[wybór zdjęć – autor strony]
KRÓTKA REFLEKSJA O PARALELNOŚCI NA MARGINESIE TEKSTU PROF. NOWAKA O POWSTANIU STYCZNIOWYM, CZYLI RZECZ O DWÓCH "UZIEMIONYCH" POLITRUKACH I TYLU TEŻ DZIELNYCH KOWALACH
bynajmniej nie jest poczynaniem bez sensu.
[…] Wartość walki tkwi nie w szansach zwycięstwa sprawy,
w imię której się ją podjęło, ale w wielkości tej sprawy.
Prof. Henryk Elzenberg
Numer 2 (6) 2013 tygodnika „W sieci” przyniósł ze sobą znakomity esej prof. Andrzeja Nowaka na temat powstania styczniowego. Autor, z dobrze znaną czytelnikom jego tekstów wielką erudycją, kulturą słowa, jasnością myśli i wykwintną formą ich przekazu, poddaje analizie styczniową insurekcję. Widzi w niej ważne ogniwo w będącej istotą polskości tradycji wolnościowej, tradycji zmaterializowanej w historii naszego zakątka ziemi łańcuchem zrywów powstańczych ulokowanych w ramach czasowych XVIII – XX wieku. Autor, kończąc swój tekst, pisze:
"To jest istota polskości: 255 lat walki o wolność. Od konfederacji dzikowskiej 1734 r. do strajków „Solidarności” 1988 r. W samym centrum tej długiej, podtrzymującej polskość tradycji, jest powstanie styczniowe”. I w samym finale pyta: „A gdzie my wobec niej jesteśmy?"
Przygotowaniem do przywołanych, końcowych fraz eseju prof. Nowaka jest zwięzłe przypomnienie kolejnych przystanków na drodze do naszej niepodległości, tych po powstaniu styczniowym:
"I wybuchały kolejne powstania: mniej znane (…) Potem bardziej znane, wielkie: warszawskie. I kolejne, choć bez nazwy insurekcje, kontynuujące tego samego ducha poświęcenia dla wolności i Polski: manifestacja młodzieży w Krakowie 3 maja 1946 r., potem Czerwiec Poznański 1956 r., wystąpienia milenijne w 1966 r., Marzec 1968 r. (…) aż po ostanie strajki „Solidarności” – w Nowej Hucie i Stoczni Gdańskiej w kwietniu – maju 1988 r."

"Bój", grafika Artura Grottgera z cyklu Lithuania
I tym właśnie, ową zwięzłością wspomnienia kolejnych po powstaniu styczniowym zrywów wolnościowych naszych przodków, a także naturalnymi dla prasy drukowanej ograniczeniami objętości tekstów, nawet tak doniosłych jak ten, o którym piszę, tłumaczę sobie, że Autor pominął w swym wyliczeniu akurat z ducha i charakterystyki toczonej walki chyba najbliższą powstaniu styczniowemu epopeję. Mam na myśli zbrojny opór przeciw komunistycznemu zniewoleniu stawiany w latach 1944-1954 przez partyzantkę antykomunistyczną – Żołnierzy Wyklętych.
A przecież jeżeli na polskiej drodze do niepodległości, pośród kolejnych na niej przystanków, wzniesionych z hartu woli i ofiary kolejnych pokoleń naszych rodaków, pokoleń którym przyszło walczyć o niepodległość Ojczyzny czy też w jej obronie, szukać najbliższej powstaniu styczniowemu analogii, to bez wątpienia epopeja żołnierzy oddziałów „Łupaszki”, „Młota”, „Zapory”, „Uskoka”, „Warszyca” i wielu innych jednostek partyzanckich z okresu walki z komunistycznym zniewoleniem wydaje się nie mieć konkurencji. Dlatego, zachęcając do lektury tekstu prof. Nowaka tych, którzy jeszcze nie mieli okazji zapoznać się z tym, powtarzam, wspaniałym szkicem, pozwolę sobie w dostępny mi, czyli raczej zgrzebny, sposób uzupełnić istotną lukę, którą dostrzegłem w wywodzie Autora. Przy tej okazji apeluję do wszystkich wrażliwych na polską tradycję wolnościową ludzi światłych umysłów, aby w podobnie ważnych tekstach, jak ten, który wyszedł spod „pióra” prof. Nowaka i ucieszył oczy czytelników tygodnika „W sieci”, nie pomijali Żołnierzy Wyklętych. Są oni dopiero od bardzo niedawna nieco szerzej obecni w świadomości naszej wspólnoty narodowej, a przecież ich walka stanowi na polskiej drodze do niepodległości jeden z najważniejszych, z racji skali heroizmu i ofiary złożonej wówczas na ołtarzu wolności Ojczyzny, przystanków; poświęcenie Żołnierzy Wyklętych jest bardzo ważne dla naszej narodowej tożsamości i czas najwyższy, aby było tak powszechnie postrzegane.
Kpt. Zdzisław Broński "Uskok", dowódca oddziałów partyzanckich na Lubelszczyźnie, poległ 21 maja 1949 r. rozrywając się granatem, otoczony przez grupę operacyjną UB-KBW.
Prof. Nowak pisze w swoim tekście: „Przez szeregi powstańców przewinęło się nie mniej niż 100 tys. ochotników. Stoczyli przeszło 1200 bitew i potyczek z wojskiem rosyjskim (…) I przegrali. Symbolicznie kończy powstanie szubienica, na której 23 maja 1865 r. w Sokołowie Podlaskim zawisł ks. Stanisław Brzóska, kapelan i generał armii powstańczej, ostatni dowódca oddziału, który w okolicach Łukowa przetrwał do przedwiośnia 1965 r.”
Wykazując tytułową analogię, przypomnę, że przez szeregi polskiego podziemia antykomunistycznego walczącego w latach 1944-1954 na ziemiach będących w aktualnych granicach Polski (osobny i praktycznie zupełnie zapomniany rozdział stanowi epopeja polskiej partyzantki antykomunistycznej działającej na „straconych posterunkach” na wschód od linii Curzona po lipcu 1944 r.) przewinęło się ok. 200 tys. ludzi, z czego w samym tylko 1945 r. ok. 20 tys. wzięło udział w walce z bronią w ręku. Żołnierze Wyklęci stoczyli setki bitew i potyczek (największe i najbardziej zaciekłe z nich to walki z wojskiem sowieckim wspieranym przez rodzime siły komunistyczne: pod Kuryłówką, w Lesie Stockim, w Miodusach Pokrzywnych, w Łempicach, pod Zwoleniem i w Ostrowach Tuszowskich). I także przegrali. Symbolicznie kończy powstanie antykomunistyczne śmierć Józefa Franczaka „Lalka” w dniu 21 października 1963 r., czyli dokładnie, jeśli mierzyć latami, sto lat od wybuchu powstania styczniowego.
Kadra
5 Brygady Wileńskiej AK, sierpień 1945 r. Od lewej: NN, NN, ppor. Lucjan
Minkiewicz "Wiktor", por. Marian Pluciński "Mścisław", por. Zygmunt
Błażejewicz "Zygmunt", mjr Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka", ppor.
Władysław Łukasiuk "Młot", ppor. Jan Zaleski "Zaja", ppor. Romuald Rajs
"Bury".
Prof. Nowak podaje w swym tekście bilans strat powstania styczniowego. Czytamy tam:
„Blisko 20 tys. poległych i zabitych (w tym niemal tysiąc straconych z wyroku carskich sądów polowych), 35 – 40 tys. zesłanych na Syberię i w inne oddalone rejony Imperium.”
Bilansując straty po stronie Żołnierzy Wyklętych, należy wymienić liczbę co najmniej 8 tys. poległych w walkach, nie mniej niż 30 tys. zamęczonych w więzieniach i podczas śledztw w katowniach bezpieki (w tym blisko pięć tysięcy ludzi straconych z wyroków różnego rodzaju sądów komunistycznych), kilkadziesiąt tysięcy wywiezionych do obozów koncentracyjnych w Rosji Sowieckiej (z których ok. jedna czwarta pobytu na „nieludzkiej ziemi” nie przeżyła) i kolejne kilkadziesiąt tysięcy uwięzionych (osób więzionych w komunistycznych więzieniach na ziemiach polskich było oczywiście znacznie więcej; terror komunistyczny dotykał bowiem nie tylko ludzi bezpośrednio czy pośrednio zaangażowanych w walkę o wolność, ale wszystkich, których komuniści uznawali za choćby potencjalnych swoich wrogów czy przeciwników).
Powstanie styczniowe było zrywem niepodległościowym o silnym rysie partyzanckim, bez frontów i armii w klasycznym, sztabowym rozumieniu tych pojęć, za to z szeregiem walczących w oderwaniu od siebie oddziałów (nazywanych wówczas partiami). Nie doszło podczas jego trwania do jednej czy też kilku bitew decydujących o losach całej kampanii, za to miało miejsce wiele walk o znaczeniu lokalnym. Dysproporcja sił powstańców i ich wrogów była zatrważająco niekorzystna dla naszych przodków. Jedyną szansą na sukces powstania było uwrażliwienie na los Polski tzw. wolnego świata, ale wolny świat losem Polski przejął się nie za specjalnie… Dokładnie w ten sam sposób, przy drugoplanowych różnicach, przebiegała także epopeja Żołnierzy Wyklętych…
Odsłonięty w dniu 26 IX 2010 r. w Radomsku jeden z pomników Fundacji "Pamiętamy", upamiętniający 230 żołnierzy i współpracowników Konspiracyjnego Wojska Polskiego poległych i pomordowanych w walce z komunistycznym zniewoleniem.
Powstanie styczniowe, o czym trafnie napisał w swym tekście prof. Nowak, odegrało bardzo ważną rolę w procesie kształtowania świadomości historycznej i wolnościowej kolejnych pokoleń naszych przodków, które krwawiły w walce o wolność. Pokoleń, którym, jak to pięknie ujął bodaj Andrzej Przewoźnik, Polska nie była dana, ale zadana. I one wielkie to zadanie przyjęły i poniosły dalej. Dotyczy to zarówno legionistów Józefa Piłsudskiego, jak i ich następców w sztafecie pokoleń ofiarnych: żołnierzy Polskiego Państwa Podziemnego z okresu okupacji niemieckiej i podziemia antykomunistycznego z lat 1944-1954.
Tradycja insurekcji styczniowej była bardzo silnie pielęgnowana w okresie II Rzeczypospolitej. Omówienie tylko ważniejszych uroczystości z tamtego okresu, podczas których upamiętniano powstańców styczniowych i oddawano im hołd, wystarczyłoby na opasłą publikację z gatunku „kronika wydarzeń”. W każdym razie owo przyjęcie pokoleniowego zobowiązania, testamentu spisanego krwią i cierpieniem powstańców styczniowych, przekazanego w czasie międzywojennym przez państwo polskie swoim obywatelom, było jednym z istotnych czynników kształtujących etos wolnościowy i propaństwowy pośród pokolenia wychowanego w II Rzeczypospolitej.
Nadanie Orderów Virtuti Militari weteranom powstania styczniowego przez Józefa Piłsudskiego w 1921 r.
Dla wielu pamięć o sztafecie pokoleń ofiarnych w dziejach naszej Ojczyzny nie ma żadnego znaczenia. Nie chcę wchodzić w rozważania czy takie spojrzenie jest właściwe. Dla mnie pamięć ta jest fundamentem wspólnotowości, w jej narodowym wymiarze. Ale to tylko mój punkt widzenia. Rozumiem, że istnieją zapatrywania całkowicie odmienne. Szanuję prawo do ich wyznawania i głoszenia. Wedle zasady "żyj i daj żyć", najlepszej, zdaniem Józefa Mackiewicza, ewangelii życia społecznego. Tak czy inaczej, przywołam za chwilę zdarzenie, które pokazuje, że czasami owa pamięć pokoleniowa o krwi przelanej za wolność nabiera znaczenia bardzo dosłownie praktycznego. Znam tę historię z kart "Pamiętnika" kpt. Zdzisława Brońskiego "Uskoka", ostatniego dowódcy podziemia antykomunistycznego na Lubelszczyźnie.
Zdzisław Broński "Uskok", Pamiętnik.
Wydany staraniem IPN wiosną 2004 roku „Pamiętnik” uznaję za jedną z najważniejszych pozycji stojących na półkach mojej domowej biblioteki. Ponieważ historia ta, zanotowana przez „Uskoka” jako wspomnienie z marca 1945 roku, jest jednocześnie znakomitym przyczynkiem do moich rozważań na temat paralelności pomiędzy powstańcami styczniowymi i Żołnierzami Wyklętymi, pozwalam sobie przywołać ją prawie w całości:
"Któryś z pozostałych ni stąd, ni zowąd zanucił:
Z pól do pól
Z jękiem kartaczy z świstem kul
Rozkaz do boju wciąż nas gna
Powstańców dola, ha, ha, ha (…)Tak, słyszałem, że była to piosenka powstańców z 1864 r.! I my, w osiemdziesiąt lat później, całkiem podobnie śpiewamy. Oni mieli tyranów Moskali, a my mamy tyranów bolszewików (…). Pamiętam z jaką czcią i zaciekawieniem patrzyłem na spotykanych przed wojną weteranów powstania styczniowego. Widok siwowłosych, przygarbionych wiekiem postaci w granatowych uniformach przemawiał do mnie silniej niż wykłady w szkole. Albo to opowiadanie z tamtych czasów, które słyszałem od swego ojca, ojciec słyszał to znów od swego ojca, a mego dziadka. W tych terenach też powstańcy walczyli. Ukrywali się po lasach, nocą przychodzili po żywność. Po walkach widywano rannych i spotykano świeże mogiły….
Był jeden powstaniec, który nazywał się Bogdanowicz. Miał dwadzieścia parę lat i pochodził z tych stron, z Nadrybia. Pewnego razu oddział Bogdanowicza miał potyczkę z Moskalami, w której Bogdanowicz został ranny. Ranny powstaniec począł konno uciekać, a Moskale ruszyli za nim w pościg. Koń Bogdanowicza, wierne i szlachetne zwierzę, uniosło swego pana dość daleko od pogoni w stronę wsi Zezulin. Bogdanowicz, osłabiony, postanowił zatrzymać się i opatrzyć rany (…)"
„Uskok” następnie opisuje okoliczności, w jakich, wedle tradycyjnych przekazów, Moskale pochwycili Bogdanowicza, a potem powiesili go w nieodległym od wsi Zezulin lesie. Snując swoją opowieść, Autor wraca do czasów mu współczesnych. Czytamy dalej w Jego „Pamiętniku”:
"Opowiedziałem tę historię słuchaczom, którzy znajdowali się na kwaterze, a gdy skończyłem, zjawili się chłopcy z podwodami i z meldunkiem, że we wsi znajdują się dwaj bolszewicy (…). Wysłałem natychmiast patrol, który przyłapał „sojuszn
ików”. Następnie zrobiliśmy dochodzenie na miejscu, w domu W… (nazwisko gospodarza zostało pominięte przez autora niniejszego szkicu – przyp. GW), a siebie podaliśmy jako patrol polskich władz bezpieczeństwa. Bolszewicy okazali się politrukami z sowieckiej formacji lotniczej, znajdującej się w tym terenie (…). Politruków po rozbrojeniu dokładnie zrewidowaliśmy. Dłuższy czas nie mogli uwierzyć, że znajdują się w rękach partyzantów i bynajmniej nie swoich „sojuszników”, gdy się jednak o tym przekonali, mocno ich to załamało. Wiedzieli, że partyzanci politrukom nie folgują, tak samo jak enkawudzistom (…) politruk w wojsku komunistycznym nie po to idzie na front, by walczyć z wrogiem, ale po to, by stać na straży interesów partii, jego zadanie polega na dopilnowaniu, by krwią żołnierza frontowego zdobyte zwycięstwa stały się wyłącznie zwycięstwami idei komunistycznej. Żołnierza należy tak otumanić, by stał się bezwolnym narzędziem w osiąganiu tego celu – to jest też zadaniem politruka – propagatora. Politruk w wojsku, jeśli strzela, to przeważnie do własnych żołnierzy, którzy wahają się iść naprzód na kule wroga. Politruk ma bardzo wiele zadań, nie tylko z wojskiem związanych. Na przykład, co oni robili dziś tam, gdzie ich przyłapaliśmy? Przyszli skierowani przez pepeerowca, a zatrzymali się u człowieka o mętnym charakterze, którego nietrudno zrobić i volksdeutschem, i komunistą, i zdrajcą, sprzedawczykiem, i czym kto chce – dla zysku. Wiadomo, towarzysze politrucy szukają u nas oparcia dla swoich idei. Niosą nam przecież „wolność”, a wiedzą, że Polacy w to nie wierzą. Trzeba więc znaleźć takich, którzy by „uwierzyli”, i przy ich pomocy załatwić się z niewierzącymi. W (…) nadawał się do takich celów. Owocami współpracy takich politruków z takimi W (…) są masowe aresztowania. Cóż więc zrobić z takimi? Najwłaściwszą rzecz: „uziemić”. Tak postanowiliśmy. W (…) pozostawiliśmy na razie w spokoju i tak właśnie było najlepiej, bo choć komuniści nie doszli, co się stało z owymi politrukami i nikogo nie szarpano, to jednak dochodzenia były. W (…) domyślił się prawdy i od tej pory zaniechał współpracy z „demokracją”.
Konie z powodu śliskiej drogi wlokły się powoli. Zimno i wilgoć dokuczały coraz bardziej. Już nie dżdżysty opad, ale deszczyk marcowy zacinał. Około północy zrobiło się trochę widniej – to światło księżyca przebijało przez chmury. Bolszewicy jechali pod eskortą na drugiej furmance. Siedzieli posępni, milczący. Że nie mieli powodów do radości w tym wypadku, to prawda, ale mnie się wydaje, że taki komunista chyba w ogóle nie może być wesołym, wylewnym, dowcipnym. On zawsze na kogoś czyha i kogoś się boi. Myśli jego z zasady są ponure. Mijamy zabudowanie przy drodze. Ktoś zapytuje jaka to miejscowość.
– Zezulin – odpowiadam.
– Ach! To tutaj, ten powstaniec…
-Tak! Tutaj.
– Panie poruczniku, powinniśmy tych drabów załatwić tam, gdzie Moskale powiesili Bogdanowicza (…)
– Ze względu na spokój Zezulina powiesić ich tutaj nie możemy, ale możemy ich „ulokować” w inny sposób. Pod ziemią, tak by ich nie odnaleziono – odpowiedziałem.
Po chwili zatrzymaliśmy się przy leśnych zaroślach. Chłopcy bez rozkazów krzątali się szybko i z ochotą. Znalazł się szpadel. Przygotowano dół. Ustawiono „sojuszników”. Ogłoszono im wyrok. „Znaju, szto nie winowat” odpowiedzieli po swojemu i chcieli mówić coś dalej, ale rozległa się komenda „Pal” i zlewające się ze sobą dwie długie serie zagłuszyły wszystko. Po dzień dzisiejszy nie wiem, czy mi się wtedy wydało, czy też rzeczywiście po seriach ktoś krzyknął, i to paru głosami naraz: „Za powstańca Bogdanowicza”."

