW Bielsk Podlaski za sierpień 1945 r., w jego fragmencie dotyczącym walki w Miodusach napisano co następuje

Sowietnik PUBP w
Bielsku Podlaskim mjr NKWD Wasilij Gribko, zginął 18 sierpnia 1945 r. w
walce 1 szwadronu 5 Brygady Wileńskiej AK w Miodusach Pokrzywnych.
Porażka, którą sowieci ponieśli w walce w Miodusach obiła się echem w gabinetach dowódców NKWD działających na froncie walki z polską kontrrewolucją – generał lejtnant Nikołaj Seliwanowski, sowiecki doradca przy Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego, wydał adresowany do dowództwa 62 Dywizji Strzeleckiej WW NKWD rozkaz, mocą którego nakazywał, aby operację mającą rozpoznać i zlikwidować bandę Zygmunta kontynuować do pełnego zniszczenia bandy. W wyniku owej operacji tylko do 24 sierpnia 1945 r. na terenie gmin Ciechanowiec i Brańsk zatrzymano około 300 osób.
Przyznacie Państwo, mam nadzieję, po lekturze tego tekstu, że cmentarz wojenny w Bielsku Podlaskim to ciekawe i jednocześnie, jak na cmentarz przystało smutne, dosłownie i w przenośni, miejsce. Pośród czerwonoarmistów poległych w walce z Niemcami spoczywają na nim enkawudziści, którzy kierowali wymierzonym w naszych rodaków sowieckim aparatem terroru na ziemi bielskiej i padli od kul braci naszych rozpaczliwie walczących o niepodległość Polski oraz prawo człowieka do wolnego życia na ziemi. Zasmuca nie to, że są tam pochowani, lecz to że do dziś leżą na polskim cmentarzu jako polegli w 1944 r. w walce o wyzwolenie ziemi bielskiej, choć przecież byli esencją czynników zniewolenia tejże ziemi; zresztą każdej ziemi, która miała nieszczęście dostać się w jarzmo komunistyczne. Ot, po prostu jeden z paradoksów czasów, w których żyć nam przyszło.
Corocznie, 9 maja na mogiłach żołnierzy radzieckich płoną lampki pamięci. Tak jak na wezwanie kilkudziesięciu osobistości życia publicznego miało to miejsce w ubiegłym roku. Pewnie i cmentarz w Bielsku Podlaskim rozbłysnął światełkami zapalonymi przez naszych ziomków. Jeżeli tak było, to lampki pamięci stanęły także na mogile wspomnianych w niniejszym tekście czekistów. W końcu, jak przekonuje cmentarz w Bielsku Podlaskim, zginęli oni w walce o wyzwolenie ziemi bielskiej w 1944 r., więc w czym problem?
Skoro dotknąłem problemu pamięci, to niech mi będzie wolno wspomnieć poległych 18 sierpnia 1945 r. w walce z ekspedycją karną kierowaną przez mjra Gribko partyzantów z oddziałów „Zygmunta" i „Młota". To dzięki ich ofierze czekiści GRIBKO, AMELIN, GAWRUSZYN, KAŁABOW, DANIŁOW, KRASNOW i jeszcze kilkunastu innych zakończyli "wyzwalanie" ziemi bielskiej właśnie w Miodusach, w ten sierpniowy dzień 1945 r. I więcej nie krzywdzili ludzi. Robili to już ich następcy.
Zginęli z oddziału "Zygmunta":
- Sierż. Zygmunt Kuczyński "Kruk" i kpr. Mikołaj Torniewicz "Wacek" – padli trafieni serią z sowieckiego erkaemu Diegtariewa;
- Kpr. Witold Kozłowski "Pikuś"- trafiony w głowę przez sowieckiego strzelca wyborowego;
- Kpr. Stanisław Sawicz "Gołąb" – trafiony w głowę przez sowieckiego strzelca wyborowego;
- Kpr. NN "Dziadźka" – "Orkan" – trafiony w głowę przez sowieckiego strzelca wyborowego;
- Kpr. Ryszard Łubrzyc "Harłapan" – ciężko ranny w brzuch, dobił się z własnej broni;
Zginęli z oddziału "Młota":
- NN "Olek", NN "Noc" – padli trafieni serią z sowieckiego erkaemu Diegtariewa.
- Rany odniosło kilkunastu partyzantów, w tym kilku ciężkie. Jeden z rannych, NN "Lis", zmarł w kilka dni po walce w Miodusach.
"Kruk", "Wacek", "Pikuś" i "Harłapan" spoczywają na cmentarzu w Perlejewie.
"Gołąb", "Dziadźka" – "Orkan", "Olek" i "Noc" leżą na cmentarzu w Śledzianowie.
Może warto Ich pamięć czcić 9 maja?

adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954.
O nienakręconym odcinku „Czterech pancernych”…
[wybór ikonografii – autor strony]
O NIENAKRĘCONYM ODCINKU SERIALU „CZTEREJ PANCERNI I PIES” ORAZ DWÓCH FILMACH ANDRZEJA WAJDY, CZYLI ZDAŃ KILKA NA TEMAT PEERELOWSKIEJ SZKOŁY FILMOWEJ.
Kto z wychowanych w PRL-u nie zna serialu Czterej pancerni i pies? Tylko wyjątki. Trzeba przyznać, że zarówno pułkownik Ludowego Wojska Polskiego Janusz Przymanowski – twórca postaci Janka Kosa i jego towarzyszy broni, jak i Konrad Nałęcki – reżyser serialu, spisali się znakomicie. Obaj panowie wykonali kawał dobrej, propagandowej roboty. Tak dobrej, że w „podziwie” dla niej, o serialu Czterej pancerni i pies będę pisał dalej z odpowiednią dystynkcją, używając w wyrazie serial dużej litery „S”.

Przez długie lata kolejne pokolenia Polaków zastygały przed odbiornikami telewizorów, śledząc w napięciu losy załogi czołgu „Rudy”. Wśród nich i ja. Ba, dużo młodsi ode mnie – ci, którzy z racji wieku zasiedli przed telewizorami już po upadku rządów partii komunistycznej, także nie uniknęli kontaktu z Serialem. Stacje telewizyjne cały czas dbają, aby gościł on na ekranach telewizorów, czyli w naszych domach, nie rzadziej niż dwa – trzy razy w roku. Wspólna to troska nie tylko kanałów komercyjnych. Także TVP, realizując misję właściwą telewizji publicznej, przez cały czas pozostaje w awangardzie ambasadorów Serialu. Zdaje się, że tylko w czasie prezesury Pana Bronisława Wildsteina obowiązywał na Woronicza zapis na „Pancernych”. Na szczęście jednak dla tego dzieła i jego wiernych fanów, ponury ten czas nie trwał zbyt długo, i wielki skarb filmoteki narodowej, jakim bez wątpienia jest Serial, został zdjęty z półki, na którą niezasłużenie, z powodów czysto politycznych, trafił. Niedawno był on emitowany w stacji prywatnej TVN 7, a że wakacje już w toku możemy właśnie po raz kolejny usłyszeć, tym razem w TVP 1 i TVP Seriale, jak Edmund Fetting uroczym głosem pięknie wyśpiewuje strofy znanej, chwytającej za serce piosenki z Serialu.
Dzieło to ma jednak pewien feler. Jest bowiem niedokończone. Koniec filmowej epopei „Pancernych” następuje za szybko, nie pozwala poznać całej ich historii (marginalnie zasygnalizowałem tę kwestię w tekście Paweł Jasienica u mjr. „Łupaszki”. A przecież chodzi o sprawę ważną. O dobro kultury narodowej. Na Serialu wychowały się wszak miliony rodaków. Sądzę, że nie można pozwolić, aby taki stan rzeczy trwał nadal. Bo przezeń wszyscy jesteśmy jakby zubożeni. Zanim jednak rozwinę ten wątek, muszę odreagować takie właśnie odczucie – zubożenia, które towarzyszyło mi, gdy niedawno czytałem na wpolityce.pl felieton Pana Krzysztofa Kłopotowskiego pt. Orzeł Biały dla Wajdy. Autor, uznany krytyk filmowy, dokonał w swym tekście krótkiej retrospekcji twórczości filmowej Andrzeja Wajdy, wykazując niezbicie, że Order Orła Białego należy się Mistrzowi jak mało komu. Co racja, to racja, ale nie w tym rzecz. Felieton, jak już zaznaczyłem, zawiera krótkie omówienie najważniejszych dokonań reżysera. Przy wspomnieniu niektórych obrazów filmowych Mistrza powstałych w okresie PRL-u autor poczynił godne uwagi zastrzeżenie. Napisał mianowicie, że: Nawet jeśli były to filmy zakłamane wobec faktów historycznych, to przecież nie tylko pożyteczne, ale także piękne.
Jednocześnie dziwnym trafem pominął w swym tekście, co wywołało u mnie wspomniane poczucie zubożenia, pierwsze bodaj pełnometrażowe dzieło filmowe Mistrza, czyli Pokolenie, z Tadeuszem Janczarem i Tadeuszem Łomnickim w rolach głównych. Film, wyprodukowany w roku 1954, opowiada o bojowcach PPR-u i Gwardii Ludowej, czyli członkach organizacji dyspozycyjnych wobec centrali partii komunistycznej w Moskwie, dążących, niestety skutecznie, do skomunizowania Polski. Czyżby Pan Kłopotowski uznał, że ten obraz Mistrza wykracza jednak poza ramy pożyteczności i piękna?