Kazimierz Bogdanowicz z Nadrybia na Lubelszczyźnie. W okresie powstania styczniowego wystawił własny oddział powstańczy, liczący według władz powstańczych 200 żołnierzy. Walczył w potyczce pod Rudką. Po klęsce przegrupował oddział w rodzinne strony. Wkroczył do Puchaczowa i Łęcznej. Sam udał się do rodzinnego Nadrybia. Wracając do oddziału został schwytany przez Kozaków. Sąd wojenny skazał go na karę śmierci. 5 marca 1863 r. Kazimierz Bogdanowicz został rozstrzelany w Lublinie za koszarami świętokrzyskimi (obecnie hotel asystenta UMCS). W 1916 r. prochy jego i innych powstańców przeniesiono na cmentarz przy ul. Lipowej w Lublinie.
Dodam, z kronikarskiego, w tym wypadku bardzo smutnego obowiązku, że kpt. Zdzisław Broński „Uskok” zginął 21 maja 1949 r. Otoczony przez komunistów w swojej kryjówce w zabudowaniach rodziny Lisowskich położonych we wsi Dąbrówka, nie mając szans na ucieczkę, rozerwał się granatem. „Pamiętnik”, który po Nim pozostał, jest absolutnie unikalnym w skali całej Polski źródłem pozwalającym poznać motywacje i realia walki prowadzonej przez Żołnierzy Wyklętych. Jest lekturą obowiązkową dla każdego, kto chce zrozumieć historię podziemia antykomunistycznego w Polsce. Powiem więcej, gdyby Polska była normalnym krajem, jeśli chodzi o tzw. politykę historyczną, to „Pamiętnik” „Uskoka” byłby lekturą obowiązkową w klasach maturalnych. Taki sam status miałaby powieść Józefa Mackiewicza „Droga donikąd”, będąca arcyciekawym i wręcz anatomicznym studium rozkładu wspólnoty ludzkiej przez zarazę komunizmu.
Tymczasem kolejne pokolenia wchodzące w wiek dojrzały dyskutują na lekcjach polskiego na temat postaw ludzkich przedstawionych w „Dżumie” Camusa, dobrej, ale alegorycznej przypowieści o człowieku w obliczu zagrożenia. O alegoriach, z natury ulokowanych w abstrakcji, rozprawiać łatwo. Zaś, jak się zdaje, w kraju, w którym komuniści popełnili morze zbrodni i dokonali ogromnych spustoszeń w praktycznie każdej dziedzinie życia, czyli w naszym kraju, wiedza, zbudowana na tak znakomitych jak „Pamiętnik” „Uskoka” czy wspomniane dzieło Mackiewicza materiałach, o tym jak system komunistyczny działał na ludzi i dlaczego był tak bardzo niebezpieczny powinna być ważnym elementem edukacji powszechnej. Powinna, ale nie jest.
Odpowiedź na pytanie jakie są tego przyczyny, wychodzi poza ramy niniejszego tekstu. Sytuacja, niestety, szybko zmianie nie ulegnie, ale niech żywi słuchają wieszcza i nie tracą tego, czego jego zdaniem tracić nie powinni. A jaskółką w tym, zapewne długim jeszcze oczekiwaniu na „edukacyjną wiosnę” niech będzie informacja, że w lubelskim oddziale IPN-u trwają, realizowane przy użyciu najnowocześniejszej aparatury specjalistycznej, prace nad odczytaniem kolejnych kart zapisków „Uskoka” oraz że w końcu tego roku możemy się spodziewać nowej, pełniejszej edycji książkowej „Pamiętnika”, uzupełnionej dodatkowo o zbiór nowoodkrytych dokumentów dotyczących tego legendarnego partyzanta. Niech mi będzie wolno powtórzyć: to jest lektura obowiązkowa nie tylko dla każdego, komu droga jest tradycja wolnościowa, ale także dla wszystkich tych, którzy chcą zrozumieć historię Polski po roku 1944.
Nowogród (dawniej Dąbrówka) k/Łęcznej. Pomnik ku czci kpt. Zdzisława Brońskiego "Uskoka".
Pomnik kpt. "Uskoka" w Nowogrodzie odnowiony przez narodowców i kibiców Górnika Łęczna w sierpniu 2012 r.
W tytule artykułu prof. Nowaka czytamy, że powstanie styczniowe nie było wynikiem „kompleksu antyrosyjskiego”, lecz kolejną reakcją ludzi, którzy zachowali honor i osobistą godność. Reakcją na zniewolenie. Piękna i ze wszech miar słuszna to myśl. Niech godnym jej uzupełnieniem będą słowa jakie skreślił w swych zapiskach kpt. „Uskok”:
"Życie poświęcić warto jest tylko dla jednej idei, idei wolności! Jeśli walczymy i ponosimy ofiary to dlatego, że chcemy właśnie żyć, ale żyć jako ludzie wolni, w wolnej Ojczyźnie".
Krótka refleksja o paralelności… – część 2/2

2 szwadron 6 Brygady Wileńskiej AK, jesień 1947 r., Podlasie.
Znakomitym na to przykładem jest Podlasie. Piękna kraina, która w czasie insurekcji styczniowej była areną wielu wystąpień powstańczych, i która także w czasie zrywu antykomunistycznego z lat 1944-1954 była ogarnięta bardzo dużą aktywnością podziemia. To dzięki patriotycznie nastawionym mieszkańcom Podlasia wspomniany w tekście prof. Nowaka ks. Stanisław Brzóska, nominowany 22 lipca 1863 r. przez Rząd Narodowy generalnym kapelanem wojsk powstańczych województwa podlaskiego, mógł aż do jesieni 1864 r. dowodzić blisko czterdziestoosobowym (podzielonym na grupy) oddziałem, a następnie ze swym adiutantem Franciszkiem Wilczyńskim, z zawodu kowalem, ukrywać się przed usilnie poszukującymi ich władzami carskimi do 29 kwietnia 1865 r. Aresztowani zostali w miejscowości Krasnodęby-Sypytki pod Sokołowem Podlaskim. Obaj zostali powieszeni w urządzonej przez Moskali publicznej egzekucji na rynku w Sokołowie Podlaskim 23 maja 1865 r.
Ks. Stanisław Brzóska, od 22 lipca 1863 r. generalny kapelan wojsk powstańczych województwa podlaskiego.
Dowódca jednej z „partii” z okresu powstania styczniowego, Roman Rogiński, w następujących słowach utrwalił obraz jednego z podlaskich szlacheckich zaścianków, z których mężczyźni wyruszyli wraz z nim do powstania:
„Gdym wjechał do zaścianka, przedstawił mi się widok następujący: przy każdym domu, stosownie do tego, ilu ludzi zeń szło do powstania, stały kosy oparte o ściany domu. Była to ulica kos! (…) Dziś, gdy patrzę w przeszłość i przypominam sobie ów zastęp, który poszedł ze mną z tych trzech zaścianków, z kosami tylko w ręku, przeciw armatom i sztucerom, zostawiwszy żony, starców i dzieci w domu bez opieki, łza mimowolnie nabiega mi do oczu, jako wyraz czci dla owych ludzi, którzy z miłości dla kraju gotowi byli zdobyć się na najwyższe poświęcenie”.

Roman Rogiński (po prawej) i Wojciech Biechoński. Zdjęcie z okresu nauki w Polskiej Szkoły Wojskowej w Cuneo we Włoszech.
Nawiązując do tego właśnie wspomnienia Rogińskiego, Kazimierz Krajewski, mój serdeczny druh ze szlaków wędrówek za historią Żołnierzy Wyklętych, jakże celnie napisał:
„Minęło 81 lat od styczniowej nocy 1863 roku – i znów z podlaskich wiosek wyruszali kolejni ochotnicy, zostawiając „żony, starców i dzieci bez opieki”… Władysław Łukasiuk „Młot” pozostawił żonę i troje kilkuletnich dzieci, Józef Małczuk „Brzask” – żonę i dwie malutkie córki, poległy wraz z nim w kwietniu 1950 r. kowal Kazimierz Tkaczuk „Sęp” – dwuletniego syna, a Józef Oksiuta „Pomidor”, poległy we wrześniu 1950 r., żonę i kilkuletnią córkę. Podobnie jak tamci z kosami przeciw moskiewskim armatom, szli z automatami i karabinami w ręku podjąć walkę z całą machiną totalitarnego państwa komunistycznego, wspieranego przez sowieckie siły okupacyjne.”
I także oni, jak ponad osiemdziesiąt lat przed nimi ks. Brzóska, mogli w swej walce wytrwać tak długo, mimo rażącej przewagi sił po stronie wroga, dzięki patriotycznej ludności Podlasia, która udzielała im schronienia i pomocy. Pięknym i jednocześnie tragicznym przykładem takiej postawy mieszkańców Ziemi Podlaskiej są Marian i Czesława Borychowscy, rodzice czwórki dzieci, którzy przez lata, aż do aresztowania we wrześniu 1950 r., udzielali schronienia żołnierzom dowodzonej przez „Młota”, a po jego śmierci w czerwcu 1949 r. przez kpt. Kazimierza Kamieńskiego „Huzara”, odtworzonej na Podlasiu 6 Brygady Wileńskiej AK. Cena jaką ludzie ci zapłacili za swoją patriotyczną postawę była ogromna: Marian Borychowski został zamęczony przez komunistów w więzieniu na Rakowieckiej, zaś jego małżonka przesiedziała kilka lat w kazamatach. Przez cały ten czas ich pociechy przebywały w domach dziecka (a bezpośrednio po aresztowaniu rodziców przyszło im spędzić prawie miesiąc w ubeckiej katowni – w Powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Sokołowie Podlaskim).
Por. Józef Małczuk "Brzask" z żoną Ireną.
Te postawy heroicznie patriotyczne z okresu czynnego oporu przeciwko terrorowi komunistycznemu, jakże bliskie tym ze styczniowej nocy 1863 roku, były, nawiązując do tekstu prof. Nowaka, „kolejną reakcją ludzi, którzy zachowali honor i osobistą godność. Reakcją na zniewolenie.”
Pamięć wymaga formy trwałej. Rozumieli to nasi przodkowie, kiedy w latach II Rzeczypospolitej upamiętniali pomnikami i tablicami ofiarę powstańców styczniowych. Również podlasiacy nie zapomnieli o swoich bohaterach z czasów styczniowej insurekcji, a o księdzu Brzósce w szczególności. Ukoronowaniem ich starań było wystawienie w dniu 23 maju 1925 roku na rynku w Sokołowie Podlaskim, w miejscu stracenia księdza Brzóski i jego adiutanta Franciszka Wilczyńskiego, okazałego pomnika upamiętniającego obu powstańców i złożoną przez nich ofiarę.
Pomnik upamiętniający ks. Stanisława Brzóskę i Franciszka Wilczyńskiego na rynku w Sokołowie Podlaskim.
Ponad 80 lat później, we wrześniu 2007 r., w sąsiedztwie tego pomnika stanęło inne upamiętnienie. Na skwerze położonym raptem sto metrów od sokołowskiego rynku, w bezpośredniej bliskości kościoła konkatedralnego, staraniem Fundacji „Pamiętamy” we współpracy z Radą Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa oraz władzami samorządowymi Sokołowa Podlaskiego, odsłonięty został pomnik upamiętniający żołnierzy Armii Krajowej i struktur poakowskich obwodu Sokołów Podlaski „Jezioro”, 6 Brygady Wileńskiej oraz cywilnych mieszkańców powiatu sokołowskiego poległych w walce z komunistycznym zniewoleniem w latach 1944-1953. Na kamieniach ulokowanych u podnóża pomnika, symbolizujących szaniec ofiarny ze strof wiersza Juliusza Słowackiego, wykute są nazwiska ponad 160 naszych rodaków, którzy oddali życie w walce o wolność z komunistami. Pośród nich znajdują się oczywiście personalia i pseudonimy wspomnianych w niniejszym tekście: Władysława Łukasiuka „Młota”, Józefa Małczuka „Brzaska”, Józefa Oksiuty „Pomidora”, Kazimierza Tkaczuka 
222;Sępa” i Mariana Borychowskiego. Upamiętniona jest tam również ponad setka ofiar, których imion, nazwisk ani pseudonimów nie udało się ustalić.
Dzięki staraniom Fundacji "Pamiętamy" 30 września 2007 r. odsłonięto w Sokołowie Podlaskim pomnik, w hołdzie żołnierzom Armii Krajowej i struktur poakowskich Obwodu Sokołów Podlaski, 6 Brygady Wileńskiej AK , kpt. "Młota" oraz cywilnych mieszkańców powiatu sokołowskiego poległych w walce z komunistycznym zniewoleniem w latach 1944-1953.
Obrazy z uroczystości odsłonięcia i poświęcenia tego pomnika są w mojej pamięci nadal żywe. Wśród licznych uczestników tej ceremonii, ku wielkiej radości jej organizatorów, znaleźli się bliscy wszystkich wymienionych wcześniej w niniejszym tekście bohaterów podlaskiej partyzantki antykomunistycznej. Doskonale pamiętam, że gdy stałem przy pomniku i obserwowałem zbliżający się od strony konkatedry pochód uczestników uroczystości, na czele którego znajdował się niesiony przez ministrantów majestatyczny, kilkumetrowy drewniany krucyfiks, uprzytomniłem sobie, że nie ma lepszego miejsca dla tego upamiętnienia, że jego bezpośrednie sąsiedztwo z pomnikiem poświęconym ks. Stanisławowi Brzósce i Franciszkowi Wilczyńskiemu jest doskonałym symbolicznym wypełnieniem tej paraleli historycznej, której potrzeba opisania zagnała mnie przed klawiaturę komputera i zrodziła tekst, przez który, szanowni czytelnicy, właśnie usiłujecie przebrnąć. A gdy podczas Apelu Pamięci odczytujący go w przejmujący sposób aktor Dariusz Jakubowski wywołał Kazimierza Tkaczuka „Sępa”, z zawodu kowala, jednego z podstawowych żołnierzy oddziału „Młota”, poległego pod Sokołowem Podlaskim w walce z komunistami w kwietniu 1950 r., to będące moim udziałem skojarzenie osoby walecznego „Sępa” z postacią równie dzielnego kowala Franciszka Wilczyńskiego, powieszonego przez Moskali na sokołowskim rynku w maju 1865 r., spowodowało, że istota polskości, którą tak pięknie uchwycił w swoim tekście prof. Nowak, była wtedy dla mnie prawie materialnie obecna obok pomnika, zwłaszcza przy kolejnych, gromkich odpowiedziach żołnierzy jednostki Wojska Polskiego asystującej przy Apelu Pamięci: „Polegli na polu chwały” i „Zginęli śmiercią męczeńską”.
Pomnik w Sokołowie Podlaskim
Uroczystość, którą wspominam, znalazła swój symboliczny i nader podniosły dalszy ciąg w dniu 11 listopada 2007 r., kiedy to w Pałacu Prezydenckim w Warszawie bliscy bohaterów podlaskiej partyzantki antykomunistycznej odebrali z rąk Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego ordery przyznane pośmiertnie ich przodkom w dowód uznania zasług dla niepodległości Polski. Miałem szczęście być świadkiem ceremonii przekazania tych orderów i widzieć dumę i radość na twarzach bliskich kpt. Władysława Łukasiuka „Młota”, odznaczonego przez Prezydenta RP Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski, czy te same odczucia malujące się na twarzach czworga dzieci Mariana Borychowskiego, tych przetrzymywanych jesienią 1950 r. w ubeckiej katowni, a na moich oczach ściskających ze wzruszeniem odebrany przed chwilą z rąk Prezydenta RP, przyznany pośmiertnie ich ojcu, Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Takich chwil się nie zapomina. Zostają na zawsze w sercu i pamięci.
Niedługo potem, 23 maja 2008 r., Prezydent RP Lech Kaczyński odznaczył pośmiertnie ks. Stanisława Brzóskę najwyższym polskim odznaczeniem – Orderem Orła Białego. Sześć dni później order ten przekazany został, w symboliczny depozyt, władzom samorządowym Sokołowa Podlaskiego. Doszło do tego podczas dużej uroczystości patriotycznej z udziałem Prezydenta RP w Sokołowie Podlaskim. Uroczystość ta, tak samo jak wspominana przeze mnie wcześniej ceremonia z września 2007 r., rozpoczęła się Mszą Św. w kościele konkatedralnym.
Podczas przejścia z kościoła na sokołowski rynek, pochód uczestników uroczystości zatrzymał się na wysokości wzniesionego staraniem Fundacji „Pamiętamy” pomnika upamiętniającego Żołnierzy Wyklętych. Prezydent RP Lech Kaczyński podszedł wówczas pod ten pomnik, złożył pod nim wieniec, po czym przyklęknął. W ten sposób ówczesny piastun najwyższego urzędu w naszym państwie oddał hołd tym, którzy ponad osiemdziesiąt lat po styczniowej nocy 1863 roku po raz kolejny z podlaskich wiosek wyruszyli walczyć o wolną Polskę. Tym, których dowódca, kpt. Władysław Łukasiuk „Młot”, w odezwie kolportowanej na terenie Podlasia, sygnowanej: „6 Partyzancka Brygada Wileńska AK”, napisał:
"Nie obchodzą nas partie lub te, czy owe programy. My chcemy Polski suwerennej, Polski chrześcijańskiej, Polski – polskiej (…). Tak jak walczyliśmy w lasach Wileńszczyzny, czy na gruzach kochanej stolicy- Warszawy – z Niemcami, by świętej Ojczyźnie zerwać pęta niewoli, tak dziś do ostatniego legniemy, by wyrzucić precz z naszej Ojczyzny Sowietów. Święcie będziemy stać na straży wolności i suwerenności Polski i nie wyjdziemy dotąd z lasu, dopóki choć jeden Sowiet będzie deptał Polską Ziemię."
Kilkanaście minut po oddaniu hołdu Żołnierzom Wyklętym, nieco dalej, na sokołowskim rynku, pod pomnikiem upamiętniającym ks. Brzóskę i jego adiutanta Franciszka Wilczyńskiego, Prezydent RP Lech Kaczyński przekazał na ręce Burmistrza Sokołowa Podlaskiego Bogusława Karakuli przyznany pośmiertnie ks. Stanisławowi Brzósce Order Orła Białego.
Prezydent
RP Lech Kaczyński dokonuje uroczystego wręczenia na ręce burmistrza
Sokołowa Podlaskiego Bogusława Karakuli Orderu Orła Białego nadanego
pośmiertnie bohaterowi powstania styczniowego ks. Stanisławowi Brzósce.
I to już jest ostatnia paralelność, o której chciałem w niniejszym tekście opowiedzieć.

adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954.
Krótka refleksja na temat "Ognia"… – część 1/3
[wybór zdjęć – autor strony]
KRÓTKA REFLEKSJA NA TEMAT KONTROWERSJI WOKÓŁ POSTACI JÓZEFA KURASIA "OGNIA", ODPOWIEDNIEJ PERSPEKTYWY I PATRIOTYZMU PEJZAŻU
za to że cała była z mitycznych czasów
kiedy autorzy greccy albo rzymscy
i czytelnicy przy lampce oliwnej lub świecy
pakt zawierali i mocno wierzyli
że obrona wolności jest rzeczą chwalebną.
Zbigniew Herbert, z wiersza "Mademoiselle Corday"

Mjr Józef Kuraś "Ogień"
Kontrowersyjny, czyli problematyczny, budzący spory. Ten przymiotnik świetnie pasuje do Józefa Kurasia „Ognia”. Oczywistość takiej diagnozy jest bezdyskusyjna. Wystarczy zerknąć na opublikowane w internecie artykuły dotyczące niedawnej, sierpniowej uroczystości odsłonięcia w masywie Turbacza, czyli w mateczniku Dzielnego Górala z Waksmundu, pomnika poświęconego żołnierzom polskiego podziemia niepodległościowego, w tym partyzantom Zgrupowania Partyzanckiego „Błyskawica” Józefa Kurasia „Ognia”, którzy w latach 1942-1949 w Gorcach walczyli o niepodległość Polski i wolność człowieka z niemieckim i komunistycznym zniewoleniem.
Pomnik odsłonięty w Gorcach pod Turbaczem 12 sierpnia 2012 r., dzięki staraniom Fundacji "Pamiętamy".
Znakomita większość autorów tych tekstów czuła się w obowiązku silnie w nich zaakcentować, że „Ogień” to postać bardzo kontrowersyjna, zaś komentarze internautów dobitnie ten fakt potwierdziły. Osobiście uważam, że określenie „kontrowersyjny”, niezależnie od tematu, do którego jest dedykowane, nie wnosi niczego do poznania przedmiotu opisu. Oddaje jedynie odmienność stanów wiedzy lub emocji osób, które zdecydowały się na zabranie głosu w takiej czy innej dyskusji. Niemniej jednak źródła kontrowersji mogą być interesujące i dawać pewne wyobrażenie o uczestnikach sporu. W przypadku postaci „Ognia” można mówić o prawdziwym bogactwie tych źródeł. Na niektóre z nich chciałbym zwrócić uwagę.
Zacznijmy od tego, że kontrowersje wokół „Ognia” nie są zjawiskiem nowym. Już w okresie okupacji niemieckiej partyzancka działalność „Ognia” budziła radykalnie rozbieżne oceny. Zauważmy bowiem, że skrajnie niekorzystny, ale przecież zrozumiały, jeśli przyjąć odpowiednią perspektywę, pogląd na temat „Ognia” jaki był udziałem żandarmów niemieckich stacjonujących w Nowym Targu np. w 1944 r. różnił się istotnie od osądu jaki miał w tej kwestii przeciętny góral, żyjący wówczas w rejonie Gorców. Ten bowiem na okupację niemiecką swojego kraju patrzył krzywo, a partyzantów „Ognia” miał raczej za patriotów walczących o wolność. Ale już mieszkaniec Podhala zaangażowany w kolaborancki ruch Goralenvolk lub w charakterze tajnego współpracownika (czytaj: konfidenta – przyp. GW) gestapo uprzejmie donoszący Niemcom na rodaków, czy wreszcie pospolity złodziejaszek z tamtych stron, mieli zdecydowanie odmienny pogląd na temat działalności „Ognia”. Powodowani obawą przed karcącą ręką ziemskiej sprawiedliwości, którą na tamtym terenie materializował wówczas przede wszystkim „Ogień” i jego oddział, byli oni w swojej ocenie „ogniowców” zdecydowanie bliżej żandarmów niemieckich z Nowego Targu, niż wspomnianego ich ziomka z rejonu Gorców.
Taki punkt widzenia zresztą też można zrozumieć – wystarczy tylko przyjąć odpowiednią perspektywę. Wspomnijmy, że i pośród tamtejszych niewiast występowała silna polaryzacja ocen dotyczących „Ognia”. Wiadomo, „za mundurem panny sznurem”, ale czasami mundur był niemiecki. I z tego właśnie powodu niektóre damy zamieszkałe w miejscowościach leżących u podnóża Gorców musiały wbrew swojej woli okresowo zmienić fryzury, przyjmując jednolitą stylizację, którą można uznać za pierwowzór dla irlandzkiej piosenkarki Sinead O’Connor, z czasów gdy ta publicznie darła zdjęcie Jana Pawła II. I panie te również były bardzo przeciwko „Ogniowi”, co także nie może dziwić – jeśli przyjmie się odpowiednią perspektywę. Do chóru radykalnych krytyków Dzielnego Górala za jego działalność w okresie okupacji niemieckiej zaliczają się także członkowie rodzin i przyjaciele osób zlikwidowanych przez „ogniowców” za kolaborację, zdradę lub złodziejstwo. Dodajmy, że ich postawa w tej sprawie też mogłaby być zrozumiana – gdyby przyjąć odpowiednią perspektywę.
Dla uzmysłowienia jak bardzo poważne są źródła zarysowanych powyżej kontrowersji wokół postaci „Ognia” przywołam fragmenty dokumentu z tamtych czasów. Jest to sprawozdanie referenta bezpieczeństwa Powiatowej Delegatury Rządu w Nowym Targu (a zatem przedstawiciela lokalnych władz Polskiego Państwa Podziemnego – przyp. GW), Ludwika Kohutka „Śmiałowskiego”, za okres od 1 do 30 listopada 1944 r. Zwracam uwagę, że obejmuje ono tylko jeden miesiąc, czyli drobny zaledwie wycinek czasowy z okresu partyzanckiej działalności „Ognia” pod okupacją niemiecką. Dodam, że grupa „Ognia” pełniła wówczas przy Powiatowej Delegaturze Rządu w Nowym Targu rolę oddziału egzekucyjnego, wykonującego przekazane jej przez zwierzchnie władze cywilne wyroki sądów podziemnych. Oto co „Śmiałowski” napisał na ten temat w swoim raporcie (podane w raporcie nazwiska osób ukaranych przez oddział „Ognia” zostały przeze mnie pominięte – przyp. GW):
[…] Polecenia moje wykonywał Ogień wraz ze swymi ludźmi sprawnie i sumiennie, tropiąc bandy złodziei i meldując o ich ruchach. […]. W okresie sprawozdawczym zostały wykonane wyroki śmierci przez grupę Ognia na następujących osobach:
1. […], bandytka przedwojenna i szpicel niemiecki, z wyroku dawnego;
2. […], żona szpicla ukaranego gardłem, niebezpieczna z powodu kontaktu z gestapo, z wyroku dawnego;
3. […], za udział w rabunkach, pochwycony na gorącym uczynku;
4. […]
5. […], obaj ostatni zostali straceni dnia 20 bm. Za rabunki okolicznej ludności i na Spiszu, gdzie rabowali z bronią w ręku, podając się za członków AK, z wyroku PDR;
6. […], szpicel gestapo, za którego uwięziony został ostatnio
Batkiewicz Michał, ukrywający się od początku wojny przed gestapem. Wyrok dawny wykonano 19 bm;
7. […], niebezpieczny szpicel i prowodyr góralski, stracony z dawnego wyroku dnia 23 bm.
Ponadto na moje zlecenie Ogień zlikwidował dwie bandy rabusiów: jedną w Łopusznej (…, … i towarzysze) i inną w Nowym Targu – Kowańcu (…, … i towarzysze) przez rozbrojenie i oddanie tych ostatnich w ręce AK, gdyż do przynależności do AK się przyznawali. Następnie Ogień ostrzygł: 1. […], 2. […] i 3. […], wszystkie za stosunki z Niemcami względnie donosicielstwo. […].

Przewodniczący Komitetu
Góralskiego Wacław Krzeptowski (z lewej) wita gubernatora Hansa Franka
po przybyciu do Zakopanego, listopad 1939 r. (fot. ze zbiorów Narodowego
Archiwum Cyfrowego).
Możliwe, że przywołana przeze mnie treść meldunku „Śmiałowskiego” boleśnie uświadomi niektórym, że działalność partyzancka nie skupia się na śpiewaniu skądinąd ładnych pieśni typu „Po partyzancie dziewczyna płacze”. Warto pamiętać także o tym, że nie jest zadaniem partyzantki wygranie zmagań wojennych, gdyż nie ma ona na to wystarczających sił i środków. Natomiast w sytuacji, gdy legalne czynniki państwowe schodzą do konspiracji lub pozostają poza granicami kraju, gdy władza zostaje przejęta przez siły okupacyjne, co skutkuje m.in. tym, że aparat przymusu (konieczny w każdym normalnym państwie) przestaje służyć ochronie praw jednostki i dobru wspólnemu, natomiast jest w rękach okupanta narzędziem terroru, partyzantka pełni doniosłą funkcję strażnika reguł koniecznych dla ocalenia więzów wspólnotowych. Rola ta sprowadza się do obrony i egzekwowania fundamentalnych norm postępowania w relacjach międzyludzkich i podstawowej lojalności członków okupowanej wspólnoty wobec prawowitych władz. Realizacja tego niewdzięcznego, ale jakże ważnego w czasach zaniku normalnej państwowości zadania, wygląda w praktyce tak, jak oddaje to przywołany meldunek „Śmiałowskiego”. Zdaniem jego autora po każdym takim wyroku ludność podhalańska odzyskiwała pewność siebie, nabierała ufności, że władza podziemna czuwa i karze i że jednak ktoś liczy zbrodnie kolaborantów, a więc warto żyć, warto czekać na koniec tej długiej strasznej wojny.
Trudno do tej oceny cokolwiek sensownego dodać.
Kolejną grupę osób krytykujących „Ognia” za jego działalność partyzancką w okresie okupacji niemieckiej należy, z uwagi na przyczynę takiej postawy, zdecydowanie oddzielić od zbiorowości, które starałem się zdefiniować nieco wcześniej. Mowa o osobach, których bliscy zginęli z rąk Niemców podczas kolejnych pacyfikacji Waksmundu, rodzinnej wsi „Ognia”. Tragiczny ten bilans zamyka się liczbą kilkudziesięciu ofiar (pośród pomordowanych przez Niemców znaleźli się także ojciec, pierwsza żona i 2,5-letni synek „Ognia” – przyp. GW). Jakaś część z tych osób za śmierć swoich krewnych wini „Ognia”. Bo przecież, mówią oni, gdyby „Ogień” nie prowadził akcji antyniemieckiej, a prowadził ją bardzo konsekwentnie, to pacyfikacji Waksmundu zapewne by nie było. I ten punkt widzenia także można zrozumieć, jeśli przyjąć odpowiednią perspektywę, i akurat nad nim chyba warto się przez chwilę poważnie zastanowić.
W tym kontekście pozwolę sobie przypomnieć, że w bezpośrednim odwecie za likwidację kata Warszawy, Franza Kutschery, przeprowadzoną przez żołnierzy batalionu „Parasol” w dniu 1 lutego 1944 r., Niemcy rozstrzelali 300 naszych rodaków. Gdyby zapytać członków rodzin osób wówczas rozstrzelanych, czy głowa tego nazistowskiego oprawcy (Kutschera był Austriakiem – przyp. GW) warta była śmierci ich bliskich, ciekawe, co by odpowiedzieli. Część z nich zapewne odrzekłaby, że likwidacja Kutschery nie była warta aż takiej ofiary, a niektórzy pewnie mieliby niejakie pretensje do rozkazodawców lub wykonawców zamachu. I taki osąd trzeba po prostu przyjąć do wiadomości, jako po ludzku zrozumiały, a przy tym, przynajmniej w mojej ocenie, nie zasługujący na krytykę. Co nie zmienia w niczym faktu, że dla wielu rodaków, w tym także dla mnie, uczestnicy zamachu na Kutscherę są bohaterami narodowymi, zaś ofiary odwetowej akcji niemieckiej powinni być pamiętani jako ci, którzy zginęli śmiercią męczeńską za sprawę wolności.
Obwieszczenie o egzekucji 100 zakładników wydane przez Franza Kutscherę, 13 listopada 1943 r.
Domniemany punkt widzenia rodziny Kutschery i jego niemieckich kamratów na temat zdarzeń do jakich doszło w Warszawie w Alejach Ujazdowskich kilkanaście minut po dziewiątej dnia 1 lutego 1944 r. pominę milczeniem, choć pamiętajmy, że on również może zasługiwać na zrozumienie – gdyby przyjąć odpowiednią perspektywę. Tak czy inaczej zarysowane powyżej możliwe punkty widzenia na likwidację Kutschery pokazują, że i ten epizod z historii naszego kraju, przy odpowiednim doborze dyskutantów, będzie budził spory, czyli zasługuje chyba na miano kontrowersyjnego; choć oczywiście nie jest nawet w drobnym ułamku tak problematyczny, jak działalność „Ognia”.
Pisząc o kontrowersjach wokół postaci „Ognia” dotyczących okresu okupacji niemieckiej, nie sposób pominąć milczeniem jego skomplikowanych relacji z Armią Krajową. Zostały one w sposób rzetelny, z wykorzystaniem bogatej bazy dokumentowej, przedstawione i przeanalizowane przez Macieja Korkucia w niedawno wydanej książce „Józef Kuraś „Ogień”. Podhalańska wojna 1939-1945”. Wiele osób zabiera głos na temat „Ognia”, z lubością podkreślając, że postać to bardzo kontrowersyjna, bo przecież skonfliktowana z Armią Krajową; mało kto z tego kręgu chce wiedzieć jak naprawdę było. Zainteresowanych rzeczywistym przebiegiem wypadków odsyłam do pracy Macieja Korkucia. Na potrzeby niniejszego szkicu wspomnę tylko, że w bezpośrednio adresowanym do „Ognia” piśmie z dnia 13 października 1944 r. komendant Inspektoratu AK Nowy Sącz Adam Stabrawa „Borowy” napisał: Zawiadamiam Pana, że dochodzenia przeciwko Panu zostały umorzone.
Apel w obozie oddziału ochrony sztabu mjr. "Ognia" (zaznaczony "×") Gorce, lato 1946 r.
Dodajmy, że w okresie walki „Ognia” z komunistami przez szeregi podległych mu oddziałów przewinęło się wielu żołnierzy Armii Krajowej. Jednak równie wielu akowców z rejonu Podhala zasiliło w PRL-u szeregi ZBoWiD-u. Dzielny Góral i ci, którzy zdecydowali się pójść pod jego rozkazy po kwietniu 1945 r. wybrali inną drogę. Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie czynił wspomnianym żołnierzom AK zarzutu z faktu, że po koszmarze okupacji niemieckiej nie zdecydowali się na kontynuację walki o wolność, tym razem w realiach komunistycznego zniewolenia. Może tylko trochę szkoda, że pamięć o czasach swojej działalności partyzanckiej postanowili pielęgnować w ramach organizacji utworzonej przez reżim komunistyczny, kierowanej min. przez Mieczysława Moczara, znanego z bezwzględnej postawy wobec "bandytów reakcyjnego podziemia". Niemniej wypada pamiętać, że niektórzy z nich, powodowani zapewne pobudką tak rozpowszechnioną w relacjach międzyludzkich jak azot w powietrzu, czyli zawiścią, opowiadali czy pisali o „Ogniu” rzeczy niegodne żołnierzy Armii Krajowej. Jak sądzę trudno im było znieść, że symbolem Podhala walczącego o wolność zostali nie oni, lecz właśnie „Ogień” i ci, którzy u jego boku przebyli aż do samego końca najtrudniejszą z ludzkich dróg – czarny szlak wiodący „na górę zwaną czaszka”. Takie zachowanie przecież też można zrozumieć, wystarczy t
ylko przyjąć odpowiednią perspektywę. Tak czy inaczej, akowcy – zbowidowcy mają swój realny wkład w to, że dzisiaj o „Ogniu” wypada i trzeba mówić jako o postaci bardzo kontrowersyjnej. Chcąc nie chcąc, muszę się do tego dostosować.
Wzmianką o zawiści doprowadziłem ten tekst do kolejnej, całkiem licznej grupy zdecydowanych przeciwników „Ognia”, krytykujących go zarówno za działalność prowadzoną w okresie okupacji niemieckiej, jak i za walkę jaką prowadził w realiach zniewolenia komunistycznego. Ta zbiorowość posłuży mi za łącznik pomiędzy dotychczasową a dalszą częścią moich refleksji. Określiłbym ją mianem "poszukiwaczy złota". Powszechnie wiadomo, że ten kruszec rozpala od wieków ludzkie namiętności. Dodajmy do tego jeszcze banalną prawdę życia, że ludzie zwykle mierzą świat własną miarą, co w praktyce przejawia się m.in. tym, że czyny bliźnich starają się wytłumaczyć za pomocą zrozumiałych dla nich samych motywacji i celów. Ot, naturalna skłonność do racjonalizacji ludzkich zachowań. I dlatego niektórym rodakom wychodziło, i nadal wychodzi, że po „Ogniu” to dużo złota zostało. – W skrzyniach, Panie, to złoto, w skrzyniach […]. „Ogień” nie jest tu żadnym wyjątkiem.
Proszę mi wierzyć, że w swych wędrówkach za historią „Żołnierzy Wyklętych”, motyw skrzyń ze złotem przerobiłem wielokrotnie, w różnych zakątkach naszego kraju. Wielu ludzi po prostu nie jest w stanie pojąć, bo to się nie mieści w ich horyzontach poznawczych, że dla czegoś tak abstrakcyjnego, jak Ojczyzna i wolność, można coś ważnego z własnej i nieprzymuszonej woli poświęcić, a życie dla takich abstraktów narażać, to już jest po prostu całkowicie niewiarygodne. Takie frazesy to nie dla nich. Oni wiedzą, to zresztą jest często wiedza pokoleniowa, że o pieniądze cała rzecz musiała się rozchodzić, o duży szmal; znaczy – partyzanci rabowali pieniądze, a później zamieniali je na złoto, które w skrzyniach chowali.
Ta wiedza była i jest odwzorowaniem wielkiej małości, zbudowanej na
mocnym fundamencie prostactwa i zawiści, a także, niestety, całkiem
dużym i charakterystycznym kryształem lustra naszej zbiorowości.
Przejęta przez UB kartka z tekstem przysięgi obowiązującej we wszystkich oddziałach "Ognia":
"Przysięgam Panu Bogu Wszechmogącemu, że będę wiernie służył Ojczyźnie
swojej. Dla Polski Ludowej poświęcę swoje życie. Rozkazy swoich dowódców
będę sumiennie wykonywał, o prawa należne chłopu i wsi polskiej będę
walczył. Tajemnicy dochowam choćby padło przypłacić własną krwią. Tak mi
dopomóż Bóg."
Krytyka „Ognia” za jego działalność z okresu okupacji niemieckiej to oczywiście nic w porównaniu z ocenami jakich doczekał się za walkę z komunistami. Przypomnijmy, że ten tak bardzo kontrowersyjny dowódca partyzancki toczył ją z dużym rozmachem od drugiej połowy kwietnia 1945 r. aż do swojej śmierci w lutym 1947 r. Początek tej walki „ogniowcy” obwieścili mieszkańcom Podhala w ulotkach rozwieszonych w kilku miejscowościach leżących u stóp Gorców: „Walczyliśmy o Orła, teraz o koronę dla Niego. Hasłem naszym Bóg, Ojczyzna, Honor”. Cóż, dowódca był kontrowersyjny, to i cele jego walki też nie mogły być inne.
Odciski pieczęci używanych przez oddziały Józefa Kurasia „Ognia” i jego podpis.
Krótka refleksja na temat "Ognia"… – część 2/3>
Strona główna>
Krótka refleksja na temat "Ognia"… – część 2/3
Krąg osób żyjących w czasach „Ognia” i za działalność jaką prowadził po kwietniu 1945 r. odsądzających go od czci i wiary prawie pokrywa się ze zbiorowością przeciwników walki partyzanckiej będącej udziałem „Ognia” w okresie okupacji niemieckiej. Jak jednak powszechnie dziś wiadomo, „prawie” robi dużą różnicę. I rzecz nie w tym, że niemieckich żandarmów stacjonujących w Nowym Targu należy zastąpić funkcjonariuszami UB czy nieumundurowanymi aktywistami partii komunistycznej. Chodzi m.in. o ludzi, niekoniecznie czynnie wspierających reżim komunistyczny, którzy swoją ocenę na temat „Ognia” uformowali pod wpływem treści wygłaszanych podczas masowych uroczystości organizowanych przez władzę ludową pod pomnikiem – ubeliskiem, który straszył na przełęczy Snozka nieopodal trasy Nowy Targ – Nowy Sącz, czyli pod tzw. organami Hasiora (na marginesie warto wspomnieć, że stan tego dzieła był niedawno obiektem słusznej troski "Gazety Wyborczej". W efekcie zostało ono odrestaurowane, już bez elementów ideowych, i można podziwiać jego wymiar artystyczny albo – jak autor tego tekstu – dziwić się poziomem szpetoty tego pomnika i brakiem jakiejkolwiek harmonii z naturalnym otoczeniem – to już wyłącznie kwestia gustu – przyp. GW). 
Tzw. Organy Hasiora – szpetny pomnik w hołdzie "poległym w walce o utrwalenie władzy ludowej na Podhalu", na przełęczy Snozka koło Czorsztyna.
Przede wszystkim jednak chodzi o tych, jakże licznych, którzy swą wiedzę na temat „Ognia” zdobyli lub ugruntowali dzięki uważnej lekturze prasy komunistycznej, wielonakładowych i często wznawianych książek pułkownika UB Stanisława Wałacha, dzieła Władysława Machejka „Rano przeszedł huragan” lub książeczki z serii „Tygrysa” – "Po „Ogniu” był „Mściciel”". Gdyby zsumować egzemplarze wszystkich tych książkowych źródeł wiedzy na temat „Ognia”, wyjdzie ponad milion. W końcu lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku publikacje te można było spotkać w wielu domach na Podhalu. Z kolei czytelnicy nieco później urodzeni, i siłą tego faktu podchodzący z lekkim dystansem do książek historycznych wydanych w okresie PRL-u, mogli utwierdzić się w słuszności obrazu „Ognia” nakreślonego w ww. dziełach, czytając pierwsze wydanie bardzo popularnej na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku książki Jacka Kuronia „Wiara i wina”. I oczywiście także słuchając osób starszych, wyedukowanych na dorobku literackim Machejka, Wałacha itd.
Książka "Był w Polsce czas…", w której autor – Stanisław Wałach – szkalował niepodległościowe podziemie, w tym również Józefa Kurasia "Ognia".
Nie dziwmy się zatem, że walka jaką podjął „Ogień” z reżimem komunistycznym jest przedmiotem kontrowersji, których skala zasługuje na miano potężnej. Na to nie ma rady i nie sądzę by się jeszcze kiedyś znalazła. Tak już pozostanie. Kilka razy w swoich tekstach przywoływałem pewien fragment powieści Józefa Mackiewicza „Sprawa pułkownika Miasojedowa”. Uczynię to ponownie, gdyż zawartą w nim myśl uznaję za oddającą istotę zjawiska, którego drobny wycinek uczyniłem przedmiotem niniejszego tekstu:
"Na ziemi pozostaje łgarstwo, fałsz, przeinaczane fakty, tendencyjna kronika wypadków, wrzaskliwe uogólnienia. Na nic to wszystko. Wielkie doświadczenie, dokonane za cenę krwi i rozpaczy, przepada dla potomności. I po wielkim wybuchu, jak popiół z wulkanu opada i ściele się bezwartościowy osad pustych sloganów".
Smutne jak bardzo dobrze cytat ten pasuje do ofiary złożonej przez „Ognia” i jego poległych oraz pomordowanych podkomendnych. A jednocześnie nie powinno to nikogo dziwić. Przecież „ogniowcy” walczyli w szeregach partyzantki, która przegrała, a historię ich walki napisali, w wersji obowiązującej przez blisko pół wieku, zwycięzcy. Ot, rutyna dziejowa. Za ciekawe w tej sprawie można od biedy uznać to, że jeżeli szukać okresu, w którym poziom kontrowersji wokół „Ognia”, w kontekście jego działalności antykomunistycznej, był najmniejszy, to bez wątpienia należy wskazać na czas, w którym „Ogień” jeszcze żył i z komuną dziarsko wojował.
Grupa sztabowa zgrupowania "Ognia" nad Przełączą Borek w Gorcach latem 1946 r. (IPN)
W świadomości przywołanego już w tym tekście, przeciętnego mieszkańca Podhala, który, powtórzmy – na okupację, tym razem komunistyczną, swojego kraju patrzył krzywo i złodziejką się nie parał, ówczesny odbiór działań „Ognia” był z reguły pozytywny. Jest przecież rzeczą oczywistą, że żadna partyzantka nie utrzyma się w terenie bez poparcia ludności zamieszkującej obszar objęty działalnością „leśnych”. A „Ogień”, któremu w szczytowej fazie jego walki z reżimem komunistycznym podlegało ponad pięciuset partyzantów, skupionych w kilkunastu oddziałach, wspieranych przez liczącą nie mniej niż dwa tysiące współpracowników siatkę terenową, utrzymał się „w polu” blisko dwa lata. Dokonał tego w warunkach zmasowanego terroru komunistycznego, gdy za niepoinformowanie sił reżimu o napotkaniu partyzantów groziła kara pięciu lat więzienia, za podzielenie się z „leśnymi” miską strawy czy okazjonalne przyjęcie ich pod dach groziło dziesięć lat więzienia, zaś za stałą współpracę z nimi, polegającą np. na częstym udzielaniu gościny czy informowaniu o ruchach komunistycznych grup operacyjnych, można było otrzymać dożywocie czy nawet karę śmierci. Natomiast za zadenuncjowanie partyzantów czekała nagroda, zwykle pieniężna, od władzy ludowej. Wypada mieć to na uwadze, czytając czy słuchając o kontrowersjach wokół postaci „Ognia”.
Współpracownicy Józefa Kurasia "Ognia" z terenu Ochotnicy. Zdjęcie odnalezione w dokumentach KBW. (IPN)
Warto też w tym kontekście przyjrzeć się niektórym dokumentom dotyczącym „Ognia”, wytworzonym w okresie jego działalności. Szczególnie ciekawe są te z nich, które powstały w kręgu oficjalnych władz, a które nie służyły celom propagandowym. Notabene większość z nich była tajna – nie miały nigdy ujrzeć światła dziennego. Zawierały one informacje i oceny przeznaczone wyłącznie na użytek struktur władzy komunistycznej. Oto kilka przykładów:
Chłopi znów po wsiach pomagają mu [„Ogniowi”] przechowując go i jego ludzi. Są takie wsie, gdzie formalnie żadna władza wcale nie ma dostępu, dlatego organizacja PPR w terenie się wcale nie rozwija a cały Komitet Powiatowy PPR w Nowym Targu pracuje p
od strachem.Przewodniczący wojewódzkiej kontroli komisji partyjnej PPR Bronisław Pawlik – ze sprawozdania za okres od listopada 1945 r. do lutego 1946 r. dotyczącego powiatu Nowy Targ.
To teren najtrudniejszy w województwie. Terror reakcyjnego podziemia jakiego nie było dotychczas (…) wzmogła się propaganda band – grożące afisze i ulotki. Najgorsze jest to, że ludność nie reaguje na te wypadki za wyjątkiem jednostek, które potępiają bandytyzm. (…) Członkowie PPR nie mogą oficjalnie występować jako peperowcy (partia nie wzrasta).
Ze sprawozdania komitetu powiatowego PPR – powiat nowotarski za maj 1946 r.Sprzyjającymi warunkami działania bandy „Ognia” jest przychylne ustosunkowanie się ludności cywilnej do ww. oraz dogodny teren w jakim ona przebywa.
Z dokumentów KBW – październik 1946 r.„Ogień” celowo naśladuje Janosika i innych legendarnych „szlachetnych zbójców” zwalczających tyranię i pomagających ubogim.
Ze sprawozdania wojewody krakowskiego – 1946 r.I w tym wypadku społeczeństwo nie ustosunkowało się negatywnie do mordu, bo pomordowani to byli przeważnie złodzieje. Chłopi tamtejsi musieli sypiać w stajni, bo im ginęły owce, konie i krowy. W ten sposób utworzyła się legenda, że „Ogień” robi porządek.
Z wystąpienia przewodniczącego nowotarskiej Powiatowej Rady Narodowej, Leona Lei, na plenum WRN w Krakowie w dniach 05-26 marca 1946 r. – Komentarz do likwidacji 4 osób w Gronkowie (osoby te za
uprawianie działalności rabunkowej zostały z wyroku „Ognia”
zastrzelone w końcu grudnia 1945 r. – przyp. GW)
Dodajmy do tego garść cennych retrospekcji, dotyczących tamtych czasów.
Najgroźniejsze było to, że banda „Ognia” miała oparcie w tamtejszym społeczeństwie.
Ze wspomnień I sekretarza Komitetu Powiatowego PPR w Nowym Targu Jana Półchłopka (od 1947 r. jako Janusz Korczyński)Miejscowa ludność miała uzasadnioną wątpliwość czy władza ludowa w ogóle istnieje, wszak na tym terenie faktycznie nie liczyła się, nie była odczuwalna, na każdym roku dawało o sobie znać reakcyjne podziemie. Górale nie wywiązywali się z obowiązków wobec państwa, np. do odbycia służby wojskowej zgłosiło się zaledwie 5% poborowych. (…) nie było mowy o tym, by rozszerzyć szeregi partii, utworzyć w terenie nowe jej komórki.
Ze wspomnień Eugeniusza Wojnara – instruktora propagandy w Komitecie Powiatowym PPR w Nowym Targu.