Kadr z filmu „Pokolenie” (1954), reż. A. Wajda.
Wybaczcie Państwo dygresję, ale warto zauważyć, że weryfikacji przez kryterium prawda/fałsz podlega w zacytowanym zdaniu z tekstu Pana Kłopotowskiego tylko teza dopuszczająca zakłamanie niektórych filmów Andrzeja Wajdy wobec faktów historycznych. I trudno z nią polemizować. Natomiast twierdzenie, że coś jest pożyteczne lub piękne jest w istocie jedynie oceną, o tyle dowolną, że nie weryfikowalną za pomocą kryterium prawdziwości. Ujmując rzecz innymi słowy, wyrażony przez Pana Kłopotowskiego pogląd na temat pożyteczności oraz piękna filmów Andrzeja Wajdy, także tych, które niekoniecznie zachowały lojalność wobec faktów historycznych, oddaje jedynie emocje autora tekstu wobec komentowanych przez niego dzieł filmowych Mistrza, natomiast nie mówi nic obiektywnego na ich temat.
Dodam, że jeżeli Pan Kłopotowski pominął film Pokolenie powodowany względami wobec piękna lub pożyteczności, to w moim odczuciu, postąpił zupełnie niesłusznie. Uważam, że scena, w której bojowiec Gwardii Ludowej, grany przez Tadeusza Janczara, zostaje osaczony przez niemieckich żandarmów i po wystrzeleniu amunicji rzuca się w dół klatki schodowej z czwartego bodaj piętra kamienicy jest warsztatowo znakomita, a przy tym piękna obrazowo (zastrzegam, że nie dlatego jest piękna, jak niektórzy mogą w swej zaciekłości sądzić, że śmierć uzbrojonego komunisty po prostu cieszy oko ludzi poważnie traktujących idee wolnościowe, lecz z powodu świetnej dynamiki ujęć i poetyki obrazu w jej finałowych sekwencjach). Jest prawie tak samo piękna, jak scena z Popiołu i diamentu, w której podziurawiony jak sito kulami z pistoletu maszynowego Maćka Chełmickiego, bogu ducha winny robotnik umiera przed świętą figurą w przydrożnej kapliczce (dodajmy dla precyzji opisu – nie on był celem egzekucji, zginął wskutek pomyłki jej wykonawców), czy też jak finałowa sekwencja śmierci bohatera na gigantycznym śmietnisku. Zakładam też, że dla wielu miłośników kina wszystkie ww. sceny z obrazów Mistrza są nie tylko piękne, są również pożyteczne, bo dlaczego mają nie być?

Kadr z finałowej sceny filmu „Popiół i diament” (1958), reż. A. Wajda, w której główny bohater – żołnierz AK, Maciek Chełmicki – umiera na śmietnisku.
(z dorobku Józefa Mackiewicza zaczerpnięte)
Jak na mój niewyrobiony gust, sceny te, tak jak filmy, z których pochodzą, są wręcz kultowe dla peerelowskiej szkoły filmowej. Nie polskiej, ale właśnie peerelowskiej. Tak jak dla peerelowskiej szkoły filmowej kultowy jest również Serial Czterej pancerni i pies. Oczywiście, nie śmiem porównywać ogromu walorów artystycznych Pokolenia, czy Popiołu i diamentu do wartości artystycznych Serialu. Tu Mistrz bez wątpienia wygrywa na całej linii. I artyzmem, i pięknem. Tym bardziej, że Serial był obliczony na dotarcie do mas, a te zawsze są mierne (prosta zasada arytmetyki: im większy wspólny mianownik, tym mniejsza wartość ułamka), zaś Mistrz adresował swoje dzieła zawsze raczej do elit. Masa ładunku pożyteczności natomiast wydaje mi się być w przypadku tych trzech obrazów filmowych na zbliżonym poziomie, ale to, jak prawie każda ocena, kwestia smaku.
Temat wart jest jednak głębszej refleksji – polska czy peerelowska była to szkoła filmowa? Jest to zagadnienie zbyt poważne, abym pozwolił sobie na wynurzenia własne. Pozwolę sobie natomiast przypomnieć, że swego czasu – w 1967 r. – podobną kwestię podjął, w znakomitym artykule Droga Pani, Józef Mackiewicz. Artykuł jest wprawdzie poświęcony rozważaniom na temat literatury z okresu PRL-u, ale gdyby zamienić w nim wyraz literatura na film (a zwroty adresowane przez Pisarza do pojęcia literatura zastąpić przystającymi do terminu film), to wydaje się on idealnie pasować do wywołanego przeze mnie tematu.
Mackiewicz napisał:
Mam nadzieje, że choć część z Państwa uzna, iż to interesująca perspektywa spojrzenia na znakomitą większość dorobku literackiego, a też filmowego z okresu PRL-u. Polecam również przyłożenie tej perspektywy do takich dzieł Mistrza jak właśnie pominięty przez Pana Kłopotowskiego, w jego tekście pt. Order Orła Białego dla Wajdy, film Pokolenie, czy chwalony przez niego Popiół i diament. I liczę na Państwa opinie w tej sprawie.
Wróćmy jednak do Serialu. Wspomniałem, że ma on pewien defekt. Tak jak tekst Pana Kłopotowskiego poświęcony twórczości Andrzeja Wajdy pomija Pokolenie, pozostawiając czytelnika w błędzie poznawczym jeśli chodzi o całokształt twórczości Mistrza, tak i wielbiciele Serialu pozbawieni są obrazu końcowych akordów działalności jego zbiorowego bohatera, czyli 1 Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte. To trochę niesprawiedliwe. Człowiek się utożsamia, otwiera swą wrażliwość, a czegoś, nie ze swojej winy, zostaje pozbawiony. Czegoś ważnego dla całokształtu zjawiska, któremu poświęcił swą uwagę i oddał część emocji.
Przypomnijmy sobie, że ostatni strzał, który pada w Serialu, zostaje oddany przez niemieckiego wyrostka i przecina życie sowieckiego oficera. Serial, jeśli dobrze pamiętam, kończy się scenami weselnymi. Jego główni bohaterowie biorą za żony piękne i uczciwe dziewczyny-żołnierki. Wszystko to dzieje się w maju 1945 r. Wspomniany Edmund Fetting śpiewa, i to jak (łza się w oku kręci): do domu wrócimy / w piecu napalimy / nakarmimy psa (słowa: Agnieszka Osiecka). Serial nie pokazuje powrotu „Pancernych” do domu; ostatnie kadry – te z wesela – zapowiadają jednak to, co przed nimi, a co, głosem Fettinga, solennie obiecali nam w piosence – dom ogrzany ciepłem rozpalonego pieca, nakarmiony pies…