Najgroźniejsze było to, że banda "Ognia" miała oparcie w tamtejszym społeczeństwie.
Jak pięknie, niczym wspaniała pośmiertna laudacja na cześć „Ognia”, brzmią przywołane słowa etatowego komunistycznego propagandzisty: "miejscowa ludność miała uzasadnioną wątpliwość czy władza ludowa istnieje". Ich dopełnieniem niech będzie wypowiedź innego działacza komunistycznego, z Zakopanego, który na naradzie aktywu wojewódzkiego PPR przeprowadzonej 12 października 1946 r. sytuację struktur partyjnych na swym terenie scharakteryzował krótko: "Partia w konspiracji". Trudno o lepszy dowód na istotny wkład „Ognia” i jego żołnierzy w obronę wolności.
Pamiętając o silnie rozpowszechnionym w naszych czasach infantylizmie, zastrzegam, choć niechętnie, świadom, że czynię tym ukłon w stronę ignorancji, że nie jest moim zamiarem budowanie idyllicznego obrazu partyzantki prowadzonej przez „Ognia”. Wspominam o tym, gdyż głosy w obronie faktografii, a za jeden z nich uznaję niniejszy tekst, traktowane są bardzo często jako obliczone na wzmacnianie pozytywnej legendy „Ognia”, i pod tym pretekstem deprecjonowane. Nie o legendę chodzi, podkreślam, lecz o to jak naprawdę było.
Oczywiste jest, że w kilkusetosobowym uzbrojonym zespole ludzkim, funkcjonującym w realiach stałego zagrożenia i napięcia, a z biegiem czasu z coraz mniejszymi nadziejami na zwycięstwo, znajdą się jednostki niegodne miana partyzanta. Trudno zresztą wskazać, i reguła ta dotyczy także okresu okupacji niemieckiej, duże zgrupowanie oddziałów leśnych, działające przez kilkanaście miesięcy, operujące na rozległym terenie, którego historia była wolna od takich osób. Kto twierdzi inaczej, odrywa się od prawdy życia. Istotne dla oceny danego oddziału leśnego jest nie to czy jednostki takie znalazły się w jego szeregach, lecz w jaki sposób do ich przestępczych działań odnosiło się dowództwo – czy je tolerowało, czy zwalczało.
Jeśli chodzi o „Ognia” to z zachowanych dokumentów jednoznacznie wynika, że poczynań takich nie tolerował, a jego podkomendny, który dopuścił się czynu sprzecznego z dyscypliną wojskową, w szczególności czynu o charakterze kryminalnym, musiał się liczyć z jak najdalszymi konsekwencjami – niezależnie od pozycji jaką zajmował w strukturach zgrupowania. Wystarczy przypomnieć, że z takich właśnie powodów z rozkazu „Ognia” został rozstrzelany jeden z dowódców 1 kompanii zgrupowania, dezerter z LWP, „Roman”. Oczywiście „Ogień” nie zawsze dysponował wystarczającą wiedzą o okolicznościach danego zdarzenia, stąd też nie wszystkich winowajców ze swoich szeregów mógł ukarać, ale nie ma wątpliwości, że o dyscyplinę w oddziałach zgrupowania bardzo dbał i tego samego wymagał od dowódców podległych mu grup. Wspominałem już o warunku koniecznym dla prowadzenia działań partyzanckich, jakim jest poparcie ludności. Oddział pozbawiony wewnętrznej dyscypliny na taką przychylność nie miałby szans. „Ogień” to doskonale rozumiał. Oddajmy na chwilę głos temu kontrowersyjnemu dowódcy. W liście z dnia 8 sierpnia 1946 r. skierowanym do Henryka Głowińskiego „Groźnego”, dowódcy jednego z podległych mu pododdziałów, napisał:
Dowódca jest odpowiedzialny za każdy czyn popełniony przez strzelców. Rozkazy dowódcy muszą być wykonywane sumiennie i sprawiedliwie […] Bandy rabunkowe likwidować bez pardonu. […] Pamiętać o opinii oddziału.
Z kolei w rozkazie „Ognia” adresowanym do innego dowódcy pododdziału zgrupowania czytamy:
Partyzantka nie jest po to, aby wyładować własną kieszeń, tylko [jest to –przyp. GW] praca z poświęcenia dla idei.

Rozkaz
Józefa Kurasia "Ognia" z 8 VIII 1946 r., który nie pozostawia żadnych
wątpliwości co do żelaznej dyscypliny jaka panowała w jego oddziałach
oraz jakie konsekwencje groziły za niesubordynację lub pospolity
bandytyzm.
Skoro doszliśmy do idei, to przez chwilę przy niej zostańmy. „Ogień”, ten tak bardzo kontrowersyjny dowódca partyzantki antykomunistycznej na Podhalu, w liście do Bolesława Bieruta, datowanym na 14 listopada 1946 r., napisał:
Oddział Partyzancki Błyskawica walczy o wolną, niepodległą i prawdziwie demokratyczną Polskę. Nie uznajemy ingerencji ZSRR w sprawy wewnętrzne polityki państwa polskiego. Komunizm, który pragnie opanować Polskę, musi zostać zniszczony.
Bardzo to wszystko kontrowersyjne, oj bardzo…
Krótka refleksja na temat "Ognia"… – część 3/3>
Strona główna>
Krótka refleksja na temat "Ognia"… – część 3/3
Spory wokół „Ognia” są związane także z oskarżeniami jego osoby o mordowanie Żydów. Miałem już okazję o tym pisać (patrz: OD PUŁKOWNIKA UB DO JACKA KURONIA, CZYLI JAK NA PRZESTRZENI LAT HAŃBIONO PAMIĘĆ PEWNEGO DZIELNEGO GÓRALA. ROZWAŻANIA O PAMIĘCI). Przypomnę zatem tylko, że historykom znana jest sprawa dowódcy oddziału podziemia akowskiego i poakowskiego (pozostającego poza strukturą dowodzoną przez „Ognia” – przyp. GW), który po zakończeniu działalności partyzanckiej dopuścił się zabójstwa dwóch żydowskich kupców. Za ten czyn, popełniony na tle rabunkowym, otrzymał on od „Ognia” wyrok śmierci, i wyrok ten został przez podkomendnych „Ognia” wykonany. Jego wspólnicy w tej zbrodni w strachu przed partyzantami „Ognia” uciekli z terenu Podhala. Nawet po śmierci „Ognia” bali się tam wrócić. Ich lęk był uzasadniony – oni również zostali przez „Ognia” skazani na karę śmierci, a następca „Ognia”, Józef Świder "Mściciel", uznawał te wyroki za obowiązujące.
To raczej dziwne zachowanie – mam na myśli działania podjęte w tej sprawie przez „Ognia” – jak na człowieka mordującego Żydów. Nie było wypadku, żeby Żyd za samo pochodzenie został zlikwidowany – powiedział wiele lat po wojnie Bogusław Szokalski „Herkules”, adiutant „Ognia”. Według mnie miał rację. Na terenie objętym działalnością oddziałów „Ognia” przebywały wówczas setki Żydów. Mieszkali oni również w Nowym Targu, miasteczku leżącym u podnóża masywu Turbacza, czyli matecznika „Ognia”. Nowy Targ i inne okoliczne miejscowości, w których przebywali Żydzi, nie jeden raz były miejscem zbrojnych wystąpień partyzantów „Ognia”. Nigdy jednak nie doszło tam z polecenia „Ognia” do żadnej akcji, której celem, z powodu pochodzenia, byłby Żyd. Natomiast bez względu na ich pochodzenie ginęli z rozkazu „Ognia” funkcjonariusze UB, konfidenci, szczególnie szkodliwi lokalni aktywiści komunistyczni i złodzieje.


Wyroki
śmierci (m.in. dla zastrzelonego za znęcanie się nad więźniami Jana
Racławskiego – naczelnika więzienia UB w Nowym Targu) wydawane przez
Józefa Kurasia "Ognia".
Należy w tym miejscu wspomnieć dwa zdarzenia, które w kontekście oskarżeń „Ognia” o mordowanie Żydów przywoływane są najczęściej. 20 kwietnia 1946 r. kilkudziesięcioosobowy oddział zgrupowania „Ognia” miał zaatakować siedzibę PUBP w Nowym Targu. Na przedmieściach miasta partyzanci zatrzymywali przejeżdżające samochody. Kierowca jednego z nich nie zareagował na wezwanie do zatrzymania się, a z auta w kierunku partyzantów posypały się strzały. Ci odpowiedzieli ogniem. Doszło do nieplanowanej przez „ogniowców”, krótkiej walki. Wszyscy pasażerowie auta – sześć osób – zostali zabici. Byli pochodzenia żydowskiego, ale przecież nie z tego powodu zginęli.
Niespełna dwa tygodnie później, w nocy z 2 na 3 maja 1946 r., kilku podkomendnych „Ognia” przebywających wówczas w Krościenku otrzymało informację o ciężarówce wojskowej, która zatrzymała się pod miasteczkiem. Postanowili wyjaśnić skąd się tam wzięła. Na miejscu okazało się, że podróżuje nią dwudziestu pięciu Żydów i że czekają oni na przerzut przez zieloną granicę. Miał ich przez nią przeprowadzić wspominany już przeze mnie człowiek, który za obrabowanie i zabójstwo dwóch żydowskich kupców został później z wyroku „Ognia” zastrzelony. Wiadomo, że na wezwanie partyzantów osoby podróżujące ciężarówką zeszły z auta i wyszły na drogę, gdzie miały zostać wylegitymowane i skontrolowane czy nie mają broni. Podczas przeprowadzanego w ciemnościach przeszukania padły strzały. Ogień z broni długiej otworzyli dwaj partyzanci. Nie wiemy co nimi powodowało. Przeszukiwani nie byli uzbrojeni, w każdym razie nic na ten temat nie wiadomo. Zginęło wówczas jedenaście osób, siedem zostało rannych, siedmiu innym udało się uciec. Motyw rabunkowy należy wykluczyć – ani zabici, ani ranni nie zostali obrabowani. Czy zginęli dlatego, że byli Żydami? Wątpię. Jeżeli przyjąć, że zabito wtedy z tego powodu jedenaście osób, to dlaczego z tej samej przyczyny nie dobito rannych, lecz pozostawiono ich przy życiu? Przyjęcie antysemityzmu za motyw opisywanych zdarzeń nie daje przekonywującej odpowiedzi na to pytanie. Tak czy inaczej całkowitą odpowiedzialność za tę tragedię ponoszą ci dwaj partyzanci, którzy wówczas otworzyli ogień do nieuzbrojonych ludzi.
Wiadomo, że o wydarzeniach pod Krościenkiem „Ogień” dowiedział się post factum. Natomiast nie wiemy w jaki sposób zostało mu ono zrelacjonowane, a zwłaszcza jak przedstawiono mu moment, który zadecydował o użyciu broni. Możemy tylko domniemywać, że wersja, którą „Ogień” uznał za prawdopodobną czy odpowiadającą rzeczywistości nie uzasadniała rozstrzelania sprawców tej tragedii; warto pamiętać, że „Ogień” nie dysponował więzieniami, zatem tylko taka kara wchodziła w grę.
Pamiętajmy również o tym, że często przywoływany, rzekomy zapisek z dziennika „Ognia” mający dotyczyć tych wydarzeń – "Witaj majowa jutrzenko! W nocy samochód z Żydami. Mieli być przeprowadzeni przez granicę. Przed Krościenkiem do rowów. Salci krzyczy: Panie Ogień, taką nieładną demokrację Pan robi. Ucięto język" – jest wymysłem Władysława Machejka, komunisty parającego się pisarstwem, autora książki „Rano przeszedł huragan”, będącej ubranym w formę powieści paszkwilem na temat „Ognia”.

Rzekomy
"notatnik Ognia" z książki Władysława Machejka "Rano przeszedł huragan"
do dziś cytowany jest jako autentyczny dokument.
Powtórzmy na zakończenie tego wątku: nie ma podstaw, aby twierdzić, że kiedykolwiek z rozkazu „Ognia” doszło do akcji, której celem, z powodu pochodzenia, byłby Żyd. Z rąk podkomendnych „Ognia”, wskutek akcji wymierzonych przeciwko funkcjonariuszom UB, konfidentom i szczególnie szkodliwym lokalnym aktywistom komunistycznym, zginęło znacznie więcej Polaków niż Żydów. Nikt przy zdrowych zmysłach nie uzna jednak, że „Ognia” cechował antypolonizm czy, że dążył on do wygubienia narodu polskiego. Podobnie rzecz ma się z zaangażowanymi w system komunistyczny towarzyszami pochodzenia żydowskiego, którzy zginęli z rozkazu „Ognia”.
Kolejny katalog oskarżeń pod adresem „Ognia” zawiera się w słowie „Słowacy”. Z rąk podkomendnych „Ognia” zginęło kilka osób tej narodowości, a pododdziały zgrupowania niejednokrotnie dokonały rekwizycji żywności na słowackich wsiach. To wszystko prawda. Tyle że warto te informacje umieścić w szerszym kontekście historycznym. Podczas II Wojny Światowej Słowacja była w sojuszu z państwem Adolfa Hitlera.
Berlin, październik 1941 r. Powitanie Jozefa Tiso, w latach 1939-1945 prezydenta całkowicie zależnej od Niemiec Republiki Słowackiej. Od lewej Adolf Hitler i szef protokołu dyplomatycznego Alexander von Dörnberg.
Żołnierze słowaccy u boku swoich niemieckich towarzyszy broni o świcie 1 września 1939 r. zaatakowali Polskę. Chwilę później urządzili paradę zwycięstwa w Zakopanem. Część terenów polskiego Spisza i Orawy znalazła się pod okupacją słowacką.
Żołnierze słowaccy z Polowej Armii "Bernolak" dekorowani przez Ferdynanda Čatloša po kampanii wrześniowej 1939 r. w Polsce, w której uczestniczyli u boku armii niemieckiej.
Podjęto tam szereg działań wymierzonych w ludność polską. W 1945 r. konflikt graniczny ze Słowakami ponownie nabrał dynamiki. Paradoksalnie, nawet w piśmiennictwie komunistycznym dostrzegano, że bandy „Ognia” miały zasługi w przywróceniu przedwojennego przebiegu tego kawałka granicy. Nieuprawnione przy tym jest twierdzenie, że „Ogień” zabijał Słowaków za narodowość. Gdyby tak było, to mając na uwadze intensywność działań jego zgrupowania, skala ofiar po stronie słowackiej nie byłaby mierzona liczbą pojedynczą, lecz sięgnęłaby kilkuset osób. Oczywiście dla Słowaków „Ogień” nie jest i nie będzie postacią zasługującą na dobrą pamięć. I perspektywę tę także można zrozumieć, ale też niekoniecznie należy przyjmować ją za własną.
To jeszcze nie wszystko. Nie zapominajmy, że „Ogień” był ubekiem. W końcu przez trzy tygodnie – od 19 marca 1945 r. do 11 kwietnia 1945 r. – pełnił funkcję szefa PUBP w Nowym Targu. Ten epizod z jego życia jest często eksponowany, w celu wykazania jaka to z „Ognia” kontrowersyjna postać. – Karierę chciał za komuny zrobić, Panie, ubekiem został, ale poznali się na nim, to im uciekł w góry. Rzeczywiście ubekiem został, ale nie dla kariery tylko w ramach realizacji wytycznych Stronnictwa Ludowego, któremu jego oddział był podporządkowany. Koncepcja tej partii polegała wówczas na wprowadzaniu swoich ludzi w struktury organów władzy tworzonej przez komunistów na terenach opanowanych przez Sowietów. Z tego samego powodu wielu podkomendnych „Ognia” z okresu okupacji niemieckiej tworzyło na Podhalu struktury Milicji Obywatelskiej. Duża ich część zdezerterowała w kwietniu 1945 r., idąc wraz z „Ogniem” w góry i podejmując walkę z komunistami.
Osoby zainteresowane szczegółami tego epizodu w życiu „Ognia” ponownie odsyłam do pracy Macieja Korkucia „Józef Kuraś „Ogień” Podhalańska wojna 1939 – 1945”. Zgromadzone przez jej autora, opublikowane i przeanalizowane tam dokumenty w sposób nie budzący wątpliwości pokazują, że „Ogień” działał zgodnie z wytycznymi swoich konspiracyjnych przełożonych. Od siebie dodam, że próby wchodzenia w tworzone wówczas struktury władzy komunistycznej były podejmowane przez czynniki niepodległościowe w różnych regionach kraju. Zawsze z takim samym skutkiem – po krótkim czasie okazywało się jasne, że to jest droga donikąd. Dochodziło wówczas do dezercji całych obsad posterunków MO, których załogi odnajdywały się później w szeregach partyzantki antykomunistycznej. Przypadek „Ognia” i jego podkomendnych nie jest zatem odosobniony.
„Ogień”, jak wiadomo, zginął śmiercią samobójczą w Ostrowsku, we wsi bezpośrednio sąsiadującej z jego rodzinnym Waksmundem. Warto wspomnieć, że zdrada nie wyszła od osoby, która działalność „Ognia” uznawała za kontrowersyjną. Dwóch braci osoby, która miejsce postoju „Ognia” wskazała bezpiece siedziało wówczas w areszcie UB, a sam zdrajca był zagrożony aresztowaniem. Wydając „Ognia”, uratował i siebie przed więzieniem, i swoich braci – obaj zaraz po śmierci „Ognia” wyszli na wolność. W sumie i to postępowanie też można zrozumieć, jeśli tylko przyłożyć odpowiednią perspektywę. Tak czy inaczej partyzancka epopeja „Ognia” znalazła swój finał w lutym 1947 r.
Mjr Józef Kuraś "Ogień"
Istnieje źródło dzięki któremu wiemy jak ten nader kontrowersyjny partyzant zachował się w ostatnich chwilach swojego życia . Niektórzy mówią, że człowiek w obliczu śmierci przeważnie zachowuje się tak, jak wcześniej żył. Ten pogląd jest odzwierciedleniem raczej prostej prawdy, że trudno jest siebie przeskoczyć, a na moment przed „codą” jest to szczególnie ciężkie. Wspomnianym źródłem wiedzy na temat postawy „Ognia” w jego ostatnich chwilach jest relacja jednego z uczestników tamtej walki w Ostrowsku, wówczas adiutanta „Ognia”, Stanisława Ludzi „Harnasia”. Dane mu było, mimo odniesionej rany, wyrwać się wtedy z matni. Co istotne, swoją relację „Harnaś” złożył w warunkach, które raczej nie sprzyjały budowaniu pozytywnego wizerunku „Ognia”, bo w toku śledztwa na UB. Aresztowany został w lipcu 1949 r., był wówczas dowódcą ostatniego oddziału antykomunistycznego podziemia zbrojnego walczącego w rejonie Gorców, działającego pod nazwą „Wiarusy” (komuniści skazali go na karę śmierci i zamordowali w więzieniu na Montelupich 12 stycznia 1950 r. – przyp. GW).
Stanisław Ludzia ps. "Harnaś", dowódca postogniowego oddziału "Wiarusy",
walczącego na Podhalu do końca lat 40-tych. W wyniku prowokacji ujęty
przez UB i zamordowany 12 stycznia 1950 roku. Zdjęcie z aresztu WUBP w
Krakowie, wykonane w drugiej połowie 1949 r.
Podczas przesłuchania w sierpniu 1949 r. „Harnaś” zeznawał na temat ostatnich chwil tak bardzo kontrowersyjnego dzisiaj dowódcy partyzanckiego w sposób następujący:
[…] my w tym czasie zauważyli, że jesteśmy okrążeni przez wojsko. "Ogień" wtenczas powiedział do nas: chłopcy mamy zdradę ze swoich i ażeby mi się ani jeden nie poddał. Jak giniemy, to giniemy razem i jako bohaterzy w obronie Ojczyzny.
Józef Kuraś „Ogień”, nie widząc szans na przebicie się z okrążenia, strzelił sobie w głowę. Skonał, nie odzyskawszy przytomności, wkrótce po północy 22 lutego 1947 r. Swój wybór pójścia z systemami nieludzkimi „na udry, nie na pertraktacje”, opłacił życiem własnym, swojego ojca, żony, 2,5-rocznego synka a także jednego z braci. Zapłacił za niego również zmasowaną propagandą, przez dziesiątki lat szkalującą jego imię (patrz: OD PUŁKOWNIKA UB DO JACKA KURONIA, CZYLI JAK NA PRZESTRZENI LAT HAŃBIONO PAMIĘĆ PEWNEGO DZIELNEGO GÓRALA. ROZWAŻANIA O PAMIĘCI). 
UB-owska
fotografia zwłok mjr „Ognia”. W raportach UB wprost stwierdzało, że aby
zapobiec manifestacyjnemu oddawaniu czci przy mogile Kurasia przez
ludność Podhala jego ciało od razu wywieziono do Krakowa.
Nie ma swojego grobu – miejsce, w którym komuniści pogrzebali jego ciało do dzisiaj pozostaje nieznane. I zapewne tak już pozostanie. W sprawie pogrzebania zwłok „Ognia” ówczesny kierownik Sekcji ds. Walki z Bandytyzmem w Powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Nowym Targu, Kazimierz Jaworski, wyraził się jasno: „Nie chcieliśmy pochować go na ziemi nowotarskiej, aby jego grób nie stał się miejscem manifestacji, składania kwiatów itp.”.
Zbigniew Herbert został kiedyś poproszony o ocenę walki jaką „Ogień” prowadził z komunistami. Powiedział wówczas, że jego zdaniem „Kuraś był patriotą i nie mógł pogodzić się z tym gniotem, który nadszedł”. Poeta miał rację – Kuraś był patriotą. Warto tę myśl rozwinąć.
"Są trzy rodzaje patriotyzmu. Patriotyzm narodowy, patriotyzm doktryny i patriotyzm pejzażu. Narodowy interesuje się tylko ludźmi zamieszkującymi dany pejzaż, ale nie pejzażem. Doktrynalny ani ludźmi, ani pejzażem, tylko zaszczepieniem doktryny. Dopiero patriotyzm pejzażu […] obejmuje całość, bo i powietrze, i lasy, i pola, i błota, i człowieka jako część składową pejzażu. [….]. A jak ty wszystkim wronom każesz krakać pod batutą, czy liście na drzewach przykroisz w jeden wzór, to co zostanie z pejzażu?"