Wyobraźnia dopowiada resztę, czyli obraz powojennej sielanki. Tymczasem „Pancerni”, po powrocie na polskie ziemie, do domu powrócili nie tak od razu. Tu bowiem łeb wysoko trzymała jeszcze reakcyjna Hydra. I należało jej ten łeb urwać.
Niektóre tereny, np. Podlasie, były wręcz opanowane przez bandy reakcyjnego podziemia. Dlatego też partia komunistyczna wysłała tam najlepsze, najbardziej sprawdzone siły, w tym zaprawione w bojach z hitlerowcami jednostki frontowe: 1 Dywizję Piechoty im. Tadeusza Kościuszki i właśnie 1 Brygadę Pancerną im. Bohaterów Westerplatte. „Pancerni” i tym razem nie zawiedli – wnieśli realny wkład w przechylenie szali zwycięstwa na froncie wewnętrznym na stronę partii komunistycznej. Tak więc to nie sukcesy wojenne w Berlinie w maju 1945 r., lecz oczyszczenie terenu Podlasia z szeregu band reakcyjnych było ostatnim wyczynem bojowym „Pancernych”, nie wiedzieć czemu pominiętym w Serialu. I to na Podlasiu właśnie, nie w Berlinie, zakończyli oni szlak bojowy. Spójrzmy przez chwilę na dokumentację ostatniego sukcesu „Pancernych”, wytworzoną przez dowództwo 1 Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte (zachowałem oryginalną pisownię):
Za okres operacji Brygada Pancerna wzięła: 70 bandytów AK z bandy „Tura” i „Szumnego” oraz „Młota”, 67 osób podejrzanych, których po dokładnym przejrzeniu dokumentów puszczono.
Tyle meldunek specjalny nr 05 Sztabu 1 Polskiej Warszawskiej Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte z dnia 28 VII 1945 r., pod którym swój podpis złożył m.in. Dowódca 1 Brygady Pancernej – pułkownik, o czysto polskim nazwisku, Malutin.
Dodam jeszcze, że w nie było to pierwsze wystąpienie „Pancernych” na froncie walki z rodzimą reakcją. Tylko podczas przeprowadzonych przez tę jednostkę w dniu 8 VII 1945 r. działań w rejonie Latowicza (nieopodal Stoczka Łukowskiego) zatrzymano 185 osób zakwalifikowanych przez „Pancernych” jako podejrzane, z których 68 przekazano do dalszego śledztwa.
W tej sytuacji akcja ostatniego, nienakręconego do dziś odcinka Serialu chyba powinna ogniskować się wokół przeprowadzonego w końcu lipca 1945 r. natarcia jednostek 1 Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte w kierunku na Sokołów Podlaski, Bielany, Kowiesy i kilka jeszcze innych podlaskich wsi, a ostatnimi akordami Serialu powinny być sceny, w których od kul „Pancernych” ginie „Szumny” i jego trzech podkomendnych. A może powinny być nimi sekwencje, w których rodziny ppor. Teodora Smiałowskiego „Szumnego”, Zdzisława Jabłońskiego „Pirata”, N.N. „Jesiona” i czwartego z wówczas poległych partyzantów rozpaczliwie poszukują ciał swoich bliskich?

Ppor. Teodor Śmiałowski ps. „Szumny”
Miałem zaszczyt znać syna „Szumnego”, Pana Bogdana Śmiałowskiego. Do końca swych dni (zmarł w 2007 roku) wierzył, że odnajdzie miejsce pogrzebania swego ojca – ppor. Teodora Śmiałowskiego, uczestnika wojny polsko-bolszewickiej w 1920 r., komendanta ośrodka Drohiczyn – Siemiatycze w Obwodzie AK-AKO Bielsk Podlaski, dowódcy oddziału partyzanckiego, odznaczonego dwukrotnie Krzyżem Walecznych. Niestety. Tak się nie stało. Miejsce pogrzebania zwłok „Szumnego” pozostaje do dziś nieznane. W ostatnich latach życia Pan Bogdan Śmiałowski, wskutek choroby, był mocno ograniczony ruchowo. Z tego powodu nie mógł wziąć udziału w uroczystości odsłonięcia pomnika poświęconego Jego ojcu i poległym 25 VII 1945 r. podkomendnym „Szumnego”, który wysiłkiem Fundacji „Pamiętamy” stanął w 2005 r. na cmentarzu w Drohiczynie.

Pomnik w Drohiczynie wzniesiony staraniem Fundacji „Pamiętamy” w hołdzie PAMIĘCI BOHATERSKICH ŻOŁNIERZY OBWODU ARMII KRAJOWEJ BIELSK PODLASKI PPOR. TEODORA ŚMIAŁOWSKIEGO „SZUMNEGO”, ZDZISŁAWA JABŁOŃSKIEGO „PIRATA”, NN „JESIONA” i KAZIMIERZA NN, POLEGŁYCH 25 VII 1945 R. W WALCE Z KOMUNISTAMI ZA NIEPODLEGŁOŚĆ POLSKI, WIARĘ KATOLICKĄ I WOLNOŚĆ CZŁOWIEKA.
Po ceremonii, bardzo podniosłej, na której byli obecni jego bliscy, zadzwonił do mnie, znając już z ich relacji jej przebieg. Łamiącym się ze wzruszenia głosem wyraził swą wielką radość z faktu, że pomnik ten, będący wyrazem naszej pamięci m.in. o Jego ojcu, został wzniesiony. Nie wspominam tego zdarzenia, aby się przed Państwem chwalić, wspominam je dla uświadomienia niektórym jak wielka jest przepaść między „wrażliwością” historyczną tłumów ukształtowaną m.in. na Serialu, a doświadczeniem rodziny „Szumnego”, rodziny „Pirata” i innych żołnierzy sprawy polskiej wolności, którzy padli ofiarą działań 1 Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte z lata 1945 r.
I nieśmiało apeluję: ilekroć natkniemy się na tym czy innym kanale telewizyjnym na odcinek Serialu, a natkniemy się jeszcze wielokrotnie, to – niestety – pewne, wspomnijmy „Szumnego” i Jego żołnierzy zabitych przez „Pancernych”. Jeżeli mamy aspiracje utrzymania więzów wspólnotowych na poziomie narodowym, to nie powinniśmy zapomnieć o Ich ofierze. A może ten odruch pamięci skłoni nas do skorzystania z prawa wyłączenia telewizora?