Widok z okolic bacówki Kurasiów. Gorce, Polana Wachowa, okolice Bukowiny Waksmundzkiej (fot. Michał Kuraś).
To, moim zdaniem, wielka mądrość. Jedna z wielu jakie zapisane zostały na kartach twórczości Józefa Mackiewicza, w mojej ocenie najwybitniejszego pisarza polskiego XX wieku. Jak jednak myśl ta ma się do historii „Ognia”? Dla tych, którzy poznali piękno Gorców i posiadają elementarną wrażliwość historyczną, relacja wzajemna jest pewnie dość oczywista. Ci, którzy nie mieli dotąd okazji podziwiać rozpościerającego się z Bukowiny Waksmundzkiej, zapierającego dech w piersiach widoku na Podhale, zamkniętego u horyzontu majestatyczną koroną Tatr, zasługującego na miano symbolu swobody, przestrzeni i wolności, widoku, który na pewno był w „czasach nadaremnych” naturalnym wsparciem dla postaw oporowych wobec nieznośnie przecież dusznych i klaustrofobicznych systemów totalitarnych XX wieku, mających za cel sprowadzenie człowieka do roli śrubki w trybach ideologicznej machiny, mielącej ludzką godność i kręgosłupy, mogą zależności tej nie pojąć. Im to dopowiem, że Józef Kuraś „Ogień” i jego podkomendni byli po prostu patriotami pejzażu. Nie chcieli dać się „przykroić w jeden wzór”, tak znakomicie sprawdzający się zwłaszcza podczas wszelakich uroczystości z okazji 1 maja, 22 lipca i innych ważnych świąt władzy ludowej, hucznie i masowo obchodzonych, pod sympatyczną, choć czujną, batutą funkcyjnych towarzyszy, przez miliony naszych rodaków w okresie Polski Ludowej.
Patrioci pejzażu. Takimi Ich widzę.
Mam nadzieję, że ten skromny tekst pozwoli niektórym z Was, szanowni czytelnicy, lepiej zrozumieć źródła kontrowersji wokół postaci „Ognia” i tę głęboką niechęć jaką wywołała u niektórych wiadomość o postawieniu w masywie Turbacza pomnika mającego formę symbolicznej partyzanckiej mogiły, u której podnóża, w kamieniu, wykuto między innymi imię, nazwisko i pseudonim tego dzielnego człowieka. Człowieka, który dla sprawy wolności poświęcił dosłownie, nie w przenośni, wszystko co było mu drogie, a o którym przeciętny nasz rodak jeśli cokolwiek wie, to jedynie, że to jakaś bardzo kontrowersyjna postać.

adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954.
PS. 12 sierpnia 2012 r., podczas uroczystości odsłonięcia pomnika w masywie Turbacza, Kazimierz Krajewski, wybitny znawca dziejów partyzantki antykomunistycznej, powiedział: „dziś „Ogień” powrócił w Gorce”. Długo przyszło na to czekać. Ponad sześćdziesiąt pięć lat.
Krótka refleksja na temat "Ognia"… – część 1/3>
Strona główna>
Gorce – kolejny (23) pomnik Fundacji "Pamiętamy" odsłonięty !
Pomnik odsłonięty w Gorcach pod Turbaczem 12 sierpnia 2012 r., dzięki staraniom Fundacji "Pamiętamy".
W niedzielę 12 sierpnia 2012 r. przy szlaku na Turbacz, nieco poniżej najwyższego wierzchołka Gorców, odsłonięto kolejny (23) pomnik ufundowany przez Fundację "Pamiętamy", poświęcony partyzantom walczących w Gorcach z niemieckim i komunistycznym zniewoleniem.
Pomnik w kształcie brzozowego krzyża nakrytego partyzancką czapką upamiętnia żołnierzy Konfederacji Tatrzańskiej, Armii Krajowej, Ludowej Straży Bezpieczeństwa, Zgrupowania "Błyskawica" Józefa Kurasia "Ognia" oraz partyzantów postogniowego oddziału "Wiarusy". Monument stanął na prywatnej działce rodziny Kurasiów przy szlaku na Turbacz – nad Halą Długą, na Polanie Rusnakowej.
Pamięci Żołnierzy
Konfederacji Tatrzańskiej
Armii Krajowej
Ludowej Straży Bezpieczeństwa
Zgrupowania "Błyskawica" Józefa Kurasia "Ognia"
oddziału "Wiarusy"
walczących w Gorcach
w latach 1942-1949
o niepodległość Polski i wolność człowieka
z niemieckim i komunistycznym zniewoleniem
W uroczystości, a także mszy świętej odprawionej o godzinie 11.00, wzięły udział setki osób. Ceremonia odsłonięcia i poświęcenia wpisana została w ramy uroczystości odpustowej, jaka pod patronatem Związku Podhalan odbyła się w tzw. kościele partyzantów w masywie Turbacza. Po mszy świętej zgromadzeni przeszli pod pomnik, gdzie odbyła się ceremonia jego poświęcenia.
Uroczystego poświecenia pomnika dokonali ksiądz Władysław Zązel oraz ksiądz Tadeusz Isakowicz- Zaleski. W uroczystości wzięli również udział: ostatni żyjący dowódca 5 kompani Zgrupowania "Błyskawica" – Kazimierz Paulo ps. "Skała" a także syn majora "Ognia" – Zbigniew Kuraś. Nie zabrakło przedstawicieli Instytutu Pamięci Narodowej z Maciejem Korkuciem z krakowskiego IPN od lat opisującego działalność "Ognia", klubu Gazety Polskiej w Nowym Targu z jej przewodniczącą Jadwigą Nieckarz, grup rekonstrukcyjnych i wielu osobistości, a wśród nich m.in. Ernest Bejda, były wiceszef CBA.
Uroczystość zorganizowana została przez Zarząd Główny Związku Podhalan, przy udziale Fundacji "Pamiętamy", Społecznego Komitetu Pamięci Żołnierzy Konfederacji Tatrzańskiej ROCHa oraz Zgrupowania Błyskawica i Klubu Gazety Polskiej.
Więcej na temat mjr "Ognia" i Zgrupowania Partyzanckiego "Błyskawica" czytaj:
- Grzegorz Wąsowski, OD PUŁKOWNIKA UB DO JACKA KURONIA, CZYLI JAK NA PRZESTRZENI LAT HAŃBIONO IMIĘ PEWNEGO DZIELNEGO GÓRALA. ROZWAŻANIA O PAMIĘCI>
- TRZEBA PRZECZYTAĆ (42): Maciej Korkuć, Józef Kuraś "Ogień". Podhalańska wojna 1939–1945>
- Mjr Józef Kuraś „Ogień” i Zgrupowanie Partyzanckie „Błyskawica”>
- 65 rocznica śmierci mjr. Józefa Kurasia "Ognia">
- Oni wydali "Ognia" – po konferencji IPN i PTH…>
- Gdzie pochowano „Ognia”? – cykl artykułów Grażyny Starzak>
- Wokół legendy „Ognia”. Opór przeciw zniewoleniu: Polska – Małopolska – Podhale 1945 – 1956>
- Po "Ogniu" był "Mściciel"… oddział partyzancki "Wiarusy" i jego rozbicie>
- Jak likwidowano „Wiarusów”>
- Maciej Korkuć, Horror podmalowany>
- Partyzant nie nadstawia policzka – z dr. Maciejem Korkuciem (IPN) rozmawiają Wojciech Bonowicz i Michał Kuźmiński>
- Fundacja "Pamiętamy" – pomnik mjr. "Ognia" i jego żołnierzy w Zakopanem [zdjęcia i artykuły]>
- Maciej Korkuć, Za Wolność i Niepodległość. Zgrupowanie partyzanckie Józefa Kurasia „Ognia” w latach 1945-1947 [publikacja Fundacji "Pamiętamy" w PDF]>
- Maciej Korkuć, Zgrupowanie "Ognia", [w:] "Biuletyn IPN", nr 1-2/2010 (PDF – 543 KB)>
- Niepodległość pod wierchami. Z Maciejem Korkuciem i Wojciechem Szatkowskim rozmawia Dawid Golik (PDF – 540 KB)>
- WARTO PRZECZYTAĆ… (24) – Maciej Korkuć, "Zostańcie wierni tylko Polsce…" Niepodległościowe oddziały partyzanckie w Krakowskiem (1944-1947)>
Zainteresowanych
historią mjr. "Ognia" i jego Zgrupowania odsyłam do "Biuletynu IPN" nr 1-2/2010, poświęconemu w całości Podhalu. Oprócz
wielu ciekawych artykułów na ten temat, „Biuletyn IPN” zawiera również
bezpłatny dodatek – płytę DVD z programem „Siła bezsilnych – »Ogień«” i filmem dokumentalnym „My, Ogniowe dzieci”.
W
podwójnym numerze „Biuletynu IPN” przedstawiono najnowsze dzieje
Podhala – od dwudziestolecia międzywojennego aż po czasy „Solidarności” i
stanu wojennego. W numerze zarysowano plany niemieckiego okupanta wobec
regionu, kolaborację i mocną odpowiedź struktur Polskiego Państwa
Podziemnego. Na szczególną uwagę zasługują teksty o oporze wobec
wszelkich prób komunizowania Podhala. Stron 208, cena 8 zł.
Kolejny (22) pomnik Fundacji "Pamiętamy" odsłonięty !
Po raz kolejny, dzięki staraniom Fundacji "Pamiętamy", 22 kwietnia 2012 r., tym razem w Kosowie Lackim, odbyła się uroczystość odsłonięcia i poświęcenia pomnika żołnierzy podziemia niepodległościowego oraz cywilnych mieszkańców ziemi kosowskiej poległych i pomordowanych w walce z komunistycznym zniewoleniem w latach 1944-1950. Na pomniku, który zwieńcza symbol orła i cytat z wiersza Zbigniewa Herberta: "nie dajmy zginąć poległym…", widnieje także napis, że oddali oni życie za niepodległość Polski, wiarę katolicką i wolność człowieka. Zostały na nim wyryte także nazwiska i pseudonimy 16 osób, związanych z tamtejszymi stronami i zamordowanych przez władze komunistyczne lub poległych w walkach z organami bezpieki.
Dramatyczne losy walki podziemia w pierwszych latach komunistycznego zniewolenia Polski przybliżył, podczas uroczystości przedstawiciel Instytutu Pamięci Narodowej, Kazimierz Krajewski.
Przypomniał on, że walka ta stanowiła kontynuację podziemia z lat II wojny światowej i pierwszy ruch oporu, przeciwko niechcianej władzy komunistycznej w Polsce, zainstalowanej przez obce siły Związku Sowieckiego.
W strukturach zorganizowanych ówczesnego podziemia było wówczas ćwierć miliona ludzi, w tym 20 tysięcy, walczących w oddziałach partyzanckich w bronią w ręku, a także wielkie rzesze im pomagających.
Zostało na nich wykonanych około 5000 wyroków śmierci, 22 tysiące ludzi zmarło w obozach i więzieniach, blisko 10 tysięcy zginęło w walkach partyzanckich. Wielu zostało też zamordowanych przez komunistyczne "szwadrony śmierci" i podczas pacyfikacji terenów wiejskich. Ćwierć miliona ludzi zostało także w tych latach uwięzionych z powodów politycznych i drugie tyle zmuszonych do niewolniczej pracy w kopalniach i obozach pracy.
Historyk przypomniał również o niewymiernych cierpieniach rodzin tych ofiar, które traktowano także, jak obywateli niższej kategorii.
Mówił, że "Żołnierze Wykleci" pochodzili z różnych warstw społeczeństwa, a odbicie tego można znaleźć też na kosowskim pomniku. Są tam bowiem nazwiska i pseudonimy oficerów, podoficerów, inteligentów, robotników i rolników: Władysława Bajerowicza, Tadeusza Domzalskiego ps. "Rekrut", Władysława Dytela, Kazimierza Pawluczaka ps. "Kruk", Józefa Rostka ps. "Iskra", Józefa Skałdanowskiego, Władysława Strzałkowskiego ps. "Władek", Zygmunta Strzałkowskiego, Wacława Szcześniaka, Franciszka Szerszenia ps. "Piórko", Aleksandra Tomaszewicza ps. "Jagoda", Jana Wasilewskiego, Antoniego Zubera ps. "Łada" i trzech partyzantów, których znane są jedynie pseudonimy: "Akacja", "Brzoza" i "Nur".
Tylko dwie osoby mają znane groby, miejsca pochowanie pozostałych do dzisiaj są nieznane. Dlatego pomnik, usytuowany na centralnym skwerze Kosowa Lackiego, ma stanowić ich symboliczną mogiłę.
Monument powstał dzięki staraniom Fundacji "Pamiętamy" i jej prezesa mec. Grzegorza Wąsowskiego, która na Podlasiu i Mazowszu postawiła już kilka podobnych pomników. Powstał on także dzięki współpracy z burmistrzem Kosowa Lackiego Janem Słomiakiem i proboszczem parafii rzymskokatolickiej w Kosowie Lackim ks. kan. Tomaszem Pełszykiem.
Uroczystości rozpoczęła Eucharystia, celebrowana w kościele parafialnym przez biskupa drohiczyńskiego Antoniego Dydycza, który powiedział, że przez pomniki możemy łatwiej docierać do umysłów dzieci i młodzieży, żeby odważniej podejmowała dziedzictwo naszych ojców.
W homilii ksiądz biskup zaapelował również, o potrzebę stania na straży naszej wolności, aby wypełnić testament tych, którzy za nią oddawali swe życie.
Przypomniał on także słowa błogosławionego Jana Pawła II, który mówił, że była to epoka zła, ale także niewyobrażalnego dobra i wielu świadków tego dobra i prawdy. Za to świadectwo, kontynuował pasterz Kościoła drohiczyńskiego, powinniśmy być wdzięczni i musimy zabiegać odważnie o zakorzenienie się prawdziwych wartości w naszym społeczeństwie.
Powinniśmy rozwijać wszystko co może być dobrem, co służy rozwojowi i przyczynia się do wzajemnego zaufania oraz sprawia, że słowa bardzo nam drogie, takie jak: Polak, czy Polska, będą przyjmowane z entuzjazmem i radością w naszej ojczyźnie i na całym świecie, mówił ks. bp Dydycz.
Mamy też prawo, kontynuował, przeżywać niepokój, gdy widzimy jak wielu od tych słów ucieka i woli stosować inne namiastki, jak gdyby miały one w sobie coś niewłaściwego. Trzeba, żeby te pomniki przypominały nam o tym wyjątkowym długu wdzięczności i dumie z powodu przynależenia do polskiego narodu, który zawsze zabiegał o wzajemne zrozumienie i szacunek, nie wyrządzając innym zła, zakończył swa homilię ksiądz biskup.
On także dokonał aktu poświęcenia pomnika, wcześniej odsłoniętego przez
burmistrza oraz reprezentantów kombatantów i rodzin pomordowanych.
Obecny na uroczystości prezes Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej Stanisław Oleksiak, w swoim wystąpieniu przypomniał na przykładzie swoje rodziny, tragedię rozdarcia, bólu niepewności i prześladowań oraz zacieranie śladów barbarzyństwa. Podkreślił on też wielką rolę Kościoła w zachowaniu pamięci o tych bohaterach.
Na uroczystość przybyli także: przedstawiciele władz wojewódzkich, sejmiku samorządowego, delegaci parlamentarzystów, władz samorządowych powiatu sokołowskiego i sąsiednich gmin, kombatanci, harcerze, poczty sztandarowe, twórcy pomnika, rodziny ofiar, duchowni oraz mieszkańcy Kosowa Lackiego.
Uczestniczyli oni w apelu poległych i pomordowanych przez władze komunistyczne, złożyli wieńce i kwiaty pod pomnikiem, a kombatanci oddali salwę honorowa. Na zakończenie z patriotycznym programem artystycznym wystąpili uczniowie kosowskich szkół.


- Bajerowicz Władysław, ur. w 1905 r., zam. w Kosowie Lackim. Zmarł w sowieckim łagrze, w podobozie Borowicze 26 IV 1945 r.;
- Domżalski Tadeusz ,,Rekrut”, ur. 20 IV 1926 r. w Kosowie Lackim. Żołnierz AK, a następnie żołnierz sokołowskich patroli 6 Brygady Wileńskiej AK kpt. Władysława Łukasiuka „Młota” (podlegał Józefowi Małczukowi „Brzaskowi”). Skazany na karę śmierci podczas publicznego procesu w Sokołowie Podlaskim 15 VII 1948 r. i stracony;
- Dytel Władysław, ur. w 1892 r., zam. w Kosowie Lackim. Zmarł w sowieckim łagrze, w szpitalu obozowym 30 XII 1945 r.;
- Pawluczak Kazimierz ,,Kruk”, ur. 4 II 1929 r. zam. we wsi Dąbrówka, pow. Sokołów Podlaski. Żołnierz sokołowskich patroli 6 Brygady Wileńskiej AK (podlegał „Brzaskowi”). Stracony na podstawie wyroku WSR w Warszawie wydanego na sesji wyjazdowej w Kosowie Lackim 15 V 1948 r.;
- Rostek Józef ,,Iskra”, ur. 18 VI 1924 r. w Morzyczynie, pow. Węgrów. Zamieszkały w Albinowie, gm. Kosów Lacki, pow. Sokołów Podlaski. Żołnierz Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, a następnie sokołowskich patroli 6 Brygady Wileńskiej AK (podlegał „Brzaskowi”). Poległ w walce z KBW 23 V 1948 r. we wsi Garnek, pow. Sokołów Podlaski;
- Składanowski Józef, postrzelony przez ubeków podczas walki oddziału kpt. Kazimierza Kamieńskiego „Huzara” z MO i UB w Kosowie Lackim, zmarł 15 IX 1946 r. w szpitalu Klimowizna pod Węgrowem;
- Strzałkowski Władysław ,,Władek”, ur. 3 II 1926 r. w Olszewie pow. Sokołów Podlaski. Żołnierz 6 Brygady Wileńskiej AK, zginął w Borychowie 30 IX 1950 r. w walce z KBW i UB;
- Strzałkowski Zygmunt z Olszewa, brat Władysława – partyzanta 6 Brygady Wileńskiej AK. Zamordowany przez UB w lesie pod Olszewem albo k. Przeździatki w 1946 r.;
- Szcześniak Wacław, ur. 1923 r., zam. w Kosowie Lackim. Zmarł w sowieckim łagrze, w podobozie Ust’je 12 III 1945 r.;
- Szerszeń Franciszek ,,Piórko”, żołnierz AK, a następnie oddziału AKO – WIN kpt. Kazimierza Kamieńskiego „Huzara”, poległ w walce z MO i UB w Kosowie Lackim 14 IX 1946 r.;
- Tomaszewicz Aleksander ,,Jagoda”, por., ur. 2 I 1914 r. w Olszewie pow. Sokołów Podlaski. Żołnierz AK, skazany przez Sąd Wojskowy Lubelskiego Garnizonu 8 XI 1944 r. na karę śmierci. Wyrok wykonany 20 XI 1944 r.;
- Wasilewski Jan, żołnierz oddziału AKO – WIN kpt. Kazimierza Kamieńskiego „Huzara”, śmiertelnie ranny podczas walki z MO i UB w Kosowie Lackim, zmarł w PUBP w Sokołowie 14 IX 1946 r.;
- Żuber Antoni „Łada”, ur. 26 IV 1915 we wsi Dębe, gm. Kosów Lacki, zabity przez UB prawdopodobnie w drugiej połowie 1945 r.;
- ,,Akacja” NN, wilnianin, z 2 szwadronu 6 Brygady Wileńskiej AK, zginął w Grzymkach 23 III 1948 r. w walce z KBW i UB;
- ,,Brzoza” NN, wilnianin, z 2 szwadronu 6 Brygady Wileńskiej AK, zginął w Grzymkach 23 III 1948 r. w walce z KBW i UB;
- „Nur” NN, partyzant z patrolu NZW „Płomienia”, poległ w walce z jednostką NKWD podczas akcji na stacji kolejowej w Kosowie Lackim 9 XI 1946 r.
Krótka opowieść o rękach katów…
[wybór zdjęć – autor strony] O RĘKACH KATÓW I DYGRESYJNIE O FOTOGRAFII HISTORYCZNEJ
Dowódca organizacji warszawskich Sztyletników walczył do końca. 17 lutego 1865 roku pod szubienicą ustawioną na stokach warszawskiej Cytadeli stanął Emanuel Szafarczyk. Liczył sobie wtedy 30 wiosen. Używał pseudonimu Kamiński.
Był ostatnim dowódcą warszawskiej organizacji Sztyletników, która działała w latach 1862-1864. Historycy oceniają, że przez jej szeregi przewinęło się łącznie około dwustu członków, przy czym w skład grupy wykonującej wyroki śmierci wchodziło jednocześnie nie więcej niż trzydzieści pięć osób. Celem podejmowanych przez nich akcji likwidacyjnych byli carscy urzędnicy i szpicle, a poczynając od 1863 r. także zdrajcy sprawy Powstania Styczniowego.
Ignacy Chmieleński, twórca Oddziału V Żandarmerii Narodowej tzw. sztyletników. Od 19 września 1863 r. Szef Rządu Narodowego i naczelnik wojskowy miasta stołecznego Warszawy.
Po raz pierwszy warszawscy sztyletnicy zaatakowali w listopadzie 1862 r. Ich ofiarą padł wówczas Paweł Felkner, pełniący funkcję szefa kancelarii tajnej w zarządzie oberpolicmajstra Warszawy. W okresie Powstania Styczniowego organizacja kierowana przez Szafarczyka przeprowadziła nie mniej niż 25 likwidacji, ponadto w jej akcjach rany odniosło kilku wysokich rangą rosyjskich urzędników i wojskowych w tym generał Fiodor Trepow – policmajster Królestwa Polskiego w latach 1863-1866 i major Wasyl von Rothkirch – wicedyrektor Kancelarii Specjalnej do spraw Stanu Wojennego.
Szafarczyk sam nie wykonywał wyroków. Nie mógł, miał niesprawną prawą rękę. Był jednak organizatorem większości akcji swych podkomendnych, a także mózgiem i sercem organizacji. Wpadł w ręce carskiej policji dopiero we wrześniu 1864 r., już po upadku Powstania Styczniowego. Został zdradzony przez swego kolegę przekupionego koncesją na prowadzenie szynku. W chwili aresztowania Szafarczyka nie żył już ostatni przywódca powstańczego zrywu ze stycznia 1863 r., Romuald Traugutt, stracony w publicznej egzekucji na stokach Cytadeli 5 sierpnia 1864 r. Wraz z Trauguttem powieszono czterech innych członków podziemnego Rządu Narodowego. Egzekucja Traugutta i towarzyszy zgromadziła około 30-tysięczny tłum mieszkańców Warszawy, manifestujący w tej tragicznej chwili współczucie dla traconych i przywiązanie do sprawy wolności. Ludzie klęczeli, modlili się, śpiewano hymn Święty Boże, Święty mocny. Gdy dopełniał się los Szafarczyka, tłumów wokół nie było. Obok niego stał Aleksander Waszkowski, ostatni naczelnik Warszawy z okresu Powstania Styczniowego. Ten sam, który kilka miesięcy wcześniej, nazajutrz po straceniu Traugutta i towarzyszy, wydał odezwę, rozkolportowaną w nakładzie kilkuset egzemplarzy po Warszawie, w której napisał:
Na niego także czekała szubienica.

Aleksander Waszkowski, w grudniu 1863 r. mianowany przez R. Traugutta powstańczym naczelnikiem Warszawy. Po aresztowaniu Traugutta faktycznie dowodził niedobitkami powstańczymi, aresztowany w grudniu 1864 r. i stracony 17 lutego 1865 r. na stokach Cytadeli Warszawskiej.
Nie wiem pośród ilu współczujących świadków przyszło Szafarczykowi i Waszkowskiemu dawać życie na świadectwo świętości sprawy Narodu, ale nie było ich wielu. Na miejscu kaźni na pewno towarzyszył im niezawodny w takich sytuacjach kat i carscy żołnierze – rutyniarze w organizacji rytuału śmierci przez powieszenie, zapewne nieco nim znudzeni i w żadnym razie nie przejęci losem skazanych. Była również prasa, o czym za chwilę.
Ponury, także przez swoją przewidywalność, ceremoniał egzekucji został w pewnej chwili zakłócony przez Szafarczyka. Dowódca warszawskich Sztyletników walczył do końca. Gdy zakładano mu sznur na szyję, ugryzł kata w rękę. Jedna z gazet odnotowała to zdarzenie, malując przy tej okazji obraz Szafarczyka jako potwora, który kąsał do ostatnich chwil życia. Poza tym wszystko odbyło się planowo i w myśl procedury. Skazani zawiśli na szubienicy, następnie ich zwłoki zostały pogrzebane w nieznanym do dzisiaj miejscu.
Egzekucja Szafarczyka i Waszkowskiego była ostatnią publiczną egzekucją wykonaną w Warszawie na powstańcach styczniowych. Ich śmierć nie stała się tematem żadnej podziemnej odezwy. Po prostu wtedy nie było już nikogo, kto mógłby takową wydać. Szafarczyk i Waszkowski odeszli jako jedni z ostatnich aktywnych, na tamtym etapie dziejów Ojczyzny, żołnierzy sprawy wolności. Wolności, którą w myśl ich planów, miał przynieść powstańczy zryw ze stycznia 1863 r., a która przyszła, niestety na krótko, dopiero kilkadziesiąt lat później, w listopadzie 1918 r., wraz z pierwszowojenną klęską trzech państw zaborczych.
- Kamiński o Kamińskim, Elzenberg o przegranych w bitwie, Mackiewicz o walce
Historię Emanuela Szafarczyka Kamińskiego opowiedział mi kilka lat temu Mariusz Kamiński, autor pracy magisterskiej o sztyletnikach w Powstaniu Styczniowym. Zapamiętałem ją z uwagi na epizod spod szubienicy, kiedy Szafarczyk wbija swoje zęby w rękę kata. O ile w kontekście porażki powstańców styczniowych warta przywołania wydaje się myśl Henryka Elzenberga, który napisał, mniej więcej, że nie można mieć pretensji do t
ych, którzy przegrali bitwę, gdyż trzeba mieć w sobie dużo odwagi, aby znaleźć się w miejscu, w którym przegrywa się bitwę, to zachowanie Szafarczyka na chwilę przed egzekucją nakazuje zastanowić się, jak wielką trzeba mieć w sobie determinację, aby nawet w obliczu ostateczności nie zrezygnować i kąsać wroga, dosłownie i w przenośni, aż do samego końca, po kres, bez chwili kapitulacji przed losem i pokory przed niesioną przezeń, będącą bliżej niż na wyciągnięcie ręki śmiercią. Poruszając ten problem w tekście "Zbrodnia w dolinie rzeki Drawy" Józef Mackiewicz napisał, że najtrudniej jest walczyć bez nadziei!
Jak się zdaje obaj – Elzenberg i Mackiewicz – dotknęli istoty sprawy.
- "Vis", brat "Wiarusa"
Przesuńmy teraz wskazówki zegara historii do roku 1951. To czas, do którego dobrze pasuje fragment tekstu Józefa Mackiewicza, który został opublikowany cztery lata wcześniej, w 1947 r., w londyńskich "Wiadomościach":
Wtedy trwały jeszcze w oporze ostatnie grupy Żołnierzy Wyklętych. Pośród nich walczył w powiecie łomżyńskim oddział Stanisława Grabowskiego "Wiarusa". Przez szeregi tej grupy, działającej od czerwca 1947 r. do grudnia 1952 r., przewinęło się łącznie ponad trzydziestu partyzantów. Jednym z żołnierzy oddziału był brat dowódcy, Józef Grabowski "Vis". 
Sierż./ppor. Stanisław Grabowski "Wiarus", do 1952 r. szef PAS w Komendzie Powiatu NZW "Mazur" Wysokie Mazowieckie.
Do najbardziej znanych akcji tej grupy należy zaliczyć opanowanie 29 września 1948 r. Jedwabnego, zakończone wygłoszeniem przez "Wiarusa" przemówienia do zgromadzonych na rynku mieszkańców, w którym partyzancki dowódca wezwał słuchaczy do przeciwstawiania się komunistom. Ci zaś już w lutym 1948 r. uznawali "Wiarusa" za niebezpiecznego przeciwnika – rozesłali za nim listy gończe i wyznaczyli nagrodę za jego głowę.
List gończy za Stanisławem Grabowskim ps. "Wiarus".
Pomimo tego jeszcze przez długie cztery lata "Wiarus" pozostał dla nich nieuchwytny. Zginął dopiero 22 marca 1952 r. Wcześniej, w październiku 1951 r. dopełnił się los jego brata. "Vis" został zdradzony przez informatora UB (TW "Wiatrak"), który był narzeczonym siostry jednego z żołnierzy grupy "Wiarusa". Zginął w zasadzce zorganizowanej przez UB i KBW w zabudowaniach pomagającego mu gospodarza, gdy przyszedł po odbiór swetra na zimę.
Dlaczego o tym wspominam? Co łączy ze sobą śmierć Emanuela Szafarczyka Kamińskiego i Józefa Grabowskiego "Visa"? Otóż jest jeden wspólny akcent obu tych zdarzeń. Symboliczny, ale przecież bardzo silny. Jaki?
Odpowiedź na to pytanie przynosi lektura raportu z przebiegu operacji, w której zastrzelono "Visa". Dokument sporządził, na gorąco, naczelnik Wydziału III WUBP w Białymstoku, Henryk Więckowski. Wtedy jeszcze komuniści byli przekonani, że udało się im zlikwidować "Wiarusa" ("Vis" był do niego łudząco podobny), stąd w przywołanym dokumencie jest mowa właśnie o nim. Czytamy tam:
Był śmiertelnie ranny, nie był już w stanie się podnieść, ale jeszcze, zupełnym ostatkiem sił, ugryzł swego oprawcę w rękę. Józef Grabowski "Vis".
Stał pod przeznaczoną dla niego szubienicą, całkowicie bezbronny, bez władzy w jednej ręce, ale jeszcze, w ostatnim akcie oporu, ugryzł kata w rękę. Emanuel Szafarczyk Kamiński.
Żyli w różnych wiekach, zgaśli w chwilach oddalonych od siebie przedziałem czasu wynoszącym blisko dziewięćdziesiąt lat. A jednak mieli w sobie Coś, co pozwala chyba uznać, że byli sobie bardzo bliscy. To niezwykłe Coś, rozpoznawane przez coraz mniej licznych i nazywane niekiedy niepokornym duchem narodu polskiego, zmaterializowane w losach Kamińskiego i "Visa" śladami zębów na rękach katów.

Patrol NZW sierż./ppor. Stanisława Grabowskiego "Wiarusa" (pierwszy z lewej), ok. 1950 r. Drugi od lewej – NN "Jastrząb", trzeci – Józef Grabowski "Vis" – brat "Wiarusa".
- Dygresyjny przyczynek do dziejów fotografii historycznej
Niniejsza partia tekstu nie powstałaby, gdyby nie poniższe zdjęcie…
Zapewne dla wielu z państwa, szanowni czytelnicy, ta pochodząca z archiwum IPN fotografia jest nieco szokująca. Wyjaśniam, że zwłoki Józefa Grabowskiego "Visa" z
ostały, zaraz po jego śmierci, sfotografowane przez komunistów. To było wtedy rutynowe działanie humanistów spod znaku sierpa i młota. Obowiązywała bowiem zasada, że ostatnim śladem istnienia reakcyjnego bandyty, zanim jego martwe już ciało trafi do dołu z wapnem lub w podobnie godne pochówku człowieka miejsce, ma być zdjęcie pośmiertne. Taka fotografia pełniła po pierwsze, rolę trofeum na potrzeby ubeckiego, tajnego sztambucha działań operacyjnych, po drugie, służyła ostatecznemu upokorzeniu już niegroźnego bandziora – kontrrewolucjonisty.
Pośmiertna fotografia Józefa Grabowskiego "Visa" wykonana przez funkcjonariuszy UB, 23 X 1951 r.
Zabiegi te podejmowano z wielką pieczołowitością, wedle rachuby, że jeżeli kiedykolwiek owe zdjęcia ujrzą światło dzienne, to mają być na nich uwiecznione właśnie trupy odarte z mundurów, często prawie zupełnie nagie i w każdym przypadku koniecznie bez butów; że na tych fotografiach mają widnieć martwe łachmany ludzkie, nijak nie kojarzące się z wolnymi do końca, dumnymi ludźmi, którzy mieli w sobie tę wielką odwagę i siłę, aby stanąć przeciw komunistom do heroicznej walki o zachowanie prawa człowieka do wolnego życia na ziemi.
Ta zasada dotyczyła nie tylko żołnierzy polskiego podziemia antykomunistycznego. Z tym samym, pedantycznym okrucieństwem stosowano ją wobec partyzantów estońskich, litewskich, łotewskich czy ukraińskich poległych w walce z sowiecką okupacją. Po prostu standard wyznaczony przez Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych ZSRR, czyli NKWD, obowiązywał również w działaniach odpowiedników tej sowieckiej agendy państwowej w innych krajach znajdujących się pod komunistycznym jarzmem. Jednym z jego przejawów były właśnie wzmiankowane zdjęcia.

Anykščiai, Litwa, 26 IV 1952 r. Zwłoki zabitych przez NKWD litewskich partyzantów (od lewej: Bronius Morkūnas "Diemedis", Bronius Mozūra "Kunotas" and Vytautas Guobužas "Viesulas"). Zdjęcie wykonane przez funkcjonariuszy NKWD.
Można by sądzić, że wraz z upadkiem komunizmu ten rodzaj fotografii przeminął. A jednak nie. Przekonałem się o tym, gdy w marcu 2005 r. świat obiegły zdjęcia zabitego dowódcy polowego partyzantki czeczeńskiej i jednocześnie prezydenta tego kraju Asłana Maschadowa. Leżał odarty z munduru i oczywiście bez butów. Tak oto Rosja Putina obwieszczała wszem wobec swój sukces.
Pokazane przez rosyjskie media zwłoki Asłana Maschadowa, który zginął on 8 marca 2005 r. podczas operacji specjalnej wojsk rosyjskich. Jego ciało zostało bestialsko zmasakrowane (m.in. wyłupiono mu oczy). Rosjanie odmówili wydania ciała rodzinie zgodnie z obowiązującym w Rosji ustawodawstwem nakazującym potajemny pochówek zabitych bojowników czeczeńskich. 
Cóż, świat się zmienia, ale niektórzy nadal trwają przy wypracowanych przed laty, właściwych sobie standardach. Jaka władza, taka też kultura korporacyjna państwowych agend przymusu.
Tyle można tylko o tym uczciwie powiedzieć.
PS. Przytoczony w tekście fragment odezwy autorstwa Aleksandra Waszkowskiego powtórzyłem za książką Joanny Rusin "Człowiek świętego imienia"; raport UB z operacji, w której zastrzelono Józefa Grabowskiego "Visa" został opublikowany przez Jerzego Kułaka w artykule Działania operacyjne Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Białymstoku na przykładzie likwidacji grupy NZW Stanisława Grabowskiego "Wiarusa"; fotografia zwłok Józefa Grabowskiego "Visa" pochodzi z Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej, została opublikowana w "Zeszytach Naukowych Muzeum Wojska" w Białymstoku przy artykule autorstwa Piotra Łapińskiego, Ppor. Stanisław Grabowski "Wiarus" (1921-1952). Zarys biografii; ostatnie zdanie tekstu zapożyczyłem z wiersza Zbigniewa Herberta "Góra naprzeciw pałacu".

adwokat, współkieruje pracami Fundacji "Pamiętamy", zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954.
Uryną na pamięć… zdań kilka o oddziałach mjr. „Zapory” – część 2/2
W lipcu 1945 r. „Zapora”, na wezwanie Komendy Okręgu AK- DSZ Lublin, rozpoczął demobilizację podległych mu oddziałów. Rozformowanie zgrupowania trwało do początku sierpnia 1945 r. Większość podkomendnych mjr. „Zapory”, wobec decyzji ich władz zwierzchnich o zaprzestaniu walki, postanowiła skorzystać z ogłoszonej przez komunistów 2 VIII 1945 r. amnestii i ujawniła się. Tak skończył się pierwszy etap walki „Zapory” i jego żołnierzy z reżimem komunistycznym. Bilans tego okresu działalności oddziałów mjr. Hieronima Dekutowskiego wypada dla nich korzystnie. Przy stosunkowo niewielkich stratach – w okresie od stycznia do lipca 1945 r. zginęło ok. piętnastu partyzantów „Zapory” – oddziały te były schronieniem dla wielu osób ściganych przez komunistów, oczyściły teren, na którym działały, z agentury UB, poskromiły najbardziej szkodliwe placówki MO, przeprowadziły szereg akcji porządkowych wymierzonych w przestępców pospolitych. W wymiarze ideowym dały mocne świadectwo trwania w czynnym oporze przeciwko reżimowi komunistycznemu, hamujące proces zsowietyzowania społeczeństwa polskiego, czyli biernego poddania się przez nie doktrynie i celom partii komunistycznej.

Od lewej: mjr Hieronim Dekutowski „Zapora” i kpt. Zdzisław Broński „Uskok”.
Sam „Zapora” nie ujawnił się w ramach „amnestii” z sierpnia 1945 r. Na czele dziesięciu nieujawnionych podkomendnych podjął w październiku 1945 r. próbę przedostania się przez Czechosłowację do strefy amerykańskiej. Wkrótce po przekroczeniu granicy doszło do szeregu potyczek przedzierających się do wolnego świata „Zaporowców” z patrolami czechosłowackiej służby bezpieczeństwa. Kilku uczestników tej wyprawy wpadło w ręce funkcjonariuszy czeskiej SB, pozostali utracili kontakt ze sobą. „Zapora” wraz z Marianem Klockiem ps. „George” (+12 XI 1946 r.) dotarli do Pragi czeskiej. Wtedy zdecydowali o powrocie do kraju. Do Polski przyjechali transportem repatriacyjnym.
ZNOWU W WALCE
W grudniu 1945 r. „Zapora” nawiązał kontakt z Inspektoratem WiN Lublin. Został wyznaczony na dowódcę oddziałów partyzanckich na terenie tegoż Inspektoratu. W ciągu kilku dni zdołał zorganizować liczący początkowo tylko ok. 15 żołnierzy, ale dobrze uzbrojony oddział partyzancki. Walka wchodziła w kolejną odsłonę. Cele i metody jej prowadzenia pozostały niezmienione. W okresie pierwszych dwóch miesięcy 1946 r. oddział „Zapory” zaatakował i rozbroił posterunki MO w Bychawie, Wysokiem i Krzczonowie. W marcu 1946 r. partyzanci rozbili posterunek MO w Bełżycach i zlikwidowali dwóch milicjantów. Oddział równolegle prowadził w terenie rutynowe działania wymierzone przeciwko agentom UB i przestępcom pospolitym. Jednocześnie „Zapora” podporządkowywał sobie grupy ukrywających się przed komunistami konspiratorów niepodległościowych, nadając ich działaniom ramy organizacyjne, jak również skupiał pod swoim dowództwem jednostki partyzanckie wywodzące się z nurtu akowskiego. W maju 1946 r. rozkazom „Zapory” podlegały następujące oddziały: kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka” (+ 21 V 1949 r.) w sile ok. 20 ludzi, por./kpt. Stanisława Łukasika „Rysia” w sile 40 ludzi, ppor. Jana Szaliłowa „Renka” w sile ok. 30 ludzi, Tadeusza Skraińskiego „Jadzinka” w sile ok. 20 ludzi, Stanisława Jasińskiego „Samotnego” w sile ok. 20 ludzi i Michała Szeremieckiego „Misia” w sile ok. 15 ludzi. W tym też czasie „Zapora” wydzielił z grupy „Renka” lotny, sześcioosobowy patrol pod dowództwem Romana Grońskego „Żbika” (+ 7 III 1949 r.), który pełnił funkcję żandarmerii oddziału i podejmował akcje likwidacyjne wymierzone przeciwko funkcjonariuszom UB, konfidentom bezpieki oraz przestępcom pospolitym.
W początkach lipca 1946 r. kpt. „Uskok” podporządkował sobie dynamicznie działający w okolicach Włodawy, liczący 25 żołnierzy oddział Leona Taraszkiewicza „Jastrzębia” (na potrzeby przeprowadzenia większych akcji oddział ten zasilany był zaprzysiężonymi ludźmi z placówek; wtedy jego skład osobowy sięgał 65 partyzantów), co oznaczało powiększenie zgrupowania oddziałów „Zapory” o kolejny wartościowy element żołnierski a także poszerzenie terenu pozostającego pod kontrolą „Zaporowców”.