adwokat, współkieruje pracami Fundacji „Pamiętamy”, zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954.
O "Żołnierzach Wyklętych" w Niezależna TV…
APEL 9 maja
Z ulotki 6. Wileńskiej Brygady AK kpt. Władysława Łukasiuka „Młota”
Podlasie, 1946 r.
9 maja 2011 r. zapalmy znicze i lampki w miejscach upamiętniających naszych rodaków poległych i pomordowanych w walce o wolność z siłami reżimu komunistycznego, w tym żołnierzami Armii Czerwonej.
Przed nami kolejna rocznica zakończenia II wojny światowej. Rok temu, 9 maja 2010 r., na apel grupy osobistości polskiego życia publicznego, zapłonęły lampki na znajdujących się na terenie Polski grobach żołnierzy Armii Czerwonej. Zaiste, pięknym gestem, wyrosłym z kultury chrześcijańskiej, zbudowanej przecież na miłosierdziu, jest postawienie światełek pamięci na grobach żołnierzy obcych armii. Także tych, które przyniosły z sobą gwałt i niewolę. Dobrze byłoby jednak byśmy, powodowani choćby więzami wspólnotowymi, przede wszystkim pamiętali o rodakach, którzy stali się ofiarami nieludzkich systemów totalitarnych XX wieku, w tym o dziesiątkach tysięcy naszych przodków, którzy w 1944 r. i później padli ofiarą terroru komunistycznego. Terroru, który zagościł u nas za przyczyną Armii Czerwonej. Pamięć o braciach naszych, którzy złożyli ofiarę z życia na ołtarzu wolności, jest bowiem jednym z najważniejszych składników materii tworzącej wielką duchową i kulturową wspólnotę, do której przynależymy, a której na imię Polska.
W czasach triumfu polityki nad faktografią pamiętajmy, że w czasie II wojny światowej Polska miała dwóch śmiertelnych wrogów: nazistowskie Niemcy i Związek Radziecki, czyli państwową emanację rządów partii komunistycznej z centralą w Moskwie. Nie zapominajmy również, że celem naszych rodaków, przelewających krew na tak wielu frontach tamtej wojny, było odzyskanie przez Polskę niepodległości, utraconej we wrześniu 1939 r. w wyniku agresji niemieckiej i sowieckiej, oraz że celu tego, pomimo wielkiej ofiarności, nie osiągnęli. Z szacunku do elementarnej prawdy, a także w trosce o zdolność rozpoznawania rzeczywistości przez przyszłe pokolenia rodaków, nie mylmy klęski nazistowskich Niemiec z polskim zwycięstwem. W naszej części świata zwycięzca II wojny światowej był tylko jeden – była nim partia komunistyczna. Całkowicie przegrały natomiast takie wartości jak wolność i praworządność. Wśród największych przegranych tamtej wojny polska sprawa lokuje się w ścisłej czołówce. Z marzeniami o wolności pożegnaliśmy się na ponad czterdzieści lat. Nie dlatego, że nasi przodkowie chcieli rządów komunistów, ale dlatego, że partia komunistyczna miała w ręku narzędzie, przy użyciu którego, wobec przyzwolenia ze strony Stanów Zjednoczonych i Anglii, mogła zadecydować o losach Europy Wschodniej zgodnie z partii tej dyktatem. Tym narzędziem była Armia Czerwona. To ona była nośnikiem i gwarantem dla rządów partii komunistycznej w Polsce. To dzięki niej zapanował w naszym kraju system będący emanacją doktryny, która zanegowała cały pozytywny dorobek cywilizacji zachodniej, wyrosłej na fundamencie chrześcijaństwa.
Tę zależność – pomiędzy utrzymaniem się przy władzy a obecnością Armii Czerwonej na naszych ziemiach – polscy komuniści rozpoznawali bardzo dobrze. Jakże trafnie ocenił sytuację Bolesław Bierut, występując 9 października 1944 r. na posiedzeniu KC PPR. Mówił wtedy:
Kłopotów z rozpoznaniem rzeczywistości nie miał również Władysław Gomułka, sekretarz KC PPR, kiedy na tajnym plenum kierownictwa partii, w dniach 20-21 maja 1945 r., stwierdził:
I rzeczywiście, wojska NKWD i liniowe jednostki Armii Czerwonej rzucane były do walki z naszymi rodakami, w tym do pacyfikowania terenów objętych działalnością podziemia niepodległościowego. Najbardziej znanym przykładem takich działań pacyfikacyjnych jest obława z lata 1945 r. w Puszczy Augustowskiej, do której oprócz jednostek NKWD rzucono dwie dywizje sowieckie 3. Frontu Białoruskiego wycofywane z Prus. Efektem ich działań, wspieranych operacyjnie przez 1 „praski” pp 1 DP LWP („kościuszkowskiej”), było aresztowanie ponad 7000 osób, z których blisko 600 zaginęło bez śladu (niewątpliwie osoby te zostały zamordowane). Ofiary „obławy suwalskiej” nie mają swoich grobów. Przypomina o nich pomnik stojący w okolicach miejscowości Giby na Suwalszczyźnie. Grobów nie ma także zdecydowana większość polskich partyzantów, którzy padli w bojach z sowietami; w heroicznej próbie obrony wolności, podjętej w czasach pełnego triumfu systemu, który w całych dotychczasowych dziejach był najgroźniejszym zinstytucjonalizowanym wrogiem wolności – w każdym jej wymiarze.
W obliczu zbliżającej się rocznicy tzw. Dnia Zwycięstwa, który z polskiej perspektywy należy rozpoznawać raczej jako symboliczny koniec ówczesnych nadziei na odzyskanie niepodległości przez Polskę, wspomnijmy, idąc za wskazaniem Zbigniewa Herberta, wyrażonym w wierszu Pan Cogito o potrzebie ścisłości, braci naszych, którzy zginęli w walce z władzą nieludzką spod znaku sierpa i młota. Ogarnijmy dobrą pamięcią polskich partyzantów poległych w bojach z sowietami; tych co padli na polach Surkont (w sierpniu 1944 r.), pod Rudnikami (w styczniu 1945 r.), Rowinami (w lutym 1945 r.), Kotkami, Bodakami i w Lesie Stockim (w walkach w maju 1945 r.), Krynicą (w czerwcu 1946 r.), na polach Miodusów Pokrzywnych (w sierpniu 1945 r.), pod Kulbakami k. Grodna (w czerwcu 1948 r.) i Raczkowszczyzną k. Lidy (w maju 1949 r.), a także w innych miejscach takich walk oraz potyczek. Niech w obszarze naszej pamięci zbiorowej pojawią się ofiary przywołanej „obławy suwalskiej”, pacyfikacji wsi Kuryłówka (w maju 1945 r.), wsi Łempice (na przełomie listopada i grudnia 1945 r.), kilku wsi pod Zwoleniem (w czerwcu 1945 r.) i innych akcji pacyfikacyjnych przeprowadzonych przez sowietów na ziemiach polskich, dla zainstalowania a następnie utrwalenia na nich rządów partii komunistycznej.
Nie zapomnijmy również o innych poległych i pomordowanych żołnierzach polskiego podziemia antykomunistycznego, tzw. Żołnierzach Wyklętych, którzy stawiali opór komunistom do początku lat 50-tych ubiegłego stulecia.
Niech naszą pamięć o Nich – którą przecież, w wyrazie szacunku dla złożonej przez nich na ołtarzu wolności Ojczyzny ofiary, jesteśmy im winni – zmaterializują znicze i lampki zapalone w miejscach upamiętniających tę ofiarę. Rzadko kiedy będą to groby, bo nieludzka władza komunistyczna pozbawiła Ich prawa do godnego pochówku; częściej pomniki, obeliski czy tablice memoratywne. Lokalizację drobnej części miejsc, w których może zapłonąć symbol naszej pamięci o poległych i pomordowanych w walce o wolność z komunistami, znajdziecie Państwo w internecie na stronach:
Powtórzmy za Zbigniewem Herbertem:
Marek Bartnicki, notariusz
Mariusz Bechta, historyk, redaktor "Templum Novum"
Paweł Bogacki, prawnik, doktor nauk prawnych
Waldemar Brenda, historyk
Adam Chajecki, chemik, publicysta
Aldona Ciborowska, prawnik, doktor nauk prawnych, publicystka
Barbara Czartoryska, chemik, doktor nauk chemicznych
Małgorzata Dąbrowska, historyk, doktor habilitowany nauk humanistycznych
Rafał Dzięciołowski, fotoreporter
Stanisław Filipek, chemik, profesor nauk chemicznych
Arkadiusz Gołębiewski, reżyser
Iwona Grzegorczyk, matematyk, doktor nauk matematycznych
Piotr Grzegorczyk, matematyk, doktor nauk matematycznych
Ksawery Jasiak, historyk, doktor nauk humanistycznych
Olga Johann, psycholog
Wiesław Johann, sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku
Łukasz Kaczmarek, chemik, profesor nauk chemicznych
Krystyna Kamieńska –Trela, chemik, profesor nauk chemicznych
Jacek Karnowski, dziennikarz
Zbigniew Karpiński, chemik, profesor nauk chemicznych
Cezary Kaźmierczak, przedsiębiorca, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców
Kazimierz Krajewski, historyk, prezes Nowogródzkiego Okręgu ŚZŻAK
Adam Krówczyński, chemik, doktor habilitowany nauk chemicznych
Tadeusz M. Krygowski, chemik, emerytowany profesor nauk chemicznych
Michał Krynicki, matematyk, doktor habilitowany nauk matematycznych
Grzegorz Makus, historyk, autor strony internetowej "Żołnierze Wyklęci – Zapomniani Bohaterowie"
Paweł Nowacki, dziennikarz
Piotr Niwiński, politolog – historyk, profesor nauk humanistycznych
Wojciech Muszyński, historyk, redaktor "Glaukopis"
Jacek Pawłowicz, historyk
Krystyna Pękala, fizyk
Marek Pękala, fizyk
Lucjan Piela, chemik, profesor nauk chemicznych
Kazimierz Plater – Zyberk, Wiceprezes Kongresu Polonii Kanadyjskiej
Piotr Pogonowski, prawnik, profesor nauk prawnych
Jakub Rembieliński, fizyk, profesor nauk fizycznych
Adam Rybińki, etnolog, doktor nauk humanistycznych
Jacek Reps, adwokat
Dariusz Rogut, historyk, doktor nauk humanistycznych
Piotr Stalmaszczyk, anglista, profesor nauk humanistycznych
Rajmund Stanisławek, inżynier
Adam Szwajkajzer, informatyk
Jadwiga Szydłowska, doktor nauk chemicznych
Sławomir Szymański, chemik, profesor nauk chemicznych
Wiktor Wągrodzki, notariusz
Andrzej Wąsowski, adwokat
Grzegorz Wąsowski, adwokat, członek zarządu Fundacji "Pamiętamy"
Anna Witowska, architekt
Jerzy Wojewoda, mechanik, doktor habilitowany nauk technicznych
Marek Zieliński, krytyk literacki
Kto nadał ordery "Żołnierzom Wyklętym"… rzecz o zamilczaniu.
[wybór ikonografii – autor strony]
KTO NADAŁ "ŻOŁNIERZOM WYKLĘTYM" ORDERY PRZEKAZANE W DNIU 1 MARCA 2011 r. PRZEZ PREZYDENTA KOMOROWSKIEGO? RZECZ O ZAMILCZANIU.
Prezydent RP nadał pośmiertnie ordery 22 "Żołnierzom Wyklętym". W dniu 1 marca 2011 r. Prezydent Komorowski przekazał te ordery członkom rodzin osób nimi uhonorowanych. Przekazał, ale czy również nadał? Oto jest pytanie. Odpowiedź na nie poznają tylko cierpliwi czytelnicy, tzn. ci, którzy przebrną przez większą część niniejszego tekstu.
Zanim wyjaśnię o co chodzi z nadaniem tych orderów, pozwolę sobie, wychodząc z założenia, że o prawdziwych i obiektywnie ciekawych bohaterach nigdy zbyt dużo, naszkicować historię uhonorowanych Krzyżami Wielkimi Orderu Odrodzenia Polski, dwóch partyzantów z terenu Białostocczyzny, których powojenne dzieje znakomicie ilustrują dramatyczne i heroiczne jednocześnie losy wielu "Żołnierzy Wyklętych".
Mjr Jan Tabortowski "Bruzda" i ppor. Stanisław Marchewka "Ryba", bo o nich mowa, byli żołnierzami Polski Podziemnej już od 1940 r. Po wejściu sowietów w 1944 r. na ziemie polskie nie złożyli broni. Odegrali główne role w kilku spektakularnych akcjach podziemia antykomunistycznego, choćby w przeprowadzonym w nocy z 8 na 9 maja 1945 r. ataku na Grajewo, w wyniku którego min. rozbito miejscowe więzienie i uwolniono ok. 80 więźniów reżimu komunistycznego. Akcją w Grajewie dowodził "Bruzda", natomiast "Ryba" stał na czele oddziału, który z powodzeniem szturmował tam budynek Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. I tak jak symboliczna jest data przeprowadzenia akcji na Grajewo – przecież dokładnie wtedy Europa Zachodnia świętowała zakończenie II wojny światowej a Związek Radziecki do tej fety czynił ostatnie przygotowania- tak symboliczne dla historii "Żołnierzy Wyklętych" są dalsze losy "Bruzdy" oraz "Ryby". Obaj ujawnili się podczas amnestii z lutego 1947 r. (przy czym "Ryba" zaprzestał działalności konspiracyjnej już wcześniej, w początkach 1946 r.). Obaj próbowali znaleźć dla siebie miejsce w komunistycznej rzeczywistości. I żadnemu z nich to się nie udało. Nie mieli szans. Takich jak oni partia komunistyczna skazała na zagładę. Po prostu.
Mjr Jan Tabortowski "Bruzda"
"Bruzda" po ujawnieniu zamieszkał w Warszawie. Podjął pracę i rozpoczął studia na SGH. W kwietniu 1950 r., zagrożony aresztowaniem, zdecydował się na powrót do lasu. Stanął na czele kilkuosobowej grupy partyzanckiej, która operowała na terenach powiatu grajewskiego i łomżyńskiego. Ponieważ przez długie miesiące dla UB pozostawał nieuchwytny, bezpieka postanowiła schwytać go przy pomocy jego dawnego podkomendnego, czyli "Ryby". Ten, po zaprzestaniu działalności niepodległościowej w początkach 1946 r., potwierdzonym dodatkowo ujawnieniem w 1947 r., opuścił teren Białostocczyzny i zamieszkał w Łodzi, gdzie rozwinął prywatny interes (trudnił się handlem). Bezpieka dopadła go jesienią 1952 r. Alternatywa, przed którą "Ryba" został postawiony przez komunistów była iście diabelska: albo zgoda na współpracę z UB w celu wydania dawnego dowódcy, "Bruzdy", albo piekło ubeckich kazamatów i, w najlepszym wypadku, długoletnie więzienie. Dla człowieka, który od ponad sześciu lat nie konspirował, który zaadoptował się w nowej, wprawdzie ponurej, ale zawsze jakiejś rzeczywistości, miał rodzinę, plany na przyszłość itd., wybór, jakiego z woli UB miał dokonać, był – oceniając rzecz z poszanowaniem prawdy życia – piekielnie trudny. "Ryba" wybrał rozwiązanie, którego ubecy nie przewidzieli, bo przewidzieć nie byli w stanie. Mierzyli bowiem świat własną miarą, co jest często spotykanym błędem. Otóż "Ryba" dokonał wyboru na wierność. Pozornie zgodził się na współpracę i pomoc w ujęciu "Bruzdy", po czym otrzymał od UB stosowne instrukcje i ruszył w białostockie na poszukiwanie swego byłego dowódcy. Do spotkania starych towarzyszy broni doszło stosunkowo szybko. "Ryba" wyjawił "Bruździe" cały plan nakreślony przez UB i rolę, którą w myśl koncepcji UB miał w nim odegrać. Rolę Judasza. A tej "Ryba" grać nie chciał. Zapewne uznał, że nie ma prawa przesądzić, że jego życie jest ważniejsze od życia "Bruzdy". Przyłączył się do grupy partyzanckiej, którą dowodził "Bruzda" i został jego zastępcą. Musiał mieć pełną świadomość, że dokonując takiego wyboru, zamyka przed sobą drzwi do przyszłości, a klucz do nich wyrzuca daleko za siebie. Że odwrotu już nie będzie. Że za tę decyzję przyjdzie mu zapłacić własnym życiem. I tak też się stało. Zanim jednak dopełnił się jego los, w dramatycznych okolicznościach zginął "Bruzda". 23 sierpnia 1954 r. partyzanci zaatakowali posterunek MO w Przytułach. W czasie tej akcji "Bruzda" został ciężko ranny. Jego podkomendni nie mieli najmniejszych szans, aby wynieść go z miejsca walki i uciec przed pościgiem. W tej sytuacji "Ryba" dobił swego dowódcę i przyjaciela. Tak zginął major Jan Tabortowski "Bruzda", przedwojenny oficer WP, kawaler Orderu Virtuti Militari. Jego ciało komuniści pogrzebali w nieznanym do dziś miejscu. "Ryba" miał wtedy przed sobą jeszcze dwa i pół roku życia. Ubecy (a dokładnie już wtedy esbecy) dopadli Go dopiero 3/4 marca 1957 r. Ukrywał się w przemyślnie wykopanym bunkrze w zabudowaniach gospodarskich w swej rodzinnej wsi, Jeziorku (zapewne jego miejsce urodzenia przesądziło o wyborze pseudonimu, pod którym walczył). Został zdradzony przez swego żołnierza, który krwią "Ryby" opłacił wyjście z podziemia bez sankcji więzienia. Osaczony w swej kryjówce przez obławę, ppor. Stanisław Marchewka "Ryba" podjął walkę i zginął. Został pochowany na cmentarzu w Jeziorku. Był, tak jak "Bruzda", kawalerem Orderu Virtuti Militari.
Ppor. Stanisław Marchewka ps. "Ryba"
Jak można wnosić z przywołanych powyżej faktów, "Bruzda" i "Ryba" zginęli, bo niezwykle silnie, można powiedzieć, że
wręcz śmiertelnie mocno, byli przywiązani do idei wolności, do prawa człowieka do wolnego życia na ziemi. Ilekroć myślę o nich i Im podobnych, przypominają mi się końcowe, gorzkie frazy wiersza Zbigniewa Herberta Mademoiselle Corday, z tomiku "Rovigo":
Wróćmy jednak do 1 marca 2011 r., do uroczystości przekazania przez Prezydenta Komorowskiego członkom rodzin "Żołnierzy Wyklętych" nadanych pośmiertnie ich bliskim orderów. Nie tylko rodziny odznaczonych, ale sądzę, że wszyscy, którym pamięć o "Żołnierzach Wyklętych" jest sprawą bliską sercu, przyjęli wiadomość o tym wydarzeniu z radością i wdzięcznością. Tym wszystkim, jak sądzę, należy się pewne, przyjmijmy, że drobne, wyjaśnienie. Wiemy bowiem kto ordery te wręczył (a dokładnie przekazał na ręce przedstawicieli rodzin osób pośmiertnie uhonorowanych). Ale zapewne nie wszyscy, czy wręcz zdecydowana większość z Państwa nie wie, kto te ordery nadał. A nadał je nie kto inny jak Prezydent RP, śp. Lech Kaczyński. Odpowiednio: śp. mjr. Janowi Tabortowskiemu "Bruździe" postanowieniem z 20 sierpnia 2009 r., śp. ppor. Stanisławowi Marchewce "Rybie" także postanowieniem z 20 sierpnia 2009 r.