Styczeń 1946 r. Część oddziału por. Leona Taraszkiewicza „Jastrzębia”. Dowódca siedzi przy rkm-ach.

Fragment zaświadczenia o przynależności do oddziału partyzanckiego WiN, wydanego przez ppor. Edwarda Taraszkiewicza „Żelaznego” (brat Leona Taraszkiewicza „Jastrzębia”, po którego śmierci 3 I 1947 r. przejął obowiązki dowódcy), jednemu ze swoich podkomendnych, Mieczysławowi Małeckiemu ps. „Sokół”, dnia 7 sierpnia 1947 r. Pieczęć nagłówkowa wskazuje podległość oddziału mjr. Hieronimowi Dekutowskiemu „Zaporze” ([…] kwatera polowa oddziału „Jastrzębia” – będącego w zjednoczeniu oddziałów zbrojnych w województwie Lubelskim, pod głównym dowództwem pana majora „Zapory”).
W końcu sierpnia 1946 r. „Uskok”, na rozkaz „Zapory”, przejął zwierzchnictwo także nad liczącym wówczas ok. dziesięciu partyzantów patrolem Antoniego Kopaczewskiego „Lwa” (+ 8 IX 1946 r.), działającym w powiecie krasnostawskim.

Żołnierze oddziału Antoniego Kopaczewskiego „Lwa” (stoi pierwszy z lewej). 1946 r.

Partyzanci z oddziału Antoniego Kopaczewskiego „Lwa”.
Z kolei jesienią 1946 r. „Ryś” podporządkował sobie operujący między Lubartowem a Puławami oddział Kazimierza Woźniaka „Szatana” (+ 11 V 1947 r.) w sile 25 ludzi. Na rozkaz „Zapory”, z uwagi na kłopoty „Szatana” z samodyscypliną, komendę nad tymi partyzantami przejął początkowo żołnierz „Rysia”, Jan Flisiak „Chłopicki” (+ 17 III 1950r.), a następnie Edmund Tudruj „Mundek” (+7 III 1949 r.).
Staraniem „Zapory” i oficerów jego zgrupowania partyzanckie grupy zbrojne o rodowodzie akowskim z terenu Lubelszczyzny znalazły się do końca października 1946 r. pod jednolitym dowództwem. Godzi się zaznaczyć, że oddziały „Zapory” pozostawały w regularnym kontakcie z Inspektoratem Lubelskim WiN, od którego odbierały wytyczne odnośnie głównych kierunków dalszej działalności. Do czerwca 1946 r. w imieniu Inspektoratu łączność z Zaporą utrzymywał Franciszek Abraszewski „Boruta”, zaś od lipca 1946 r. kontakty z oddziałem przejął Władysław Siła-Nowicki. Walka prowadzona była zatem przy zachowaniu stosownych ram organizacyjnych. Podkreślenia wymaga jednak fakt, że dla żołnierzy oddziałów podległych „Zaporze” kolejne formy organizacyjne podziemia poakowskiego (DSZ, WiN) nie miały większego znaczenia. W wymiarze ideowym była to dla nich nadal walka o wolność prowadzona pod sztandarami Armii Krajowej, o czym świadczą niektóre wewnętrzne dokumenty zgrupowania i liczne, współczesne świadectwa tych żołnierzy „Zapory”, którzy doczekali kresu dyktatury partii komunistycznej. Natomiast w wymiarze praktycznym była to, niezmiennie od początku 1945 r., samoobrona przed terrorem komunistycznym, w tym przed przeciwpartyzanckimi operacjami organizowanymi przez NKWD, UB, MO i KBW.
WYPRAWA NA RZESZOWSZCZYZNĘ
W końcu lipca 1946 r. „Zapora”, na czele liczących łącznie ok. 55 partyzantów oddziałów „Renka”, „Misia” i „Jadzinka”, wyruszył się na teren Rzeszowszczyzny. Przez San partyzanci przeprawili się na wysokości Stalowej Woli. Już 2 VIII 1946 r. pod wsią Grębów w pobliżu rzeki Łęg zostali zaatakowani przez liczącą ok. 60 osób grupę operacyjną UB-KBW, którą bez strat własnych doszczętnie rozbili. W starciu zginęło kilku jej członków, kilku innych odniosło rany. Partyzantom poddało się ponad 30 żołnierzy KBW i funkcjonariuszy UB. Pozostali spośród żyjących salwowali się ucieczką. Ranni zostali opatrzeni przez partyzantów, następnie przydzielono im podwodę. Żołnierzy KBW puszczono wolno, natomiast funkcjonariuszy UB w liczbie pięciu, wskazanych zresztą partyzantom przez wziętych do niewoli kabewistów, rozstrzelano.

Zgrupowanie mjr. „Zapory” w drodze na Rzeszowszczyznę, lipiec 1946 r.
Kolejną porażkę w walce z oddziałem „Zapory” komuniści odnotowali już 8 VIII 1946 r., w walce pod wsią Ostrowy Tuszowskie, pomiędzy Mielcem a Kolbuszową. Walkę poprzedziła akcja ekspropriacyjna wykonana przez patrol z oddziału „Renka”, który w nieodległym od Ostrowów Tuszowskich Cmolasie zaatakował dwie sowieckie ciężarówki z zaopatrzeniem dla stacjonującej na terenie pobliskiego poligonu w Dębem jednostki Armii Czerwonej. Była to kolejna w ciągu kilku dni akcja zaopatrzeniowa oddziału „Zapory” przeprowadzona na tamtych terenach na sowieckie samochody wojskowe z produktami spożywczymi. Sowieci zaatakowani w Cmolasie przez żołnierzy Renka przyjęli walkę. W krótkim starciu zginęło ich co najmniej trzech. Akcja partyzantów wywołała natychmiastową reakcję czerwonoarmistów z jednostki w Dębnie i sił UB z Kolbuszowej. Złożona z żołnierzy sowieckich i funkcjonariuszy UB grupa operacyjna, poruszająca się sześcioma samochodami ciężarowymi, wspierana co najmniej dwoma sowieckimi transporterami opancerzonymi (tankietkami), odnalazła kwaterujący w Ostrowach Tuszowskich oddział „Zapory”. O korzystnym dla partyzantów wyniku starcia przesądziło podjęcie przez nich natychmiastowej i zorganizowanej obrony oraz błyskawiczne wystrzelanie załogi tankietki, która wjechała do wsi przed głównymi siłami obławy. W chwilę potem tankietka została opanowana przez „Zaporowców” i prażyła ogniem ciężkiego karabinu maszynowego w stronę przeciwników. W wyniku partyzanckiego ognia zapalił się jeden z samochodów grupy operacyjnej. W ten sposób inicjatywa przeszła na stronę partyzantów, w efekcie czego siły obławy wycofały się z pola walki, na którym pozostało kilkunastu zabitych żołnierzy Armii Czerwonej i funkcjonariuszy UB. Partyzanci wyszli z tego starcia bez strat. Podczas szybkiego odwrotu z miejsca boju kontakt z resztą oddziału straciła grupa „Jadzinka”, która, nie mogąc odnaleźć swych towarzyszy broni, powróciła na Lubelszczyznę. Natomiast oddziały „Renka” i „Misia” pozostające pod ogólna komendą „Zapory” dalej operowały na ziemi rzeszowskiej, dochodząc aż pod Jasło. Wróciły na Lubelszczyznę dopiero w drugiej połowie września 1946 r.

Zgrupowanie mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zapory” (stoi 8 od lewej), Dobryń koło Mielca, lato 1946 r.

Mjr Hieronim Dekutowski „Zapora” (stoi 8 od lewej) wśród swoich partyzantów, lato 1946 r.
POWRÓT DO MATECZNIKA
Powrót partyzantów na ziemię lubelską obfitował w dramatyczne wydarzenia. 21 IX 1946 r. oddziały „Misia” i „Renka” przeprawiły się przez San na wysokości miejscowości Pysznica i skierowały się w Lasy Janowskie. Ich obecność na tym terenie została bardzo szybko odnotowana przez siły komunistyczne. Jeszcze tego samego dnia w pościg za partyzantami wyruszyła ponad 100 osobowa grupa operacyjna UB-MO-KBW dowodzona przez sowieckiego oficera, kpt. Sułakowa. Rankiem 22 IX 1946 r. pod miejscowością Świnki, na wschód od Janowa Lubelskiego, doszło do starcia żołnierzy „Zapory” z grupą pościgową. Uprzedzeni na czas przez wartowników partyzanci nie dali się zaskoczyć i przyjęli walkę, nie pozwalając siłom obławy, pomimo trzykrotnej przewagi liczebnej po stronie przeciwnika, na domknięcie pierścienia okrążenia, a następnie w szyku zorganizowanym wycofali się w kierunku północno-zachodnim na Zaklików. W starciu pod Świnkami zginął jeden partyzant, a inny został ciężko ranny. Straty po stronie sił komunistycznych autorowi niniejszego tekstu nie są znane.
W nocy z 23/24 IX 1946 r. „Zapora” na czele oddziałów „Misia”, „Renka”, „Samotnego” i żandarmerii „Żbika” (grupy „Samotnego” i „Rysia” dołączyły do „Zapory” po walce pod Świnkami) skierowały się do położonej 6 km na półn.–zach. od Urzędowa wsi Moniaki, zwanej przez wielu partyzantów Moskwą. Celem akcji było rozbrojenie członków ORMO (według partyzantów „Zapory” w szeregach ORMO znajdowało się wówczas kilkudziesięciu dorosłych mieszkańców Moniak). W czasie zbliżania się oddziału do zabudowań wsi, grupka miejscowych ormowców ostrzelała partyzantów z oddziału „Samotnego”, którzy odpowiedzieli ogniem. W wyniku wymiany strzałów zginął jeden mieszkaniec Moniak. Po chwili partyzanci opanowali wieś. Zarekwirowali jej mieszkańcom kilkanaście sztuk broni. Od użytych przez żołnierzy „Zapory” w wymianie ognia pocisków zapalających zajęło się i spłonęło blisko 30 gospodarstw, w sumie prawie 100 budynków.
W tym samym mniej więcej czasie, co wydarzenia w Moniakach, oddziały „Rysia” i „Jadzinka” pod ogólną komendą „Wisły” wkroczyły do Bełżyc i rozbiły posterunek MO, rozbrajając pięciu milicjantów. Po akcji w Bełżycach partyzanci wycofali się w kierunku na Chodel i zapadli w lesie krężnickim, nieopodal drogi Chodel – Bełżyce. Rankiem 24 IX 1946 r. przyjęli walkę ze ścigającą ich grupą operacyjną UB-KBW, zorganizowaną przez komunistów na wieść o wydarzeniach w Bełżycach. Starcie pod Krężnicą Okrągłą zakończyło się klęską komunistów, którzy stracili 18 zabitych. Partyzanci nie ponieśli w tej walce żadnych strat, dopiero w fazie odskoku z miejsca akcji poległ jeden żołnierz z oddziału „Jadzinka” (ciężko ranny, został dobity przez ubeków). W tym czasie aktywność przejawiały także inne oddziały zgrupowania, pozostające tylko pod ogólną komendą „Zapory”. 22 X 1946 r. oddział Leona Taraszkiewicza „Jastrzębia” (+ 3 I 1947 r.) w sile 65 żołnierzy wspierany przez oddział Józefa Struga „Ordona” (+ 30 VII 1947 r.) rozbił Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego we Włodawie, uwalniając ok. 70 aresztowanych. Ta brawurowa akcja kosztowała życie dwóch partyzantów. Niespełna dziesięć dni później , z 31 X/1 XI 1946 r., oddziały kpt. „Uskoka”, „Jastrzębia” i „Ordona” wkroczyły do Łęcznej i zlikwidowały jedenaście osób, które według wywiadu partyzantów współpracowały z UB.

Sierpień 1947 r. Od lewej: mjr Hieronim Dekutowski „Zapora”, kpt. Zdzisław Broński „Uskok”.
Zima 1946 r. spowodowała wyhamowanie działań oddziałów „Zapory”, ale ich nie przerwała. Ten okres nie był jednak dla „Zaporowców” szczęśliwy. 6 I 1947 r. w walce z UB zginął „Miś”, tego samego dnia od kul KBW padł inny oficer oddziałów „Zapory”, por. Janusz Stefański „C-dur” (jako jeden z niewielu podkomendnych „Zapory” poległych w okresie walki z komunistycznym reżimem ma własny grób – spoczywa na cmentarzu nieopodal Kolonii Borów, pośród pierwszowojennych kurhanów żołnierzy austriackich i rosyjskich).
17 I 1947 r. oddział „Jadzinka”, operujący od października 1946 r. w powiecie Biłgoraj, stoczył zaciętą walkę w Albinowie Małym, gmina Radecznica, z jednostką KBW, tracąc w niej pięciu partyzantów. Po stronie KBW zginęło siedmiu żołnierzy, a czterech innych odniosło rany.
Pomimo ponoszonych strat, oddziały „Zapory” nadal mocno trzymały się w terenie. Jednak ich wysiłek nie mógł odmienić losu naszej Ojczyzny. Sfałszowane przez komunistów wybory do Sejmu w styczniu 1947 r. odebrały czynnikom niepodległościowym nadzieję na rychłą zmianę sytuacji w Polsce. Polityczna władza komunistów została na lata utrwalona i, co gorsza, ostatecznie zaakceptowana przez dyplomację międzynarodową.
„AMNESTIA” 1947 R.
W tej sytuacji amnestia ogłoszona przez komunistów w lutym 1947 r. wydawała się dla większości osób pozostających w podziemiu, w tym dla gremiów kierowniczych konspiracji nurtu poakowskiego, ostatnią szansą na ocalenie. W marcu/kwietniu 1947 r. „Zapora”, wykonując rozkazy przełożonych, zaprzestał działalności bojowej i rozformował podległe mu oddziały, dając podkomendnym wolną rękę w sprawie ujawnienia. W kwietniu 1947 r. przed komisjami amnestyjnymi stanęli „Jadzinek” i „Samotny” ze swymi żołnierzami. Ujawniła się także zdecydowana większość partyzantów z oddziałów „Rysia” i „Renka”, jednakże sami dowódcy, a także garstka podległych im żołnierzy, nie zdecydowali się na ten krok. Postanowienie o pozostaniu w konspiracji podjął również „Uskok” i kilku jego ludzi; pozostali zdecydowali się na ujawnienie. Sam „Zapora” nie skorzystał z amnestii, dzieląc los swych nieujawnionych podkomendnych. Jak zeznał później przed sądem komunistycznym w czasie swego procesu:
W RĘKACH KOMUNISTÓW. DO KOŃCA MĘŻNI
W początkach września 1947 r. „Zapora”, przekonany, że realizuje zalecenie organizacji, podjął decyzję o przedostaniu się na Zachód. Ostatnim rozkazem, z 12 IX 1947 r., wyznaczył kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka” na swego następcę i bezpośredniego dowódcę grup partyzanckich działających na północ od Lublina. Natomiast partyzanci utrzymujący się na terenach na południe od Lublina zostali decyzją „Zapory” oddani pod rozkazy Mieczysława Pruszkiewicza „Kędziorka” (+ 17 V 1951 r.). Na zastępców „Kędziorka” mianował „Zapora” ppor. Bogdana Dzierżanowskiego „Lotnika” (+ I 1948 r.) i ppor. Janusza Godziszewskiego „Wira”, „Janusza” (+ 7 IX 1948 r.).
Niestety, wyprawa grupy „Zapory” na Zachód była prowokacją UB. Wszyscy uczestnicy tej wyprawy („Zapora” i jego 6 żołnierzy – w tym „Ryś”, „Żbik” i „Mundek” – oraz Władysław Siła-Nowicki) zostali aresztowani 16 IX 1947 r. w Nysie, a następnie wyrokiem sądu komunistycznego z dnia 15 XI 1948 r. skazani na karę śmierci. Zarówno w toku ciężkiego śledztwa, jak i procesu zachowali godną postawę. Zapewne z tej przyczyny proces grupy „Zapory” toczył się przy drzwiach zamkniętych. „Uskok”, nawiązując do losu aresztowanego swego dowódcy i jego towarzyszy niedoli, zanotował w swym pamiętniku pod datą 1 XII 1948 r.:
Wyroki śmierci na majorze Hieronimie Dekutowskim „Zaporze” i jego 6 żołnierzach wykonano w Warszawie w więzieniu mokotowskim w dniu 7 III 1949 r. [zobacz zdjęcia straconych>]. Ocalał jedynie Władysław Siła-Nowicki, którego od niechybnej śmierci uratowały koneksje rodzinne (decyzją Bieruta orzeczona przeciwko Sile-Nowickiemu kara śmierci zamieniona została na karę dożywotniego więzienia; wolność odzyskał 1 XII 1956 r.).


Od lewej: Por. Stanisław Łukasik „Ryś” i por. Roman Groński „Żbik”. Żołnierze mjr „Zapory”, zamordowani wraz z nim i czterema kolegami (por. Jerzy Miatkowski „Zawada”, por. Edmund Tudruj „Mundek”, por. Tadeusz Pelak „Junak”, por. Arkadiusz Wasilewski „Biały”) w więzieniu mokotowskim, dn. 7 marca 1949 r.
„NIECH SIĘ PANI POMODLI…”
Warto przywołać jeszcze jeden zapis z pamiętnika „Uskoka” (poczyniony również pod datą 1 XII 1948 r.):
Niespełna pół roku po nakreśleniu tych słów, ich autora nie było już wśród żywych – 21 V 1949 r. , otoczony w swej kryjówce przez UB, rozerwał się granatem. Dwa lata później, dokładnie 18 V 1951 r., zginął „Kędziorek”. Symbolicznym końcem epopei oddziałów cichociemnego majora Hieronima Dekutowskiego „Zapory” jest wspomniana w początkowych partiach tekstu śmierć „Białego” w 1955 r. i „Lalka” w 1963 r. W latach 1945-1955 poległo w walkach bądź straciło życie w kazamatach komunistycznych ponad 230 żołnierzy oddziałów „Zapory” (tylko niespełna dwudziestu „Zaporowców” zginęło z rąk hitlerowców). Miejsca pochówku znakomitej większości z nich do dziś pozostają nieznane. W kontekście tego faktu, właściwe wydaje mi się zakończenie tego tekstu strofami jednej z piosenek śpiewanych w oddziałach „Zapory”, przypomnianej przez zespół De Press na płycie Myśmy rebelianci (piosenkę śpiewano na melodię Chryzantemy złociste):
Niech się Pani pomodli, dzisiaj w mojej intencji,
bo wyprawa mnie czeka niebezpieczna i zła,
może Pani modlitwa, będzie dla mnie skuteczną
i uchroni od złego, tego co prosi tak.
I minęło tyle długich lat od tej chwili,
a ja wciąż przed oczyma obraz w sercu ten mam.
Kiedy słońce zachodzi, zmierzch ku nocy się chyli,
a ja słyszę wciąż turkot i zgiełk wozów ten sam.
Lecz odszedł ktoś, tak bardzo zadumany, co w oczach miał idei wielki cel.
Ktoś, kto tańczył ze mną leśne tango, i z cicha szeptał dziwne słowa te:
NIECH SIĘ PANI POMODLI DZISIAJ W MOJEJ INTENCJI […].

adwokat, współkieruje pracami Fundacji „Pamiętamy”, zajmującej się przywracaniem pamięci o żołnierzach polskiego podziemia niepodległościowego
z lat 1944-1954.
PS. Powodowany lojalnością wobec szanownych czytelników, muszę poczynić pewne wyznanie. Otóż smutne zdarzenia z pięknego miasta Lublina, od przypomnienia których zacząłem ten tekst, posłużyły mi za chwyt z rodzaju dyscypliny zgrabnie określonej przez pewnego czeskiego prozaika mianem judo moralne. Chciałem bowiem choćby skrótowo opowiedzieć Wam, szanowni czytelnicy, historię oddziałów majora „Zapory”. Ponieważ była ona bardzo bogata w wydarzenia, to tekst jest długi. Pewnie zbyt długi. Pomyślałem więc, że przynajmniej niektórzy przebrną przez niego do końca, powodowani wewnętrzną potrzebą dania w ten sposób mini świadectwa, że po poległych i pomordowanych „Zaporowcach” pozostało coś więcej niż tylko złom żelazny i głuchy, drwiący śmiech pokoleń, podlany moczem…