Podczas uroczystości w dniu 1 marca 2011 r. Prezydent Komorowski przekazał członkom rodzin odznaczonych pośmiertnie "Żołnierzy Wyklętych" jeszcze 5 (pięć) Krzyży Wielkich Orderu Odrodzenia Polski (jeden z nich przekazany został rodzinie Lecha Leona Beynara vel Pawła Jasienicy, naszego sławnego dziejopisa, a w 1945 r. oficera 5 Brygady Wileńskiej AK mjra Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki"), w sumie (7) siedem orderów tej rangi – najwyższej po Orderze Orła Białego. Wszystkie one nadane zostały przez Prezydenta RP, śp. Lecha Kaczyńskiego !!!
I jeszcze kilka zdań nudnej statystyki.
Prezydent Komorowski przekazał w tym dniu jeszcze 15 (piętnaście) nadanych pośmiertnie "Żołnierzom Wyklętym" orderów: 8 (osiem) Krzyży Komandorskich z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski i 7 (siedem) Krzyży Komandorskich Orderu Odrodzenia Polski. Spośród nich 5 (pięć), czyli w sumie 12 (dwanaście) z 22 (dwudziestu dwóch) orderów przekazanych przez Prezydenta Komorowskiego rodzinom odznaczonych "Żołnierzy Wyklętych", nadał śp. Lech Kaczyński. W przypadku 6 (sześciu) innych procedura przygotowawcza została wszczęta i przeprowadzona praktycznie w całości jeszcze za czasów Jego prezydentury. Nie zdążył tylko wydać i podpisać postanowień o nadaniu tych orderów. Uczynił to już Bronisław Komorowski. Pozostają zatem jeszcze 4 (cztery) ordery. I te cztery ordery nadane zostały z inicjatywy własnej aktualnego Prezydenta RP. Cztery z dwudziestu dwóch orderów przekazanych przez Bronisława Komorowskiego członkom rodzin "Żołnierzy Wyklętych" w dniu 1 marca 2011 r.
Na oficjalnej stronie Kancelarii Prezydenta RP, pod datą 1 marca 2011 r., czytamy: Prezydent odznaczył "Żołnierzy Wyklętych" (to tytuł informacji – przyp. G.W.). I dalej: Podczas uroczystości w Pałacu Prezydenckim Bronisław Komorowski przekazał członkom rodzin "Żołnierzy Wyklętych" nadane pośmiertnie Ordery Odrodzenia Polski […]. Można tam zapoznać się także z listą odznaczonych.
Dodam od razu, uprzedzając wszelkiej maści nienawistników i różnych takich, że informacja zamieszczona na stronie Kancelarii Prezydenta RP na temat przekazanych przez Prezydenta Komorowskiego w dniu 1 marca 2011 r. orderów, nadanych pośmiertnie "Żołnierzom Wyklętym", jest zgodna z prawdą. Może troszkę tylko jest nieprecyzyjna, może tylko jest nieco zbyt enigmatyczna, może tylko odrobinę wprowadza w błąd. Należy oczywiście z góry wykluczyć (mam nadzieję, że szanowni czytelnicy niniejszego tekstu zgodzą się ze mną) świadome działanie osób odpowiedzialnych za zamieszczenie przywołanej informacji na stronie internetowej Kancelarii Prezydenta RP. Świadome w tym sensie, że dopuszczające wprowadzenie opinii publicznej w błędne przekonanie, że śp. Lech Kaczyński nie miał nic wspólnego z orderami dla "Żołnierzy Wyklętych", które Prezydent Komorowski przekazał, w dniu Narodowego Dnia Pamięci "Żołnierzy Wyklętych", wprowadzonego do porządku prawnego z inicjatywy śp. Lecha Kaczyńskiego (znowu ten śp. Lech Kaczyński; chyba za dużo Jego osoby w tym tekście, tyle że faktografia jakoś to sama narzuca), członkom rodzin osób odznaczonych.
Przyjrzyjmy się przez chwilę treści informacji zamieszczonej na stronie internetowej Kancelarii Prezydenta RP.
Zawarte w tytule informacji zdanie: "Prezydent odznaczył "Żołnierzy Wyklętych"" jest prawdziwe. Zastrzegam przy tym, że użyty w nim wyraz "odznaczył" rozpoznaję jako określenie dla czynności nadania orderów. Inaczej chyba nie można, skoro w kolejnym zdaniu informacji jej autor stwierdza, precyzyjnie opisując w tym fragmencie tekstu co wydarzyło się 1 marca w Pałacu Prezydenckim, że Prezydent Komorowski przekazał […] nadane pośmiertnie ordery (słusznie rozróżniając merytoryczną decyzję – w formie postanowienia Prezydenta RP – o nadaniu orderów od wykonawczej czynności ich przekazania na ręce członków rodzin osób odznaczonych). Ponadto, z uwagi na okoliczności sprawy, wyraz "odznaczył", użyty dla opisu czynności wykonawczej w stosunku do postanowienia Prezydenta PR o nadaniu orderów, byłby nieadekwatny, gdyż nikogo z odznaczonych, niestety, nie ma od lat wśród żywych.
Zdanie "Prezydent odznaczył &
#8222;Żołnierzy Wyklętych"" jest prawdziwe dlatego, że ordery nadaje organ konstytucyjny – Prezydent RP – a nie taka czy inna osoba sprawująca tę zaszczytną funkcję. Jednakże w zestawieniu z zamieszczonym na stronie internetowej Kancelarii Prezydenta RP opisem uroczystości z Pałacu Prezydenckiego, pomijającym wszelkie szczegóły nadania orderów, w tym daty wydania przez Prezydenta RP stosownych postanowień (o wskazaniu Lecha Kaczyńskiego jako tego, który, realizując uprawnienia Prezydenta RP, nadał większość z przekazanych w dniu 1 marca 2011 r. przez Prezydenta Komorowskiego orderów, nawet nie wspominając) informacja takiej treści musiała wytworzyć mylne wrażenie, że ordery te, bez wyjątku, nadał Prezydent Komorowski. Przyjmując z kolei, że wyraz "odznaczył" został przez autora analizowanej informacji użyty jako zamiennik dla wyrazu "przekazał", otrzymujemy ten sam efekt: w następstwie całkowitego pominięcia okoliczności związanych z nadaniem orderów, odbiorcy tego komunikatu tkwią w kontrfaktycznym przekonaniu, że wszystkie ordery, o których traktuje ten tekst, nadane zostały przez Prezydenta Komorowskiego.
Nie przesadzam. Przecież jak Polska długa i szeroka telewizje, radia, gazety, portale internetowe zgodnym chórem, powtarzając zapewne za informacją ze strony internetowej Kancelarii Prezydenta RP (ciekawe jaką treść miał komunikat prasowy Kancelarii Prezydenta RP w tej sprawie?), podały, że Prezydent Komorowski odznaczył "Żołnierzy Wyklętych". Natomiast nigdzie ani nie usłyszałem ani nie doczytałem się wzmianki, że cokolwiek wspólnego z tymi orderami miał śp. Lech Kaczyński, który, przypomnijmy, większość z nich nadał. Jego udział w tym dziele, szlachetnym i godnym uznania, zupełnie zaginął. Można to sprawdzić, wystarczy wpisać w google np. "Prezydent odznaczył Żołnierzy Wyklętych"" i przeczytać teksty, które pokaże nam wyszukiwarka. Próżno w tym kontekście szukać jakiejkolwiek informacji o Lechu Kaczyńskim. Warto też sprawdzić w wikipedii hasło: Lech Leon Beynar vel Paweł Jasienica. Jest tam on opisany jako osoba dwukrotnie pośmiertnie odznaczona Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski (3 maja 2007 r. i 1 marca 2011r.). To oczywiście błąd, choć w tym akurat przypadku trudno mieć pretensje do autorów hasła. Dla rozwiania wątpliwości wyjaśniam, że Lech Leon Beynar został odznaczony pośmiertnie Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski tylko raz – postanowieniem Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego z dnia 3 maja 2007 r. Order na ręce członków rodziny Beynara przekazał w dniu 1 marca 2011 r. Prezydent RP Bronisław Komorowski.
Chcę podkreślić, że nie uważam za bardzo istotne, kto personalnie nadał te ordery. Ważne, że aktualny Prezydent RP póki co kontynuuje w tej kwestii politykę historyczną poprzednika. Chciałbym jednak żeby ta, zapewne już ostatnia materializacja decyzji podjętych przez śp. Lecha Kaczyńskiego jako Prezydenta RP nie została kompletnie oderwana od Jego osoby. Tym bardziej, że ma ona charakter symboliczny: dotyczy wszak osób, których już z nami nie ma; odnosi się do "Żołnierzy Wyklętych", którzy na uznanie ze strony najwyższego urzędu Rzeczpospolitej musieli czekać 15 lat – do czasu objęcia tego urzędu przez Lecha Kaczyńskiego. Nie ma już wśród nas również Lecha Kaczyńskiego. Pozostała pamięć. I warto było ów kontekst – w poszanowaniu tej symboliki – choć w jednym zdaniu komunikatu na stronie internetowej Kancelarii Prezydenta RP zaakcentować. Ale nie zrobiono tego. I wiecie Państwo, ze smutkiem stwierdzam, że zupełnie nie jestem tym faktem zadziwiony. A Państwo?

adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944- 1954.
Od Wandejczyków do Jaruzelskiego… – część 1/2
[wybór ikonografii – autor strony]
OD WANDEJCZYKÓW DO JARUZELSKIEGO, CZYLI RZECZ O DWUTOROWOŚCI DZIEJÓW.
monotonną procesję i nierówną walkę
zbirów na czele ogłupiałych tłumów
przeciw garstce prawych i rozumnych […]
Zbigniew Herbert
"Elegia na odejście pióra atramentu lampy"
W ostatnich tygodniach na kilku portalach internetowych, min. wPolityce.pl, ukazały się teksty zawierające prognozy dla historii, jako przedmiotu nauczania w polskich szkołach. Ich lektura prowadzi do wniosku, że dla tej dyscypliny wiedzy przyszłość wykładania jej na poziomie szkolnym nie jawi się zbyt różowo, choć wypada zaznaczyć, że Minister Edukacji Narodowej ma w tej sprawie odmienne zdanie. Osobiście nie sądzę, że dodanie czy odjęcie godziny albo nawet dwóch godzin lekcyjnych historii tygodniowo zmieni istotnie stan rzeczy, a ten wydaję mi się zasługiwać od lat na miano zapaści.
Problem, który uważam za dla tej kwestii zasadniczy, polega na tym, że okres historii najnowszej jest przerabiany (siłą osi chronologicznej zdarzeń) przy końcu nauki w ostatniej klasie gimnazjum czy liceum, tj. kiedy mało który z uczniów, nawet tych skłonnych do poznawania wiedzy, ma głowę do bieżącej nauki – gimnazjaliści przygotowują się wtedy do egzaminu do liceum, a licealiści do matury. A przecież ten właśnie wycinek historii, jako najbliższy teraźniejszości, powinien być poznawany bardziej wnikliwie niż przykładowo, przy całym szacunku do wagi zdarzenia, rozbicie dzielnicowe z XII wieku. Chodzi przecież o to, aby historia była tworzywem do przemyśleń, pozwalała wyciągać właściwe wnioski na dziś i jutro. Dlatego też przeciętny uczeń powinien wiedzieć nieco więcej raczej o wieku dwudziestym niż dwunastym, wszak istotne wydarzenia dwudziestego wieku mają jeszcze wpływ, często całkiem znaczący, na czasy obecne, a fakty z dwunastego stulecia, niezależnie od ich ówczesnej wagi, raczej już nie.
Nie chcąc tylko narzekać, opracowałem konspekt lekcji historii, którą, w moim przekonaniu, powinien przyswoić sobie właśnie taki przeciętnie zainteresowany historią uczeń, nie posiadający ambicji kształcenia się na wydziałach historycznych wyższych uczelni (na wypadek gdyby Ministerstwo Edukacji Narodowej lub któreś z kuratoriów oświaty chciało skorzystać z tegoż konspektu, oświadczam, że udzielam im na to blankietowej, bezpłatnej licencji). Niedawno, przeglądając kolejny raz swoje dzieło, uruchomiłem wyobraźnię i jej siłą wcieliłem się w rolę nauczyciela historii uczącego, przyjmijmy, w ostatniej klasie gimnazjum. W ten sposób spełniłem swe dziecięce marzenie, aby zostać belfrem.
Moja lekcja, której wiodącym tematem byłaby wskazana w tytule niniejszego tekstu dwutorowość dziejów, wyglądałaby tak:
Drodzy Uczniowie, zaczynamy. Czasu jest mało, raptem 45 minut. Dlatego rezygnuję z narracji własnej, niech przemówią ci, którzy historię tworzyli…

Antoine Saint – Just, jeden z przywódców rewolucji francuskiej, zwolennik terroru, bliski współpracownik Maksymiliana Robespierre. Na własnej skórze dozna bolesnej prawdziwości tezy, że "rewolucja zjada własne dzieci". Zostanie zgilotynowany w grupie Robespierre’a 28 lipca 1794 r.
Jakub Cathelineau, ojciec jedenaściorga dzieci. 12 czerwca 1793 r. obejmie dowództwo nad Armią Katolicką i Królewską – armią powstańczą Wandei. Umrze 14 lipca 1793 r. w następstwie gangreny, w wyniku ciężkiej rany odniesionej 29 czerwca 1973 r. w czasie bitwy o Nantes.

Francois Joseph Westermann, republikański generał ("rzeźnik z Wandei") w liście do Konwentu po zniszczeniu Armii Katolickiej i Królewskiej przez siły Rewolucji 23 grudnia 1793 r. w bitwie pod Savenay. Swymi "sukcesami" nie będzie cieszył się zbyt długo. Zostanie zgilotynowany w grupie Dantona 5 kwietnia 1794r.

Henri de la Rochejaquelein, 19 października 1793 r. obejmie stanowisko głównodowodzącego Armii Królewskiej i Katolickiej. Zginie w wieku 22 lat w dniu 28 stycznia 1794 r.
Z proklamacji Komitetu Ocalenia Publicznego (najwyższego wówczas organu władzy rewolucyjnej) z dnia 15 lutego 1794 r. do przedstawiciela ludu, Dembarere’a.
Z proklamacji dowódców Armii Katolickiej i Królewskiej, lipiec 1793 r.

Gustaw Szaramowicz, jeden z przywódców wystąpienia zbrojnego polskich katorżników, przede wszystkim powstańców styczniowych, przeciwko caratowi, do którego doszło w ostatnich dniach czerwca 1866 r. nad Bajkałem (zwanego też powstaniem zabajkalskim). Fragment listu do ojca z 14 listopada 1866 r. Szaramowicz zostanie rozstrzelany na przedmieściu Irkucka 15 listopada 1866 r. Jego pożegnalny list, decyzją władz carskich, nie zostanie wysłany.
Siergiej Gusiew, sekretarz sowieckiej Centralnej Komisji Kontroli, 1925 r. Jego losów nie udało mi się ustalić.

Piotr Wrangel, Głównodowodzący Sił Zbrojnych Południa Rosji, następca gen. Antona Denikina, początek lipca 1920 r. Utrzyma się na Krymie jeszcze tylko cztery miesiące. Zdoła zorganizować i przeprowadzić ewakuacje ok. 150 tysięcy osób, które powiększą kilkumilionowe grono rosyjskiej białej emigracji. Umrze w Belgradzie 25 kwietnia 1928 r.
Jakow Agranow, sowiecki wicekomisarz spraw wewnętrznych, wypowiedź z 1936 r. Rozstrzelany w ramach tzw. czystek stalinowskich w 1938 r.

Nikołaj Jeżow, szef NKWD w latach 1936-1938, wypowiedź z 1937 r. Na polecenie Stalina zostanie aresztowany w 1938 r., w tajnym procesie otrzyma karę śmierci. Wyrok zostanie wykonany w lutym 1940 r.

Iwan Bunin, pisarz rosyjski, fragment artykułu opublikowanego w emigracyjnym piśmie białorosyjskim w dniu 7 listopada 1927 r. (w dziesiątą rocznicę rewolucji bolszewickiej). Zostanie pierwszym rosyjskim laureatem Literackiej Nagrody Nobla (za rok 1933). Umrze w Paryżu 8 listopada 1953 r.
czywiście: taki jest program partii. Wytępimy ich. Żaden problem. […] Żaden z tych, którzy tak mówią, nie widział tego na własne oczy, żaden z nich nie brał w tym udziału. Większość z was wie jak to jest, kiedy sto trupów leży obok siebie pokotem, albo pięćset, albo tysiąc. Brać w tym udział, a jednocześnie – pomijając nieliczne sytuacje wynikłe za słabości ludzkiej natury – pozostać porządnymi ludźmi, oto co nas zahartowało.

Heinrich Himmler, Reichsführer SS, fragment przemówienia do esesmanów z 4 października 1943 r. Zostanie aresztowany przez żołnierzy angielskich 21 maja 1945 r. Uniknie wyroku sądu. Jeszcze tego samego dnia zdoła zażyć truciznę. Umrze po piętnastu minutach.
Fragment pierwszej ulotki Białej Róży, kilkunastoosobowej, antynazistowskiej organizacji konspiracyjnej. Lipiec 1942 r. Członkowie Białej Róży zdołają wydać jeszcze pięć ulotek. Organizacja zostanie rozbita aresztowaniami w lutym 1943 r. Pięciu jej członków, w tym rodzeństwo Sophie i Hans Schollowie, zostanie przez Trybunał Ludowy skazanych na śmierć i zgilotynowanych.

Marian Spychalski, zeznanie złożone w śledztwie podjętym przez zwolenników Bieruta przeciwko stronnikom Gomułki (do grupy którego denuncjator do Gestapo – Spychalski – należał), w jego wątku dotyczącym okoliczności wydania w ręce gestapowców w 1943 r., drukarni Gwardii Ludowej (według notatki oficera MBP z 18.05.1950 r.). W październiku 1956 r., wraz z powrotem Gomułki do władzy, do łask partii komunistycznej wróci również Spychalski. Do 1970 r. będzie członkiem Biura Politycznego Komitetu Centralnego PZPR. W 1963 r. otrzyma tytuł Marszałka Polski. Umrze 7 czerwca 1980 r. Zostanie pochowany w Alei Zasłużonych na warszawskich Powązkach.

Jan Bytnar "Rudy", harcerz, członek Szarych Szeregów, jeden z bohaterów warszawskiej konspiracji antyniemieckiej, w rozmowie z Tadeuszem Zawadzkim "Zośką" (relacja "Zośki"). Prawdopodobnie 27 marca 1943 r., dzień po odbiciu "Rudego" z rąk Gestapo w Akcji pod Arsenałem, której mózgiem i sercem był właśnie "Zośka". "Rudy" umrze 30 marca 1943 r. w wyniku tortur zadanych mu przez przesłuchujących Go gestapowców, przede wszystkim Langa i Szultza. W śledztwie nie wydał nikogo. Jego oprawcy zginą z wyroku Polski Podziemnej – Lange 6 maja 1943 r., zaś Szultz 22 maja 1943r. "Zośka" polegnie w ataku na niemiecką stanicę graniczną w Sieczychach 23 sierpnia 1943 r.

Władysław Gomułka (na zdjęciu z prawej, obok gen. W. Jaruzelskiego), sekretarz Polskiej Partii Robotniczej (komunistycznej), wypowiedź z 18.06.1945r. w czasie rozmów ze Stanisławem Mikołajczykiem, których głównym tematem było utworzenie Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej. Będzie kierował PPR do 1948 r., kiedy to zostanie aresztowany w ramach rozgrywek partyjnych przez stronników Bieruta. Jesienią 1956 r. obejmie stanowisko pierwszego sekretarza PZPR, na którym utrzyma się do 20 grudnia 1970 r. Umrze 1 września 1982 r. Zostanie pochowany w Alei Zasłużonych na warszawskich Powązkach.

Mjr Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka", dowódca 5 Brygady Wileńskiej AK, fragment odezwy z marca 1946 r. Zostanie aresztowany przez UB 26 czerwca 1948 r. Wyrokiem sądu komunistycznego z dnia 2 listopada 1950 r. skazany zostanie na karę śmierci. Zginie zabity metodą katyńską – strzałem w tył głowy – w więzieniu mokotowskim w Warszawie 8 lutego 1951 r. Jego zwłoki zostaną pogrzebane przez komunistów w nieznanym do dziś miejscu.
Od Wandejczyków do Jaruzelskiego… – część 2/2>
Strona główna>