Na koniec jeszcze jedno wyjaśnienie: niniejszy tekst jest zmodyfikowaną wersją artykułu, który ukazał się w dodatku do „Rzeczpospolitej” z dnia 20 kwietnia 2011 r. (Żołnierze Wyklęci Nr 4, Bohaterowie ostatniego powstania).
Uryną na pamięć… zdań kilka o oddziałach mjr. „Zapory” – część 1/2>
Strona główna>
Uryną na pamięć… zdań kilka o oddziałach mjr. „Zapory” – część 1/2
Grzegorz Wąsowski
URYNĄ NA PAMIĘĆ. ZDAŃ KILKA O ODDZIAŁACH MJR. HIERONIMA DEKUTOWSKIEGO „ZAPORY”
LIST OD „MORWY”
Zdarzenie, które za chwilę przywołam, nie powinno mieć miejsca, ale do niego doszło. Jak dochodzi na tym świecie do wielu rzeczy, o których, oceniając je z perspektywy elementarnej przyzwoitości ludzkiej, mówimy, że nie miały prawa się wydarzyć.
Zła wiadomość przyszła do mnie w połowie lipca 2010 r. roku wraz z listem od Pana Mariana Pawełczaka „Morwy”, mieszkańca Lublina, w latach 1943–1947 żołnierza zgrupowania oddziałów AK – WiN majora Hieronima Dekutowskiego „Zapory”. Pan Marian od lat opiekuje się pomnikiem upamiętniającym ponad 250 Zaporowców, którzy zginęli w walce z hitlerowskim i komunistycznym zniewoleniem. Pomnik, wzniesiony jesienią 2003 r. siłami Fundacji „Pamiętamy”, przy wsparciu Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, stoi w Lublinie na Podzamczu. Pośród uwiecznionych na nim poległych i pomordowanych podkomendnych „Zapory”, nazwisko Pawełczak występuje dwukrotnie – jako wspomnienie ofiary z życia złożonej przez rodzonych braci Pana Mariana. Jeden z Nich został zamordowany z wyroku sądu komunistycznego jesienią 1945 r., drugi zginął od kuli ormowca w kwietniu 1946 r. Czytając Jego list i pamiętając o losie Jego braci, bezskutecznie starałem się wyobrazić co czuł, gdy kreślił do mnie poniższe słowa:

Pomnik
wzniesiony przez Fundację „Pamiętamy” w Lublinie, na Podzamczu (Plac
Wolności), upamiętniający ponad 250 ŻOŁNIERZY AK–WIN ZE ZGRUPOWANIA MJR.
HIERONIMA DEKUTOWSKIEGO „ZAPORY” POLEGŁYCH W WALCE Z HITLEROWSKIM I
KOMUNISTYCZNYM ZNIEWOLENIEM W LATACH 1943–1955.
ZOBACZ listę poległych i pomordowanych upamiętnionych pomnikiem w Lublinie>
KRÓTKIE ROZWAŻANIA NA KANWIE URYNY
Od razu wyjaśniam, że Fundacja „Pamiętamy” niezwłocznie oczyściła pomnik „Zaporowców” z umieszczonych na nim nieznaną ręką malowideł. Ich zniknięcie spowodowało, że ci, którzy uznali za stosowne oddać mocz na pomnik znaleźli sobie, przynajmniej na czas jakiś, inne miejsca na załatwianie swych chyba nie tylko fizjologicznych, ale przede wszystkim psychicznych potrzeb. Z upływem czasu odór uryny wyparował, natomiast pozostała odrażająca woń pogardy (swoisty trop zapachowy) wyrażonej wobec trwałej formy pamięci o ludziach, którzy zginęli w walce o niepodległość naszej ojczyzny i prawo człowieka do wolnego życia na ziemi.
Pomyśli może ktoś: takie czasy, że w miejscach publicznych, w których jedni zastygają w zamyśleniu lub modlitwie, wspominając tych, którzy odeszli, inni wyrażają swoje wnętrze w sposób, który, tu znowu odwołam się do kryterium elementarnej przyzwoitości, jest przesądzającym dowodem dla wykazania, że maksyma człowiek to brzmi dumnie jest czystą konwencją, niczym więcej. Nawiasowo pozwolę sobie zauważyć, że może właściwym probierzem rzeczywistej wartości danego światopoglądu jest nie to, jak wobec inaczej myślących zachowują się znani powszechnie apostołowie takiej czy innej koncepcji – ci bowiem, z małymi wyjątkami, prowadzą dyskurs w sposób werbalnie kulturalny, nie odsłaniający prawdy o konsekwencjach praktycznych ich widzenia świata, lecz jaki stosunek wobec osób o odmiennej wrażliwości prezentują bezimienni, anonimowi wyznawcy danej postawy światopoglądowej, jej szeregowi żołnierze, tzw. doły (nikomu nic nie ujmując). Warto ten punkt widzenia mieć na uwadze, analizując np. zachowania utrwalone przez Panią Ewę Stankiewicz w filmie „Krzyż”.
Tak czy inaczej, na pomnik będący symboliczną mogiłą poległych i pomordowanych żołnierzy „Zapory” oddawano mocz. A przecież upamiętnia on historię heroicznego przywiązania do wysokich wartości, jakimi są niepodległość Ojczyzny i wolność jednostki ludzkiej, historię wierności przypieczętowanej ofiarą z życia; nie byle jaką historię. Oto jej zarys…
EPILOG ZAMIAST PROLOGU
27 X 1955 r. w wykonaniu wyroku sądu komunistycznego został powieszony na terenie więzienia w Chełmie Lubelskim, dokładnie w komórce przeznaczonej na parowanie ziemniaków dla świń, Tadeusz Szych „Biały” – żołnierz Armii Krajowej. Od wiosny 1945 r. był partyzantem oddziału por./kpt. Stanisława Łukasika „Rysia” wchodzącego w skład zgrupowania dowodzonego przez „Zaporę”.
21 XI 1963 r. w Majdanie Kozic Górnych, pow. Lublin, poległ od kul obławy, składającej się z funkcjonariuszy SB i ZOMO, Józef Franczak „Lalek” – partyzant z oddziału por./kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka”, do września 1947 r. walczącego pod ogólną komendą „Zapory”.

1947
rok. Od lewej: Stanisław Kuchciewicz „Wiktor”,
kpt. Zdzisław Broński „Uskok”, Józef Franczak „Lalek”, Walenty
Waśkowicz „Strzała”.
Takie były ostatnie akordy epopei partyzantki antykomunistycznej nurtu poakowskiego z terenu Lubelszczyzny, gdzie walka zbrojna z reżimem komunistycznym była prowadzona z dużym rozmachem i konsekwencją. Śmierć Lalka jest jej smutnym epilogiem, a także symbolicznym w skali kraju końcem zbrojnego oporu stawianego komunistom przez naszych przodków po roku 1944.
KILKA ZDAŃ O DOWÓDCY
Postacią pierwszoplanową zbrojnego podziemia antykomunistycznego na ziemi lubelskiej był bez wątpienia wspomniany dowódca „Białego” i „Lalka”, cichociemny major Hieronim Dekutowski „Zapora” – świetny organizator i doskonały partyzant, łączący lojalność wobec struktur dowódczych konspiracji z troską o los podległych mu żołnierzy. Dwa razy z woli przełożonych stanął na czele partyzantki antykomunistycznej na terenie Lubelszczyzny, dwa razy także (w lipcu – sierpniu 1945 r. i marcu – kwietniu 1947 r.) wykonał rozkaz o zaprzestaniu walki zbrojnej i zdemobilizowaniu podległych mu oddziałów. Cechowała go odwaga, szybkość decyzji, a jednocześnie ostrożność i ogromne poczucie odpowiedzialności za ludzi. Znakomicie wyszkolony w posługiwaniu się bronią ręczną i maszynową, niepozorny, ale obdarzony wielkim czarem osobistym umiał być wymagający i utrzymywał żelazną dyscyplinę w podległych mu oddziałach, co w połączeniu z umiarem i troską o każdego żołnierza zapewniało mu u podkomendnych ogromny mir. Nazywali go „Starym”, choć nie miał jeszcze trzydziestu lat – tymi słowami scharakteryzował „Zaporę” jeden z jego cywilnych przełożonych w strukturach Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość, późniejszy znany warszawski adwokat Władysław Siła-Nowicki.


Ppor. Hieronim Dekutowski „Zapora”, lipiec 1944 r.
Postać „Zapory” jest znakomitym przykładem zjawiska ciągłości walki o niepodległość Polski i wolność jednostki ludzkiej, prowadzonej kolejno z okupantem niemieckim, a po jej zakończeniu z reżimem komunistycznym przez dziesiątki tysięcy żołnierzy Polskiego Państwa Podziemnego. Partyzantkę antykomunistyczną podjął on z początkiem 1945 r., mając w swym bojowym dorobku znaczące zasługi w zwalczaniu niemieckich sił okupacyjnych. Wystarczy wspomnieć, że od stycznia 1944 r. pełnił funkcję szefa Kedywu w Inspektoracie Rejonowym AK Lublin – Puławy i jednocześnie dowódcy oddziału dyspozycyjnego Kedywu, a podległe mu oddziały, którymi w wielu akcjach dowodził osobiście, mogły pochwalić się ponad 80 wystąpieniami zbrojnymi przeciwko Niemcom, w tym kilkoma dużymi, jak na warunki wojny partyzanckiej, zwycięskimi starciami z wojskiem niemieckim.
Dla lepszego zrozumienia dalszych losów mjr. Hieronima Dekutowskiego „Zapory” i jego żołnierzy należy koniecznie przypomnieć, że w okresie II wojny światowej Polska miała dwóch śmiertelnych wrogów: hitlerowskie Niemcy oraz partię komunistyczną z centralą w Moskwie i głównym narzędziem podboju w postaci Armii Czerwonej, a także i to, że wojennej klęski Niemiec nie powinno się utożsamiać ze zwycięstwem sprawy polskiej. Wycofanie się wojsk niemieckich z ziem polskich w 1944 r. – 1945 r. nie oznaczało, niestety, triumfu celów, o które żołnierz polski bił się na wszystkich chyba frontach II wojny światowej. Niepodległość Polski i prawo jednostki do wolnego życia na ziemi były po opanowaniu terenów naszego kraju przez wypierającą Niemców na Zachód Armię Czerwoną równie dalekie od urzeczywistnienia, jak w okresie okupacji niemieckiej.
Ta smutna prawda miała na ziemi lubelskiej wymierny, a zarazem tragiczny wymiar. Tylko do końca 1944 r., a więc w czasie pierwszych pięciu miesięcy od wejścia Armii Czerwonej na Lubelszczyznę, straty osobowe Okręgu AK Lublin, poniesione w wyniku działań komunistycznego aparatu przymusu, przede wszystkim NKWD, sięgnęły co najmniej kilkunastu tysięcy ludzi (zamordowanych, aresztowanych, wywiezionych do Związku Sowieckiego), czyli znacznie przekroczyły straty tegoż Okręgu odniesione w ciągu całego okresu okupacji niemieckiej. Terror komunistyczny narastał z każdym kolejnym miesiącem. Czy można zatem się dziwić, że wobec takich faktów „Zapora” i niemała część jego podkomendnych z okresu walki przeciwko okupantowi niemieckiemu zdecydowali się na podjęcie działań, które należy zakwalifikować jako zbiorową obronę konieczną?

Pluton ppor. Hieronima Dekutowskiego „Zapory” (siedzi w dolnym rzędzie, pierwszy z prawej) podczas akcji „Burza”, Lubelszczyzna, lipiec 1944 r.
W WALCE
Ofensywa rozpoczęta przez Armię Czerwoną w styczniu 1945 r., skutkująca przesunięciem się mas wojska sowieckiego w kierunku zachodnim, umożliwiła odtworzenie na ziemi lubelskiej oddziałów partyzanckich, które szybko stały się najbezpieczniejszym schronieniem dla rozpracowywanych i poszukiwanych przez komunistów konspiratorów niepodległościowych. Właśnie w styczniu 1945 r. „Zapora”, działając w porozumieniu z częścią pozostających na wolności członków Komendy Okręgu AK Lublin, zorganizował liczącą początkowo dziesięciu żołnierzy grupę samoobrony, na czele której stanął. W szybkim czasie, bo już w czerwcu 1945 r., miał pod swoją komendą ponad dwustu dobrze uzbrojonych partyzantów, stale przebywających w lesie. Pierwszym wystąpieniem zbrojnym grupy „Zapory” przeciwko aparatowi terroru komunistycznego było rozbicie posterunku Milicji Obywatelskiej w Chodlu. Akcja, do której doszło w nocy z 5/6 II 1945 r., była odpowiedzią na mord dokonany na czterech żołnierzach AK z miejscowej placówki, którego współsprawcą był ówczesny komendant tamtejszego posterunku MO. Już w niespełna dwa dni później, 7 II 1945 r., liczący wówczas ok. 25 żołnierzy oddział „Zapory” bił się z obławą NKWD-LWP we wsi Wały Kępskie (nieopodal Chodla). Partyzantom udało się przebić przez pierścień okrążenia, przy stracie jednego żołnierza (zginął wtedy Mieczysław Jeżewski „Pszczółka”). Podczas tej walki „Zapora” został ranny w nogę. Leczył się na kwaterze w Radawcu Małym. Do oddziału wrócił w kwietniu 1945 r. Pod nieobecność Zapory oddział prowadził działalność podzielony na trzy grupy, którymi dowodzili: Jerzy Pawełczak „Jur” (+ 23 X 1945 r.), Jan Szaliłow „Renek” (+ 8 IX 1947 r.) i Aleksander Sochalski „Duch”.

1945 r. Od lewej stoją:
Jerzy Stefański „Cedur”, Mieczysław Czechowski „Wrzos”, Hieronim
Dekutowski „Zapora”, Tadeusz Skraiński „Jadzinek”, Jan Szaliłow „Renek”,
z tyłu Jerzy Siwecki „Bachus”.
W końcu kwietnia 1945 r. Zapora na czele 40 partyzantów wyruszył za San. Po drodze, koło wsi Świeciechów, na północ od Annopola, „Zaporowcy” mieli potyczkę z patrolem MO, w której zginęło dwóch milicjantów. Następnie wkroczyli do Świeciechowa, gdzie rozbroili miejscowy posterunek MO i uwolnili czterech aresztowanych żołnierzy AK. Na terenach za Sanem (przez rzekę przeprawili się w okolicach Radomyśla) rozbili kilka posterunków MO, między innymi w Bojanowie. W maju 1945 r., w potyczce oddziału z żołnierzami Armii Czerwonej pod wsią Stale, w pobliżu Tarnobrzega, zginęło dwóch czerwonoarmistów. Partyzanci ponadto zarekwirowali Sowietom dwa samochody, którymi powrócili na teren Lubelszczyzny, gdzie rozbili kolejne posterunki MO, m.in. w Bełżycach i Wojciechowie. 19 V 1945 r. oddział „Zapory” zawitał do Kazimierza nad Wisłą. Partyzanci zaatakowali ulokowany na rynku posterunek MO. Milicjanci bronili się na piętrze murowanego budynku. Poddali się po tym, jak atakujący wysadzili metalowe i osztabowane drzwi wejściowe na posterunek. W czasie walki trwającej na kazimierzowskim rynku, grupa żołnierzy oddziału ubezpieczająca akcję na skraju miasteczka od strony Puław miała potyczkę, w wyniku której zginął jeden żołnierz sowiecki, dwóch funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa i trzech milicjantów.
Opuszczając Kazimierz nad Wisłą, partyzanci zabrali ze sobą trzech milicjantów z miejscowego posterunku. Dwóch z nich po przesłuchaniu puszczono wolno, natomiast komendant posterunku (według niektórych źródeł nie był to milicjant, lecz funkcjonariusz UB) został skazany na śmierć. Wiedząc, że lada moment zostanie zastrzelony, podjął próbę ucieczki i zginął od kul „Renka”. Podkreślenia wymaga fakt, że celami ataków partyzantów „Zapory” były te tylko posterunki MO, co do których wywiad oddziału lub miejscowe placówki konspiracyjne potwierdziły okrutne zachowania obsadzających je milicjantów wobec ludności lub gorliwość funkcjonariuszy w tropieniu członków konspiracji. W czerwcu 1945 r. oddział „Zapory” z tych właśnie powodów zaatakował i rozbroił kolejne posterunki MO, tym razem w Bychawie, Urzędowie i Józefowie nad Wisłą.

Mjr cc Hieronim Dekutowski „Zapora”
SZEREGI ROSNĄ
Z każdym tygodniem działalności oddziału rosła jego popularność wśród istotnej części mieszkańców ziemi lubelskiej. Wsparcie społeczne dla czynnej samoobrony przed reżimem komunistycznym było stałym tłem trwającej przez kilka lat epopei oddziałów „Zapory”, warunkującym zresztą utrzymanie się partyzantów na terenie ich działalności. W lipcu 1946 r. kpt. Zdzisław Broński „Uskok”, przebywający wówczas na obszarze będącym matecznikiem oddziału Zapory, zanotował w swoim pamiętniku:
Równolegle do wzrostu rozpoznawalności oddziału w terenie nastąpił znaczny przyrost jego liczebności. W szeregi partyzantki „Zapory” wstępowali głównie tropieni przez komunistów żołnierze antyniemieckiej konspiracji niepodległościowej, przede wszystkim akowcy, ale także członkowie Narodowych Sił Zbrojnych (znaczna część 3 kompanii por. Bolesława Świątka „Jerzego”, w tym jej dowódca, składała się z byłych żołnierzy NSZ). Dołączali również ci, którzy nie chcieli służyć w wojsku komunistycznym i ścigać po lasach walczących o wolność partyzantów. Często byli to zresztą żołnierze AK, wcześniej siłą wcieleni do LWP. W lutym 1945 r. grupę (10 osób) takich uciekinierów z wojska ludowego przyprowadził do oddziału Michał Szeremiecki „Miś”, żołnierz 27 Wołyńskiej DP AK (+ 6 I 1947 r.). W połowie maja 1945 r., po powrocie oddziału na Lubelszczyznę z wyprawy za San, szeregi partyzantów „Zapory” powiększyły się o ok. 50 osobową grupę dezerterów ze szkoły oficerskiej LWP, dowodzoną przez por. Romana Sochala „Juranda”.
Pierwszoplanowa rola „Zapory” w czynnym oporze antykomunistycznym na ziemi lubelskiej została potwierdzona rozkazami Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj z 1 VI 1945 r., na mocy których uzyskał on awans do stopnia majora i nominację na dowódcę oddziałów partyzanckich w Inspektoracie Lublin DSZ (został ponadto odznaczony Krzyżem Walecznych; rozkazem DSZ na Kraj z 1VI 1945 r. awansowano i odznaczono również wielu podkomendnych „Zapory”). W następstwie decyzji DSZ, dowództwu „Zapory” został podporządkowany liczący ok. 40 partyzantów oddział por./kpt. Stanisława Łukasika „Rysia” (+ 7 III 1949 r.). W czerwcu 1945 r. siły oddziału, a właściwie już zgrupowania oddziałów pod dowództwem „Zapory” wynosiły ok. 220 żołnierzy. Poza wspomnianym oddziałem „Rysia”, który operował samodzielnie, pozostając pod ogólną komendą „Zapory”, bezpośrednio podlegały mjr. Dekutowskiemu trzy kompanie: 1 kompania pod dowództwem por. Stefana Szarskiego „Jagody”, 2 kompania pod dowództwem por. „Juranda” i 3 kompania dowodzona przez por. Bolesława Świątka „Jerzego” (od połowy czerwca 1945 r. 3 kompanią dowodził kpt. Aleksander Głowacki „Wisła”, który dołączył do oddziału podczas akcji na posterunek MO w Kazimierzu nad Wisłą).
W BOJACH Z SOWIETAMI. CZERWIEC 1945 R.
W pierwszej połowie czerwca 1945 r. partyzanci „Zapory” operowali na terenie powiatu Biłgoraj, z tym, że w początku czerwca jeden z pododdziałów 1 kompanii, w sile ok. 25 partyzantów, wysłany został na północ, w okolice Lublina. W drodze na wyznaczony teren, 8 VI 1945 r., oddział ten rozbroił posterunek MO w Wysokiem, czym ściągnął na siebie kilkakrotnie silniejszą obławę NKWD. Rankiem 9 VI 1945 r. pod wsią Polanówka, kilka kilometrów na południe od Lublina (gmina Strzyżewice), w nierównej walce z Sowietami zginęło pięciu „Zaporowców”.

Żołnierze
ze zgrupowania mjr „Zapory”. Od lewej stoją: NN, Stanisław Łukasik
„Ryś”, Aleksander Sochalski „Duch”, Hieronim Dekutowski „Zapora”,
Zbigniew Sochacki „Zbyszek”, Jerzy Korcz „Bohun”.
W połowie czerwca 1945 r. partyzanci „Zapory” z plutonu „Jura” z 1 kompanii „Jagody” wkroczyli do Janowa Lubelskiego, gdzie zarekwirowali żołnierzom sowieckim cztery samochody ciężarowe, które posłużyły żołnierzom 1 i 2 kompanii do powrotu na teren powiatu opolskiego; 3 kompania pod dowództwem „Wisły” miała dalej operować na terenach powiatu janowskiego i biłgorajskiego. Następnie główne siły oddziału, poruszające się samochodami zdobytymi w Janowie Lubelskim, rozbiły posterunek MO w Józefowie nad Wisłą. W kilka godzin później partyzanci zostali pod Kluczkowicami, na południe od Opola Lubelskiego, zaatakowani przez grupę żołnierzy Armii Czerwonej. Wywiązała się zaciekła walka (w końcowej fazie starcia doszło do walki wręcz), w wyniku której zginęło co najmniej siedmiu Sowietów. Rannych zostało dwóch partyzantów. Walka pod Kluczkowicami uruchomiła przeciwko oddziałowi silną obławę NKWD-UB, która rankiem następnego dnia dopadła „Zaporowców” kwaterujących w Ratoszynie, w pobliżu Chodla. Partyzanci zdołali przedrzeć się przez pierścień obławy, tracąc jednak dwóch zabitych.
Uryną na pamięć… zdań kilka o oddziałach mjr. „Zapory” – część 2/2>
Strona główna>


